IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Uliczka doktora Babinskiego - Page 4


Share | 
 

 Uliczka doktora Babinskiego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Sie 09, 2016 2:09 pm

First topic message reminder :



Uliczka doktora Babinskiego

Prowadząca w dół ze wzgórza Montmartre cicha i niemalże pusta uliczka, w chłodne jesienne wieczory zdecydowanie może przyprawiać o dreszcze. Gaszone w okresie wojny latarnie i sprawiają, iż nocą panuje tam bezwzględna ciemność i jedynym źródłem światła, na które można liczyć, jest świecący się na niebie księżyc. Rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza się w te rejony, a ci, którzy odważyli się nią przespacerować po zmroku, mogli napotkać na swojej drodze zagubione dusze niedoszłych artystów czy zubożałych mieszkańców szukających schronienia przed wścibskimi oczami przechodniów. Nawet niemieckie patrole są tutaj rzadkością. W dzień zaś uliczka, choć wciąż pusta, stanowi dość malownicze miejsce, gdy słońce przedziera się przez gęste korony drzew czy jesienne liście w pomarańczowych barwach opadają na ziemię. W dalszym ciągu nie stanowi jednak ani najbezpieczniejszego ani najbardziej uczęszczanego miejsca.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sro Lip 26, 2017 11:00 pm

Niezobowiązujące tête-à-tête ze śmiercią zwykle skłania do myślenia o sprawach ostatecznych – o Bogu, świętym Augustynie, ostatniej rozmowie z popem, złotych kopułach cerkwi i Jezusku wylegującym się w sianku – lecz z wszelkim prawdopodobieństwem to nie opatrzność czuwała dzisiejszej nocy nad wydarzeniami w jednej z mniej sympatycznych uliczek Butte-Montmartre (jeśli nie całego Paryża). Siła wyższa zwykle trzymała się z daleka od drobnych utarczek śmiertelników, rozwiązanie konfliktu pozostawiając siłom nieco niższym – nawet, jeśli z metrem osiemdziesiąt cztery wzrostu nie zaliczają się do szczególnie mikrych postaci. Wszelkie znaki na niebie, ziemi, płytach chodnikowych i drewnie pobliskich ławek nieśmiało sugerowały, że zwykle pamiętliwy i skory do żywienia wiecznej urazy Fiodor rzeczywiście porzuci damę w potrzebie, nie odczuwając z tej przyczyny szczególnych wyrzutów sumienia (jakiego sumienia, jakich wyrzutów?); życie z wiekiem każdego uczy rezygnacji. Można było –całkiem zresztą słusznie – podejrzewać, że nie ma na obu ziemskich półkulach istoty, którą Chirjakow darzyłby choćby ułamkiem dziesiętnym sympatii. Równość klas nie ograniczała się dla niego wyłącznie do sfery gospodarczej – gdzieżby! Fiodor zrównywał ludzi na płaszczyźnie uczuciowej, nie cierpiąc pospołu przesyconych fanatyzmem faszystów, rozpieszczonych dzieci (kolejność zamienna), niespełnionych artystów, amerykańskiej burżuazji, Mulatów żydowskiego pochodzenia, prawicowych intelektualistów, zwolenników uboju rytualnego, niezłomnych obrońców praw kobiet i propagatorów międzynarodowych konwencji.
Skąd więc ten nagły przypływ bezinteresownej empatii, przez którą narażał na szwank własne zdrowie, własną wolność i, sprawa najistotniejsza, własne życie – a wraz z nimi całą ideę krzewienia światowej rewolucji?
To nie ma sensu – pomyślał z gorzką mieszanką pogardy dla popełnionego błędu (a więc to oficjalne – właśnie w ten sposób określał dziewczynę, której drugi raz ocalił skórę: była błędem, niewłaściwym wynikiem równania różniczkowego, ujemną deltą), lecz jakiś przekorny głos we wnętrzu jego głowy dopytał z kpiną: co w takim razie ma sens?
Niewiele, sądząc po tym, iż oboje wciąż tkwili w miejscu, jak dwa posągi własnej lekkomyślności – i w pewnym stopniu brawurowej głupoty. Ruchome były wyłącznie spojrzenia, wędrujące od milczących, przepełnionych napięciem twarzy do porzuconej pospiesznie torby, która z dotychczasowej roli scenerii płynnie przejęła funkcję punktu odniesienia dla kolejnych decyzji. Czas płynął nieubłaganie wartkim strumykiem ryzyka, a Fiodor – najwyraźniej pozbawiony pokładów cierpliwości na najbliższe dwa tygodnie – nie zamierzał czekać, aż wzrok dziewczyny cudem przywoła do siebie listonoszkę, oszczędzając mu ponownego wspinania się po schodach (czyżby robił się na to za stary?). Kiedy więc dotarł do osamotnionego tobołka, kiedy tak brawurowo zignorował zrozpaczone spojrzenia blondynki i kiedy w końcu pochylił się, aby chwycić za (jeszcze całe) ramię torby, na jego usta cisnęły się jedynie co barwniejsze przekleństwa, które mogły stanowić idealne tło akustyczne dla rozgrywającej się w uliczce scenki, lecz z gardła nie wyrwała się nawet jedna sylaba, nic, co mogłoby zdradzić skłębione pod kopułą czaszki myśli. Najrozsądniej byłoby sprawdzić zawartość listonoszki i na własne oczy przekonać się, czy wędrówka po nią była warta zachodu – jednak Fiodor najwyraźniej doszedł do logicznej implikacji, która skutecznie zniechęciła go do przetrzepywania zawartości pakunku.
Nie mieli na to czasu, ochoty ani faktycznej sposobności: poza tym ani słowem nie wspomniał, że torbę zamierza oddać.
Powinnaś zrewidować własną definicję panowania nad sytuacją, mam wrażenie, że drastycznie odbiega od tej słownikowej – ciężko stwierdzić, co mocniej pobrzmiewało w jego głosie: pobłażanie dla ślepo-porywczo-upartej naiwności czy gładka nuta rozbawienia, którego nie zamierzał ukrywać w obliczu kogoś, kto najwyraźniej nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak bezbronnie brzmi? Oczywiście, że nie dałaby sobie rady bez pomocy z zewnątrz. Oczywiście, że jej szumny, wielki plan ograniczał się do wrzasków i bezskładnego wierzgania. Oczywiście, że – gdyby tylko Fiodor zjawił się kilkanaście sekund później – jeden z opryszków miałby dość tych krzyków i dość sprawnie im zapobiegł, najpewniej bliższym zaznajomieniem blond główki z luźną kostką brukową, których było tu pod dostatkiem.
Oczywiście, że mogła wmawiać sobie coś zgoła innego – ale faktów zmienić nie mogła.
A te – jak to często bywało – po raz kolejny przemawiały na korzyść Chirjakowa, pozwalając mu na niespieszne rozegranie dalszej części spotkania. Plan zakładał jak najszybsze opuszczenie uliczki doktora Babinskiego, jednak w jego realizacji przeszkadzał ten drobny, blond-włosy szkopuł, który na przyswojenie każdej informacji potrzebował kilkusekundowego zapasu czasu.
Czasu, którego – jasna cholera, powtarza to po raz kolejny – nie mieli.
Towarzyszko – powtórzył te cztery sylaby raz jeszcze, wolniej, choć zdecydowanie chłodniejszym tonem, jak król mroźnych, skalistych wysepek Morza Karskiego, jak nauczyciel algebry, który powoli traci cierpliwość dla nieszczególnie lotnego ucznia. Czego oczekiwała, patrząc na Fiodora jak na cudem odnaleziony, unikatowy okaz współplemieńca?
Głośnego przytaknięcia w rzeczy samej, towarzyszko, jestem zagorzałym komunistą i krzewicielem idei światowej rewolucji, więc zaśpiewajmy pospołu Międzynarodówkę?
Partyjnej legitymacji, którą z dumą zaprezentowałby w słabym świetle gazowych latarni?
Podręcznego zestawu z sierpem i młotem?
Nic z tych rzeczy – jedynym potwierdzeniem było wyłącznie nieruchome, jasne spojrzenie, które utkwił w jej twarzy z cieniem antropologicznego zainteresowania; zupełnie, jakby chciał odczytać kotłujące się w głowie dziewczyny myśli. Niesmak po ślepym tchórzu już dawno zdołał zaniknąć, teraz pozostawało jedynie kiełkujące zainteresowanie – przecież nie była pierwszą komunistką, którą spotkał w tej uliczce.
Sposób, w jaki kwietniowe spotkanie zapętliło się z tym aktualnym, ciepłomajowym, budził niezdrową dawkę zdumienia: przez moment Fiodor poważnie zastanawiał się, czy to wszystko nie było zaaranżowane, czy za rzekomym napadem nie stoi jego dobry towarzysz z Hali Wagram i czy wyratowana z opałów dziewczyna nie jest jedynie kolejną statystką z jego grupki podręcznych komunistów. Przecież podczas pierwszego spotkania na pobliskiej ławce również towarzyszyła mu blondynka – dopiero po chwili Chirjakow musiał przyznać, że tamta była młodsza, nieco wyższa i znacznie mniej butna.
A więc przypadek? Czy to w ogóle możliwe – uliczka doktora Babinskiego działająca jak lep na komunistów?
Zastygł w miejscu, zaskoczony nagłą myślą, tym pierwiastkiem słodkim jak maliny olśnienia: ta dziewczyna mogła stanowić furtkę. Bardzo wygodną, mającą dług wdzięczności furtkę w struktury rzekomo dobrze zorganizowanej grupy.
Spojrzał na nią tak, jak gdyby ujrzał blondynkę po raz pierwszy w życiu, dopiero teraz dostrzegając karykaturalność zaistniałego obrazu: niemal utopił ją we własnej marynarce, równie skutecznie powstrzymując dreszcze, co nadając sylwetce kształt prostokąta. Wyglądała jak siedem i pół nieszczęścia, ale przynajmniej – chyba po raz pierwszy w przeciągu obu spotkań – uśmiechała się lekko, rezygnując z buńczucznej, nieustraszonej miny. Nie trwało to jednak zbyt długo: już przy próbie udzielenia odpowiedzi na – zdawałoby się – proste pytanie dotyczące miejsca zamieszkania, poplątała się w zeznaniach, wbijając w Fiodora zdumiony wzrok. W milczeniu odparł jej spojrzenie, jedynie nieznacznie unosząc brwi, jak gdyby pragnął przekazać, że moment zawahania został dostrzeżony, ale nie ma zamiaru dociekać jego przyczyn – póki co nie.
Choć w myślach przyznał, że powinna nauczyć się lepiej kłamać.
Po godzinie policyjnej nawet jedna przecznica to daleko – zabrzmiał zaskakująco spokojnie jak na kogoś, kto jeszcze przed momentem wątpił w słuszność całego przedsięwzięcia; teraz najistotniejsze było opracowanie najbardziej wydanej i bezpiecznej trasy powrotu oraz ewentualne rozważenie, czy dotarcie do Rue Seveste nie byłoby lepszym rozwiązaniem.
Nie, chwila. Coś absolutnie nie do pomyślenia – naprawdę zamierzał ukryć ją u siebie?
Nie zmuszaj mnie, bym pożałował, że faktycznie w niej nie dryfujesz – zabrzmiał całkowicie poważnie, najwyraźniej odpychając od siebie nie mniej odpychający pomysł obrania drugiej taktyki: Rue Seveste nie mogła wchodzić w grę, odsłoniłby jedną z najmocniejszych kart przed kimś, kogo przydatności wciąż nie ocenił, będąc zbyt zajętym odpieraniem przechwałek.
Które – a to dopiero miła odmiana – umilkły wraz z chwilą, w której sięgnął po torbę.
Nawet nie zauważył, gdy przestał liczyć sekundy i kolejne sekwencje obrazów migających w rozpraszanej przez światło latarni nocy; na swój sposób czuł się dziwnie – senność gdzieś uleciała i pomimo zmęczenia, które nie tak dawno uparcie pchało go w łakome objęcia pewnego greckiego bożka, był lekki jak wąż po świeżej wylince, jak ktoś, kto zerwał się z długiego snu zupełnie odmieniony. Być może zalążek bójki wytrącił go z udręczonego transu, być może to tonąca w odmętach marynarki dziewczyna – nagle milcząca i najwyraźniej gromadząca w sobie nowe pokłady pasywnej agresji – obdarła go z całodobowego wycieńczenia, zmuszając do powrotu na utarte tory planowania oraz podejmowania działań. Było tak, jak gdyby całym swoim radzieckim jestestwem właśnie doświadczył oddziaływania nowej, dotychczas nieznanej mu siły, bijącej jak górskie źródełko w najwyższych partiach mroźnych stoków. Było tak, jak gdyby wylęgła się w nim ciepła, przyjazna moc, przez którą na moment zapomniał o wiszącym nad głową ryzyku.
Na szczęście – tylko na moment.
Krótkie, stanowcze nie dość skutecznie rzuciło nim o grunt, nakazując spojrzeniu ponowne skupienie na zaciętym wyrazie twarzy blondynki – zdumiewające, jak wiele pokładów zawziętości potrafiło skryć się w tak małym ciele. Niewiele brakowało, by na owo nieszczęsne nie Fiodor prychnął pogardliwie, zabierając się z uliczki wraz z przewieszoną przez ramię torbą – lecz dokładnie w tej samej chwili blondynka zdała sobie sprawę z własnego faux pas, odwlekając odejście Chirjakowa w czasie.
Choć nie na długo.
Nocne archiwum, coś niesłychanego – kącik jego ust drgnął nerwowo, w tym jednym, ulotnym tiku wyrażając irytację, która eksplodowała gdzieś w okolicach płata czołowego i aktualnie rozlewała się po całym ciele. – Szkoda, że nie dostałaś przepustki na realizację równie pilnej misji.
Ironizował, wkładając w to marne ochłapy cierpliwości, jaka mu pozostała – dziewczyna naprawdę była tragiczna w sztuce łgania, on z kolei był tragiczny ciągle przy niej tkwiąc. Nagle wizja powrotu do mieszkania, znajdującego się przecież nie dalej niż pół kilometra stąd, wydała się jedynym rozsądnym wyjściem – tyle, że w drogę zamierzał zabrać wyłącznie przywłaszczoną torbę. I już stawiał krok w dół schodów, i już gotów był na kolejny, kiedy los wybuchnął mu śmiechem prosto w twarz.
A później zerwał pasek listonoszki.
Nawet nie zdołał odruchowo wyciągnąć dłoni, by podjąć ostateczną próbę zapobieżenia katastrofie – grawitacja ponownie zrobiła swoje, tym razem zamiast newtonowskiego jabłka ciągnąc ku sobie naderwany pasek oraz torbę z całą jej zawartością, która – jakby wszystkiego było mało – postanowiła malowniczo rozsypać się po schodach.
Wsio rawno, job twoju mat – nie rzucał się na ratunek broszurkom, nie załamywał teatralnie rąk, na dobrą sprawę nawet się nie poruszył, obojętnie – i płynną ruszczyzną – dość trafnie podsumowując zaistniałą sytuację. Naprawdę było wszystko jedno: mógł wpaść tu teraz cały oddział gestapo, pół dywizji, cała armia Rzeszy, obojętne.
Nie zamierzał zbierać ulotek, których istnienie tak gładko zostało przemilczane – i które tak odważnie nawoływały do walki o wolną Francję oraz krzewienie komunistycznego ducha.
Czy twój idealny plan... – zaczął z zimnym spokojem, unosząc nieznacznie w górę torbę, która aktualnie smętnie kołysała się na zerwanym pasku. – ... zakładał również to? – w końcu posłał dziewczynie tak sztuczny, tak uprzejmy i tak pozbawiony wesołości uśmiech, że niewiele brakowało, by rozsypane ulotki same karnie powróciły do wnętrza listonoszki. Lekki, majowy wiatr zdołał porwać kilka z nich i pchnąć je w dół schodów, ale Fiodor nadal trwał w idealnym bezruchu, wbijając w twarz blondynki spojrzenie płonące od z trudem tłumionej wściekłości.
Zabije nas? Doniesie na nas? – tym razem nie zdołał pohamować cichego prychnięcia, które wyrwało się z ust wraz ze spojrzeniem pełnym pobłażania spozierającym z oczu. – Od kiedy istnieją jacykolwiek my?
Nie potrafił uwierzyć, że była na tyle naiwna, aby sądzić, iż w razie schwytania tak szybko pozbawią ją życia – wszak martwi nie wyjawiają tajemnic. Na dodatek Fiodor naprawdę nie zamierzał czekać ani chwili dłużej, bez sentymentu porzucając plan odeskortowania dziewczyny do domu: skoro tak łatwo przychodziły jej kłamstwa, samodzielny powrót tym bardziej nie powinien przysparzać żadnego problemu.
Rusz się, do rana wiatr rozniesie ulotki po okolicy, przy odrobinie szczęścia trafią w odpowiednie ręce – przechodząc tuż obok, niemal w przelocie wręczył jej urwany pasek torby, najwyraźniej gotów pogodzić się z utratą marynarki – chwilowo był zbyt zajęty pokonywaniem kolejnych stopni w dół, na których już poniewierały się pierwsze, rozwiane przez wiatr kartki.
Coś nieprawdopodobnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Czw Lip 27, 2017 11:39 am

Błąd, wciąż tkwiący w jednym miejscu, powoli tracił już energię - zwykle w niebagatelnych ilościach - przeznaczoną na dyskusje; szczególnie te jałowe, prowadzone wyłącznie w celach udowodnienia swoich upartych racji. Można było zaobserwować też spadek cierpliwości i wzrost poirytowania wybawiciela tej, obecnie, kupki nieszczęścia, która owszem, czasem mogła działać na ludzi drażniąco; szczególnie na tych o ograniczonych pokładach tolerancji.
Zwłaszcza popisując się swoją lekkomyślnością, ślepą brawurą, upartością i desperacką chęcią, aby przysłużyć się wyższej sprawie - jednej bądź drugiej; czasem nawet nieważne której.
Byleby walczyć, nie popadać w stagnację i pokorę. Camille czciła bunt.
A gdyby teraz pokornie spuściła wzrok, podziękowała pod nosem i w milczeniu dała się grzecznie odprowadzić; gdyby po prostu siedziała cicho w mieszkaniu, nie narażając siebie i innych; gdyby nauczyła się unikać kłopotów, a nie je powodować - może i ona i mężczyzna nie staliby wciąż (albo w ogóle) w tej ciemnej, podszytej senną irracjonalnością uliczce, mierząc się co chwilę wzrokiem i nie robiąc w zasadzie nic, aby wreszcie ruszyć w którąkolwiek ze stron i przestać narażać się tak bezmyślnie na chyba każde niebezpieczeństwo świata.  
- Postaram się nad tym popracować. - odparła oschle, na pozór pojednawczo, wciąż uparcie udając, iż wcale nie dostrzega tej zawoalowanej, pobłażliwej kpiny w głosie swojego towarzysza - i było to bardzo dyplomatyczne posunięcie z jej strony, zwłaszcza, iż doskonale zdawała sobie sprawę, że w tym temacie była na przegranej pozycji i dalsza dyskusja tylko ośmieszyłaby ją jeszcze bardziej. Jakakolwiek próba protestu czy oburzenia była już nawet ponad siły Camille, która przecież wiedziała, że gdyby zwyzywany barman nie zjawił się w odpowiednim momencie i nie postanowił jej pomóc, raczej już nigdy nie miałaby okazji, aby wszcząć jakąkolwiek dysputę - tak, to były fakty. Ale Hebuterne wolała zepchnąć je na margines świadomości i skupić każdą uncję uwagi na tym, aby nie myśleć, że jej losy były, a nawet wciąż są, tak bardzo niezależne od niej i tak bardzo - i to bezpośrednio - zależne od, w zasadzie, obcego jej człowieka.
Jego chłodny, wolny ton przywołał ją do porządku, nakazując pohamowanie emocji, którym niechybnie by uległa; przecież właśnie dowiedziała się, że jej towarzysz również jest krzewicielem komunistycznej myśli! Co prawda na potwierdzenie otrzymała tylko jego jasne spojrzenie, wbite w nią nieruchomo, ale to wystarczyło, aby jej brwi powędrowały w górę w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia.
Czuła się jak mieszkanka księżyca, która po dziesięciu latach życia w samotnej próżni odkryła, iż po drugiej stronie planety też jest życie.
W głowie Camille momentalnie narodziło się kilkanaście pytań natury czysto ideologicznej, rozgorzała w niej ponowna chęć do dyskusji, wymiany zdań, doświadczeń, nastąpiła w niej wręcz eksplozja ożywienia, która - nawiasem mówiąc - zaraz przygasła. Jej myśli pomknęły zupełnie innym torem, niż te mężczyzny; zainteresowanie dziewczyny tematem kierowane było czystym, naiwnym, wręcz niewinnym zaintrygowaniem, bez cienia jakiejkolwiek swojej interesowności. Stwierdziła jednak, że to nie czas i miejsce na swobodne, luźne dyskusje, a tym bardziej na zadawanie szeregu, prawdopodobnie dość irytujących i wytrącających z równowagi, kręcących się wokól tematu rewolucji, pytań.
W tym momencie przez umysł przebiegło jej też pytanie: czy to właśnie z powodu tych wyzwisk, rzucanych pod adresem - niepotrafiących docenić wieprzno-komunistycznej retoryki - oprychów, została uratowana przez tego, tak wybitnie miłego, uprzejmego i wylewnego, komunistę?    
Nie to było jednak najważniejszą zastanawiającą ją sprawą, zwłaszcza, że Francuzka i tak przecież wiedziała, że ciągłe zadawanie pytania dlaczego, i to samej sobie, było bezcelowe. Zatem czemu więc wciąż to robiła?
Zdecydowanie powinna wrócić do rzeczywistości; która, niestety, wciąż malowała się złowrogo, nakazując nieustanne skupienie i wykrzesanie z siebie chociaż odrobiny zdolności logicznego myślenia i trzeźwości umysłu.
Uciekła wzrokiem od mężczyzny, widząc, iż zauważył jej wcześniejszy moment zawahania i nieskładną odpowiedź na temat miejsca zamieszkania.
- To jest, zdaje się, nieco dalej niż kilometr stąd. - odrzekła równie spokojnie, z pewną dozą ostrożności i po dwusekundowej pauzie, zdradzającej niepewność dziewczyny. Stwierdziła w duchu, że tak dokładnie to nie wie czy od jej aktualnego miejsca zamieszkania dzieli ich kilometr, dwa - a może dłuższy dystans? I chociaż była to kluczowa informacja, Camille wolała nie od razu podzielić się tym suchym, niewykalkulowanym i okrutnym faktem ze swoim nieoczekiwanym towarzyszem niedoli. Przyznała mu też rację - oczywiście nie na głos, co to, to nie - że o tej porze wolałaby nie pokonywać dystansu nawet tej jednej przecznicy. Niestety za własną głupotę trzeba było zapłacić.
I Camille płaciła, próbując nie odparować na następne docinki (a może bardziej - odcinki na jej docinki?), nie chcąc dać dojść do głosu swojej irytacji, rosnącej równomiernie wraz z niepokojem - jej reakcjom na ironizowanie pana-nowo-odkrytego-komunisty na temat jej wyjaśnień odnośnie zawartości torebki. No dobrze, dziś nie była mistrzem kłamstw, ani królową intryg, musiała przyznać to przed samą sobą i pogodzić się z porażką, obrazą majestatu, a także z tym, że los postanowił z niej tej nocy po prostu wrednie zakpić i dosadnie wyjaśnić, czemu nie powinna uważać się za niezwyciężoną i ponad wszelkim prawem.
Z jego bezpośredniej reakcji na pojawienie się przemilczanego elementu scenografii, Camille nie zrozumiała nic - a to z prostego powodu. Nie władała rosyjskim.
- Jesteś Rosjaninem! - stwierdziła tonem oświeconego, namaszczonego przez bogów naukowca, przynajmniej o pół tonu za głośno, na chwilę ignorując dramatyczną i niespodziewaną ucieczkę ulotek. Teraz już wiedziała, czemu wcześniej zastanowił ją sposób jego mówienia - a szczególnie sposób wypowiadania słowa towarzysz. Nie dodała jednak nic więcej, milknąc chwilowo na widok jego uśmiechu; zimnego, sztucznego, skrywającego rosnącą we wnętrzu wściekłość. Wbiła w niego harde spojrzenie, również nie hamując złości spowodowanej jego słowami.
- Racja. Zapomniałam, że wielki pan indywidualista ma obsesje na punkcie panowania nad wygodnymi mu sytuacjami, ale większego ryzyka nie potrafi podjąć, bo woli uciec. - rzuciła, kręcąc głową, nawiązując do ich poprzedniego spotkania. Jej słowa były niesprawiedliwe, niewdzięczne, ale mało ją to w tym momencie obchodziło. Camille postanowiła zachować resztki swojej, we własnym mniemaniu, zszarganej dumy i uniosła tylko z honorem głowę, prychając wyniośle kiedy mężczyzna zbliżył się do niej, a później minął, kierując się w dół schodów. Odebrała od niego urwany pasek od torby z kamienną twarzą, zaciskając usta ze złości, próbując skupić się na tym, aby nie dać dojść do głosu tłumionym emocjom i samej nie wybuchnąć; krzyki nadal mogły ściągnąć kogoś nieproszonego.
Podeszła do porzuconej torby i próbując poradzić sobie z tą dużą, zbyt dużą (glupią!) marynarką, postanowiła uklęknąć i bez większego planu zacząć zbierać porozrzucane ulotki, z wściekłością pakując je do uszkodzonej listonoszki, jednocześnie z całej siły zaciskając zęby i walcząc ze sobą, aby się po prostu nie rozpłakać z żałości nad swoim tragicznym położeniem.
- Idź, idź, zejdź mi z oczu. - wycedziła cicho do oddalającego się mężczyzny.
Nie da się nikomu tak traktować, nawet rosyjskiemu komuniście który, nie dalej jak kilka chwil temu, uratował ją przed pewną zgubą z rąk ulicznych rzezimieszków. Który myśli sobie, że Camille pokornie będzie mu dziękować do końca życia; że będzie, niczym bezwolne i naiwne koźlątko, z wdzięczną radością opowiadać o swoich konspiracyjnych sekretach z torby; że posłusznie będzie znosić ironię i obcesowość (pominęła fakt, że w dużej mierze były to reakcje na jej własne poczynania); że otoczy go czcią, niczym radzieckiego bohatera wojennego; że...
- Poczekaj. - zawołała, kierowana jakimś niewytłumaczalnym odruchem, wbrew temu wielkiemu kłębowisku oskarżeń i wściekłości, które zalęgło się w jej głowie. Dosłownie nie wiedziała co nią kierowało - strach? Panika? Zdrowy rozsądek, jak trzeźwo zauważyła, dzisiaj zdawał się uparcie milczeć, więc na jego głos wsparcia po prostu już nie liczyła. Moment w którym wpatrywała się w napiętą, odchodzącą sylwetkę mężczyzny nie trwał długo. Camille podniosła się z klęczek i wzięła - niezgrabnie, na szybko i w miarę możliwości ponownie wypchaną - torbę pod pachę, chcąc dogonić Rosjanina, gubiąc za sobą kilka ulotek.
Ich dość spory stoik wciąż leżał w miejscu w którym torebka nie wytrzymała presji.
- Naprawdę, zaczekaj. - ponowiła prośbę znacznie bardziej łagodnym tonem, pokonując kilka schodów prowadzących w dół uliczki. Kiedy udało jej się dogonić mężczyznę, wolną ręką chwyciła go delikatnie za przedramię, zaraz jednak puszczając - sama zaskoczyła się swoim ruchem.
Nie do końca wiedziała w jakich dokładnie słowach miałaby go zatrzymać - nie zamierzała przepraszać za swoje kłamstwo (ani za następne słowa) raczej planowała go w ogóle już nie komentować; nie ze wstydu, że w ogóle skłamała, ale z powodu, iż jej kiepskie łgarstwo w taki sposób wyszło na jaw.
Nie mogła się też nadziwić ile tej nocy było w jej działaniach, zwykle chyba uśpionej, dziwnej siły, kierującej jej ciałem - bo to przecież nie mogła być Camille, której urażone jestestwo kazałoby odejść w zupełnie drugą stronę i nawet za koszt swojego życia podjąć samotną wędrówkę do mieszkania. Była wykończona, przestraszona i rozdrażniona, a jedyne poczucie irracjonalnej pewności i bezpieczeństwa, którego dzisiaj (a w zasadzie od dawna) zaznała, oddalało się wraz z tym człowiekiem.
Chyba więc zadziałała instynktownie, chcąc go zatrzymać?
- Zatrzymaj się. - powiedziała, całkiem już łagodnie, niemalże powstrzymując się od dodania proszę. Nie, nie umiała wyjaśnić, co się właśnie stało - chociaż z pewnością potrafiłaby dorobić sobie logiczną teorię. W tym momencie wiedziała tylko jedno; nie chciała zostać sama, nie chciała dać mu odejść, jakby bojąc się wessania przez odchłań czyhającej na nią uliczki doktora Babinskiego. Ta świadomość zdawała się kierować poczynaniami Camille.
Dość dziwna to była scena - tak groteskowa, jak i tragiczna. Słabe światło gazowych latarni, majowy wiatr rozwiewający ulotki nawołujące do walki o Francę i o komunizm, drobna blondynka, przyodziana w nieswoją, znacznie za dużą marynarkę, dzierżąca pod pachą zdezelowaną torbę z wypadającymi z niej broszurami, próbująca zatrzymać kipiącego z wściekłości, wyższego od niej o dwie głowy mężczyznę, odchodzącego w przeciwną stronę. Doprawdy, malowniczy obrazek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Czw Lip 27, 2017 6:28 pm

Niewykluczone, że w – zdawałoby się – logicznym równaniu od samego początku tkwił feralny lapsus; niewykluczone, że już pierwsza linijka obliczeń zawierała nieścisłość, która metodycznie powracała w każdym kolejnym wersie obliczeń, w każdej następnej sumie dodawania; niewykluczone, że spośród tej dwójki, to nie ona, ale on był błędem.
Cholerną gafą w całej serii emocjonujących wydarzeń. Tragiczną w skutkach pomyłką.
Pomyślał o tym i zaciął się – zwyczajnie zamarł w bezruchu, mając świadomość, że to zbyt wiele, że przecież to nie z jego winy (czy aby na pewno?) noc potoczyła się w ten, a nie inny sposób, że wcale nie zamierzał mieszać się w karykaturalną utarczkę pomiędzy dziewczyną a grzeszną trójcą, że przecież od samego początku przejawiał pełną gamę sceptycyzmu i chciał jak najszybciej wrócić do mieszkania, zapomnieć o całej sprawie, wymieść z pamięci pełne ulgi spojrzenie, jakim obdarzyła go blondynka, kiedy stało się jasne, że zamierza jej pomóc.
Niewyobrażalne, by miał ponosić jakąkolwiek odpowiedzialność za wszystko, co dzisiejszej nocy zaszło w uliczce doktora Babinskiego – przecież na dobrą sprawę to wcale nie były decyzje Fiodora, to wcale nie były ręce Fiodora, to wcale nie był Fiodor, tylko jakaś nieudatna kopia, jego zły brat bliźniak lub obleczona w skórę świadomość, która zwinęła się jak drogowy asfalt i postanowiła zadziałać wbrew zdrowemu rozsądkowi właściciela.
A teraz to on musiał dzierżyć wszelkie konsekwencje sekwencji ciosów i tych kilku sekund, których potrzebował na ukrócenie zbójeckich zapędów trójki Francuzów. Przecież na świat zawsze patrzył w kategoriach chorobliwego praktycyzmu, klarownie i bez sentymentów – więc dlaczego, do diaska, dopuścił się czegoś niepraktycznego, pozbawionego klarowności i w pewnym stopniu sentymentalnego?
I to wszystko jednego wieczoru?
Mógłby obarczyć winą nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nagłą demencję lub zaćmienie umysłu, ale to byłyby wyłącznie wymówki: zbyt wielką uwagę przywiązywał do przyczynowo-skutkowej logiki, by teraz zrzucać winę na ekstremalnie paskudnego pecha, przeznaczenie, piątek trzynastego (tak właściwie to siódmego) lub czarnego kota, który tuż przed Le Dome przebiegł mu drogę. Owszem, otaczała go ciasna układanka losowych zbieżności, ale wychodził z założenia, że pewne rzeczy zwyczajnie nie powinny mieć miejsca. Że niektóre współzależności – tak jak ta, w której nocną porą napotyka komunistkę w opałach – nie miały prawa się wydarzyć.
Do diabła, nie żyją przecież w tarocie.
Daj znać, jak poszło – posłał jej krótki, pozbawiony wesołości uśmiech, próbując odnaleźć poczucie rzeczywistości; zdołał pogodzić się z myślą, że może, owszem, w pewnym stopniu (odrobinkę!) przyczynił się do podobnego obrotu spraw, był nawet gotów przyjąć część winy na własne barki, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że tak długo, jak przebywa w obecności tej dziewczyny – boki zrywać, ostatnim razem byli tak pochłonięci obrzucaniem się obelgami, iż nawet nie poznali własnych imion – nie potrafi odnaleźć gruntu pod nogami.
Zupełnie, jakby ktoś przykleił go do sufitu i wybebeszył cały świat szwami na zewnątrz.
Nieszczególnie przypadła mu do gustu ta nowa teraźniejszość – najpewniej dlatego, że jej punktem centralnym była drobna blondynka, która nie zamierzała bez walki porzucić maski wilczej hardości  (i która (co niechętnie przyznał przed samym sobą, wymrukując pod nosem kilka nieskładnych sylab)  stanowiła najwyraźniejszy punkt w rozmydlonej rzeczywistości. Wokół nie było nawet jednej żywej duszy, panowała absolutna, pozbawiona trzaśnięć i echa cisza, a mimo to powietrze pęczniało od nadmiaru słów, które nigdy nie miały zostać wypowiedziane: było jak posypana cukrem pudrem lignina.
Ani ciężkie, ani przyjemne – za to szczelnie wypełniające płuca, w których powoli zaczynało brakować orzeźwiającego powietrza.
Nie mógł odnaleźć solidnego punktu odniesienia w realiach, gdzie nadrzędną rolę odgrywała ubrana w karykaturalnie przydługą marynarkę sylwetka, niewiele większa od wyrośniętego indyka. Dlaczego wciąż tkwią w miejscu, o co teraz tak naprawdę chodzi – bo przecież już od dobrych kilku minut nie o niesienie niewieście doraźnej pomocy – czy to wszystko nie jest jedynie snem, z którego Fiodor wyrwie się za pół godziny szturchany lub oblany rosołem przez Lykova?
Zbyt wiele niewiadomych w zbyt krótkim odstępie czasu.
Sytuacja, których szczerze – a nie tylko na pokaz – nienawidził.
Zdaje się, że o kilometr za dużo – tym razem nie brzmiał jak ktoś, kto ma ochotę wydać rozkaz masowej egzekucji; dostrzegł jej wahanie w spojrzeniu, którym uciekła na bok i które raz za razem – czysto kontrolnie – powracało na wciąż zachmurzoną przez poirytowanie twarz. Dostrzegł również w uporze, z jakim ponownie nakładała na twarz nieustraszoną maskę, z której tak banalnie została obdarta dzisiejszej nocy – mając przy tym dość pecha, by Fiodor miał okazję dojrzeć ją bez wybujałej otoczki nieugięcia i hartu ducha. Bez trudu zajrzał pod kruchą skorupkę pozorów, odnajdując pod nią młodą dziewczynę, którą stanowczo przerosła sytuacja, w jakiej się znalazła.
Być może był to kolejny z całego szeregu powodów pchających go do nieplanowanej pomocy uciśnionym?
Być może miał zwyczajnie dość biernego obserwowania, jak w ponurej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, prawego sierpowego od losu dostają najczęściej ci, którzy na to nie zasłużyli?
Być może uznał, że dziewczyna zasługuje na pomoc, bo trzech dorosłych facetów na jedną malutką kobietę to o dokładnie trzech zbyt wielu?
Być może wcale nie był tak sceptyczny, przesiąknięty obojętnością i po wręby oziębły, jak sam chciał sądzić?
Być może to wina Paryża – to miasto mogło go zepsuć.
Mój ojciec był Rosjaninem – sprostowanie (o dziwo, w pełni prawdziwe) nastąpiło natychmiast, choć znacznie ciszej, niż pełen pewności siebie okrzyk, jaki padł z ust dziewczyny – zdumiewające, że w zaledwie dwóch głośno wypowiedzianych słowach zdołała wywołać na twarzy Fiodora pełen boleści uśmiech, jak gdyby każda sylaba wkłuwała się w zmysł słuchu z zajadłością atakującej osy. – Twój za to tenorem w operze, sądząc po skali głosu córeczki – nie potrafił zdobyć się na bardziej subtelną sugestię, by kolejne światłe stwierdzenia blondynka wypowiadała nieco ciszej – a najlepiej wcale, co oszczędziłoby im kilka wyjątkowo cennych sekund.
Oraz fiodorowych nerwów, o czym przekonał się ledwie chwilę później, wysłuchując barwnej – i jakże mylnej – opinii na swój temat. Jeszcze przed momentem rozkoszował się delikatnym spokojem, który narastał wprost proporcjonalnie do odległości, jaka zaczynała dzielić go od blondynki: jeden, drugi, trzeci krok – dokładnie tyle wystarczyło, żeby gęsty, czerwony obłoczek oblepiającej go wściekłości w końcu się przerzedził.
I po kolejnych słowach dziewczyny powrócił ze zdwojoną energią.
Gwałtownie obrócił głowę w jej stronę, niemal słysząc, jak mięśnie szyi napinają się z trzaskiem.
Tchórz?
Ponownie?
Wielki pan indywidualista, w przeciwieństwie do wygadującej brednie panny pozjadałam-wszystkie-rozumy, nie ma zamiaru dać się aresztować – każde słowo cedził powoli i cierpliwe, jakby chciał mieć absolutną pewność, że nie tylko zostanie zrozumiany, ale że blondynka w końcu zechce przyswoić sobie pierwszą z panujących w Paryżu zasad.
Nie pozwól się złapać.
Gdyby choć raz wprowadziła ją w życie, nie zostałaby przyłapana przez Fiodora w Le Dome, nie wpadłaby dzisiaj w śmiertelne niebezpieczeństwo i nie narażałaby na nie również Chirjakowa – ale skąd! Lepiej wyciągać pochopne wnioski i nadrabiać własną lekkomyślność hardymi minami, niż przyznać na głos, że ktoś zdecydowanie bardziej doświadczony może mieć rację.
Ta dzisiejsza młodzież.
Gładko zignorował jej sugestię, by sobie szedł – bo naprawdę szedł, tym razem nawet nie oglądając się w stronę blondynki, którą jakaś część jego świadomości już zdołała spisać na straty. Ma zamiar klęczeć tam i zbierać ulotki z całkiem realną wizją rychłej pomocy w formie gestapowców? Droga wolna, niech siedzi tam choćby i kolejny kwadrans, aż w końcu ktoś nie wyświadczy światu (a przynajmniej Fiodorowi) przysługi i nie zechce raz, a dobrze zawrzeć jej usta.
Histeryczna wariatka – zawyrokował pod nosem, nie do końca wiedząc, kogo chce o tym poinformować: siebie, pustą uliczkę, pobliską ławkę, chrabąszcza, którego niemal połknął w trakcie wyrzucania z siebie ostatniej sylaby? Dość łatwo przyszło mu puszczenie mimo uszu tego stłumionego okrzyku poczekaj, bo czekać nie miał zamiaru – zwłaszcza w obliczu kolejnej fali obelg, którą dziewczyna najpewniej dopracowała podczas zbierania ulotek i nie mogła doczekać się okazji obrzucenia nimi Fiodora.
Niedoczekanie!
Na kolejne, równie uporczywe co przed momentem, zaczekaj zareagował reakcją całkowicie odwrotną – zamiast zwolnić lub całkowicie się zatrzymać, przyspieszył kroku, wbijając ręce w kieszenie spodni i mając cichą nadzieję, że dziewczyna w końcu odpuści i podejmie swoją wędrówkę w przeciwnym kierunku.
I dopiero, kiedy na nerwowo napiętym ramieniu poczuł delikatny uścisk, równie ciepły, co ulotny, coś nakazało mu, by chociaż na moment przestał być patentowanym gburem. Dziwna była ta teraźniejszość – dziwna i niepokojąca, bo wraz z przelotnym dotykiem nadpłynęła fala spokoju, która rozbijała się o wciąż gniewne spojrzenie w nieskończonych pętlach; nadal czuł na ramieniu ciepło, kiedy – profilaktycznie – odsunął się od dziewczyny o krok, mierząc ją czujnym spojrzeniem, jak gdyby właśnie spotkali się po raz pierwszy.
Chodź – tym razem mówił spokojnie, bez choćby słabego cienia wściekłości, która towarzyszyła jego ostatnim słowom. Skąd ta nagła rezygnacja, ta całkowita zmiana taktyki? Skąd to narastające pulsowanie w skroniach, jak niejasna zapowiedź czegoś, czego jeszcze przyjdzie mu pożałować? – Jeśli chcesz dożyć świtu, chodź – odgarnął z czoła jakiś irracjonalny, jasny kosmyk włosów, nagle przypominając sobie, że powinien był odwiedzić fryzjera – myśl tak oderwana od scenerii, w której jedna z lamp zamigotała i przygasła na moment, że niemal prychnął śmiechem. Niemal.
Tym razem bez słowa wyciągnął dłonie – wielkie, silne łapy, pod którymi nieraz trzasnął czyjś nos – po nieudolnie podtrzymywaną przez blondynkę torbę. Po co bawić się w subtelności? Mógłby ją po prostu chwycić, co to za kłopot, złapać i przerzucić przez ramię czterdzieści parę kilo żywej wagi bez cierpliwego wyczekiwania, aż te łaskawie zgodzą się na wędrówkę do jedynego bezpiecznego miejsca w okolicy.
Powiedzmy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Lip 28, 2017 10:55 am

Początkowo odpowiedzialność za sytuację spoczywała na Camille - która, prawdę mówiąc, nie do końca się do niej poczuwała; a przecież noc toczyła się tym dziwnym, nierównym tempem właśnie z powodu krnąbrnej, nieuważnej Francuzki, przekonanej o swojej odporności na złowrogie przypadki i czyhające niebezpieczeństwa.
No właśnie - wina leżała po stronie Camille przynajmniej z początku, kiedy jeszcze los Hebuterne ważył się pomiędzy odbyciem bezpowrotnego spaceru z trójką nowych znajomych, a pozostaniem tutaj ze swoim nieoczekiwanym wybawcą. Kiedy jednak dziewczynie przestało grozić bezpośrednie niebezpieczeństwo ze strony tamtych wyrostków, zdawać by się mogło, że dwójka bohaterów o płomiennych, komunistycznych przekonaniach, teoretycznie mogących się rozejść w swoje strony, uwięziona została w jakiejś czasowej pętli; pełnej różnej natury spojrzeń rzucanych sobie nawzajem - a wyglądało na to, że były one tu najważniejszą i najczystszą formą komunikacji, oskarżeń, wyzwisk, nerwów i z trudem hamowanej wściekłości, a także tych niewypowiedzianych słów i irracjonalnego poczucia utraty kontroli nad własnymi poczynaniami i decyzjami, które zapadały jedna po drugiej, wcale nie układając się w logiczny ciąg.
I odpowiedzialność za to już ciężej byłoby przyporządkować komukolwiek, zwłaszcza, iż zwykły rytm przyczynowo skutkowy, mający czuwać nad pewną przewidywalnością, został całkowicie zatracony; przynajmniej przez Camille. Która miotała się niesamowicie, również tracąc zdroworozsądkową kontrolę nad swoimi poczynaniami - nie umiała ich ani wytłumaczyć, ani uporządkować, czy chociażby zwyczajowo wszystkiego zrzucić na karb własnego temperamentu. Powodowało nią coś nieznanego, nieokreślonego, co - jak miała wrażenie - chciało z niej zadrwić w przewrotny sposób. Z niej i z jej buty, która rozdmuchana do granic możliwości, zdawała się falować niczym sinusoida w starciu z tym mężczyzną; a zaraz później równie nagle łagodnie się uspokajać, wyciszając Camille, pozostawiając ją w odrętwieniu i letargu, który łagodnie otulał i chwilami nawet obdzierał z maski niezmordowanej siły charakteru, którą próbowała z takim uporem utrzymywać - zwłaszcza przed swoim kompanem (którego, fakt, imienia nie znała) - a który zdawał się być jedynym spoiwem łączącym te odpryski rzeczywistości.
I żadna z tych rzeczy nie miała prawa się wydarzyć, racja. Może poczucie odrealnienia było tak bardzo dotkliwe dlatego, iż po prostu za bardzo zaingerowali w ustalony porządek, burząc go, naprawdę naruszając te współzależności, które miały pozostać nietknięte - i w dodatku dopuszczając się tego już parokrotnie w ciągu tej, jeszcze nie skończonej, nocy.
Gdyby tylko żyli w baśniowej, komunistycznej krainie sierpem i młotem płynącej, a nie w samym środku okupowanego przez nazistów miasta.
- Nie omieszkam. - stwierdziła usłużnie, równie posyłając mu pozbawiony wesołości, przesłodzony uśmiech. Aby nie utonąć w nurcie tego wszechogarniającego hiperrealizmu i za dużej marynarki, Camille wciąż próbowała trzymać się dobrze sobie znanych narzędzi ratunkowych - takich jak sarkazm, uszczypliwość i pozorna obojętność. Szczerze nie zdawała sobie sprawy, że ten mężczyzna, oś aktualnych wydarzeń, tak sprawnie zdążył wyłapać momenty jej zawahania i nieuwagi, dostrzegając, że Camille nie jest złożona wyłącznie ze ślepego uporu, jak to próbuje wmówić światu, a przede wszystkim, sobie. Sądziła, że jej (nie tak) misternie utkana iluzja jest odporna na każde, nawet bystre spojrzenie - i chociaż jej duma wciąż cierpiała prawdziwe katusze z powodu dzisiejszego nieprzyjemnego spotkania z przedstawicielami paryskich nizin obyczajowych, Camille próbowała nie tracić formy i nie dać się tak łatwo podłamać, chwilowo próbując w ogóle o tym nie myśleć.
Ale też zauważyła, że w pewnym momencie jej towarzysz stanął jak wryty.
- Co ty nie powiesz. - odparła, wbijając jasne, żywo zainteresowane spojrzenie w tego, jak się okazało, pół-Rosjanina. Ze zdumieniem dostrzegła, że jego obecny uśmiech różni się od tych poprzednich, malujących się na jego twarzy - bo chociaż i ten był  równie daleki od wesołości, to jednak nie tak zimny, pozbawiony krzty uczucia - wyglądał na po prostu smutny, naznaczony bólem. Camille chyba po raz pierwszy zauważyła, że na twarzy tego mężczyzny rysuje się emocja, która nie jest: irytacją, złością, podirytowaniem, wściekłością czy po prostu (nie)wystudiowaną obojętnością.
I chociaż odebrała aluzję, iż powinna być ciszej, to wzmianka o jej ojcu, pomimo, że wepchnięta w to zdanie raczej mimochodem, ubodła Camille - będącą na ten temat bardzo przewrażliwioną - do żywego. Na próżno byłoby się łudzić, iż jest w stanie zachować dystans.
- Nie mam z moim ojcem nic wspólnego. - odburknęła w odpowiedzi, prychając z pogardą. Szkoda doprawdy, że wisiała nad nimi groźba aresztowania, tortur i powolnej śmierci - te rozmowy o tatusiach mogły być tak fascynujące.
Panna pozjadałam-wszystkie-rozumy była tak bardzo wytrącona z równowagi, że zdążyła już skazać oddalającego się od niej mężczyznę na siódmy krąg piekielny (gdzie, zresztą, sama chyba powinna zamieszkać) i na zawsze się z nim pożegnać.
Ale, jak widać, nie trwało to długo.
Szczerze zdziwiła się kiedy zatrzymał się pod wpływem jej uścisku, chociaż od razu się odsunął i obrzucił ją badawczym spojrzeniem, jakby chcąc sprawdzić, czy przypadkiem nie dostanie tymi ulotkami w twarz. Ciężko było jej się mu zresztą dziwić, zwłaszcza po takiej wiązance niesprawiedliwych oskarżeń o tchórzostwo, które znowu zaserwowała. Chwilę później odezwał się z już równie całkowitym spokojem, wpływając na Camille dziwnie kojąco. Dzisiejsza noc, zdaje się, wciąż jeszcze miała dla Hebuterne niespodzianki. Ton (pół)Rosjanina zdawał się być zrezygnowany, cała wściekłość gdzieś z niego wyparowała. Dziewczynie ponownie zrobiło się głupio, znów winą za swój pokaz nieumiejętności ugryzienia się w język obarczyła swoją wrodzoną niezdolność do hamowania bolesnych i przede wszystkim, krzywdzących oraz niemających zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, słowotoków.
Dziwnym było, że Francuzka postanowiła zawrócić i zatrzymać w pół kroku swojego, póki co bezimiennego, kompana - ale jeszcze dziwniejsze wydało jej się, że nie została natychmiast przez niego odtrącona oraz wysłana w diabły i objęcia innych gestapowców.
Może już po prostu dawno dryfowała bezwładnie w tej Sekwanie, a jej przymierający umysł odtwarzał nieprawdopodobną, hipotetyczną wizję ostatnich godzin życia?
Nie miała siły, ani ochoty, żeby się nas tym dłużej zastanawiać, szczerze interesowało ją teraz tylko to, iż nie została odesłana w samotną wędrówkę ku - raczej pewnej - zgubie. I to, że ten na chwilę utracony spokój powrócił, ponownie zalewając Camille swoim ciepłem. Było grubo po godzinie policyjnej, a ona szła (no właśnie - gdzie?) - z mężczyzną, którego imienia nie znała, którego widziała drugi raz w życiu i którego dwukrotnie zdążyła już zwyzywać - w całkiem nieznajome jej miejsce, pozwalając prowadzić się głęboko w noc.
Oszalałam.
To czemu czuła, jakby nie mogła inaczej postąpić i że w poszukiwaniu zgubionego bezpieczeństwa i ładu powinna udać się właśnie w kierunku który narzuci jej kompan? I że, wcale a wcale, nie chciała udać się w odwrotną stronę - i to nie tylko z powodu strachu przed przebyciem drogi do mieszkania samotnie.
Chyba miała gorączkę.
Bez słowa podała mężczyźnie zniszczoną, niezgrabnie przytrzymywaną torbę z której, co pewien moment, udawało się jeszcze uciec jakiejś pojedynczej broszurce i dołączyć do swoich sióstr na bruku.
- To prowadź. - zarządziła Camille i dwie sylwetki zniknęły w mroku, pozostawiając na schodach w uliczce doktora Babinskiego znaczną ilość ulotek, co rusz rozwiewanych przez delikatne podmuchy wiosennego wiatru.

zt x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pią Gru 01, 2017 7:14 pm

Genevie miała jedną, sprawdzoną metodę na wyczyszczenie wyrzutów sumienia: niemyślenie. Mechaniczność, jak wszystko, można było w sobie wyrobić, a Hebuterne uważała się za mistrzynię wyrabiania w sobie czegokolwiek; deptania w rytmie dnia ścieżek, którymi podążałaby, nie skupiając się na tym, ile żyć wcisnęła cienkimi obcasami butów kupionych za nieswoje pieniądze w bruk paryskich ulic. Nie patrzeć pod nogi, nie skupiać się na życiu, wizyty w siedzibie gestapo traktować jak część rutyny, a nie jak wydawanie wyroków. Karminowe usta wygiąć w uśmiech, zatrzepotać zalotnie rzęsami do tego przystojnego Szwaba, który spisywał jej zeznania. Nie zastanawiać się nad tym, bo gdyby się zastanowiła, niebo, które tak łatwo uznała za niemieckie, mogłoby spaść na nią z całą siłą wyrzutów sumienia, tak, że nic by z niej nie zostało.
Drzwi do sypialni Camille od dawna były zamknięte. Gdy krótko przed świtem Geneviève wysuwała się na palcach z pokoju ze strzykawką i insuliną ukrytą pod nocną koszulą, pierwszym, co widziała po wyjściu na korytarz, były właśnie te drzwi: smutno zatrzaśnięte, jak nieznośne przypomnienie o wszystkich winach bankierskiej rodziny, które doprowadziły do jej rozłamu. Nieprzyjemny obraz. Niewygodny obraz.
Nauczyła się omijać wzrokiem to pomieszczenie – tak po prostu, ignorować te drzwi, tak jak ignorowała walające się po mieszkaniu jeszcze przez wiele dni rzeczy Camy, aż służba nie uprzątnęła ich i nie schowała gdzieś głęboko, głęboko, by tylko pani domu nie mogła ich dostrzec. Pani Hebuterne ostatnio była bardzo niestabilna: jej drobne szaleństwa przerodziły się w prawdziwe burze. Po prostu nie mogła znieść, gdy widziała gdzieś flakonik ulubionych perfum swojej drugiej córki, jej szalik albo spinkę do włosów, i reagowała albo gniewem („dlaczego przewracają się tutaj jakieś śmieci?!”), albo rozklejała się zupełnie i nikt i nic nie mógł jej uspokoić. Renée, stara gosposia, podawała jej chusteczki, aż skończyły się łzy (lub same chusteczki). W tej kwestii Genevie szanowała ojca i cieszyła się z tego, że bardziej wdała się w niego: on reagował na wszystko stoickim spokojem, czasem tylko pomrukując coś, co brzmiało jak „oj, już, już, Anusia…” – tak, jakby ucieczka Camilli nie dotyczyła go bezpośrednio, jakby go nie obeszła, jakby to była ot, błahostka, którą przesadnie emocjonalna kobieta wynosi do rangi narodowej tragedii.
Baletnica też była za tym, żeby udawać, że nikogo takiego jak Cama w ich domu nie było. To po prostu bolało mniej. Anne Marie nie mogła tego zrozumieć, posyłała jej i swojemu mężowi oskarżycielskie, ciężkie spojrzenia, które Geneviève traktowała z chłodną obojętnością. Nie myślała o nich. Nie myślała o Camille. I wszystko było dobrze, a przynajmniej mogła z powodzeniem udawać, że tak jest, i wciąż o niczym nie myśleć, wciąż iść z powściągliwym uśmiechem do siedziby gestapo, a potem zatracać się w tańcu i przekonywać swoje odbicia w lustrze, że robi się to, co słuszne. Tylko czasem, z kartką i piórem zawieszonym nad ładnie zaokrąglonym „C” (jak Challes, jak Camille), pozwalała się sobie rozkleić, a potem znowu – zmuszała się do zapomnienia.
Ale przeszłość domagała się uwagi Genevie, o czym przekonała się podczas poszukiwań nowych point w swoim pokoju. Znalazła i je, i morelową apaszkę.
Nie nosiła morelowego, kiedyś jednak – na próbę – zwinęła to z szafy młodszej siostry. Pomyślała, że wyglądałaby wtedy bardzo romantycznie (przyuważyła ten trend wśród artystek lewobrzeża), ale morela rzeczywiście nie była jej kolorem. Nigdy tylko nie oddała chustki dziewczynie, zapomniała, wypadło jej z głowy.
Zaskoczyła samą siebie tym, że wrzuciła szmatkę razem z butami do tańca do torby. Nie wiedziała, co zamierza z tym zrobić. Przecież i tak jej nie spotkam, powtarzała sobie Genevie, machinalnie zamykając torebkę. Przecież pewnie już nie żyje. Przecież nawet nie wiem, gdzie ona jest.
Nie wiedziała, ale podejrzewała.
Ocknęła się dopiero, patrząc ze szczytu schodów na spokojną uliczkę doktora Babinskiego. Przystanęła niepewnie przed pierwszym stopniem w dół, wypełniając alejkę, dotąd pobrzmiewającą stukotem jej obcasów, nienaturalną ciszą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Gru 04, 2017 6:55 pm

Zarzutem o niemyśleniu z powodzeniem można byłoby też obarczyć drobną sylwetkę, która – nie tak jak wtedy, całkiem inaczej – w milczeniu przemierzała sieć paryskich uliczek, klucząc po nich bez żadnego wyraźnego celu, zupełnie ignorując zdroworozsądkowe, całkowicie uzasadnione tylko nie tam! Nie mogła pozwolić sobie na leniwą stagnację i chociażby na kilka chwil siedzenia w jednym miejscu, bo wtedy całkiem wyraźnie powracały do niej obrazy, których nie potrafiła, nawet zwyczajem swojej wygodnickiej natury, rozmyć. Wyrzuty sumienia, przychodzące falami różnych intensywności, uzupełniały się z szeregiem stopklatek, nawiedzających Camille o różnych porach – nawet, a może zwłaszcza, gdy wreszcie udawało się jej zasnąć. Na podobną projekcję wspomnień nie można było się przygotować, nawet jeżeli tkwiła w nich pewna, doskonale Hebuterne już znana, powtarzalność. Każda twarz, której odzwierciedleniu towarzyszyła mgiełka zasnuwająca błękitne oczy, odbierała dziewczynie dech i zmuszała do pokonania raz jeszcze ścieżki tych samych zgryzot i pretensji do siebie, nakazując jej pozbawioną sensu weryfikację swoich czynów, swoich słów, swoich słabości, które okazały się katem – ale nie tylko dla niej.
I które zawładnęły Camille też i teraz, kiedy w końcu skręciła w uliczkę doktora Babinskiego, chociaż wcześniej kilkakrotnie ominęła ją szerokim łukiem. W świetle dnia wyglądała ona niepozornie, całkowicie zwyczajnie, zupełnie jak kolejny z tysięcy podobnych zakątków Paryża; idealny pod pocztówkę – chociaż dla Hebuterne stanowiący synonim świata zmierzającego ku katastrofie w absurdalnej tragikomedii.
I obezwładniającego poczucia spokoju, którego desperacko ostatnio poszukiwała.
Nie spodziewała się jednak ujrzeć samej siebie, trójki oprychów i ostatniego, acz kluczowego w tej historii bohatera – nie po to w zamyśleniu stanęła na szczycie schodów, obdarzając je powłóczystym spojrzeniem i zagryzając wargę, nie chcąc rozmyślać o tym dlaczego, tak naprawdę, tutaj wróciła.
I dopiero wtedy obejrzała się na kobietę, obok której przystanęła – szok, towarzyszący szaleńczo przyśpieszającej pracy serca, był jak obuch wymierzony prosto w twarz.
Takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają - nawet nie takim pechowcom jak ona. Prawda?
Uliczka doktora Babinskiego ponownie zakpiła z Camille.
Ona nawet stała w ten pełen gracji sposób, który młodsza Hebuterne wielokrotnie, choć oczywiście nieskutecznie, próbowała naśladować. Ciężko byłoby jej nie rozpoznać tej równowagi i wyważenia, które emanowały z całej sylwetki Geneviève Hebuterne, skutecznie odcinając ją od tła paryskiego marazmu.
O tak, jej siostra zawsze wyglądała jakby co dopiero zeszła ze sceny, jeszcze nie do końca pozbywając się baletowej maniery, z rozpędu i nie do końca z własnej woli wpadając w całkiem inną rzeczywistość – zupełnie niepomną na takie subtelności i piękno, które Genevie prezentowała każdym swoim ruchem.
Camille zawsze jej tego zazdrościła.
Miała ochotę rzucić się przed siebie ile sił w nogach i spróbować zgubić się w uliczkach Butte- Montmartre.
Miała ochotę rzucić też się siostrze na szyję, opowiedzieć o wszystkim, rozpłakać się w tych ramionach, które wielokrotnie – ale tak dawno – niosły jej pociechę, równocześnie zapewniając, że wszystko się ułoży, Camille.
Ale nie zrobiła nic, bo nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Stała, wpatrując się w posągowe widmo, które niegdyś znała, majak z poprzedniego życia. Genevie była stałą częścią bukolicznego obrazka, który okazał się fałszem wymierzonym w każdą wartość, którą Camille kiedykolwiek chciała wyznawać i której chciała bronić. Idealna rodzina rozsmakowana w wygodnictwie do tego stopnia, że była gotowa sprzedać za nie własny honor - tym byli. Wyrzekli się własnej córki, na odchodne posyłając jej jedynie siarczysty policzek – wymierzony alabastrową dłonią najstarszej z sióstr.
Która, jak gdyby nigdy nic, wtargnęła w nowe realia Camille, zupełnie ich przecież nieświadoma, żyjąca – i to z wyboru! – bezpiecznym, oportunistycznym życiem, swoją osobistą bajką królewny rodziców i utalentowanej baletnicy. W świetle reflektorów, przy akompaniamencie oklasków – tak innych od codzienności złożonej z prób kradzieży, ryzykowania i ścigającego echa wystrzału.
A ona nie była już tą Camille, która potrzebowała pomocy swojej starszej siostry w ukrywaniu dziecięcych psot.
Mimo to, skłamałaby, zarzekając się, że za nimi nie tęskni. Bo tęskniła bardzo – chociaż próbowała wyzbyć się sentymentów i pieczołowicie pielęgnować głęboką urazę. Była pewna, że nie próbowali jej szukać, ponieważ duma, która ją przepełniała, była znamienna dla każdego członka tej rodziny – ale na tym kończyły się podobieństwa, zarzekała się Camille.  
- Dobrze wyglądasz – wypowiedziała chyba najgłupsze i najprostsze stwierdzenie, które przyszło jej do głowy, przez osłupienie nie mogąc zdobyć się na nic lepszego, jednocześnie z zaskoczeniem zauważając, że skłamała. Geneviève była nad wyraz blada, twarz miała ściągniętą zmęczeniem, a oczy - te same, które Camille codziennie widywała w lustrze - pozbawione tej wewnętrznej iskierki.
Tęskniłam? Wyglądasz na wykończoną? Co u was?
Czy ty w ogóle sypiasz?!
Czemu mnie nie szukałaś?

Jaki ten Paryż mały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Pon Gru 04, 2017 8:49 pm

Takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają.
Odgłos czyichś kroków zmusił Genevie do reakcji. Obróciła spokojnie głowę, chcąc tylko skontrolować, kto o tej porze zapuszcza się w tę uliczkę, na pierwszy rzut oka widać: mało uczęszczaną. Nie spodziewała się, nie mogła się spodziewać, właśnie jej.
W dniu, w którym wsadziła tę głupią apaszkę do torby (ciążyła jej teraz u ramienia jak kamień topielcowi; przed chwilą nie była tak ciężka), w dniu, w którym bez konkretnego celu udała się na Butte-Montmartre, właśnie teraz musiała spotkać Camille. Nie wtedy, gdy wracała z prób, kupowała insulinę, w dzień zupełnie zwyczajny – nie. Dziś, gdy coś ją tknęło, by o siostrze pomyśleć.
Zadziwiająca jest siła intencji.
Czy to naprawdę było tak dawno, kiedy zapuszczały się w podobne uliczki, wypełnione tylko zapachem farb, trzaskami akordeonu i całym tym artystycznym szumem, tak charakterystycznym dla Paryża, a dziś wypartym z niego przez huk wystrzałów i tupot wojskowych buciorów z niegodziwą brutalnością? Czy to naprawdę tak dawno kłóciły się o pierwszeństwo w kolejce do łazienki? Nienawidziła, gdy Cama zamykała jej drzwi tuż przed nosem. Gene umiała walić w nie bardzo długo i krzyczeć coś o tym, że jest całe trzy lata starsza i czy ona wie, ile to jest trzy lata, i jakie siostra starsza o trzy lata ma potrzeby, i w ogóle wyjdź mi stąd, raz, dwa, trzy, bo zawołam ojca i zobaczysz zaraz.
Geneviève miała ochotę się rozpłakać, wrzasnąć: „Ty żyjesz! Co ty sobie wyobrażasz?!”. Miała też ochotę odwrócić się na pięcie i odejść: z dala od osiemnastej dzielnicy, wprost na swój bezpieczny rewir, do s w o j e g o świata niekończącej się walki o przetrwanie, miękkich sukien, oklasków, nigdy nieodchodzącego bólu, trzęsących się dłoni i dławiącego strachu, że dzisiejszy zastrzyk będzie tym ostatnim. Koncept jej życia jako bajki sam w sobie był bajką, chociaż o tym Camille nie mogła wiedzieć.
Nie trzeba dopowiadać, z czyjej winy.
Tak mało wiedziały o sobie nawzajem. Gene nawet nie śniło się, z czym zmaga się jej siostra każdego dnia: codzienne ryzyko było jej tak odległe, jak tylko mogło być odległe ryzyko Paryżance w samym środku piekielnej epoki, kradzieże, walka o wolną Francję – wiedziała, że nie umiałaby tego zrozumieć (nie chciałaby?). Ich świat, wspólny, Cama i Genevie przeciwko wszystkiemu, tak łatwo rozpadł się na dwa.
Żałowała.
Kłamstw. Kolaboracji. Romansu z Karlem. Choroby. Wszystkiego, co tak oddaliło ją od osoby, która zawsze miała być jej najbliższą.
Czy to mogło potoczyć się inaczej? Tyle by dała, żeby ktoś (ale nie ona, oczywiście) pokierował ich wspólnym losem lepiej.
Kobieta zachowała kamienny wyraz twarzy, z jak bardzo zakłamanym spokojem lustrując sylwetkę młodszej Hebuterne. Mało zostało z jej kochanej Camille w tej osobie, która stała pewnie przed nią. Wydawała się obca, bardziej doświadczona, zdeterminowana, ale nie w taki sposób jak tamtego wieczoru. Coś się zmieniło. Baletnica mogłaby ją teraz przytulić, tak jak kiedyś, i zapytać: „no, to co się takiego stało?”.
Przecież już tak robiła. Przed wojną.
Ale teraz przecież już nic nie mogło być takie jak dawniej.
Genevie prychnęła śmiechem – smutnym, zrezygnowanym śmiechem. Dobrze wyglądasz, to mogła powiedzieć jej ciotka z Soissons na corocznym zjeździe rodzinnym.
A ty okropnie. — Obie wyglądały jak trupy, nie ma co się oszukiwać. Camille musiała słabo jadać, schudła. Aż na wargi cisnął jej się złośliwy uśmieszek i pytanie: „co, patriotyzm kosztuje?”, ale zatkała sobie usta papierosem. Kolaboracja była zdecydowanie bardziej opłacalna, takie były fakty, ale nie tak romantyczna. Nie tak słuszna, to przecież wiedziała. Ale tacy jak Genevie – jakie oni mieli wyjście? Możliwość wyboru między tym, co łatwe a tym, co przyzwoite była wyjątkowym luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko nieliczni.
Jak sobie radzisz?
Co robisz?
Nie wpakowałaś się w żadne kłopoty?
Jesteś zdrowa?
Potrzebujesz czegoś?
Wrócisz do domu?
Wysłuchasz mnie?

Wyszperała w torbie apaszkę i spokojnie wyciągnęła ją w stronę swojej siostry.
Przyszłam ci oddać. Kiedyś ci ją zwinęłam, przepraszam. — Nie tylko za chustkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Gru 05, 2017 12:03 am

Teraz już miała teorię na temat uliczki doktora Babinskiego – przyciągała kłopoty. I chociaż to przypadkowe spotkanie tylko mogło posłużyć jako potwierdzenie tej tezy, Camille smutno zastanowiła się, czy to przypadkiem po prostu ona nie jest katalizatorem wiecznych problemów i nie próbuje, swoim zwyczajem, zrzucić winy na nieokreśloną siłę wyższą zaklętą w paryskim bruku.
Nie chciała teraz mierzyć się z problemem, który stanowił podwaliny jej obecnego stanu – w końcu od tego to całe szaleństwo się zaczęło. Nie od momentu, w którym uciekła, ale od tego wymierzonego policzka; symbolu najwyższego aktu zdrady i braku szacunku i to ze strony osoby, od której – mimo wszystko – oczekuje się niezachwianego poparcia i wstawiennictwa. Choćby cały Paryż miał spłonąć, wraz ze wszystkimi dziełami Modiglianiego.    
To wtedy postanowiła, że tam nie wróci.
Nie do ludzi, którzy wyżej cenili zapas wina i makaroników, niż własną córkę i siostrę. Co z tego, że krnąbrną i niepokorną, czyli całkowite przeciwieństwo Gene, Panny Chodzącego Ideału i Wzoru Cnót Wszelakich – ale wciąż Hebuterne.
Gdybym spotkała Madeleine, pomyślała, byłoby mi łatwiej. Najmłodsza Hebuterne nigdy nie była otwartą stroną konfliktu, a Camille podświadomie zaanektowała ją do swojego obozu – pokrzywdzonych, niczego nieświadomych ofiar własnej rodziny. Nie zaproponowałaby jej ucieczki, co to, to nie; nigdy świadomie nie zgodziłaby się, by młodsza siostra ryzykowała życie u jej boku, a tylko to mogłaby jej zaoferować. Jej obie siostry musiały pozostać za nią, bo w przeszłości były bezpieczniejsze. A to wszystko, co widziała w klasztorze, tylko ją w tych wnioskach upewniało. To nie była ich rzeczywistość; pył po ogłuszającym wybuchu granatu miał dla nich nigdy nie zaistnieć. Genevie i Madeleine należały do świata bankietów, jałowych uprzejmości wymienianych z wysoko postawionymi znajomymi rodziców, lejącego się szampana – i tam miały pozostać, nawet jeżeli to oznaczało, że Camille miała ich już nie zobaczyć. Taka była cena za walkę, którą prowadziła, cena za podążanie własną ścieżką ideałów, za patriotyzm ponad wszelkie wygody – przecież w tym domu, prędzej czy później, w końcu i tak sprowadziłaby na nie niebezpieczeństwo. Nie byłaby w stanie powstrzymać się od prowokujących uwag, kierowanych pod adresem szwabów, którzy z różnych powodów często gościli u jej rodziny. Ktoś w końcu straciłby cierpliwość, a odpowiedzialność ponoszona była przecież zbiorowo.
Wychodząc z pierwszej fazy szoku, zauważyła więcej szczegółów składających się na sylwetkę jej s i o s t r y. Genevie jeszcze bardziej schudła i zmarniała, ale chłód i dystans, tak bardzo znamienne dla jej stosunku do świata, wciąż emanowały z eleganckiej Hebuterne. Camille niejasno zabolało, że została potraktowana właśnie tą rezerwą, zwykle przeznaczoną dla wszystkich, oprócz niej.
Jak to było? One przeciwko innym… czy coś takiego.
Przecież nie spodziewała się, że Geneviève rzuci się w jej ramiona, błagając o wybaczenie.
I pomyśleć, że kiedyś ich największym problemem była nagana od ojca, który niezadowolonym tonem strofował je za prowadzenie przyciszonych, sekretnych rozmów do późnej nocy.
Dawno już nie były tymi dziećmi.
Gładko zignorowała uwagę o tym, że wygląda okropnie – doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Podkrążone oczy, nerwowe ruchy, rozbiegany wzrok i wychudła sylwetka; obraz zdecydowanie daleki od tego z czasów jej świetności. W pozornym spokoju obserwowała jak jej siostra wybucha zrezygnowanym śmiechem, odpala papierosa (już widziała minę swojego ojca), a później sięga do torby i wyjmuje z niej bliżej niezidentyfikowany materiał w kolorze moreli. Znajomy odcień.
Z nieufnością popatrzyła na wyciągniętą rękę Genevie.
Kilka lat temu – kilka milionów lat temu – przez cały dzień nie odzywałaby się do niej, obrażona, że ta w ogóle śmiała bez pytania wejść do jej pokoju i – o zgrozo! -  przeszukać go w poszukiwaniu jej chustki, a później ją sobie bezczelnie zagarnąć. Aby w końcu stwierdzić, że jednak to nie jej barwa – na co Camille zareagowałaby jeszcze większym wzburzeniem, bo przecież z tym samym typem urody nie pasowały im te same rzeczy, a ona tak tę apaszkę lubiła. I często nosiła – ale prawdopodobnie już nigdy więcej.
Geneviève przecież się znała, prawda?
To były odległe czasy w alternatywnej rzeczywistości.
- Wybrałaś świetne miejsce – odparła ironicznie bez cienia wesołości, sięgając po swoją własność – Ale szkoda, że przyniosłaś akurat morelową. Nie pasuje mi do większości sukienek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Wto Gru 05, 2017 4:11 pm

Camille nie spodziewała się, że Genevie rzuci się jej w ramiona z prośbą o wybaczenie - a sama Genevie wiedziała, że tego nie zrobi, chociaż z nich dwóch to ona była tą, która w tej sprawie zawiniła najwięcej. Biernie patrzyła, jak stawiany na nietrwałym fundamencie kłamstwa (jej, rodziców, obu, bo chociaż to oni zaczęli tę grę lata temu, to ona jej nigdy nie s k o ń c z y ł a) dom obraca się w ruinę, a hebuternowska bariera ochronna ze słodkiej iluzji pęka, każąc skonfrontować się ze światem takim, jakim on jest. Brzydkim, nieidealnym, źle pozszywanym, w którym woni insuliny nie da się tak łatwo zamaskować Jean Patou Joy, a diabetycy codziennie umierają w szpitalach. Miała już dwadzieścia trzy lata, najwyższy czas przestać się oszukiwać i pogodzić się z tym, że jest cukrzyczką. I nigdy nie będzie normalnie, nieważne, jak pięknie by się uśmiechała: zawsze jej cukier będzie za wysoki, za niski, jej skóra brązowa od siniaków, a rany źle zagojone i zawsze jej życie, tak bardzo kruche, będzie leżało w jej dłoniach pod postacią strzykawki. Nic tego nie zmieni.
Ale mogło zmienić się jedno: samotność. Nie do końca świadomie, desperacko pragnęła, żeby blaga wreszcie się wydała. Niechby Camille krzyczała, wściekała się na tę głupią, głupią, upartą Geneviève, niechby rozbiła talerz w akcie czystej furii, ale wiedziała i już jej nie opuszczała.
Chociaż Hebuterne wydarłaby piorun z zeusowej pięści dla swoich sióstr i sprzedała cały majątek, by kupić im szczęście, to nie stała na szczycie tych schodów z czysto altruistycznymi pobudkami, właściwie to bardzo, bardzo egoistycznymi. Nie miała prawa przelewać tego codziennego, wczepionego pod skórę strachu o każdy kęs na Camę, nie miała żadnego prawa prosić o pomoc. Straciła je wraz z tym pierwszym, dziecięcym kłamstwem, a podpisała je ręką, którą wówczas wymierzyła młodej malarce mocny, siarczysty policzek.
Ale tym razem pragnęła – och, jak gorąco pragnęła – uścisku ramion, które kiedyś sama ściskała w pokrzepiającym geście, i słów, które kiedyś sama do znudzenia powtarzała: wszystko się jakoś ułoży. Nikt jej jeszcze nie zapewnił, że wszystko się jakoś ułoży.
Czy Camille sama mogłaby w to zdanie uwierzyć? Dziwnie nerwowa, strzelająca oczami, wychudła, wyglądała tak, jakby potrzebowała czyjejś pomocy. Jak sobie radziła na ulicy? Teraz przecież jest tu tak niebezpiecznie. Czy miała gdzie mieszkać? Żaden Niemiec jej nie nękał? Genevie chciała naiwnie trzymać się myśli, że jej siostra nie należy do tych walczących o sprawę, cynicznie w to nie wątpiła, straconą; że nie podkłada się Szwabom, nie rzuca w oczy, może sprzedaje obrazy na ulicy albo roznosi kawę w kawiarni. Trudno było w to jednak wierzyć. Jeżeli któryś z Hebuterne miał w sobie dość odwagi, by ratować honor rodziny, to tylko Cama. Och, kiedy stała się taka dzielna?
I taka lekkomyślna.
Przecież dla tego kawałka ziemi w zachodniej Europie nie warto umierać – i tak żaden Francuz tej wolności nie poszanuje. Była jeszcze taka młoda. Gdyby coś jej się stało… Właśnie, czy w ogóle by się dowiedzieli, gdyby coś się stało Camille? Czy pozwolono by im ją pochować? Odżałować córkę i siostrę? Popłakać – chociaż tylko troszkę, ociupinkę, żeby wyrzucić z siebie żal po samozwańczej bohaterce?
Patrioci to wyjątkowy typ egoistów. Niby walczą dla wszystkich, ale czy któryś z nich zastanowił się kiedyś, co będzie po ich błogosławionej śmierci? Bóg jest z nami, w imię Ojca i Syna, ruszają na „urra!” jak ćmy do ognia i jeszcze są z tego dumni, biją ich, a oni proszą o więcej, bo bycie bitym w imię Ojczyzny to czysta rozkosz, ale co będzie między kulą w łeb a pomnikiem ze spiżu? Kto zostanie? Co zostanie?
Dlaczego byli gotowi tak łatwo oddać swoje życie na stos, podczas gdy Geneviève musiała o nie walczyć od zawsze?
Przymknęła powieki i spojrzała w dół, na wąską uliczkę doktora Babinskiego. Rzeczywiście, ładne miejsce na pocztówki. Tylko one by do tego paryskiego obrazka nie pasowały, nie w tym stanie, nie teraz, może kilka lat temu – powabne, jasnowłose Paryżanki w jaskrawych spódnicach na wzgórzu Montmartre, trzymające się za ręce, zgodne w życiu bez wojny. Nieosiągalnym. Nieprawdziwym.
Zapadła ciężka cisza i Genevie nagle nawiedził uzasadniony lęk, że jeżeli teraz czegoś nie powie, to się rozpadną: obie pokruszą się jak porcelana i wiatr poniesie je w zupełnie przeciwnych kierunkach, by nigdy więcej nie pozwolić im się spotkać. Bo przecież to mogło być ich ostatnie spotkanie. To zawsze mogło być ostatnie spotkanie, ostatni czwartek, ostatni dzień świata. Czy chciałaby teraz odejść z poczuciem, że gdyby…?
Przepraszam. To niczego nie zmieni. Kocham cię. Czy wie? Wróć. Nie wróci.
Robimy to przeze mnie.
Trzymała papierosa między palcami, nie patrząc w stronę Camille – to by za bardzo bolało, widok jej twarzy. To by odebrało Genevie całego animuszu, który nagle zyskała, trącona przez jakąś siłę wyższą łokciem, zaraz by wycofała swoje słowa. Albo zaczęła biec – zdjęła szpilki i rzuciła się na oślep uliczką, byle dalej od tych błękitnych oczu, których spojrzenie wycelowane było w nią jak lufa pistoletu.
Dla mnie. — Zdradziecko zadrżał uniesiony podbródek. Miała wrażenie, że jedyny stabilny kawałek gruntu osuwa jej się spod nóg. Nie powoli, nie delikatnie, ale gwałtownie, jakby ktoś złośliwie go wyszarpał, odbierając baletnicy dech i zsyłając wprost w ciemną przepaść, w której ciszy mogła usłyszeć szaleńcze bicie przestraszonego serca. — Jestem chora.
Trzynaście lat podchodów, powiem jej dzisiaj, nie dowie się i tak się boję, by ledwo wykrztusić ugrzęzłą w gardle prawdę w zapomnianej przez Paryż uliczce przy okazji oddawania apaszki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Czw Gru 07, 2017 11:40 pm

Więź, która ściśle łączyła jej matkę, ojca i Geneviève od zawsze była dla Camille zagadką – o tyleż interesującą, co i nieuchwytną. Wielokrotnie zdarzało się, że kiedy wchodziła do pokoju, rodzice i siostra gwałtownie milkli i zaczynali się nerwowo rozglądać, czyniąc ze ścian i podłóg nagły przedmiot swojego zainteresowania. Nawet mosiężny kinkiet na ścianie stawał się ciekawy! Nieumiejętnie próbowali przywołać na twarze wymuszone uśmiechy, ze zbyt wielkim entuzjazmem chcąc ją zabawić rozmową, próbując zatrzeć swoją konsternację przed nią i przed Madeleine.
To są sprawy dorosłych, dziewczynki.
Camille w końcu przestała pytać, zwyczajnie przywykła – chociaż, przynajmniej według niej, Geneviève bynajmniej dorosła nie była. Ale wytknęła to karygodne przeoczenie matce tylko raz – a po reakcji, jaką były jej łzy (czy w tej rodzinie wszyscy mieli nerwy w strzępach?), nigdy więcej nie poruszyła już tego tematu, tłumacząc sobie – i młodszej siostrze - te drobne incydenty wyjątkową relacją rodziców ze swoją najstarszą córką. Tak po prostu było, musiało być, prawda objawiona i każdemu wiadoma; Gene, utalentowana i niekwestionowana chluba swojej rodziny, duma ojca, jego oczko w głowie, przeciwieństwo tej drugiej krnąbrnej i niepokornej latorośli. Camille nie próbowała podburzać Madeleine przeciwko rodzicom, chociaż z pewnością przelewała na dziewczynkę nieco swojej skrywanej, nieumiejętnie tłumionej zazdrości. Przecież ona też chciała brać udział w czymś podejrzanym! Razem z nimi.
Bo zachowywali się jak przyłapani na jakimś występku – zupełnie jak wtedy, kiedy Camille została wyrzucona ze szkoły, a matka zakazała jej o tym mówić przy pokojówce. Wstyd, mówiła. I płonęła prawdziwie rubinowym, dzikim rumieńcem, w przeciwieństwie do swojej zadowolonej córki.
Średnia pociecha; tak Camille została niegdyś przedstawiona znajomej Anne Marie, która nie od razu powiązała swoje słowa z niewyraźną, urażoną miną swojego dziecka. Te słowa często do Camy wracały; pamiętliwość bywa prawdziwym przekleństwem. Wielokrotnie, z przekąsem, wypominała je matce, oczywiście odpowiednio przy tym dramatyzując, ale pragnąc jedynie zapewnienia, że rodzice też są z niej dumni – liczyła, że może nawet odrobinę tak jak z Geneviève – chociażby za to, że i rano i wieczorem umyła zęby.
Teraz ze złością wspominała ten czas – czy naprawdę tak desperacko pragnęła atencji ludzi, których ideały były papierowe, a przyzwoitość jedynie pojęciem ze słownika? Których słowa, oczywiście wypowiedziane przed wojną (jak wygodnie!) – zwłaszcza te o wolności, te o naszej Francji – były jedynie żałosną próbą wpajania swoim dzieciom modnych prawd, których nie rozumieli, ale zaraz bezmyślnie odrzucili, sprzedając własny kraj? Własną godność?  
Jak ona mogła tęsknić za kimś takim? Jak mogła czuć taki żal, stojąc teraz przed swoją siostrą, która – Camille była pewna – pozostanie w swoim niewzruszeniu, raczej nie wspominając w domu kogo spotkała. Znała ten schemat - w apartamencie w dziewiątej dzielnicy jej imię na pewno nie padało, jej rzeczy zostały sprzątnięte, stała się bolączką i gorączką, wstydliwym sekretem o którym nie mówi się znajomym na bankiecie - zatem zniknęła z widoku. Wyrodne dziecko, okrutna siostra – już to wszystko słyszała.
I czy tego właśnie chciała - powtórki? Ponownie dać się spoliczkować, ponownie unieść wściekłością, znowu odchodzić? Bo przecież Gene by nie zrozumiała; i dobrze. Walka jej nie dotyczyła i nie miała zielonego pojęcia jak to jest ryzykować życiem, jak to jest wyrwać się z objęć pewnej zguby i trójki nocnych rzezimieszków, jak to jest być świadkiem niedoszłej egzekucji (prawie!) niewinnego człowieka, jak to jest umierać ze strachu o życie przyjaciół na pace ciężarówki.
Jak to jest zostawić kogoś na śmierć - chociaż obiecało się go chronić.
Geneviève nie wiedziała – i miała się nigdy nie dowiedzieć, Camille chciała o to zadbać, nie mając pojęcia z czym zmaga się jej siostra. Cama też dopiero doświadczała tego, że czynny opór nie jest jedynie słuszną ideą, pięknym sztandarem, manifestem honoru – był też poświęceniem, krwią i wyrzutami sumienia. I nikt jej wcześniej nie uprzedził. Nikt nie powiedział dwudziestoletniej dziewczynie, że decydując się na ochronę własnej godności, zostanie wrzucona w jakiś agonalny twór zwany prawdziwym polem walki. Czymś niewyobrażalnym dla jej poprzednich realiów harmonijnie poskładanych z sukienek, apaszek i makaroników z białej czekolady.
Może one naprawdę pomyliły światy – bo czy Camille w ogóle należała do rzeczywistości w której Genevie stała się obca i tak daleka?, w której nie była dziewczynką przebierającą się w swój baletowy strój tylko po to, aby jej młodsza siostra mogła poudawać, że jest Degasem i ją maluje, nie, nie, to nie była ona.  
Tak bardzo chciałaby ją przytulić.
Tak bardzo chciałaby jej wybaczyć – a może po prostu chociaż raz zapomnieć o głupiej, hebuternowskiej dumie i zwyczajnie powiedzieć siostrze, że tak bardzo się boi? Że tak bardzo ją kocha, bo przecież tego nie da się wyprzeć, ani wymazać, bo na zawsze zostaną tą dwójką dzieci, które pochłonął świat siostrzanego przymierza, spacerów za rękę po polach elizejskich i wspólnych marzeń o byciu prawdziwymi artystkami?
Nie zdążyła przerwać ciszy, nie zdążyła nawet zauważyć, że zapadła, zajęta własnym bólem – jedynie niejasna zmiana na twarzy Genevie była namacalnym dowodem na to, że charakter rozmowy się zmienia. Wreszcie. Bo Camille chyba nie zdobyłaby się na te kilka słów, po prostu by stała – znowu pochłonięta przez irracjonalność tej uliczki, niezdolna do jakiegokolwiek gestu, nawet do zawrócenia w sobie znaną stronę.
Ale nic nie zrozumiała ze słów dziewczyny – stanowiły zupełnie przypadkowy zlepek słów, układających się w wyrazy, które wyrwały się z ust Gene jakimś nieskładnym, nielogicznym ciągiem.
Chora?  
Stała w milczeniu, nawet nie próbując ukryć malującego się na twarzy szoku. Sens, a raczej jego zupełny brak, dochodził do niej powoli, ale okazał się wybrakowany – nie pokrywał się z jej obrazem faktów. Łamał kategoryczność z którą Camille zdobywała się na trwanie w swojej decyzji i – pewnie za kilka minut – mógłby podważyć słuszność jej wszystkich bolesnych słów, które padły pod adresem Genevie. I ich rodziców?
To nie było takie proste. A ona nie potrafiła tego teraz uporządkować.
Ale czemu o tym, do cholery, nie wiedziała? Czemu teraz? Czemu nie t r z y miesiące temu?
Czemu nie d w a d z i e ś c i a lat temu?
Kiedy jeszcze była inną Camille Hebuterne.
Wściekłość, narastająca bardzo gwałtownie, opadła zduszona przez skradający się strach. Nie była przecież emocjonalnym fantomem; amplituda emocji, zupełnego niezrozumienia i widok tej twarzy, jej twarzy, nienależącej do tej uliczki, do tej dzielnicy, ani nawet do jej nowego życia, okazała się w końcu zbyt przytłaczająca.
- Chora? – powtórzyła pusto, cofając się o krok. Było to chyba coś na wzór reakcji obronnej, bo w rzeczywistości miała ochotę po prostu podejść do Genevie i ją przytulić, zmuszając do zaprzeczenia własnym słowom. Ale obawiała się, że one były prawdą, jeszcze niekompletną, a nie przejęzyczeniem.
Nic nie rozumiała. Zupełnie nic.
Ale nagle Gene wydała jej się nagle strasznie krucha; zbyt krucha na to, by w ogóle opuszczać swój pokój, by żyć w tym przeklętym, zduszonym mieście. To nie był Paryż dla niej; nie ten delikatny, wolny i nieco melancholijny.
- Genevie, o czym ty mówisz? - dodała, czując zdradzieckie pieczenie w kącikach oczu. Zamrugała szybko, chcąc pozbyć się rychłych łez.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Gru 23, 2017 11:16 pm

Genevie miała sekrety rozrzucone po całym Paryżu: tajemnice połączyły ją nieprzerywalnymi nićmi z kilkoma osobami mniej lub bardziej przez nią pożądanymi. Berna widziała ją w czerwonej od krwi wannie, z rozmazanym makijażem – Karl znał ją z napiętymi mięśniami, kiedy, łamiąc jej słaby opór, przyciągał ją do siebie blisko – Jean wiedział, jak w stanie jest się zeszmacić dla malutkiej fiolki insuliny – rodzice i lekarze pamiętali ją słabą, gdy cukier skoczył jej tak bardzo, że Mathieu bez zastanowienia złapał córkę w pasie i wsadził do samochodu. Te więzi były trwałe: cóż bardziej niż wisząca nad Hebuterne groźba wyjawienia jej tajemnic całemu światu uzależniało ją od innych?
I na tej liście tylko jej sióstr jakoś zabrakło.
Kiedy w Geneviève narodziła się ta rozpaczliwa, egoistyczna wręcz potrzeba utrzymania w oczach Camille i Madeleine swojego nieprawdziwego, zbyt perfekcyjnego obrazu? Kiedy postanowiła murem odgrodzić się od osób, które tak chętnie nazywała sobie najbliższymi, uznając je (jak wygodnie!) za zbyt młode, by zrozumiały codzienną walkę z chorobą? Różnica wieku pomiędzy nią a Camą była wręcz śmiesznie mała, a mimo to starsza nie zastanowiła się nawet nad wyjawieniem drugiej prawdy, zanim nie spojrzała w kalendarz i nie zorientowała się, że to już ponad dekada, kiedy to zdiagnozowano u niej cukrzycę typu młodzieńczego.
Kłamstwo potrafiło mieć cholernie długie nogi. I – jak zorientowała się za późno – tymi nogami deptało dobre relacje w rodzinie Hebuterne’ów.
Widziała przecież spojrzenie Camille, gdy ta wpadła do pokoju akurat w trakcie rozmowy o chorobie.
Widziała je, gdy rodzice nagle unosili się czułością względem Geneviève, podobnej troski nie okazując nigdy swoim młodszym pociechom, nie wyjaśniając jej szczególnej natury.
Widziała je. I wcale nie była lepsza od Anne Marie i Mathieu, którzy, przygnieceni chyba ciężarem choroby dziecka, nie potrafili już wykrzesać z siebie odpowiedniej dawki miłości dla pozostałych córek – wcale nie była dobrą siostrą, nie taką, na którą zasługiwała Camille, bo gdyby była, powiedziałaby jej to już dawno temu. Nie dla siebie, ale dla niej.
A teraz już na wszystko za późno i żyj, wstrętna kłamczucho, z poczuciem winy za rozpad swojej rodziny; żyj z ciężarem odpowiedzialności za krzywdę osoby, którą tak bardzo chciałaś ochronić przed złem.
Której przyrzekłaś nie krzywdzić, a którą skrzywdziłaś już na każdy z możliwych sposobów.
Genevie miała wrażenie, że nie zasługuje na przebaczenie. Zrobiła już za dużo złego w swoim zaledwie dwudziestotrzyletnim życiu, by mieć jeszcze nadzieję, że ktokolwiek – Bóg, rodzina, ona sama – odpuści jej winy. A teraz jednak stała w uliczce doktora Babińskiego odsłonięta, bezbronna, odzierana z fałszu i niczego tak nie pragnęła, jak usłyszenia prostego: „to nic, to jeszcze nic, to da się naprawić” i niczego tak nie potrzebowała, jak pokrzepiającego przytulenia Camille, jak zapewnienia, że już naprawdę nie musi być z tym wszystkim sama.
Czemu ktoś nie ostrzegł, że życie będzie takie ciężkie? Już nie dawała sobie z nim rady i czasami, och, czasami, w te długie, bezsenne noce, kiedy pod powiekami rysowały jej się okropne obrazy z przeszłości (jej własne zbrodnie wojenne), myślała, że – oto dobrze byłoby rano nie wstrzyknąć sobie insuliny. Pozwolić sobie odejść w taki sposób, w jaki odchodzili diabetycy przez wieki.
Jak psy.
Nie umiała przejść przez to codzienne piekło igieł ostrzonych na kamieniu, wahań nastroju i nieustępującego stresu.
Nie umiała już – bez n i e j.
„O czym ty mówisz?”.
Geneviève nie potrafiła spojrzeć swojej siostrze w oczy. Wciąż utrzymując wzrok gdzieś w dali, nieśpiesznie ciągnąc papierosa, poczuła nagle, że już nie boi się tego słowa. Może to był tylko chwilowy przypływ odwagi: zmęczenie kłamstwami, lawirowaniem, odgrywaniem swojej roli dzień po dniu, robieniem sceny z własnego domu i może zaraz to zobojętnienie, zaskakujące, zapewne tylko minuta ciszy przed emocjonalną burzą, miało minąć, a wtedy sprawy jedynie by się skomplikowały. Nie czekała więc z odpowiedzią: po raz pierwszy w życiu.
Mam cukrzycę. — Zabrakło jej słów, by dodać coś więcej. Te dwa słowa, tak zaskakująco prosto wyrwane z gardła, wydawały się wplątać w dym i ulecieć gdzieś w paryskie niebo. Fakt, że w końcu się przyznała, był taki… nierealny. I to może dlatego wciąż trwała w tym słodkim otępieniu, nie rozumiejąc jeszcze, że naprawdę to powiedziała i że naprawdę już nie ma od tego ucieczki.
Miała cukrzycę, a Camille teraz o tym wiedziała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   Sob Gru 30, 2017 3:45 pm

Przez tak wiele lat Genevie była przedstawiania Camille jako wzór, do którego ta powinna dążyć; wyważona, grzeczna, całkowicie podporządkowana swojej pasji, a kiedy trzeba – i dusza towarzystwa brylująca na salonach. Na jej idealnym obrazie nie było miejsca na nawet najmniejsze zadrapanie, podczas gdy w młodszej Hebuterne kiełkowało przekonanie, że sama jest wręcz poskładana z draśnięć – ale czasy, gdy chciała być taka, jak starsza siostra, dawno minęły. Kiedyś Gen była dla niej prawdziwym, siostrzanym – i oczywiście niedoścignionym – autorytetem; wystarczyło zaledwie jedno jej słowo, aby wznieść małą Camille na piedestał samozadowolenia, albo z hukiem ją z niego zrzucić. Świat przecież zawsze naginał się do woli Geneviève Hebuterne, prawda?
Gdyby tylko wtedy Camille wiedziała, jak bardzo się myli i że za tą zimną, wystudiowaną fasadą kryje się jej siostra, która desperacko potrzebuje pomocy - może wówczas, zamiast stopniowo odsuwać się od niej, stanowiłaby dla niej wsparcie i żywe zapewnienie, że razem damy radę, jak zawsze? Że przecież są Geneviève i Camille, niepokonane, święcące triumfy w świecie wymyślnych psot, skrywanych za dwiema niewinnymi minami?  
Wojna ich nie rozdzieliła – jedynie dokończyła dzieła, scementowała rozpad ich więzi i ustawiła po dwóch różnych barykadach; prawdziwym powodem rozłamu były jednak nawarstwiające się tajemnice i duma, ta przeklęta duma, mianownik łączący każdego członka tej straconej rodziny, wybujały i – nierzadko źle pojmowany – honor.    
Camille nawet nie próbowała podłapać spojrzenia swojej siostry, skupiła się na szybkim mruganiu w stylu cośmiwpadłodooka, po czym, korzystając z faktu, że Genevie nie patrzy, dyskretnie przetarła oczy wierzchem dłoni. Nie chciała, żeby Gen zobaczyła jej łzy, które były przecież niezaprzeczalnym dowodem na to, że Camie wciąż – i to och, jak bardzo – zależy. Że mogą ją tak potraktować, a ona i tak pozostanie niewzruszona w swojej naiwności i bezkrytyczności. Uda, że usłyszała przeprosiny i znowu będą tą wspaniałą dysfunkcyjną rodziną, idealną w oczach świata, zgniłą od środka. Chciałaby odrzucić każdą emocję, którą łączyła ją z tymi ludźmi i wyciszyć ten gniew, który – niemal tak często, jak i tęsknota – nakazywał jej myślom dryfować w kierunku dziewiątej dzielnicy Paryża, ale zwyczajnie nie potrafiła, na dowód otrzymując tę niepewność i strach o życie Genevie.
Mam cukrzycę.
C U K R Z Y C Ę.
Camille gorączkowo próbowała zebrać wszystkie informacje, które posiadała o tej chorobie – do tej pory pojęciu, tak w zasadzie, całkowicie jej obcym, niemal egzotycznym, absolutnie niemającym wstępu do ich rodziny; promiennej, zdrowej, pokazowej.
Robimy to przeze mnie. Dla mnie.
Te słowa zawisły między nimi złowrogo, nagle zyskując sens. Pewne sprawy stały się okrutnie jasne, ale wiedziała, że i tak powinna zapytać i zyskać pewność; chciała poznać całą prawdę - w końcu. Nieważne jak bardzo ohydną.
Dlaczego teraz?
A nie, zanim – bezpowrotnie? – się utraciły?
- I nie przyszło ci do głowy, że może powinnaś mi była powiedzieć wcześniej, Genevie? – wycedziła te słowa powoli, próbując nad sobą zapanować; to była jej reakcja obronna. Wściekłość.
Alternatywą było chyba już tylko rozpłaszczenie się na bruku.
- Że k t o k o l w i e k powinien mi był powiedzieć? – próbując zamaskować szok, całą sytuację próbowała sprowadzić do siebie; do siebie i do własnej, osobistej krzywdy. Ale to nie o nią tutaj chodziło i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, to nie ona od tylu lat budziła się codziennie rano z nastawieniem, że ten dzień – wzorem każdego poprzedniego – będzie jej kolejną walką, prowadzoną bez wytchnienia i bez przerwy. Bez wsparcia osoby, która powinna go udzielać najwięcej. Poczuła się szczerze skrzywdzona brakiem zaufania ze strony Genevie – przez ten cały czas starsza siostra miała ją jedynie za niedojrzałą i popędliwą smarkulę, której nie warto nic mówić?
Tym właśnie była?
Przesyt tylu złych – dramatycznych - informacji spowodował, że Camille poczuła mdłości. Czy chociaż raz, tak dla odmiany, cokolwiek mogłoby pójść po jej myśli, zamiast jedynie utwierdzać w przekonaniu, że odkąd uciekła z domu, jej życie całkowicie wymknęło się spod kontroli i raczej nie miało pod nią wrócić? Chciałaby krzyknąć, wykrzyczeć uliczce doktora Babinskiego to wszystko, czego nie mogła powiedzieć Genevie - a ona, przy okazji, może też by usłyszała, zgasiła niedopałek i pogłaskała młodszą siostrę po głowie, mówiąc żartowałam, to wszystko było żartem, wróćmy do domu, Cama.
Ale to miało się nigdy nie zdarzyć.
- Ile lat, Genevie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Uliczka doktora Babinskiego   

Powrót do góry Go down
 
Uliczka doktora Babinskiego
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: