IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Winarnia 'Bordeaux'


Share | 
 

 Winarnia 'Bordeaux'

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Winarnia 'Bordeaux'   Pon Sie 15, 2016 12:08 am



Winiarnia 'Bordeaux'

Który Francuz nie kojarzy jednego z najsłynniejszych producentów win, 'Bordeaux'? Znany i uwielbiany również poza granicami państwa, szybko zyskał sławę jako bezkonkurencyjna marka, wciąż i wciąż pnąc się po drabinie osiągnięć. W obliczu dużej ilości finansów, jeszcze przed wojną firma postanowiła otworzyć sieć winiarni na terenie całego państwa, w których klienci będą mogli napić się pysznego wina na miejscu lub zakupić butelkę do domu.
Miejsce, w którym znajduje się w Paryżu jest dość ustronne i bardzo łatwo je przeoczyć. Niewielki szyld z nazwą i narysowaną butelką nad wejściem do jednej z piwnic, nie jest dobrze widoczny, mimo to w 'Bordeaux' zawsze spotkać można klientów. Samo wnętrze ma przypominać oryginalną winiarnie, w której tworzy się produkty. Pod ścianami (oczywiście piękne odmalowanymi) ustawiono drewniane stoły, na przeciw których za sprzedawcami, znajdują się ogromne beczki wypełnione napojem. Rozmowy oraz czasem śpiewy trwają tu niemalże do samej godziny policyjnej, a miła atmosfera i wyjątkowy charakter miejsca, sprawiają, że wielu klientów wraca tu z powrotem, nawet jeżeli nie wszystkie produkty są dla nich odpowiednie cenowo.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Pon Sie 22, 2016 9:14 pm

Dzisiaj rano rozbolała mnie głowa.
A poranek zapowiadał się niezwykle przyjemnie. Leżałam w łóżku, czytając poranną gazetę i czekając aż Elena (miła dziewczyna pomagająca mi prowadzić dom, ma chyba hiszpańskie korzenie, choć nie jestem pewna. Nigdy nie interesowałam się jej pochodzeniem… na dobrą sprawę, interesuje się Eleną tylko gdy brakuje mi kawy w filiżance) przyniesie śniadanie, kiedy poczułam pulsowanie skroni. Z początku delikatne, nieomal niezauważalne, jakby nieśmiale dające o sobie znać. Szybko ból stał się nieznośny tak bardzo, że światło zaczęło drażnić, a wszystkie dźwięki doprowadzać do szału.
Szczególnie te nieznośne chichoty w mojej głowie.
Chór głosów rechoczący w szaleńczy sposób. Jakby głosy wiedziały coś, o czym sama nie mam zielonego pojęcia - i niesamowicie bawiła ich ta niewiedza. Zdawały się mówić: słodka, niewinna Anais, zobaczysz. Jeszcze zobaczysz.
Dzień spędziłam w ciemnym pokoju, wpatrując się w sufit. Obok mnie leżał scenariusz, nie mogłam skupić się na słowach, nie w takim stanie.
Wczesnym popołudniem wrócić Nicodème i dopiero jego widok poprawił mi nastrój. Wszelkie kaprysy świata potrafi ukoić jego słodka twarzyczka. Powinnam zapewne spalić cały świat i przekląć wszystkich Niemców za tę szpecącą bliznę, ale uważam, że dodaje mu charakteru.
Idealni mężczyźni są nudni, nie uważasz Henri? Każdy potrzebuje choć małej skazy oddającej charakter.
Siedzimy naprzeciw siebie już drugi kieliszek i szukam na twojej twarzy takich skaz. Znamy się już zbyt dobrze by mój wzrok cię peszył - i należysz do tego, niewielkiego, sortu mężczyzn których nie peszy nic.
Aż chciałabym to zobaczyć, wiesz, zawstydzenie w twoim wykonaniu. To byłby, zapewne, widok niezapomniany.
- Uważam, że już dzisiaj jest za późno - moja pamięć ostatnio szwankuje. Nie wiem które wspomnienia są prawdziwe, a które tylko obrazem szaleństwa. Są jednak daty których się nie zapomina. Jak urodziny, twoje. Trzydzieste.
Czy tylko młode dziewczęta straszy się trzydziestką? Pewnie tak. Wiele razy słyszałam - zobaczysz, wtedy już nie będzie dla ciebie żadnych ról. Z pierwszą zmarszczką mija całe uwielbienie. Przed staropanieństwem akurat udało mi się uciec, udało mi się też załapać do grupy młodych wdów. Najlepszego rodzaju, bo wojennych. Dzielnie znoszących swoją stratę, specjalnie dla ojczyzny.
Wiesz, tylko czekam aż nakręcą film o dzielnej wdowie, z mocą ocierającą łzę podczas wojennej defilady. Tylko krzyczeć nie będzie - precz faszystom, bo teraz wszyscy kochają faszystów. Może - precz komunie?
Słodcy są ci idealiści wierzący, że jeden totalitaryzm pokona drugi. I to całkowicie bezinteresownie.
- Takie wydarzenia planuje się co najmniej z trzymiesięcznym wyprzedzeniem - wielkie przyjęcia. Przyjęcia przyciągające największe nazwiska - Musisz zaserwować ten rocznik Bordeaux, jest doskonały - nie skończy się na dwóch kieliszkach, drogi przyjacielu.
Może trzech, choć wątpię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sro Sie 24, 2016 2:05 am

    | początek
Czyżby Henri de La Fontaine powinien się wstydzić tego, że dziś rano obudził się dziesięć minut później, starając się wydłużyć wątpliwą przyjemność spędzania nocy w samotności; faktu, że, jak codziennie, znacznie przekroczył limit prędkości, przekręcając manetką do granic jej możliwości? Prawdopodobnie tak. Powinno to iść współmiernie ze skradnięciem uśmiechu nieco zawstydzonej dwudziestolatce; krótkiej fantazji nie do końca pasującą do obrazu idealnego, szarmanckiego dżentelmena lub rzuceniu kilku niezbyt przyjemnych słów skierowanych nadawcy sądowego listu.
Jednak to był on – ani wtedy, ani na długo, długo wcześniej nie odczuwał tych mistycznych wibracji pochodzących z głębi odpowiednio ukształtowanego sumienia, czy duszy, która według wszystkich chrześcijańskich regulacji uznawano za zasadniczo dobrą… tak się powszechnie poważało, prawda?
Nie tracił pewności siebie przez błahostki, z jakimi się spotykał lub jakie zdarzało mu się prowokować, a, przez które na twarzach większości ludzi malował się lekko malinowy rumieniec. Choćby ta sytuacja, gdy właśnie tkwił z piękną blondynka przy jednym stoliku, ich ciała dzieliło dosłownie kilkadziesiąt, może kilkanaście centymetrów, a ona świdrowała jego twarz w poszukiwaniu bliżej nieokreślonego. Przez umysł mężczyzny przebiegały różne myśli – mogła planować jego upadek, mogła zastanawiać się nad tym, jak zachowywał się w samotności, mogła marzyć długim, namiętnym pocałunku, mogła rozbierać go wzrokiem, pragnąc zatracić się w szerokich ramionach.
Dla szanowanego prawnika żaden z tych scenariuszy nie stanowił zarodka do zażenowania. Ba, niektóre z nich mogły mu pochlebiać, ponieważ tak intensywne studiowanie czyiś delikatnie kurczących się źrenic pod wpływem znikomego światła świecy świadczyło wyłącznie o szczerym, niczym nieskrępowanym zainteresowaniu.
– Przypomnij sobie kilka najbardziej wystrzałowych przyjęć, na których piłaś chłodnego szampana w bajecznych, kryształowych kieliszkach – rozpoczął zaskakująco przyjemnym, jak na jego standardy głosem. Cóż za niesamowicie kojące działanie miała na niego pani Descoteaux! – A teraz, chérie, pomyśl, ile z nich zostało zaplanowane z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem… Najlepsze spotkania towarzyskie miały do siebie to, że przypadały na sam środek tygodnia oraz zaskakiwały rozmachem samego organizatora wraz z gośćmi.
W taki oto sposób próbował wytłumaczyć przed samym sobą, dlaczego nie zabrał się za opracowywanie tego podniosłego wydarzenia przynajmniej na miesiąc wcześniej, niż znajdował się aktualnie z realizacją zapisków kalendarza. Przecież urodziny były p r a w i e bliźniaczym świętem do Wielkanocy – każdego roku przypadały w innym tygodniu, a odnalezienie pewnej systematyczności powtarzanej z uporem maniaka od trzydziestu wiosen stanowiło sprawę nie do rozwiązania.
– Pomimo upływu lat mam nadzieję, że jeszcze ufasz moim kubkom smakowym i nienagannemu gustowi – podniósł kieliszek do ust, jakby prowokując swoją rozmówczynię w nieznanym celu. – Dalej będziemy rozmawiać o moim niebosiężnym tempie starzenia się, liście gości oraz bitej śmietanie na biszkopcie zamiast czyjegoś ciała, czy może skupimy się na twojej karierze? Nie szukasz towarzystwa do przećwiczenia trudniejszych partii scenariusza? – uniósł brew, wpatrując się w jej przyćmione tęczówki dłużej niż moment.
Sięgnął dłonią do twarzy, by delikatnie przejechać nią po policzku, jakby próbował strzepnąć niewidzialny kurz z kości policzkowej i wciągnął głęboko powietrze przesycone delikatnym zapachem drewnianych skrzyń przeznaczonych do transportu wina.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sro Sie 24, 2016 7:29 pm

Mój brat jest ekspertem w kwestii duszy i sumienia - podobno modli się i za mnie, ale, niezależnie od tego jak w niego wierzę, wątpię by wypowiedzenie kilku zdań wyćwiczonej formułki, nawet w starym budynku, cokolwiek zmieniało. Zbawienie? Nie sądzę by powinno pochodzić odgórnie, od jakiejś nieokreślonej siły zewnętrznej. Ostatecznie człowiek rozlicza się sam ze sobą. I chociaż nie jestem człowiekiem wielkiego sumienia, jedno jest dla mnie istotne. Żyć w zgodzie z samą sobą.
Na pewno rozumiesz. W końcu jesteśmy do siebie bardzo podobni.
- Mój ślub - skromność nie jest moją mocną stroną, chociaż muszę przyznać, że nie miałam nic wspólnego z planowaniem tego przyjęcia. Wybrałam sukienkę, na tym skończył się mój wkład. Nie. Chciałam jeszcze wybrać swój bukiet, ale kwiaty które wybrałam nie pasowały do tematu przyjęcia. Nawet nie pamiętam jakie chciałam. I jakie ostatecznie niosłam. Powinnam? Czy to ważne? - Przyjęcie po premierze L'Accroche-cœur w trzydziestym ósmym. Spontaniczne przyjęcia są cudowne, ale nie zawsze uda ci się na nie przyciągnąć wielkie nazwiska. A nawet jeśli, wciąż trzymają się kontroli, pamiętają o jutrze - im więcej masz do stracenia tym bardziej pamiętasz, że za kilka godzin wstanie słońce - Ale kiedy stworzysz obietnicę nocy, której nie zapamięta nikt… Wtedy dzieje się magia. Na przyjęciu każdy dał się ponieść. Ówczesny minister kultury skończył pod stołem, wcześniej wychwalając pod niebiosa kobietę, która nie była jego żoną. A tak się złożyło, że jego partnerem do rozmowy był dziennikarz jednego z paryskich szmatławców. Mógł wyniknąć z tego niezły skandal, gdyby nie fakt, że i dziennikarz niewiele zapamiętał z tej nocy. Ale ja pamiętam - żyjemy, mój drogi Henri, w świecie w którym informacje mają największą wartość. Nie złoto, nie diamenty, a informacje. Nie możesz ich kupić. Trzeba się wiele natrudzić by zdobyć wartościowe - dlaczego tych trudów nie umilić chłodnym szampanem w kryształowych kieliszkach?
Czasy są ciężkie, ale to nie czyni z nas zwierząt.
- Nie wątpię w twój dokonały gust - nigdy! - Nie mogę tego powiedzieć o niemcach. I włochach, na wszystkie dziewięć muz, włosi mają paskudny gust. Na ostatnim przyjęciu w ambasadzie dwie włoszki dodawały lodu do czerwonego wina. Czerwonego. Wina - zbrodnia. To jest prawdziwe barbarzyństwo - I nie widzę niczego przerażającego w przekroczeniu trzydziestki. Nic się nie zmienia - może skóra robi się nieco cieńsza i pod oczami pojawiają się pierwsze zmarszczki, ale lubię te drobne defekty. Czuje się znacznie lepiej niż mając lat dwadzieścia.
Może role nie są ciekawsze, ale nie oszukujmy się. Żadna z ról nie będzie tak ciekawa jak ta zagrana w Weimarze.
- Scenariusz jest po niemiecku - wiem, że to dla ciebie żaden problem - I jest jedna scena. Pożegnania - sceny pożegnań ostatnio pojawiają się w filmach zbyt często, nawet tych dobrych - Łamiąca serca. Kobiety będą ocierać łzy, a mężczyźni tulić je do piersi. Chcesz wcielić się w rolę dzielnego żołnierza który ginie na wojnie, zostawiając mnie z dzieckiem? - może wadą przekroczenia trzydziestego roku życia jest to, że większość ról wiąże się z dzieckiem u boku.
Jakby kobieta w pewnym wieku była zobligowana do wydania potomka na świat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sob Sie 27, 2016 2:47 am

– Mogę? – zapytał, wędrując wzrokiem ku wyciągniętemu wcześniej dobrej jakości cygaru. Nie czekając na odpowiedź, odpalił je delikatnym ruchem.
Nie sądził, aby mogła go powstrzymać jakimkolwiek sensownym argumentem. Właściwie to całkiem zabawny kawałek historii, jak łatwo dobre maniery zderzyły się z lekceważeniem niewypowiedzianej aprobaty. Może wynikało to z faktu, iż po tylu spotkaniach przywyknął do łagodnych kiwnięć głową, cichych „tak” lub ich relacja w ostatnim czasie zacieśniła się na tyle mocno, że rozumieli się bez nudnych, sztywnych, wręcz pretensjonalnych, grzecznościowych formułek.
Nie znali się jeszcze przed jej ślubem – owszem, on słyszał jej nazwisko wielokrotnie, widział kilka filmów z jej udziałem, jednak państwo Descoteaux: złota para srebrnego ekranu, pozostawali niedoścignieni dla kręgów ludzi średniozamożnych, parających się innymi zawodami niż cierpiący artyści. Jeżeli nawet pojawiali się w nieco mniej luksusowym lokalu, co pewnie było z góry opłaconym chwytem marketingowym, bezzwłocznie zapraszano ich do pomieszczenia ukrytego dla oczu zwykłych zjadaczy chleba… Dobrze, nie aż tak zwykłych, ponieważ nie każdy przedstawiciel stanu chłopskiego jadał krakersy z czarnym kawiorem na śniadanie.
Natomiast obiad to już zupełnie inna sprawa!
W ogromnym trudzie wyłapywał wspomnienie dotyczące napomkniętego wieczoru. Może nie bawił się tak świetnie, może wcale go tam nie było, może oddawał się innym przyjemnościom w ciemnym, wąskim korytarzu niedługo po premierze L'Accroche-cœur , również zachowując się, jakby jutro wcale miało nie nadejść. Rozbawiające, że pretendująca do wyższych warstw klasa średnia pilnowała etykiety na każdym kroku – podnoszenie odpowiedniego widelca, ciche przełykanie, idealna ilość uśmiechu zarezerwowana dla pojedynczego człowieka. Przecież nikt nie chciał zadawać się z hołotą. Szkoda tylko, że tak mizernie poukładane charaktery już na zawsze miały utkwić w jednym miejscu na drabinie społecznej. We własnym towarzystwie śmietanka towarzyska rozwiązywała skrzętnie zawiązane muchy, rozpinała guziki smokingów, zdejmowała niebotyczne obcasy, martwiła się pierwszymi zmarszczkami i przybliżała szklanką butelkę z alkoholem do ust. Wydawało się to nieco nierealne, ale za zamkniętymi drzwiami działy się rzeczy niewyobrażalne.
– Wino z lodem – pokiwał głową z dezaprobatą, wypuszczając dym z jamy ustnej. Gdyby dołączono ich dialog do scenariusza kasowej, nowoczesnej, hollywoodzkiej komedii cała sala właśnie jednogłośnie parsknęłaby śmiechem. Wisiało nad nimi widmo wojny, terroru Hitlera, żołnierze ginęli na frontach… a oni rozmawiali, zupełnie niczym nieskrępowani, o dodawaniu lodu do napojów alkoholowych.
Każdy posiadał swoją hierarchię priorytetów.
– Jeśli już teraz wyglądam tak dobrze, a u mężczyzn urok osobisty rośnie wraz z wiekiem, to pomyśl, co stanie się, kiedy spotykamy się za miesiąc? – to rozważanie rozbawiło go na tyle, aby zaśmiać się cicho pod nosem, ignorując nieco przerażające widmo nadchodzącej trzydziestej rocznicy istnienia. Zauważył, że już dawno nic nie sprawiało mu tak szczerzej radości.
Guten Abend – zaciągnął z iście teatralną chrypą, dodając dwóm słowom subtelnej tajemniczości, której nigdy nie osiągałby żadnej Niemiec w naturalnym środowisku… nawet przy sprzyjających warunkach pogodowych.
– Wyłącznie w wypadku, kiedy będzie udawać, że mam na sobie świetnie skrojony mundur i jesteś we mnie bardziej zakochana niż nasza piękna córka. Wtedy możemy pożegnać się najpiękniejszym, najbardziej perfekcyjnym pocałunkiem, jakiego nigdy nie uchwycił w kadrze żaden reżyser.
Może kino w tamtych czasach potrzebowało odrobiny autentyczności… Cechy, która dodałaby nieco więcej pasji do jednej z tysiąca powierzchownie innych, jednakże identycznych wewnątrz historii miłosnych.
Albo właśnie ni potrzebowało już więcej kochliwych opowieści, zmierzając do czegoś zupełnie nowego.
– Rozważ moją propozycję – nie dostaniesz lepszego partnera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sob Sie 27, 2016 4:05 pm

Zastanawia mnie skąd w ludziach tak wielkie zamiłowanie do historii o mniej bądź bardziej szczęśliwych kochankach. To przecież nie tylko wojenna moda - choć w czasie wojny jeszcze więcej na ekranie rozdzielonych i krwawiących serc. Wielkich słów. Poświęceń. Niby to propaganda, niby próba zaszczepienia potrzebnych wzorców, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że to przypomnienie. Wciąż jesteśmy ludźmi, nie potworami. Nawet oprawca w mundurze ma wrażliwą stronę, tak głosi ekran, nawet oprawca w mundurze ma do kogo tęsknić.
Kiedy ludzi sprowadza się do poziomu mięsa armatniego, to i najbardziej romantyczna czy ckliwa historia nie sprowadzi ich na poziom dawnego człowieczeństwa. Bo i co po świadomości, że każdy za kimś tęskni? Czy członek Ruchu Oporu będzie o tym pamiętać, strzelając do przypadkowo znalezionego niemieckiego żołnierza? Czy faszysta przypomni sobie o pięknej blondynce płaczącej na ekranie, celując w łeb jakiegoś francuskiego szeregowego?
Denerwuje mnie fakt, że tak bardzo jesteśmy zależni od decyzji innych ludzi. Ktoś u góry wydał rozkaz „walczyć” i nagle wszystko staje na głowie. Pewnego dnia padnie rozkaz „zawiesić broń” i ci, czujący się zwycięzcami, będą rozliczać całą resztę ze wszystkich podjętych decyzji. Wolność, równość, braterstwo? Wyświechtane slogany.
Mój mąż nigdy nie spytał czy podoba mi się jego pomysł zaciągnięcia się na front. Spakował wojskowy worek, pocałował mnie w czoło i tyle go widziałam. Chciał zostać bohaterem i jak bohater zginął. Na tym powinna skończyć się cała historia, martwym łatwo być symbolem.
Ja nie miałam podobnych aspiracji, a i mnie pociągnięto do odpowiedzialności za nastrój całego narodu.
Zapewne dlatego brak szacunku wobec dobrych alkoholi budzi we mnie większy sprzeciw niż widmo wojny, terroru, Hitlera i biednych chłopców oddających życie za ojczyznę.
- Obawiam się, że będziesz nie do odparcia - jeszcze nonszalancko palący cygaro, już widzę tabuny mdlejących kobiet. Nie oddam jednak swojego miejsca u boku Henriego, zbyt dobrze mi przy nim. Brak pretensjonalnej grzeczności, brak sztywności wymaganych manier i całej towarzyskiej gry. Nieustanne przebywanie w towarzyskiej śmietanki z roku na rok staje się coraz bardziej nużące. Będąc młodą dziewczyną fascynował mnie blichtr, srebrne widelce, kryształowe kieliszki i nienaganne maniery. Prościej było też poruszać się w środowisku gdzie każdy krok jest starannie wystudiowany i przemyślany, wystarczyło naśladować odpowiednie ruchy by błyszczeć. Dzisiaj nawet mnie to nie bawi.
- Najbardziej perfekcyjny? Będziemy mierzyć się z Upiorem w Operze i pocałunkami Lulu z Puszki Pandory? - nie ukrywam, potrafi rozgrzać nawet moje skute lodem serce - Miłość w języku niemieckim nie brzmi romantycznie. Agresywnie, tak, ale nie chwyta za serce. Nie rozgrzewa. Jeśli wielkie wyznania, to tylko po francusku - może moja wielka miłość do Weimaru w dużej mierze wynikała z braku słów? Tęsknię za kinem które nie musiało mówić. Gesty wyrażają znacznie więcej. Słowa są bez nich całkowicie puste - Czy naprawdę w to wierzysz? Wszystko przeminie? A czy nie byłoby cudowniej gdybyśmy zestarzeli się w swoim towarzystwie? Gdybyśmy razem przeżyli wszystko. I z perspektywy czasu, patrząc wspólnie w przeszłość, uznali, że kiedy byliśmy razem nic nie było skomplikowane - sięgam po twoją dłoń gdzieś po drugiej stronie stolika, przybliżam swoją twarz by poprosić cicho - Zostań.
To jest w aktorstwie najpiękniejsze, wystarczy sekunda by zapomnieć. I stać się kimś innym. Spojrzeć głęboko w oczy tak, jak nie patrzyło się nigdy wcześniej, tak jakby nie widziało się ich nigdy wcześniej.
- Widzisz. A teraz wyobraź sobie te słowa po niemiecku - równie szybko można wrócić. Usiąść wygodniej na krześle. Uspokoić bicie serca. Sięgnąć po wino.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Sie 28, 2016 3:12 am

Historie miłosne dumnie emitowane przez ogromne, kinowe projektory zyskały tak wielką popularność, ponieważ ludzie w głębi serca pragnęli tylko jeden rzeczy w swoich krótkich życiach – miłości.
Podobno.
Zamiast sięgać po to, na co aktualnie mieli ochotę, zamykali się w ciasnych mieszkaniach, ponownie kolejny spoglądając na ten sam odbiornik radiowy, maniakalnie słuchając irytującego głosu spikera. Społeczeństwo najzwyczajniej w świecie bało się tworzyć własne, zapierające dech w piersiach fabuły, pozwalając zwykłemu, monotonnemu życiu zawładnąć nad ich umysłami. Wmawiali sobie bark potrzeb wyższego rzędu – nie chodzili głodni, mieli dach nad głową, marnie płatną, acz stałą posadę. Idealna sytuacji do posiadania dwójki, może trójki potomstwa oraz zbliżania się do końca odcinka swojej nędznej egzystencji. Tak było łatwiej, gdyż rozpoczęcie wojny o własne szczęście wiązało się z wieloma bitwami – każde działanie musiało zostać poparte dużymi nakładami energii, a często tylko w celu ponoszenia porażek, umożliwiających powroty ze złamanym sercem do domu, uronienie kilku słonych łez, ponownie uśniecie kwadrans przed trzecią w nocy w kompletnej samotności.
Namiętność wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem, dlatego większość spoglądała z zazdrością na wielki ekran, chłonąć obrazy, by jeszcze przed końcem napisów, aczkolwiek po opuszczeniu z ciemniej sali kinowej wmówić sobie, że takie rzeczy wydarzały się wyłącznie bohaterom mozolnie wykreowanym przez scenarzystę, zamkniętych na kilkuset stronach maszynopisu. Coś takiego nie mogło istnieć – powtarzali sobie to jak mantrę, ciągnącą ich wraz z grawitacją ku ziemi.
Właśnie dlatego tak chętnie oglądało się historie o dwójce kochanków – zapełniały pewną życiową pustkę, pomagały podnieść niewidzialny ciężar.
Dym z cygara zawirował w ustach Henriego, pozwalając mu na całkowite poddanie się słowom platynowej blondynki. Bez najmniejszego doszukiwania się drugiego dna po prostu – lubił jej słuchać. Zatapiał wszystkie zmysły w jej postaci, aby oddać się przyjemnie krótkim falom dźwiękowym, rytmicznie wyginającym się, pomalowanym na czerwono ustom lub oczom, skrywającym coś więcej niż panieńskie nazwisko wraz z kilkoma strzępami dawnych scenariuszy.
– Będziemy mierzyć się nawet z boginią Psyche i jej ukochanym Erosem, budzącym ją w kamieniu u Canovy, albo z „Pocałunkiem” samego Muncha – zatrzymał się, by przeciągnąć myślami po napomkniętych bohaterach. Mógłby spotykać się z nią tylko pod osłoną ciemność, spać w jej łóżku, nie pokazując twarzy i znikać przed pojawieniem się rydwanu Heliosa? Albo byłby na tyle odważny, żeby połączyć się w jedność, całkowicie oddając się drugiej osobie, nawet tracić twarz jak na przygaszonym, norweskim obrazie?
– Choć obawiam się, że przy nas wszystkie te pocałunki straciłyby swój czar.
Kolejne słowa wypływały z jej ust niczym najpiękniejsza melodia śpiewana w pierwszy dzień wiosny, kiedy na niebie wirowały jaskółki w szaleńczym tańcu. Poczuł jej dłoń przez ułamek sekundy najpierw na kolanie, a potem na własnej ręce. Stracił rachubę, w którym momencie wszystko, o czym rozmawiali, dotyczyło naprawdę ich, a co należało do kunsztownej gry aktorskiej.
– Wszystko ma swój początek i koniec, zataczając ogromny krąg życia. Wszystko, oprócz nas, przeminie, odjedzie w niepamięć, zostanie pokryte grubą warstwą kurzu. My nie możemy sobie na to pozwolić. Obiecuję, że zrobię wszystko z jednego tylko powodu – znów móc obudzić się, patrząc wprost na ciebie każdego następnego dnia do końca życia. Wtedy już nic nie będzie skomplikowane – odpowiedział, zaciskając nieco mocniej jej delikatną dłoń. – Wrócę.
Czuł, że mógłby to wszystko przerwać, zaśmiać się pusto, gratulując sobie samemu tak ogromnego talentu aktorskiego, aczkolwiek wolał zatracić się w roli. Na moment zapomnieć, kim w rzeczywistości dla siebie byli.
Pokoju nie znajduję, choć nie wszczynam wojny,/boję się i mam nadzieję, płonę i jestem jak z lodu - przybliżył się do niej, aby wyrecytować ostanie słowa niskim, przyciszonym głosem wprost do ucha… nie po niemiecku, a w języku wielkich wyznań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Sie 28, 2016 2:34 pm

Ludzie zawsze znajdują wymówki.
Przed filmem był teatr i literatura. Wielkie uczucia zaklęte w słowa. Nie wychodząc z własnego łóżka można było przeżyć największą z możliwych miłości.
Bo jedynie miłość może dać człowiekowi szczęście, tak mówią.
Zgodzi się z tym, mój drogi Henri? Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że pełnię osiągnąć można jedynie w towarzystwie? Jak w tej platońskiej opowieści o połówkach, nawet nie pamiętam kto jako pierwszy mi ją opowiedział. Byłam młodą dziewczyną, dziewczyną z dala od domu, takie podobno wierzą najbardziej we wszystko co im się opowie. A koncept zaginionej na świecie drugiej połowy, tylko czekającej na odnalezienie? Koncept bycia w połowie pustym - co lepiej rozpali wyobraźnię?
Wiele razy próbowano rozpalać moją wyobraźnię.
Łatwo jest się zatracić w zawodzie aktora. Przekroczyć cienką linię odgradzającą rzeczywistość od fikcji, zamknąć oczy na zbyt długo. Poczuć na skórze ciepło cudzego oddechu, ciepło innych rąk i uznać, że to więcej niż tylko gra. Nie ma co dziwić się romansom, nie ma co dziwić nieustannemu ciągowi ślubów i rozwodów, każdy chce wierzyć w to co dzieje się na srebrnym ekranie. By pokazać na nim magię, trzeba znaleźć powiązanie. Wyjść do drugiego człowieka. Można stracić nad tym kontrolę, można się zatracić.
A potem obudzić się w zimnym łóżku, obok człowieka który w niczym nie przypomina odgrywanego wcześniej charakteru.
Moje małżeństwo skończyło się po prostu pustym łóżkiem. Ale w moim małżeństwie od początku było wiadomo, że jesteśmy jedynie kukiełkami.
- Nie zwodź mnie obietnicami bez pokrycia - żartobliwie grożę ci palcem. Ciekawe czy dane będzie poznać mi kobietę przy której będziesz na tyle odważny by połączyć się z nią w jedność. Jedno jest pewne, znienawidzę ją szczerze za próbę zabrania mi ciebie.
- Więc dlaczego musisz iść? - kocham improwizować. Zatracać się w świecie fantazji. Kiedy jeszcze w kinie nie mówiono - czy nie uważasz, drogi Henri, to wielkie szczęście, że i głos mam filmowy? - największym problemem było zbudowanie wiarygodnej więzi jedynie gestami. Więc spędzało się ze sobą czas, opowiadając nieme historie. Nie wiedząc jaki jest ich początek i koniec, nie wiedząc co zrobi druga strona, po prostu poddając się fali. To trochę jak życie, nie uważasz, czasem trzeba zamknąć oczy i poddać się fali. Ciągłe przemijanie na brzegu prowadzi do nikąd - Dlaczego nie zostaniesz? Chociaż chwilę. A potem kolejną. Kolejną. I kolejną. Zamiast dziękować, że wróciłeś, będę wdzięczna bo zostałeś - a zostać jest przecież znacznie trudniej.
Kim jest dziewczyna która z tak wielką tęsknotą prosi ukochanego by został razem z nią? Nie wiem, ale w tej chwili jestem nią i czuję - strach. Bo przecież możesz nie wrócić. Możesz umrzeć, a martwy nie będziesz pamiętać. Kiedy nie będziesz pamiętać tych ust czerwonych i oczu lekko podkrążonych, nie zostanie ze mnie nic. Rozpłynę się w mroku nocy. Bo i czy jesteśmy czymś więcej niż tylko wspomnieniem? Rolą odgrywaną w danym momencie?
Nieustannie jesteśmy zamknięci w ramach jednej bądź drugiej kreacji. Nie trudno przy tym wszystkim stracić zmysły.
- Zostałeś więźniem dwojga błyszczących oczu - odpowiadam równie cicho, to rozmowa dla dwojga.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Wto Sie 30, 2016 2:23 am

Nidy nie rozważał tego, czy na ścieżce niezwykle stabilnej egzystencji miała odnaleźć się prawdziwa miłość, dla której i, przez którą mógłby oszaleć, skoczyć w przepaść lub pozostawić wszystko, co posiadał w Paryżu. Może w jego wieku wypadałoby spotkać ułożoną narzeczoną, planować ślub, pomyśleć o potomstwie, rozpocząć prowadzenie bardziej dojrzałego trybu życia, oznaczającego codzienne jedzenie kolacji z tą samą osobą każdego dnia, odkładanie funduszu powierniczego, kupowanie croissantów w tej samej piekarni przez najbliższe dwadzieścia lat.
Po raz kolejny – nie należał do tego typu mężczyzn – ani wtedy, ani wcześniej, ani na pewno nie miał dopiero znaleźć się w ich gronie. Zbyt mocno uwielbiał dzielnie się tak pięknym uczuciem jak pożądanie. To on rozpoczynał puste historyjki pełne nocnych namiętności, pozbawione cienia szans na prawdziwą miłość
Czy kiedykolwiek myślał o drugiej połówce? Nie miał na to czasu. Również nie chował w historii epizodu na rozważanie słów greckich filozofów w odniesieniu do własnego życia. Wolał być w połowie pełny, aniżeli w połowie pusty. Zawsze mógł wycisnąć z krótkiej znajomości nową kroplę witalności, powoli spływającą po cienkich ściankach pustki. Akurat w tym czuł się ekspertem.
Wyobraźnia Henriego była rozpalana niejednokrotnie, jednak nie każdemu przychodziło to z taką łatwością. Rzadko kiedy działał na niego rozpity guzik, spódniczki odkrywające długie nogi z namalowanymi szwami lub pretensjonalne gesty intensywnie ocierające się o strefę seksualności. Przez trzydzieści lat życia zdążył oswoić się z nagością na tyle, by nie mógł jej oglądać, nie sprawiała mu najmniejszego kłopotu… z pewnością można było uznać, że ją lubił – prawdopodobnie, gdyby złożono mu propozycję stanięcia całkowicie bez ubrań przed publicznością w Théâtre du Châtelet, nie zawahałby się nawet przez sekundę.
Oczywiście dla jakiegoś wyższego, szlachetnego celu lub dobrej zabawy.
Należał przecież do elitarnej mniejszość i nie pozwalał sobie na zatracanie się w czymś tak zwyczajnym.
– Moje serce skrywa tylko dwie miłości – ciebie i Paryż – odpowiedział wsłuchując monologu wypowiedzianego przez Descoteaux.
Podziwiał aktorów nie tylko ze względu na nienagannych wygląd, ale za tak lekkie podejście do kłamstwa. Proces sądowe i plan filmy w gruncie rzeczy nie różniły się od siebie w wielu aspektach. Z podstawową niezgodność – na polu bitwy de la Fontaine scenografia nie zmieniała się tak brawurowo. Niemniej, w obu miejscach trzeba było dobrze wyglądać, w obu prezentować swoją historię publiczności i co najważniejsze, w obu perfekcyjnie blefować, obmyślając sensową wersję wydarzeń na poczekaniu.
Podniosłe słowa o sprawiedliwości, czy szlachetnych prawnika straciły swoją rację bytu już w starożytny Rzymie, mydląc miliony oczu niezaangażowanym w cały system norm, regulacji, kodeksów.
Ciekawiło go, jak dobrze aktualna rozmówczyni poradziłaby sobie ze zmiażdżeniem prokuratora w początku wygłoszenia mowy końcowej.
– Nie żałuję, stwierdzając więcej – błogosławiony dzień, miesiąc, rok, godzina, miejsce, chwila – odpowiedział, zniżając lekko głowę.
Delektując się przyjemnym uczuciem otumanienia przez zapach perfum, zatracił się w ulotności tej chwili. Bez najmniejszego wahania złożył pocałunek na jej szyi. Jego wargi były ciepłe niczym sierpniowy wieczór jej urodzin.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sro Sie 31, 2016 8:20 pm

Zabawne to określenie - prawdziwa miłość. Czy są nieprawdziwe? Pewnie można odpowiedzieć - te widziane na ekranie, pomiędzy dwójką aktorów, te czytane w książkach łączące bohaterów, ale co to za kryterium? Widziałam i czytałam więcej prawdziwych miłości, niż zetknęłam się z nimi ot tak, na ulicy.
Czy ta, rzekomo, prawdziwa miłość ma jakiś wzorzec? Wiąże się jedynie ze ślubem, dziećmi i croissantami na śniadanie? Co z tymi, którzy za prawdziwą miłość mają jedynie tę niespełnioną? Co z tymi, którzy za wzór stawiają sobie rodzicielską? Definicje można mnożyć. Tylko po co? Mnogość zabija miłość. Uczuć nie powinno się przytłaczać, poddając je definicjom.
Uwielbiam przynoszone do łóżka śniadanie - i nie ma to nic wspólnego z miłością. Wystarczy dobra gosposia i pieniądze. Marzę o dziecku, nie od dzisiaj. Nie sądzę jednak by każdy obiekt wyższych uniesień nadawał się na ojca - podejrzewam, że niewielu jest takich. A co romantycznego jest w ślubie? To przecież prawne usankcjonowanie umowy pomiędzy dwójką ludzi, uporządkowanie kwestii finansowych, ułatwienie sobie życia. nie romantyczny gest świadczący o dozgonnym uczuciu.
Ale muszę przyznać, że tym co najbardziej pociąga mnie w miłości jest stałość. Miłość nie znika ot tak, niezależnie od wszystkiego. Nie ważne czy sielankowa, czy tragiczna, rodzicielska bądź braterska, kiedy się już pojawia - po prostu jest.
I to nie kosztem czegoś.
Gdyby piękna blondynka - nie wiem dlaczego, ale nie potrafię wyobrazić sobie u twojego boku kobiety o innych włosach niż platynowe - zawróciła ci w głowie, nie tęskniłbyś za innymi. Może tęsknisz wciąż do innych i wciąż szukasz podniet, bo brakuje ci tej jednej?
Nie. To zbyt banalne.
- Zawsze musi być ta druga - zawsze jest. Nazywaj ją jak chcesz. Paryż. Ojczyzna. Francja. Wolność. Ta która wymaga walki i krwi, kiedy wezwie, już nie odpuści. Z wojny się nie wraca, nigdy w pełni. Wolę tchórza niż bohatera, wiesz mój drogi, wolę wygodnego mężczyznę, który woli dbać o własne interesy niż te całego narodu.
Dobrze, że to tylko gra. Dobrze, że ty zostałeś w Paryżu.
- Byleby nie pozostała nam tylko chwila - podczas wojny czas odmierza się chwilami. Ulotnymi. Łatwymi do zniszczenia jak mydlane bańki. Wystarczy jeden ruch by prysła.
Ciepłe usta na mojej szyi to przyjemne odczucie. Ale ciepłe usta na ciele zawsze oznaczają koniec chwili. Koniec sceny. Pierwszy pocałunek zawsze jest końcem pewnej epoki - nawet jeśli trwała tylko kilka sekund - epoki iskier, ekscytacji i oczekiwania. Pocałunki często zawodzą, kiedy ciało odsunie się od ciała, zostaje jedynie pustka. Ja się nie odsuwam, nie teraz, sięgam jednak po kieliszek. Odgarniam włosy - Wiesz - wyznam ci sekret - Aktorzy bardzo rzadko naprawdę całują. Najbardziej pamiętne sceny uniesień to najczęściej dobre światło, odpowiedni kąt kamery i ułożenie ciał - i podniosła muzyka, muzyka jest kluczem - Najważniejszy jest jednak moment przed, on mówi o całej chemii. Głębokie spojrzenie w oczy. Powolne zbliżanie się, oddalanie i ponowne zbliżanie. Mieszanie oddechów. W tych momentach można się zatracić - w tych momentach najprzyjemniej się zatracić - Pewnie dlatego ostatnimi czasy nie gram ich tak często.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Lis 20, 2016 2:31 pm

Theo Finalité miała do rozwiązania sprawę. Pierwszą od sama nie była pewna jak dawna. I zamierzała sprawić, że złodziej już nigdy niczego nie ukradnie, a jej nazwisko będzie symbolem strachu dla wszystkich potencjalnych przestępców.
No dobrze, chciała po prostu rozwiązać sprawę. A inni niech kradną ile chcą - byleby miała pracę. Choć to pewnie było nieco niemiłe względem osób, którym w najbliższym czasie znikną ich rzeczy, no ale hej - trzeba z czegoś wyżyć, a bycie prywatnym detektywem musiało być powołaniem Theo - w końcu to właśnie miłość do zagadek detektywistycznych uratowała jej życie dawno, dawno temu, kiedy była o wiele młodsza.
Nie, żeby teraz była stara. Theo nigdy nie będzie stara.
Teraz zmierzała w stronę winiarni, w której ostatnio widziano osobę, z którą chciała zamienić kilka słów i wyciągnąć parę informacji, jako że badała sprawę, która zdarzyła się bardzo blisko tej właśnie osoby domu.
Weszła do środka, pewna siebie jak zwykle.
- Przepraszam! - krzyknęła, mając nadzieję, że jej potencjalny (miała nadzieję, bo to by ułatwiło wszystko) świadek rozumie po francusku. - Szukam Herr Franza von Liebenfelsa. Nazywam się Theo Finalité, prywatny detektyw - końcówkę dodała chyba w ostatniej chwili, bo przecież jeśli chciała porozmawiać z niemieckim świadkiem, który mógłby coś wiedzieć, to nie mogła być jakąś tam sobie francuską dziewczyną, która chce nie wiadomo czego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Lis 20, 2016 7:42 pm

Dla Francuzów winiarnia Bordeaux stanowiła  swego rodzaju ostoję. Żaden Niemiec, który się szanuje lub przynajmniej żaden Niemiec, którego zna von Liebenfels, nie zagościłby do miejsca o podobnej renomie. Zawarcie w filmie lokalu tak do bólu francuskiego, przesiąkniętego Paryżem i przez paryżan ukochany, miało wzbudzić w potencjalnych widzach złudne poczucie swojskości – utwór, który brutalnie celuje w ich narodowość z przekazem tak wygładzonym i wtopionym w na pozór znajome tło Paryża, że ledwo zauważalnym.
Spójrzcie na swoje piękne miasto, radujcie się nim, póki możecie mówić między sobą o tym, że jesteście Francuzami.

Trzecia czarna kawa. Irytacja paląca obolałe gardło, wyduszająca z jego ust kolejne zachrypnięte polecenia. Niekończące się dyskusje prowadzące donikąd. Brak rezultatów. Sceny kręcone od nowa i czas – najgorszy wróg zbijający go z nóg. Za mało tego czasu. Na sen.
W krótkiej przerwie – bo na więcej niż kilkanaście minut nie mógł (potrafił?) sobie pozwolić – między kolejnymi próbami doprowadzenia tego do poziomu co najmniej zadowalającego, jego spokój zmącił kamerzysta. Wspomniał o kobiecie wymieniającej go z imienia, o prywatnej detektyw stojącej nieopodal. Młodym dziewczęciu, jak ocenił Franz, która dopiero co wyrwała się z rodzinnego gniazda.
-Dobry wieczór, Franz von Liebenfels – przywitał się i przedstawił pokrótce mając nadzieję na prędkie rozwiązanie sprawy. I licząc na to, że kobieta zna wagę jaką stanowi dla niego czas, więc nie będzie go marnować. Z premedytacją.
Zachęcił ją, by usiadła przy stoliku czyniąc to samo. Milczał uparcie w żadnym razie nie ułatwiając jej zadania, a wręcz taksując ją krytycznym, oceniającym spojrzeniem. Spojrzeniem Niemca, który oczekuje od kobiety, by wyjaśniła, czemu, do licha, zawraca mu głowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Lis 20, 2016 8:30 pm

Mężczyzna, który poprosił ją, aby chwilę zaczekała i pobiegł po, jak Theo podejrzewała, pana von Liebenfelsa, wyglądał na niezbyt pewnego, ale to nie zraziło dziewczyny - wiedziała po co przyszła i wiedziała, że jest w stanie szybko rozwiązać sprawę, która nie należała do najbardziej skomplikowanych, o ile Herr von Liebenfels będzie coś wiedział. No ale, nawet jeśli nie to może przynajmniej powie coś o swoich sąsiadach? Może nawet nie wiedzieć, że drobna, pozornie nic nie znacząca informacja, mogłaby mocno przydać się Theodosii.
W końcu dostrzegła mężczyznę zmierzającego w jej kierunku, który musiał być człowiekiem, którego szukała i natychmiast przeszła do działania, bo jeśli się jednego nauczyła to tego, że Niemcy bardzo lubią nie marnować swojego czasu. A pewnie właśnie za marnowanie czasu mężczyzna mógł uważać spotkanie z detektyw.
- Guten Tag, herr von Liebenfels! Ich heiße Theodosia Finalité, prywatny detektyw jak na pewno został pan poinformowany. Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam, ale mój klient, jeden z pana sąsiadów, pilnie potrzebuje mojej pomocy w złapaniu sprawcy bardzo przykrego zdarzenia i potrzebuję porozmawiać ze wszystkimi, którzy zamieszkują tę okolicę. Chodzi o kradzież wartego kilka tysięcy naszyjnika, a mam powód podejrzewać, że sprawca również mieszka w okolicy. Czy zgodziłby się pan powiedzieć mi gdzie pan przebywał wczoraj wieczorem, od siódmej wieczorem, do drugiej w nocy? To właśnie w tych godzinach najprawdopodobniej doszło do kradzieży, a być może widział pan coś niepokojącego, co mogłoby mi się niezmiernie przydać. - mówiła najszybciej jak się da, w dodatku po niemiecku licząc na to, że być może trochę to uspokoi reżysera, który na pewno nie miał ochoty na rozmowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Wto Lis 22, 2016 9:54 am

Kobieta rozpoczęła swój (nie)przejmujący monolog. Milczał kulturalnie, nie wchodził w słowo, choć miał najszczerszą ochotę dopić parzącą usta kawę do końca, aby zagłuszyć wrzątkiem rozlewającym się po gardle to potulnie świergotanie. Oszczędność to cecha, którą cenił sobie u ludzi, tych niemarnujących jego czasu, nie zapełniali minut jałowymi dysputami i problemami biednych. Choć w tej rozmowie waga była zdecydowanie wyższa, nadal uważał, że naszyjnik nie jest wystarczającym powodem, aby zawracać mu głowę w godzinach pracy.
-Nie rozumiem – rozpoczął przeciągle w przerwie między gorzkimi łykami. Nie wiedział, w którym miejscu niedowierzanie i kiełkującą irytację zastąpiło histeryczne rozbawienie nijak odmalowujące się na jego licu. Z oczu jednak raziła kpina. Politowanie? – Zapytam wprost: oskarża mnie Pani o kradzież naszyjnika? A może inaczej – bierze pani od uwagę ewentualność, w której ten naszyjnik został ukradziony przeze mnie? – głos mu nie zadrżał.
Ze śmiechu, który dusił w rozgrzanym gardle.
Był człowiekiem, który stał na nogach od dziesięciu godzin, użerał się z bandą małp, które nie potrafią zrobić dobrych zdjęć i drewnianych kukieł. Być może to pierwsze stadium zaawansowanego pedantyzmu, być może to po prostu kwestia pogody. Nie wierzył jednak, że do całej pochmurnej gamy porażek i niepowodzeń dołączy paryska dziewka prowadząca dochodzenie w sprawie ukradzionego naszyjnika w mniej lub bardziej subtelny sposób sugerująca, iż mógłby mieć z tym coś wspólnego.
-Chciałaby Pani, żeby ktoś ją jeszcze zatrudnił? – spytał na końcu, dosyć swobodnie, z czająca się za tą beztroską grozą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Wto Sie 29, 2017 8:11 pm

Nawet po tylu miesiącach w powietrzu wciąż utrzymuje się cień mocnych perfum babci.
Ulica jest cicha, to dziwny kontrast wszystkich wspomnień z czasów dzieciństwa. Wtedy Paryż był miejscem wakacyjnych ucieczek. Jako młoda dziewczyna nie wyobrażała sobie spędzić wakacji w winnicy. Kojarzyły się jej z nudą pachnącą rozgrzaną słońcem ziemią. I sierpniowym żalem. W stolicy wszystko było ekscytujące, wszystko pełne świateł. Wiecznie żywe alejki, nie zasypiające nawet w środku nocy. Śmiech. Muzyka. Taniec. Feeria barw, kolorów, zapachów - tak różna od spalonej słońcem lawendy.
Dzisiaj?
Jest środek dnia. Maj. Na ulicy nie słychać nawet śmiechu dzieci.
Wojna to nie czas na śmiech. Szczególnie ten dziecięcy.
Bose stopy suną pomiędzy miękkim dywanem a chropowatymi deskami parkietu. Wiosenny wiatr delikatnie faluje firanami, rozpoczynając taniec światła i cieni - nie zwraca na niego uwagi. Szuka.
Odpowiedzi.
Co łączy nagły wyjazd Lorette z milczeniem?
Nie zdziwił sam pomysł, to po niej odziedziczyła gen impulsywności. Zaskoczyła cisza. Zdawkowe odpowiedzi po powrocie. A przecież to ona wiodła prym w rozmowach rodziny Gundersenów. Jej treli szczebiot można było usłyszeć od rana do nocy, przerywany okazjonalnym potakiwaniem męża. Nawet historia o kupieniu jajek potrafiła być opowiedziana z najdrobniejszymi detalami. O wizycie w Paryżu powiedziała zaledwie kilka słów, wyraźnie wymuszonych wypytywaniem córki.
To i brak listów dały jej do myślenia.
Urwały się zbyt nagle, zbyt niespodziewanie, nic nie zapowiadało podobnego obrotu wydarzeń. Nie przychodziły często, nie tak często jakby chciała, ale w wojennej zawierusze najmniej uwagi poświęca się korespondencji stęsknionych kochanków. Mimo wszystko, sześćdziesiąt siedem z nich przebrnęło przez wszystkie pola bitwy, okopy, wrogie granice.
Nagle odwrócił się od nich szczęście?
Może niepokój pojawiłby się później. Może dłużej mydliłaby własne oczy bajeczką o pocztowych problemach. Może. Gdyby nie milczenie matki. I jej zatroskane spojrzenie, lustrujące uważnie sylwetkę córki zawsze wtedy, gdy zdawała się przypuszczać, że nie widzi.
Pierwsza myśl - poległ.
Druga myśl - wiedziałabym.
Wiele może być naiwności w takim zawierzaniu intuicji. Jest jednak przekonana, że poczułaby gdyby dosięgła go obca kula. Tak jak czuła ostatnie oddechy brata. Nagłe, niespodziewane szarpnięcie w okolicy żołądka. Serce. Początkowo wstrzymuje swój bieg, by przyśpieszyć do tysiąca uderzeń na minutę. To przecież niemożliwe - a jednak pulsuje tak szybko. Wzburzona krew krąży w żyłach, płuca nie nadążają z oddechem. W uszach szumi. Wzrok traci na ostrości, pozostałe zmysły wydają się ogłuszone. Świat zewnętrzny przestaje istnieć.
Wtedy zaczęła biec. Szybko. Bez słowa rzuconego na pożegnanie zaskoczonym koleżankom, mając nadzieję, że to tylko…
Znała już to uczucie. Za pierwszym razem nie potrafiła zrozumieć co obudziło ją w środku nocy. Kręciła się po cichym domu szukając odpowiedzi. Miarowy oddech ojca. Pochrapywanie mamy. Cisza w pokoju dziadka.
Była zbyt mała by ją zrozumieć. Zareagować. Odpowiednio zinterpretować. Spędziła na fotelu całą noc, czekając na jakikolwiek odgłos. Ruch?
Słońce od kilku godzin górowało nad horyzontem, gdy ostre pytanie matki co tutaj robi ustąpiło miejsca cichemu krzykowi przerażenia.
Wiedziałaby. Zawsze wie.
Podejrzewała, że zaginął. Miejsce pobytu nieznane. Czy mało to ludzi znika gdzieś podczas wojennej zawieruchy? Pytania narastają. Odpowiedzi nie przychodzą. Pozostaje tylko czekać.
Nie ma zamiaru czekać.
Gdy tylko pojawiły się głosy o poszukiwanych ochotnikach na wyjazd do Paryża, od razu wykazała chęć. Twarz ojca poszarzała gdy poprosiła o pomoc z załatwieniem przepustki, nie próbował jej zatrzymać. Od zawsze dogadywali się bez słów. Mamie mogła opowiedzieć historyjkę o biednej kuzynce, o niszczejącym mieszkaniu babci, nawet tę o chęci naukowego rozwoju pomimo ciężkich czasów. On wiedział. Nie chodzi nawet o walkę za ojczyznę.
Paryż bliżej leży Londynu. Do Paryża przerzucają alianckich szpiegów. Z Paryża łatwiej dostać się za kanał La Manche.
Od kilku tygodni szuka drogi.
Z jednej strony próbuje utorować tę do kontaktu z anglikami, o których plotki krążą pomiędzy boginkami miłości. Z drugiej - ułożyć ścieżkę z okruchów, jakie zostawiła po sobie Lorette. Listy kuzyna Allarda do babci pozostawione na biurku w gabinecie. Nie widziała go od lat, od lat nie wspominano też o nim w domu. Podobno pokłócił się z rodziną, podobno wiedzie życie Casanovy. Podobno, nigdy się nim nie interesowała. Kilka szkiców listów referencyjnych, pozostających gdzieś w głównej sypialni. Brakująca książka na półce, kilka płyt z muzyką poważną leżących nie w tym miejscu co trzeba.
Lorette słucha tylko Liny Margy.
I kontakt do właściciela winiarni. Wraz z adresem, zapisany na skrawku w papieru. Znaleziony tego poranka za kuchennym stołem.
Trop?
Dopija do końca kawę, w której aromacie czuć już upływ czasu. Wkłada jedną z sukienek sprawiających wrażenie niewinności. Pantofle na niskim obcasie, by w każdej chwili uciec. Perfumy i czerwona szminka. Dodają animuszu.
Jest jeszcze zbyt wcześnie na wino, o ile we Francji jakakolwiek pora może zostać uznana za zbyt wczesną, kiedy skrzypnięcie drzwi zwiastuje nadejście klienta. Uścisk w żołądku podpowiada, że trafiła dobrze. Lekko drżą dłonie. Nie ma planu, przyszła tu od razu, nie zastanawiając się nad następnym krokiem.
W najgorszym wypadku wyjdzie z butelką wina.
Czuje, że stanie się inaczej.
W swoje ciche - Bonjour - mające zwrócić na siebie uwagę, stara się włożyć jak najwięcej melodyjności. To nie broń zdobywa informacje, a urok.
Tego przecież nigdy jej nie brakowało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sob Wrz 02, 2017 3:40 pm

Kiedy myśli: wino jest obdarzone mową, błoga nieświadomość to jedyne uczucie, które towarzyszy mu tego poranka. Przecież każdy o tym wie – wino ma prawo głosu. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Zapytać wyroczni na rogu ulicy; niespodziewanego gościa na przyjęciu weselnym; lokalnego szaleńca. Wino przemawia tysiącem głosów. Rozwiązuje języki, podstępnie wyciąga głęboko zakopane tajemnice, które miały nie ujrzeć światła dziennego, których istnienia nawet nie jest się świadomym. Zaśmiewa się do rozpuku. Subtelnie chichocze pod nosem. Szlocha w konfrontacji z własnym odbiciem. Przywraca do życia dawno minione gorące, prowansalskie miesiące i wspomnienia, o których najlepiej byłoby zapomnieć lub – przynajmniej – nie przywoływać ich bez celu.
Dziś wino krzyczy.
Przy przecieraniu butelki pokrytej szlachetną warstwą kurzu, peroruje energicznie, domaga się uwagi i pragnie coś przekazać. Kolejne wielkie sprawy, cudowne plany, opowieści o  tragicznej miłości i straszliwej zdradzie?
Każda butelka posiada własny, delikatny aromat zamierzchłych czasów, odległych miejsc; każda – od najbardziej plebejskiego Liebfraumilch do arystokratycznego Fleurie rocznik 1935 – jest siedemset pięćdziesięcio mililitrowym cudem. Magią dnia powszedniego, jak zwykł mawiać Espen. Przeobrażeniem podstawowego, ograniczonego fioletową skórką surowca w tkankę, z której utkane są marzenia. Alchemią dla laika.
Wino jest dziś jego jedynym rozmówcą – nawet właściciel, zwykle mówiący zbyt wiele, postanawia milczeć, dopiero przy drzwiach mamrocząc pod nosem o trudnej nocy. Magnus nie wątpi, że taka była.
Opróżnienie baniaka wina może przysporzyć wiele trudności.
O czym myśli, kiedy drzwi zamykają się za przygarbionymi plecami, a jedynym dźwiękiem wypełniającym winiarnię jest odległe echo paryskich uliczek? Chyba o tym, że w życiu wiele zależy od przypadku. I że ta przypadkowość powinna budzić w nim strach, bo śmierć mogła czekać za każdym rogiem – a jednak nie potrafił zlokalizować w sobie przerażenia. Nie potrafił wyczuć, która emocja tak naprawdę nim jest. W takich sytuacjach czuł, jak coś rośnie mu w żołądku, napiera na jego ścianki, porusza się w tylko sobie znanym rytmie; na przykład w momentach, gdy ktoś szedł za nim dłużej niż przez kilka minut. Gdy było ich dwóch, twarze ukrywali pod kapeluszami i skręcali wtedy, gdy Magnus również to robił. Ale w tym wszystkim nie był pewien, czy to strach, czy niepokój. To po prostu zwierzątko w żołądku, które pojawia się i znika, nawet nie zasługując na nazwę.
Dziś pojawiło się ponownie, atakując jeszcze zacieklej. Rozprostowało drobne kosteczki, z początku nieśmiało drapiąc pazurami wnętrze ciała, a kiedy tylko drzwi winiarni cicho zaskrzypiały – wbiło ostre zęby w ścianki żołądka, wytrącając oddech z piersi. Zupełnie jak dzisiejszej nocy, kiedy powietrze nie odnalazło drogi do płuc, skazując ciało na półtoraminutowy bezdech, wyrwanie ze snu i cień paniki zalęgnięty pod rozoraną brwią.
Wciąż zaciskał butelkę wina w dłoni – Chateau Haut Brion, rocznik dwudziesty czwarty – gdy ciało odwróciło się w stronę drzwi, choć wzrok nadal trwał utkwiony na etykietce. Nie wiedział, nawet nie podejrzewał, że po latach wyczekiwania na właściwą koniunkcję planet, przypadkowe spotkanie lub moment nagłego uśmiechu losu, rozwiązanie trwającej trzy lata bessy przyszło skrycie, bez fanfar, bez ostrzeżenia.
Przyszło, wypowiedziało melodyjne bonjour i sprawiło, że świat zadrżał w posadach.
To nie był pierwszy raz, kiedy przypisywał jej głos do obcych twarzy – to nie był pierwszy raz, gdy dostrzegał ją w widzianych przelotem, smukłych blondynkach. To nie był pierwszy raz, kiedy sądził, że rozpoznaje jej sylwetkę w drzwiach winiarni.
To pierwszy raz od trzech lat, kiedy zrozumiał, że głos, włosy i ciało stanowią całość zbyt idealną, by mogły należeć do kogoś innego.
Dopiero po paru sekundach zaczyna rozumieć, że to ona. Widzi jej twarz, drobny nos, lśniące oczy. Blond włosy. Jest wysoka, smukła, stojąc w smudze światła wygląda jak oskarżający go prokurator.
Wbija się jak sztylet w trzyletnią przerwę.
Jest piękna. Jest piękna, a do tego jest realna; między jednym a drugim przez ostatnie dziewięćset sześćdziesiąt osiem dni tkwiła znaczna różnica, ale ona plasuje się w obu tych kategoriach. I piękna, i realna. Obecna. Znowu – po raz pierwszy od lat – ogarnia go to uczucie, którego zaznawał, gdy byli razem, gdy pokazywali się gdzieś publicznie – że jest w pewien sposób dumny z tego, że ona jest przy nim. Że ona go wzmacnia. Że tylko ona jest w stanie pobawić go spokoju.
Przestał kontrolować własne ciało, utknął od niego bardzo daleko – nawet nie zauważył, kiedy butelka wyślizgnęła się z dłoni; opatrzona czerwonym lakiem, wciąż zakorkowana poddała się grawitacji i pomknęła w dół, ku posadzce.
Najpierw był dźwięk – przeraźliwy trzask tłuczonego szkła, jakby cała rzeczywistość rozpadła się na drobne, nierówne kawałeczki – a później zapach.
Wyraźna, odważna woń wina przetykana nutką Chanel.
Pauza. Stop. Czas zatrzymuje się kompletnie – przecież to sobie wyobrażał. Prawie codziennie. Przez trzy lata. Tę scenę. Gdy ją widzi, gdy nagle się objawia, a on w końcu nabiera pewności, że ona nie jest zjawą, jakimś oddechem, tylko prawdą, spokojną, oświetloną majowym słońcem, żywą, mlecznobiałą, wysoką, smukłą prawdą.
Mógł powiedzieć wszystko. Znalazłaś mnie. Co tu robisz? Chciałem wrócić. Napisać. Nie powinnaś tu przyjeżdżać. Tęskniłem. Kocham. Ulla?
Ulla...

Mógł wybrać milczenie, pozwolić, żeby to ona mówiła – bo zawsze wyglądało to w ten sposób, on milczy, ona mówi, szkło pęka, słowa ranią, miłość wybacza – i w ten sposób przeczekać sztorm.
Ale powiedział. Coś, nie pamięta, co dokładnie – przecież patrzył na nią, więc nie słuchał własnego głosu, jego głos był najmniej istotną nutą świata – ale pewnie zabrzmiał śmiesznie. W obliczu trzech minionych lat wszystko brzmiało śmiesznie.
Uważaj na szkło.
Skąd wziął się ten spokój?
Jedyna rzecz, jedyna rzecz, która powstrzymuje go przed rozklejeniem się jak kartki szczepione schnącym klejem, to cierpka woń wina. Ono rzeczywiście potrafi mówić – brzmi teraz jak wyrzuty, wściekłość i pluton egzekucyjny.
C'est vraiment bizarre.
Jest, to jest naprawdę dziwne.
Zmusza się do tego, by wytrzymać świdry jej spojrzenia, wwiercające się we wszystkie rzeczy, jakie zrobił w życiu i we wszystkie postacie, wszystkie emanacje, którymi kiedykolwiek był. I wytrzymał. Przecież ona już doskonale wie, kim jestem.
Tak, jak on wie, że nie ma prawa – chociaż w tej chwili nie pragnie niczego innego, w tej chwili nie myśli o niczym innym, w tej chwili nic innego nie ma znaczenia – się do niej zbliżyć. To pokuta.
Albo przedsionek piekła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Wrz 03, 2017 8:40 pm

Dwa dni temu obudziła się z dziwnym wrażeniem, jakby znowu miała sześć lat, a zza ściany dobiegały twarde tony danse macabre. Dźwięki ksylofonu, naśladujące klekot wirujących w tańcu szkieletów, za każdym razem wzbudzał dziwny niepokój. Ściskał żołądek. Dobrze wiedziała, że kiedy wyjdzie z łóżka czekać będzie na nią grandmère. Siedzieć będzie na zielonym fotelu w salonie. Palić duszącego, aromatyzowanego papierosa. Uderzy ją jego zmieszany z wonią ciężkich perfum zapach, gryząc w oczy. Wyglądać będzie obojętnie przez okno - jakby jednocześnie nie obchodziły ją zdarzenia na ulicy, nie dawała jednak szansy umknąć uwadze żadnemu z nich. Na chwilę odwróci wzrok, by przyjrzeć się jej. Jeszcze zaspanej. Zdezorientowanej. Nieco wyprowadzonej z równowagi ostrymi dźwiękami dobiegającymi z gramofonu. Spojrzy na nią i westchnie: tak nie wypada, Urszulo.
Ça ne marche pas.
Szukała tamtego poranka płyty Saint-Saënsa, nie mogła znaleźć. Rzeczy mają to do siebie, znikają z biegiem czasu.
Często - już na dobre.
Często też ciężko zrozumieć skąd bierze się w danym momencie konkretne uczucie. Przeczucie. Wspomnienie.
Dlaczego miała wrażenie, że zza ściany dobiegały twarde tony danse macabre?
Dlaczego teraz słyszy pełen wyższości, niski, prawie znudzony głos grandmaman, mówiący: tak nie wypada, Urszulo?
Do Paryża po raz pierwszy przyjechała właśnie z nią, zaraz po pogrzebie dziadka. Pamięta jak jej sucha, solidna dłoń ściskała tę jej podczas żałobnej mszy. Ubrana była w czerń, woalka dopięta do kapelusza miała zasłaniać twarz, sugerując żałobę. Wtedy jeszcze nie rozumiała pełnych politowania spojrzeń wymienianych pomiędzy pozostałymi żałobnikami. Kilka lat później przyrzekła sobie, że nigdy nie utkwi w małżeństwie na wzór tego dziadków. Mieszkający po dwóch różnych stronach Francji, bez żadnego kontaktu, żadnych ciepłych uczuć, pełni wzajemnego żalu.
Dziadek nigdy nie wspominał swojej żony, to śmieszne, myślała, że jej nie ma. O mężu babcia wyrażała się w samych negatywnych słowach.
Mówiła o nim - człowiek bez ambicji.
Podobnie o ojcu, jej ojcu, na wzór teścia pozostawiającego za swoimi plecami dotychczasowe życie dla “kilku grządek winogron”. Może myślała podobnie o niej gdy, zamiast wyjść za dobrze rokującego młodzieńca bądź mężczyznę sukcesu, poprzysięgła miłość, wierność, chłopakowi bez nazwiska, przywiezionemu ze Skandynawii.
Dzięki temu mieli nigdy nie mieszkać po dwóch różnych stronach Francji. Mając dla siebie jedynie gorzkie słowa. Czując tylko żal. Niezależnie od wszystkiego, każdego jej wybuchu złości i jego zimnego milczenia, mieli stać ramię w ramię. Obok siebie. Ze sobą.
Nawet jeśli zostały im tylko listy.
Czuła się bliżej własnego męża tego poranka. Wpatrując się w znalezioną chwilę wcześniej kartkę, przekonana, że pochłonęła go wojenna zawierucha. Bliżej niż teraz. Stojąc tak naprzeciw siebie.
Rozlane Chateau Haut Brion przypomina ocean.
Czuje złość. Wściekłość wychodzi na pierwszy plan, jak kwaskowość wina tuż po jego spróbowaniu. Na tym uczuciu mogłaby się skupić, jednym, prostym, dać się mu ponieść. Jak dawniej. Podnieść głos. Nie! Krzyczeć, rzucić pierwszą rzeczą która wpadnie jej w ręce, każdą pretensję, każde pytanie ubrać w proste słowa. Dlaczego mnie zostawiłeś? Dlaczego nie napisałeś? Dlaczego, będąc tak blisko, nie poprosiłeś bym przyjechała? Nie kazałeś? Słychać byłoby ją nawet na ulicy, na kilkadziesiąt dobrych chwil wyrwałaby ze stagnacji przeczekujące wojnę Palais-Bourbon.
A potem wybiec, trzaskając drzwiami.
I zaraz wrócić.
Przecież za tą złością, jak garbniki w winie, kryje się tęsknota. Narastająca z każdym dniem. Godziną. Minutą. Sekundą. Ciało aż rwie się by przeskoczyła przez plamę czerwieni i oddzielające ich szkło, wprost do jego ciepłych ramion. Po raz pierwszy od trzech lat poczułaby się pełna. Poczułaby się sobą. Splotłaby wspólnie ich dłonie i już nie pozwoliła na dalszą rozłąkę. Kiedy w końcu ciałem przestałyby targać dreszcze (czuje jak się trzęsie, nawet teraz), powiedziałaby mu te dwa słowa. Dwa słowa należące tylko do niego.
Obiecała mu to pewnego sierpniowego poranka, kiedy wspólnie oglądali wschód słońca po nieprzestanej nocy. Nie byli jeszcze małżeństwem. To nie było istotne. Kocham Cię, przyrzekła mu, od tej chwili, aż do końca należy tylko do ciebie. Nikogo innego.
I nawet teraz, kiedy stoi naprzeciw niego, wie, że to prawda. Ta świadomość szkli oczy. Ściska żołądek. Czuje jak traci grunt pod stopami - jednak utrzymuje się na nogach. Twardo tkwi w tym samym miejscu.
Po raz pierwszy w życiu nie jest pewna, czy nie żałuje.
Niczym nadmiar słodyczy, świadczący o złej fermentacji, przez tę złość i tęsknotę, przebija się żal.
Zostawił ją.
Tak po prostu. Bez słowa wyjaśnienia. Jednego listu - przecież by zrozumiała.
Mogłaby czekać dalej, czując naiwną ulgę, nadzieję, że jest już nieco bliżej. Coraz bliżej.
A on ją zostawił.
Trzy miesiące - może nie odzywałby się kolejne trzy lata? Skąd ma wiedzieć czy odezwałby się w ogóle.
Zawsze była przekonana, że zna swojego męża. Pomimo jego milczenia - wie kim jest. Teraz?
Teraz nie jest tego taka pewna.
- Masz dwie minuty na wytłumaczenia - jej głos brzmi obco. Nawet dla niej. Jakby ciało przejął inny człowiek, obcy człowiek. A ona sama dobrowolnie oddała nad sobą panowanie, przytłoczona ilością emocji - Inaczej wychodzę - bez trzaśnięcia drzwiami. Rzuconej w szale obrączki. Bez krzyku. Potłuczonych butelek. Cicho.
Na dobre?
I wtedy ją uderza.
Ten ton. Chłodny, zdystansowany. Głos zachrypnięty. Z wyraźną nutą zdegustowania. Dźwięczący żalem.
Ten sam ton pouczał - tak nie wypada, Urszulo.
Tak nie wypada. Magnusie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Pon Wrz 11, 2017 9:25 pm

Dwa dni temu obudził się z dziwnym wrażeniem, że to miasto jest chore. Czuł to, kiedy ostrożnie rozklejał powieki, narażając wzrok na tysiące bolesnych igiełek, które wraz ze światłem majowego poranka wżynają się w źrenice. Czuł to, kiedy zdrętwiałe palce zapinały guziki koszuli – jednostajne, pulsujące pod chodnikowymi płytami zło, gorzkawą treść, która tylko czeka, aby wyciec, wydostać się ze studzienek kanalizacyjnych, wypełznąć ze szczelin w kostce brukowej, rozpełznąć się, pokryć wszystko tłustą na dwa palce warstwą.
Wiedział, że to zmęczenie. Wiedział, że musi iść spać. Musi odciąć się od świata. Musi zająć się czymś miłym. Patrzeniem w ścianę. Słuchaniem miarowo wpadającej do wanny ciepłej wody. Muzyką, na przykład Bartókiem.
Bartók jest w porządku. Jego utwory jednostajnie pulsują, mają w sobie coś z przerośniętego, rozdygotanego organu, który skutecznie zagłusza echo nawracających myśli. Nie przepadał za tym cichym, wszystkowiedzącym, wszechobecnym, ponadgalaktycznym głosem, który ze znużeniem powtarzał musisz zebrać się w sobie; słyszał te słowa przez sześć lat, od dziecka, bez wytchnienia, nieustannie: musisz zszyć się z powrotem. Musisz się skleić, Magnusie, nawet prowizorycznie.
Nie chciał dzisiaj tego słyszeć.  
Nie chciał stawiać czoła prawdzie, nie chciał żadnego musisz się skleić, bo i bez tego doskonale wiedział, że rozpada się na części, coraz gorzej widzi i coraz gorzej się porusza; to widać, to czuć, jego bracia to widzieli, ojciec to widział i ona – dlaczego właśnie ona? – to dostrzegła, kilka razy, zwykle w nocy, kiedy zdradzały go sny – bo tylko w nich nie mógł pogrzebać dawnego życia. Kiedyś sądził, że zwyciężył, scalił się w spójny, choć niedoskonały twór, posklejał rozbite kawałki szlachetną techniką kinstugi – on był ostrymi odłamkami, a Ulla złotem, które wypełniło głębokie pęknięcia.
Tyle tylko, że od trzech lat rozpadał się ponownie; w ciele powstawały małe otwory, słabe punkty, przez które dobrze było widać to, co go wypełnia – trzęsawiska przeszłości, jakieś paprochy, lęk przed śmiercią i samotnością, nieużytki i śmietnik. Krew. Brudna wata. Wspomnienia.
Można, naprawdę można zrobić mu krzywdę w każdej chwili.
I nie wolno, naprawdę nie wolno sądzić, że zostawił.
Przecież nie chciał – nie na tak długo. Nie na taką odległość. Nie na trzy lata. Nie bez ostatniego listu, w którym drżąca dłoń – nie z zimna, zimno tamtego dnia byłoby najmniej dotkliwą przeszkodą – wyjaśniłby sytuację; w liście, w którym napisałby Paryż nie jest bezpieczny. Ja nie jestem bezpieczny. Nie przyjeżdżaj. Wrócę. Kocham Cię; w liście, który ściskałby długo w dłoni, zupełnie jakby w ten sposób mógł przekazać  jej pierwiastek własnego ciepła.
Zamiast listu były złe decyzje. Cała kolekcja złych decyzji. Brak wyjaśnień. Wciągnięcie w to wszystko Lorette. Oczekiwanie, że w Paryżu – tak blisko n i e j, bliżej niż kiedykolwiek od trzech lat – zdoła się naprawić. Obce, ciasne mieszkanie. Splątana pościel. Puste miejsce w łóżku. Brak listów. Nieruchome spojrzenie jak gładka, zamrożona skóra. Powtarzanie sobie: jeszcze parę dni. Jeszcze tydzień. Już niedługo. Zapach, słodki, cuchnący, zła treść – ukryty pod podłogą, zagnieżdżony w trzewiach miasta.
Nie wiedział, jak ohydnie istnieje – bo przecież nikt nie nazwałby tego życiem – aż do dzisiaj.
Aż do teraz.
Aż do głosu – jej głosu – i słów – jej słów – przez które poczuł się tak, jakby czas przestał istnieć. Była tylko wąska szczelina pomiędzy jednym uwolnionym oddechem a kolejnym, pomiędzy starciem dwóch spojrzeń; tym, które chce roznieść dzielnicę w pył i tym, które nie wie, gdzie ukryć się przed destrukcyjną potęgą.
Ona doskonale zna ten wzrok Magnusa – wzrok, który mówi: chciałbym cię przeprosić, choć jeszcze nie wiem, jakich użyć słów. Chciałbym, żebyś okazała się prawdziwa, chciałbym, żebyś był spokojna; spokojna dla mnie. Chciałbym…
Ulla mówi cicho, jakby przekazywała coś szyfrem, a z nim dzieje się coś niedobrego, coś, co nie powinno się stać: wypuszcza powietrze, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że zbyt długo przetrzymywał je w płucach, w brzuchu eksploduje mu ładunek elektryczny, a w umyśle – przeczucie, że worek kłamstw w końcu pęknie i wszystkie cuchnące tajemnice wyleją się z niego jak zepsute, stare mięso.
Nie mogła wiedzieć.
Nie mogła wiedzieć o starym życiu, skoro stanowiła symbol nowego.
Nie mogła usłyszeć o Trondheim, o domu, o ojcu, o braciach, którzy byli tutaj – byli tutaj, może w budynku obok, może sto metrów dalej, za rogiem, w odległości kilometra, ale byli, chociaż fakt ich istnienia w tej sekundzie – i dziesiątkach tysięcy nadchodzących – nie miał żadnego znaczenia.
Jak mógłby mieć, skoro ona też tu była?
Ulla, jego jedyny błąd i jedyne liczące się zwycięstwo. Błąd i zwycięstwo, który stoi przed nim i lśni, jakby ktoś zanurzył ją w żywym złocie. Ulla, której imię za każdym razem przybiera inny wymiar – jest czym innym, kiedy szepcze się je w mroku nocy, czym innym, gdy wypowiada na głos w kontekście żywego ciała, stalowego spojrzenia, woni perfum i ciepła, które przywołuje jak pradawna pieśń.
Nawet sobie kurwa nie wyobrażacie, jaka ona jest teraz piękna.
Patrzy na nią, zmuszając usta do milczenia – dała mu dwie minuty, dwie minuty, w których ma upchnąć trzy lata udręki, samotności, wygnania, jej nieistnienia obok – i choć minęło ledwie kilka sekund, dla niego to tysiące lat ukojenia.
Bo Ulla lśni. Ulla świeci. Ulla płonie jak fabryka fajerwerków, a Magnus – zaślepiona ćma – może jedynie postawić krok do przodu, jeden, później kolejny, aż wchodzi w jej złotą aurę i – nie czekając na pozwolenie, bojąc się, że mógłby go nie otrzymać – chwyta ją w pasie, przyciąga do siebie, aż po chwili cały świat ogranicza się, zamyka, zawiera w ustach Ulli. Ustach, które on całuje powoli, z których wyrywa drobinki smaku, bliżej, jeszcze, mocniej, całuje tam, gdzie ona się kończy i zaczyna, całuje za trzy lata na dzień dobry i dobranoc, na zgodę, na niby, na pocieszenie, na żarty. Na zawsze. Na teraz. W samo serce.
Nie.
Mam ją, mam ją.
Nie wyjdziesz.
Nie puszczę. Nie wypuszczę jej nigdy. Mam ją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Wto Wrz 19, 2017 2:32 pm

Nie zliczy sytuacji w których przyglądała się jego twarzy, czując, że w ogóle go nie zna.
Podczas jednej z pierwszych wspólnych nocy. Kiedy już wiedziała, że pojadą razem do Francji – ale jeszcze nie powiedziała tego na głos. Leżała na jego piersi, wsłuchując się w miarowy oddech przeplatający się z przyśpieszonym rytmem serca. Na zewnątrz dął wiatr. Jedna z gałęzi pobliskiego drzewa miarowo uderzała o szybę. Uśpiony hotel wydawał się opuszczony. Zza drzwi nie dochodził nawet szmer.
Tylko ona. On. Wiatr za oknem. Reszta świata wydawała się nie istnieć.
Wcześniej rozmawiali. Jej śmiech krzyżował się z jego rozbawionymi pomrukami. Nie pamięta już dobrze o czym wtedy opowiadała. Chyba – nie jest teraz pewna – o próbie rozmowy na te tematy, jaką wcześniej tego dnia próbowała przeprowadzić z nią ciotka. Zbytnio się spoufalasz, tak jej powiedziała, taka otwartość sugeruje mężczyznom p e w n e pomysły.
Jakie cioteczko?, spytała, wpatrując się w nią swoimi błękitnymi oczyma. Twarzy przybrała wyraz naiwnej wręcz niewinności. Biedna, spłonęła rumieńcem i więcej się nie odezwała.
Chyba była z siebie zadowolona kiedy przyszło im przysięgać miłość i wierność. Może wierzyła, że jej interwencja naprowadziła ich na właściwą ścieżkę.
Na pewno służyła za główną anegdotę wieczoru.
Jej śmiech krzyżował się z jego rozbawionymi pomrukami. Aż wybrzmiał do końca – i nastała cisza. Wtedy jeszcze nie wiedziała jak radzić sobie z wspólną ciszą. Śmiać? Można się z każdym. Do tej pory potrafiła milczeć tylko z ojcem.
Z nim też się nauczyła. Potrzebowała czasu. Tamten wieczór był pierwszą lekcją.
Zapytała o blizny na jego ciele. Uśmiech zamarł na jego ustach, powoli zmienił się w nieobecny grymas. Nie odezwał się przez resztę nocy.
Wie, że nie spał. Ona też nie zmrużyła oka. Leżeli w ciemności, milcząc. I po raz pierwszy poczuła, że w ogóle go nie zna.
Poczuła, że go nie zna, gdy rodzina wpadła w szał weselnych przygotowań. Świergot matki niósł się po całym domu – Urszulo, a może jedwab, Urszulo, a co powiesz na koronkę? Urszulo, ale tiul! Ciotki dołączały się do tego podekscytowanego jazgotu. Przypominały o torcie. Czy z kremem? A może bezowy? Trajkotały o skrzypaczce, bo to za ślub kiedy drodze do ołtarza nie towarzyszy rzępoł skrzypiec? O winie, zabawne, o liście gości?
A ile druhen? A pan młody? Ile drużbów?
Pewnego wieczoru, zmęczona kakofonią rozentuzjazmowanych dźwięków około weselnych, rozkoszowała się ciszą, leżąc w jego ramionach. Sama nie wie co ją podkusiło przerwać tę przyjemną chwilę pytaniem o liczbę gości z jego strony. A brat? A reszta rodziny? Dalsza rodzina?
Po raz kolejny uśmiech ustąpił miejsca grymasowi. Cisza towarzysząca reszcie nocy nie była już kojąca.
Wie, że nie zasnął.
Od razu rozpoznaje ten grymas – za nim kryją się wszystkie tajemnice. Każdy sekret. Cuchnący. Rozlazły. Lepki. Na dodatek zaborczy. Trzymający go na odległość. Zawsze pół kroku od niej.
Nie zliczy sytuacji w których przyglądała się jego twarzy, czując, że w ogóle go nie zna. Zawsze wiedziała kim jest. Dlatego sama pokonywała te pół kroku, przyciągając go bliżej siebie. Nawet gdy krzyczała. W szale rzucała obrączką. Trzaskała drzwiami. Kiedy spokojnie czekał aż wróci. Zamruczy, jak kot. Wyciągnie dłoń, jak za pierwszym razem, by po raz kolejny mógł nałożyć jej na palec obrączkę.
I kolejny.
I kolejny.
Dzisiaj nie wie kim jest. Człowiek którego znała nie zostawiłby jej bez słowa. Krótkiego listu. Przekrzywionego p obiecującego powrót. Twardego k wyznającego miłość. I delikatnego t.
Jak tęsknota.
Oddziela ich murem ramion, ostatecznym warunkiem. Dwie minuty. I wyjdzie. Nie zrobi pół kroku w przód, pokonując dzielący ich szlam tajemnic, grząskie bagno wszystkich niewypowiedzianych słów. Do tej pory przeskakiwała nad nim lekko, z gracją,  jak gdyby po prostu nie istniało. Te sekrety dotyczyły j e g o przeszłości. Nie i c h teraźniejszości. Oszukiwała się, że i nie w s p ó l n e j przyszłości, nawet kiedy mówił nie jej prośbom. O dziecko.
Zostawił ją. Teraz. Bez słowa. Cuchnące bagno się rozrosło. Pochłonęło i ją.
Może dlatego tym razem to on robi krok do przodu. Jeden. Drugi. Trzeci. I całuje.
Po raz pierwszy nie dotykaj mnie. Po raz drugi nie wiem kim jesteś. Po raz jak mogłeś?. Po raz czwarty nie odchodź. Po raz piąty nie oddalaj się już nigdy więcej.
Przestaje liczyć.
Serce, które zatrzymało się na jego widok, znów zaczyna bić. Wrząca krew szumi. Pędzi w każdy zakamarek ciała, rozgrzewając. Od żeber, aż po czubki palców. Te odzyskują czucie, zaciskają się na jego koszuli, ciało napiera bardziej – jakby wciąż dzieliło ich zbyt dużo przestrzeni. Policzki ma mokre i słone, usta gorące, aż wreszcie. Wreszcie. Milkną w głowie wszystkie podszepty wypowiadane głosem grandmere.
- Zostawiłeś mnie – otwiera szeroko oczy. Popycha do przodu, wciąż ma go na wyciągnięcie ramion, wciąż trzyma jego koszulę – Zostawiłeś mnie! – jej jasne buty brudzi czerwone wino – Z o s t a w i ł e ś mnie! – odpycha go znowu, i znowu, i znowu, aż obydwoje uderzają o kraniec lady. To jej nie powstrzymuje – Zostawiłeś m n i e! – każdemu oskarżeniu towarzyszy głuche uderzenie o jego klatkę piersiową. Uderza długo, równomiernie, dając upust całej wściekłości. Frustracji. Furii pulsującej w żyłach – Dlaczego? – pyta, kiedy wreszcie opada z sił, kiedy włosy wpadają do oczu, kiedy oddycha ciężko, ocierając łzy.
Zadała mu wiele pytań w swoim życiu. Na to chce usłyszeć odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sob Wrz 30, 2017 2:35 pm

Ludzie zdarzają się sobie – tak czasem bywa. Ludzie zdarzają się sobie każdego dnia na całym świecie i oszukują siebie samych, że mają nad tym władzę, choć to wierutne kłamstwo. Ludzie zdarzają się sobie każdego dnia bez ostrzeżenia. Bez zapowiedzi. Bez czasu na ponowne wprawienie w bicie zamarłego z zachwytu serca.
Ulla zdarzyła się Magnusowi przed niemal siedmiu laty.
I Magnus od siedmiu lat boi się, że Ulla może zdarzyć się komuś innemu, bo była kimś, kto budzi zachwyt bez względu na długość i szerokość geograficzną. Zawsze mówiła o sobie bez znaku zapytania, zdeterminowana, pierwsza – tak samo jak pierwsza potrafiła udzielać pijanemu mężowi korepetycji z dobrego wychowania. Nie potrafił zrozumieć, czym ją do siebie przyciągnął – być może nie da się tego wyjaśnić w logiczny sposób. Czasami wszystko, nawet miłość, jest wynikiem reakcji chemicznej, czegoś nieokreślonego w powietrzu; jedno niepozorne spotkanie wprawia w ruch ciała, które od dawna tkwiły w stanie inercji.
Jeden gest pociąga za sobą nagłe, nieodwracalne zmiany. Wywraca życie do góry nogami.
Naprawia wszystko to, co było zepsute.
Pewnie dlatego Magnus tak łatwo wyzbywa się pełnego niedowierzania paraliżu; nagle wybuchająca wściekłość Ulli – czuł narastającą złość na jej ustach, pod skórą, w sposobie, w jaki napięła silniejsze niż to zapamiętał mięśnie – wydaje się czymś właściwym. Czymś oczekiwanym. Jej emocje zawsze były zerojedynkowe, nie istniała delikatna wściekłość lub lekkie poirytowanie. Albo nic, albo od razu to: wszechogarniająca furia. I cios.
Pierwszy, kolejny, jeszcze jeden.
Magnus pozwala na każde uderzenie – nie odsuwa się, nie próbuje ich uniknąć, nie zatrzymuje dłoni zaciśniętych w drobne pięści.
Zasłużył.
Zasłużył na głuche łupnięcia, na pełne wyrzutu dlaczego?, na zderzenie z krawędzią lady – zasłużył na każdy wymierzony w pieś cios, chociaż to nie fizyczny ból sprawia mu największe cierpienie.
Mógłby przyjąć tysiąc kolejnych uderzeń, byleby tylko nie oglądać jej łez.
Mógłby przeżyć wszystkie wyśnione koszmary, byleby tylko oczy – jej uśmiechnięte, piękne oczy – raz jeszcze rozbłysnęły wewnętrznym, ciepłym blaskiem.
Mógłby rozpętać dwie kolejne wojny i palić całe miasta, byleby Ulla – jego Ulla – nie cierpiała.
Z powodu męża.
Jesteś z siebie dumny, Magnusie?
Który ją zawiódł. Zranił. Zniszczył.
Robisz to każdemu, kogo kochasz.
Bezradnie obserwował jak jego własne dłonie unoszą się powoli, po omacku, mimowolnie, być może wiedzione odczuwalnym tylko dla nich zewem odnajdując drogę ku jej twarzy. Gorące łzy, rozpalona skóra, zimne palce, szorstkie opuszki osuszające wilgotne ścieżynki na miękkich policzkach – od zawsze dzieliło ich wszystko, a jednak byli gotowi na pokonywanie każdej bariery. Ona była gotowa, czasami w pełni świadomie przebijając się przez twardą skorupę ostrożności, innym razem robiąc to przypadkiem – zaspanym, porannym uśmiechem, przelotnym dotykiem dłoni w drodze do salonu, ciepłym oddechem, który łaskocze szyję przy szeptanym do ucha chodźmy wieczorem do kina, pocałunkami potrafiącymi przedrzeć się przez niemal każdą granicę.
Niemal.
Oduczyła się pytań, na jakie nigdy nie udzielał odpowiedzi – z czasem przestała pytać o rodziców, o brata (tego, którego listy były jedyną nicią łączącą z przeszłością), o dzieciństwo, o blizny, o spokojny wieczór w Marsylii, kiedy bez słowa uderzył obcego mężczyznę tylko dlatego, że zaczepiał na oko piętnastoletnią, równie obcą dziewczynę.
Nie pytała, a on nigdy jej za to nie podziękował, odwlekając w czasie to, co nieuniknione – bo przecież w końcu by się dowiedziała. W końcu zrozumiałaby, skąd ten ostry, szklisty ból na dnie tęczówek, gdy kolejną noc z rzędu ze snu wybudził ich jego koszmar.
Po sześciu latach zasługiwała na wyjaśnienia.
Nawet, jeśli stałoby się to, czego obawiał się od samego początku – nawet, jeśli poczułaby obrzydzenie.
Do niego, do jego przeszłości, do wszystkiego, co ukrywał.
Wyjaśnię – surrealistyczna odpowiedź jeszcze długo odbija się echem od jego umysłu, obijając się od kości czaszki jak otumaniona strachem, krążąca pod kościelnym dachem jaskółka; jego palce odpowiadały na rytm wyimaginowanych skrzydeł, wciąż gładząc policzki, odgarniając z zaczerwienionych oczu kosmyk jasnych włosów, muskając opuszką kciuka cieniutką skórę powieki. – Wyjaśnię wszystko.
Wyjaśni – nie ma wyjścia. Musi wyjaśnić, jeśli chce naprawić wszystko to, co zepsuł podczas trzech ostatnich lat. Bardzo lubi to słowo. Naprawić. Siebie. Małżeństwo. Miłość?
Naprawa powinna być szybka i pełna precyzji. Powinna przebiegać intuicyjnie, bez zastanowienia. Do przeprowadzenia dobrej naprawy potrzebna jest wyobraźnia, umiejętność przewidywania konsekwencji swoich ruchów. Magnus obraca w myślach ten wyraz. Naprawić. By coś naprawić, niezbędna jest znajomość naprawianego obiektu przez naprawiającego.
Ale nie tutaj, to nie miejsce na...
Na twoją grozę. Obrzydzenie. Na twoje współczucie.
... na rozmowę.
Wciąż czuje na języku smak ostatniego słowa – cierpki i gorzki, smak podszyty przerażeniem, którego istnienie tak skutecznie wypierał – gdy jego dłonie opadają niżej, z wciąż gorących policzków na ramiona, gdy suną w dół wzdłuż rąk, gdy docierają do talii i zaciskają się na niej lekko, by unieść Ullę w górę, ledwie kilka centymetrów, wystarczająco, aby wyrwać ją z czerwonej kałuży rozlanego wina i posadzić na gładkim blacie lady. Dzielą ich milimetry, zbyt wiele milimetrów, milimetry, które Magnus przekracza po raz kolejny, splatając własne palce z palcami jej dłoni, jakby chłodny dotyk obrączki był jedynym, stabilnym punktem rzeczywistości – ale przecież nie był, przynajmniej nie bardziej stabilnym od słów, których nie wypowiadał na głos od trzech lat i które wciąż brzmiały tak samo prawdziwie. Bez wahania. Z oddaniem, którego nie należy się wstydzić.
Nigdy tego nie zrobię – mówi cicho, nie dopuszczając do siebie myśli, że również chciałby usłyszeć odpowiedź. Być może nawet tę najboleśniejszą, negującą. Jakąkolwiek. – Już nigdy cię nie zostawię.
Najważniejsze, że wypowiedzianą jej ustami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Nie Paź 01, 2017 11:39 pm

A może - może, jej miłość nie jest wystarczająca?
Nawet ona wątpi. W siebie.
Ona, od najwcześniejszych lat dzieciństwa rozpieszczana i przekonywana o własnej wartości. Nie. Wyższości. Ulla zawsze była najlepsza. Najpiękniejsza. Najładniej śpiewała piosenki, najszybciej nauczyła się czytać. Jej oczy były najbardziej niebieskie, a uśmiech topił nawet zatwardziałe serca. Zawsze chodziła w najpiękniejszych sukienkach, a jej piegi tak uroczo mieniły się w słońcu.
Miała wszystko, czego mogły zazdrościć koleżanki. I jeszcze więcej.
Nawet przekonanie o własnej wyższości, to egocentryczne zapatrzenie w siebie, butność, pewność, że świat gotów jest przystać na każde jej skinienie, nawet to nie powstrzymało wątpliwości.
Kłębiących się gdzieś na dnie umysłu. Zatruwających od środka.
Może po prostu jej miłość nie jest wystarczająca?
Nie była wystarczająco silna w tę jasną sierpniową noc. Kiedy, po cichu i bez wcześniejszej zapowiedzi, odszedł dziadek. Niepokój obudził zbyt późno, przyszła gdy był już zimny. W tym ostatnim momencie - nawet jeśli nieświadomy - był sam. Nikt nie trzymał jego stygnącej dłoni. Ona potrafiła tylko siedzieć na fotelu i, nie całkiem jeszcze rozumiejąc, wpatrywać się w nieruchome ciało.
Jej miłość nie była wystarczająca pięć lat później. Zerwała się do biegu dopiero gdy z głębi studni wyciągano małe ciało. Twarz, chociaż w chwili śmierci powinna wyrażać spokój, wykrzywiona była w dziecięcym przerażeniu. Otwarte oczy zdawały się pytać gdzie byłaś?
Gdzie była?
Dlaczego serce nie przyśpieszyło pół godziny wcześniej? Dlaczego tego dnia w ogóle zdecydowała się oddalić od domu? Dlaczego wybrała głupie trzebiotanie koleżanek ponad śmiech płynący z ust brata?
Do dzisiaj stara się odtworzyć go z pamięci. Tę beztroskę zaklętą w kilku tonach chichotu. Czasami wydaje jej się, że już słyszy - jakby z oddali, przygłuszony, przerywany, niczym puszczony z porysowanej płyty winylowej.
Ale kiedy tylko zdaje sobie z tego sprawę, kiedy wytęża słuch by usłyszeć więcej, dookoła wszystko milknie.
Jej miłość nie była wystarczająco silna by tamtego dnia została przy nim. By ciało zerwało się do biegu pół godziny wcześniej - by jej ręce złapały go, chroniąc przed upadkiem. Do zimnej studni. Głębokiej, wypełnionej lodowatą wodą otchłani.
Chociaż nie chce, do dzisiaj zdarza się jej katować wyobrażeniami ostatnich minut jego życia. Małego chłopca próbującego utrzymać głowę ponad wysoką wodę. Machającego nóżkami, nie dosięgającego stópkami dna. Krzyczącego - nadaremno - nawołując o pomoc. Rączki, wciąż pulchne, paluszki dalej takie maleńkie, próbowały złapać się śliskich kamieni. Zostały na nich krwawe obdarcia. Ślady walki.
Czy wiedział? Kiedy ciało już opadło z sił, kiedy powietrze wypełniające płuca stało się już niemożliwe do utrzymania. Kiedy klatka piersiowa przestała płonąć, kiedy wzburzona panicznym wierzganiem woda zaczęła się uspokajać.
Czy wiedział, że to już koniec?
Matka chyba krzyczała - twarz miała wygiętą w przerażeniu, bladą, a usta otwarte. Ojciec starał się tchnąć życie w przemoczone zwłoki. Uderzaniem o klatkę piersiową przywrócić do bicia serce małego chłopca. Kilku parobków zebrało się dookoła, gosposia płakała w fartuch. Przynajmniej tak jej się wydaje.
Było cicho. Wszystkie zewnętrzne zostały wygłuszone. Świat zawężył się do niej. I martwych oczu pytających gdzie byłaś?
Teraz też jest cicho.
Głuche uderzenia ustają. Dłonie zaciskają się początkowo na jego koszuli - by, po chwili, dosięgnąć tych jego. Ocierających jej łzy. Dopiero w tym momencie w pełni zdała sobie sprawę z tego, że płacze. A wściekłość ustąpiła miejsca. Uleciała. Zbyt szybko.
Pojawił się żal.
Może jej miłość nie była wystarczająco silna by został?
Wypełnia nie tylko całe serce. Tłoczona jest wraz z krwią do wszystkich tętnic, wraca przez żyły. Rozchodzi się komórka po komórce, od czubka głowy aż po koniuszki palców.
Może - nie jest wystarczająco silna ponieważ rodziła się zbyt długo? Nie eksplodowała od razu, od pierwszego wejrzenia. Pierwszego dotyku. Rozprzestrzeniała się po jej ciele powoli, zastępując każdą sceptycznie nastawioną tkankę na pełną oddania. A ona wciąż pozostawała ślepa.
Zdała sobie sprawę, że nie jest już Ullą kiedy było zbyt późno. Zbyt późno by zareagować. Powstrzymać cały proces.
Nie była Ullą.
Została Ullą Magnusa. W pełni, bez żadnych wyjątków. Każda kość. Każde ścięgno. Każdy mięsień. Każde, nawet najmniejsze naczynko krwionośne. Każdy płat skóry.
Nawet ten odgarnięty kosmyk włosów - nie jest jej.
I może - może to wciąż nie wystarczy? Może stała się jego zbyt późno? A może dała po prostu z a  m a ł o?
I dlatego musiał ją zostawić.
Dlatego milczał. Kiedy pytała. I kiedy już przestała - krzycząc z najgłupszych powodów.
Boże.
Jakie to były głupie powody do złości.
Wyjaśnię. Wszytko. Nie tutaj. Rozmowa.
Podnosi ją i obraca wokół własnej osi, jak robił to niejednokrotnie przez wszystkie lata jej znajomości. W kuchni ich wspólnego mieszkania. Domu. Porankami. Kiedy zapach kawy wypełniał wszystkie pomieszczenia. Śpieszyła się każdego ranka. Wiecznie na granicy spóźnienia. Na zajęcia. Wykłady. Do prosektorium. Jedną ręką poprawiając włosy, drugą sięgając po świeże pieczywo.
Łapał ją w pasie. Obracał dookoła własnej osi. I sadzał na kuchennym blacie. Czas przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Teraz zatrzymał się w miejscu. Tak po prostu.
- Ja… - zaczyna, zaciskając wspólnie ich dłonie. Jego są ciepłe. Wydają się ciepłe - chociaż niekompletne.
Na palcu brakuje obrączki. Nieco większej niż ta jej. Masywniejszej.
Często w czasie wspólnie bezsennych nocy obracała ją wokół jego palca. Zdawała się idealnie dopasowana, stworzona dla jego dłoni. Bez niej wygląda dziwnie mówiła, marszcząc piegowaty nos. I szybko wkładała z powrotem na palec.
Dzisiaj jego dłoń jest pusta.
Ja. Nie wierzę ci. Przecież już obiecał, że nigdy jej nie zostawi. Pozwalając włożyć na palec obrączkę po której nie ma dzisiaj śladu. Ja. Nie puszczę cię. Panicznie boi się, że zniknie kiedy tylko zamknie oczy. Ja - Tęskniłam - kończy. Banalnie. Tęsknota to w końcu tak małe słowo. Nieporównywalne z wszystkim co czuła przez ostatnie trzy lata.
Ostatnie trzy miesiące.
- Szukałam cię - i znalazła tam, gdzie najmniej się spodziewała. W miejscu, które miało być co najwyżej wskazówką. Jest zawiedziona. Samą sobą. Był tak blisko. Dlaczego nie trafiła tu wcześniej? - Jakie miejsce będzie odpowiednie? - na rozmowę.
Musi zrozumieć.
Jest jej to winien.
Nie o rachunek jednak tu chodzi, nie o wyrównywanie bilansu małżeńskich zysków i strat. Nie potrafi unieść głowy, spojrzeć mu w oczy. Chociaż dotyk wydaje się znajomy, za jego dotykiem tęskniła z każdą sekundą coraz bardziej. Chociaż nie chce go puścić. Nie chce odsunąć ani o milimetr.
I tak wydaje się jej obcy.
Ona wydaje się obca sama sobie.
Jeśli nie jest Ullą Magnusa - to kim?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Pią Paź 06, 2017 9:28 pm

Miłość – jej miłość – nie jest niewystarczająca.
Jej miłość jest pierwsza. Pierwsza w jego życiu, tak ciepła, potężna, prawdziwa, bezinteresowna – tak niezasłużona. Tak niewłaściwa dla Magnusa. Dla Magnusa ukrytego za mroczną prawdą, irracjonalnym (a może nadnaturalnym?) cieniem wymykającym się logice, dla Magnusa zamkniętego w klatce, z której wszystko mogło wyrwać się na wolność – absolutnie wszystko. Dla Magnusa, u którego jedynym jasnym punktem – światełkiem w bardzo długim i bardzo ciemnym tunelu – była Ulla.
Zupełnie jakby smoliście gęsta ciemność zalewała cały świat, tylko nie ją. Była fluorescencyjna i perłowa. Była roztańczona. Od samego początku była jego Ullą – nawet wtedy, kiedy sądziła, że należy tylko do siebie. Była nią, kiedy podczas pierwszego wspólnego spaceru płatki śniegu osiadały na jej skórze, wyłapywały blade światło i zaczynały lśnić własnym blaskiem. Była nią, kiedy w Alpach ktoś zrobił im zdjęcie, już na zawsze utrwalając wspomnienia w niewyraźnej czerni i bieli, więżąc na całą wieczność w beztroskim uścisku, grubych czapkach i oblepionych śniegiem rękawiczkach.
Była jego Ullą, kiedy wyjeżdżał – kiedy na minuty przed rozstaniem w umyśle panowała pustka. Zero myśli. Zero porównań. Zero obserwacji. Jedynie zerwana taśma filmu – on przystawia dłoń do szyby. Ona swoją. Żyły pewnie splotłyby się na supeł, ale warstewka chłodnego szkła najwyraźniej im przeszkadza. Kilkadziesiąt sekund później pociąg odjeżdża, a Magnus zapala papierosa, który smakuje jak czyjeś prochy prosto z urny. Jak okręcony w bibułkę wyrok.
Nie wie. Nie wie, w jaki sposób zdołał przetrwać trzy lata bez niej.
W tej chwili – zamkniętej pod szczelnym kloszem niebytu, przesyconej wonią jej perfum, ciepłem bijącym od ciała i smakiem błąkającym się na języku – nie wydaje się możliwe, by potrafił przetrwać.
Trzy lata to sporo czasu – znacznie więcej niż trzy godziny. Trzy doby. Nawet trzy tygodnie, ich najdłuższe rozstanie wymuszone naukowymi podbojami Ulli; jej pociąg nie zdołał prawdopodobnie opuścić Prowansji, a Magnus już we właściwej sobie ciszy cały zamienił się w jedną wielką tęsknotę. Tkwił w winnicy i myślał tylko o niej; gotując wodę na kawę pozwalał parze owiewać twarz i aż nazbyt udatnie wyobrażał sobie, że to Ulla muska go po policzku; z przymkniętymi powiekami czekał, aż minie dzień, żeby znów wejść po schodach domu, przekręcić klucz w zamku i – po dwudziestu dniach bolesnej monotonności – odnaleźć ją czekającą cicho, nagą wśród pościeli łóżka.
Nie było na świecie rzeczy, która mogła uczynić Magnusa bardziej szczęśliwym niż spędzanie z nią każdej nocy, ponowne smakowanie jej zdania o nawet najdrobniejszych błahostkach, odczuwanie dreszczu nie do opanowania, który przenikał kości i pustkę rozdzierającą ciało. Czasami, gdy skończyli się kochać, wychodzili na spacer po pełnych nocnej wilgoci ulicach. Przytuleni, dwoje pod jednym płaszczem, pełni pogardy dla jesiennych deszczy i wichrów, jakby zaszczepieni przeciw ich smaganiom. Mogli spędzać razem całe godziny, nie mówiąc ani słowa, nie zmieniając pozycji, zatopieni w dotyku nagiej skóry – a gdy budzik popędzał go do wstawania, wolał zrezygnować z porannej kawy, z umycia twarzy, uczesania włosów, żeby tylko zyskać jeszcze parę chwil u jej boku. I przez całą drogę – schody, samochód, winiarnia – czekał na moment, kiedy do niej wróci, kiedy przekręci klucz w drzwiach, a ona tam będzie. Żadna wątpliwość czy podejrzenie nie mogły zagrozić Magnusowi. Był pewien ich miłości, on, który przebolał już wiele rozczarowań, wiedział, że ta miłość nigdy go nie zdradzi.
Dziś też wiedział. Nie wątpił nawet przez chwilę. Jak miałby wątpić, skoro to ona go odnalazła, a on – jak zawsze – nie był pewien, co powiedzieć?  Mógłby jedynie patrzeć. Nie mówić nic. Myśleć wygląda ślicznie. Jak reklama lodów waniliowych. Jak anioł. A później odkryć, że nie przychodzą mu już do głowy żadne porównania, wszystkie przestają mieć znaczenie, odkąd pokonali barierę między ciałami, odkąd zrobił w jej kierunku kontrolny krok, a ona się nie cofnęła.
Jego Ulla.
Jest.
Istnieje.
Nie znika.
Nie ucieka. Jest wyraźniejsza od całego świata, jak gdyby wydrapana w rzeczywistości złotym gwoździem.
On naprawdę nie wie, co powiedzieć. Nawet, kiedy podrywa ją z ziemi, zespala ich dłonie w dotyku, czuje znajomy kształt jej obrączki i palący brak swojej. Puste miejsce na palcu naprawdę wygląda głupio – cienki, jaśniejszy pasek na skórze, dziwnie osamotniony. Jak piętno, na które nie zasłużył – bo przecież wciąż ma ten złoty krążek, banalny i jednocześnie rozczulający symbol miłości, której nie da się tak po prostu zamknąć w okrągłym kształcie szlachetnego metalu.
Czasami – przynajmniej raz w tygodniu, zawsze nocami – odsuwa poluzowaną deskę w podłodze. Wyciąga niewielkie, drewniane pudełko. Po omacku odnajduje chłodny, stęskniony za dotykiem skóry kształt.
Nasuwa go na palec.
I czasami – za każdym razem, gdy obrączka przejmie ciepło skóry – powtarza tak.
Dla Ulli.
Dla l'amour de ma vie.
Dla tak, które wypowiedziała ona przed sześciu laty, tym jednym, krótkim słowem sprawiając, że wszystko wokół zwolniło. Świat rozciągnął się jak wyciągnięta z ust, trzymana w palcach guma do żucia. Wiwaty gości weselnych brzmiały bardziej przeciągle, wysycając się echem, każdy dźwięk zachowywał się jak topiąca się stearyna. Śnieg zaczął wirować w powietrzu w zwolnionym tempie. Ludzie, ruszający z życzeniami, stawiali coraz wolniejsze kroki, jakby występowali w nieokreślonym przedstawieniu, udawali kogoś, parodiowali się nawzajem.
Wobec jej tak kapitulował cały świat. Wobec jej tęskniłam kapitulował on.
Wiem – mówi w końcu, znów odnajduje w sobie dość odwagi, by formułować słowa, jakiekolwiek słowa. – Wiedziałem, że będziesz szukać.
Nie byłaby sobą, gdyby nie szukała.
I że znajdziesz.
Nie byłaby sobą, gdyby nie znalazła.
Nie spodziewał się, że dziś czekać będzie go sceneria, w której – jakkolwiek nie byłoby to śmieszne – usłyszy własną duszę, jak w samym środku ponownie składa się w całość, nagle ukojona, spokojna, skąpana złotem. Czekająca, aż ona znów poskleja świat z rozbitych skorupek. Pewnie dlatego nie chciał mówić u mnie, u ciebie. Żadnych podziałów. Żadnego ty i ja.
Tylko my.
U nas – nie zwracając uwagi na rozlane wino, drzwi, przez które w każdej chwili ktoś mógł wejść i własne, wciąż tlące się w umyśle niedowierzanie, położył dłoń na jej sercu – tak, jakby chciał sprawdzić, czy wciąż wygrywa tę samą melodię, czy nie sfiksowało przez ostatnie trzy lata. – Na rue Jean-Macé w Popincourt czeka okropnie ciasne mieszkanko – ledwie słyszy własne słowa, ostrożnie opierając zmarszczone czoło o gładką taflę jej czoła; trwają tak, poza czasem, poza rzeczywistością, poza mdłym światłem maja, poza otoczeniem, gdzieś tam, na wieczność. Magnus patrzy we wciąż noszące ślady łez oczy, patrzy na te upstrzone piegami policzki i wtedy cała reszta znika z horyzontu, i słyszy małe kamyki własnego śmiechu, turlające się przez zalegającą między nimi ciszę, i rejestruje własny, wciąż pełen niedowierzania, ale szczęśliwy głos, wlatujący wprost jej do ucha:
Kocham Ciękocha. Kocha Ullę – wcale nie obcą. Wcale nie niewystarczającą.
Swoją. Będącą wszystkim, co Magnus ma.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sro Paź 18, 2017 10:57 am

Skąd dokładnie bierze się miłość?
Zastanawiała się nad tym niejednokrotnie. Jako dziecko. Jako panna. Jako żona, trzymając w dłoni serce czterdziestoletniego koniarza. Zmarł na gorączkę w jeden z upalnych, marsylskich poranków, wylądował na zimnym stole uniwersyteckiej kostnicy. Wątrobę miał przebrzmiałą, przerośniętą, obrośniętą nitkami tłuszczu. Żołądek owrzodzony. A serce?
Serce miał ogromne.
Trzymała je w dłoniach, przyglądając się naczyniom krwionośnym. I zastanawiała się czy nawet tak wielki organ byłby w stanie utrzymać jej ogrom miłości.
Pamięta pierwszy dotyk.
Małe, pomarszczone paluszki dwumiesięcznego dziecka zaciskające się na jej paznokciu. Okrągła buzia, rumiane policzki, złoty loczek opadający na przymknięte powieki. Nóżki pulchne, niespokojnie wierzgające, ogrzewane ostatnimi promieniami wrześniowego słońca. To był wyjątkowo upalny wrzesień.
Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć paluszków zacisnęło się na jej paznokciu. I w tej samej sekundzie poczuła jak na jej siedmioletnie barki spada ciężar nieznanych jej dotąd uczuć. Miłości – tak, kochała mamę, tatę, dziadka, za tym ostatnim dużo tęskniła, ale to uczucie było w niej od samego początku, stale obecne. Było częścią jej, jak kość, na co dzień się nad nim nie zastanawiała. Ta miłość była inna. Sprawiała, że serce stało się cięższe, a w tyle głowy pojawił się niepokój. Troska. I ta ogromna złość – pozbawiono ją pierwszych dwóch miesięcy! Całych sześćdziesięciu dni. Niezliczonej ilości oddechów, tylu pierwszych doznań. Pierwszego promienia dosięgającego miękką skórę. Pierwszego motyla spacerującego po mlecznej rączce. Pierwszego uśmiechu.
Do dzisiaj ma żal o te pierwsze momenty – co z tego, że była pierwszym śmiechem, pierwszym słowem, krokiem, bajką na dobranoc, pierwszym winogronem, pierwszą truskawką. Biegiem, jazdą na rowerku, szybowaniem ku chmurom na huśtawce.
Jednocześnie pierwsza i ostatnia.
Jaki organ ustępuje miejsca tej wielkiej pustce którą odczuwa się tracąc najbliższą osobę?
Nad tym też się zastanawiała. Zastanawia się do dzisiaj.
Dużo dziecinnej naiwności było w wierze, że cała miłość którą w sobie posiada została zakopana obok małej trumienki. I została w niej tylko bezpieczna gorycz. Znajoma pustka. Ból, choć dotkliwy, z czasem oswojony – ból, który już nie zaskoczy. Naiwna była pewność, że nie ma w niej już żadnych uczuć.
Więc kiedy serce po raz kolejny stało się ciężkie – w jednocześnie znajomy i zupełnie obcy sposób – pierwszą reakcją nie była radość. Nadzieja. Wzruszenie.
Była przerażona.
Co jeśli, takie pojawiło się pytanie, co jeśli ten ogrom miłości po raz kolejny okaże się jedynie wstępem dla ciężkiego, smolistego smutku? I obok jednej dziury pojawi się druga?
Czy w ogóle można funkcjonować z dwoma? Teoretycznie doskonale zdaje sobie sprawę, fizycznie nie jest możliwe umrzeć ze smutku. Z tęsknoty. Wszystkie książki dla dziewcząt kłamią, żal po utraconej miłości nie byłby wstanie skonsumować człowieka od środka.
Tyle, że co wszelakie książki dla panien z dobrych domów i co grupa brodatych naukowców może wiedzieć o niej? I jej miłości?
Do Magnusa.
Była przerażona. Jednak przerażenie szybko ustąpiło miejsca determinacji – tym razem będzie na czas. Tym razem ciało nie poderwie się do biegu zbyt późno, tym razem nie będzie jedynie patrzeć jak wyciąga się ze studni zesztywniałe zwłoki. Tym razem zdąży.
Udało się jej?
Świat kończy i zaczyna się na jego ramionach, ich splecionych dłoniach. Nie zna odpowiedzi na żadne ze swoich pytań.
Nie wie skąd bierze się miłość. Czy nie znalazła go zbyt późno? Nie ma pojęcia czy żal rozlewający się po całym ciele, przygniatający, utrudniający oddychanie, odpuści.
Jest z nim i jednocześnie zdaje się jej, że nie do końca. Trzyma blisko, z niedowierzaniem – wiedział, że będzie szukać. Wiedział, że go znajdzie. Nie odpuści.
Więc dlaczego ją na to skazał?
Przez głowę przechodzi absurdalna myśl, myśl której się wstydzi – co jeśli to była próba? Podejrzenie pali jej policzki i ściska żołądek w poczuciu winy. W końcu takiej miłości nie trzeba testować. Takiej miłości jest się pewnym.
Więc dlaczego?
Powiedział, że wytłumaczy.
Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną.
Niewiedza od zawsze doprowadzała do szału.
Kłębi się w niej zbyt wiele emocji – tylko Magnus potrafi wywołać tyle uczuć w jednym momencie. Żal miesza się ze złością, czuje, że zaraz wybuchnie. W jego ramionach, zabierze go razem z sobą, a z nimi i pół Paryża. Żółć podchodzi jej do gardła.
I tylko Magnus potrafi ją uspokoić. Kładąc dłoń na jej sercu, mówiąc ciche u nas. U nas obiecuje brak kolejnych rozstań. Dopiero kiedy słyszy o ciasnym mieszkaniu uświadamia sobie jak bardzo bała się, że po raz kolejny przyjdzie im się rozstać. Powie jej, że to zbyt niebezpieczne, mieszkać razem, znajdzie tysiąc powodów by co noc musieli się rozchodzić się w innych kierunkach.
Dopiero kiedy słyszy o ciasnym mieszkaniu uświadamia sobie jak chętnie wyniesie się z tego babcinego. Na rue Jean-Macé w Popincourt.
Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną – najchętniej pobiegłaby tam już teraz. Na samym progu ściągnęła sukienkę, dała się oprowadzić po ciasnych czterech kątach. Tutaj gotuje się wodę na herbatę, gorący oddech na skórze, tutaj wieczorami rozmyślałem o tobie dreszcze przechodzące przez całe ciało. A tutaj stoi łóżko na którym leżą nagie, splecione ciała, dwa połączone w jedno, już na zawsze.
Paryż może płonąć za oknami.
Kocham Cię. Całuje jego skroń, policzki, usta, czubek nosa. Kocham Cię. Chodźmy już. Wreszcie unosi głowę i patrzy w jego oczy, oczy Magnusa i czuje jak te jej po raz kolejny zachodzą łzami. To głupie, przecież Ulla Sorensen nigdy nie płacze – Kocham Cię – i zabiję jeśli jeszcze raz mnie zostawisz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   Sro Lis 15, 2017 1:11 pm

Tamtego dnia niebo miało najjaśniejszy odcień błękitu, jaki kiedykolwiek obserwował; tak wyblakły i ulotny, że nawet zawodowy malarz zawahałby się przed określeniem go niebieskim. Na tym aksamitnym tle, jak na palecie fowistów, rozciągała się długa, wyzuta z wszelkich barw chmura z szarawym obrzeżem. Było tuż przed zmierzchem, a Magnus siedział na pierwszym promie odpływającym z Trondheim, trzęsąc się – trochę z zimna, trochę z głodu, trochę na myśl o tym, co właśnie robi.
Uciekał.
Dwie godziny wcześniej powiedział bratu, że wróci na święta, ale jakaś jego część – najpewniej nierówny, spękany odłamek umysłu nazywany podświadomością – wiedziała, że to kłamstwo. Wiedziała o tym od bardzo dawna, być może od sześciu lat, podczas których każda noc składała się z nierównych urywków snu, zlepków nieustannego nasłuchiwania, sekwencji bezdechu. Wiedziała, ale dopiero tamtego dnia – kiedy Magnus zamknął oczy, głęboko oddychając tą charakterystyczną wonią morza, soli i śniętych ryb – stała się rzeczywistością. To oczywiste, dlaczego łzy Sveina nie zrobiły na nim wrażenia, dlaczego świadomość, że w oknie na pożegnanie wytrwale macha Bjørn – i będzie machał, póki Magnus nie zniknie za zakrętem – była mu to zupełnie obojętna, jak oglądany jednym, półprzymkniętym okiem słaby film. Bo podświadomie czuł, że za dwie godziny to wszystko będzie za nim. Że za kolejne pięć zobaczy na lądzie zupełnie inne światła, w zupełnie innym odcieniu. Że za dwadzieścia będą czekać na niego nowe obowiązki. To dobrze wyszło, dobrze się stało – powtarzał sobie w myślach, obserwując oddalający się brzeg. – Dobrze uwolnić się od przeszłości. Dobrze uwolnić się od bólu. Dobrze uwolnić się od ojca, na którym i tak się zemści.
Wtedy, gdy wróci.
Być może Henrik miał rację, na pożegnanie mówiąc, że Magnus krzywdzi samego siebie – być może miał rację, bo poza niektórymi odmianami białaczki, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.
To też zrobił sobie sam; skazał małżeństwo – jedyną dobrą, szczęśliwą rzecz, jaka spotkała go w życiu – na próbę, do której żadne z nich nie było gotowe. Wyjechał nieświadomy szkód, które może wyrządzić, wyjechał, zostawiając za plecami kobietę, która zdołała go pokochać bezwarunkowo, bez żalu po pozostawionych bez odpowiedzi pytaniach, bez jakichkolwiek oczekiwań. Poza tym jednym, jedynym – tym, w którym ją zawiódł.
Nie zostawiaj mnie. Nigdy.
Powinien pokutować za opuszczenie jej; powinien przez trzy lata każdego dnia skazywać się na ascezę, zamiast myśleć o tym, jak bardzo pragnie Ulli przy sobie, jak bardzo chce jej obok, jak niepełny, żałosny i mechaniczny jest bez niej. Jak chłodny – podczas gdy Ulla jest ciepła, z substratu myśli przeobrażając się w potężny magnes, który przyciąga Magnusa i rozpłaszcza go jak zbitkę niepotrzebnego złomu, on zdaje sobie sprawę, jak dotkliwie było mu zimno. Jak marznął przez trzy lata. Jak niewiele brakowało, by przeobraził się w bryłkę lodu.
Dlatego sama myśl, że mieliby się rozstać jest odstręczająca.
Przeraża.
Bo od pewnego czasu – jak dawna? Nie zapytał, zapomniał, to wszystko go przygniotło, zaskoczyło, przerosło pod każdym względem – Ulla nie jest już bezpieczna w rodzinnym domu. Od pewnego czasu – ile, ile dni, tygodni, miesięcy tu jesteś, min kjære? – każdy jej krok, każde spojrzenie, każde ukłucie tęsknoty może być tym ostatnim. Bo od teraz – od teraz już na zawsze, aż do ostatniego oddechu, który zaczerpną płuca Magnusa – nic nie będzie jej zagrażało.
Nikt nie będzie jej zagrażał.
Wychodzimy – patrzy na nią. Uśmiecha się najszczerzej, jak potrafi – trochę niepewnie, trochę nieporadnie, trochę tak, jakby odzwyczaił się od szczęścia. Chce wchłonąć przez skórę każdą molekułę jej dotyku, każdą cząsteczkę ciepła, które zostawiają jej usta, każdą pieszczotę opuszek – do rzeczywistości powraca wyłącznie z powodu łez, drobnych, słonych kropelek, które ponownie zakołysały się w błyszczących oczach i z każdą upływającą dziesiętną częścią sekundy groziły upadkiem.
Nie mógł na to pozwolić. Nie znowu. Nie, kiedy myśl płakała z twojego powodu przez trzy lata pali jak wypalone na umyśle piętno.
Chwiejnie – może dopiero teraz czuje, jak wycieńczony był przez ponad trzydzieści miesięcy rozłąki, a może to wszystko, co stało się przez ostatni kwadrans, gwałtownie rezonuje w jego ciele – nachyla się nad Ullą, oplata Ullę ramionami w pasie, przyciąga Ullę do siebie, całuje Ullę w usta, powtarza w myślach Ulla i nagle nie ma już ani Ulli, ani Magnusa, ani winiarni, ani Paryża. Jest tylko ciepło jej ciała, usta smakujące czymś słodkim, woń perfum zsyntezowana z wonią skóry, łaskoczący w policzek kosmyk włosów, czyjś cichy pomruk – chyba jego, tak pełen ulgi, tak szczęśliwy – i niecierpliwe dłonie, które z pleców suną na talię, z talii na biodra, z bioder na uda, z ud zaś nie chcą uciekać już nigdzie, bo tam im wygodnie, tam jest ich miejsce, tam powinny znajdować się każdego dnia.
Idziemy do domu.
Bo po raz pierwszy od trzech lat Magnus ma dom. Ma cel. Ma ją. I ma jej smak na ustach, kiedy w końcu – cudem, bo przecież nie siłą woli – odstępuje od niej na krok, najpierw jeden, później drugi, by, już zupełnie na oślep, sięgnąć po butelkę wina, pierwszą lepszą, nawet nie czyta etykietki – jak mógłby, skoro wciąż wpatruje się w Ullę, skoro Ulla jest centrum wszechrzeczy? – po czym wyciąga w stronę żony dłoń. Zachęcająco, niecierpliwie, z determinacją, która nie dopuszcza do Magnusa myśli, że nie powinien zamykać winiarni, że rozbita butelka wciąż czeka na uprzątnięcie, że może stracić pracę, że zimny, kalkulacyjny Sørensen nie robi takich rzeczy; nie jest porywczy i nieodpowiedzialny, nie robi niczego spontanicznie, nie podejmuje podszytych emocjami decyzji.
Tyle, że to wszystko nie jest istotne. To wszystko nie ma znaczenia. To wszystko robił przez ostatnie trzy lata.
Teraz odzyskał Ullę – teraz miał zmienić się cały świat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Winarnia 'Bordeaux'   

Powrót do góry Go down
 
Winarnia 'Bordeaux'
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Palais-Bourbon-
Skocz do: