IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Perfumeria 'Coquette'


Share | 
 

 Perfumeria 'Coquette'

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Perfumeria 'Coquette'   Nie Sie 14, 2016 1:54 pm



Perfumeria 'Coquette'

'Coquette' zaledwie parę miesięcy temu otworzyło się tutaj, w nowej dzielnicy. Dotychczas stanowiło małą, perfumerie mieszczącą się w prawobrzeżnej części miasta, gdzie głównymi klientkami były raczej mało zamożne kobiety. Nieoficjalnie mówi się, że zakochana w oryginalnych perfumach żona niemieckiego oficera zechciała wspomóc właścicielkę i wynieść ją na perfumeryjne salony.
W tej chwili ciężko przejść obojętnie obok wielkiego szyldu 'Coquette', już przy drzwiach wabiącego pięknymi zapachami. Sama perfumeria to niewielkie pomieszczenie urządzone z rozmachem: ściany, pod którymi stoją specjalne szklane pojemniki wypełnione kolorowymi cieczami, ozdobiono złotymi elementami oraz ogromnymi lustrami, z sufitu zwieszają się pozłacane żyrandole, a wokół miesza woń tysiąca przeróżnych woni. Osoby niezainteresowane kupnem (wszak ceny zdecydowanie nie należą do najniższych), często wchodzą tu tylko po to, aby nacieszyć wzrok bogactwem, którego nie mają na co dzień.




Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Sob Lis 26, 2016 1:11 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Sob Lis 12, 2016 12:37 pm

czas: przed wystawą

Szkło w dotyku było chłodne, jak kawałek lodu uformowany na kształt obłego flakonika zwieńczonego wymyślnym korkiem. Każdy nieostrożny ruch pośród dziesiątek, jeśli nie setek podobnych fiolek mógł zakończyć się całkowitą katastrofą – wystarczyło potrącić jedno z misternych, cieniutkich szkiełek, by pociągnęło za sobą ofiary liczone w dziesiątkach swych bliźniaczych sióstr. Najpewniej dlatego od dobrych kilku minut Fabien stał w miejscu, trzymając w dłoni obły, intensywnie granatowy flakonik. Zdumiewającą nieruchomość sylwetki podkreślała jedynie mina umundurowanego, która – w zaledwie jednym grymasie ust – wyrażała całą gamę emocji.
Od rezygnacji, przez niechęć aż do poirytowania.
Lubił sądzić, że zna się na wszystkim: muzyce, malarstwie, (w szczególności) czołgach, kinie, kobietach, więziennej grypserze a nawet zwierzętach z ukierunkowaniem na czworonogi. Było jednak coś, co dla Eberharta pozostawało tajemnicą równie złożoną, co kod Enigmy. Perfumy.
W perfumerii czuł się jak kleszcz wgryziony w wyjątkowo nieprzyjazny organizm – niewiele wiedział o kompozycjach zapachowych, jeszcze mniej o doborze woni do charakteru człowieka, a już w szczególności nie miał najmniejszego pojęcia o nazewnictwie. Mech z kory dębu? Intensywna, przenikająca archaiczna woń? Kto to, do diabła, wymyśla? Jeśli istniało coś bardziej mylącego od barw francuskiej flagi, to były to bez wątpienia nazwy perfum – nikt o zdrowych zmysłach nie nazywa trzydziestu mililitrów skądinąd cuchnącej starym człowiekiem cieczy esencją życia poczętego na górskiej polanie. A benzoes? Benzoes, do cholery? Żywica spuszczona z jakiegoś azjatyckiego drzewka, do której dopisano całą perfumeryjną filozofię; nagle stała się symbolem pogody ducha, rozpraszającej obawy i zmartwienia – a to wszystko przez jakiegoś żydowskiego aptekarza, któremu pomieszały się składniki.
Fabien, człowiek z reguły nerwowy, musiał odprawić pracownicę perfumerii, kiedy wyjątkowo świergotliwym tonem rozpoczęła nad jego uchem całą symfonię zagadkowych określeń. Flakonik, który aktualnie trzymał w dłoni, rzekomo miał w sobie wyciąg z krzaku róży – jeśli wierzyć słowom kobiety, w fiolce zaklęty był słodki, nabrzmiały aromat z lekką orientalną nutą, będący zapachem zaufania oraz radości; na domiar złego miał przywoływać na myśl słodki ból oczekiwania i nadziei. To właśnie wzmianka o słodkim bólu przemówiła do Eberharta na tyle, by zdecydował się na te perfumy – teraz zwyczajnie zastanawiał się, czy Flavie przypadnie do gustu akurat ta a nie inna fiolka. Mógł przecież zażądać flakonika różowego i bardziej pękatego, ale to jedynie pogłębiłoby zakłopotanie, jakie odczuwał (i umiejętnie ukrywał) pośród niepewnie spoglądających na niego kobiet, które krążyły pomiędzy perfumami.
Właśnie tak – wyłącznie kobiet. Fabien był niemal całkowicie pewien, że jeśli nawet w perfumerii zjawiał się jakiś mężczyzna, czynił to wyłącznie z dwóch powodów: chciał przeprosić swoją kobietę lub jej zaimponować. Nie było stanów przejściowych, w grę mogła wchodzić jedynie typowo samcza interesowność, która nakazywała mężczyznom wkraczanie do tej pachnącej całym globem świątyni i poszukiwanie odpowiednio gustownych, drogich oraz ładnych perfum, aby wybranka zechciała odpowiednio okazać swoją wdzięczność. Eberhart w niczym nie różnił się od tych wszystkich nieszczęśników, którzy pojawili się lub dopiero mieli pojawić w perfumerii – nim również kierowały niezbyt szlachetne pobudki, mające na celu wyłącznie jedno: poirytowanie żony.
Jakaś część jego umysły doskonale wiedziała, że Flavie nie cierpi prezentów, które jej przynosił, więc Fabien okazywał się niezwykle konsekwentny w obsypywaniu małżonki podarkami. Szwajcarski zegarek, bransoletka, kolczyki, dzisiaj perfumy – każdy kolejny drobiazg wywoływał w oczach Flavie cień tłumionej niechęci, która dla Eberharta była niczym więcej jak oznaką niewdzięczności. Dzięki prezentom demonizował żonę, co pozwalało mu na usprawiedliwienie własnego zachowania. Nieszczególnie wyrafinowane, lecz skuteczne.
Decyzja zapadła nagle – jeszcze przed momentem wahał się pomiędzy kształtami i barwami flakoników, by nagle postawić tył w krok i z pełną determinacją przekonywać się, że ciemny granat to dobry wybór. Być może dokonałby zakupu, nim ponownie nawiedziłyby go wątpliwości, ale…
Coś zawiodło. Nie spodziewał się, że stawiając krok w tył, napotka niespodziewaną przeszkodę w formie wyjątkowo niskiej i równie drobnej dziewczyny, która – tego był pewien – pojawiła się znikąd akurat w momencie, w którym Eberhart się cofał. Wynik tego starcia był z góry przesądzony: Fabien nieszczególnie odczuł konsekwencje zderzenia, ale osóbka zawahała się niepewnie, zagrażając tym samym całemu rzędowi pokaźnych, szklanych słojów z perfumami. Ewentualne straty można byłoby liczyć w tysiącach, więc Eberhart, niewiele myśląc, złapał dziewczynę za ramię nim ta na dobre straciła równowagę – jednak stalowy uścisk jego palców nie zelżał nawet wtedy, gdy zagrożenie zostało zażegnane, a wnioskując po wyrazie twarzy Fabiena, upadek pomiędzy szklane słoje byłby dla dziewczyny rozwiązaniem o wiele bezpieczniejszym.
I znacznie mniej przykrym w konsekwencjach.
- Panienka jest ślepa czy tylko głupia?
Dość nietypowy początek konwersacji, trzeba przyznać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Pią Lis 25, 2016 12:12 pm

Ostatnie dni zdawały się być bardziej niejednoznaczne niż te, gdy obok współistnieli przyjaciele młodziutkiej skrzypaczki. Powoli zaczynała rozumieć, że już nigdy nie wrócą, choć przyswojenie takiej wiedzy zdawało się graniczyć z cudem. Zbyt ufna w całej swej strukturze, by zaakceptować okrucieństwo wojny, a może tylko osób, które po trupach dążą do upragnionego celu? Rozmyślała o momentach, kiedy to słońce przyjemnie otulało jej pyzate policzki, a kropelki deszczu plątały się we włosach podkreślając pofalowane pukle i sprawiając, że kosmyki puszyły się bardziej niż zwykle. Pamiętała dni, gdy źdźbła trawy łaskotały bose stopy, a matka wciąż powtarzała, by spróbowała być mniej ruchliwa, wszak wystarczy sekunda nieuwagi i skaleczy delikatną skórę, która obecnie spowita w siniakach i drobnych rankach nie przypominała tej z przed wielu miesięcy. Antoinette zapomniała o zapachu lawendy i fiołków, którymi balsamowała swoje ciało, a także przyjemnej woni perfum, która otulała ją i tworzyła enigmatyczną otoczkę niewinności, która obecnie dostrzegalna była w obsydianowych tęczówkach. Tak pustych i pozbawionych wiary w lepsze jutro, a przecież jeszcze kilka dni temu poświęciłaby wszystko dla zmiany, a dziś? Dziś sprawiała wrażenie osoby nieco ospałej, zdystansowanej i przede wszystkim samotnej. Powoli traciła każdego, kto odznaczył się silnie w jej pobrudzonej codzienności, a tym samym szukała sposobu, by uwolnić się z okowów przyszłości, która nadchodziła wielkimi krokami.
Znała finał.
Przesuwała smukłymi opuszkami po flakonikach, które w swoich doskonałych żłobieniach przypominały te z przed wielu miesięcy, ale brakowało im czegoś. Właściciela, prawdopodobnie. Bez przerwy przyglądała się buteleczkom i odszukiwała zapach idealnie odzwierciedlający jej ubogi nastrój emocjonalny, który daleki był od wyszukanych i wysublimowanych uczuć. Nawet tak idealnie stworzone kompilacje wielu składników mijały się z poczuciem beznadziejności, które otuliło serce ulicznej artystki. Odpychała od siebie potrzebę trwania w tym miejscu, toteż odmawiała uprzejmym pracownicom pomocy, której zawzięcie chciały udzielić dziewczynie tak zagubionej i niepewnej w swych ruchach, jakby obawiały się, że zaraz strąci wszelkie możliwe flakony. I nie były w błędzie. Pomimo subtelności jaką się odznaczała Antoinette, wystarczył jeden nieostrożny ruch, a cały regał znalazłby się na podłodze. Wiedząc, że nie znajdzie tutaj niczego, co przywróci na moment matkę do żywych, spróbowała się wycofać. Dostrzegając jednak mężczyznę, który idąc do tyłu nie był w stanie spostrzec filigranowej istoty, zatrzymała się niemal w bezruchu, a zaraz potem przygryzła policzek od środka i wypuściła powietrze ze świstem.
Jego dłoń zaciskająca się na drobnym ramieniu Antoinette sprawiała jej wiele bólu, toteż skrzywiła się bezwiednie, a zaraz potem uniosła ciemne spojrzenie na twarz Niemca. Przedstawiciela III Rzeszy, do którego winna mieć szacunek, byle nie sięgnął po broń, którą bez wahania gotów byłby przyłożyć do jej skroni i pozbawić ją ostatniego oddechu. Kąciki ust dziewczęcia nie drgnęły, a jej ciało spięło się, jakby w potrzebie obrony, choć nie zrobiła nic. Czekała na jakąkolwiek reakcję, a słowa jakimi ją uraczył sprawiły, że uniosła lekko brew. Powinna odpyskować i pokazać, że przecież nie uczyniła tego celowo, wszak była niewinna, ale w obecnej sytuacji nie było jej stać na walkę słowną.
- Prawdopodobnie to nieuwaga, monsieur - odpowiedziała bez jakiegokolwiek wyrazu, a zaraz potem spojrzała w stronę ekspedientki. Wiedziała, że kobieta nic nie zrobi, ale sama panienka Molière nie prosiła się o pomoc. Zawsze dawała radę, to i tym razem miało być podobne. - Na szczęście zareagował pan w porę i jestem wdzięczna, że nie doszło do perfumowanej katastrofy - zażartowała, a cień iluzorycznego uśmiechu pojawił się na bladych licach ciemnowłosej francuski. Wymownie spojrzała też na jego rękę, która wciąż znajdowała się na niej i czekała, by ją zabrał. Przestrzeń osobista Antoinette była dla niej niezwykle istotna, toteż nie czuła się pewnie, gdy ktoś obcy przełamywał tę konkretną barierę. - Czy mógłby pan...? - spytała ze spokojem, ale wciąż nie ukrywała, że taki obrót wcale jej nie odpowiada.
Była w końcu młodą kobietę - te zaś bywają kapryśne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Czw Gru 01, 2016 9:26 pm

Wojna nie oszczędzała nikogo. Czas nie oszczędzał nikogo. Ludzie – zwłaszcza ci pokroju Fabiena – nie oszczędzali nikogo. Brutalna rzeczywistość przetaczającej się przez Europę wojny docierała nawet tutaj, do miejsca, które pozornie nie miało nic wspólnego ze śmiercią bliskich, strachem i niepewnością, czy uda się dożyć do kolejnego dnia.
A jednak każdy z klientów odwiedzających perfumerię wnosił do wnętrza również własną historię. Obawy oblepiały mieszkańców Paryża znacznie skuteczniej od ulotnej mgiełki zamkniętej w dziesiątkach barwnych flakoników. Lęki i trwoga nie były czymś, czego można wyzbyć się równie łatwo, co własnego człowieczeństwa, a popłoch stał się zjawiskiem na tyle powszednim, iż odczuwanym znacznie częściej od radości. Paryżanom nie pozostało zupełnie nic z życia, które toczyli przed wojną, nic, poza wspomnieniami – tylko tego nie mogli im odebrać okupanci. Czasami jednak rozpamiętywanie tego, co zostało utracone, rodziło znacznie więcej bólu od pozornej stabilizacji, która zapanowała w czasie teraźniejszym. Pielęgnowanie obrazów z przeszłości przynosiło wyłącznie chwilowe ukojenie, stanowiło ułudę bezpieczeństwa i prędzej czy później pękało tak, jak pęka mydlana bańka zahaczająca o nagą gałąź drzewa. W tym miejscu, w tych czasach, w tej rzeczywistości wszystko było złudzeniem. Chwilowe porywy szczęścia, momenty, w których własne łóżko sprawiało pozory nietykalności, miraże dawnego życia, będącego niczym, jak tylko smutną, gorzką akwarelką z przeszłości. Utrata kogoś bliskiego stała się tak powszednia, iż każdy kolejny dzień, w którym nie zginął ktoś, kogo się znało, był dniem dziwnie niepełnym i nasuwał to jedno, krótkie pytanie, niosące ze sobą kolejne pokłady strachu.
Czy teraz nadszedł czas mojej śmierci?
Fabien obserwował Paryżan każdego dnia w tym ich ponurym, pozbawionym nadziei korowodzie szarych, smutnych twarzy. Mieszkańcy miasta już dawno stracili nadzieję, jedynie od czasu do czasu z zawiścią myśląc o Brytyjczykach, którzy odparli niemiecką okupację, i być może o Szwajcarach, na tyle zapobiegliwych, iż zamknęli granice i ogłosili neutralność, nim którakolwiek ze stron zaczęła walkę o ich wsparcie.
Dla Francuzów nie było już jednak ratunku. Znikąd. Uginali więc karki, robiąc tym samym to, co potrafili najlepiej. Nie podejmowali walki, bo walka ta oznaczałaby wyrzeczenie się pozorów stagnacji, jaką zagwarantowali im Niemcy. Nie podejmowali walki, bo obawiali się gniewu okupantów. Nie podejmowali walki, bo wiedzieli, że mogło być gorzej. Znacznie gorzej.
A jednak dzisiejszego dnia choć jedna mieszkanka Paryża miała przekonać się, że piekło, w której przyszło jej żyć, było zaledwie przedsionkiem prawdziwej męki – wystarczyło przecież, by silna dłoń nie uchroniła drobnego ciała przed upadkiem pośród kosztowne flakoniki, a smutny dzień zmieniłby się w dzień parszywy.
Być może nawet ostatni w jej życiu?
Nic jednak nie wskazywało na to, by wyrwany z zadumy Eberhart miał zamiar wyciągać z zaistniałego incydentu jakiekolwiek konsekwencje. Padające z jego ust słowa były swego rodzaju mechanizmem obronnym, jak gdyby obelga była znacznie lepszym wyjściem od wydania z siebie okrzyku zdumienia. Kiedy tylko przebrzmiały ostatnie sylaby, kiedy tylko uważniej przyjrzał się twarzy dziewczyny i kiedy tylko zrozumiał, że zbyt mocno zaciska palce na jej ramieniu, w Fabienie zaszła widoczna gołym okiem, a nade wszystko odczuwalna przez młodą kobietę zmiana.
- Prawdopodobnie tak, mademoiselle – dotychczas ostry ton zniknął bezpowrotnie, pozostawiając w jego głosie wyłącznie lekką, zachrypniętą nutę kogoś, kto skutecznie tłamsił własne emocje. Kolejne słowa drobnej Francuzki wywołały na jego ustach blady cień uśmiechu, jakby wciąż obawiał się, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch pchnie ich na regał wypełniony perfumami. Perfumowana katastrofa wydawała się jednak zażegnana, podobnie jak chwilowy gniew Eberharta.
Najwyraźniej nie tylko młode kobiety posiadały w sobie dość kapryśności, by gwałtownie zmienić nastawienie.
- Jest pani pewna? – tym razem to on uniósł brwi nieznacznie, doskonale widząc, jak bardzo nie w smak była jej ta przypadkowa bliskość. – Uścisk mężczyzny z zasady jest pewniejszy od grymaśnej równowagi – ponownie zimitował coś, co mogło być słabym uśmiechem, po czym poluźnił uścisk powoli, bez pośpiechu, na swój sposób ospale – cofając dłoń, z umyślną celowością musnął palcami materiał jej płaszcza, zupełnie tak, jak gdyby chciał wygładzić to, co przed momentem zmiął w chwycie.
- Najwyraźniej przeszkodziłem w zakupie, mademoiselle – kolejne słowa wyrwały się spomiędzy jego ust niespodziewanie, bez udziału wolnej woli, nie mógł ich jednak cofnąć, nie mógł przerwać w połowie zdania. Być może nawet nie chciał, odnajdując w twarzy dziewczyny coś, co nakazało mu zatrzymać na niej spojrzenie. Zatrzymać i nawet na moment nie spuścić z oczu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Sro Gru 21, 2016 5:07 pm

Każdy był wycieńczony obecnymi wydarzeniami. Może jedynie Niemcy nie odczuwali aż takiej szkody względem swoich czynów, bo przecież to właśnie oni mieli największy wpływ na paryżań i dzięki nim co poniektórzy funkcjonowali. Kochanki, nałożnice i zdrajcy. Antoinette nie zaliczała się do żadnej z tych grup, bo wciąż emanowała dzieciącą niewinnością, a wyjawienie sekretów na temat kogokolwiek... To byłoby jak wyrok. Martwiła się o swoich przyjaciół i ludzi, którzy byli jej bliscy, ale prawda była taka, że nie miała na nic wpływu. Żadnego. Egzekucje były wykonywane każdego dnia i ktoś taki jak Fabien - również był katem. Mógł kreować się na kogoś innego, ale brunetka nigdy nie potrafiła zaufać przedstawicielom hitlerowskiego reżimu. Może dlatego ufała, że wszystko się kiedyś ułoży, a zło się skończy, bo nie mogło trwać wieczności, ale jeśli tak miałoby być, to... Co się z nią stanie?
Perfumeria otulona była przyjemną mgiełką, która przenikała przez umysł młodziutkiej artystki. Kochała wszelkie zapachy i dzięki temu miejscu czuła się wolna, ale tylko przez chwilę, która jawiła się zbyt długo. Nie oczekiwała jakiegokolwiek spotkania z kimś kogo się bała i nie ukrywała tego. W czarnych jak smoła tęczówkach bezustannie malował się strach, ale to nie miało teraz znaczenia. Samotnie wędrowała pomiędzy kolejnymi alejkami i przez to nie wiedziała czy dobrze robi, by tutaj tkwić. Musiała się wydostać, ale to właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zblokowało każdy jej najmniejszy ruch. Stanęła na wprost człowieka, który zmusił ją do tego, by zastygła w jednym miejscu i przestała oddychać. Serce zatrzymało się nagle i przez to nie umiała rozeznać się w sytuacji, czy jeszcze żyje czy może jednak nastąpił koniec. Wlepiała wzrok w jego przeniklwe spojrzenie, które paraliżowało ją i przeszywało na wskroś i nie przypuszczała, że może odczuwać aż taki lęk względem kogokolwiek. Bliskość z mężczyznami ją irytowała, drażniła i to bynajmniej nie przez to, że należała do kobiet biseksualnych lub tych całkowicie lubujących się w swojej płci. Nie radziła sobie w relacjach towarzyskich i ewidentnie była w nich kiepska. Przypominała małą laleczkę, której wystarczy powyrywać rączki i nóżki, by zrobiła wszystko czego oczekuje jej oprawca, ale charakter i temperament nie szły w parze z drobną posturą. Klatka piersiowa zapadła się nagle, a pod nią osuwał się grunt, który niestety... Nie ułatwiał niczego. Wierzyła, że to się zaraz skończy, a ona wybudzi się z koszmaru, ale ulegle nie wyrywała się z pod uścisku, który nie należał do przyjemnych, ale musiała trzymać język za zębami. Dwa słowa za dużo i sama padnie tutaj niczym kartka papieru, a fiolki runą na nią i zapach śmierci zmiesza się z kwiatowymi woniami.
Trzęsła się cały czas, póki nie poluzował uścisku, a kiedy już to zrobił, spuściła mimowolnie wzrok. Szok mieszał się z wstydem, który wymalowany na bladych policzkach dawał o sobie znać aż nad to. Czego właściwie się spodziewała? Dobrego Niemca? Niekażdy był jak pewien major, który prawdopodobnie zniknął z jej życia na dobre.
- Ja... ja... - powtarzała jak mantrę. Nie wiedziała co należy powiedzieć, bo wyduszenie z siebie pustego przepraszam graniczyło z cudem. Oddychała coraz ciężej i kiedy tylko ponownie ich wzrok się skrzyżował, spuściła głowę. Brakło jej odwagi, a to dopiero początek, którego końca nie znała. Słowa, którymi ją raczył były zbyt odważne, a ona nie umiała odpowiadać tak jak powinna, dlatego bezwiednnie wypaliła z czymś, czego zapewne kiedyś pożałuje. - Jeżeli pan twierdzi iż dotyk mężczyzny jest pewniejszy od upadku, to muszę zaufać tej tezie - przygryzła dolną wargę i czuła kolejną falę zalewającego ją wstydu. Czy to było już przyznanie się do braku doświadczenia? Wolała nie myśleć w ten sposób, ale miała tendencje do tego, że mówiła rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Dlaczego była tak głupio naiwna?
- Nie, nie przeszkodził pan, po prostu... - skrzywiła się lekko i szukała w głowie odpowiedniego usprawiedliwienia. - Lubię tu przychodzić, to wszystko - wytłumaczyła spokojnie i uśmiechnęła się subtelnie. Karmazynowe usta kontrastowały z bladością skóry, a tęczówki o obsydianowej barwie wciąż wbijały się w podłogę, jakby nie miała dostatecznie dużo odwagi, by spojrzeć na nieznajomego mężczyzną. - A pan szuka konkretnego zapachu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Sob Sty 14, 2017 12:48 pm

Strach stanowił naturalną reakcję na to, co działo się w Europie. Echa przetaczającej się przez kontynent wojny docierały do najodleglejszych zakątków świata, nie oszczędzając przy tym tylko pozornie spokojnego Paryża.
Tutaj również toczyły się walki, choć nie tak brutalne jak na froncie wschodnim. Każdy dzień w okupowanej Francji był dla przegranej strony pojedynkiem o przetrwanie, starciem o tyle brutalniejszym, że z góry skazanym na klęskę. Niemcy traktowali miasto jak swoją własność, czyniąc z paryżan marionetki, które poruszały się w rytm stanowczych szarpnięć za sznurki – rzadko kiedy były to delikatne, subtelne gesty, każdy ruch nie tylko powinien, ale wręcz musiał przypominać Francuzom, że są niczym więcej jak tylko więźniami w granicach własnej ojczyzny. Właśnie na tym polegała całkowita dominacja i bezkompromisowe zwycięstwo: na odarciu pokonanego narodu z poczucia wyjątkowości, z pozbawienia ich przekonania o własnej decyzyjności. Eberhart nawet nie próbował zaprzeczać naturze tych działań, nie zamierzał również wypierać się własnej tożsamości – jedni dostrzegali w nim wyłącznie dobrego dowódcę, inni nieobliczalnego kata, kolejni – wartościowego sojusznika.
To, za kogo miała postrzegać go ta przypadkowa, krucha jak kryształ Francuzka, zależało wyłącznie od samego Fabiena – posiadał faktyczną władzę nie tylko nad jej narodem, lecz również nad nią samą i jedynie on mógł zadecydować, jak zakończy się to spotkanie i jaką formę przybierze ten dialog. Dla kogoś, kto zwykł upajać się posiadaną władzą, było jedynie kwestią czasu, kiedy postanowi wykorzystać dzierżone w ręce przywileje. Chwilowo jednak, nic nie wskazywało na to, by w jakikolwiek sposób miał zamiar z nich skorzystać – swoją dominację zaznaczył przecież już na samym początku, teraz jedynie utrwalając ten stan rzeczy nieruchomym, nieustępliwym spojrzeniem. Wpatrywał się w młodą kobietę – bo przecież już nie dziewczynę – z czujnością kogoś, kto ocenia faktyczne możliwości przeciwnika. Próbował pojąć jej trwożliwe, rozedrgane zachowanie, początkowo dostrzegając w nim taktykę, która miała zniechęcić napotkanego Niemca do jakiejkolwiek interakcji. Szybko jednak pojął, że to nie była gra, a Francuzka naprawdę odczuwa strach niewspółmierny do wiszącego nad nią zagrożenia. Fabien nawet przez chwilę nie miał na celu zastraszenia nieuważnej, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwej kobiety – ta jednak zdawała się przyjmować płynące z jego strony sygnały ze zwielokrotnioną intensywnością, co doprowadziło ich do momentu, w którym obawy Francuzki przybrały niemal kuriozalny wymiar. Eberhart zrozumiał, że musi zacząć działać, nim ostatni bastion spokoju nieznajomej obróci się w niwecz – dlatego ostrożnie poluźniał uścisk, nawet na chwilę nie odrywając od pobladłej twarzy czarnego jak atrament spojrzenia. Młoda kobieta była najlepszym dowodem na to, że okupanci zdołali zaszczepić w paryżanach podskórny, przeraźliwy strach, który wypełzał na zewnątrz za każdym razem, gdy wbrew własnej woli skazywani byli na towarzystwo jakiegokolwiek umundurowanego Niemca.
Czyż właśnie nie o to im chodziło? Czy nie powinien być dumny z efektu, z dzieła, które mógł podziwiać w formie tej drobnej, przerażonej kruszyny?
- Nic się nie stało, mademoiselle – w jego głosie rozbrzmiała nuta irytacji, zupełnie jakby powtarzane bez celu ja, ja rozbudziło w Fabienie trudną do wyjaśnienia niechęć, o której istnieniu dotychczas nawet nie zdawał sobie sprawy. Nie lubił tracić czasu, a przez krótki, nużący moment odniósł wrażenie, że właśnie to robi i że nie zdoła wynieść z tego spotkania niczego, poza ponurą satysfakcją.
Jednak już po kolejnych słowach kobiety zrozumiał, iż nie wszystko jest stracone – ta znajomość dopiero miała się rozwinąć.
- Nie powinna mi panienka wierzyć na słowo – z trudem powstrzymał lekkie rozbawienie, które wywołała u niego nie tyle odpowiedź Francuzki, co jej reakcja – gdyby tylko mogła, wraz ze spuszczonym wzrokiem sama wsiąknęłaby w posadzkę, byleby tylko uciec przed nagłym zainteresowaniem ze strony Niemca. – Niektóre tezy warto sprawdzić na własnej skórze – dodał ciszej, niemal konspiracyjnie, jakby w obawie, że ekspedientka zechce przysłuchać się tej rozmowie – kobieta za kontuarem była jednak pogrążona w lekturze i sprawiała wrażenie kogoś, kto woli nie znać finału tej rozmowy; najpewniej nawet huk wystrzału nie skłoniłby jej do oderwania wzroku od stronnic żurnala.
- Nie dziwię się, że lubisz to miejsce, mademoiselle – Fabien obrócił w dłoni wybrane dla żony perfumy, które nagle – nie wiedzieć dlaczego – przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. – To ładne i delikatne miejsce, idealne dla równie ładnych i delikatnych istot, jak ty – swoboda, z jaką porzucił grzecznościowe tytuły i przeszedł na bardziej bezpośredni ton, idealnie współgrała z lekkim uśmiechem, który w końcu wkradł się na usta Eberharta i zagościł tam na dobre. Nie zraził go nawet upór, z jakim Francuzka wbijała spojrzenie w posadzkę, sam przez cały ten czas wpatrywał się w bladą, delikatną twarz z niemal łakomą ciekawością.
- Bardzo konkretnego – przyznał z powagą we wciąż ściszonym głosie, wyraźnie rozkoszując się słowami, które miały paść lada moment. – Tego, który najbardziej podoba się tobie.
Nie dał jej wyjścia, musiała w końcu podnieść wzrok i przekonać się, czy nie żartuje, czy nie pogrywa sobie z nią w najbardziej okrutny sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   Sro Maj 03, 2017 12:10 pm

Od kilku dni była zbyt nieswoja, a narastające napięcie w murach Paryża, który stracił swój urok przez pryzmat okupacji, stał się dla niej niczym więzienie, w którym nie mogła złapać powietrza. Dusiła się we własnym ciele, które raz po raz zmagało się ze zbyt dużym zmęczeniem, a to nie opuszczało jej ani na moment. Była czujniejsza i próbowała odgadnąć kolejne ruchy tych, do których nie miała za grosz szacunku. Byli w końcu tacy sami i nie różnili się od siebie szczególnie, choć większość nosiła się w tajemnicy z prawdziwą maską, która nie powinna ujrzeć światła dziennego. To na nich zostałaby wykonana wtedy egzekucja, a dla kogoś takiego jak Antoinette było zbyt wiele okrucieństwa i podłości. Jako nastolatka, artystka, dopiero co dojrzewająca, młoda kobieta, pragnęła spokoju i możliwości rozwijania skrzydeł, a nie chowania głowy w piasek na dźwięk niemieckiego akcentu i munduru.
Spętane nadgarski delikatnymi sznurkami i niemożność wykonania swbodnego ruchu sprawiała, że każdego dnia traciła jakąś istotną cząstkę siebie. Nawet dźwięk skrzypiec stał się inny, bardziej nostalgiczny i przesiąknięty niemym pragnieniem i błaganiem o wolność, która nie nadchodziła. Mogła w ten sposób zabawiać przechodniów, choć i na tym jej szczególnie przestało zależeć, by widzieć delikatne uśmiechy i słyszeć słowa podziękowania. Utraciła coś niezwykle cennego i nie umiała na nowo tego odnaleźć, bo ci którzy winni być, zniknęli. Nie ufała gazetom, a już tym bardziej ściiennym ogłoszeniom, bo to oznaczałoby pogodzenie się ze stratą najważniejszych osób. Modliła się za nich niemal codziennie, tak jak o przywrócenie do niemieckich dusz człowieczeństwa, którego zostali pozbawieni. Kim jednak była ona? Nieznana i samotna dziewczyna z delikatnym instrumentem w dłoni i smyczkiem, który niedbale pieścił struny, nadając im dźwięków i charakterystycznych nut? Jedynie marionetką w enigmatycznym Paryżu, pozbawionym tętniącego życia i zakochanych w sztuce młodzieniaszków próbujących zdobyć serce niewinnej panienki. I ten, który stał teraz przed nią nie należał do grona tych, za którymi tęskniła. Czuła jego władzę, choć nie musiał robić nic szczególnego. Wystarczyło, że patrzył w ten przenikliwy sposób, a jej serce zadrżało z obawy przed jutrem, które nieuchronnie nadchodziło. Nie miała wszak pojęcia, czy nie zostanie stąd wywleczona niemal siłą za swoją nieuwagę, ale w gruncie rzeczy - nie zrobiła nic złego. Była święcie przekonana o samotności, która pochłaniała ją przez kilka ostatnich minut, aż w końcu poczuła czyjąś obecność, intensywny zapach męskich perfum i dominację, która sparaliżowała ją na tyle, że nie miała odwagi patrzeć mu w oczy.
- Nie? - skrzywiła się subtelnie, ale nie mógł tego widzieć, wszak jej mętne tęczówki wciąż wbijały się w posadzkę, a gęsta kurtyna rzęs zasłaniała możliwość dostrzeżenia tej krępacji, która ją niemal sparaliżowała. Oddychała spokojnie, a klatke piersiowa unosiła się w równym rytmie, choć serce dwukrotnie zakołowało w piersi. Starała się nie dać po sobie poznać tego typowego dla niej zawstydzenia, dlatego by opanować nieco szalejące emocje, przygryzła policzek od środka i zaczęła pocierać opuszkami o siebie, by tylko nabrać dystansu do tej sytuacji, której rozmowa kierowała się na tematy tak odległe i zbyt intymne, że nie potrafilaby odpowiedzieć w należyty sposób. Nie dopuszczała w końcu nikogo do siebie, a już tym bardziej, nie dawała tego prawa obcym mężczyzną. - Śmiem stwierdzić, że męski dotyk może okazać się równie przykry co upadek; wszystko jednak zależy od okoliczności - wydusiła z siebie i nie do końca była pewna, czy powinna to mówić. Często jednak najpierw robiła, a dopiero potem myślała nad sensem wypowiadanych fraz. Chciała w tym momencie zapaść się pod ziemię i udawać, że nigdy nie istniała, bo przecież spoufalała się z Niemcem. Dawała mu jasne przyzwolenie na to i insynuowała, że może tego chcieć, a to wcale tak nie było. Sądziła, że subtelną śmiałością spłaci go i da jej ten nieszczęsny spokój, za którym tak tęskniła, ale gdy zaczął obdarzać ją nietypowymi komplementami, wypuściła powietrze ze świstem. Z każdą kolejną sekundą czując jak zawstydzenie narasta, a nieśmiałość wkrada się przez uchylone okne i staje tuż za jej plecami, szeptając cichutko, by jedynie się uśmiechała i milczała, jakby dając dziewczynie w ten sposób ostrzeżenie przed zbliżającym się zagrożeniem.
- Och, ja... Dziękuję... - szepnęła cicho i znów zaczęła przebierać nogami w miejscu, aż padło to kluczowe dla ów konwersacji wyznanie. Niemal przesiąknięte grzechem i pokusą, o których nie miała pojęcia. Uniosła pospiesznie wzrok na nieznajomego i wlepiała w niego czarne jak heban tęczówki, by odgadnąć co kryje się w jego umyśle i zrozumieć, dlaczego w tak pewny i śmiały sposób przekracza granicę, której ona przekroczyć nie potrafiła. Karminowe usta wygięły się w ledwie cieniu subtelnego uśmiechu, a w ogromnych oczach mógł dostrzec jak pali ją wewnętrzny wstyd przed tym, czego się dopuścił.
- Lubię... - zawiesiła głos i odwróciła na moment spojrzenie, by wlepić je w delikatnie zdobiony flakonik, na którego karteczce napisane zostało lavande. To zdecydowanie nie była ta woń, ale w tej jednej sekundzie zapomniała o wszystkich zapachach, do których miała tak ogromne zamiłowanie i którymi zazwyczaj była otulona. - Lubię zapach dzikiego bzu, jest słodki i... - kusi swoją niewinnością - Ostatnio polubiłam fiołki, ale te wydają się dość pospolite - przyznała zgodnie z prawdą i obdarzyła mężczyznę dziewczęcym, acz dość zachowawczym uśmiechem. Nie wiedziała do końca czy powinna być na tyle szczera, ale to przecież tylko zwykła konwersacja. Niezobowiązująca. - A pan? - zagaiła spokojnie i znów wbiła w niego intensywne spojrzenie. - Jaki monsieur lubi zapach?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Perfumeria 'Coquette'   

Powrót do góry Go down
 
Perfumeria 'Coquette'
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Panthéon-
Skocz do: