IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Most Mirabeau - Page 2


Share | 
 

 Most Mirabeau

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Most Mirabeau   Czw Lip 28, 2016 1:41 pm

First topic message reminder :



Most Mirabeu

W obecnych czasach rzadko który paryżanin może się pochwalić grubym portfelem i biletami na spektakle w najdroższych teatrach. Paryż to wciąż miasto pełne zarówno bogaczy, jak i biedoty, ale ta druga grupa również dąży do tego, by choć na jeden wieczór zapomnieć o trudach okupacji.
Most Mirabeau, wybudowany w latach 90. ubiegłego wieku, od dawna cieszy się popularnością wśród mniej zamożnych paryżan. Miejsce to regularnie odwiedzają uliczni muzycy, którzy urządzają tu swoje koncerty, chcąc zarobić kilka groszy na podniszczonym akordeonie czy niemal rozlatujących się skrzypcach. A dla okolicznej biedoty kamienny chodnik stanowi z kolei lepszy parkiet niż jakiekolwiek polerowane drewno z egzotycznego kraju.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Most Mirabeau   Pon Gru 11, 2017 8:59 pm

Przyjemny, słoneczny, majowy dzień – bliźniacze odbicie ubiegłej doby. Życie brnie niestrudzenie naprzód jak górskie źródełko, które wraz z wartkim prądem przenosi drobne kamyczki codziennych problemów. Codziennych spraw. Codziennej beznadziei.
Pod złotymi promieniami wiosennej beztroski pot skapuje ze mnie mozolnie, wilgotna strużka ścieka powolutku spod zmierzwionych włosów, zatrzymuje się na delikatnie uniesionej brwi i tam rozpływa niezauważalnie. Skwar jest nieznośny, chociaż dopiero połowa maja – gdybym tylko przejrzał się w lustrze, uderzyłby mnie brak efektowności (i efektywności) prezencji. Skórzany pasek aparatu wżyna się w szyję, kolejna kropelka potu poczyna sobie znacznie odważniej od poprzedniczki i spływa po skroni aż do podbródka, a szyku zadaje wyłącznie papieros w dłoni. Siwa, leniwa smużka wędruje w stronę błękitnego nieba, ale nigdy nie będzie jej dane dotrzeć do lazuru nieboskłonu – rozpływa się pod pierwszym podmuchem wiosennego wiatru, który przynosi ze sobą zapach kwitnących drzew, gwar rozmów i odór strachu.
Zwłaszcza odór strachu.
Oparty o kamienną balustradę Mostu Mirabeau (i pogardliwie odwrócony plecami do metalowej maszkary, którą ktoś nazwał nazwiskiem nie mniej zohydzonego konstruktora) obserwuję rodaków poszukujących choćby odprysku rozrywki na pokrytej wilgotnymi naleciałościami kładce. Patrzę na mężczyznę w kapeluszu, patrzę na przygarbioną sylwetkę staruszka, patrzę na tłustą babę ciągnącą rozwrzeszczane dziecko, patrzę na wysoką blondynkę, tej ostatniej poświęcając nieco więcej czasu i nieco dłuższe spojrzenie, niż było to konieczne. W myślach zapisuję ich zachowania, cierpliwie poszukuję czegoś, co kłóci się z konwencją, wypatruję ziarenka niespójności w przeciętnym zachowaniu. Węszę. Czekam. Szukam.
Mam dziś czas – jest przecież poniedziałkowe popołudnie. W poniedziałkowe popołudnia nikt nie ma ochoty ani sił, by odwiedzać ciemnię fotograficzną, wszyscy są poirytowani ciężkim początkiem tygodnia i paradoksalnie uradowani myślą, że za kilka godzin nadejdzie wtorek – niewiele lepszy od minionego dnia, ale posiadający bardziej optymistyczne perspektywy. Może trochę im zazdroszczę, trochę pogardzam, trochę się irytuję – w moim zawodzie (którym, Jean? Zawęź tezę do trzech aktualnie wykonywanych) nie ma czasu wolnego. Żadnych przyjemnych popołudni na rodzinnych piknikach. Dokładnie zerowa swoboda podejmowanych działań. Jak daję sobie z tym radę? Nie jest łatwo, nie jest przyjemnie, nie jest tak, jak być powinno.
Nie tak brzmiał plan.
Zaciągam się nerwowo papierosem, wystukując na obiektywnie aparatu tylko sobie znaną melodię. Wszyscy ci naiwni, nieświadomi, zaspani, sprażeni słońcem Paryżanie najpewniej sądzą, że jestem jednym z tych niewydarzonych artystów-amatorów poszukujących natchnienia w szemrzących wodach rzeki, w której toń prędzej czy później rzucą się jako nierozumiani przez świat, przymierający głodem geniusze. Nie przeszkadza mi to wypaczone postrzeganie: zapewnia spokój. Zapewnia dobrą przykrywkę. Każde uniesienie aparatu do oka traktowane jest jako wyraz artystycznej, typowo paryskiej ekstrawagancji – ludzie mijają mnie i myślą patrzcie, patrzcie! Nowoczesny Guillaume Apollinaire! Uwiecznia realia okupowanego miasta, zamyka na kliszy nieprzemijające piękno francuskiego hartu ducha.
Niech żyje okupacyjna Francja!
Wydmuchuję przez nos siwą smużkę dymu, ignorując strużkę potu, która ślimaczy się po skroni. Zaraz po niej leci nowa, mozolnie przedziera się między włosami. Łaskocze nagrzaną skórę. Irytuje, ale staram się o tym nie myśleć – w nieszczególnie licznym tłumie rodaków szukam kogoś, kogo warto uwiecznić na kliszy. Z czyjej obecności w tym miejscu, w określonym towarzystwie, w pewnym nieszczęśliwym zbiegu okoliczności wyciągnę na wskroś materialną korzyść.
Kilka szeleszczących banknotów za nieostrożnego przechodnia; wy nazwiecie to zdradą, ja – udaną transakcją.
Jednak jak na złość mój świat ogranicza się teraz dorzeczy miałkich. Filtrów od papierosów, ziarenek piasku w butach (nie powinienem był przychodzić tu plażą), nagłego zderzenia, które wytrąca mi dopalonego papierosa spomiędzy palców i strąca go w odmęty płynącej dołem Sekwany. To zetknięcie ciała z ciałem jest jak cios obuchem w potylicę; bardziej zaskoczony niż zdenerwowany – choć i na to przyjdzie pora – odwracam się w stronę sprawcy zamieszania, osłaniając dłonią aparat na wypadek, gdyby nieuważny przechodzień zechciał zaszarżować ponownie.
Ale już po pierwszym spojrzeniu wiem, że nie zechce.
Madame, most jest na tyle szeroki, by pomieścić nas oboje – pełen dezaprobaty wyraz twarzy nagle ustępuje pod życzliwym uśmiechem, którym obdarzam wcale niebrzydką, wcale nieniską (lubimy nieniskie), wcale przyjemną dla oka kobietę, wciąż boleśnie nieświadomy tego, z c z y m tak naprawdę mam do czynienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Most Mirabeau   Sro Gru 13, 2017 10:53 pm

W powietrzu unosiła się dziwna litania dźwięków, które nie dotyczyły – nie mogły dotyczyć – Mimi. Była przecież tylko bierną słuchaczką – i to dość niewygodną, zwiastującą kłopoty i tłumaczenia; zły omen, jak to ujęła kobieta, która z przepraszającą miną wyprosiła ją dziś ze sklepu, nieumiejętnie próbując ukryć panikę, którą wywołała w niej naszywka na piersi Mimi.
Wyszła bez słowa, kiwając tylko głową w zrezygnowaniu. Zrobiło jej się nawet żal tej ekspedientki – w przeciwieństwie do Miriam, ona widocznie nie przywykła do nagłych zrywów strachu i gorączkowego rozglądania się w każdą stronę. Przecież nikt teraz nie chce zostać oskarżony o żydowskie sentymenty, zwykła mówić mame Klapisch. To mogłoby świadczyć o jawnym oporze, nieposzanowaniu narzuconych zasad, o jakichś nielegalnych konszachtach.
Albo o odrobinie serca?
Powoli wyzbywała się nawyku oceniania każdej reakcji na swoją osobę – w kompletnym szoku zastygała jedynie spotykając się z życzliwością, od razu wietrząc rychły podstęp. Nieufna była z natury, ale teraz każdy uśmiech, nawet pokrzepienia, posyłany jej przez ewentualnych nieznajomych, powodował, że momentalnie odwracała wzrok i spinała mięśnie, jakby w gotowości do sprintu.
Od jakiegoś czasu nie potrafiła wysiedzieć w mieszkaniu – sama nie wiedziała, czy to z powodu przylegającej i napierającej zewsząd duchoty, czy może chodziło o codzienne i głośne złorzeczenia matki, która, tak w zasadzie, już spisała ich rodzinę na pewną śmierć, każdego ranka oznajmiając tonem pogrzebowej płaczki to dzisiaj, Mimi, spakuj walizkę, przyjdą po nas. Powoli, bardzo podstępnie, ale niestety i umiejętnie zaczynała zaszczepiać w niej nienawiść do gojów – okrutnych zdrajców i oportunistów.
Przez których cofnięto jej wstęp do biblioteki.
I tym samym odmówiono jej jedynej nikłej radości, ostatniego azylu i prawie skutecznego lekarstwa, zostawiając tylko te kilka wyświechtanych egzemplarzy (w tym dziecięce, ilustrowane Baśnie braci Grimm, których szczerze nienawidziła, ale wciąż stanowiły dla niej coś interesującego) pod materacem, który był jedyną twierdzą niedostępną jej matce – i to tylko dlatego, że nie posądziła swojej córki o podobną kreatywność w ukrywaniu zakazanych rzeczy.
Próbowała nie przelewać tych przekonań na swoje uczennice, ale ciężko było nie zaciskać ust w prostą, złowrogą linię, gdy wysłuchiwała od dziewcząt o tym, co ostatnio spotkało je i ich rodziny na paryskich ulicach. Te historie były niezliczone, a jej już kończyły się pomysły na to, jak ma je komentować w taki sposób, żeby był jednocześnie i krzepiący i nakłuwający odrobiną nadziei. Była bezradna wobec ich krzywdy, nigdy też im nic nie radziła, bojąc się posądzenia o hipokryzję – w końcu sama przecież nie była głosem oporu, skoro na żydowskie ścierwo reagowała jedynie przyspieszonym krokiem. Ale po prostu się bała – miała wrażenie, że wie, do czego zdolni są ci ludzie, chociaż tak naprawdę jeszcze nie potrafiłaby sobie wyobrazić. Szczytem barbarzyństwa - o naiwna dziewczyno - było dla niej golenie pejsów u starszych mężczyzn, o czym usłyszała właśnie od jednej ze swoich uczennic  – sama myśl wywoływała w Mimi popłoch. Który, notabene, właśnie nią kierował, gdy pospiesznie pokonywała kolejne metry mostu Mirabeau, chcąc jedynie dostać się na drugą stronę – nie znosiła wszelakich kładek, mostów i innych wiaduktów. Czuła, że zupełnie traci grunt pod nogami, a możliwość ucieczki może zostać odcięta jeszcze szybciej. Zaduch był nieprzejednany, a lekki zielony sweterek nieznośnie lepił się do ciała. Z jej piersi zionęła żółta gwiazda, która w taki upał zdawała się być dodatkową warstwą, oprócz palącego wstydu, zapewniając jej jeszcze fizyczne katusze. Z nieukrywaną zazdrością, ale i też fascynacją, patrzyła na te wszystkie paryżanki i pociągając wzrokiem po tej feerii sukienek, zastanawiała się nad ich długością – i czy, gdyby ewentualnie zdecydowała się na kupno podobnej, jej matka znów wymierzyłaby jej policzek, histerycznie wzywając stwórcę. Nie czuła się bezpiecznie – a przynajmniej jeszcze mniej, niż zwykle; zwłaszcza, gdy właśnie pospiesznym krokiem oddalała się od mężczyzny, który kilka metrów wcześniej postanowił oznajmić światu, że minęła go kurwa. I splunął jej pod nogi, wywołując tym gromki rechot kolegów o wyglądzie zaświadczającym o nieskalaniu głębszą myślą.
Ze zdenerwowania i pośpiechu zupełnie nie zauważyła, że nieznacznie zboczyła z kursu – co natychmiast poskutkowało zderzeniem z bliżej niezidentyfikowanym obiektem.
Który okazał się mężczyzną. Z aparatem.
Matka by się załamała. Goj - a do tego taki z obsesją uwieczniania tego cyrku.
Papa, panie papierosie!
Mimi w panice spojrzała na fotografa. To było jak loteria – nigdy nie wiedziała, czy przypadkiem nie trafi na kogoś, kto w akcie zemsty za delikatne potrącenie nie zadenuncjuje jej u gestapo, orzekając, że na przykład... jest złodziejką.
- Proszę mi wybaczyć, zupełnie się zamyśliłam – odpowiedziała zgodnie z prawdą, na widok jego miny od razu przybierając ostrożny, cichy ton - zresztą na głośniejszy chyba nie potrafiłaby się zdobyć. Nie na moście!
A on uśmiechnął się - to zły znak. I to uprzejmie - jeszcze gorszy.
Ale Mimi nie potrafiła się na to zdobyć - zwłaszcza, gdy zza jej pleców dobiegły ją jeszcze ostatnie bluzgi pod jej adresem, które, w akompaniamencie głupawego rechotu, wykrzykiwali oddalający się mężczyźni. Co za wstyd.
- Odkupię panu tego papierosa, całą paczkę odkupię - powiedziała coś - cokolwiek - byleby tylko zagłuszyć słowa tamtych ludzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Most Mirabeau   Sro Gru 20, 2017 10:06 pm

Przypatruję się nierównej, sinej plamce o łagodnie zaokrąglonych brzegach, która odcina się od skóry dłoni. Widnieje w tym charakterystycznym, bezbronnym miejscu, miękkim i wrażliwym u każdego człowieka, bez względu na płeć, przekonania i stan trzonowców; w zagięciu między kciukiem a palcem wskazującym, tam, gdzie ślad niedoskonałej ewolucji pozostawił cieniutki pasek błony.
Nie wiem, skąd wziął się ten drobny siniak – pojawił znikąd? Dzisiaj? Wczoraj? Przed miesiącem? Czym tak właściwie jest – karą, przypomnieniem, piętnem? Być może ma przybrać formę krwawego znamienia. Być może będzie przypominać mi o wszystkich tych ludziach, których w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy beztrosko skazałem na dziesiątki, jeśli nie setki podobnych siniaków – znacznie większych i boleśniejszych. Nabiegłych krwią. Kolorowych. Wystukanych twardymi, esesmańskimi podeszwami. Namalowanych gestapowskimi pięściami.
Zagwarantowanych przez kilka dobrze zrobionych zdjęć i jednego człowieka z papierosem między wargami wygiętymi w krzywym, niepokojącym uśmiechu.
Musiałem przeczuwać, że dzisiejszy dzień – mało istotne, czy obezwładniająco piękny (pięknie obezwładniający?), czy jedynie banalnie pogodny – nie będzie nawet w połowie tak owocny, jak początkowo zakładałem. Paryżanie zaczęli dbać o swoje bezpieczeństwo, wyrabiając w sobie ten niezdrowy pierwiastek paranoi, którego zabrakło im przed czterema laty – mniej więcej w chwili, gdy Hitler dokonał Anschlussu Austrii, wyraźnie sugerując, że ma dość czczych słów i głoszonych na wiecach postulatów.
W życiu każdego przywódcy czas na działanie nierozerwalnie łączy się z czasem grozy – a ja, pan wybaczy, panie Adolf, nie zamierzałem się bać. Nie o siebie.
Miałem dość drżenia ze strachu o Evelyne.
I nie spodziewałem się, że do malarycznych drżączek dojdzie jeszcze jeden powód – strach o aparat.
Sam moment zderzenia rozszedł się po moim ciele jak odległe echo minionych epok; chwilowe zaskoczenie, przytłumiony ból, wzrok, który nabrał na ostrości jak zadbana brzytwa – wszystko, wszystko we mnie przeszło gwałtowną metamorfozę. Nawet niejasna myśl, że to być może złodziejka stosująca na starym, kryminalnym wyjadaczu tę tanią sztuczkę ze zderzeniem i kradzieżą portfela, nie była tak ostra jak ból po stracie papierosa. Wciąż żarzący się ognik pewnie nie zdążył dotrzeć do leniwych wód Sekwany, a we mnie już rozkwitało pierwsze stadium żałoby.
Zaprzeczenie.
Palce wciąż poszukiwały znajomego kształtu bibułki, koniuszek języka ostrożnie muskał dolną wargę, spijając z niej smak tytoniu, pozbawione papierosowego dymu płuca nie wiedziały, co zrobić z taką ilością świeżego powietrza. Narastał we mnie – i wyglądało na to, że dość gwałtownie – kolejne uczucie, którego nie zamierzałem (nie potrafiłem) powstrzymać. Etap drugi.
Gniew.
Zmrużone przed majowym słońcem powieki ukrywały nagle nabiegłe podenerwowaniem spojrzenie, ale coś w kształcie kurzych łapek w kącikach oczu, w prostych liniach chwilowych zmarszczek pozwalało przypuszczać, że w źrenicach przycupnęła wściekłość. Niczego na świecie nie spodziewałem się mniej niż bezpośredniego – i w żadnym wypadku niezamierzonego – zderzenia z kobietą, która na piersi nosi tę naszywkę.
Nagle moje piętno, ten niewielki siniak na dłoni osłaniającej aparat, przestało mi doskwierać. A może zwyczajnie straciło na znaczeniu?
O czym miałaby myśleć żydówka w mieście pełnym nazistów? – mówię szybko, mówię na wydechu, mówię gniewnie – stojąc tutaj w środku dnia z tym tuż obok, czułem się jak w blasku menory. – Ucieczce czy bezbolesnej śmierci? – coraz więcej głów obracało się w naszą stronę, jedna, druga, trzecia para oczu zatrzymywała się na tym niecodziennym obrazku znacznie dłużej, niż powinna. Znałem te spojrzenia; wiedziałem, co zwiastuje ich przeciągłość, przygaszony blask, zaklęta w źrenicach szczwaność. Właśnie mnie osądzali. Wydawali wyrok na nieznajomego mężczyznę, który podjął rozmowę z – cóż, retoryka czerwonych czasem bywa przydatna – wrogiem ludu. Wysuwali błędne wnioski, zaczęli poszukiwać wzrokiem najbliższego patrolu, obliczali w myślach ewentualne zyski. Byli gotowi na biblijne kamieniowanie pośrodku mostu Mirabeau, a ja nie mogłem ich za to winić.
Na ich miejscu dopuściłbym się dokładnie tego samego, być może poszedł nawet o krok dalej i wszystko skrupulatnie uwiecznił. Takie zdjęcia bywają cenne.
Zatrważająco idiotyczny pomysł – zawyrokowałem cicho, próbując cofnąć się bez pośpiechu, lecz moje plecy natychmiast napotkały opór; piękna balustrada Pont Mirabeau blokowała drogę ucieczki, wżynając się w ciało z szyderstwem, na jakie stać wyłącznie paryskie mosty. Dopiero teraz – kiedy wzrok w końcu oderwał się od naszywki – dostrzegłem, że kobieta (nie, Jeanie Louisie Lémieux – nie kobieta. Nie człowiek) sprawia wrażenie równie zdezorientowanej, co ja, i znacznie bardziej przerażonej.
Ten widok dodał mi otuchy. Scementował przekonanie, że to ona jest wszystkiemu winna, że to ona znajduje się w sytuacji bez wyjścia, że to ona dziś zawalczy o kolejną dobę żałosnego życia ściśnięta jak karaluch w żydowskiej dzielnicy.
Mogłaś uszkodzić aparat – moje słowa brzmią jak wystrzał armatni, donośnie i z premedytacją. Nieliczni gapie na moście muszą rozumieć, że padłem ofiarą trawiącej nasz cudowny naród zarazy, której oddziaływanie nowi włodarze miasta tak wspaniałomyślnie pragną zniwelować. Jestem niewinny!, zdają się krzyczeć dłonie, w których obracam dotychczas zawieszony na szyi aparat. To skandal!, dodaje donośny, sowicie unurzany w kpinie ton głosu, kiedy zadaję kolejne pytanie, patrząc na nią jak na coś, w co przypadkiem można wdepnąć podczas spaceru po skwerkach Lasku Bulońskiego. – Jego też odkupisz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Most Mirabeau   Nie Gru 24, 2017 1:13 am

Życie w tym mieście było jak nieustanna gra w drejdla. Mimi od dziecka jej nie znosiła – zawsze odpadała jako pierwsza i musiała oddawać rodzeństwu wszystkie chanukowe słodycze, bo takie były zasady, powtarzała matka i karcącym spojrzeniem ponaglała Miriam, która niechętnie dzieliła się swoim słodkim łupem. Skojarzenie było o tyle oczywiste, że wraz z każdą potyczką, na którą narażało ją życie w Paryżu, coś traciła – i, tak jak w tym przeklętym drejdlu, przestała mieć już jakąkolwiek nadzieję, że na bączku wypadnie akurat gimel: oznaczający, że bierze wszystko.
Przyzwyczaiła się do cyklicznie następującej po sobie porażki.
Która teraz oznaczała konfrontację z kolejną porcją wrogości – bezzasadnie wymierzoną w nieśmiałą, wystraszoną kobietę, która – na wzór naszywki na swojej piersi – nagle stała się symbolem opresji i strachu, tych błyskawicznych zapalników obrzydzenia. Miriam dostrzegła przemianę na twarzy potrąconego nieznajomego.
Zauważył.
Zawsze obawiała się tego momentu, tej nagłej zmiany w ocenie – w jednej sekundzie była człowiekiem, w drugiej jakimś podgatunkiem o niecnych zamiarach, który należy zdeptać, zanim na dobre zawładnie moralnością tych prawych i dobrych obywateli. Czym był jej niemy sprzeciw, wobec całego aparatu propagandy i opresji, przedstawiających ją jako przedstawicielkę społecznej zgnilizny, którą należy metodycznie spychać na margines, a z którą kontakty – stopniowo ograniczane – określa się co najmniej podejrzanymi? Czy chciała tak łatwo oceniać, nie będąc pewną, czy sama byłaby odporna na tak prężną agitację i panikę, która rosła przecież z każdym dniem? Czy zachowywałaby się inaczej, gdyby obawiała się, że nawet poprzez jedną rozmowę, coś może zagrozić jej – i jej rodzinie?
Na ludzi, którzy pałali taką nienawiścią jeszcze przed okupacją, a teraz przeżywali renesans swoich uprzedzeń, nie miała argumentów – ani okoliczności łagodzących. Co oczywiście nie znaczyło, że ktokolwiek w ogóle przejąłby się jej przemyśleniami.  
Riposty, którymi mogłaby potraktować ewentualnych słownych oprawców, zawsze przychodziły za późno – ale Klapisch nigdy też sobie tego nie wyrzucała, ponieważ doskonale wiedziała, że aby odpowiedzieć pięknym za nadobne, potrzeba jeszcze jednego, acz kluczowego czynnika – śmiałości.
Której Mimi dramatycznie brakowało.
Bała się – tak jak zawsze – że wystarczy jeden fałszywy ruch – albo słowo – i osoba, która porwała się na jakąkolwiek polemikę wobec niej, wybuchnie, a Mimi będzie powodem własnego nieszczęścia. Do perfekcji opanowała sztukę uspokajania siebie i otoczenia – a przynajmniej tak jej się wydawało, ponieważ teraz – oprócz trzęsących dłoni – niebezpiecznie zadrżał jej głos. Odważyła się na głęboki oddech i – ku własnemu zaskoczeniu – uśmiechnęła się. Może tak właśnie wyglądał kres jej nerwów, który w końcu przyszło jej osiągnąć?
Czcze nadzieje.
Rozejrzała się po moście, podążając za wzrokiem mężczyzny, którego potrąciła – tak, oceniali go. Czego mu niejasno zazdrościła; ją przecież automatycznie skazywali na kazamaty nienawiści i odrazy, nie zadając sobie nawet trudu rozegrania myślowego procesu. Była tego niegodna?
Jego gniew promieniował z sylwetki, z oczu, został wyłuskany nawet ze słów, które boleśnie cięły majowe, duszne powietrze. Mimi nie wiedziała, czy źródło jego złości tkwi w utracie papierosa, strachu o aparat, czy w konfrontacji, której zdecydowanie wolałby uniknąć. Najprawdopodobniej we wszystkim na raz?
- W zasadzie to myślałam o tym, że nie znoszę przechodzić przez mosty – odparła zgodnie z prawdą, siląc się na pewny, niezachwiany ton; smutne wysiłki, zważywszy na to, że zupełnie nieudolne. Nie była zdziwiona wrogością, byłaby zdziwiona jej brakiem – co wcale jednak nie oznaczało, że jad, sączący się z jego słów, nie ranił. W zderzeniu z jego najeżoną postawą, jej życzliwość i układność wypadały niemal groteskowo. Wyglądało to trochę tak, jakby chciała go sprowokować – co jednak było ostatnią rzeczą, która w ogóle przyszłaby jej do głowy. Mogła po prostu odejść, uciec i pozwolić, aby całe zdarzenie przemieniło się jedynie w następne gorzkie wspomnienie, którym wielokrotnie by się katowała – ale chyba po prostu nie chciała tego robić; nie dać wygrać własnemu tchórzostwu, nie ponownie.
Nawet, jeżeli miałaby zaraz skończyć w Sekwanie?
Odraza, która sączyła się z jego oczu złowrogą objętością, jasno na to wskazywała.
- Naprawdę mi przykro – dodała, w założeniu próbując załagodzić sytuację – chociaż podskórnie oczywiście czuła, że każdym następnym słowem i tak tylko ją zaognia. Bała się powiedzieć, aby ściszył głos chociaż o pół tonu; w tym głośnym, oskarżycielskim trybie przecież zaraz zainteresuje się nimi jakiś patrol!
Ale czy temu mężczyźnie w ogóle zrobiłoby to różnicę? Pewnie stanowiłoby to dla niego jedną niedogodność mniej. Miała wrażenie, że zwykłe potrącenie ramieniem urosło nagle do rangi ciężkiej zbrodni, dokonanej przez krwiożerczego najeźdźcę na niczego niespodziewającym się, biednym Francuzie; poczuła się źle w roli domniemanego agresora.
- Ale nie uszkodziłam – zauważyła trzeźwo, chociaż z każdym słowem jej głos cichł. Sama nie wiedziała na co czeka – może na zbawienne nic się nie stało, które przecież miało nigdy nie paść? Mogła odejść i pogrążyć się we frustracji z powodu własnej bierności – ale za to uciec przed tym człowiekiem i jemu podobnym, którzy zalewali Paryż swoją druzgocącą większością? Nie zdążyła odpowiedzieć mężczyźnie na pytanie o odkupieniu aparatu (wątpiła, że nawet posiadając odpowiednią ilość pieniędzy, byłaby w stanie wejść do sklepu), ponieważ przerwał jej zupełnie inny jegomość, którego z początku nie zauważyła, będąc zupełnie zaaferowaną obecnie toczącą się rozmową. Podszedł i – jak gdyby nigdy nic – splunął im pod nogi, po czym obdarzył ich przeciągłym, rozwścieczonym spojrzeniem i odszedł bez słowa, zapewne w duchu składając sobie gratulacje z powodu własnej odwagi.
Przecież właśnie jawnie sprzeciwił się rozprzestrzenianiu żydowskiej zarazy!
Mimi pogrążyła się w zażenowaniu i wstydzie, bo tak naprawdę wciąż uczyła się ignorowania podobnych zachowań.
Pozostało jej tylko zacisnąć pięści z frustracji i tego nie skomentować.
- To chyba bezsensowne gdybanie, skoro aparatowi nic nie jest - powiedziała cicho, na poważnie rozważając odejście; ale stanowiłoby ono chyba jeszcze wyraźniejszą ujmę na jej już maluczkim honorze. Chciała być grzeczna i miła, przeprosiła - czy tyle nie wystarczyło?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Most Mirabeau   

Powrót do góry Go down
 
Most Mirabeau
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: