IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Aleja nad Sekwaną


Share | 
 

 Aleja nad Sekwaną

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Aleja nad Sekwaną   Wto Sie 09, 2016 2:51 pm



Aleja nad Sekwaną

Cicha i spokojna alejka, biegnąca wzdłuż brzegu Sekwany. Oddalona od głównego zgiełku miasta wydaje się miejscem doskonałym na romantyczne spacery, czy też wyjście z pupilem. Przechodniów przed słońcem i opadami chronią gałęzie wiekowych drzew pochylających się nad uliczkami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 5:33 pm

Damien miał dzisiaj popołudniową zmianę w pracy. Musiał jeszcze przed wyjściem obrać ziemniaki na obiad. Znowu. Jedzenie tego samego już mu zbrzydło, ale wiedział że na chwilę obecną nic lepszego nie dostanie. Oprócz tego zlew im nawalał, a ponieważ Michel jest dzisiaj cały dzień w pracy, to na chłopca spadła odpowiedzialność bycia mężczyzną w domu. Kiedy już uporał się z ziemniakami i naprawił zlew, zostało mu nie wiele czasu. Musiał dostać się do teatru, ze swojej dzielnicy. Ruszył dość szybkim krokiem.
Na dworze był ziąb, ale nie tak mocny jak rano. I gdzie ta wiosna co miała przyjść za kilka dni? Marzec czasami bywał ciepły. Renard pamięta jeszcze takie czasy. Jednak w tym roku, śnieg utrzymywał się już przez kilka miesięcy.
Chłopak wybrał krótszą drogę, przez alejkę. Było tu mniej ludzi, więc bardziej rzucał się w oczy, ale teraz chciał tylko zdążyć do pracy. Szedł żwawym krokiem, trzymając ręce w kieszeniach swojej kurtki. Na plecach miał torbę, w której to miał kanapkę i koszulkę na zmianę. Strój roboczy trzyma w szatni, jednak koszulkę zawsze bierze czystą, z domu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 5:41 pm

Konny patrol. Wspominałem już kiedyś, że siodło po odpowiednim czasie wżyna się w tyłek? Nic nie wżyna się w tył tak, jak to siodło. Kazali legitymować. Pan każe, sługa musi. Sługa, jeździec. Jeden pies. Bądź co bądź, Matt wcale nie miał na to ochoty. Kto by miał? Tłuc się po mrozie, w płaszczu który zdecydowanie nie gwarantował odpowiedniej ochrony przed ciepłem. Młody mężczyzna idący żwawym krokiem wydawał się idealnym celem do sprawdzenia. Bądź co bądź, tak wygląda stereotypowy członek ruchu oporu - młody, narwany, chcący strzelać do wszystkiego co nie macha francuską chorągiewką. Viva la France? Nie wiem już, co gorsze. Poprawił ułożenie munduru, sprawdził czy pistolet znajduje się aby na pewno w kaburze, lekko spiął Siwka, dogonił, co wcale nie było takie łatwe, Damiena po czym chrząknął tak znacząco jak tylko potrafił, przyjął minę wrednego Szwaba nr. 42 i odezwał się głosem, którego można się spodziewać po żołnierzu patrolującym już entą godzinę na mrozie : Dokumenty, bitte. Mam nadzieję, że nie będzie sprawiał problemów. Nie chcę konia męczyć...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 5:56 pm

Zgadnijcie kim trzeba być, aby zostać wylegitymowanym dwa razy w ciągu tygodnia, i to przez zupełny przypadek? Pechowcem? To zapewne. Widocznie Niemcy mieli podejrzliwość co do młodych francuzów. I słusznie. Większość takich młodzieńców chętnie pozbyłaby się okupanta. Młodzi ludzie nie byli zbytnio otwarci na nieproszonych gości.
Gdyby chłopak był na przykład ukrywającym się żydem ze sfałszowanymi papierami, to przy takich ilościach sprawdzania dokumentów w końcu by wpadł. Poza tym, ostatnio miał już ryzykowną sytuację z pewnym Niemieckim patrolem. A co jeśli jest pod ich obserwacją? Czy to w ogóle było możliwe.
Damienowi serce zabiło mocniej, gdy tylko o tym pomyślał. Dłużej nie mógł udawać że nie widzi faceta na koniu. Czy ich nie powinno być dwóch, no chyba że koń to jego para. Biedne zwierzę, nie zdaje sobie sprawy dla jakich bydlaków pracuje.
Chłopak spojrzał na Niemca niezadowolony, trochę zdenerwowany, ale posłusznie wyjął dokumenty. Szybko, sprawdzaj i do widzenia, śpieszy mi się. pomyślał, podając facetowi legitymację. Nie miał ochoty na udawanie że nie zna niemieckiego, szczególnie że bardzo mu się śpieszyło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 6:03 pm

Danke. Jeszcze ausweis, panie, emm, Mora. - powiedział Matthias patrząć w dowód Damiena. Dobry boże, jakby ci Francuzi nie mogli nosić tego wszystkiego w jednym miejscu. Ja teraz stoję i marznę. Siwek też marznie. Wszyscy marzną. Facet wyglądał na zdenerwowanego, chociaż tak naprawdę Matt nie do końca rozumiał czym. Czekając na zaświadczenie o zatrudnieniu Demiana przeglądał jego dowód. Wszystko się zgadza, co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Przynajmniej zaoszczędze czas, który inaczej spędziłbym na dostarczaniu go na posterunek, tylko po to, żeby potem jego matka doniosła ten papier. Jak za każdym razem. Ten cały ruch oporu to jedna wielka ściema, którą wymyśliło dowództwo, żebyśmy się całkiem nie rozpili. I wiecie co wam powiem? Nie działa. Ci co chcą pić, i tak piją na potęgę, a ci co nie chcą jeżdżą wieczorem konno po najpiękniejszych zakamarkach Paryża i zatrzymują patafiany. Zawsze tu jest tak zimno? - niespodziewanie zagaił Matt, swą cudowną francuszczyzną przypominającą raczej zarzynanie biednego, biednego świniaka przez bardzo niewprawionego rzeźnika.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 6:15 pm

A no tak, auswies...Chłopak pogrzebał w spodniach i wyjął resztę dokumentów. Po co im to wszystko? I tak pewnie nie zapamiętują setki nazwisk, a na papierach nie ma napisane "Członek Ruchu Oporu". W ten sposób na pewno ich nie złapię. Co prawda konspiracja zwolniła na okres zimy, ale szkopy zamiast skorzystać z tego czasu to nie zrobili żadnych postępów jeśli chodzi o ich działalność. Damienowi to nie przeszkadzało, po prostu było zbyt...nudno.
Schulz chyba jeszcze nie odczuł na swojej skórze podziemnej konspiracji. Będzie miał jeszcze na to czas.
Renard też by wolał już być w pracy, niż stać na tym mrozie. Więc liczył na to, że Niemiec go łaskawie puści i oboje pójdą w swoją stronę. - Jest zima, więc jak sama nazwa wskazuje, jest zimno.- Wycedził. Znowu był trochę zbyt przemądrzały, ale miał już taki charakter, a teraz marzł i musiał za kilka minut być w pracy, więc jego irytacja niezwykle wzrosła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 6:30 pm

- Mamy marzec. To raczej.. emm... przedwiośnie. Co, sprzątamy w teatrze? Obcowanie ze sztuką, w sumie. Jak byłem w Twoim wieku, też chciałem robić coś takiego. Przestań się zachowywać jak kutas - powiedział z uśmiechem kawalerzysta - to, że mam na sobie feldgrau, nie robi ze mnie skończonego skurwysyna. Przynajmniej ja tak myślę. Śpieszymy się, co? - Matt i to jego "co". Bywa denerwujące, co? Lubił poznawać ludzi. Przemądrzały francuzik uraził go lekko, Matt po prostu próbuję być miły, a ten traktuje go jakby co najmniej napadł jego kraj, podbił go, zajął miasto i zawiesił na najwyższej wieży obcą flagę. Ups. No cóż, to nie jego wola! Naprawdę, jest przekonany, że w innych warunkach, mogliby zostać przyjaciółmi, a i te nie są aż tak niesprzyjające jak mogą się wydawać. Przynajmniej z jego strony. Jak na razie trzymał się go jak wrzód na dupie, w ręku wciąż trzymając dokumenty młodego francuzika. Nie z jakiejś przyczyny... po prostu o nich zapomniał. Ot, łatwo się zagaduje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 6:50 pm

Jak w większości przypadków, Damien chodził po cienkiej granicy. Zawsze może przesadzić i powiedzieć o jedno słowo za dużo. A ten szwab strasznie go prowokował, do wypowiadania niewłaściwych słów. Kutas co? Gdyby młody tak do niego powiedział już by wisiał. Taka jest między nimi różnica. Gdyby szkop chciał, mógłby go pobić, lub nawet zabić. Wystarczyłoby że w papierach napiszę że młody się na niego rzucił, i już. Obeszłoby się to bez konsekwencji. Przecież dla takich jak on, dzieciak jest tylko nędznym szkodnikiem.
-Wmawiaj sobie.- mruknął pod nosem po francusku. Nie miał zamiaru tego mówić. Samo wyszło. Tak więc szybko zmienił temat. -Za parę minut muszę być w pracy.- Powiedział szybko i sprawnie w swoim ojczystym języku. Dalej był trochę poddenerwowany. Czy ten szwab nie może oddać mu już dokumentów? A nie prowokuje go do rozmowy. Chłopak stał, trzymając ręce w kieszeniach i kuląc się z zimna. Nie był cierpliwy do takich sytuacji. W ogóle nie był cierpliwy. Przeskakiwał z nogi na nogę, próbując jakoś w ten sposób rozgrzać się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 7:20 pm

- Praca, praca, praca. Widzisz, ja teraz jestem w swojej. Paskudna sprawa, co? Płacą mi za to, że chodzę w nocy po ulicy i sprawdzam ludziom dokumenty. Paranoja. W Twoich wszystko jest w porządku, trzymaj. I głowa do góry. Przecież dopóki nic nie przeskrobiesz, nikt nie będzie miał Ci nic za złe, cholera. A kryminaliści są i francuscy, i żydowscy, i niemieccy. I wszystkich jest praktycznie tyle samo. Wyciągnął rękę z papierami w kierunku Damiena. No cóż, życie. Matt miał ochotę pogadać z kimś, w gębie mu zaschło jak diabli od tego całego sprawdzania dokumentów. Siwek jest kiepskim kompanem do dyskusji, a chyba będzie mu jedynym przez resztę nocy. Miłego wieczoru, auf wiedersehen, panie Mora. Cywile tak czy siak będą nas uważać za wrogów, czego byśmy nie zrobili. W gruncie rzeczy, jesteśmy okupantami, mają do tego pełne prawo. Ale co ja mu jestem winien? Ja tu tylko sprzątam...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 29, 2016 7:43 pm

Damien nie miał zamiaru zmieniać swojego zdania. Słuchał wypowiedzi Niemca. Nie wziął jej zbytnio sobie do serca. Może to przez ten łamany francuski, przez który szkop nie brzmiał poważnie. W każdym razie chłopak za dużo przez nich wycierpiał, żeby móc uznać go za wyjątek. Co z tego że jeden Niemiec nie lubił swojej pracy, skoro drugi już katował jakiegoś dzieciaka tylko za to że narysował coś na murze. Chłopak podniósł głowę do góry, jak mu kazał Niemiec, ale tylko dlatego, że siedział na koniu a on chciał mu spojrzeć w oczy. Na minie chłopaka siedziała obojętność, ale w jego oczach można było zauważyć nienawiść, jaką czuł niekoniecznie do tego człowieka, ale do pracy jaką wykonuje. Przecież nie musiał zostać wojskowym.
-Merci.- powiedział niechętnie odbierając papiery. Nie miał zamiaru z nim rozmawiać, ale grzeczność nakazała mu podziękować.
Miło że szwab chciał sobie z nim pogawędzić, ale chłopak miał przed sobą kilka godzin pracy. Nie chciał się spóźnić. Każde spóźnienie to obniżona pensja, a obniżona pensja to mniej pieniędzy na jedzenie. Chłopak skinął głową i ruszył szybkim krokiem w stronę teatru.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Wrz 13, 2016 5:37 pm

/jaki dzień Ci pasuje?
Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Czuł niepokój, jakby zbliżało się coś złego. Ryki syren rozległy się za oknem, godzina policyjna dobiegła końca. Łukasz wzdrygnął się w fotelu. Świdrujący dźwięk wybił go z płytkiej drzemki, która powoli ogarniała jego ciało i umysł. Wytężył słuch. Słyszał skrzypienie łóżka i ciężkie westchnięcie dobiegające z miejsca, w którym spał Gavroche. Coś się stało?, spytał zaniepokojony. Może jeszcze nie przyzwyczaił się do tego miejsca i nawiedzały go koszmary? Łukasz bardzo by tego nie chciał. Sam miał przykre doświadczenia z okresu, kiedy zamieszkał w ośrodku. A przecież był starszy od Gavroche'a o dwa lata. Zamiast odpowiedzi usłyszał dźwięk, który nawet niewprawne ucho zdołało poprawnie zinterpretować jako zaprzeczenie. Śpij, śpij, wyszeptał, by nie zbudzić Tosi. Wyciągnął przed siebie dłonie, natrafiając na kołdrę chłopca i jego zimne stopy. Nakrył go szczelniej i poprawił pościel. Z ich sytuacją finansową nie mogli sobie pozwolić chociażby na katar, a co dopiero więcej chorób, którymi wszyscy mogliby się zarazić. Wycofał się powoli, poświęcając kilkanaście sekund na wsłuchanie się w oddech Tosi. Chociaż jej tej nocy przyjdzie się wyspać. Uśmiechnął się pod nosem. Stanowili doprawdy niesamowity tercet. Na pierwszy rzut oka osoby trzecie mogły pomylić ich z pełną rodziną: matka, ojciec i dziecko. Nie wszystko na tym świecie ma jednak biało czarne barwy. Sytuacja jawiła się zgoła odmiennie. Więź jaka łączyła jego i Tosię była bardzo silna, jednak zupełnie nie podobna do uczuć, jakie żywiłoby do siebie małżeństwo, lub para po słowie. W tym przypadku wszystko miało charakter bardziej czysty i platoniczny. W przypadkach niektórych rodzeństw podobna więź nie miałaby racji bytu. Gavroche był zwieńczeniem dzieła, które razem dawało efekt patchworkowej pościeli, uszytej z odmiennych elementów. Ich troje było właśnie takimi odmiennymi elementami, które razem składały się na wspólną całość.
Możliwość poruszania się bez potrzeby zapalania jakiegokolwiek źródła światła była niewątpliwie zaletą w życiu niewidomych. Łukasz poruszał się bezszelestnie, bez pomocy laski, znał bowiem każdy próg w swoim mieszkaniu. Przez ostatnie dni, kiedy tylko miał chwilę wolnego, pracował nad nową serią rzeźb, którym poprawiał ostatnie elementy, wypalał i nadawał połysku. Zwinięte w kawałki starych gazet spakowane były w podręcznej torbie, która lata świetności miała już za sobą. To już ta pora. Trzeba wyjść i zarobić cokolwiek na chleb. Nie jadł śniadania. Racje jedzenia, które mieli w mieszkaniu wystarczyłyby tylko dla dwóch osób. Włożył gruby, czarny, lekko przykurzony płaszcz, który mimo tego, że nie był najnowszy, prezentował się klasycznie. Klasyka zawsze jest dobra. Łukasz dbał o swój wizerunek, zdawał sobie sprawę, że inni ludzie przykładają do tego dużo więcej uwagi ni- on. Zapewne z wyglądem kloszarda jego rzeźby chodziłyby o wiele niższych cenach. Podniósł torbę z podłogi i ostrożnie przewiesił ją sobie przez ramię. Chwycił laskę, która zwykle towarzyszyła mu przy każdym wyjściu w teren. Zaryglował za sobą drzwi. Minęło półtora roku od jego przybycia do Paryża. W ciągu tego czasu udało mu się wyrobić orientację przestrzenną, że podczas spacerów nie potrzebował już koniecznie towarzystwa. Owszem, czasem się gubił. Zwykle jednak wyczuwał intuicyjnie, kogo mógłby poprosić o wskazówkę i ewentualne podprowadzenie. Miał na to swoje tajemnicze sposoby. Trafiał dzięki temu na same życzliwe i czasem aż do przesady chętne do pomocy osoby. Przecież nigdy nie prosił, by zaniesiono go na rękach prosto na miejsce. Często wynikały z tego zabawne sytuacje. Śmiechom nie było końca. A wszyscy śmiali się i dokazywali.
Tym razem nie napotkał jak do tej pory żadnej żywej duszy. Mimo to, dobrze wiedział gdzie się znajduje. Aleja nad Sekwaną, jedno z jego ulubionych miejsc w Paryżu. Zdumiewające jak zapach porannego szarego szumu o świcie różnił się od wieczornego zmierzchu. Wieczorem powietrze pamiętało wszystko, co wydarzyło się w ciągu minionego dnia. Zapachy z kuchni najlepszych francuskich restauracji, smród paliwa niemieckich samochodów, przykro pachnące niespodzianki pozostawione przez konie zaprzęgnięte do dorożek, w których za nic w świecie nie chciałby zatopić swojej laski. A także wiele innych. Natomiast rankiem, powietrze było niczym czysta karta. Każdy miał szansę na drugą szansę.
Laska natrafiła na trawnik. Sygnał, że zszedł za mocno na prawą stronę. Wrócił na właściwy tor. Laska nieprzerwanie badała teren przed jego stopami, wspomagana wyćwiczonym nadgarstkiem. Ktoś szedł z naprzeciwka roztaczając wokół siebie specyficzny zapach. Prym wiódł dym papierosowy zmieszany z dziewczęcymi perfumami, na dodatek wszystko przyprawione ledwie wyczuwalną nutką potu. Ten pot był jakiś dziwny. Kłócił się z innymi, niepasującymi do niego zapachami. Nie należał do osoby przed nim. Przyszło mu do głowy dziwne porównanie. Tak jakby osoba przed nim przez kilka godzin jechała tramwajem w czasie lata w towarzystwie dwóch tuzinów spoconych mężczyzn i właśnie z niego wysiadła, ale niesmaczny zapach nie chciał jej opuścić. Z tramwaju, albo... Jakiegoś pubu. Cokolwiek to miało znaczyć, sprawiało wrażenie jakby na czystej karcie nieskazitelnego poranka wspomnienie nocy odcisnęło swoje silne piętno. Łukasz wykrzywił usta w grymasie, wyrzucając z głowy wszystkie rozważania na temat mijającej go osoby. Spodziewał się, że postać po prostu go wyminie. Zapach przybrał na sile. Jego uszu doszedł nerwowy chód, takie echo mogły wytwarzać tylko kobiece buty. Do tego, urywany, zmęczony oddech. Nagle doznał olśnienia. Wszystko stało się jasne.
- Elodie, na litość Boską, co tu robisz tak wcześnie? - Spytał, wyciągając dłoń przed siebie na wysokość, gdzie mógł znajdować się jej łokieć. Złapał ją, żeby na chwilę się zatrzymała. - Daruj mi proszę moje zachowanie, ale... Potrzebujesz pomocy? - Spytał, przestając już silić się na spokojny ton. Jego niepokój wrócił, ze zdwojoną siłą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Wrz 13, 2016 6:50 pm

Jak co noc, niecierpliwie odliczała minuty dzielące ją od pierwszego świtania, które było dla niej sygnałem do opuszczenia One-Two-Two. Posiadała w prawdzie dokumenty uprawniające ją do poruszania się po Paryżu nawet w czasie godziny policyjnej, ale rzadko kiedy korzystała z tego przywileju. Słyszała zbyt wiele opowieści o nachalności niemieckich patroli względem pracownic burdelu, by ryzykować spotkanie z nimi. Pozostanie w One-Two-Two było w tym wypadku mniejszym złem, bo tam zawsze mogła ukryć się przed niechcianym zainteresowaniem gości. Było też kilku pracowników lokalu dbających o bezpieczeństwo szczególnie tych dziewcząt, które podobnie jak Élodie nie sprzedawały swego ciała w sensie dosłownym.
Dzisiejsza noc była wyjątkowo męcząca, więc gdy tylko niebo na wschodzie zaróżowiło się w pierwszym brzasku, Élodie narzuciła na siebie mocno wytarty płaszcz i opuściła swoje miejsce zatrudnienia. Wyjście z rozgrzanego, dusznego wnętrza lokalu na chłodne powietrze było jak wiadro zimnej wody wylane na głowę, ale przynosiło jej duszy dziwne ukojenie. Paryż był jeszcze cichy i spokojny, więc spacer traktowała jako pewną formę oczyszczenia. Oczywiście zaraz po tym jak dotrze do domu wyszoruje się w lodowatej wodzie, próbując nieudolnie zmyć z siebie ślady dzisiejszej nocy. Jak zawsze jej się to nie powiedzie, bo żadna woda nie mogła usunąć wspomnień niechcianego dotyku męskich dłoni z jej umysłu. Czasem miała wrażenie, że jedynym sposobem na pozbycie się tych wszystkich myśli byłoby rzucenie się do Sekwany. Takie myśli nachodziły ją niemal codziennie, gdy tą samą trasą wracała do domu, mijając przy tym rzekę. W półmroku woda wydawała się niemal czarna i niesamowicie kusiła wizją wiecznego zapomnienia. Élodie zastanawiała się czy kiedyś jej desperacja będzie na tyle wielka, że zadrze do góry swoją mocno wytartą spódnicę, przejdzie na drugą stronę barierki i rzuci w dół. Dziś wola życia wciąż była w niej zbyt silna na taki krok - zwłaszcza, że głęboko katolickie wychowanie powstrzymywało ją przed samobójstwem grożąc wieczny potępieniem. Kiedyś jednak straci całą swoją nadzieję na odkupienie i co wtedy? Skrzywiła usta w przykrym grymasie i oderwała wzrok od Sekwany. Mocniej objęła się ramionami, by zapanować nad drżeniem zmęczonego i zmarzniętego ciała. Wbijając wzrok w ziemie ruszyła dalej, stukając cichutko niskimi obcasami swoich pantofelków. Przed dalszą część drogi towarzyszył jej wyłącznie ten odgłos. Kiedy jednak wkroczyła na aleję biegnącą - o zgrozo! - wzdłuż rzeki dosłyszała ciche kroki i towarzyszący im regularny stukot. Długo nie podnosiła wzroku mając nadzieję, że ktokolwiek nadchodzi z naprzeciwka, niebawem zmieni kierunek. Dźwięk jednak się nasilał, a ona zaraz zrozumiała, że jest w nim coś niepokojąco znajomego. Podniosła więc oczy, by wypatrzeć przed sobą znajomą sylwetkę mężczyzny z laską w dłoni. Zaklęła w myślach i w pierwszym odruchu chciała uciekać, bo spotkanie o tej porze wydawało jej się zawstydzające. Co jeśli się czegoś domyśli..? Przypomniała sobie jednak, że Łukasz nie może jej zobaczyć, więc może po prostu pójdzie dalej nieświadomy jej obecności? Miała nadzieję, że dziś będzie mniej spostrzegawczy niż zazwyczaj. Wpatrywała się w niego z niepokojem, oddychając niespokojnie z nagłego zdenerwowania. "Co on sobie o mnie pomyśli?" - zamartwiała się. I kiedy już myślała, że uda jej się go wyminąć, on zwrócił się do niej po imieniu.
- Luca... - zaczęła pełnym zaskoczenia tonem, ale kłamliwe wyjaśnienia zamarły jej na wargach, gdy złapał ją za łokieć. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać. Jej mięśnie napięły się z lękiem, bo zdecydowanie zbyt wiele obcych dłoni dotykało dziś jej ciała. Zaraz jednak uspokoiła się, bo to przecież był Łukasz! Kochany i dobry Łukasz. Rozluźniła się więc i w dziwnie rozpaczliwym geście zacisnęła dłoń na rękawie jego płaszcza. Z tej nagłej ulgi łzy napłynęły jej do oczu.
- Wszystko dobrze, nie martw się. Wracam z pracy. - odpowiedziała mu cicho, mimowolnie przywołując na usta drżący uśmiech. Na Boga, jak dobrze, że nie mógł dostrzec jej twarzy - bladej, zmęczonej i pokrytej resztkami scenicznego makijażu. - Powiedz mi lepiej co ty tutaj robisz bladym świtem. - dodała zaraz, chcąc jak najszybciej uciąć temat swojej pracy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sro Wrz 14, 2016 3:34 am

Nie śpię bo piszę posty. Trzy razy zaczynałam pisać tego posta, przez kaprysy komputera i brak współpracy z jego strony. Ale odkładanie rzeczy na rano jest dla mięczaków.

Nigdy nie mógł wyjść z podziwu, jak dziwacznie brzmiało jego imię w ustach Paryżan. Teraz też dźwięki pełne zaskoczenia, które wydobyły się z gardła panny Vestris, spowodowały, że Gawroński przeszedł z nogi na nogę, by lepiej rozłożyć ciężar swojego ciała i nie podpierać się o lasce. Wyczuł, że postąpił niewłaściwie, naruszając jej nietykalność cielesną, nawet tym z pozoru nieszkodliwym gestem. Prędko zabrał rękę. Wsłuchał się w jej oddech, odrobinę bardziej miarowy niż kilka sekund temu. W alei było bardzo cicho, nikt nie zakłócał im spokoju. Przez co był niemal pewny, że słyszy powoli przesuwające się kości w jej klatce piersiowej. Nie zdawał sobie sprawy, że ten dźwięk wydawany był najprawdopodobniej przez gorset, który miała na sobie. Ewentualnie inny strój, na który Łukasz w życiu nie mógłby znaleźć odpowiedniej nazwy. Zacisnął palce na swojej lasce, aż pobielały mu kłykcie i żyły.
- Élodie, mon doux Élodie… – zaczął, z coraz mniej kaleczącym uszy akcentem, który jego samego wciąż nie zadowalał. Jedyne, co mu przychodziło do głowy w tej zaskakującej chwili i jedyne, na co miał ochotę to otarcie łez z jej policzków. Nawet nie znał ich kształtu. Ach, na litość Boską, cóż za niedopuszczalne myśli. To niedopuszczalne. Wyraźnie nie życzyła sobie poufałości. W przeciwieństwie do innych mężczyzn, mających spore problemy ze zrozumieniem krótkiego słowa „nie”, Łukaszowi wystarczył jeden, najdrobniejszy, niedostrzegalny dla oka gest. Wyrażał więcej niż tysiąckrotnie powtórzone – nie. Mimo wszystko jej dłoń wciąż kurczowo zaciskała się na jego rękawie.
- Nie martw się? – powtórzył, jak gdyby był nie tylko ślepy, ale i głuchy. – O tej porze wracasz z pracy. Sama jak palec. I każesz mi się nie martwić? – dodał, a jego głos z każdym słowem stawał się coraz wyższy. Nie przechodził jednak w krzyk, czuć było w nim strach. Wyraz jego martwych oczu był niespokojny. On sam był niespokojny. Niepokój trawił go przez całą minioną noc, nie pozwalając chociaż na chwilę zmrużyć oka. Niewidzące spojrzenie znieruchomiało „zawieszone” na pewnym bliżej nieokreślonym punkcie tuż nad jej ramieniem. Tak naprawdę to nie oczy były niespokojne, one wciąż pozostawały bez jakiegokolwiek wyrazu. Złudne wrażenie spowodowane było przez ściągnięte czoło i mocno zaciśniętą szczękę.
Bardzo Cię proszę, nie zmieniaj teraz tematu – dodał, już nieco spokojniej. – Czy są w pobliżu jakieś ławki? – To pytanie padło dosyć niespodziewanie, po kilkunastu sekundach ciszy. Nie mógł zebrać galopujących myśli. Kłębiące się, niezadane pytania zradzały tylko szereg nowych. Przecież tyle zakładów potrzebowało rąk do pracy w miejsce tych, którym nie dane było dożyć końca wojny. Dlaczego postanowiła zarabiać w taki sposób. Owszem, rozmawiali o tym jakiś czas temu, jednak okoliczności były zupełnie inne. Jej ton żartobliwy, wszystkie wibracje oddechu i bicia serca sprawiły, że nie dał wiary jej słowom. Teraz jednak, sytuacja jawiła się zgoła inaczej. Boże, dopomóż, westchnął w duchu. Uważał się za osobę oświeconą – nie w dosłownym tego słowa znaczeniu – jednak jak dotąd wydawało mu się, że wolny jest od osądzania innych ludzi. Co by zrobił Jezus? W różnych momentach swojego życia, kiedy zastanawiał się – co zrobić? – Zadawał sobie właśnie to pytanie. Nie miało to żadnego związku z jego nader katolickim wychowaniem. Nie ważne czy byłby ateistą, chrześcijaninem, albo kimkolwiek innym. Chciał postępować dobrze. No bo przecież, Jezus zawsze postępował dobrze. Czyż w Nowym Testamencie, w Ewangelii wg św. Jana nie padły słowa: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień» J 8,1 -11. Poczuł, że obca dłoń zniknęła z jego rękawa. Przestał wyczuwać wibracje towarzyszące każdemu jej wydechowi. Niespiesznie ruszył za stukotem obcasów, nakierowujących go swoim echem do ławki. Zbadał jej fragment laską, oceniając wysokość ławki. Usiadł obok Élodie, czując przemożną chęć chwycenia jej za rękę. Jeszcze mocniej zacisnął palce na lasce, którą mimo wszystko zaraz odłożył.
- Ja Ciebie nie potępiam. – Pochylił się lekko do przodu, wyczuwając zupełnie nową, fiołkową nutę w zapachu otoczenia. Zrobił głęboki wdech, wciągając w płuca ten przyjemny zapach. – Wiedz, że zrobię wszystko, żeby Tobie pomóc. Tylko sama musisz pozwolić sobie pomóc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sro Wrz 14, 2016 12:17 pm

Bardzo szybko porzuciły próby nauczenia się poprawnej wymowy jego imienia. Pogodziła się z tym, że właściwie potrafi to zrobić jedynie Tosia, której nieobce były polskie łamańce językowe. Élodie ograniczyła się do zdrabniania Łukasza to łatwiejszego w wymowie: Luca. A kiedy powiedzieli jej co oznacza jego nazwisko nabrała też zwyczaju nazywania go Freux - gawronem. Dziś jednak daleka była od użycia tego żartobliwego przezwiska, którym tak chętnie witała go, gdy przychodziła w odwiedziny. Miała wrażenie, że wstyd pali teraz nie tyle jej policzki, co całe wnętrze ciała: jakby ktoś wlał jakiś silnie żrący środek za jej żebra. W naturalnym odruchu skuliła się nieco, próbując skryć się przed jego niewidzącymi oczyma. Bała się, że ten dzień kiedyś nadejdzie! Ktoś przyłapie ją jak na gorącym uczynku; wracającą z miejsca swego upodlenia. Wody Sekwany nagle wydawały się o wiele bardziej kuszące niż jeszcze kwadrans wcześniej. Jeśli straci tych nielicznych ludzi, których kocha... to w czym to życie będzie lepsze od piekła?
Jej myśli galopowały w straszliwych kierunkach, rysując przed nią mroczne wizje przyszłości. Po całej nocy w One-Two-Two była zmęczona i wytrącona z równowagi, więc utrzymanie emocji w ryzach okazało się całkowicie niewykonalne. Gorące łzy stoczyły się po jej policzkach nim zdołała nad nimi zapanować. Na tym się bynajmniej nie skończyło, bo słysząc jak poufale się do nie zwraca, poczuła niemal fizyczny ból. Na zasłużyła sobie na takie słowa! Jej ciałkiem natychmiast wstrząsnął szloch. Dopiero teraz puściła jego rękaw, którego przed dłuższą chwilę tak kurczowo się trzymała. Obiema dłońmi sięgnęła do policzków, by samodzielnie otrzeć swoje łzy. Przez chwilę nie była w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa, w głowie miała zupełną pustkę. Dopiero kiedy zapytał ją o ławkę rozejrzała się wokół załzawionymi oczyma.
- Tu obok jest jedna. - powiedziała łamiącym się głosikiem i zaraz ruszyła w odpowiednim kierunku. W głowie jej się kręciło, a nogi drżały tak straszliwie, że obawiała się iż może zaraz upaść. Dlatego z pewną ulgą dotarła do ławki jako pierwsza. Usiadła na niej ciężko, nagle pozbawiona całego swojego baletowego wdzięku. Zresztą czy wciąż miała prawo do tego tytułu? Pewnie już nigdy nie będzie tańczyć na wielkiej scenie! Na tą myśl jej łzy popłynęły jeszcze gwałtowniej, a płacz przybrał na sile. Wygrzebała z kieszeni płaszcza pomiętą chusteczkę z monogramem (należącym do ojca, a nie do nie, ale kto by się tym teraz przejmował?) i na moment skryła w niej twarz. Materiał był delikatnie skropiony jej perfumami. Miała nadzieję, że znajomy zapach fiołków, pozwoli jej się choć trochę uspokoić.
- Przepraszam. - odezwała się wreszcie niepewna za co właściwie przeprasza. Za swoje łzy i niewłaściwie zachowanie? Za to jak nisko upadła? Czy za to, że tak strachliwie zareagowała na jego dotyk? Milczała jeszcze przez moment, ocierając raz po raz policzki i zbierając w myślach właściwe słowa. Nie było to proste, bo nieustannie kręciło jej się w głowie. Ciasno zawiązany gorset bynajmniej nie pomagała w uspokajających oddechach.
- Luca, ja nie jestem pewna czy można mi jeszcze pomóc. - szepnęła po chwili, nachylając się lekko w jego stronę. Przysunęła się bliżej niego, ale mimowolnie zachowała wystarczający odstęp, by nie dotykali się nawet odrobinę. Ostatnio miała z tym coraz poważniejszy problem. Dotyk. Kiedyś kojarzył jej się z matczyną ręką na czole. Albo z silnym i pewnym ramieniem partnera tanecznego, w czasie ćwiczenia podnoszeń. Dziś myśl o tym, że ktoś dotknie ją wbrew jej woli paraliżowała strachem. 
- Zrozum, ja nie umiem nic innego. Potrafię tańczyć, nic poza tym. - mówiła dalej, niepewna czy tłumaczy się przed nim czy może po raz kolejny przed sobą samą. - Chociaż trudno mi to coś nazywać tańcem. - dodała zaraz z goryczą w głosie. Kabaret nie był dla niej nawet namiastką baletu, ale przecież swoją taneczną dumą się nie naje.
Znów zamilkła na chwilę, ale nie szukała już kolejnych słów. Po prostu przyglądała się jego twarzy z dziwnym rozrzewnieniem, wiedziona nagłą pokusą, by pogładzić go po policzku. Powstrzymała się przed tym tylko dlatego, że podejrzewała iż dotyk jej dłoni będzie mu niemiły. Była przecież brudna. Skalana. Och, jakże chciałaby mieć w sobie choć namiastkę jego siły! On stracił wzrok i zdołał poradzić sobie w życiu. A ona? Zaledwie uszkodzone więzadła w jednym kolanie, a proszę jak żałosny widok sobą teraz przedstawiała! Mimowolnie dotknęła obolałego kolana, wyczuwając nawet pod grubym materiałem pończochy szpecącą bliznę.
- Proszę, nie mów o tym nikomu. - w jej głosie było słychać najprawdziwsze błaganie. Wiedziała, że inni nie będą tak wyrozumiali i straci ich jeśli dowiedzą się prawdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Czw Wrz 15, 2016 1:38 am

Szloch, który dławiła w gardle wreszcie ustąpił. Serce mu pękało na samą myśl o rozpaczy, w jakiej się znajdowała. Siedział jak cholerny kołek, ze spuszczonymi ramionami po sobie, szukając słów otuchy, które mogłyby ukoić jej zszargane nerwy.
- Nie masz za co przepraszać – odpowiedział, wyciągnął w jej kierunku rękę, ale szybko zatuszował ten gest, zaciskając palce na drewnianych belkach ławki w małym, ale jakże znaczącym odstępie pomiędzy ich ciałami. Skąd mógł wiedzieć, jaka odległość ich dzieliła? Otóż nie tylko słyszał, ale również czuł każde najdrobniejsze drżenie oddechu, które z niesamowitą wręcz siłą rozdzierało rozrywało mu duszę. Wiedział co znaczy trwać w tak głębokiej rozpaczy.
- Tobie należy pomóc, Élodie. – Poruszył twarzą na lewo i prawo, jego czoło lekko się zmarszczyło. Mimowolnie wyczuł zmianę w postawie jej ciała. Jej oddech docierał do niej z zupełnie nowej perspektywy. Zbliżyła się, a jednak nadal pozostawała pełna rezerwy w swojej postawie. Chciał jej opowiedzieć o swoim koszmarze z dzieciństwa. O tym jak nikt nie dawał mu nadziei na to, że kiedykolwiek odzyska wzrok. Bał się jednak, że dziewczyna źle odbierze jego słowa, sądząc, że porównuje ich sytuacje do siebie z tym, że swoją jawi jako o wiele gorszą. Nie myślał tymi kategoriami. Jej kontuzja przekreśliła szansę na życie, które może już nigdy nie być takie samo. Wypadek, który poniosła, przekreślił jej ścieżkę kariery baletowej, tak jak jemu przed laty inne znamienne w skutkach zdarzenie przekreśliło szansę na posługiwanie się najważniejszym ludzkim zmysłem. Jego również opuściły ostatnie okruchy nadziei dla normalnego życia. Z biegiem lat zrozumiał, że kiedy główna droga, którą wszyscy widzą przed sobą przestaje istnieć, w jej miejsce rodzi się wiele więcej dróg, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Tylko jak miał jej o tym powiedzieć, skoro nie potrafił odnaleźć właściwych temu słów. W tym momencie doznał olśnienia. Skrył twarz w dłoniach, oparł się całym ciałem na ławce i zaczął mamrotać jakieś niezrozumiałe farmazony, które ginęły pod jego palcami, przeradzając się w jakiś niezrozumiały bełkot. Opuścił dłonie, odsłaniając zaczerwienione z zimna i nagłej euforii policzki.
- Potrafisz, jeszcze nie wszystko stracone. – Oparł dłonie na kolana i wziął kilka głębszych oddechów, by się uspokoić. – Znam miejsce, w którym szukają kogoś do pracy. Nie jestem pewien czy to była restauracja, a może kawiarnia, chodzi o kogoś, kto obsługiwałby klientów. Ewentualnie parzył kawę i kasował klientów. – Urwał, nasłuchując tępa i częstotliwości jej oddechów. – Mógłbym pójść porozmawiać w Twojej sprawie, jeśli tylko wyraziłabyś zgodę. – Zamilkł. On również nie szukał już innych słów. W przeciwieństwie do wielu ekstrawertycznych osób, które każdą chwilę milczenia najchętniej zakrzyczałyby, żeby tylko nie musieć go znosić, jemu wcale ono nie przeszkadzało. Uważał, że wspólne milczenie jest ważnym elementem kontaktu z drugą osobą, czasem może i ważniejszym od samej rozmowy. Istniał w nim niedostrzegalny na pierwszy rzut oka element intymności i wzajemnego porozumienia. Coś, co było w stanie połączyć i zawiązać nić zaufania. Odnalazł jej dłoń, spoczywającą na ławce i uścisnął w geście otuchy.
- Twoje słowo jest u mnie bezpieczne, Élodie – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Twój smutek rani moją duszę. Możesz uznać to co teraz powiem za skończone bałwochwalstwo, ale ja naprawdę rozumiem to co czujesz. Wiele w życiu straciliśmy. Drogi, które kiedyś stawały przed nami otworem. Już nigdy na nie, nie wkroczymy. Niegdyś mapy wykorzystywały sformułowania typu – „tu mieszkają smoki”. Teraz już z tego nie korzystają. To nie znaczy, że ich tam nie ma. – Urwał, zastanawiając się jak też odniesie się do jego filozoficznego wywodu. – Te smoki to wspomnienia. Możesz je zachować, ale nie wracaj do nich więcej. Nie żyj nimi. Musisz naszkicować nową mapę. Istnieje wiele lądów, które czekają, aż je odkryjesz. Musisz tylko dać im szansę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Czw Wrz 15, 2016 1:31 pm

Drżała na całym ciele: trochę z zimna, a trochę z nadmiaru emocji. Podniszczony płaszcz nie zapewniał wystarczającej ochrony przed niską temperaturą, a póki słońce nie wzniesie się ponad okoliczne kamienice, wciąż będzie panował przejmujący marcowy chłód. Obejmowała się mocno ramionami, by utrzymać przy ciele choć odrobinę ciepła (i żeby poczuć się odrobinę bezpieczniej). Jej wzrok na moment uciekł w stronę nieba, które powoli zmieniało kolor z szarego na żółto-różowy. Zrobiło jej się smutno na myśl, że Łukasz nie może tego zobaczyć. Wschody słońca zawsze dodawały jej odrobinę nadziei. Nawet dziś, gdy wydawało się, że wszystko traci sens.
Przestała płakać. Kolejny podmuch wiatru osuszył łzy na jej twarzy. Oczy miała zaczerwienione, a na policzkach ciemne smugi z tuszu do rzęs, który spłynął razem ze łzami. Na dolnej wardze wykwitła kropelka krwi - zbyt mocno przygryzała spierzchnięte usta, więc w jednym miejscu pojawiła się rana. Otarła usta chusteczką i milczała jak zaklęta niepewna co mogłaby jeszcze powiedzieć. Uśmiechnęła się trochę smutno, gdy powiedział, że trzeba jej pomóc. Nie zdobyła się jednak na odpowiedź. Wypełniła ją ponura rezygnacja. Milczenie się przedłużało, ale czerpała z niego pewną dziwną przyjemność. Była tak zmęczona, że prościej jej było nie-myśleć i nie-mówić. Oparła się wygodniej na ławce i przez chwilę po prostu patrzyła. Gdzieś po drugiej stronie rzeki zapalały się światła w malutkiej piekarni; słyszała też w oddali dorożkę i chyba dzwonek roweru. Czas płynął nieubłaganie - Paryż na jej oczach budził się do życia. Życie płynęło dalej.
Drgnęła lekko, gdy nagłe poruszenie Łukasza wyrwało ją z tego dziwnego stanu. W pierwszej chwili przestraszyła się, że coś mu się stało - zachowywał się dziwnie. Wyciągnęła dłoń, by złapać go za ramię i nim potrząsnąć, ale w tym momencie się uspokoił. Jej dłoń zamarła w połowie drogi, a potem cofnęła się i przycisnęła do piersi. Élodie wpatrywała się w swego towarzysza szeroko otwartymi oczyma i trochę nie wierzyła w to co słyszy.
- Myślisz... myślisz, że mogliby mnie zatrudnić? - spytała drżącym głosem. W otaczającej ją ciemności pojawiło się malutkie światełko. Praca za dnia? Praca której nie będzie musiała się wstydzić? Jej serce zabiło szybciej z radości, ale zaraz przywołała je do porządku. To trochę zbyt piękne, by było prawdziwe, więc nie powinna się jeszcze przesadnie ekscytować. - Nie mam żadnego doświadczenia w takiej pracy. - przyznała szerze. - Ale jeśli możesz... Na pewno szybko się wszystkiego nauczę! - zrobiłaby wszystko dla szansy wyjścia z tego bagna, w którym teraz tkwiła. Pewnie zarabiałaby tam dużo mniej niż w One-Two-Two, ale czyż godność nie jest cenniejsza od pieniędzy? Zresztą teraz wcale nie potrzebowała ich aż tak dużo. Kiedy przyjmowała pracę w burdelu miała na utrzymaniu chorą matkę i mieszkanie. Dziś jej mama nie żyła, a koszty wynajmu rozdzieliły się pomiędzy lokatorów. W ostatnich trzech miesiącach zdołała nawet odłożyć małą sumkę na czarną godzinę. Wystarczy na lekarza albo na łapówkę dla jakiegoś nisko postawionego żołnierza - choć Bóg jej świadkiem, że wolałaby nie dożyć dnia, w którym przyjdzie jej swoich ukochanych ratować z takiej opresji. Znów odpłynęła myślami i po raz kolejny Łukasz przywołał ją do rzeczywistości. Tym razem nie drgnęła nerwowo czując jego dotyk. Wręcz przeciwnie; splotła jego palce ze swoimi i trzymała się go kurczowo jakby był jedynym co ratuje ją przed upadkiem w przepaść.
- Dziękuję. - szepnęła. Bała się, że jeśli spróbuje przemówić głośniej, głos jej się załamie. Znów czuła łzy pod powiekami, ale te były znacznie mniej rozpaczliwe. Musiała przyznać, że było coś pięknego w jego słowa. - Dziękuję, że chcesz mi pomóc. Że wierzysz, że jest dla mnie jakaś szansa. Nawet nie wyobrażasz sobie ile to dla mnie znaczy. - umilkła na chwilę, wpatrując się w pierwsze promienie słońca wychylające się zza kamienic. Ostre światło raziło oczy, ale nie umiała odwrócić od niego wzroku. - Chyba masz racje. Najwyższy czas coś zmienić. Bo później może już nie być dla mnie odwrotu. - zakończyła cicho. Po trwającym kilka oddechów wahaniu, pozwoliła swojej zmęczonej głowie przechylić się w bok i oprzeć na jego ramieniu. Powieki jej się kleiły, ale nie pozwalała im się zamknąć: szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w jaśniejące niebo.
Podobno najciemniej jest zawsze przed świtem. Może i dla niej niebawem wzejdzie słońce?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pią Wrz 16, 2016 1:43 am

Gdyby nie silny podmuch wiatru, być może Łukaszowi udałoby się wychwycić dobrze mu znany ze strefy wojennej zapach miedzi, jaki niosła ze sobą krew. Jednakże jego wyostrzonym zmysłom daleko było do umiejętności superbohaterów z amerykańskich komiksów. Nie umknął mu jednak kolejny fiołkowy aromat, który co jakiś czas dawał o sobie znać. Zastanawiał się – co to mogło być? Ale głupio mu było o to zapytać. Paryż budził się do życia. Gdzieś w pobliżu przejechał rower. Konie zaprzęgnięte do dorożki, przystawały nerwowo z nogi na nogę. Właściwie to nigdy nie jechał dorożką. Nie widział, dla którego bezbronne zwierzęta miałyby ciągnąć jego aż nazbyt wygodne cztery litery. Rozrywki godne Niemieckich okupantów. W powietrzu pobrzmiewało więcej coraz to nowszych dźwięków. Jednak nie skupiał na nich swojej uwagi. Wolał w ciszy kontemplować tę sytuację. Przygnębienie, które odczuwał jeszcze kilka chwil wcześniej powoli ustępowało, zastąpione odprężeniem. Wojna trwała w najlepsze, ulicę dalej mógł stacjonować garnizon niemieckich wojsk, wcale się tym w tej chwili nie przejmował. Nie zamieniłby tej chwili na tysiąc lat spędzonych w zupełnej samotności.
- Pewnie, że tak. – Odparł, a jego twarz rozjaśnił delikatny uśmiech. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to na pewno wszystkiego Cię nauczą. Musisz tylko pokazać się z jak najlepszej strony, a oboje wiemy, że to Ci wychodzi najlepiej. – Dodał po chwili, w myślach wracając do ich pierwszego spotkania, podczas którego – mówiąc jak najłagodniejszym językiem – nie przypadli sobie specjalnie do gustu. – Wszystko będzie dobrze, widzisz? Twoje nastawienie to już połowa sukcesu.
Wciągnął powietrze ze świstem, zaskoczony tym, jak zimne były jej dłonie. Splótł jej palce ze swoimi, sięgając przy okazji po jej drugą dłoń. Obie zamknął w mocnym uścisku swoich dłoni, starając się chociaż trochę je ogrzać. Były tak przyjemnie miękkie, drobne i delikatne. Zupełnie różne od jego własnych, większych, szorstkich, pełnych odcisków.
- Chcesz sobie odmrozić skórę? – Spytał z niedowierzaniem. Chciał powiedzieć coś jeszcze, przerwał, by dać jej dojść do słowa. Cichy głos. Drżący, ale nie załamujący się. Mógł przysiąc, że poczuł jej oddech na swojej twarzy. Nieodłączny i jakże cudowny zapach fiołków powrócił. Odnalazł również źródło jego pochodzenia. Chusteczka, którą ściskała w dłoniach, teraz znajdowała się również w jego własnych.
- To ja dziękuję za to, że obdarzyłaś mnie tak dużym zaufaniem. – Z duszą na ramieniu uniósł jej dłonie do swoich ust i złożył na nich delikatny pocałunek, przytrzymując je przy swojej twarzy o kilka skandalicznie długich sekund przy twarzy. Zakręciło mu się w głowie pod wpływem zapachu skóry zmieszanego z kwiecistą wonią fiołków. Cała sytuacja nie trwała na tyle długo, jak mu się wydawało. Mimo wszystko zrobiło mu się wstyd samego siebie. Opuścił ich splecione dłonie na swoje kolana. Twarz zapiekła go od wyrzutów sumienia. Efekt spotęgowały dodatkowo pierwsze promienie słoneczne, oświetlające alejkę nad Sekwaną. Poczuł je na swojej twarzy, w końcu nie mógł tego zobaczyć. Bardzo tego żałował. Gdyby ktokolwiek spytał go, za jakim widokiem tęskni najmocniej, odpowiedziałby, że za błękitem nieba podczas wschodów i zachodów słońca. Za samym słońcem jednak niekoniecznie. Przynajmniej nie raziło go w oczy. Tak mi wstyd, strasznie wstyd, lecz nie mogłem się powstrzymać. Miał to powiedzieć na głos, na szczęście rozmyślił się w samą porę! Poczuł jak głowa Elodie opada mu delikatnie na ramię. Wstrzymał oddech, nieruchomiejąc jak posąg, żeby tylko jej nie rozproszyć. Oparł policzek na nieco sztywnych miejscami włosach Elodii, które pamiętały resztki scenicznego lakieru do utrzymywania fryzury w ryzach. W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Przymknął powieki, delektując się życiodajnym ciepłem. Wreszcie poranny spokój go opuścił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pią Wrz 16, 2016 9:59 pm

Czasem trudno jej było sięgnąć pamięcią do czasów sprzed wojny: kiedy jej rodzice żyli, a ona sama miała przed sobą nieskończone możliwości. Życie tamtej Élodie wydawało się pięknym snem, z którego zbudziła się w dniu otrzymania wiadomości o śmierci ojca. Z kolei ostatnie półtora roku było już raczej koszmarem. Kontuzja nawet w lepszych czasach wstrząsnęłaby jej psychiką - przecież naprawdę wydawało jej się, że nie ma dla niej innego świata niż ten baletowy. Kiedy strzaskane marzenia połączy się z ciężarem utrzymania przy życiu chorej matki... nic dziwnego, że straciła wszelką nadzieję i wiarę. Praca w burdelu wydawała się wtedy jedynym wyjściem - bo dawała duże pieniądze, przy stosunkowo niewielkim nakładzie sił. Élodie nie miała wtedy czasu na szukanie czegoś bardziej przyzwoitego. Priorytetem było zapewnienie madame Vestris odpowiednich warunków i stałego dostępu do leków. A fakt, że sama Élodie straciła przy tym niemal wszystkie chęci do życia? Nie było wtedy nikogo kto mógłby coś na to poradzić.
Dziś jednak wszystko wydawało się inne. Po raz pierwszy z pełną mocą dotarła do niej myśl o tym, że nie ma już matki, którą musi pielęgnować. Uświadomiła sobie, że teraz musi się zatroszczyć o siebie. Jeśli będzie dalej tkwiła w One-Two-Two, niechybnie stoczy się w otchłań szaleństwa. Nagła ulga mieszała się w jej sercu z wyrzutami sumienia. Czy nie była wyrodną córką, jeśli odczuwała tak ogromną ulgą myśląc o śmierci swojej rodzicielki? Mocniej niż zwykle zatęskniła za obecnością ojca, który przecież powinien żyć i zajmować się nimi obiema, a nie umierać w bombardowaniu!
- Tak, tak... mam do tego niebywały talent. - zaśmiała się cicho, wyrwana z ponurych rozmyślań przez jego słowa. Rzeczywiście ich pierwsze spotkanie nie przebiegło zbyt dobrze. Była wtedy zaledwie dwa dni po wyjściu ze szpitala. Tosia miała wpaść tylko na chwilę przynieść jej zakupy, ale z jakiegoś powodu uznała za słuszne przyprowadzenie ze sobą Łukasza. Dziś Élodie uważa, że to był jeden z jej najlepszych pomysłów, ale wtedy - obolała, nieszczęśliwa i przerażona przyszłością - nie mogła zdobyć się na nawet jedno ciepłe słowo dla przyjaciółki, a co dopiero dla jakiegoś obcego mężczyzny. Sama nie wie czy bardziej zawstydziła się wtedy otwierając im drzwi w szlafroku, czy może dopiero w chwili, gdy Łukasz łaskawie uświadomił ją, że nawet, gdyby chciał nie mógłby się nacieszyć widokiem jej przykrótkiej koszuli nocnej. - Na szczęście czasem dostaję drugą szansę. - dodała jeszcze, mając nadzieję, że usłyszy w jej głosie uśmiech, którym tak bardzo chciałaby go obdarzyć.  
Serce zabiło jej szybciej, gdy ujął obie jej dłonie, ale nie była pewna jakie emocje spowodowały to nagłe poruszenie w jej wnętrzu. Nie był to strach, bo jego stęchły posmak znała przecież lepiej niż chciałaby przyznać. Zresztą nie umiałaby bać się Łukasza. Wydawał jej się taki dobry, o tyle lepszy od niej samej! Cóż więc to było za uczucie, które sprawiło, że jej blade policzki pokryły się nagle bladym rumieńcem? Chyba kiedyś umiała je nazwać, ale było to tak dawno temu, że całkiem już zapomniała...
- Zgubiłam rękawiczki. - szepnęła. Nagle zaschło jej w ustach. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w swoje malutkie dłonie o niemal przeźroczystej skórze, bezpiecznie skryte między jego ciepłymi palcami.
- Ja... - nie zdołała wykrztusić z siebie nic więcej, bo w tej chwili przycisnął usta do jej dłoni. Zakręciło jej się w głowie i cieszyła się, że siedzi bezpiecznie na ławce (w innych okolicznościach kolana jak nic by się pod nią ugięły!). W ułamku sekundy przypomniała sobie, że kiedyś czuła coś podobnego. Bardzo, bardzo dawno temu; w tym innym życiu, które było snem. Och. - pomyślała niezwykle elokwentnie, oblewając się jeszcze mocniejszym rumieńcem. Niczym zaczarowana przyglądała się temu jak pierwsze promienia słońca ślizgają się po jego twarzy. I choć wiedziała, że nie mógł jej zobaczyć to jednak błękit jego tęczówek dziwnie ją paraliżował. Oparcie głowy na jego ramieniu było więc pewną formą ucieczki, a nie tylko sposobem na ulżenie zmęczonemu ciału. Milczała przez dłuższą chwilę, kąpiąc się w blasku marcowego świtu. Słońce nie dawało o tej porze roku zbyt wiele ciepła, więc przysunęła się do niego bliżej (w myślach obiecując sobie, że to tylko dlatego, że było jej tak strasznie zimno). W brzuchu szalało jej całe stado motyli. Czuła się trochę jak żebraczka, która wyciąga ręce po coś co jej się nie należy. Myśl, że ktoś tak dobry mógłby poczuć coś do niej - pracującej w burdelu tancereczki, którą półnagą widziała przynajmniej połowa przebywających w Paryżu okupantów - była nieprawdopodobna. Dlatego czym prędzej ją od siebie odgoniła.
- Dokąd zmierzałeś zanim tak niegrzecznie odciągnęłam Cię od obowiązków? - zapytała cicho, przekręcając jednocześnie głowę w taki sposób, by oprzeć brodę na jego ramieniu. Nosem niemal muskała jego policzek. Pachniał miło: mydłem i czym jakby dymem, ale nie takim wstrętnym papierosowym. Rumieniec nie schodził jej z policzków, jakie to szczęście, że nie mógł tego dostrzec!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Lis 01, 2016 7:57 pm

/początek. Przed wątkiem z MG.

Spacer, zwykły spacer. Tym miał być. Nie spodziewała się usłyszeć tak dobrze jej znanej melodii.. Choć może to nie melodia była jej znana, a ten specyficzny styl wykonania.. Przystanęła, by zaraz podejść bliżej, nadal jednak mieszając się z ludźmi przechodzącymi, każdy w swoją stronę. Tosia nie powinna jej zauważyć, Rosie stała z boku. Zawsze lubiła jej słuchać.. Nie wiedziała czy powinna podejść? Czy nie? Czy siostra chce ją w ogóle widzieć? Westchnęła, zaciskajac dłonie na torebce. Zagryzła wargę. Zastanawiałą się długo, naprawdę długo, w końcu jednak zebrała się na odwagę i ruszyła w stronę nie widzianej od dwóch lat siostry. Wyciągnęła drobne z kieszeni płaszcza i podeszła do niej, by wrzucić coś do leżącego na ziemi futerału. Potem wyprostowała się i spojrzała na Tosię.. w połowie ucieszona bardziej, niż od dawna była, a w połowie przestraszona tym, że siostra być może nie chce jej widzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Lis 08, 2016 1:01 pm

Nie była do końca pewna, co powinna zrobić. Ostatnie zdarzenia sprawiły, że nie potrafiła się odnaleźć na wielu płaszczyznach, ale sądziła, że życie nie jest na tyle trudne, by nie dać sobie z czymś rady. Dlatego grała. Raz po raz przesuwała smyczkiem, a chłód odbijał się już nie tylko na odsłoniętych palcach, ale także na zgrabnym nosku, który robił się czerwony i policzkach, które po raz pierwszy od dawna niepokryte wstydem, stawały się zarumienione. Czekała na moment, w którym skończy i wróci do mieszkania. Do Łukasza i Gavroche'a, bo przecież tego najbardziej potrzebowała. Dwójki osób, które tak cholernie ważne, doprowadzały ją często do licznych zmartwień, ale teraz? Wierzyła, że po raz pierwszy od dawna będzie dobrze. Prosiła w końcu, by jej przyjaciel odnalazł Mathieu, bo przecież nie miała o nim żadnych informacji, jakby zapadł się pod ziemię, co nie napawało jej optymizmem. Wierzyła, że to tylko przykry żart losu, ale kiedy tak grała, co innego zaprzątnęło jej myśli. Wypuściła powietrze ze świstem i dostrzegła znajomą sylwetkę, której nie widziała od wielu miesięcy. Może to były już lata? Nie skupiała się jednak szczególnie długo na tym, bo przecież Rosie wybrała inne życie niż Antoinette, a młodsza siostra nie potrafiła ukrywać urazy i żalu jaki żywiła względem niej i brata.
- Nie powinno pani tutaj być - zwróciła się do niej, jakby była całkowicie obca, a zaraz potem przestała grać. Nie wiedziała co więcej mogła, bo przecież prawda jest taka, że nie rozmawiały ze sobą zbyt długo, by nagle otwierać się i mówić, że się za kimś tęskni. Czuła się zbyt zraniona i dotknięta, ale musiała zachować spokój - przynajmniej teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sty 02, 2017 6:54 pm

W końcu zabił swoją przeszłość.
Samotna wskazówka na niebieskim cyferblacie wieży Uniwersytetu Moskiewskiego w Gorkach Leninowskich pokazywała minus czterdzieści stopni według skali Celsjusza. Silniki w samochodach nie zapalały, ptaki bały się latać, a miasto zastygło jak galareta z ludzkiego mięsa. Rankiem, pierwszego listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku, Fiodor spojrzał w łazience na swoje odbicie w owalnym lustrze i zauważył, że wpatruje się w  zupełnie obcego człowieka. Zaczął właśnie dwudziesty rok życia, to był najmroźniejszy listopad, jaki pamiętał, a jego przeszłość naprawdę przestała mieć znaczenie. Dokonał nie fizycznego, lecz politycznego zabójstwa - co jak na warunki radzieckie oznaczało śmierć prawdziwą.
Paryski świat drastycznie różnił się od tamtego wspomnienia, był pełen solidnych rzeczy: latarń, wysokich budynków, stacji metra, białych parkowych ławek z wygiętym oparciem; zabawne, że całkiem podobne stały zarówno nad Sekwaną, jak i rzeką Moskwa – kilka tysięcy kilometrów odległości nie potrafiło obedrzeć świata z algorytmicznej powtarzalności malutkich, codziennych zjawisk. Nie potrafiło również odciąć Fiodora od wspomnień związanych z podobnymi drobnostkami – patrząc na paryską ławkę, myślał o jej bliźniaczej, moskiewskiej siostrze położonej nad brzegiem rzeki, trochę obdrapanej z białej farby, ale przecież dla dziewięciolatka nie miało to żadnego znaczenia. Nie chciał wspominać, nie dzisiaj, nie w tym miejscu, ale echa przeszłości nigdy nie zważały na ludzkie pragnienia i każdego dnia odbijały się w umyśle bolesną czkawką. Przemierzając Aleję nad Sekawaną, wpatrując się w nadrzeczną ławkę i słysząc odległy śmiech dzieci, Chirjakow widział Aleję nad Moskwą, wpatrywał się w niemal taką samą ławeczkę i słyszał odległy śmiech, na który składał się także jego własny.
Jak wtedy zimą ponad dwadzieścia lat temu, gdy pomimo zamieci kontynuował z Iriną niekończący się turniej. Figury szachowe „chodziły” po pas w śniegu, Fiodor tracił przytomność od koszmarnego kokluszowego kaszlu, a ona, roześmiana, wycierała nos jednopalcową rękawicą z dziurką. Byli równorzędnymi partnerami, mylącymi hetmana z królem, i podobni charakterem – oboje szaleni.
Trudno mu było nauczyć się przegrywać, niejednokrotnie z płaczem rzucał w starszą o dwa lata Irinę figurami, jednak kiedy się pogodzili – a następowało to w przeciągu kilku kolejnych dni – wyławiali je razem z wody po odtajałym śniegu. Wiosna zawsze przychodziła nagle, zaskakując ich w drodze powrotnej do metra strumykami, przeręblami wokół lip, przemokniętymi butami, świeżo rozkwitłym słońcem, rześkim powietrzem.
Minęło dwadzieścia jeden lat i cały uległ drastycznemu wypaczeniu, jednak wiosna – mało istotne, czy w Moskwie, czy w Paryżu – nadal rządziła się tymi samymi prawami i bezkarnie przesączała promienie słońca przez wciąż nagie, wciąż osamotnione, choć powoli i nieśmiało zieleniące się gałęzie drzew.
Rozbić pamięć jak namiot, naciągając na kilka śledzi sznurek wspomnień i czekać, kiedy stamtąd wypełznie obraz dawnego ja – to nie była taktyka, na którą mógł sobie pozwolić. Niektórzy uważają, że przeszłość jest jak rodzinny album, w który ktoś powklejał zdjęcia i opisał je równym, jednostajnym pismem. Dla Fiodora wspomnienia nie były albumem – od lat nie posiadał przecież żadnego albumu – lecz przykrą koniecznością, na którą skazywała go pamięć. By zapomnieć, musiał skupić się na bezpośredniej, empirycznie pojmowalnej rzeczywistości, na tym ograniczonym przez horyzont tu i teraz, na szarym bruku alejki, na mijanych przechodniach, na nierównych cieniach rzucanych przez wysokie drzewa. Gdyby dał ponieść się wspomnieniom, nie zauważyłby obcej i jednocześnie dobrze znajomej sylwetki, która stanowiła jedyną przyczynę zmiany zwyczajowej trasy wiodącej przez Place du Tertre. Im bardziej pragnął unikać płomiennych nagabywań tej jednej, konkretnej i niezwykle upartej portrecistki, tym głośniej los śmiał się z jego planów – teraz najpewniej chichotał opętańczo, obserwując, jak Chirjakow posyła krótkie, na wpół ostrzegawcze spojrzenie dziewczynie, której na dobrą sprawę nie znał, ale która – przy pomocy tylko sobie znanych sposobów – potrafiła popchnąć Fiodora na samą granicę chłodnego opanowania. Nawet teraz udało jej się nadkruszyć taflę lodowego spokoju, choć nawet nie znalazła się w bezpośrednim otoczeniu Rosjanina – wszystko za sprawą własnej obecności, która zaprzeczała wszelkim poddającym się logice łańcuchom przyczynowo-skutkowym, wszelkim planom, które tak pieczołowicie opracowywał nad poranną kawą zastępującą treściwe śniadanie. Świeże pieczywo było luksusem określanym przez ilość posiadanych kartek żywnościowych – tych z kolei nikt nie miał wystarczająco, by każdego ranka oddawać się spożywczej rozpuście.
Ominął dziś Place du Tertre, aby ominąć portrecistkę – tymczasem wpadł wprost w jej orbitę, właśnie tracąc okazję, by pozostać niezauważonym i zawrócić, nim dziewczyna go dostrzeże.
Jak na kogoś, kto lubił paradoksy, sam zbyt często padał ich ofiarą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Sty 03, 2017 6:29 pm

po reunionach

Dziś zapragnęłam naszkicować Sekwanę - wijące się przez Paryż siedlisko brudu, tylko z zewnątrz podobne do opiewanej w mitach i pełnej tajemnic rzeki, którą przecinały mosty uczęszczane przez rzesze zakochanych.
Osobiście nie widziałam niczego romantycznego w jej szemrzących cicho wodach, do niedawna jeszcze skutych lodem, ale wątpliwa przynależność do grona paryskich artystów zobowiązywała mnie do wykonania choć kilku prac, których główną bohaterką byłaby właśnie Sekwana. Początek kwietnia stwarzał ku temu idealne warunki - spragnieni słońca mieszkańcy miasta posłusznie wypełzli na skwery, deptaki i ciągnące się wzdłuż rzeki aleje, by pozachwycać się wiosenną aurą Paryża.
Byłam przy tym ciekawa, czy podziwiali także krwistoczerwoną flagę ze swastyką, która odcinała się od szarości jednego z budynków, powiewając ironicznie na ciepłym, kwietniowym wietrze.
Jako artystka doceniałam grę kontrastów, chociaż podejrzewałam, że zgnębieni okupacją paryżanie mogli nie podzielać moich zachwytów. Szkoda.
Tak czy inaczej, miałam dzisiaj w planach prawie urocze popołudnie spędzone nad brzegiem rzeki, gdzie być może przy odrobinie szczęścia udałoby mi się usłyszeć lub zobaczyć coś interesującego. Nie był to jednak mój główny cel; tym razem liczyłam bardziej na to, że moje prace zaciekawią jakiegoś amatora sztuki i uszczuplą zasoby jego portfela - niezależnie od faktycznej jakości dzieła. Zdecydowanie lepiej czułam się w kreśleniu rysów czyjejś twarzy, ale mimo wszystko nie chciałam ograniczać się do tylko jednej tematyki.
Swoją sztalugę - zdecydowanie nie lubiłam targania jej ze sobą przez całe miasto - rozstawiłam nieopodal drzewa, umieszczając na niej drewnianą deskę, do której przypięłam kilka czystych arkuszy papieru. Obok ustawiłam przenośne, składane krzesło, choć jego czas powoli dobiegał końca - bezpieczniej było na nie patrzeć niż na nim usiąść. Kieszenie luźnego żakietu, który miałam na sobie, wypełniłam uprzednio ołówkami, a włosy splotłam w długi, misterny warkocz, by nie przeszkadzały mi przy pracy. Nie wyróżniałam się absolutnie niczym, idealnie wpasowując się w obraz jednej z licznych alei, które okupowali artyści. Byłam gotowa chwycić za ołówek i wzorem poprzedników uwiecznić otaczającą mnie okolicę, ale zanim zdołałam choćby sięgnąć do kieszeni, mój wzrok wyłapał pewien element scenerii, którego nie spodziewałam się tutaj ujrzeć.
Szary człowiek w tłumie szarych ludzi.
Przechodził nieopodal i miał to szczęście (nieszczęście?), by skrzyżować ze mną spojrzenie, lecz ostrzegawczy błysk w jego oku nie zraził mnie ani trochę.
Było coś niezmiernie, wręcz przeraźliwie irytującego w regularności, z jaką przecinał Place du Tertre i z jaką odmawiał mi za każdym razem, gdy tak uprzejmie oferowałam mu wykonanie portretu. Być może w innym przypadku zwyczajnie odpuściłabym sobie, jednak z jakiegoś powodu widok nieznajomego wciąż nie dawał mi spokoju. Jego portret w pewnym stopniu był dla mnie kaprysem - swoje zmagania, by go uzyskać, traktowałam jak zabawę, ale z drugiej strony nie potrafiłam zdusić w sobie najzwyklejszej (zawodowej?) ciekawości.
A przede wszystkim nie planowałam zmarnować okazji, która właśnie przywędrowała w te rejony Paryża.
Poderwałam się szybko z miejsca i przykleiłam sobie do twarzy najbardziej promienny z uśmiechów, niespecjalnie przejmując się tym, że nie obejmował on moich oczu.
- Monsieur, proszę poczekać! - krzyknęłam, prześlizgując się zgrabnie między ludźmi, by po chwili pojawić się tuż przed mężczyzną niczym zjawa z jego koszmarów - i podejrzewałam, że mogłam być całkiem bliska tego określenia. Wbiłam w niego spojrzenie, po czym wydobyłam z siebie drżący od ledwie skrywanej ekscytacji głos. - Monsieur, miałam dzisiaj wizję - wyraźnie zaakcentowałam to słowo, po czym dla lepszego efektu zrobiłam krótką, pełną dramatyzmu pauzę. - To była wizja portretu idealnego - pana portretu. Pamiętam dosłownie każdą linię, każdą nawet najmniejszą kreskę, czystą perfekcję wyłaniającą się z najzwyklejszego papieru. Ale, monsieur, to wszystko na nic. Na nic! - teatralnym gestem otarłam niewidzialną łzę, gasząc uśmiech i przyjmując poważny ton. - Paryż nigdy nie zobaczy tego arcydzieła, jeśli mi pan nie zapozuje. Nie może mi pan odmówić, nie tym razem, to byłaby najtragiczniejsza klęska dla świata sztuki! Mon dieu, błagam pana, tylko jeden portret!
Słowa wylewały mi się z ust w pełnym żarliwości monologu, podczas gdy moje spojrzenie leniwie badało każdy detal twarzy mężczyzny, korzystając z niewielkiej odległości, która nas dzieliła. Kiedy w końcu umilkłam, uśmiechnęłam się w myślach z satysfakcją - całkiem dumna z samej siebie, choć efekty dopiero miałam poznać. Liczyłam na to, że w oczach mężczyzny wypadnę jako rozgorączkowana, natrętna i zaślepiona swoim artyzmem zmora - ale w gruncie rzeczy na tyle urokliwa, by w końcu zgodzić się na niewinny portret.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sro Sty 04, 2017 4:48 pm

Od dawna wątpił w rozum szeroko pojętych artystów – prawdę mówiąc, mało który portrecista wydawał mu się mądry. Wygląda na to, że według Fiodora nawet najlepsi radzieccy malarze – Karpow i Władimirski – cierpieli na nieuleczalny idiotyzm. Gierasimowowa i Abugowa trudno podejrzewać o umysł filozoficzny, Makowski – przedstawiciel Pieriedwiżnicy – na szczęście nie pozwalał sobie na zbyt wiele przemyśleń, Kustodijew z założenia nie był zbyt mądry, a Kandinsky ze swoim stwierdzeniem, że sztuka powinna być głupawa, był bliski sedna rzeczy, co jednak nie zdołało zrehabilitować jego abstrakcyjnej naiwności. Z dzisiejszych rosyjskich artystów chyba tylko Aleksandra Ekster potrafi ruszyć głową – a przynajmniej mundury jej projektu zrobiły na Fiodorze spore wrażenie, przez co wykluczył ją z nieszczególnie zaszczytnego grona zidiociałych pseudotwórców. Krótko mówiąc, mądrych malarzy jest jak na lekarstwo, a porównać ma przecież z kim – miał przecież szczęście i spotkał w życiu Aleksieja Łosiewa, który kiedyś w swoim domu na Starym Arbacie powiedział Fiodorowi, że artysta w jednowymiarowej przestrzeni powinien mieć dwuwymiarowy umysł, a w dwuwymiarowej trójwymiarowy. Łosiew posiadał umysł czterowymiarowy – Chirjakow tylko i wyłącznie z uwagi na szacunek, jakim darzył wybitnego estetyka, nie postawił na sztuce grubej, pogardliwej kreski. Z czasem nawet wyrobił sobie opinię, że twórczość to nic innego, jak przypominanie o stworzeniu, jednak by stać się nowym przypominaczem, należy dostąpić za szczytu bycia wybrańcem, a żeby zrozumieć, jak się rodzi ta misja wybrańca, której sens nie do końca jest jasny, ale bez wątpienia bliski walce z entropią, potrzebny jest właśnie ów czterowymiarowy umysł, zdolny objąć to, co nieobjęte – z punktu widzenia zdrowego rozsądku.
To wyjaśniałoby, dlaczego przejawiał równie oschły sceptycyzm wobec ulicznej portrecistki, która nie ustawała w wysiłkach namówienia go na portret – Fiodor nie miał żadnych podstaw, by uważać, że dziewczyna jest w czymkolwiek lepsza od Kadinskiego albo Abudowa, ergo: była zwyczajnie beznadziejna w tym, co robiła. Im bardziej zapalczywe stawały się jej namowy, tym mocniej utwierdzała Chirjakowa w przekonaniu, że klientów zwabić może wyłącznie nagabywaniem i odgradzaniem ich od upragnionej drogi do wolności, a nie faktycznymi umiejętnościami, które mogła przelać na płótno. Zwątpienie w jej talent szło w parze ze zdumiewającym kunsztem wzbudzania w Fiodorze poirytowania – w Paryżu była ledwie garstka ludzi, którzy oddziaływali na niego jak czerwona płachta na byka, lecz uliczna portrecistka w pełni zasługiwała na miejsce pośród grona wybrańców.
Tak się bowiem nieszczęśliwie składało, że nie tylko nie potrafiła malować, lecz również milczeć.
Afrykańscy mistycy wiedzą, że istnieje mnóstwo sposobów i środków, których celem jest uproszczenie narodzin słowa: fajka i tytoń, żucie orzeszków cola, spiłowywanie zębów, zwyczaj nacierania ich środkami barwiącymi, tatuowanie ust. Nawet plemiona Czarnego Lądu wiedziały, że milczenie jest towarem po stokroć cenniejszym od nadmiernej rozmowności, Fiodor z kolei wiedział, że słowa sprzężone są ze znacznym ryzykiem, które narusza harmonię ciszy.
Tajemnica, dyskrecja, milczenie posiadają wartość inicjacyjną i jednocześnie zapomnianą, jak gdyby ludzie wyparli z pamięci to, iż świat pierwotnie istniał bez słów – nie zapomnieli o tym jednak radzieccy szpiedzy, których uczono afonii tak, jak kiedyś rodzice uczyli ich mowy. Lata spędzane w ciszy absolutnej sprawiły, że Fiodor do tej pory ma trudności z mówieniem, jak gdyby cierpiał na wadę wymowy na poziomie instynktu – każde słowo jest dla niego głazem, w którego poruszenie należy włożyć mnóstwo wysiłku. Nie rozumiał ludzi mówiących z lekkością; konferansjerów, komentatorów, gaduły traktował jak zdrajców. Słynny plakat stalinowski uczciwej kobiety z palcem podniesionym do ust: nie wygadaj tajemnicy! – podoba mu się z metafizycznego punktu widzenia, bo udowadnia, że wcale nie potrzeba mowy, by nawiązać kontakt.
Na nic zdało się przyspieszenie kroku, teatralne, acz wymowne odwrócenie wzroku w przeciwną stronę, a nawet ucieczka spojrzeniem w ożywiony złotym słońcem nieboskłon – Monsieur, proszę poczekać! rozległo się na nadrzecznej alejce niby trzask bata i obdarło Fiodora ze złudzeń.
Na ucieczkę było już za późno – w grę wchodziło wyłącznie kolejne starcie.
Słuchał ulicznej portrecistki tak, jak słucha się nachalnego sprzedawcy, który próbuje przehandlować wyjątkowo przejrzałe owoce – z oschłym dystansem niedoszłego (i najwyraźniej głuchego) klienta. Nie raczył się nawet zatrzymać, choć mimowolnie zwolnił kroku, jak gdyby nie wykluczał możliwości, że młoda kobieta w ekstatycznym uniesieniu nie zauważy ryzyka i padnie ofiarą osiemdziesięciu kilogramów rozpędzonej masy. Pomimo wybitnego braku zainteresowania, doskonale słyszał każde jej słowo i – tym razem z narastającym zdumieniem, które objawiło się lekkim uniesieniem lewej brwi (dlaczego zawsze lewej, czyżby prawa służyła przejawom innych emocji?) – w końcu gwałtownie zatrzymał swój przemarsz przez alejkę.
Pamięta pani dosłownie każdą linię, każdą kreskę? – brzmiał spokojnie, jak gdyby dopiero co przerwali prowadzoną nad kawiarnianym stolikiem rozmowę o pogodzie; jedynie to lekkie zmarszczenie czoła, dwa, mimowolne drgnięcia uniesionej brwi i o jedno zmrużenie oczu za dużo świadczyły o tym, że portrecistka balansuje niebezpiecznie blisko bardzo cieniutkiej granicy – tej, za którą czaił się coraz trudniej skrywany akcent i sina żyłka biegnąca przez skroń. – Proszę w takim razie malować z pamięci. Świat sztuki jakoś upora się z tą tragedią – na niezwykle uprzejmą radę zdobył się w chwili, w której płynnie wyminął kobietę na alejce, w zaledwie dwóch krokach pozostawiając ją za plecami – choć przecież doskonale wiedział, że to nie koniec.
Że to nawet nie początek końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pią Sty 06, 2017 11:49 pm

Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubionego malarza, moja odpowiedź brzmiałaby zapewne da Vinci - bo było to pierwsze nazwisko, które w ogóle przychodziło mi do głowy. Nie odczuwałam jednak z tego powodu zbyt głębokich wyrzutów sumienia, o ile kiedykolwiek je odczuwałam; moja wiedza na temat sztuki była raczej marna i ten stan rzeczy nie miał się zmienić ani dzisiaj, ani jutro, ani w ogóle. Zakonnice z nieludzkim trudem zdołały wbić mi głowy najbardziej podstawowe prawdy na temat świata, lecz dla szeregu pojęć związanych ze sztuką zwyczajnie zabrakło już miejsca. Dla mieszkanki Paryża - miasta tak przesiąkniętego sztuką, że nawet Niemcy nie potrafili ukryć wobec niego swojej zazdrości - oraz rodowitej Francuzki być może byłaby to hańba, ale nie mogłam zapominać, że miałam już za sobą co najmniej dwie z nich. Kolejna nie stanowiła więc dla mnie jakiejkolwiek różnicy.
Poza tym nie byłam aż taką ignorantką względem sztuki - raz odwiedziłam nawet Luwr, gdy zdarzyło się, że muzeum oferowało darmowe bilety.
Istniał jednak pewien zasadniczy powód, dla którego sztuka splotła się z moim życiem w irytująco nierozerwalny sposób. W większości ludzi raczej nie wzbudziłabym zaufania, mówiąc, że zajmowałam się donosicielstwem. Portrecistka brzmiała już lepiej, znacznie lepiej, wręcz swojsko i niegroźnie - zamiast wyjątkowo soczystych donosów moją bronią mógł być przecież co najwyżej zaostrzony ołówek. Nie ulegało również wątpliwości, że artyści byli wszystkim, co pozostało Francji z poprzedniego życia. Bez nich ulice stawały się puste i dziwnie wybrakowane - z nimi widmo okupacji zdawało się minimalnie blednąć, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie, obserwując mieszkańców miasta już prawie dwa lata. Paryż kochał artystów, a artyści kochali Paryż - choć w moim przypadku ta druga kwestia pozostawała mocno niepewna. Mimo to ostrożnie przyjmowałam, że ze strony przechodniów cieszyłam się choć szczątkowym zaufaniem - nie byłam niczym nowym, a jedynie kolejnym elementem dobrze znanej mozaiki, którą stanowiło kwitnące na ulicach życie artystyczne Paryża. Nikt nie traktował mnie ani zbyt poważnie, ani zbyt lekceważąco.
Poza jednym wyjątkiem.
Nie byłam przyzwyczajona do tego, aby ktoś mi odmawiał - nie w taki sposób, nie z taką nieustępliwością. Owszem, nie zawsze zdarzało się, aby zaczepiona przeze mnie osoba miała ochotę na portret, ale mężczyznę, który zjawiał się na Place du Tertre, nie pytałam przecież tylko jeden raz. Nawet dla świętego spokoju nie chciał zgodzić się na piętnaście minut wypełnionych katorgą, która polegała jedynie na tym, by siedzieć nieruchomo na krześle. Na jego miejscu już dawno bym to zrobiła, ale zdążyłam już pogodzić się z myślą, że moje zdanie najwidoczniej nie miało tu żadnego znaczenia - nieznajomy był irytująco głuchy na wszelkie propozycje. Stąd też brała się zapewne szczypta złośliwości, z jaką składałam mu wciąż tę samą ofertę, ubierając ją w kwieciste słowa, gesty i niemalże karykaturalne emocje. I musiałam przyznać, że czasami bawiłam się przy tym doskonale - w przeciwieństwie do drugiej strony tego kuriozalnego konfliktu.
Tym razem również byłam gotowa na stoczenie tej samej batalii, choć naiwnie liczyłam na to, że być może moja determinacja przyniesie w końcu efekty. Na próżno; niewielkie zmiany, które zaszły na twarzy mężczyzny, stanowiły dla mnie całkiem jasny sygnał, że po raz kolejny przegrywałam, a gdy dołączyły do nich słowa - wypowiedziane z nienagannym stoickim spokojem - moja (tymczasowa) porażka stała się oczywista. Zanim zdołałam choćby otworzyć usta, Francuz był już za mną.
Przewróciłam oczami, wzdychając z irytacją. Jak długo miał mi jeszcze odmawiać?
- Durak - rzuciłam cicho, machinalnie używając jednego z zasłyszanych w Fleur-de-lys słów. Rosjanie nigdy nie należeli do najelegantszych i najbardziej uprzejmych klientów, ale dzięki nim mogłam uchodzić prawie za poliglotkę.
W przeciwieństwie do Francji nie miałam jednak zamiaru skapitulować. Odwróciłam się, by w kilku krokach nadrobić straconą odległość, po czym znów zagrodziłam mężczyźnie drogę, zadzierając głowę i wbijając w niego natarczywe spojrzenie. Było mi już wszystko jedno, czy zostanę za moment staranowana.
- Źle mnie pan zrozumiał, monsieur - powiedziałam, jeszcze raz wzdychając ciężko i kręcąc zapamiętale głową. - Pamięć to nie to samo co żywy model - stwierdziłam, jak gdybym objaśniała mężczyźnie jedną z niepisanych zasad rządzących światem sztuki, zawiłym w swoich prawach i niezrozumiałym dla zwykłych śmiertelników (zupełnie jakbym sama go pojmowała).
Skrzyżowałam ręce na piersiach w nieustępliwym geście. W dalszym ciągu stałam Francuzowi na drodze, ale spoglądając na jego posturę, coraz wyraźniej uświadamiałam sobie, że nie miałby najmniejszych problemów z usunięciem irytującej przeszkody.
- Ach, monsieur, dlaczego wciąż mi pan odmawia? - zapytałam, nawet nie czekając na odpowiedź. - Dla pana to tylko chwila i kilka monet mniej w portfelu, a dla mnie uczciwa praca, pasja i obowiązek wobec sztuki. Monsieur, rani mnie pański brak szacunku dla tych tak istotnych spraw. My, Francuzi, powinniśmy się wspierać.
Ostatnie zdanie wypowiedziałam nieco konspiracyjnie, ściszając nieznacznie głos oraz rzucając szybkie spojrzenie w jedną i w drugą stronę. Na mojej twarzy wciąż jednak malował się lekki smutek i cień nadziei, w przeciwieństwie do smutku - wcale nie takiej fałszywej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Czw Sty 12, 2017 1:34 pm

Bycie całkowitym laikiem (ignorantem) w sferze sztuki malarskiej nie stanowiło ujmy na honorze – przynajmniej nie dla kogoś, kto z zasady tą sztuką gardził. Fiodor był wyznawcą piękna pragmatycznego i jak każdy wyznawca piękna pragmatycznego uważał, że od wyrażania o wiele istotniejszy jest przekaz. Wbrew pozorom były to dwa całkowicie przeciwstawne pojęcia, na domiar złego zakrawające o polityczny i ideologiczny punkt widzenia – wyrażanie, w mniemaniu zagorzałego komunisty, było domeną miałkich dzieł zachodnich artystów, natomiast przekaz – otóż tak, przekaz właśnie – to nic innego jak owoc socjalistycznego geniuszu. Przez całe lata sądził, że sztuka służy wyłącznie propagandowym celom, co najdosadniej odzwierciedlała liczba obrazów samego Stalina – całe wagony dzieł, które ozdabiały każde biuro, każdy urząd, każdą dworcową poczekalnię Związku Radzieckiego utwierdzały Fiodora w agitacyjnym przekonaniu i cementowały jego wiarę w pragmatyzm artyzmu.
Zdumiewające, że dopiero przyjazd do Paryża zdołał nadszarpnąć jego zacięte przekonanie i nakazały, by zrewidował przywiezione z Moskwy przeświadczenie. Nagle, niespodziewanie, całkowicie wbrew własnej woli zakiełkowała w Fiodorze (ale finalnie nie wykiełkowała) idea samopoznania. Najwyraźniej – pod wpływem kilku wymuszonych wizyt w Luwrze i przynajmniej dwukrotnego przestąpienia progu Muzeum Orsay – interesowała go nie sztuka, lecz same obiekty, kolekcja elementów dostrzeżonych, nieświadome sprawozdanie ze spełnionego życia i dopiero w najdalszej perspektywie – niepowtarzalność obranego za punkt wyjścia obiektu. Wpatrując się w obrazy, które wyszły spod pędzla van Gogha, zaczął dostrzegać to, co dotychczas było dla niego nieuchwytne – a zatem coś więcej, niż tylko przekaz. Pozbawiony sentymentu wobec artysty, obserwował jego dzieła z dozą ostrożności i szczyptą sceptycyzmu, z odrobiną dystansu i ułamkiem zwątpienia. Nie podejrzewał, że odnajdzie w sobie zmysł estetyczny – i było to trafne, bezbłędne założenie kogoś, kto nawykł do podobnych wniosków.
Tyle tylko, że to zmysł estetyczny odnalazł jego.
I umożliwił surową ocenę umiejętności ulicznej malarki.
W surowych, upartych odmowach Fiodora trudno było doszukiwać się złośliwej przewrotności lub nieodpartej potrzeby nadszarpnięcia samozadowolenia, które zwykle dostrzegał na twarzy powracającej niczym irytująca czkawka kobiety. Raz uwierzył, że magia jej urody przezwycięży wszystko i przestanie dostrzegać w malarce wyłącznie przykrą konieczność, na którą skazany jest w drodze z zakładu – bez skutku.  Po ledwie kilkunastu sekundach uparcie powtarzanego żadnych portretów zrozumiał, że nawet ładna twarz nie rekompensuje, nie przezwycięża, nie ocala, nie pomaga, nie uzupełnia, nie leczy i Bóg wie czego jeszcze nie robi w połączeniu z wyjątkowo upartym charakterem. Wbrew woli Fiodora zawarli coś w rodzaju precyzyjnie sporządzonej umowy handlowej, w której on bezlitośnie odmawia jej prośbom i w której ona równie bezlitośnie je powtarza. Okazało się przy tym, że Chirjakow cholernie dobrze zna się na kobietach: w pierwszym przypadku ciężko wyjść z ich łóżka, w drugim – ciężko pójść z nimi do łóżka.
Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, do której kategorii zalicza uliczną malarkę.
Doskonale wiedział, że każda jego odmowa jedynie napędza machinę destrukcji, pobudzając w młodej kobiecie kolejne pokłady uporu i złośliwej systematyczności, z jaką przecina drogę tego konkretnego, przypadkowego przechodnia. Gdyby rzeczywiście był zwyczajnym, szarym obywatelem Paryża, kimś, kto jedynie spieszy się do pracy i woli nie tracić ciężko zarobionych pieniędzy na wątpliwej jakości portrety, być może w końcu przystałby na propozycję – z trudem przełknąłby gorzki posmak kapitulacji, zajął wskazane przez malarkę miejsce i spędził kolejny kwadrans w bezruchu, którego mogły pozazdrościć mu góry lodowe.
Problem polegał na tym, że nie było w nim zupełnie nic zwyczajnego, mało istotne, jak udolnie sprawiał podobne wrażenie. Chorobliwie unikał zdjęć innych, niż te niezbędne do kolejnych fałszywych dowodów, nigdy nie pojawiał się w miejscach, gdzie mógłby zostać uchwycony przez obiektyw przypadkowego aparatu, a portrety – zwłaszcza one – były nie tylko fanaberią, ale również wyrokiem dla kogoś, kto równie zazdrośnie strzeże własnej prywatności. Nie dalej jak miesiąc temu ryzykował aresztowaniem, odbierając zupełnie przypadkowy szkic Niemce, która miała nieszczęście wybrać Fiodora na obiekt swojego rysunku.
Co miałoby go powstrzymać przed potraktowaniem Francuzki w podobny sposób? Zwłaszcza, że…
Monotonia jego kroków została zakłócona przez jedno, krótkie zawahanie, które nastąpiło tuż po cichym i jednocześnie zbyt dobrze znanym przekleństwie, by miało zostać niedosłyszane. Aż nazbyt jawne, zdradzieckie zmarszczenie czoła – na całe szczęście ukryte za tamą szerokich pleców – wyzwoliło w nim wzbierającą falę wątpliwości.
Ona wie wyparte zostało przez to tylko przypadek i skapitulowało przed sprawdza mnie, co przywróciło twarzy Fiodora kamienny, ozdobiony czujnym spojrzeniem wyraz twarzy. Mógł otwarcie i na głos zapytać, czy jest komunistką, ściągnąć na nich uwagę przechodniów i zepchnąć portrecistkę pod mur jawnego zarzutu – jednak tym samym przyznałby, że doskonale zna wydźwięk rosyjskiego przekleństwa, co z jej strony zrodziłoby niewygodny kontratak.
Uznał zatem, że zrobi to, co zwykł robić najlepiej – zachowa milczenie… a przynajmniej postara się zachować je tak długo, jak będzie to możliwe.
Niestety w obecności tej konkretnej portrecistki było to zwyczajnie niemożliwe.
Mam propozycję – spokój, który rozbrzmiewał w jego niemal konspiracyjnym tonie, zaskoczył nawet Fiodora. Przez chwilę wpatrywał się w twarz kobiety tak, jak gdyby sam pragnął zapamiętać każdy jej element do swojego własnego portretu – choć po tylu spotkaniach przecież doskonale znał nawet najdrobniejszy szczegół bladej cery. – Ma pani pięć minut, by znaleźć chętnego do portretu i kolejne piętnaście, aby ten portret stworzyć. Jeśli uznam efekt za zadowalający, będę kolejnym klientem – uśmiechnął się niemal przyjaźnie, o ile lekkie uniesienie kącików ust można nazwać w ten sposób – przejaw bezbrzeżnej dobroci nie dotarł jednak do jasnych, nieruchomych oczu, które wciąż odpierały napastliwość spojrzenia niższej o ponad pół głowy kobiety. – Przy okazji radzę wracać do sztalug, nim ktoś się na nie pokusi.
Najpewniej nie o takie wsparcie wśród nas, Francuzów jej chodziło, lecz nawet równie uparty element nie mógł zaprzeczyć, że był to pierwszy przejaw (lodowatej) życzliwości niedoszłego modela od pierwszego dnia, w którym ich drogi się skrzyżowały.
I najpewniej ostatni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   

Powrót do góry Go down
 
Aleja nad Sekwaną
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: