IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Apteka


Share | 
 

 Apteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Apteka   Sro Sie 17, 2016 11:51 pm



Apteka

Po wejściu do lokalu w oczy rzuca się widok półek w większości świecących pustkami. Jedynie na niektórych postawione są leki, a bardzo nieliczne zapełnione są całkowicie przez różne opakowania. Aptekarz o zmęczonym spojrzeniu krąży za ladą, wycierając kurz z nieużywanych mebli, a na widok klienta spogląda w jego stronę ze szczerą nadzieją. W końcu teraz, w czasach gdy tak wiele aptek zamknięto, każdy kupujący jest na wagę złota.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 3:24 pm

kwiecień

Ostatnimi czasy notorycznie dryfował gdzieś w stanach niemalże agonalnych, bowiem złapało go jakieś paskudnie wykańczające przeziębienie, lecz Paryż znajdował się w gorączce wydarzeń, więc Wolf nie mógł sobie pozwolić na złapanie oddechu i wykurowanie się w zaciszu mieszkania. Do tego wszystkiego doszły jeszcze kolejne katastroficzne wiadomości - między innymi ta o postrzeleniu ojca na premierze jakiegoś quasi arcydzieła (paryskie robactwo wychodziło z cienia i zaczynało poczynać sobie coraz śmielej, czas ukrócić ich mrzonki i jakiekolwiek kolejne próby tego typu zamachów, bo to już przestało mieścić się w głowie - najpierw Lisę niemalże zasypały gruzy, a teraz jakaś gnida wycelowała do szefa paryskiego oddziału Gestapo). Gdy tylko stan staruszka ustabilizował się na tyle, aby można go było przewieźć do szwajcarskich specjalistów, Wolf zajął się zorganizowaniem transportu i sam osobiście odeskortował ojca, a na miejscu zadbał o to, by Ludwig otrzymał fachową opiekę. Jakiekolwiek animozje nie wykwitły między nimi przez te wszystkie lata - mimo wszystko Ludwig był von Liebenfelsem (i zasłużył sobie na znacznie gorszą śmierć, choć to spostrzeżenie Wolfgang zachował dla siebie).
Kiedy Wolf sam zaczął wyglądać, jakby to on miał przyjemność dostać kulkę, udał się w końcu do apteki, zasięgnąwszy uprzednio języka, co powinien zażyć, by jakoś przeciwdziałać ogólnemu wyczerpaniu organizmu. Jeden z jego podwładnych polecił mu Vitamultin forte, więc z zamiarem zakupienia tego medykamentu udał się do jednej z najlepiej zaopatrzonych w mieście aptek (co bynajmniej nie oznaczało, że jej półki uginały się pod ciężarem towarów - ale o to trudno było w całym Paryżu).
Dzwonek przeciął ciszę, anonsując jego przybycie - Wolf zanurzył się w zakurzonym, ciemnym pomieszczeniu, przesiąkniętym wonią różnorodnych farmaceutyków (i żywicy? Wyczuwał żywicę, choć nie był pewien, czy zmysły go nie oszukały.). Z zaplecza ktoś krzyknął, że zaraz przyjdzie, więc von Liebenfels (nie zwykł tracić czasu) podszedł do jednej z najwyższych szafek, by przyjrzeć się jej zawartości. Gdzieś na samej górze zaszkliła się obiecująco wyglądająca buteleczka (wypełniona jakimś proszkiem; na jej etykietce widać było napis, który ze znacznej odległości i przy tej grze światła spokojnie można było odczytać jako Vitamultin). Zerknął niecierpliwie w stronę uchylonych na zaplecze drzwi, jednak gdy w przeciągu tych kilku dłużących się niemiłosiernie minut nikt stamtąd nie wyszedł, przysunął kurzący się w rogu pomieszczenia taboret i stanął na meblu. Nie zauważył tylko, że jedna z jego nóżek jest wybitnie niestabilna, o czym przekonał się dopiero wtedy, gdy krzesło wydało z siebie agonalny dźwięk i przechyliło się, a Wolfgang zmierzał wprost w objęcia aptecznych półek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 3:36 pm

Początek kwietnia, choć być może nie przyniósł drastycznej zmiany pogody, powoli zwiastował już nadchodzącą wiosnę. Dni wydłużały się coraz bardziej, promienie słońca oświetlały miasto coraz jaśniejszymi i cieplejszymi promieniami i chociaż na ulicach w większości wciąż jeszcze dominowały zimowe płaszcze, grube szaliki oraz ciepłe czapki, wystarczyło rozejrzeć się wokoło aby dostrzec te drobne znamiona zupełnie nowej pory roku.
Wszystko zaczynało budzić się więc do życia, nie tylko ptaki, które wczesnym porankiem wyśpiewywały swe serenady na wciąż jeszcze ogołoconych z liści drzewach, ale i ludzie, który tęsknie wyciągali swe twarze w stronę jaśniejącej na niebie kuli, w stronę jej ciepłych promieni, jakby liczyli, że wraz z początkiem wiosny wszystko ulegnie diametralnej zmianie. Oczywiście, to nie miało się przecież wydarzyć. Wojna nie kierowała się porami roku ani pogodą, żyła swoim własnym, szybkim i trzymającym w napięciu tempem, odbierając prawdopodobnie najsilniejszą ludzką cnotę – nadzieję. Część mieszkańców Paryża zdawała się wciąż posiadać jej spore pokłady, choć może nie koniecznie liczyli już na odzyskanie pewnej wolności. Otaczające ją na ulicach szepty i podsłuchiwane w kolejkach rozmowy świadczyły, iż wielu paryżan zdawało się godzić z obecnym stanem rzeczy, tym razem upatrując zbawienia w tych, którzy dwa lata temu pozbawili ich wszystkiego, co dotychczas było im znajome.
Madeline nie mogła ich winić, panoszące się na ulicach niemieckie mundury nie zdawały się ustąpić, wręcz przeciwnie, czasem można było odnieść wrażenie, iż z każdym dniem przybywa ich coraz więcej. Wydarzenia, które w ciągu ostatnich dni marca wstrząsały Paryżem i znajdowały się na okładkach niemalże wszystkich wydawanych w stolicy gazet sprawiły, że być może zwyczajni mieszkańcy zaczęli już być zmęczeni toczoną o miasto walką, prowadzoną przez dwie najwyraźniej niezbyt równe siły. Ona mogła jedynie obserwować, patrzeć z góry na wszystko, co działo się dookoła, kiwać głową mijanym na ulicy ludziom, których teraz zaczynała już rozróżniać w tłumie przechodniów, chodzić do pracy i czekać. Czekać na polecenia i zadania, które z czasem miały z pewnością nadejść, przełamując jej paryską sielankę i być może tą dobrą passę, która towarzyszyła jej odkąd przyjechała do miasta.
Po drodze do domu, z lekko zaróżowionymi od chłodnego wiatru policzkami, zamierzała wstąpić do pobliskiej apteki. Nie spodziewała się znaleźć tam wielu produktów, wszak cały okupowany Paryż objęty został niedoborami w asortymencie. Nie potrzebowała jednak wiele, kilka plastrów i gazy, którą mogłaby opatrzyć otarte od noszenia na co dzień niewygodnych butów stopy. Pchnęła dość ciężkie drzwi, przy akompaniamencie cichego dzwoneczka wchodząc do ciepłego pomieszczenia iż zastając tam widok, którego się bynajmniej nie spodziewała. W otoczeniu roztrzaskanych szklanych buteleczek, wylanych płynów i rozsypanych proszków, które stanowiły być może ostatnie na najbliższy czas zapasy apteki dostrzegła dość młodo wyglądającego mężczyznę. Zamierzała rzucić jakiś uszczypliwy komentarz, jednak gdy rozchyliła wargi z jej ust wydobyły się zupełnie inne słowa, kiedy zdołała w ostatniej chwili ugryźć się w język zwróciwszy uwagę na strój mężczyzny.
- Potrzebuje pan pomocy, monsieur? – zapytała płynnym francuskim, podchodząc bliżej i rzucając krótkie spojrzenie w stronę lady, za którą ku jej zdziwieniu nie znajdował się żaden sprzedawca. Czyżby wywołany bez wątpienia hałas nie przyciągnął jego uwagi?


_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 4:17 pm

Machinalnie wyciągnął przed siebie lewą dłoń, szukając oparcia w solidnym, dębowym meblu, jednak impet, z jakim uderzył o półkę, spowodował, iż ręka zatrzymała się dopiero na ścianie, po drodze zgarniając ze sobą jeszcze jakąś żółtawą buteleczkę, która (zagnieżdżona pomiędzy tynkiem a mięśniami Wolfa) pękła na kilka większych kawałków. Nieregularna faktura szkła przecięła skórę von Liebenfelsa - w niektórych miejscach rozorała papierowy naskórek z taką łatwością, jakby to była zwykła kartka. - Scheiße - wyrwało mu się, gdy oderwał rękę jak oparzony - uczynił to tak szybko, że taboret przechylił się na drugą stronę, a Wolf zupełnie stracił równowagę i zrobił krok do tyłu, ostatecznie lądując na podłodze w dziwacznej pozycji ni to przykuca... ni to uklęku. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że jego żałosne poczynania obserwowała (od dłużej chwili? Tego nie był pewien, w ferworze zdarzeń zupełnie umknął mu charakterystyczny dźwięk dzwonka) jakaś kobieta.
Starając się przybrać dumną pozę, wstał do godnego pionu, choć w tym momencie trudno mu było zapanować nad mimiką twarzy. Mniej więcej wtedy do pomieszczenia wbiegł zaalarmowany starszy mężczyzna, który niewątpliwie był pracownikiem sklepu  - z wyrazem paniki w oczach powiódł wzrokiem po spustoszeniu, które w przeciągu dwóch, może trzech minut udało się Wolfgangowi zasiać. Gdyby to był ktokolwiek inny niż okupant, to w tym momencie zostałby zbluzgany niemiłosiernie, jednak mundur robił swoje i nieznajomy po prostu zamarł, czekając na jakąkolwiek reakcję Wolfa tak, jakby von Liebenfels miał go zaraz rozstrzelać za to, że w tej właśnie aptece sam przeprowadził na sobie nieudany zamach. - Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdy pomogła mi pani oczyścić ranę - odpowiedział kobiecie po francusku, bo nawet nie zamierzał udawać, że zna się na pierwszej pomocy. Nie miał o tym zielonego pojęcia, a z jego dłoni wypływało podejrzanie dużo krwi. Na dodatek oblepiające ją paskudztwo piekło jak diabli - albo nawet jak wszystkie diabelskie dusze zamieszkujące dantejskie kręgi. - A czy pan mógłby w tym czasie sprawdzić, co trzyma pan na szóstej półce? - rzucił w stronę staruszka, nie siląc się na przeprosiny, potem najwyżej zapłaci mu za wyrządzone szkody, a teraz chciałby się dowiedzieć, co właśnie dostało się do jego krwiobiegu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 4:50 pm

Madeline nigdy wcześniej nie była specjalnie uprzedzona do Niemców. Nawet teraz, w samym ogniu toczącej się wokoło wojny, miała wrażenie, że ta nienawiść, którą się kierowała, była wykreowana sztucznie i na siłę, tylko dlatego, że tak po prostu wypadało. Wypadało nienawidzić tych, którzy obierali wolność, życia, niszczyli piękne miasto i panoszyli się w nim niczym robactwo. Wypadało stać po stronie uciśnionych, być oddanej własnej ojczyźnie i walczyć za to, co dobre i sprawiedliwe. Oczywiście, nigdy nie sądziła, że to, co czyniły wojska niemieckie czy to na frontach wojny czy to w okupowanych krajach nie było złe. Gdyby tak sądziła, nigdy nie zgodziłaby się w końcu na zostanie agentką, bez względu na zachętę w postaci zupełnie nowego życia. Być może jednak to było jej zaletą, nie kierowała się wcześniejszymi uprzedzeniami, żaden Niemiec nie zaszedł jej jeszcze za skórę, więc o wiele łatwiej było jej się uprzejmie i uroczo uśmiechać, idealnie odgrywając przybraną rolę zwyczajnej Francuzki, która być może była już zmęczona trwającą wojną i pragnęła jedynie powrotu do normalności, bez względu na to pod czyimi rządami miałaby tą normalność otrzymać. Mogła więc czarować niemieckich oficerów, prowadzić z nimi filozoficzne dysputy, jeśli tylko mieliby na to ochotę i jeśli miałoby to w jakikolwiek sposób okazać się dla niej przydatne. Na pierwszym miejscu wciąż stał powód, dla którego zjawiła się w Paryżu. Pamiętała, pod jakim warunkiem otrzymała nowe życie i nie zamierzała zaniedbywać swoich obowiązków. Teraz wokół jej osoby panować mógł względny spokój, jednak miała wrażenie, że była to dopiero cisza przed burzą i wszystko jeszcze miało się dopiero zacząć. I nawet ta błogość, stabilność i irracjonalne poczucie bezpieczeństwa, które przecież nie powinno jej towarzyszyć biorąc pod uwagę sytuację, w której się znajdowała, nie były powodem do tego, aby nie robiła zupełnie nic. Dlatego, bardziej niż samą sobą, była swoimi uszami i oczami, wsłuchując się w przypadkowe szepty na ulicach, obserwując twarze przypadkowych przechodniów i licząc, iż któregoś dnia komuś rozwiąże się język akurat wtedy, gdy będzie w pobliżu, aby w przyszłości móc jakoś to wykorzystać.
Teraz jednak nie zamierzała wykorzystywać krwawiącego mężczyzny. Nie była ani głupia ani lekkomyślna, dlatego bez słowa, jedynie z błąkającym się na wargach uśmiechem, wyciągnęła z kieszeni czystą, białą chustkę z materiału, z wyhaftowanymi w jej rogu inicjałami jej fałszywego nazwiska. Jedyna rzecz, którą przed wyjazdem z Londynu otrzymała od swojej matki na nową drogę życia i która bynajmniej nie miała dla niej żadnego sentymentalnego znaczenia. Dlatego też nawet nie mrugnęła, gdy przycisnęła ją do rany, aby na chwilę zatamować krwawienie, a na materiale wykwitać zaczęły czerwone plamy. Mogłaby powiedzieć, iż było w tym coś pięknego, czerwień odbijająca się na czystej bieli, choć nie była do końca pewna, co to spostrzeżenie mówiło o niej samej.
- Proszę przytrzymać – powiedziała, puszczając dłoń i rozglądając się po aptece. Nie była pielęgniarką i z pewnością nie miała największej wiedzy odnośnie opatrywania ran, jednak szkolenie w Londynie obejmowało również przyspieszony i bardzo podstawowy kurs pierwszej pomocy (który wprawdzie nie został nagrodzony oficjalnym dokumentem, ale trudno się dziwić, skoro trwał zaledwie półtorej godziny). Wychwyciła wzrokiem jedyną buteleczkę wody utlenionej, bez wahania zdejmując ją z półki, wraz z plastrami oraz kawałkiem bandaża. Niemiec bez wątpienia będzie musiał za to zapłacić, jednak nie do jej zadań należało zastanawianie się nad tym, jak rozwiąże całą sprawę z aptekarzem, który z podenerwowaniem wpatrywał się w buteleczkę, której zawartość znalazła się na dłoni mężczyzny – To trochę zapiecze – uprzedziła, odejmując od dłoni chusteczkę. Rana wciąż krwawiła a rozcięcie wyglądało na dość poważne. Odkręciła więc buteleczkę, i ostrożnie polała ranę przezroczystym płynem, czekając na reakcję niemieckiego funkcjonariusza.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 6:28 pm

On również ze swoistego rodzaju fascynacją oraz stoickim spokojem przyglądał się krwistym żłobieniom i fakturze widocznego spod rozcięcia mięśnia (a może nawet dwóch warstw? Trudno to stwierdzić, bo burgundowe plamy nie przestawały wykwitać na jego ręce) - lekko zamyślony wpatrywał się w ten obraz niemal tak, jakby dłoń nie stanowiła integralnej części ciała Wolfganga. Tylko to piekące mrowienie przypominało mu, że to jego krew opuszcza sklepienie żył nazbyt szybko. Dlatego też posłusznie zreflektował się, gdy kobieta powiedziała mu, aby docisnął do rany chusteczkę. Upewnił się jeszcze tylko, czy żadne zbłąkane ziarenko szkła nie znalazło się na dłoni, ale na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie - więc bez słowa protestu uczynił to, co poleciła mu zrobić Francuzka.
Eleganckie płótno, nieskala brudem biel (aż do tej chwili), wyjątkowo miękka w dotyku - widać było, że ktoś naprawdę natrudził się, aby ten kawałek szmatki prezentował się pierwszorzędnie. I jeszcze te tajemnicze inicjały wyhaftowane na rogu chusteczki - V.G. to skrót od Victoire?
Jego myśli pobiegły w dziwnym kierunku, kiedy niemalże w transie wpatrywał się w ściekające po wykwintnym hafcie krople, zastanawiając się, jak mogła mieć na imię opatrująca go kobieta - cóż, przynajmniej dzięki temu nie koncentrował się na nieprzyjemnym uczuciu i bólu pulsującym z promienia rozcięcia. - To był napar z babki lancetowatej - wykrztusił z siebie drżącym głosem starszy mężczyzna, który krążył w pobliżu nich, wyraźnie nie mogąc sobie znaleźć miejsca i zezując w ich stronę, jakby upewniał się, czy zaraz znowu nie spowodują (a raczej czy nie zrobi tego Wolf) jakiejś małej katastrofy. - A, to stąd ten zapach, wyjątkowo paskudny - von Liebenfels skrzywił się nieznacznie, wypowiadając te słowa. - Śmiało - zwrócił się z kolei do kobiety, gdy ta ostrzegła go, że może teraz poczuć pieczenie. - Najbardziej i tak ucierpiała moja duma - wymamrotał już chyba bardziej do siebie, lecz szybko darował sobie dalszą część komentarza, bowiem musiał przygryźć wargę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku - a trzeba przyznać, że niewiele brakowało, by zasyczałby z bólu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 6:58 pm

Nigdy nie przypuszczałaby, iż wydawałoby się zwyczajne, wręcz nudne, kwietniowe popołudnie przekształci się w dość niecodzienną sytuację, rozgrywającą się pośród zasnutej szkłem i rozlanymi lekami podłogi niewielkiej, paryskiej apteki. Zazwyczaj nie miała w zwyczaju pomagania ludziom. Zazwyczaj była po prostu sobą, dość egoistyczną i egocentryczną osobą z niezbyt poprawnym poczuciem humoru i ciętym językiem, nad którym, na jej szczęście, potrafiła w większości przypadków zapanować. W tej sytuacji nie była jednak do końca sobą, była kimś zupełnie innym i ta też osoba, w zależności od sytuacji i jej samopoczucia, przybierała na siebie różne twarze i postawy. Tutaj mogła sobie na to pozwolić, była w końcu w mieście zupełnie nowa, nie miała żadnych znajomości, bliższych przyjaciół czy nawet rodziny, więc nie byłoby nikogo, kto mógłby podważyć jej tożsamość i łapać ją za słówka, gdy dla odmiany postanawiała być dla kogoś miła, tylko po to, aby przekonać się jak to jest.
Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę aptekarza, który zdawał się być naprawdę skrępowany całą sytuacją. Nawet jeśli bałagan, który wywołał wokoło funkcjonariusz w jakikolwiek sposób wyprowadził go z równowagi, mężczyzna nie dawał po sobie poznać, przyglądając się jej poczynaniom i z pewnością bojąc się o to, czy w tym wszystkim nie poniesie on jeszcze innych konsekwencji. Ona zaś wydawała się zachowywać dość swobodnie, bez wahania obracając krwawiącą wciąż dłoń w stronę światła, aby przyjrzeć się dokładniej głębokiej ranie, która na jej oko wymagała kilku szwów i czegoś więcej niż kawałka bandaża czy gazy, które ułożyła na jednej z półek. Nie dziwiła się Francuzom, iż w obecności Niemców większość z nich zachowywała się niczym spłoszona zwierzyna, potulnie kuląc się z obawy o rozwój wydarzeń, bez względu na własne polityczne poglądy, jednak ona, na dobrą sprawę, ni była przecież jedną z nich. Nie miała również nic do stracenia, co oczywiście nie oznaczało, iż lubiła gdy w czasie powrotu z pracy zatrzymywał ją patrol prosząc o dokumenty, czy gdy w bibliotece z jakiegoś powodu zjawiali się Niemcy, z których większość z pewnością nie potrafiła za dobrze czytać w języku francuskim. Mimo wszystko nie czuła jednak strachu. A nawet jeśli, nigdy nie pozwoliłaby sobie go okazać.
Nie zastanawiając się dłużej wylała odrobinę więcej wody utlenionej, patrząc jak miesza się wraz z krwią, tworząc na powierzchni rany jasnoróżową pianę. Puściła mimo uszu wymamrotane słowa, nie mając wątpliwości, iż mężczyzna miał rację. Męską dumę urazić było niesamowicie łatwo, a gdy przychodziło do niemieckich funkcjonariuszy, wymagających pomocy tak pospolitej, francuskiej kobiety… Mogła się tylko domyślać, iż całym wydarzeniem nie będzie się chwalił wśród swoich znajomych. Zastanawiało ją jednak, jak wiele wysiłku wymagało od niego niewydanie żadnego dźwięku, bo była pewna, iż w tym momencie musiał odczuwać chociażby lekki ból.
Po raz ostatni otarła nadmiar płynu oraz krwi, nakładając na dłoń dość grubą warstwę gazy i starannie obwiązując ją bandażem. Mogła mieć tylko nadzieję, iż opatrunek nie przecieknie za szybko, bo nie zapowiadało się, aby w najbliższym czasie upływ krwi miał dojść do końca. Gdy skończyła podniosła wzrok, uśmiechając się lekko. W dłoni wciąż ściskała teraz już całą czerwoną chusteczkę, a na jej palcach dostrzec można było niewielkie ślady krwi.
- Voilà. Żaden ze mnie lekarz, ale pańska rana wyglądała jakby potrzebowała kilku szwów – zasugerowała, odsuwając się kawałek od mężczyzny.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 7:41 pm

Trudno było przeoczyć to, jak bardzo spokój kobiety kontrastował z wymalowanym na twarzy aptekarza chaosem skomponowanym z pierwiastków niepokoju, trwogi i, z całą pewnością, wściekłości, którą usilnie starał się tłumić, jednak niezbyt dobrze mu to wychodziło. Z kolei chirurgiczna precyzja, z jaką Francuzka wykonywała kolejne czynności, uspokoiła Wolfganga, bowiem biła od niej pewność siebie - naprawdę zdawała się wiedzieć, co robi i co robić powinna. Von Liebenfels po prostu obserwował mechaniczny rytm gestów kobiety, wciąż jeszcze pozostając w stanie otumanienia szokiem oraz rwącym bólem. Nieprędko zresztą miało się to zmienić - pewnie regeneracja rozciętej tkanki oraz mięśni potrwa co najmniej kilka tygodni. Na całe szczęście to tylko lewa ręka, zawsze mogło być gorzej - chociażby, gdyby nadział się na rozbitą butelkę prawą dłonią.
- Dziękuję - powiedział, gdy nieznajoma wyjątkowo sprawnie uwinęła się z wszystkim. Przelotnie spojrzał na to, w jaki sposób zawiązała bandaż i naprawdę trudno było się do czegokolwiek przyczepić - pamiętał, jak sam podczas jakiegoś kursu na studiach stworzył dziwną plątaninę, która w żaden sposób nie spełniała swojej roli - natomiast w tym przypadku nie miał wątpliwości, iż bandaż odpowiednio uciska jego ranę, tamując krew na tyle, na ile to możliwe. - Może nie jest pani lekarzem, ale niewątpliwie zna pani podstawy pierwszej pomocy, proszę nie być aż tak skromną, czyny mówią o pani więcej niż słowa - aż zemdliło go od tej rasowej kurtuazji, ale jednak wypadało jakoś okazać wdzięczność. Aptekarz nie kwapił się do tego, by w jakikolwiek sposób mu pomóc, a sam również by sobie z tym nie poradził. No, przynajmniej nie tak umiejętnie, jak zrobiła to ona, bo przecież... czy mogło istnieć coś, czego nie dałby rady zrobić von Liebenfels?
Zaskakujące, że istnieją kobiety, które na widok takiej rany nie mdleją; niezbyt często ma okazję, by takowe spotkać. - Jak najbardziej skorzystam z pani rady, niezwłocznie udam się do szpitala, żeby ktoś to zszył - dodał po chwili, po czym odwzajemniając uśmiech - ten jego był uprzejmy, stonowany, nieobejmujący oczu.
Zgiął rękę w łokciu i podniósł dłoń do góry, by nie tracił tak szybko krwi. Dopiero teraz omiótł wzrokiem cmentarzysko farmaceutyków, po czym westchnął ciężko. - Niech pan mi powie, ile jestem panu winien - Wolfgang przypomniał sobie o uciążliwej obecności aptekarza. A także wpadł na pewien pomysł. - Co chciała pani kupić? - zapytał kobiety, licząc na to, że być może będzie mógł się jej jakoś odwdzięczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 8:25 pm

Musiała przyznać, iż nie spodziewała się takiego zachowania ze strony niemieckiego funkcjonariusza. Ze wszystkich opinii, które można było dosłyszeć gdzieś w rzadziej uczęszczanych, paryskich uliczkach, można by wywnioskować, iż większość z nich częściej zachowywała się jak zwierzęta, aniżeli kulturalne, ludzkie istoty. Oczywiście nigdy nie wątpiła w to, iż było w tym wszystkim sporo egzageracji. Ludzie w swoich ocenach mieli dość sporą tendencję do kierowania się własnymi odczuciami, a nie rzeczywistymi faktami. Bez wątpienia bywały momenty, w których wszystkie te określenia wcale nie odbiegały od prawdy, jednak w tej chwili Madeline nie miała ani jednego powodu aby sądzić, iż Niemcy byli niewychowani.
Jednocześnie nie zamierzała się łudzić, iż uśmiech, który ją obdarzył i te jakże miłe słowa miały w sobie cokolwiek ze szczerości. Jej też zresztą nie było specjalnie do śmiechu i sama się zdziwiła, że wypychane z jej ust grzeczności nie brzmiały ani trochę sztucznie, a wręcz lekko i naturalnie, jakby niezwykłą przyjemność sprawiało jej tymczasowe odgrywanie pielęgniarki. Ciekawe ile wysiłku kosztowało go każde z tych słów, w których wyraził swoją wdzięczność i niejaki podziw dla jej, dość dobrych jak na kogoś bez większego doświadczenia, zdolności. Być może kiedyś jej ego nawet w tej sytuacji zostałoby przyjemne połechtane, a ona sama oblałaby się rumieńcem, jednak te czasy już dawno minęły. Kiedyś każda pochwała, nie ważne, z czyich ust wyrażana, stanowiła dla niej naprawdę wiele, gdy przez sporą ilość czasu musiała niemalże walczyć o jakąkolwiek uwagę. Teraz znała swoją wartość i nie potrzebowała nikogo, tym bardziej niemieckiego funkcjonariusza, aby ją o tym zapewniał.
Te uwagi zachowała jednak dla siebie, przyglądając się jego twarzy, na której przez chwilę pojawił się uśmiech. Tym razem była jednak pewna, iż gest ten nie był do końca prawdziwy. Umiała poznać, gdy obejmował on jedynie unoszące się w górę kąciki ust, w końcu sama okazywała go tak wiele razy, wyćwiczywszy to już w dzieciństwie, gdy za każdym razem pomimo cisnących się do oczu łez musiała robić dobrą minę do złej gry.
- Cóż, w takim razie również dziękuję – odpowiedziała jeszcze na jego uwagę, sięgając jednocześnie do torebki i wyjmując z niej chusteczkę, tym razem już papierową, którą otarła własne dłonie. Następnie wrzuciła je do stojącego przy wyjściu kosza na śmieci, wraz z ubrudzonym kawałkiem materiału. Zdecydowanie nie będzie tęsknić za tym, co jej matka z pewnością wzięła za wyjątkową pamiątkę i symbol pojednania. Czego nie widzi to ją nie zaboli, a nawet gdyby widziała, panna Irving z pewnością nie miałaby większych trudności przed sprawieniem swojej rodzicielce odrobiny bólu – Plastry, jednak jeśli myśli pan o odwdzięczeniu się, naprawdę nie jest to konieczne – dodała, nie będąc pewną, czy aptekarskie zakupy były najlepszą formą odwdzięczenia się za cokolwiek. Czegóż jednak mogła od niego wymagać? – Jeśli da mi pan miotłę, pomogę panu tutaj posprzątać – zwróciła się tym razem do aptekarza, mając poczucie, iż oszołomiony starszy mężczyzna nie poradziłby sobie sam z całym chaosem, który ogarnął jego aptekę.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 9:53 pm

Oszacowanie strat zajęło aptekarzowi chwilę, lecz ostatecznie podał sumę - odpowiednio zawyżoną, co do tego Wolf nie miał najmniejszych wątpliwości, jednakże zważywszy na to, co funkcjonariuszowi Abwehry udało się dzisiaj zepsuć/zniszczyć/potłuc na tak małej powierzchni, nie mrugnął nawet okiem, uznając, że ta kwota po prostu się temu człowiekowi należy. Zresztą pieniądze nigdy nie były dla von Liebenfelsa problemem, cierpiał na ich nadmiar, bynajmniej nie deficyt, więc pewnie nawet nie odczuje upływu gotówki. - W porządku, wypiszę panu czek, dobrze? - trudno to nawet było nazwać polubownym załatwieniem sprawy - raczej bliżej temu do aktu łaski, bowiem gdyby Wolfgang wyszedł z apteki, nie zapłaciwszy ani grosza, to najprawdopodobniej i tak nie miałby z tego tytułu żadnych nieprzyjemności; zresztą nie wierzył w to, że ten człowiek mógłby komukolwiek zgłosić fakt, było nie było, zdemolowania apteki. Aczkolwiek von Liebenfels mimo wszystko posiadał jakieś resztki przyzwoitości, więc bez słowa wyciągnął blankiet, na którym niedbale nakreślił niezbędne informacje. Po czym podał go staruszkowi (dał mu pieniądze, jednak wciąż nie mógł zdobyć się na przeproszenie go) - w jego materialnym świecie to w zupełności wystarczyło.
Liczył na to, że podobnie uda mu się załatwić sprawę z Francuzką - w ramach podziękowania kupi jej jakieś leki, czy cokolwiek potrzebowała, jednakże gdy usłyszał, iż przyszła po plastry, nieco zrzedła mu mina. Przecież nie zafunduje jej czegoś takiego, to brzmiało absurdalnie. Tylko że nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby szansę się odwdzięczyć. - Cóż, w takim razie być może naprawdę pozostaje mi ograniczyć się do werbalnych podziękowań, chyba że przychodzi pani na myśl coś, co mógłbym dla pani zrobić? - ostatecznie jako niemiecki funkcjonariusz miał jeszcze do zaoferowania inną kartę przetargową - przysługę - więc jeśli tylko kobieta zażyczyłaby sobie czegoś konkretnego, zapewne rozważyłby jej prośbę.
Kiedy Francuzka poprosiła o miotłę, Wolfgang obrzucił ją takim spojrzeniem, jakby wypowiedziała te słowa po chińsku. - Chyba nie zamierza pani… - wyrwało mu się, ale urwał, wciąż pozostając w szoku, który tym razem nie miał nic wspólnego z wypadkiem. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego zamierzała bezinteresownie pomóc temu aptekarzowi. Wolfgang nieco ostentacyjnie przycisnął rękę do torsu, aby uwidocznić zakrwawiony bandaż, który stanowił świetną wymówkę, gdyby któremukolwiek z nich przyszło na myśl, że i on może się przyłączyć do porządków. Co zresztą nie miało racji bytu, bo von Liebenfels chyba nawet nie miał okazji trzymać miotły w dłoni - i mówię o okresie całego życia, a nie ostatnich kilku miesiącach. Od zawsze takie prace wykonywała tylko służba, więc po co miałby sam się za to zabierać. Cóż, jej ostatnie słowa były dla niego znakiem, że definitywnie trzeba się stąd jak najszybciej ewakuować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Apteka   Nie Gru 11, 2016 10:36 pm

Gdy szybko omiotła wzrokiem całą aptekę miała wrażenie, iż wewnątrz przeszło raczej tornado, a nie zwykły, być może trochę niezdarny człowiek, który wpadł na półki z i tak już niewielką ilością lekarstw, przewracając wszystko do góry nogami. Na myśl przyszedł jej, być może niezbyt przyjemny dla Francuzów, żart iż funkcjonariusz uczynił to prawie tak szybko, jak jego wojska zajęły Paryż, jednak z pewnością nie zamierzała wypowiadać tego na głos. Żart nie był ani śmieszny ani na miejscu, a w tym momencie zależało jej już chyba tylko na tym, aby jak najszybciej wrócić do swojego normalnego życia.
Obserwowała przez chwilę, jak mężczyzna wypisuje czek i podaje go aptekarzowi, który ujął go w pomarszczone ze starości palce, trzęsącą się dłonią wkładając go do kieszeni fartucha. Była pewna, iż minie trochę czasu, zanim mężczyzna psychicznie upora się z tym, co dziś się wydarzyło.
Musiała jednak przyznać samemu funkcjonariuszowi, iż chociaż odrobinę przełamał zasłyszane przez nią stereotypy, ofiarując mężczyźnie wynagrodzenie i bez słowa wręczając pieniądze. Choć bez wątpienia dla wielu krótkie ‘przepraszam’ znaczyłoby o wiele więcej, Madeline mogła go zrozumieć, w końcu sama nie była najlepsza w używaniu tego słowa i zmuszenie się do jego wypowiedzenia zawsze zajmowało jej zdecydowanie zbyt dużo czasu.
Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz musiała kogoś przepraszać i choć to z pewnością nie był najlepszy moment, aby się nad tym zastanawiać, właśnie w tym kierunku powędrowały jej myśli. Z pewnością nie przepraszała nikogo na swoich treningach, gdzie była najlepsza, w końcu w choć jednej rzeczy udając się sprostać temu ideałowi, który jednak znacznie odbiegał wykreowanego dla niej w dzieciństwie. Wtedy za to przepraszała zbyt często, zazwyczaj za to, że w ogóle istniała i że śmiała się nosić to nazwisko, którego przecież nie umiała godnie reprezentować. Poczucie winy, iż 5 listopada przyszła na świat wraz ze swoim bratem, mając o wiele więcej różnic, niż cech wspólnych, towarzyszyło jej jeszcze przez długi czas, zanim w końcu udało jej się strząsnąć z siebie niczym kurz pozostałość tego, co wyniosła z rodzinnego domu, ucząc się żyć tak, jak gdyby nigdy nie posiadała rodziny, a ludzie, którzy opłacali jej edukację i śmieli nazywać się jej rodzicami wcale nie byli z nią spokrewnieni.
Słowa mężczyzny wyrwały ją z chwilowego zamyślenia i ponownie przeniosła na niego swój wzrok. Czego też mogłaby od niego chcieć? Z pewnością mogła wpaść na jakiś ciekawy sposób wynagrodzenia jej zmarnowania chwili czasu i jakże ładniej, czystej chusteczki, jednak w rzeczywistości wcale jej na tym nie zależało. Aktualnie nie potrzebowała do szczęścia niczego więcej poza tym, co już posiadała.
- W chwili obecnej nic nie przychodzi mi do głowy – rzuciła lekko, robiąc kilka kroków w stronę lady, na której położyła torebkę i odwiązaną z szyi chustkę, aby wygodniej było jej sprzątać. Nie musiała patrzeć, aby domyślić się, iż jej zachowanie bynajmniej nie wywarło na nim większego wrażenia, a urwane w połowie zdanie jeszcze ją w tym utwierdziło – Pomóc w sprzątnięciu pańskiego bałaganu? – dokończyła jego wypowiedź, unosząc lekko brwi w górę i biorąc w dłoń podaną jej przez aptekarza miotłę, który wymamrotał pod nosem ciche ‘dziękuję’, samemu zaczynając już sprzątanie części podłogi. Rzuciła krótkie spojrzenie na jego dłoń i z trudem powstrzymała parsknięcie śmiechem, które z pewnością nie byłoby dla niej korzystne – Mam nadzieję, iż pańska rana szybko się zagoi – dodała jeszcze nie do końca szczerze, po czym bez słowa zabrała się do zamiatania podłogi, nucąc cicho pod nosem ‘Wiosnę’ Vivaldiego, którą całkiem niedawno grała na skrzypcach.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Apteka   Pon Gru 12, 2016 6:36 pm

Wolfgang wychodził z założenia, że to krótkie przepraszam naprawdę nie jest niezbędnym elementem, by mogli założyć, że są ze staruszkiem kwita, bowiem (pomijając fakt, iż nawet to wypowiedziane od niechcenia von Liebenfels uznałby za jakiś rodzaj płaszczenia się przed Francuzem, a czegoś takiego nie zwykł praktykować) co tak naprawdę wniosłoby ono do życia tegoż roztrzęsionego aptekarza? Z całą pewnością jedno słowo nie byłoby w stanie zapewnić jego rodzinie wyżywienia, nie mógłby też użyć jego magicznych właściwości, by opłacić w następnym miesiącu czynsz. Tylko szaleniec uniósłby się dumą i nie przyjął tych pieniędzy od von Liebenfelsa - może nie były one zarobione najuczciwiej, ale przecież już starożytni wiedzieli, że pecunia non olet - a już na pewno nie te, które pomogą przetrwać kolejny dzień w paryskim piekle (i próżno doszukiwać się w tym zestawieniu słów dychotomii znaczenia, bowiem von Liebenfels nigdy nie traktował tego miasta jak przedsionka Edenu na ziemi - nawet jeśli chodził po nim z butą pana na włościach i potrafił docenić jego piękno, to jednak jego rajem utraconym na zawsze pozostanie bruk ojczystego Heidelbergu).
Przypatrywał się poczynaniom kobiety, obserwując, jak pozbywa się upstrzonej krwawymi plamami chusteczki i ściera dowody nie-zbrodni ze swoich dłoni - czekał na to, w jaki sposób ostatecznie zareaguje na jego słowa. Najwidoczniej jednak wiodła proste życie (nie mógł bardziej się pomylić, ale o tym nie dowie się jeszcze dzisiaj; zapewne nigdy nie będzie miał szansy, aby poznać jej drugą - tę prawdziwą - tożsamość), więc zbędne okazały się jego koneksje i możliwości. Cóż, to jej wybór, ale przynajmniej zaoferował kobiecie jakąś formę rewanżu (naprawdę nie lubił zaciągać długów - a już w szczególności nie u podludzi, za jakich jego po części zindoktrynowany mózg miał Francuzów). Nie skomentował jej słów w żaden sposób - dopiero kiedy miała czelność pokusić się o ironiczny komentarz, obrzucił ją chłodnym spojrzeniem. - Postawa godna naśladowczyni świętego Antoniego - patrona uciemiężonych, którym najwidoczniej w oczach tej kobiety stał się ów aptekarz. Nawet samego Wolfganga zdziwiło to, iż po tych wszystkich latach był w stanie przywołać jedno z imion wpajanych mu przez matkę. Po chwili uśmiechnął się krzywo, gdy przed jego oczami ponownie zarysowało się farmaceutyczne pogorzelisko. - Choć w tym miejscu przydałoby się raczej posłannictwo świętego Judy Tadeusza, niemniej jednak... powodzenia.
Opuścił aptekę chwilę później, darując sobie ceremonię pożegnalną. Musiał jak najszybciej udać się do szpitala, bo ręka coraz bardziej go bolała - było to nie tylko nieprzyjemne, ale przede wszystkim niepokojące; miał nadzieję, iż nie zrobił sobie niczego poważnego. Przeklął w myślach, gdy zdał sobie sprawę, jak kuriozalnie będzie tam wyglądał - ranni w wyniku wykonywania obowiązków żołnierze i on - ofiara rozchybotanego krzesła.

zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Apteka   

Powrót do góry Go down
 
Apteka
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: