IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Aleja nad Sekwaną - Page 2


Share | 
 

 Aleja nad Sekwaną

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Aleja nad Sekwaną   Wto Sie 09, 2016 2:51 pm

First topic message reminder :



Aleja nad Sekwaną

Cicha i spokojna alejka, biegnąca wzdłuż brzegu Sekwany. Oddalona od głównego zgiełku miasta wydaje się miejscem doskonałym na romantyczne spacery, czy też wyjście z pupilem. Przechodniów przed słońcem i opadami chronią gałęzie wiekowych drzew pochylających się nad uliczkami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sob Sty 28, 2017 11:17 pm

Ani przez chwilę nie wątpiłam w to, że byłam co najmniej irytująca, ale wcale nie odczuwałam z tego powodu wyrzutów sumienia. To był tylko jeden z elementów całej zabawy, choć zgadywałam, że zapewne tylko ja uważałam ją za śmieszną. Nie miałam przesadnej ochoty, aby współczuć Francuzowi - zastanawiało mnie raczej, zresztą już nie pierwszy raz, czemu po prostu nie zgodził się na utratę tych kilkunastu minut. To załatwiłoby cały problem - on mógłby spokojnie przechodzić przez Place du Terte, a ja czułabym się na tyle usatysfakcjonowana, by mu na to pozwolić. Naprawdę nie miałam pojęcia, czy istniało bardziej racjonalne rozwiązanie.
A jednak jego niekończące się odmowy udowadniały, że Francuz chyba wolał komplikować sobie życie - ku mojej rosnącej niecierpliwości. Obydwoje nie chcieliśmy odpuścić, co z jednej strony bawiło mnie niezmiernie i skłaniało do kolejnych prób namówienia go na portret, a z drugiej powoli zaczynało irytować.
Słowo propozycja nie brzmiało z kolei zbyt dobrze. Wręcz przeciwnie; burzyło ustalony przez nas schemat, prosty scenariusz, w którym ja wciąż prosiłam, a on odmawiał - dopóki nie przekonałabym go, by w końcu zmienił zdanie. Dyktowanie jakichkolwiek warunków nie wchodziło w grę, było absolutnie niedopuszczalne, a jednak wyglądało na to, że role niechybnie się odwróciły. Jego nieszczęsna propozycja nie tylko wymagała ode mnie dodatkowego - zupełnie zbędnego - wysiłku, ale i stwarzała niepokojące ryzyko, że mężczyzna wtopi się ukradkiem w morze przechodniów i zniknie, zanim znów zdołam go dopaść. Prędzej czy później los ponownie skrzyżowałby nasze drogi - miałam co do tego niemal całkowitą pewność - jednak byłam dzisiaj wyjątkowo zdeterminowana, by osiągnąć zamierzony cel. Ze zwykłego kaprysu artystki.
Ale równie dobrze mogłam po prostu odmówić i wyjść przy tym z roli natrętnej, ulicznej portrecistki, w każdym calu zaślepionej sztuką i własnym marnej jakości warsztatem. Pokazałabym tym samym, że najwidoczniej nie zależało mi na tym portrecie tak bardzo, jak wciąż próbowałam udowodnić. Tkwiłam więc w nieznośnym potrzasku. Wpadłam w pułapkę, której nie zdołałam przewidzieć.
Nie przerywając jeszcze milczenia, zastanawiałam się intensywnie, ile szczerości znajdowało się w niby-uśmiechu, którym uraczył mnie mężczyzna, i czy chociaż szczątkowo zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo irytowały mnie te dwa wygięte ku górze kąciki ust. Jeśli chodziło o mnie - teraz już nie było mi do śmiechu. Stłumiłam jednak grymas niezadowolenia, ograniczając się do szybkiego uniesienia brwi w lekko zaskoczonym wyrazie. Nie zamierzałam uciekać przed jego spojrzeniem, lecz śmiało wpatrywałam się w jasne tęczówki, jakby oferta mężczyzny ani trochę nie zachwiała moją pewnością siebie.
- Monsieur, efekt zawsze jest zadowalający. Czy nie to wciąż staram się panu przekazać? - zaczęłam, zbierając w sobie całą cierpliwość. A przynajmniej jej resztki. - Ale w porządku. Skoro potrzebuje pan dodatkowego dowodu na poświęcenie, z jakim podchodzę do swojej pracy, z przyjemnością sportretuję kogoś jeszcze. Pod warunkiem oczywiście, że dotrzyma pan swojej części umowy i nie ucieknie, zanim skończę. To byłoby bardzo niehonorowe, nieprawdaż?
Posłałam mu śmiertelnie poważne spojrzenie - w końcu donosicielki tak wiele wiedziały o honorze - i zerknęłam na swoją sztalugę, póki co nietkniętą przez żadne złodziejskie ręce, choć mężczyzna zapewne wolałby, aby ktoś postanowił ją sobie przywłaszczyć. Spoglądając na niego co chwilę, odeszłam kilka kroków w bok z mało przyjemnym przeczuciem, że zaraz stracę go z oczu, jednak zmusiłam się do tego, by przez dłuższy moment utkwić wzrok w spacerujących dookoła przechodniach.
Kto był na tyle znudzony, by dać się sportretować?
Kto chciał poprawić sobie samoocenę portretem nieszczególnie oddającym faktyczną urodę modela?
Kto marzył o tym, by wydać pieniądze na kawałek zabazgranego ołówkiem papieru?
Nie po raz pierwszy zadawałam sobie te pytania, ale znając mniejsze lub większe zamiłowanie paryżan do sztuki - z pewnym irytującym wyjątkiem - a także zasobność ich portfeli, odpowiedź znajdowałam całkiem szybko.
- Może zechciałby pan portret? Dziś za darmo - zaczepiłam przechodzącego nieopodal mężczyznę, uśmiechając się promiennie - tylko po to, by w odpowiedzi usłyszeć sakramentalne przepraszam, śpieszę się. To nie był dobry początek; tym bardziej, że z ofiarowanych mi pięciu minut nie pozostało już zbyt wiele. Nie miałam jednak w planach użalać się nad sobą, lecz z tym samym uśmiechem zwróciłam się do młodej, elegancko ubranej kobiety, która pojawiła się nagle tuż po mojej lewej stronie. - Czy chciałaby pani mieć swój portret? Dzisiaj rysuję za darmo.
Krótkie wahanie kobiety dało mi pewną nadzieję, ale odetchnęłam w myślach z ulgą dopiero wtedy, gdy wreszcie kiwnęła głową, zgadzając się na moją propozycję. Gestem wskazałam jej krzesło, po czym wydobyłam z kieszeni ołówek i natychmiast przytknęłam go do nieskazitelnie czystego arkusza papieru, kreśląc na nim pierwsze linie. Próbowałam skupić się na portrecie, walcząc jednocześnie z myślą, że to, co robiłam, było absolutnie bez sensu - z własnej woli rezygnowałam przecież z zapłaty. Odganiałam jednak tę natrętną myśl i stopniowo przenosiłam na papier ładną twarz o pełnych ustach, dużych oczach i wysokich kościach policzkowych, starając się nawet nieco bardziej niż zwykle.
Choć ocena ostatecznego efektu i tak nie miała należeć do mnie.
Skończyłam przed regulaminowym czasem, dodając jeszcze kilka abstrakcyjnych linii w tle i chuchając lekko na swoje dzieło, by pozbyć się pokrywającej je cienkiej warstwy grafitowego pyłu. Odwróciłam nieco sztalugę, by moja modelka mogła ujrzeć swoje papierowe odbicie.
Czasem zastanawiałam się, co działo się z moimi portretami - może szybko trafiały do śmieci, a może faktycznie zdobiły ściany czyjegoś domu - ale tym razem obchodziło mnie jedynie to, czy moje nadprogramowe wysiłki miały przynieść jakikolwiek skutek.
A nawet jeśli nie, chyba wciąż miałam w sobie wystarczająco dużo determinacji, by kontynuować swoje nagabywanie na Place du Tertre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sob Lut 18, 2017 9:39 pm

Jeśli mogło istnieć coś, co łączyło tę dwójkę, to była to z całą pewnością imponująca umiejętność wywoływania irytacji – zwłaszcza u siebie nawzajem. Uliczna portrecistka i jej niedoszły model (czy też raczej: źródło boskiego natchnienia) przy każdym spotkaniu poddawali się wypracowanemu rytmowi werbalnych ciosów, piorunujących spojrzeń i wymownemu jak cmentarna  brama milczeniu. Pikanterii tym nie-do-końca przypadkowym spotkaniom dodawał fakt, że zarówno Fiodor, jak i jego bezimienna towarzyszka byli gargantuicznie, horrendalnie i nieznośnie uparci – każdy inny człowiek już dawno by się poddał i albo zgodził na portret, albo zrezygnował z jego stworzenia.
Ale to byłoby zbyt proste, prawda? Oznaczałoby kapitulację, na którą żadne z nich nie mogło sobie pozwolić.
Z głębokiego morza wad Fiodor próbował wyłowić choćby jedną, drobniutką jak szprotka zaletę – nigdy nie był optymistą, lecz w podobnych okolicznościach (byleby tylko nie stracić nerwów lub zdrowych zmysłów) należało wyszukiwać pozytywów. Po długiej żegludze na jałowych wodach dostrzegł w końcu iskierkę nadziei – w przejawie bezbrzeżnej dobroci uznał, że utarczki, które powoli stawały się tradycją, obdzierają jego codzienność z monotonni. Musiał zresztą przyznać, że obserwowanie paryżaneczki, bezradnie zdającej sobie sprawę z zasadki, w którą wpadła, było piorunującą mieszanką satysfakcji i horroru. Choć z jednej strony miło patrzeć, jak portrecistka bez szemrania (i wcześniejszego uśmiechu samozadowolenia na ustach) przystaje na warunki złożonej propozycji, z drugiej, niestety, poczucie tryumfu i typowo samczej radości zaburza fakt, że dziewczę to najpewniej wyssało z mlekiem matki przeświadczenie, iż każdy mężczyzna prędzej czy później ulegnie jej namowom – nawet, jeśli te były jedynie stricte artystyczne.
Być może, mademoiselle. Ze skruchą przyznaję, że nie słucham pani zbyt uważnie – uśmiechnął się do ulicznej portrecistki z odpowiednią dozą nieskrępowanej kpiny, takiej, która zmusiłaby osiemnastowiecznego brytyjskiego dżentelmena do popełnienia honorowego samobójstwa i która dla dwudziestowiecznej, upartej paryżanki była jedynie płachtą nęcącą (i tak zirytowanego) byka. – Bez obaw, droga pani, nie wystawiłbym własnego honoru na szwankco byłoby dość trudne, zważywszy na jego brak – ze spokojem odparł śmiertelną powagę w spojrzeniu kobiety, patrząc jej w oczy z bezwstydną nieczułością. Najwyraźniej oboje okazali się na tyle kapryśni, by zrobić wszystko dla osiągnięcia wyznaczonego celu – i o ile portrecistka podjęła ryzyko utraty Fiodora z pola widzenia (a także własnego życia, przynajmniej do kolejnego niespodziewanego spotkania na Place du Tertre), o tyle sam Fiodor nie miał zamiaru dawać jej satysfakcji własnym zniknięciem; to zresztą jedynie dostarczyłoby artystce amunicji, którą z chęcią władowałaby w niego przy okazji następnego pojedynku.
Poza tym było coś irracjonalnie zabawnego w obserwowaniu, jak młoda kobieta walczy o potencjalnego modela – po pierwszej odmowie i wyraźnie skurczonym czasie na działanie, Chirjakow uniósł brwi w wyrazie niemego ponaglenia, raz za razem napotykając badawcze spojrzenie spod znaku czy aby na pewno wciąż stoisz na swoim miejscu, monsieur. Niewiele brakowało, by uśmiechnął się tryumfalnie – byłby to jednak przedwczesny przejaw zwycięstwa, bo ledwie kilka sekund później młoda kobieta przystała na propozycję ulicznej artystki.
Prawdę mówiąc, miał przynajmniej kilka okazji, aby zniknąć niepostrzeżenie – zwłaszcza, kiedy portrecistka ruszyła w stronę sztalugi.
Ale wciąż pozostawała kwestia honoru, czyż nie?
Honoru i ciekawości.
Zaciekle walcząc z niechęcią – nie wiedzieć, czy skierowaną wobec portrecistki, szeroko pojętej sztuki czy siebie samego – stanął na uboczu warsztatu pod chmurką, w milczeniu obserwując prędkie ruchy nadgarstka ulicznej artystki. Nie musiał zerkać na zegarek, by ostentacyjnie odmierzać upływający czas, młoda kobieta doskonale zdawała sobie sprawę, że kiedy przekroczy limit, Fiodor nie omieszka jej tego zasygnalizować – raz jeszcze powracali do punktu do wyjścia, w którym portrecistka nie zamierzała dać mu tej satysfakcji i, całkowicie na przekór, skończyła przed wyznaczonym czasem. Gdy zaprezentowała modelce własne dzieło, Chirjakow kiwnął głową z uznaniem, choć jak dla niego zamiast podobizny na papierze mogłaby widnieć równie dobrze flotylla łodzi podwodnych lub ławica sardynek na porannej wycieczce.
Le sage est celui qui s'étonne de tout – uśmiechnął się swobodnie, bez kwaśnej szczypty cynizmu, którego dotychczas nie szczędził w skierowanych do portrecistki grymasach wesołości. Jasne jak bezchmurne niebo spojrzenie zmarło na dziele, by w końcu powędrować na twarz kobiety, która stanowiła inspirację do jego powstania. – Choć nie czuję się zaskoczony pięknym efektem, skoro modelka stanowi urokliwszy widok – nim zasiadająca na krzesełku kobieta zdołała zareagować na zgrabny argument, rumieniąc się przy tym jak co dorodniejsze warzywo sezonowe, Fiodor ponownie przeniósł wzrok na portret, skutecznie unikając spojrzenia ulicznej portrecistki i pełnię uwagi poświęcając jej celowi. – Proszę wybaczyć, madame. Padła pani ofiarą kłótni narzeczonych, zarzuciłem swojej chérie interesowność, więc zapragnęła udowodnić mi, że się mylę – nagle uśmiechnął się z łagodnością, o którą ciężko posądzać mężczyznę podobnej postury – był to uśmiech kogoś, kto czuje się szczęściarzem, bo ma poślubić wspaniałą i zdolną kobietę, kobietę, z którą od siedemnastu sekund tworzy prawdziwie zakochaną parę.
Naturalnie jej słowo to świętość, nie musi pani płacić za portret… - jakby na potwierdzenie własnych słów przekroczył nieuchwytną granicę, zaciskając lekko palce na brzegu drewnianej sztalugi, najwyraźniej gotów w każdym momencie podać kobiecie portret – ale przecież zabawa dopiero się zaczyna. – … choć to ponownie odwlecze nasz ślub w czasie. Boję się, że jeszcze miesiąc zwłoki i mnie zostawi – zaśmiał się cicho, niewymuszenie, ciepło, zerkając przez ramię na swoją wybrankę; niewymuszony śmiech za narastającą w oczach portretowanej łagodność i charakterystyczny ruch, z którym kobiety sięgają po eleganckie torebki – pisałby się na taki interes w każdej chwili, nawet jeśli ceny torebek podskoczą, a ceny uśmiechów polecą w dół. – Madame, to zbędne, nie tak brzmiała umowa – dodał poważniej, z trudem powstrzymując sardoniczny grymas ust, kiedy kobieta wspomniała, że na pierwszy rzut oka widać, jak wspaniała z nich les deux amoureux i że życzy im wszystkiego najlepszego – zaraz po tym w jej dłoni zakwitła dwudziestka, którą Fiodor przyjął z odpowiednią dozą podszywanej wahaniem skromności.
Jak ma pani na imię? – pytanie zadał już w trakcie ofiarowywania kobiecie portretu, wyswobadzając papier z uścisku sztalugi z niemal nabożną czcią. – Z chęcią nazwiemy tak córeczkę, prawda, kochanie? – posłał portrecistce swój najbardziej urzekający – i tym samym najmniej godny zaufania – uśmiech, gdzieś z boku słysząc padającą odpowiedź.
Nadine? Idealnejak dla prostytutki, choć to spostrzeżenie zachował dla siebie, ponownie przyjmując życzenia wszystkiego dobrego – dopiero, gdy młoda kobieta i jej nieszczególnie imponujący portret oddalili się na dobre kilkadziesiąt metrów, wymykając się tym samym z zasięgu słuchu, Fiodor ponownie skierował uwagę na swoją przyszłą, niedoszłą małżonkę i wyciągnął z kieszeni zwiniętą dwudziestkę.
Wystarczy na welon? – znów przymusił usta do uśmiechu, który mówił, jak bardzo wielbi uliczne portrecistki i jakiego zaszczytu by dostąpił, gdyby w końcu mógł opuścić towarzystwo jednej z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Lut 20, 2017 9:30 pm

Przeczuwałam, że to mogło się skończyć tylko źle. Ta przerażająca świadomość wkradła się w moje myśli dosłownie w tej samej chwili, gdy zamarłam z ołówkiem w dłoni, a spojrzeniem zwróconym w stronę mężczyzny, który z jakiegoś niepokojącego powodu jeszcze nie postanowił stąd zniknąć, tak jak zakładałam. Gdy ujrzałam, jak kiwa z uznaniem głową - przepraszam, z uznaniem - zmusiłam się do zachowania kamiennej twarzy, choć coraz bardziej zaczynało dręczyć mnie przeczucie, że coś było nie w porządku. Idąc w jego ślady, zerknęłam jeszcze raz na swoje dzieło, potem szybko przeniosłam spojrzenie na siedzącą tuż przede mną kobietę i znów powędrowałam wzrokiem ku Francuzowi. Jeszcze nie wiedziałam, co planował, ale czułam, że w efekcie miałam pożałować tego niedorzecznego przedstawienia, w które wplątałam się z własnej winy.
Nie mogłam już zrezygnować, nie istniała żadna droga wyjścia, jaka nie podburzyłaby kreowanego przeze mnie wizerunku. Przecież byłam oddaną sztuce portrecistką, przemierzającą paryskie ulice w poszukiwaniu kolejnych źródeł natchnienia, prawda? Musiałam grać i musiałam udawać, że zależało mi na tym portrecie bardziej niż czymkolwiek innym - co samo w sobie stanowiło trudność dla kogoś, kto tak żarliwie wyznawał egocentryzm. Pozostawało mi więc tylko tkwić w miejscu i wwiercać się lodowatym spojrzeniem w stojącego tuż obok mężczyznę, tak jakbym mogła odgadnąć krążące w jego głowie niecne myśli.
Gdy odezwał się ponownie, przez moment odniosłam wrażenie, że się przesłyszałam. Musiało minąć kilka sekund, by wypowiedziane przez niego słowa - narzeczeni? chérie? - dotarły do mnie, ale nawet wtedy wydały mi się jedynie zbitką absurdalnie brzmiących wyrazów. Zanim zdołałam zareagować - zanim zdołałam wedrzeć się brutalnie w tę nieprzewidzianą w scenariuszu kwestię - kolejne słowa mężczyzny wręcz odebrały mi mowę. Co on sobie wyobrażał? I jak śmiał? Niemalże skrzywiłam się, widząc uśmiech, który zamajaczył na jego twarzy, ale żaden grymas nie mógł w pełni wyrazić wściekłości, jaka we mnie zawrzała. Czułam się podstępnie oszukana, wciągnięta w jeszcze jeden absurdalny teatrzyk z udziałem nieszczęsnej kobiety, która zapewne uwierzyła w mit o kłótni narzeczonych. Ale, wciąż oszołomiona podłym kłamstwem, znów mogłam tylko patrzeć na rozwój wypadków i gorąco marzyć o tym, by zetrzeć z twarzy Francuza ten niby-szczery uśmiech. Nie miałam pojęcia, kim był - w tamtej chwili naprawdę mnie to nie obchodziło - ale znienawidziłam go w ułamku sekundy i z głębi serca. Już nie znajdowałam w tej grze ani odrobiny zabawy, a jedynie upokorzenie i irytację (a raczej gniew), że dałam się na to wszystko nabrać. Dlaczego byłam tak głupia? Dlaczego on był tak przeraźliwie uparty? Dlaczego wolał tę obłudną farsę od kilkunastu minut spędzonych na miejscu tamtej kobiety? Podejrzewałam, że odpowiedzi na te pytania były dla mnie nieosiągalne.
A mimo to nadal ze sobą walczyłam, nadal nie pozwalałam, aby choć cień emocji przemknął przez moją twarz, zdradzając narastającą we mnie wściekłość. Nawet kiedy mężczyzna zaśmiał się i zerknął w moją stronę, pozostałam niewzruszona, chociaż słowo ślub wywołało na mojej skórze zimny dreszcz. Najzabawniejsze (najżałośniejsze?) było jednak to, że kobieta, którą sportretowałam, okazała się jeszcze naiwniejsza ode mnie, ofiarowując Francuzowi ten przeklęty banknot. Kto normalny poświęcał pieniądze dla dwojga przypadkowych ludzi, jeśli w obecnych czasach tylko one potrafiły kupić życie czy chwilową wolność? Ta kobieta zdecydowanie musiała być szalona, ale w ciągu ostatnich kilkunastu minut zdążyłam już przywyknąć do myśli, że w tym spektaklu grali sami szaleńcy - łącznie ze mną.
Udałam, że nie słyszę tego potwornego określenia - les deux amoureux - a tym bardziej jej naiwnych życzeń, ale wzmianka o córeczce poważnie nadwątliła siły, które wkładałam w ignorowanie całej tej sceny. Odwróciłam głowę w stronę mężczyzny tak gwałtownie, że natychmiast poczułam ból w karku, ale był on niczym w porównaniu z kolejną porcją fałszywego uśmiechu, jaką od niego otrzymałam. Moje usta drgnęły lekko, jakbym chciała coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili zmieniłam słowa na podobny, szeroki i obrzydliwie uroczy uśmiech, choć moje oczy przypominały raczej dwie bryłki lodu, który jeszcze kilka miesięcy temu skuwał Sekwanę. Nie chciałam już patrzeć na feralny portret ani nawet na oddalającą się z nim kobietę - cieszyłabym się jednak, gdyby Nadine ostatecznie uznała, że był raczej marny i że nie nadawał się nawet do zwinięcia w rulon i ukrycia gdzieś w głębi szafy. Wtedy o wiele łatwiej wyrzuciłaby z pamięci spotkanych nad brzegiem Sekwany narzeczonych, skupiając się zapewne na tym, w jak bezsensowny sposób utraciła swoją dwudziestkę.
W przeciwieństwie do niej, ja nie mogłam tak łatwo zapomnieć.
Ignorując zaczepne pytanie mężczyzny, podeszłam do sztalugi, przy której jeszcze chwilę temu trudziłam się, by stworzyć portret, jaki przekonałby mojego niedoszłego modela, że warto było poświęcić mi kilkanaście minut. Wciąż na niego nie patrzyłam; złożyłam sztalugę, może nieco zbyt gwałtownie szarpiąc za zatrzaski, po czym schowałam do kieszeni ołówek i dopiero wtedy niechętnie zwróciłam swoje spojrzenie ku mężczyźnie.
- Monsieur, musiałabym być niespełna zmysłów, żeby pana poślubić - zaczęłam. Spokój brzmiący w moim głosie tańczył na granicy gniewnego wrzasku. - Mówił pan, że nie naraziłby pan swojego honoru na szwank, nieprawdaż? Cóż, honor nie może ucierpieć, jeśli się go nie ma. Powinnam była już na samym początku to zrozumieć, gdy zawieraliśmy tę żałosną umowę - w tym jednym zdecydowanie miałam rację; ufanie paryżanom, nawet w tak błahych kwestiach, nigdy nie kończyło się najlepiej. Dlatego właśnie wolałam Niemców. - Chyba lubi pan kłamać. Do tego stopnia, że wciągnął pan w to kłamstwo niewinną kobietę. Zapytałabym pana, czy nie jest panu wstyd, ale sumienie zapewne też nie należy do pańskich atutów. O ile jakiekolwiek istnieją - uśmiechnęłam się ironicznie, po czym zgrabnym ruchem sięgnęłam po dwudziestkę, by po chwili ukryć ją w kieszeni wypełnionej ołówkami. - Nie sądzę, aby ta niewielka kwota mogła wynagrodzić mi to wszystko, ale żyjemy w trudnych czasach i każdy gorsz się przyda. Szczególnie biednej artystce - dodałam, smutniejąc dosłownie na moment.
Pozwoliłam sobie na krótką pauzę; chwilę oddechu zanim miałam ponownie zmarnować tlen na wyrzucenie z siebie kilku słów skierowanych do Francuza. Szybko złożyłam stołek i postawiłam go obok sztalugi - wyglądało na to, że przedstawienie (chyba?) dobiegło końca, a przynajmniej taką miałam nadzieję.
- Podejrzewam, że widzimy się na Place du Tertre? - rzuciłam jeszcze, unosząc nieznacznie jedną brew.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Wto Mar 14, 2017 6:33 pm

Zwycięstwo miało smak słodkiego, malutkiego owocu o miękkiej, jaskrawej skórce i lepkim soku, który już przy pierwszym uszczknięciu spływa w dół podbródka z leniwą bezwstydnością – jego walory okazały się o tyle smaczniejsze, że okraszone zostały całym spektrum niechęci rozkwitającej jak paryska wiosna. Stosunkowo uboga mimika mademoiselle ograniczała się do demonstrowania głębokiej awersji, która śmiało zakiełkowała w jej umyśle i którą sam Fiodor pielęgnował z fanatyczną pasją szalonego ogrodnika, podlewając zielone pędy abominacji każdym kolejnym słowem. Jeszcze przed dwoma kwadransami nie planował (podobnie jak Neron nie zamierzał podpalać Rzymu) przekształcenia reszty dnia ulicznej portrecistki w ruinę. Tak po prostu wyszło, przypadkowo i niezamierzenie, za to z miastem strawionym przez płomienie. Jakby tego było mało, oboje musieli być spokrewnieni z babilońskimi królami  – praojciec Hammurabi rozpękłby z dumny na widok swych potomków, którzy z taką zaciekłością kultywowali jego dziedzictwo i z entuzjazmem wdrażali w życie niezawodną zasadę oka za oko. Najwyraźniej Kodeks Praw był dla Fiodora równie ciekawą lekturą, co Manifest Komunistyczny – a przynajmniej tak samo poczytną, bo wbrew przeświadczeniu, że marnuje cenny czas, popołudniową energię oraz wzrok na wyłaniające się spod ołówka artystki dzieło, wciąż trwał nieruchomo jak wystający pod drzwiami, który pyta, czy domownicy mają chwilę, aby porozmawiać o Jezusie. Najwyraźniej ta niewielka, irracjonalna część umysłu Fiodora uważała, że nie może przerwać zaciekłej rozgrywki w połowie i skazać się tym samym na niewysublimowane komentarze już przy kolejnym (oraz nieuniknionym jak triumf komunizmu) spotkaniu z portrecistką.
Rachunek sumienia był prosty – skoro miał zmarnotrawić kilka następnych minut, równie dobrze mógł zrobić to tak, by uliczna artystka już nigdy nie zechciała zaczepić go o portret, co, wbrew pozorom, wcale nie było proste.  Nie zwykł publicznie (i na dobrą sprawę prywatnie) wspinać się na wyżyny swych aktorskich umiejętności, zwłaszcza w obliczu kobiety, o której wiedział jedynie tyle, że jest uparta, zdumiewająco nieustępliwa i najwyraźniej pozbawiona krytycyzmu, skoro określa własne portrety sztuką. Całe zajście należało traktować zatem w kategorii treningu, jednego z setek, w trakcie których przez usta Fiodora przedzierały się kłamstwa – choć rzadko kiedy dotyczyły domniemanego narzeczeństwa, zwłaszcza w obecności nie mniej domniemanej narzeczonej. Na własne szczęście już całe lata temu zdołał pogodzić się z myślą, że na tym świecie jedynie dwie rzeczy pozostają poza jego zasięgiem: ślub i prawda. Pierwszy z wyjątków pozwalał na bezwstydne, niezobowiązujące i na wskroś pozbawione sentymentu insynuacje, drugi – na nieustanne korzystanie z mniej lub bardziej drobnych kłamstw (lub kłamstw wielkich jak Muzeum Orsay), które niby kwietny pyłek przenikały do najbardziej intymnych zakamarków życia Fiodora i wypełniały jego szarą codzienność.
Gdyby tylko mierzył siły z jakąkolwiek inną, przeciętną artystką, już dawno temu zdołałby umknąć natrętnym nagabywaniom i nienaruszalnej jak Sekwana obecności portrecistki, która z taką pasją urządzała polowania na sawannie zwanej Place du Tertre. Zwierzyna łowna okazała się jednak kolejnym drapieżnikiem, o tyle niebezpieczniejszym, że niemal chorobliwie nieubłaganym – dość szybko okazało się, że obie strony konfliktu posiadały hiperasertywny charakter i zachowaniem przypominały parę wodnych bawołów.
Krótko mówiąc, żadne z nich nie zamierzało się poddać przed regulaminowym czasem – było tak przynajmniej do momentu, w którym Fiodor nie sięgnął po ciężką artylerię.
Obserwowanie wewnętrznej walki, jaka rozgrywała się pod lodowato zimną taflą spojrzenia artystki, przysparzało mu rozrywki, która skutecznie wynagrodziła zmarnotrawiony czas. Przynajmniej dwukrotnie jego chérie bliska była uzewnętrznienia tego wszystkiego, co gromadziło się w niej w obliczu marnego spektaklu – jednak zamiast przerwać przedstawienie w połowie i głośno nazwać Fiodora kretynem (co nieszczególnie rozmijałoby się z prawdą, w końcu jej narzeczony nie mógł być nikim innym), wślizgnęła się w narzuconą rolę, cierpliwie wyczekując momentu, w którym będzie mogła wygarnąć mu absolutnie wszystko.
I oto z odejściem ich dobrej, lżejszej o dwadzieścia marek znajomej, nadeszła chwila antycznego katharsis. Proces oczyszczenia absolutnego, w którym zebrane w myślach pomyje przelane zostaną wprost na Fiodora.
O tym, jak bardzo zadowolony jest z osiągniętego efektu, najdobitniej świadczyło wyzierające spod przymrużonych powiek spojrzenie – jasne rzęsy rzucały na policzki długie, gęste cienie, co – zdaniem samego Rosjanina – rzeczywiście było warte utrwalenia na portrecie, ale najwyraźniej nie zasługiwało na uwagę natchnionej artystki. Ze spokojem lodowej kry obserwował, jak uliczna portrecistka zwija swój warsztat, najwyraźniej uznając dzisiejszą bitwę za skończoną.
Błędnie.
Jeszcze moment a naprawdę zacząłby się martwić, że nie usłyszy z jej ust przynajmniej jednej obelgi – to znacznie obniżyłoby dzienną statystykę Fiodora – lecz na całe szczęście już po chwili uraczony został barwną, spersonalizowaną diatrybą. Słuchanie tego było męką tak niewyobrażalną, że już na etapie żałosnej umowy gotów był odkupić od portrecistki sztalugę, byle tylko na kilka dni pozbawić jej narzędzia pracy. Dopiero utrata dwudziestki zmotywowała go do czegoś więcej, niż jedynie wykorzystywania kilkunastocentymetrowej różnicy wzrostu, z której obserwował płonącą ironicznie-świętym gniewem artystkę.
Mademoiselle, z kolei ja musiałbym być szalony, aby rzeczywiście to zaproponować – w tonie jego głosu pobrzmiewała nieszkodliwa niewinność kogoś, kogo do żywego dotknęła podobna insynuacja. Efekt psuł wyłącznie sardoniczny, nieszczególnie zresztą ukrywany uśmieszek, z jakim wypowiedział kolejne słowa. – Brzmi pani, jakby brak honoru i bezwstydność były przywarami – uniósł lekko brwi w przejawie dogłębnego zaskoczenia, które jedynie przybrało na sile, gdy nachylił się w stronę ulicznej portrecistki, nisko, niżej, aż do ugięcia barków pod ciężarem własnego zepsucia. – Moim zdaniem to zalety, zwłaszcza u kobiet – obdarzył wisienkę słodkim jak lukier uśmiechem, niemal natychmiast powracając do pionu i dość prędko żegnając się z na wpół sugestywnym grymasem triumfu, który zagościł na jego ustach – a wszystko pod wpływem kolejnych słów kobiety.
Widzimy się na Place du Tertre?
Niewiele brakowało, by potrząsnął głową jak przemoczony do kości, ubłocony pies, któremu ktoś podsunął pod nos kość, a następnie cisnął nią w najbliższą kałużę.
Delikatnie mówiąc, był zaskoczony.
Nie ma pani dość po dzisiaj? – nie zdołał ukryć powątpiewania we własnym głosie, zbyt późno siląc się na kolejne zmarszczenie czoła. Najwyraźniej szwankował u niej nie tylko zmysł artystyczny – imperatyw rozpoznania sytuacji również pozostawiał wiele do życzenia. Jeśli chciała zbić go z tropu i zepchnąć w rozpoczynającą się obok przepaść, niemal się jej udało.
Niemal.
Naturalnie, do omówienia wciąż pozostaje lista gości – tym razem nie uśmiechnął się triumfalnie ani nawet z tą irytującą pewnością siebie – stawiając krok w tył, posłał portrecistce przeciągłe, jasne, na wskroś ostrzegawcze spojrzenie, które mogło sugerować wyłącznie jedno: kolejnym razem nie będzie tak miło.
Nim którekolwiek z nich pomyślało, aby raz jeszcze wbić cieniutką szpilkę w skórę tego drugiego, Fiodor już powracał na alejkę, kierując się dokładnie w tę stronę, w którą zmierzał przed niespełna dwoma kwadransami – tym razem nienękany przez nikogo.
Za to bardziej udręczony.

    | zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Sob Kwi 01, 2017 8:15 pm

św. Mateusz Apostoł napisał:
Podobnie też jest jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana.

Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 

Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!" 

Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!" Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.  A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".

2 maja 1942 r.

Mâron myślał. Żadna to nowina, jednakże to właśnie myślenie, za sprawą którego mógł istnieć jako indywidualna jednostka, było jedną z namiętności jego życia, której od wczesnych lat oddawał się nagminnie i z nieustającą pasją człowieka, który przekonany jest, że wewnątrz siebie odnajdzie skarby znaczniejsze niż wszystkie dobra doczesnego świata; bo myśl, w przeciwieństwie do materii, jest wszak nieśmiertelna. Tak też czynił i w tej chwili, siedząc na ławeczce w cieniu wiekowych drzew nad brzegiem szeroko opiewanej w pieśniach Sekwany - od której ciemnych wód odbijały się promienie chłodnego, wiosennego słońca, które ledwie przed chwilą było w zenicie, a teraz co rusz to pojawiało się, to nikło za misterną siecią szaroburych chmur, które nadciągnęły z zachodu, wraz z łagodnym, ciepłym wietrzykiem, skłoniwszy i jego, i wielu innych paryżan do spaceru. W dłoniach trzymał swe pięknie zdobione, oprawione w czarną skórę, kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu, otwarte na przypowieści o talentach; teraz nie patrzył już jednak w zapisany po łacinie tekst, lecz - uniósłszy zasępiony wzrok - spoglądał gdzieś przed siebie, w nieokreślony punkt na przeciwległym brzegu, na podobieństwo wyrytego w marmurze myśliciela starożytności.

Mâron myślał; myślał w sposób prawdziwy, na sposób jednostki o duszy wyzwolonej, doskonałej, do której, jak wielu przed nim, być może słusznie rościł sobie tytuł - nie tak, jak te zastraszone, z nisko pochylonymi karkami spieszące do pracy czy zeń powracające, zamknięte w kole swojej codziennej rutyny, z której nigdy się nie wydostaną, a w której przyjdzie im zemrzeć, marne, ślepe dzieci Paryża - niestrudzenie poruszające każdego dnia siłą własnych ramion jego prastare, zmurszałe członki; posłusznie przetaczające własne soki, własną, jeszcze ciepłą krew i historię, by za cenę własnego istnienia przedłużyć wegetację tego imitującego życie tworu z martwego kamienia i bezdusznej stali. Każdemu z nich przyjdzie obrócić się w pył, z którego powstali, lecz Paryż wciąż będzie kwitnął, chłepcząc posokę kolejnych pokoleń, ich pot i łzy, niczym róża posadzona na grobie ludzkości.

Lecz on należał do tych, którzy widzieli więcej i więcej pojmowali z prawd zakrytych przed bezrozumną tłuszczą, której przeznaczeniem od wieków jest rodzić się, żyć i ginąć w zapomnieniu. Natura - z woli Boga i na jego rozkaz - sama, niejako na drodze ewolucji społeczeństw, stworzyła niezbędny podział na "rasę panów" i "sług" - podział, bez którego każda zbiorowość ludzka wcześniej czy później pogrążyć się musi w zgubnej dlań anarchii i zgniliźnie moralnej. Jest to system ze wszech miar potrzebny, który nie ocenia ludzi podług ich narodowości czy rasy, lecz poprzez różnice w intelekcie, wiedzy, moralności czy charyzmie, wywodzące się z faktu, iż każda żywa istota: mała czy duża; łowca czy ofiara - znajduje się w danym, ściśle określonym miejscu tej olbrzymiej drabiny, które jest mu przypisane wolą samego Boga i które musi przyjąć z należną mu wdzięcznością i pokorą. Tylko ci, którzy wykorzystywali dane im talenty, godni byli uwagi i przyjęcia ich jako braci i siostry. Gnuśność - oto jest grzech, który niczym nowotwór trawił ludzkość, a budził w Mâron wyjątkową odrazę. Ambicja zaś i dążenie do doskonałości były cechami ze wszech miar godnymi pochwały - tako w przypadku malarzy, jak i wojaków, jak i złodziei. 

Rebelianci, sprzeciwiający się Porządkowi, będą krzyczeć: "wolności! równości! braterstwa!", lecz nigdy nie pojmą, że ich działania sprowadzają chaos, a nie wolność. Bezład, zamęt... Nie do końca świadomi konsekwencji swoich działań, skłonni są skąpać świat w morzu krwi i cierpienia, oddać pod panowanie najprymitywniejszych z ludzkich żądzy: i dla czego? ... dla abstrakcyjnych idei, których nawet nie są w stanie objąć rozumem? Ten świat dość już widział bestialstw, których potrafi dopuścić się istota aspirująca do miana "człowieka", kiedy dać jej wolną wolę.

Tak też rozumował, gdy - nagle - nieopodal rozległ się gromki śmiech - tak szczery, jak i bezczelny. To niewielka grupka młodzieży minęła prałata, wyrwawszy go z głębokiego zamyślenia. Ten zaś, pokręciwszy z lekka głową, a rzuciwszy raz jeszcze pobieżne spojrzenie Słowu Bożemu, które dzierżył w swych śmiertelnych, wątłych dłoniach, pozwolił, by myśli jego powędrowały w inną stronę:

Czy, gdyby powstał teraz i rozpostarłszy ramiona nad Sekwaną, wykrzyknął słowa: "Nakazuję ci się rozstąpić, w imię Tego, który chodził po wodzie!", rzeka wzburzyłaby się i pokłoniła mu? Czy, gdyby podszedł do ślepca i dotknął go, mówiąc: "Otwórz oczy, w imię Tego, który paralitykowi rzekł: "Wstań!"", ten zostałby uzdrowiony?

Nie. Jemu dano klucz jedynie do umysłów i dusz ludzkich - ciało zaś posiadła już dawno religia nauki i jej wszechwładni kapłani. Tylko oni, którzy wryli się w metal, w liczbę, w trupie ciało, zdołali uszczknąć nieco boskiej potęgi stworzenia; zagarnąć ją siłą, należałoby rzec. Czyż Bóg nie wie, jak bardzo Jego Kościół potrzebuje teraz cudu, by ludzkość znów ku światłości poprowadzić? - ludzkość, która albo się nawróci, albo spłonie.


Ostatnio zmieniony przez Léonard Mâron dnia Nie Cze 18, 2017 7:09 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Nie Cze 11, 2017 12:22 am

| maj, w końcu!
Proszę o wyrozumiałość z postami, zapomniałam, jak się pisze.  


Bywały dni, gdy kompletnie gubiła się w Paryżu.
Niedosłownie, choć jej orientacja w terenie nadal pozostawiała wiele do życzenia – siatka jednakowych uliczek, mimo że zdawała się mieć setki lustrzanych odbić ciągnących się całymi kilometrami, koniec końców zawsze pozwalała jej odkryć coś charakterystycznego, punkt, który dawał nadzieję na ponowne odnalezienie się w nieskończonym labiryncie; fizyczne zgubienie wydawało się więc tylko chwilowym zagrożeniem, które nikło w ciągu zaledwie paru chwil. W tej zgubie łatwo było się przecież odnaleźć lub też, jak zdarzało się i nieraz, zostać odnalezionym przez innych – dwie duże szanse na powrót to już niemalże czysta matematyka, a nie wyłącznie zbieg okoliczności zrzucony na łaskawość losu. Jednak zgubienie samej siebie dawało o wiele mniej sposobności na odnalezienie i jednocześnie odbierało szansę na jakikolwiek bardziej sensowny rachunek prawdopodobieństwa.
Unikała więc powodów i sposobności do zwątpienia oraz niepewności, zagłuszając myśli na wszelkie możliwe sposoby. Można powiedzieć, że nie było to nawet trudne, a przynajmniej nie w początkowych fazach, gdy praca fizyczna stawała się kluczem do drzwi otwierających wejście do zmęczenia, a to z kolei z łatwością uciszało wszelkie niewłaściwe podszepty. Z czasem jednak, gdy już przepieliła wszelkie grządki, ułożyła księgi na ociężałych regałach, a nawet zdołała nauczyć swój niezawodny chórek nowej pieśni (co, warto zaznaczyć, w przypadku zaledwie kilkuletnich dzieci było nie lada wyczynem), opadające powieki przestawały być skutecznym argumentem dla podświadomości dopominającej się o uwagę; ta z kolei, w nieopisany sposób, stała się tak ulotna, niczym chmury pierzchnące na paryskim nieboskłonie, wytrącając z równowagi i sprawiając, że myślami wciąż przebywała w zupełnie innym miejscu niż się znajdowała.
Walczyła z tym, jak zresztą z niechcianymi myślami, które zakradały się go głowy – niepewność miała to do siebie, że atakowała w kluczowych momentach, pozbawiając odwagi w chwilach, gdy była najbardziej potrzebna. Zadanie wyznaczone w kwietniu miesiącu przez Lécuyera czekało na swoją kolej, lecz to wcale nie jego mogłaby się obawiać. Chodziło bardziej o ogólny udział, o sensowność tego wszystkiego oraz wizję dalszej współpracy w ramach wyższych celów. Musiała przyznać – zdarzało jej się powątpiewać, ale przede wszystkim w racjonalność swojej obecności w szeregach stowarzyszenia. Bo czy  kiedykolwiek była to wyłącznie kwestia chęci walki o wyzwoloną Francję? Wszak okupowany Paryż nie był aż tak przerażający dla członków tutejszych środowisk katolickich – tak długo, jak trzymali się z dala od ideowego bełkotu lub otwarcie go popierali, pozostawali niemalże (co, miała świadomość, jest bardzo dużym uogólnieniem) wolni. Własne powody, dla których miałaby uczestniczyć w spotkaniach oraz działaniach, rozmyły się nieco w ciągu tych paru lat, może nawet wydając nieco nieaktualne? Wszystko bladło jakby pod wpływem słońca i ulatującego czasu – zupełnie jakby wszelkie idee nagle stały się boleśnie materialne.
Podskórnie wyczuwała, że wszelkie te wątpliwości są zwyczajnie złe i nie zaprowadzą do niczego innego. Próbowała więc dalej uparcie wyciszyć je, oszukać, odnajdując choć na moment spokój duszy. Ten, jeszcze do niedawna, najłatwiej przychodził jej na terenach otaczających klasztor, lecz, dziwnym trafem, ostatnimi czasy często kręcili się tam nieproszeni goście, zakłócający wszelkie próby medytacji. Głośny Paryż również nie wydawał się godną uwagi alternatywą, lecz wobec nasilających się bólów głowy i pogody, która, dość nietypowo jak na maj, również postanowiła ujawnić dziś swoje niezdecydowanie, postanowiła zaryzykować szybki spacer.
Widać jednak niewielka alejka przycupnięta tuż nad brzegiem spokojnej Sekwany, upodobana została przez jeszcze jednego duchownego, czerpiącego nie tylko z uroków przyrody, ale, jeśli dobrze dostrzegła, Pisma Świętego. Dostrzegając Léonarda, przez głowę przemknęła myśl, aby jak najszybciej uciec, niepostrzeżenie wydostać się z uliczki zanim zostanie dostrzeżona i zanim szereg niechcianych wspomnień zaleje umysł, jednak w tej właśnie chwili, spojrzenie prałata, niemalże jakby usłyszał jej zamiary, uniosło się i zabłądziło pośród przechodniów spacerujących wokół. Odniosła wrażenie, że dostrzegł i ją, schowaną pośród innych, ale jednocześnie wyróżniającą się przez habit. Nie miała całkowitej pewności, jego wzrok zaraz bowiem zapadł się w czeluściach cicho sunącej rzeki, być może oczekując, że w końcu powłóczy nogami w jego stronę i raczy się chociażby przywitać, tak jak zresztą wypadało.
A o ile nieszczególnie przejmowała się samymi (niektórymi) osobami, tak powinności postrzegała w nieco inny sposób. Niechętnie, lecz z ostrożnym uniesieniem kącików ust, poruszyła się więc w stronę mężczyzny, tym razem już jednoznacznie znajdując się w polu jego widzenia. – Jego Świętobliwość nigdy nie marnuje czasu, nawet tego, który mógłby poświęcić na odrobinę odpoczynku – zaczęła jeszcze parę kroków przed, kierując wzrok na trzymaną przez prałata księgę. Oczywiście, niczego innego spodziewać by się nie mogła – stronice opisujące jedną z ewangelii, której treści jednak nie mogła odczytać. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – odparła, witając się jak należy, a przynajmniej, jak wydawało się, że należy. Rozejrzała się ostrożnie, ale na wszelki wypadek zreflektowała się. – Czy nie przeszkadzam?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Nie Cze 18, 2017 7:51 pm

"Nie ma w świecie nic trudniejszego od prostoduszności i nie ma nic łatwiejszego niż pochlebstwo. Jeśli w prostoduszności choć jedna setna tonu zabrzmi fałszywie, to natychmiast następuje rozdźwięk, a za nim klapa. Natomiast pochlebstwo, nawet jeżeli wszystko, aż do ostatniej nuty, jest w nim fałszywe, to i tak bywa ono miłe i słucha się go nie bez przyjemności."

Tako rzecze Dostojewski (Fiodor) w "Zbrodni i karze" - a Mâron, czy chciał, czy nie, musiał się z tym zgodzić. W zasadzie, bez oporów przyznawał, że on sam już w młodości obrał ścieżkę pochlebstw i tego, co niektórzy - z wyraźnie negatywnym do tegoż nastawieniem, a niesłusznie - zowią "obłudą". On wolał określenie: "inteligentne wyrafinowanie" i nic w tym złego nie dostrzegał, bo i była to droga nie tylko po tysiąckroć prostsza, skuteczniejsza, ale i bardziej urokliwa. Gdy ci, którzy wierzyli w honor, sprawiedliwość i prawdomówność, mieli wybór: zwyciężyć lub zginąć, przed nim otwierało się tysiąc drzwi. Z każdej potyczki miał szansę wyjść z tarczą: czy to poprzez załagodzenie sporu, zmianę stron, skłócenie przeciwników, czy sztylet wbity w plecy odpowiedniej osoby - choćby i sojusznika. Miało to jednak swoją cenę. W grze uśmiechów i niedomówień, którą z niemałą przyjemnością toczył od lat, przegrana była równoznaczna z politycznym - a często też i fizycznym - unicestwieniem.

A jednak, Kościół to przecież nie tylko prałat Mâron - gruboskórny gad watykański, któremu z charakteru bliżej do diablej przewrotności niźli anielskich cnót pokory i sprawiedliwości. W tej wspólnocie grzesznych i niedoskonałych dzieci Boga, czasem prowadzonej przez jeszcze gorszych pasterzy, były przecież także jednostki czyste i prostoduszne. Światełka nadziei pośród wszechogarniających ciemności.

Jedną z takich osób w oczach nikczemnika, rozkoszującego się chwilą odpoczynku, była niepozorna zakonnica, która właśnie się doń zbliżyła, a której głos wyrwał go niespodziewanie z zamyślenia. W żadnym razie, w oparciu o własne doświadczenia, nie mógł zarzucić jej coraz powszechniejszej hipokryzji czy braku wiary... nieudolność - owszem, o czym zaraz, ledwie podniósł nań wzrok, przypomniał mu mózg, bardziej sprawny niźli reszta skostniałego ciała. Wspomnienie jej osobistej porażki, której prałat miał okazję być świadkiem, sprawiło, że także jej imię nie zaginęło pośród mrowia innych, należących czy to do młodych Francuzów przystępujących do sakramentu bierzmowania, w którym uczestniczył; czy to do proboszcza z okolicy Poitiers, który przysłał nuncjaturze sprawę unieważnienia małżeństwa jakiegoś podstarzałego, skłóconego małżeństwa - gdzie do obowiązków Léonarda należało jedynie podpisać się, podstemplować i wysłać dokumenty do odpowiedniej kongregacji Kurii Rzymskiej.

Skoro więc umysł szybciutko przyporządkował do jej osoby stosowny zbitek liter, prałat przywołał na swe oblicze dobrotliwy uśmiech, jakby witał dawno niewidzianego przyjaciela, i ozwał się przyjaźnie:

- Siostra Lucette. Jakaż miła niespodzianka - A zamknąwszy trzymane w dłoniach Pismo Święte i delikatnie odłożywszy je na bok, wskazał jej miejsce obok siebie i skinął zachęcająco głową: - Proszę, niech siostra usiądzie - Na jej pozdrowienie odpowiedział zaś stosowną formułą: - In saecula saeculorum. Amen. - nie dając po sobie poznać, że odnotował w myślach fakt użycia przez nią zwrotu: "Jego Świątobliwość", tradycyjnie zarezerwowanego jedynie dla osoby Ojca Świętego, chociaż w niektórych kręgach używanego już powszechnie. I już tam, gdzie zakonnica przypuszczalnie chciała okazać serdeczność i szacunek do hierarchy, Mâron jął dociekać drugiego dna - bo i zważyć należy, że zajmował się tym na co dzień i wręcz zawodowo. Starczyło jednak skierować raz jeszcze spojrzenie na skrytą pod habitem młodą kobietę, by odrzucić pochopnie postawioną tezę, jakoby w tym niewinnym przejęzyczeniu lub też po prostu braku znajomości zawiłości etykiety miała kryć się prześmiewcza kpina. Nie mógł tego, rzecz jasna, zupełnie wykluczyć, ale zdawała się być nazbyt... dziecinnie, naiwnie urocza, uprzejma. Czysta.

Mimo to, diabeł, który najwyraźniej obrał sobie za siedzibę umysł prałata i całkiem przyjemnie się tam urządził, już podsunął mu wredną odpowiedź: "Czyliż siostra sugeruje, jakoby lektura Pisma Świętego nie była równoznaczna z wypoczynkiem dla ciała i duszy?" Naciskając, łapiąc za słówka - bo i nie istniało zdanie, wobec którego nie dałoby się tej sztuczki zastosować - wdałby się w uwielbianą przez niego słowną przepychankę, która - jak sądził - dowiodłaby jego wyższości intelektualnej.

A chociaż z przyjemnością obserwowałby, jak zakonnica wije się w tych retorycznych szczypcach, próbując uciec i zachować resztki godności - który to już raz? - chwilowe przyjemności nie mogły stanąć na drodze rozsądkowi i postrzeganym w kontekście dekad interesom. Nie miał żadnych wymiernych korzyści z upokorzenia Lucette, a przyniosłoby mu to wręcz stratę w postaci trwałej urazy do jego osoby, która w przyszłości - w nieznany mu jeszcze sposób - mogłaby mu w czymś przeszkodzić. Przeciwnie: powinien okazać teraz iście ojcowską łaskawość i wyrozumiałość dla błędów ludzkich, zaznaczając jednocześnie, że nie zapomniał o jej potknięciu. Zaplanowawszy zatem, jak rozegrać tę partię, przystąpił do pociągania za sznurki:

- Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności. Czy siostra uwierzy, że nie dalej, jak przedwczoraj, kardynał Suhard w samych superlatywach opowiadał mi przy kolacji o dokonaniach i znaczeniu Waszego zakonu? "Współczucie i miłosierdzie godne Chrystusa Pana" - tak rzekł; a to niemała pochwała z jego ust. Być może... - tu teatralnie zawiesił głos, odwróciwszy z wolna głowę w stronę cicho pluszczącej Sekwany; po to tylko, by zaraz znów wbić wzrok w twarz siostry zakonnej - powinienem raz jeszcze odwiedzić Wasze zgromadzenie? Okolice klasztoru muszą być wyjątkowo urokliwe o tej porze roku, nieprawdaż?

Jeśli rzeczywiście miałby zamiar odbyć wizytę u sióstr, to aprobata - lub jej brak - Lucette była rzeczą wagi najmniejszej. Zresztą, to, że rzucił taką sugestię, wcale nie oznaczało, że zamierzał to uczynić. Położywszy obandażowaną - po spotkaniu z mości Fenouilem - dłoń na okładce swego zminiaturyzowanego wydania Nowego Testamentu, odpowiedział na jej pierwsze słowa:

- Przypowieść o synu marnotrawnym. Zważywszy, że ksiądz arcybiskup z reguły nie myli się w swych osądach, jego przesłanie musi być Wam, jak sądzę, doskonale znane - a z jakiegoś powodu kąciki jego ust zadrżały mimowolnie, chociaż głos pozostał spokojny i głęboki: - Osobiście wierzę, że naszą powinnością jest pamiętać o nim szczególnie teraz: w tych trudnych, niespokojnych czasach... - objąwszy zaś gestem dłoni okoliczną roślinność, wskazując zieleniący się gąszcz listków, dodał: - Sama natura, budząca się na nowo na pamiątkę Zmartwychwstania Pańskiego, zachęca nas do tego, byśmy wyciągnęli do naszych zagubionych braci i sióstr dłoń do pojednania. Tyle razy, ile będzie to konieczne. Nie wiem, czy siostra to również dostrzega, ale, niestety, nazbyt wielu jest pośród nas takich, którzy przyjmują rolę drugiego syna, który - wszak wierny - nie rozumie, dlaczego ojciec zabiega o tego, który się od niego odwrócił. I tak, w miejsce zrozumienia i współczucia pojawia się zazdrość, gniew czy nawet nienawiść. Niestety.

Nie byłby sobą, gdyby powstrzymał się od politycznego komentarza. Zresztą - zważywszy, że i pośród kleru zdarzali się i zagorzali zwolennicy nazizmu, i jego krytycy - zawsze lepiej było wiedzieć, z kim ma się do czynienia. Nie spuszczając wzroku z zakonnicy, jakby szukając czegoś, co zdradzi mu jej prawdziwe myśli, z łagodnym uśmiechem na ustach oczekiwał odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pią Lip 14, 2017 2:50 am

Słyszała kiedyś, że nie do twarzy było jej w habicie, lecz oczywiście nie w ten oczywiście banalny i powierzchowny sposób.
Pamiętała moment, gdy przywdziała czerń po raz pierwszy, gdy utonęła pośród ciężkich szat spływających z ramion niczym krucze pióra, i gdy czuła się zwyczajnie przytłoczona. Nie tylko swoją aparycją, w której blada, prześwitującą gdzieniegdzie cera, nienaturalnie kontrastowała z odzieniem, czy schowanymi pod welonem, jasnymi kosmykami, zwykle swobodnie okalającymi szczupłą buzię, wówczas jakby nieobecnymi, może nawet jakby siłą odebranymi. Do nowego wyglądu zapewne łatwo było przywyknąć, jak do każdej powierzchownej metamorfozy, która z biegiem czasu ulatywała pośród problemów życia doczesnego, lecz zmian, które odcisnąć w psychice miało to krótkie wydarzenie, już nigdy nie mogła się pozbyć.
Rene przecież od samego początku nie aprobował tego w żaden sposób; uważał, że zaszywając się w zakonie, próbuje okłamać już nie tylko innych, ale przede wszystkim samą siebie, łudząc się, że pośród murów klasztoru uda jej się odnaleźć coś więcej ponad odosobnienie. Przeczuwał to, widział więcej niezaślepiony wizją chęci zapadnięcia się pod ziemię. Z biegiem czasu odkryła, że pośród tych słów kryła się nie tylko bliżej nieokreślona niechęć wobec Kościoła, jakakolwiek troska, ale też pewnego rodzaju prawda, której nie chciała przyjąć do swojej świadomości.
Należenie do wspólnoty nie było wcale takie proste, a przynajmniej nie, jeśli chciało się uchodzić za szczerego w swoich czynach. Szczególnie gdy obraz duchownych, który do tamtej pory pozostawał w umyśle Lucette, utworzony był przez drewnianą rózgę oraz odgłos wiecznych pretensji, który odbijał się w uszach jeszcze przez wiele lat życia dorosłego – swoisty koszmar dzieciństwa, w który sama powoli się przeobrażała, więzienie, cela, do której udała się świadomie i z premedytacją. Czuła, że nie pasuje, nie wtapia się w tłum zakonnic tak idealnie, jakby sama tego chciała – braki w podstawowej wiedzy zdawały się wyzierać podczas każdej prowadzonej rozmowy, wypaczone pojęcie empatii oraz wieczny strach nakazujący przetwarzać każde słowo dziesiątki razy. Brakowało jej wiarygodności, naturalności, aury spokoju, które otaczał inne siostry, z jakimi się stykała. To wszystko sprawiało, że nagminnie odcinała się i izolowała z dala od wszystkich, bo tylko we własnym towarzystwie mogła naprawdę czuć się bezpieczna.
Powoli jednak docierało do niej, że nie może żyć, cały czas pozostając w cieniu. Przełamanie się do sięgnięcia po katechizm, wczytanie w psalmy oraz ponowne zagłębienie w zasadach rządzących światem duchownych, wymagało czasu oraz spokoju; wracały do niej słowa sióstr, które od początku przeczuwały ten moment, dając jej znać, że prędzej czy później sama zechce zagłębić się w wir ich życia, nawet jeśli od początku miała być wyłącznie uciekinierką próbującą pokutować za swoje grzechy. Nieunikniona konsekwencja przebywania w klasztorze – potrzeba dostosowania się, odnalezienia w tym wszystkim namiastki własności, w końcu wygrała, dając jej poczucie, że naprawdę stała się częścią wspólnoty, przysłowiową cegłą w murze; może nieco wyszczerbioną i czasem sypiącą się, ale nadal obecną.
Oczywiście porównując swój staż ze stażem większości sióstr, nadal pozostawała w tyle, zarówno pod względem wiedzy, jak i pokładów pewnego rodzaju ciepła, którego nie potrafiła określić. Być może gdyby stanęła pośród swoich współtowarzyszek, gdyby ktokolwiek miał szansę bliżej przyjrzeć się niewysokiej Lucette błądzącej na tle innych, mógłby dostrzec owe nieliczne różnice. Na szczęście klasztor pozostawał schowany daleko poza granicami Paryża, gwarantując swoistą swobodę nawet jej samej.
Znajdując się jednak poza nim i w bezpośrednim kontakcie z Leonardem, wcale więc nie musiała czuć się pewnie. Nie czuła się zresztą, nawet jeśli takie wrażenie usiłowała sprawiać, prostując swoje plecy i pilnując, aby kąciki ust nie drgały nerwowo przy każdym, najmniejszym ruchu. Skinęła ostrożnie głową na powitanie, udając, że nie zdaje sobie sprawy, że popełniła jakiekolwiek faux pas, używając takich a nie innych określeń. Maron mógł wziąć to za komplement, jeśli tylko chciał, z drugiej strony mógł również uznać to za pewnego rodzaju zniewagę, lecz dopóki sam jednoznacznie nie postanowił się w owej kwestii wypowiedzieć, dopóty Naudin pozostawała cudownie nieświadoma w swojej niewiedzy lub usiłowała taką właśnie grać. Zarejestrowała jeszcze fakt, że pamiętał jej imię, choć akurat temu nie dziwiła się aż tak bardzo ze względu na okoliczności ostatniego, feralnego spotkania.
Zgodnie z zaproszeniem usiadła, choć wyłącznie na krawędzi niedługiej ławki, mając nadzieję, że spotkanie nie zajmie zbyt dużo czasu i jak najszybciej będzie mogła ulotnić się do własnych obowiązków, którymi zresztą zamierzała wymówić się w razie niepotrzebnego przedłużania.
Jakkolwiek jej myśli wędrowały do ucieczki do kościoła, tak sama postać nuncjusza od samego początku pozostawała dla nierozwikłaną tajemnicą. Ich pierwsze spotkanie – może nienajlepsze dla samej Lucette – pozostawiało dość pozytywne wrażenie, jednak nie bez przyczyny mówiło się o bliskich kontaktach mężczyzny z Otto Abetzem. Maron pozostawał więc nieodgadniony w interesowności utrzymywania znajomości z Niemcami i zapewne kwestią czasu było, aby ktokolwiek z Ruchu Oporu dostał zadanie zorientowania się, w którą stronę zmierza ta znajomość.
Mogła z całą pewnością przeczuwać, że misja ta prędzej czy później zostanie złożona na jej barki, dlatego też próba zaskarbienia sobie choćby skrawka sympatii duchownego zdecydowanie leżała dzisiaj w jej gestii.
Słysząc wstęp, ponownie milcząco, może nawet nieco nieśmiało skinęła głową. Nie wiedziała, czy kardynał Suhard (parę długich sekund zajęło jej dopasowanie nazwiska do twarzy duchownego) faktycznie w ten sposób wyrażał się o zakonie, ale jeśli miało to zapewnić pozytywne stosunku z najwyższymi władzami katolickimi w Paryżu, wypadało zwyczajnie zgodzić się, nawet jeśli nie do końca podobało jej się to wszystko. Nie lubiła gdy nieproszeni goście kręcili się na terenie klasztoru, mimo że zwykle pozostawali pod czujnym okiem właścicieli.  Zawsze rodziło to pewnego rodzaju niebezpieczeństwo, a tych wszak wypadało się wystrzegać. – Wspaniale to słyszeć – odparła gładko, lecz bez większego entuzjazmu. – Oczywiście zaszczytem dla nas będzie jeszcze raz gościć Waszą świętobliwość. – I znów ów rażący błąd, a może celowe przejęzyczenie? Lucette nawet nie drgnęła, jedynie dalej miękko spoglądała w wypełnioną znakami czasu twarz Leonarda. – To prawda. Paryż wiosną rozkwita, lecz to, co dzieje się na jego przedmieściach przerasta wyobrażenia mieszczan. Czy wasza świętobliwość miał szansę zobaczyć już może Ogród Luksemburski? To jedno z najpiękniejszych miejsc w mieście, a i tak w żaden sposób nie umywa się do natury rozkwitającej tuż pod oknami klasztoru – dodała jeszcze, odruchowo kierując wzrok w stronę przemieszczających się wokół jednostek. Czy wyszła właśnie na miłośniczkę przyrody? A może na samotnika, który lubuje się w ciszy oraz naturze? A może na kogoś, kto próbował się przypodobać nuncjuszowi Watykanu w Paryżu? – Oczywiście przekażę dobre wieści matce przełożonej, będzie zachwycona – dodała, powracając na moment na ziemię i wyginając usta w ostrożnym uśmiechu. W końcu należało ostrzec wszystkich najwcześniej jak się dało, oczywiście po to aby niechciana wizyta wypadła jak najlepiej.
Przypowieść o synu marnotrawnym była jej doskonale znana, jak również puenta i postać słynnego, drugiego brata. Nie odezwała się od razu, analizując słowa, które padły z ust mężczyzny. Wrodzona przezorność kazała jej rozbierać na części pierwsze wszelkie słowa oraz gesty, które padły do tej pory; nie inaczej było i tym razem, gdy przez rozpędzone myśli przemknęło przeczucie, że nie chodzi wyłącznie o filozoficzne dysputy na temat moralności ludzkiej.
I jaką w tym przypadku obrać drogę? Co chciał usłyszeć Maron? Co powinna powiedzieć, czego powinna się wystrzegać?
- Tak, to prawda – odparła na początku cicho i jakby niepewnie, lecz lada moment kobiecy głos odzyskał dawną siłę, a razem z nim wzrok Lucette powędrował znów w stronę mężczyzny. – I jest to zdecydowanie zatrważające. Jednak Paryż ostatecznie i tak zawsze kojarzy mi się raczej z pierwszym synem; w tej chwili pozostającym raczej w fazie naiwności – wyjaśniła, mają nadzieję, że wystarczająco dokładnie (lub wymijając) określiła swoje zdanie. Nie mogła jednak pozwolić, aby na tym skończył się ów temat – skoro Maron już go poruszył, wypadało pójść za ciosem. – Skoro jednak wydaje się, że w obydwu tych przypadkach miasto jest nieco zagubione, jaka jest nasza rola? Czy powinniśmy obrać postawę ojca czy jest już na to za późno?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   Pon Sie 07, 2017 10:17 pm

Mentalny obraz skrytej pod habitem osoby naprzeciw, który prałat tworzył w swoim umyśle, wzbogacał się o coraz to nowe szczegóły z każdym wymienionym przez nich słowem. Lubował się w tej mnemicznej sztuczce, chociaż nie wiedział jeszcze, czy pachniała kadzidłem jak podstarzały bibliotekarz w Archiwach Watykańskich; czy jej wspomnienie było tak słodko-gorzko-kwaśne jak myśli o Piusie XII, będącego powodem, dla którego Mâron nie otrzymał jeszcze od dawna wyczekiwanej kreacji kardynalskiej; czy jej kontury były raczej ostre jak u Hitlera, czy rozmazane jak u płaszczącego się u stóp Ambasadora Abetza rozleniwionego biurokraty. Była nierozstrzygniętą partią szachów - a tego ksiądz nie mógł tak zostawić.

- Doskonale - ciężkie, stalowe spojrzenie prałata zdawało się sugerować, iż nie spodziewał się usłyszeć innej odpowiedzi, a znając ją już przed wypowiedzeniem swego zapytania, sprowadzał celowość tej wymiany zdań tylko i wyłącznie do kurtuazji - Ksiądz Niccolò, mój asystent, dopełni wszelkich formalności związanych z naszą wizytą w klasztorze, która powinna odbyć się już niebawem; wyznaczy sugerowany termin tejże - i chociaż łagodny uśmiech nie znikał z jego twarzy, akcent położony na jednym, szczególnym wyrazie wyraźnie zaznaczył, iż w tej rozgrywce to on stoi w hierarchii kościelnej na tyle wysoko, by dyktować innym swoje warunki.

Gdy Lucette wspomniała o Ogrodzie Luksemburskim, skinął z aprobatą swym sędziwym czerepem, chociaż nie należy uznać tego za kres testów, którym ksiądz postanowił poddać zakonnicę. Z premedytacją nadawał swoim wypowiedziom dwuznaczny ton, sączył zdradziecki jad w morze i tak zresztą plastikowo sztucznej słodyczy, by móc obserwować reakcję swojej rozmówczyni i dobywać z niej pożądane wnioski. Uważał się w równym stopniu za badacza dusz, co i umysłów - a te zawsze kryły jakieś tajemnice, mroczne sekrety, których odkrycie zostawiało takiego nieszczęśnika we władzy prałata. A i czyż Bogu nie były takie działania miłe? - wszak właśnie wtedy, gdy ludzie wyznają Jego namiestnikom swe niecne uczynki, które - zgodnie ze spaczoną naturą człowieka - woleliby nawet przed Nim zataić, stają się czyści, dopiero wówczas mogąc rozkoszować się Jego blaskiem i światłością. Lekarstwo może być gorzkie, trudne do przełknięcia, ale jest konieczne - bo bez niego, świat ten utonie w oceanie fałszu i nieprawości (i któż jest tu jej źródłem?). Kolejny już raz przystąpił więc do zastawiania kolejnych sideł:

- Tak też słyszeliśmy: iż świat podmiejski to rzeczywistość zgoła różna od tej, do której ostatnimi czasy przywykliśmy; wymykająca się powszechnym prawom i obyczajom, a rządząca się swymi własnymi - odparł niejasnymi, mglistymi słowy, chociaż zważywszy na fakt, że to prałat Mâron wypowiedział te słowa, należało interpretować je jako aluzję do opinii, iż to właśnie po wsiach kryją się Żydzi, rozbójnicy z Résistance i wszelcy inni degeneraci, wierzący naiwnie, iż znajdą tam schronienie przed agentami złowrogiej Rzeszy. W zasadzie, prałat nie byłby zaskoczony, gdyby i pod habitami co najmniej kilku z nowo przyjętych sióstr kryły się żydowskie twarzyczki, bo i byłoby to zgodne z potajemnie przekazywanymi sobie zaleceniami Stolicy Apostolskiej i Ojca Świętego. Na razie było to jedynie nawoływanie do przestrzegania biblijnego przykazania miłości, lecz już wkrótce, gdy Rzesza przystąpi do "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", biskup Rzymu wezwie Kościół, by ten dołożył wszelkich starań, by uchronić możliwie jak największą rzeszę niewinnych przed zagładą, o której prawdę Watykan odkryje jako jeden z pierwszych (i to właśnie dzięki jego interwencji, Jozef Tiso - przywódca marionetkowej Słowacji, katolicki ksiądz - wstrzyma deportacje Żydów do obozów śmierci).

Warto tu zaznaczyć, że chociaż Mâron mógł dać się poznać jako jednostka o nieszczególnie twardym kręgosłupie moralnym, jego poufałe więzi z okupantem nie zatraciły w nim wiary w pewne wartości, wśród których poczesne miejsce zajmował Kościół. Był świadom słuszności co najmniej kilku nazistowskich tez, a współpracował z Niemcami, gdyż było to dlań opłacalne, ale w razie, gdyby jakiś odłam duchowieństwa diecezjalnego czy klasztornego znalazł się w konflikcie z Rzeszą, wykorzystałby wszelkie dostępne mu środki, by ich ochronić - samemu będąc i księdzem, i reprezentantem papieża. Nawet, jeśli teraz wydawał się być istotą wredną i nieszczególnie przyjazną w stosunku do siostry zakonnej, służącej temu samemu Panu. A gdy Lucette dopiero zaczynała pojmować, że rozmowa z prałatem przypominała stąpanie po kruchym lodzie, ten już prężył się do kolejnego ataku, niby żmija:

- Wszyscy kiedyś posłyszeliśmy treść "Hymnu o miłości" Św. Pawła z Tarsu: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, lecz miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący"; lecz nieliczni noszą w pamięci jego całość, a jeszcze mniej przesłanie, które zeń płynie. Tekst ten zaś wieńczą szczególnie piękne wersety: "Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość." Miłość względem drugiego człowieka, za którą Chrystus zmarł na krzyżu. Wszystko przeminie, gdy nadejdzie wieczność, wiara się skończy, a nadzieja spełni; Miłość zostanie. I zgodnie z nią postępować powinniśmy - rzeczywiście, pięknie brzmiały te słowa, jakkolwiek trudno było uznać ich praktyczne zastosowanie w wilczym świecie pełnym nienawiści, gniewu i brutalności, w którym nie było miejsca dla słabych i potulnych. Religia chrześcijańska może i wzywała ludzkość do stworzenia idealnej rzeczywistości, w której wszyscy miłowaliby się nawzajem, przestrzegali Przykazań - nie kradli, nie zabijali, nie cudzołożyli - i żyli w duchu ubóstwa, lecz zapominała jakoby o zwierzęcej naturze człowieka, która sprzeciwiała się takim ograniczeniom. I to właśnie było rolą Kościoła i osób pokroju Mârona, by im je narzucić, dla ich własnego dobra. Siłą lub podstępem:

- Ta miłość objawia się na wiele sposobów. Poprzez Was, siostro Lucette, dokonuje się w sposób najdoskonalszy, najmilszy Panu: poprzez codzienną dobroć, służbę Bogu i ludziom. Mnie zaś... - tu po raz pierwszy wzrok na chwilę spuścił (podniósłszy, już szukał na obliczu zakonnicy, czy jego słowa odnoszą pożądany efekt) - mnie zaś wolno miłować jedynie ludzkość i to jej dobrem, jako całości, motywować swoje działania.

Interes ogółu wymagał zaś częstokroć złożenia jednostek w ofierze - i była to naturalna kolej rzeczy.  
Wszak i Zbawiciel poświęcił się dla ludzkości, czyż nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Aleja nad Sekwaną   

Powrót do góry Go down
 
Aleja nad Sekwaną
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: