IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Karuzela


Share | 
 

 Karuzela

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Karuzela   Wto Sie 09, 2016 2:48 pm



Karuzela

Na jednym ze ściśle otoczonych kamienicami placyków stoi dziecięca karuzela, niepozorna i upchnięta z boku, tuż w cieniu wiekowego drzewa. Najstarsi mieszkańcy tego skrawka Paryża zarzekają się, że karuzela była tutaj już w czasach ich młodości. Jest w tym trochę prawdy - farba dawno wyblakła, ozdoby poodpadały, a całość niemiłosiernie skrzypi, kiedy wieje silniejszy wiatr. Ale gdyby przyjrzeć się uważnie tej nadgryzionej przez ząb czasu karuzeli, po chwili można dostrzec, że dziecięce pojazdy wyrzeźbiła w drewnie pewna ręka, a gdzieniegdzie zachowały się jeszcze starannie wyżłobione szczegóły - choćby podkowy u konia.
Ewentualnego właściciela, który wprawiłby całość w ruch, nigdy nie widziano, ale dzieci chętnie się tu bawią, marząc o tym, że pewnego dnia mechanizm karuzeli ożyje.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Pon Kwi 10, 2017 9:57 pm

Faen ta deg.
Zacisnął palce na paczce papierosów, nagle zdając sobie sprawę, że bez skonfiskowanej zapalniczki są zupełnie bezużyteczne. Musiał wyglądać idiotycznie – z podbitym, sinym okiem, nieodpalonym petem, smętnie sterczącym z kącika ust, i rozciętym łukiem brwiowym, który wciąż pulsował bólem przy każdym drgnięciu mięśni twarzy. Te z kolei drgały nerwowo bez przerwy, zdradzając narastającą w Norwegu wściekłość – było to jedno z lodowatych, owianych legendą, dokładnie przemyślanych uczuć Magnusa, rozpełzających się po jego ciele niby trupie czerwie (i tak samo jak one przyjemnych).
Du ser for jævlig ut, Sørensen.
Papieros przewędrował z prawego kącika ust do lewego, zostawiając na czubku języka rozmiękły posmak filtra. Był tu zupełnie sam, obojętnie obserwując opustoszałe podwórko i karuzelę, która (jakimś cudem) stanowiła smętniejszy obraz od samego Magnusa. Tego wieczora, pierwszego od długich miesięcy łagodnego, znośnie chłodnawego wieczora, dającego nieco wytchnienia od siarczystych (dla dawnego mieszkańca Trondheim całkiem znośnych) mrozów, kiedy wiatr wreszcie zdaje się wiać z góry, od zimnych, srebrzystych gwiazd, a nie gdzieś z samego Niflheim, zaniedbana karuzela w dziewiątej dzielnicy Paryża wydaje się cicha i spokojna jak stajenka betlejemska. Słońce już zdołało ukryć się za jedną z kamienic, ale – według cierpliwie odmierzającego czas zegarka – do godziny policyjnej zostało dobre dziewięćdziesiąt minut. Magnus wątpił, aby czekające go spotkanie miało trwać dłużej niż kwadrans, jednak przezorność (w przeciwieństwie do zbędnego ryzyka) jeszcze nikogo nie zabiła. Niepotrzebnie zjawił się na omówionym miejscu wcześniej, skoro nie było mu dane zapalić nawet cholernego papierosa – z własnej winy skazał się na pełne odrętwienia wyczekiwanie, którego nie zakłóciło nawet pojedyncze, żałosne szczeknięcie psa.
Był tylko Magnus, światła w oknach kamienic oraz wspomnienie zupełnie innego, odrealnionego świata, który opuścił z własnej woli – świata pełnego słońca, winnic i kwiecistych altanek. Nie poczuł zaskoczenia, kiedy jego myśli przekształciły się w zwiewną, choć całkiem cielesną, rozkoszną, gorącą niczym prowansalska noc, słodką obietnicę, jakąś zjawę roześmianą, chętną, łagodną, jasną i blondwłosą, ze skórą gładką, aksamitną jak kropelka mleka, w jakichś nieokreślonych koronkowych negliżach, w tych okowach fiszbinów i sprzączek. Zależność była cudowna – im więcej kilometrów dzieliło go od Ulli, tym lepiej dostrzegał jej sakralną anielskość i tym skuteczniej ignorował diabelski charakter.
Wciąż jeszcze rozleniwiony, z głową pełną tego łagodnego, miodowo-mlecznego poranka, złotego zmierzchu i falban, i haftek, i słodkich perfum, unosi lekko brwi, w skutek czego niemal natychmiast zaczyna rozumieć swój błąd.
Ukłucie bólu jest na wskroś nieznośne; tępe, na wpół realne pulsowanie odezwało się w rozciętej brwi i miarowym, do znużenia jednostajnym łupaniem po raz kolejny przypomniało o wszystkim, co zaszło w Le Dome przed trzema dniami. Było to dziwne uczucie, które – pomijając ewidentną bezużyteczność – działało w sposób odwrotny niż Magnus mógł się tego spodziewać. Im bardziej cierpiał, im mocniejszy wydawał mu się zagnieżdżony w podbitym oku i rozharatanym łuku brwiowym ból, tym on sam stawał zacieklejszy. W tej zaciekłości zrezygnował z wizyty w prosektorium, podejmując domowe leczenie obrażeń, co w dwudziestoośmioletnim życiu zdarzyło mu się
więcej razy niż bym chciał, zwłaszcza, kiedy masz czternaście lat i próbujesz ukryć sine, opuchnięte ślady duszenia
przynajmniej kilkukrotnie. Łuk brwiowy prawdopodobnie wymagał szycia, ale odkąd tylko Magnus zdołał zatamować krwawienie, odwlekał wizytę w czasie, najwyraźniej licząc na łut szczęścia i własną ostrożność, która zapobiegłaby ponownemu otworzeniu rany.
Do dupy z tym, wymamrotał w myślach (dla odmiany po francusku), zerkając w stronę ciemnej bramy, przez którą kilka minut temu wszedł na podwórze i w której – przynajmniej taką miał nadzieję – lada moment pojawi się cierpliwie wyczekiwany towarzysz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Pon Kwi 10, 2017 11:19 pm

Jeżeli w wieku lat trzydziestu ockniesz się nagle w zatęchłym, ciemnym zaułku, siedząc na tlących się zgliszczach całego dotychczasowego życia, bez grosza przy duszy i na dodatek pokryty nie swoją krwią, to pewnie ostatnie czego byś chciał, to przekonanie się, że zgubiłeś kartkę na pikle. Albo że – myśl pełna grozy i niedowierzania – ktoś ci ją gwizdnął z kieszeni, kiedy akurat przeprowadzałeś amatorską lobotomię na pijanym kretynie (i chociaż sam znajdowałeś się odrobinkę pod wpływem, był to stan w pełni kontrolowany).
Wszedł do pierwszego, lepszego baru głównie dlatego, że niespodziewanie się rozpadało. Oraz może dlatego, że w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin zamknęli jego ulubiony kiosk w pobliżu kamienicy, gdzie mógł kupować bilety oraz sto jeden krzyżówek dla starych kawalerów, musiał użerać się z pijanymi Niemcami, zgubił długopis, przestali dowozić jego ulubiony chleb, z niejasnych przyczyn na całą dobę zabrakło prądu, a sąsiad z góry postanowił złamać wszelkie konwenanse i kupił sobie flet. Seria katastrof niekoniecznie nastąpiła w tej kolejności, ale finał był jednoznaczny – na jego skutek Fiodor właśnie wchodził w jakieś zapyziałe podwórko, próbując urwać pojedynczą, żałośnie irytującą nitkę wiszącą z rękawa marynarki, i wbijał ponure spojrzenie w Allarda.
Są takie dni. Czasami w punkcie, który stanowi podwaliny topografii prywatnego świata, nagle pojawia się wywieszka z napisem: „La liquidation”. Na mapie pojawia się biała plama. Jednak coś podobnego zachodzi raz na jakiś czas. Jeden punkt znika, a pojawiają się kolejne. Znajduje się nowe kioski, ulubione pieczywo, długopisy i Allardów, których broń pieczołowicie ukrywasz przez siedemdziesiąt dwie godziny, aż zaczynasz rozumieć, że trzy pistolety w mieszkaniu to już mały arsenał i jednego należy się pozbyć.
Fiodor miał bardzo jasne i sprecyzowane wrażenie, że dzisiejszego poranka obudził się w świecie, który poddano gruntownej korekcie, usuwając z niego wszystko, co było dla niego oswojone oraz przyjazne. Wstał, ogolił się i wyszedł z mieszkania tylko po to, żeby przekonać się, że wszystko co stanowiło dla niego drobne punkty odniesienia, nagle przepadło, zostało przeobrażone w stan likwidacji, zawaliło się, wybuchło i nie odpowiada na telefony. Jego osobista, dokładnie kreślona mapa pokryła się białymi plamami i w zasadzie przestała pełnić swoją podstawową funkcję.
A jednak istniał ktoś – Fiodor musiał stwierdzić to z odpowiednią dozą zaskoczenia oraz grobowej satysfakcji – kto miał gorzej, wyglądał gorzej i rokował gorzej. Ktoś, kto póki co nie został kloszardem, jeszcze nie spadł na dno, ale wszystko wskazywało na to, że ma do tego cholernie blisko. To przecież bardzo łatwe. Dużo łatwiejsze niż ludzie sądzą – tak naprawdę dzieje się samo. W pewnym momencie lądujesz na zrogowaciałej rafie, na mieliźnie przeznaczonej dla zapomnianych przez świat rozbitków i jeśli cię to nie obchodzi, jeśli nie oburza, jeśli nie motywuje do dźwignięcia się z dna, to…
Tym tragiczniej dla ciebie.
Giroux, nigdy nie wyglądałeś dobrze, ale dzisiaj przeszedłeś samego siebie – początkowo w ogóle nie wiedział, co powiedzieć – najwyraźniej było tego zbyt wiele i kłębiło mu się w umyśle jak legowisko żmij. Zwykłe powitanie wydawało się banalne, a natychmiastowe przejście do rzeczy nie na miejscu, więc…
Co z Twoją twarzą? - wygłoszenie tego pytania nie wymagało szczególnych pokładów energii – nie większych niż te, które Fiodor wykorzystał podczas opadania na ławkę tuż obok Allarda i zaszczycania go kolejnym, ponurym zerknięciem przekrwionych z niewyspania oczu. – Też wyznajesz zasadę, że samiec alfa lekarza odwiedza dopiero wtedy, kiedy coś mu się urwie? –  najwyraźniej zmotywowanie blondyna – apatycznego jak kawałek lodowej kry i równie przystępnego – do zabrania głosu, stanowiło dla Fiodora priorytet; gdyby Allard w ogóle nie reagował na niegroźne, słowne kuksańce, znaczyłoby to, że drobny incydent z Le Dome wciąż gotuje się w jego wnętrzu. To z kolei mogłoby go doszczętnie wypłaszczyć, z lodowej kry robiąc sześcienną kostkę lodu, której w obawie przed zatruciem lepiej nie wrzucać do drinka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Wto Kwi 11, 2017 6:08 pm

Jak zwykle pojawił się znikąd.
Ciemna wnęka bramy zafalowała, wybrzuszyła się pod wpływem nagłego zakłócenia nieruchomego spokoju, czknęła niespokojnie i w końcu wypluła z mroku wysoką, spokojną jak kurhan sylwetkę. Wzrok Magnusa, dotychczas skupiony na nieruchomym wpatrywaniu się w jeden, bliżej nieokreślony punkt, przeskoczył na wciąż skrytą w półmroku twarz, na z pozoru bezczynne dłonie, na całokształt brnącego naprzód ciała, jak gdyby zamierzały śledzić każdy ruch mężczyzny – jedynego człowieka w najbliższej okolicy, który nie odpowiadał wzorcom bezpiecznych kompanów do rozmowy. Nawet słaby smak nieodpalonego papierosa blednie w ustach, kiedy Lazare
Wierzysz, że to prawdziwe imię? Jesteś aż tak naiwny?
zatrzymuje się obok, patrząc ponuro i przeciągle – zupełnie jak pracownik zakładu pogrzebowego, który musi poinformować rodzinę nieboszczyka, że ktoś zrobił im psikusa i ukradł ciało najbliższego. Niewesołej aparycji przeczą jednak słowa, które w samym Magnusie wywołują więcej niezdrowego rozbawienia niż faktycznej urazy.
Rzeczywiście wyglądał jak gówno, o czym dobitnie przekonał się jeszcze przed opuszczeniem mieszkania. Gdyby natknął się na siebie w jakimś zaułku, ciemnej uliczce lub, dlaczego nie, przy opuszczonej, starej karuzeli, spieprzałby gdzie raki zimują, nawet się nie oglądając. Lazare nie był jednak pod wrażeniem, a Magnus powoli zaczynał wątpić, czy cokolwiek jest w stanie go zaskoczyć – w każdym razie nie czynił tego widok mocno nadszarpniętej (i bez tego wątpliwej) urody Allarda.
- Co z moją twarzą? – wzruszył lekko ramionami, kiwnął głową niepewnie – przytakując? gardząc? okazując rezygnację? i zaraz po tym ponownie skupił wzrok na tylko sobie znanym punkcie, być może jednym z pieczołowitych, choć w mroku niemal niezauważalnych detali karuzeli. – Nic. Z taką się urodziłem, nic na nią nie poradzę – nawet, gdyby miał ochotę na uśmiech (a nieszczególnie miał), wolał nie ryzykować kolejną dawką bólu, która rozlałaby się z rozciętego łuku brwiowego na całe ciało – dlatego bezpieczniej było wbijać spojrzenie w końską podkowę i cierpliwie znosić kolejne pytanie, tym razem podsumowane cichym sarknięciem. Skoro Lazare równie doskonale znał się na meandrach męskiej psychiki, pewnie wiedział, że tak zwana duma nie pozwala mężczyźnie nawet na krótką chwilę słabości. Przyszło im żyć w świecie paranoi, w którym każda oznaka niedomagania może być wykorzystana przeciwko nim, w którym skamlanie i użalanie się na bolączki jest dobre dla kobiet – prawdziwy mężczyzna z problemami radzi sobie sam (i czyni tak wcale nie dlatego, że żona znajduje się na drugim końcu kraju i nie może obdarzyć podbitego oka pełnym pociechy pocałunkiem, od którego natężenie bólu drastycznie maleje).
- Samo nigdy się nie urywa – odparł cicho, tak, aby nie fatygować górnych mięśni twarzy i dopiero wtedy ponownie zerknął na swojego kompana – Lazare co prawda nie miał za sobą bliższego spotkania z niemieckimi pięściami, ale daleko mu było do okazu rześkości i kipiącej witalnością energii. Nieodpalony papieros ponownie zmienił lokalizację, przesuwając się po dolnej wardze z lewego kącika ust do prawego, i tam zamarł w bezruchu na przynajmniej kilkanaście sekund – do momentu, w którym Magnus nie odezwał się ponownie.
- Byłeś tak miły i przyniosłeś moją własność? – w przeciwieństwie do swojego towarzysza, Sørensen nie bawił się w subtelności – chciał jak najszybciej mieć za sobą część formalną i wrócić do chłodnego, cichego mieszkania, żeby przez resztę wieczoru gapić się z obojętnością na mozaikę wybroczyn i krwawych szram na własnym obliczu. Było to bezpieczniejsze niż wpatrywanie się w twarz Salko – w tą zaciekłą, drapieżną, uśmiechniętą po wilczemu twarz. Znajomą. Niestety, znajomą. Magnus z niechęcią przyznawał (właściwie przyznał zaledwie raz – i był to o jeden raz za dużo), że w pewnym stopniu podziwia stojącego obok mężczyznę. Gdzieś w głębi obmierzłej, pokrytej szronem duszy podziwia tego – tu nie miał żadnych wątpliwości – zabójcę, człowieka o wyraźnie żelaznej konstrukcji, który przez trzy lata wojny pewnie ani razu się nie ukorzył, nie skapitulował, ba, nie postąpił wbrew własnym przekonaniom. Kogoś, kto podskórnie dawał odczuć, że nie interesuje go altruizm i dobroduszność – znaczenie miał wyłącznie rachunek strat i zysków, z czego Magnus doskonale zdawał sobie sprawę, kiedy przygotowywał się na to spotkanie.
Być może dlatego wsunął do kieszeni płaszcza starannie złożone kartki, te same, które zdołał wyrwać z niemieckiego notesu. Ich obecność w pewnym stopniu stanowiła gwarant dobicia targu – o ile Lazare będzie zainteresowany podobną wymianą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Pon Maj 01, 2017 2:38 pm

Zapewne obaj razem (i każdy z nich z osobna) mieli o wiele pilniejsze sprawy na głowie – z odpowiedniej perspektywy wszystko jest pilniejsze od spotkań wieczorową porą z kimś, kto nie jest wysoką, powabną blondynką o rubinowych ustach i spojrzeniu, w którym jednej nocy przynajmniej dwukrotnie zamierza się utonąć. Z nieszczególnie wygórowanego zestawu cech u Allarda zgadzały się zaledwie (aż?) dwie – blond i wysoki, będący antonimem doskonałym do określenia powabny i o spojrzeniu, w którym lepiej nie tonąć.
Zwłaszcza, jeśli doświadczenie sugeruje, że kąpiele w mroźnych przeręblach nie należą do tych z gatunku najprzyjemniejszych.
Perspektywa Fiodora była odrobinę szersza i nie zakładała towarzystwa pięknej kobiety – dzisiejszego wieczora w zupełności wystarczyłaby obecność deszczu, lirycznie toczącego się po zimnej szybie okna, które tęskniło za porządnym myciem. Ciepła kolacja, potrzeba spędzenia choć jednej, spokojnej nocy w przypominającym niedokończony twór mieszkaniu, rozpustne sześć godzin snu, kawa smakująca kawą, nie zmiecionym z posadzki kurzem – Chirjakowa bawiły jego własne, niewygórowane wymagania, tak boleśnie przyziemne i jednocześnie znajdujące się poza zasięgiem wyciągniętego obojętnie ramienia. To, czego aktualnie pragnął, nie miało żadnego znaczenia – nie mogło mieć, skoro stanowił osiemdziesięciokilogramowy komplet wytrenowanych i wytresowanych mięśni rozpiętych na szkielecie długości metr osiemdziesiąt cztery, co obligowało go do jednego: powinien, zwłaszcza podczas wykonywania trwającej całą dobę misji, mieć w sobie równie wiele wrażliwości, co sprawna gilotyna.
Jednak dzisiejszego wieczora – nawet pomimo faktu, że dysponował arsenałem, który wystarczyłby na eksterminację średniej wielkości zakaukaskiego plemienia – na pewnym poziomie czuł się zwyczajnie mały i bezbronny. Mijał pogrążone w szarówce budynki, wstępował na niemal wymarłe podwórze i myślał ponuro, że widok struchlałego Paryża idealnie odpowiada jego nastrojowi. Szachownice opustoszałych uliczek ciągnęły się smętnie ku spłaszczonemu horyzontowi, zimny wiatr gnał po nich długie, wywołujące mimowolny dreszcz fale, a gdzieś nad głowami nielicznych, spóźnionych przechodniów przesuwały się niepowstrzymanie posępne, ołowiane chmury. Brakowało jedynie uschniętej brzozy, żeby się na niej powiesić i dopełnić tego beznadziejnego pejzażu.
Nie wiedział, skąd ten brak entuzjazmu – to spotkanie było jedynie standardową formalnością, taką samą, jak przynajmniej sześć poprzednich, w jakich brał wraz z Allardem udział i jak kilkadziesiąt podobnych, które miały miejsce w tym mieście w ciągu ostatnich miesięcy. Nie powinien narzekać, użalać się, grymasić – był szpiegiem. Praca jak każda inna, tyle że w ojczyźnie dobrze płatna. Na ogół męcząca, czasem nudna, częściej irytująca, zawsze niebezpieczna.
Ale wciąż praca.
Z taką się urodziłeś – niewiele brakowało, a zamiast powtórzenia słów Giroux, zwyczajnie sarknąłby z poirytowanym rozbawieniem, gratulując sobie towarzystwa i Allardowi poczucia humoru – ani jedno, ani drugie nie było szczególnie wybitne. – W starożytnej Sparcie zrzuciliby cię w przepaść i byłoby po sprawie – w przeciwieństwie do Francuza, Fiodor nie musiał uważać na taniec własnej mimiki – dlatego bez wahania posłał mu w półmroku jeden z tych uśmiechów, w których można było doszukiwać się wszystkiego… poza rozbawieniem. Rzeczywiście mógł uchodzić za profesjonalistę w dziedzinie meandrów męskiej psychiki – i jak na profesjonalistę przystało, doskonale wiedział, że prawdziwy mężczyzna rzadko się na coś skarży, nie lubi się zwierzać, nie dzieli się swoimi problemami i wszystko stara się rozpracować samodzielnie.
A później przychodzi choroba, czyli epopeja tragiczna w czterech aktach i nawet najbardziej męscy spośród męskich przeobrażają się w skomlących hipochondryków.
Nie tylko samo się urywa, ale czasami też tłucze. Albo rozpada – wzdrygnął lekko ramionami, jakby przed momentem wcale, ale to wcale nie przyznał, że niejednokrotnie był naocznym świadkiem zaskakującej autodestrukcji przedmiotów (i nie tylko ich) codziennego użytku. Allard nie wyglądał na kogoś, kto mógłby odczuć zaskoczenie podobnym stanem rzeczy – podbite oko i rozorany łuk brwiowy skutecznie pozbawiały go prawa do oponowania przeciwko siłowym rozwiązaniom.
Czy byłem miły? Ostatnim razem w trzydziestym siódmym. I nieszczególnie popłaciło – przez moment po prostu obserwował jałową wędrówkę nieodpalonego papierosa z jednego kącika do ust do drugiego – niemy, dający czas na namysł taniec, który dobiegnie końca, gdy smak rozmiękłego filtra stanie się nieznośny, a woń suchego, uwięzionego w bibułce tytoniu drażniąca. Nie mieli czasu na smakowe doznania i teatr wahań – przynajmniej Fiodor go nie miał, dlatego spokojnym, niespiesznym ruchem sięgnął za pazuchę marynarki, zamierając w pół ruchu. – To już druga przysługa, którą jesteś mi krewny, Giroux. Po trzeciej będziesz mieć problemy ze spłaceniem długu – siedemnaście słów wystarczyło, by przetoczył spojrzeniem po okolicy, nie dostrzegając niczego niepokojącego – nie licząc zardzewiałej, opuszczonej karuzeli, która z zasady budziła niemiłe skojarzenia. – Chyba, że poznam twoją żonę. Wtedy wyjdziesz na zero – być może powinien uśmiechnąć się z soczystą dawką kpiny zaklętą w grymasie ust, ale daleko było mu do przejawów sarkastycznego rozbawienia – zwłaszcza z chłodnym metalem broni, którą pieczołowicie owinął w rąbek ciemnej szmatki i którą położył na ławeczce między sobą a Allardem. Dopiero wtedy – w połowie pozbawiony ciężaru pistoletu – zmierzył Giroux spokojnym wzrokiem, jakby dopytywał nie zainteresujesz się, skąd wiem o małżonce?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Czw Cze 01, 2017 11:29 pm

Zapach wiatru i barowego zaduchu, do tego płytka siateczka zmarszczek przypominająca pęknięcie na autobusowej szybie – rozpoczynała się w kąciku prawego oka i rozpierzchała aż do skroni, pogłębiając przy każdym grymasie. Coś w tym widoku nadawało zaistniałej sytuacji realizmu; zupełnie, jakby odbite na skórze ślady mijającego czasu stanowiły punkt odniesienia w chłodnej aurze zapadającego zmroku. Lazare patrzył przed siebie nieruchomo, bez zbędnych zrywów emocji, za to z czujnością właściwą co bardziej nerwowym drapieżnikom – Magnus podświadomie odbierał jego spokój jako cieniutką skorupę pozorów, gotów w każdej chwili zostać świadkiem gwałtownego wyzbycia się pozornie niewzruszonej fasady.
Nie był pewien, czy zdoła odeprzeć ewentualny atak – uwite nad rozciętą brwią gniazdko bólu, pulsujące miarowo w rytm oszczędnych uderzeń serca, nie ułatwiłoby zadania; wystarczył przecież jeden, gwałtowniejszy grymas, by pozornie zasklepiona rana otworzyła się na nowo, zalewając powiekę lepką falą metalicznej krwi. To byłby dobry moment, aby pożałować odwleczonej w czasie wizyty w prosektorium – choć prędzej czy później każdy i tak tam trafi.
Wizja ewentualnej bójki, z pozoru nierealna (w rzeczywistości bardziej prawdopodobna niż można by tego chcieć), nie napawała Magnusa entuzjazmem – od niemal trzech lat nic nie było w stanie tego uczynić. Nie zdobywał się na przejawy radości, zaskoczenia, wahania; w dokładnie opracowanym trybie dnia, w niczym nieróżniących się od siebie porankach, w sekwencji wyuczonych gestów nie było miejsca na przypadkowość. Tkwiła w nich za to trybikowa mechanika dobrego, szwajcarskiego zegarka – pobudka przed pierwszymi dźwiękami budzika pod szarym, pozwijanym przez nocne koszmary kocem, codziennie o tej samej porze, codziennie w tej samej pozycji; wciśnięty w kąt między ścianą a pryczą, owinięty niedbale pledem, z rękami obejmującymi pierś, która ubiegłej nocy zamarła w bezdechu na zbyt długo. Budził się i wiedział, że za chwilę rozlegnie się nieznośny jazgot dzwonka, i że będzie miał dokładnie dwadzieścia minut na powrót do szarej rzeczywistości.
Dość czasu, by odkryć w sobie nowe pokłady niechęci.
Od miesiąca nawet zakupy, dotychczas stanowiące najbardziej emocjonujący element dnia, obdarte były ze zwyczajowej emocjonalności – odkąd reglamentowano żywność, na sklepowych półkach, krótko mówiąc, nie było nic… choć nie należy przesadzać, albo raczej pomniejszać sukcesów: coś tam jednak było. Dwa rodzaje cukierków, rozmiękłe od wilgoci wafelki, herbatniki, konserwy, na stoisku rybnym rzecz najokropniejsza – zamrożone, sprasowane dorsze, które utraciły swoją dawną formę; tylko gdzieniegdzie na szaroróżowej powierzchni brykietów widniały rozchylone paszcze, które przywędrowały do Paryża z krainy wiecznych mgieł.
I nawet one prezentowały się dziś lepiej od Magnusa.
- W nowożytnym Paryżu mogliby zrobić to samo z tobą. Nawet efekt byłby podobny – cierpliwie zniósł swobodny, choć wyraźnie pozbawiony wesołości uśmiech rozmówcy, zastanawiając się, co by było, gdyby teraz postanowił wybić mu odsłonięte w grymasie niemego triumfu zęby.
Śmierć byłaby szybka i skuteczna czy zbędnie przeciągnęłaby się w czasie?
Duch małego odkrywcy uleciał z Magnusa równie prędko, jak się pojawił – na jego miejscu pozostała wyłącznie herezja myśli, kołaczącej się jeszcze przed chwilą pod czaszką i będącej zupełnie jak czkawka po wyjątkowo miernym winie. Przecież obaj wiedzieli – Lazare, Sørensen, nawet pełna detali karuzela – że świat, w którym przyszło im umierać, nie funkcjonował spontanicznie i bez żadnego nadzoru. Nie mógł funkcjonować.
- Krótko mówiąc, jesteś świadkiem zjawisk paranormalnych – w ostatniej chwili zwalczył nieodpartą ochotę uniesienia brwi w przejawie krystalicznie czystego pobłażania; delikatne pulsowanie nad podbitym okiem skutecznie odwiodło Magnusa od tego pomysłu, ale nie potrafiło powstrzymać przed przeniesieniem wzroku na Salko. – Nie martw się, znam miejsce, w którym ci pomogą – nim Lazare zdołał pomyśleć o zbędnej ekspresji i posłaniu swemu rozmówcy zawadiackiego kuksańca, Sørensen zanurzył dłoń w kieszeni marynarki, kątem oka obserwując niemal bliźniaczy ruch z boku. Dopiero słowa Salko – to skrupulatne wyliczanie długów, przywoływanie wspomnień z Nocy Piwa, wytykanie pośrednich błędów – skłoniły Magnusa do zaciśnięcia palców na szeleszczącej, porządnie wymiętej kartce z notesu.
- Moją żonę? – włożył zbyt wiele wysiłku w to, by głos – dotychczas wyrażający emocjonalność godną przydrożnego głazu – zachował ten sam, bezbarwny ton. Coś jednak musiało zdradzić: zbyt długie przeciągnięcie ostatniego wyrazu? Ledwie zauważalne drgnięcie brzmienia przy pierwszej sylabie? Palce, nagle kurczowo mnące skrawek papieru?
- Nie noszę obrączki, skąd ten pomysł? – dłoń z kartką notesu, niespiesznie wyciągnięta w stronę rozmówcy, miała odciągnąć jego uwagę od tematu, który wypłynął na wierzch bez ostrzeżenia – w rzeczywistości stanowiła odpowiedź na zadane przed momentem pytanie, choć sam Magnus, zbyt zajęty odpychaniem od siebie mirażu smukłej sylwetki i słabego wspomnienia woni perfum, nie potrafił dostrzec wskazówki.
- Lektura na wolny wieczór. Najwyraźniej nasz przyjaciel z piwiarni wziął mnie za kogoś istotniejszego, niż jestem w rzeczywistości – zbędna skromność połączona z nieskromnym spuszczeniem wzroku – spojrzenie Magnusa na ułamek sekundy zamarło na broni, aż dłoń w końcu nakryła owinięty w szmatkę pistolet, wsuwając go za poły marynarki.
Równie dobrze mógłby teraz wstać i odejść, ale coś – najwyraźniej niezdrowa ciekawość – nakazała zostać mu na miejscu. Przynajmniej do chwili, w której Lazare nie zareaguje na przekazaną wiadomość.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Karuzela   Nie Cze 04, 2017 8:59 pm

W chłodnym, zawilgoconym jak stara piwnica powietrzu wisiało niejasne wrażenie – produkt rozbuchanej wyobraźni, owoc ulotnego przypuszczenia bądź wypadkowa niezachwianej dedukcji – które powracało do Fiodora z uporem właściwym co bardziej wysłużonym bumerangom. Od lat – już dawno przestał liczyć, ilu – towarzyszyło mu nieracjonalne przeczucie, że wystarczy przelotny kontakt z kimś, aby poczuć coś (może woń, może nieokreśloną otoczkę), co pozwalała wiedzieć o drugim człowieku niemal wszystko. Czasem na zatłoczonej ulicy mijał obcego mężczyznę, przez sekundę jego twarz szczelnie wypełniała świadomość, a Chirjakow już wiedział, jaki kolor mają ściany w mieszkaniu faceta, czuł zapach perfum jego żony, smak ulubionych potraw – albo przynajmniej takie odnosił wrażenie.
Niemniej, uczucie było przyjemne.
Tym razem było podobnie. Wystarczyła przelotna chwila w obecności Allarda, krótkie, pozornie zobojętniałe spojrzenie na jego twarz, a bodźce już napierały jak wygłodniała wataha. Fiodor wyczuł atmosferę osamotnienia, które – choć znośne – odbijało na Francuzie wyraźne piętno, widział ascetyczną prostotę jego mieszkania: drewno, wysłużona kanapa, nic osobistego w zasięgu wzroku, domyślał się, że Giroux nie ma dzieci, a każdą wolną chwilę poświęca na rozdrapywanie ledwie zasklepionych ran. Może powracał wspomnieniami do lepszych czasów – do czasów, gdy urządzał kolacyjki przy świecach i wpatrywał się w twarz ukochanej kobiety w banalnie romantycznej aranżacji.  Gdyby Fiodorowi kiedykolwiek zależało na podobnej scenerii życia, być może aż zapiekłoby go w dołku z zazdrości; w jednej chwili był dzieckiem, a w następnej dorosłym uginającym się pod ciężarem obowiązków i powinności, zupełnie jakby przeoczył piętnaście lat młodości, której przywileje przeznaczone zostały dla kogoś innego.
Jednak nie zazdrościł Allardowi – czuł się znakomicie, nie użerając się z nikim (poza, rzecz jasna, Lykovem), nie prowadząc żadnej małżeńskiej gierki, nie pogrążając się w bezustannym pośpiechu pomiędzy domem a pracą, bo ktoś tam nie może za długo zostawać z dziećmi. Fiodor czuł się tak dobrze, jakby posiadał całkowitą kontrolę nad własnymi decyzjami, tak dobrze, że nie miał nawet ochoty załamywać rąk nad swoim sakramencko schrzanionym życiem. Być może powinien w pewien sposób współczuć Allardowi samotności, na którą (mniej bądź bardziej sprawiedliwie) został skazany – jednak od dawna nie mógł sobie pozwolić na żałowanie kogokolwiek; należał przecież do grona ludzi potrzebujących wokół siebie mnóstwo przestrzeni, której lepiej nie naruszać. Gigantyczny kontrast pomiędzy tą dwójką przywoływał skojarzenie z gwoździem wbitym w aortę – nie było to nic zwyczajnego, nic powszedniego, nic, czego można samemu sobie zażyczyć, a jednak w jakiś sposób zdołali pokonać drastyczne różnice, skupiając energię na tym, co posiadali wspólnego.
Paradoksalnie połączyła ich niechęć wobec ludzi – zwłaszcza tych gadatliwych.
Znajdź klif, a sam z niego skoczę – cichy pomruk, którego źródło leżało gdzieś w głębinach szerokiej piersi, wyjałowiony został z wcześniejszej wesołości. Teraz, kiedy broń swobodnie leżała na szczebelkach ławki i cierpliwie wypatrywała powrotu do właściciela, rozbawienie było nie na miejscu – wzrok musiał dokładnie przeczesywać okolicę, nie oszczędzając ciemnych okien kamienicy, a usta, zamiast na uśmiechu, miały skupić się na cedzeniu kolejnych słów.
Co za szczęśliwy zbieg okoliczności. Tobie pomogli? – spojrzenie, okraszone powłoczką pozornego spokoju, zamarło na dziś wyjątkowo niewyjściowej twarzy Allarda, całą uwagę poświęcając rozoranej brwi oraz nabrzmiałej od krwi powiece. Fiodor wiedział, że boli – przynajmniej dwukrotnie cierpiał na podobną przypadłość – i domyślał się, że nawet najlżejsze drgnięcie mięśni wzbudza kolejną falę pulsującej udręki.
A jednak Allard wciąż mówił, wyraźnie błagając o dodatkową porcję martyrologicznych katuszy.
Nie noszę ze sobą kufli, ale to nie sprawia, że przestaję być barmanem.
Ani że tak naprawdę zaczynam nim być – choć to akurat kwestia dobrze spreparowanych referencji.
Zdjęcie obrączki nie wystarczy – czuł się jak nauczyciel, który po raz kolejny cierpliwie tłumaczy wyjątkowo nielotnemu uczniowi tajniki ułamków dziesiętnych – cierpliwie, choć ze znużeniem, w którym tkwiła tęsknota za straconymi minutami życia.  
Wciąż masz blady ślad tam, gdzie skóra nie była opalona. Wakacje na Balearach czy zamieniłeś południe Francji na Paryż? – nagle okolica przestała mieć znaczenie; jasne, nieruchome jak kriosfera tęczówki zamarły na twarzy Allarda, najwyraźniej gotowe uchwycić nawet najlżejszy cień zawahania w jego mimice, coś, co samo w sobie będzie odpowiedzią na zadane pytanie. Wybawienie przed zdradziecką chwiejnością nadeszło jednak prędzej, niż Fiodor śmiał zakładać – kartka, którą Giroux kurczowo zaciskał w palcach, nagle znalazła się w zasięgu dłoni radzieckiego agenta, ledwie kilka centymetrów nad leżącą na ławce bronią.
Sam musisz przyznać, że nie wygląda to na sprawiedliwą wymianę.
Papier zaszeleścił cicho, kiedy Chirjakow wysunął kartkę spomiędzy palców Allarda, najwyraźniej przechodząc do porządku dziennego z jawną niesprawiedliwością rotacji. Spojrzenie Giroux, jeszcze przed momentem skupione na broni, teraz przeniosło się na twarz Fiodora, wyrażając niezdrowe zainteresowanie reakcją towarzysza – czegokolwiek nie oczekiwał Francuz, musiał poczuć gorzkie rozczarowanie, gdy Chirjakow wsunął złożoną kartkę do wewnętrznej kieszonki marynarki, ledwie moment później wygładzając jej materiał tak, jakby nie zaszło nic nadzwyczajnego.
Sądzę, że nasz przyjaciel z piwiarni wcale się nie pomylił – lekkim szarpnięciem poprawił rękaw, dopiero po chwili ponownie przenosząc spojrzenie na Allarda – tym razem, poza niewzruszonym spokojem, wyrażające szczere zaskoczenie. – Coś jeszcze?
Trudno o bardziej wyraźny znak, że to spotkanie właśnie dobiegło końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Karuzela   

Powrót do góry Go down
 
Karuzela
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Opéra-
Skocz do: