IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Uliczka doktora Babinskiego


Share | 
 

 Uliczka doktora Babinskiego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Sie 09, 2016 2:09 pm



Uliczka doktora Babinskiego

Prowadząca w dół ze wzgórza Montmartre cicha i niemalże pusta uliczka, w chłodne jesienne wieczory zdecydowanie może przyprawiać o dreszcze. Gaszone w okresie wojny latarnie i sprawiają, iż nocą panuje tam bezwzględna ciemność i jedynym źródłem światła, na które można liczyć, jest świecący się na niebie księżyc. Rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza się w te rejony, a ci, którzy odważyli się nią przespacerować po zmroku, mogli napotkać na swojej drodze zagubione dusze niedoszłych artystów czy zubożałych mieszkańców szukających schronienia przed wścibskimi oczami przechodniów. Nawet niemieckie patrole są tutaj rzadkością. W dzień zaś uliczka, choć wciąż pusta, stanowi dość malownicze miejsce, gdy słońce przedziera się przez gęste korony drzew czy jesienne liście w pomarańczowych barwach opadają na ziemię. W dalszym ciągu nie stanowi jednak ani najbezpieczniejszego ani najbardziej uczęszczanego miejsca.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sro Sie 24, 2016 4:12 pm

    | po spotkaniu w winiarni
Nigdy nie miał w zwyczaju wychodzić zewsząd jeden z pierwszy gości, ale kiedy głos Armstronga zapisany na winylowej, długogrającej płycie zmniejszał swoją intensywność, zadecydował, że był to idealny moment na niespostrzeżone wyjście. Akurat toczyła się dyskusja na temat finansów, do której nie czuł się zobligowany dołączyć, więc zarzucił swój czarny, jak przystało na wyjścia po zmroku, kaszmirowy płaszcz i bez ani jednego słowa podziękowania zamknął za sobą drzwi.
Kiedy opuszczał wnętrze zupełnie zwyczajnej kamiennicy, w jego mózgu pojawiła się krótka, niezbyt przyjemna myśl – czy Paryż stał się zmęczony wszystkimi rozśpiewanymi, niegdyś prawdziwie szczęśliwymi ludźmi, otwierającymi kolejną butelkę winą i rozmyślającymi nad genezą miłości? Postanowił niefortunnie zmienić swoją naturę z głośnej, pełnej świateł na grzeczną, roztropną, przygaszoną? To niemożliwe, aby Francuzi zapomnieli, w jaki sposób organizować przyjęcia, przyjmować gości oraz skutecznie łamać wszystkie bezsensowne zasady nałożone przez Niemców, którzy kosztem pięknych ludzi leczyli swoje upośledzenie społeczne. W rzeczywistości, czym takim mogli się pochwalić – szorstkim językiem, złocistym napojem barbarzyńców przez smakoszy nazywanym piwem, czy może ogólną powściągliwością?
Niestety szedł uliczką idealnym wyczuciem urbanistycznym, ale pozbawioną dawnego splendoru, co przemawiało za niezbyt przychylną dla Henriego wersją wydarzeń. Powolnie schodził po schodach, by z każdym kolejnym stopniem zdawało się, jakby słabe światło latarni miało za chwilę zgasnąć i położyć ją do snu razem z jedynym przechodniem. Nawet blask księżyca nie mógł przedrzeć się przez nagie gałęzie rosnących w pobliżu drzew.
Powolnie obrócił swoją głowę w stronę budynku, na którego ścianie malowało się niewielkie okno, gdzie kobieca postać przygotowywała lub właśnie sprzątała po kolacji, ponieważ z każdym kolejnym pojawieniem się w oknie przechodziła z niewielką tacą. Przystanął dosłownie pod oknem, tak aby mieć je nad swoją głową i cały blask został przyćmiony przez grubą zasłonę. Jednocześnie poczuł uderzenie – coś znacznie większego, jednak niekoniecznie cięższego od dorosłego owczarka niemieckiego się z nim zderzyło.
– Trochę ostrożności! – spojrzał na twarz człowieka niemogącego go najzwyczajniej w świecie ominąć. Osoba, która wpadła na pana de La Fontaine, nie należała do grona zupełnie nieznajomych.
– Panna Lav… – rozpoczął ostrożnie, przeczesując pamięć w celu odnalezienia drugiej części nazwiska zakodowanej gdzieś pomiędzy Durand a Leroy – elle? Co panna tutaj robi o tej porze bez czarującego kawalera? – uniósł prawy kącik ust delikatnie do góry, aby lewy mógł natychmiast pójść w jego ślady.
Całkiem zgrabnie mu to wyszło, jeżeli wzięlibyśmy pod uwagę balansowanie na granicy małej, towarzysko-dydaktycznej katastrofy, jak również tym, że na uczelniach od dobrych dwóch miesięcy trwał drugi semestr.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sro Sie 24, 2016 5:30 pm

Nocne włóczęgi w towarzystwie własnych myśli i uciszanego w myślach Morfeusza - jeszcze księżyc świecił wysoko, nastała pora Goethego - nie były bezpieczne i Lori (to imię ostatnio dziwnie do niej przylgnęło, oplatając łagodnie jej osobowość) musiała przyznać, że wykazuje się skrajną nieodpowiedzialnością. Nie było przecież racjonalnego powodu, by opuszczać znane mury zatęchłej kamienicy, w której wiodła swój żywot i podążać w objęcia miasta, ale po chwilowym ociepleniu zatęskniła za spacerami.
Tak naprawdę jej elegancka natura domagała się przestrzeni. W Paryżu wiele rzeczy przykuwało jej uwagę, ale mieszkanie, w którym żyła - i które ktoś nazwał znośne, chyba tylko jej na złość - sprawiało wrażenie ubogiego.
Nie, nie była rozpieszczoną panienką, która domagała się wygód, gdy inni (znowu poczuła ścisk w gardle) tracili życie dla Rzeszy, ale nie mogła czuć się swobodnie, gdy klaustrofobiczne wnętrza osaczały ją w każdej strony. Dlatego ryzykowała wiele, wybiegając na ostre i świeże (sprawa umowa, Paryż cuchnął jak nigdy o tej porze roku) i czując się odrobinę pewniej z bronią w kieszeni. Zapewne, gdyby ktoś ją zdekonspirował, to mogłaby co najwyżej ją zjeść, ale jej natura marzycielki i idealistki domagała się ryzyka. Miała wrażenie, że choć nigdy nie piła, to wszelkim zagrożeniem mogłaby upijać się do nieprzytomności, połykać haustami historie jak ze szklanego ekranu, te, którymi była do reszty zafascynowana i które śniły się jej po nocach.
Niesamowite, że zwykle podobne myśli pomykały w stronę jednego ze znajomych, który wyglądał jak żywcem zdjęty z jej ulubionego afiszu. Ponoć w Polsce wyjście do kina wiązało się z lekką nutką adrenaliny, ale tutaj nie było mowy o podobnych incydentach i panna Lavelle mogła bez reszty pogrążać się w pasji, zapominając o twardym niemieckim wychowaniu.
I o patrzeniu pod nogi.
Ba, kogo ona chciała oszukać? W tej alejce, gdzie światło sprzyjało tajemnym schadzkom, mogłaby dostrzec jedynie ducha ze srebrzystą poświatą. Postać w kaszmirowym płaszczu - to była elegancja francuska, której nie mogła negować - nie zamierzała przeprosić i mało brakowałoby, a w porywie swojej namiętnej natury już uniosłaby broń, każąc mu wyskakiwać z dokumentów. Na szczęście (jego albo jej) usłyszała swoje nazwisko i rozpoznała w przypadkowym przechodniu... dokładne ucieleśnienie swoich dziewczęcych fantazji, które nieporadnie korespondowały z pistoletem zza pazuchą i pierścionkiem zaręczynowym, który właśnie zsuwa do jedwabnej rękawiczki.
Znajomość z tym profesorem prawa wymagała użycia całego francuskiego uroku, jaki posiadała... będąc Niemką i narzeczoną szanowanego oficera SS.
- Mamy wojnę, monsieur. Kawalerowie są na wymarciu - przemawiała tonem lekko kapryśnym, z uroczym francuskim, którego nie skalał twardy akcent. Podała mu swoją prawą dłoń, by się z nim przywitać... i na Boga, jak dobrze, że w wątłym świetle latarni nie dostrzegł, że spłonęła krwistym rumieńcem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Sie 27, 2016 6:35 pm

W geście powitania pocałował delikatnie jej dłoń, wyczuwając nieostrą woń jej skóry. Pachniała fiołkami lub konwaliami… chociaż nie był do końca przekonany, czy dobrze odgadł, ponieważ aromat nie należał do najmocniejszych. Ot, jakby wraz z zajściem słońca siła syntetycznie produkowanych olejków malała, by zniknąć na dobre z wybiciem północy.
Henri, pomimo prób wytężenia wzroku, nie widział dokładnie fizys swojej rozmówczyni, jednak dość szybko wychwycił nieodłączny element jej garderoby, czyli białe rękawiczki. Okropnie rzadko się ich pozbywała – może to wyłącznie fanaberia młodej dziewczyny z dobrego domu, bojącej się pokazywać swoich dłoni lub stwierdziła, że są dla niej zbyt intymnym miejscem, aby dzielić się nimi w innych okolicznościach niż samotność, sypialnia oraz ciemne, paryskiej uliczki, gdzie nigdy nie wiadomo, kto mógł kryć się za drzwiami pobliskiej kamiennicy.
Postać Lori od zajęć, w których wzięła czynny udział, zaczęła go zastanawiać. Owszem, około osiemdziesięciu procent studentów siedzących na auli zaliczała się do grona zwykłych ludzi, mogących, w najlepszym przypadku, zajmować się drobnymi niejasnościami w prawie finansowym na zlecenie małych firm, które ciągle przekraczały próg kancelarii adwokackiej 'Lemieux et fils'. Z większym fartem trafiali jako asystenci dla największych figur prawniczego podwórka bądź dawali sobie w ogóle spokój z zawodową walką o sprawiedliwość.
Gdyby to jemu przyszło mu pracować w taki sposób, jego ciało w czterdziestym drugim byłoby w dość rozwiniętej fazie rozkładu.
Niemniej, na każdej uczelni istniała grupa studentek, które nie do końca wiedziały, co właściwie robiły z własnym życiem, spędzając większość czasu na poszukiwaniach przyszłych mężów z potężnych (piekielnie zamożnych) rodzin, natomiast inne chciały chłonąć wiedzę całymi ciałami, odkrywały w umysłach swoistą higroskopijność na wiedzę. Pomiędzy nimi znajdowałeś jeszcze cała gamma charakterów, jednakże Lavelle nie wpasowywała dobrze, co dopiero idealnie, w żadną szablonową historię. Ona sprawiała nieodparte wrażenie znacznie bardziej złożonej, jakby za jasną cerą i blond grzywką skrywało się jakieś cierpienie.
Nie potrafił jej go końca rozgryźć, a teraz stała dokładnie przed nim, śmiało ignorując pytanie oraz rozpoczynając niewinną rozmowę o niczym. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby poruszyła temat pogody ostatnio oscylującej w granicach dziesięciu stopni Celsjusza.
– Jako dobry obywatel – cóż za skromność, panie de la Fontaine, proszę sobie nie żałować! – nie chciałbym, aby piękne panny lub, kto wie, kochające narzeczone tychże kawalerów, spotkał podobny los poprzez nocne przechadzki ciemnymi uliczkami – wraz z drugim uśmiechem odsłonił jasne zęby.
– Ponownie, oczywiście jako dobry obywatel, troszczę się o to, czy mógłbym jakoś pomóc, panno Lavelle? To nie jest chyba najlepsze miejsce do spacerowania dla młodych dam… W szczególności, jeżeli są studentkami mogącymi nie za dobrze znać Paryż. Znacznie bardziej malownicze są bulwary nad Sekwaną.
De La Fontaine, Ty lwie prowokacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Sie 28, 2016 7:00 pm

Na pierwszy rzut oka Lavelle wyglądała jak typowe dziewczątko z paryskiej ulicy, takie, które edukację traktuje jako sposób na znalezienie męża, bo nie miewa innych ambicji. Ba, sama Lori starała się jak mogła, by nie wyróżniać się z tłumu, a poświęciła sporo czasu, by owe zgromadzenie ludzi prześwietlić. Nie pragnęła niczego więcej niż zniknąć w tej społeczności, nadać sobie rys tej zbiorowości i stać się kolejnym anonimem, który nie budzi żadnych podejrzeń.
Musiała być ostrożna, bo i jej praca w Paryżu polegała na ciągłym niebezpieczeństwie, więc każde odstępstwo od normy mogło zakończyć się niewesoło. Dlaczego więc - w pełnej świadomości tego faktu - zawodziła?
Wiedziała, że pewnych odruchów warunkowych nie oduczy się tak łatwo. Wprawdzie już przywykła do trajkotania jak prawdziwa Francuzka (niemieckie dziewczęta w tym czasie milczały, pochylone nad szpargałami), picia wina jak wyzwolona studentka (a zasady dalej rządziły nią jak chciały) i palenia papierosów; ale wciąż robiła to po pańsku, mimochodem zaznaczając, że pochodzi ze środowiska, gdzie wojna może trwa w najlepsze, ale jest lekceważona.
To nie pasowało do średniozamożnej dziewczyny, dla której studia i byt były podstawową wartością. W takich rzadkich chwilach szalenie żałowała, że nie stała się gwiazdą kina, bo z platynowymi lokami i całkiem bystrymi oczami mogłaby robić karierę, a przynajmniej nie byłaby taka nieporadna.
Już dawno znalazłaby sposób na rozpracowanie tego... obiektu westchnień każdej studentki, z którą miała do czynienia. Przysięgała nawet, że i kilku osobników płci męskiej spoglądało z ogromną atencją na twarz prawnika., co wcale nie dziwiło Lori. Ona za to często oglądała się za nim ze względów czysto praktycznych. Budził zainteresowanie władz, mógł występować w tej bajce jako zły wilk, nawet jeśli nosił skórę jagnięcą. Zawsze interesowało ją to, w jaki sposób młode dziewczyny wpadają w sidła mężczyzn o tak skalanej reputacji i wreszcie miała na to gotową odpowiedź, choć sama - jako rozsądna i praktyczna Niemka - broniła się przed jego urokiem, jednocześnie roztaczając ten własny.
O jakże była naiwna, skoro wmawiała sobie, że jego usta przy swojej dłoni wcale nie drażnią jej poczucia przyzwoitości.
- Nie jestem zaręczona, szanowny panie. Francja jest moją jedyną kochanką, dość kapryśną, jeśli wziąć pod uwagę te żołnierskie patrole - wyjaśniła rozbawiona, zastanawiając się, kiedy sama uwierzy w tę podwójną grę. Pochyliła się do niego, o pewnych sprawach należało rozmawiać szeptem.
- A jeśli pan jest tym zagrożeniem, przed którym mam się bronić? Historia zna takie przypadki - zawahała się, ale potem wsunęła odważnie dłoń pod jego ramię. - Całe szczęście, że zawsze byłam tą ryzykantką, poczynając od zabronionych kąpieli w jeziorze... a kończąc na wydziale prawa. Ciekawa jestem natomiast, co pana sprowadziło w objęcia Temidy - och nie, rozmowa o pogodzie im nie groziła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Wrz 10, 2016 1:37 am

Ponowne spotkanie Andrija Sabuszkina oraz członka Ruchu Oporu miało pokazać, czy organizacja jest gotowa na podjęcie współpracy z handlarzem broni. Obydwaj panowie nie mieli okazji spotkać się wcześniej, Cianán z kolei wiedział o swoim kontakcie tylko tyle, co na zebraniu oddziału przekazał jego znajomy. Czy uda mu się więc namówić mężczyznę, aby wsparł nieco zasoby Résistance? I czy Rosjanin zgodzi się dodatkowo zasilić szeregi organizacji?
Uliczka z pewnością była miejscem, w którym mogliby zawrzeć umowę. Wyludniona o tej porze ze względu na pogodę oraz typy kręcące się w pobliżu, miała zapewnić odpowiednią atmosferę i zagwarantować bezpieczeństwo obydwu panom.


Przypominam, iż od tej chwili macie 48 godzin na rozpoczęcie zadania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Wrz 11, 2016 3:57 am

List, jak Andrij dostał od tajemniczego chłopaka by dla niego zagadką. Kto mógł chcieć czegoś od niego? Była to pułapka, czy może jednak zaproszenie na spotkanie z kontaktem? Tego Rosjanin musiał przekonać się osobiście. Do tego samo miejsce spotkania - Uliczka Doktora Babińskiego - idealne miejsce na zasadzkę. Wystarczy dwudziestu, może dwudziestu pięciu ludzi, aby obstawić cały teren i nawet mysz się nie przeciśnie. Andrij wolał nie ryzykować - załadował swój rewolwer, bagnet schował pod kurtką i zamknąwszy bar ruszył na umówione spotkanie.

Dotarłszy na miejsce, Sabuszkin nie miał zamiaru się kryć - staną na widoku pod jedna z nielicznych działających latarni. Chciał być widoczny. Czy szukał śmierci? Nie był sam pewien. Wszakże to miejsce było jednym z bardziej niebezpiecznych na terenie Paryża, łatwo było tu trafić na oprycha, czy nawet kilku. Tym jednak Szpieg się nie przejmował - był pewien, że poradzi sobie z każdym niewykwalifikowanym w boju rywalem, był przecież komandosem.
Andrij czekał na osobę, z którą był umówiony, spodziewał się dwóch opcji - albo będzie to jego kontakt z Ruchem Oporu, albo będzie to śmierć. Na spotkanie z tą drugą był gotowy od dawna.
Starając się jakoś zająć myśli, Andrij nucił pod nosem znaną mu z wojska piosenkę - "Jeśli jutro wojna".

"Muzyka rewolucjonistów? Psia jego mać z tą rewolucją. Nic nam nie przeniosła, jedynie śmierć i głód"

Podciągnąwszy rękaw swojej kurtki rzucił okiem na zegarek - brakowało pięciu minut do spotkania. Skupiając swoje zmysły na ciszy otaczającej okolicę starał się wyłapać choćby najmniejszy szmer, odgłos świadczący o czyjejkolwiek obecności. Nie usłyszał jednak nic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Wrz 12, 2016 12:37 am

W przeciwieństwie do Andrija, Cianán dobrze wiedział z kim ma się spotkać oraz w jakiej sprawie i chociaż miał przeczucie, że wolałby gdyby do tego spotkania nigdy nie doszło, to musiał się tutaj zjawić. Na spotkaniu Krasnego nasłuchał się dość od Arsène na temat Rosjanina w których brakowało pochwał i pozytywnych komentarzy, więc domyślał się, że kolejne spotkanie Ruchu Oporu z tym komandosem raczej nie zaliczy się do udanych. Jednak wolał ocenić człowieka swoją miarą, a nie cudzym zdaniem. W gruncie rzeczy mieli zbieżne cele i interesy i nie muszą się przecież przyjaźnić. Byli po tej samej stronie w tej wojnie, dlatego chcąc czy nie muszą mieć jakieś kontakty, a za niedługo miało się okazać jakie. Chłopak był nieco poirytowany nowym zadaniem, przecież łącznikiem z Ruffier miał być Aliker, a nie on. Z drugiej strony, rozkaz to rozkaz, więc widzimisię rudego tutaj mało miało do znaczenia.
Na spotkanie miał przyjść punktualnie, żeby w razie gdyby osoby z którą miał się spotkać nie było, mógł poczekać tyle ile trwa dopalenie własnoręcznie sklecanego papierosa. Z średniej odległości dostrzegł postać, która sylwetką przypominała agenta. Kiedy był już wystarczająco blisko, żeby się lepiej przyjrzeć mężczyźnie szybko stwierdził, że pasuje do krótkiego opisu jakiego zdołał się dowiedzieć.
- Pan Ruffier? - zapytał dla pewności z poważną miną i takim samym tonem głosu. Nie mieli ustalonego wcześniej hasła i odzewu, które mogłoby ułatwić rozpoznanie się, dlatego nie pozostało mu nic innego jak zapytanie w prost.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Paź 01, 2016 5:40 pm

Apatyczni, pogrążeni w ideologicznym uniesieniu żołnierze, udręczeni i żywotni jak kanarki, zmieniali się na patrolach ulokowanych w newralgicznych punktach miasta – wszystko po to, by obserwować przechodzących i sprawować nad nimi apodyktyczną kontrolę. Paryżanie podążali swoją drogą tak, jak podpowiadał im zdrowy rozsądek – czyli powłócząc nogami tylko wtedy, gdy ogarniało ich zmęczenie; czynili to bez udziału wolnej woli i najczęściej bezwiednie, narażając się tym samym na czujne spojrzenia okupanta. Na pierwszy rzut oka nawet cywile nasuwali bezwiedne skojarzenia z armią – jak dobrze zorganizowane szeregi żołnierzy, których jedynym celem był marsz. Byle naprzód. Byle do celu. Byle dalej od zimnego, obcego miasta. W tym chorobliwym, na wpół strachliwym pośpiechu zapominali, że każdy z nich miał władzę – posiadał ją tak długo, jak długo był przekonany o słuszności tego, co robi.
Temperatura z trudem przekroczyła trzy stopnie, w czym w najmniejszym stopniu nie pomagał silny, wilgotny wiatr, który smagał policzki z zaciekłością atakującej osy. W umyśle Fiodora tkwiło parę spraw do załatwienia jutro, kilka rzeczy, które zrobił wczoraj, ale dziś...
Dziś nie miał absolutnie niczego, na czym mógłby się skoncentrować.
Bezczynność wpędzała go w podenerwowanie. Zaczynał się zastanawiać, zaśmiecać umysł stertą bezsensownych pytań spod znaku Czy nie powinienem czegoś zrobić? Zapomniałem? Już wykonałem zadanie? A przecież łatwo wymyślić sobie jakąś pracę, zawsze jest coś do zrobienia. Trzeba wymienić żarówkę, sprzątnąć suche liście, uporządkować książki, policzyć ilość naboi w magazynku. Stawienie czoła całkowitej pustce było misją z góry skazaną na porażkę, na peryferiach umysłu zawsze czekało jakieś zadanie, coś odłożonego na później, coś, co nagle odbiło się czkawką pilności.
Herbata.
Zadziwiająca irracjonalność rozbłyskującej przyziemnością myśli. Jak profanum bezczeszczące sferę sacrum ubłoconymi buciorami.
Muszę kupić herbatę. Rzeczywiście, przypomniał sobie, że wczoraj zabrakło, może by tak pójść i kupić? Bez planowania, bez dokładnego sprawdzenia okolicy, bez opracowania trzech alternatywnych dróg ewentualnej ucieczki. Niewiele brakowało, by wyrwał się ze statycznego nurtu maszerujących mieszkańców miasta – nie zmienił jednak kierunku wędrówki, nie w obliczu ostatniej myśli, która tak gwałtownie go zastanowiła. Dlaczego tak trudno wysiedzieć bez żadnego zajęcia?
Przychodzą mu do głowy najróżniejsze scenariusze: ludzie, którzy potrafią zapełnić każdą minutę swego życia sprawami dla Fiodora absurdalnymi: bezsensownymi rozmowami, telefonami, mimo że nie stało się nic ważnego; szefowie, którzy wymyślają sobie zajęcie po to, by usprawiedliwić istnienie swego stanowiska; pracownicy żyjący w strachu, ponieważ nie otrzymali tego dnia nic ważnego do zrobienia, co może oznaczać, że są niepotrzebni; matki przeżywające katusze, gdy ich dzieci wychodzą z domu; uczniowie, którzy zadręczają się nauką, egzaminami; cywile drżący o własne życie i żołnierze to życie odbierający; kaci i katowani. Wszyscy mają jakąś misję, którą muszą spełnić, zadanie, które czeka na podjęcie. Przechodzą przez życie, zaprzątając sobie głowę prawdziwymi głupstwami, wszystko odkładają, nie zwracając uwagi na kluczowe momenty. Nie ryzykują, gdyż uznają to za zbyt niebezpieczne. Ciągle narzekają, ale potrafią stchórzyć, gdy tylko uśmiechnie się do nich los. Chcą, żeby wszystko wokół się zmieniło, ale sami nie mają ochoty się zmienić. Gdyby częściej myśleli o śmierci, nie odkładaliby w nieskończoność ważnego telefonu. Byliby bardziej szaleni. Nie baliby się, że kiedyś skończy się ich ziemskie życie, bo przecież nie można się bać czegoś, co i tak nastąpi.
Tego marcowego, chłodnego popołudnia Fiodor toczył ze sobą długą i ciężką walkę, by nie porzucić dotychczasowego kierunku wędrówki i nie pójść do sklepu po herbatę, której akurat zabrakło. Błahostka, która stanowiła próbę charakteru – uparł się, że nie zmieni planów i przez najbliższych kilka godzin nic nie będzie robić, mało istotne, jak bardzo pragnąłby zrobić cokolwiek.
Wiatr mocno wieje, Fiodor wie, że jest zimno, że zanosi się na mroźną noc, że powinien wyciągnąć niedbale wciśniętą w kieszeń czapkę i nałożyć ją na głowę i że jutro musi kupić herbatę. Jednak nie robiąc nic, robi najważniejszą rzecz na świecie: słucha tego, co miał sobie do powiedzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Paź 01, 2016 7:43 pm

Kolejna salwa uderzającego w nią wiatru była jak wyrok podpisany pewną siebie ręką kata, na wskutek którego wezbrała w niej nieodparta ochota kichnięcia. Znajome łaskotanie zrodziło się w dole gardła, by drobnymi, szczurzymi łapkami pobiec w górę dróg oddechowych i z całą stanowczością wyrwać się na zewnątrz – naprędce wyszarpnięta z kieszeni płaszcza chusteczka zapobiegła całkowitej tragedii, jednak sama Anastasia nie nazwałaby się szczególną szczęściarą.
Przeziębienie było ostatnią rzeczą, której potrzebowała w okupowanym Paryżu.
Znała pół tuzina domowych sposobów na pozbycie się pierwszych objawów choroby, jednak – jak do tej pory – żaden z nich nie przynosił wymiernych skutków, a zdobycie aspiryny, choć możliwe, było chwilowo działaniem nad wyrost. Ciepło oraz sen zwykle pomagały, jednak w ostatnich dniach Anastasia nie miała czasu ani okazji na wprowadzenie w życie żadnego z tych czynników – marzec, poza chłodem i parszywą pogodą, przyniósł ze sobą kolejną porcję niepokoju znad Wysp i wschodu kontynentu, co jedynie wzmagało płynące z Londynu naciski. O ile trzy godziny snu na dobę nie stanowiły problemu, o tyle nasilające się objawy choroby już tak – uzasadniony strach przed pogorszeniem i tak zakrawającej o grozę sytuacji stanowił wystarczająco dobry powód, by w trakcie tego marcowego dnia Anastasia ubrała się znacznie cieplej niż uczyniłaby to bez grożącej jej choroby. Gruby, ciepły płaszcz barwy atramentu i niemal równie gruby szal stanowiły namiastkę ciepła, którego teraz potrzebowała – skryte pod skórzanym materiałem rękawiczek dłonie nie miały równie wiele szczęścia co szyja i nawet pomimo wciśnięcia w kieszenie płaszcza wciąż odczuwały dotkliwy chłód. W obliczu równie niedogodnej atmosferycznej sytuacji, panna Wescott mogła stwierdzić jedno – francuski klimat jej nie służył. Starała się nie myśleć o Port Harcourt, starała się nie wspominać z utęsknieniem stojącego wysoko na bezchmurnym niebie słońca i podmuchów gorącego wiatru, który nadciągał znad Czarnego Lądu, jednak podczas równie chłodnych dni obrazy z przeszłości stanowiły dla niej jedyną pociechę.
Droga powrotna do dwunastej dzielnicy ciągnęła się w nieskończoność – pomimo rozpełzającej się po ciele choroby i delikatnego, nadal ledwie odczuwalnego bólu głowy wzrok Anastasii próbował wychwycić nawet najdrobniejsze anomalie na doskonale znanej trasie. Niemiecki patrol krążył tam, gdzie zwykle, nie oddalając się zbytnio od skrzyżowania dwóch ulic, z którego miał lepszy pogląd na okolicę – zaraz zresztą został w tyle wraz ze swym punktem obserwacyjnym, co w pewien nie do końca wyjaśniony sposób znacznie przyczyniło się do rozluźnienia co poniektórych przechodniów. Sama Anastasia nie ulegała ułudzie bezpieczeństwa – okupant był wszędzie, mógł wyjść zza najbliższego załomu albo wyjechać zza kolejnego rogu, świadomość tej wszechobecności pozwoliła na zachowanie szczególnej czujności, tak charakterystycznej dla osaczonego przez obławę zwierzęcia, choć…
Choć szczególna czujność nie była wystarczająco szczególna – o czym dotkliwie przekonała się panna Wescott za kolejnym zakrętem.
Strome schody ciągnące się w dół uliczki doktora Babinskiego poruszyły się gwałtownie i zakołysały, by ledwie chwilę później przybliżyć niebezpiecznie szybko – nim Anastasia zdołała zrozumieć, że upada, niemal naprawdę upadła. Zaskoczony natłokiem bodźców umysł nie zarejestrował momentu, w którym dłoń mechanicznie wysunęła się ku chłodnej, zroszonej zimnymi kropelkami wody barierce. Palce nie zdołały jednak musnąć zimnego metalu, bowiem coś
nie, nie coś – ktoś
złapał ją w pół drogi ku kostce, którą wyłożone były stopnie. Wprawione w opętańczy galop serce tłoczyło krew z werwą fabrycznej pompy, na tyle potężnej, by na moment wypełniła uszy Any głuchym szumem – sama Wescott nie byłaby jednak sobą, gdyby prędko nie otrząsnęła się z pierwszego, naturalnego szoku, w trakcie którego nie zdołała dojrzeć twarzy wybawcy. Jakaś część jej umysłu spodziewała się ujrzeć ominięty przez kilkoma minutami niemiecki patrol, lecz wystarczyło krótkie spojrzenie na widniejącą na tle szarego nieba sylwetkę, by wykluczyć interwencję okupanta.
- Monsieur! – wciąż zduszony z zaskoczenia głos stanowił rażący kontrast dla wyrazu twarzy Anastasii – gdzieś pomiędzy odzyskiwaniem pełnej przytomności umysłu a wydobywaniem z siebie pierwszej sylaby, Wescott odzyskała pełen rezon i wykrzesała ognik słusznego oburzenia, który zamigotał w błękicie tęczówek.
- Wypadła panu czapka.
Nie były to słowa podziękowania, jakich przypadkowy wybawiciel mógł się spodziewać – trudno jednak wymagać wdzięczności od kobiety, która niemal natychmiast stanęła na równe nogi, w przeciągu jednej chwili przeobrażając się z potykającej się na schodach damy w taką, która sprawia wrażenie sztywnej i zimnej jak zamrożony kij.
Taki najwyraźniej urok Brytyjek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Paź 02, 2016 2:48 pm

W mieście po wręby zapełnionym wrogami człowiek musiał albo zwariować, albo wymyślić własną ideologię, albo wyrobić sobie doskonałe poczucie humoru. Rozwinąć poczucie relatywizmu. Uzmysłowić sobie, że wprawdzie każdy ma jakąś historię, ale nie jest ona ważniejsza ani bardziej przekonująca od historii drugiego człowieka. Posiąść umiejętność nieustannej obserwacji, nabrać nawyku pojmowania rzeczywistości wszystkimi dostępnymi zmysłami, w końcu wyodrębnić dwie grupy, na które można podzielić ludzi – takich, którzy mogą zaszkodzić od razu i takich, którzy zrobią to dopiero po czasie. Wbrew pozorom niema, prowadzona wewnątrz umysłu inwigilacja nie była zadaniem prostym – wzrok musiał rejestrować każdy ruch, wszystkich tych bezimiennych, mijanych na ulicy ludzi, wchodzących do kawiarni ludzi, wychodzących z kawiarni ludzi, ludzi uśmiechniętych, smutnych, bezbarwnych, ludzi przerażonych i ludzi triumfujących. Trzeba zauważać ich ubrania, twarze, gesty, przyglądać się ich butom, torebkom i spędzać czas na domysłach – kto skąd pochodzi, co łączy te dwie kobiety i tego mężczyznę na najbliższej ławce, obydwie palą papierosy, on nie, jedna ma bardzo złą minę, mężczyzna prawie się nie odzywa, jedna z kobiet niemal cały czas mówi, druga jest milcząca. Dalej, kolejna osoba – wysoki, dziwny młody człowiek o przerażającym wyglądzie, ma przed sobą gazetę, ale jej nie czyta. Spogląda w lewo, czeka, powoli traci nadzieję.
Obserwacja nie jest biernością – to nieustanne działanie, przypatrywanie się ludziom, zgadywanie, wymyślanie, podchwytywanie strzępów rozmów i klecenie ich ze sobą, tworzenie opowieści z drobnych szczegółów konwersacji. Tyle się dzieje na każdym rogu ulicy, w każdej kolejce przed sklepem, w każdej poczekalni lekarskiej, w każdej kawiarni... tak wielu ludzi w istocie przewija się dzień w dzień przed waszymi oczyma i przez większość czasu nie jesteście zainteresowani, nawet nie zauważcie, widzicie raczej sylwetki niż rzeczywiste osoby. Jeżeli więc przyswoicie sobie zwyczaj obserwowania obcych i jeśli dopisze wam szczęście, koniec końców będziecie mogli czuć to, co Fiodor.
Opanowanie. Pewność. Brak wahań. Dobitną świadomość, że tu i teraz nic nie jest w stanie was zaskoczyć, że nie zdarzy się nic, na co nie bylibyście przygotowani, że w bezimiennym tłumie obcych twarzy nie jesteście sami, że – nareszcie – gdzieś przynależycie.
Z dala od głównych aort miasta atmosfera ambiwalencji i niejednoznaczności, różnorodnych emocji, związków miłości i nienawiści, i nieodwzajemnionej miłości uległa znacznemu przerzedzeniu – cicha uliczka, nocą zapomniana przez wszystkich bogów świata, biegła w dół wzgórza wilgotną od nadtopionego śniegu wstążką, nad którą rozpościerały się łyse gałęzie drzew. Nieliczni przechodnie, pochłonięci pogłębionym przez pogodę nieszczęściem, nie zwracali uwagi na świat zewnętrzny – zbyt oddani własnym myślom, mijali niemych towarzyszy podróży, z którymi przypadkowo skrzyżowali ścieżki i których najpewniej już nigdy nie spotkają. Ciche kaszlnięcia skrywane za szalikami i ciężkie oddechy zakatarzonych nosów stanowiły symfoniczne uzupełnienie wietrznego, marcowego dnia – nikt nie zatrzymywał się, by podziwiać zatopioną w szarości naturę, nikt nie ryzykował spojrzeniem na twarz mijanego mężczyzny, nikt nie zachowywał wystarczającej uwagi, by uniknąć figlów podstępnego losu.
Wystarczyła chwila nieuwagi, moment zawahania pomiędzy sekwencją krok a stąpnięcie, by świat wybebeszył się podszewką na zewnątrz. Działanie i myślenie w podobnych sytuacjach rzadko idzie w parze, pierwszym i najbardziej naturalnym odruchem jest manewr, dopiero po nim następuje namysł, gest wyprzedza skleconą w umyśle formułkę, a chwytająca upadającą kobietę dłoń stanowi preludium dla wartkiego potoku myśli.
Pomiędzy momentem, w którym Fiodor mijał kolejnego z niewielu przechodniów (kobieta, dobiegająca trzydziestki, dobrze ubrana, nie więcej niż metr siedemdziesiąt), a chwilą, gdy tego samego przechodnia ratował przed upadkiem, nie minęło więcej niż siedem sekund – dość czasu, żeby wykrzesać z siebie choćby pierwotną myśl, wąską strużkę skleconą z nie zwracaj uwagi bądź omiń bez reakcji. Po ostatnich wydarzeniach w kawiarni nabrał dostatecznie wiele dystansu, aby do minimum ograniczyć zbędne interakcje z kobietami na tyle urodziwymi, by przyciągały nadmiar uwagi – problem w tym, że teraz reakcja nastąpiła przed namysłem.
- Madame – ton jego głosu karykaturalnie kontrastował ze świętym oburzeniem uratowanej z opałów kobiety – w innych czasach, w innym miejscu, w innych okolicznościach zaśmiałby się  mimowolnie, dostrzegając w oczach kobiety ogniki zimnej uprzejmości, równie kruchej, co skuwający rzekę lód.
Wypadła panu czapka.
- A pani równowaga.
Nie mogli zaprzeczyć równie trafnemu osądowi sytuacji – rzeczywiście, czapka wylądowała na brudnych grudkach śniegu niecałe pół metra od epicentrum wydarzeń, a kobieta podążyłaby w jej ślady gdyby nie nagła i, jak się okazuje, niechciana interwencja Fiodora. Chirjakow podniósł z bruku nakrycie głowy, otrzepał je ze śniegu i ponownie wcisnął do kieszeni płaszcza, czyniąc to, co powinien zrobić przed całym incydentem – po prostu ruszył w dalszą drogę z chłodnym spokojem góry lodowej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Paź 03, 2016 4:47 pm

Nie do końca potrafiła określić, dlaczego niespodziewany (lecz po chwili zdroworozsądkowego namysłu jak najbardziej doceniany) wybawiciel budził w niej równie żywe zainteresowanie. Gdzieś pomiędzy wygaszaniem ostatnich ognisk zaskoczenia, spokojną (i zabawnie trafną) odpowiedzią mężczyzny a momentem, w którym jednym, sprężystym ruchem podniósł z bruku swoją zgubę, Anastasia dokonała prędkiego rachunku sumienia.
Po pierwsze i prawdopodobnie najważniejsze – nie zauważyła go, kiedy się mijali. Wpajany przez długie miesiące nawyk nakazywał jej zapamiętywanie każdej osoby z którą skrzyżuje drogi. Na wszelki wypadek, w przestrodze, z uwagi na szczególną ostrożność – pierwszą rzeczą, jaką miała wykonywać, to obserwacja, nawet w obliczu przeziębienia, zakatarzonego nosa i widma gorączki. Wzrok Wescott rejestrował przechodniów z pilnością notującej uczennicy, a jednak moment, w którym minęła się z przypadkowym pomocnikiem ział w jej umyśle pustką – gdyby nie niespodziewana interakcja, nawet nie zapamiętałaby jego twarzy, za co winą dość prędko obarczyła przeziębienie… i poślizgnięcie się na schodku, które na dobre pozbawiło ją surowego osądu sytuacji.
Po drugie – jego zachowanie w pewien niewyjaśniony sposób intrygowało. Nie zrobił nic, co można było poczytać jako impertynenckie, niewłaściwe bądź dziwne, jednak szybkość reakcji mężczyzny przywodziła na myśl coś mechanicznego – jak gdyby na co dzień zajmował się chwytaniem kobiet na oblodzonych schodach, a nagły ciężar złapanego przed upadkiem ciała nie był szczególnym wyzwaniem dla mięśni.
W końcu po trzecie – być może to jej reakcja przyczyniła się do podobnego obrotu spraw, lecz Anastasii ani razu w trakcie niemal (niemal!) trzydziestoletniego życia nie zdarzyło się, by jakikolwiek mężczyzna równie szybko od niej uciekł (poza Williamem, który czynił to niejednokrotnie, jednak jako brat posiadał całe spektrum nietypowych zachowań). Nim Ana na dobre zdołała odzyskać rezon, Monsieur Płochliwy podążał w dół uliczki doktora Babinskiego, wciskając w kieszeń zagubioną czapkę (kolejna zadziwiająca rzecz – dlaczego w podobną pogodę nie zrobił z niej właściwego użytku?). Wescott nie była pewna, co kierowało jej kolejnymi działaniami, lecz dość prędko stało się jasne, że wrodzona ciekawość połączona z przekonaniem o konieczności dokończenia wszelkich spraw nie pozwoli na równie beztroskie pozostawienie tematu. Szybkim ruchem wygładziła materiał płaszcza, kolejnym, niemal tak samo prędkim gestem odgarnęła za ucho niesforny kosmyk włosów, które w akcie jawnego buntu wymknęły się spod materiału kapelusza i z gorejącą determinacją w oczach ruszyła za mężczyzną, tym razem znacznie ostrożniej stawiając kroki. Zadziwiające, jak w tak krótkim czasie zdołał pokonać równie wiele stopni – oddalił się niemal o sto metrów, pozostawiając za sobą Anastasię z jej zimnymi spojrzeniami i uratowanym od stłuczeń ciałem. Z ust Wescott wyrwał się siwy obłoczek oddechu, gdy w końcu zdołała zminimalizować dzielącą ich odległość do ledwie dwóch kroków – dopiero wtedy przywołała na usta jeden z bardziej ujmujących uśmiechów, na jakie stać kobiety w równie chłodne, marcowe dni.
- Monsieur, mam wrażenie, że nie podziękowałam dostatecznie dobrze – po dwóch kolejnych, ostrożnych stąpnięciach znalazła się tuż obok mężczyzny, starając zignorować narastającą potrzebę kichnięcia – taka forma podziękowania również mogłaby nie przypaść mu do gustu. – Zaskoczenie potrafi płatać nam zadziwiające figle, przez co znalezienie odpowiednich słów graniczy z cudem – wystarczyło jedno spojrzenie na profil mężczyzny, by dostrzec coś na wzór poirytowania – z podobną aparycją najpewniej nawykł do uganiających się za nim kobiet, jednak dzisiejszego dnia żadne z nich nie miało na tyle szampańskich nastrojów, by całe zajście obrócić w nieudolną próbę zauroczenia. Wescott zmrużyła lekko oczy, wciąż z lekkim uśmiechem na ustach, lecz tym razem znacznie większą ostrożnością – mógł nie być Niemcem, lecz w równie ponurych czasach nawet mieszkaniec okupowanego miasta nie zawsze jest godnym zaufania obiektem.
- Merci. Za ratunek, dość dosłowne sprowadzenie na ziemię i uświadomienie, że gubienie równowagi nie jest najrozsądniejszą czynnością na śliskich schodach – kąciki ust Any drgnęły mimowolnie, gdy uświadomiła sobie, jak żałośnie musi teraz wyglądać – z tą nieodpartą potrzebą okazania wdzięczności, co w efekcie miało doprowadzić do wyjaśnienia pytań, które przed sobą postawiła. Po raz kolejny odrobina egoizmu wzięła górę nad zimną obojętnością – nie stałoby się nic złego, gdyby rozeszli się w swoje strony i już nigdy nie spotkali, lecz dla Anastasii równoznaczne byłoby to z rezygnacją z odpowiedzi na najbardziej palącą kwestię. Kim tak właściwie był ten człowiek?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Paź 03, 2016 7:19 pm

Rzeczywistość na krótki moment uległa całkowitemu wypaczeniu, jak wybrzuszające się pod wpływem gorąca szyny. Ratując kobietę przed upadkiem, Fiodor patrzył na jej plecy i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, cóż takiego niezwykłego kryje się w zarysie kobiecego karku. Wzajemny układ szarego, wyblakłego słońca i nałożonego na głowę kapelusza sprawiał wrażenie, jakby nieostrożną spacerowiczkę otaczała poświata. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będzie dane jej ukazać się żadnemu mężczyźnie w drżącym blasku aureoli – musiałby być zaspany, patrzeć z dołu, praktycznie z poziomu ziemi, przez ciasne okienko, które sprawi, że widać ją będzie albo w jednej linii ze słońcem, albo wcale.
Zbyt wiele zastrzeżeń dla zbyt kruchej ulotności.
Rzeczywistość – jak zawsze – okazała się znacznie mniej urokliwa. Czubki butów kobiety miały na sobie znamiona marcowych plamek błota, taki sam brudnobrązowy nalot pokrywał te miejsca jej sukni, które naraziły się na wczesnowiosenne roztopy. Nawet kapelusz, płonący przed momentem żywym ogniem czystego światła, stał się jedynie kawałkiem dobrze skrojonego materiału. Dla każdego – z nią samą włącznie – synteza światła, cieni i ulotności mogła pozostać niezauważona. Ale nie dla Chirjakowa – ruszając w dół schodów nie mógł wymazać z pamięci tych kilku sekund zawieszenia między jawą a snem; chyba nawet chciał, ale już wtedy czuł, że nic z tego nie będzie.
Najpewniej po powrocie do mieszkania zupełnie wyparłby z pamięci całe zajście – majaczyłoby ono na obrzeżach jego umysłu, jak skryty za mgłą horyzont, który w każdej chwili można osiągnąć przy odrobinie wysiłku i silnej woli. Nic, co zostało zobaczone, nie ulegało całkowitemu zatarciu – wspomnienia zasługiwały na miejsce w pamięci, na logicznie posortowane archiwum pełne wydarzeń i myśli, a wszystko po to, by móc po nie sięgnąć w razie potrzeby… bądź pod wpływem kaprysu.
Ubiegający czas wymierzały równe, długie, choć nieszczególnie spieszne kroki stawiane przez Fiodora – przy trzydziestym siódmym usłyszał cichy stukot obcasów za plecami, w okolicach czterdziestego dołączył do nich oddech, między czterdziestym drugim a czterdziestym trzecim tuż obok ramienia Chirjakowa zamajaczyła kobieca sylwetka, czterdziesty czwarty postawił przy akompaniamencie pierwszych słów kobiety. Początkowo nie sprawiał wrażenia szczególnie uważnego słuchacza – wciąż parł przed siebie, tylko raz kiwając głową na znak, że przyjmuje przeprosiny i nie ma o czym mówić. Dopiero po chwili, gdy kobieta – nadal mówiąc – wciąż kroczyła u jego boku, posłał w jej stronę spojrzenie i niemal natychmiast zauważył delikatną siateczkę rys w miejscach, gdzie zbiegają się powieki. Jej skóra była świeża, ale już nie świeżością nastolatki; nieznajoma urodziła się najmniej ćwierć wieku temu i jak na radzieckie standardy była już panną lekko podstarzałą, gdy zaś powoli odwróciła głowę o dalsze kilkanaście stopni, przez chwilę jej regularny profil zlewał mu się w oczach z mglistym profilem jakiejś filmowej bohaterki, pięknej, szlachetnej i spoliczkowanej przez męża brutala. Oczywisty idiotyzm – nie była aktorką, lecz przypadkowym przechodniem, który najwyraźniej lubuje się w zaczepianiu wyższych o głowę mężczyzn, choć nie od dziś wiadomo, że obdarzanie zaufaniem niedogolonych typów o przekrwionych oczach dowodzi braku krytycyzmu. Ze strony Fiodora dość długo panowało milczenie tak intensywne, że można by je kroić nożem i sprzedawać pechowcom mieszkającym w żydowskiej dzielnicy – przez cały ten czas Chirjakow wpatrywał się w niechcianą towarzyszkę, dokładnie rozpatrując wszystkie aspekty jej zachowania. Nie był pewien, czy faktycznie nie wie, kim tak naprawdę Fiodor jest. Teoretycznie mogła po prostu lać oliwę na wzburzone wody.
- Podążania za obcym mężczyzną też nie określiłbym mianem szczególnie rozsądnego… a jednak pani wciąż tu jest – nie wie,  jak rzucając spojrzenie na ostrożnie stąpające nogi kobiety wyczuł, że ta się uśmiechnęła… ale tak właśnie było. Kiedy uniósł wzrok, wciąż miała ten uśmiech na twarzy. Troszkę za późno zorientowała się, na co Fiodor patrzy –w końcu ułożyła mięśnie w lekko rozbawionym uśmiechu, mówiącym: „no i przyłapałeś mnie”. Nie wyglądała na kogoś odczuwającego wielki respekt do takiego ponuraka jak Chirjakow – ten zresztą zaraz pomyślał, że znalazła w jego nie dość ukradkowym spojrzeniu coś, co dodaje kobietom pewności siebie, niezależnie od narodowości i ilości pieniędzy zainwestowanych w garderobę.
- Wódka z pieprzem – głos Fiodora brzmiał tak, jakby Chirjakow stwierdzał, że mają dziś wyjątkowo paskudną aurę – pomimo irracjonalności wypowiedzianych słów, zdołał zachować nieprzenikniony wyraz twarzy oraz spojrzenie kogoś, kto nawykł do udzielania zabobonnych rad na środku uliczki. – Pomaga na przeziębienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Paź 03, 2016 11:03 pm

Jeśli było coś, co mogła z całą pewnością stwierdzić po dwóch? trzech? minutach tej dość nietypowej znajomości (stanowczo zbyt ochoczo szastała tym określeniem nad wyrost – nikt o zdrowych zmysłach nie określiłby tego spotkania znajomością), to był to fakt, że jej rozmówca należał do zdumiewająco nieprzewidywalnych osób. Wpatrywała się w niego z ukradkową intensywnością, która miała odsłonić igrające na twarzy mężczyzny emocje – zamiast nich dostrzegała wyłącznie kunsztowny spokój woskowej figurki, dokładnie takiej, które czasem widuje się na pchlich targach bądź sklepikach z suwenirami.
Żadnej wyraźnej irytacji, żadnego zniecierpliwienia, nawet cienia podenerwowania. Mężczyzna kroczył przed siebie jak maszerujący na defiladzie żołnierz, zaś sama Anastasia nabrała pewności, że w jego ruchach rzeczywiście tkwi coś wojskowego – być może wbita buciorami dyscyplina, która nie dopuszcza do głosu wahań i wolnej woli, taka, która kieruje kolejnymi krokami, nadając im mrożący krew w żyłach rytm, zbyt dobitnie kojarzony z siłami nazistowskiego okupanta. Nagle do niej – jak się okazuje, skończonej idiotki – dotarło, że może i nie ma munduru, nie oznacza to jednak, że nie jest zepsutym do szpiku kości Niemcem, na domiar złego na tyle szczwanym, by nie obnosić się ze swym pochodzeniem. Jeszcze gorszą z możliwości byłby francuski kolaborant, gotowy donieść na nią pod byle pretekstem – zaklęłaby w myślach szpetnie, gdyby nie uspokajająca, chłodno wykalkulowana myśl, że chwilowo nie ma się czego obawiać.
W końcu nie padły żadne nazwiska.
Na usta ponownie powrócił uśmiech, a spojrzenie raz za razem powracało na twarz milczącego towarzysza. Posiadał zaskakującą umiejętność nie odzywania się nawet wtedy, gdy wyraźnie tego od niego oczekiwano, co – wbrew pozorom – nie było czynnością łatwą. W podobnych sytuacjach Ana dość prędko zaczynała odczuwać pierwsze oznaki poirytowania, zdawała sobie jednak sprawę, że własne słabostki powinna odłożyć na bok… a przynajmniej te, które potrafiła zwalczyć – potrzeby zapalenia papierosa nawet nie próbowała. Z kieszeni płaszcza, gdzie jeszcze przed kilkoma chwilami trwożnie ukrywała dłonie, wysunęła się paczka, a z paczki – długi papieros bijący w oczy bielą niewinności. Wescott zacisnęła delikatnie wargi wokół filtra, z cichym, charakterystycznym szczękiem odpalając ogień zapalniczki – uczyniła to dokładnie w tej samej chwili, w której mężczyzna postanowił przerwać perfekcyjnie usnutą siateczkę ciszy. Coś w jego słowach, być może przewrotność parafrazy bądź spokój, z jakim ważył kolejne sylaby sprawiło, że Anastasia uśmiechnęła się szerzej. Nie starał się jej rozbawić, najpewniej sam nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak irracjonalną przyjemność sprawiają jego słowa zupełnie obcej kobiecie – Ana potrafiła jednak docenić dobry humor, nawet jeśli ten był pokracznym dzieckiem nieświadomości oraz znużenia. Miała ochotę pokręcić lekko głową, w uznaniu, przejawie rozbawienia bądź w chęci przegnania błąkającego się po ustach uśmiechu, jednak jedyne na co się zdobyła, to wysunięcie w stronę mężczyzny paczki z papierosami – prosty gest będący symbolem wdzięczności za wcześniejszy ratunek i stanowiący subtelny test, drobną kradzież informacji.
Palisz czy odnajdujesz w życiu inne przyjemności?
Była odważniejsza niż większość kobiet, bardziej bezpośrednia niż większość kobiet i przede wszystkim nieprzewidywalna – tym razem jak na każdą kobietę przystało. Nieszczególnie interesowało ją zdanie, jakie wyrobi sobie na jej temat przypadkowy mężczyzna spotkany na przypadkowej uliczce w zupełnie przypadkowej okoliczności. Nawet, jeśli mieliby się spotkać ponownie, zapamiętałby Anę jako bezpośrednią, otwartą osobę ze słabością do papierosów oraz potykania się na schodach.
- Nie sądzę, by ten obcy mężczyzna miał zamiar obrabować mnie w biały dzień i tym samym zaryzykować aresztowaniem bądź dość mierną zdobyczą w formie zapalniczki, paczki papierosów… i zużytej chusteczki – tym razem zaśmiała się cicho, wraz z wydechem wypuszczając z ust smużkę siwego dymu, który był namiastką leczniczego ciepła. Poprzysięgła sobie, że wkrótce pozostawi mężczyznę w spokoju – nawet tak niezrównane okazy spokoju posiadały pewne granice opanowania, za które nie powinny się zapuszczać bez odpowiedniej przepustki.
- Słucham? – najpewniej wystrzał nie zdziwiłby jej bardziej od kolejnych słów mężczyzny – rozbrzmiały tak nagle i brzmiały tak irracjonalnie, że Anastasia przez moment sądziła, iż do listy objawów chorobowych musi dodać omamy słuchowe… choć nie, nie przesłyszała się. Jej towarzysz kontynuował króciutki monolog z chłodem góry lodowej, która doprowadziła do zatonięcia Titanica – i zupełnie jak ona odsłaniał wyłącznie wierzchołek prawdy, pod taflą wody pieczołowicie skrywając mroczniejsze tajemnice.  
- Coś podobnego, cała butelka? – pokręciła głową lekko, w lewo, w prawo, ponownie w lewo, dając tym samym upust własnemu zdumieniu. Słyszała w życiu wiele lekarskich porad spod szyldu Babcia Mary radzi, lecz nikt nie proponował przezwyciężania kiełkującej choroby… pieprzem. Alkohol w pewnym stopniu mogła zrozumieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Paź 04, 2016 9:22 pm

Istnieją odpowiedzi wyrafinowane, istnieją też wymijające. Odpowiedzi prostych i bezpośrednich nie ma – dlatego (choć nie tylko dlatego) Fiodor zachowywał przesycone spokojem milczenie godne buddyjskiego bożka. Wychodził z pragmatycznego założenia, że poważni, dorośli ludzie nie zajmują się błahostkami – właśnie to przemknęło mu ze znużeniem przez głowę, kiedy pokonywał kolejne stopnie biegnące wzdłuż uliczki, wytarte dziesiątkami tysięcy kroków zupełnie obcych ludzi.
Dokładnie tak. Dorośli, poważni ludzie mają swoje własne poważne, dorosłe sprawy i w dodatku zdają sobie sprawę z tego, że te wszystkie drobne kłamstewka i niewinne oszustwa są w gruncie rzeczy jednakowe i tak samo nużące. Jednostajnie nużące. Nużąco jednostajne...
Wielka, przysadzista, podobna do wiejskiej, syberyjskiej baby lipa rozsiadła się na skraju uliczki, zwiastując swą obecnością nagły koniec schodów – długi, prędki krok wystarczył, by Fiodor zostawił za plecami ostatni ze stopni. Tkwiła w tym pewna teatralność pomieszana z wyczuwalną ulgą – oto dobiegły końca niebezpieczeństwa związane z pochyłą nawierzchnią, co z punku widzenia Chirjakowa oznaczało koniec spaceru u boku kobiety. Chciał żyć według związków przyczynowo-skutkowych, nawykł do rytmu dnia wyznaczanego przez rozkazy – filozofia życiowa Fiodora była filozofią pedanta, choć nie można było wykluczyć ewentualności, że maniakalna dbałość o detal stanowiła dla agenta GRU rodzaj ucieczki. Jeden jego przełożonych z niemal aseptycznym współczuciem stwierdził, że bezwzględna posłuszność będzie dla Chirjakowa najlepszym lekarstwem, zaś sam zainteresowany doszukał się w tym – pod każdym względem banalnym stwierdzeniu – drugiego dna. Oto stara jak świat strategia postępowania z trudnymi pacjentami: pozorne i nikłe ustępstwa oraz nieustanna obserwacja. Powtarzanie tych samych czynności, tych samych gestów, tych samych grymasów i jednocześnie odnoszenie silnego wrażenia, że mimo wszystko te czynności, gesty oraz grymasy czemuś służą, mają swą wagę. W mechaniczności podejmowanych działań tkwiła pewna niezachwiana logika – bo czy stolarz myśli o wykonywanym przez siebie stole? Albo grabarz o kopanym grobie? Nie, zawodowcy pokroju Chirjakowa nie myślą o wykonywanych przez siebie zawodach, dlatego tak rzadko spotyka ich rozczarowanie… a jednak w towarzystwie tej kobiety nie mógł dać z siebie wszystkiego. Wyczuwał jej obecność tak, jak zwierzę odbiera obecność drapieżnika – wystarczyło jedno słowo wypowiedziane przez rozciągnięte w uśmiechu usta, by Fiodor bez wysiłku mógł dostrzec drobne, siwe fale zwiewnego papierosowego dymu, przerywane wielobarwną nieruchomością głosu kobiety. Jej ton sprawiał, iż Chirjakow czuł w ustach smak czegoś, co przypominało grejpfrut oraz skłębioną woń sosny. Sądząc zaś po dysonansie na twarzy towarzyszki, który zakłócał kojącą melodię zachmurzonego nieba i opustoszałej uliczki, jej słowa tak właśnie smakowały – otumaniony nadmiarem bodźców sięgnął po papierosa, by bez namysłu wsunąć go między wargi z wprawą właściwą wyłącznie wieloletnim palaczom.
Jak łatwe były te niewielkie oszustwa, te malutkie kłamstewka tworzące spójną całość, składające się na sylwetkę nie Fiodora, lecz pana Salko: raczej nijakiego Paryżanina z nieszczególnymi zarobkami i przytłaczającym brakiem perspektyw. Ktoś równie nieciekawy powinien palić, by dodać sobie nuty tajemniczości albo odnaleźć małe przyjemności życia codziennego – Lazare Salko nie był więc palaczem nałogowym, lecz okazjonalnym, takim, który nałóg uprawia głównie towarzysko. Fiodor nie miał wtedy zbyt wiele do powiedzenia – dopiero w zaciszu czterech ścian wypłukiwał z ust posmak tytoniu, przeklinając w myślach pedantyczną detaliczność własnych przykrywek.
- Pani zapalniczka niemal mnie przekonała, przynajmniej dopóki nie odzyskam swojej – cztery, charakterystyczne klepnięcia – dwa po kieszeniach, dwa po piersi, do tego to bezradne, lekkie wzdrygnięcie ramion, jakby chciał powiedzieć niesłychany pech, zapomnieć o ogniu!. Kobieta roześmiała się i od razu zrobiła się ładniejsza – młodsza chyba nie, uśmiech pogłębia zmarszczki. Nie, żeby te jej jakoś kłuły w oczy, ale w naturze nie wyglądała na młodszą – druga dekada życia ze wskazaniem na jej starszą połowę.
- Wystarczy kieliszek dziennie - kąciki ust drgnęły nieznacznie, najpewniej pod wpływem naiwności pytania kobiety. Prawdziwie fascynujące, prawdziwie wyzywające, obiecujące prawdziwą satysfakcję estetyczną była świadomość, że w nie do końca wyjaśniony sposób zdołali nawiązać nić porozumienia – zupełnie, jakby łączyło ich coś więcej niż śliskie schody biegnące przez uliczkę doktora Babinskiego i wysunięte z jednej paczki papierosy. – Choć cała butelka jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Pod warunkiem, że jesteś Rosjaninem, właśnie podano kawior a w sali obok rozbrzmiewa walc "Na wzgórzach Mandżurii" Szatrowa.
Czerwone oczko papierosa rozżarzyło się intensywniej, gdy Chirjakow zaciągnął się mocniej dymem – zupełnie jakby smak tytoniu mógł zrekompensować mu mdłą, francuską kuchnię i sztampową, niemiecką muzykę. Nawet chłód nie był dość chłodny, by mógł przypominać dom – mróz ledwie szczypał policzki, zamiast wgryzać się w niego ze wściekłością rosyjskiej niedźwiedzicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Paź 07, 2016 11:09 pm

Musiałaby popisać się całkowitą ignorancją, musiałaby pozostać głucha na wszystkie docierające do niej bodźce, by nie zauważyć pewnej oczywistości, która biła z twarzy, z zachowania, z gestów i nade wszystko z akcentu mężczyzny.
Nie był Paryżaninem z krwi i kości, przez chwilę podejrzewała nawet, że nie jest Francuzem – jednak dość prędko zweryfikowała ten pogląd, dostrzegając w jego zachowaniu zbyt czytelną pewność siebie, by można było podejrzewać go o w pełni obce pochodzenie. Mimo wszystko coś – jakiś ledwie uchwytny aspekt, jak gdyby drobna cząsteczka elementarna niepasująca do spójnego obrazu – sprawiało, że posiadał w sobie coś niepokojącego. Groźnego. Dziwnego? Choć przypatrywała mu się z wytrwałością konesera mającego styczność z arcydziełem, nie potrafiła określić tego uchybienia, nie umiała nazwać po imieniu rysy pojawiającej się na gładkiej, pozornie nieskazitelnej tafli lustra, za którym mężczyzna skrywał prawdę.
Obawy jednak pozostały – choć na ustach Anastasii wciąż gościł uśmiech, z oczu uleciały ostatnie iskierki wcześniejszego rozbawienia. Choć nie groziło jej zupełnie nic, pewnego rodzaju znajomości nie powinno się zawierać – zbyt często okazywały się bagatelizowanym zagrożeniem. Pomimo powierzchownej przyjazności nieznajomego (doskonale wypracowanej przyjazności), Wescott czuła, że to jedynie pozory. Paryż, jak sama zauważyła w trakcie zaledwie kilku miesięcy pobytu, był miastem przepełnionym powierzchownością – kryła się w każdym człowieku, zalegała na każdym budynku, wiła ciepłe gniazdka w ludzkich sercach i umysłach. Bezpieczniej było zakładać maski, udawać kogoś zupełnie innego, czasami zapominać o prawdziwym ja, o własnych emocjach, uczuciach, porzuconych marzeniach – Anastasia była ostatnią osobą, która pod tym względem mogła osądzać innych.
W końcu żyła wyłącznie dlatego, że okłamywała siebie… i cały świat.
Nie przychodziło jej to z trudem, na domiar złego wypadała na tyle przekonująco, by powierzono jej misję w samym sercu okupowanej Francji – sama Wescott za największy sukces uznawała fakt, że do tej pory nikt, absolutnie nikt nie miał wobec niej podejrzeń. Nie zamierzała jednak spoczywać na laurach i choćby na moment opuszczać gardę – zwłaszcza przy ludziach pokroju swego dość niespodziewanego wybawiciela.
- Sądziłam, że chusteczka zrównoważy szalę i będę mogła być spokojna o skromny dobytek – lewy kącik jej ust podskoczył do góry w charakterystycznym grymasie rozbawienia – zza ulotnej zasłony papierosowego dymu obserwowała poczynania mężczyzny, podsuwając mu ogień dopiero wtedy, gdy obdarzył ją jednym z najbardziej bezradnych spojrzeń, z jakimi miała do czynienia… w tym tygodniu. Choć starała się zachować stosowną do sytuacji powagę, nie minęło kilka chwil, nim ponownie zaśmiała się cicho – czasem za wybuchami rozbawienia łatwiej było skryć inne, mniej pożądane uczucia, jak choćby podejrzliwość, która narastała w niej z każdym kolejnym oddechem. Naiwnie sądziła, że jedna rozmowa pozwoli na obdarcie mężczyzny z tożsamości, tymczasem oboje ukrywali własne imiona z równie wprawną skrzętnością i zadziwiającą konsekwencją – już to stanowiło dobry powód, by odczuwać niepokój i ukrywać go za maską roześmianej, nie do końca rozgarniętej kokietki.
- Zdaje się, że w równie chłodne dni cała butelka może znacznie umilić czas – nie zdołała zakończyć zdania, gdy jej wzrok spoczął na nonszalancko wetkniętej w kieszeń czapce mężczyzny. Wszystko wskazywało na to, że z ich dwójki to Anastasia nadrabiała wrażliwością na mróz, podczas gdy mężczyzna zdawał się na niego całkowicie odporny.
Choć równie dobrze pragnie zachorować, by otrzymać kilka dni zwolnienia z pracy. Czyż nie jest to bardziej prawdopodobne?
- Spieszył się pan, a ja stanęłam… czy też raczej poślizgnęłam się na pana drodze. Nie powinnam zabierać więcej czasu – dopalany papieros pomknął mu wilgotnemu brukowi i po chwili zginął pod obcasem Any, która w trakcie tej czynności nawet na moment nie spuściła wzroku z mężczyzny. Nie tylko chciała zapamiętać jego twarz, lecz faktycznie to robiła – jak gdyby przeczucie podpowiadało jej, że to coś, co koniecznie powinna uczynić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Paź 08, 2016 7:06 pm

Lekki, ledwie uchwytny ruch z przodu – spojrzenie, dotychczas spoczywające na wyrazistych rysach twarzy kobiety, odruchowo pomknęło ku źródłu poruszenia. Kilkanaście metrów dalej, na malowniczo umiejscowionej ławeczce usiedli dwaj mężczyźni, obaj około pięćdziesiątki, sprawiali wrażenie ludzi, którym nigdzie się nie spieszy. Ten ważniejszy jest gruby, stanowczy i zupełnie łysy, przypomina pomocnika filmowych szwarccharakterów. Mniejszy z nich wydaje się zużyty, a nawet zdziadziały, ma hałaśliwy sposób bycia i twarz gotową w każdej chwili okazać zachwyt albo litość każdemu, kto tego akurat potrzebuje, i to całkiem bezinteresownie. Fiodor obraca w palcach papierosa i przyjmuje, że ów pan jest poślednim przedstawicielem handlowym albo może agentem rozprowadzającym emaliowane czajniki, bez znaczenia. Tego ważniejszego Chirjakow nazywa w myślach panem Leonem, a ten potulny może nosić imię Jean. Rozmawiają, jak się zdaje, o powodzeniu w sensie ogólnym – odległość jest zbyt duża, by można było dosłyszeć ich słowa i jednocześnie nie zdradzić przed kobietą swych zamiarów. Jasne tęczówki powróciły ku wyrazistym rysom, obraz na moment rozmył siwy dym z palonych papierosów, spierzchnięte usta niemal czule objęły miękki filtr. Nastawał lepki od chłodu, zimny wieczór – na ulicach i podwórzach zaczęło zalegać stężałe powietrze przesiąknięte sadzą i spalinami. W przeciągu tej krótkiej chwili nieuwagi w kobiecie zaszła zmiana, która nie wywarła na Fiodorze szczególnego wrażenia –na widok powracającej do jej spojrzenia ostrożności nie poczuł nawet zaskoczenia.
Jedynie zdziwienie, że nastąpiło to dopiero teraz.
Tytoń miał gorzki posmak piecowego popiołu, powietrze zapach późnej zimy, kolory barwę brudnej szarości – gdy Chirjakow ponownie zerknął w stronę mężczyzn
Leona i Jean'a
zauważył, że usiedli bliżej siebie i teraz, bark w bark, pochylali się nad jakimś notesem czy broszurą. Ten bardziej krewki przesuwał powoli grubym kciukiem wzdłuż linijek, szepcząc coś z naciskiem, co rusz obracając głowę z prawa na lewo, jakby raz na zawsze z całą stanowczością wykreślał coś z rejestru: nie wchodzi w rachubę, mowy nie ma, a jego posłuszny towarzysz raz za razem potakiwał głową. Zaskakująco przyjemna synteza, brutalnie kontrastująca z pogrążonym w chaosie światem – jak gdyby ta ławka położona przy tej alejce biegnącej przez to miasto stanowiła odrębny wymiar.
- Proszę nie ulegać złudzeniom, wciąż czekam na dogodną okazję – tym razem nie potrafił zmusić ust do uśmiechu; kąciki opadły nieznacznie w dół, zapominając o przejawach powściągliwej serdeczności. Odczuwał otumaniające zmęczenie, lekkie poirytowanie, wyzucie z sił; nie tak dawno temu nie potrafił znaleźć sobie zajęcia… a teraz robił wszystko, by uniknąć zadania, które – nieświadomie zresztą – postawiła przed nim kobieta.
Mogła pani jedynie podziękować, pomyślał z obojętnym spokojem, obserwując, jak wrzucony w śnieżną zaspę papieros gaśnie z cichym, żałosnym sykiem. Mogła pani podziękować i odejść, mogła pani uniknąć kłopotów, zniknąć równie prędko, jak się pojawiła.
Na wzmiankę o całej butelce uniósł nieznacznie brwi, obserwując, jak kobieta zerka na do połowy skrytą w kieszeni czapkę. Była zaskoczona? Być może. Nabrała podejrzeń? Z całą pewnością. Chciała jak najszybciej zakończyć rozmowę, nim na niemal pustej uliczce złapie ich zmrok?
Bez wątpienia.
- Nie powinna pani – tym razem uśmiechnął się słabo, kiwając lekko głową, góra-dół, jak pacynka  z naderwanymi nićmi poruszana przez lalkarza. – Wkrótce się ściemni, po zmroku szczególnie łatwo… wpaść w poślizg.
Bądź na niemiecki patrol.
Ponownie jako pierwszy ruszył w dalszą drogę, doskonale wiedząc, że nogi zaprowadzą go z oświetlonych alej w małe uliczki, w chłodne zaułki, w okolice, gdzie już pozamykano wszystkie okiennice i tylko anemiczne latarnie rozlewać będą gdzieniegdzie, jakby przez sen, żółtawe, brudne światło. Tym razem się nie zatrzymał – pożegnanie przetoczyło się przez jego myśli jak rzeka Moskwa, która o tej porze roku mozolnie ciągnie w swym nurcie popękane kry lodu.
Do zobaczenia, madame.


    zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Lis 20, 2016 8:06 pm

No dobrze. Była czwarta w nocy. W czasie okupacji w Paryżu. Morgane nie miała przy sobie żadnej broni, ani żadnych dokumentów.
Pięknie i bardzo mądrze z jej strony, prawda?
Ona sama wiedziała, że postępuje bardzo nieostrożnie, ale nie mogła nic na to poradzić. Nie zniosłaby ani minuty dłużej w swoim własnym domu, zamknięta w czterech ścianach ze swoimi myślami, które nie dawały jej spokoju od czasu tego, jak zawaliła na misji.
Nie nadajesz się, La Fayette. Skrewiłaś całkowicie. Nigdy się nie wykażesz, nie pozostawisz po sobie niczego, nikt nie będzie o tobie pamiętał.
Miała ochotę krzyczeć albo płakać, a może właśnie siedzieć cicho. Nie była pewna. Co wiedziała to to, że nie wytrzyma w domu ani minuty dłużej.
I tak też skończyła tutaj - na ulicy, o czwartej w nocy, sama, niepewna co w ogóle tu robi. Świeże powietrze przyniosło trochę ukojenia i zapach trawy, który Morgane kojarzył się z jej rodzinnym małym ogrodem i godzinami, które tam spędzała.
Dzięki temu poczuła się chociaż odrobinę lepiej. Czy to uczucie, że nigdy już nie zrobi niczego dobrego kiedykolwiek dobiegnie końca? Czy może w ogóle dobiec końca? Co, jeśli rzeczywiście już nigdy nikt nie usłyszy o niej, co, jeśli Morgane nie zrealizuje tego, na czym jej od zawsze zależało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 1:38 pm

Można by śmiało rzec, że ryzyko od zawsze i na zawsze było wpisane w jego życie. Od niemal dziecka jego losy to nieustanny bieg przed czymś lub za czymś. Bez chwili wytchnienia czy spokoju. Z deszczu pod rynnę można by rzec. Myśl, że może umrzeć tak bardzo wyryła mu się w świadomości, że przestała być tą nie miłą, nie bał się tego, wręcz czasami oczekiwał tej pani w swym życiu. Nie oznaczało to jednak, że nie kochał życia. Nie byłby Francuzem gdyby nie kochał życia, wina i pięknych kobiet, choć bez przesady z tym ostatnim. Nie każda niewiasta sprawiała, że jego serce szybciej biło. Parę lat temu jedna zawładnęła jego sercem, myślą i marzeniami, jednak rozum krzyczał, że to zwykłe mrzonki. Posłuchał go więc. Jak czasami czyniło się, by potem żałować swej decyzji... żałował po dzień dzisiejszy kiedy to przemierzał ulice Paryża...
Zimny poranek nie mówił, nawet nie wspominał o tym, że to już wiosna. Czyżby Niemcy zabrali im też piękno tej pory roku i chcieli skazać ich na smutek wiecznej zimy? Nie. Nad tym nie mieli władzy, jednak o czwartej nad ranem wszystko było realniejsze i bardziej przygnębiające. Nawet fakt, że za chwilę odda jeszcze gorące pieczywo znajomym swego przyjaciela i zobaczy uśmiech na twarzy pani domu nie było wystarczającym pocieszeniem. Tym razem nie był w stanie wykrzesać w sobie więcej pozytywnych myśli.
Uważał, jak zawsze i tym razem, by nikt go nie złapał. Miał oczywiście ze sobą dokumenty. No w końcu pracował w piekarni, a tam praca wre od wczesnych pór, jednak pewnie jakby został teraz złapany to straciłby nie tylko pieczywo, może i coś mniej lub bardziej cennego, swój czas. Przy optymistycznym scenariuszu.
Był już prawie przy domu, w którym mieszkali znajomi kiedy to jego oczom ukazała się dziewczyna, która skradła jego serce. Poczuł się tak jakby wiosna jednak zagościła w jego duszy swym pięknem i ciepłem. Podszedł do dziewczyny i bardziej ochrypłym głosem, niż ten naturalny odezwał się do niej.
-Nie powinno Ciebie tu być... - nie ma jak optymistyczne przywitanie. Pięknie prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 2:51 pm

Kiedyś nie lubiła zimna - kiedy tylko trzeba było ubrać się cieplej, mała Morgane wpadała niemal w panikę, błagając rodziców, że jeszcze nie, że się pomylili, że na pewno jest jeszcze gorąco. Jeśli to nie pomagało, prosiła swojego przyrodniego brata o pomoc, żeby powiedział rodzicom, że to Morgane ma rację.
Teraz polubiła zimno. Uspokajało, ochładzało nie tylko jej policzki, nadając im różowy kolor, ale i też ostudzając myśli. Zawsze myślała, że myśli nie można ostudzać - że umarłaby, gdyby nie pędziły one wiecznie w jej głowie. Nigdy jednak nie uwzględniła scenariusza, w którym przyprawiały ją one o ból głowy tak silny, że nie była w stanie skupić się na niczym.
No i tak właśnie wylądowała tutaj, o tej porze, na środku ulicy gdzie marzła, ale i też była o niebo spokojniejsza kiedy marzła.
Stwierdziła, że w sumie to nawet nie chciałaby z powrotem pięknej pogody i słońca. Chyba, że jakimś cudem odzyska dawny spokój ducha - po cichu liczyła na to, że może dostanie jakąś inną misję. A wtedy się wykaże. Tak, już nigdy nie zawali niczego, co zostanie jej powierzone!
Zadowolona z tego, że udało jej się samemu pomyśleć o czymś milszym, niż do tej pory, pomyślała, że w sumie mogłaby już wrócić do domu. Tylko, że kiedy już była gotowa do odejścia w przeciwnym kierunku, jej oczom ukazał się widok, którego już się nigdy nie spodziewała zobaczyć, prawdę mówiąc.
Czyżby to był dzień przywracania przez los dawnych znajomych? Najpierw Daisi, teraz Arsène?
- Czy to tak witasz starych przyjaciół? - spytała żartobliwie i pokręciła głową - Czuję się urażona, naprawdę! - dramatycznym gestem przyłożyła rękę do serca, jak gdyby Arsène ją właśnie oskarżył o zdradę całej Francji, a do tego zabicie dwudziestu osób.
Jakoś tak nagle całkiem poprawił się jej humor.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 4:23 pm

Czwarta rano zdecydowanie nie stanowiła najmilszej pory dnia, szczególnie dla nieszczęśników, którzy w obliczu zwiększenia liczby patroli po ostatnich wydarzeniach w hali 'Wagram', tym razem zostali wyrwani z okowów słodkiego snu, aby przyglądać się śpiącej Butte-Montmartre. Cisza i powoli przemijająca już ciemność wnikające w wąskie alejki, tworzyły senną wizję niczym niezmąconego spokoju otaczającego czteroosobowy oddział Abwehry. Zbliżająca się ku końcowi godzina policyjna dawała nadzieję na spokojne zakończenie nocy oraz szybki powrót do domów - wszak Paryż zdawał się tego ranka cudownie wyciszony, jakby jeszcze odurzony ostatnimi niespodziankami.
Niestety wszelkie plany wcześniejszego zakończenia pracy przekreśliły ludzkie głosy dochodzące z jednej z pobliskich uliczek, tym mocniej odznaczające się w trwającym bezgłosie. Nic też dziwnego, że reakcja niemieckiej strony była natychmiastowa - utworzenie dwóch grup oraz rozdzielenie ich tak, aby obydwa wejścia zostały odcięte w tym samym czasie i, aby plan ewentualnej ucieczki spalił na panewce. Najstarszy stopniem - Unteroffizier - oraz jeden z szeregowych mieli więc udać się od strony bliższej i przygotować do wylegitymowania nieproszonych gości. Czasu na reakcję nie było więc zbyt wiele - odgłos wojskowych butów uderzających o bruk dotarł do uszu Morgane oraz Arsène zdecydowanie zbyt późno, podczas gdy dwie obce sylwetki wyłaniały się już zza zakrętu. Szansa na wyjście cało z sytuacji nadal jednak istniała - ale czy wiedzieli, gdzie powinni jej szukać?


Morgane i Arsène - przekroczyliście godzinę policyjną.

Kolejka w tej chwili wygląda w ten sposób:
Wolfgang, Arsène, Morgane.

Mistrz Gry będzie reagował, gdy zajdzie taka potrzeba.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 4:55 pm

Zimne dłonie, zimne spojrzenie.
Niewielki widmowy księżyc nad bazyliką Sacré-Cœur był tak malutki, że wyglądał jak księżyc innej planety, zamglony i tajemniczy. Na płótnie nocy królowały dziwnie ożywione, ciemne barwy upiornych chmur podświetlonych leciutkim odcieniem błękitu oraz brązu - na palecie dnia zaczęły pojawiać się kolory poranka.  
Pelurowy list w rozerwanej pospiesznie kopercie ciążył mi w kieszeni płaszcza, a moje myśli nieustannie wracały do kwitnących na ozdobnym papierze słów; odtwarzały je w metronomicznym szale, utrudniając mi skoncentrowanie się na otaczającej mnie rzeczywistości. Ale nie tylko ja odpłynąłem gdzieś daleko.
Milczący patrol przemierzał paryski bruk.
Wędrowaliśmy między pierścieniami ulic, przy wtórze wyolbrzymionego przez echo stukotu obcasów - a ja czułem się piekielnie zmęczony. Mijaliśmy kolejne tabliczki z nieczytelnymi nazwami oraz zamglone korony latarni unoszące się w powietrzu - naprawdę życzyłem sobie tylko tego, by przekroczyć próg mieszkania i odnaleźć drogę do swojej pościeli. Nic nie wskazywało na to, by cokolwiek miało mnie oddalić od urzeczywistnienia tej wizji.
Do czasu.
Francuskie trele o świcie przecięły ciszę.
Standardowa procedura - odcinamy drogę ucieczki - zajęła się tym dwójka funkcjonariuszy. Nasza dwójka miała wylegitymować zagubione owieczki, co też zamierzałem niezwłocznie uczynić, by jak najszybciej uporać się z tym problemem.
Gdy wyłoniliśmy się zza rogu, ukazała nam się hałasująca para - kobieca sylwetka w towarzystwie znacznie wyższego od niej mężczyzny.
Ruszyliśmy w ich stronę żwawym krokiem, któremu jednak daleko było do biegu.


Ostatnio zmieniony przez Wolfgang von Liebenfels dnia Pon Lis 21, 2016 8:44 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 5:52 pm

Szansa na ucieczkę zawsze istniała, nawet jeśli wyglądało to tak, że nic już nie może pomóc. Zaznaczam, że Arsene niósł pieczywo do znajomego, określałem, że ma już niedaleko. Do tego sama intuicja byłego żołnierza podpowiadała mu, że trzeba myśleć natychmiast. W Legii nigdy nie było wiele czasu na podejmowanie decyzji. Dzięki opieszałości żołnierzy Arsene chwycił dziewczynę mocno za rękę i pociągnął ją szybko za sobą. Nie zastanawiając się wiele ruszył do drzwi budynku, w którym mieszkali Niemcy. Pan Bursche był jednym z lekarzy współpracujących z SS, kiedy on chciał pieczywo o godzinie czwartej nad ranem to nie zadawało się pytań tylko niosło się bułeczki mu.
Arsene nie musiał długo czekać na to by Niemiec mu otworzył i wpuścił do środka, by razem z dziewczyną przeczekali aż minie godzina policyjna. Lekarz zamknął drzwi za nimi. Jeśli żołnierze zapukają do jego drzwi mogą się spodziewać z tym, że potem lekarz zadzwoni do ich przełożonego, że zakłócają jego spokój. Jacyś ludzie wchodzili? Nie widział. Nie kojarzy. Właśnie dlatego i nie tylko dlatego piekarnia przyjaciela nadal wspaniale się miała. Pewnie dlatego też przyjaciel Arsene nie chciał by współpracował on z RO, w końcu byłby przeciw jego znajomym, którzy zapewniali mu lepsze obroty i bezpieczeństwo interesowi.


Ostatnio zmieniony przez Arsène Strauss dnia Pon Lis 21, 2016 7:51 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 6:22 pm

Zanim jej znajomy zdążył w jakikolwiek odpowiedzieć na jej słowa, do uszu Morgane dobiegł stukot butów. Ktoś szedł w ich kierunku. Więcej niż jedna osoba.
Biorąc pod uwagę, że było po godzinie policyjnej, nie trzeba było zgadywać kto to taki. Gdyby Morgane zawsze była idealną obywatelką i kolaborantką, pewnie nie musiałaby się bać, jednak biorąc pod uwagę, że co najmniej jeden z Niemców podejrzewał ją już o działalność w Ruchu Oporu - słusznie zresztą - oraz, że nie miała przy sobie jakichkolwiek dokumentów, to nie mogło skończyć się dobrze.
Odwróciła się w stronę Straussa, chcąc powiedzieć mu, żeby nie próbował niczego robić, bo dla Morgane i tak nie może się to skończyć w jakikolwiek pozytywny sposób, kiedy on zareagował jako pierwszy, zaskakując La Fayette.
Nie przemyślała sprawy, jednak z drugiej strony, co miała zrobić? Pobiegła razem z nim, doceniając swoją dobrą kondycję po raz pierwszy od dawna i wpadła razem z nim do środka.
- Uhm, Guten... Tag... Abend. Nacht. To już ta godzina - powiedziała niezręcznie, wciąż nieco zdyszana i zestresowana całą sytuacją. Pewnie jeszcze kilka tygodni temu zachowałaby swój czarujący uśmiech i szybki refleks, jednak już od dłuższego czasu nie radziła sobie w niektórych sytuacjach.
Czy Arsène wciąż będzie chciał ją znać, jeśli to zauważy? A może już zauważył?
- Czy jesteśmy tutaj bezpieczni? - zwróciła się do Straussa, patrząc na niego nerwowo. - Mam nadzieję, że mnie nie rozpoznał. Nie jestem specjalnie lubiana przez niektórych Niemców - przygryzła policzek do środka i spróbowała wziąć parę wdechów, żeby się uspokoić.
Musiała wziąć się w garść. Jeszcze niedawno w o wiele gorszej sytuacji poradziłaby sobie sto razy lepiej!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Lis 21, 2016 6:38 pm

Arsene i Morgane w porę zdążyli ukryć się w domu znajomego lekarza, lecz wcześniej szeregowy idący obok Liebenfelsa, miał szansę dojrzeć nie tylko ich sylwetki, ale również drzwi, przez które weszli do jednego z budynków. - Herr von Liebenfels, schowali się tam - powiedział, dłonią wskazując jeden z domów znajdujących się przy uliczce. Uciekinierzy nie mieli więc zbyt wiele czasu na schowanie się u znajomego lekarza, lecz z racji tego, że znał on Straussa, udało im się zdążyć zanim do drzwi Bursche'a rozległo się pukanie.

W tym samym czasie rozdzielona czwórka funkcjonariuszy zdążyła już spotkać się ponownie. Procedury w podobnych okolicznościach były jasne i nie wymagały powtórzenia na głos - należało odnaleźć zbiegłą dwójkę, a skoro schowali się w czterech ścianach, misja ta, przynajmniej w teorii, nie powinno należeć do najtrudniejszych. Odpowiedzialność za całe zadanie miała, zgodnie z poprzednimi założeniami, spaść na Wolfganga, którego obserwowali pozostali, podczas gdy ten sam szeregowy pukał już do wcześniej wspomnianych drzwi.


Kolejka wygląda w ten sposób:
Arsène, Wolfgang, Morgane

Mistrz Gry będzie wtrącał się zgodnie z własną oceną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   

Powrót do góry Go down
 
Uliczka doktora Babinskiego
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: