IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Wypożyczalnia rowerów


Share | 
 

 Wypożyczalnia rowerów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Wypożyczalnia rowerów   Nie Sie 14, 2016 10:24 pm



Wypożyczalnia rowerów

Francuzi szczególnie mocno upodobali sobie dwa rodzaje rozrywek: wyścigi konne oraz jazda na rowerze. O ile to pierwsze wymaga jednak od nich postawienia pieniędzy na zwierzę, na którym sami niestety nie mogą się poruszać, tak to drugie umożliwia im pełną kontrolę nad pojazdem. Fani rekreacji, wycieczek poza miasto oraz zwykłych, porannych przejażdżek do pracy, w razie braku własnego roweru, powinni jak najszybciej zgłosić się do wypożyczalni. Właściciel bardzo chętnie pomoże wybrać środek transportu pod względem wielkości oraz "parametrów". Ceny również nie należą do wysokich, aczkolwiek należy pamiętać, że w razie jakiegokolwiek uszkodzenia sprzętu, za naprawę trzeba zapłacić z własnej kieszeni!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Nie Kwi 09, 2017 10:26 pm

Smak gratin dauphinois, koniecznie zapiekanych w białej, żaroodpornej kokilce nad rozpalonym żarem oszczędnego ognia w kamiennym piecu – och, smak ten śnić się będzie Larsowi do śmierci; w istocie Reifenstein przypuszcza, że jego język przeczuwał oskomę na długo zanim po raz pierwszy spróbował ziemniaczano-śmietanowej zapiekanki. Tak, właśnie tak smakuje Francja.
Mogąc wybierać pomiędzy un monaco, piwem z lemoniadą i sokiem z owocu nieznanego pochodzenia, a nieprawdopodobnie gęstym pastis – wybrał drugą z opcji, czyli likier anyżowy, którym jeszcze nikt na jego oczach się nie zatruł (ale i to mogło ulec zmianie – wystarczy napoić nim Behringera). Potem Yvette podsunęła mu pod nos calissons, ale miał dość. Czekał cierpliwie, dostrzegając tę dziecięcą radość w jej oczach, jednak nie mógł dłużej wytrzymać – najpierw wzywała go, jakby się paliło, a teraz nie zamierzała mówić. Tej figlarnej przekory, syntetyzującej powagę spraw istotnych i humor w sprawach błahych w schizofreniczny chaos reakcji – tego po prostu nie był w stanie sobie przyswoić; w takiej atmosferze trzeba się wychować. Rozmowa z Yvette przypominała walkę z cieniem – mówiła dalej, ale Lars już nie tłumaczył sobie jej szczebiotu; i tak zawsze stawiał na swoim, nie dając dziewczynie szans na wyrażenie własnej woli ani zmianę postanowień.
Może powinienem sprawić jej porządne lanie, dopuścił do siebie tę myśl dopiero, kiedy wspiął się na siodełko roweru, ignorując smukłą, stojącą w drzwiach kawiarni sylwetkę. Szlag by to, nie będę bił kobiety.
(Będę; wiem, że będę).
Pomachała do niego, ale również to zignorował, powoli zaczynając rozumieć, dlaczego pastis oraz jazda rowerem nie powinny iść w parze. Mdłości – jak się okazało, chwilowe i nieszczególnie agresywne – ustąpiły po kilkudziesięciu przejechanych metrach. Zastąpiła je za to niejasna potrzeba zapalenia: pomyślał, że może dym papierosowy pomaga, lecz przecież sam w to nie wierzył – smród byłby tak okropny, że w ciągu kilkunastu sekund od przekroczenia progu apartamentu, Jesper by go wyczuł.
A stąd ledwie krok do bólu głowy.
Jazda rowerem skutecznie wywietrzyła z Larsa zrywy nałogowych fanaberii; ostatnie -dziesiąt i -naście metrów pokonywał z całkowicie innym celem, który zresztą zamajaczył na horyzoncie jak wydający ostatnie tchnienie Hindenburg.
Coraz cieplej; kwiecień przenika do zziębniętych po srogiej zimie kości i cierpliwie wytapia z ciała drobne kryształki lodu. Kiedyś w nocy wyszedł na zewnątrz – było to jeszcze za czasów grudniowej, świątecznej libacji w jednej z piwiarni – i zobaczył blady nalot szronu na czarnych słupkach ogrodzenia oraz na asymetrycznych koronach pobliskich, ogołoconych z liści akacji. Nawet w Paryżu nie tak trudno zamarznąć; tym bardziej podczas wyjątkowo zajadłej zimy. Wystarczyło, by wyszło słońce, a wiosna uderzyła w Paryż niczym wezbrana fala hormonów. Nagle każda forma życia w mieście sprawiła, że chodniki były zatłoczone a rowery w wypożyczalniach znikały wcześnie, bo sezonowi cykliści – nawet tak niezapalczywi jak Lars – decydowali się na widokową trasę do pracy.
Nawet, jeśli ta nosiła nazwisko Behringer i sama w sobie ani trochę widokowa nie była.
- Ambroise! – wypluwa to imię wraz z kilkoma kamyczkami, które umknęły spod wąskich opon przy nagłym hamowaniu; rower zatrzymuje się raptownie niespełna metr od ramienia Klemensa, który – bądźmy szczerzy – nie mógł wybrać bardziej żałosnej formy przykrywki.
Chociaż wiele wskazywało na to, że praca przy pedałach niespecjalnie mu przeszkadza.
- Hamulec jest luźny. Gdybym cię lepiej nie znał, pomyślałbym, że z rozmysłem wypożyczyłeś mi felerny egzemplarz – uśmiech Larsa jest miły, podobnie jak Lars sam w sobie – zwłaszcza, kiedy opiera łokcie na kierownicy, jedną nogą podpierając się o ziemię z wysokości siodełka i wyglądając… jak nie on? W rozpiętej marynarce z podwiniętymi rękawami o to nietrudno – przecież wystarczy brak munduru i rozwiane przez pęd włosy. - Ale to niemożliwe. Przecież jesteś bardzo, ale to bardzo miły. Absolutnie chouchou – musiał włożyć wiele skupienia w przeczesanie splątanych loków palcami – nawet bolesne pociągnięcie kilku cebulek nie przegnało z jego ust uśmiechu, który ograniczał się wyłącznie do ust. Oczy – skupione, chłodne kryształki lodu wciśnięte w czaszkę – zamarły nieruchomo na Behringerze, który doskonale wiedział, że obecność Larsa nie jest spowodowana potrzebą przyjacielskiej pogawędki.
- Kiedy kończysz z pedałami? – zeskoczył z roweru tak, jakby był to nieszczególnie imponujących rozmiarów konik na biegunach – tyle, że bardziej kanciasty i o nieposkromionej kierownicy, o czym na własnej skórze przekonał się Klemens, kiedy klamkomanetka agresywnie zderzyła się z jego nadgarstkiem.
A to pech!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Pon Kwi 10, 2017 1:22 am

Mdliło go.
Naprawdę go mdliło.
Rano jeszcze nic nie zapowiadało tragedii – obudził się tuż przed świtem, wygrzebał z łóżka i powlókł do kuchni, by w ramach wyjątkowo obfitego śniadania wlać sobie do gardła pół kubka lury, którą Francuzi z niewiadomego powodu nazywali kawą. Ze wzrokiem zawieszonym w przestrzeni, nie był świadomy, jak niewiele dzieliło go od kryzysu, dopóki jego spojrzenie nie padło na przekrzywiony kalendarz, który wisiał smętnie na ścianie, czekając, aż Klemens pofatyguje się, by go poprawić. Być może faktycznie zdobyłby się dziś na ten wysiłek, gdyby nie inny drobny (przeogromny) szczegół, który prawie wypalił mu wzrok. Kiedy utkwił spojrzenie w niewielkim kwadracie dzisiejszej daty, coś w jego żołądku skręciło się boleśnie, a wypita zaledwie przed chwilą kawa nabrała jeszcze obrzydliwszego smaku – o ile było to w ogóle możliwe.
Dzisiaj miał spotkać się z Larsem.
I powiedzieć mu, że niczego się ostatnio nie dowiedział.
Od tamtego nieprzyjemnego zderzenia z rzeczywistością cały jego dzień nabrał ponurych barw, tak jakby Paryż już od dawna nie był paletą zabrudzonych wojną odcieni. Musiał trzy razy powiedzieć sobie, że naprawdę musi wyjścia z mieszkania, bo nagle pozostanie w nim wydało mu się doskonałym (samobójczym) pomysłem. Nie miał najmniejszej ochoty spędzić następnych kilku godzin, zastanawiając się, jaką wymówkę przyjmie Reifenstein – pomijając fakt, że zapewne nie przyjmie - ale gdyby nie przyszedł, konsekwencje mogłyby się okazać równie bolesne.
Dlatego zmusił się, by wypić kolejne pół kubka, byle tylko kupić sobie jeszcze kilka cennych chwil, na które i tak nie było go stać. Niedługo później wymaszerował z mieszkania, docierając do wypożyczalni rowerów z lekkim opóźnieniem, obdarzony zdziwionym spojrzeniem właściciela.
Klemens był miłośnikiem punktualności, a Ambroise pilnował godziny niemal równie maniakalnie, jednak dziś obydwoje nie mieli chęci, aby dotrzeć do pracy na czas.
Przez resztę dnia stopniowo pogrążał się w dobrze znanej monotonii, na którą składał się rutynowy przegląd rowerów i przyklejanie sobie miłego uśmiechu do twarzy za każdym razem, kiedy wypożyczał komuś jeden z nich. Od tego uśmiechu również zaczynało go już mdlić; to naprawdę nie był jego dzień na bycie uprzejmym i pomocnym, a szczególnie na wysłuchiwanie usprawiedliwień, z których niemal wszystkie brzmiały podobnie – to samo się zepsuło. Naprawianie szkód wyrządzonych nieszczęsnym rowerom przez mało myślących paryżan pozwalało mu jednak skupić myśli na szeregu dobrze znanych czynności i zatopić w pracy na kilka błogich chwil, dopóki rower nie powrócił do pierwotnego stanu, a Klemens nie przypomniał sobie, co czekało go po pracy.
Walczył więc z mdłościami, które wzmagały się wraz z każdą godziną dzielącą go od końca zmiany. Wciąż zerkał nerwowo na ruchliwą ulicę, jakby spodziewał się, że Lars lada moment wynurzy się z tłumu paryżan, a poza tym denerwowały go jego własne obawy – to one tuż przed wyjściem z mieszkania kazały mu wsunąć do wiekowej, skórzanej torby plik świeżych ulotek, które wyszły spod jego własnej ręki zaledwie kilka dni wcześniej. Nie miał pojęcia, co sobie wtedy myślał – może wydawało mu się, że udobrucha nimi Larsa – ale z jakiegoś powodu nadal trzymał się tej szalonej nadziei.
Przecież tonący brzytwy się chwyta, prawda?
Aż w końcu nadeszło – czy raczej nadjechało – nieuniknione, choć do ostatnich chwil Klemens błagał w myślach, żeby Reifenstein wpadł pod samochód, pod tramwaj, pod jedno i drugie, a rower przygwoździł go do ziemi w pożądliwym uścisku. Behringer miał jednak pecha (a kiedy go nie miał?) i żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła – maźnięte uśmiechem usta Larsa już formułowały słowa, które zirytowały Klemensa, zanim jeszcze zdołały całkowicie wybrzmieć.
- Na przyszłość nie pedałuj tak szybko – mruknął, ledwo patrząc na Reifensteina. Szmata, którą wycierał brudne od smaru dłonie, stanowiła o wiele przyjemniejszy widok niż Lars. - Szkoda byłoby, gdybyś rozbił się na którymś zakręcie przez wadliwy hamulec.
Nie miał ochoty na gierki Reifensteina, o czym wybitnie świadczyły zmarszczone lekko brwi, sztywno pochylona głowa i pałające niechęcią spojrzenie, które wciąż wbijał w upstrzony plamami kawałek materiału. Nie mógł jednak zignorować igiełki bólu, jaka przeszyła jego nadgarstek w starciu z klamkomanetką; dopiero wtedy podniósł wzrok, spoglądając na Larsa jak na coś wyjątkowo obrzydliwego.
- Cierpliwości, zaraz będę cały twój – wykrzywił wargi w podobnej imitacji uśmiechu, po czym chwycił kierownicę roweru, zamierzając odprowadzić go na swoje miejsce, ale wcześniej zadbał jeszcze, by zupełnie przypadkowo przejechać Larsowi po bucie. - Och, pardon. Też czasem nie panuję nad rowerem.
Przypiął pojazd do stojaka, odłożył gdzieś szmatę, zamienił kilka słów z właścicielem i wydłużył każdą z tych czynności tak bardzo, jak tylko mógł – na sam koniec ściągając jeszcze z głowy kaszkiet i wytrzepując z niego niewidzialny pył, by ponownie umiejscowić go na włosach. Dopiero potem sięgnął po torbę, która nagle wydała mu się nieprzyjemnie ciężka, i zjawił się z powrotem przy Larsie.
Ależ go mdliło.
- Dokąd teraz, mon ami? – rzucił, udając, że wcale nie usłyszał w swoim głosie nerwowej nuty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Wto Kwi 11, 2017 9:25 pm

Coś się szykowało na mieście.
Podobno.
Zaledwie cztery dni temu siedział w przyjemnym cieniu markizy, skryty przed złudnie oślepiającym, kwietniowym słońcem, sączył miętową herbatę, przeliczał w myślach ilość obowiązków i cierpliwie – jak hiena wypatrująca zdychającego bawołu – czekał, aż w tłoczącym się w wąskich uliczkach tłumie ktoś zrobi coś szalonego. Albo przerażającego. Albo w ogóle godnego uwagi. Coś, cokolwiek.
Niech ktoś wysadzi się w powietrze, myślał leniwie Lars tamtego dnia, jednym haustem dopijając zimny napój, odbędzie pojedynek na miecze albo przynajmniej załaduje rikszę tak, by wyrzuciła kierowcę z dyszla.
Cokolwiek, co na chwilę przyciągnie uwagę otępiałych i na wpół zahipnotyzowanych paryżan, którzy bardziej przypominali ogłuszone w rzeźni bydło, nie wartościowe, myślące, zasługujące na godne traktowanie istoty.
Czekał.
Był gotów.
Cierpliwie wypatrywał tej jednej, stanowiącej przełom chwili – chwili mającej zapach piżma, naładowanej pierwotną energią, przesyconej stłumionym krzykiem, zanurzonej w mroku, o jaki można posądzić wyłącznie początek górnego paleozoiku. Czekał, bo właśnie to potrafił robić najlepiej – kpić z upływającego czasu, z dziecięcą ekscytacją wyglądając dzisiejszego popołudnia, wierząc (będąc przekonanym, mając nadzieję, nieśmiało marząc), że otrzyma informację, która przełamie bezbarwną monotonię codziennej pracy i postawi przed Larsem nowe, wspaniałe, pachnące zwycięstwem zadanie. Klemens powinien – a nawet więcej, Klemens miał obowiązek – z właściwym dla siebie, psim posłuszeństwem przynieść w zębach raport, w którym obnażałby snute przez Ruch Oporu plany i który stanowiłby dla Reifensteina bodziec do energicznego działania. Miał – lub, co istotniejsze, musiał – wbrew gorącej, gęstej i w pełni odwzajemnionej niechęci (nienawiści) do przełożonego stawić się w nieoficjalnej pracy i cierpliwie wypatrywać chwili, w której Lars pojawi się w wypożyczalni rowerów, aby po zaledwie kwadransie rozmowy obudzić w Behringerze poczucie, jakby właśnie został przepuszczony przez maszynkę do mielenia mięsa.
Na dodatek najwyraźniej z góry założył, że poniesie sromotną, druzgoczącą i dotkliwą jak zastrzyki klęskę, co tłumaczyłoby brak entuzjazmu w głosie Klemensa – Lars doskonale wiedział, iż jego podwładny zwykle próbuje wykręcić się od wspólnych spotkań równie zaciekle, co od głośnego wyśpiewania Sieg Heil Viktoria… i że obie te czynności są dla niego tak samo bolesne. Niestety (a może wręcz przeciwnie?) w życiu każdego człowieka nadchodzi moment, w którym staje się kimś zupełnie innym. Pewny siebie gaduła, czy uwielbiana przez tłumy dusza towarzystwa przepoczwarza się w ślamazarnego, nieśmiałego gamonia, zdeklarowani i po wręby niezachwiani cynicy stają się romantycznymi kretynami o duszach artystów oraz wrażliwości dmuchawców, a twardzi jak skały, oporni faceci przeobrażają się w przymilne pieszczoszki, jak owczarki niemieckie scharakteryzowane na francuskie pudelki.
Dzisiejszego popołudnia Klemens również mógł przeistoczyć się w kogoś całkowicie innego.
Choćby z żywego człowieka w zimnego trupa.
Wystarczyło, żeby jeszcze raz targnął się na wyraźnie dobry humor Reifensteina – co najwyraźniej było nieuniknione – a pewnie zaliczyłby pierwsze i ostatnie w swoim życiu spotkanie z szynami, tramwajem oraz tłumem zszokowanych gapiów. Wystarczyło tak niewiele: jedno pchnięcie, przypadkowe podstawienie nogi, rozwiązana sznurówka, szturchnięcie w ramię, kiedy nikt by nie patrzył, a już za trzy dni ubrany w nieskazitelną czerń Lars żegnałby oddanego kolegę, szanowanego pracownika i wiernego funkcjonariusza, na zaledwie jednym wieńcu zawierając trzy obłudne kłamstwa.
Jednak póki co musiał ograniczyć się do mrużenia oczu i obserwowania spod złotej zasłony rzęs, jak Klemens wije się niczym schwytany w sieć piskorz – płynne światłocienie pełgały na zmatowiałych włosach, uszlachetniały pobrudzone smarem dłonie i wycinały sylwetkę Behringera na tle pomarańczowego słońca, nadając mu niemal baśniowy wymiar.
Przynajmniej dopóki się nie odezwał.
- Doceniam troskę i biorę przestrogę do serca zakładając, że wciąż jakieś posiadam. Czasami zastanawiał się, dlaczego wszystkie ich rozmowy – te toczone jeszcze w Dortmundzie, te prowadzone już w Paryżu – musiały brzmieć jak krótkie, agresywne poszczekiwanie wymian ognia, kiedy karabiny rozmawiają ze sobą nerwowymi, wściekłymi równoważnikami zdań, wpadając sobie w słowo i przekrzykując niczym skłóceni kochankowie. – Nie chciałbyś przecież, żeby coś mi się stało.
Ledwie zaczynał dywagację i natychmiast sobie przypominał, dlaczego.
Bo jak niby rozmawiać z człowiekiem na wskroś dotkniętym obłędem? Słowa nie znaczą dla Klemensa tego, co znaczą dla Larsa, gdy je wypowiada. Wszystko przenicowane, przeinaczone. Reifenstein mówi "kanapka", a Behringer widzi jakieś zwierzę kwantowe.
Ale jedno zrozumie doskonale: groźbę. Strach przed cierpieniem jest uniwersalny.
- Fini? Kolejnym razem… – na ustach Larsa wciąż widniał ten niewzruszony i nieruchomy jak obelisk uśmiech, do którego najwyraźniej nie dotarły igiełki bólu promieniujące z narażonej na bliski kontakt z rowerowym kołem stopy – … będziesz ostrożniejszy.
To nie była podszyta ostrzeżeniem przestroga ani nawet służbowy rozkaz.
Jedynie stwierdzenie faktu – nawet Klemens, cierpiący na zaburzony imperatyw samozachowawczy, potrafił domyślić się, że wyciągnięte przez Larsa konsekwencje będą niewspółmiernie wysokie do popełnionego przewinienia. Ten drobny incydent pokazywał, że Behringer był jeszcze bardziej zadufany w sobie niż zwykle, jeśli to w ogóle możliwe. Na co dzień wyraz jego twarzy jasno sugerował, że właśnie przespał się z gwiazdką Moulin Rouge, a pod jej poduszką znalazł zwycięski kupon na loterii – jednak teraz sprawiał wrażenie kogoś, kto podjął nierówną walkę z paryskimi gołębiami i obawiał się odwetowych nalotów.
- Do ciebie, un amour de la vie. Chętnie dowiem się, co słychać w pracy – Lars najwyraźniej zauważył moment zawahania Klemensa, bo – nie czekając, aż ten poprawi nietwarzowy kaszkiet na równie nietwarzowej głowie – ruszył przed siebie, niecierpliwie przywołując Behringera skinieniem dłoni. Aż zbyt oczywistym wydawało się, o jakiej pracy chętnie posłucha – i nie były nią rowery. – Allez, Amborise!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Czw Kwi 13, 2017 6:30 pm

Istniały dwie rzeczy, którym nie potrafił się oprzeć – pierwszą było dobrowolne zatruwanie się papierosowym dymem, a drugą prowokowanie Larsa.
Obydwie sprawiały mu niebywałą przyjemność, nawet jeśli coraz częściej zastanawiał się, co wykończy go jako pierwsze.
Bezwzględne posłuszeństwo, które wbił sobie do głowy już wiele lat temu, stawało się nieco bardziej względne, gdy tylko konfrontował się z Larsem. Szacunek dla przełożonego był naprawdę ostatnią rzeczą, jaką czuł i jaką chciał czuć. Być może z założenia popełniał w ten sposób błąd, jednak wcale nie śpieszyło mu się, by go naprawić – nie w przypadku Larsa, nie kiedy posłuszeństwo wobec niego było dla Klemensa wręcz uwłaczające.
Doskonale wiedział, że stąpał po cienkiej i wyjątkowo kruchej tafli lodu, a każdy krok mógł się okazać zdradliwy. Cierpliwość Reifensteina miała swoje granice i Klemens wyczuł, że niebezpiecznie się do nich zbliżył – o ile już ich nie przekroczył. Uśmiech, za którym ukrywał się Lars, stanowił jedynie iluzję dla naiwnych; miły dodatek do znacznie mniej miłej osobowości, a Klemens nie był na tyle głupi, by dać się na niego nabrać – ani tutaj, ani w leżącym gdzieś na dnie wspomnień Dortmundzie.
- Oczywiście, że będę – powiedział, doprawiając trzy krótkie słowa całą ironią, jaką zdołał znaleźć. Wykrzywił lekko kąciki ust ku górze.
Być może kolejnym razem przejedzie nie po bucie Larsa, ale po nim samym.
Ciekawe, czy Lars nadal będzie się uśmiechał - może warto sprawdzić już teraz?
Kusił go ten pomysł; szczególnie wtedy, kiedy Reifenstein przywołał go skinieniem dłoni, wzbudzając w Klemensie jeszcze gorętszą irytację. Wbił wzrok w jego plecy, znów pytając samego siebie – co robił regularnie już od stycznia – dlaczego musiał współpracować akurat z nim.
Nie jestem twoim służącym, żebyś mnie przywoływał.
- Tylko nie pomyl drogi, un amour de la promenade – rzucił za nim.
Przez ułamek sekundy walczył z pokusą (rozpaczliwą potrzebą) ucieczki, wpatrzony w baranią głowę oddalającego się Larsa, aż w końcu z najwyższą niechęcią ruszył w stronę Reifensteina i zrównał się z nim po kilku krokach. W całej tej beznadziei przynajmniej nie musiał już na niego patrzeć, więc utkwił spojrzenie w burej i ruchliwej masie paryżan, naznaczonej gdzieniegdzie bażantowymi mundurami. Był prawie ciekaw, czy jego twarz też miała ten niepewny, prawie zastraszony wyraz – w innych okolicznościach świetnie wpasowałby się z nią w tłum, ale teraz myślał tylko o tym, jak szybko Lars zorientuje się, dlaczego Klemens wciąż milczy.
Naciągnął kaszkiet jeszcze niżej – z jednej strony po to, by ukryć się przed wzrokiem Larsa (aż pogratulował sobie niewątpliwej odwagi), a z drugiej, by znów kupić sobie trochę czasu. Chociaż myślał o tym przez cały dzień, nadal nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć, że jego raport nie zawierał dosłownie niczego, co mogłoby zainteresować gestapo.
Przyznanie się do prawdy również nie wchodziło w grę.
Przez ostatnie tygodnie – miesiące, lata, wieki – cierpiał bardziej niż zwykle, niemal codziennie wysłuchując narzekania Ines. Litania jej żalów zaczynała się od tego, że pracował zbyt wolno, a kończyła na tym, że nie wkładał w to wszystko serca – i jeśli miał być szczery, Ines wcale się nie myliła. Starał się więc jeszcze bardziej, próbując wymyślić hasła, które ośmieszyłyby jego naród, a jednocześnie udawać, że naprawdę go bawią, co samo w sobie było wyzwaniem dla szczątkowego  humoru Klemensa. Dni zlewały się w jedną całość wypełnioną nieodłączną paplaniną Ines i gryzącym, niemal agresywnym zapachem farby, od którego szybko zaczęła boleć go głowa, a jeśli ktoś powiedział mu, że zbliża się ważne lub mniej ważne zebranie, zapewne był zbyt wykończony, by to zapamiętać.
A może n i e c h c i a ł e ś pamiętać?
Ta myśl była tak niepokojąca, że Klemens stłumił ją, zanim zdążyła pociągnąć za sobą kolejne.
Kopnął niewielki kamyk leżący na chodniku, śledząc wzrokiem, jak okruch muru, ściany czy krawężnika wpada przez kraty studzienki, znikając z cichym pluskiem w wilgotnej otchłani rozciągającej się pod ulicami Paryża.
Zastanawiał się, czy też tam przypadkiem nie skończy, kiedy już wykrztusi z siebie kilka zdań, które zamarły mu w gardle.
- Ostatnio jest bardzo spokojnienie mogłeś zacząć bardziej enigmatycznie?Wydaje mi się, że niczego nie planują – kolejne ogólnikowe stwierdzenie, naprawdę kopał pod sobą wyjątkowo głęboki dół. - Ale… nie mogę być pewien. Miałem ostatnio trochę obowiązków i nie wiem, czy ktokolwiek zwoływał zebranie. A może nie poinformowali mnie, bo uznali, że przydam się do czegoś innego. Naprawdę nie wiem.
To zabawne – przez moment nawet uwierzył w swoje słowa.
Wypowiedział je półgłosem i z odpowiednią dozą ostrożności – w Paryżu ściany miały przecież uszy – po czym ucichł, nadal wpatrując się w przestrzeń, która nagle przybrała postać trochę obskurnych zabudowań. Poprawił pasek uwieszonej na ramieniu torby i zacisnął na nim mocniej palce, przypominając sobie o swojej ostatniej, raczej marnej desce ratunku.
Bardzo marnej.
- Ale przyniosłem ci coś – dodał szybko, o wiele pewniej niż poprzednio, a przynajmniej tak mu się wydawało. - To nowe ulotki, które będziemy rozprowadzać.
Będziemy, jak uroczo to zabrzmiało. Nie zdołał w porę ugryźć się w język, jednak po chwili doszedł do wniosku, że dobór słów nie miał już żadnego znaczenia – naprawdę wątpił, by istniało cokolwiek, co mogłoby go jeszcze bardziej pogrążyć. Zatopił się więc w ponurym milczeniu, czekając, aż Lars zmiesza go z błotem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Wto Kwi 18, 2017 10:11 pm

Nienawiść bywa jak dojrzewający w promieniach słońca owoc: śliwka, winogrona... albo coś bardziej soczystego. Słodkiego. Lepkiego.
Jak brzoskwinia?
Z wierzchu zaskakująco delikatna, z aureolą kłującego, drażniącego zmysły puszku – ustępuje pod lekkim naciskiem, składając kuszącą obietnicę kryjącego się wewnątrz miąższu. Pierwszy kęs jest najtrudniejszy, należy wybrać odpowiednie miejsce, by wbić w owoc zęby, ale nawet wtedy to nie wszystko – z chwilą przerwania ciągłości skórki, na zewnątrz wydostaje się lepki, gęsty sok. Spływa z kącików ust, skapuje po brodzie, oblepia palce, czasami dociera aż do nadgarstka, gdzie zasycha zapomniany.
Po tym pierwszym kęsie nie da się przerwać. Język już poczuł mięsistą strukturę miąższu, smak już rozlewa się po ustach, sok dalej spływa po brodzie, palcach, dłoni, lecz nie może być mowy o oderwaniu ust od owocu – wszystko dlatego, że każde kolejne ugryzienie jest coraz smaczniejsze, coraz łatwiejsze, dopiero wtedy tak naprawdę poznaje się prawdziwy smak brzoskwini.
Jest wyborna. Z pozoru niewinna. Wciąż jej mało, więc bierze się kolejny kęs, kolejny, jeszcze jeden i…
I nagle: pestka.
Zęby natrafiają na opór, na bolesną, zrogowaciałą ścianę, która odbiera dotychczasową przyjemność. Pestka w środku brzoskwini jest tym samym, czym odwet w samym centrum nienawiści. Gdy masz wrażenie, iż gorejące, pełne pogardy uczucie ma prawo autonomicznego bytu, nagle zaczynasz pojmować, że od samego początku uzależnione było od pestki. Że nie byłoby tak smaczne, gdyby nie podsycała go niechęć drugiej strony. Że nie mogłoby istnieć, gdyby nie odwzajemniona nienawiść, która musi być dopracowana w nawet najdrobniejszym szczególe.
Lars doskonale wiedział, iż równie wartościowy owoc należy dokładnie pielęgnować. Nie mógł dopuścić do tego, by uschnął, by przejrzał, by został przedwcześnie zerwany, choć bez trudu potrafił wyobrazić sobie, jak szuka odpowiedniego miejsca, aby wbić w niego zęby… i nasycić zmysły najsłodszym, najbardziej intensywnym uczuciem spośród wszystkich znanych człowiekowi.
Wystarczyło wyciągnąć broń i pociągnąć za ten cholerny spust.
Tylko tyle – zwykły odruch bezwarunkowy na przegniłą, nieszczególnie udaną ironię Behringera, która paskudnie wyzierała z każdej wypowiedzianej przez niego sylaby.
- Nie pomylę, w końcu wszystkie drogi prowadzą do ciebie – usta po raz kolejny rozciągnęły się w zaskakująco udanej imitacji uśmiechu; pozorna radość zatrzymywała się jednak na wargach i nie dosięgała błękitnych, nieruchomych tęczówek, które punkt zaczepienia odnalazły w źródle fałszywej nuty.
Klemens Behringer.
Jak rozstrojony instrument pośród idealnie współgrającego ansamblu. Jak pęknięta struna. Coś na wskroś niepożądanego, coś, czego należy się pozbyć, nim zrujnuje harmonijną współpracę całej orkiestry.
Po raz kolejny miał ochotę zapalić papierosa i po raz kolejny zdusił ją w zarodku, uważnie obserwując kroczącego obok Klemensa – doszukiwał się w grze jego ciała oznak czegoś fałszywego, znamion prowokacji albo oszustwa. Wystudiowanych gestów, zawczasu przećwiczonych reakcji. Zdradzieckiego opuszczenia wzroku, potknięcia się, nerwowego pstrykania palcami.  Wydawało się, że Behringer – co za miła odmiana – naprawdę się głowi. Kalkuluje ryzyko. Wszystko w jego postawie, sposobie stawiania kolejnych kroków i mimice sugerowało niezdecydowanie i ważenie szans.
Albo był natchnionym aktorem, albo właśnie miał wdepnąć w gówno i wybierał stronę buta, którą w nie wetknie.
Lars potrafił wyobrazić sobie, jak spokojny rytm serca Behringera – jeszcze przed kilkoma minutami równomierny i względnie opanowany – był teraz wyłącznie niemrawym wspomnieniem, a potężne, stanowczo zbyt prędkie łupanie w piersi stanowiło najbardziej dobitne świadectwo tego, co lada moment miało nastąpić.
Co nieuchronnie zbliżało się z każdym wypowiadanym przez Klemensa słowem. W ciepłym, kwietniowym powietrzu materializowała się sekretna kłótnia, przesycony wyrzutami dialog zaklęty gdzieś pomiędzy nieistotnym szumem ulicy a przytłumionym echem kroków. Lars podczas pierwszych dwóch, trzech, czterech zdań Behringera był opanowany i zrównoważony. Jak zawsze spokojny w obliczu nużącego obowiązku.
Jednak później Klemens popełnił błąd feralny, absolutny strzał w kolano, werbalne samobójstwo, które przyniosło tragiczne konsekwencje. Gdzieś zniknął człowiek, który uśmiechał się przyjaźnie, niewymuszenie i bez cienia fałszu – skurczył się, rozkruszył, rozsypał na ciepłym podmuchu kwietniowego wiatru.
- Będziecie rozprowadzać?
Równomierny, długi krok Larsa zaczął tracić na impecie, aż przerodził się w niespieszny, mozolny spacer – jasne, ostre jak noże tęczówki, źrenice małe niczym łebki szpilek, dziwne i niepokojące zaciśnięcie ust. Jeśli Behringer jeszcze nie żałował, że w ogóle spotkał się z Reifensteinem, nastała najwyższa pora, by zaczął.
- To urocze, że tak mocno utożsamiasz się z pracą... lub z nimi – zerknął na prawą, zaciśniętą w pięść dłoń – zbielałe knykcie, sine żyłki pod skórą, lekko drżące palce.
Dlaczego drżą, do cholery?
Może dlatego, że rano zabił człowieka, albo dlatego, że teraz nie zabił (chociaż chciał) kolejnego, a może po prostu miał ochotę się napić, nie był pewien.
- Szkoda, że nie podzielają twoich odczuć. Szkoda, bo może – tylko może, ponieważ właśnie dałeś pokazowy popis własnej nieudolności – dowiedziałbyś się czegoś przydatnego – potarł pięść opuszkami palców, ze znużeniem odkrywając, że jego skóra jest zimna. Jak zatruta czystym powietrzem ryba, którą porzucono w dokach na zapomnienie. – Czegoś, czego nie użyłbym jako papieru toaletowego, bo, wierz lub nie, tylko do tego nadaje się kolejny plik makulatury, który ze sobą przywlokłeś – nie zauważył, kiedy powolny chód zamarł zupełnie – stali teraz na wąskim chodniku bezimiennej ulicy, przezornie mijani przez pędzących za czymś przechodniów, nieruchomi jak słupy soli. – Mam wątpliwości, Ambroise – cichy ton Larsa ma w sobie pierwiastek arktycznej lodowatości – Reifenstein wiedział, że traci opanowanie i wiedział, że Klemes wie – dlatego musiał działać. Szybko. Szybciej niż Behringer. – Co do tego, czy naprawdę niczego nie wiesz i co do tego, czy wciąż rozumiesz, czym powinieneś się zajmować.
I nagle brzydka, zwierzęca natura zwycięża. Pragnienie ujrzenia krwi, spróbowania krwi, dotknięcia krwi, przelania krwi. Nienawiść do drugiego człowieka. Skondensowana wściekłość. I jedno, silne pchnięcie, które spada na pierś Klemensa, zmuszając go do postawienia kroku w tył – dokładnie w ciemną bramę zapomnianego przez Paryż podwórza. Lars natychmiast ruszył w ślad za nim, odgradzając Behringera od jedynej drogi ucieczki, własnym natarciem nakłaniając do jeszcze jednego kroku w tył. I jeszcze jednego, aż ulica stała się jedynie mglistym spojrzeniem – teraz istotny był wyłącznie cień zaułka i chłód bijący od wilgotnych murów.
- Lubisz wygrywać, więc potraktuj moje słowa jako radę starego znajomego – dłoń Reifensteina ponownie spadła na ramię Klemensa – tym razem zamarła tam nieruchomo jak kościelny gargulec, chciwie i ostrzegawczo wpijając palce w ciało. – W tym starciu nie będzie przegranych. Będą jedynie trupy. Wiele trupów, aż ludzki dramat przybierze formę statystycznych słupków – wzbierająca fala gniewu, aż nazbyt widoczna w grymasie ust, była niczym wobec tego, co tkwiło w oczach Larsa, z których wyzierał ten szczególny rodzaj szaleństwa zniewolony w tęczówkach.
Wyraźna obietnica przekroczenia bariery ludzkiego cierpienia.
- Chcesz je zawyżyć czy podliczać? Bo, uwierz mi na słowo, jestem gotów dopilnować, byś otworzył stawkę poległych.
Ty mały, cuchnący odprysku zdrady, wepchnięty w gestapo jak cierń.
Cierń w dupie całej Rzeszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Czw Kwi 20, 2017 7:17 pm

Już dawno nauczył się udzielać dławiącemu go lękowi tylko jednej, zupełnie fałszywej odpowiedzi – wszystko jest w porządku.
Im częściej nasycał umysł tym kłamstwem, tym bardziej w nie wierzył – a robił to już od lat, nabierając złudnego przekonania, że strach był tylko iluzją, śmieszną sztuczką podświadomości, na którą nabierali się naiwni. Też do nich kiedyś należał; tyle razy zdołał w nią przecież uwierzyć – prawie jak dziecko zafascynowane pokazem magika, zupełnie ślepe na umykające uwadze oszustwo – że tylko solidne zderzenie z rzeczywistością nauczyło Klemensa gardzić lękiem i wstydzić się go.
Przede wszystkim wstydzić.
W Hitlerjugend, w Bad Tölz, na froncie, a tym bardziej w uwikłanym w wojnę Paryżu nikt nie nagradzał za strach. Nikt nie gloryfikował tchórzy, wyłamujących się z idealnych ram odwagi i bezgranicznego poświęcenia sprawie, a Klemens uporczywie odganiał myśl, jak niewiele dzieliło go od dołączenia do ich mało zaszczytnego grona. Nieważne, czy przeszłość przywoływała przed nim obrazy Dortmundu – jego osobistego zderzenia z rzeczywistością – czy ustępowała teraźniejszości, która nieustannie zdawała się drwić z Klemensa; zawsze liczyła się tylko paląca świadomość, że nawet najlżejszy cień obawy pociągał za sobą wstyd.
A dziś znów dławił go lęk, który skradał się niczym cień za każdym ironicznym grymasem i słowem, cierpliwie wyczekując okazji, by podburzyć – zburzyć, rozsypać w pył – jego wątłą pewność siebie. Wysłużone kłamstwo przestawało działać, powtórzone o jeden, o kilka razy za dużo. Mógł wmawiać sobie, że panował nad sytuacją, że potrafił złapać równowagę na chybotliwej linie kłamstwa i rzeczywistości, ale gdy uśmiech stopniowo spełzał z ust Larsa, w Klemensie zaczynał wzbierać dobrze znany, przeraźliwie znienawidzony lęk. Żałosny, głupi, lecz niepokojąco uzasadniony – bo skrycie wiedział, że istniały powody, dla których mógł obawiać się Reifensteina, choć wypierał się ich ze wszystkich sił. Te jednak topniały wraz z każdym, coraz wolniejszym krokiem Larsa, a Klemens czuł, że spokój, który wciąż jeszcze wisiał w powietrzu, był jedynie ciszą przed burzą.
Przed cholernym tornadem.
Pożałował swoich słów już w momencie, gdy je wypowiedział, ale dopiero teraz uświadomił sobie, ile tak naprawdę mogły go kosztować. Głos Reifensteina bezlitośnie siekał milczenie na drobne kawałeczki, a z twarzy Klemensa stopniowo odpłynęły wszelkie kolory – pozostały tylko zbielałe, zaciśnięte w wąską linię usta i jasne oczy, utkwione już nie w ulicznej przestrzeni, ale w Larsie; mrugające zbyt szybko, by spojrzenie Klemensa można było uznać za spokojne.
Nawet lęk usunął się na dużo dalszy plan (ale wcale nie zniknął), stłumiony przez wściekłość, która wzmagała się w Behringerze po każdym słowie Larsa. Nie mógł oczekiwać niczego innego, a jednak własna nieudolność uderzyła go mocniej, niż się spodziewał. Rozsądek błagał go o choć odrobinę samodyscypliny, ale Klemens pozostawał głuchy – nic oprócz żałosnego Reifensteina, jak zwykle do bólu przekonanego o swojej racji, nie miało już znaczenia.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zanim zdołał jeszcze raz przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo go nienawidził i dlaczego zasypiał oraz budził się z myślą o tym, by Lars skonał w jak najpodlejszych męczarniach, już cofał się w głąb zaułka. Popychany przez Reifensteina i nieprzyjemnie zaskoczony, w jednej chwili zrozumiał, że sprawy przybrały bardzo niewłaściwy obrót. Ale, co najdziwniejsze (najbardziej szalone?) wcale sobie tego nie wypominał.
Wcale, bo było mu już wszystko jedno – chciał tylko skonfrontować się z Larsem.
Poczuł na karku chłodny pocałunek zionącego wilgocią kamienia, kiedy jego plecy zetknęły się z murem, a dłoń Reifensteina uwięziła ramię Klemensa w żelaznym uścisku. To było okrutne déjà vu, o którym – całe szczęście – Lars nie miał pojęcia.
Bo przecież już kiedyś to przeżył. Już kiedyś ktoś – nawet nie jedna osoba - odciął mu drogę ucieczki, skazując na absolutnie upokarzającą bezsilność.
Po skórze przebiegł mu lodowaty dreszcz, choć na pewno nie dlatego, że ziębił go mur. Metaliczny posmak krwi odezwał się w jego ustach, jakby dawno zasklepione rany wciąż były boleśnie świeże.
Och, naprawdę nienawidził wspomnień, tych ostrych odłamków przeszłości, które wybierały najmniej odpowiedni moment, by zadrasnąć go jak najmocniej, sygnalizując swoją obecność. A jednocześnie dolewały oliwy do ognia, choć nie tylko w spojrzeniu Klemensa kumulował się czysty gniew.
Całkiem zabawne, że jeszcze kilka chwil temu Lars uśmiechał się tak swobodnie; teraz, gdy Behringer wpatrywał się w niego z nienawiścią, w oczach Reifensteina dostrzegał aż zbyt oczywistą przyczynę swoich obaw, spychanych wciąż na granicę świadomości.
Lars był jak jabłko z robakiem – z zewnątrz całkiem niewinne, wręcz zachęcające wyglądem, w środku kryło z kolei oślizgłą i nieprzyjemną niespodziankę, która drążyła równie oślizgłe korytarze, by końcu przebić się na światło dzienne i zepsuć cały miraż.
W Reifensteinie musiało tkwić wręcz gniazdo robaków, najpewniej obrzydliwych i żarłocznych larw.
Wydawało mu się, że lodowatą i posępną ciszę zaułka przerywały jedynie dwa dźwięki –  galop jego serca, przypominający bardziej przeraźliwie dudnienie, i nasączony groźbą głos Larsa. Klemens nie mógł udawać, że jej nie słyszał; nie mógł też zagłuszyć rozsądku, który nadal podpowiadał mu, by nie pogarszał swojej i tak beznadziejnej sytuacji.
Ale potrafił to wszystko zignorować, koncentrując się tylko na pielęgnowanym od stycznia gniewie – zresztą jak długo mógł go zaspokajać jedynie ironią i pełnym niechęci spojrzeniem? To było za mało, zdecydowanie za mało, a w tej chwili Behringer bardziej niż zwykle odczuwał niedosyt.
- Wygodnie ci w siedzibie gestapo, prawda? Wiem o tym, byłem tam przed tobą – odezwał się przez zaciśnięte zęby, nie odrywając spojrzenia od znienawidzonej twarzy; niemal wwiercając się wzrokiem w skierowane ku niemu oczy. - Czasem pobrudzisz sobie ręce, ale nie wiesz, jak to jest, kiedy jedna fałszywa nuta w twoim akcencie może cię zdradzić. To ja mam wątpliwości, czy rozumiesz, czym się zajmuję – zrobił krótką, trwającą zaledwie ułamek sekundy pauzę. - A może jesteś zbyt tępy, by pojąć, że zdobycie jakichkolwiek informacji wcale nie jest takie proste.
Znów przerwał na moment, by zaczerpnąć zimnego powietrza – ciekawe, ile jeszcze oddechów mu pozostało?
Nie zdziwiłby się, gdyby już za moment miał odkryć, że wyczerpał limit.
- Chyba nie sądzisz, że pozostanę dłużny – dorzucił szybko, skoro wciąż jeszcze oddychał. Nawet nie dostrzegł momentu, kiedy jego usta po raz kolejny wygięły się w ironicznym uśmiechu; nie tak szerokim jak poprzednio, ale nadal szczerym. Z głębi serca, które coraz gwałtowniej łomotało mu w piersi, jakby usiłowało wydostać się na zewnątrz. - Mogę ci obiecać, że jeśli otworzę stawkę poległych, jak to sam ładnie ująłeś, to ty będziesz zaraz za mną. Nie możesz się już doczekać? – w nagłym odruchu spiął wszystkie mięśnie, próbując uwolnić się z uścisku jego dłoni.  – Bo ja umieram z niecierpliwości.
Przeczuwał, że zaraz zrobi coś bardzo, bardzo niemądrego.
I zrobił - splunął Larsowi w twarz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Sob Kwi 22, 2017 9:33 pm

Jego życiem od dawna rządziły cuchnące antynomie: dobro i zło, poziomy i piony, klarowny podział na nieskazitelną biel i lepką od brudu czerń. Żadnych przejść, żadnych zawahań, dziecinnie prosty podział bez odcieni szarości, świat, w którym nie ma miejsca na ambiwalencję. Łatwo zachować podobny porządek, jeśli całe życie opiera się na powielaniu tych samych czynności, na płynnych sekwencjach wypracowanych od dawna ruchów, na syntezie skupienia, koncentracji i ukierunkowania. Przez wiele lat (zbyt wiele?) Lars sądził, że nic nie jest w stanie zachwiać podwalinami jego ciasnej, pieczołowicie skonstruowanej codzienności – sądził tak do pewnego mroźnego, styczniowego dnia; dnia, w którym cierpliwie odrzucana ambiwalencja uderzyła w niego jak rozpędzona furmanka cegieł. Nagle głęboko zakorzeniona w umyśle potrzeba zaskoczenia Behringera, wyprzedzenia Behringera, górowania nad Behringerem, zrównania Behringera z ziemią starła się z poczuciem, że nie powinien traktować go jako przeciwnika.
Już nie.
Więź, powstająca z każdym kolejnym dniem, powinna zostać wybudowana na podwalinach współpracy, nie współzawodnictwa. Na bok długoletnie niesnaski, wgryzająca się w podświadomość nienawiść – na bok niechęć, krytyka, potrzeba zadania bólu.
Tylko wspólny interes. Cel, który powinien przyświecać obojgu.
Lars – potrafił się dostosować. Klemens – nie do końca.
Z Behringerem było jak z tresowaną klaczą. Na pewnym etapie oswajanie musiało przebiec niewłaściwie i ten jeden, jedyny błąd przyniósł w skutkach całkowite zaprzepaszczenie długoletniego procesu – w efekcie, zamiast posłusznego pionka, Lars otrzymał w spadku nieprzewidywalne zwierzę, w niczym nie różniące się od niego samego.
Tak samo nieprzewidywalne jak Reifenstein. Równie przewrotne. Nieodmiennie niepojęte. Była w tym okrutna sprawiedliwość losu, coś, co wywoływało na ustach gorzki uśmiech: Klemens, pogardzając Larsem, w niczym się od Larsa nie różnił – był taką samą karykaturą człowieka; spragnioną krwi, zemsty i zadawania bólu, wiedzioną pierwotnymi instynktami, pozbawioną instynktu samozachowawczego, nakierowaną wyłącznie na destrukcję.
I jeśli istniał na świecie ktoś, kogo Klemens nienawidził z całego serca, to był to właśnie… on sam.
Nie Reifenstein z uprzejmym uśmiechem na ustach, nieruchomym spojrzeniem wciśniętym w czaszkę i plamkami krwi na mankiecie.
Nie on.
Martwa cisza, która zalęgła się w wysłuchującym sykliwej tyrady Klemensie, stała się schronieniem  dla jego bezradności w obliczu nabierającej rozpędu tragedii. Lars patrzył – spokojnie i nieruchomo, martwym wzrokiem sępa, który wyczekuje, aż ofiara zdechnie – jak oczy Behringera odzwierciedlają coraz trudniej tłumioną wściekłość. Zadziwiające, że w przeciągu tych kilkunastu sekund nie odczuwał niepokoju… choć powinien. Powinien, ponieważ długoletnie doświadczenie niosło ze sobą oczywistą implikację: nienawiść sprawia, że ludzie przestają myśleć.
Brak myślenia sprawia, że popełniają głupstwa.
Głupstwa sprawiają, że giną.
Mogliby tak trwać w nieskończoność – obserwować się spod półprzymkniętych powiek, z jednej strony nieugięte spojrzenie, z drugiej: uporczywy wzrok.  Dla Larsa ludzie z zasady byli paskudni, ale Klemens – stary, żałosny Klemens – wydawał się szczególny.
Blady. Miękki. Odrażający.
Reifenstein stał teraz nad nim jak kat, który przymierza się do wykonania wyroku. Wciąż cierpliwy, choć przeczuwający, że ten stan wkrótce ulegnie diametralnej zmianie – coś w oczach Behringera sprawiało, że niecierpliwie wzbierała w nim kolejna fala niechęci. Obrzydzenie zmiksowane z wściekłością było czymś nierzeczywistym, zalęgło się w trzewiach i powoli pełzło ku gardłu, by zacisnąć na nim cieniutkie, silne palce, by wpić w napiętą skórę szyi paznokcie i jednym, potężnym szarpnięciem rozerwać ją na strzępy. Aż Lars nagle zrozumiał, skąd ta reakcja.
Zdarza się, że bieg życia zwalnia, blokuje się, jak struga wody wypływająca z rynny i żłobiąca sobie koryto w ziemi na podwórzu. Strumyk napotyka wzgórek, wyhamowuje, zbiera się na chwilę w małą kałużę i z wahaniem, po omacku wgryza się w zagradzające mu drogę wzniesienie albo stara się je podmyć od spodu. Natrafiając na przeszkodę, woda niekiedy rozdziela się i płynie dalej trzema albo czterema cienkimi nitkami. Albo daje za wygraną i wsiąka w ziemię.
Behringer był tego typu utrudnieniem, a Reifenstein – wzbierającą falą, która nie zamierzała odpuścić i metodycznie zalewała go własną wściekłością, by przygotować się na cios ostateczny i zmieść z powierzchni ziemi, utopić w złości, wcisnąć się do płuc, udusić, wykończyć, zniszczyć.
Nie wierzcie, kiedy mówią wam, że miłość jest najsilniejszym uczuciem znanym człowiekowi – potrzeba destrukcji jest potężniejsza. Bardziej naturalna. I o wiele przyjemniejsza.
Zwłaszcza, kiedy wymierzona zostanie w ohydne, stanowiące uosobienie nienawiści oblicze.
- Teraz będziesz skomlał, że wykonujesz ciężką pracę? Co dalej, poprosisz o podwyżkę? – coś w słowach Klemensa sprawiło, że uścisk Larsa stał się jeszcze bardziej natarczywy, jak gdyby Reifenstein miał ochotę wyrwać z jego barku kawałek ociekającego krwią mięsa – i, do cholery, jakaś jego część naprawdę tego pragnęła.
Rozerwać go na strzępy. Kawałek po kawałku. Metodycznie. Tak, by zakrztusił się własną krwią i tym zabawnie nieraniącym określeniem tępy. Jeśli chciał obrazić Larsa, musiał bardziej się przyłożyć – ojciec Reifensteina był mistrzem w obrzucaniu go obelgami, niedoścignionym i absolutnie bezlitosnym. A Klemens?
Klemens wypadł przy nim jak przedszkolak nazywający wychowawczynię grubą.
- Nie jest proste dla ciebie, bo nie chcesz zrobić użytku z kawałka mięsa w spodniach i przerżnąć tej kurwy, która wciągnęła cię w to bagno – nagle uśmiechnął się brzydko: martwe, pozbawione wesołości rozciągnięcie warg, spomiędzy których z sykiem padły kolejne słowa. – A może nie potrafisz zrobić użytku? Jak to jest, Ambroise? Jest tak szpetna, że ci nie staje?
Zaśmiałby się, wkładając w to niewyczerpane pokłady szyderstwa, które pieczołowicie składował pod sercem. Mógłby to zrobić, gdyby nie zażenowanie słowami Behringera.
Był tak głupi czy rzeczywiście wierzył w to, co mówi?
- Nie wiem, co jest bardziej żałosne. Twoje groźby bez pokrycia czy przekonanie, że naprawdę zrobią na kimkolwiek wrażenie?
Chciał powiedzieć coś jeszcze. Słowo, zdanie, zgrabne przekleństwo, które powinien cisnąć prosto w jego twarz. Zamiast tego pojawił się nieprzyjemny, lepki bodziec na prawym policzku. Ciepły jak jad i równie palący.
I tak samo niebezpieczny – ale nie dla Larsa.
Nie dla niego.
Jeśli sekunda ludzkiego życia miałaby się powtarzać w nieskończoność, Reifenstein już zawsze byłby świadkiem własnego zaskoczenia, gdy Klemens splunął mu w twarz, posyłając na zimny policzek strużkę śliny. W tej powracającej chwili tkwiłoby jednak coś jeszcze – coś, co dla Larsa było niezwykle ważne i niecierpiące zwłoki. Coś, na co odpowiedź nie wymagała zastanowienia.  
Zemsta.
Czas, zaskoczony obrotem spraw, zatrzymał się na kilka sekund, by popatrzeć, by zobaczyć, jak dłoń Larsa nagle poluźnia uścisk na barku Klemensa, ze złudnym wahaniem opadając w dół – wszystko trwa nie dłużej niż dwa uderzenia serca, dwa uderzenia, podczas których dzieje się zbyt wiele. W Reifensteinie nagle pęka ostatnia tama powściągliwości, a na jego ustach, zupełnie irracjonalnie, wykwita uśmiech – szeroki, przyprawiający o mdłości swym samozadowoleniem, na wskroś niepokojący.
Lars uśmiecha się, odruchowo odchylając głowę do tyłu – uśmiecha się, kiedy zwiększona przed momentem odległość w przeciągu sekundy przestaje istnieć, uśmiecha się, bo jego czoło – wyraźnie zadowolone z różnicy we wzroście – z pełnym impetem zderza się z nosem Klemensa.
Jedno, potężne uderzenie, przez które pod czaszką Reifensteina rozlega się echo bólu, powinno wystarczyć, aby gęstą ciszę zaułka przerwało charakterystycznie chrupnięcie łamanego nosa a z nozdrzy buchnęła fontanna krwi – ale Lars najwyraźniej nie zamierza czekać na efekt zderzenia, bo dłoń, którą dotychczas zaciskał na barku Behringera, zwija w naturalny dla niej kształt pięści i posyła ją w sam środek brzucha Klemensa.
Uderza tak, jakby chciał wyrwać w nim dziurę, zmiażdżyć wnętrzności, wywlec je na zewnątrz i wdeptać w brudny chodnik. Uderza, bo tylko o tym potrafi teraz myśleć, o tym i o wściekłości, która rozrywa go na płonące strzępy, kiedy –  ciskając Behringera na zimny mur – syczy po niemiecku:
- Ty skurwiały gnoju...
I jeśli czegoś żałował, to tylko jednego: że nie wziął ze sobą broni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Nie Kwi 23, 2017 2:15 pm

Pewnym wspomnieniem o Bad Tölz, które zakorzeniło się w jego umyśle wyjątkowo silnie, były słowa, jakie usłyszał tam od jednego ze starszych oficerów – tylko spokój może cię uratować. I w pierwszym momencie wydały mu się raczej zabawne, mało poważne, biorąc pod uwagę rangę szkoły. Takimi słowami mogłaby go potraktować matka, nie doświadczony przełożony, jednak z czasem zaczął rozumieć, że nie powinien był traktować ich tak pobłażliwie. Spokój naprawdę stanowił ostatnią deskę ratunku, chociażby wtedy, kiedy podczas ćwiczeń Klemens eksperymentował na wrażliwym ciele ładunku wybuchowego, zastanawiając się, czy zaraz nie straci rąk i połowy twarzy. Albo dużo później – gdy tkwił już po uszy w wojnie, walcząc o przełamanie Linii Maginota i ze spokojem ignorując uczucie, że jeśli nie zginie teraz, może zginąć za chwilę – to samo, które innych wpędzało w panikę.
Spokój uratował go już wiele razy, chociaż nawet o tym nie wiedział, ale teraz uparcie odmawiał jego pomocy, wybierając wściekłość – zgubną, nieprzewidywalną, lecz z pewnością upragnioną.
Przekreślał tym samym najbardziej podstawową zasadę dla chęci odegrania się na Larsie w jakikolwiek sposób – bo zasługiwał na to, zasługiwał jeszcze w Dortmundzie, gdy obydwoje nawet nie podejrzewali, że minie trochę lat, a spotkają się ponownie, choć w mało przyjemnych dla Klemensa okolicznościach.
A padające z ust Reifensteina słowa tylko pogłębiały jego gniew, zacierając bezpowrotnie zbawczy spokój, za którym Behringer wcale jednak nie tęsknił.
- O nic nie mam zamiaru cię prosić – odpowiedział z pogardą, wzdrygając się lekko, kiedy Reifenstein zacisnął silniej dłoń na jego ramieniu. Nie był pewien, czy mógł skupić w swoim spojrzeniu jeszcze więcej niechęci, czy nie przekroczył już jakiejś wyimaginowanej granicy, ale nie powstrzymywało go to przed próbowaniem.
Tylko że kolejne słowa Larsa były inne – pomijając fakt, że tak samo szydercze jak wszystkie, którymi zdążył już obrzucić Klemensa.
Kolejne słowa Larsa sprawiły, że coś w nim gwałtownie drgnęło, uniosło głowę i rozejrzało się z przestrachem, zupełnie jak spłoszone zwierzę, które zamarło na skraju pułapki.
Nie przejął się tym, jak Reifenstein nazwał Ines – właściwie przejmował się nią tylko wtedy, kiedy był do tego zmuszony – ale przejął się czymś zupełnie innym, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to też było szyderstwo. Banalne, ostatecznie nieszkodliwe szyderstwo, nic nowego w przypadku Larsa.
Jednak znikąd – a może dobrze wiedział skąd? - jego myśli zahaczyły o Ines, wyciągając z pamięci serię wspomnień jego przyjaciółki, śmiejącej się za każdym razem, kiedy mężczyźni potykali się na chodniku, wpatrzeni w nią jak w obrazek. Klemens nie był ślepy – tylko czasem trochę głupi, jak na przykład teraz – i widział ich wzrok, szczególnie natarczywy, kiedy Ines beztrosko łamała obyczaje, ubierając coraz krótsze spódnice i upierając się, że przecież średniowiecze już minęło.
Bywały więc takie noce, wypełnione bezsennością i nieodwzajemnionym spojrzeniem tonącego w ciemności sufitu, kiedy wyobrażał sobie Ines – Ines w tej drażniąco krótkiej spódnicy - i zmuszał się, by też coś poczuć… ale w rezultacie nie czuł absolutnie niczego. A to frustrowało go, upokarzało, wywoływało lawinę pytań, wśród których prym wiodło dlaczego nic nie czujesz, do cholery? Jednak każde z nich, bez wyjątku, podszyte było palącą winą.
A przecież gdyby miał czyste sumienie, nie czułby się tak, jak czuł się obecnie.
Przestań o tym myśleć, przestań, przestań, po prostu przestań.
Chciał rzucić się w błogie niemyślenie jak w chłodną toń wody w skwarny dzień, bo to wychodziło mu najlepiej, ale coś go blokowało, coś sprawiło, że nie odpowiedział od razu, ograniczając się do przywołania na usta kolejnego grymasu wściekłości.
- Zapewniam cię, że potrafię – warknął w końcu, starając się zignorować fakt, jak wiele wysiłku musiał włożyć w wyduszenie z siebie tych kilku słów. A wiedział, że to jeszcze nie był koniec. - Tylko w przeciwieństwie do ciebie nie czuję wcale potrzeby, żeby wciąż to sobie udowadniać.
Kłamstwo było ciężkie i gorzkie, hipokryzja – jeszcze cięższa, jeszcze bardziej gorzka, tak trudna do zniesienia, że znów się skrzywił. Wszystko to przywoływało coraz więcej nieustępliwej, okropnej winy, która niechybnie odebrałaby mu mowę, gdyby nie to, że gniew wciąż nie zdołał w nim wygasnąć, lecz płonął jasno, niemalże zwęglając go od środka.
- Chcesz się przekonać, czy naprawdę są bez pokrycia? – zdążył jeszcze zapytać, zanim zrozumiał, dlaczego powinien był zachować ten głupi spokój, z którego tak się kiedyś wyśmiewał.
To zabawne, ale kiedy Lars opuścił rękę, serce Klemensa na moment zwolniło, wydając z siebie krótkie, słabe uderzenia, prawie jakby miało się zaraz uspokoić, lecz zaraz później przyśpieszyło, tłukąc się w jego piersi tak donośnie i tak rozpaczliwie jak nigdy dotąd. I czuł – był śmiertelnie przekonany – że już za chwilę, za dosłownie sekundę gorzko pożałuje tego, co zrobił. Nie miał ku temu żadnych wątpliwości, bo specyficzny uśmiech, który zagościł na twarzy Larsa, nie mógł być zapowiedzią podania sobie ręki na zgodę.
A potem wszystko potoczyło się przeraźliwie szybko – jak wystrzał z pistoletu, jak wystrzał cholernego działa – i nos Klemensa zalała fala bólu.
Znajoma, prawda?
Nie miał czasu, żeby skupić się na tej myśli i znienawidzić ją w każdym calu – musiał wystarczyć mu sam szept podświadomości, że chrupnięcie, z jakim złamał się jego nos, zabrzmiało dokładnie tak samo jak kiedyś. Nie zdążył nawet wyrzucić z siebie całego przekleństwa, bo to urwało się już w momencie, gdy pięść Larsa niespodziewanie wgniotła się w brzuch Klemensa, odbierając mu oddech. Ból ponownie wgryzł się w jego ciało, kąsając dotkliwie i łapczywie, a Behringer zatoczył się na mur. Nawet nie zorientował się, że torba z nieszczęsnymi ulotkami zsunęła mu się z ramienia i spadła gdzieś na ziemię – właściwie mało go to obchodziło, bo wszystkim, o czym teraz marzył, plując krwią (jaka szkoda, że już nie na Larsa) i zwijając się z bólu, było odpłacenie mu się tym samym.
Marzenia szaleńców były niebezpieczne, ale to również nie obchodziło Klemensa.
Kiedy usłyszał słodkie słówka Reifensteina, dla odmiany wypowiedziane w ich ojczystym języku, też się uśmiechnął – aż dziwne, że miał na to siłę – szczerząc do Larsa czerwone od krwi zęby. Jego nos nadal pulsował żywym bólem i trudno mu było załapać oddech, ale wrząca w żyłach mieszanka adrenaliny i nienawiści cierpliwie popychała go na skraj szaleństwa.
Jeszcze krok, Klemensie, jeszcze krok i będziesz skończony.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze, Lars? – zapytał, również przechodząc na niemiecki. Imię Reifensteina zabrzmiało w jego ustach jak obelga. Poza tym wciąż walczył z bólem, próbując się wyprostować. - Jestem zbyt cenny, żebyś się mnie pozbył. Nawet gdyby okazało się, że był to nieszczęśliwy wypadek. Mój referat, zresztą nie tylko on, bardzo zmartwiłby się utratą kogoś, kto tak swobodnie działa w szeregach wroga, ciesząc się ogólnym zaufaniem –  umilkł dosłownie na moment, by otrzeć rękawem wypływającą z nosa krew. - Mimo wszystko trochę trudno byłoby zastąpić takiego człowieka – aż nie mógł uwierzyć, że krótki, nerwowy śmiech, który wydostał się z jego ust, naprawdę należał do niego. - Pierdol się, Lars. Nic mi nie zrobisz.
I znów czuł, że traci nad sobą panowanie, że zbiera w sobie wszystkie siły, by w następnej chwili zacisnąć prawą dłoń w pięść i zamachnąć się w stronę Larsa. Celował w jego lewe oko – o jasnej, przebrzydłej tęczówce, która już za moment miała nabiec krwią – i poczuł głęboką satysfakcję, gdy jego pięść zderzyła się z twarzą Reifensteina dokładnie tam, gdzie chciał. Jednocześnie próbował zrobić kilka kroków w bok, na pewnym poziomie świadomości zdając sobie sprawę z tego, że jego szanse na ewentualną ucieczkę nie prezentowały się najlepiej, skoro przed sobą miał Larsa, a za sobą nieustępliwy mur, jednak… czy naprawdę myślał o ucieczce?
Mimo wszystko był pewien, że nie – nie zamierzał umknąć z podkulonym ogonem, nie teraz, kiedy mógł przelać swoją długoletnią nienawiść w czyny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Nie Kwi 23, 2017 9:35 pm

Świat, myśli i płynąca w żyłach krew – wszystko zwolniło, nabierając leniwego, gęstego tempa, jak gdyby otaczającą Larsa rzeczywistość zakonserwowano w formalinie. Z półmroku zaułka dryfowały ku niemu gwałtowne bodźce, lecz nie był w stanie ich rozpoznać, nie potrafił nadać rozmytym, ciemnym plamom odpowiednich rysów, którym mógłby przypisać definicje. Powinien w nich czytać, odkrywać wątpliwości, nadzieje i tajemnice, szukać czegoś, co mógłby wykorzystać, ale…
Niejasne wrażenie, że powinien zachować szczególną ostrożność – niemal taką samą jak wtedy, gdy stał twarzą w twarz z Obersturmführerem, który poinformował go o śmierci brata – zupełnie zdominowało jego myśli. Wrodzona przezorność odmówiła posłuszeństwa i ustąpiła pola odległemu echu wspomnień; głosowi, który roznosił się w berlińskiej siedzibie gestapo, niestrudzenie powtarzając nie gnaj bez zastanowienia w objęcia śmierci. Słowa mentora, w których tonie czaiła się niezrozumiała wtedy determinacja, były dla Larsa jeszcze bardziej nierzeczywiste i odległe od zamazanego obrazu zaułka – stanowiły jednak niezawodny punkt odniesienia w sytuacjach takich, jak ta.
W sytuacjach, w których nie było dumy. Ani heroizmu. Nawet pewność siebie cierpiała na niepokojącą chwiejność, pozostawiając go zupełnie samego w obliczu wściekłości, która nie tyle wżerała się w Reifensteina jak chluśnięty na nagą skórę kwas solny, co już stała obok – jej twarz kojarzyła się Larsowi z morelami, które dawniej rosły w przydomowym ogrodzie: jasna, delikatna, z kremowymi żyłkami biegnącymi pod miękką skórą i z ustami, które zapomniały – bądź nigdy nie wiedziały – czym jest uśmiech.
Byłoby mu o łatwiej, gdyby poczuł cokolwiek żywego, cokolwiek, co nie było odrazą skierowaną wobec Behringera – chorobliwą nerwowość, nieposkromioną irytację, mdlące zmęczenie. Zamiast tego – czuł n i c. Nic nie czuł. Mógł za to myśleć – i pomyślał, że historia lubi się powtarzać, tyle tylko, że zawsze powtarza to, co najgorsze. Nawet, gdyby chciał odpuścić Klemensowi, gdyby chciał pohamować nerwy, które nakazywały doprowadzenie tej rozgrywki do końca (i tym samym pchnięcie Behringera do granic wytrzymałości), gdyby chciał wykazać się chłodnym profesjonalizmem i przerwać nabierający morderczego rozpędu konflikt – nie potrafił.
Nie mógł, bo już dawno przekroczyli granicę zdrowego rozsądku i wpadli w sam środek grząskiego bagna obopólnej nienawiści, które zbierało się w nich przez lata. Eskalacja magazynowanej w umyśle niechęci była nieunikniona, z każdym kolejnym spotkaniem stawała się czymś równie nieuniknionym, co absolutny triumf Tysiącletniej Rzeszy – i gdy w końcu doszło do wybuchu, żaden z nich nie mógł czuć się zaskoczony.
Wkurwiony do granic możliwości – owszem.
Ale nie zaskoczony.
Ciało było przecież klatką, wewnątrz której żyło coś, co patrzyło, słuchało, bało się, myślało i dziwiło. To, co kierowało ruchami, kreowało myśli, było świadkiem uczuć – to mogła być dusza.
Bądź sumienie.
Zwłaszcza to drugie odzywało się w najmniej odpowiednich momentach, wzywając do zdrowego rozsądku i nakazując zachowanie spokoju – Spokój i Rozsądek, bracia bliźniacy, nieodłączni towarzysze chwil, w których prędzej czy później (u Larsa zdecydowanie prędzej) pojawia się siostra Wściekłość, ta mała, występna kurewka, która sprawia, że dorośli mężczyźni zachowują się jak piloci Luftwaffe na Pervitinie. To właśnie ona wyrwała z gardła Reifensteina śmiech – szczekliwy i suchy, jak karabinek maszynowy wykrztuszający z siebie serię ognia – kiedy Klemens wyjęczał to żałośnie naiwne o nic nie mam zamiaru cię prosić.
Chyba sam nie wierzył we własne słowa, nie ufał głosowi, który przeciskał się między ściśnięte ze strachu gardło, nie pokładał nadziei w tym, co udało mu się wyartykułować – bo gdyby tak było, nie wzdrygałby się mimowolnie, ukrywając własną niepewność za nużącą na dłuższą metę pogardą.
- Ale będziesz – kolejne sylaby wypowiedział cicho, jakby zaklinał w nich tajemnicę, o której istnieniu mógł wiedzieć wyłącznie Klemens. Mówiąc, po raz kolejny zmarszczył czoło – robił to bezustannie przez ostatnie miesiące, jakby jego twarz nie była zdolna do innych emocji. – Będziesz nie tylko prosić, Behringer. Zaczniesz błagać.
Nie groził. Nie rzucał słów na wiatr. Nie próbował wzbudzić w nim kolejnej fali nienawiści, bo te nie potrzebowały dodatkowych bodźców, by raz za razem zalewać umysł Klemensa. Lars jedynie stwierdzał fakty. Nazywał po imieniu to, co nieuniknione i nieuchronne, wymarłym jak spalona wioska spojrzeniem szacując własne szanse. Jak wiele Behringer zdoła znieść? Kiedy w końcu przyzna, że od samego początku stał na straconej pozycji, a przejawami własnej – skądinąd bezbrzeżnej – głupoty jedynie pogarsza i tak beznadziejną sytuację, w której wylądował na własne życzenie?
Wystarczyło przecież, by sakramencko nie spierdolił jedynego zadania, jakie mu powierzono. Wystarczyło, by nie wymawiał się ulotkami i marnymi usprawiedliwieniami przed Larsem, który nawet śmierci nie traktuje jaki wymówki. Wystarczyło, by uważał na własną retorykę i zrezygnował z liczby mnogiej my.
Czy Reifenstein wymagał wiele? Niczego więcej od Klemensa nie chciał, niczego poza posłuszeństwem i przebłyskami inteligencji, nawet niezbyt częstymi, by nie przeciążać malutkiego móżdżku – a mimo to Behringer potrafił zawieść nawet tak niewygórowane oczekiwania.
I chyba to tak sfrustrowało Larsa.
- Nie masz niczego udowadniać sobie, ale nam – niewiele brakowało, aby w jego głosie pojawił się ton cierpliwego nauczyciela, który po raz setny wykłada temu samemu, wyjątkowo tępemu uczniowi tajniki równań różniczkowych. - W jej łóżku nie będziesz musiał zwracać uwagi na akcent…
kretynie, cisnęło się na usta wraz z kolejnymi sekundami, które musiał marnotrawić na obecność Behringera. Słowa pozostawiły na języku cierpki posmak tłumionej – chyba po raz pierwszy od momentu zniknięcia w bramie – złości, co i tak nie było trwałym stanem. Przecież ledwie chwilę później Lars całkowicie stracił nad sobą panowanie, z dziką satysfakcją zanurzając się w czerwonej mgiełce wściekłości.
Lubił ten kolor – to praktyczna barwa, zwłaszcza w użyciu, zwłaszcza wtedy, kiedy Klemens ma krew na twarzy, krew w ustach, kiedy krew z zacięciem wojennych bębnów dudni w uszach, wyznaczając szalony rytm starcia w cuchnącym wilgocią zaułku. Zwłaszcza wtedy, gdy Behringer rozmazuje ją po twarzy, próbując zahamować niespieszny, gęsty strumyczek burgundowej cieczy.
- Wiesz, co jest jeszcze zabawniejsze? – nie próbował, nie chciał i nie miał zamiaru ukrywać przebłysku triumfu w oczach, tak żywego i rozpasanego na widok wciąż kulącego się pod promieniującym bólem Klemensa – patrzył na niego bez mrugnięcia, nasycając umysł tą chwilą, zapamiętując każdy szczegół, rozrysowując każdą plamkę krwi i grymas na wilgotnych od czerwieni ustach. – Pewnego dnia popełnisz błąd. Zrobisz coś, co skreśli cię nie tylko w oczach referatu, ale każdego okupanta w tym mieście.
Musi mówić szybko, bo tylko w ten sposób jest w stanie zaskarbić sobie marne resztki przytomności umysłu Behringera. Obserwowanie, jak powoli podnosi się z gruzów porażki, niosło ze sobą ryzyko nieuniknionego odwetu, więc słowa Larsa miały w sobie prędką gorączkowość, coś, co nadawało im niepokojącego, na wpół obłąkanego wydźwięku.
- Potkniesz się, Behringer. Prędzej czy później stracisz równowagę. A ja? – odchylił lekko głowę w bok, jak gdyby próbował rozprowadzić po ciele wciąż promieniujący z czoła ból – i nawet w takiej chwili nie potrafił zrezygnować z uśmiechu, który sprawiał, że blada, napięta twarz miała w sobie coś pierwotnie upiornego. – Ja będę w pobliżu i w końcu zrozumiesz, że zrobię wszystko, poza uchronieniem cię przed upadkiem.
Dwie, trzy, cztery, pięć sekund później w kurczowym, na wpół odruchowym geście zacisnął powieki – pięść Behringera posłała Larsowi najmniej czuły pocałunek w dziejach gestapowskich bójek – mglisty ból głowy był niczym wobec uczucia, które wybuchło pod czaszką Reifensteina tuż po ciosie otrzymanym w oko. Przez moment miał wrażenie, że rozsadzi go od wewnątrz ogromne ciśnienie, każdą część ciała z osobna i wszystkie razem – jedno, cholerne uderzenie wystarczy, by fragmenty pilnie tkanego jestestwa rozsypał się w gęstej, czarnej nicości.
Chyba cofnął się o krok, na moment zginając w pół tak, jakby naśladował poczynania Klemensa sprzed momentu – przejaw oszołomienia po dwóch, tragicznie długich sekundach ustąpił przed nagłą myślą, że nie może, nie powinien, nie chce pozwolić, by Behringer się wymknął.
Dlatego – pomimo promieniującego bólu i wściekłości, którą Reifenstein wyrzucał z siebie z każdym wydechem – rozchylił powieki, odruchowo ruszając w stronę Klemensa; nie zastanawiał się, nie obierał celu, nie układał planu, po prostu działał. Zarys ciemnej sylwetki wystarczył, aby Lars ponownie odnalazł drogę do punktu odniesienia – niemal na oślep pchnął Behringera w stronę chłodnego muru, w jednym, długim kroku całkowicie niwelując panującą między nimi odległość. Przedramię Reifensteina podskoczyło do góry, a dłoń – bardziej przypominająca zwierzęcą łapę niż cokolwiek ludzkiego – przywarła do gardła Klemensa i przyszpilała go do ściany tak, jakby pragnęła wydusić z niego życie...
… i najwyraźniej właśnie to zamierzała zrobić, bo nacisk na grdyce jedynie przybrał na sile, kiedy Lars sięgnął lewą, wolną ręką po rąbek marynarki Behringera i zadarł ją na wysokość policzka, spokojnym gestem wycierając to, co przed momentem tak nieostrożnie opuściło usta Klemensa. Uścisk palców na szyi nie uległ poluźnieniu nawet wtedy, kiedy Reifenstein ponownie wbił spojrzenie w twarz Behringera, cedząc przez zaciśnięte zęby:
- Za dwa tygodnie wracasz z konkretami.
I dopiero wtedy, jakby zaskoczony faktem, że wciąż boleśnie wbijał palce w jego gardło, cofnął dłoń z odrazą, niemal natychmiast wycierając ją w materiał spodni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Wto Kwi 25, 2017 10:04 pm

Zawsze myślał o konsekwencjach.
Zawsze kalkulował ryzyko, rozkładał na czynniki pierwsze każde działanie, podliczał potencjalne zyski i straty, nie chcąc dopuścić do sytuacji, w której te drugie przeważą nad tymi pierwszymi. Gdyby mógł, zaplanowałby wszystko; skonstruowałby każdy, nawet najmniejszy szczegół, byle tylko upewnić się, że całość stanowi stabilną konstrukcję, wolną od błędów i niedociągnięć. Jednak nie od razu zaszczepił w sobie ten mechanizm myślenia – nie, najpierw musiał przedrzeć się przez pasmo porażek, przypominające bardziej ruchome piaski - każda, nawet najmniejsza z nich sprawiała, że pogrążał się jeszcze bardziej, a los nieubłaganie ciągnął go ze sobą na dno. Potrzebował więc lat, by zauważyć błąd, przestać się szamotać i po raz pierwszy zacząć myśleć, planować i przedwcześnie wyciągać wnioski, nie pozwalając, aby zaskoczyły go konsekwencje. Prawie zdołał przekonać samego siebie, że nauczył się tego z pełną świadomością, ale prawda – niezależnie od tego, jak bardzo jej unikał – złośliwie podszeptywała mu, że nabierał się na własne kłamstwa.
Zresztą nie po raz pierwszy.
Bodźcem był najzwyklejszy strach przed kolejną porażką, który w pewnym momencie stał się nie do wytrzymania, choć zwykle pozostawał w cieniu, karmiąc się kolejnymi potknięciami. Dopiero jego przytłaczająca obecność sprawiła, że dostrzegł oczywistość – niepowodzenie wynikało z braku zastanowienia się nad tym, co mówił, robił i myślał.
I dlatego przeraził się jeszcze bardziej, ale w końcu zaczął dostrzegać nieszczęsne konsekwencje.
Tylko że dzisiaj – teraz – zapomniał o wszystkim, co zdołał w sobie wypracować, i beztrosko pogrążył się w dawnej ślepocie. Za nic miał ryzyko, a każde działanie, jakie podejmował, skrywało tylko jeden prosty, nieskomplikowany cel – zadrwienie z Larsa, zadanie mu jakiegokolwiek bólu, upokorzenie Reifensteina tak samo, jak on upokorzył go już wielokrotnie i z czego wcale nie rezygnował. Przewidywał tylko taki zysk, oczywiście nie zauważając – bo przecież skutecznie zasłaniał się przed tą myślą własnym gniewem - że straty rosły z sekundy na sekundę.
Stając się całym kopcem strat.
Gdyby nie szturchał bezmyślnie truchła rozsądku, które rozkładało się w nim już od dobrych kilkunastu minut, przez zasłonę głupoty być może zdołałaby przedrzeć się do niego myśl, że wszystko, co właśnie robił, mogło przynieść konsekwencje. Ale najprawdopodobniej już wtedy popełniłby błąd – bo przecież konsekwencje były nieuniknione, a w jego żałosnym przypadku mogły się okazać co najmniej nieprzyjemne.
I nie chodziło tylko o te, które odczuwał teraz na własnej skórze. Jeśli tylko znów zacząłby myśleć, być może uderzyłaby go świadomość, że z czysto racjonalnego punktu widzenia właśnie znieważał kogoś wyższego od siebie stopniem.
Kogoś, przed kim przecież odpowiadał i kto dysponował odpowiednimi środkami, by Klemens jeszcze boleśniej odczuł skutki swoich dzisiejszych decyzji.
Ale nie chciał, po prostu nie chciał uznać tej paradoksalnej, narzuconej mu przez ślepy traf hierarchii, w której to on stał niżej i w której powinien był ważyć każde słowo. Ten schemat nie mieścił się w umyśle Klemensa, wykraczał daleko poza granice tego, co mógł znieść bez skargi. Nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, kim był Lars w oczach innych, bo dla Behringera niezmiennie pozostawał zaślepionym samym sobą rywalem, zawsze chorobliwie przekonanym o swojej racji.
A przede wszystkim podłą karykaturą z przyklejonym do warg uśmiechem, w którą mogli wierzyć inni, ale nie Klemens.
Zdarzało mu się nie grzeszyć inteligencją i bywał naiwny, ale nie na tyle, by znaleźć dla Larsa choćby najmarniejsze ochłapy szacunku, na jakie w teorii – w przeklętej teorii – zasługiwał.
Za każdym razem, kiedy był zmuszony na niego patrzeć, niechętnie cofał się w czasie i zatapiał w otchłani wspomnień, w której oprócz pyłu i dymu Dortmundu smakował nieustannej przegranej, jaka spotykała go w starciu z Larsem. Choćby dlatego wykrztusił z siebie cichy, trochę ochrypły śmiech, słysząc, że będzie błagał. Niepewność podążała za nim krok w krok przez całe życie, ale ta jedna rzecz od samego początku była dla niego zupełnie jasna – proszenie Larsa o cokolwiek, błaganie go, wydawało się Klemensowi tak irracjonalne, że po chwili znów się roześmiał.
Reifenstein miał wyjątkowo wybujałą fantazję.
Nie uciszył się nawet wtedy, gdy Lars odezwał się ponownie, ale tym razem nie wiedział już, czy tym ochrypłym chichotem chciał dodać sobie fałszywej, chwiejnej odwagi, czy może śmiał się po to, by zagłuszyć słowa Reifensteina i własne myśli.
Nie miał pojęcia – zresztą wolał nie marnować czasu na szukanie odpowiedzi, bo gdy tylko obdarzył Larsa ciosem, z rosnącą satysfakcją wpatrzył się w jego efekt.
Było coś fascynującego w widoku Reifensteina – cofającego się i zginającego – co sprawiło, że Klemens zapomniał nawet o bólu, który rozlewał się po jego twarzy rozwścieczoną falą. Zwyczajnie zamarł w miejscu, by podziwiać własne dzieło, bo widząc Larsa oszołomionego – nawet jeśli przez krótką, za krótką chwilę – wreszcie gasił uporczywe, palące go już w Dortmundzie pragnienie wyprzedzenia Reifensteina chociażby o krok. Czerpał z tych cennych sekund niewyobrażalną przyjemność, jakiej chciał doświadczyć już od dawna i jaka po prostu mu się należała, lecz podświadomie czuł, że zaraz znów miał zapłacić za to, co zrobił.
Zbyt długo napawał się widokiem Larsa, a zanim zdążył się zorientować, jego plecy ponownie uderzyły o mur i zaraz później poczuł na swoim gardle dłoń Reifensteina. Odniósł wrażenie, że palce Larsa próbowały zagłębić się w żywym ciele, odcinając powietrzu drogę do jego płuc. Wydał z siebie jakiś ochrypły dźwięk – już nie śmiech; zdecydowanie nie miał powodów do radości – a potem poczuł, że palce Larsa zaciskają się na jego gardle jeszcze silniej. Walka o oddech była z góry skazana na porażkę, lecz i tak zdecydował się ją podjąć, bo jego płuca w coraz większej panice zaczynały domagać się tlenu. W tak bliskiej odległości blada twarz Reifensteina wydała mu się jeszcze bardziej ohydna i gdyby nie był tak zajęty rozpaczliwą próbą zaczerpnięcia choć odrobiny powietrza, zapewne skrzywiłby się po raz kolejny – zwłaszcza w momencie, kiedy Lars otarł z policzka ślinę marynarką Klemensa. Tymczasem musiał zadowolić się rozwścieczonym spojrzeniem, które oderwał od Reifensteina dopiero wtedy, gdy ten w końcu opuścił dłoń, uwalniając gardło Behringera z uścisku.
Krztusząc się i kaszląc, wciągnął do płuc haust zatęchłego powietrza, jakby właśnie odetchnął najdelikatniejszą morską bryzą. Krew zaszumiała mu w uszach tak gwałtownie, że przez moment poczuł się ogłuszony, po czym mimowolnie oparł się o mur, wciąż jeszcze dysząc. Lekko drżącą dłonią otarł świeże strumyki krwi, które wypłynęły leniwie z jego nozdrzy i zaczęły skapywać po wargach i brodzie. Na ustach wygiętych w grymasie bólu i gniewu zgromadziły mu się przekleństwa, a wyrzucając je z kolejnym wydechem, ledwo zwrócił uwagę na gest Larsa.
- Jesteś bardzo pewny siebie. Szkoda tylko, że nie masz racji – odpowiedział wreszcie, a głos niemal boleśnie obił mu się o krtań. Wcześniejsze słowa Larsa, te same, które zatonęły we wściekłości Klemensa i chęci (absolutnej potrzebie) oddania ciosu, dopiero teraz zadudniły mu w głowie, wydobywając z niego nowe pokłady irytacji. - Chciałbyś, żebym się potknął, bo przywykłeś do moich porażek, ale gwarantuję ci, że tego nie zrobię – usiłował przelać w swoje słowa wszystko to, co zostało z jego pewności siebie, ale gdzieś w głębi duszy czuł, że znów niebezpiecznie zbliżał się do granicy kłamstwa. I nienawidził tego uczucia prawie tak samo jak Larsa. - Za to z chęcią zobaczę, jak sam upadasz. Bo przydałoby ci się trochę pokory, nie sądzisz?
Uniósł minimalnie kąciki ust ku górze, a najchętniej uśmiechnąłby się szeroko, gdyby nie to, że ból złamanego nosa zdawał się opanowywać każdy nerw jego twarzy.
- Za dwa tygodnie przynieś sobie notes. Możesz nie zapamiętać wszystkich konkretów – dodał jeszcze i dopiero wtedy – jakimś cudem - w jego głowie pojawiła się niepokojąca myśl, że następnym razem naprawdę nie powinien był przychodzić na spotkanie z Larsem z pustymi rękami. Odegnał jednak tę myśl, zanim zdążyła przyciągnąć kolejne, te jeszcze bardziej niepokojące, które mogłyby zmusić go do zastanowienia się, dlaczego zamiast stawić się jako pierwszy na zebraniu, wolał wysłuchiwać bezsensownej paplaniny Ines albo zaszyć się w swoim zadymionym mieszkaniu. - A poza tym zejdź mi z oczu – wysyczał, bo nagle z obrzydzeniem uświadomił sobie, że odległość między nimi była zbyt mała, by mógł ją dłużej znosić. Pchnął Larsa, pozostawiając na jego marynarce plamki krwi, która nie zdążyła zaschnąć na dłoniach Klemensa, ale sam nie ruszył się z miejsca, nadal łykając zatęchłe powietrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   Sob Cze 10, 2017 10:21 pm

Panowanie nad sobą, nad własnymi emocjami i nad rodzącymi się pod korą mózgową popędami to jedna z najważniejszych cech, jaką bezwzględnie musi wyrobić w sobie człowiek sukcesu. Groteskowa sytuacja, w jakiej epicentrum wylądował Reifenstein, była jednak nie do zniesienia nawet dla niego, dla kogoś, kto przez lata z mozołem wypracowywał chłodną kalkulację i podszywaną racjonalizmem konsekwentność; głos Behringera, powracający jak skrzywiony, australijski bumerang, zaczął Larsa zwyczajnie drażnić, a nawet więcej – nudzić. Gdyby tylko spróbował przymknąć oczy i przypomnieć sobie, jak właściwie dotarli do zaułkowego punktu, mógłby napotkać twardy mur zagadkowej nieświadomości. Co było przedtem? Naturalnie Yvette, wypożyczalnia rowerów… a dalej?
Pustka. Krótkie przebłyski jaźni. Rozmiękła papka wspomnień. I nagły, promieniujący z okolic oczodołu ból – najpierw w mózg o fakturze gigantycznego, wiedeńskiego sznycla załomotało dwieście tysięcy drobnych młoteczków, później pod odruchowo zamkniętymi powiekami zamigotały czerwone krążki. Niedługo potem do feerii wrażeń dołączyło dziwne uczucie otumanienia, aż nagle wszystko ustąpiło – niemal tak niespodziewanie, jak się rozpoczęło.
Kiedy niepewnie rozkleił powieki – najpierw jedną, tę, która nie narażona została na bliższy kontakt z pięścią Behringera, dopiero po chwili kolejną – oślepiła go wąska smużka jaskrawego słońca, jakimś cudem potrafiąca odnaleźć drogę do zapomnianego przez stwórcę zaułka. Lars miał nieodpartą ochotę, by ponownie powrócić w purpurowy mrok, na który składał się ból podbitego oka i wciąż rozchodzące się pod czaszką echo ciosu – na to nie miał jednak czasu. Ostrożnie, czujnie odchylił głowę w bok, na dobre rozwierając powieki; na szarym, chłodnym murze kamienicy niespiesznie spacerował wyjątkowo paskudny robal, na intelektualnym i wizualnym poziomie mocno spokrewniony z Behrignerem. Jego widok był niepodważalnym poświadczeniem faktu, że Reifenstein wciąż żył – żył, narażony na dziesiątki doznań, które zaatakowały zmysły gdzieś pomiędzy wyprostowaniem się a ciśnięciem Klemensa o mur, całkiem blisko jego owadziego krewniaka.
By być skutecznym, Lars musiał zdefiniować i uporządkować własne myśli – mozolnie oddzielał woń kocich odchodów od smrodu niepewności, który wyzierał przez skórę Klemensa, ignorował dobiegający od strony ulicy szum i skupiał się na żałosnych charknięciach dobiegających ze zdławionego przez ucisk gardła.
Jak każdy niewydarzony student biofizyki, Reifenstein swego czasu natknął się na książkę traktującą o formach interakcji międzygatunkowych – w pamięci szczególnie mocno zapadły mu barwne przykłady ptaszków żyjących w symbiozie z nosorożcami i niewielkich rybek, które całe życie pilotują rekina.
Niestety ani Lars, ani Klemens nie należeli do tego typu stworzonek.
Panujące pomiędzy nimi relacje miały w sobie coś z amensalizmu – choć z pozoru jedna ze stron była obojętna dla drugiej, w rzeczywistości ich współistnienie oznaczało negatywny wpływ na rozwój całego organizmu. W ciągu nieustającej rywalizacji, Larsowi należało przyznać jedno – nie od razu popadł w negację. Początkowo współzawodnictwo z Behringerem umykało jego uwadze, jak gdyby własne sukcesy traktował jako coś oczywistego – jednak im więcej ich odnosił, tym trudniejszy do zniesienia okazywał się Klemens. Reifenstein przez pierwsze tygodnie pseudoznajomości, na jaką naraziło ich Hitlerjugend, mozolnie poszukiwał w tym pokracznym, kościstym chłopaku człowieka – był przy tym niczym grecki Diogenes. Z najgłębszych odmętów zrozumienia próbował wyłowić dość dobrej woli, aby nie skazywać Behringera z góry na banicję – jednak kiedy przyjrzał mu się chłodnym okiem, dostrzegł w napiętej, bladej twarzy zawiść i zapowiedź cuchnącej zdrady. Widząc to wszystko, nie można nadal żyć wśród ludzi, nie da się bezmyślnie błądzić w ich teatrze pozorów i chińskich cieni. Właśnie wtedy pojawiło się odrzucenie – izolacja Klemensa, pokonanie Klemensa i upokorzenie Klemensa było wydajniejszą opcją od próby naprawienia z góry skazanych na klęskę kontaktów; w ten sposób miały mijać dni, tygodnie, miesiące, w końcu całe lata. Jednostajnie i niezmiennie, konsekwentnie i bez wahań.
Lars wykorzystywał wiedzę na temat Behringera po to, aby już w Paryżu sprawować nad nim władzę na wpół absolutną – czerpał z ich przeszłości to, co tylko zdołał wydrapać do dna, nie przejmując się nieuchronnie nadchodzącym momentem, w którym nie będzie już z czego korzystać. Obaj zdawali sobie sprawę z tego, że tę – zdawałoby się trwającą od zarania ludzkości – rywalizację zakończyć może jedynie kolosalny kataklizm.
I Reifenstein miał szczerą, dziecięcą nadzieję, że los podaruje mu satysfakcję ujrzenia jej z pozycji zwycięzcy.
Przez moment w chłodnym, odgrodzonym od zewnętrznego świata zaułku było naprawdę cicho. Tak cicho, że Lars – gdyby tylko zechciał – mógłby usłyszeć łomot własnego serca, a gdy tylko się poruszył – trzask kości w stawach. Z sekundy na sekundę narastało w nim uczucie, którego nie potrafił określić – był to ten pewien szczególny rodzaj niepokoju, jaki odczuwają szczury przed wybuchem pożaru, lęku, który podrywa ptaki w powietrze na sekundy przed ruchem płyt tektonicznych i płoszy kozice, przeczuwające erupcję wulkanu. Reifenstein doskonale wiedział, że coś się wydarzy, coś, czemu do niedawna mógł zapobiec, ale teraz nie pozostało mu nic innego, jak tylko biernie oczekiwać na efekt obrotu spraw. Oczekiwanie tego typu rzucało Larsa na pastwę palącej wściekłości: jak mogłem do tego dopuścić?
W doskonałym systemie, który pieczołowicie kreował, nie było miejsca na feralne pęknięcia i niedopatrzenia. Nie było miejsca na zbiegi okoliczności, spiski Behringera, naturalne katastrofy, nagłe zmiany stron. Nie było miejsca na jego własne błędy, na lądowanie w sytuacji, której zawsze pragnął uniknąć, sytuacji, w której skazywał się na jałowe rozpamiętywanie przeszłości. Na zastanawianie się nad całkowicie zbytecznymi kwestiami, takimi jak sens podejmowanych działań. Rolę nadrzędną odgrywała teraźniejszość, ponieważ to ona kreowała przyszłość – w oparciu o teraz, Reifenstein mozolnie budował wizję później, naginając i formując rzeczywistość tak, aby odpowiadała jego oczekiwaniom.
Niestety – niestety! – Behringer uparcie zaburzał pieczołowicie kreowany koncept, nie wypełniając zadań, które mu powierzono. Własną nieudolnością oraz popisami rażącej niekompetencji sprawiał, że Lars niemal tęsknił za egzystencją berlińskiego gestapo; tam wśród murów więzienia, w bladym świetle migoczących jarzeniówek, można było sprawować władzę absolutną, można było wytrzymać, można było zabijać czas quasi-działaniami i żywić nadzieję… a tutaj?
Tutaj czas przelatywał przez palce jak suchy, pustynny piasek, pozostawiając na dłoniach cienką warstewkę kurzu i nieznośne poczucie pustki w umyśle.
- Zapominasz o jednym, Behringer – odparł spokojnie Lars z miną godną skrzypka smarującego smyczek kalafonią; dzielnie opierał się znużeniu, lecz retoryka Klemensa sprawiała, że miał ochotę popełnić honorowe samobójstwo – odrobinę by nabrudził, ale przynajmniej oszczędziłby sobie wysłuchiwania nietrafionych spostrzeżeń Kriminalassistenta. – Ktoś może pomóc ci w potknięciu.
Nie groził, nie ostrzegał, nie rzucał słów na wiatr – jedynie obiecywał. W bezpośrednich starciach z Reifensteinem tkwiła niezdrowa analogia z romskim pasjansem: wykładał na stół wszystkie karty zakryte, a następnie odkrywał je po kolei jedna za drugą, aż rozmówca dostrzegał, że przez cały ten czas grali figurami, których nie ma w talii, które nie powinny istnieć.
- Pokora jest domeną ludzi słabych, dlatego tak mocno w nią wierzysz – gdy Klemens uniósł kąciki ust w górę, Lars zrobił dokładnie to samo – ta lustrzana analogia nadawała całemu zajściu karykaturalny charakter małpiego naśladownictwa, z którego mieli wynieść jedynie (jeszcze bardziej – w przypadku Behringera) oszpecone twarze. Gdyby naiwny, mały Klemi nie zauważył, jego immanentne zło sprzęgnięte było z głupotą – ani jedna z decyzji, które podjął dzisiejszego popołudnia, nie zasługiwała na miano rozsądnych, zaś poza, której Behringer tak rozpaczliwie się uczepił jedynie potwierdzała teorię Reifensteina, jakoby na milion głupców, myślących emocjonalnie i gotowych ulec najbardziej idiotycznemu owczemu pędowi, przypadał zaledwie jeden mędrzec.
I chyba nie trzeba wskazywać, kto według Larsa pełnił tę rolę?
- Mam doskonałą pamięć, Behringer. Pewnego dnia boleśnie się o tym przekonasz – skutecznie zignorował igiełki bólu, które ponownie rozpełzły się pod czaszką, ze znużeniem obserwując, jak Klemens kurczowo napełnia płuca powietrzem. Lars widywał – i słyszał – podobny stan zbyt wiele razy, by móc czerpać z niego dziką satysfakcję początkującego adepta. Nawet zachwiany instynkt samozachowawczy Behringera nie potrafił natchnąć go zadowoleniem – to, jak żałośnie porywczy i niemyślący o konsekwencjach był Klemens, budziło swego rodzaju rozczarowanie, spotęgowane jedynie przez słowa, które padły pomiędzy kolejnymi świszczącymi oddechami.
- Zejdź mi z oczu? – powtórzył cicho, obserwując walkę Behringera o kolejną falę zbawiennego powietrza. Współczesna nauka jest w stanie wyjaśnić wiele zadziwiających zjawisk z przeszłości – medycyna wyjaśnia przypadki chorób uznanych przez kościół świętych, a psychologia i socjologia potrafią dookreślić sedno ascezy i monastycyzmu frustracjami, jednak żadna z tych dziedzin nie potrafiłaby dotrzeć do sedna porażającej naiwności Klemensa Behringera. – Ciesz się, że wciąż je masz, kolejnym razem mogę być mniej wyrozumiały.
Pomiędzy wargami Larsa zawitał papieros – pojawił się nagle, jak gdyby zmaterializował się tuż po rozbrzmieniu ostatnich sylab i na dobre utknął w więzieniu spierzchniętych ust. Słabe echo tytoniu, które dolatywało z wciąż nieodpalonej używki, miało najwyraźniej osłodzić zabrudzony krwią materiał – brzydkie, rdzawe plamki zepsuły całkiem ładną marynarkę i narażały Larsa na kolejne, nieprzychylne spojrzenia gosposi. Zanim Behringer zdobył się na kolejną wiekopomną mądrość, Reifenstein odstąpił krok w tył, pochylając się i wyszarpując z jego torby jedną z ulotek; pieczołowicie złożył zwitek papieru na pół, po czym wsunął go do kieszeni spodni, przez cały ten czas zaciskając usta na filtrze papierosa.
- Resztą możesz wytapetować salon, kolejnym razem wpadnę na kawę.
Nie był wariatem, ani ekscentrykiem – zwyczajnie stracił wiarę w istotę ludzkości, co redukowało jego decyzje do jak najprostszych rozwiązań.
Jednym z nich było zatrucie prywatnego życia Behringera.
Nieodpalony papieros, ulotka w kieszeni, nabrzmiewająca opuchlizna pod okiem – w asyście drobnych niedogodności, Reifenstein opuścił cichy, ciemny zaułek, niemal natychmiast wpadając pośród głośny, nasłoneczniony i nieświadomy zagrożenia tłum.

/zt x2!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Wypożyczalnia rowerów   

Powrót do góry Go down
 
Wypożyczalnia rowerów
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Palais-Bourbon-
Skocz do: