IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Las Rambouillet - Page 4


Share | 
 

 Las Rambouillet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Las Rambouillet   Nie Lip 31, 2016 10:52 am

First topic message reminder :



Las Rambouillet

Położony na zachód od Paryża, zajmuje prawie 200 km² powierzchni. Na jego skrajach wybudowano parki, a do serca lasu nie zapuszcza się nikt, kto nie ma takiej potrzeby.

Chodzą słuchy, że gdzieś tutaj ukrywają się partyzanci, a okoliczna ludność powtarza także plotkę, jakoby naziści składowali swoje skarby w leśnych ziemiankach. Powszechne są też legendy o prawdziwych bestiach, jakie zamieszkują te tereny, ale prawda jest taka, że nigdy nie widziano tu nic większego od jelenia.

Tajemnic tego miejsca strzegą setki tysięcy drzew, strumyki, rzeczki i polany, a fauna i flora sowicie nagradza swoimi widokami każdego, kto przyszedł tu wypocząć. Jeśli masz inne zamiary, kto wie, czy Matka Natura nie postanowi ich pokrzyżować?




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Sob Sty 14, 2017 8:51 pm

The member 'Bagietka' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Sob Sty 14, 2017 10:30 pm

Drużyna czerwona

Zarówno Arthur jak i Wolfgang świetnie poradzili sobie z zadaniem. Sędzia przygotował się na tłumaczenie, układał sobie je w głowie,  a cała drużyna nie miała problemów z obsługą czołgu. Poczuł się niepotrzebny. Starszy żołnierz zaimponował mu szybką adaptacją w nowym środowisku. Tajemniczo i złowrogo wyglądające dźwignie nie przeraziły go na wstępie. Poczuł jakiś szacunek do starszego żołnierza, kto wie, co robi na co dzień. Drugi zaś miał nieco łatwiejsze zadanie, bo każdy mężczyzna w Wehrmachcie powinien potrafić strzelać. Jego też chciał szybko poinstruować,  ale Wolfgang poradził sobie znakomicie. Spoglądając do ściągawki, gdzie miał zapisane instrukcje, z uznaniem spojrzał na mężczyzn.
- Udało się za pierwszym razem, mogę was przewieźć do czwartej konkurencji. Trzymajcie się – odpowiedział, zasiadając za kierownicą, o ile tak można nazwać serię dźwigni. Czołg zaczął się cały trząść, a gąsienica ruszyła do przodu. Ostre prowadzenie mogło powodować mdłości, a taką maszynerią nie można było liczyć na delikatność. Drużyna czerwona mogła odpocząć. Czołg musiał ominąć strome wzgórza, przejeżdżając przez trasę w świerkowym lesie. Droga zaoszczędziła im połowę czasu spędzonego na wzgórzach. Niestety czołg nie mógł jechać dalej, więc Arthur z Wolfgangiem musieli kilka z nich przejść o własnych nogach. Te były o wiele mniej strome, ale dzięki szybkiej podwózce nadrobili czas spędzony na walce z dzikiem. Schodząc z ostatniego wzgórza zobaczyli piaszczysty teren czwartej konkurencji.

Drużyna fioletowa

Szczęście odwracało się od dwójki mężczyzn. Nawet Hans może mieć młodszą osobę w zespole i nie być zadowolonym z poczynań swojego kompana. Trening miał nauczyć ich pracy zespołowej, więc może nawet w niezręcznym milczeniu odkryją po co tak naprawdę się tu spotkali? Czy chodziło o przejście konkurencji, czy może współpracy? Każdy sobie nigdy nie osiągnie sukcesu. Jednak ani sędzia ani jego drużyna nie powie im najważniejszej z prawd. Muszą ją odkryć sami. W milczeniu droga mijała im dłużej, ale gdy padły słowa przeprosin ze strony Roberta, Hans potknął się o własne nogi i zaczął się sturlać z ostatniego ze wzgórz. Jego kompan chciał złapać znajomego, ale gdy tylko wychylił rękę, sam również podzielił jego los. Grube mundury chroniły ich ciała przed obrażeniami, zatrzymali się na stosie rozmiękczonej słomy. Gdy świat przestał im się kręcić przed oczami, zobaczyli teren czwartej konkurencji.

IV konkurencja

Przed waszymi oczami rozrasta się zupełnie inny krajobraz niż dotychczas.  W oddali możecie zauważyć gęsty las świerkowy. Przed wami znajduje się tylko sterta piachu, olbrzymi dół i gość, który przegryza kanapkę. Pospiesznie wyciera usta, a sos ze zmiażdżonego pomidora zbiera się w kącikach. Ociera ręce o mundur i spieszy do powitania gości. Nie wyciąga na powitanie ręki, jedynie poprzez skinienie głową nawiązuje z wami pierwszy kontakt. Macha do was, prowadząc w stronę wielkiego dołu, jego długość przekracza metr, lecz nie ona była ważna w tym zadaniu. Był on głęboki na trzy metry, a ziemia na samym dnie była jeszcze zamrożona. Żołnierz kazał wam stanąć na jego skraju i spojrzeć w dół. Nim zdążył ostrzec, wepchnął was do środka, a upadek na pewno należał do bolesnych.
- Dwie minuty na wydostanie się – rozkazał, zerkając na swój zegarek.

W nadchodzącym poście ustalcie między sobą SPOSÓB, jak wydostać się z dołu i dokładnie go opiszcie. Rzucacie kostką k6, aby dowiedzieć się, która drużyna pierwsza opuści konkurencje. Ci co mają większą sumę oczek, będą pierwsi. Przesunięcie to wynika z waszych kostek i pokonania zarówno przez Hansa jak i Roberta szybciej męczących wzgórz. Opóźnienia związane z dzikiem oraz czołgiem wyrównują się, więc musimy to rozwiązać w ten sposób.

rozpiska statystyczna

Czas na odpis: 16.01 do 18, post na pewno pojawi się po mojej pracy, więc zdecydowanie po 19 i przepraszam ostatnio nie mam w ogóle mocy do niczego
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pon Sty 16, 2017 2:06 am

UP nr 2

Arthur musiał przyznać, iż prowadzenie czołgu było o wiele cięższe, niż zapamiętał to z czasów, gdy próbował tego po raz pierwszy. Wiedza teoretyczna w większości wydawała się mało pomocna i prze dużą ilość czasu mężczyzna starał się wyczuć maszynę, w myślach zaciskając kciuki i błagając o to, aby wszystko poszło po jego myśli. Z każdą kolejną konkurencją, a raczej z każdą przeszkodą, niepowodzeniem i opóźnieniem, Vogel stawał się coraz bardziej zdeterminowany do zwycięstwa. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego, adrenaliny powoli rozpędzającej się w jego żyłach, przyspieszającego bicia serca na samą myśl o utarciu nosa własnemu ojcu. Bardziej niż wygranej pragnął ujrzenia miny Hansa, gdy pierwszy raz w całym swoim życiu jego syn okaże się lepszy od niego i być może nawet godny chociażby oschłej pochwały ze strony starszego żołnierza. Nie żeby specjalnie zależało mu na zdobyciu uznania ojca, wojsko wciąż nie było czymś, co sprawiało mu przyjemność i bez względu na wynik, w dalszym ciągu pragnienie powrotu na studia będzie mu towarzyszyć, jednak chociażby chwilowe uprzykrzenie życia własnemu ojcu, który jemu czynił to przez niemalże całe, zarówno dziecięce jak i dorosłe życie, wydawało się doskonałym pocieszeniem.
Dlatego robił co mógł, posiłkując się wskazówkami swojego partnera. Gdy zatrzymał pojazd wiedział, że w tym momencie wykonał już swoje zadanie najlepiej jak potrafił i reszta w dużej mierze zależała od Wolfganga, który miał zajmować się strzałem. Po chwili o zatrzymania czołgu do jego uszu dobiegł odgłos wystrzału, przerywający chłodne powietrze, a gdy na własne oczy był w stanie ujrzeć wynik ich pracy, na jego ustach mimowolnie znów zagościł szeroki uśmiech. Z zadowoleniem spojrzał w stronę Wolfganga, starając się opanować rozciągające się kąciki ust.
- No, brawo. Mam wrażenie, że jeszcze nie wszystko stracone – rzucił w stronę towarzysza, dłonią klepiąc go lekko po plecach, po czym spojrzał w stronę obserwującego ich poczynania żołnierza. Gdy z jego ust padła propozycja podwiezienia w stronę kolejnej konkurencji, Arthur coraz bardziej odzyskiwał nadzieję, choć nie zamierzał jeszcze za bardzo podnosić swoich oczekiwań. Nauczony wydarzeniami z naprawdę bliskiej przeszłości wiedział, iż w każdej chwili ich los może odwrócić się o sto osiemdziesiąt, zupełnie odbierając im szansę na wygraną.
Jazda czołgiem nie była najprzyjemniejsza, jednak z pewnością o wiele szybsza niż odszukiwanie drogi na mapie i błądzenie po zupełnie nieznanym lesie. Gdy wysiedli, przez chwilę zakręciło mu się w głowie od silnych wstrząsów, których doświadczył wewnątrz pojazdu, jednak po kilku sekundach i nabranych do płuc głębokich wdechach był już w stanie poruszać się zupełnie normalnie.
Po chwili marszu ich oczom ukazał się dość piaszczysty teren, znacznie różniący się od tego, czego doświadczali przed chwilą. Na znak znajdującego się w pobliżu mężczyzny Arthur ruszył w jego stronę, mierząc wzrokiem jego wypchane jedzeniem usta i sposób, w który wyciera dłonie o mundur. Nie mógł jednak narzekać, w końcu stan jego własnego stroju prezentował się o wiele gorzej. Początkowo zupełnie nieświadomy tego, co miało ich zaraz spotkać, stanął blisko krawędzi dołu, zaglądając do środka i na chwilę przed tym, gdy poczuł na swoich plecach dłoń spychającą do przodu, już wiedział, czego może się spodziewać. W starciu z twardą ziemią jęknął z bólu, powoli podnosząc się do góry i upewniając, iż nic nie jest złamane. Potarł otarte wcześniej miejsca, które teraz znów zaczynało o sobie przypominać i westchnął, spoglądając najpierw w górę, a później na swojego towarzysza.
- Hm, co powiesz na to, żebym podsadził cię do góry i pomógł wyjść z tego dołu? Jak będziesz na górze, możesz podać mi rękę i spróbuję jakoś przy twojej pomocy się wspiąć, powinno zadziałać  - zaproponował, matematycznym okiem dość szybko próbując oszacować wysokość zarówno skarpy jak i wzrostu mężczyzny. Dół zdawał się mieć około 3 metrów, Wolfgang zaś wyglądał na zbliżonego wzrostem do niego samego, więc w tym wypadku nie powinni mieć większych problemów. Otrzymawszy od mężczyzny zgodę, podszedł do skarpy, splatając ze sobą dłonie i pozwalając, aby Wolfgang na nich stanął, jednocześnie siłą całych swoich mięśni unosząc go do góry i mając nadzieję, że to wystarczy, aby udało im obu udało się wyjść jak najszybciej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pon Sty 16, 2017 2:06 am

The member 'Bezimienny' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pon Sty 16, 2017 4:19 pm

sorkizatocoś
Zamknąłem oczy, niepewny tego, czy mam szansę trafić w mur (nie chciałem patrzeć na swoją klęskę) - lecz chwilę po huku wystrzału do moich uszu dobiegł jeszcze jeden dźwięk - w akompaniamencie rozrywanej przez pocisk betonowej konstrukcji uśmiechnąłem się z satysfakcją, po czym skrzyżowałem spojrzenie z Arthurem. Bez wątpienia spora część zasług należała się jemu, gdyż zatrzymał czołg w miejscu, z którego najłatwiej było mi oddać strzał.
Przejażdżka czołgiem nie należała do najprzyjemniejszych, bo szarpało nami niemiłosiernie, ale doceniłem to, że mieliśmy przynajmniej chwilę, żeby odsapnąć i dać odpocząć zmęczonym mięśniom (już teraz czułem, w jakim stanie będę jutro, kiedy w każde włókno ciała zacznie wsączać się jad zakwasów).
Przed nami czwarta konkurencja.
Zakopywałem się w piasku, przemierzając ten krótki odcinek, który dzielił nas od żołnierza mającego dać nam instrukcje. Kiedy rozkazał nam, byśmy zajrzeli do środka ziejącej w piaszczystym podłożu dziury, miałem paskudnie złe przeczucie, lecz nie mogłem przecież odmówić wykonania polecenia. Pomimo tego to, co zrobił żołnierz, i tak wprawiło mnie w zdumienie - spadając w dół ustawiłem się tak, by wylądować na trzech łapach (oszczędzając lewą dłoń), aczkolwiek nie obeszło się bez uderzenia głową o dno wykopanej dziury - przez chwilę leżałem na brzuchu, przekrzywiony w ten sposób, że prawa strona twarzy zagłębiała się w drobinkach piasku. Dopiero po chwili zebrałem się w sobie i stanąłem na nogach, jednocześnie oczyszczając policzek i rozglądając się wokół siebie w poszukiwaniu jakichkolwiek kamieni, korzeni czy też wszystkiego, co nadawało się wykorzystania podczas wspinaczki. Starałem się też wymyślić coś, co pozwoliłoby nam sprawnie się stąd wydostać, ale przychodziło mi do głowy tylko najprostsze rozwiązanie. - Powinno się udać - opowiedziałem Arthurowi, który zwerbalizował to, o czym myślałem. Nie ma sensu silić się na oryginalność, skoro liczy się czas wykonania zadania.
Postawiłem stopę na splecionych ze sobą rękach mojego kompana, wybijając się na nich i (oparty dłońmi o piaszczystą ścianę) ostrożnie położyłem drugą na prawym barku żołnierza, po krótkiej chwili na stabilizację dołączając do niej tę pierwszą stopę - lecz na lewy bark, oczywiście.
Czy to wystarczy, żeby się stąd wydostać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pon Sty 16, 2017 4:19 pm

The member 'Wolfgang von Liebenfels' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Wto Sty 17, 2017 7:22 am

Up nr 3

Mogło się wydawać, że to ironia losu, że obydwoje spadli z Hansem i obili sobie po raz kolejny tyłki. Gdy Robert sturlał się już na teren płaski, zaczął zanosić się histerycznym śmiechem. Jego narzekanie tylko kusiło los, aby było jeszcze gorzej. Spojrzał kontrolnie na mapę, to była czwarta konkurencja, zostało ich tylko dwie, meta była na wyciągnięcie ręki za trzy kilometry, jeśli nie zgubią drogi. Ten śmiech miał rozładować napiętą atmosferę, pełną pretensji o nieudacznictwo Roberta. I wtedy wpadł na cholernie dobry pomysł. Czekolada od Luftwaffe zawsze wprawiała go w dobry nastrój. Otwierając tabliczkę, krzyknął do Hansa "te, przyda się" i wcisnął do ust dwie kostki na raz. Może to dało mu siłę na szybsze pokonanie wzgórz albo na przystanięcie przy głębokim dole i stwierdzenie od razu, że to zły pomysł. Nim zdążył wziąć wdech, już leżał na samym dnie. Można rzecz, że przyzwyczaił się, gdy ziemia albo farba dotyka jego twarzy, ale to była już przesada! Przeklął pod nosem, bo wszyscy sędziowie mieli ubaw, tylko nie sami uczestnicy. Nie można było powiedzieć delikatnie, aby przetransportowali swoje zadki do wielkiej dziury? Spojrzał z wyrzutem na Hansa jakoby ten miał za zadanie ostrzec go przed następną konkurencją.
- Jesteś cięższy, trudniej będzie cię wciągnąć, musisz iść pierwszy - powiedział zgodnie z prawdą, podchodząc do na około trzy metrowej ziemistej ściany. Wyciągnął rękę, którą położył na swoim kolanie dla większej stabilizacji. Sam nie wiedział, czy udźwignie swojego towarzysza. Miał na początku opory przed współpracą, ale sam nie mógłby stąd wyjść.

Kostka 1. Robert
Kostka 2. Hans

I drugi odpis będzie pewnie wieczorem! Strasznie trudno mi w tygodniu pisać z moją pracą
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Wto Sty 17, 2017 7:22 am

The member 'Bagietka' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Nie Sty 22, 2017 4:08 pm

Mapa

Głęboki dół i lepiąca się do rąk ziemia miała nauczyć żołnierzy współpracy. Sędziowie konkurencji na głos narzekali, że na tak rosłych mężczyzn to dół powinien mieć co najmniej 5 metrów grubości, ale że trening był przygotowywany za czasów zimy stulecia, to nie dało się zrobić go głębszego. Takie opowieści nie były motywujące, jedynie mogły denerwować zawodników wyścigu. A ci nie mieli lekko. Obłocone buty ześlizgiwały się z rąk osób, które miały podsadzać kompana. Nieudane próby podcinały skrzydła, ale nie było czasu na poddawanie się. Sędziowie konkurencji po kilku minutach zaczęli udawać zegarek, podpowiadając zawodnikom, że to właśnie czas jest tu najważniejszy. Nie mogli odpoczywać i szukać kolejnych sposobów na pokonanie konkurencji. Gdy każda z drużyn wygrzebała się z dołu, zawodnicy nie mogli złapać tchu. Czuli błoto wszędzie, nie tylko na dłoniach i twarzy, ale lepka ziemia osiadła również pod mundurem, wchodząc niektórym do majtek, innym nie, bo Arthur zapomniał ich założyć przy ognisku. Gdy tylko złapali oddech, obydwie drużyny w tym samym czasie usłyszały wystrzał armaty.
- Uuu, gołąbeczki, to oznacza remis, może czas przyspieszyć? – spojrzał na nich sędzia z wielkim uśmiechem. Znajdowali się znowu na starcie, w wyścig dopiero się zaczynał. Mieli równe szanse na wygraną. Przed nimi rozciągał się malowniczy las świerkowy. Na gałęziach tkwił jeszcze śnieg, który powoli roztapiał się. Krople skapywały na ziemię, pokrytą mchem. Droga była tylko jedna, udeptana przez wielu żołnierzy i zwierzęta. Jej bieg kończył się na rzece, jedynym dostępnym wodopoju. Im bliżej byli wody, tym grząski i nieprzyjemny był grunt. Przez drogę tuż przed żołnierzami przebiegł świstak. Do ich uszu mógł dotrzeć odgłos łamiącego się drzewa, więc i obecność świstaków była uzasadniona. Czy te zdążyły się już wybudzić z okresu zimowania? Niedaleko rzeki na drodze stanęła im sarna, która prowadziła ich ku piątej konkurencji. Gdy jeden z żołnierzy nadepnął na gałąź, ta przestraszyła się i pobiegła wzdłuż wody. Po drugiej stronie brzegu z wiatrem tańczyła flaga drużyny przeciwnej. Sprawa wydawała się wręcz oczywista, a zegar w głowie nieustannie tykał. Jednak nie było tak prosto, jak można pomyśleć. Rzeka, chociaż poczuła nadchodzące roztopy, wciąż w niektórych miejscach była pokryta lodem.

Rzuć kością k6.
1 – zaczynasz się topić na środku rzeki. Zimna woda powoduje skurcz wszystkich mięśni i z trudem ruszasz nogami. Potrzebujesz pomocy swojego kompana.
2 – 3 przepływając pod potężnym kawałkiem lodu, uderzasz o niego ręką. Ta momentalnie zaczyna boleć, a w wodzie pojawia się czerwona strużka. Mimo wszystko, docierasz na brzeg, ale ból jest trudny do wytrzymania
4 – 5 łapiąc oddech, łapiesz się jednej z dryfujących gałęzi, pływająca wydra zaczyna na ciebie fukać i cię atakować. Czym prędzej chcesz się znaleźć na brzegu, a wściekłe zwierzę motywuje cię do przyspieszenia ruchów kończyn
6 – zanim wejdziesz do wody, analizujesz drogę, którą przyjdzie ci płynąć, szukasz tej najkrótszej i pozbawionej przeszkód w postaci ciężkiego lodu. Może i twój partner cię wyprzedził, ale zmysł analityczny podpowiada ci najlepszą ścieżkę, przez co szybko oraz prawie bezboleśnie docierasz na brzeg.

| Już naprawili wszystko, wracam do świata żywych. Czas na odpis to do 25 do końca dnia (chyba że wszyscy napiszecie szybciej). Dobrej niedzieli!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Sro Sty 25, 2017 7:34 pm

UP nr 2

Koniec treningu wydawał się być naprawdę bliski i Arthur nie mógł się już doczekać, gdy ujrzy minę swojego ojca, uświadamiającego sobie, iż syn, w którego pokładał tak małe nadzieje, chociaż raz go przerósł. Oczywiście, mężczyzna nie miał pewności, iż naprawdę uda im się wygrać, jednak pokładał w nim i w swoim partnerze duże nadzieje, dlatego starał się utrzymywać równowagę, podsadzając Wolfganga do góry i mając nadzieję, że ten da radę pomóc mu się wspiąć. Być może nie zamienili ze sobą zbyt wiele słów i zdecydowanie nie znali się bliżej, jednak póki co współpraca wychodziła im całkiem nieźle i Vogel nie potrafił narzekać na dobór towarzysza niedoli.
Niestety jednak, całe zadanie choć wydawało się pozornie proste, nie było aż tak łatwe do wykonania i w efekcie zajęło im o wiele więcej czasu, niż mężczyzna mógłby przypuszczać. Na dodatek, gdy zdołał już stanąć na ziemi powyżej dołu uświadomił sobie, że niemalże od stóp do głów pokryty jest w błocie, którego obecność mógł odczuwać również pod mundurem, z którego w rzeczywistości niewiele już pozostało. Wzdrygnął się lekko, starając się chociażby przetrzeć dłonie o materiał spodni, jednak i te były równie brudne, więc gest ten nie przyniósł spodziewanego efektu. Arthur westchnął ciężko akurat w chwili, gdy powietrze rozdarł dźwięk armatniego wystrzału oraz słowa obserwującego ich żołnierza. Rzucił krótkie spojrzenie w stronę Wolfganga oraz na wydobytą, podartą i brudną już mapę, po czym bez zastanowienia biegiem ruszył przed siebie w kierunku rozciągającego się przed nim lasu. Starał się biec jak najszybciej, wiedząc, że tak naprawdę znajdują się już na ostatniej prostej i tak niewiele dzieli ich od zwycięstwa oraz upragnionego tryumfu. Od czasu do czasu spoglądał przez ramię za siebie, aby upewnić się, że jego towarzysz również zmierza w tym samym kierunku. Nie spoglądał już nawet na niedbale wepchniętą do kieszeni mapę, kierując się własnym instynktem i mając nadzieję, że ten i tym razem go nie zawiedzie. Po jakimś czasie grunt zaczął stawać się o wiele bardziej grząski i bieg stawał się o wiele trudniejszy i bardziej wyczerpujący, jednak Arthur był owładnięty chęcią zwycięstwa, skupiał swoje spojrzenie w wyłaniającej się spomiędzy drzew rzece, do której też w końcu dobiegł, zatrzymując się na skraju lasu. Woda nie wyglądała najbardziej zachęcająco i mężczyzna był pewien, iż jest przeraźliwie zimna, a na jej powierzchni w niektórych miejscach wciąż utrzymywał się jeszcze lód. Niestety jednak, przepłynięcie jej było nie tylko koniecznością, ale i ostatnią przeszkodą na drodze do utarcia swojemu ojcu nosa, dlatego też mężczyzna nie zamierzał dłużej się zastanawiać. Kilka krótkich spojrzeń, chwila pędzących przez głowę myśli i nagle mrożąca mu krew w żyłach woda zdawała się być wszędzie, zmywając z niego brud ostatnich konkurencji, ale jednocześnie będąc być może najgorszym, najcięższym i najbardziej nieprzewidywalnym przeciwnikiem, z którym musiał się tego dnia zmierzyć. Dzik, którego napotkali na drodze, był niczym w porównaniu do lodowatej i wartkiej rzeki, jednak Vogel chciał wierzyć w to, że jest od niej silniejszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Sro Sty 25, 2017 7:34 pm

The member 'Bezimienny' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Czw Sty 26, 2017 10:08 am

UP nr 1

Ten trening prawdopodobnie nie miał dziś zakończyć się jego wygraną. Dotarło to do niego w chwili, w której ponownie rozbrzmiał głos Roberta, obiegający w przeprosiny. Niewiele zresztą warte w oczach nadal zirytowanego Hansa, który zamierzał dotrwać do ostatniej konkurencji prawdopodobnie bez podjęcia ponownej próby dialogu i zamiarem przykrycia dotychczasowych wybryków młodego żołnierza ciężką zasłoną milczenia. Wszak ono było o wiele bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa pełne poirytowania oraz nerwów – tym bardziej, skoro do końca zostało im już naprawdę niewiele, a czas zmarnowany na kłótnie prawdopodobnie tylko wydłużyłby ich (ewentualne? Nie wiedział, na jakim etapie są przeciwnicy) opóźnienie.
Nie przewidział jednak, że być może pod wpływem tylu duszonych w sobie emocji, w którymś momencie sam się o nie potknie. Dosłownie i w przenośni, niespodziewanie tracąc równowagę i upadając na ziemię. Lecz, ku jego złości, nie na tym koniec – wzgórze okazało się na tyle strome, że już po kilkudziesięciu szybkich sekundach znalazł się na samym dole, a zaraz zanim Robert, co pozwalało myśleć, że albo wzniesienie należało do naprawdę niebezpiecznych albo był to element treningu. Za taki też wolał go wziąć Hans, nie chcąc, nawet przed samym sobą, przyznać się do błędu, który zapewne oglądała reszta organizatorów i który nie przejdzie bez echa w SS. W tej chwili jednak nie o tym myślał, a o kolejnym zadaniu, którego już zdecydowanie nie mogli zepsuć.
Kolejny upadek również nie należał do najprzyjemniejszych i zapewne gdyby nie odporność na ból, ich sytuacja mogłaby wyglądać jeszcze gorzej. Na szczęście, tuż po wpadnięciu do dołu, Hans szybko pozbierał się, lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć lub ocenić wysokość, na którą mieli się dostać, Robert odezwał się pierwszy. Skinął mu tylko głową, dając znać, że chyba tym razem naprawdę miał dobry pomysł, a skoro wykonanie nie zależało tylko od umiejętności jednej osoby, istniała szansa, że uda im się wydostać. Jak się potem okazało – nawet dość spora. Vogel, zgodnie z propozycją, został więc uniesiony do góry, przy okazji wielokrotnie ześlizgując się i spadając, a gdy w końcu udało mu się dostać na górę, bardzo szybko, wciągnął Roberta czekającego na dole.
Głos sędziego, mimo że w zamierzeniu zapewne miał sprawić, iż presja wzrośnie, w dziwny sposób go uspokoił. Wiedział już, że wcale nie tak wiele dzieli ich od wygranej, a sam ten fakt dodał mu skrzydeł. Nie czekając zbyt długo, pobiegł w stronę lasu, przy okazji co jakiś czas pospieszając Roberta. Gdy grunt stawał się coraz bardziej grząski, stopniowo zwalniał, lecz mimo wszystko starał się utrzymywać tempo. Zatrzymał się dopiero przy rzece, dostrzegając flagę przeciwników. Szybko zlustrował otoczenie, dostrzegając na wpół zamarznięte jezioro i już wiedząc, że czeka go chyba najgorsze z konkurencji. Nie miał jednak innego wyboru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Czw Sty 26, 2017 10:08 am

The member 'Bezimienny' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Czw Sty 26, 2017 6:22 pm

UP nr 3

Ledwo stanął na nogach, a już padł strzał. Na początku się zawiesił, obmacał całe ciało w ułamku sekundy, ale nie czuł na dłoniach nic więcej oprócz lepkiego błota. Gdzie podziała się krew? Gdy do jego uszu dotarł krótki, ale jakże ważny komunikat, chwycił nogi za pas. Czuł każdy mięsień, który pod wpływem intensywnego treningu, odmawiał mu posłuszeństwa. Jego słabość była w głowie, wiedział to. Widział jak ludzie zdesperowani nagle nabierali nadludzkiej siły. I on teraz własnie czuł ją w nogach. Nie mógł się zatrzymać. Płuca przestały się dusić wilgotnym, chłodnym powietrzem. Byli niedaleko wody, przez chwilę marzył, aby zanurzyć się w gorącej wannie, która zmyje cały brud z jego ciała. Poganianie przez Hansa tylko go rozwścieczyło, dawał z siebie wszystko! Aż próbował go prześcignąć na tym krótkim odcinku, nie zwracając uwagi na leśne zwierzęta. Nie miał czasu rozkoszować się przyrodą. Grząski grunt spowolnił go, ale był wdzięczny, że nie zaczynali od tego punktu. Teraz był tak brudny, spocony i mokry, że było mu wszystko jedno, w co wdeptują skórzane buty. Własny cień go gonił, oddech urywał się z każdym kolejnym chrzęstem gałęzi pod wpływem jego ciężaru. Czuł ból, łzy cisnęły mu się do oczu, ale wiedział, że są tak niedaleko mety. Jeszcze mogą wygrać, jeszcze zdobędą nagrody. Zatrzymał się gwałtownie, patrząc na rzekę, przykrytą kawałkami lodu.
- Ja tam nie wejdę, nie wejdę rozumiesz? - powiedział spanikowany, a jeszcze chwilę temu chciał zmyć z siebie błoto. Spanikował, potrafił pływać, ale nigdy nie wchodził do tak zimnej wody. Chciał się wycofać, jego serce waliło jak oszalałe, a ciało każdą komórką błagało, żeby tego nie robił. Wstrzymał oddech, chcąc zablokować łzy. Czuł się bezradny, Hans wskoczył już do wody, przemierzał rzekę. Policzył na oko, że to nie jest tak długi odcinek, jak wskoczy rozpędzony do rzeki, to może uda mu się chociaż przechytrzyć o dwadzieścia metrów. Krzycząc, będąc złym na siebie jak i na organizatora, wykonał skok. Mięśnie momentalnie się spięły. Robert chciał tylko wygrać z żywiołem.

Kostka nr. 1 Robert
Kostka nr. 2 Wolfgang
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Czw Sty 26, 2017 6:22 pm

The member 'Bagietka' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Czw Sty 26, 2017 6:45 pm

Gdy obydwoje drużyny znalazły się przy przeciwległych brzegach rzeki, na moście stanął sam organizator treningu - Tobias von Hatzfeldt. Czujnym okiem wpatrywał się w zmęczonych uczestników wyścigu. Cały czas otrzymywał raporty z każdej konkurencji, więc nic dziwnego, że na końcowym etapie to on będzie sędzią. Przy flagach stali też żołnierze, którzy mieli wystrzelić w niebo, gdy któraś z nich zostanie zerwana. Obserwacja zawsze mogła zawieść, ale strzał będzie jednoznacznie świadczył o zwycięstwie.
Droga przez rzekę tylko dla młodszego Vogela, Arthura, okazała się nieszczęśliwa. Skok do wody bez przeanalizowania drogi nie był najlepszym pomysłem. Musiał zmierzyć się w kilkoma ciężkimi bryłami lodu, które zapewne za kilka dni znikną i nikt, oprócz samego Arthura nie będzie o nich pamiętał. Zahaczył o ostry brzeg kry, rozcinając sobie rękę na przedramieniu. Smuga krwi otuliła lód, powoli mieszając się z wodą. Mimo rozcięcia Arthur jako ostatni przypłynął na drugi brzeg. Pierwsi stanęli Hans i Robert, którzy chociaż trzęsąc się z zimna, bez żadnych skutków ubocznych pokonali ostatnią z naturalnych przeszkód. Zaraz po nich brzegu chwycił się Wolfgang. Arthur był za nim i prawdopodobnie będzie potrzebował pomocy z wydostaniem się z wody. Ból ręki był nie do wytrzymania, a krew soczyście ubrudziła już skrawki munduru. Major krzyknął do nich:
- Wokół flag macie okrąg, który obydwoje musicie przekroczyć, a następnie zerwać flagę! - rozkaz wydawał się aż oczywisty, ale wszyscy zawodnicy wiedzieli, że w treningu nie tylko liczy się sprawdzenie mięśni, ale nauczenie się współpracy. Bez swojego towarzysza nie przebrnęliby przez tyle konkurencji.

| Czary mary, to Wasz ostatni post na treningu. Rzućcie kostką k6, suma Waszych oczek będzie świadczyła o szybkości stawienia się w okręgu i zerwania flagi. Arthur, przez swoje zranienie masz -1 do kości. Druga drużyna, przez dwie szóstki rozumiem, że w tym samym czasie jesteście przy brzegu, więc macie przewagę +1 do kości (drużyna, nie jako osoba).  
Czas na odpis jest do 28.01 do 19. Napiszę potem podsumowujący post, więc nie wyłączajcie jeszcze śledzenia tematu! Niech wygra ten, komu kostki sprzyjają.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 1:01 am

UP nr 1

Widział Artura. Zanim sam wskoczył do wody, spojrzał przed siebie uważnie, dostrzegając sylwetkę syna znajdującą się na drugim brzegu. A więc jednak to prawda – szli ramię w ramię, pokonując kolejne przeciwności w tym samym tempie. Oczywiście za opóźnienia swojej drużyny winił biednego Roberta, który cały czas stanowił dodatkowy balast, rujnujący wszelkie konkurencję. Wmawiał sobie, że gdyby nie on, o wiele szybciej i sprawniej poradziłby sobie – jeśli nie ze wszystkimi zadaniami, to chociaż z większością.
Nie było jednak zbyt wiele czasu na rozmyślania. Arthur już wyruszył, Hans również powinien, jednak zanim to zrobił, jeszcze raz przyjrzał się rzece, usiłując odnaleźć najszybszą i najbezpieczniejszą drogę na drugą stronę. Tafla wody w wielu miejscach nadal skuta była lodem, co znacznie utrudniało przedzieranie się, jednak już po paru sekundach udało mu się dostrzec część rzeki, która w większości pozostawała rozmrożona. Ruszył w tamtym kierunku, ignorując nawet słowa swojego towarzysza. W tej chwili naprawdę już nie mieli wyboru – doszli tak daleko, że zawalenie ostatniego etapu przez, jak mógł się domyślać, niechęć do wody było istną głupotą, na którą nie mogli sobie pozwolić.
- Chociaż zmyjesz z siebie to błoto – odpowiedział na jego jęki, nie wkładając w te słowa ani krzty rozbawienia. Myślał już wyłącznie o zadaniu, dostaniu się na drugą stronę, nie miał czasu na motywacyjne mowy – nawet jeśli miałyby pomóc Robertowi. Obiecywał przecież, że jeśli tylko będzie sprawiał kolejne problemy, zostawi go. Czy to nie był właśnie ten moment?
Pierwszy kontakt z lodowatą wodą wywołał dreszcze, które nieprzyjemnie wstrząsnęły całym ciałem. Jeszcze nie zdążył zacząć, a już miał tego dość. Błoto, bagno, zimna woda… aż dziwne, że mundury, a przynajmniej ten należący do niego, nadal zachowywały swoją ciągłość oraz odporność na kolejne czynniki. Szkoda tylko, że nie mogły pomóc w utrzymaniu ciepła, które w tej sytuacji zaczęło gwałtownie wyparowywać z organizmu. Mimo to Hans starał się przeć do przodu, walcząc przemożną chęcią powrotu na swój brzeg. Nie mógł zakończyć tego teraz, wcześniej było tak wiele szans, aby się wycofać, lecz nie teraz.
Nie, gdy widział go Arthur.
Ta myśl dodawała mu siły. Prawdopodobnie tylko dzięki niej tak sprawnie i bezproblemowo udało mu się dotrzeć do celu. Oddychał ciężko i potrzebował chwilę przerwy po wydostaniu się z lodowatej wody, ale udało mu się. Obejrzał się za siebie, odnajdując wzrokiem syna, który gorzej poradził sobie z zadaniem. Widząc smugę czerwonej wody ciągnącej się za nim, mimowolnie zacisnął wargi w wąską linię, ale znów zdecydował się milczeć. Nie było zresztą zbyt wiele czasu na rozmowy – lada moment zaczynała się ostatnia konkurencja.
Czerwona flaga zdobiła niewysoki maszt kilkadziesiąt metrów przed nim. Była celą, gwarancją wygranej. Oby i tym razem nie zawiedli.


Ostatnio zmieniony przez Bezimienny dnia Pią Sty 27, 2017 1:02 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 1:01 am

The member 'Bezimienny' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 2:23 pm

przepraszam za brak odpisu w poprzedniej konkurencji

Przeanalizowanie trasy, którą przyszło mi przebyć, okazało się najsensowniejszym, co mogłem zrobić, bowiem krótki odcinek wyglądał jak tor lodowych przeszkód. Wskoczyłem do przeszywająco zimnej wody, czując, jak napina się każdy mięsień mojego ciała, gdy wbijają się w nie igiełki bólu - bez wątpienia mobilizowały mnie do tego, bym poruszał się szybciej. Dałem z siebie absolutnie wszystko, a gdy znalazłem się na przeciwnym brzegu, czułem, że zwycięstwo już blisko.
Wyrywałem się do tego, by rzucić się do biegu i jak najszybciej dotrzeć do mety, bowiem zobaczyłem sylwetki swoich rywali - okazało się, że w tym samym czasie (wyjątkowo sprawnie) przepłynęli rzekę i mieli ogromną szansę na zwycięstwo. Jednak bieg w pojedynkę jest absolutnie bezsensowny, skoro nie liczało się to, by ktokolwiek z drużyny przekroczył okrąg - lecz to, aby zrobić to razem ze swoim kompanem. A Arthur wciąż walczył. Widząc jego zmagania, postanowiłem zostać, by pomóc mu wydostać się z wody.
Flaga wciąż łopotała na wietrze.
Jeszcze mieliśmy szansę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 2:23 pm

The member 'Wolfgang von Liebenfels' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 7:40 pm

UP nr 2

Być może spieszyło mu się za bardzo, być może bliski smak zwycięstwa, który powoli zaczynał drażnić już jego język i aż prosił, aby wyciągnąć rękę i po prostu chwycić wygraną w garść, a może to widok sylwetki ojca, dobiegającej do przeciwnego brzegu sprawiły, że Arthur zbyt lekkomyślnie, bez wcześniejszego przeanalizowania sytuacji, wskoczył do lodowatej rzeki, mając nadzieję, że szczęście po raz ostatni w tym dniu będzie mu jeszcze sprzyjać. Niestety, za swoje czyny musiał zapłacić cenę, która naznaczona była czerwienią krwi i przeraźliwym bólem. Na początku, poza chłodem i bryłami lodu, które napotykał na swojej drodze, wszystko zdawało się iść po jego myśli. Po kilku minutach jednak mężczyzna odczuł rozdzierający ból przedramienia, a gdy odwrócił w tamtą stronę głowę, jego oczom ukazała się dość pokaźna strużka krwi, sącząca się do wody i brudząca szkarłatną czerwienią biel kry, o którą musiał w pośpiechu uderzyć, rozcinając skórę i uszkadzając swoją kończynę. Zaklął pod nosem, zaciskając zęby i zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie może się poddać. Chociaż każdy ruch ręki sprawiał coraz większy ból, chłód wody w pewien sposób zdawał się go łagodzić, więc Arthur parł do przodu, skupiając swój wzrok oraz umysł tylko i wyłącznie na przeciwległym brzegu. Drobna kontuzja nie oznaczała jeszcze przegranej, na ostatniej prostej wiele mogło się wydarzyć, a on nie zamierzał się poddać. Nie teraz, kiedy wygrana znajdowała się na wyciągnięcie ręki i jedyne, co musiał zrobić, to wysilić się jeszcze bardziej, przekraczając wszelkie bariery i granice swoich wytrzymałości.
Gdy w końcu dotarł do brzegu, wyjście z wody okazało się być większym problem niż przypuszczał. Próbując wesprzeć się na ramionach, ręka bolała jeszcze bardziej, a on znów zaklął pod nosem, korzystając z pomocy Wolfganga, pierwszy raz mogąc spojrzeć na prezentującą się na jego ciele przerażającą, rozciętą ranę, z której wciąż sączyła się krew. Westchnął ciężko, powstrzymując się przed rzuceniem przez ramie spojrzenia na drugą stronę, gdzie bez wątpienia mógłby dostrzec własnego ojca. Nie chciał się jednak rozpraszać, wyścig jeszcze się nie skończył, wszystko zależało od tych ostatnich minut, które dzieliły ich od zerwania flagi.
Niemalże czuł, jak adrenalina i podekscytowanie buzują w jego żyłach, płyną wraz z krwią po całym ciele, sprawiając, że nawet ból nie był aż tak uprzykrzający, choć oczywiście przy gwałtowniejszych ruchach wciąż go odczuwał. Następne dni z pewnością nie będą łatwe, jednak teraz ani przeszłość ani przyszłość nie miały większego znaczenia. Jedyne, co liczyło się naprawdę, to te ostatnie chwile, zanim dobiegną do mety i dowiedzą się, która drużyna poradziła sobie o wiele lepiej. Nawet stan jego munduru, choć teraz jeszcze gorszy niż wcześniej, ale przynajmniej pozbawionych plam błota, które wcześniej osiadały na materiale, skórze i butach nie wydawał się być wielkim problemem. Arthur trząsł się z zimna, czuł, jak przy każdym, nawet najlżejszym podmuchu wiatru przez jego ciało przebiegają dreszcze, jednak myślał już tylko o jednym i nic, może jedynie niezależne od niego siły i wydarzenia, nie mogło powstrzymać go przed osiągnięciem swojego celu. Mógł to zrobić i taką samą wiarę pokładał w swojego partnera, gdy biegiem ruszał w kierunku fioletowej flagi, która w tym momencie była symbolem chwały i zwycięstwa, nie tyle w zwykłym treningu, ale w jego życiu, nad jego ojcem, który po drugiej stronie z pewnością pragnął tego samego, chcąc po raz kolejny upokorzyć własnego syna. Nie zamierzał dać mu tej satysfakcji. To właśnie teraz, nad brzegiem tej rzeki, rozpoczynał się prawdziwy wyścig.

edit. Arthur prawdopodobnie w tej chwili


Ostatnio zmieniony przez Bezimienny dnia Pią Sty 27, 2017 7:43 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 7:40 pm

The member 'Bezimienny' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Sty 27, 2017 9:38 pm

Rana, z której sączyła się soczyście krew, nie zastopowała Arthura, ten mimo wszystko chciał wskoczyć w okręg, aby jego towarzysz zerwał flagę. Niestety same chęci to za mało, a zdrowie odmówiło mu posłuszeństwa. Poślizgnął się na resztkach lodu, upadając na zranioną rękę, dodatkowo obijając przedramię. Teraz ból był spotęgowany. Zanim jednak Wolfgang mógł zareagować i chociażby ciągnąć partnera do okręgu, po drugiej stronie brzegu padł strzał. Fioletowa drużyna zerwała czerwoną flagę. Od razu rozbrzmiały brawa, a Tobias przeszedł na drugi brzeg. Do Arthura podeszli sanitariusze, którzy szybko zajęli się raną, odpowiednio ją dezynfekując. Patrząc na stan całego ciała, najpierw zabrali go do furgonetki, gdzie za pomocą ciepłej wody w misce, obmyli go z błota. Dodatkowo mógł się wygrzać herbatą z prądem podczas gdy cały czas zajmowali się nim wykwalifikowali ludzie. Dopiero gdy był czysty, założono opatrunek, a on mógł wrócić na brzeg, gdzie znajdowała się zerwana czerwona flaga.
W tym czasie Wolfgang mógł przeprawić się przez most do Hansa, Roberta, Tobiasa i zebranych żołnierzy. Gratulacjom nie było końca, bo w końcu wygrani mieli tonąć w zachwycie, a przegrani skończyć w czeluściach piekielnych. Wszyscy mogli od razu się umyć w ciepłej wodzie, popijając rozgrzewające herbaty z prądem. Czyste mundury na nich czekały oraz wełniane płaszcze. Organizator wyścigu cierpliwie czekał na uczestników, dbając o ich zdrowie. Każdy z nich dodatkowo miał wypić mieszankę na odporność, przygotowaną z ziół i rozcieńczonego spirytusu. Gdy wszyscy mogli ustawić się przed Tobiasem, ten pokrótce pogratulował każdemu z osobna.
- Czerwona drużyno, zgodnie z raportem już w pierwszej konkurencji mieliście problem z skompletowaniem swoich ubrań - tu zerknął na poszkodowanego Arthura, który cały trening musiał przeżyć bez majtek - Zapewne na długo zapamiętacie, że w lesie żyją dziki, a nasze drogocenne naboje lepiej przysłużą się Francuzom. Najlepiej poradziliście sobie z czołgiem, więc na przyszłość może warto wykorzystać zdobytą wiedzę. Potrafiliście ze sobą współpracować i nawet na mecie, Unteroffizier, nie zostawił swojego kompana. Abwehra powinna być z pana dumna. Sturmmann Vogel, pańska odwaga i wewnętrzna siła jest godna podziwu. Szczęście opuściło was dopiero tu przy rzece, ale była to jedna z najtrudniejszych konkurencji. - Podczas mówienia nie chodził, wpatrywał się w drużynę czerwoną dokładnie analizując ich cały trening. Dodał na koniec, co powinni poprawić i nad czym popracować. Wolfgangowi również zaproponował lepszego medyka, bo najwyraźniej Abwehra kiepsko zadbała o jego rękę, bo przy pompkach mógł czuć dyskomfort. Arthurowi życzył zdrowia, mówiąc, że nieważna jest ilość kontuzji, ale liczy się to, ile barier psychicznych dziś pokonał. Nawet jeśli nie dostaną dziś nagrody głównej, a wręczy im jedynie medale, powinni być z siebie dumni. Wygrali z własnymi słabościami, pokonując każdą z konkurencji.
- Drużyno fioletowa, was szczęście długo się nie trzymało, osłabiona drużyna przez kontuzję Herr Schulza, zlekceważenie brudnego obuwia czy felerne balony z farbą. Robercie, musisz poćwiczyć strzelanie, dwa razy miałeś z nim poważny problem. Liczę, że codziennie będziesz odwiedzał strzelnicę, a za tydzień sprawdzę, czy nastąpiła jakaś poprawa. Podpułkowniku, nawet zabranie kompasów nie okazało się waszą słabością. Poprawne ustawienie czołgu, dobra kondycja i praca rąk. Mógłby Herr również popracować nad strzelaniem, ale przy tym jak cała drużyna pokonała na wpół zamarzniętą rzeką... Należą się wam gromkie brawa - Tu też wskazał zwycięzców wyścigu. Tak jak i przeciwnicy dostali na koniec kilka cennych rad. Do nowych mundurów przyczepił im medal za ukończenie treningu. Ten był wybity specjalnie na tę okazję. Dodatkowo otrzymali sztylet z sentencją: moim honorem jest wierność.
- Panowie, czas się najeść, a następnie wygrzać w One - Two - Two. Pijcie do dna, znajdźcie najpiękniejsze dziwki. Zasłużyliście na dzień pełen przyjemności - zaprosił ich do furgonetki, gdzie dalej zostaną przewiezieni do siedziby Luftwaffe, gdzie czekało na nich gorące drugie śniadanie. Po nim dodatkowa rozgrywka z kobietami i morze alkoholu. Żadne zapalenie płuc nie będzie im straszne, jak tak zostaną wygrzane ich organizmy!

| Kochani,
to ostatni post na treningu. Bardzo dziękuję Wam za udział, mam nadzieję, że Wam się podobało! (Jeśli macie uwagi, co mogę poprawić na następny raz, to śmiało piszcie na PW)
Każdy z Was za udział otrzymuje 25 PR do puli Waszych punktów. Do skrzynki Wolfganga trafi oczywiście medal, bo jako jedyna pisała swoją postacią. Dodatkowo otrzymujesz nowy mundur, bo Twój do niczego się już nie nadaje
Lucette, pomimo tego, że postać, którą odgrywałaś otrzymała sztylet, to jeśli nie będziesz zadowolona z takiego prezentu, ze sklepiku MG możesz wybrać przedmiot do 100 PR. Jeśli jego cena będzie niższa, różnica punktów nie będzie zwracana na Twoje konto. O swojej decyzji poinformuj mnie lub bezpośrednio administrację.
Punkty za UP: Madeline, Lucette, obydwie napisałyście dokładnie 10 postów, więc zgodnie z umową na Wasze kontro trafi dodatkowe 20 punktów. Dziękuję, że pomimo braku postaci z grona okupantów zdecydowałyście się grać Bezimiennymi.
Każda z postaci, nieważne czy UP czy nie, do wyposażenia otrzymuje również kompasy.
Matthias, zostałeś zdyskwalifikowany i masz złamaną rękę. Otrzymałeś należytą opiekę, ale za brak udziału w treningu otrzymujesz 0 PR i żaden przedmiot nie trafia do Twojego wyposażenia. Jak wrócisz, chętnie odpowiem na wszystkie Twoje pytania.

rozpiska z kostkami

zt dla wszystkich
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pią Wrz 01, 2017 10:57 pm

Rwący, tępy ból, którego źródła nie da się określić ani zlokalizować. Nie do końca umiejscowiony w ciele, raczej zawieszony nad nim, wetknięty w ziemską atmosferę i rozpuszczony w powietrzu. Budzi lekkie swędzenie. Wrażenie nieobecności. I cichy brak – tęsknotę za czymś, czego nigdy się nie posiadało.
Bywało tak, jakby od zawsze wiedziała, że lubi jego towarzystwo.
Bywało tak, że w najgorszych momentach, kiedy z rąk wymykała się kontrola, sens życia i energia, wiedziała, że istnieje lekarstwo – cierpkie i gorzkie w smaku, a więc najbardziej skuteczne.
Bywało tak, że ciężko znosili własną obecność. I jeszcze ciężej jej brak.
Obawiała się, że to mierny scenariusz kapitalistycznego filmu; trochę komedia, trochę kino akcji, w przeważającej większości dramat.
Cztery minuty temu opadła na miękki kobierzec majowej trawy, próbując uspokoić serce, które zamierzało wyrwać się z piersi i skrwawić nieskalaną zieleń leśnej polany. Przez moment rozważała, czy nie będzie lepiej, jeśli przestanie oddychać – nie jakoś  spektakularnie, tak po prostu, wstrzymać powietrze w płonących żywym ogniem płucach i zaczekać – w lepszym przypadku – na śmierć.
W tym gorszym jedynie na omdlenie.
Była wściekła na własną naiwność, na błękit nieba i na pragnienie, którego nie mogła ugasić, przynajmniej nie w tym miejscu – od najbliższego źródła wody (i była pewna, że wódy również) pitnej dzieliły ich trzy kilometry. Biegu. Strzelania. Przysiadów. Pompek?
Tkwi w tym wypaczona intymność, choć przecież już dawno się jej wyzbyli, butnie odrzucili każdą odmianę wstydu i odcień tajemnicy, jakie mogą odczuwać dwoje ludzi w ich wieku. Sytuacji. I strojach – lub, w jego przypadku – ich połowicznego braku?
Nie było niczego zdrożnego w nienawistnie porzuconym kilka kroków dalej podkoszulku, nagim torsie i odsłoniętych ramionach z ich napiętą, rozpaloną skórą, pod której kurtyną raz, drugi, trzeci poruszyły się mięśnie, będąc przy tym zupełnie jak pełzające pod taflą wody węże.
Myśli o nim właśnie w ten sposób?
Jak o gadzie?
Łatwo zignorować pożar w płucach, kiedy leży się na chłodnej, wciąż wilgotnej od rosy trawie, z palcami, które ocierają ze skroni kropelkę potu, i wzrokiem obserwującym jej bliźniaczą siostrę drżącą na samym czubku kilkukrotnie złamanego nosa. Chyba uśmiechnęła się mimowolnie, pobudzając tym samym do pracy jedyne mięśnie, których dziś nie przeforsowali, kiedy pomyślała, że przecież to musi go łaskotać – ze wszystkich odbieranych przez poruszające się w równym rytmie pompek ciało, to łaskotki jako jedyne miałby prawo przedrzeć się przez zaminowane pole jego umysłu.
Wyciągnęła dłoń, kiedy po raz kolejny (setny? Dwusetny? Nigdy nie liczył na głos, zazdrośnie strzegąc granic własnej wytrzymałości) opadł na ugiętych łokciach, zamierając ledwie centymetr nad ziemią. Kropelka potu wciąż drżała trwożliwie na samym czubku nosa, z ulgą przyjmując muśnięcie palca, który wraz z dłonią pokonał barierę stalowego ramienia i przy akompaniamencie cichego pomruku zderzył się z zaciekle zaciśniętymi ustami. Przypominały głęboką, poziomą bliznę, ponurą szramę, którą ktoś wykonał jednym, pewnym cięciem.
Odpocznij.
Nadal się uśmiechała, już podczas cichego wypowiadania rosyjskich głosek doliczając kolejną pompkę do puli dziesiątek wykonanych wcześniej; powtórzyła to już trzeci raz, a on trzeci raz nie posłuchał, wpatrując się w najbliższy krzew z taką zaciętością, jakby pragnął zmusić go do wcześniejszego wydania owoców.
Nie masz już dwudziestu lat, odpocznij - aby podźwignąć się z trawy, musiała włożyć w to pracę kilkudziesięciu mięśni – kilkudziesięciu wykończonych ostatnimi dwoma godzinami mięśni, które krzyczały buntowniczo przy każdym ruchu, domagając się kolejnej minuty odpoczynku.
Fiodor, poterpi.
Zdławiła w ustach przekleństwo, na kilkanaście sekund zamierając nad równomiernie unoszącą się i opadającą linią pleców – nie zamierzała prosić po raz kolejny, choćby za cenę jego zdrowia, które w tym momencie obchodziło ją mniej od drzewek dzikich jabłoni oraz wiśni, stojących w ogniu różowych i białych kwiatów. Wszędzie wciskał się ich ciężki, słodki, doprowadzający do bólu głowy zapach, jedynie pogłębiając i tak zwyżkowo narastającą irytację. On nigdy nie słuchał – a ona nigdy się nie poddawała.
Przy kolejnym opadnięciu na ugiętych łokciach, zmusiła się do ostatniego, antycznie tragicznego wysiłku – powoli stygnące mięśnie poderwały się do pracy raz jeszcze, wraz z Katyą pochylając się nad wszechświatem pleców Fiodora. Z tej odległości widoczny był każdy pieprzyk, siniak i zadrapanie – czerwone kropelki krwi, które przedarły się przez osłonę rozgrzanej skóry, wyglądały jak miniaturowe odwzorowania planet układu słonecznego, a dwa, żółknące ślady po ciosach – jej ciosach – jak galaktyczne mgławice. W tej metaforze Berezina była czarną dziurą, która zaatakowała bez ostrzeżenia: w przeciągu dwóch kolejnych sekund lepkie od potu ciała przylgnęły do siebie łakomie, natychmiast podejmując zaciekłą wymianę ciepła. Skóra jego pleców była gorętsza i rozsierdzona nieustannym wysiłkiem, wspinającym się coraz wyżej słońcem oraz bliskością Katyi, która oparła podbródek o napięte jak masztowe liny ramię, oplatając ramionami szeroką, z trudem łapiącą oddech pierś.
Jak dzieci bawiące się w dorosłych.
Albo dorośli w dzieci?
Musimy porozmawiać.
Bawił ją wydźwięk tych słów i mimowolne asocjacje, które budziły – musimy porozmawiać oznaczało, że powinni usiąść przy kawiarnianym oknie z filiżankami kawy, przez chwilę obserwować przemykających chodnikiem przechodniów, w końcu spojrzeć na siebie ze smutkiem  w oczach i przyznać, że łączące ich uczucie wygasło, pozostawiając po sobie jedynie gorzki posmak popiołów.
Tak byłoby zwyczajnie, dzięki temu poczuliby się przeciętnie, w ten sposób chociaż przez moment mogliby się łudzić, że posiadają kontrolę nad własnymi życiami.
Ale nie było żadnego uczucia, porcelanowych filiżanek czy wysokich witryn kawiarni wychodzących na paryską uliczkę. Jak zwykle otrzymali wypaczony substytut rzeczywistości – cichy las i wczesny poranek, podczas którego ból odczuwalny jest dwukrotnie mocniej, a rześkość minionej nocy ugina się pod morderczym wysiłkiem.
Powinniśmy zacząć przygotowania – wydusiła w końcu, spodziewając się, że lada moment – już za sekundę lub dwie – całym ciałem odczuje, jak napięte mięśnie napinają się jeszcze mocniej.
Nie lubił przyjmować dobrych rad.
Ani tych złych.
A już z całą pewnością nie od niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   Pon Paź 09, 2017 10:21 pm

Czterdzieści siedem minut biegu. Dwanaście kilometrów. Leśna, wąska droga poznaczona błotnistymi koleinami. W wypełnionych wodą długich i wąskich śladach kół odbijały się czarne wierzchołki wygiętych przez kwietniowe wiatry drzew oraz wyblakłe, spłowiałe niebo. Szczęśliwe lustrzane światy, w których miał wszystko, na co zasługiwał, rozpadały się pod ciężkimi butami, spod których brudna woda bryzgała na zielone źdźbła trawy i złote główki leśnych kaczyńców.
Trening w umiarkowanie dobrym ubraniu byłby szaleństwem, dlatego ciało osłaniała przepocona już, rozciągnięta koszulka oraz spodnie wykonane z ciemnego, miękkiego materiału, którego nazwy nie potrafił wypowiedzieć – wszystko przez Włocha, który warczał w swym niezrozumiałym dialekcie stanowczo zbyt zawyżone ceny i którego Fiodor zbywał machnięciem ręki; tolerowali się wyłącznie dlatego, że było to opłacalne.
Przez pierwsze dwa kilometry łaciaty pies biegł tuż obok milczącego duetu, merdając ogonem w najczystszym przejawie bezinteresownej radości – różowy język wisiał z pyska, pod wpływem pędu powiewając na leniwym, majowym wietrzyku; doskonałą ciszę panującą przerywały wyłącznie sekwencje przyspieszonych oddechów i szczeknięcia ze strony Soldata – oryginalne imię, Chirjakow, prychnęła o świcie Berezina, drapiąc kundla za uchem, który swoją, skądinąd nigdy nieproszoną, obecnością dodawał hartu ducha biegnącym. Dobrze było go mieć przy sobie; solidarnie wpadał w kałuże pełne błota i znikał w pobliskich krzewach, by nagle pojawić się na ścieżce tuż przed nimi i końcu zniknąć na dobre – może tak naprawdę nie był bezdomny? Dziś rozmył się w porannej mgle, która szczelnie przylegała do soczyście zielonej trawy, otulała najbliższe drzewa i zmieniała te odleglejsze w niewyraźne widma. Gdy nie towarzyszył im Lykov – czyli niemal zawsze – biegali w milczeniu; cisza pozwalała zrozumieć to miejsce, odrywała od codziennego zgiełku miasta, przynosiła ze sobą wytchnienie, którego potrzebowali – choć żadne nie powiedziało tego na głos. Zamiast słów wybierali regulowane oddechy, walące serca, dziki wysiłek. Pot wsiąkający w koszulę, łaskoczący skórę głowy, kapiący ze skroni. Pieczenie w każdym mięśniu, coraz gorsze, a zarazem coraz przyjemniejsze, jakby samym tylko cierpieniem mogli wypalić grzechy przeszłości i ponownie się narodzić. Nie znał powodów, dla których milczała Berezina – może robiła to z uwagi na niego, chorobliwe solidarna we wszystkim, czego się podejmował? – ale sam wybierał ciszę z prozaicznych powodów.
Pod Paryżem czy pod Moskwą, głosy ptaków dokoła zawsze były takie same. Nie śpiewały. Wymieniały krótkie, ostre piski. To nie radość, nie spokojny odpoczynek, lecz jakiś gorączkowy dygot życia, który ostrzegał przed niemym zagrożeniem, jakby gdzieś miało stać się coś złego. W leśnym zgiełku niemal zawsze słychać panikę, jeszcze chwilę i ta rozpęknie, zamieni się w coś innego, w milczący koszmar bez dźwięku i koloru. Jakby skrzydlate istoty odzywały się po raz ostatni i wiedziały, że muszą się śpieszyć, bo czas ucieka. Mimowolnie przyspieszał pod ich ostrzałem – nie ze strachu. Raczej w wyrazie zwierzęcego solidaryzmu.
Podobnie było z seriami pompek; tak długo, jak zapewniały mu ciszę, mógł bez końca wykonywać nawracające sekwencje ugięć i rozprostowań, wdechów i wydechów, powtarzanej w myślach kumulacji liczb – choć to konkretne bez końca oznaczało moment całkowitego odrętwienia ciała, które osiągnęło kres własnych możliwości i odmówiło katorżniczego posłuszeństwa. Zwykle dopiero wtedy przerywał trening – kiedy od ćwiczeń mięśnie piekły jak zanurzone w kwasie selenowym. Czasami jego substytutem – zupełnie jak teraz, kiedy odpocznij po raz trzeci rozbiło się o kolejną salwę ugięć łokci – była Berezina, która cała była jak substancja żrąca.
Jeszcze przed momentem towarzyszyły im wyłącznie szepty wiatru w niebieskawych koronach drzew – szemrały cicho i lubieżnie, jakby nawiązywały znajomość, spokojnie i nie niepokojone przez radzieckie snajperki, których głos – choć stonowany – był jak muśnięcie palców mordercy na szyi ofiary na chwilę przed uduszeniem.
Chyba syknął coś przez zaciśnięte zęby, kiedy poczuł na plecach ciało Katyi – coś brzmiało jak ty z kolei nie ważysz dwudziestu kilo i okraszone zostało znacznie wyraźniejszym kurwa, które dorzucił po dwóch kolejnych, obciążonych snajperskim balastem pompkach.
Kiedy opuszkiem palca dotknęła jego nosa – jak dziecko proszące się o porządne lanie – musiał przerwać.
Dotychczas napięte mięśnie rozluźniły się zupełnie, kiedy pierś Fiodora dotknęła zielonych kępek trawy, a rozpalona, usiana kropelkami potu skóra zaczęła łapczywie pochłaniać bijący od pachnącej ziemi chłód. Musimy porozmawiać nigdy nie napawało optymizmem – mężczyźni posiadali genetycznie zakodowany imperatyw alergicznego reagowania na podobne słowa i zwykle wywijali się od rozmowy błahymi argumentami – bo praca, bo ktoś musi wynieść śmieci, bo skończyły się papierosy – natychmiast opuszczając pomieszczenie.
Ale Fiodor nie mógł uciec.
Dopadła go profesjonalistka.
I – dość dosłownie – przygniotła siłą argumentów.
Jak sądzisz, czym zajmuję się w Paryżu? – pytanie, choć zadane najbliższej kępce trawy, w pierwotnym zamyśle miało dotrzeć do Katyi, której ciepły oddech na karku był niemal równie irytujący co fakt, że z ich dwójki to akurat on ma nagi tors. – Potykaniem o bohomazy, które Lykov rozstawia w mieszkaniu?
Cicho wypuścił powietrze z płuc, czując przedsmak jutrzejszego poranka – mięśnie sztywne jak stare gałęzie i piekielny ból rozdzierający ciało przy każdym ruchu; na szczęście już lata temu przestał zwracać na to uwagę. Napięcie opuści go dopiero przed południem, kiedy zesztywniały z bezsenności kark rozluźni się, a płuca natlenią gęstą krew. Dokuczać mu będą jedynie mnożące się znaki zapytania, które – w przeciwieństwie do przejściowego bólu – nie opuszczą go zbyt szybko.
Całe moje życie to przygotowania – poruszył się ostrożnie pod jej ciężarem, jak gdyby szukał cieniutkiej wyrwy pomiędzy dwoma ściśle przylegającymi do siebie ciałami – wciąż łudził się, że Berezina zechce spełznąć z niego po dobroci, ale gdy cierpliwość dobiegnie końca, dobrze mieć wyjście awaryjne.
Na przykład śledzionę, w którą można uderzyć i uwolnić się na dobre.
Obrona Odessy, tego się trzymamy. Grisha będzie musiał wkuć nazwiska wszystkich dowódców, numer każdej kompanii i nazwę każdego burdelu, który zbombardowali Niemcy – zamilkł tylko na moment, niecierpliwym gestem ocierając zbłąkaną, pojedynczą kropelkę potu, która zakołysała się na jego skroni. – A ty mu w tym pomożesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Las Rambouillet   

Powrót do góry Go down
 
Las Rambouillet
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Obrzeża-
Skocz do: