IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Piekarnia 'Une Baguette'


Share | 
 

 Piekarnia 'Une Baguette'

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Sie 11, 2016 10:47 am



Piekarnia 'Une Baguette'

Nic bardziej nie kojarzy się z Francją jak słynne bagietki, o które stosunkowo łatwo w paryskich piekarniach. Jedną z mniej znanych, lecz nadal świetnych jest 'Une Baguette', kojarzona właśnie z wypiekiem przepysznych bagietek. Znajduje się ona niedaleko Sorbony, przez co dużą część jej klienteli stanowili studenci, zwykle zmęczeni i głodni po całodziennej nauce.
Obecnie zyskuje ona na popularności wśród niemieckich żołnierzy, choć wielu twierdzi, że to nie kwestia kolaboracji, a uroczych Francuzek wypiekających co rano świeże pieczywo, które wykładają na półki. Na ladach z kolei znajdują się drożdżówki oraz ciasta. Jednym z chwytów powszechnie stosowanych, aby zwabić klientów do piekarni, jest otwieranie okien na okoliczne kamienice, gdy gorący, chrupiący chłeb wykładany jest na wystawę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Nie Paź 23, 2016 2:46 pm

| 15 marca

Po zajęciach w Konserwatorium, które skończyły się godzinę wcześniej niż zwykle z powodu rzekomego przesłuchania dyrygenta, Margot postanowiła znacznie nadrobić drogi byle tylko zajrzeć do piekarni sprzedającej ulubione drożdżówki jej siostry. Oznaczało to spędzenie kilkudziesięciu dodatkowych minut w tramwaju, a z futerałem skrzypiec i torebką na ramieniu nie było to najbardziej komfortowe zadanie, Dubois jednak nie zamierzała się poddawać.
Od jakiegoś czasu jej relacje z młodszą siostrą pozostawiały wiele do życzenia, bynajmniej nie chodziło o kłótnie czy sprzeczki. Dziewczyny po prostu się mijały, spędzały ze sobą mniej czasu niż zazwyczaj, a Margot nie pamiętała kiedy ostatnio wygłupiały się na łóżku przed sen, lub choćby właśnie spały razem. Nie chciała zostawiać Poli na pastwę losu i matki, dlatego dziś zamierzała nadrobić stracony czas. Co prawda do spotkania w domu miała jeszcze kilka godzin, ale skoro sprawy na uczelni ułożyły się tak, a nie inaczej, postanowiła skorzystać.
Czy winnym jej nieobecności w życiu Apolline był Ruch Oporu? Możliwe. Margot co jakiś czas otrzymywała zadania do wypełnienia, a choć nie pożerały jej one znacznej ilości czasu, pozostawała kwesta utrzymania wszystkiego w tajemnicy. Nie mogła podzielić się z nikim tym, co właściwie robiła, a trzymanie w sobie wszystkich rzeczy i uczuć na dłuższą metę nie wychodziło jej na dobre. Ponad to, już jutro miała się odbyć misja zdobycia broni, na którą przygotowała dokumenty - tak bardzo obawiała się o Rene, a nie miała o tym z kim porozmawiać.
Starając się odgonić złe myśli, weszła do piekarni i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu przysmaków dla siostry. Przyjemny zapach i ciepłe wnętrze pomieszczenia pomogły jej wyobrazić sobie, że wieczorem wszystko będzie już w porządku.

_________________




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pon Paź 24, 2016 10:47 pm

Damien od kilku dni był pełen energii. Odbicie broni nabuzowało go pozytywnym nastawieniem. Musiał uzbroić się w cierpliwość przez pierwsze dni. Na szczęście jego modły zostały wysłuchane i już jutro miał zacząć działać. Z tej okazji postanowił sobie kupić croissanta. Czasy były ciężkie i nie mógł pozwolić sobie codziennie na słodkości. Co prawda wolał małego rogalika z nadzieniem, który był ogólnodostępny niż tort z nie wiadomo czym. Renard był mało wymagający. Chciał tylko zjeść coś dobrego, nawet nie dopuszczając do siebie myśli że to może być jego ostatni rogalik.
Chłopak pewnym siebie i energicznym krokiem wszedł do piekarni. Od razu na progu jego zadziorność zniknęła. Zauważył dziewczynę. Nie byle jaką dziewczynę, o nie. To była ta, która była na zebraniu dotyczącym odbicia broni. Margot. Nawet pamiętał imię, które to podłapał w antykwariacie. 
Młody Mora otrząsnął się dopiero gdy jakiś starszy pan kazał mu się przesunąć z przejścia. Wtedy sobie uświadomił że stał tam dłuższą chwilę wlepiając swoje gały w piękną niewiastę. A tak nie wypadało. Renard uśmiechnął się nieśmiało. Postanowił podjąć ważną dla niego decyzję i zagadać. W końcu chłopak chce być mężczyzną, a nie pantoflarzem. Wziął głęboki wdech i podszedł do Margot.
-Witam piękną Panią.- skłonił się lekko, zdejmując tym samym swój kaszkiet z głowy. -Czy nie mieliśmy okazji się już kiedyś spotkać?- zapytał pewnym głosem. Pod tym względem chłopak był świetnym aktorem. Potrafił opanować drżenie głosu, mimo że była to trudna sztuka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Sro Paź 26, 2016 2:29 pm

Przez dobrych kilka minut chłonęła atmosferę kawiarni, ciepło i piękne zapachy, by wreszcie ruszyć przed siebie i złożyć zamówienie na drożdżówkę z kruszonką. Miała nadzieję dowieźć ją do domu w stanie nienaruszonym i podać siostrze razem z herbatą, by w zamian otrzymać zwierzenia i historie z mijających dni Apolline. Przekazała sprzedawcy pieniądze, odebrała swój delikatny pakunek i już miała odchodzić od lady, gdy dobiegł ją komplement Damiena.
Nie rozpoznawała jeszcze jego głosu, ale gdy tylko odwróciła się i spojrzała na twarz chłopaka, natychmiast skojarzyła ją z zebraniem i przypomniała sobie spojrzenia, jakie rzucał jej wtedy nieznajomy. Nie miała odwagi, by zagadać do niego wcześniej, a zresztą wtedy musiała przekazać dokumenty Mathieu, młodemu rebeliantowi mogło więc wydawać się, że zupełnie nie jest zainteresowana rozmową z nim. A przecież była, bo ten zawadiacki uśmiech ujął ją już za pierwszym razem.
- Dzień dobry – przywitała się grzecznie, odsuwając się na bok, by inne osoby mogły dojść do kasy. Nieoczekiwane spotkanie sprawiło, że przez chwilę jej nieśmiałość kompletnie nie dochodziła do głosu, dlatego obdarzyła Damiena delikatnym uśmiechem, szczerze ciesząc się z nadarzającej się okazji do rozmowy – Tak, widzieliśmy się w antykwariacie – odpowiedziała spokojnie, kiwając lekko głową.
Nabrała powietrza i już miała coś powiedzieć, gdy nagle zdała sobie sprawę, że ma w głowie kompletną pustkę. Nie wiedziała, jak rozmawiać z chłopcami, a już na pewno nie z tym konkretnym. O czym powinna wspomnieć, a jakich tematów raczej nie poruszać? Wiedziała, że są w miejscu publicznym i o działalności w Ruchu Oporu na pewno nie powinni dyskutować, a jednak to właśnie zapowiadana na dzień jutrzejszy misja przyszła jej na myśl jako pierwsza. Nie chcąc wyjść na głuptasa lub zapatrzoną w siebie pannicę, która ignoruje uprzejmości, niemalże zmusiła się do wyrzucenia z siebie słów, nagle zestresowana męskim towarzystwem.
- Przepraszam, ale nie zapamiętałam wtedy Twojego imienia – przyznała ze skruchą, nie zauważając nawet, że papierową torebkę z drożdżówką ściska chyba odrobinę zbyt mocno – Ja jestem Margot.

_________________




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Wto Lis 01, 2016 11:26 am

Serce chłopaka waliło jak młot. Damien czuł jak jego organ próbuje wydostać się na zewnątrz. Było to co prawda niemożliwe, ale tak to sobie wyobrażał. Stresował się, i to bardzo. Był to jednak ten motywujący do działania stres. Swoje negatywne emocje nakierował na kaszkiet, który ściskał w rękach. Na jego twarzy natomiast nie dało się znaleźć nawet cienia tej niepewności którą w sobie chował.
Jego rześki uśmiech nie był ani trochę fałszywy. Cieszył się że w końcu udało mu się pokonać lęk i zagadać. W końcu był mężczyzną,to on powinien robić ten pierwszy krok.
-Jestem Renard- Przedstawił się swoim konspiracyjnym pseudonimem. Ma jeszcze dużo czasu aby podać swoje prawdziwe imię. Młody Mora wyciągnął do dziewczyny rękę, jeśli mu ją podała, pocałował ją. Tak wypadało, prawda?
-Margot to piękne imię.- skomplementował dziewczynę. Spojrzał na kruszonkę którą to ściskała w rękach. Miał nadzieję że wypiek nie ucierpi na ich rozmowie.
-Gdzie panienka zmierza?- Zapytał, tak aby rozmowa nie zatrzymała się w ślepym punkcie z którego nawet głupio będzie uciec. Pytanie mogło wydać się głupie, w końcu stali w piekarni więc mogła równie dobrze nigdzie nie zmierzać, ale lepsze to niż głucha cisza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Sro Lis 02, 2016 1:08 pm

Właściwie powinna teraz skupić się na dużo większych problemach, jak na przykład coraz mniejszy asortyment piekarni i innych sklepów, na częstsze patrole niemieckie, panoszące się na paryskich ulicach. Na wyższe ceny i większe ograniczenia. A zamiast tego zastanawiała się, czy wygląda dziś ładnie i wypadnie dobrze w rozmowie z tym uroczym chłopakiem, którego widziała na zebraniu.
Na co dzień była nieśmiała i większość znajomych już się do tego przyzwyczaiła, jednak przecież Damien nie mógł wiedzieć, że zazwyczaj jest milcząca i częściej odpowiada uśmiechami, niż pełnymi zdaniami. Na pewno uznałby ją za wariatkę, gdyby teraz tak stała i gapiła się na niego, Margot robiła więc wszystko, co w swojej mocy, by przywołać te pokłady pewności siebie, które jeszcze gdzieś tam się w niej tliły.
- Dziękuję. Twoje też, na dodatek dość niespotykane – nie miała pojęcia, ze to tylko pseudonim i nawet o tym nie pomyślała.
Zdobyła się na uśmiech i podziękowała za komplement, ale zupełnie nie wiedziała, co powinna robić dalej. Gdzie spojrzeć, co zrobić z rękami? Jak nie wyjść na idiotkę przez nowym znajomym?
Podała mu więc dłoń, a gdy ją ucałował, policzki Margot zaróżowiły się nieznacznie. Może to i dobrze, że byli jeszcze w małej piekarni, przynajmniej nie miała gdzie uciekać. Nie, żeby nie chciała spędzić czasu z Renardem, bo właśnie odkryła w sobie nagłą chęć ku temu, a jednak ciężko jej było wydusić z siebie choćby słowo i automatycznie nie sklasyfikować się jako przypadku wybitnej głupoty.
- Do domu. Kupiłam siostrze jej przysmak i mam nadzieję, że dzięki temu wyciągnę z niej kilka sekretów – przyznała spokojnym głosem, spoglądając w oczy stojącego naprzeciwko niej Damiena – Może mnie odprowadzisz? – ugryzła się w język już po wypowiedzeniu tych słów. Jak mogła mu się tak narzucać?! Przecież to nie wypadało, żeby absorbowała go swoją osobą, na pewno miał o wiele lepsze rzeczy do roboty niż spacery z nieznajomą.

_________________




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Sro Lis 02, 2016 6:55 pm

W dzisiejszych czasach każdy bez szwabskiego nazwiska musiał na siebie uważać. Co nie znaczy że należy zapominać o prostych przyjemnościach jak zwykła integracja z drugim człowiekiem. Bo gdyby nie chwile takie jak ta to życie straciłoby całkowity sens. Chłopak w tej chwili był naprawdę szczęśliwy. Nie myślał o tym że jutro może stracić życie. Był zakochany.
Słysząc komplement tylko się uśmiechnął (jeszcze szerzej niż wcześniej). Czy zamierzał jej kiedyś wyjawić prawdziwe imię? Pewnie tak. 
Damien widział że dziewczyna jest trochę nie śmiała. To sprawiało że była jeszcze bardziej urocza. Młody patrzył się w jej twarz, oczami pełnymi zapału. Gdyby Margot potrafiła, mogłaby odczytać z jego mowy ciała że w tej chwili oddałby za nią życie. Może to chwilowe zauroczenie? W każdym razie chłopak czuł się inaczej.
Nie speszył się w ogóle propozycją dziewczyny, a wręcz przeciwnie, zareagował wielkim entuzjazmem.
-Już się bałem że nie poprosisz!- Powiedział głośno i energicznie, trochę się zapominając. W końcu powinien być opanowanym dżentelmenem. Bo tak wypada? Prawda?
No nic, zamierzał się poprawić. Założył swój kaszkiet i wyciągnął ramię w stronę dziewczyny. Co prawda on powinien prowadzić, tyle że nie wiedział gdzie ona mieszka.
-Dokąd poprowadzić?-zapytał szarmancko, licząc że dziewczyna trochę mu pomoże.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Nie Lis 13, 2016 9:25 pm

W każdym innym przypadku pięć razy zastanowiłaby się, czy prawie obcy chłopak powinien ją odprowadzać. Dopiero co poznała jego imię i może faktycznie kojarzyła jego twarz z zebrania Ruchu Oporu, jednak tak naprawdę nie wiedziała o nim prawie nic. Jasne, ze przynależność do organizacji sama z siebie mówiła całkiem dużo o jego charakterze i podejściu do obecnej sytuacji, jednak¬ Margot zazwyczaj potrzebowała więcej. Co powiedzieliby ich dowódcy, czy spoufalanie się wchodziło w grę? Jak zareagowałaby jej matka, gdyby dowiedziała się, że jej córka pozwala się odprowadzać przypadkowo poznanym chłopcom, a na podsuwanym jej pod nos młodzieńcom z dobrych domów nawet nie spojrzy? Czy Rene też miałby jakieś uwagi?
Nawet gdyby, w tej chwili liczył się tylko rozbrajający uśmiech Renarda i oferta odprowadzenia do domu, właściwie złożona przez nią. Dubois ucieszyła się, że jemu też chodziło to po głowie i nie miał nic przeciwko takiemu spacerowi. Jego entuzjastyczna reakcja powiedziała jej wiele.
- Do trzynastej dzielnicy – odpowiedziała więc, chwytając zaoferowane ramię. Nie wyobrażała sobie iść z nim za rękę, a obok siebie też nie do końca jej odpowiadało, taka opcja była więc zdecydowanie najlepsza.
Wciąż jednak nie wiedziała, o czym tak naprawdę mogła z nim rozmawiać. Przecież nie zacznie mu opowiadać o fałszowanych dokumentach, a gdyby nagle podjęła temat Konserwatorium, on mógłby uznać, że ma do czynienia z jakąś samochwałą. Skorzystała więc z tego, że przed chwilą wspomniała o swojej siostrze i zapytała:
- A Ty masz rodzeństwo? Tych pysznych bułek zaraz tu nie będzie, może warto zrobić im niespodziankę i przynieść pyszny wypiek do domu? - uśmiechnęła się, wskazując na najbliższą ladę.

_________________




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Lis 17, 2016 9:14 pm

Damien był prze szczęśliwy że wszystko idzie po jego myśli. Młody nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuł. Był zestresowany w każdej chwili, kiedy to miał wypowiedzieć jakieś słowo. Z drugiej strony ten stres go nakręcał do dalszego działania. Renard bał się mówić, nie chciał zrobić z siebie głupka. Mimo wszystko mówił, ponieważ nie chciał kończyć tej rozmowy. Pokręcone, prawda? Czy to już można nazwać miłością?
Młody miał kiedyś dziewczynę. Niestety uczucie którym do niej pałał okazało się być fałszywe. Ładna była, tak więc pewnie tylko mu się wydawało że ją kocha. Pobyli ze sobą razem, i z bliższym kontaktem okazało się że kompletnie do siebie nie pasują. Ona miała zupełnie inne poglądy na świat niż on. Strzelanie do puszek uznawała za przejaw agresji i brutalności. Tak więc Damien musiał się z nią rozstać. Kilka tygodni później Paryż został zajęty przez okupanta. Renard nie miał już czasu na dziewczyny, w końcu trwała wojna. Chłopak postanowił miłosne rozterki odstawić na bok i skupić się na ważniejszych rzeczach. W tej chwili jego postanowienia zostały złamane, jednak on na razie nie narzeka.
-Mam starszego brata i młodszą siostrę. Obawiam się że mogliby negatywnie zareagować na tę niespodziankę. Stwierdziliby że są ważniejsze wydatki niż ciepłe bułki.- Odpowiedział, zgodnie ze swoimi przeczuciami. No tak, w końcu te kilka monet można by dołożyć do broni, amunicji, albo chociaż ciepłych ubrań a zimę. Skoro to nie jest konieczny wymóg, mogą żyć na zupie i tanim chlebie, to aż grzech kupować. Z drugiej strony Mora przyszedł jednak po coś do tej piekarni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Sty 19, 2017 1:06 pm

| 18 kwietnia, gra z kartkami

Kwietniowy poranek osiadał wilgocią odchodzącej nocy na jej starym, ulubionym płaszczu. Miała go już od paru długich lat, podczas których zdążył przetrwać największą zimę tego stulecia oraz ulewną jesień w roku trzydziestym dziewiątym, liczne, nierówne powierzchnie ławek, których drzazgi poluzowywały regularnie mocne nici, a nawet ogień kościelnej świecy, który pewnego razu pojawił się zbyt blisko ciemnego materiału. Mróz czy wiatr nie były mu więc straszne, ten drugi tylko co pewien czas  targał połami w szalonym tańcu, przez chwilę przypominając nawet ruch skrzydeł ptaków kołujących na bladym nieboskłonie. Nos oraz usta chowała więc w tkaninę modnej apaszki, na którą przed paroma dniami przerobiła jedną z firan osiadających kurzem w jej szafie, i poprawiała okulary co rusz zjeżdżające z czubka jasnej głowy. Nie żeby o tej porze były jej jakkolwiek przydatne, zwyczajnie przyzwyczaiła się do ich obecności, do lekkiego ciężaru ulokowanego  nad pogodnym czołem oraz słabego ucisku w okolicach skroni. Dziś jednak pozostawały wyjątkowo nieporęczne - wymuszały ciągłą potrzebę wyjmowania dłoni z kieszeni, wystawiania ich na pastwę chłodu oraz ryzyko popękanych naczyń. Spieszyła się więc wyjątkowo, wyciągając swoje stosunkowo długie nogi, jak zawsze odziane w zbyt ciężkie buty i przemykając bokiem, wokół innych przechodniów, których,  na jej nieszczęście, z każdą chwilą przybywało na ulicach. Zakończenie godziny policyjnej wywoływało z kamienic kolejne jednostki spieszące do pracy powodując, że, jeszcze do niedawna cichy i pusty Paryż, znów wypełniał się operą dźwięków płynącego życia. Dziś jednak wsłuchiwała się w nią wyjątkowo niechętnie, marząc o dotarciu do celu i ucieczce do czterech ścian czekającego na nią Luwru. Raz tylko gdy, schowana bezpiecznie w tramwajowym pudle chybocząco wyruszającym spod Place des Vosges, zapatrzyła się na mieszkańców wciskających głowy pomiędzy wysokie kołnierze lub strony czarno-białych, zapisanych drobnym druczkiem gazet, pozwoliła sobie na krótki, leniwy uśmiech pełen optymistycznej świadomości, że bez względu na wojnę, życie w jej ukochanym Paryżu toczyło się własnym, spokojnym torem.
Zdawała sobie sprawę, że wyprawa o tej porze na drugi brzeg była pomysłem niedorzecznym oraz nieco naiwnym, lecz nie po to tak wiele czasu oszczędzała najpierw pieniądze, a teraz i swoje kartki, aby, jak co miesiąc, nie kupić swoich ulubionych bagietek w ulubionej piekarni, której szyld, po wyjściu z tramwaju, zakołysał się wesoło pod wpływem kolejnego podmuchu powietrza. Bez względu na kryzys żywnościowy oraz potrzebę dokładniejszego gospodarowania żywnością, nie zamierzała zrezygnować ze swego zwyczaju robienia zakupów w "Une Baguette". Mijając próg piekarni, jak zawsze poczuła cudowny zapach świeżo wypiekanego pieczywa, zaraz więc ustawiła się więc w kolejce za pozostałymi klientami, niecierpliwie zerkając w stronę półek, na których wyłożone było pieczywo oraz drożdżówki. Na szczęście ruch tego dnia nie należał do największych, toteż po paru minutach składała już zamówienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Sty 19, 2017 1:06 pm

The member 'Daisi Schmitt' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Sty 19, 2017 7:50 pm

Poranki stanowiły dla Gilberta prawdopodobnie ulubioną porę dnia, zaraz po spokojnej i cichej nocy, która jednak od pewnego czasu przepełniona była swego rodzaju złowrogością, nie pozwalając mu niestety w pełni nacieszyć się błyszczącymi się na niebie gwiazdami czy cichych pohukiwaniem sów, którego zwykł nasłuchiwać jeszcze zanim cały Paryż objęty został godziną policyjną, a wychylenie nosa z mieszkania po zmierzchu stanowiło zbyt duże ryzyko.
Poranki były jednak zupełnie inne. Miasto budziło się powoli z sennego, nocnego letargu, rozciągało swoje ramiona w leniwym ruchu, unosząc do góry powieki i mrugając kilkakrotnie, aby na dobre pozbyć się z nich resztek snu, który osiadał jeszcze na rzęsach i szeptał do ucha słowa, mające zachęcić do ponownego ułożenia głowy na miękkiej poduszce. Czasem obserwował, jak mieszkańcy kamienic po drugiej stronie ulicy odsłaniają okiennice i zasłony, otwierają okna, aby do dusznych pomieszczeń wpuścić choć odrobinę świeżego, rześkiego powietrza, wyglądają na pustą jeszcze i cichą ulicę, która w przeciągu kilku godzin wypełni się zmierzającymi do pracy ludźmi czy bawiącymi się radośnie dziećmi, niepojmującymi powagi sytuacji i ciężaru czasów, w których przyszło im się wychowywać. Pomimo wojny jednak wszystko to pozostawało dokładnie takie samo, ludzie w ten sam sposób przecierali dłońmi zaspane oczy i zakrywali usta, aby ukryć przeciągłe ziewnięcie, gdy wraz z końcem godziny policyjnej wychodzili na ulice, aby stanąć w formujących się już do sklepów kolejkach licząc, iż tym razem przyniosą do domu coś więcej, niż chleb z poprzedniego dnia czy dwie drobne bułki, które miały wystarczyć dla czteroosobowej rodziny.
Czasami zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby miał ten idealizowany w przeszłości dom, prawdziwe łóżko z ciepłą pościelą, do którego pragnąłby wracać i z którego nie chciałby zrywać się niemalże od razu, nie zauważając różnicy między pobytem w mieszkaniu a poza jego ścianami. Może z wyjątkiem tego, iż często na zewnątrz było o wiele cieplej niż w tej marnej namiastce domu, który sam dla siebie stworzył. Już dawno przestał go poszukiwać, obserwując przez okna życie innych ludzi wyobrażając sobie jedynie, iż na jeden dzień może znaleźć się na ich miejscu, pośród osób, które obdarzyłyby go miłością i ciepłem, zajęły się wtedy, gdy przechodził przez ciężką chorobę i zapewniły,  iż w razie czego ma na kim polegać. Teraz w rzeczywistości mógł polegać wyłącznie na sobie, a przynajmniej tak mu się wydawało i za każdym razem, gdy nawiedzały go tego rodzaju myśli przypominał sobie, że taką podjął decyzję. Taka była cena za opuszczenie domu ciotki i uwolnienia się spod jej niespecjalnie zdrowego wpływu.
Otwierając powoli oczy i pozwalając, aby przykra rzeczywistość wdarła się pod jego powieki odniósł to dziwne uczucie zawodu, które towarzyszyło mu za każdym razem, gdy budził się z przyjemnego snu, którego nie potrafił jednak zapamiętać. Bez dłuższego wahania zrzucił z siebie przetarty, połatany w kilku miejscach koc, ubrał wyprane niedawno ubrania i wyszedł na pustą, senną ulicę, na której unosiła się jeszcze delikatna mgła, a cisza tańczyła wraz z powiewami wiatru, które targały jego płaszczem i kosmykami odrobinę przydługich już włosów. Przetarł sennie oczy, zaciskając w kieszeni płaszcza dłoń trzymającą niewielki, stary portfel z kartkami, które liczył wymienić na świeżo upieczone bagietki. Wprowadzenie racjonowania żywności, w przeciwieństwie do większości paryżan, specjalnie nie wpłynęło na zmianę jego nawyków. Odkąd wyprowadził się z domu ciotki jego dieta w znacznym stopniu była ograniczona i przyzwyczaił się wręcz do niewielkich porcji, które miały wpływ bardziej psychologiczny, dając mu jedynie złudzenie normalności.
Dochodząc do piekarni zauważył, że ta powoli wypełnia się już ludźmi, z których każdy pragnął zdobyć jak najlepszy towar. Gilbert zawahał się chwilę, jakby zastanawiał się, czy warto próbować, po czym przygryzając wargę wszedł do środka i ustawił się między tęgim jegomościem a dwiema damami, które z ożywieniem dyskutowały na zupełnie przyziemne tematy. Na chwilę wychylił się z kolejki, zauważając kilka osób przed sobą znajomą, dziewczęcą sylwetkę. Uśmiechnął się lekko do samego siebie, a gdy przyszła jego kolej, pospiesznie złożył swoje zamówienie, oglądając się przez ramię z nadzieją, iż zdąży jeszcze złapać Daisi, zanim zniknie pomiędzy wybudzającymi się ze snu uliczkami.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Czw Sty 19, 2017 7:50 pm

The member 'Gilbert Fourier' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pon Sty 23, 2017 10:47 am

Zapach świeżo wypiekanego pieczywa zawsze kojarzył jej się z ojcem. Gdy była młodsza, co rano przynosił jeszcze ciepłe, chrupiące bagietki, których woń pomagała jej ściągnąć zaspanie spomiędzy na wpół przymkniętych powiek. Głód zawsze okazywał się silniejszą uczuciem niż zmęczenie, toteż, kiedy tylko słyszała szczęk kluczy chroboczących w starym zamku (który w dokładnie ten sam sposób chrobotał do tej pory, gdy słyszała jak Maurice usiłuje wkraść lub wykraść się z mieszkania jak najciszej, zapewne z nadzieją, że uda mu się jej nie obudzić), leniwie przeciągała się, usiłując zepchnąć na bok nocne mary zalegające jeszcze gdzieniegdzie w zakątkach umysłu. Zawsze wtedy robiła im obydwojgu kawę – sobie zbożową, z ogromną porcją mleka, a jemu czarną, z dwóch ogromnych łyżek, która miała wręcz oszałamiający, gorzki aromat tuż po zalaniu jej wrzątkiem, podczas gdy on kroił już bagietki na coraz mniejsze plastry, które potem układał na talerzu.
Stojąc w niedługiej kolejce, zawsze uświadamiała sobie, że już nigdy nie będzie jej dane doświadczyć tego rodzaju więzi, która łączyła ją z Bertramem, że nigdy już nie będzie im dane zjeść razem chociaż jedynego posiłku podczas całego tygodnia,  w czasie którego często opowiadała mu swoje niedorzeczne sny lub snuła plany na kolejny dzień. Może właśnie dlatego tak znacznie ograniczyła swoje ulubione przyzwyczajenie, pozwalając mu, aby trwało tylko raz na jakiś czas? A może chciała po prostu zachować wyjątkowość, która kiedyś była jej własną codziennością, nadać temu nieco inny charakter przy jednoczesnym podtrzymaniu szczególności?
Nawet jeśli tak, bez względu na znaczne ograniczenie wizyt, właścicielki piekarni musiały ją doskonale pamiętać. Gdy tylko nadeszła jej kolej, sprzedawczyni uśmiechnęła się krótko, a w oczach kobiety zatańczył pojedynczy błysk znajomości. Daisi oczywiście odpowiedziała na niego od razu, posyłając równie krótki, ale też ciepły uśmiech i podając kobiecie kartkę z wypisaną ilością pieczywa. Posłała przy okazji kolejne tęskne spojrzenie w stronę ułożonych i pięknie wyglądających drożdżówek wypełnionych owocowymi powidłami, które leżały za plecami kobiety. Na ten miesiąc wykorzystała już większość swoich przydziałów na słodkości, więc przez pozostałą połowę miesiąca była skazana na spoglądanie na nie przez sklepowe witryny.
Najwidoczniej jednak sprzedawczyni zauważyła minę niepocieszonej Daisi i obiekt jej obserwacji, bo gdy tylko skończyła pakować odpowiednią ilość pieczywa, sięgnęła również po jedną z drożdżówek i tak po prostu zapakowała ją razem z resztą. Schmitt widząc to, w pierwszej chwili ucieszyła się, że żaden z reszty oczekujących w kolejce nie jest w tej chwili w stanie dojrzeć jej pełnej zdziwienia i konsternacji miny. Gdyby nie to, zapewne w mig domyśliliby się, że pomimo naturalności sprzedawczyni, z zakupami coś było nie tak. Do samego końca oszukiwała się, że w którymś momencie kobieta poprosi ją o kolejną kartkę, tym razem na słodycze, lecz gdy nic takiego nie wydarzyło się, a tamta po prostu podała jej zakupu, a potem pożegnała ją z tą samą miną wyrażającą zwykłą życzliwość.
Z piekarni wychodziła bardzo powoli, dalej nie dowierzając w to, co właśnie miało miejsce.  Przyciskając pieczywo mocno do klatki piersiowej myślała tylko o tym, że właśnie los po raz kolejny się do niej uśmiechnął z niewiadomego powodu. O ile oczywiście nie kryło się za tym nic innego.
Tuż przed wyjściem po raz ostatni odwróciła się, aby spojrzeć na sprzedawczynię, lecz niespodziewanie, widok przesłoniła jej znajoma sylwetka. W pierwszej chwili niezbyt przytomnie spojrzała na Gilberta, pozwalając, aby na jej twarzy dalej malował się bliżej nieokreślony wyraz twarzy. – Cześć – przywitała go z trudem, powoli koncentrując swój wzrok na jego osobie. Ciężko było jej wyrwać się z okowów niedowierzania, lecz mimo to usiłowała wciągnąć na usta uśmiech, co skończyło się zmianą na bliżej nieokreślony grymas, który szybko przemknął przez buzię. – Również jeszcze przed śniadaniem? – zapytała, bo była to jedyna rzecz, jaka w tamtej chwili przyszła jej do głowy, spotykając go o tej porze w piekarni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pon Sty 23, 2017 7:56 pm

Jako osoba, która nigdy nie mówi zbyt wiele, zatrzymując większość swoim myśli dla siebie, Gilbert był dość dobrym obserwatorem. Sztukę wtapiania się w bezbarwny tłum miał już niemalże opanowaną do perfekcji, zazwyczaj niezauważany przez ludzi w najbliższym otoczeniu obserwował więc przechodniów czy klientów kina, nie przyciągając ich uwagi, wiedząc, w którym momencie opuścić wzrok, a kiedy rozciągnąć usta w wymuszonym uśmiechu, który miał za zadanie zamaskować fakt, iż od kilku najbliższych minut z ciekawością przyglądał się danej osobie.
Nigdy nie robił tego z jakiegoś większego powodu. Nie potrafił w żaden sposób odczytywać ludzkich myśli czy emocji przez samo spojrzenie w ich twarz, wykrzywienie warg czy przeskakujące w oczach cienie. Ludzie pozostawali dla niego jedną wielką zagadką, którą nie do końca potrafił i chciał rozwikłać. Zazwyczaj próby jakiegokolwiek odgadnięcia myśli drugiej osoby kończyły się prawdopodobnie błędnymi, wyciąganymi zbyt pochopnie wnioskami, które w dużej mierze wiązały się z tym, iż dana osoba najzwyczajniej w świecie miała go z jakiegoś powodu dość. W końcu nauczył się więc nie próbować, patrząc na tłum ludzi jak na naukowe obiekty, zlepek kości, mięśni, tkanek i narządów, złożonych w jedną, funkcjonującą w miarę poprawnie maszynę. Potrafił dostrzec więc to, co znajdowało się głęboko pod skórą, czasem starając się w myślach nazywać poszczególne kości czy organy, rysując na powierzchni ubrań siatkę żył i tętnic, wyobrażając sobie szum krwi przepływającej drobnymi kanałami i bicie serca, którego oczywiście nie mógł usłyszeć naprawdę, a które jednak odbijało się w jego uszach. Przyjemna rozrywka, być może dość specyficzna, zdecydowanie umilała mu czas w tramwajach, na spacerach czy na przykład w kolejkach w piekarni, gdy zdenerwowany przestępował z nogi na nogę, obserwując, jak z półek znikając coraz to lepsze produkty, a ilość osób przed nim w żadnym stopniu zdaje się nie zmniejszać.
Starał się nie zawyżać swoich nadziei, wiedział przecież, że z jego kartkami nie stać go na nic wykwintnego, jak chociażby słodkie, oblepione lukrem drożdżówki, jednak mógł przecież pomarzyć, odtwarzając w pamięci uczucie, które towarzyszyło mu gdy jadł je po raz ostatni. Słodkość cukru roztapiająca się na jego języku, miękkie ciasto, w które łapczywie zatapiał zęby. W tamtym momencie z pewnością nie przypuszczał, iż był to ostatni raz, gdy ma tą przyjemność skosztowania słodkiego wypieku i z perspektywy czasu dostrzegał, iż mógł nacieszyć się tą chwilą o wiele bardziej.
Tak jednak było ze wszystkim, ciężko przewidzieć ostatni raz, a gdy ta świadomość zaczyna w końcu do człowieka docierać, jest już za późno, aby cofnąć czas i jeszcze raz zatopić się w tym uczuciu, odczuć je każdą najdrobniejszą komórką swojego ciała. Gdyby ludzie bombardowanych w wojnie miast wiedzieli, że kolacją, którą spożywają w gronie rodziny jest ostatnią okazją, aby spędzić wspólnie chociaż kilka minut, czy potrafiliby cieszyć się tą okazją tak samo? Czy może, zamiast po prostu trwać, szukaliby sposobów, aby uniknąć nieuniknione, oszukać swój los i wykiwać przeznaczenie? Gilbert, im dłużej o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, iż w niektórych przypadkach nieświadomość bywa o wiele lepsza, bo czyny, które popełniał w ramach swego rodzaju odruchu i przyzwyczajenia, miały w sobie szczerość i niewinność, a nie jedynie wymuszenie i sztuczne emocje, towarzyszące wiedzy, iż wszystko to za chwilę przepadnie.
Gdy w końcu stanął przy ladzie nie miał zbyt wielkich nadziei, więc nawet nie zdziwił się, odbierając zapakowane pieczywo i w myślach kalkulując, jak umiejętnie je rozdzielić. Sprzedawczyni uśmiechnęła się do niego przepraszająco i chłopak odniósł wrażenie, iż naprawdę jest jej mu go szkoda, biorąc pod uwagę, iż wyglądał naprawdę mizernie, z wiszącymi jak na wieszaku ubraniami, bladą twarzą i znacznym wychudzeniem, odbijającym się na jego twarzy, przypominającej bardziej czaszkę obleczoną w warstwę cienkiego pergaminu. Odwdzięczył jej się bladym uśmiechem spierzchniętych warg wiedząc, iż to przecież nie była jej wina, po czym odszedł od lady, wzrokiem wypatrując w tłumie znajomej sylwetki Daisi, która chwilę wcześniej zmierzała w kierunku wyjścia. Ujrzawszy ją, szybko podążył w jej stronę zatrzymując się za jej plecami w momencie, w którym ta akurat odwróciła się w jego kierunku.
- Cześć – odpowiedział, przyglądając się dziewczynie, która wyglądała na trochę rozkojarzoną i starając się uśmiechnąć. Nie chciał w końcu wyglądać jak ktoś, kto właśnie otrzymał niewystarczającą porcję pieczywa, choć przecież była to prawda. Daisi, odkąd pierwszy raz się poznali, zawsze po części zachwycała go swoim optymizmem i czasem wierzył, że może przez samo przebywanie w jej towarzystwie to pełne światła podejście do życie przejdzie również na niego – Tak, tak – odpowiedział szybko, wciskając zakupy do swojej torby – Wszystko w porządku? – zapytał po chwili, trochę zdziwiony widocznym rozkojarzeniem, które wymalowało się na jej twarzy już wtedy, gdy jego obecność przyciągnęła jej, najwyraźniej niepełną, uwagę. Chociaż z drugiej strony nie powinien aż tak się dziwić, panna Schmitt zawsze sprawiała w jego oczach wrażenie kogoś, kto jedną nogą stąpa w zupełnie innym świecie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pią Sty 27, 2017 12:33 am

Kwiecień obfitował w mnóstwo uśmiechów losu. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz spotkało ją tak wiele miłych niespodzianek oraz szczęśliwych zakończeń, które wręcz zdawały się pisać samoistnie. Poza odgadnięciem haseł nie mogła wszak zbytnio przyczynić się do wygranej krzyżówki, nie miała też zbyt wielkiego wpływu na decyzję bibliotekarki odnośnie podarowania zakazanej książki, a teraz, do tego wszystkiego, dochodził niewielki, ale jednak dodatkowy przydział żywności w postaci drożdżówki, która w sposób wręcz nieracjonalnie zabawny paliła ją właśnie w dłoń. Może i nie była skradziona, lecz, czy, decydując się przyznać dodatkową porcję, sprzedawczynię nie skazywały tym samym kogoś innego na jej zmniejszenie? Nie miała całkowitej pewności, mogła jedynie domyślać się, jak bardzo restrykcyjnie była sprawdzana żywność wprowadzana do sklepów i piekarni, ale jeśli miała rację, właśnie okradła kogoś z jego drożdżówki. Nieświadomie, oczywiście, a przynajmniej tak powtarzała sobie w myślach, opuszczając powoli kolejkę. Nie mogła przecież na głos powiedzieć, że kobieta się pomyliła, dokładając słodkość do wypieków, nie kiedy mogłoby to wzbudzać zainteresowanie osób trzecich.
Szkoda tylko, że nawet nie podziękowała sprzedawczyni. Odeszła od lady z niedowierzaniem zmieszanym z konsternacją, zupełnie zapominając chociażby o zasadach dobrego wychowania. Gdyby teraz odwróciła się i skierowała w jej stronę słowa, znów mogłoby to wyglądać podejrzanie. Musiała więc odpuścić tym razem, opuszczając piekarnię bez zwracania na siebie uwagi, a przynajmniej znów tak właśnie tłumaczyła sobie swoje zachowanie. Po prostu podziękuje jej przy kolejnej wizycie i tyle.
Sylwetka Gilberta pozwoliła jej na moment oderwać się od wszelkiego rodzaju niepewności związanych z drożdżówką. Sama jego obecność sprawiła, że zachciała jak najszybciej pozbyć się swojego odległego spojrzenia i przywdziać dobrze znany uśmiech, którym zawsze starała się go uraczyć. W końcu nie chciała wyglądać jak ktoś, kto właśnie dostał dodatkowy przydział pieczywa – może nie było to nic, czego powinna się wstydzić, ale mówienie o takich rzeczach  na głos w miejscu publicznym, zdecydowanie nie należało do najlepszych pomysłów. – Tak, jak najbardziej – odparła w odpowiedzi na jego pytanie, czując jak zdenerwowanie, mimo że dalej kotłowało się gdzieś w zakątkach głowy, powoli odpuszczało. Z każdą chwilą, gdy powolnym, lecz stanowczym krokiem przesuwali się w stronę wyjścia, czuła się coraz swobodniej. Dopiero gdy minęli drzwi, odwróciła się po raz ostatni, zerkając na sprzedawczynię, która, jak gdyby nigdy nic, zajęta była dalszym wydawaniem pieczywa.
- Tak wcześnie, bo pewnie niedługo zaczynasz też zajęcia na uczelni? – zapytała, usiłując kontynuować normalną rozmowę. Wiedziała, że Gilbert nie jest osobą szczególnie towarzyską, lecz nie przeszkadzało jej, aby w jego obecności obejmować pieczę nad prowadzeniem dialogu; wręcz przeciwnie – w tej sferze czuła się wyjątkowo pewnie i skoro jeszcze mogła zdjąć z jego barków niepotrzebny ciężar, była gotowa to zrobić.
Przechodzili właśnie obok kiosku z gazetami przy którym, swoim zwyczajem, Daisi zatrzymała się, zauważając przy okazji nowy numer Je suis partout. Nie była szczególną fanką tego pisma, jednak wielki napis DEFILADA przyciągał wzrok na tyle skutecznie, że zdecydowała się kupić pismo. Oczywiście nie dlatego, że zamierzała w niej uczestniczyć, ale po cichu liczyła, że odnajdzie w gazecie kolejną krzyżówkę.
- Führer obchodzi urodziny za dwa dni. Wybierasz się na defiladę? – zapytała z rozbawieniem, gdy oddalili się od stoiska na odpowiednią odległość. Zerknęła jeszcze szybko, czy nikt na nich nie patrzy, po czym palcem wskazała mu artykuł, w razie gdyby nie kojarzył, o jakie wydarzenie jej chodzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pią Sty 27, 2017 7:17 pm

Gilbert zazwyczaj nie śledził uważnie tego, co dzieje się w Paryżu, choć od czasu do czasu jego wzrok przyciągały nagłówki gazet czy pojedyncze artykuły, które znajdował w pracy w czasie przysługujących mu przerw. Niestety jednak, ostatnio sam był po części zamieszany w jedno z większych zdarzeń, dotyczących niemalże udanego zamachu na kino, dlatego też w jego ręce trafiały każde egzemplarze wydane po danym dniu. Z jakiegoś powodu wczytywał się w artykuły, zdając sobie sprawę, iż Paryż, który on znał, nawet ten z czasów wojny, zdecydowanie różni się od rzeczywistości, pełnej zamachów, pożarów oraz niemieckich żołnierzy, którzy zyskiwali popularność i, jak pewnie uważali, chwałę, za swoje bohaterstwo w tłumieniu wszelkich przejawów oporu ze strony mieszkańców miasta.
Paryż, który znał i kochał był wolny, radosny, spokojny, jednak w niczym poza swą nazwą i charakterystyczną architekturą nie przypominał tego, co Fourier pamiętał z tych o wiele lepszych, choć przecież nie najwspanialszych czasów. W jego przypadku nie trudno było o wydarzenie, które chociaż odrobinę poprawiało mu nastrój. W porównaniu do wszystkiego, czego zdążył już doświadczyć, spotkanie z kimś, kogo mógł nazwać przyjacielem, bezchmurne niebo, śpiew ptaków o poranku czy zachód słońca, odbijający się niemalże krwistą czerwienią na niebie były dla niego wszystkim. Musiał nauczyć się doceniać te drobne szczegóły, ponieważ w przeciwnym razie już dawno straciłby tą namiastkę kontroli, którą jeszcze posiadał, i rozsypałby się chociażby teraz, w środku zatłoczonej piekarni, na oczach zupełnie obcych ludzi, ściskając w dłoni pieczywo, którego ilość z pewnością nie była zadowalająca.
Spotkanie z Daisi potrafiło jego dość skutecznie odciągnąć jego umysł od nieprzyjemnych myśli. Dziewczyna z pewnością nie była tego świadoma, bo przecież on sam nie wyglądał na specjalnie uradowanego, gdy w końcu do niej podszedł i spróbował zagadnąć, chcąc chociaż przez krótki moment poczuć, że może jednak nie jest kompletnie sam na tym świecie i że inni ludzie, choć zazwyczaj plasujący się gdzieś wysoko nad nim, w miejscu, którego nie potrafił dosięgnąć, nie zawsze bywają okrutny tak, jak wszyscy ci, którzy zdążyli już zabrać go w podróż przez samo piekło i z powrotem.
- Tak, ale mam jeszcze trochę czasu. Wolałem jednak przyjść wcześniej, żeby nie zastać już pustych półek– odpowiedział, idąc powoli obok dziewczyny ze wzrokiem utkwionym w drogę przed nimi. Musiał przyznać, iż choć wcale nie liczył na wiele, gdzieś w jego podświadomości wciąż był zawiedziony. Zazwyczaj dobrze radził sobie z takimi sprawami, był mistrzem od życiowych porażek, znoszenia upokorzenia i niepowodzeń, jednak bywał dni, w których budziła się w nim iskierka nadziei na to, że chociaż raz to do niego uśmiechnie się los. Niestety, nie wierzył w cuda ani, tym bardziej, przeznaczenie. Jego życie było takie, jakie sam sobie wybrał i teraz musiał znosić konsekwencje swojej decyzji. Poświęcił niemalże wszystko, co mógłby mieć, dla rozwijania swojej pasji i dla pozostawienia sobie chociażby drobnej resztki godności, która jeszcze nie została mu do końca odebrana. Mógł więc jedynie liczyć na to, że kiedyś, jeśli oczywiście wojna dobiegnie końca, a on przeżyje ją w jednym kawałku, gdy już ukończy studia, będzie w stanie znaleźć pracę, dzięki której poziom jego życia przestanie równać się nędznemu robakowi, wałęsającemu się po ziemi, a przypominać zacznie prawdziwego człowieka, który był w stanie coś osiągnąć. Nigdy nie był najlepszy w swojej samoocenie i wierze we własne możliwości, jednak póki co to właśnie wiedza i bystry umysł stanowiły prawdopodobnie jego najsilniejsze, jak nie jedynie, zalety.
- Słyszałem, ale chyba sobie odpuszczę – powiedział, gdy odeszli od kiosku z gazetami, gdzie Daisi kupowała najnowsze wydanie Je suis partout. Sam Gilbert słyszał o defiladzie już wcześniej, gazeta zdążyła wpaść w jego ręce dzień wcześniej i pamiętał dokładnie, jak skrzywił się, czytając krótką wzmiankę na temat świętowana urodzin Hitlera – Niespecjalnie przepadam za tłocznymi miejscami – wyjaśnił po krótkiej przerwie. Była to prawda, jednak powody, dla których nie zamierzał zjawić się na defiladzie były dwa, z których ten pierwszy mógłby wytłumaczyć tym, iż nie zamierzał brać udziału w wydarzeniu celebrującym okupujących Paryż Niemców – A ty? Z pewnością będzie to dobra okazja do zrobienia paru wyjątkowych zdjęć. Kiedy wojna się skończy, być może nawet będą wiele warte – dodał po chwili, na wszelki wypadek rozglądając się dookoła, czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Oczywiście nie powiedział nic nieodpowiedniego, jednak ze sposobu, w który wypowiedział swoje słowa można było wywnioskować, iż za koniec wojny z pewnością nie uważa zwycięstwa Niemiec.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pią Sty 27, 2017 8:58 pm

Daisi z kolei od zawsze była żywo zainteresowana wszelkimi sferami życia Paryża. Świetnie orientowała się nie tylko w topografii, zabytkach czy miejscach związanych z kulturą, ale również miała bardzo dobre rozeznanie w osobach zamieszkujących miasto. Oczywiście nie wszystkich, uważnie śledziła wyłącznie postacie związane ze sztuką, gwiazdy scen stolicy, osobistości wysoko postawione, wpływowe lub te, które po prostu zasługiwały na uwagę. Znała nazwiska redaktorów najważniejszych gazet, orientowała się, kto prowadził Operę Garnier, a kto Café de la Paix. Z pewnością wykraczało to poza typowe zainteresowania osób w jej wieku, lecz co mogła poradzić na fakt, że zachłyśnięcie się Paryżem oraz jego życiem, które miało miejsce prawie ponad dziesięć lat temu, trwało do tej pory? Zwyczajnie kochała to miejsce, nawet bardziej niż rodzinną Marsylię, czując się integralną częścią codzienności umykającej pośród uliczek.
Przecież była Paryżanką – musiała orientować się, co takiego ma miejsce w jej ukochanej stolicy.
Okupacja nie osłabiła tego. Wręcz przeciwnie – czuła, że zmusza ją, aby podtrzymywać w sobie ten lokalny patriotyzm objawiający się w dość nietypowy sposób. Gdy Niemcy usiłowali stłamsić francuską kulturę i wymazać z pamięci mieszkańców wszystko, co było z nią związane, ona tym chętniej sięgała po nowe gazety, tym chętniej starała się być na bieżąco z życiem gasnącego w oczach miasta.
Nie znaczy to jednak, że zainteresowanie Paryżem dalej sprawiało jej tyle samo radości.
Wiedziała, że to nie jest to samo miasto, co zaledwie przed dwoma laty. Brakowało mu tej iskry życia, radości, promieni tańczących wesoło w oknach. Brakowało ludzi szczęśliwych, spokojnych, ożywionych rozmów prowadzonych na ulicy, francuskich piosenek rozlewających się po całym mieście, tej specyficznej atmosfery, którą tak uwielbiała. Starała się jednak nie dyskredytować przez to miasta – wszyscy przecież przechodzili teraz ciężkie czasy, w których brakowało energii na podtrzymywanie otoczki dawnych lat. Mówiła więc sobie, że nie może się zrażać i poddawać, a wręcz przeciwnie, starać zachowywać jakby wszystko było na swoim miejscu.
Dobrze więc, że chociaż uniwersytety funkcjonowały dalej. Uśmiechnęła się na słowa Gilberta, doskonale rozumiejąc, co miał na myśli. – Ja też tylko przyszłam po pieczywo. Muszę zostawić je w domu i zaraz pojechać do pracy – wyjaśniła mu, choć wcale nie pytał. Chciała tylko zaznaczyć, że również nie ma wiele czasu. – Wybierasz się może na przystanek przy Place des Vosges? – zapytała, bo nie wiedziała, gdzie mieszka, ale jeśli wybierali się w tę samą stronę, mieli jeszcze parę chwil dla siebie. A kto wie, może nawet będą jechać tym samym tramwajem i rozmowa przedłuży się jeszcze o parę minut?
Musiała przyznać przed samą sobą, że nie słyszała o defiladzie. Lub może nie chciała słyszeć, umyślnie ignorując wszelkie szczegóły wydarzenia mającego lada moment odbyć się w ich mieście. Skinęła więc głową, słysząc jego odpowiedź i nawet ją rozumiejąc. Wiedziała, że tłumne wydarzenia nie należą do jego ulubionych, nic więc dziwnego, że nie wybierał się pod Łuk dwudziestego kwietnia.
- Może i tak – odparła, wysłuchując jego słowa. – Obawiam się jednak, że będę w ten dzień pracować. – Westchnęła, wzruszając szybko ramionami. Nie żeby naprawdę było jej żal opuszczenia tak ważnego wydarzenia, ale gdy Gilbert wspomniał o robieniu zdjęć, zdała sobie sprawę, że może wcale nie byłby to taki bezsensowny pomysł? Chyba powinna poważnie przemyśleć możliwość poproszenia o dzień wolnego – jeśli mogła w jakikolwiek sposób skorzystać na podobnych wydarzeniach, to tylko przez sfotografowanie święta oraz jego uczestników. A przecież urodziny Führera wypadały tylko raz do roku!
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nagle poczuła dziwny ucisk w brzuchu, a potem rozległ się dźwięk kiszek grających przysłowiowego marsza. Roześmiała się zmieszana, będąc całkowicie pewna, że dźwięk ten usłyszał również Gilbert. – Przepraszam – powiedziała, sięgając do jednej z torebek. Jej dłoń jednak, zamiast na pieczywo, opadła na pojedynczą drożdżówkę, świeżą, miękką i pachnącą. Pewien pomysł przyszedł jej do głowy.
- Masz ochotę na drożdżówkę? – zapytała, wyciągając smakołyk i, zanim zdążył odpowiedzieć, przerywając go na pół. Starała się przy tym, aby jej zawartość nie wypadła im pod nogi, po czym po prostu podała mu część.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pią Sty 27, 2017 9:40 pm

Ludzi, którzy w życiu Gilberta mieli jakieś większe znaczenie, chłopak mógł policzyć na palcach jednej ręki, choć sam nigdy nie mógł być pewien, czy osoby, które są dla niego bliskie, czują się w ten sam sposób względem niego. Była więc Daisi, dziewczyna, która odkąd się poznali, przynajmniej w oczach Gilberta, zdawała się być jego zupełnym przeciwieństwem, ale bynajmniej w tak wielu różnicach nie upatrywała żadnych przeszkód. Wręcz przeciwnie, czasem wydawało się, iż próbuje choć trochę pomóc chłopakowi wyjść ze swojej skorupy, chodząc z nim do kina czy po prostu, od czasu do czasu, wciągając w niezobowiązującą rozmowę. Była również Claire, z tym że, jeśli w przypadku Daisi Gilbert nie do końca był pewien, czy może nazwać ją swoją przyjaciółką, czy jedynie dobrą znajomą (niezręcznie było w końcu o to zapytać), panna Guenet z pewnością zasłużyła na miano przyjaciela. Chociaż pod względem charakterów byli zupełnie różni, łączyły ich pewne aspekty ich… niezbyt przyjemnej przeszłości, której Gilbert wolał raczej nie wspominać, a już na pewno nie w chwili, która była naprawdę przyjemna i w której miał, wyjątkowo, dobry nastrój.
Ostatnią z osób na tej dość krótkiej liście był Challes, dla Gilberta pozostający wciąż jedną wielką niewiadomą, a jednak od niedawna, ku jemu własnemu zdziwieniu, odgrywający w życiu chłopaka dość istotną rolę chociażby przez fakt, iż w niektórych względach zdawali się być tak bardzo podobni, a Fourier nigdy wcześniej nie spotkał osoby, w której towarzystwie milczenie mogło być naprawdę przyjemne. Nie zamierzał go nazwać swoim przyjacielem, może nie wiedział zbyt wiele o ludzkich relacjach, jednak miał blade pojęcie na temat przyjaźni, a wizyty od czasu do czasu w przyszpitalnym prosektorium, obserwowanie go podczas pracy i rzucanie mu znad podręcznika spojrzeń, których, jak miał nadzieję, tamten nigdy nie zauważył, z pewnością nie były częścią przyjaźnienia się z drugą osobą. Brak tej etykietki w żaden sposób Gilbertowi jednak nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że w ten sposób ich relacja pozbawiona jest jakichkolwiek zobowiązań. Już jakiś czas temu pogodził się z faktem, iż nie tak łatwo będzie mu wyrzucić go ze swojego życia, odciąć od wizyt w jego warsztacie pracy i po prostu zapomnieć o jego istnieniu, jednak mimo to wciąż czasem wmawiał sobie, że następny dzień będzie tym ostatnim.
Czasami zdawało mu się, iż o wiele łatwiej byłoby mu funkcjonować, gdyby ludzie za każdym razem na głos wymawiali to, o czym akurat myślą. Domyślanie się ich prawdziwych intencji i uczuć zazwyczaj było nie dość, że ciężkie, to jeszcze niemożliwe, a dopisywanie sobie własnych historii z pewnością nie działało na Fouriera za dobrze, a jedynie sprawiało, że miał ochotę odciąć się od wszystkich zdobytych z trudem znajomości, święcie przekonany, że żadna z tych osób tak naprawdę go nie potrzebuje. I może nie potrzebowali, może Daisi nie chciała wracać do domu w jego towarzystwie ani chodzić z nim do kina, może Claire nie lubiła wpadać czasem do jego niewielkiego mieszkania czy gościć go u siebie i może Challes miał dość jego ciągłych wizyt i przeszkadzania w pracy, jednak w momencie, w którym Gilbert uświadamiał sobie, jak bardzo to on potrzebuje ich towarzystwa, obecności, uśmiechów i milczenia, wszystko stawało się o wiele bardziej skomplikowane, dlatego po prostu starał się uciszać własne myśli i wątpliwości, starając się czerpać jak najwięcej z danych mu chwil.
- Um, tak, chyba tak – odpowiedział na jej pytanie, uśmiechając się krótko. Oczywiście było to kłamstwo, Gilbert nie mieszkał daleko od piekarni i z pewnością nie potrzebował korzystać z tramwaju, jednak miał ochotę spędzić jeszcze moment w towarzystwie Daisi i naprawdę nie przeszkadzało mu nadrobienie odrobiny drogi. Pogoda być może nie była najprzyjemniejsza, jednak w żaden sposób nie psuło to krótkiego spaceru i miłej rozmowy.
- Szkoda, chociaż wiele pewnie nie stracisz – zaznaczył cicho nie spodziewając się, aby na defiladzie mogło wydarzyć się coś naprawdę ciekawego. A jeśli jednak, byłby to rozrywki, z których on specjalnie nie czerpał przyjemności. Zgromadzone tłumy i maszerujące wojsko aż sprzyjało zamachom i jeśli nie kojarzył, aby Ruch Oporu wiązał z tym dniem jakieś szczególne plany, ostatnimi czasy w Paryżu pojawiła się nowa siła, która mogła chcieć to wykorzystać. Chłopak zdecydowanie wolał chociaż raz nie znaleźć się w miejscu, gdzie mogły dziać się niebezpieczne rzeczy.
Na dźwięk burczenia w brzuchu dziewczyny Gilbert zaśmiał się krótko, co było dla niego dość niecodzienne, jednak humor wyjątkowo mu dopisywał, a biorąc pod uwagę panującą jeszcze dookoła ciszę dźwięk dobywający się z żołądka Daisi wydał się naprawdę głośny.
- Ja, um, ja nie… - zaczął się jąkać, zamierzając początkowo odmówić, jednak zanim zdążył ułożyć logicznie brzmiącą odpowiedź, ona wyciągała już do niego dłoń trzymającą połowę drożdżówki i Fourier poczuł, iż w tym momencie nie wypadało odmawiać – Dziękuję – powiedział więc w zamian głosem pełnym wdzięczności, biorąc smakołyk od dziewczyny i przez chwilę przyglądając się mu z lekkim niedowierzaniem, zanim powoli i niepewnie uniósł ją do ust, wgryzając się w miękkie, pokryte lukrem ciasto.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Nie Sty 29, 2017 1:35 am

Nigdy nie postrzegała relacji ludzkich w konkretnych kategoriach, a przynajmniej starała się tego nie robić. Przyjaźń, znajomość, bliscy – to wszystko zdawało się tak płynne, delikatne, że liczne próby wstawienia wszelakich znajomości w utarte ramy, zwykle kończyły się sromotną porażką. Nie nazywała ich już po imieniu, nie szufladkowała, a próbowała podążać za przeczuciem. Jako niedoszła artystka oraz fotograf, sztukę obserwacji miała opanowaną już niemalże w stopniu zaawansowanym – potrafiła więc dostrzegać emocje pojawiające się na ludzkich twarzach, zauważać drobne gesty oraz pozornie bezznaczeniowe odruchy wyznaczające określone granice, oraz odpowiednio je interpretować. Nie musiała pytać nikogo, na jak wiele może sobie pozwolić, w większości wypadków umiała bowiem dostrzec kres w naturalnych reakcjach organizmu.
Z Gilbertem jednak bywało różnie. Mimo że znali się już od dłuższego czasu, nadal stanowił dla niej zamkniętą księgę wypełnioną emocjami, które rzadko kiedy potrafiła sklasyfikować. Był na tyle uwięziony we własnej duszy oraz odległym (przynajmniej dla niej) świecie, że próba odczytania go, zawsze stanowiła dla niej nie lada problem. Potrzebowała więcej czasu, aby zrozumieć, przekonać Fouriera do samej siebie oraz do tego, że może nieco wyjrzeć ze swojej szczelnej skorupy i pozwolić jej się poznać; chociaż w pewnym stopniu, najpierw w kwestii gustu filmowego, stopniowo zahaczając o kolejne zainteresowania.
Dzisiaj już nie czuła potrzeby tak dokładnego analizowania. Fakt że, wychodząc z piekarni, zdawał się zmierzać w jej stronę, mógł doskonale stanowić o tym, że jej towarzystwo było mu miłe. Nie roztrząsała więc zagadkowej odpowiedzi dotyczącej kierunku, w którym zmierza, a uśmiechnęła się tylko krótko, pozwalając sobie zawrzeć w tym krótkim uniesieniu kącików ust radość z krótkiego, porannego spotkania, który pozwolił jej ściągnąć z powiek mgiełkę przygnębienia.
- Przeczytam potem rzetelną relację z Je suis partout stwierdziła, dokładnie ukrywając w wypowiadanych słowach ironię. Miała bowiem niemalże całkowitą pewność, że jeśli tylko gazeta zdecyduje się ponownie nawiązać do defilady, będzie wychwalać organizację pod niebiosa, składając przy tym wazeliniarskie życzenia dla Führera, który zresztą nigdy się o nich nie dowie. Jednak czy ktokolwiek się tym przejmował? Zapewne nie, jak zresztą wydarzeniem, które zdawało się być nastawione przede wszystkim na wojskowych oraz wysoko postawionych urzędników.
Z tego wszystkiego całkowicie zapomniała o tym, że sama nie zjadła nic od rana, a organizm coraz odważniej zaczynał dopominać się o swoją dawkę energii. Przypominając sobie o drożdżówce, myśli odruchowo powędrowały w stronę piekarni i wyrzutów sumienia, które zżerały ją jeszcze parę minut temu. Niespodziewanie jednak pojawił się pomysł, który już wkrótce miał je zagłuszyć, a pomóc miał sam Gilbert.
Skoro przyjęła już nadprogramowy przydział, mogła zrobić z nim, co chciała, a podzielenie się z drugą osobą wydawało się zdecydowanie dobrą myślą. Tą też od razu zaczęła realizować, nie zważając na zdanie chłopaka – była szybsza i zanim zdążył zaprzeczyć (czego w sumie się spodziewała), było już po wszystkim. Zaraz potem, obdzieleni słodkością, w milczeniu pochłaniali swoją porcję podczas gdy przystanek tramwajowy z każdym krokiem zdawał się przybliżać.
- Tęsknię za słodkimi drożdżówkami. – Westchnęła, gdy już zakończyła proces konsumowania jedzenia. Wprowadzenie kartek znacznie ograniczało dotychczasową różnorodność smaków, jaką serwował jej Paryż i mimo wszystko nie potrafiła się z tym pogodzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Nie Sty 29, 2017 7:03 pm

Nigdy nie miał w zwyczaju snucia planów na przyszłość. Nie tylko ze względu na trwającą wokoło wojnę, która dość skutecznie była w stanie zaprzepaścić wszystkie postanowienia i odbierała możliwości na zrealizowanie większości z nich. Fourier nauczył się jednak, iż przyszłość, nie ważne, jak dokładnie zaplanowana, w dużej mierze nie należała przecież do niego. Nie chodziło nawet o wiarę w Boga, los czy przeznaczenie, ale o czysty fakt, iż tak wiele zależało przecież od zupełnie obcych mu ludzi, którzy chcąc nie chcąc wpływali na jego życie. Mógł jak najbardziej przykładać się do swojej pracy i starać się, pomimo wielu wewnętrznych barier, być najlepszym i najbardziej uśmiechniętym sprzedawcą biletów w całym Paryżu, jednak jeśli nagle zabraknie funduszy i dyrektor Gaumont Palace będzie musiał zadecydować, kogo zwolnić, to nie do Gilberta należała decyzja, czy jego nazwisko znajdzie się na tej liście. Jedno wypowiedziane słowo, a reszta wydarzeń potoczy się jak upadające kostki domina, ciągnąc za sobą kolejne, przykre konsekwencje. Bez pracy, nie będzie w stanie opłacić studiów, wyżywienia, własnego mieszkania i, prędzej czy później, wróci do punktu wyjścia, znów zapuszczając się w ciemne, podejrzane uliczki, robiąc to, w czym przecież miał już jako takie doświadczenie lub, ewentualnie, na kolanach pukać będzie do domu swojej ciotki błagając, aby przyjęła go pod swój dach.
Szczerze mówiąc nie miał pojęcia, która z opcji byłaby gorsza, jednak nie zamierzał nawet się nad tym zbyt długo zastanawiać. I tak nie mógłby nic na to poradzić, w końcu po drodze wydarzyć się mogło tak wiele rzeczy, na które zupełnie nie miał wpływu. I choć, oczywiście, łatwiej byłoby mu żyć, gdyby po prostu nie myślał o nieskończonych możliwościach, w jakich może ułożyć się jego najbliższa przyszłość, dość często, chociażby z nudów, kreował w myślach katastrofalne scenariusze, w których wszystko kończyło się w najgorszy z możliwych sposób.
Nie wierzył w szczęśliwe zakończenia, w jego życiu nic jeszcze nie skończyło się szczęśliwie, każdy przypływ radości był gwałtowny, ulotny i tymczasowy, rozpływał się w powietrzu jak unosząca się z probówek para, gdy na zajęciach pracował nad chemicznymi eksperymentami. W jakiś sposób wierzył, iż on, nie wszyscy ludzie, bo przecież nie wyobrażał sobie, iż ktoś żyjący w bogactwie i względnym dostatku może być wiecznie nieszczęśliwy, skazany jest na takie właśnie życie, pełne niechcianych wspomnień, bolesnych myśli i ciągłego, nieustającego pytania, na które jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Co zrobiłem źle?
Odpowiedź była tuż przed jego nosem, jednak zdawała się zbyt oczywista, aby mógł tak po prostu po nią sięgnąć. Urodził się. To zrobił źle, przyszedł na świat w złych, czasach, w złym miejscu, w złej rodzinie i jeszcze się nie poddał, nie rezygnując z tego daru i jednoczesnego przekleństwa, które otrzymał od nad wyraz hojnego wszechświata.
Ta chwila była jednak dobra, nie potrafił więc żałować, że się urodził i nawet udawało mu się zagłuszyć nieprzyjemne szepty podświadomości. Na wzmiankę o gazecie uśmiechnął się jedynie krótko, wyczuwając w głosie dziewczyny ironię. Zazwyczaj rozumiał o wiele więcej, niż mogło by się wydawać, choć wykorzystywanie tej wiedzy w praktyce nie wychodziło mu zbyt dobrze. Miał jednak świadomość, że w Je suis partout będą mogli przeczytać wielce pochlebną relację odnośnie organizacji wydarzenia świętującego urodziny samego Hitlera. Gilbert był jednak pewien, iż nawet gdyby obiecano mu nowe mieszkanie opłacenie studiów i nieskończone zapasy jedzenia, które nie byłyby ograniczone kartkami, i tak nie zdecydowałby się na wychwalanie imienia człowieka, który kawałek po kawałku odbierał im zasłużoną wolność.
Słodkość drożdżówki rozpływała się na jego języku, wpędzając go w dziwne, bolesne uczucie, którego nie doświadczył od dawien dawna. Zdawał się to być zupełnie inny rodzaj szczęścia i przyjemności, gdy powoli rozsmakowywał się w smaku czegoś, czego nie miał w ustach naprawdę długo i czego przez jeszcze dłuższy czas z pewnością nie przyjdzie mu zjeść.
- Ja też – przyznał, gdy skończył swoją porcję i dyskretnie otarł usta dłonią, czując ukłucie żalu, że kolejna przyjemność była jedynie krótka i chwilowa. Na jego szczęście, będzie mógł odtwarzać tą chwilę w umyśle jak często zapragnie, choć nie zawsze było to dla niego dobre, gdy niektóre wspomnienia okazywały się być o wiele lepsze od otaczającej go rzeczywistości.
Przystanek, od chwili majaczący już przed ich oczami, nagle zaczął zbliżać się coraz bardziej, aż w końcu oboje zatrzymali się, z oddali słysząc już odgłos nadjeżdżającego tramwaju. Gdy ten okazał się dostatecznie blisko, chłopak zwrócił się w stronę Daisi z lekkim uśmiechem na ustach.
- Ja nie jadę, mieszkam niedaleko – wytłumaczył na wypadek, gdyby zastanawiała się, dlaczego przeszedł z nią całą tą drogę – Miło było cię spotkać, do zobaczenia – dodał, gdy blondynka wsiadała już do tramwaju. Pomachał jej krótko dłonią, gdy tramwaj już ruszył, po czym odczekał chwilę, aby w końcu zawrócić w stronę, z której przyszli i udać się do własnego mieszkania.

|zt x2

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Sro Wrz 13, 2017 9:48 pm

Asertywność Mimi Klapisch istniała tylko teoretycznie.
Ale ostatnio zwykła ćwiczyć tę cechę, tak u samej siebie porządaną, poprzez odgrywanie przed lustrem różnych scenariuszy - w każdym z nich kluczową rolę odgrywało słowo nie, czasem nawet okraszone gwałtownym ruchem ręki Miriam; tak, aby podkreślić kategoryczność ewentualnej odmowy, której mogłoby jej przecież przyjść udzielić!
Nie, nie skończymy dziś lekcji wcześniej.
Nie, nie mam czasu, więc nie mogę iść odwiedzić starej Debory Goldbulm i to tylko po to, aby słuchać o jej problemach skórnych.
Nie mamo, nie pójdę dziś po zakupy, nie jest to moja kolej.
- Tak mamo, pójdę po zakupy. - jedno surowsze spojrzenie matki przy śniadaniu wystarczyło, aby usilna próba wzmagania u siebie stanowczości znowu okazała się fiaskiem. Bo znów zabrakło chleba; od kilku miesięcy powtarzało się to notorycznie, a przy takiej ilości osób do wykarmienia i Mimi nie dojadała, często dzieląc się swoją porcją z dziećmi szwagierki.
Zrobić zakupy? To raczej polowanie.
Ale ostatnimi czasy na próżno było szukać jakichkolwiek artykułów chociaż nieco lepszej jakości w ich dzielnicy - a upadający (prawdę mówiąc, konający) interes jej rodziców był na to najlepszym przykładem.
Zwykle w tych momentach nakładała na ramię żółtą przepaskę, brała ze sobą płócienną torbę na sprawunki i w milczeniu opuszczała mieszkanie, próbując z godnością przemierzać paryskie ulice.
Nie dać się opluć, nie dać się zdeptać, nie dać s i ę.
Czuła na sobie te ciekawskie spojrzenia, lustrujące ją od stóp do głów; niektóre z nich wyrażały nieśmiałe współczucie, większość jednak oscylowała wokół perwersyjnej fascynacji pomieszanej z odrazą – bądź strachem przed tym, że ktoś zostanie niesłusznie oskarżony o jakiekolwiek konszachty z Żydami, patrząc na Mimi chociażby o sekundę za długo.
Do Une Baguette miała szczególny sentyment. Piekarnię odwiedzała jeszcze na długo przed wojną, często z Dalilą – to był ich mały rytuał; kupowały po świeżej, pachnącej bagietce i przez kilkanaście minut stały przed wejściem do lokalu, obserwując gojki wracające z zajęć na uczelni. Mimi doskonale pamiętała, że wiele razy stwierdziła przy Dalili, iż ona także chciałaby być taką zblazowaną studentką, która narzeka na nadmiar nauki i brak czasu.
Jakaż to była nęcąca, egzotyczna wizja.
Dalila kiwała zwykle w milczeniu głową, dopiero po chwili dodając, że powinny już wracać, bo rodzice będą się martwić – Miriam wiedziała, że to na znak niemego porozumienia. Wiedziała też, że starsza siostra nie powie tego mamie ani – o zgrozo! – babci.      
Odgoniła jednak od siebie tę odległą oraz niechcianą wizję przeszłości i dołączyła do kolejki, która wychodziła za drzwi piekarni – co stosunkowo wcale nie czyniło sytuacji tragiczną, bowiem Mimi zdarzało się stać – i to często całkiem na próżno – w znacznie dłuższych kolejkach. Ustawiła się za jakąś damą w starannie upiętej fryzurze, ubraną w zieloną, modną sukienkę – z rodzaju tych, które zostałyby podarte przez matkę Mimi, gdyby ta kiedykolwiek zdecydowała się na kupno podobnej. Klapisch machinalnie spuściła wzrok, analizując własne ubranie – do niezgrabnego swetra, wiszącego na niej jak worek, zawiązała tanią apaszkę w bliżej nieokreślonym kolorze. Całości nędznego obrazka dopełniała tylko spódnica przewiązana w biodrach sznurkiem, który w poprzednim wcieleniu mógł być zarówno i sznurówką i tasiemką do włosów. Jeszcze rano Mimi była dumna ze swojej inwencji twórczej, która pozwoliła dopasować ubranie do jej chudnącej sylwetki, teraz natomiast czuła się jak ostatnia sierota; niezgrabnie i odpychająco.
Z rozmyślań wyrwał ją jakiś mężczyzna, który nerwowym ruchem ręki pokazał jej, że kolejka się posunęła, a ona została w tyle, blokując ogonek, który zdążył się już ustawić za Miriam.
- Do przodu. – warknął. Mimi bez słowa wypełniła polecenie, wreszcie wchodząc do piekarni; uderzył ją zapach świeżych wypieków, tak znamienny dla jej życia – przynajmniej tego poprzedniego. Tego, w którym rodzice mieli dobrze prosperujący sklepik i wypiekane na miejscu przysmaki, a jej do głowy by nawet nie przyszło, że przyjdzie im walczyć z prawdziwym, bezczelnie zaglądającym do okien głodem. W końcu, po nieskończenie długich momentach oczekiwania, nadeszła jej kolej, aby okazać kartki i zakupić cokolwiek – takie wszakże usłyszała od swojej matki instrukcje, wychodząc z domu.
- Nie mogę ci nic sprzedać. – padło, zanim Mimi w ogóle zdążyła się odezwać i złożyć zamówienie. Przez chwilę stała w osłupieniu, próbując doszukać się w sobie jakichkolwiek witalnych sił, które pozwoliłyby jej na konfrontację z dziewczyną za ladą.
Ale zadawanie pytań po prostu nie miałoby żadnego sensu, skoro odpowiedź brutalnie nasuwała się sama; zwłaszcza, że kasjerka rozglądała się nerwowo, prawdopodobnie wypatrując Niemców – i chyba nawet jakiegoś dostrzegła, bowiem błądziła wzrokiem po twarzach pozostałych klientów, najwyraźniej szukając pomocy; albo tylko wsparcia. Mimi nie mogła obwiniać tej kobiety o zbytnią uległość wobec okupantów – jeszcze któryś byłby gotów pomyśleć, że coś je łączy i miałaby z tego tytułu wielkie kłopoty.
A odmawiając sprzedaży Żydom, mogła tylko zapunktować.
- Rozumiem. – odparła cicho, próbując zebrać resztki dumy, chociaż wcale n i e rozumiała, że mimo iż – na razie – nie było to określone prawem, Mimi i tak nie mogła kupić nawet pół głupiej, złamanej bagietki. Zresztą takiego ewentualnego prawa stanowionego też by nie pojmowała. Ale absolutnie nie zamierzała wykłócać się ze sprzedawczynią przy tych wszystkich ludziach – a już na pewno nie przy Niemcu, który najwyraźniej zamajaczył gdzieś z tyłu sklepu. Zresztą przed Klapisch jawił się aktualnie inny problem – jak wytłumaczy matce, że nic nie kupiła?
Zapowiadało się, że – póki co – będą musieli zadowolić się powietrzem w sosie z le niczego i potrawką z kurzu.    
Mimi westchnęła i odwróciła się na pięcie, chcąc jak najszybciej opuścić tę piekarnię i wyjść spod ostrzału tych wszystkich spojrzeń i szeptów, które dochodziły do niej z każdego miejsca kolejki, mając nadzieję na spróbowanie szczęścia w innym sklepie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Sob Wrz 23, 2017 6:43 am


— 2.


___Nowy mundur ciąży. Wiem, że wkrótce będzie przyzwyczajeniem, elementem codzienności, podświadomie ignorowaną stałością, którą szybko przestanę się przejmować, o której przestanę myśleć jako niechcianym obowiązku — niespodziewany zwrot akcji wywracający me dotychczasowe życie do góry nogami — przyjętym bez zgryźliwego komentarza czy wykrzywionych w grymasie niezadowolenia kącików ust; rozkazy są jedynym, czemu nie potrafię się przeciwstawić mimo narastającej wewnątrz irytacji, wypływającej ze mnie wraz z kolejnym słowem spisywanym niespiesznie, niemal leniwie na śnieżnobiałej kartce listu, którego treść pozna jedynie kobieta pozostawiona mile stąd, gdzieś pośród zimnych komnat przeklętego pałacu, chociaż nawet on — milcząca twierdza zwana Nordkirchen — byłby przyjemniejszą alternatywą niż miasto świateł, skąd wydostać się nie zdołam. Wraz z chwilą, kiedy moje nieruchome wargi zmuszam do drgnięcia, wymawiając bezbarwnym głosem jeden tylko wyraz, złość kłapie ostrymi zębiskami, chociaż chwyta jedynie powietrze nieistniejącej przestrzeni umiejscowionej między opuszkami palców a materiałem ubrania, które lewa dłoń bezdusznie dusi silnym zaciśnięciem pięści. Taka jest reakcja na brzmienie nowego tytułu, jakim muszę się posługiwać. Kriminalrat byłby powodem do zadowolenia, gdyby palące pragnienie wojny oraz powrotu na front — tam, gdzie wszystko powinno skończyć się kilka miesięcy wcześniej; pośród białych kopców śniegu, nieznośnie niskich temperatur odbierających ciepłotę ciał, między niekończącymi się salwami karabinów, przy akompaniamencie wściekle dyszących czołgów, które nie poddały się Diemiańskowi — nie ogrzewało mnie od środka. Niepotrzebnie karmiąc naiwność lichej nadziei. Muszę zaakceptować rzeczywistość, by wówczas codzienność bolała mniej, chociaż sam już nie wiem, skąd ów ból promieniuje ani czym mógłbym go uśmierzyć, dlatego wegetuję przez kilka ostatnich dni, znoszę najróżniejsze spojrzenia otaczających zewsząd ludzi, jeśli członkowie Gestapo zasługują na tę nazwę. Dostrzegam zaciekawienie przeplatane strachem, niekiedy nieme widmo podziwu, bowiem opowieści o bezwzględności Trupich Główek docierają nawet tu;  były tutaj na długo przed dniem, w którym przekroczyłem granicę Paryża. Ociekające szkarłatem krwi, wynoszące pomiędzy pozbawione skrupułów bądź wyrzutów sumienia bestie, wzbudzające niepokój również w sercach ludzi, którzy noszą ten sam mundur, jaki właśnie ciąży moim ramionom.
___Sunę spojrzeniem wzdłuż zadziwiająco głośniej ulicy, a paryski błękit zionie zlodowaciałym ogniem, pesząc każdego człowieka na swej drodze i kąciki ust nieznacznie drgają ku górze, ilekroć ujrzę bezgłośnie ginącą pewność siebie, gwałtowne spuszczenie wzroku na własne buty przez Paryżanina, któremu ulotna chwila pozwala posmakować dziecięcej beztroski. Niczym bóg pośród ruin niegdyś opływającego w dostatek miasta, stawiam pierwszy krok przed siebie i odbieram wszelką wiarę tym, których mogę rozgnieść podeszwą buta jak nieznośne karaluchy, pałętające się pod stopami robactwo pozwalające nam poczuć władzę czy ekstazę towarzyszącą wydarciu życia z czyjejś piersi. Bezkarność ma słodki smak, słyszę odległe echo pośród własnych myśli, wypatrując pierwszej (i pewnie nie ostatniej) ofiary schwytanej w sidła dzisiejszego dnia. Spokojnie kroczę poszarzałym, brudnym chodnikiem, czując niepewne spojrzenia rzucane dyskretnie za plecami, ilekroć minę paryżan o drżących ramionach oraz trzęsących się dłoniach, które wystarczą za odpowiedź pytaniu zrodzonemu w głowie. Bije ode mnie nieznaczna pewność siebie, zaś spokojny ruch ciała maluje fałszywy obraz łagodności, jednak chłodne opanowanie wyzierające ze spojrzenia prześlizgującego się z jednego człowieka na drugiego, może szybko zgasnąć, zastąpione dziką furią napędzającą wynaturzone instynkty drapieżnika, którego bezczynność jest jedynie dymną zasłoną, a ta rozwieje się niezwykle szybko wraz ze wszelkimi wątpliwościami.
___Dopiero uczę się miasta, lecz nauka przychodzi z zaskakująca — nawet dla mnie — łatwością, dlatego lawiruję labiryntem uliczek rozsianych zarówno na prawym, jak i lewym brzegu Sekwany. Nieraz zerkam kątem oka na tarczę zegarka, którego skórzany pas oplata nadgarstek niczym wąż z rodziny dusicieli, uciekający się do własnej siły, skoro natura poskąpiła mu trucizny. Bez niej pozostał równie niebezpieczny, co jemu podobni. Wreszcie przystaję, znudzony długim marszem, a wzrokiem sięgam kolejki złożonej z kilkunastu, może kilkudziesięciu ciał tkwiących nieruchomo w codzienności, której nie poświęcam ani sekundy dłużej, chwytając dość niespodziewanie skrawek wynędzniałego ubrania należącego do młodego, może dwudziestoletniego chłopaka, posiadacza charakterystycznej i niedającej się przegapić żółtej przepaski. Widzę gniew osnuwający niemal natychmiast jasne spojrzenie, które zdążyło pociemnieć nim napotkało zimną, błękitną kurtynę i wnet znika szczeniacka odwaga; niezdrowa bojowość, jakiej widmo gaśnie równie gwałtownie, co płomień świecy zaatakowany bezlitośnie przez silny podmuch wiatru. Ustępuje miejsca prawdziwej nienawiści.
___Nieokiełznanej oraz niebezpiecznej.
___Uśmiercającej zdrowy rozsądek.
___Zrozumiałej.
___Pozostaję zimny, chociaż wewnątrz zapłonął ogień.
___Zrób to; zaatakuj; popełnij błąd; daj mi powód.
___Chcę to powiedzieć, jednak żaden powód nie jest mi potrzebny. Więc dlaczego uparcie milczę, pozwalając sekundzie rozpaść się na drobne fragmenty, których nigdy nie poskładam w całość, jak wielu innych chwil czy decyzji definiujących wszystko oraz wszystkich.
___Jesteś potworem, pogódź się z tym.
___Nie możesz utracić kontroli.
___Zabij — przecież potrafisz.

___Jeden głos zagłusza drugi, czas jakby stanął w miejscu ciekawy tego, co ma zaraz nadejść. I tylko jedno powstrzymuje mnie przed krokiem, po którym nie będę mógł się cofnąć.
___Christa tego nie pochwali.
___Słabość tkwiąca w imieniu siostry, która — niczego nieświadoma, zamknięta gdzieś pośród murów tego miasta, wygnana — utrzymuje na powierzchni, chociaż szaleństwo wdziera się pod skórę. Dzisiaj nie odbiorę życia.
___— Nie radzę — syczę przez zaciśnięte zęby płynną francuszczyzną, studząc zapał młodzieńca, którego puszczam jeszcze szybciej niż złapałem.
___Puszczam?
___Owszem — nie szczędzę siły ani odrazy, odpycham nieznajomego bez grama delikatności wprost na ścianę budynku, jaki napotykają jego plecy i wiem, że wychudzone ciało (nawet tak krótki kontakt dłoni z materiałem spranej, nadgryzionej przez czas kurtki, pozwala wyczuć kości pod ubraniem) przeszywa ból; grymas wykrzywiający usta jest odpowiedzią dla tych, którzy jedynie obserwują, zapewne spragnieni widowiska bądź szczęśliwi, iż nie wyszarpałem ich przed szereg — puszczam.
___— Niczego nie zrobiłem — mówią usta, choć ciało chce walczyć.
___— Wystarczy, że oddychasz — odpowiadam pogardliwie tuż przed wydaniem polecenia, którego smak czuję końcem języka jeszcze sekundę po wypowiedzeniu. — Dokumenty.
___I to szybko.
___Pozornie skupiam uwagę tylko na nim — pojedynczym ziarenku piasku wkomponowanym w zbudowana na plaży zamek; niemającym większego znaczenia elemencie całości, którego upadek — czy raczej powolne stoczenie ze zbocza usypanego z identycznych drobinek piachu — niczego nie zaburzy, nie doprowadzi do zachwiania calutkiej konstrukcji — jednak zmysły są czujne, podświadomie przygotowane na wszystko. Nie odrywam wzroku od ręki żydowskiego ścierwa sięgającego ku kieszeni, skąd zaraz wynurza się dowód tożsamości, któremu przyglądam się dość długo, zanim wyciągam własną dłoń po dokument. Nie obchodzi mnie ani on, ani chłopak stojący o dwa kroki dalej, dlatego niedbałym spojrzeniem sunę wzdłuż mało interesujących treści, chociaż twarz nie zdradza żadnych emocji, jak oczy studiujące uważnie każdą literę.
___— Pewnie wkrótce zdechniesz — rzucam niby od niechcenia. Prowokuję?
___— Każdy kiedyś umrze. — Unoszę wzrok, skuszony hardością młodzieńca, którego imię wraz z nazwiskiem osiada na dnie pamięci, ale nie podnoszę czarnej rękawicy upadającej wprost pod moje stopy.
___— Ty nawet szybciej niż inni. — Ciskam jego dokumenty na chodnik, obserwując jak schyla się po papier — bezwartościowy papier, który życia i tak mu nie uratuje — i nie mogę powstrzymać jadu, jaki wtłaczam w wypowiedziane zaraz słowa, kiedy podeszwa buta opada wprost na kościste, żydowskie palce. Na pożegnanie. — Pomódl się do swego Boga, może zdąży przyjść przed nami.
___Jedno spojrzenie wystarczy, by zaciekawiony tłum drgnął nerwowo, chociaż sam pozostaję obojętny przypadkowej widowni; spektakl był wszak bardzo marny, tylko duma nie pozwala nazwać go parodią tego, czego pragnąłbym dokonać i dla uciszenia myśli, ruszam przed siebie, chcąc zagłuszyć wewnętrzny jazgot szybkimi krokami. Mundur nieustannie ciąży, teraz nawet bardziej niż godzinę temu. Bardziej niż dwa dni wcześniej. Bardziej niż głęboko zakorzenione poczucie winy, które związane jest nie z wojną, a z dniem oddalonym od dzisiejszego o kilkanaście lat, kiedy pogrzebałem cząstkę siebie pośród spopielonych szczątków niemającego się ziścić marzenia. Chodnik prowadzi wzdłuż oszklonych witryn, którym nie poświęcam chwili, przechodząc obok wypełniony obojętnością, mimo iż oczy obserwują lustrzane odbicie błękitnych tęczówek; te pozostają ślepe, jakby otaczający świat przestał istnieć bądź stał się przezroczysty i właśnie wtedy — gdzieś pomiędzy wonią świeżego pieczywa drażniącą nozdrza, roześmianą twarzą obcego mężczyzny, którego język właśnie wychwalał mą postawę, dręczenie pasożyta, parszywego nieroba, skazę francuskiego narodu, a minięciem dziwnie pobudzonej kolejki, gdzie ludzkie głosy szeptały między sobą — dogoniła mnie własna przeszłość, chociaż tę usiłowałem zostawić daleko za plecami; przeszłość porzucona jeszcze w Berlinie, gdzie spaliłem kolejny most bezpośrednio łączący mnie ze wszystkim, co jednocześnie kochałem i nienawidziłem całym sobą, czego — poniekąd — wstydziłem się przed swoim sumieniem, kiedy jeszcze jakiekolwiek posiadałem. Tamten moment trwał i trwał, zawieszony między licznymi rozgałęzieniami czasoprzestrzeni, którą rządziły niezrozumiałe, niedające się nikomu zdefiniować prawa, niespodziewanie zwalniające, to znów przyspieszające z przedtem do teraz i wówczas znaczenie miało tylko jedno, i człowiek bał się tego jak niczego innego, ponieważ uczucie towarzyszące gwałtownemu zatrzymaniu rzeczywistości było dzikie, dziwnie znajome i łamiące w środku; nawet wtedy, kiedy pozornie byliśmy pustym, rozbitym naczyniem, skąd dusza zdążyła ulecieć.
___Znam te oczy.
___Niepokój zakrada się wprost do serca, które przyspiesza biegu niczym tancerz wyprzedzający muzykę o kilka kroków; narząd zaczyna wybijać nieznany nikomu rytm, wyrywa się do przodu w gonitwie wspomnień oraz emocji przenikających  do świata śmiertelnych, gdzie właśnie tkwię jako nieruchoma marionetka przewrotnego losu, którego gra zmienia się w brutalną dla obu stron, przywołując obraz berlińskiego parku, głuchy odgłos wystrzału, pocisk smakujący ludzkiego mięsa tuż przed wybiciem północy, ciało upadające bezwładnie na szary chodnik oraz oczy, z których przerażająco szybko uciekało życie — t e przeklęte oczy pozwalające czytać mi każdą myśl; oczy noszące pod powierzchnią błękitno-zielonej tafli uczucia, jakich odwzajemnić nigdy nie potrafiłem; oczy powracające niemal przez rok, ilekroć zamknąłem własne, spragniony snu, który nie nadchodził. Oczy kobiety, która nigdy nie powinna była wracać. Tak wtedy jak i teraz.
___Ona nie żyje. Ona nie żyje. Ona...
___Jest tutaj — niedraśnięta srebrną kulą, niezadrapana pazurem czasu. Żywa.
___Była tutaj, kiedy spierzchniętymi ustami wymamrotałem niemal bezgłośnie imię, które do niej nie należało, chociaż takim się przedstawiła październikowej nocy, kiedy skrzyżowano nasze drogi, lecz wówczas nikt nie przeczuwał końca naszej historii; wraz z ostatnim rozdziałem zostałem tylko Ja i Ona. Osamotnieni. Okrutni. Zaślepieni przeszłością.
___— Josephine.
___Słowo wypowiedziane tak cicho, że nikt poza mną nie zdołałby usłyszeć naleciałości niemieckiego akcentu, jakim zawsze je okraszałem. Paryski błękit ciemnieje wraz z napływającym do ciała gniewem, ponieważ wróciło widmo niegdysiejszej zdrady, której — jako człowiek pozbawiony tej rzadkiej umiejętności — wybaczyć nie potrafiłem ani nie zamierzałem. Pamięć bywała okrutna, bowiem zawsze zachowywała te skrawki przeszłości, do których nie zamierzaliśmy wracać, zaś wydzierała brutalnie każdą sekundę płynnego szczęścia, pozostawiając bezdenną otchłań. Reminiscencja trwa, czas płynie, my jesteśmy tu gdzie oddech wcześniej. Wyrywa mnie spod jarzma minionych dni szarpnięcie za rękaw i obracam twarz, napotykając tego samego mężczyznę, który głośno wygłaszał kwieciste peany, dopiero jego głos przedziera się przez gruby mur otaczający me ciało, tak zastygłe w bezruchu, że niemal dorównujące statycznością wyrzeźbionym w kamieniach posągom rozsianych w wersalskich ogrodach.
___— ... Tak powinno się ich traktować!
___Dociera do mej podświadomości tylko ostatnie zdanie, jakie nieznajomy człowiek wypowiadana głosem pełnym pasji i wtedy wszystko przyspiesza, zaś zmysły na krótko poddają się wściekłości, której kontrolować nie potrafię i — ten jeden raz — jestem niemal wdzięczny zwierzęcej furii za gwałtowność, jaka wierzchem dłoni policzkuje mężczyznę, którego dotyku chcę się pozbyć tak szybko, jak to możliwe. Posyłam mu ostre spojrzenie, w którym zamykam bezgłośne ostrzeżenie i widząc krok postawiony do tyłu, wiem, że jego pewność siebie skuliła się w kącie, żałośnie skomląc o litość przed konsekwencjami własnej pochopności, ale gniew — m ó j  g n i e w — wybierze inną ofiarę. Już wybrał.
___I kiedy oczy powracają do kobiecej sylwetki, obłapiając zachłannie wychudzoną sylwetkę, ciemne włosy kontrastujące z bladością skóry, wynędzniałe ubranie okrywające ciało, jakby zależało od tego wszystko, dostrzegam zaburzenie całej kompozycji i słyszę szept rozsądku, który przywraca trzeźwość osądu. To nie ona. Niestety język wyprzedza myśli...
___— Jest i żydowska kurwa.
___... I żałuję, chociaż nie znam powodu, dla którego żal do samego siebie jest tak intensywny; dlaczego w ogóle się pojawił, skoro dawno pożegnałem własne człowieczeństwo, przestałem odczuwać wszystko co ludzkie, wierząc, iż tak będzie łatwiej odgrywać rolę kata oraz oprawcy. Przekraczam próg piekarni w absolutnym milczeniu, czując gęstniejący niepokój każdego, kto właśnie kurczy się pod mym wściekłym spojrzeniem i zatrzymuję się kilka kroków przed kobietą, której twarz jest boleśnie znajoma, choć przeszłość skrajnie różna od tej, jaką jej przypisałem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   Pon Paź 02, 2017 3:27 pm

Minuta; niecała minuta.
Tyle dzieliło ją od opuszczenia piekarnianych ścian na dobre, od pokornego przemarszu w kierunku jakiegoś innego sklepu, od przemknięcia - przy odrobinie szczęścia - do miejsca bardziej przystępnego dla takich jak ona; oznaczonych żółtą opaską na wzór znakowanego bydła.
O ile, w tym przeklętym, przyduszonym mieście, takowe lokale się jeszcze ostały.
Dla żydowskich kurew?
Przystanęła w pół kroku przed drzwiami, widząc, że przed piekarnią zebrał się niepokojący, krzykliwy tłum, w który jednak nie zdążyła się wmieszać; wątpliwe, że w ogóle by jej się to teraz udało, bo nie zdążyła przestąpić nawet progu, kiedy musiała się cofnąć w głąb pomieszczenia, w nieskrywanej panice, na próżno i w popłochu próbując znaleźć schronienie pośród lad i wypolerowanej, nieprzyjaźnie błyszczącej podłogi, schować się w cieniu pani w drogiej, zielonej sukience i pod osłoną przyjemnego zapachu pieczywa - którego wspomnienie miało się wyryć w Miriam głęboko, głęboko, całkiem na nowo - unoszącego się wokół, niepomnego na dramat, który rozgrywał się na zewnątrz; który z całym prawdopodobieństwem miał się rozegrać też w środku.
Na co zresztą wskazywała zszokowana mina jakiegoś mężczyzny przed wejściem do piekarni, który właśnie przyłożył dłoń do swojego policzka, zdezorientowanym wzrokiem – na wzór skarconego, krnąbrnego szczeniaka - odprowadzając umundurowanego mężczyznę, który sekundę wcześniej wymierzył mu cios, Mimi dosłownie zamarła, szarpnięta nagłym pragnieniem zmaterializowania się w zupełnie innym miejscu; ba, w zupełnie innej rzeczywistości!
W takiej, w której opętany zewem krwi drapieżnik, nieprzyjaciel paryskich ulic, właśnie nie zmierzał w jej stronę – i to w tej groteskowej scenerii składającej się z bułek i drożdżówek; zupełnie jak w jakimś sennym koszmarze, którego nie sposób przerwać.
Oznaczenie na ramieniu zdawało się palić żywym ogniem, wypalając piętno; przez sweter, przez skórę, przez tkanki; brutalnie i boleśnie na lekkomyślnie nieosłoniętej Miriam.
Na żydowskiej kurwie.
To wyrażenie - wyjątkowo skonstruowane na bazie jakiejś dziwnej, zaciekle ziejącej nienawiści, podszywającej te dwa, puste słowa, które rozbrzmiały donośnie w ciszy, która zapanowała nagle po wkroczeniu tego mężczyzny (oni, jeden z nich) do sklepiku - Klapisch już słyszała; ale nie pod swoim adresem, zatem bycie kurwą stanowiło dla niej zasadniczą nowość.  
Którą przyjęła ze swoim zwyczajowym chłodem, walcząc o resztki godności, będąc przecież jednak przyzwyczajoną do zbioru innych, równie barwnych inwektyw godzących - na przemian - w jej pochodzenie, prowadzenie się, urodę, intelektualne możliwości; w które, notabene, większość werbalnych oprawców ośmielała się bezczelnie wątpić, samym z kolei nie mogąc pochwalić się lotnością bardziej rozwiniętą niż tą, o którą można by posądzić patchworkowy pled, który niegdyś uszyła babcia Miriam. Mimo pozornego niewzruszenia, zaburzonego tylko spuszczeniem głowy i nerwowym zamruganiem, niepokój - błyskawicznie przekształcony w strach - ścisnął ją za gardło w momencie, gdy spostrzegła, że konfrontacja z nieznajomym - który pewnie przekroczył próg piekarni, gromadząc w sobie każdą groźbę kiedykolwiek wymierzoną w jej kierunku - jest nieunikniona; Mimi próbowała nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, bojąc się, że źle odmierzona pogarda, którą żywiła do ludzi tego pokroju, mogłaby w jakiś podstępny sposób wypłynąć, odbić się w brudnej zieleni jej spojrzenia i sprowokować gestapowca do dalszych słów, do dalszych ruchów – na wzór rozdrażnionego zwierzęcia - których nie powstrzymałby nikt z piekarni, żaden z tych przestraszonych, papierowych ludzików, którym odebrało dech i mowę; ludzie zastygli w oczekiwaniu i trwodze, a Klapisch odniosła wrażenie, że wokół niej i mężczyzny, który zatrzymał się przed nią, buchającego jakimś porażającym, niepohamowanym gniewem, molekuły zaczęły układać się całkiem inaczej, brutalnie przyciągając spojrzenia każdej osoby i w sklepie i przed witrynami, przed którymi wciąż kłębił się spory tłum; uważnie przyglądający się dalszym poczynaniom. Nawet ten spoliczkowany mężczyzna im się przypatrywał – Mimi mylnie założyła, że i on mógł być Żydem, wszakże nie słyszała jego słów, wypowiedzianych przed uderzeniem, nie widziała też wcześniejszej sceny, więc to jedynie ściśnięte przerażeniem twarze, przylepione do wystawy, były potwierdzeniem jej złowrogiej tezy.
Upokorzenie, wstyd; była w centrum uwagi, niezdrowego zainteresowania, fałszywego współczucia i całkowitej, obślizgłej apatii. Pani w zielonej sukience prawdopodobnie wróci dziś do swojego idealnego życia, poskarży się idealnemu mężowi na to, że nie mogła kupić swojego ulubionego, idealnego ciasteczka, ale oczywiście wyrazi też swoją głęboką, idealną empatię i współczucie; gdybyś ty, mój drogi, widział to biedne, biedne stworzenie, mnie było jej naprawdę żal, ale czy oni nie mogliby robić tego mniej… na widoku?
I pani westchnie teatralnie, a minutę później, oglądając swoje idealne paznokcie, roniąc idealną łezkę, wysłucha od małżonka, że jest zbyt dobra. Że za bardzo się przejmuje – ale w końcu przekuje tę historyjkę niekomfortowego wydarzenia w anegdotkę opowiadaną na przyjęciach i porannych kawiarnianych spotkaniach.
A Mimi? Czy Mimi czy kiedykolwiek będzie mogła komukolwiek opowiadać to wydarzenie na wzór makabrycznej humoreski, w przerwach między degustacją kolejnej lampki szampana, a zaśmiewaniem się z tego, co znowu zrobiła ta stara Arnaud?
Uniosła nieśmiało głowę, aby dojrzeć z kim tak naprawdę ma do czynienia; chciała ukradkiem wybadać, czy nie wydawało jej się, że ten człowiek ją zwyczajnie z kimś pomylił?; wrogość, którą promieniował, była naprawdę zaciekła, a Klapisch odniosła nieodparte wrażenie, że głęboki wyrzut, wyzierający z jego słów i spojrzenia, nie jest jednowymiarowy, z rodzaju tych podyktowanych ideologią nienawiści, którą zewsząd faszerowano społeczeństwo - chociaż zapewne ona też tam była. Intensywność jadu, którym naszpikował skierowaną w jej stronę wypowiedź, była paraliżująca; Miriam przygarbiła się jeszcze bardziej, próbując przypomnieć sobie czy przypadkiem faktycznie nigdy wcześniej nie widziała stojącego przed nią mężczyzny – chociaż i tak wątpliwe, aby miało jej to pomóc w sprawnym załagodzeniu sytuacji.
Jednak na próżno – a wcale nie miała złej pamięci do twarzy. Znała siebie, zwracała uwagę na detale; a tych charakterystycznych dla niego wcale sobie nie przypominała, wręcz przeciwnie. Była pewna, że to wymierzone w nią jasne, przeszywające spojrzenie – teraz jednakże przysłonięte mgiełką granicznej furii, skierowanej właśnie w Mimi? – widziała po raz pierwszy w życiu.
Zatem chyba trafiła po prostu na wyjątkowo zagorzałego przeciwnika Żydów, który szerzył swoją krucjatę na paryskich ulicach i akurat ona musiała na niego wpaść?
On na nią.
Podejmowanie prób racjonalizacji działań takich osób chyba nie miało sensu, prawda?, nie było usprawiedliwienia dla jakichkolwiek aktów znęcania się; więc Mimi, nie stój tak, odpowiedz, wysil się!
Chciałaby w takich sytuacjach wykazywać się nieco większą pewnością siebie, walczyć o swoje, pobudzić jakiś nerw, który zmusiłby ją do otrząśnięcia się z letargu, w który właśnie wpadła, przez parę wyjątkowo długich sekund obrzucając Niemca jedynie badawczym, wystraszonym spojrzeniem, lękliwie i nie bez pewnej tęsknoty spoglądając mu przez ramię, szerokością odgradzające jej drogę ucieczki. Bała się go ominąć, bała się wypowiedzieć choćby słowo. Policzek zapiekł ją na samą myśl, że – przy tych wszystkich ludziach – mogłaby zostać potraktowania podobnie jak pan na zewnątrz piekarni.  
Fakt, iż odmówiono jej sprzedaży chleba, nawet w połowie nie był tak upokarzający jak ta kurwa, którą ją potraktował; pobrzmiewające echo słowa było nieodwracalne, ale jednocześnie Mimi zdawało się, że istnieje jakiś sposób na to, aby w ogóle nie wyjść dzisiaj z domu, żeby cofnąć się o tę godzinę i powiedzieć matce stanowczo, że nie ma zamiaru ponownie się na to narażać – szkoda, że takowej metody jeszcze nie odkryła, a czas, pęczniejący od wstrzymywanych emocji ludzi wokół niej, puchł niebezpiecznie; jakby w końcu miał wybuchnąć, widowiskowo rozbryzgując się na wszystkich zebranych swoim trującym miąższem.
Ponownie.
Ale jak wyważyć reakcję, która pozwoliłaby jej obrać taktyczną ucieczkę, jednocześnie nie ryzykując przy tym własną godnością (życiem?)?
Mimi w końcu wykonała ten jeden, pierwszy krok, stawiając stopę na prawo od oprawcy – pierwsza oznaka chęci wyminięcia go. Naprawdę nie marzyła o niczym innym, niż jak o ucieczce, biegu, sprincie.
- Przepraszam, ale pan mnie chyba z kimś pomylił. – wymamrotała pod nosem, podejmując dramatycznie żałosną próbę usprawiedliwienia się (czy ludzie wokół naprawdę byli tego warci?) przed wpatrzoną w nią i w niego kolejką; która, w przeciwieństwie do Klapisch, nie znalazła się w epicentrum ataku. Bała się, że zaraz padnie odpowiedź, że nie mógł się pomylić, bo przecież każda Żydówka to kurwa. Wielokrotnie spotkała się z podobną retoryką; chociaż może, fakt, nie tak dosadnie zwerbalizowaną. – Śpieszę się. – dodała cicho – na tyle cicho, że sama miała problem z usłyszeniem własnego głosu – podejmując już bardziej żwawą, ale jednak nie do końca stanowczą próbę wyminięcia go.  
- Nic jej nie sprzedałam, proszę się nie martwić! – padło zza lady. Młoda kasjerka chyba nie wytrzymała presji i zagęszczającej się atmosfery, najwyraźniej obawiając się, że zniknięcie Mimi z horyzontu może spowodować, iż okupant wybierze sobie inną ofiarę, oskarżając pracownicę piekarni o hołdowanie tym żydowskim kreaturom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Piekarnia 'Une Baguette'   

Powrót do góry Go down
 
Piekarnia 'Une Baguette'
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Panthéon-
Skocz do: