IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Uliczka doktora Babinskiego - Page 3


Share | 
 

 Uliczka doktora Babinskiego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Sie 09, 2016 2:09 pm

First topic message reminder :



Uliczka doktora Babinskiego

Prowadząca w dół ze wzgórza Montmartre cicha i niemalże pusta uliczka, w chłodne jesienne wieczory zdecydowanie może przyprawiać o dreszcze. Gaszone w okresie wojny latarnie i sprawiają, iż nocą panuje tam bezwzględna ciemność i jedynym źródłem światła, na które można liczyć, jest świecący się na niebie księżyc. Rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza się w te rejony, a ci, którzy odważyli się nią przespacerować po zmroku, mogli napotkać na swojej drodze zagubione dusze niedoszłych artystów czy zubożałych mieszkańców szukających schronienia przed wścibskimi oczami przechodniów. Nawet niemieckie patrole są tutaj rzadkością. W dzień zaś uliczka, choć wciąż pusta, stanowi dość malownicze miejsce, gdy słońce przedziera się przez gęste korony drzew czy jesienne liście w pomarańczowych barwach opadają na ziemię. W dalszym ciągu nie stanowi jednak ani najbezpieczniejszego ani najbardziej uczęszczanego miejsca.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Gru 17, 2016 9:48 pm

Samotni pod coraz ciemniejszym niebem, czekający kresu czegoś, co tak naprawdę nie posiadało sprecyzowanego zakończenia – czy właśnie tak wyglądały spotkania ludzi, których nic nie łączyło równie mocno, co interesowność? Fiodor to wiedział, siedzący obok niego mężczyzna to wiedział, wiedziała o tym dzielona przez nich ławka, słabe światło latarni i pnące się do góry schody uliczki – rozmawiali tylko dlatego, że byli dla siebie użyteczni i może nawet nie lubili się zbytnio… ale też nie byli wrogami; jak wilki z sąsiedniego stada zachowywali odpowiednią dozę ostrożności, cierpliwie wypatrując momentu, w którym to ten drugi potknie się jako pierwszy.
Padło na mężczyznę z gazetą.
Chirjakow uśmiechnął się w myślach, na zewnątrz zachowując kamienny wyraz twarzy , którego mógł pozazdrościć mu niejeden gargulec na katedrze Notre-Dame.  Słysząc odpowiedź towarzysza, skinął jedynie potakująco głową, oszczędzając sobie zerkania na widniejące w Je suis partout zdjęcia. Dość opatrzył się na twarze Niemców nad śniadaniem, by psuć sobie apetyt również przed kolacją – jego uwadze nie umknęła jednak ledwie uchwytna zmiana na twarzy mężczyzny; lekkie uniesienie brwi mogło oznaczać w równej mierze zainteresowanie, co pogardę.
Choć na dobrą sprawę jedno nie wykluczało drugiego.
Z chęcią podzieliłbym się posiadaną wiedzą – w ton głosu Fiodora niemal wdarło się rozżalenie, jak gdyby żałował, że nie może zrobić czegoś choć raz bezinteresownie – z drugiej strony to lekkie, zrezygnowane drgnięcie mogło mieć na celu nadanie prowadzonej rozmowie emocjonalnego wydźwięku. Czegoś ludzkiego. – Jednak przyszło nam żyć w trudnych czasach. W czasach, gdy nikogo nie stać na altruizm – nie implikował żadnej odpowiedzi. Spokojny uśmiech. Poprawienie rękawa. Strzepnięcie z nogawki spodni niewidzialnego, wyimaginowanego pyłku. I dopiero wtedy przeniesienie wzroku na mężczyznę – krótkie spojrzenie bez drgnienia powiek, wyczekujące, na swój sposób przesycone cichym, niewypowiedzianym wyzwaniem. – Wersal. Numer sześć, nazwa dzielnicy, w której znajduje się popularna restauracja Maxims.
Pytania w krzyżówce wyznaczały rytm dialogu – jedna, druga, trzecia wypełniona kratka coraz mocniej przybliżała ich do kulminacyjnego momentu, w którym dokonają (lub wręcz przeciwnie) wymiany, dla której postanowili zrezygnować ze zwyczajowego przebiegu wieczoru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Gru 18, 2016 3:38 pm

Mężczyzna z pozornym spokojem skrobał w krzyżówce kolejne hasła, ale jego palce - silnie zaciśnięte na ołówku - niechybnie zdradzały impulsywność i rosnące zniecierpliwienie. Zdawało się, że fasada zwykłego przechodnia powoli zaczynała pękać, ujawniając nieco porywczy charakter mężczyzny, który zdążył już pokazać w Hali Wagram.
Lekki grymas wykrzywił mu usta, gdy wyłapał rozżalenie w głosie Fiodora. Kiwnął sztywno głową. Chciał usłyszeć inną odpowiedź.
- Trudne czasy nie oszczędzają nikogo. Należałoby się nawzajem wspierać - mruknął, wciąż siląc się na spokój. - Ale co w takim razie mogłoby sprawić, że byłoby pana stać na altruizm?
Pytanie z wysiłkiem przeszło mu przez gardło.
- Élysée. Numer siedem, "otwarty w 1869 roku słynny kabaret z prawego brzegu" - wyrzucił z siebie po chwili. Tym razem nie spuszczał już Chirjakowa ze wzroku, śledząc uważnie każdy jego gest i zmianę w mimice.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Gru 19, 2016 4:37 pm

Każdy posiada limit cierpliwości. Każdy ma granicę – czasami jest to tylko cienka czerwona linia – po której przekroczeniu w szwach rozpękają ostatnie nicie pozorów. Każdy jest ofiarą własnych niedoskonałości; porywczość, brak cierpliwości, irytacja spiętrzająca się w umyśle jak woda na rzecznej tamie – Fiodor zbyt dobrze znał te przywary, by nie zauważać ich u innych ludzi.
Zwłaszcza tych, których przed kilkunastoma dniami od pociągnięcia za spust dzieliło jedno zdenerwowanie za dużo.
Nie miał zamiaru wystawiać swojego towarzysza na próbę ognia – mieli za mało czasu i ryzykowali zbyt wiele, by ze swobodą prowadzić niemal przyjacielską gierkę nad słupkami krzyżówki. Dlatego uśmiechnął się lekko, niemal niezauważalnie – prawy kącik ust uniósł się na zaledwie kilka sekund, nim Fiodor przegnał go z warg wraz z powolnym skinięciem głowy; statyczne, opanowane góra-dół przypominało podpatrzony u drewnianej kukiełki ruch, w którym nie tkwiła nawet szczypta emocjonalności.
Wujek Lahti zwykle sprawia, że staję się rozmowniejszy – jasne tęczówki zatrzymały się na mężczyźnie zaledwie na moment, nim ponownie podjęły wędrówkę po najbliższej i – co istotniejsze – wciąż pozbawionej żywej duszy okolicy. – A ciocia Beretta nastraja mnie na drobne prezenty – uśmiechnął się lekko, jak gdyby obiecywał, że dziś będzie grzeczny i wcześniej położy się spać – w rzeczywistości jednak przyozdabiał własne żądania błahością uśmiechu, nadając im niemal bagatelny wydźwięk.
Choć bagatelne nie były w żadnym wymiarze.
Gdyby jednak bliższa rodzina nie zawitała w Paryżu, przyjmę dalszych kuzynów. Byleby tylko jeden z nich lubił moją żonę – Fiodor rozłożył dłonie lekko w przejawie najwyższej bezradności, jak gdyby chciał powiedzieć kobiety, prawda? Żyć się bez nich nie da – a z nimi tym bardziej. Nie miał jednak zamiaru drążyć tematu i dopisywać do zgrabnego kłamstwa kolejnych szczegółów – nagły wybuch śmiechu mógłby zostać źle odebrany. – Proszę spróbować z Folies Bergère. Co jeszcze nam zostało, jedynka? – zmarszczył brwi, tym razem nie wysilając się na powrócenie pamięcią do porannej lektury gazety i pytania w krzyżówce, którą rozwiązywał pomiędzy rozszyfrowywaniem (jak zwykle) kuriozalnej wiadomości Grishy a uzupełnianiem fusów w zaparzaczce. Mogli odpuścić sobie dalszą część tej gry – cel spotkania stał się aż nazbyt jasny w momencie, w którym Chirjakow wspomniał o broni, mając wobec niej zadziwiająco konkretne wymagania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Gru 20, 2016 8:23 pm

Kiedy tylko Fiodor przedstawił swoje oczekiwania, zniknęły wszelkie pozory, a przypadkowość tego spotkania rozwiała się jak dym na wietrze. Mężczyzna przeszył Chirjakowa stalowym spojrzeniem, a jego usta wygięły się w grymasie. Coraz silniej zaciskał palce na kruchym ołówku.
Ktokolwiek przyglądałby się teraz tej scenie, mógłby nabrać pewnych podejrzeń, jednak wciąż zdawało się, że uliczka doktora Babinskiego pozostawała pusta.
- Wysoko się cenicie, towarzyszu - rzekł cicho, przerywając w końcu farsę. W jego głosie wyraźnie pobrzmiewało niezadowolenie i wszystko wskazywało na to, że mężczyzna liczył na nieco inny obrót spraw. Choć porzucił rolę zwyczajnego przechodnia, zachowywał czujność i jego spojrzenie co chwila lustrowało okolicę. - Skończmy z tą krzyżówką. Nie po to tutaj przyszliśmy.
Gwałtownym ruchem złożył gazetę.
- Czego jeszcze potrzebujecie, towarzyszu? Może czołgu? - kontynuował, wciąż ściszając głos niemalże do szeptu. - Nie dostaniecie nic więcej poza kuzynem Waltherem. Ale najpierw chcę usłyszeć, co macie mi do powiedzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Gru 20, 2016 10:14 pm

A zatem osiągnęliśmy limit.
Niewiele brakowało, by uśmiechnął się na tę myśl ze słodkawym poczuciem malutkiego zwycięstwa, którego smaku nie mogła zepsuć nawet wzmianka o Waltherze. Najistotniejszy był wydźwięk tego krótkiego, choć w sensie empirycznym nieszczególnie satysfakcjonującego zdania, cały sens tego spotkania zawarł się w jednym, wypowiedzianym z ledwie hamowaną wściekłością słowie.
Dostaniecie.
Nie możecie dostać, żadne być może – jedynie konkretne, brzmiące jak huk wystrzału dostaniecie, będące przecież czymś więcej niż tylko obietnicą: w tym momencie stało się zobowiązaniem.
Przecież wiecie, że jedna czerwona flaga warta jest dziesięciu brunatnych koszul… towarzyszu – przy ostatnim słowie kącik ust Chirjakowa opadł nieznacznie, jak gdyby równie otwarte i bezkompromisowe używanie tej na wskroś partyjnej formułki wyjątkowo budziło jego niesmak; o ile ściany miały uszy, o tyle opustoszałe uliczki mogły chorować na istną plagę pluskiew – tym z kolei nie umykało żadne słowo.
Czołg przy kolejnej okazji. Nie wątpię, że taka się nadarzy – wypowiadając te słowa, nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że nadanie tej okoliczności zbyt doniosłej retoryki może skończyć się fiaskiem – kompan Fiodora najwyraźniej stracił poczucie humoru pod gruzami Hali Wagram, jednak na Chirjakowie obrana przez mężczyznę taktyka nie robiła szczególnego wrażenia.
Sam zbyt często zachowywał się jak ładunek wybuchowy, by ulegać presji spod znaku tykającej bomby.
Zawsze bacznie słuchamy opinii obywateli – tym razem to jego głos przybrał cichy, ledwie uchwytny wymiar, niewiele głośniejszy od szelestu gazety, nad którą dotychczas tak bestialsko się znęcali. – Zwłaszcza, jeśli przemawia szef paryskiego gestapo, zwłaszcza, jeśli mówi o prowadzonych śledztwach. Zwłaszcza, jeśli dotyczą one Hali – łokieć Fiodora ześlizgnął się z oparcia ławki, jednak sam zainteresowany zdawał się tego nie zauważać – gdzieś uleciała dotychczasowa swoboda, zniknęła subtelna ironia, na dobre opadła kurtyna uprzejmości. – Nasz przyjaciel z gestapo był niezwykle pewien siebie na dwa kwadranse przed postrzałem. Nieopatrznie zdarzyło mu się wspomnieć, że w przeciągu kilku dni dopadną odpowiedzialnych za wybuch, ale… - Chirjakow spokojnym, niemal czułym gestem starł z gładkiej powierzchni drewna niewielką kropelkę, która moment wcześniej skapnęła z gałęzi nad ich głowami. - … wydarzenia w kinie przesunęły te plany w czasie. Co nie oznacza, że nie znajdą do śledztwa kogoś równie kompetentnego i znacznie mniej rozmownego, niż poprzednik – lekki gest, w którym Fiodor uniósł palec i bez słowa wskazał na gazetę, był aż nazbyt oczywistą wskazówką, choć ta bazowała jedynie na jego przypuszczeniach. – Radzę przyjrzeć się zdjęciom paryskich bohaterów, jedna z tych twarzy może nam jeszcze bardziej zbrzydnąć.
A zatem – koniec? Dobili targu? Sprzedali własne tajemnice za cenę własnych interesów, czy może dopiero rozpoczynają właściwą część negocjacji? Jakkolwiek miał nie skończyć się ten wieczór, Chirjakow był pewien jednego – nie opuści tej ławki z pustymi rękami i jeszcze bardziej pustą obietnicą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Czw Gru 22, 2016 5:24 pm

Mężczyzna puścił mimo uszu uwagę Fiodora, ale uważnie wysłuchał dalszych słów Chirjakowa. Wyraz jego twarzy zmieniał się jak w kalejdoskopie - początkowo usatysfakcjonowany, szybko sposępniał, widocznie nie spodziewając się, że władza mogła deptać im po piętach.
- Może to były przechwałki - stwierdził, wciąż nie podnosząc głosu. - Oni je uwielbiają. Każdą porażkę próbują przekuć w sukces, wystarczy przeczytać te ich szmatławce. A nawet jeśli coś w tym jest, nie dostaną nas. Jesteśmy dobrze zorganizowani.
Wygiął usta w krzywym uśmiechu, lecz zdawało się, że w jego głosie pojawiła się niemal niezauważalna nuta niepewności.
- Nie obchodzi mnie, kto przejmie to śledztwo. I tak postaramy się, żeby skończył co najmniej jak von Liebenfels - burknął. - Postrzelenie go to zresztą jedyna sprawa, w jakiej przysłużyli nam się ci z Gaumont Palace i... - tutaj urwał, uświadomiwszy sobie, że powiedział zbyt wiele.
Zamilkł na moment, po czym posłał Fiodorowi niezbyt chętne spojrzenie i zagwizdał krótko, ale głośno. Minęło kilka sekund, a u szczytu schodów, zaraz tam, gdzie zaczynała się uliczka doktora Babinskiego, pojawiły się dwie sylwetki. Jedna zdawała się należeć do kobiety, a druga do mężczyzny, który trzymał swoją towarzyszkę pod rękę, zupełnie jakby byli parą, która postanowiła przespacerować się po wieczornym Paryżu. Powolnym krokiem zaczęli schodzić ze schodów.
- Czy oprócz tak zwanych ciekawych informacji oferujecie coś jeszcze, towarzyszu? - zapytał mężczyzna, niby od niechcenia, jednak pytanie bez wątpienia miało swój cel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Gru 23, 2016 12:06 am

Moment decyzji ostatecznej, chwila, w której zapada wyrok, ledwie kilka sekund decydujących o tym, jaki będzie wynik starcia. Nie znał niczego bardziej irytującego od czekania – zawieszenie w próżni pomiędzy czynem, działaniem i konsekwencją było nieznośną koniecznością dla kogoś, kto istniał dzięki funkcjonalnym bataliom.  
Dlatego nie lubił bezczynności. Nie lubił krzywych uśmiechów i głosów, z których przebijała nieuzasadniona pewność siebie. Nie lubił przechwałek i pochopnego ignorowania przeciwnika, bycia zdanym na widzimisię obcych ludzi i urywanych w pół wypowiedzi.
A już szczególnie nie cierpiał, kiedy ktoś sprawiał mu przykre niespodzianki – zupełnie jak teraz.
Potok słów padających ze strony mężczyzny nie został przerwany nawet przez najdrobniejszą sylabę, która mogłaby wyrwać się z ust Fiodora w reakcji na narastający absurd wypowiedzi towarzysza;  gdy ten wspomniał o dobrej organizacji, Chirjakow nie miał pewności, kogo bardziej pragnie przekonać – siebie czy jego? a kiedy doszła do tego wzmianka o kinie…
Ci z Gaumont Palace?
Jasne spojrzenie zatrzymało się w miejscu na ułamek sekundy dłużej, niż czyniło to dotychczas – była to jedyna zdradliwa oznaka nagłego zainteresowania, które rozgorzało w umyśle Fiodora na wzmiankę o tych z Gaumont Palace. Za wydarzenia w kinie Niemcy nieoficjalnie obarczyli Ruch Oporu, jednak Chirjakow – nawet jeśli dotychczas traktował okupanckie rewelacje z dystansem – teraz mocno podważał ich wiarygodność.
I to zaledwie przez jedno, nieuważne zdanie, które zrodziło tuzin kolejnych znaków zapytania.
Hydra Lernaea, córka Tyfona i Echidny – stuknął opuszkiem palca w chłodne drewno oparcia ławki, dopiero po chwili milczenia siląc się na niespieszne wyjaśnienia. – Kiedy odcięli bestii głowę, na jej miejscu odrosły trzy kolejne. Czy z Niemcami nie jest podobnie? Zabij jednego, pojawia się cały miot – uniósł kąciki ust w udatnej imitacji uśmiechu, któremu jednak daleko było do wesołości – czujny wzrok natychmiast wychwycił nagły, cienisty ruch u szczytu schodów, będący aż nazbyt oczywistą reakcją na cichy, przeciągły gwizd siedzącego obok towarzysza.
Fiodor po raz kolejny zrozumiał, że nie cierpi niespodzianek. Zwłaszcza takich.
A  czego jeszcze potrzebujecie, towarzyszu? Może czołgu? – bezwstydnie powtarzał słowa sprzed zaledwie kilku minut, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że stąpa po cienkim lodzie – mimo to nie zdradził własnych emocji nawet najdrobniejszym grymasem, powoli przenosząc spojrzenie z pogrążonej w cieniu pary na siedzącego obok mężczyznę. – Zezwolenia na broń, przepustki, dokumenty tożsamości, akty zgonu, akty własności, akty notarialne. Na kartki żywnościowe musicie poczekać, mój człowiek nie może znaleźć odpowiedniego papieru – w jego głosie wciąż pobrzmiewały przekonujące pozory spokoju, choć myśli z determinacją oszalałego roju pszczół oscylowały wokół całkowicie odmiennych tematów; statycznie uderzając opuszkiem palca o drewniane oparcie, oszacowywał topniejącą odległość między ławką a spacerującą parą, tworzył cichy, uniwersalny algorytm działania, w którym starał się zawrzeć najbardziej prawdopodobne scenariusze.
Mamy umowę?
Ostatnie, czujne spojrzenie skierowane w stronę mężczyzny, spokojne oczekiwanie na werdykt, które lada moment może przybrać znacznie gwałtowniejszy obrót.
Gdyby tylko zaszła taka potrzeba.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Gru 23, 2016 11:20 pm

Mężczyzna zaśmiał się krótko i chrapliwie na wspomnienie o Hydrze, a echo jego śmiechu jeszcze przez moment dźwięczało w uliczce, ustępując krokom zbliżającej się pary.
- Niewykluczone - powiedział w końcu, teraz już nieco poważniejszym głosem. - Nie zapominajmy jednak, że nawet Hydra została ostatecznie pokonana.
Rzucił Fiodorowi jeszcze jedno spojrzenie, po czym odwrócił głowę ku spacerowiczom, ale na jego ustach wciąż tańczył chytry uśmieszek, którego nie potrafił przysłonić nawet zapadający zmierzch.
- Czołg przy kolejnej okazji - nie omieszkał powtórzyć słów Fiodora. - Ale na tę chwilę cała reszta wystarczy. Mamy zatem umowę, towarzyszu.
W tej samej chwili mężczyzna i kobieta zjawili się tuż przy ławce, a blade światło latarni oświetliło im twarze. Kobieta (raczej dziewczyna) nie była Fiodorowi w żaden sposób znana; spod zgrabnego beretu na jej ramiona spływały dwa jasne warkocze, a okrągła twarz wydawała się niemal dziecięca. Jej towarzysz - młody chłopak, jak się okazało - mógł z kolei wydać się Chirjakowowi znajomy. Był on jednym z fałszywych pracowników Hali Wagram, których Fiodor miał przyjemność spotkać w sali ekspozycyjnej.
Aktualnie wpatrywał się w Chirjakowa jak w ducha.
- Teraz wasza decyzja, towarzyszu - kontynuował mężczyzna. - Albo ta urocza para dostarczy wam pewnego dnia kosz i pozdrowienia od kuzyna Walthera, gdziekolwiek sobie zażyczycie, albo powiem Aloszy, żeby rozstał się teraz ze swoją bronią - o ile macie ją gdzie ukryć.
Mówiąc to, mężczyzna poklepał się znacząco po swojej obszernej kurtce, a Fiodor mógł się domyślić, że w jednej z wewnętrznych kieszeni ukryty był drugi Walther.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Gru 30, 2016 1:36 pm

Spotkanie powoli dobiegało końca, o czym świadczył cały szereg objawów – ulatniająca się cierpliwość obu rozmówców, nieubłagalnie zbliżająca się godzina policyjna, echo kroków przypadkowej pary, która za punkt spacerowy wybrała akurat schody uliczki doktora Babinskiego. Choć Fiodor nadal zachowywał spokój katedralnego gargulca, jego spojrzenie przywodziło na myśl wzrok wyjątkowo wygłodniałego drapieżnika, który gotów jest na przystąpienie do ostatecznego ataku.
Nie siłą, lecz sposobem – w tej drobnej, rzuconej od niechcenia i ucinającej hydrowe skojarzenie uwadze tkwiło coś, co mogło budzić podejrzenia – zupełnie jakby Chirjakow dokładnie znał sposób, w jaki pozbawić mityczną bestię głowy, co nie mogło być wiele trudniejsze od pozbawienia głów kilku co bardziej wpływowych Niemców. Kolejne kłamstwo czy nagły przejaw dobrotliwej szczerości? To miało pozostać drobną tajemnicą, którą Fiodor skrył za dodatkową warstwą lekkiego skinięcia głowy, jak gdyby bez słów przystawał na słowa swojego dobrego kompana z Hali Wagram.
Choć, jak zwykle, w jego wykonaniu nic nie mogło być jednoznacznie, oczywiste i zwyczajnie łatwe.
Ukrycie kuzyna Walthera nie jest problemem dla kogoś, kto ukrywał kuzynkę Pepeszę – uniósł nieznacznie jasne brwi, zauważając w spacerowiczu chłopaka z Hali – jego obecność była mniej zaskakująca od towarzystwa młodziutkiej dziewczyny, która z perspektywy Fiodora była ledwie odrastającą od ziemi brzezinką. – Choć mam inną propozycję, towarzyszu. Dziś pozbawię was kompanii jednego kuzyna, a za dwa dni z chęcią powitam drugiego i przy okazji wywiążę się ze swojej części umowy – na jego ustach zagościł niemal przyjazny uśmiech, który jedynie przybrał na sile, gdy spojrzenie Chirjakowa zamarło na klapie kurtki mężczyzny. – Byłoby wielkim niefartem, gdybym zabrał dziś ze sobą dwóch kuzynów i zerwał kontakt… lub gdyby któryś z nich okazał się niesprawny. Jesteśmy przecież poważnymi ludźmi – spokojna stagnacja, w której dotychczas trwał Fiodor, przerwana została przez lekkie poruszenie na ławce – Chirjakow opuścił ramię z oparcia ławki, wykonując przy tym ruch, jak gdyby lada moment miał zamiar wstać z miejsca, o czym najlepiej świadczyło pochylenie ciała do przodu.
Trudno o bardziej wyraźny sygnał, że negocjacje właśnie dobiegły końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Gru 30, 2016 4:16 pm

Dziewczyna i chłopak wpatrywali się w skupieniu w swojego przełożonego, niezbyt pewni, jak potoczą się negocjacje. Wspomniany Alosza marszczył brwi i zdawało się, że chciał coś powiedzieć, jednak zanim zdołał otworzyć usta, siedzący na ławce mężczyzna znów zabrał głos.
- Czyżbyście nam nie ufali, towarzyszu? - zapytał po chwili, śledząc każdy ruch Fiodora. - "Przyświeca nam ten sam cel". Tak powiedzieliście, zanim w Hali Wagram zrobił się bałagan - na jego usta wypłynął kolejny krzywy uśmiech. - Ale w porządku, będzie jak proponujecie. Dotrzymujemy umów.
Choć starał się, aby wypowiadane słowa zabrzmiały lekko, jego spojrzenie mówiło co innego. Następnie wyjął zza kurtki ukrywanego dotąd Walthera, po czym, rozglądając się uważnie, przesunął go po ławce w stronę Fiodora i natychmiast zabrał rękę.
- Nie rozumiem, po co to robimy - odezwał się niespodziewanie chłopak. - Przecież od Schocha już nic nie dostaniemy, a po Wersalu tym bardziej.
Jego towarzyszka zerknęła na niego z przestrachem.
- Zakroj jebało - powiedział zimno mężczyzna, zaciskając dłonie w pięści. Najprawdopodobniej właśnie pożałował, że nie przyszedł tu sam. - Idźcie już, nie jesteście tu do niczego potrzebni.
Przynajmniej tym razem Alosza nie próbował kwestionować decyzji przełożonego. Rzucił jeszcze Fiodorowi niezbyt przyjazne spojrzenie, po czym pociągnął lekko dziewczynę za ramię i ruszył z nią w dół uliczki.
- Magazynek jest pełny, widzimy się tutaj za dwa dni, najlepiej o tej samej porze. Coś jeszcze, towarzyszu? - rzucił szybko, jakby sytuacja sprzed kilku chwil wcale nie miała miejsca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Sty 02, 2017 5:52 pm

Zaufanie.
W przeciągu ostatnich miesięcy wszyscy o nim wspominali, jak gdyby było towarem deficytowym albo sezonowym, egzotycznym owocem – każdy łaknął zaufania, każdy o zaufaniu mówił, każdy chciał być godnym zaufania i znaleźć kogoś, komu może ufać. Tymczasem w rzeczywistości, w której cały glob pochłaniała wojenna pożoga, istniało przynajmniej pół tuzina o wiele istotniejszych emocji, jakimi należało obdarzać ludzi.
Fiodorowi jako pierwsza przychodziła na myśl nieufność, ale to przecież Chirjakow – lubił paradoksy.
I nie cierpiał ludzi.
Wolę określenie ostrożny. Nie o brak zaufania chodzi, ale o nadmiar przezorności – wydał z siebie ciche, pełne potępienia dla własnych uprzedzeń westchnienie, jak gdyby po same cebulki roztrzepanych przez wiatr włosów przesycała go pogarda dla wrodzonej rozwagi. W rzeczywistości jednak wpatrywał się w siedzącego obok towarzysza chłodnym, nieruchomym spojrzeniem, które przejawiało uczuciowość przydrożnego głazu – co prawda skinął z uznaniem głową na wzmiankę o dotrzymywaniu umów, jednak znacznie bardziej od pustosłowia interesował go kolejny gest mężczyzny. Kiedy broń spoczęła na ławce i w towarzystwie uważnej obserwacji zaczęła przesuwać się po drewnianych belkach, Chirjakow jak gdyby od niechcenia opuścił dłoń, nawet nie zerkając w stronę pistoletu. Dopiero, gdy pod opuszkami palców poczuł chłodną, dziwnie znajomą fakturę, chwycił mocniej za kolbę i skierował spojrzenie na Walthera – szybkie oględziny upewniły go, że spust jest zabezpieczony, dzięki czemu z jedną obawą mniej na barkach mógł ukryć broń pod materiałem własnej marynarki. Właściwie zaraz po tym miał zamiar wstać i wrócić do mieszkania okrężną drogą, ale wtedy stojący przed nim chłopak popisał się zdumiewającą umiejętnością…
Obracania planu szefa w niwecz?
Nawet Lykov nie był tak tragiczny.
Fiodor nie spojrzał na chłopaka, doskonale wiedząc, że za słowa, które przed chwilą padły, otrzyma coś znacznie gorszego niż szpetne słowo od szefa – na miejscu klnącego towarzysza sam zadbałby o to, żeby podobna sytuacja więcej się nie powtórzyła. Zwykle kula w potylicy była najpewniejszym rozwiązaniem, ale Paryż to nie Moskwa, nie tak łatwo zastąpić jednego komunistę kolejnym.
To wszystko, towarzyszu. Za dwa dni o tej samej porze – rozciągnął usta w uspokajającym uśmiechu, powoli podnosząc się z ławki i jednym, lekkim klepnięciem w pierś upewniając, że broń bezpiecznie tkwi na swoim miejscu. Zdołał nawet postawić jeden krok w stronę schodów, tylko pozornie tracąc zainteresowanie wciąż siedzącym mężczyzną – po kolejnym stąpnięciu zerknął na niego przez ramię, skinięciem głowy wskazując na złożoną gazetę. – Jedynka, Pole Marsowe.
Nie miał okazji dostrzec reakcji – już wspinał się po schodach w górę uliczki doktora Babinskiego, powtarzając w myślach trzy kluczowe informacje, które mimowolnie padły w tej rozmowie.
Wersal, Schoch, ci z Gaumont Palace.
Wszystko wskazywało na to, że w najbliższym czasie Chirjakowa czeka kilka nieciekawych rozmów.

    | zt
    Dziękuję, Mistrzu! <3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Sty 28, 2017 6:08 pm

Tak samo jak przed dwoma dniami w uliczce doktora Babinskiego zapadał zmierzch, a pierwsze latarnie oświetlały już słabym światłem biegnącą między drzewami ścieżkę spacerową. Tylko od czasu do czasu pojawiał się na niej jakiś przechodzień, choć tylko po, by zaraz umknąć w bardziej ruchliwą część miasta. Nie dotyczyło to jednak mężczyzny z niewielką i nieco podniszczoną walizką, którego szyję zdobiła charakterystyczna, czerwona apaszka.
Nieśpiesznym krokiem zszedł on po schodach, a po chwili usiadł na jednej z ławek, stawiając tuż przy sobie walizkę. Rozparty wygodnie na ławce, zaczął gwizdać cicho jakąś nieokreśloną melodię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Lut 10, 2017 6:38 pm

Zmrok wciąż zapada szybko i bez zapowiedzi; ciężka kurtyna opada na świat znienacka, otulając go mięciutkim, szczelnym, cichym aksamitem. Późne, wiosenne wieczory były kiedyś porą zakochanych par, które w ciepłym świetle latarni odkrywały piękno miasta zbudowanego z myślą o miłości – teraz jednak pogrążające się w ciemności paryskie uliczki stanowiły ryzykowną osłonę dla ludzi, którzy ze zmierzchu zdołali uczynić swego sprzymierzeńca. Wszystkie te wieczory, na ledwie kilkadziesiąt minut przed godziną policyjną, stanowiły ziemię niczyją, sferę półmroku zapadającą między tym, co dozwolone a tym, czego stanowczo zabroniono, między tym, co usankcjonowane i tym, co ekscentryczne, między tym, co normatywne i tym, co ryzykowne. Pośród podobnej aury nawet dźwięk kroków roznosi się inaczej – jest donośniejszy, bardziej namacalny, jakby samym echem pragnął ostrzec, że ktoś zbliża się z dołu uliczki doktora Babinskiego i lada moment wyłoni się z gęstniejącej, niepewnie rozpraszanej przez latarnie ciemności, by ledwie chwilę później przysiąść na tej samej ławce, którą opuścił przed dwoma dniami.
Powtarzali schemat, różniący się od poprzedniego spotkania jedynie szczegółami – tym razem towarzyszyła im cicha, wygwizdywana przez mężczyznę melodia, tym razem to Chirjakow trzymał w dłoniach gazetę, tym razem to on sprawiał wrażenie pogrążonego w apatycznym, choć wyraźnym pośpiechu, jak gdyby przed nastaniem nocy absolutnej musiał pojawić się gdzieś jeszcze.
W tym numerze nie było krzyżówki – gdyby nie fakt, że całą uwagę poświęcił ostrożnemu położeniu gazety pomiędzy sobą a mężczyzną, na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych ławki niczyjej, w jego głosie rozbrzmiałby szczery zawód. Zupełnie, jakby właśnie tym się tutaj zajmowali: wypełnianiem równych kratek odpowiedziami na pytania, które uwłaczały każdemu rodowitemu mieszkańcowi Paryża a które dla nich stanowiły jedynie subtelną nić zszywającą prawdziwy cel spotkania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Lut 11, 2017 4:27 pm

Odgłosy kroków zaalarmowały mężczyznę, ale gdy dostrzegł rysującą się w półmroku twarz Fiodora, rozluźnił się nieco i powrócił do wpatrywania się w jakiś punkt w oddali. Tym razem już nie gwizdał.
Kiedy Chirjakow usiadł na ławce, mężczyzna bez większego zainteresowania zerknął na leżącą obok gazetę, jednak po chwili sięgnął po nią powolnym gestem.
- Szkoda - rzekł tylko, nie trudząc się nawet, aby w jego głosie dało się słyszeć jakiekolwiek emocje. - Fani krzyżówek będą niepocieszeni.
Milcząc, pochylił się nieco i chwycił rączkę walizki. Przesunął ją pomiędzy siebie a Fiodora i z powrotem się wyprostował.
- Walther. Zgodnie z obietnicą - odezwał się, rozkładając gazetę. - Zaufanie wymaga poświęceń i liczę na to, że doceniacie nasze, towarzyszu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Lut 12, 2017 12:57 pm

Dźwięk przejeżdżającego samochodu, całe mile ciszy stąd. Niemrawy szum ogołoconych z liści gałęzi, urwane w pół taktu pogwizdywanie, szelest gazety przesuwanej po drewnianej ławce. Gdyby mogli zamknąć świat w samych dźwiękach, ten składałby się z dokładnie przemyślanych kompozycji słów, które jedynie od czasu do czasu przerywane są przez niespodziewane andamento. Zapadnięcie ciszy doskonałej nie było możliwe, nie w rzeczywistości, w której każdy, nawet najcichszy szmer przybierał wymiar galaktyczny – zwłaszcza w uszach ludzi, którzy nawykli do wychwytywania najdrobniejszych odchyleń od nużącej normy.
W przeciwieństwie do fanów urodzinowych parad – gdyby nie dość oczywista niechęć w wydźwięku tych słów, Fiodor mógłby zabrzmieć jak ktoś, kto z utęsknieniem wypatruje zbliżającego się święta – i w pewnym stopniu rzeczywiście mogło tak być.
Chyba podświadomie liczył na wybuchowy charakter imprezy.
Doceniam przede wszystkim ludzi słownych – odparł z niespiesznym spokojem, kątem oka obserwując, jak walizka zatrzymuje się między nim a gotowym do poświęceń mężczyzną. Nie sięgnął po nią od razu – zamiast tego wsunął dłoń za pazuchę marynarki, ruchem tak powolnym i ostrożnym, jak gdyby lada moment miał wyciągnąć zza niej ładunek wybuchowy (w rzeczywistości wiodła nim wyłącznie żołnierska maniera, która surowo zakazywała gwałtownych ruchów w obecności kogoś, kto mógł być uzbrojony). Jednak zamiast podręcznej laski dynamitu, wyciągnął dość gruby, owinięty w brązowy papier i obwiązany lnianym sznureczkiem pakunek, którego kształt sugerował prostokątną, niezbyt ciężką zawartość.
Trzy egzemplarze dokumentów tożsamości, dwa pozwolenia na broń wystawione na nazwiska z tychże, dwie przepustki na godzinę policyjną i właśnie dostaliście w spadku po wuju opuszczony magazyn w Vaugirard. Przyjmijcie moje kondolencje, towarzyszu – wypowiadając ostatnie słowa, pochylił się w stronę walizki i przysunął ją bliżej siebie, nie zaglądając jednak do środka – zwykła grzeczność czy odrobina okazanego zaufania? Gdyby mężczyzna zdecydował się na rozpakowanie brązowego papieru, przez moment mógłby poczuć się oszukany – pakunek skrywał proste, drewniane pudełko z plikiem… kulinarnych przepisów na mousse au chocolat i pot au feu, zupełnie jakby ktoś ukradł je z kuchni grand-maman Agnes, wystarczyło jednak podważyć dno, by dotrzeć do właściwej zawartości pakunku.
Przy rozpakowywaniu przyda się scyzoryk – dodał ciszej, kładąc brązowe opakowanie w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem leżała gazeta. Czyżby właśnie dobili targu ostatecznego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Lut 12, 2017 9:12 pm

Mężczyzna zaśmiał się krótko, słysząc uwagę Fiodora, choć w jego głosie brakowało wesołości. Od niechcenia przewrócił strony gazety, by odnaleźć artykuł o paradzie, po czym wykrzywił lekko usta w pogardliwym grymasie.
- Być może jeszcze trochę i nie będzie już okazji do parad - rzucił, przewracając nieco zbyt nerwowo kolejne strony, byle tylko pozbyć się widoku nieszczęsnego artykułu. Nie przyszedł tu przecież po to, by zaczytywać się w wychwalających Hitlera frazesach.
Obserwował uważnie Fiodora, śledząc jednocześnie drogę pakunku. Nie odpowiedział od razu, lecz ostrożnie sięgnął po paczuszkę i obrócił ją kilkakrotnie, potrząsając lekko. Zupełnie jakby słowa Chirjakowa nie do końca go przekonały.
- Brzmi to całkiem nieźle, towarzyszu. I miejmy nadzieję, że tak samo wygląda - powiedział w końcu, przerywając milczenie. Zdawało się, że mężczyznę nadal dręczyły pewne wątpliwości, jednak najwidoczniej podjął już decyzję. - Zaufam wam, towarzyszu. Może nie skończy się to dla mnie aż tak źle.
Wsunął pakunek za pazuchę marynarki i podniósł się z ławki.
- W walizce jest trochę książek. Głównie harlequiny, gdyby was to interesowało. W jednym z nich wyciąłem w stronach schowek na broń. Oby wam służyła, towarzyszu - powiedział. - I jeszcze jedno. Gdybyście chcieli się z nami skontaktować, polecam zajrzeć do 'Une Baguette' w dzielnicy Panthéon. Pracuje tam ta urocza dziewuszka, którą ostatnio spotkaliście. Wystarczy powiedzieć jej, że ma pozdrowienia od kuzyna Walthera - przerwał na moment i uśmiechnął się znacząco. - A jak można skontaktować się z wami, towarzyszu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sro Lut 15, 2017 12:10 pm

Nie tylko w śmiechu dorosłych brakowało choćby cienia wesołości – od długich miesięcy całe miasto wydawało się wyzute z radości, jak gdyby sukcesywnie wycinano z niego szczęście, centymetr po centymetrze, milimetr za milimetrem. Optymizmu nie niosła ze sobą nawet powoli rozkwitająca wiosna, której obecność skutecznie wypierały wiadomości podobne do tych, jakie zawarto w ostatnim wydaniu Je suis partout. Cieszyć mogli się z nich wyłącznie Niemcy, choć i to nie było do końca pewne – marcowe wydarzenia rzucały długi cień niepokoju na organizowane przez okupantów publiczne wydarzenia.
Nie licząc pochodów pierwszomajowych – dodał ze spokojem, jak gdyby za kilka lat miała to być miła oczywistość na kontynencie (świecie?) zjednoczonym socjalistyczną ideą. Z punktu widzenia zbliżającej się parady ku czci Führera, międzynarodowe święto klasy robotniczej stanowiło miłą alternatywę – a przynajmniej nie było egoistycznym teatrzykiem wystawianym na oczach spętanego okupacją miasta.
Nie mam powodów, by nie wywiązywać się z naszej małej umowy – przez krótki moment obserwował nieszczególnie delikatne poczynania towarzysza z brązową paczuszką, ledwie powstrzymując cień uśmiechu, który niecnie pragnął zagarnąć dla siebie kąciki ust. Najwyraźniej obaj mieli poważne problemy z zaufaniem, co od czasu do czasu przybierało niemal kuriozalną formę – zupełnie jak teraz. – Zbędny pesymizm. Pewnego dnia może skończyć się lepiej niż dobrze – wymierzonym jakby od niechcenia gestem wygładził rękaw marynarki, dopiero po chwili podnosząc jasne spojrzenie na wstającego z ławki mężczyznę. Wzmianka o tanich romansidłach ponownie nadszarpnęła dotychczas niezmąconą powagę Fiodora i tylko wrodzona ostrożność powstrzymała go przed zdobyciem się na subtelną uwagę o zamiłowaniu do literatury romansu – zwłaszcza tak górnolotnego, jak harlequin.
Piekarnia, przyjemne miejsce – skinął lekko głową, jak gdyby sam utwierdzał się w przekonaniu do własnych słów, i dopiero wtedy ujął rączkę walizki, przysuwając ją nieco bliżej siebie. Najwyraźniej miał zamiar poczekać, aż jego rozmówca oddali się na bezpieczną odległość i dopiero wtedy podjąć mozolną wędrówkę do mieszkania – cóż, przynajmniej spędzi wieczór przy książce. – W razie potrzeby zajrzyjcie do kwiaciarni Fridy w Reuilly. Elaine, tamtejsza florystka, chętnie wam pomoże, trzeba jedynie zapytać o bukiet z czerwonych amarylisów. Koniecznie czterech.
Być może nieco przesadził z chętnie wam pomoże, jednak jego rozmówca nie powinien na zapas martwić się Katyą – przynajmniej nie do momentu, w którym będzie zmuszony nawiązać z nią kontakt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Czw Lut 16, 2017 10:06 pm

- To tylko przezorność - rzucił mężczyzna, wzruszając lekko ramionami. Niedbałym gestem poprawił ukryty za pazuchą pakunek, a w jego spojrzeniu błysnęła niecierpliwość, jakby towarzysz chciał już sprawdzić zawartość paczuszki, mimo że jeszcze przed chwilą dręczyły go pewne obawy. - Pesymizm jest bezpieczniejszy od optymizmu, zwłaszcza w obecnych czasach. Jednak liczę na to, że macie rację, towarzyszu.
Wysłuchał kolejnych słów Fiodora w milczeniu i dopiero kiedy Chirjakow przysunął do siebie walizkę, odezwał się ponownie.
- Niech Elaine szykuje swoje czerwone amarylisy. Zamówień z pewnością nie zabraknie - tutaj znów pozwolił sobie na znaczący uśmiech. - A teraz nie pozostaje nam już chyba nic innego, jak tylko rozejść się w swoje strony. Nie dajcie się zabić, towarzyszu.
Mężczyzna skinął krótko głową Fiodorowi, sięgnął po spoczywającą na ławce gazetę i, odchodząc, cisnął ją ostentacyjnie w głąb najbliższego śmietnika.


zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Cze 19, 2017 9:54 pm

Stukot swoich własnych obcasów, rozbrzmiewający o kamienne schody i roznoszący się echem po najbliższej okolicy, przypomniał Camille słowa swojej bojaźliwej, węszącej zagrożenie z każdej strony, starszej siostry.
Odgłos samotnych butów na obcasie jest wabikiem na typów spod ciemnej gwiazdy. Zwłaszcza po zmroku, kiedy idziesz sama ulicą. Ja wolę chodzić w nocy na boso.
Wówczas ta uwaga wydała się Camille zabawna, udowadniająca rozwiniętą paranoję siostry. Dziś natomiast, kiedy przemykała sama przez uśpione uliczki Paryża, wybierając te boczne i skryte (wolała nie ryzykować ponownego spotkania patrolu po godzinie policyjnej), stwierdziła, że jej siostra mogła mieć w swoich obawach jakąś malutką rację. Camille odniosła wrażenie, że jej buty próbują wręcz wykrzyczeć w eter, że ona, Camille Hebuterne, jest tutaj, gdzie zdecydowanie nie powinno jej być, całkiem sama.
To nie tak, że nagle Camille został odebrany rozsądek i zdrowy osąd sytuacji (który, trzeba przyznać, czasem szwankował)i dlatego włóczyła się po zmroku, narażając się na szereg niebezpieczeństw. Czasem po prostu trzeba było się poświęcić, aby krzewić ideę wolnej Francji, a przy okazji i rewolucji proletariackiej. W końcu, paradoksalnie, roznoszenie własnoręcznie namalowanych ulotek w nocy było bardziej bezpieczne, niż za dnia, kiedy każda para oczu zdawała się należeć do potencjalnego kata i donosiciela.
Camille kurczowo ściskała płócienną listonoszkę wypełnioną różnymi ulotkami, modląc się w myślach do Proletariackiego Ducha Słusznej Rewolucji, aby udało jej się jeszcze bezpiecznie przemknąć ten, na oko, kilometr, który został jej do dostania się do mieszkania Frederika i do zabarykadowania się w nim. W mieszkaniu rzecz jasna, a nie w przyjacielu, którego zresztą nie było już od kilku tygodni.
Niestety, obdarzona tym niesamowicie rozwiniętym talentem do przyciągania kłopotów (o które się oczywiście nigdzie nie prosiła!), zauważyła przed sobą wyłaniający się z dolnych partii schodów kształt. Kształt ów z pewnością był ludzki oraz, jak stwierdziła z lekką obawą, dość postawny.
Mocniej chwyciła torebkę ze swoim potencjalnym wyrokiem śmierci.
Niemcy?
Myśl ta kołatała jej w głowie, kiedy do niezidentyfikowanego cienia dołączył drugi, a później także i trzeci - zgadzałoby się, patrole, zwłaszcza nocne, często formowały się w trójki.
Ciężko wyrazić jak wielką ulgę poczuła dziewczyna, kiedy zobaczyła, że zbliżający się mężczyźni to cywile bez mundurów, w dodatku zaśmiewający się niepodrabianą francuszczyzną. Z bliska nie wyglądali na Niemców. Jeden z nich wyraźnie się zataczał.
Już, już miała ich minąć, a w myślach nazwać ich swoimi towarzyszami do naginania godziny policyjnej, pogratulować i przyznać ordery za to, że pomimo okupacji, tak dzielnie nie dają się stłamsić, kiedy jeden z nich krzyknął do niej.
- Panienko! - o nienienie, powtarzała sobie w duchu Camille, przyśpieszając kroku. Zanim jednak zdążyła ich minąć (że też te schody musiały być wąskie...), krzykacz zastąpił jej drogę i chwycił ją za przedramię.  
- Co? - warknęła, gwałtownym ruchem próbując wyrwać się z uścisku.
- Hej hej, spokojnie, chcemy tylko porozmawiać - oznajmił mężczyzna, uśmiechając się półgębkiem. Serce Camille zamarło. Przebiegła wzrokiem po twarzach tych typów, szczerzących się w dość nieciekawych uśmieszkach, lustrujących ją przy tym głodnym wzrokiem. - Co masz w tej torbie? - ruchem głowy pokazał na ściskaną przez Camille listonoszkę, po brzegi wypełnioną propagandowymi ulotkami różnego rodzaju.
Musiała szybko na poczekaniu wymyślić jakąś zgrabną historyjkę.
- Leki. Dla matki. Musi je dostać teraz. - tak, to by mogło tłumaczyć, czemu tak dawno po zmroku pałęta się po ulicach. Zaakcentowała też odpowiednio ostatnie słowo, aby podkreślić powagę sytuacji. - Spokooojnie, jestem pewien, że na ciebie poczeka. - odezwał się drugi z oprychów, podchodząc nieco bliżej. Camille nerwowo rozejrzała się wokół - nic, nikogo, żywej duszy. Cofnęła się i podjęła ponowną próbę wyminięcia mężczyzn. Tym razem drogę zastąpił jej ten najbardziej pijany z nich.
- Odsuń się, jak słowo daję. - wysyczała, równocześnie zaczynając sobie zdawać sprawę z tego w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła. - Bo co, pobijesz mnie? - jeden z oprychów zarechotał wrednie, odsłaniając rząd zepsutych zębów. Złapał ją za nadgarstek w geście przyciągnięcia bliżej siebie.
Listonoszka z ulotkami wypadła jej z rąk - na szczęście nic z niej nie wypadło.
- Puść mnie ty obleśna, burżuazyjska świnio, ty zafajdany wrogu czerwonej rewolucji, ty ociekający ohydą klasowości wieprzu - zaczęła wykrzykiwać, wybierając, jak się jej wydawało, mniejsze zło. Sytuacja była na tyle poważna, że nawet wizja patrolu nie przerażała jej tak bardzo jak to, że ci, dość obleśni, panowie, zaraz faktycznie mogą chcieć z nią porozmawiać na osobności.
- Zamknij się, kurwa - syknął jeden z nich, doskakując do dziewczyny i przytykając jej brudną łapę do ust. - Bo porozmawiamy zaraz inaczej.
PIĘKNIE KURWA.
PIĘKNIE.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Cze 26, 2017 9:03 pm

Dziś denerwowało go wszystko.
Denerwował lejący się z nieba żar, odczuwalny nawet długo po zachodzie słońca, denerwowały pomarszczone od kleju opuszki palców, denerwowała młoda kelnerka z cyckami jak na sprężynkach, za którą oglądali się wszyscy szacowni pracownicy Le Dome, rozlewając przy tym piwo, denerwował Lykov, którego Fiodor nie rozumie i który nie słucha poleceń, denerwuje banalne, ssące uczucie głodu, a nade wszystko denerwuje go ta idiotyczna, całkowicie pospolita i banalna godzina policyjna.
Powoli palił zarekwirowanego Berezinie papierosa, co pewien czas uważnie spoglądając przez ramię. Już niedaleko – pokonywał tę trasę po zmroku przynajmniej pół setki razy, przy każdej okazji skutecznie unikając zawirowań losu w formie patrolu, wyjątkowo głupich rabusiów lub równie wyjątkowo zdesperowanych prostytutek. Jednak dziś coś – wciąż nie do końca wiedział, co dokładnie – było inne niż zwykle.
Dlatego palił – w stresie tytoń smakował mu zawsze. Na co dzień nawet nie nosił ze sobą paczki, co dopiero mówiąc o tytule nałogowca – jednak kiedy wiedział, że szykuje się lekki stresik, zawsze skądś potrafił wytrząsnąć papierosa. Dawno temu (dwa, pięć, siedem lat –  w zupełnie innym życiu) palił dużo częściej, ale to była Moskwa, Leningrad, Aszchabad, armia, treningi i wartkie strumyki zbrojnych zamachów – stres był permanentny, zawsze coś mogło się stać, zawsze zagrażali snajperzy, w każdej chwili mogły się odezwać moździerze albo jakaś zabłąkana kula.
Dawne czasy.
Dawne, dobre czasy.
Podczas równie umiarkowanie spokojnego, przeciętnego wieczoru, Fiodor już dawno byłby w domu – jednak maj powoli nabierał rozpędu i, jak zawsze z początkiem nowego miesiąca, każdy szpieg w Paryżu miał sporo roboty.  Wraz z pogrzebem Kastnera pod nogami cywili zaczął palić się grunt; Fiodor nie miał najmniejszych wątpliwości, że okupanci uczynią wszystko, aby pokazać, jak niewielki wpływ na sprawność ich działań miała ta niespodziewana (niektórzy sądzili, że zbyt niespodziewana)  śmierć. W całym mieście trwała więc gorączka poszukiwania szalup na tonącym okręcie – tych jednak było bardzo mało i na pewno nie dla wszystkich miało ich starczyć. Chirjakow swoją szalupę miał już od dawna. Nie martwi się. Nigdy się niczym nie martwi. Nigdy się niczym nie dziwi.
W jego zwartym umyśle nie ma miejsca na zdziwienie.
Nawet, jeśli akurat dociera do niego barwna wiązanka przekleństw.
Gdzieś pomiędzy burżuazyjną świnią a wrogiem czerwonej rewolucji uniósł nieznacznie brwi, akurat docierając do samego szczytu schodów – dobre kilkanaście stopni niżej właśnie rozgrywał się dramat w dwóch aktach, którego aktorzy (wciąż nieświadomi jednoosobowej widowni) najwyraźniej padli ofiarą fanki trzody chlewnej, o czym najlepiej świadczyło kolejne przyrównanie do czteronożnego boczku.
Ociekający ohydą klasowości wieprz nieszczególnie przejął się socjalistyczną retoryką, bo – wbrew wykrzyczanym przez napastowaną mademoiselle (czy też raczej: proletariuszkę) słów – nikt nie został puszczony.
Ciekawe, co by się stało, gdyby Fiodor wiedział, że kilka metrów niżej znajduje się torba pełna propagandowych ulotek. Ciekawe, jak by to było, gdyby wybrał dziś inną trasę. Ciekawe, kto kogo pierwszy by zauważył, kto kogo pierwszy by rozpoznał, gdyby przechodził tędy niespełna dwie minuty wcześniej – bo przecież zaatakowana dziewczyna i Chirjakow już kiedyś się widzieli, widzieli się całkiem dobrze i Fiodor nigdy nie zapomni tej twarzy.
Ciekawe, co by się stało, gdyby postanowił zawrócić i dotrzeć do mieszkania inną trasą, zamiast spokojnie zgasić papierosa o chłodną poręcz schodów i powoli ruszyć w dół, nawet na moment nie spuszczając spojrzenia z trójki podpitych jegomościów.
Ciekawe.
Zwijajcie się, patrol jest pół przecznicy stąd – w skąpym świetle latarni nie mógł dostrzec żadnej z twarzy nagle zamarłych w bezruchu mężczyzn – a szkoda. Szkoda, bo oddałby wiele za wyraz przygłupawej konsternacji, która zwykle ozdabia nalane alkoholem lica, kiedy ktoś w równie bezpardonowy i dziwne spokojny sposób zawadza w próbie, jakkolwiek by nie spojrzeć, wykorzystania. Fiodor zatrzymał się zaledwie dwa stopnie wyżej od zwartej, ludzkiej masy, zastanawiając się krótko, co to wszystko może znaczyć, kto tu kogo chce bić i rabować, o co tu biega, co to za wrogowie czerwonej rewolucji, do jasnej nędzy?
Byłbym zapomniał – jego wzrok powoli przesunął się na dziewczynę, której jeden z mężczyzn – i była to jedna z niewielu mądrych rzeczy, jakich się dopuścił – zatkał usta.
Dziwne.
Z rozmazanego półmroku wyłoniły się oczy, nos, czoło i burza włosów, które na swój sposób znał – głównie dzięki nieudolnym próbom kradzieży w Le Dome oraz określeniu go ślepym tchórzem.
Może – pomyślał z leniwą przekorą kogoś, kto zaraz będzie się bił i jest niemal pewien, że tę bójkę wygra – powinienem pozostać ślepy na twoją niedolę?
Dziewczyna zostaje ze mną – dodał wbrew temu, co przemknęło mu przez głowę, schodząc jeszcze jednej stopień niżej; dość nisko, by złapać najbliżej stojącego napastnika za kark i porządnie grzmotnąć jego głową o barierkę – czego, oczywiście, nie zrobił, bo wciąż wierzył w zdrowy rozsądek podpitych Francuzów.
Rzeczywiście dziwne – choć w umyśle Chirjakowa zwykle nie ma miejsca na zdziwienie, to jest miejsce na poirytowanie. I to poirytowanie wyraźnie mu się nasila, bo jest głodny, zmęczony, zdenerwowany i nawet nie przepada za tą dziewczyną, ale sposób, w jaki określiła całą trójkę, stanowił wystarczający powód, aby się zatrzymać.
Nie żartowałem, zmywajcie się stąd, zanim dotrze tu patrol.
Albo nim ktoś ucierpi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Cze 27, 2017 10:20 pm

W ostatnich miesiącach coraz mniej rzeczy potrafiło zdziwić także i Camille, jej reakcje na następujące po sobie wydarzenia zwykły ostatnio oscylować pomiędzy zmarnowanym wzruszeniem ramion, a zrezygnowaną akceptacją, okraszoną pozbawionym aprobaty kręceniem głową.
Dzisiejszego wieczoru Camille miała się jednak zdziwić. Ciężko powiedzieć, że miałaby z tego wszystkiego aż zaniemówić, bo niestety, ale jej pole do werbalnych popisów zostało ograniczone przez brudną dłoń nieznajomego Francuza przytkniętą do ust. Pomimo najszczerszych chęci i planów, dziewczynie trudno było już wykrzyczeć tym nieprzyjemnym panom, że ona zadba o to, aby podzielili przyszły los każdego przedstawiciela burżuazyjnej gangreny - pozostało jej już tylko zacząć szarpać i próbować wyrwać.  
Tak, jak gdyby kolejna porcja zabarwionych komunistycznie wyzwisk i jej niecały metr sześćdziesiąt, pomimo tego, że bojowo i butnie nastawiony, miały coś w tym wypadku zdziałać.
Do Camille z porażającą jasnością zaczęło dochodzić, iż właśnie znalazła się w sytuacji w której siła jej własnego, przemyślanego argumentu na nic się nie zda - panowie zdecydowanie nie wyglądali na takich, którzy właśnie szykują się do dyskusji z Hebuterne. Tak w zasadzie, wieczór zaczynał malować się dość tragicznie. Kiedy w grę zaczynała wchodzić siła fizyczna, Camille stawała się bezradna - jej spryt opierał się przecież na wyobraźni używanej w komplecie z talentem do krętactwa i wynajdywaniem wyszukanego słownictwa. Oczywistym było, że innym rodzaju starciu nie miałaby żadnych szans.
Jej myśli, napędzane adrenaliną, dziko kłębiły się wokół pomysłu o (prawdopodobnie żałosnej) próbie wyrwania się, wyminięciu napastników, zostawienia porzuconej na ziemi listonoszki i szalonego biegu w dół schodów. Zanim jednak zdążyła cokolwiek zrobić, dosłownie zamarła, zresztą tak samo jak trójka jej towarzyszy. Momentalnie cała uwaga i Camille i jegomościów skupiła się na źródle dziwnie znajomego głosu, który oznajmił z ciemności, iż zbliża się patrol.
I wtedy Camille go rozpoznała. Tak, doskonale pamiętała tę twarz, ciężko byłoby ją zresztą zapomnieć. Postacią, nieśpiesznym krokiem zbliżającą się do jej małego dramatu, był kelner z baru w którym Hebuterne próbowała (ku chwale ojczyzny) okraść Niemca - a on jej w tym przeszkodził. I był w tym nawet tak bezczelny, że próbował ją za to strofować, sprowadzając całą, wzniosłą ideologicznie sprawę do tego, iż będzie miał problemy, bo to jego zmiana w pracy. Camille wtedy delikatnie, acz dobitnie zauważyła, iż to Francja ma problemy, przede wszystkim. I oznajmiła także, że ów kelner jest ślepym tchórzem.
O tak, ona też pamiętała, jak go nazwała. Czy los płatał jej wyjątkowo ironicznego figla, zsyłając akurat j e g o jako szansę na ucieczkę przed trójką oprawców?
Chyba, że to nie był ratunek. Chyba, że obrażony przez nią kelner nie działał bezinteresownie. Chyba, że tylko pogorszy tę, już bardzo złą, sytuację. Chyba, że patrol rzeczywiście zaraz ich nakryje, a przede wszystkim, że nakryje torbę ulotek.
Mimo wszystko w Camille rozpaliła się nadzieja, że jej żywot nie zostanie zakończony dziś wieczorem w Sekwanie.
Trójce podpitych, niezbyt przyjacielsko nastawionych panów chyba niezbyt spodobało się nagłe przerwanie ich szampańskiej zabawy - chociaż przynajmniej ręka jednego z nich oderwała się od ust Camille. Drugi z mężczyzn wciąż trzymał dziewczynę blisko siebie, zaciskając mocniej dłoń na jej przedramieniu.  
- Dzięki za ostrzeżenie, to my już pójdziemy - odparł on, robiąc krok w dół i ciągnąc za sobą Camille, która naprawdę z całej siły próbowała się opierać oprychowi. - Ale koleżanka raczej pójdzie z nami, nie chcesz kłopotów kolego. - dodał drugi, mierząc Fiodora wzrokiem bardzo pijanej kobry. W głowie pijaczyny to była czysta matematyka - wykonywana przez niezbyt bystry umysł, podsycana kibicującymi procentami buzującymi we krwi i upewniającymi oprycha, że jest niezwyciężony. Ich było trzech, ten przeszkadzający im delikwent był przecież jeden.
- Tak. Zostaję z nim. - stwierdziła Camille dobitnie, jeszcze raz podejmując próbę wyszarpnięcia się spod jarzma uścisku oprawcy, co poskutkowało tylko tym, iż mężczyzna już ze złością pociągnął ją następny stopień w dół. Camille posłała Fiodorowi spanikowane spojrzenie, próbując doszukać się w jego twarzy czegoś, co jej powie o jego następnym ruchu. I o jego niejasnych intencjach. Ciężko byłoby jej to pewnie przyznać, ale Fiodor naprawdę pojawił się w odpowiednim momencie i obecnie była zdana na jego łaskę i niełaskę. W tym momencie była jednak za bardzo przestraszona i świadoma niebezpieczeństwa, aby podchodzić do tej sytuacji w dumny i unoszący się honorem sposób - zwykle charakterystyczny dla Panny Hebuterne.
Co za cholerna, cholerna ironia. I niesprawiedliwość.
- No, nie sądzę. - odparł dziewczynie oprych, który ją trzymał. - Dobra, idziemy, faktycznie zmywajmy się. - rzucił zaraz do swoich towarzyszy, którzy, sądząc, że obdarzają Fiodora ostatnim, bardzo groźnym, spojrzeniem, powoli skierowali swe kroki na stopnie.
- Zacznę zaraz krzyczeć, wy zawszeni wrogowie ludu - rzuciła jeszcze, jakby w nadziei, że to sprawi, iż napastnicy puszczą ją wolno. Tak naprawdę już nie zamierzała podnosić głosu. Realna wizja patrolu, który mógłby powiązać ją z samotnie porzuconą parę stopni wyżej torbą, sprawiła, że Camille po przemyśleniu zrezygnowała z prób zwrócenia na siebie uwagi. Nie wiedziała też przecież czy znajomy jej barman blefuje w sprawie Niemców, czy nie. - Spróbuj krzyknąć, a naprawdę ci mówię, że dostaniesz. - nie, ci panowie nie bawili się w żadne subtelności. I bardzo zbagatelizowali Fiodora,
Ah, gdyby Camille wiedziała, że w tym momencie ratuje ją właśnie nic innego, jak tylko komunizm.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Lip 18, 2017 11:25 pm

To miała być jedna z tych nocy, kiedy nie dzieje się zupełnie nic, kiedy spokój otula miasto jak lateksowy, pęknięty balonik, a cisza jest tak dojmująca, że nawet światło gazowej latarni po przeciwnej stronie ulicy emituje słyszalne dla ludzkiego ucha dźwięki. To miała być jedna z tych nocy, gdy nie interesują go wielkie konflikty, światowe katastrofy, małe końce świata. To miała być jedna z tych nocy, w której powraca przyjemny sen – kawior z bieługi, szampan, piękna kurwa zafundowana przez przyjaciół z jednostki – i która kończy się pobudką w znacznie mniej barwnej rzeczywistości: we własnym (a jednak całkowicie obcym) łóżku, gdzie Fiodor do upadłego i bez przekonania powtarza sobie czas odstawić alkohol.  Zamiast ciemnego mieszkania oraz barwnych snów otrzymał wypaczoną wersję rzeczywistości i nawet nie był pewien, czym zakończy się ta katorżnicza podróż przez uliczkę doktora Babińskiego, ta historia, w której główną rolę odgrywa trójka zupełnie obcych mężczyzn o posturach kartofli – oraz kartoflom odpowiadającym intelekcie, o czym Chirjakow przekonał się przy okazji kolejnych słów padających z ust jednego z nich.
Chciał wierzyć, że załatwią sprawę polubownie – nie ze strachu przed coraz wyraźniejszą wizją potyczki z trójką wyraźnie wymęczonych przez alkohol oprychów; po prostu uznał, że skoro ktoś wymyślił dla niego podobną fabułę na dzisiejszą noc, to nie może zakończyć jej w równie banalny sposób.
Pokładaj wiarę w swego scenarzystę.
Nie pomogła delikatna perswazja ani bujda na kołach i resorach o zbliżającym się patrolu – przekonani o własnej wszechwieczności, napędzani promilami mężczyźni ani myśleli zrezygnować z łatwego łupu, jaki lekkomyślnie (dokładnie tak, lekkomyślnie i głupio) wpadł w ich sidła grubo po godzinie policyjnej. Do całej tej sytuacji doczepiona została ta niewyjaśniona, głęboka nocna cisza, to irracjonalne wyłączenie z realności – niewiele brakowało, a Fiodor zacząłby obawiać się pogryzienia przez zapadłą na wściekliznę rzeczywistość, zniweczenia iluzji, późnonocnego romantyzmu zatopionego w alkoholowych oparach i niemoralnych dylematach. Tego, co miało miejsce w tej chwili, co rozgrywało się w zaskakująco zatłoczonej jak na tę porę doby uliczce, nie wymyśliłby ani Dostojewski, ani Puszkin – krojąca jaźń nierzeczywistość nadawała całej sytuacji wydźwięku antycznego dramatu.
Tyle tylko, że protagonista daleki był od krystalicznie czystego katharsis.
Na moment zapadła cisza – cisza na tyle dojmująca, aby pośród ciepłej, majowej nocy dało się słyszeć cichy syk, z jakim Fiodor wypuścił powietrze, gdy pod wpływem dalekiego od delikatności szarpnięcia dziewczyna oraz jej nowi znajomi oddalili się o kolejny schodek. Dostrzegł jej spojrzenie. Zauważył panikę, której nie sposób było dłużej tłumić. Wychwycił słaby, na wpół proszący ognik, jak gdyby to jedno spotkanie w Le Dome, podczas którego zdołali obrzucić się wyzwiskami, obligowało Fiodora do reakcji.
Mógł – i chyba powinien – wyminąć ich bez tracenia czasu na kolejne próby polubownego rozwiązania sytuacji; mógł nie oglądać się za siebie, spisać dziewczynę na straty i za dwa dni przeczytać w najnowszym wydaniu gazety o ciele wyłowionym z Sekwany; mógł – co więcej, miał ku temu pełne prawo – zignorować proszący błysk w jej oczach, wyłudzić od miłych panów papieroska i wrócić do mieszkania na marne ochłapy czterech godzin snu. Mógł zrobić tak wiele, ale wybrał opcję najmniej dla siebie korzystną, popisując się równie kartoflanym intelektem, co uliczne oprychy.
Nie przykładał szczególnej uwagi do padających słów (z oczu i tak bił mu wyraźny, zwięzły komunikat: Pierdolisz Piękne Farmazony), już na poziomie molekularnym doskonale wiedząc, że czas na rozmowy i pertraktacje dobiegł końca; teraz liczyło się wyłącznie działanie, więc Fiodor – jako człowiek iście proletariackiego czynu – postanowił przejść do niego bez zbędnego preludium.
Żaden z trójki mężczyzn nie posiadł najwyraźniej podstawowej wiedzy dotyczącej ulicznych zasad – stałych i niezmiennych bez względu na szerokość geograficzną. Proste, życiowe prawdy pozwalały uniknąć bolesnych rozczarowań i delikatnie sugerowały, by w sytuacjach, w których rozwój wydarzeń wykracza poza zakres kompetencji, położyć się na ziemi, przycisnąć twarz do mokrej trawy i modlić, aby nikt nie miał broni palnej. Dziewczyna – pomimo tragicznej sytuacji – nie straciła na krzykliwości, nie do końca wiedząc, jak poprowadzić tę rozmowę; wyraźnie denerwowało ją to, że jest zdenerwowana, co z kolei budziło w Fiodorze cień nieadekwatnego do rozwoju wydarzeń rozbawienia, które (na szczęście) nie pobrzmiewało w głosie. Chirjakow był spokojny, nawet wtedy, gdy niespiesznie ściągał marynarkę, swobodnie – jakby robił to codziennie – przerzucając ją przez barierkę wiodącą w dół schodów.
Panowie, źle się zrozumieliśmy – mówił powoli, bez pośpiechu, równie statecznie schodząc stopień niżej.
I jeszcze jeden.
To nie była prośba ani sugestia – krótkie zerknięcie w lewo, później w prawo – szybkie upewnienie się, czy przypadkiem nie ma więcej przeciwników, czy to nie jest jakaś zorganizowana szajka porywaczy, anarcho-turystyczny zakon dla zubożałych umysłowo – Jedynie proste stwierdzenie faktu.
Uśmiechnął się lekko, najwyraźniej zadowolony, że po raz pierwszy od kilku minut nie musi słuchać tych zapitych, zdenaturaciałych głosów.
A później zaatakował.
Czas zwolnił, zgęstniał, zahamował gwałtownie na wyboistych głazach w dotychczas wartkim strumieniu – ale Fiodor tego nie zauważa, prześlizguje się po zmarzniętej tafli sekund, porusza się sprawniej od znęconego zapachem krwi drapieżnika.
Wie, jak działać, gdzie uderzyć, za co schwytać – to wszystko tkwi zapisane w przewodach dobrze naoliwionej maszyny, pomiędzy dwoma ostatnimi schodami a dotarciem do najbliższego z mężczyzn oblicza optymalną drogę ataku – i wtedy tak naprawdę wszystko się zaczyna.
Raz – uchwyć prawą dłoń w nadgarstku i wykręć całą rękę do tyłu, dwa – pchnij zaskoczone ciało w stronę barierki, aż do zderzenia z żelaznym prętem, trzy – puść nadgarstek i natychmiast – natychmiast! – uderz pięścią w splot słoneczny; ten silny, twardy cios głęboko w okolicy mostka jest ważny, najważniejszy, bo wytrąca powietrze z płuc, bo dziewięćdziesięciokilowy mężczyzna traci przez to oddech, bo czuje ból, jakiego sobie dotychczas nie wyobrażał, bo wraz z bólem wypełnia go nagły ciężar, rozlewający się po ciele jak płynny ołów. Aż w końcu opada na schody, nawet nie zauważając upadku i zdając sobie sprawę z tego, że nie za bardzo potrafi się poruszyć – bo ten obojętny sukinsyn, którego twarz dostrzega kątem oka, uśmiecha się słabo, wpatrując wyczekująco w pozostałą dwójkę (nie)doszłych ofiar.
Dziewczyna zostaje ze mną.
Trudno wyobrazić sobie bardziej dosadny komunikat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Lip 21, 2017 11:19 pm

Tej nocy nie wydarzyło się, a prawdopobnie już też nie miało, nic zgodnego z planami obranymi przez bohaterów tej dramatycznej, odrealnionej scenki, noszącej znamiona sennego koszmaru o gęstej i nieokreślonej atmosferze - takiego z którego trudno jest się wybudzić z własnej woli, pomimo podskórnej świadomości, że to tylko mara i ułuda.
Zapowiadało się na to, że trójka zapijaczonych mężczyzn również będzie musiała poważnie przemyśleć swój pomysł zagospodarowania czasu wolnego - a zapewne w założeniu składał się z samych upojnych chwil.
Nie tym razem, nie dziś, nie w tych okolicznościach.
Owszem, to co robiła Camille bardzo często nosiło znamiona głupoty i lekkomyślności, nierzadko na przemian z brawurą i źle pojmowaną odwagą, a nawet wręcz fanatycznym zaangażowaniem w sprawę i ideę. W całej swojej upartości Camille bywała też ciężkim materiałem na dyskusję na temat własnego bezpieczeństwa, które nieco bezmyślnie, już jakiś czas temu, mianowała sprawą drugiej kategorii. Może była to cecha znamienna dla jej wieku, a może bardziej wynikała z charakteru dziewczyny, ale Camille Hebuterne, pomimo swoich częstych zapewnień, że jest inaczej, podświadomie wciąż nie do końca wierzyła, iż może stać się jej jakaś większa krzywda - ta ślepa pewność miała dzisiaj ulec zmianie. Do tej pory nie zastanawiała się głębiej nad następującymi po sobie kaprysami losu, szczególnie gdy znów udawało jej się ujść z kolejnej sytuacji bez większych uszczerbków na zdrowiu.
Dobra passa?
Do tej pory jej działalność w Ruchu Oporu raczej ograniczała się do zadań wykonywanych zza biurka, ewentualnie właśnie do roznoszenia ulotek - nie było to jeszcze nic, co wymagałoby od Camille podejmowania wielkich życiowych decyzji, które miałyby postawić pod znakiem zapytania jej życie bądź też jestestwo towarzyszy z résistance.  
Dzisiejsza sytuacja miała jednak uświadomić dziewczynie, że niebezpieczeństwo jest realne, bliskie i ciężko tak naprawdę się spodziewać z której strony może nadejść. I kiedy - chociaż trzeba przyznać, że po godzinie policyjnej, w ciemnej i cichej uliczce, prawdopodobieństwo wpadnięcia w kłopoty jednak wzrasta.
Camille przemknęło przez myśl, że znajomy-nieznajomy barman, zniechęcony przez brak woli do współpracy tych trzech buraczanych głów, chcąc uniknąć kłopotów, wyminie ich i pójdzie w swoją stronę, machając ręką na jej niedolę. Zazwyczaj dziewczyna potrafiła naprędce wpaść na rozwiązanie problemu (jakże często tworzonego przez samą siebie), ale tym razem razem w głowie miała całkowitą pustkę, umysł skupiał się tylko na tragicznej wizji ewentualnych wydarzeń kilku następnych godzin, napawając Hebuterne prawdziwym przerażeniem, przy tym całkowicie odbierając dziewczynie zdolność trzeźwego myślenia i osądu sytuacji. Instynkt podpowiadał jej, że powinna wyrwać się oprawcy, zapomnieć o ulotkach i uciec - i tak by z pewnością zrobiła, gdyby istniał chociaż cień szansy powodzenia. W rzeczywistości oczywiście nie wierzyła, że mogłoby się jej to udać.
Gdy narastającą nieznośnie ciszę, paniczną, duszną i noszącą już znamiona wyroku, przecięły słowa o nieporozumieniu pomiędzy pijaczkami i mężczyzną, pochód plutonu egzekucyjnego Camille ponownie zatrzymał się w pół kroku. Dziewczyna wbiła spojrzenie w spokojnie zbliżającego się z górnych schodków barmana.
Ciężko wyrazić ulgę jaką czuła, wiedząc, iż on nie zamierza jej (chyba?) zostawić na pastwę tych zwyrodnialców. Z uwagą i napięciem obserwowała jak mężczyzna ściąga marynarkę i w uprzejmych, zimnych słowach zwraca się do jej niechcianych, nieskalanych głębszą myślą towarzyszy wieczoru. Nie wiedzieć czemu - bo było jeszcze na to znacznie za wcześnie - wbrew logice Camille poczuła przypływ dziwnego uczucia spokoju. Nawet bolesny ucisk na ręce zdał się delikatnie zelżeć. Musiała przyznać, nawet przed sobą, że postawny ślepy tchórz mógł budzić respekt - oby tylko natarczywe pijaczyny odniosły to samo wrażenie.
Dziewczyna postanowiła podjąć jeszcze jedną, może już nie tak żałosną i jałową w skutkach, próbę wyszarpnięcia się, wykorzystując rozproszenie uwagi oprawców uśmiechem barmana i jego słowami, które zdawały się tylko denerwować i niecierpliwić koleżków. Zanim jednak zdążyła zawziąć się w sobie, jeden z mężczyzn, który stał najdalej od niej, w ułamku sekundy został całkowicie obezwładniony i rzucony o kamienne schody z wyjątkową lekkością - i to przez nikogo innego, jak właśnie przez jej źródło nadziei na ratunek.
W swoim dwudziestoletnim, bądź co bądź, niedługim życiu Camille Hebuterne chyba nigdy nie widziała, aby ktoś z taką szybkością i pewnością powalił na ziemię... kogokolwiek, tak naprawdę. Gdyby została zapytana, nie potrafiłaby dokładnie odpowiedzieć jakie ruchy wykonał ten barman z Le Dome, co było sekretem jego skuteczności i jak to się w ogóle stało, że jeden z krnąbrnych jegomościów obecnie leżał na schodach, walcząc o oddech, który mógłby mu ulżyć w widocznym bólu.
Gdzie uczą barmanów tak się bić?
Camille jednak nie miała wiele czasu na to, aby rozważyć tę zagwozdkę, bo kierując się impulsem i wykorzystując szok widoczny na twarzach dwóch pozostałych mężczyzn, wyrwała się z uścisku swojego oprawcy i błyskawicznym ruchem doskoczyła do boku swojego znajomego-nieznajomego.
Oczywiście nie schowała się za nim jak pierwszy lepszy tchórz, niech sobie ta mentalna mielizna, przed którą właśnie uciekła (a raczej - została uratowana), nie myśli sobie, że ona, Camille Hebuterne, traktuje ich poważnie, boi się i będzie się ukrywać! Mhm.
- Zostaję. - potwierdziła dobitnie i wyraźnie, bojowo podnosząc podbródek i rzucając agresorom wyzywające spojrzenie.  
Nowi znajomi, widząc stan swojego kolegi, ponowili kalkulację. Tym razem wynik podany przez przyćmione, przepite umysły był inny - pijaczyny postawiły na ewakuację, dochodząc do bardzo mądrego wniosku, że próba dalszych pertraktacji może zakończyć się dla nich tragicznie - nie palili się do wystąpienia w roli ofensywy. Ich łatwy łup w postaci Camille nie był tego wart. Problematyczne jednak okazało się zabranie leżącego, jęczącego i trzymającego się za klatkę piersiową mężczyzny, który miał widoczne problemy z zaczerpnięciem oddechu. Chociaż zdawać by się mogło, że delikwent będzie musiał nie iść, a pełznąć (i to o nie swoich własnych siłach!), z pomocą swoich kompanów jakoś z wielkim trudem udało mu się wstać. Na jego zapitej twarzy malowała się panika, rzezimieszek łypał na swojego nieoczekiwanego oprawcę z przerażeniem, chcąc jak najszybciej się od niego oddalić. On chyba także już zrozumiał, że ewentualne starcie może skończyć się dla niego niekorzystnie, delikatnie rzecz ujmując.
- Dobra, już dobra, nie denerwuj się tak, znikamy. - powiedział jeden z nich, unosząc ręce w geście kapitulacji. Na odchodnym, kiedy panowie oddalili się na, według siebie, bezpieczną odległość, pod adresem Camille i Fiodora zostało rzucone jeszcze parę obelg z których między innymi można było wyłapać określenia takie jak dziwka, skurwiel, sukinsyn.. Wiązanka ta została okraszona solidnym pierdolcie się.
I tym sposobem scena została opuszczona przez trzech z pięciu aktorów, którzy prawdopodobnie popędzili do swej uroczej meliny zwalczyć frustrację z powodu nieudanego wieczoru oraz wylizać rany - fizyczne i te powstałe na honorze. O ile, oczywiście, o honorze można w tym wypadku w ogóle mówić.
I tak Camille i jej - musiała to przyznać - wybawca, zostali sami. Czujność dziewczyny została ponownie obudzona, a spojrzenie jasnych tęczówek wbite badawczo w twarz mężczyzny.
Świadomość, że była bezpośrednio tak bardzo od kogoś zależna, zaczynała pobolewać wybujałą dumę Camille.
- Dziękuję panu... w sensie tobie. - przeszła na formę bezpośrednią, uświadamiając sobie, że nagły zwrot per pan do kogoś, kogo już zdążyła zwyzywać od najgorszych tchórzy, wrogów ojczyzny i takich innych przyjemności, zabrzmiał dość groteskowo. - Gdyby nie ty, to pewnie skończyłoby się to... źle? Chociaż oczywiście miałam już dobry plan jak rozwiązać ten, hm, problem. - dodała po namyśle, masując obolałe ramię. Trzeba przyznać, że nie był to najbardziej wylewny sposób na okazywanie wdzięczności. Ale w przypadku Camille oznaczał prawdziwy progres!
- Nie jesteś ślepym tchórzem. - orzekła, uśmiechając się, w założeniu, przepraszająco. W rzeczywistości wyszedł jej jakiś krzywy grymas. W obecnym momencie nie potrafiła zebrać myśli i znaleźć bardziej odpowiednich słów, ale ulga którą czuła, była niewysłowiona - chociaż nie do końca wiedziała, czy już może sobie na nią pozwolić. Dopiero teraz też poczuła, że dygocze na całym ciele. Camille nie była aż tak nieustraszona za jaką chciała zawsze uchodzić - zdradzały ją trzęsące się dłonie i urywany oddech. Było jej też zwyczajnie głupio z powodu, iż poprzednio tak zwyzywała mężczyznę, który dzisiaj nadstawił za nią karku i któremu zawdzięczała zdrowie, a najprawdopodobniej także i życie. Po raz kolejny pozostało jej jedynie przekląć nieumiejętność panowania nad swoim temperamentem.
Dziewczyna, raz po raz, uciekała też wzrokiem w kierunku porzuconej torby z ulotkami, która w dalszym ciągu grzecznie spoczywała kilka stopni powyżej całego miejsca dramatycznej akcji.[/b]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Nie Lip 23, 2017 5:31 pm

Chyba popełniłeś błąd, ta myśl pojawia się późno, znacznie później, niż powinna, wyłania się niespodziewanie wraz z pierwszym, głębszym oddechem, na jaki w końcu sobie pozwolił, wyskakuje jak te przerażające, nakręcane korbką pudełeczka, z których po otwarciu wystrzeliwuje głowa clowna. Chyba popełniłeś spory błąd, myśli nieustannie, dopiero teraz odczuwając znajome mrowienie we wciąż zaciśniętej pięści – gdyby tylko zechciał na nią spojrzeć, mógłby dostrzec zaczerwienienia na knykciach, coś, do czego zdołał przywyknąć przed laty i co traktował jako nieodłączną część scenerii.
Zdarty naskórek, kropelki krwi, przytłumiony ból, którego istnienie spychane jest na peryferie świadomości – nic odkrywczego.
Więc dlaczego po raz trzeci pomyślał popełniłeś wielki błąd, Chirjakow, z nieruchomym wyrazem twarzy obserwując, jak trójka niedoszłych rabusiów, gwałcicieli i z wszelkim prawdopodobieństwem morderców rozmywa się w ciemności stanowczo zbyt późnej nocy, ulegając uczuciu absolutnego przerażenia? Przecież jeszcze kilka minut temu szedł po szachownicy światłocienia przez pogrążone we śnie ulice, niebo nad jego głową zachlapano czarnym atramentem, słyszał odległe szczeknięcia psów, ale poza tym nie było nikogo, nie o tej porze, już nie. Szedł tam, gdzie iść musiał, jak osamotniony ryzykant-wariat – i chyba tkwiło w tym trochę racji, bo wszystko, czego się dopuścił po dotarciu do uliczki doktora Babinskiego, było szalone, idiotyczne i irracjonalne nawet jak na niego, nawet jak na powieść ekstrawaganckiego pisarza. Nie powinien się mieszać, nie powinien odwlekać powrotu do mieszkania i – co najważniejsze – nie powinien uchylać rąbka bitewnej tajemnicy przed kimś, kto wiedział, gdzie do szukać, przed kimś, kto mógł dotrzeć po tej jednej, cieniutkiej nitce do olbrzymiego kłębka kłamstw i iluzji.
A wszystko to z powodu burżuazyjnych świń i zawszonych wrogów ludu – najwyraźniej nawet w Paryżu musiał ulegać komunistycznej propagandzie.
Wypaczone poczucie solidarności nie pozwoliło mu zostawić dziewczyny na pastwę losu, który tej nocy przybrał maskę trzech mężczyzn, w tym jednego wyjątkowo pechowego – w pewnym stopniu nie chciał jej porzucić, tak po prostu, bez cienia zdradzieckiego zainteresowania. Musiał zainterweniować, powiedzieć to – dziewczyna zostaje ze mną, w tej właśnie sekundzie, pozwolić, żeby została wykonana pewna procedura.
I żeby ona – wciąż stawiająca opór, choć powoli popadająca w rezygnację – mogła poczuć przypływ niezdrowej nadziei wobec kogoś, komu nie tak dawno życzyła śmierci z rąk czerwonej rewolucji. Spośród wszystkich bodźców, do których mniej bądź bardziej pośrednio się przyczynił, ten zapamiętał najlepiej: źrenice w jej jasnych oczach rozszerzające się tak, jakby lada moment miały zassać do wnętrza całą pobliską materię. Wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu sekund były rozmytą, niechlujną plamą, której najbardziej wyrazisty punkt stanowiła drobna, niepozorna i stanowczo zbyt głośna blondynka – jej kolejna próba wyswobodzenia się została nagrodzona sukcesem, a dziewczyna w (gdyby tylko okoliczności były inne, pewnie uśmiechnąłby się pod nosem na widok podobnej reakcji) dość dramatycznym susie znalazła się tuż obok Fiodora.
Chyba właśnie wtedy ocknął się z niezdrowego letargu, dopiero teraz z pełną wyrazistością dostrzegając, że trójka mężczyzn – zagrożenie, po którym pozostał tylko niesmak i lekka, stłumiona wściekłość przeskakująca po skórze jak niewielkie wyładowania elektryczne – była jedynie wspomnieniem.
Miał rację – popełnił błąd, bo z powodu wybujałego poczucia solidarności wpadł w sieć braterstwa. Teraz nie tylko znajdował się poza mieszkaniem długo po godzinie policyjnej, ale dodatkowo miał na głowie nadbagaż w postaci zapalczywej komunistki, przez którą fiodorowa umiejętność logicznego myślenia spakowała się, pożegnała i wyjechała na wczasy.
Wsio eta pizdiec.
Spojrzał na dziewczynę dopiero w chwili, w której nabrał całkowitej pewności, że trójpak o nadszarpniętej dumie postanowił zniknąć bezpowrotnie; przez pierwsze dwie, trzy sekundy nawet jej nie słuchał, bardziej skupiając się na ocenie ewentualnych szkód. Nic nie wskazywało na to, aby – poza przerażeniem, które i tak powoli zanikało – została narażona na jakikolwiek uszczerbek, co najwyraźniej ułatwiło jej odzyskanie rezonu. Odczyniała teraz coś na wzór wzmożonej pracy recepcyjnej, co nieco przypominało psie obwąchiwanie – marszczyła brwi, zadzierała do góry drobny nos i lekko masowała ramię, najwyraźniej oceniając, czy jej bezpośredni ratunek jest godzien zaufania.
Rychło w porę.
Według Fiodora nie było czego analizować. Zadziałał na wpół instynktownie, wiedząc, że nie może dłużej czekać, choć umysł w ogóle nie wiedział, co tak naprawdę reszta ciała ma zamiar zrobić. Nie było w tym kalkulacji ani boskiego olśnienia, o których najczęściej bredzą ci, którzy nigdy nie używali pięści; raczej pasywne poddanie się odruchom. Uchwyt, cios, obserwacja efektów, gotowość do powtórzenia sekwencji ruchów, gdyby dwóch pozostałych jegomościów chciało spróbować własnych sił – nic poza tym.
Co nie zmienia faktu, że zawsze miło usłyszeć podziękowania – zwłaszcza z ust kogoś, kto przy okazji ostatniego spotkania tak zapalczywie ciskał bluzgami.
Plan, który zakłada posługiwanie się socjalistyczną retoryką, nie mógł być zły – wymamrotał w założeniu sceptycznie, a w rzeczywistości z cieniem znużonego rozbawienia, na które – głównie z uwagi na okoliczności – nie miał szczególnej ochoty. Przez własną powściągliwość potrafił jednak docenić spojrzenie, które rykoszetem odbiło się od jego wzroku: ten jeden, jedyny raz spojrzenie blondynki przestało być ofensywne, oceniające, gotowe do frontalnego ataku; wyczuł w nim ostrożną dozę wdzięczności i czegoś, co po chwili namysłu określił jako ufność.
Wystarczyło, żeby poczuł się, jakby ze snu wyrwał go brutalny postrzał w nogę.
Za to wy, towarzyszko, wciąż jesteście krzykliwą wariatką – w rzuconym przez ramię oświadczeniu – akurat sięgał po wciąż zarzuconą na barierkę marynarkę – tkwiło równie wiele powagi, co po wręby socjalistycznej konstrukcji zdań. Skoro już stracił tyle czasu, skoro ryzykował dla niej własną skórą, skoro wciąż stali tutaj i gawędzili jak podczas sobotniego pikniku, nie było sensu w dalszym ukrywaniu powodów, dla których zareagował.
Oto najsolidniejszy, najtrwalszy i najwznioślejszy z nich – komunizm.
Niewiele brakowało, by założył marynarkę, otrzepał ją z niedostrzegalnego gołym okiem pyłku i podjął dalszą wędrówkę do mieszkania, być może nieco szybszą niż zwykle. Przebywanie tu choćby kolejną minutę dłużej byłoby czystym szaleństwem, nic więc dziwnego, że Fiodor pragnął jak najszybciej opuścić uliczkę.
Tyle, że po tak olbrzymim poświęceniu nie mógł ryzykować zaprzepaszczeniem wszystkich wysiłków i spisaniem ich na straty – a właśnie tak najpewniej skończyłaby się dalsza, samotna wędrówka dziewczyny.
Daleko stąd mieszkasz? – zdumiewające, jak neutralnie zabrzmiało to pytanie w obliczu poczynań Fiodora, który – bez wyczekiwania na mniej bądź bardziej werbalną zgodę – zarzucił własną marynarkę na ramiona dziewczyny, zatrzymując palce na środkowym guziku, który zapiął jednym, sprawnym ruchem. Szlachetności było w tym niewiele, tkwiło za to mnóstwo poirytowania drżeniem całego jej ciała, zupełnie jak gdyby wyłowił blondynkę z lodowatej rzeki, a nie uścisku ochlaptusów. – Prowadź, zanim przypałęta się patrol, który ściągnęłaś wrzaskami – rzucił jej krótkie, taksujące spojrzenie, jakby oceniał, jak prezentuje się w drastycznie zbyt dużej marynarce – efekt najwyraźniej okazał się zadowalający, bo ledwie moment później pomknął wzrokiem na porzuconą w górze schodów torbę, do której raz za razem powracały jej jasne źrenice.
Ruszając w stronę pakunku, pomyślał, że nie powinien być wobec niej tak oschły – przecież podczas ostatniego spotkania kierowała nią zwykła, smarkata i niedojrzała pyskatość; miał ochotę uderzyć się w twarz i rzucić na głos daj spokój, przynajmniej podziękowała, ale zamiast tego w milczeniu podniósł torbę ze schodów i przewiesił ją przez ramię, wbijając wyczekujące spojrzenie w blondynkę. Kolejne słowa wyleciały z jego ust same, zaczął mówić głos z głowy, bo przecież nie Fiodor, który przespał pięć godzin w przeciągu dwóch ostatnich dób i zwyczajnie nie miał już siły na gadaninę.
Chcę wiedzieć, co jest w środku?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sro Lip 26, 2017 11:40 am

Opatrzność zdawała się roztaczać nad Camille szczególną opiekę - robiła to jednak za pomocą nieoczekiwanych narzędzi oraz w nieco ironiczny i przekorny sposób, bo dziewczyna nigdy nie oczekiwałaby ratunku ze strony z której nastąpił. W efekcie życiowych okoliczności nauczyła się polegać na sobie i na swoich sposobach wychodzenia z opresji; która tym razem jednak przerosła zakres jej kompetencji. Hebuterne stawiałaby na to, że ktoś potraktowany przez nią tak obcesowo, nienawistnie i krzykliwie - jak właśnie stojący obok na schodach mężczyzna - jeszcze przyklaśnie jej oprawcom i przybije każdemu z osobna piątkę, machając jej z szerokim uśmiechem na pożegnanie, życząc miłej podróży w piekielne otchłanie - no, może nieco przesadzała - ale nigdy nie liczyłaby na bezinteresowną pomoc ze strony tego barmana, który w dodatku narażałaby tym siebie samego. Zresztą do tej pory była pewna, że już nigdy go nie spotka, jej drogi przecież zwykły nie przecinać się ze ścieżkami tchórzy, mawiała i była przekonana, iż w tym wypadku ta zasada również obowiązuje.
Nie pierwszy raz zdarzyło jej się kogoś źle ocenić - zresztą, gdyby odłożyć bezbrzeżne zapatrzenie w ślepą ideę, która przyświecała zabawie w Robin Hooda, Camille prawdopodobnie dostrzegłaby, że poprzednim razem jej towarzysz nie tylko uratował siebie od nieprzyjemności związanych z zrzuceniem na niego odpowiedzialności za kradzież, ale także ocalił skórę jej. W końcu na próżno oczekiwać, iż gestapowiec, który przyłapie młodą, wyszczekaną Francuzkę na kradzieży jego własności, zaprosi ją na kawę, na obiad, a pózniej na wakacje z rodziną do Heringsdorf - to raczej nie ten schemat działania.
Spojrzenie Camille w dalszym ciągu przeskakiwało z torby na mężczyznę, z mężczyzny na torbę. Z nieokreślonego i niejasnego powodu dziewczyna nie mogła wykonać najmniejszego kroku w kierunku listonoszki, tak jak gdyby ta miała ją poparzyć. A przecież Hebuterne mogła się postarać i udawać, że to nie do niej należy przedmiot, mogła też w każdej chwili przestać tak uporczywie i gorączkowo zastanawiać się co z nią zrobić; stres i niepewne wpatrywanie się w tę torebkę przecież było widać! Camille wydało się jednak dziwnie niehonorowe, aby porzucić te ulotki; efekt wielu godzin jej własnoręcznej, gorączkowej pracy. Roznoszenie ich to było jej zadanie, jej misja, jej odpowiedzialność, której nie chciała się wyzbywać i do której, jak widać na załączonym obrazku, podchodziła bardzo poważnie.
Cegiełka, którą z całym swoim sercem, zaangażowaniem i pewną dozą naiwności dokładała do walki o wolną Francję (i o ten jeden, jedyny słuszny system!).
Doskonale zdawała sobie sprawę, że zawartość torebki oznaczała dla niej w oczach Niemców natychmiastowy wyrok śmierci - zaraz po tym, jak poddaliby ją szantażowi bądź torturom w celu wyciągnięcia nazwisk innych ludzi powiązanych z roznoszeniem antyniemieckiej propagandy, czyli krótko mówiąc, działaczy Ruchu Oporu. Oczywiście z jej ust nie padłoby ani jedno słowo, powtarzała sobie często - a to w myśl zasady, że wolałaby zginąć, niż zdradzić swoich towarzyszy oraz sprawę! I pewnie wedle życzenia jej koniec rychło by nastąpił - okraszony kolejną porcją tortur, z których jak Camille słyszała, słynęli nazistowscy służbiści.
No, całkiem uroczo.
- Oczywiście, bo chociaż przyznaję, że twoja pomoc była nieoceniona, już prawie odzyskiwałam panowanie nad sytuacją. - odparła dumnie, bardzo wspaniałomyślnie udając, że nie zauważyła tego przemykającego przez głos mężczyzny cienia rozbawienia. Oboje chyba znali prawdę i widzieli sytuację w całej krasie, ale Camille chciała, ot tak dla zasady, wtrącić jeszcze taką infantylnie brzmiącą bzdurę, jakby w nadziei, że sama poprawi sobie samopoczucie i nieco zmniejszy tę niedogodność, jaką była świadomość, iż bez pomocy barmana jej los byłby niechybnie przesądzony. Coś, co zakrawało na groteskową manię kontroli każdej sytuacji, było w rzeczywistości wręcz panicznym strachem przed złożeniem swojego losu w obce ręce i ukazaniem wachlarzu słabości.
Nie zaprotestowała nawet słowem (Camille, to ty?!) kiedy nazwał ją krzykliwą wariatką, a to że nazwał ją towarzyszką, doszło do dziewczyny z trzysekundowym opóźnieniem. Podążyła wzorkiem za nim, kiedy sięgał po marynarkę.
Intrygujące to wszystko, przemknęło jej leniwie przez myśl. Czyżby umysł płatał jej figle? Może to szok zaczynał się do niej leniwie dobierać, obdzierając z już i tak szczątkowego poczucia realności?  
- Towarzyszko? - powtórzyła tępo. - Czy to znaczy, że ty...? - Nie dokończyła. W ustach barmana to słowo brzmiało jakoś inaczej... naturalnie, jakby było powszechnym frazesem, a nie, tak jak w przypadku Camille, smakowanym na języku i wręcz egzotycznym, dziwem. Czy ten człowiek też chciał przyłączyć się do francuskiej, czerwonej rewolucji? Co wiedział na temat komunizmu, całej doktryny, systemu? Popierał, czy tylko ot tak rzucił, bo słyszał w jaki sposób Camille wcześniej wyzywa zbirów i chciał z niej zażartować? Fakt, iż wcześniej użył wyrażenia socjalistyczna retoryka nie zastanowił jej, natomiast w tym momencie myśli Francuzki powróciły właśnie do tego momentu. Jakby tego było mało, nie potrafiła dokładnie wskazać co jeszcze przykuło jej uwagę w sposobie wypowiedzenia tego rzuconego, jakby mimochodem, zdania. Swoje wrażenie na ten temat oczywiście pozostawiła dla siebie, połowicznie zrzucając winę za potencjalne omamy na karb zmęczenia i targającego nią niepokoju o ulotki. Ponownie mimowolnie zadrżała.
Zanim jednak zdążyła zadać jakieś mądrzejsze, bardziej rozbudowane pytania, sama została zapytana o swoje miejsce zamieszkania. Zaraz też ze zdziwieniem i początkowo dezorientacją patrzyła - czując się jak postronny obserwator wynaturzonej scenki - jak mężczyzna nakłada jej na ramiona marynarkę i zapina ją. Ten gest obudził ją nieco, otrzeźwił i zatrzymał gonitwę niejasnych myśli, nakazując skupienie.
Nie zaprotestowała, a wręcz przyjęła nieoczekiwany (kolejny) akt, zdawać by się mogło, życzliwości z pewną dozą ulgi i słabym uśmiechem przyzwolenia - przynajmniej już nie wygladała jak histeryczna, trzęsąca się osika. Teraz prezentowała się już bardziej jak kilkuletnia dziewczynka, która dla zabawy postanowiła poszperać w szafie w swojego ojca i znalazła garnitur z jego czasów świetności.
Doszła też do wniosku, że chyba faktycznie rozsądnie byłoby powiedzieć, gdzie aktualnie pomieszkuje, bo samotna droga powrotna wcale nie była zachęcającą wizją - poza tym w pytaniu swojego towarzysza nie doszukała się żadnej dwuznaczności, czy fałszywej nuty, jego ton nie wzbudził obaw Camille; co w takiej sytuacji było dość zastanawiające.
- Dość daleko, bo... - na szczęście zorientowała się jakiej odpowiedzi chciała udzielić na tyle szybko, aby ugryźć się w język. Czemu, do jasnej cholery, chciała powiedzieć mu, gdzie mieszkała, a nie, gdzie teraz mieszka? Ta niewypowiedziana myśl kołatała się po głowie Hebuterne. Zanim dziewczyna dokończyła, mimowolnie wlepiła zdziwione spojrzenie w mężczyznę - co mogło być pewnie dość konfundujące dla dwóch stron. Doprawdy - jak to się stało, że chciała mu wyznać, gdzie żyła, zanim uciekła? Ten rozdział był skończony. Podobne zaćmienie nigdy wcześniej się jej nie przydarzyło. Czy powodowała nią sytuacja i nagły przypływ ufności w stosunku do tego człowieka?
- Nie, znaczy niedaleko, bo zaledwie parę przecznic stąd. - sprostowała, mrugając kilkakrotnie, wciąż stojąc w miejscu i chcąc pozbyć się tego dziwnego wrażenia, którego nie potrafiła zinterpretować, a które zalało ją całą, pozostawiając wręcz niesmak z powodu własnej reakcji. Dla Camille najlepszą ochroną na nieznane i niezbadane była oschłość, zgryźliwość i dystans; jej pancerzyk ochronny.
- Dla twojej wiadomości t o w a r z y s z u, gdyby nie moje krzyki, które ich zatrzymały i były częścią mojego planu, już dawno dryfowałabym w Sekwanie. - odrzekła i zadarła nos, czując jak ponownie wracają jej siły. Które, notabene, błyskawicznie odpłynęły, kiedy Camille zobaczyła, iż mężczyzna sięga po jej wypchaną po brzegi torebkę - w głowie szybko zdążyła przed chwilą już utkać plan, który przewidywał, iż pochwyci pakunek niezauważenie i niby od niechcenia, chcąc dać pokazać, że zawartość to tylko nic nieznaczące drobiazgi.
Czy gdyby po prostu odeszła bez torebki z powodu, iż naprawdę nie pamiętała, że miała ją ze sobą, to liczyłoby się jako dyshonor i niedopilnowanie obowiązków, czy jednak w takiej sytuacji byłaby zwolniona z moralnej odpowiedzialności? Ah te dylematy - szkoda, że w tej sytuacji nie dotyczyły Camille. Która i tak stanęła przed wyborem, ale nieco innym.
Powiedzieć mu czy nie powiedzieć?
I czemu niby w ogóle miałabym to zrobić, jakim prawem on chce to wiedzieć; butna myśl przemknęła przez głowę Camille.
Szybko podsumowała co wie o mężczyźnie, który stał z jej torbą zawieszoną na ramieniu. Odpowiedź brzmiała - niemalże nic.. Jej informacje na jego temat były nieskładne, przeczące sobie nawzajem i Camille potrzebowała to wszystko naprawdę gruntownie przemyśleć. Czy wystarczającym powodem, aby wtajemniczyć go w zawartość torebki, miał być fakt, iż ją uratował i że pchana nieznanym odruchem, prawie podała mu swój dawny adres? A może to, że nazwał ją towarzyszką? Albo, że stojąc tutaj z nim sam na sam, wcale nie odczuwała, prawdopodobnie normalnej w tej sytuacji, obawy, a raczej zgoła nieprzystający do okoliczności spokój? Czy nie lepiej jednak uciec się do blefu, jak to często zwykła robić i zapewnić sobie pewne bezpieczeństwo, bez narażania na odprowadzenie do siedziby gestapo - bo skąd mogła wiedzieć kim naprawdę jest i w co wierzy jej wybawiciel; może jej niejasne poczucie ufności było zgubne? Żyli w czasach w których każdy coś ukrywał, zasłaniał się maską i sprawnie lawirował między fałszem, a prawdą, zacierając granice między nimi; szczególnie jeżeli w grę chodziła walka o własne dobro - biada naiwnym - ten przykład Camille wszakże doskonale znała z autopsji; ze swojej rodzinnej historii.
Z drugiej strony, czy ktoś, kto właśnie zaryzykował, aby uratować jej życie, zadałby sobie teraz trud, aby donieść na nią, odprowadzając przed oblicze SS?
- Nie. - odpowiedziała mu krótko i hardo, cała się jeżąc. Ale to nie była dobra strategia, Camille zaraz to zrozumiała. Błyskawicznie postanowiła uciec się do niezbyt zgrabnego fortelu, który i tak już stracił nieco na wiarygodności. Poza tym stwierdziła, że gdyby natknęliby się na patrol, to istniałyby (bardzo marne) szanse, że puściliby jej znajomego wolno, widząc, iż on naprawdę nie miał nic wspólnego z ulotkami - ależ szlachetnie! Chyba lepiej byłoby, aby jej kompan po prostu nie poznał prawdy, stwierdziła w myślach Camille.
- Gazety, dużo gazet, wydania archiwalne, tak, bardzo cenne, prowadzę archiwum - nie umiała, jak na złość, wpaść teraz w nerwach na nic bardziej twórczego (w planach miała jeszcze odburknąć mu, że to nie jego sprawa) ale przynajmniej to mogło w jakimś małym procencie tłumaczyć wypchany kształt i obsesyjne zainteresowanie oraz uciekanie wzrokiem w kierunku swojej torebki/wyroku śmierci  - pomimo tego, że kłamstwo było dość oczywiste, a jej wybawiciel nie wydawał się ani trochę naiwny. Nie zdążyła sprawdzić czy mężczyzna podda jej mało wiarygodną odpowiedź w wątpliwość, bo torba postanowiła sama zawiązać akcję i po prostu jedno z jej ramion pękło; pakunek był pewnie przygnieciony ciężarem napięcia, natarczywych spojrzeń swojej krnąbrnej właścicielki, problemów, które pośrednio spowodował i bardzo możliwe, iż także po prostu nadwyrężony stosem niezliczonych ulotek i ciągłego niegodnego traktowania; takiego jak na przykład rzucania na prawo i lewo, nie tylko dzisiaj, ale i przez całą swoją torebkową karierę.
Przez moment Camille pusto i nieruchomo wpatrywała się w stosik ulotek - wcześniej niechlujnie, na siłę upchniętych - który rozsypał się na kilku kamiennych schodach, sprawiając wrażenie, jakby listonoszka oddała nim ostatnie tchnienie. Można było rozróżnić parę rodzajów broszur; poczynając od tych nawołujących do aktywnej walki z okupantem, kończąc na tych zabarwionych na czerwono, traktujących o zbawiennym wpływie komunizmu na społeczeństwo.
Dziewczyna naprawdę nie wiedziała czy w tym momencie powinna się rozpłakać, czy może lepiej byłoby wybuchnąć histerycznym śmiechem; na co zresztą miała ochotę, chociaż daleko jej było do radosnego rozbawienia. To był szczyt głupoty, że tkwiła nad obiążającymi ją dowodami bez ruchu i to grubo po godzinie policyjnej, uświadomiła sobie - powinna przynajmniej rzucić się na ziemię i zacząć je zbierać, ale jej zdolność logicznego myślenia rownież zdawała się milczeć od dłuższej chwili.
Zamiast tego nie robiła nic, stojąc jak ostatnia sierota w dużo za dużej marynarce, wzdychając głęboko nad swoim losem, który, miała wrażenie, dźgał ją patykiem w plecy, sprawdzając jak blisko krawędzi przepaści Camille może się przysunąć.
- Aha. - skomentowała mądrze, tonem wyczerpanej rezygnacji. - Jednak, jak już pewnie zauważyłeś, ta torba była pełna różnych propagandowych ulotek i jeżeli ktoś nas z nimi nakryje to albo nas zabije albo na nas doniesie. - oznajmiła, wbijając oczekujące spojrzenie w swojego towarzysza, mając cichą nadzieje, że ta wymuszona próba zaufania powiedzie się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   

Powrót do góry Go down
 
Uliczka doktora Babinskiego
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: