IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Aleja Arachne


Share | 
 

 Aleja Arachne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Aleja Arachne   Czw Lip 28, 2016 1:51 pm



Aleja Arachne

Jedna z popularniejszych alejek ciągnących się w okolicach Sekwany. Ze względu na rozlegle ciągnącą się zieleń, zwykle ściąga amatorów rodzinnych pikników, miłośników przyrody, a nie raz i artystów mogących do woli przyglądać się przepływającemu życiu paryskiej społeczności, nabierając przy tym natchnień niezbędnych do tworzenia. W szczególności słynie z corocznego, miejscowego, amatorskiego, dwudniowego festiwalu teatralnego, podczas którego, na prowizorycznej scenie, okoliczne koła teatralne wystawiają znane francuskie sztuki za symboliczną opłatą. Przyszli aktorzy mają wówczas okazję zaprezentować się szerszej publiczności, a nuż zauważy ich jeden z reżyserów, którzy podobno w tym czasie chowają się wśród tłumów?
Zimą z kolei aleja zapełnia się chmarą dzieciaków, gotowych na śnieżne szaleństwa. Miejsce to bowiem słynie ze znanej wszystkim, najwyższej górki w Paryżu. Prawdopodobnie nie ma w tym mieście dorosłego, który nie znałby słynnej 'pajęczej góry'.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Sob Wrz 10, 2016 9:38 pm

|kilka dni po Florianie
Monotonnia. To jedno słowo w całej swojej definicji idealnie określało życie Flavie Bernard. Wczesnym rankiem wyślizgiwała się z ciepłego łóżka, jak najciszej stawiając stopy na chłodnej, drewnianej podłodze, przez chwilę obserwując, jak klatka piersiowa jej męża unosi się spokojnie obok niej, pogrążona w głębokim śnie. Dobrze wiedziała, że nie dałaby rady udusić go poduszką, choć czasem naprawdę o tym myślała. Była jednak za słaba fizycznie i prawdopodobieństwo, iż przebudziłby się zanim zdążyłaby dokonać aktu morderstwa było naprawdę ogromne. Wolała nawet nie myśleć, co stałoby się z nią, gdyby tylko spróbowała. Mogła za to poderżnąć mu gardło. Potrafiła poruszać się cicho i bezszelestnie i z pewnością, zanim zdążyłby zauważyć, byłby już martwy. Była jednak świadoma, że nigdy tego nie zrobi. Z wielu powodów, a jednym z nich był fakt, iż nagłe zniknięcie jej męża zostałoby prawdopodobnie zauważone jeszcze zanim ona sama zdążyłaby zniknąć z Paryża. Wolała nawet nie myśleć, co wtedy by się z nią stało.
Później przechodziła do kuchni. Po drodze ubierała jedwabny szlafrok, miękki i naprawdę ładny, który kupiła za własne pieniądze jeszcze zanim wyszła za mąż. Parzyła filiżankę herbaty i patrząc przez okno na budzące się miasto czekała, aż jej mąż wstanie z łóżka i zażąda śniadania. Siadali razem na obu krańcach długiego stołu, jedząc świeże pieczywo, po które poszła zaraz po wypiciu porannej herbaty. On czytał gazetę, od czasu do czasu podnosząc na nią swój czujny wzrok jakby obawiał się, że siedząc z nim w jednym pomieszczeniu zacznie wykrzykiwać patriotyczne hasła i poniżać cudowny naród niemiecki. Robiła to, we własnych myślach, powoli przeżuwając jedzenie, które z każdym dniem powoli zaczynało tracić swój smak.
Wszystko dookoła było zazwyczaj szare. Prawie takie, jak jego mundur, który najwyraźniej zaczął przysłaniać cokolwiek na co patrzyła. On wychodził do pracy, żegnając ją długim pocałunkiem i zdecydowanie zbyt mocnym ściśnięciem nadgarstka. Przypomnieniem, że jest tylko jego i że czegokolwiek nie zrobi, on będzie o tym wiedział.
Ta niema groźba nie przeszkadzała jej jednak w całodziennych przechadzkach po mieście, kupowaniu barwnych kwiatów, które rozstawiała po całym domu chcąc choć trochę nadać mu odrobinę koloru, przesiadywaniu w kawiarniach, gdzie wyciągała z torebki swój szkicownik i rysowała wszystko to, czego nie mogła niestety przelać na płótno. Czasem brała swój rower i jeździła poza miasto, napawając się piękną pogodą, ciszą oraz tym cudownym, wiejskim spokojem, który towarzyszył paryskim obrzeżom. Nie czuła na sobie jego wzroku. Nie była głupia, dobrze wiedziała, że nie śledzi każdego jej kroku. A nawet jeśli nie bardzo się przejmowała, bo to, co miało wydarzyć się, gdy wracał do domu, nie miało żadnej reguły.
Wieczorami przygotowywała kolację. Czasami ciszę panującą w mieszkaniu przerywał odgłos telefonu, gdy otrzymywała wiadomość, że niestety wróci do domu później. Siadała wówczas przy dużym stole zupełnie sama, z talerzem pełnym jedzenia i pojedynczą, płonącą świecą, zastanawiając się, jakie jest prawdopodobieństwo, iż zjawi się zupełnie pijany. Nienawidziła go wtedy jeszcze bardziej gdy był trzeźwy, bo wtedy, czasami, miał na tyle przyzwoitości, aby celowo nie budzić jej, gdy pogrążona już była we śnie. Nauczyła się jednak nie bać, gdy łapczywie chwytał jej wątłe ciało w swoje ramiona. Potrafiła niemalże je wówczas opuścić, tak, jakby jej umysł dryfował w innej przestrzeni, daleko od miejsca, w którym za zamkniętymi drzwiami działy się rzeczy, których nie życzyłaby najgorszemu wrogowi.
Jej życie było więc monotonne i z czasem Flavie przestała już zupełnie wierzyć, iż wydarzy się w nim coś ciekawego. Nauczyła się jednak czerpać przyjemność z każdej drobnostki – uśmiechu przypadkowego przechodnia, nowej książki, która wpadła w jej dłonie, nieśmiałych promieni słońca wyglądających zza chmur czy krótkiej, uprzejmej rozmowy przeprowadzonej ze znajomą kwiaciarką. Choć większość kiedyś znanych jej ludzi zazwyczaj nie miała w zwyczaju być dla niej miła, ona witała ich pogodnym i sztucznym uśmiechem, czując się bezsilnie wobec opinii większości. Oni wszyscy robili, co mogli, aby przeżyć, tak samo więc ona starała się nie utonąć.
Tego dnia padło na Aleję Arachne. Jako rodowita paryżanka znała wiele miejsc, w których mogła doświadczyć ciszy, spokoju oraz wolności od ludzkich głosów i dziesiątek wodzących za nią spojrzeń, w tym również tych odzianych w mundury, których na ulicach miasta w ciągu ostatnich dwóch lat znacznie przybyło. nie było najcieplej nie mogła już dłużej wytrzymać w zamkniętej przestrzeni. Otulona w czarny płaszcz oraz szalik usiadła na jednej z ławek ciesząc się, iż pogoda wyjątkowo nie sprzyjała zbyt wielu spacerowiczom i wyciągnęła z torebki książkę. W przeszłości czytała ją już tyle razy, jednak wciąż uwielbiała powracać do klasycznej literatury. Jej mąż nie pochwalał książek w języku francuskim, ale Flavie znała sposoby. W końcu spędzała w tym domu tak dużo czasu, iż znała każde jego sekrety. A on znał jej i była pewna, że nigdy ich nikomu nie zdradzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Pon Wrz 12, 2016 12:49 am

| jeszcze przed akcją z odbiciem broni

Kiedy myślał o domu, widział przed oczami Flavie.
Nie matkę; z jej śmiercią pogodził się już dawno temu i chociaż wciąż między kartkami wysłużonego dziennika trzymał jej wyblakłe, zagięte na rogu zdjęcie, to koniec końców stanowiła tylko jedno z lepszych, piękniejszych wspomnień, datowanych na czasy przed. Ojca od kilku tygodni również po cichu uważał za martwego, bo mimo że jego twarz czasami migała mu między paryskimi uliczkami, to za każdym razem uparcie udawał, że patrzy na obcą osobę. Było w tym coś samolubnego, a jednocześnie naiwnego i podświadomie zdawał sobie sprawę, że tkwił w swoistym rodzaju zaprzeczenia, jednak wolał trzymać się zachowanych w pamięci, dobrych obrazów, zamiast przyjąć do wiadomości rzeczywistość. Nie, nie torturował się myślą, że osoba, która powinna być mu najbliższa, zachowywała się, jakby go nie znała. Już w momencie, kiedy zatrzasnęły się przed nim drzwi miejsca, które przez całe życie uważał za własne, i o którym boleśnie marzył przez długie miesiące nocowania w chłodzie, deszczu i błocie, zrozumiał, że nadszedł moment, żeby ruszyć do przodu. I ruszył. Odszedł z bielonego ganku, nie oglądając się za siebie ani razu, uznając, że w środku i tak nie było do czego (ani kogo) wracać. Anselme znalazł się dla niego po drugiej stronie barykady, przeszedł tam z własnej woli i Mathieu nie miał zamiaru podważać jego wyborów. Ale postawić tam własnej stopy – również nie.
Z jego siostrą sprawa wyglądała zupełnie inaczej, bo z jej odejściem z kolei nigdy się nie pogodził, nie potrafił też – i nie chciał – uznać ich relacji za straconą. A przynajmniej nie, dopóki sama nie kazałaby mu zniknąć z jej życia, choć nawet wtedy zapewne czuwałby nad nią z daleka. Nie wiedział, skąd brało się to poczucie odpowiedzialności – w końcu Flavie zawsze była osobą, która potrafiła zadbać nie tylko o siebie, ale również i osoby dookoła, na których jej zależało – ale może po prostu otrzymywało się je w pakiecie w momencie, w której zostawało się bratem. Młodszym, starszym – z perspektywy czasu nie miało to żadnego znaczenia; liczyło się tylko czyste, pierwotne uczucie przynależności, którego nie potrafiło stłumić ani niezrozumienie, ani wyrzuty sumienia, oba wyraźnie obecne i również stanowiące sporą część emocjonalnej mieszanki, która wiązała się z nową sytuacją, w jakiej oboje się znaleźli. Tej samej, która spędzała Bernardowi sen z powiek od momentu, w którym po raz pierwszy postawił stopy w Paryżu, i która zmuszała go do śledzenia kroków siostry dokładniej, niż chciałby się do tego przyznać.
Bo owszem, mimo że wciąż jeszcze nie odważył się na sprowokowanie konfrontacji, doskonale wiedział, gdzie Flavie mieszkała, co robiła popołudniami, i w które miejsca najczęściej kierowały się jej kroki. W Alei Arachne też nie pojawił się zresztą przypadkiem, tak samo jak nieprzypadkowo od kilku minut przyglądał się siedzącej na ławce blondynce, chowając się w cieniu rozłożystego drzewa i czując, jak z każdym pociągnięciem papierosowego dymu, serce bije mu coraz szybciej. Patrzenie na nią wywoływało za jego mostkiem dziwny kołowrotek doznań, coś na pograniczu kłującego bólu i kojącego ciepła, sprawiającego, że nawet nie czuł osiadającego na skórze chłodu. Z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym w książce, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał i być może dlatego celowo przeciągał tę chwilę, podświadomie wyobrażając sobie, że wszystko było po staremu. Chyba na kilka sekund nawet sam w to uwierzył.
Papieros wypalił się do końca, zbliżający się do skóry żar niemal poparzył mu opuszki palców. Strzepnął niedopałek na rozmokniętą ziemię, wciągając do płuc trochę zimnego powietrza i ledwie powstrzymując się od ponownego zapalenia. Zamiast tego wcisnął dłonie do kieszeni, wykorzystując nagły impuls i wychodząc ze swojej prowizorycznej kryjówki, zanim zdążyłby się rozmyślić. Nie widziała go; jej spojrzenie wciąż błądziło wśród ciemnych liter, gdy się zbliżał, z jednej strony wiedząc, że już nie było odwrotu (i ciesząc się z tego mimo wszystko), z drugiej rozważając zwyczajne minięcie jej bez słowa. Możliwe, że wcale nie zwróciłaby na niego uwagi, przekonana, że właśnie przeszedł obok niej kolejny pogrążony we własnych problemach paryżanin; i w gruncie rzeczy, czy rzeczywiście był kimś więcej?
Ale nie minął jej, nie mógł; zatrzymał się przy ławce, wahając się przez moment, ale finalnie na niej przysiadając. Nie za blisko, ale też nie tak daleko, jak od kompletnego nieznajomego wymagałaby przyzwoitość. Zawiesił spojrzenie na jej profilu – wiedział, że pozostały mu ledwie sekundy, zanim podniesie głowę, żeby sprawdzić, kto ośmielił się zakłócić jej chwilę samotności – i z jakiegoś powodu widok tego samego pieprzyka na jasnej skórze, który codziennie oglądał w lustrze, sprawił, że odrobinę pękło mu serce. – To musi być naprawdę wspaniała lektura, skoro pozwala pani na zapomnienie o całym świecie, mademoiselle – powiedział, głosem zachrypniętym od chłodu i papierosów.
Uśmiechnął się, wewnętrznie modląc się – do Boga, w którego od dawna już nie wierzył – żeby tym razem nie zobaczyć przed sobą zatrzaśniętych na cztery spusty drzwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Wto Wrz 13, 2016 11:57 pm

Było coś uspokajającego, wręcz kojącego, we wszystkich odgłosach natury i codziennego życia, które ją otaczały. Czasem wychodziła z domu tylko po to, aby popatrzeć na mijających ją na ulicy ludzi, posłuchać szmerów ich głosów, śmiechu, który co jakiś czas wciąż rozbrzmiewał gdzieś pomiędzy paryskimi uliczkami czy muzyki, która mimo tych ciężkich i wrogich czasów, nie ucichała ani na chwilę.
Czasem patrzyła tylko w ich oczy. Potrafiła wyłapać szczegóły, ujrzeć ten smutek kryjący się pod spojrzeniem ulicznego sprzedawcy gazet i doskonale umiała wyobrazić sobie, jak ciężkie musi być jego życie. Oczy zdradzały jej całą prawdę, nawet tą, którą nie każdy był skory podzielić się z całym światem. Kiedyś robiła to naprawdę często przyglądała się ludziom spieszącym się na ulicy, przechadzającym się parom i bawiącym się dzieciom, a później zamykała się w swojej pracowni i przez długie godziny malowała ich twarze, starając się w ich oczach zawrzeć historię, którą udało jej się odczytać. Minęło dużo czasu, zanim doszła do perfekcji, zanim udało jej się odzwierciedlić to jedno spojrzenie, które zawsze tak bardzo ją fascynowało.
W życiu nie widziała, aby ktokolwiek patrzył na drugiego człowieka tak, jak jej ojciec patrzył na matkę. Każdego dnia, nie tylko z ogromną miłością, ale wielkim podziwem, prawdziwą pasją i czymś jeszcze, czego nie potrafiła i wciąż nie potrafi ubrać w słowa. Chciała za wszelką cenę zawrzeć to wszystko na płótnie, błysk w oczach, delikatne zmarszczki, które pojawiały się, gdy Anselme uśmiechał się w stronę kobiety, stanowiącej cały jej wszechświat.
Pamiętała, gdy jednego z pierwszy wieczorów w jej nowym domu jej mąż postanowił spalić obrazy, które ze sobą zabrała. Patrzyła jak połamane płótna, jedno po drugim, trafiają do kominka i wśród nich ten jeden, jedyny obraz, z którym za wszelką cenę nie chciała się rozstać. Spojrzenie ogromnej miłości płonęło wśród pomarańczowych płomieni, a ona zaciskając zęby i przełykając łzy starała powstrzymać się przed wybuchem śmiechu myśląc o tym, iż ta jedna scena była metaforą całego ich życia. Miłość tej dwójki spłonęła, zabierając ze sobą wszystko, co w jakikolwiek sposób łączyło ich rodzinę oraz jej nadzieję. Na to, że wszystko jeszcze może się zmienić.
Mimo wszystko wciąż uwielbiała obserwować ludzi, choć jej myśli szybko zbaczały na nieodpowiednie tory i wracały wstecz do każdej chwili, która chociaż kiedyś była naprawdę wspaniałą, teraz stanowiła istną udrękę. Jej Paryż nie był już taki sam. Zmienili się ludzie, zmieniły się ich przyzwyczajenia i zmieniły się ich oczy, które teraz tak łatwo było odczytać. Świat stanął na głowie, wywróciły go uderzenia bomb i stukot oficerskich butów na brukowanych ulicach. Nawet szum wiatru w koronach drzew, woda płynąca w rzece czy wczesne promienie słońca zdawały się być zupełnie inne, smutne i przytłumione, niosące ze sobą historię tych, którzy zginęli na froncie i mieli już nigdy nie nacieszyć się tymi drobnymi szczegółami, które jej sprawiały ogromną radość. Czasem miała wrażenie, że w powiewach wiatru słyszy głosy docierające do niej z oddali, otulające całe jej ciało i pomagające jeszcze utrzymać wyprostowaną sylwetkę, choć ciężar jej życia zdawał się coraz bardziej przygniatać ją do ziemi. Kiedy nie miała z kim porozmawiać, rozmawiała z tymi właśnie głosami, szepczącymi jej do ucha słowa otuchy, przypominające, iż wciąż jest o co walczyć. O pamięć, o kraj, o własną godność.
Być może wyczuła jego obecność jeszcze zanim usiadł na ławce i przemówił do niej głosem, którego nie była w stanie rozpoznać. Być może cichy szept w tyle jej głowy prowadził jej myśli ku jego imieniu, tańczył na krańcu jej języka, gdy ona tym czasem nie umiała i nawet nie próbowała ułożyć pojedynczych liter w jeden w kiedyś tak dobrze znany jej wyraz.
Kiedy usiadła na ławce wzdłuż tej alei pomyślała, iż kiedyś przychodziła tu razem z nim, trzymając w swojej dłoni jego drobną, chłopięcą dłoń. Wraz z rodzicami brali z domu drewniane sanki i korzystając z zalegającego tam białego puchu dołączali do gromadki dzieciaków, które ze śmiechem na ustach cieszyły się z zimowej pogody. Patrzyła na jego dziecięcą, zarumienioną od chłodu i wysiłku, uśmiechniętą buzię, na oczy wpatrujące się w nią z radością i sama unosiła kąciki swych ust w górę, nie mając pojęcia, że kiedyś ta chwila zostanie jedynie przykrym wspomnieniem wszystkiego, co utraciła i czego nie dało się już odzyskać.
Jego głos poruszył w niej coś, choć sama nie była tego świadoma. Oparła dłoń o kolano, gotowa sformułować przyjazną odpowiedź, gdy na jej usta tym czasem wkradał się delikatny, uprzejmy uśmiech, jednak gdy podniosła na niego spojrzenie swych oczu, wszystkie słowa uciekły w popłochu.
Znała te oczy, choć wszystko inne zdawało się ulec ogromnej zmianie, one pozostały dokładnie te same. Znała ten uśmiech, choć jego twarz opowiadała historię tego, przez co przeszedł, on też pozostał ten sam. Uśmiechał się do niej tak samo jak wtedy, gdy stała nad jego łóżeczkiem, a on swoimi małymi rączkami ściskał jej szczupłe palce, gdy prowadzała go po ulicach Paryża, gdy opowiadał o swojej pierwszej miłości i w końcu, gdy żegnał ją pocałunkiem w policzek i obietnicą, że jeszcze wróci. Dotrzymał ją, ale czy aby na pewno?
Mathieu, słyszała jak to imię wypiera z jej głowy wszystkie inne, zupełnie nieliczące się myśli, jak szamocze się niczym ptak zamknięty w klatce, pragnąc uciec na wolność, jednak nie potrafiła go wypowiedzieć. Słowa kryły się za kurtyną zdziwienia, a ona nie potrafiła odróżnić, czy rzeczywistość przypadkiem nie zamieniła się miejscem z najpiękniejszym snem, jaki przyszło jej śnić.
Uniosła powoli dłoń, ostrożnie i delikatnie opuszkami palców dotykając jego policzka jakby bała się, że pod wpływem jej dotyku rozpryśnie się jak bańka mydlana. Książka wyślizgnęła się z ręki z cichym odgłosem lądując u jej stóp, jednak wszystkie te piękne historie nie miały żadnego znaczenia, bo ona przeżywała swoją, najpiękniejszą ze wszystkich. Czy mogła w całości zaufać swoim zmysłom? Jej palce delikatnie przesuwały się po miękkiej skórze i w końcu, po zdecydowanie zbyt długiej chwili, udało jej się rozchylić wargi i wypchnąć z nich jedno, krótkie słowo. Choć może jedynie jej się zdawało? Może minęły zaledwie sekundy, może wszystko działo się zdecydowanie szybciej, niż mogła przypuszczać?
- Mathieu – szepnęła, czując jak łzy napływają jej do oczu bo tak dawno przestała już wierzyć, że jeszcze kiedykolwiek będzie mogła wypowiedzieć to imię. Straciła nadzieję, że ukochany brat kiedykolwiek wróci do domu i ocali ją od wszystkiego, z czym musi się zmagać. Nawet jeśli nie było już domu, miejsca, do którego mogliby wrócić, wiedziała, że jego dom jest przy niej. Wstyd było się przyznać, ale spisała go na straty i teraz, gdy siedział przy niej, patrząc tymi znajomymi oczami z tym znajomym uśmiechem na ustach czuła wstyd, że nie wierzyła do końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Pią Wrz 16, 2016 12:52 am

Nie miał pojęcia, ile razy odtwarzał w pamięci ich pożegnanie.
Nie rozumiał też, dlaczego; przed opuszczeniem Paryża odbył ich wiele, składał dobre życzenia przyjaciołom, ściskał dłonie znajomym, całował w policzki koleżanki z liceum, ale to właśnie ostatnie minuty, jakie spędził w towarzystwie Flavie, wyryły w jego umyśle najwyraźniejsze ścieżki. Na tyle dokładne, że mógł przebiegać ich śladami wielokrotnie, żłobiąc je mocniej i mocniej, układając wciąż i wciąż tę samą układankę, aż wreszcie szczegóły pomieszały się i zatarły, a inne wydały się nienaturalnie podkreślone. Była jesień, to pamiętał dokładnie, bo zaczynało się już robić chłodno, a liście na drzewach zdążyły przybrać ten czerwonozłoty odcień, który zazwyczaj zwiastował rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Wyszedł do holu z plecakiem, wysłużonym, płóciennym; w środku nie było jednak książek. Kilka ubrań, jedna para butów, szczoteczka do zębów – nie potrzebował wiele więcej. Obserwowała go, gdy zakładał płaszcz, uparcie stojąc w drzwiach, jak gdyby łudziła się jeszcze, że uda jej się go zatrzymać. Śmiał się z niepokoju w jej oczach, bagatelizował zacięte spojrzenie; głupi, powinien był już do tego czasu się nauczyć, że zawsze wiedziała lepiej od niego. Z ich dwojga to ona była tą rozważniejszą i już wiele razy wcześniej zdarzyło mu się żałować, że jej nie posłuchał.
Dlaczego nie zrobił tego i tym razem?
Nie chodziło jednak o zawiedzione zaufanie ani żal; mimo wszystko musiała rozumieć, wiedzieć, co kazało mu gnać przed siebie, w końcu znała go najlepiej. Chwilą, która wracała do niego najczęściej, nie były zresztą jej prośby, ani widok wątłych ramion, które tak łatwo odsunął od drzwi, zamykając jej drobne nadgarstki w swoich dłoniach. Kiedy zamykał oczy – jadąc klekoczącym pociągiem, wsłuchując się nocą w odległe odgłosy wystrzałów, dosłownie umierając w szpitalu polowym daleko na wschodzie – słyszał głównie swój głos. Kilka niezbyt przemyślanych słów, wypowiedzianych prosto do jej ucha, składających się na obietnicę, której nigdy nie powinien był składać, wiedząc, że jej wypełnienie nie zależało tylko i wyłącznie od niego. Przecież wrócę. Wrócę ani się obejrzysz.
To niby nic wielkiego; był pewien, że większość żołnierzy wyjeżdżających na front tak właśnie żegnała swoje rodziny. Bo co innego można było powiedzieć do rozpaczającej matki, zmartwionej siostry, syna, uczepionego ojcowskich kolan? Z tym, że dla Mathieu to nigdy nie były po prostu wyrazy, choć uświadomił to sobie na długo po tym, jak je już wypowiedział; fakt, który później nieskończoną ilość razy spędzał mu sen z powiek, i który utrzymywał go przy życiu, gdy już miał ochotę się poddać. Świadomość, przypominająca mu, że nigdy wcześniej jej nie okłamał. I że śmierć była kiepskim sposobem, żeby zacząć.
Więc wrócił. Do miasta, w którym już prawie nic na niego nie czekało, do kraju, który nie zważając na poświęcenie tysięcy obywateli, zdecydował się wywiesić w stronę okupanta białą flagę, do rzeczywistości, która tylko wzmagała jego nowo nabyte lęki, wciskając się do jego uszu znienawidzonym językiem, kojarzącym mu się już tylko z nadchodzącą śmiercią. Wrócił, bo obiecał, chociaż wypełnienie tej obietnicy okazało się trudniejsze, niż początkowo przypuszczał; okazało się (naprawdę nie powinno go to dziwić), że Flavie nie stała wcale w tym samym przedsionku, w którym ją zostawił. Miała inny dom, inne życie i – to ostatnie nie chciało mu przejść przez gardło – inną rodzinę. A jemu również daleko było do chłopca, który minął ją w drzwiach, machając wesoło na pożegnanie; te same ręce, które przyciągały ją do siebie, spłynęły krwią, a oczy, śmiejące się do niej lekko, widziały zbyt wiele, żeby chociażby spróbować przywołać echo tych radosnych, beztroskich ogników. Był popsuty, inny, i chociaż nigdy nie dała mu ku temu powodów, to w jakiś irracjonalny sposób bał się, że przestał być wystarczająco dobry, żeby być jej bratem. Zwłaszcza po tym, jak najwidoczniej przestał być wystarczająco dobry, żeby być synem Anselme’a.
Wszystkie te obawy, przez ostatnie tygodnie powstrzymujące go przed przełamaniem dystansu, skumulowały się teraz, powodując, że nie od razu spojrzał jej w oczy, gdy – po nieznośnie długiej sekundzie – odwróciła się do niego. Najpierw zobaczył wypadającą jej z dłoni książkę, z szelestem kartek zsuwającą się na parkową alejkę; chciał ją podnieść, zanim rozmoknięty śnieg zmoczy kartki, ale nie potrafił ruszyć się z miejsca, jakby zaklęty delikatnym dotykiem palców na policzku. Odzwyczaił się od takiego dotyku, od jakiegokolwiek dotyku innego niż ten przepełniony agresją, a jednak nie wzdrygnął się z niechęcią; w tym prostym geście było coś, co nieodłącznie kojarzyło mu się z domem, przywołując na myśl wspomnienie ich matki. Wypuścił powoli powietrze z płuc, orientując się nagle, że do tej pory je wstrzymywał, ale dopiero jego własne imię kazało mu podnieść wzrok i wreszcie spojrzeć na nią z bliska – odnaleźć jasne oczy, jakoś dziwnie wilgotne, ale tak doskonale znajome, że miał wrażenie, jakby nawet na chwilę nie zniknęły mu z pola widzenia. Te same, których widok zawsze wystarczał mu za nieme zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
Nawet nie zorientował się, w którym momencie jego dłoń powędrowała do jego twarzy, chwytając palce Flavie i zamykając je we własnych. Zanim je wypuścił, przyciągnął jej rękę do ust, składając krótki pocałunek na jej knykciach. – Cześć, siostrzyczko – odezwał się wreszcie, nie potrafiąc powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu, który mimo wszystko podszyty był znacznie bardziej skomplikowaną mieszanką emocji, niż tylko czystą radością z ponownego spotkania. Nie spodziewał się – po długich tygodniach emocjonalnej ciszy, w czasie których funkcjonował na pół gwizdka, osuwając się coraz głębiej w otępiające, stwarzające pozory bezpieczeństwa odrętwienie – że cokolwiek było w stanie wywołać w nim tak intensywny uczuciowy kołowrotek. A jednak, jego serce na zmianę to zamierało, to zaczynało nerwowo kołatać, podczas gdy umysł częstował go mozaiką wspomnień i myśli, przypominającą trochę groteskową wizję odurzonego malarza.
Miał ochotę powiedzieć jej tysiące rzeczy, ale nie wiedział, od czego zacząć, więc najpierw wypowiedział tę najważniejszą, która nie dawała mu spokoju odkąd tylko jego pociąg opuścił Paryż. – Widzisz? – odezwał się, unosząc wyżej brwi, jakby pytał: a nie mówiłem?Mówiłem, że wrócę – dodał, i wtedy właśnie własny głos go zawiódł, a szwy pewności siebie i wesołości rozeszły się, ukazując wszystko to, co znajdowało się pod spodem i sprawiając, że końcówka wypowiedzi powędrowała niepokojąco do góry. Ale Mathieu już się tym nie przejmował; nie przejmował się też zresztą ani moknącą w śniegu książką, ani groźbą, że ktoś niepowołany mógłby ich zobaczyć, tylko zrobił to, co chciał zrobić odkąd tylko zobaczył ją po raz pierwszy – przyciągnął ją bliżej, otaczając ramionami i zamykając w szczelnym, braterskim uścisku. Tym razem to on chciał ją zapewnić, że od teraz wszystko będzie dobrze, choć doskonale wiedział – chyba wiedzieli to oboje – że osiągnięcie tego stanu rzeczy wcale nie będzie należało do prostych przedsięwzięć.
Ale czy w trakcie wojny cokolwiek takie było?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Pon Wrz 19, 2016 8:20 pm

Flavie nigdy nie należała do osób wierzących, jej rodzice nie przykładali większej wagi do religii, więc i ona nigdy nie próbowała wciągać się w żadne tego rodzaju praktyki. Nie wierzyła w Boga i nigdy tego nie żałowała. Patrząc na wszystko, co działo się dookoła niej, czasem nawet zdarzało jej się żałować ludzi, którzy z tak wielkim oddaniem potrafili wszystko tłumaczyć boską wolą, jakoby ta niewidoczna siła, postać, czymkolwiek był, miała jakiś wpływ na ich życie. A jeśli nawet, dlaczego miałby sprowadzać na nich całe cierpienie, odbierając im ojców, braci czy ukochanych? To, co działo się na ziemi, wszystkie tragedie, w które uwikłane były życia zwyczajnych ludzi, rządziło się własnymi prawami i z czasem przestawała już wierzyć w to, iż ma nad tym jakąkolwiek kontrolę.
Już dawno przyzwyczaiła się do tego uczucia, gdy wszystko zdaje wymykać się z jej szczupłych dłoni, które najwyraźniej nie były w stanie już dłużej podtrzymywać całego ciężaru, z którym musiała sobie poradzić. Być może nawet dobrowolnie oddawała władzę komuś bardziej kompetentnemu i choć z pewnością nie wyszło jej to na dobre, czasem zauważała, że tak było o wiele łatwiej. Mogła wówczas powiedzieć, iż to przecież nie jej wina, że żyje w ten a nie inny sposób. Iż strach i chęć życia nie pozwala jej przejąć kontroli nad własną egzystencją, nie mówiąc już o tym, iż w starciu z tyranem nie ma najmniejszych szans. Kiedy nie miała już siły walczyć, po prostu poddawała się jego woli. Czuła, jak dryfuje zawieszona gdzieś między życiem a śmiercią, obojętna na wszystko, co dzieje się dookoła, znieczulona na ból własny i innych. Kobieta o wielu twarzach, jak zaczynała o sobie myśleć, każdego poranka spoglądając w lustro i widząc znajomą twarz, która po tym wszystkim wydawała się naprawdę obca. Kim była tak kobieta? Jak miała na imię? Skąd wzięła się w tym pięknym mieszkaniu, ubrana w ładne sukienki, z wonią drogich perfum roztaczającą się za jej sylwetką, gdy przechadzała się powoli paryskimi ulicami, siadała w kawiarniach czy na ławkach w parku i starała się wtopić w otoczenie, udać, iż zupełnie nic nie odróżnia jej od sprzedawcy kwiatów czy kobiety z wózkiem. Nie znała odpowiedzi i być może przestała jej szukać, z każdym kolejnym listem, pozostającym bez odpowiedzi, coraz bardziej tracąc nadzieję.
Czasem liczyła na ratunek. Była tylko człowiekiem, nie mogła powstrzymać napływu myśli i snucia pięknych scenariuszy, w których nagle powraca z wojny jako dzielny bohater, staje na progu jej domu i zabiera z jamy smoka, niczym książę ratując ją, piękną księżniczkę, będącą mu już na zawsze wdzięczną i oddaną. Szybko jednak rzeczywistość uderzała ją z prędkością rozpędzonego pociągu, dając do zrozumienia, iż chwila ta nigdy nie nastąpi, a ona sama swą bujną wyobraźnią jedynie zadaje sobie potworny ból. Zapach parzonej kawy i spokojny oddech jej męża skutecznie sprowadzał ją na ziemię, do szarego, chłodnego Paryża, przepełnionego stukotem wojskowych butów, któremu na każdym kroku towarzyszył twardy, niemiecki akcent.
Była jednak jedna, jedyna rzecz, w którą naprawdę wierzyła. Wierzyła w harmonię, w to, że po okresie radości w jej niebo zasnują czarne chmury. Wierzyła, że teraz płaciła karę za okres sielskiego dzieciństwa, przepełnionego miłością i śmiechem, w otoczeniu pełnej i szczęśliwej rodziny. Nie była jednak pewna, czy mogła jeszcze liczyć na odrobinę szczęścia.
W końcu przestała już liczyć, jak wiele listów wysłała. Nawet kiedy odpowiedzi już dawno nie przychodziły, wciąż, każdego dnia, chodziła na pocztę, naklejała znaczek na zapisaną równym pismem kopertę i wrzucała ją do skrzynki, dobrze wiedząc, że wszystkie te słowa trafiają w eter. Musiała jednak coś z nimi zrobić. Każdym uczuciem, myślą czy obawą musiała się z kimś podzielić, gdy zaczynała czuć, że w niej samej powoli zaczyna brakować już miejsca i wkrótce mogła naprawdę wybuchnąć od nadmiaru wszystkiego, z czym nie potrafiła sobie poradzić. Rozmawiała więc z jedyną osobą, której jeszcze mogła zaufać. Część jej wciąż jeszcze wierzyła, że każdy z tych listów dotarł do adresata i że fakt, iż tak po prostu się nie poddała podnosił go a duchu gdziekolwiek by był.
Nocami wciąż wyciągała zmięte pergaminy, wczytując się w pospieszne zapisane tam słowa i słysząc w głowie jego głos, ciepły i przyjemny, który sprawiał, iż chwilami potrafiła poczuć się jak w domu. Gdy zamykała oczy i pozwalała, aby wspomnienia dzieciństwa rozlały się po jej ciele falą przyjemnego ciepła, poprzez ściany mogła dosłyszeć przytłumioną muzykę i radosny śmiech, poczuć zapach farby, gotowanego obiadu oraz odczuć, jak dziecięce dłonie zaciskają się wokół jej szyi, z wesołością w głosie powtarzając jej imię i ciągnąc za rękę w stronę kolejnej przygody. Jednak gdy je otwierała pozostawała jedynie cisza pogrążonego we śnie domu, chłód drewnianej podłogi i woń przygasającej już świecy. Kilka listów, zdjęć, drobnych zabawek i pospieszny szkic to wszystko, co jej pozostało.
Patrząc znów w te znajome oczy miała wrażenie, iż powoli odnajduje w nich siebie. Nie była jednak pewna czy nawet teraz, kiedy wszystkie gromadzone przez cały ten czas emocje zaczynają nad nią przeważać, potrafiła na nowo być sobą. Zrzucić z siebie wszystkie wyuczone już maski i po prostu być, bez udawania i głupich gier, które prowadziła każdego dnia, mając nadzieję, że w przebraniu jakoś uda jej się oszukać los. Podobno oczy są lustrem duszy, a w jej oczach tkwiły teraz łzy które, tego mogła być pewna, były jak najbardziej prawdziwe.
Jego skóra pod opuszkami jej palców była miękka i ciepła i z każdą sekundą przekonywała się, iż nigdzie się nie wybiera. Był obok niej, nie daleko na froncie, gdzie nie miała do niego dostępu, nie zakopany pod ziemią, zimy i martwy, taki, jakiego obawiała się najbardziej. Żył, jego oczy obserwowały ją uważnie, jego serce biło i pompowało krew, jego dłoń delikatnie ściskała jej, a jego usta całowały jej knykcie. Nie mogła być pewna o to, co przyniosą następne minuty, jednak była przekonana, iż ta chwila naprawdę istnieje.
- Mówiłeś – szepnęła schowana już w jego uścisku, pierwszy raz od dawna czując się naprawdę bezpiecznie. Od tamtej chwili stał się dla niej nową definicją domu. Pozbawieni rodziców i dawnego mieszkania mieli już tylko siebie. I chociaż była od niego starsza, w tamtym momencie miała wrażenie, iż role się odwróciły. To on był starszym bratem, który musiał dbać i troszczyć się o nią, a ona ufała mu bezgranicznie wierząc, że nigdy jej nie zawiedzie. Zamierzała mu się jeszcze odwdzięczyć. W końcu zyskała coś, na czym naprawdę jej zależało.
- Mathieu – odchrząknęła po dłużej chwil, wyplątując się powoli z jego ramion i szybkim ruchem dłoni ocierając błyszczące na policzkach łzy – Co tutaj robisz? – zadała być może najbardziej banalne pytanie, jednak potrzebowała tej odpowiedzi. Tej i nie tylko, chciała wiedzieć wszystko, każdy szczegół, którym mógł się z nią podzielić, jednak wciąż zbyt oszołomiona nie potrafiła ubrać swych myśli w jakiekolwiek porządne słowa. I choć rozsądek podpowiadał jej, iż nie znajdowali się w najbezpieczniejszym miejscu, w tamtej chwili nie wiele ją to obchodziło. Jedyne, co miało znaczenie, to fakt, iż wreszcie byli razem i chociaż to nie zmieniało faktu, iż ich rodzina już dawno się rozpadła, ona sama nie potrzebowała wiele do szczęścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Nie Mar 05, 2017 9:34 pm

    Dwa dni przed Nocą Piwa


Kwiecień od zawsze był miesiącem najdłuższych spacerów i najdalszych wypraw do lasu. Te następowały wyłącznie porankami i przed nastaniem nowego dnia, wyłącznie o porze, w której  szarówka nocy zaczyna powlekać się warstewką powoli wschodzącego słońca. Wyłącznie wtedy, kiedy wciąż jeszcze jest ciemno, ale przecież wiadomo, że niedługo pierwsze promienie utkają na niebie złotą siateczkę. Wyłącznie wtedy, gdy kolejna zła noc zmierza do finału.
Żywiłem cichą nadzieję, że jeden ze spacerów będzie wystarczająco długi, a któraś wyprawa dość odległa, by skrócić wyczekiwanie na upragniony powrót do domu – nie do paryskiego mieszkanka, wciśniętego pomiędzy ładne, malownicze kamienice, ale do tego drewnianego, nękanego przez mróz budynku, rzuconego gdzieś na obrzeża Lahti jak drewniany, zbędny opiłek. Chodziłem dziennie nieraz i po dziesięć kilometrów, nawet mój pies miał dosyć. Lapphund – fińska rasa pasterska; Sami był duży, mądry i z nutką szaleństwa we krwi. „Będzie potrzebował długich spacerów” – powiedział mój ojciec w dniu, w którym wręczył mi szczeniaka, myśląc o instynkcie obronnym i jednoczesnej towarzyskości, przechowywanych przez całe pokolenia w pazurach, kłach i supłach mięśni pod białym, miękkim futrem. Poruszał się dostojnie, szybko i niemal bezszelestnie. Był groźny, choć ukrywał to pod pozorem wesołości i energii; czynił zupełnie tak, jak jego przodkowie hodowani przez Lapończyków do strzeżenia reniferów, jak obrońcy i zabójcy, którym cywilizacja nadpisała nowe role. Role, w których się odnaleźli, ale z których potrafią wyskoczyć w mgnieniu oka – wystarczy jeden bodziec, mogący zaniepokoić stado, a merdający zwykle ogon zamiera w bezruchu, wypatrując niebezpieczeństwa. Sami potrafił zaatakować, chociaż pięknie udawał, jaki to on nie jest grzeczny i dobry – ot, całkowicie niegroźna maskotka o puszystym futrze. Sztukę ukrywania swej natury opanował do perfekcji, potrafił się nawet uśmiechać. Prawie jak jego pan, kiedy sądził, że nikt tego nie widzi.
Sami potrzebował długich spacerów, ale ja potrzebowałem ich po wielokroć bardziej. On rzecz jasna to wiedział – kiedy w Lasku Bulońskim spuszczałem go ze smyczy, ani myślał biegać. Patrzył na mnie jedynie dobrymi, lśniącymi oczami i nawet nie udawał, że się uśmiecha. Przecież doskonale wszystko pojmował – rozumiał, dla kogo pokonujemy te wszystkie kilometry i który z nas potrzebuje tego bardziej. Zwykle pod mądrym, przyjaznym wzrokiem Samiego myślałem wtedy o niej – o tym, że pojawia się w moich snach każdej nocy i że chciałbym podejść do niej i poprosić, aby przestała. Przecież to niekulturalnie (niefińsko) nachodzić kogoś co noc. Czasem myślałem też o Collanim, o tym, jak bardzo źle mu życzę i jak dalece mi za to wstyd. Bywały również dni, kiedy natykałem się na gorzkie wspomnienie Oksany. Pamiętam czas, kiedy pragnąłem, by jednak wróciła; teraz chciałem jedynie wiedzieć, dlaczego wtedy odeszła. Dlaczego zostawiła mnie w mieszkaniu, które jej zaoferowałem, dlaczego to kruche porozumienie musiało zostać złamane i zapoczątkować serię katastrof, dlaczego złe zakończenie jest obowiązkiem, a nie jedną z opcji. Rzygam już tą twoją ciągłą obecnością, nie potrzebuję opiekunki – powiedziała. Nie doczekaliśmy nawet dziecka, które mogłaby mi zostawić, którym mógłbym się zająć, które mógłbym kochać. Nie miałem nikogo – był tylko Sami i moje sny.
Co noc widziałem twarz Ilse, doskonale dostrzegałem ją po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem. Powtarzałem sobie, że wcale nie myślę o niej, że właściwie w ogóle jej nie znam, tylko jeszcze żeby przestała śnić mi się każdej nocy.
Nie przestawała.
Ponury romantyk na miarę czasów, w których przyszło mu żyć – gdybym teraz roześmiał się w głos, nikt nie usłyszałby tego nagłego przejawu smutnej wesołości. Aleja Arachne była o tej porze cicha i opustoszała, zupełnie jak pudełeczko po mlecznych czekoladkach, które wpadło w ręce szczególnie łakomego dziecka. Jedyną żywą istotą w obrębie kilkudziesięciu metrów był Sami – biała plamka majacząca tuż nad brzegiem leniwych wód Sekwany, zbyt pochłonięta dobiegającymi z rzeki zapachami, by zwracać uwagę na właściciela, który kilka minut temu zamarł w bezruchu pośród szarawej, pozbawionej barw trawy. Pozornie nieintencjonalnie obserwowanie psa wiązało się z przemyślanym wbijaniem wzroku w zawijającą nieopodal Samiego ścieżkę, na której – zgodnie z cicho tykającymi wskazówkami zegarka – za dwadzieścia cztery sekundy pojawi się on.
I znów życie będzie trochę bardziej znośne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Nie Mar 05, 2017 11:09 pm

Powyżej był szaro-granatowy półmrok, poniżej inny szaro-granatowy półmrok; dwie niezmierzone i niedostępne otchłanie, tak że świat wydawał się zawieszony pomiędzy tymi dwiema wyblakłymi pustkami, nie dotykając żadnej z nich, nieruchomy i doskonale spokojny.
Krzywił się na każde, donośniejsze stąpnięcie, doskonale wiedząc, że do piątej ma jeszcze siedem minut. Siedem długich minut, czyli dość czasu, by doznać zaszczytu aresztowania za złamanie godziny policyjnej – w przypadku szczególnie nieprzychylnego patrolu, nawet dziesięć.
Przecież liczyły się wyłącznie zegarki na niemieckich nadgarstkach.
Miasto wciąż spowijał senny obłoczek nocy, ulotny i jednocześnie ciężki, jak gdyby nie do końca potrafił wybrać stan własnej nieważkości. Ciche ulice wymagały jeszcze cichszego kroku, który jedynie od czasu do czasu przetykany był przez kurczowo wstrzymywany oddech. Ilekroć na niewyraźnym, rozmytym horyzoncie zamajaczyły niepokojące sylwetki, oddech, krok i ulice zamierały w bezruchu, w napięciu wyczekując rozwoju sytuacji – kiedy zagrożenie mijało, cykl powtarzał się przez kolejne siedem (dziesięć?) minut.
Paskudne bestie, myślał cicho, w obawie, że ponownie zacznie robić to na głos i jednocześnie ze świadomością, iż, nie potrafi uwierzyć we własne słowa. Paskudne - tak; bestie - nie. W nieprzyjemnych, niemieckich oczach zbyt często dostrzegał migoczący, zimny błysk inteligencji, by odmawiać im choćby cienia człowieczeństwa.
Byli paskudni właśnie dlatego, że nie byli zwierzętami. Dlatego, że doskonale rozumieli, co robią.
I czy właśnie to nie czyni z nich bestii, Svein?
Boleśnie przygryzł wewnętrzną stronę policzka, słysząc ten spokojny, leniwy głosik, w tej chwili wyraźnie zniecierpliwiony i rozeźlony wizją oddalającego się snu. Nilsa nie obchodziła logika ani to, co możliwe lub niemożliwe. Prawie spałem, kiedy zacząłeś filozoficzne wywody. Byłoby miło wrócić do tego stanu.
Sveinowi było go serdecznie żal – rzecz w tym, że sam nie czuł już senności. Widział przed chwilą, jak jeden z patroli minął go zaledwie o kilka metrów, i pomimo nocnego dyżuru wcale nie chciało mu się spać.
Tak naprawdę chciało mu się pić.
I w dodatku wyglądają okropnie: w hełmach ich głowy wyglądają jak nie z tego świata. Przypominają ogromne metalowe robaki wyłaniające się z mroku, tak zdecydowanie i wrogo, że niemal budzą podziw.
Rzeczowy, rozbudzony głos Nilsa zamienił się w cyniczny, szczekliwy śmiech, a Svein pomyślał, jakie to dziwne – straszliwie dziwne – gdy słyszy się we własnej głowie fałszywy ton kogoś, kto dawno temu zmarł i po śmierci wylądował Bóg wie gdzie.
Bo chyba nie na stałe w mojej głowie?
Podwinął rąbek rękawa, dostrzegając, jak wskazówka na cyferblacie powoli przesuwa się na pierwszą minutę po godzinie piątej. W teorii był bezpieczny, w praktyce – wciąż miał przed sobą kilkaset metrów całkowicie odsłoniętej, nadrzecznej alejki, na której stanowił jedyny, ruchomy punkt, aż proszący się o sprawdzenie dokumentów. Przez moment Svein bawił się myślą, że w razie rychłego patrolu, mógłby wskoczyć do wody – zastanawiające, jak długo pozostałby przy życiu?
Prawdopodobnie jakieś pięć sekund. A potem spokój, spokój na zawsze. Miła, odrobinę perwersyjna wizja, przelotna myśl o samobójstwie.
Jednak, oczywiście, nie chciał myśleć o tym poważnie – przynajmniej nie dzisiaj, nie, kiedy był chemicznie uodporniony na depresję, niepokoje i tego typu nieprzyjemne przygody. Ta mała, obła tableteczka, którą połknął wraz z zimnym łykiem kawy zastępującej śniadanie – jakże dziękował za nią losowi.
Cztery minuty po godzinie piątej krok mógł stać się odważniejszy, oddech – donioślejszy, a ulice bardziej ruchome. Niewielu Francuzów spało długo po wschodzie słońca, podczas okupacji podział był klarowny: noc jest dla snu, a dzień do pracy. Jedynie Svein, jak zwykle, musiał wywrócić porządek świata do góry nogami i właśnie niwelował odległość między sobą a łóżkiem, jak gdyby to przyciągało go trudną do wyjaśnienia siłą mini-grawitacji.
Jeszcze tylko kwadrans i byłby na miejscu. Piętnaście minut szybkiego chodu i…
Och, Svein. Zapomniałeś, prawda?
Głos brzmiał w tej chwili łagodnie... lecz tkwił w nim trudny do uchwycenia wyrzut.
Jest środa. Kogo spotykamy w środy?
Biała, puszysta plamka stanowiła odpowiedź samą w sobie, zwłaszcza wtedy, gdy ruszyła z miejsca jak wystrzelony z broni pocisk, prawdopodobnie pobijając rekord Francji w biegu na osiemnaście metrów – dokładnie tyle, ile dzieliło ją od Sveina. Ledwie przykucnął, a Sami już był przy nim, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. W kilku susach obskoczył Norwega, by nagle obrócić się wokół własnej osi dwukrotnie i bez ostrzeżenia runąć na swą ofiarę, używając broni ostatecznej, czyli języka, który zdołał naruszyć prywatność Sørensenowego policzka, nim ten złapał psa pod ramię, obdarzając biały, miękki czubek łebka krótkim pocałunkiem. Dopiero wtedy, gdy biała, rozszalała kulka nieco straciła na zapale, Svein uniósł wzrok, niemal natychmiast odnajdując pośredniego sprawcę całego zamieszania.
A więc bezpieczny powrót do domu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Wto Kwi 18, 2017 8:12 pm

Wciąż boleśnie odczuwałem skutki ubiegłej nocy, tego nagłego zrywu, który miał być ucieczką od oswojonej samotności, a okazał się wyprawą w rozpalone, hałaśliwe, chaotyczne pandemonium. Tłum ludzi, z których nielicznych znałem i pewną jakąś część rozpoznawałem, jeszcze przed nastaniem północy podzielił się na grupki w barze o kubaturze hangaru – pomyślałem będą tam sami Niemcy, Janne i poradzisz sobie bez towarzystwa Bjørna, Finie, o godzinie dwudziestej drugiej przekraczając zadymiony próg Folies Bergère.
Półtorej godziny później toczyłem podpitym, kołowatym wzrokiem po zebranych okupantach i powoli dochodziłem do wniosku, że teoretyczne ukulturalnianie się w kabarecie to nic innego jak przykrywa dla podziwiania smukłych i, co istotniejsze, niemal roznegliżowanych ciał tancerek. Na szczęście nie natknąłem się na nikogo z bliższych znajomych (czyli, patrząc prawdzie w oczy, Norwega, SS-Obersturmbannführera, inspektora gestapo lub własnego psa) i szczerze mówiąc, z początku nie miałem ochoty zostawać na dłużej, ale zmusiłem się do wychylenia jednej szklaneczki Infel-Sanddorna.
Później jakoś samo poszło.
Wbrew własnym obawom, nie odsypiałem tamtej wyprawy przez kolejne trzy dni, usiłując wrócić do równowagi, zrzucić z siebie masakrę zimną kranówką, wypłukać sny z krwi i żyły z nadmiaru adrenaliny. W pewien sposób był to drastyczny zwrot w życiu kogoś, kto z zasady nie opuszczał mieszkania, nie sprawdzał poczty, nie rozmawiał z sąsiadami – jedynie popijał, spał, jadł, spał, czytał wybrane artykuły w gazecie, słuchał muzyki, znowu spał, przez cały czas ten dręczony nieokreślonym niepokojem. Kierowała mną nieskomplikowana, żelazna logika: mam środki do życia, więc pełnię rolę pustelnika. Zamykałem się w skorupie jak małż i zaczynałem zaciskać ją coraz silniej – tak było do momentu, w którym pociągnąłem łyk niemieckiego likieru i powróciłem do kontemplowania przewijających się w tłumie kobiecych twarzy. Wcale nie szukałem Ilse. Nie było po co, zresztą, jumalauta, żyła sobie trzy tysiące kilometrów stąd i cuchnęła zdradą.
Szukałem natchnienia. Motywacji.
Nadziei?
Kogoś, kto pozwoli przebudzić się i zacząć na nowo.
Zamiast cudu, odnalazłem alkohol – piłem niespiesznie, byłem leciutko zmęczony i snułem się w obcym tłumie jak socjopatyczne widmo, mając niejasne wrażenie, że dryfuję w pasmach dymu, w których papierosowy zaduch filtrował się przez ciecz będącą co najmniej w połowie czystym alkoholem. Z kimś rozmawiałem, z kimś zapaliłem, okazało się, że zna mnie więcej ludzi, niż sam potrafię rozpoznać (co zdradziło? Brak połowy palca?), poczęstowano mnie czystą wódką, wstęgi dymu snuły się, tnąc pomieszczenie, i wychwytywały rozmazane rysy twarzy. Jakaś średnio ładna dama tańczyła na stole, oblewając się czymś czerwonym, co spływało po jej piersiach jak strugi krwi, mężczyźni dookoła krzyczeli z uznaniem, a ja?
Ja patrzyłem zdjęty nagłą grozą, widząc czołgających się we wszystkie strony, zbryzganych krwią ludzi w przesiąkniętych błotem mundurach, słysząc wizg Organów Stalina, czując nasilający się smród palonego mięsa, który z wolna zaczął wypełniać zimowe powietrze słodką wonią. Nie wiem, co tamtego dnia przeraziło mnie bardziej – oddech śmierci na policzku czy ten zapach, który sprawił, że pusty żołądek, ku memu własnemu obrzydzeniu, zaburczał głośno.
Sami, nie wolno – nie zabrzmiało to ani przekonująco, ani szczególnie głośno – pies był jedyną istotą, która mogła usłyszeć cichy, fiński pomruk, ale z właściwym sobie brakiem subtelności postanowiła go zignorować i przypuściła frontalny atak na Francuza. Nie miałem wyjścia: przypadła mi rola biernego obserwatora tej przelotnej sceny ludzko-zwierzęcej zażyłości, u której podwalin tkwiła skaleczona łapa i niespodziewana pomoc medyczna kogoś, kto z mojego pokracznego francuskiego zdołał wywnioskować jedno – nie znam języka. Osobisty bohater Samiego – smutny blondyn o napiętym wyrazie twarzy kogoś, kto bardzo chciałby się upić, ale alkohol nie jest w stanie przebić się przez warstwę adrenaliny w jego krwi – poniekąd stał się moim bohaterem, od dobrego miesiąca wprowadzając w rutynowe życie Fina kolejny, nie mniej rutynowy punkt.
Środowe poranki nad Sekwaną. Świeże rogaliki, które dzielnie dźwigam w papierowej torbie. Nieuciążliwe milczenie, od czasu do czasu przerywane płynną niemczyzną. Pozory normalności?
Kupiłem – w sposobie, w jakim uniosłem brązowe opakowanie, było coś z triumfalnego gestu wikinga, który wymachuje obciętą głową pokonanego wroga; jednak w dwudziestym wieku gęsta krew zastąpiona została truskawkowym dżemem, a pole bitwy – malowniczą alejką nad paryską rzeką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Nie Kwi 23, 2017 12:17 am

Nie chciał udawać, że pamięta, o czym rozmawiali przed tygodniem – zawodna pamięć zamazała kontury nieodległego wspomnienia, a gdzieś na rubieżach umysłu Sveina gościło niejasne wspomnienie padających słów. Być może powiedział: lasy w Finlandii są ciemniejsze niż gdziekolwiek indziej, jest w nich więcej ptaków i uśmiechnął się mimowolnie, bo w jego myślach już rozchodziła się woń fińskich sosen oraz lepkiej żywicy. Przyjechał tutaj Bóg wie skąd, kreślił równym krokiem na paryskich uliczkach własne ślady, które w niejasny sposób różniły się od śladów innych ludzi, siadał na pustych, cichych ławkach i rozglądał się badawczym wzrokiem – nie uświadamiał sobie przy tym własnego oddziaływania, jak gdyby postanowił być wszędzie u siebie i wszędzie obcy.
Janne Nykänen w całej okazałości.
Przed tygodniem stali oparci o zimny, wilgotny od porannej rosy murek, którego nierówności wciskały się w zgarbione plecy – Svein czubkiem buta kręcił kółka na żwirze, a Fin niespiesznie ćmił papierosa, za nic mając zimną mżawkę. Po raz kolejny stali ze sobą dłużej, niż mieli sobie cokolwiek do powiedzenia, i gdyby Sørensen tylko umiał, namalowałby ten długi mur i ich obu, bardzo małych, opartych o cegiełki. Nie musiałby opisywać chłodnego światła, a poranne przygnębienie można by bez trudu wyczytać z tego obrazu, bo każdy widziałby matowe, puste niebo nad zmokniętymi czubkami jasnych głów, każdy przeczuwałby także, że pod takim niebem, w takim świetle można się prędko zgubić. I że to ich wkrótce czekało: zgubią się, jeden drugiego, każdy siebie.
Ani razu podczas czterech (to będzie piąte?) spotkań nie rozmawiali zbyt długo. Słowa były nieporęczne, smakowały ołowiem, nosiły w sobie pierwiastek kłamstwa i wydawały się zwyczajnie nienaturalne o tej porze – porze, kiedy większość paryżan wciąż śpi lub niemrawo opuszcza ciepłą pościel, rozpoczynając kolejny dzień pod znakiem okupacji. I tylko ta dwójka, bardzo cicha i niepasująca do miasta w którym się znalazła, obserwowała szary świt, już nawet nie umiejąc spodziewać się cudu – bo nawet, gdyby się zdarzył, nie znali właściwego sposobu, aby go przyjąć. Chyba nie domyślali się, że można zareagować na niego inaczej niż urywanymi zdaniami i krótkimi spojrzeniami, więc po każdym z czterech spotkań przemierzali wciąż puste ulice, jak zwykle podnosząc kołnierze i wsuwając ręce w kieszenie. Janne szedł pochylony lekko w przód, jak gdyby przezwyciężał słaby, ale nieustanny opór, do którego można przywyknąć – Svein przypisywał to jego wzrostowi (czy nie tak chodził Magnus?), lecz nie miał dość odwagi, by powiedzieć coś jeszcze i dopiero, kiedy Nykänen znikał za rogiem, na myśl przychodziły mu stosowne do chwili pytania.
Ale nie zadał ich nigdy – ani wtedy, ani przy kolejnym spotkaniu, ani dziś, kiedy wciąż niepewnie patrzył na mundur, który nie pasował do Jannego, jakiego znał.
O ile go znał?
Byli zbyt nieśmiali, by sklecić choćby jedną, spójną rozmowę, by wyciągnąć z niej jakiekolwiek wnioski na temat tego drugiego, by ubrać w słowa myśli, które wartkim strumykiem przetaczały się pod taflami jasnych spojrzeń. Svein wciąż odczuwał ten naiwny, dziecięcy lęk, że mogłoby wydarzyć się to, co w domu zdarzało się ciągle: że po zadaniu pytania zostanie zignorowany – głównie więc milczał, nie dostrzegając w panującej ciszy niczego uciążliwego. Jedynie raz, przed dwoma tygodniami, z nakrętką od termosu w drżącej ręce i wzrokiem wbitym w pękniętą kostkę na chodniku, zapytał Jannego, czy uważa, że Paryż pod okupacją jest ładny. Po chwili zastanowienia Fin odpowiedział akademicko: nie może tego ocenić, bo nie znał innego Paryża.
Odpowiedział uczciwie, więc dlaczego ręce Sveina drżały nadal, a kawa rozlewała się, plamiąc rękaw płaszcza?
- Nie musisz przynosić za każdym razem śniadania – na ustach w końcu pojawił się blady cień uśmiechu, a wzrok – dotychczas uporczywie wbijany w Samiego – po raz kolejny zamarł na niemieckim mundurze, wywołując nieprzyjemne, zagnieżdżone w skołatanym sercu uczucie…
Straty?
Winy?
Wypieranych wspomnień?
Tych, o których nie chciał pamiętać i tych, o których powinien zapomnieć.
- Dziękuję – kolejne słowo pada w krótkim odstępie czasu od poprzedniego: nie chciał traktować Jannego, jakby był winny, bezpieczniej było wrócić do chwiejnego kompromisu, jaki zachowywali. Byli jak dwoje podróżnych, których los na czas długiej wyprawy pociągiem przykuł do wspólnej ławki. Wiedzieli, że muszą traktować się z ostrożną uprzejmością, nie narzucać się, nie naciskać, nie drążyć pewnych tematów. I może tylko od czasu do czasu rozerwać się lekką, przyjemną pogawędką, byle tylko nie przesadzić.
Nawet z umiarem okazywana sympatia może się obrócić przeciwko im.
- Malowałeś ostatnio? – spróbował uśmiechnąć się lekko, przyjaźnie, niezobowiązująco, tak, by pytanie nie brzmiało jak przymuszenie do rozmowy, chociaż w jakimś stopniu – znacznie wyższym, niż Svein przyznawał – potrzebował tego dialogu. Potrzebował chwili przeciętności i ich zimowej, spokojnej równowagi, ostrożnej i mozolnej jak schodzenie po schodkach śliskich od deszczu. Potrzebował, bo tylko to sprawiało, że na chwilę – na kilkanaście minut w przeciągu tygodnia – mógł poczuć się zwyczajnie.
Normalnie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Sro Kwi 26, 2017 12:05 am

Merde, wymamrotałem do gołębi, z mozołem odtwarzając w myślach drogę powrotną do własnego mieszkania. Ptaszyska, zamiast rozpierzchnąć się trwożliwie pod wpływem okropnego akcentu, jedynie kpiąco zagruchały, co wywołało we mnie poczucie winy, że nie dołączyłem do wiosennego nastroju histerycznej radości. W ramach wstydliwych przeprosin przez dwie minuty cierpliwie kruszyłem croissanta, rozpoczynając tym samym gołębią ucztę, choć każde włókienko składających się na fińskiego strzelca wyborowego mięśni wiedziało, że ma dobry powód, by się dąsać. Przebywałem w Paryżu od kilku tygodni i wszystkie moje plany co do przyszłości – słowo, którego obawiałem się jeszcze bardziej niż nieszczęsnego kieltolaki – były rozdmuchiwane jak wiosenne pyłki. Zasoby finansowe nieubłaganie topniały, postęp w leczeniu obrażeń gwałtownie zahamował, a moi sąsiedzi z wszelkim prawdopodobieństwem byli potomkami Victora z Aveyron i mieszkając obok nich miałem wrażenie, że nie do końca są świadomi swojego otoczenia.
Pewnie nawet nie zauważyli, że jedna z dwóch pustych doniczek na parapecie była do połowy wypełniona niedopałkami unoszącymi się nieruchomo w czarnej wodzie – pan domu musiał kiedyś zgasić papierosa w glinianym wazoniku, a potem podświadomie zadecydował, że właśnie tam jest miejsce na jego w połowie wypalone pety. Wszystko to dobrze wyjaśnia, dlaczego musiałem poświęcić cały ubiegły tydzień na wyszorowanie własnego mieszkania, zanim nadawało się dla osoby, której żaden z pięciu zmysłów nie został uszkodzony. Jego zaletą było jednak wysokie położenie – dzięki niemu rzadko budził mnie hałas, który przed świtem robili dostawcy mleka i gazeciarze, więc zwykle drzemałem do momentu, kiedy pierwsi pomyleni kierowcy zaczynali trąbić i ryczeć silnikami w drodze do pracy. W równie doborowym sąsiedztwie zauważyłem coś jeszcze – Francuzi szalenie uwielbiali alegorie i jeszcze obłędniej ich nadużywali. Przed okupacją cały naród musiał omawiać w szkołach siedemnastowiecznego La Fontaine’a, którego morały po dziś dzień pozwalają francuskiemu umysłowi na wyjaśnienie niemal każdej sytuacji – kiedy tylko wydarzy się coś nieszczęśliwego, Francuz sarknie na to oczywiście, to jak krewetka i kot albo krowa i kurczak, po czym opowie historyjkę, która nie ma nic wspólnego z jego problemem, ale poprawia mu humor, bo sprawia wrażenie, że na świecie wszystko ma swoje miejsce.
Kiedy obserwowałem, jak mój francuski znajomy powoli podnosi się z kucek, bezlitośnie niwelując panującą pomiędzy nami odległość do akceptowalnej przez Fina granicy półtora metra, pomyślałem, że nasza relacja ma w sobie coś z opowiastek La Fontaine’a – analogia była zbyt oczywista, ale nie mogłem powstrzymać się przed niepokojącą myślą, że spotkania z Challesem były jak przechodzenie przez rzekę ze skorpionem na grzbiecie – tyle, że monsieur Thénard był pajęczakiem zaopatrzonym w kamizelkę ratunkową.
Mógł mnie ukąsić i sam się uratować.
- Nie muszę, ale chcę – chyba próbowałem się uśmiechnąć, choć z mieszanymi uczuciami kotłującymi się pod wilgotną czupryną nie jest to najłatwiejsze zadanie. Z jeden strony (powściągliwie i dość nieświadomie) cieszyłem się, że znajduję się tu, gdzie jestem (czyli na pustej, bezpiecznej dla zdrowia alejce nad rzeką), z drugiej: martwiłem, co się stanie, kiedy pewnego dnia nie spotkam tu Challesa.
Jestem apatyczny, przechodzę przez życie tak, jakby mi na niczym nie zależało, tragiczny ze mnie kompan do rozmowy i jeszcze tragiczniejszy przekaźnik uczuć, więc wszystkie uśmiechy Challesa, wszystko, co dla mnie zrobił – dla mnie i dla Samiego – napotykały barierę uprzejmego zdystansowania. Gdyby pewnego dnia (pewnej środy) Thénard nie pojawił się na horyzoncie, byłaby to kara za to, że nie potrafię zachowywać się jak człowiek – gwoździem do trumny jest to nieszczęsne dziękuję, na które nie potrafię zareagować niczym innym, jak tylko wyciągnięciem w jego stronę papierowego opakowania.
Subtelnie, Janne.
- Trochę wschodów, Lasek Buloński i jego – w końcu udało mi się uśmiechnąć, kiedy skinięcie głowy wskazało na zajętego napastowaniem kreciego kopca Samiego. Nie dałem po sobie poznać, że naprawdę, naprawdę nie mam pojęcia, czy i jak malować – a już w szczególności nie wiem, w jaki sposób o tym mówić. Te pokracznie formułowane myśli były wymówką przed właściwą częścią rozmowy, przed momentem, w którym w końcu jeden z nas (pytanie tylko: który znajdzie w sobie dość odwagi?) odnajdzie odpowiednie słowa i głośno ich użyje.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że obowiązek ciążył na mnie.
- Challes, posłuchaj… - coraz wyraźniej czując, że dzień staje się dla mnie zbyt wyczerpujący (a nie minęła jeszcze szósta rano), wbiłem spojrzenie w jasne, druzgocząco łagodne tęczówki Thénarda, odnosząc dziwne wrażenie, że właśnie z kretesem przegrałem. – Jeśli chodzi o twoją prośbę sprzed dwóch tygodni... – wzdrygnąłem ramionami tak, jakbym uparcie próbował strącić z nich ciężar niewypowiedzianych słów. Nie pomogło.
- Za tydzień. Ale tylko jedna, więcej nie mogę.
Bo oszaleję z bólu, bo rozpadnę się na drobniutkie drzazgi, bo zupełnie postradam zmysły, kiedy w nocy znów obudzę się z wrażeniem, że mundur nadal się na mnie tli.
Ale o wojennych traumach się nie rozmawia, prawda? Nie w obliczu rychłego powrotu na front.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Czw Cze 15, 2017 9:52 am

Challes.
Wymawiając to imię – nadal obce, wciąż nieznane, nigdy niepolubione – akcentował i przeciągał pierwszą samogłoskę, przez co pierwszej litery prawie nie było słychać: Aalles. Podczas pierwszych trzech spotkań, Svein nawet to lubił; chciał być osobą, której wymyślone, nierzeczywiste imię brzmi jak niemieckie wszystko, ponieważ jak wszystko w otaczającym ich świecie – było kłamstwem.
Pamięta, że jeszcze w Norwegii (w domu; zaskakujące, jak łatwo przychodziło mu wypowiadać to słowo mimochodem – hjem – słowo o miękkich, naturalnie ciepłych głoskach, jakby we wszystkich językach świata brzmiało właśnie tak) uważał, że Finowie nie dopuszczają nieznajomych do swoich kręgów. Że w Finlandii nikt nie zaprasza na kawę ani do mieszkania, ponieważ jej obywatele mają już wszystko tak poukładane w życiu zawodowym i prywatnym, iż osoby z zewnątrz nie mogą w tej układance zaistnieć. Musiało minąć kilka lat, musiała rozpętać się wojna, Paryż musiał utonąć w późnozimowym marazmie, by Svein pojął własny błąd – to nie Finowie odgradzali się od świata, lecz świat od nich, jak gdyby istnienie ludzi, dla których sensem nie były słowa, lecz czyny, budziło w nim strach. Później przez długi czas próbował wyobrazić sobie, co czuł Janne u schyłku lutego w obcym mieście, wtedy, gdy chodniki porządnie posypano piaskiem, a mimo to na nierównościach można było się poślizgnąć. Wtedy, gdy ledwie dzień wcześniej było cieplej, przez co śnieg topniał na dachach i przy jezdniach, ale w nocy znowu zamarzał. Wtedy, gdy niebo wisiało nad budynkami nieruchomą szarą masą, a przechodnie ukryci w czarnych zimowych płaszczach omijali zimne spojrzenia niemieckich patroli.
Był smutny? Smutkiem tego rodzaju, który odczuwał Svein, kiedy opuszczał Oslo? Smutkiem kogoś, kto wyjeżdżał zawsze wtedy, kiedy sytuacja stawała się nieznośna, a rzeczywistość – przytłaczająca?
Sørensen wielokrotnie powtarzał ten krok – odchodził – ukrywając za tym pewien wzór, dający się odczytać już za pierwszym razem: pozostawić za sobą to, co się dobrze zna, co nie stanowi już żadnego wyzwania, być ciekawym innych doświadczeń, w końcu i siebie samego w nowych warunkach, przedkładać ruch ponad cel – złe strony takiej natury dla otoczenia Sveina i dla niego samego były oczywiste już w zarodku, ale nigdy nie odnalazł w sobie dość odwagi, by zaprzestać ucieczki. Nie różnił się przy tym szczególnie od innych: w podobnych czasach, w czasach, kiedy czas płynie zbyt szybko i może zbyt szybko się skończyć, każdy musi podtrzymywać w sobie brawurę poruszania się. Nie zastanawiał się długo, niemal nie patrząc wyławiał dla siebie z odmętów przypadkowości jakieś życie, nie pytał, czy ono do niego pasuje, po prostu żył i to życie zaczynało naginać się do jego potrzeb – albo przynajmniej z czasem zaczynał w to wierzyć.
Za każdym razem – w Oslo, w Trondheim, ponownie w Oslo i nawet tutaj, w Paryżu – powtarzał, że to tylko tymczasowe i że wkrótce wszystko powoli wróci do normy.
Ale nigdy nie wracało, a Svein – oniemiały z niepewności i zaskoczenia – mógł jedynie obserwować, jak traci kontrolę nad własnym życiem. Nawet teraz, kiedy zdrętwiałymi ze zmęczenia palcami odwijał szeleszczący papier, który skrywał w sobie jedyną rzecz, jaką Janne potrafił kupić w piekarni – croissanta – nie posiadał kontroli nad rzeczywistością. Usilnie poszukiwał punktu zaczepienia w Samim, z trudem nadążając spojrzeniem za jego poczynaniami nad brzegiem rzeki; w końcu śledzenie psa wzrokiem przerodziło się w nierówny, wyczerpujący pojedynek, którego nie mógł zrekompensować nawet świeży, kruchy jak ułuda pewności siebie wypiek.
- Powinieneś pokazać mi obrazy – spróbował się uśmiechnąć, ale nagła suchość w gardle – zupełnie jakby utknęło w nim drobne stworzonko o gęstej sierści i długich pazurkach – przerodziła uśmiech w słaby grymas zawahania. Zarówno Svein, jak i Janne, mogliby spędzić w tym miejscu resztę dnia, czekając na jakiś sygnał z drugiej strony, jak gdyby cała ta sytuacja ze wszystkim, co się z nią wiąże, stanowiła dla nich wielką niewiadomą.
Ale nie powinni – chyba nawet nie chcieli – zostawać tu na dłużej, zwłaszcza w cieniu słów, które ostrożnie padły z ust Fina, sprawiając, że dłoń z nadgryzionym croissantem opadła nieznacznie, a wszelkie pozory nieudatnej wesołości zniknęły z twarzy bezpowrotnie.
Poczuł, że musi zapalić.
Palce na oślep odnalazły wymęczoną bibułkę do połowy wypalonego i oszczędnie zachowanego na później papierosa, zapalniczka szczęknęła żałośnie, ostry dym wypełnił płuca.
Ukojenie.
- Rozumiem – uciekł wzrokiem gdzieś na bok, byle dalej od bolesnej skruchy w jego oczach. Miał wrażenie, jak gdyby ktoś ich owinął niewidzialnym kocem. Niesamowite uczucie: przemarzłeś i teraz zbliżasz się wreszcie do ciepłego pokoju, gdzie w kominku buzuje ogień. Dla Jannego była to tylko jedna tabletka, niewielka, biała pigułka, w którą w dowolnej chwili może się zaopatrzyć – jednak dla Sveina był to jeden bilet podwożący stację bliżej do punktu docelowego.
Ostatniej, udanej ucieczki, po której nie będzie kolejnych.
- Dziękuję, Janne. To wiele dla mnie znaczy – tym razem uśmiechnął się naprawdę, samymi kącikami ust, lecz szczerze, aż do powstania płytkich dołków w policzkach. Svein, dopalając papierosa i gasząc go na wilgotnej od rosy trawie, pomyślał ze spokojem, że być podobną pociechę musi czuć tonący, gdy na koniec przestaje się szamotać i dopuszcza do siebie słodką, ciepłą senność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   Sob Wrz 02, 2017 1:08 am

Gdybym tylko zechciał powiedzieć: najbardziej w Challesie ekscytuje mnie to, że przed dwoma tygodniami w jednej dłoni trzymał zabójczo mocnego ecksteina, a drugą karmił kaczki, byłaby to przesada, ale niewielka. Jest w końcu coś głęboko pocieszającego w myśli, iż w makabrycznych czasach wszechogarniającego faszyzmu zdrowotnego, zewsząd nękany ja – palacz raczej okazjonalny, ale zakrawający o miano uzależnionego – mogłem odnaleźć oparcie w medycznym autorytecie Challesa Thénarda. Wypracowałem nawet subtelną rytualność tych spotkań, zawsze czekając, aż on – zwykle pogrążony w myślach, do których nigdy nie miałem otrzymać prawa wstępu – w końcu zapali. Kiedy więc zapala, zapalam i ja (niekiedy nawet przypalamy sobie nawzajem) i za siwym obłoczkiem uwalnianych przez niego kłębów inspirującego dymu palę bezpiecznie, bo wiem doskonale, że nikt nie zdoła zakłócić nam tej świętej ceremonii. Niestety przed tygodniem Challes, najwyraźniej wiedziony osobliwymi dziwactwem, którego mu przecież jak każdemu wielkiemu człowiekowi nie brakuje, oświadczył, że musi ograniczyć, a najlepiej – całkowicie rzucić – palenie. Na sam wydźwięk tych słów wezbrała we mnie powodziowa fala mdłości, czego, całe szczęście, Thénard nie zauważył – był wtedy zbyt pochłonięty Samim, który choć raz postanowił wspomóc swego pana w niedoli. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.
Czy w ogóle było o czym myśleć?
Powiedział to przecież z taką swobodą, pomiędzy podrapaniem psa za uchem a przywołaniem na usta mirażu uśmiechu, którego uczepiłem się jak brzytwy podczas powodzi stulecia. Było zresztą w tym uśmiechu coś, czemu nie potrafiłem się nadziwić – do jednej z tajemnic Challesa należała zdumiewająca umiejętność syntezowania intymności z pewnego rodzaju posągowością, zupełnie jakby każdy z przejawów (nawet tej pozornej) wesołości mógłby ukazać coś, co Thénard pragnął zachować dla siebie. W takich chwilach był bliski i zarazem oddalony o tysiące lat świetlnych – a mimo to podskórnie odczuwałem, że mógłbym zwrócić się do niego w każdej, najbardziej nawet osobistej i zarazem duperelnej sprawie, i jednocześnie wiedziałem, że do Challesa chodzi się tylko w sprawach najważniejszych.
Przez cały tydzień tkwiłem więc w niemrawym zawieszeniu pomiędzy poparciem jego decyzji (bo on poparłby moją, bo nic mi do tego, bo może nie palić, jeśli tylko ma ochotę) a głośnym potępieniem równie pochopnych ustaleń (bo od tego się przecież nie umiera, bo pomaga na stres, bo kto to widział – rzucać tak z chwili na chwilę?). W powstałym chaosie niewiele dzieliło mnie od czynów tyleż desperackich, co ostatecznych; niemal docisnąłem pedał patosu do dechy i byłem gotów głośno przyznać, że podczas wspólnego oddawania się nałogowi spotkało mnie wiele dobrych rzeczy, że dzielenie się paczką papierosów wywoływało poczucie intelektualnego odrodzenia, że dzięki dławiącemu, siwemu dymkowi dopełniał się rytuał cotygodniowych spotkań i że niemałe, jeśli nie największe, znaczenie miał fakt, że ze strony palącego Challesa doznawałem poczucia prawdziwej jedności.
Argumentacja była suta, wymagała wielu słów, znaków interpunkcyjnych i wznosząco-opadającej intonacji – dlatego ulżyło mi, kiedy ujrzałem w jego palcach papierosa, którego z całą pewnością nie palił w ramach protestu przeciwko nikotynie.
To były miłe wczesnoporanki, nawet, jeśli akurat skąpane w deszczu lub zasnute siną mgłą. Świadomość, że po bezsennej, przetykanej krótkimi półdrzemkami – bo już nawet nie pełnowymiarowymi drzemkami – nocy spotka się kogoś, kto nie wymaga wypowiadania słów, potrafiła przynieść ukojenie. W środowe przedświty byłem więc mile podekscytowany (o ile w moim przypadku można mówić o ekscytacji) nieuniknioną perspektywą spotkania, a może nawet perspektywą całej serii przypadkowych spotkań z Challesem – bo kiedy w południe lub wczesne popołudnie przemierzam Paryż, lubię myśleć, że może spotkamy się raz jeszcze, bez planowania, przewidywalności i zasnutych mgłą intencji.
Być może właśnie wtedy poczuję się jak mieszkaniec tego miasta, a nie tylko przelotny turysta, którym – spoglądając prawdzie w oczy – przecież byłem.
Powinieneś jeden kupić – pragnąłem odwzajemnić cień jego uśmiechu, lecz nim kąciki ust zdążyły wygiąć się ku górze, czujne spojrzenie przechwyciło ten słaby, przesycony niepewnością grymas. Nie potrafiłem pojąć, skąd w Challesie tyle wahań – i chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że wiem o nim jedynie tyle, ile sam zechciał wyjawić bądź ile wywnioskowałem z urywanych, szczątkowych rozmów, jakaś część ciekawskiego Jannego domagała się wyjaśnień, najwyraźniej nie przepadając za wybrakowanym ciągiem przyczynowo-skutkowym.
Postępując nielogicznie, domagałem się logiki – dopiero teraz pojąłem smutek tego paradoksu.
Dla odmiany ktoś pomoże tobie – on uciekł spojrzeniem w bok, ja mimowolnie podążyłem za nim, najwyraźniej doszukując się w pobliskiej kępce trawy odpowiedzi na nigdy niezadane pytanie. Dlaczego potrzebujesz tej tabletki? wydawało się banalne, niewłaściwe, dziecinnie wręcz proste, zwłaszcza w obliczu medycznego zacięcia Challesa, jednak chęć usłyszenia odpowiedzi z jego ust była silniejsza niż obawa przed ośmieszeniem.
Na szczęście posiadałem znacznie więcej blokad niż tylko tę oscylującą wokół przeciętnego, ludzkiego wstydu. Słowa po raz kolejny – choć uformowane w myślach – nie znalazły drogi na zewnątrz, jeszcze przez moment rozbrzmiewając w myślach jak coraz słabsze echo wykrzyczanych przed wiekami słów.
Chodź – mówię w końcu tonem kogoś, kto nie do końca jest pewien, czy może wydawać polecenia –jednak moment wahania prędko minął, a wypowiedziane na głos słowo dotarło nawet do Samiego, który oderwał się od cuchnącej zimą rzeki i karnie wykonał polecenie.
Przyszedł.
Odprowadzimy cię – tym razem to moje spojrzenie ucieka przed błękitem tęczówek Challesa, najwyraźniej spodziewając się kurtuazyjnej odmowy lub prób negocjowania drogi. Postawione warunki były jednak nienaruszalne, podobnie jak doprowadzenie blondyna pod same mury kamienicy, której adres – z wahaniem i delikatnym cieniem wstydu – w końcu wyjawił. – Dojedz croissanta.
Kolejne polecenie, kolejny moment zawahania, czy powinienem zachowywać się równie despotycznie i kolejna myśl, której nie wypowiedziałem na głos. Zmizerniałeś, podszyte niewyjaśnioną troską i naleciałością wyrzutu, nie przecięło ciszy, jaka zapadła, kiedy postawiłem pierwszy krok od kilkunastu minut.
Nie chciałem, żeby czuł wyrzuty sumienia – wolałem spotęgować własne.

/zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Aleja Arachne   

Powrót do góry Go down
 
Aleja Arachne
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: