IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Fontanna Medyceuszy


Share | 
 

 Fontanna Medyceuszy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Fontanna Medyceuszy   Czw Sie 18, 2016 6:41 am



Fontanna Medyceuszy

We wschodniej części Ogrodu Luksemburskiego, na końcu kanału, wśród zieleni stoi Fontanna Medyceuszy - najsłynniejszy zbiornik wodny znajdujący się w całym kompleksie. W środkowej niszy zobaczyć można rzeźbę przedstawiającą Polifema odkrywającego nereidę Galateę dopuszczającą się zdrady z Akisem. Po drugiej stronie jest Leda z łabędziem. Całość otoczona jest wysokimi krzewami oraz krzewami, a wzdłuż basenu ustawiono ławki dla odwiedzających, wśród których nie brakuje osób w każdym wieku.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Sro Sie 31, 2016 12:54 pm

| chronologicznie przed zebraniem

Była nowa w całej tej konspiracji i nie wiedziała jeszcze bardzo wielu rzeczy, które starzy wyjadacze znali na pamięć. Przenoszenie sfałszowanych dokumentów zawsze wiązało się dla niej ze stresem, nad którym jednak starała się panować takimi samymi metodami, jak nad tremą przed publicznym występem. Każde poskromienie strachu dodawało jej pewności siebie i sprawiało, że jeszcze bardziej wierzyła w misję, jakiej podjęła się, dołączając do Ruchu Oporu.
Dziś czekał ją mały przemyt, choć przecież rozchodziło się o coś tak niewinnego, jak atrament, że do wymiany równie dobrze mogłoby dojść przed siedzibą gestapo, a rzecz nie powinna wydać się podejrzana. Wszelkie środki ostrożności zostały jednak zachowane, wiec by nie wzbudzić podejrzeń Margot umówiła się ze swoją koleżanką w Ogrodzie Luksemburskim.
Na miejsce dotarła chwilę przed południem, mając akurat przerwę w zajęciach. Ubrana w ciepły płaszcz, szalik i czapkę, spacerowała alejkami, aż znalazła się przy fontannie Medyceuszy, gdzie umówiła się z Nadine.
Znały się od niedawna, a Dubois bardzo szanowała starszą fałszerkę, nie tylko przez wzgląd na jej zdolności. Wszyscy w Orleanie wyznawali podobne poglądy i podejście do wojny, dlatego skrzypaczka bardzo szybko się tam zaaklimatyzowała. Wiele uczyła się od starszych stażem kolegów i koleżanek, a samą Nadine miała dziś zamiar zapytać o kilka dodatkowych rzeczy.
Nie zamierzała przymarzać do ławki, spacerowała więc powoli, przystając co jakiś czas, by przyjrzeć się Ledzie z łabędziem i innym figurom nieczynnej dziś fontanny. Nie mogła się doczekać nadejścia wiosny i rozkwitu pięknego ogrodu, w którym uwielbiała spacerować.

_________________
I can't breathe any faster, all the air I wanna capture it's heavy and it hurts my head. If you found me, would you save me? Will I come back from this?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Wto Sty 03, 2017 2:56 pm

Wszystko uległo zmianie. Do niedawna jeszcze starała się żyć tą iluzją normalności, żywiąc się nadzieją na to, iż rzeczy mogą jeszcze wrócić do normy. Bardziej niż cokolwiek innego, pragnęła wierzyć, że to, co dzieje się obecnie w jej życiu nie oznacza końca, a jest jedynie krótkim etapem, fazą przejściową, która minie tak samo, jak mijają pory roku. Musiała tak myśleć, aby jako tako utrzymać się na powierzchni, aby nie zatonąć pod natłokiem wypełniających ją uczuć i wspomnień, które obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, zaczynały ciążyć na jej ramionach i spychać coraz głębiej w coś, co zdawało się być jedynie ogromną, ciemną i głuchą pustką. Pustką, która powoli wypełniała ją coraz mocniej, być może pomagając w końcu przejrzeć na oczy i uświadomić sobie, że nic nigdy nie będzie już takie samo.
Być może to wszystko minie. Może za jakiś czas nie będzie już żoną Obersturmbannführera Eberharta, być może wszystkie fizyczne rany, które kiedykolwiek jej zadał, zostaną w końcu uleczone, a na jej skórze przestaną pojawiać się nowe, które musiałaby skrywać pod warstwą makijażu czy ubraniami, aby wciąż praktykować to złudzenie życia, którego nie potrafiłaby życzyć nawet największemu wrogowi. I jeśli siniaki w końcu zupełnie znikały, były rzeczy, których nikt nie mógłby już naprawić. Fabien za każdym razem nieodwracalnie odbierał jej cząstkę jej duszy, zabierał od niej coś, czego nie zamierzał zwracać i czego ona nie potrafiłaby już przyswoić na nowo, ponieważ za każdym razem pozostawiał ją jako zupełnie inną osobę, usychającą powoli niczym kwiat, którego zapomniano regularnie nawadniać. Tym razem miała wrażenie, iż odebrał jej ostatnią cząstkę, która utrzymywała ją jeszcze przy życiu i teraz czuła się tak, jak gdyby wszystko dookoła było zaledwie snem, a ona tkwiła zawieszona między życiem a śmiercią. Jej kroki nagle stawały się ciężkie, tak, jakby ktoś przywiązał do jej kończyn metalowe łańcuchy, które ściągały ją boleśnie w dół, przypominając o tym, iż wciąż jeszcze żyje, iż musi stawiać kolejne kroki, ponieważ karuzela wciąż się kręciła, a ona nie mogła ani tak po prostu z niej zsiąść, ani jej zatrzymać. Obrazy dookoła były rozmazane i przykryte warstwą gęstej, mlecznobiałej mgły, twarze zlewały się ze sobą podobnie jak dźwięki, kolory były wyblakłe, a głosy dochodziły jak gdyby zza grubej szyby, przytłumione i niewyraźne.
Z każdym kolejnym krokiem w stronę miejsca, w którym nie była nawet pewna czy chciała się znaleźć, przypominała sobie jego słowa, jedno po drugim, nie potrafiąc pogodzić się z tym, jak wiele było w nich prawdy. Zdążyła przywyknąć do wszystkich możliwych obelg, którymi zdarzało mu się ją obrzucać, przyzwyczaiła się też do twardego dotyku jego dłoni na jej twarzy czy palców zaciskających się na jej szczupłych nadgarstkach, jednak słowa, dobierane ze, zdawałoby się, niezwykłą starannością, jej własne myśli wypowiedziane na głos ustami ostatniego człowieka, od którego chciałaby je usłyszeć, bolały o wiele bardziej niż wszystko inne, czego doświadczyła kiedykolwiek wcześniej. Nie potrafiła już patrzeć w lustro w ten sam sposób, widzieć odbicia twarzy nie mając tego wrażenia, iż całe jej dotychczasowe życie było jedynie kłamstwem i wieczną ucieczką przed tym, z czym prędzej czy później musiała się w końcu zmierzyć. Nie mogła przecież wiecznie uciekać, lawirować pomiędzy własnymi myślami, odpychając od siebie wszystko to, co w ciągu jednej sekundy mogłoby zmienić ją na zawsze. Oczywiście, mogła go winić w ten sam sposób, w jaki winiła go za wszystkie inne przykrości, za odebranie wolności, uwięzienie w metalowej klatce niczym rzadki gatunek ptaka, który wkrótce jednak zaczyna się nudzić i przestaje być wyjątkowym okazem, a staje się jedynie częścią rutyny, monotonnym obiektem, który wiernie powtarzał wyuczone schematy. Mogła to zrobić, bo przecież nikt nigdy miał się nie dowiedzieć, że pragnęła śmierci ich dziecka, choć przecież samą podświadomością nie była w stanie go zabić i nikt nigdy miał nie odkryć, jak bardzo każdego dnia nienawidziła siebie za wszystkie te myśli, które nawiedzały ją w tamtym okresie i które wciąż napawały ją obrzydzeniem do samej siebie przez poczucie, że być może dobrze się stało, ponieważ nigdy nie potrafiłaby obdarzyć tego dziecka taką samą, matczyną miłością, którą otrzymała w dzieciństwie. Czuła się tak, jak gdyby w jej wnętrzu walczyły ze sobą dwie, zupełnie przeciwstawne sobie osoby, mające różne poglądy i spojrzenia na rzeczywistość, przekrzykujące się na głos i przyprawiające o tępy ból głowy, który ostatnimi czasy był nieodłączną częścią jej dziennej rutyny. Nie potrafiła już dalej dostrzec, czym było dobro i zło i jakie przybierały one formy, gdy wszystkie wartości, którymi dotychczas kierowała się w życiu zostały wywrócone do góry nogami, a dobro i zło były tak naprawdę pojęciami względnymi, gdy każdy robił to, co musiał, aby przeżyć i nie oszaleć w świecie, w którym szaleństwo i tak zdawało się już być na porządku dziennym.
Nienawidziła go jeszcze bardziej za to, że zostawił ją wtedy samą, zmuszając jej myśli do krążenia wokół tego jednego tematu, którego przecież nigdy wcześniej nie poruszali, bo w naturze ich dość niecodziennego związku nie leżały rozmowy o małżeńskich problemach. I gdy pokonywała paryskie ulice, czując jak przypadkowi przechodnie potrącają ją w ramię i popychają do przodu, jednocześnie czuła się nieobecna, jak gdyby jej ciało i świadomość oddzieliły się od siebie na krótką chwilę, bez choćby krztyny pewności, iż uda im się jeszcze odnaleźć drogę powrotną. Myśli obracały się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, a gdy powolne kroki doprowadziły ją na skraj Ogrodu Luksemburskiego, zdała sobie sprawę, co miało się zaraz wydarzyć. I wcale nie była pewna, czy właśnie tego chciała. Lekkomyślna decyzja, którą podjęła na prędko już jakiś czas temu, w końcu miała przynieść swój długo wyczekiwany efekt, a Flavie miała wrażenie, iż nie było to najlepsze rozwiązanie. Jedyne, być może, ale z pewnością nie słuszne, niosące ze sobą jeszcze więcej pytań, wątpliwości i lęków.
Przechodząc przez park, zmierzając w stronę umówionego miejsca, nie czuła jednak zupełnie nic poza wypełniającą ją pustką, która towarzyszyła jej już od dłuższego czasu. Zupełnie tak, jak gdyby zdolność odczuwania nawet najbardziej podstawowych emocji nie należała już do części jej egzystencji. Była jedynie pustym naczyniem, które na bazie przeszłych doświadczeń i obserwacji nauczyło się funkcjonować, naśladując to, co przecież powinno przychodzić jej naturalnie, ale w większości przypadków było tak naprawdę wymuszona reakcją, która w danym momencie jedynie zdawała się być tą odpowiednią.
Dochodząc do fontanny niemalże od razu uderzyła ją wszechobecna cisza oraz pustka. Jeśli w pozostałych częściach ogrodu napotkała pojedynczych przechodniów, kryjących się pod parasolami przed delikatną, spływającą z szarego nieba mżawką, tak tutaj nie było ani jednej żywej duszy, a jedynie martwe, uwięzione w szarym kamieniu posągi, którym przyglądała się z uwagą, zatrzymując się przy niewielkim ogrodzeniu. Kiedyś, gdy w letnie popołudnia przychodziła tam ze sztalugą i zestawem farb, wyobrażała sobie, iż kamienne figury zaczynają ożywać, pozując do jej obrazów i na nowo opowiadając swoją historię. Było coś niezwykłego w precyzji, z którą mitologiczne postacie zostały raz na zawsze uwiecznione w kamieniu, ich twarze na wieki przybierające jeden, ten sam wyraz, ich ruchy, które zamarły jakby w trakcie wykonywanej czynności. Te figury były tak samo puste jak ona, pozbawione emocji i uczuć, zmagające się z upływającym czasem, który wpływał i na nie, choć przecież były jedynie martwymi przedmiotami, odpornymi na ludzkie rozterki oraz problemy. Ona sama czuła się właśnie niczym Galatea na moment przed tym, gdy zamierzała zdradzić swojego Polifema, choć jej zdrada miała posiadać zupełnie inną naturę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Sro Sty 04, 2017 1:28 pm

W zamieszaniu powojennych narodzin najwyraźniej dano mu cudzy los. W piśmie przewodnim, które w ogólnym zarysie objaśnia matrycę ziemskiego istnienia Fiodora, byty podane zdarzenia i czyny, na które zdecydowanie nie był przygotowany. Zadomowiła się w nim z szaloną energią czarna pantera, podczas gdy było tam miejsce dla cichego, ufnego zwierzątka.
Czasami był – tak zwyczajnie, zupełnie jak dzisiaj – opieszały. Godzinami mógł wiązać sznurowadła w butach, za nic mając przesypujące się przez palce drobinki czasu i obracające się konstelacje umierających gwiazd. Kontrolując własne czyny, mógł kontrolować swoje życie, nadając mu taki rytm, taki posmak, taki wydźwięk, jak sam tego pragnął. Z drugiej jednak strony – był zbyt energiczny, był huraganem pragnień, zmiatającym wszystko wokół siebie. Ta niewiarygodna niezgodność odbiła się na jego zdjęciach z dzieciństwa. Szalone spojrzenie jasnych oczu przeszywających świat po to, żeby wywiercić w nim nowe, niebywałe prawo, należy do nieśmiałego, przygarbionego dziecka o delikatnym, czarującym uśmiechu pełzającym po ludożerczych wargach. Malutkie dziurki w jeszcze niepołamanym nosie gotowe wciągnąć do środka cały kobierzec zapachów, zdjąć skalp pokrywy roślinnej, wykraść aromat potraw i napojów – to właśnie ten nos z drżącymi skrzydełkami był szczególnie agresywny i nieludzki, zdradzał przyszłość, która dopiero miała nastąpić. Fiodor był owym dzieckiem-słowem, które przyszło na świat, by je wypowiedzieć, by obnażyć brzydką, niechętną prawdę, że…
Dzieci zawsze zamieniają życie rodziców w pułapkę.
Dzieci zdradzają ich całym swoim postępowaniem: modą, tańcem, gustem, językiem, który służy do wykpiwania języka ojca. Dorośli decydują się na dzieci, żeby przedłużyć samych siebie w miłości – tymczasem one, w ramach podziękowania, wrzeszczą, przeszkadzają spać i chorują. Rodzice wychodzą po nocy i czekają na nie na przystankach autobusowych, żeby nikt im nie zrobił krzywdy, a one wstydzą się ich obecności. Fiodor, kiedy szedł ulicą Gorkiego w stronę placu Puszkina na rozpoczęcie roku szkolnego, wstydził się, że mama (jeszcze młoda, pięknie ubrana) idzie razem z nim. Na wysokości Muzeum Sztuk Pięknych imienia Puszkina, spróbował się nawet odłączyć (odczepić) od niej, iść niezależnie, a ona nie rozumiejąc, o co chodzi, burczała: co tak pędzisz?, pewnie sądząc, że jej jedyny syn się denerwuje.
Rodzice są dla dzieci buforem oddzielającym je od śmierci, a dzieci dla rodziców – nie tylko przedłużeniem rodu, ale też obietnicą osobistej wieczności, być może nie tak oczywistej, jak wieczność religijna, ale mimo wszystko wieczności. Z punktu widzenia śmierci jako najwyższego kryterium wiarygodności, położenie rodzica jest wyraźnie nierówne. Śmierć dziecka zabija rodziców, to zamach na ich nieśmiertelność, śmierć rodziców z kolei – to tylko osobista tragedia człowieka.
Wczesnokwietniowym porankiem, przemierzając doskonale znaną trasę pomiędzy mieszkaniem a zakładem , widzi tłumy niemal niewidocznych w porannym mroku ludzi, stojących na przystankach autobusowych, niewyspanych, wkurwionych – jadą do miasta pracować na swoje dzieci. Uśmiech rodziców, wychodzących z porodówki – to nieroztropność, za którą trzeba później płacić. Dzieci nie dostrzegają wysiłków – z tą oczywistością przyjdzie żyć każdemu, kto kiedyś się ich doczeka. Błysk miłości przy stole w dniu urodzin przypomina wyładowanie elektryczne przepalonej żarówki. Rodzicielskie czułostki – syneczku! – to ślepa uliczka, erotyzm bez wyjścia. Bycie rodzicem to marna posadka w sztuce życia, w której gra się pasywną rolę przedłużenia rodu, od dawien dawna nieświadomego własnej ciągłości. Niepotrzebni – to ostateczna formuła porzucenia rodziców na starość, nie wykupią się spadkiem, nawet jeśli jakiś się trafił. Krzesła wyrzucone na śmietnik – to wszystko, co po nich zostanie.
Dzieci są nieludzkie, a jednak dorośli zaciekle zwodzą los. Są opętani dozgonnym o strachem o potomków i bezsensowną dumą, która wybucha w rodzicielskich opowieściach o latoroślach, co zawsze z boku wygląda śmiesznie. Rzecz nieprzyjemna, kiedy dzieci wyrastają na tępe i nieładne, ale jeżeli będą zbyt mądre i fortunne, wpędzą rodziców w kompleksy i staną się sędziami ich niepowodzeń. Rodzice ukrywają wady swoich dzieci; dzieci z łatwością prowokują rozmowy o wadach swoich rodziców. Bywają, rzecz jasna, wypadki uwielbienia – choćby Nabokov ubóstwiał swojego ojca i poniekąd dlatego nienawidził Freuda; jego idealny ojciec to jednak konstrukcja myślowa, przydatna w literaturze, lecz nie w życiu. Rodzice dramatyzują każdy drobiazg, który przydarzy się dzieciom, a one banalizują dramaty rodziców, jeśli je w ogóle dostrzegą. Z drugiej strony – rodzice już wykonali najważniejszą rzecz w swoim życiu.
Stworzyli nas. A cała reszta? Cała reszta jest nieistotna.
Już z daleka dostrzegł ordynarną, przyobleczoną w ludzki kształt, falliczną scenę. Widział cyklopa wznoszącego się nad wodą i będącego niemym świadkiem zdrady ukochanej – jednak zamiast przyczyn gniewu Polifema, doszukiwał się motywów, które kierowały decyzjami Galatei. Fiodor zaczął przyłapywać się na myśli, że podpatrując, jak niejednoznaczna może być sztuka, mimo woli wpada w ton na wpół ironiczny, przyoblekając antyk w śmieszność radzieckiej rzeczywistości. Uznał, że między niewiernymi kochankami, po namiętnych awanturach w sypialni ze wzorzystym dagestańskim dywanem na całą ścianę za łóżkiem, w rytmie oddechu pojawiają się pauzy, konieczne dla narodzin słów i mowy.
Chyba wtedy zrozumiał, że słowo to skutek zdrady i forma jej dyskursu, a nie bezpośrednia przyczyna.
Musiał zająć myśli pustymi dywagacjami, by nie postawić przed sobą pytań, których tak zaciekle unikał, musiał skupić wzrok na fontannie, by odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości materialny punkt odniesienia, w którym zaklinał wszystkie wątpliwości. Musiał zachować wszelkie pozory cichego, nienaruszalnego spokoju, by pozostać jedynie kolejnym, bezimiennym przechodniem, gnanym przez szarą mżawkę tylko sobie znanymi, najwyraźniej pilnymi sprawami. Musiał postawić wyżej kołnierz płaszcza, dotknąć opuszkami palców brwi, na których zebrało się dość wody, by zagrozić oczom niechybnym skapnięciem niesfornych kropelek, pokonać jeszcze dwadzieścia osiem kroków i w międzyczasie zrozumieć, że być może przestał kochać dyplomację.
Była jak kapryśna kochanka, która w najlepszym wypadku jest znakomitym podporządkowaniem osoby interesom własnego państwa. Być może całe zgromadzone aż do dzisiejszych czasów doświadczenie historyczne przeistaczało postępowanie Fiodora w ciąg co najmniej prostodusznych działań – a echem jednego z nich była dzisiejsza wizyta w Ogrodzie Luksemburskim.
Musiał się tu zjawiać? Nie, wręcz przeciwnie – do ostatniej sekundy posiadał całkowitą dowolność i swobodę decyzji. A zatem chciał się tu pojawić? Nie. Chyba nie. Raczej nie – ryzykował zbyt wiele w zamian za coś, co przecież odzyskał przy okazji ostatniego spotkania. Z natury ostrożny, unikał zbędnej nierozwagi, zamykając rzeczywistość w ciasnych klamerkach rachunku prawdopodobieństwa. Pozostała zatem ostatnia możliwość, do której nie zamierzał przyznawać się nawet (zwłaszcza?) przed samym sobą.
Powinien się tu pojawić.
Powinien dotrzymać danego słowa, powinien udowodnić, że jest jedną z niewielu osób w Paryżu, która – o ironio – zawsze wywiązuje się z zawartych umów. Dotarł zbyt daleko, aby tuż przed metą cofnąć się trwożliwie. Chyba nawet nie chciał, dopisując do własnego postępowania to, czego istnienie ostatnim razem zanegowali z zaskakującą zgodnością.
Ostatni odruch człowieczeństwa zaklęty w zimnym metalu broni.
Od dobrych kilkunastu sekund nie wpatrywał się w Polifema, stracił zainteresowanie nawet Galateą – jasne tęczówki zamarły na pociągłej linii smukłych pleców, które mogły – jedynie mogły – należeć do kobiety będącej bezpośrednią (i jedyną) przyczyną dzisiejszego spotkania. Nie próbował ukryć własnej obecności, w pewien sposób liczył na to, że zostanie wcześniej zauważony, że jego słowa nie będą czynnikiem, który przerwie nurt myśli wpatrzonej w fontannę madame Bernard.
W końcu to od niej, tylko i wyłącznie od niej, zależało, jak przebiegnie to spotkanie. W tym miejscu, o tym czasie, w jego obecności miała władzę absolutną – i choć ona mogła o tym nie wiedzieć, on wiedział aż zbyt dobrze.
Przepraszam za ostatni raz – spokój, z jakim Fiodor wypowiedział te słowa – bez zbędnego, podszytego fałszem dzień dobry (czy ktoś naprawdę jeszcze wierzył, że mogą przytrafić się dobre dni?), bez męczącej pogawędki o niczym – drastycznie kontrastował z misją, która przez cały czas mu przyświecała. Choć jawnie nawiązywał do odłożonego (z własnej winy) spotkania, wciąż bliżej im było do spiskowców niż swobodnych spacerowiczów lubujących się w mżawce – a jednak udolnie odgrywali własne role, śmiejąc się w twarz stwarzanym pozorom. – Nie czekała pani zbyt długo? – zdumiewające, jak zaledwie jedną, drobną decyzją potrafił stworzyć między nimi dysonans: podczas gdy ona stała zwrócona twarzą do ogrodzenia i fontanny, on właśnie opierał się plecami o barierkę, nie zaszczycając figur nawet jednym spojrzeniem – o wiele bardziej interesująca wydawała mu się opustoszała okolica, której kolorytu nadawali jedynie Flavie, Fiodor i spora, papierowa torba, przez cały ten czas raźno dzierżona przez Chirjakowa w dłoni.
Zupełnie jakby zamiast Walthera, przyniósł cały arsenał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Wto Sty 10, 2017 12:38 am

Chłodna, kwietniowa mżawka powoli moczyła jej twarz, osiadając na policzkach, rzęsach i jasnych, opuszczonych swobodnie na ramiona włosach, które pod wpływem wilgoci przybierały lekko falowanego kształtu. Z każdą opadającą na jej skórę kropelką, Flavie myślała o czymś zupełnie innym , przesuwając lekko przymglonym wzrokiem po równych liniach uwięzionych w twardym kamieniu postaci czy szarym, zasnutym chmurami niebie, które tego dnia rozciągało się nad zdawałoby się pogrążonym w swego rodzaju letargu Paryżem.
Zmiana miesiąca, niosąca za sobą odczuwalne już, chociaż nieznacznie, ocieplenie, bynajmniej w żaden sposób nie wpłynęła na zmianę zachowań panujących w stolicy. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby Paryż uwięziony został w czasie, a każdy kolejny dzień był jedynie lustrzanym odbiciem poprzedniego. Czas zataczał wokół miasta kręgi, zacieśniając je coraz bardziej i boleśnie uświadamiając, iż jego upływ w żaden sposób nie działa na korzyść mieszkańców. Co jakiś czas przez miasto przetaczała się fala wydarzeń, które na krótką chwilę wywoływały szmer rozmów w cichych dotąd uliczkach, odzywały się w pospiesznym szeleszczeniu przewracanych z zafrapowaniem papierowych stron gazet, jednak gdy chmura dymu i popiołu opadała na ziemię, wszelkie rozmowy cichły, przerwany na moment krąg zamykał się i wszystko wracało do tej wojennej normy, spokojnej, niczym niezakłóconej egzystencji.
Ponieważ z pewnością nie było to życie.
Nie potrafiła już nawet przypomnieć sobie dokładnie, jak wyglądało jej życie wcześniej. Przed tym, zanim Paryż zasypywać zaczęły bomby tak, jak jesienią parkowe uliczki przykrywane były spadającymi liśćmi, burząc jej miasto, zabijając jej ludzi, odbierając już nie tylko bijącą z każdego budynku czy radosnego uśmiechu inspirację, ale powoli i stopniowo pogrążając jej świat w ciemności, kawałek po kawałku zabierając wszystko, co kochała, jakby płonąca na stole świeca powoli się wypalała, a ona każdym ostatkiem sił starała się podtrzymać ten płomień, który z każdym dniem zdawał się blednąć coraz bardziej, zupełnie jak jej skóra, pozbawiona słonecznych promieni, odpowiedniej dawki witamin i snu, blada i cienka niczym pergamin, spod której prześwitywały zielonkawe żyły rozsyłające swoją plątaniną krew, będącą jedną z niewielu oznak tego, iż wciąż jeszcze żyła życiem, które zdawało się już dawno przestać należeć do niej.
Nie do końca wiedziała, co było tego wszystkiego powodem. Dlaczego powoli wspomnienia, które jeszcze jakiś czas temu tak starannie pragnęła zaimpregnować, zatrzymać na dnie swojego serca, chowając je w drewnianym pudełeczku, będącym jedynie jednym z wielu nośników sekretów, które posiadała? Dlaczego te głosy, które czasem towarzyszyły jej we śnie, gdy jakimś cudem udało jej się zmrużyć oczy na dłużej niż kilka minut, nagle wydawały się obce, jak gdyby nawiedzały ją duchy osób, których nigdy nie znała, a które jedynie poruszały pojedyncze struny jej serca przypominając, iż jednak kiedyś, w poprzednim życiu, w tym lepszym, pełnym światła i kolorów świecie, ich życia splatały się ze sobą niczym girlandy barwnych kwiatów, ich serca biły w równym, jednostajnym rytmie, jej wspomnienia były ich wspomnieniami, a jej uśmiechy przeznaczone tylko i wyłącznie dla nich. Ci ludzie, blade zjawy, które czasem tańczyły pomiędzy przechodniami, wsiąkając ich twarze, ludzie, na których widok obracała się zaskoczona mają wrażenie, iż minęły ją oczy, w które niegdyś wpatrywała się godzinami, znając każdą ich barwę i odgrywając najdalszą głębię, byli jedynie marną namiastką przeszłości, która odchodziła już w zapomnienie. Dlaczego? Może po prostu nie była już w stanie dalej pielęgnować tych wspomnień, każdego dnia walcząc o kolejny oddech i uderzenie serca. Jej dłonie, drgające nieznacznie w szarawym blasku dnia, pokryte krwią, łzami, siatką żył i wyblakłymi farbami, musiały nieść ze sobą przygniatający ją bagaż i powoli zaczynało brakować jej siły, tak samo jak brakowało jej już nadziei na to, że ktoś jeszcze będzie w stanie zdjąć to wszystko z jej barków i pomóc przejść przez ten okres, który zdawał się trwać w nieskończoność i zataczać wokół niej bezustanne kręgi, więżąc ją w cyklu, którego nie potrafiła przerwać. A może po prostu nie chciała już dłużej trzymać w swoim sercu tych oczu, ust, dłoni, złotych włosów, radosnych uśmiechów, wesołej muzyki, pogodnego głosu, ponieważ za każdym razem, gdy stawali przed nią niczym przerażające widma przeszłości, gdy wyciągali w jej stronę swoje dłonie, gdy szeptali niezrozumiałe dla niej słowa chcąc, aby podążała za nimi, czuła się coraz słabsza i zamiast dodawać jej siły, która mogłaby w jakiś sposób pomóc jej przetrwać, odbierali jej wolę walki, wydzierali z płuc nabierane powietrze, przygniatali do ziemi i sprawiali, że chciała się poddać, tak samo jak oni pozostają jedynie wspomnieniem. Wstąpić w ich widmowe szeregi, znikając z ulic Paryża, spośród ścian własnego mieszkania, spod miękkiej pościeli i dłoni męża.
Nadzieja nie była już tym, czego mogła się jeszcze trzymać. Nadziei już nie było, gdy przychodzące z frontu wiadomości, podsłuchiwane pomiędzy drzewami w parkach czy wybrukowanymi uliczkami przestały dotyczyć jej bezpośrednio. Nadzieja dawno zgasła, być może umarła już tamtej nocy, gdy zrozumiała tak wiele rzeczy, pierwszy raz ucząc się od człowieka, który przecież stanowił źródło wszystkiego, co działo się wokół niej. Czasem zaczynała rozumieć, iż powoli nie ma już siły, a jej słowa, w obliczu jego osoby, nie znaczą nic więcej poza kolejnymi iskrami, które jedynie zachęcały go do działanie. Czasami pragnęła przerwać własne milczenie, zakopać topór wojenny i dać mu tą satysfakcję, błagając o to, by przestał, płaszcząc się przed nim na ziemi i obiecując uczynić wszystko, czego od niej wymagał, dać mu wszystko, czego najbardziej pragnął. Niewiele dzieliło ją od złamania narzuconych sobie już dawno zasad, do grania zgodnie z tymi, które napisał on sam, siłą wciągając ją w swoją chorą grę i nie zamierzając wypuścić dopóki, dopóty któreś z nich w jakiś sposób w końcu się nie złamie bądź nie wykruszy. Nie potrzeba było słów by wiedzieć, iż tą osobą miała być ona, bo przecież z każdym dniem była już coraz słabsza i nie zawsze potrafiła zrozumieć, jakim cudem wciąż jeszcze potrafi zachować przytomność umysłu.
Chociaż może właśnie nie potrafiła, może powoli popadała w szaleństwo tak głębokie, iż stanowić zaczęło dla niej już rzeczywistość, niemożliwą do odróżnienia warstwę nałożoną na świat, w którym się obracała. Może pojawiające się w tłumie znajome twarze, których przecież nie mogła tam umrzeć bo wszyscy ci ludzie byli martwi, zakopani głęboko pod ziemią, przeznaczeni jedynie do zapomnienia, stanowiły pierwszy krok ku obłędowi, do którego nie umiała się przyznać nawet przed samą sobą, widząc świat takim, jakim był, dostrzegając jego największe wady i najgorsze przekleństwa, powoli tracąc możliwość ujrzenia światła, prześwitującego jeszcze nieśmiało i strachliwie przez zaciągnięte na okna grube zasłony.
Nie mogła powiedzieć, aby on stanowił jeden z tych promieni, który nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawił się w jej życiu, gotów w jakiś sposób wyciągnąć ją z dna studni, na którym z pewnością się już znajdowała. Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia czym, a może raczej kim, był i niespecjalnie zależało jej na tym, aby się tego dowiedzieć. Był wielką niewiadomą, być może jedyną szansą, która miała pojawić się na horyzoncie w najbliższym czasie. Deską ratunku, której ona, pełna desperacji, wyzuta z wszelkich nadziei, chwytała się kurczowo niczym tonący brzytwy, nie bacząc na całą gamę możliwych konsekwencji, bo przecież nie miała już nic do stracenia, jedyną kartą przetargową, którą jeszcze posiadała, stanowiło jej życie a to, w oczach każdego człowieka, który ją znał, już dawno straciło jakąkolwiek wartość. Jej samej przestało zresztą zależeć i wraz z ciągnącymi się niemiłosiernie dniami czy godzinami zależało już coraz mniej, gdy stawała sobie sprawę, iż nic nigdy nie będzie już takie samo. Wszystko przepadło, jeśli jakimś cudem wojna dobiegnie końca a ona, tak samo ja wszyscy inni obywatele Francji, odzyskają swą wolność, wspomnienia tego okresu pozostaną z nią już na zawsze, na lustrzane odbicie nie będzie w stanie spojrzeć w ten sam sposób, jej oczy nie odzyskają dawnego blasku, a do malowania obrazów już pewnie nie wróci, bo nawet teraz nie potrafiła już wyobrazić sobie, jak bierze do rąk pędzle i farby, jak siada przed wielkim płótnem i nanosi na nie barwy tworząc coś, co kiedyś być może uważane by było za cenne. Straciła tą pasję, która kiedyś przecież płynęła w jej żyłach i zaczynała wątpić, aby kiedykolwiek jeszcze była w stanie ją odzyskać. Straciła również miłość, która napędzała jej akty tworzenia, która poruszała jej dłonią, tańczyła w jej sercu i rozpalała je najgorętszym z możliwych płomieni. Zawsze myślała, że to właśnie życiowe tragedie były motorem największych dzieł prawdziwych artystów, jednak w jej przypadku rozgrywająca się tragedia, w której jej przypadła główna rola, być może na zawsze odebrała jej to, co kiedyś wprowadzało ją w trwający długie godziny trans, przynoszący ze sobą wypełnione farbami płótna, z których naprawdę mogła być dumna. Jej życie, a raczej jego marna iluzja, namiastka, przekrzywione odbicie, było tak samo puste jak puste wydawało się jej spojrzenie, powoli przesuwające się po kamiennych figurach, kątem oka wyłapując zbliżającą się postać, która mogła być każdym i która wcale nie musiała nieść ze sobą zbawienia.
Zajęło jej chwilę, zanim w końcu powoli, starając się na siłę nałożyć na twarzy uprzejmy uśmiech, w którym jak liczyła zatli się jeszcze złudne odbicie życia, odwróciła się w stronę odzywającego się zza jej pleców głosu. Kąciki jej ust, spierzchniętych i jasnych, jak na komendę wygięły się nieznacznie w górę, zaszczycając mężczyznę delikatnym półuśmiechem, który równie dobrze mógł nie znaczyć nic. Był jedynie wyuczonym gestem, tym, który jeszcze pamiętała i była w stanie odtworzyć.
- Nic się nie stało – odpowiedziała łagodnym głosem, lekko przekrzywiając głowę w bok i pozwalając, aby jej wzrok leniwie przesuwał się po jego twarzy, zanim oparła dłonie na barierkach, wyczuwając pod opuszkami palców chłód metalu i spuszczając spojrzenie na zalegającą w fontannie wodę, pełną gnijących liści. Nie miała mu za złe, iż przełożył spotkanie, jak mogłaby, skoro nigdy nie przypuszczała, iż kiedykolwiek w ogóle się zjawi. Mógłby za każdym razem przysyłać jej nowego posłańca, a ona i tak przychodziła by w wyznaczone miejsce, bez większych nadziei i planów, wpatrując się w zamarłą przed nią historię Galatei tak długo, aż w końcu wiadomości przestałyby do niej docierać, a ona nawet nie musiałaby uświadamiać sobie, iż naiwnie dała mu się oszukać. Bo czyż miałaby inne wyjście? Mogła wówczas nie zjawić się w bibliotece, jednak zabrana przypadkiem wiadomość nie miała dla niej większego znaczenia. Wpatrywałaby się w zapisane nieznanym jej językiem słowa tak długo, aż wyryłyby się w jej pamięci, aby na koniec utrwalić je na zawsze jako kolejny z sekretów, pozwalając, aby niewielka karteczka spłonęła w pomarańczowych językach palącego się w ogniu kominka. Zamiast tego podjęła jednak pewne ryzyko, być może przerwała jeden z cykli swojego życia licząc, iż ta drobna anomalia doprowadzi ją do kolejnych, które będą w stanie coś zmienić – Ależ nie – nie patrzyła na stojącego obok mężczyznę, pozwalając, aby przez chwilę jedynym dźwiękiem przerywającym niemalże niezmąconą dookoła ciszę były ich oddechy, ciche i równomierne, mieszające się z chłodnym, kwietniowym powietrzem. Mogłaby zakończyć to wszystko w ciągu kilku minut, żądając od niego tego, co przecież jej obiecał i w końcu odchodząc w zupełnie drugą stronę ze świadomością, iż nigdy więcej się nie zobaczą, jedno dla drugiego pozostając o wiele bardziej obce i tajemnicze, będące jedynie kroplą w morzu wielu twarzy, którą rozpoznałaby na ulicy bez trudu, odwracając jednak wzrok zupełnie tak, jakby ich drogi nigdy nie miały okazji się przeciąć. Cisza nie była dla niej specjalnie ciążącą, przyzwyczaiła się do milczenia jednak nie po to tam przyszła. Milczeć mogła gdziekolwiek, tutaj zjawiła się z zupełnie innym celu, choć sama nie była do końca pewna, czego oczekiwała – Czy wierzy pan w przeznaczenie? – zapytała zupełnie niespodziewanie, a słowa, które opuściły jej usta, dla niej samej wydały się zaskoczeniem. Zacisnęła boleśnie dłonie na znajdującej się przed nią barierce, jasna i tak skóra pobielała jeszcze bardziej od tego uścisku, a otwarte dotąd powieki opadły powoli na oczy, nie zamykając ich jednak w całości, jedynie na krótką chwilę pozostawiając w złudzeniu błogiego spokoju i, nie wiedząc czemu, nerwowego oczekiwania. Jeśli tylko przyjrzałby się dokładnie mógłby zauważyć, iż od ich ostatniego spotkania wiele uległo zmianie. Choć nawet ona nie była pewna, co konkretnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Czw Sty 12, 2017 9:13 pm

Jeszcze wczoraj całe miasto skąpane było w intensywnym błękicie – nie był to tylko kolor czy odcień, lecz błękit esencjonalny jak mocny trunek. Kamienice i rośliny odpowiedziały ogólnym poruszeniem, zawzięcie zwielokrotniały barwy, jakby świadomie pragnęły tchnąć w Paryż choć odrobinę niczym nieskrępowanego życia. Niepewnie rozkwitało płomienne geranium w ogródkach, na podwórzach, w puszkach po skondensowanym mleku na balkonach, w drewnianych skrzynkach na parapetach; kwitły zielone krzewy złotlina, całe upstrzone intensywnie żółtymi, drobnymi kwiatami – a wszystko to jak namalowane w wielkim podnieceniu przez początkującego malarza, który nie zna i nie chce znać umiaru.
Dziś Paryż postanowił zaskoczyć swoich mieszkańców i pozwolił, by nad jego ulicami zawisła wilgotna, zimna mgła; wystarczyło jednak przyjrzeć się subtelnym, szeptanym przez miasto znakom, aby zrozumieć, że paryska wiosna z każdym dniem nabiera siły. Ledwo uchwytne oznaki nadciągającego ciepła zamykały się w nieśmiało kwitnących koronach drzew – naturalnie liście nie ozdobiły jeszcze gałęzi, ale drobne zmiany w ich odcieniu i w sposobie załamywania się światła wieczorem i nad ranem (albo w obu tych rzeczach razem?) były dostatecznym dowodem. Nawet szare chmury, zasnuwające niebo jak olbrzymia, gładka kotara, zawierały w sobie nieśmiały pierwiastek nadziei.
Jednak ludzie nie dostrzegali tych znaków – wciąż rozmawiali poważnie i cicho, jak gdyby zamknięci w szklanej, marcowej kuli. Zmierzch nadal przychodził wcześniej i płonął nad głowami jak za cieniutką warstewką waty, nierzeczywisty, poeta mógłby dodać – zrozpaczony, w gorzkim uniesieniu, jak w akcie miłosnym, gdzie nieokiełznanie przeradza się w gniew, bo jest to akt ostatni, po którym nie będzie następnych. Jednak nawet pośród zalegającej nad Paryżem mgły raz za razem pojawiał się  snop szarego światła, który blado zstępował  na szyby, kopuły i wieże, nawet na nieruchomą taflę wody w fontannie – płytka toń gotowa była na krótki, heroiczny moment zająć się ogniem. Płomień zgasł jednak, nim na dobre rozerwał szarugę, a mgła nadal niezmącenie, bezlitośnie i szczelnie oblepiała całe miasto.
Wraz z kwietniem nad Paryżem zapanowała nowa powaga – echo marcowych wydarzeń wciąż odbijało się echem w umysłach mieszkańców, a temat zamachu w Hali Wagram nawet na moment nie schodził z pobladłych od przestrachu i niepewności ust.  Skute niepewnością słowa niosły ze sobą chłód, który zapadał pod wieczór na ulicach i przeganiał z nich spóźnionych wędrowców. Chwilami można było odnieść wrażenie, że nawet ptaków zaczyna ubywać – co do tego szczegółu Fiodor będzie musiał się upewnić, bo rozsądek podpowiada, że wiosna raczej sprowadza ptaki wędrowne z powrotem do Paryża. Wpatrując się w twarze mijanych ludzi, dostrzegał niepokojące, na wpół agonalne zobojętnienie – nieruchome, szkliste spojrzenia szły nieodłącznie w parze z zaciśniętymi w wąskie kreski ustami. Patrząc na rosnące zobojętnienie i na sylwetki, które przemykały paryskimi ulicami jak blade cienie własnych jestestw, zrozumiał jedno.
Coś się musi zdarzyć.
Coś musi nastąpić w sercach i duszach paryżan, i powinno nadejść to natychmiast. Co takiego, sam chciałby wiedzieć – pojmował jednak, że choć chwila obecna jest bezpowrotna, była i już jej nie ma, niesie z sobą olbrzymie zagrożenie.
Uciemiężonym, pozbawionym woli walki narodem o wiele łatwiej sterować niż ludzi, którzy raz za razem wzniecają ogniska buntu. Francuzom brakowało odwagi, organizacji, wewnętrznej siły, może wszystkiego jednocześnie – obawiali się podnosić wzrok, dostrzegając w szarym bruku wygodną alternatywę dla nie mniej szarej rzeczywistości. Wraz z ich strachem w cień odchodziły te dobre, delikatne, ciepłe jak letnie dni wspomnienia przeszłości, lepszych czasów, dni wiary we własne siły i lepsze jutro. Gdy patrzył na paryżan, w jego umyśle rozbłyskiwały sekcje przypadkowych wyrazów, słowa, które dopisywał do każdej mijanej twarzy.
Degeneracja. Zwątpienie. Selekcja. Strach.
Chyba tak właśnie burzą się wszystkie życiowe siły i lęk przed poznaniem w sercu, powiedzmy, kompozytora, który słyszy nocą dźwięki swojej ostatniej symfonii i wie, że nie ma i być nie może sposobu, by ją pochwycić w nuty. Upojenie i rozpacz. Mieszkańcy Paryża nie dostrzegali otaczających ich rzeczy – rzeczy prostych, dotkliwych, banalnych.
Gasnące słońce, krakanie wron, wycie psa, bicie dzwonu były od zawsze i nadal będą – nie stłumi ich obecność Niemców, nie zginą pod butem okupanta, każdego dnia na nowo zaczną przywoływać echa przeszłości, tej, o której większość paryżan tak rozpaczliwie pragnęła zapomnieć. Dlaczego wypierali ze świadomości te proste, bliskie, banalne zjawiska, zamiast zrobić coś przeciwnego i zacząć je pielęgnować?
Powinni znaleźć w sobie dość sił, by nie zepchnąć w odmęty zapomnienia chwil, które napełniały ich szczęściem, bo tylko takie momenty mogły utrzymać ich na powierzchni panującego wokół sztormu.  Wyparcie wspomnień oznaczało całkowite zagubienie w gęstej mgle dziejowej wojny – odepchnięcie ich oznaczało utratę własnego ja, tego drobnego pierwiastka szczęścia, który ginął pod grubymi zwałami ponurej rzeczywistości. Zapominając o własnej przeszłości, równie dobrze mogli odwrócić się do ściany i umrzeć natychmiast. Pozwolić, by udławił ich własny smutek – ten, którego nawet przez moment nie próbowali zwalczyć. Skoro nawykli do kapitulacji, powinni poddać się po raz kolejny, zanurzyć po uszy, po nos, po czubek głowy w gęstych, duszących oparach rozlewanej przez nazistów trucizny. Czar Paryża prysł pod podeszwą niemieckiego buta, ale nie został utracony – zagłada przez cały ten czas groziła francuskiej muzyce, prawom, sztuce, subtelnej ironii, umiejętności wychwytywania niuansów i odczuwania ambiwalencji. Brak oporu był spisanym krwią wyrokiem, na którym podpis złoży każdy ten, kto tak zwyczajnie się podda.
Francuzi najwyraźniej uważali olśnienie czy natchnienie zrodzone z cierpień za wytwór romantycznej, niedojrzałej wyobraźni – chcieli zachować powagę w świecie, gdzie jedynym lekarstwem był śmiech, kpina i działanie na przekór wątpliwością. Przeskakiwanie nad kłodami, które los nieustannie rzucał im pod nogi, wymagało wytrwałości i chłodnego opanowania.
Czegoś, co było trudne, ale możliwe.
Sam przecież stał przed podobnym wyborem – całe lata temu, gdy Europa dopiero nabierała kształtów po pierwszej, globalnej wojnie, musiał wybrać pomiędzy strachem, ugięciem karku i bezkompromisową kapitulacją, a czynną, brutalną walką, w której była wyłącznie jedna nagroda: jego własne życie. Choć pieczołowicie segregował wspomnienia, zamykając je w dziesiątkach, jeśli nie setkach dokładnie opisanych szufladek, nigdy nie pozwolił sobie na zapomnienie. Doskonale pamiętał letni dzień w Moskwie, wczesne popołudnie, dość chłodno. Pamiętał   blade, prawie szare niebo pokryte puszkiem chmur, pamiętał delikatny zapach unoszący się na ulicy – smażonego mięsa, rzeki i kwitnących ogrodów. Może jeszcze perfum przechodzących kobiet. Pamiętał, że kawiarniach było gwarno i że przez okna mógł dojrzeć panów w letnich garniturach. Palili, dyskutowali, prowadzili interesy. Inni przeglądali żurnale i rozwiązywali krzyżówki, niektórzy grali w szachy. Wracał wtedy zwykłą trasą z uczelnianej biblioteki do domu, w sercu miał pustkę i jednocześnie czuł lekką pokusę, choć nie rzeczywiste pragnienie, by skręcić w boczną uliczkę do jednej z dziesiątek podobnych sobie knajp. Pamięta, że przed mostem wahał się chwilę, dostrzegając przy nim dwóch włóczęgów. Jeden uderzał w bęben, drugi zawodził dziwną melodię. U ich stóp na chodniku leżał pomięty kapelusz, w kapeluszu trochę kopiejek. Byli niemłodzi, choć i nie starzy, zdawali się nie podlegać odgórnie narzuconym kryteriom wieku.
Pamiętał to wszystko, bo tamten dzień – jak i setki podobnych dni – tworzył tożsamość Fiodora, dokładał drobną cegiełkę do poczucia własnej wyjątkowości, która była i jednocześnie nie była ułudą młodego, gniewnego umysłu. Właśnie dlatego należało pamiętać.
Aby zawsze, bez względu na okoliczności, szerokość geograficzną i znoszone upokorzenie nie utracić własnego ja.
Jeśli w oczach madame Bernard było coś, co dostrzegł podczas ich pierwszego spotkania – tych kilku krótkich chwil, gdy nieświadomie przechwyciła tajną wiadomość – bez wątpienia był to ukrywany smutek. Czaił się w jasnych tęczówkach, zalegał na ich dnie jak uśpiony, agresywny demon, który w każdym momencie mógł wybudzić się z płytkiej drzemki i boleśnie ukąsić. Fiodor wiedział – kierowany doświadczeniem, przeczuciem lub nieuchwytnym, niepokornym zmysłem – że w oczach smutek dostrzec można dopiero wtedy, gdy całkowicie napełni serce, gdy nie mieści się w nieregularnym, agonalnym biciu napędzającym krew. Wtedy nie pragnął doszukiwać się jego przyczyn, całą uwagę skupiając na odzyskaniu wiadomości – jednak kiedy ponownie starł własne spojrzenie z bladą, gasnącą iskrą dojmującego zwątpienia, w jego umyśle ostrożnie drgnęła struna czujności.
Zaczął zadawać pytania, do pytań sam dopisywał odpowiedzi, do odpowiedzi z kolei kreował historię. Za smutek Flavie Bernard winił wojnę, winił agonalny stan francuskiego ducha, winił okupantów, winił w końcu tego jednego, konkretnego, o którym nie tak dawno rozpisywał się Je suis partout. Wbrew logice zaciekle doszukiwał się powodów jej smutku, nie zastanawiając nad przyczynami własnej ciekawości – ciężar odpowiedzialności zrzucił na zawodową ostrożność, która nakazywała wiedzieć wszystko o czekającej przy Fontannie Medyceuszy kobiety.
Prawdziwy problem polegał jednak na tym, iż strzępki uzyskiwanych informacji nigdy nie pozwalały na dokładne poznanie drugiego człowieka. W grę wchodziła jedynie bezpośrednia rozmowa, lecz przecież nie to było przyczyną ich dzisiejszego spotkania – on mógł pytać do woli, a ona miała prawo do woli milczeć, traktując jego słowa jako przejaw skondensowanej impertynencji.
Dlatego zachował ciszę – przez chwilę oboje ją zachowywali, obdarzając się okruchami pozornej sympatii. Fiodor nie mógł winić madame Bernard za grzecznościowy uśmiech, bo ledwie moment wcześniej sam zdobył się na podobny, uwłaczający prawdziwej radości grymas. W tym, że nakładali adekwatne do sytuacji maski, siląc się na uprzejmość i sztuczne jak nagrobne wiązanki uśmiechy, nie było nic dziwnego. Drewniana emocjonalność ukrywała się za uniesieniami kącików ust, w których słychać było pękające sęki – oszukiwanie całego świata było niezwykle łatwe.
Oszukiwanie siebie – niemal niemożliwe.
Kiedy życie oscyluje wokół drobnych kłamstw, te nakładają się na siebie jak kolejne warstwy farby; im grubsza powłoka, im więcej pociągnięć pędzla, tym trudniej utrzymać w ryzach powstający obraz, który w końcu staje się zbyt ciężki i chaotyczny, by mógł przedstawiać jednolitą, wiarygodną całość. Wyschnięta farba zaczyna kruszeć i obłazić, odsłaniając to, co skrywa się na samym dnie, na pierwszym zetknięciu pędzla z płótnem. To, co nie jest już kłamstwami i jednocześnie jeszcze nie jest bezwarunkową prawdą – jedni ukrywają tam strach, obawy, wątpliwości  tajemnice.
Inni – swoją prawdziwą tożsamość. Swoje ja, które w otaczającej ich rzeczywistości nie miało prawa bytu, musiało więc zostać skrzętnie otulone warstwami barwnych, nakładanych na siebie kłamstw.
Co chciała ukryć ona?
Przeświadczenie, że do samego końca powątpiewała w jego pojawienie się, w obecność, którą obiecywał jej w marcu i która z chwilą złożenia obietnicy stała się jedynie pozbawioną pokrycia zapowiedzią? Nie winił jej za wątpliwości – te były przejawem zdrowego rozsądku i umiejętności chłodnej oceny sytuacji. Nie winił jej za powracające raz za razem, czujne spojrzenie, ani nawet za pozorną obojętność, chłodną i ulotną jak oblepiająca ich mgła. Sam przecież skupiał się na czymś innym, byle tylko całkowicie nie skupić się na niej – obserwował ścieżkę, równo przycięte żywopłoty, mozolnie przecinającego niebo ptaka (a jednak wracają). W myślach nazywał wirujące wokół zapachy: subtelna woń kobiecych perfum, miedziany zapach rdzewiejącej barierki, tłumione lęki i nadzieje. W czasach gdy naziści święcą triumfy na ulicach większości europejskich miast, każde spotkanie podobne temu, którego byli głównymi aktorami, urastało do rangi wydarzenia.
Czy poczułaby się pani lepiej, gdybym odparł, że tak? – parafrazował własne, wypowiedziane w bibliotece narodowej słowa z cieniem uśmiechu o wiele szczerszym, niż jeszcze przed momentem. Wciąż spokojne, niezmącone podejrzeniem spojrzenie opadło na zaciśnięte na barierce dłonie kobiety – tak blade i eteryczne, że niemal dostrzegał przetaczającą się przez sinawe żyłki krew. Chyba właśnie wtedy uznał, iż powinien odstawić na bok łagodną przekorę i prawdopodobnie po raz pierwszy od ich ostatniego spotkania… zdobył się na szczerość. Bezkompromisową  i obdartą z nawet najbardziej cieniutkiej warstwy fałszu – zupełnie, jakby od tej odpowiedzi zależało coś więcej, niż tylko dalszy przebieg rozmowy.
Nie wierzę w przeznaczenie – w jego głosie nie rozbrzmiał nawet cień skruchy, jak gdyby nie miał powodów do zawstydzenia wywołanego przeczącą odpowiedzią. Nim ostatnie sylaby zdołały rozpłynąć się w mlecznej mgle, po raz pierwszy od dłuższej chwili zatrzymał poważne spojrzenie na twarzy madame Bernard. – Wierzę za to, że każdy, absolutnie każdy odpowiedzialny jest za własny los – pozwolił, by w jego słowach rozbrzmiało scementowane całymi latami bolesnych upadków przekonanie – nie próbował tego ukryć, chyba nawet nie potrafił, aż nazbyt dobrze czując, jak w jego umyśle rozbłysnął rozrastający się płomyk nieruchomego poglądu. – Przeznaczenie może być co najwyżej echem podjętych w przeszłości decyzji, ale nie jest czymś nieuniknionym – po raz kolejny przywołał na usta lekki, na wpół rzeczywisty uśmiech, jak gdyby uniesieniem kącików ust pragnął złagodzić własne słowa.
Nie uznał za właściwe, by dodać na głos, że za nieuniknioną uważa jedynie śmierć – i bez tego aura spotkania była dość przytłaczająca. Na swój sposób również wyrażająca nieunikniony koniec.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Pią Sty 20, 2017 1:26 am

Cichy szum wiatru w bezlistnych gałęziach drzew. Mieszanina głosów, słów wypowiadanych w dwóch, zupełnie różnych językach. Niespokojna, wisząca wokoło cisza, gęste powietrze, które przykleja się do skóry, tłoczy w płucach, zapiera dech w piersiach. Malowane jak za precyzyjnym pociągnięciem pędzla szare niebo, przecinane co jakiś czas czarnymi punktami przemykających po nim ptaków, trzepoczących skrzydłami, zmierzających w sobie tylko znanym kierunku. I wszystkie te myśli, niespójne, mylące, zapędzające w kozi róg, zamiast odpowiedzi podające jedynie kolejne pytania, spychające coraz głębiej i coraz dalej w przestrzeń, z której wyjście, choć podpowiadane cichym, nieśmiałym szeptem gdzieś w tyle głowy, wydawało się wciąż nierealne, nieprawdopodobne, niemożliwe do osiągnięcia.
Ostatnio wszystko było nierealne, szczególnie wtedy, gdy trzymała w dłoniach gazetę z wydrukowanym w niej zdjęciem własnego męża, nazwanego bohaterem Paryża. Słowa zaczynały już powoli tracić znaczenie, gdy przemykała po nich zmęczonym wzrokiem, mając jedynie ochotę na zamknięcie oczu, zatopienie się w znajomych dźwiękach najbliższego, znanego jej już otoczenia, które mimo wszystko nie stało się dla niej przyjazne.
Słowa zaczynały już powoli tracić swoje znaczenie. Odkrywała to za każdym razem, gdy tak łatwo przychodziło jej chociażby najniewinniejsze kłamstwo, gdy operowała słowami tak, jak niegdyś operowała pędzlem tworząc wokół siebie zupełnie nową, nikomu nieznaną rzeczywistość, w której być może sama zaczynała się gubić, gdy natłok wyrazów i liter stawał się niemożliwy do odszyfrowania. Jedyne, czego pragnęła, to obronić się przed tym światem, schować się w swojej skorupie tak, jak czynił to żółw czy ślimak, zaciskając powieki i udając, że twarda dłoń na jej pergaminowej skórze jest jedynie muśnięciem ździebeł trawy, w której wraz z rodzicami leżała w dzieciństwie podczas letnich pikników nad brzegiem Sekwany. Jedyne, czego pragnęła, to być znów jak dziecko, które słysząc kłótnię rodziców zasłania uszy udając, że wokoło nie dzieje się nic zwyczajnego, bądź dłońmi zakrywa oczy wierząc, iż w ten sposób stanie się niewidzialne.
Niestety, dzieciństwo odeszło już dawno, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźny, z każdym dniem coraz słabszy, smak słodkich jabłek, zapach olejnych farb, aksamitne dźwięki muzyki, spojrzenie szaroniebieskich oczu odbijających się w tafli lustra. Dzieciństwo odeszło, zabierając ze sobą niewinność, błogość, spokój i bezpieczeństwo. Dzieciństwo wydawało się teraz czymś abstrakcyjnym, pięknym snem będącym jedynie wytworem wybujałej wyobraźni artystki, która kiedyś gotowa była poświęcić się dla sztuki, a teraz nie potrafiła nawet poświęcić się dla własnej wolności, samą siebie traktując jak towar przetargowy, którym mogła handlować, aby utrzymać się na powierzchni, kawałek po kawałku oddając to, czego przecież potrzebowała. Kawałek duszy. Cząstkę godności. Fragment bijącego serca. Srebrzyste kropelki łez, wsiąkające w miękką, czystą pościel. Kiedyś myślała, że wszystko to było jedynie kwestią przyzwyczajenia. Mogła przywyknąć do pustki w domu, gdy zabrakło w nim matki, do odoru alkoholu, gdy ojciec zaczął pić, do przestających przychodzić z frontu listów, do śmierci ukochanego, do braku wieści od brata, nawet do trwającej wokoło wojny. Potrafiła przywyknąć do wielu rzeczy, niczym glinę kształtując swoją osobę, wpasowując się w pęknięcia i dziury, pędzlem malując przed sobą drogę w zależności od rozgrywających się na jej oczach wydarzeń. Jak jednak myliła się wierząc, iż starczy jej farby, aby wymalować dla siebie ścieżkę nawet wtedy, gdy ktoś wyrwał jej z dłoni pędzle, łamiąc je na pół i pozwalając, aby płonęły w palącym się w kominku ogniu. Nie mogła się przyzwyczaić, nie wtedy, gdy dom nie był już tym, za co zawsze go miała, prezentując raczej swoje odbicie z krzywego zwierciadła, będąc własną karykaturą, czterema ścianami, w których błogiej ciszy nasłuchiwała jedynie kroków wojskowych butów na drewnianej podłodze, cichego kliknięcia drzwi, szelestu odwieszanego na wieszak płaszcza, słów odbijających się od rażących niemalże sterylną bielą ścian sypialni. To nie był dom, nie ten, który pamiętała z dzieciństwa, ciepły i roześmiany, pachnący piekącą się w piecu szarlotką, rozbrzmiewający spokojnymi nutami płynącymi z pianina, sam sobą zachęcający, aby przekroczyć jego prób i poczuć się bezpiecznie, jak gdyby dookoła niego roztaczała się przezroczysta warstwa chroniąca przed wszelkim nieszczęściem. Niestety jednak i ta z czasem zaczęła pękać, a przez jej szpary wślizgiwały się do środka najgorsze koszmary, niewidzialną dłonią niszcząc wszystko to, co przecież miało być na zawsze.
Czasem miała ochotę krzyczeć, pozwolić strunom głosowym wibrować gwałtownie pod wpływem wydobywającego się z jej rozchylonych warg dźwięków. Chciała słyszeć, jak jej głos rozpływa się w otaczającym ją powietrzu, tańczy w koronach drzew, ściga się z szumiącym wokoło wiatrem i zanurza w chłodnej, błękitnej wodzie. Chciała krzyczeć, gdy każda komórka jej ciała drgała nerwowo, jakby nosiła w sobie ładunki wybuchowe, będące w stanie wybuchnąć w każdej, najbardziej niespodziewanej sekundzie, rozrywając jej ciało na drobne kawałki i rozsypując wokoło zupełnie jak popiół z palonych listów, który czasem wyskakiwał z kominka i żarzył się niebezpiecznie w powietrzu, na krótką sekundę przedstawiając jej przed oczami wizję pożaru, trawiącego jej dom, najgorsze wspomnienia, zapowiedź przyszłości i ją samą, stojącą pośród języków ognia, prawdopodobnie bojąc się bardziej, niż chciałaby się do tego przyznać. Pragnęła krzyczeć, jednak z jej ust nigdy nie wydobywał się żaden dźwięk. Wargi pozostawały zamknięte, gdy zaciskała powieki siadając na oddalonych od ludzi ławkach, nabierając do płuc powietrza i czekając, aż wszystko mienie, dobrze wiedząc, iż otaczający ją ludzie ani nic nie wiedzieli ani się nie przejmowali, mając własne problemy, sprawy i życia, z którymi musieli zmagać się sami.
Zawsze sami, bo właśnie tak wyglądało życie. Na końcu, gdy spoglądała w lustro na jasne oczy, spływające lekkimi falami włosy i jasnoróżowe usta boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, iż tak naprawdę jedyną osobą w życiu, na której może polegać, jest ona sama, choć powoli i w to zaczynała już wątpić, gdy jej czyny tak bardzo zaprzeczały skrytym w głębi pragnieniom. Niemniej jednak zauważała, iż wokoło nie ma nikogo, kto mógłby podać jej rękę i podnieść się z ziemi, kiedy upadnie, bo choć mogło wydawać się, iż ludzie stanowili w życiu coś więcej niż pionki ustawione na drodze i przecinające jej ścieżki, na samym końcu pozostawała sama, spoglądając na swoją przeszłość, rozliczając się z popełnionych czynów i w agonicznym bólu przyjmując do wiadomości, iż każde słowo wypowiedziane zostało jej ustami a każdy czyn popełniony jej dłońmi. Winić, chwalić i karać mogła jedynie siebie, jednak dopiero na samym końcu, po tym, gdy szukając wymówek uciekała od odpowiedzialności wplątując się w kolejne pułapki, gubiąc się w możliwych opcjach i podejmując decyzje, których przecież mogła w przyszłości żałować.
Nie wiedziała, czy ta była jedną z nich, choć z każdą sekundą, która mijała zarówno w oczekiwaniu jak i już w towarzystwie mężczyzny, powoli myślała o tym, iż podświadomie liczyła, że wcale się tam nie zjawi. Ale tylko częściowo, tą częścią świadomości, która wciąż jeszcze miała odrobinę zdrowego rozsądku, która analizowała jej lekkomyślne posunięcia i znajdowała wiele niedociągnięć, z których skutkami będzie musiała się zmagać, znów sama. Było tak wiele rzeczy, których nie przemyślała, iż w momencie gdy gdzieś z boku dobiegł ją jego głos miała ochotę się zaśmiać, być może najbardziej szaleńczym śmiechem z możliwych, w końcu zdając sobie sprawę z tego, iż teraz znak zapytania powoli zamieniał się w średnik, dając możliwość dopisania dalszej historii, której przecież nawet jeszcze nie obmyśliła. Chciała się zaśmiać, czując lekkie, niewidoczne drganie dolnej wargi i zalegające w płucach powietrze, gdy na chwilę wstrzymywała oddech próbując doprowadzić się do porządku, wmawiając sobie, iż przecież nie oszalała, choć przez ostatnie tygodnie czuła się tak, jak gdyby powoli traciła zmysły. Chodząc w lunatycznym śnie, odliczając ze starannością dni i godziny, choć przecież wcale jej nie zależało, bo nigdy nie spodziewała się, że do spotkania naprawdę dojdzie. Wszystko zdawało się być jedynie iluzją, zniekształconym lustrzanym odbiciem, choć jednocześnie czuła rzeczywistość ocierającą się delikatnie o jej skórę, chłód metalu pod jej dłońmi, wilgoć mżawki na policzkach, podmuchy wiatru rozsiewające w powietrze jej jasne włosy.
Granica między snem a jawą zaczynała się powoli zacierać zupełnie jak wtedy, gdy zatracała się w szaleńczych pociągnięciach pędzla, w barwnych farbach zostawiających swoje ślady na czystym płótnie niczym rozcięcia na nieskalanej ani jedną blizną skórze. Gubiła się pomiędzy malowanymi postaciami i odnajdywała na nowo w niewielkim pokoju wypełnionym zapachem perfum, które podarowała jej matka oraz farb, które wdzierały się do jej płuc i wypełniały żyły mieszając się z płynącą w nich krwią.
Niestety jednak, to życie nie było snem i Falvie Bernard była tego boleśnie świadoma, dzień za dniem przypominając sobie, iż uszczypnięcie w ramię pozostawi po sobie jedynie lekkie zaczerwienienie, rozpływające się po kilku sekundach, nie wyciągając jej ze świata, który był jak najbardziej prawdziwy. Tak samo prawdziwy jak ludzie, których kiedyś malowała, przechadzający się ulicami tego samego miasta, nieświadomi, że jej czujne oko śledzi każdy ich krok i każdą emocję przelewającą się przez utkwione w chodniku oczy. Czasem zastanawiała się, co stało się z tymi ludźmi. Jak potoczyło się ich życie, gdy do Paryża wtargnęły wrogie wojska, zajmując to, co przecież miało na zawsze pozostać tylko i wyłącznie ich. W tym świecie jednak nic nie było na zawsze, wszystko umykało, przesypywało się przez palce niczym piasek w klepsydrze, niemożliwy do schwytania i zatrzymania przy sobie, do uratowania przed zmieniającymi się porami roku i czasem, który pędził jak szalony, a jednocześnie stał w miejscu, więżąc mieszkańców miasta w powtarzającym się z dnia na dzień cyklu. Sekunda po sekundzie odtwarzany scenariusz, wyuczone na pamięć słowa i gesty, wyćwiczone uśmiechy pełne fałszywej uprzejmości, ukrywające przed publicznością wszystko to, co dzieje się za kulisami na minutę przed tym, gdy na scenę wkroczą aktorzy.
Chciałaby powiedzieć, że spodziewała się każdej odpowiedzi tylko nie tej jednej, będącej niczym wyciętą z ich pierwszego spotkania, wciąż pozostającego dla niej czymś bardziej zbliżonym do wyimaginowanego wspomnienia niż prawdziwego zdarzenia. Spotkanie to jednak nie zostało wpisane do scenariusza. Słowa i gesty, przynajmniej w jej mniemaniu, były zupełnie wolne od jakichkolwiek schematów, wyzwolone od sztywnych ram, w które schwytane zostało jej życie. Każde słowo miało więc rozpłynąć się wraz z wiatrem, nie zostając uwiecznione nigdzie indziej poza ich pamięcią, a nawet to nie było do końca pewne, bo przecież tak łatwo było manipulować wspomnieniami, pozostawiając tylko te, o których naprawdę chce się pamiętać.
Może odrobinę zbyt gwałtownie zwróciła twarz w stronę mężczyzny, przez krótką sekundę przyglądając się jego twarzy, jakby był jedynie kolejnym przechodniem, którego wygląd pragnęła utrwalić, aby w domu nanieść go na zupełnie czyste płótno. Chwila minęła dość szybko, a kobieta ponownie utkwiła wzrok z mętnej wodzie przed sobą, nie zastanawiając się zbyt długo nad odpowiedzią. Nie musiała, bo przecież sformułowała ją jeszcze zanim zadała to pytanie, być może nawet zanim zjawiła się w parku, nieświadomie kształtując na ten temat własną opinię i mając wrażenie, że tylko ta jedna część całej jej osoby należała tylko i wyłącznie do niej.
- Nie – odpowiedziała dość bezbarwnym tonem, zdając sobie sprawę, że skoro nie wierzyła ani w Boga ani w przeznaczenie, nie pozostawało jej już nic, czego mogłaby się chwycić w chwili ostatecznego upadku, ani co mogłaby winić za wszelkie niepowodzenia, które przecież nie zawsze potrafiła kontrolować. Przez chwilę zamierzała powiedzieć coś więcej, jednak gdy tylko otworzyła usta mężczyzna uprzedził ją, kontynuując swoją wypowiedź, więc pozwoliła mu mówić, przysłuchując się jego słowom i w duszy przyznając mu rację.
Ona była odpowiedzialna za swój los, bo przecież wciąż pozostawało jej tak wiele wyjść, których z pewnych powodów nie zdecydowała się obrać. Tyle możliwości, które uciekały jej przed nosem, bo wydawały się zbyt radykalne, zbyt niemożliwe, zbyt straszne, aby potrafiła chociażby wypowiedzieć je na głos. Tyle otwartych drzwi, przez które nie przechodziła z obawy przed tym, że to, co czeka za nimi, jest o wiele gorsze od tego, czego doświadcza w tej chwili. Nie była więźniem własnego przeznaczenia, a jedynie niewolnikiem lęków i wątpliwości, które ograniczały ją w pewnych działaniach, będąc tak sprzeczne ze wszystkim, w co kiedyś wierzyła. Dwa bieguny ścierały się więc ze sobą w każdym kluczowym momencie jej życia i zamiast posuwać się do przody po prostu stała w miejscu, nie mogąc przedrzeć się przez burzę, którą sama przecież wywołała.
- Przeznaczenie – zaczęła w końcu, starając się znaleźć w głębi umysłu odpowiednie słowa, które mogłyby wyrazić wszystko to, co chciała teraz przekazać. Choć z drugiej strony, czy to, co zamierzała powiedzieć, miało jakiekolwiek znaczenie? Była to jedynie ciągnąca się przerwa, mająca rozciągnąć ich w czasie, oddalić od rzeczywistej przyczyny, dla których dwójka obcych sobie ludzi znalazła się w tym samym miejscu o tym samym czasie być może udając, że żadne z nich wcale nie pragnęłoby znaleźć się zupełnie gdzie indziej – Przeznaczenie jest wymówką ludzi, którzy nie potrafią przyjąć na siebie odpowiedzialności za własne czyny – powiedziała w końcu, zdając sobie sprawę, iż sama była jedną z tych osób, w wielu przypadkach szukając marnych wymówek i uciekając od prawdy, iż być może problem nie tkwił we wszystkim dookoła, a jedynie w niej samej. Nie była przecież niewinna, nie tak, jak mogło się niektórym wydawać – Oraz tym, co doprowadziło Edypa do zguby – czy to był ten moment, w którym powinna poprosić go o to, po co przyszła? Czy może powinna jeszcze poczekać, pozwolić im nacieszyć się chwilą spokoju, zanim wojenna rzeczywistość brutalnie wedrze się w przestrzeń pomiędzy nimi, przypominając, iż i od niej nie mogli uciec, tak samo jak Edyp nie mógł uciec przed swoim losem? – Nie zawsze jednak mamy kontrolę nad własnym losem, prawda? W końcu tak wiele zależy również od innych ludzi… – zwróciła znów twarz w stronę mężczyzny, tym razem nie odwracając jej po kilku sekundach i zdając sobie sprawę, że tymi słowami próbowała zapewnić samą siebie, iż we wszystkim tym, co działo się w jej życiu, nie ona była winna. Jak mogłaby być obarczona odpowiedzialnością za to, że jej ojciec okazał się tchórzem, że mężczyzna, za którego ją wydał, był zupełnie inny niż ten, który odwiedzał ich w jej pracowni, że matka umarła niespodziewanie, że ci, których kochała odebrani jej zostali przez wojnę, że dziecko, którego Fabien tak bardzo pragnął, nigdy nie otrzymało chociażby jednego oddechu? Mogła z tym walczyć, jednak na samym początku ciągu wydarzeń to nie ona miała prawo głosu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Sob Sty 28, 2017 9:20 pm

Złośliwy, lekki wiatr wkradał się za kołnierz płaszcza i dotkliwie smagał nagi skrawek skóry. Pośród podobnej aury rachityczne drzewka i wciąż ogołocone krzewy wyglądały tak, jak gdyby chciały rzucić się na nielicznych przechodniów przemierzających Ogród Luksemburski. Doskonale pamiętał tę niejasną myśl sprzed kilku chwil, kiedy zmierzał na miejsce spotkania i pomyślał, że ten szarawy, mglisty dzień nie mógłby być bardziej odrealniony – jednak dopiero teraz zrozumiał, dlaczego.
Oboje utknęli poza jawą i poza teraźniejszością, gdzieś na samych obrzeżach rzeczywistości, którą ktoś kreował wbrew ich woli. Niejasne poczucie déjà vu przybrało na ostrości, jak gdyby z mlecznej mgły w końcu zaczęły wyłaniać się kontury większego, bardziej sensownego tworu – wrażenie, że wszystko to już kiedyś się zdarzyło, stało w jawnej sprzeczności ze świadomością, iż to przecież niemożliwe, nielogiczne, nieakceptowalne. Być może kiedyś, wiele lat temu, ktoś wspomniał mu o podobnej sytuacji, być może nieruchome sylwetki dwójki zupełnie obcych sobie ludzi utkwiły w jego pamięci i nałożyły się na rzeczywistość, w której z mozołem brodził. Być może to czas przestał płynąć miarową, równą strugą i rozgałęził się na kilka nerwowych, niespokojnych nurtów, pośród których trudno odróżnić to, co realne od tego, co jest zaledwie refleksem prawdziwego życia; być może widział podobną scenę jeszcze w dzieciństwie albo we śnie, albo w straszliwej, zasłyszanej przypadkiem opowieści.
Być może nic, co przeżyli dotychczas, nie było prawdą – lub zwyczajnie nie chcieli, by nią było.
Podejmowali niewspółmierne do zysków ryzyko, robili coś na przekór codziennej monotonni, poświęcali czas i energię, by utknąć w mglistej, dotkliwej aurze i by przetykać nieuciążliwą, lekką ciszę sekwencjami pozornie pozbawionych znaczenia słów. Postawił kołnierz płaszcza, jak gdyby chciał ukryć się przed mlecznymi, lepkimi drobinkami mgły, w której Flavie Bernard wyglądała wątle, niemal ulotnie; jak cień, duch lub wytwór wyobraźni – w każdym razie jak nikt, kto może być realny. Była daleka, zagłębiona w samej sobie, jak gdyby stanowiła jedynie myśl w jego głowie, a nie człowieka z krwi i kości. Mimo to jej cicha obecność budziła pytania, na które znał jedynie połowiczne odpowiedzi: kim ona jest? Czego od niej oczekujesz? Co o niej wiesz?
Ani twój brat, ani swat, ani przyjaciel z dzieciństwa, lecz obcy cień na odludziu, który mógł poinformować o wszystkim choćby własnego męża – trudno było wyobrazić sobie bardziej dogodne warunki na obławę, na schwytanie Fiodora na gorącym uczynku, niemal z bronią w ręku i jednocześnie niemal bezbronnego w obliczu wyłaniających się z mgły Niemców. Wrodzona ostrożność nakazywała mu, by dostrzegał w człowieku to, co najgorsze – tyle, że pomimo oczywistych przesłanek i częściowo uzasadnionych obaw, nie potrafił dostrzec w madame Bernard zdrajczyni.
Nie potrafił, bo doskonale wiedział, że z ich dwójki to ona posiada pełne prawo do snucia podejrzeń; przecież nadal był nikim, bezimienną wypadkową przypadku i odrobiny powodzenia. Być może właśnie wpatrywała się w nieruchomą wodę fontanny, powtarzając w myślach: zamierza mnie napaść? Może jest chory? Nie znam żadnych szczegółów na jego temat. Czemu się nie odzywa? Czemu myśli beze mnie? Po co mnie tu zwabił? Jaki plan ułożył w duchu, w samotności, daleko od ludzi? Może wszystkie słowa, które wypowiedział, były zmyślnym kłamstwem. Jak bardzo niebezpieczny jest?
W tym momencie nie łączyło ich wiele – być może nic, nic poza tym, że ona była tu sama. I on sam. Sami w lepkiej mgle, sami pośród ściany wciąż ogołoconych z liści drzewek, które tłumiły dobiegające z zewnętrznego świata, z innej rzeczywistości odgłosy. Sami w życiu, które nie potoczyło się tak, jak tego chcieli, ale na które wciąż posiadali wystarczająco mocny wpływ, by zmienić nurt mozolnej rzeki. Jego ojciec nieraz mawiał przy różnych okazjach (i zwykle bez związku z poprzednią wypowiedzią, jak gdyby natychmiast musiał wygłosić własne słowa), że ludzie silni mogą dokonać niemal wszystkiego, czego zapragną, jednak nawet najsilniejszym nie wolno pragnąć tego, czego chcą. Jego jedyny syn z kolei nigdy nie dostosował się do tej rady – życie Fiodora od lat napędzała wyłącznie chorobliwa potrzeba zrobienia wszystkiego lepiej, osiągnięcia czegoś więcej, wspięcia się wyżej, co czyniło je brudnym. Pikantnym. Zgiełkliwym. Tanim. To już nie była wyłącznie ambicja, lecz niepojęta rozgrywka, którą prowadził wbrew sobie i wbrew własnemu szczęściu, spychając je na bok tak, jak zepchnął wspomnienia, wszystkie te wyblakłe, zaniedbane, lecz nadal przechowywane obrazy powiązane z przeszłością.
Czy w ogóle zauważył, że jego życie już dawno przestało należeć do niego? Czy kiedykolwiek – choćby na kilka sekund – dopuścił do siebie niejasny refleks zwątpienia, przyznając, że od lat nie podjął żadnej decyzji, która miała na celu zadowolenie tylko i wyłącznie jego samego? Od blisko dwóch dekad każdej nocy czuł, jak bardzo zmęczony i połamany jest, za każdym razem dziwiąc się, że przy ostrożnych ruchach – zwłaszcza, kiedy po raz kolejny przewracał się z boku na bok – kawałki, które kiedyś były Fiodorem, nie rozsypują się na posadzce z trupim grzechotem. W cichym, gęstym mroku powracała świadoma zdolność odczuwania bólu, który zrobił się ciężki i otępiający – w skutej imadłami głowie coś kołatało głucho, skutecznie spędzając sen z powiek i jednocześnie nie dopuszczając do głosu cichych podszeptów świadomości. To, co nie mogło zostać wypowiedziane, nie miało jednak żadnego znaczenia – czasami odnosił wrażenie, że zupełnie nic nie ma znaczenia, co najdobitniej odczuwał po każdym treningu, wtedy, kiedy zawsze o świcie, zawsze przed śniadaniem, zawsze na zewnątrz – bez względu na śnieżycę, kałuże i palące słońce – stawał na ubitym tysiącami butów skrawku ziemi i czekał na przeciwnika. Fizyczne cierpienie było w stanie choć częściowo przytłumić wciąż tlące się w umyśle uczucia, odrywało myśli od wspomnień dawnego życia, wyrywało z otępienia, które uniemożliwiało dobrze skonstruowanej broni, jaką miał się stać, normalne funkcjonowanie. Tak naprawdę istniał wyłącznie wtedy, kiedy w trakcie sparingu przeciwnicy ruszali na niego w cudownej ciszy, kiedy nie dawali mu żadnych szans ani chwili wytchnienia, kiedy atakowali bez litości i respektu. Nigdy zresztą nie oczekiwał taryf ulgowych – zbyt wiele razy dawano mu szanse, zbyt wiele razy ustępowano, zbyt wiele razy ktoś wolał opuścić broń i poddać się bez walki, niż wymierzyć mu prawdziwy cios, przez co mógł stał się miękki i stracić na zaciętości.
A przecież zaciętość była jedną z jego niewielu zalet.
Często powtarzał sobie, że kiedy nadejdzie chwila finalnej próby, będzie zahartowany. Zahartowany i zimny jak kawałek stali, prędzej złamie się i rozpęknie w pół, niż kornie ugnie karku – dlatego przez całe lata ciszę każdego świtu rozrywały rytmiczne oddechy, walące szaleńczo serca i dziki wysiłek, dlatego dzień zaczynał od potu wsiąkającego w bluzę munduru, łaskoczącego skórę głowy, prześlizgującego się po skroni. Dlatego przyzwyczajał się do pieczenia w każdym mięśniu, coraz gorszego, a zarazem coraz przyjemniejszego, jakby Fiodor mógł wypalić nim trawiący go ból, jakby był w stanie pozbyć się dojmującego poczucia straty. Kiedy zwyciężał, czuł się tak, jak gdyby miał unieść się w powietrze. Wzlecieć w niebo i nigdy nie wrócić. Zapomnieć. W chłodzie poranka, cały pokryty siniakami, parujący jak potrawa wyjęta z pieca, rozumiał wyłącznie jedno: jest jedyną osobą, która ponosi odpowiedzialność za własne decyzje.
Każdy człowiek posiadał swój sposób na ucieczkę przed rzeczywistością – czerwona, gęsta krew skapująca z po raz kolejny złamanego nosa była równie skuteczna, co czerwona, gęsta farba pokrywająca kolejne milimetry naciągniętego płótna.
Być może dlatego z takim spokojem myślał, że za pięćdziesiąt albo sto lat w tym miejscu stać będą ludzie, którzy się jeszcze nie narodzili. Potężne, bohaterskie pokolenie, dla którego kwestia, czy w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku doszło tu do jakiegokolwiek spotkania, czy nie, a jeśli tak, to po co, nie będzie miała żadnego znaczenia. Nie będzie ich interesowało to, co spotykający się zrobili z własnym życiem, czy byli dobrzy i szlachetni, czy podli i tchórzliwi, szczęśliwi czy nieszczęśliwi, albo czy dokonali czegoś wielkiego; nic nie będzie miało znaczenia większego niż twarde ziarnko piasku. Nie pomyślą o paryskiej malarce ani radzieckim szpiegu nawet przez chwilę. Po prostu tu będą, żyjąc swoim życiem, tak jakby Flavie Bernard, Fiodor Chirjakow i cała reszta znaczyli tyle, co nadtopiony śnieg. Garstka popiołu. Nic.
Wbrew pozorom nie była to smutna wizja – na swój sposób niosła ukojenie. Zdejmowała z barków ciężar dziejowej odpowiedzialności. Zwalniała z obowiązku dokonania wielkich czynów. Sprawiała, że bezkarnie mogli milczeć, wpatrując się w nieruchome figury fontanny lub delikatnie, spokojne okręgi na ciemnej toni wody. Mieli pełną swobodę stania w bezruchu, bez jakiejkolwiek wiedzy i planów, co zrobić dalej – nawet wtedy, gdy siwa mgiełka osiadła ciężko na ubraniach i wyczuwalnie zrobiło się chłodniej, nawet wtedy nie musieli się spieszyć. Spoglądanie na potoki wody, na wilgotny, lśniący bruk, który pochłaniał słabe światło szarego dnia, zafałszowywał je i zwracał złamane na refleksy – wszystko to pozbawione było bagażu przymusu, sprawiało wrażenie, jak gdyby to spotkanie było ich niezawisłą, pozbawioną wpływu osób trzecich decyzją. I być może – w jakiś trudny do wyjaśnienia sposób – nie rozmijało się to z prawdą? Nikt przecież nie zmusił ich, by dzisiaj zjawili się przy Fontannie Medyceuszy – nikt nie wydał oficjalnego polecenia, nie przyłożył do czoła broni w przejawie niewerbalnej groźby, nikt na dobrą sprawię nie wiedział, gdzie są, co robią, dlaczego rozmawiają bez obaw i pośpiechu. Nikt – a już zwłaszcza nie Fiodor – nie rozumiał strzępów myśli, które przebiegały mu przez głowę, i które uparcie oscylowały wokół jednego pytania.
Jak zatrzymać ją jeszcze trochę?
Słyszał własny oddech jak obcy, pozbawiony sensu dźwięk, dzięki któremu rozumiał, że rzeczywiście znajduje się w tym miejscu i że nie jest to kolejny, ciężki sen, który wypłucze z umysłu o szarym świcie przy akompaniamencie smakującej popiołem kawy. Nigdy nie wiedział, kiedy dokładnie wkroczy za ciężką zasłonę nocnych mar, pozostawiając za sobą rzeczywistość i ruszając ku majakom, które dały się skategoryzować wyłącznie jako nieprzyjemne bądź zwyczajnie przykre. Nocami stanowczo zbyt często śnił o tym, co pozostawił za plecami – o moskiewskich wieczorach, pustym, rosyjskim stepie, mgle nad Uralem i prawdziwej zimie, która przemieniała jeziorka w szkliste płaszczyzny skute niebieskawą skorupą mrozu, odbijającą promienie dzikiego księżyca. W tych snach odnajdował dziecięce kuligi, sanie, niedźwiedzie futro, samotne, umarłe drzewo stojące na białym poboczu i noc pośród nocy na stepie, i czujne, pełne zamysłów gwiazdy. Zawsze tkwiła w nich również martwa jabłoń, wznosząca się na pochyłym zboczu, mająca zadanie, którego Fiodor w półśnie nie umiał nazwać –  jednak kiedy się budził, wciąż pamiętał, że je ma, więc nie wracał z całkiem pustymi rękami. Gdyby pokładał choć odrobinę wiary w parapsychologię, być może w stałym elemencie nocnych majaków zacząłby doszukiwać się ukrytego sensu, symbolu, zwiastuna czegoś, co dopiero ma nadejść – ale sny były dla niego tylko snami, czymś, co wyrzucał z umysłu o poranku, by po raz kolejny stawić czoła koszmarowi po stokroć bardziej wymagającemu.
Rzeczywistości.
Jego uwadze nie umknęła gwałtowność, z jaką madame Bernard posłała mu krótkie spojrzenie – zniósł je ze spokojem, jak gdyby spodziewał się podobnej reakcji na długo przed tym, nim nastąpiła; nie próbował ukryć pokrytego świeżym zarostem policzka w kołnierzu płaszcza, nie odwrócił wzroku, nie uniósł pytająco brwi, przez cały ten czas wpatrując się w zaciśnięte na barierce dłonie kobiety. Zielonkawe żyłki biegły tuż pod skórą, aż miało się wrażenie, że patrząc na nie łatwo zmierzyć jej puls, choć ten mógłby okazać się zbyt słaby, aby uznać go za realny.
W takim razie nie przytaknę – powoli odwrócił wzrok, wbijając jasne spojrzenie w tylko sobie znany punkt na horyzoncie; szczerość, uczciwość, ostrożna poufałość, cicha nieszkodliwość – ta rozmowa zbyt radykalnie różniła się od wszystkich tych, które prowadził na paryskich ulicach, by tak po prostu ją zakończyć. Być może potrzebował imitacji prawdomówności i swobody, okazji do tego, aby czas nie tyle zwolnił, co zwyczajnie przestał istnieć – tutaj, w trakcie tej rozmowy udawało się to całkiem nieźle.
Miał wrażenie, że aż zbyt dobrze.
Wsłuchiwał się w jej słowa w przesyconej skupieniem ciszy, jak gdyby nie chciał przeoczyć nawet najdrobniejszego szczegółu, być może w obawie, że zatraci tym samym sens całej wypowiedzi – w tonie wychwycił coś, co ostrożnie określił jako tłumiony zapał, jakby po raz pierwszy na przestrzeni wszystkich spotkań mogła wyrazić, to, co naprawdę zalega jej na sercu. Fiodor nagle zrozumiał, że bardzo się mylił.
Madame Bernard może być bardzo silna, jeśli chce. Znacznie silniejsza, niż sama sądzi.
Na całe szczęście nasze życia to nie antyczna tragedia. Nie musimy obawiać się nieuniknioności przeznaczenia – wypowiedział te słowa głębokim i pewnym siebie tonem, choć dało się wychwycić w nich coś jeszcze – jak gdyby na Fiodorze ciążyła wielka odpowiedzialność, jak gdyby w tej chwili precyzja słów była sprawą najwyższej wagi. Być może zrozumiał, że to jedyny moment, w którym mogą pozwolić sobie na pełną szczerość i najwyraźniej nie chciał zaprzepaścić okazji, chwytając się własnej prawdomówności jak ostatniej deski ratunku – choć już jej kolejne słowa były zaskoczeniem.
Nie był kimś, kto obiektywnie potrafił ocenić własną decyzyjność. Nie był kimś, kto posiadał jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem – mało istotne, jak zaciekle wypierał ten fakt z myśli. Najpewniej dlatego milczał przez chwilę, dobitnie czując na własnej twarzy spojrzenie kobiety – w przeciągu tych kilkunastu sekund ostrożnie ważył słowa, by w końcu spojrzeć na Flavie Bernard, niemal natychmiast napotykając jej wzrok. Kiedy nie umiał znaleźć odpowiedzi, uśmiechał się jak dziecko, które przyłapało dorosłych na jakiejś  małostce. Wstydliwie i zawstydzająco – zupełnie jak teraz.
Proszę pamiętać, że to działa w obie strony – kiedy w końcu z jego ust padły kolejne słowa, nastąpiło to w momencie, w którym spokojnie uniósł papierową torbę, ostrożnie opierając jej środek ciężkości na metalowej barierce. – Wiele zależy od innych ludzi i jednocześnie inni ludzie zależą od nas. Być może nie mamy pełnej kontroli nad własnym losem, posiadamy za to częściową kontrolę nad cudzym – ponownie uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, który jednak zaginął pośród cichego szelestu papieru – Fiodor sięgnął do wnętrza torby tak, jak gdyby miał zamiar wydostać z jej trzewi obiecaną broń bez nawet krótkiego rozejrzenia się po okolicy.
Tak, jak pani miała nad moim – przyznał to bez skrępowania, najwyraźniej nie odnajdując powodów, dla których miałby je odczuwać – w tym momencie oboje doskonale pojmowali, że mieli na własne losy na tyle silny wpływ, by dotrzeć aż… tutaj.
Tutaj, czyli do momentu, w którym Fiodor ostrożnie wyciągnął z papierowej torby pękatą, ceramiczną doniczkę, nad którą niepewnie wznosiły dwie głęboko usiane liśćmi łodyżki – wciąż dalekie do kwitnięcia, choć jasno sugerujące, że w niedalekiej przyszłości wydadzą na świat kwiaty. Najwyraźniej odwołania do poprzedniego spotkania sprawiały mu zbyt wielką przyjemność, by mógł zrezygnować i z tego – jawnego odniesienia do rysunku, który Flavie nakreśliła na niewielkim skrawku papieru pośród bibliotecznej ciszy.
Powiedziano mi, że to lilie, jestem jednak całkowitym ignorantem w dziedzinie roślin doniczkowych i nie odróżniłbym ich od kaktusa – obrócił powoli kwiaty w dłoni, wpatrując się w zagadkowo zamknięte pąki z żywym zainteresowaniem, jak gdyby próbował odgadnąć barwę płatków. – Proszę przesadzić je w wolne popołudnie do mniejszej doniczki, ta jest… nieco zbyt pojemna – gdyby nie delikatnie drgnięcie kącików ust, ton jego głosu można byłoby posądzić o skruchę – prawdziwą intencję zdradził jednak stłumiony uśmiech, który jasno sugerował, że pojemność doniczki nie była zwykłym niedopatrzeniem i najwyraźniej musiała zawierać coś jeszcze.
Coś na tyle dyskretnego, by dla bezpieczeństwa ukryć je pod grudkowatą, ciemną ziemią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Pon Sty 30, 2017 7:55 pm

Czasem zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie w zupełnie innej rzeczywistości. W świecie, w którym nie byłoby wojny, gdzie w domu nie musiałaby chodzić na palcach, wzdrygając się na każde skrzypnięcie drewnianej podłogi, gdzie nie musiałaby spierać śladów krwi plamiących rażącą czerwienią biel prześcieradła. Zastanawiała się, czy w tamtym świecie wprowadziłaby się wraz z Clementem do mieszkania, w którym planowali zamieszkać, czy wiosną, w promieniach słońca i pośród kwitnących kwiatów, których płatki opadałyby na jej włosy, wzięliby ślub, urządzając skromne przyjęcie dla najbliższych znajomych w ogrodzie za domem jego rodziców. Czy w innym świecie jej matka wciąż by żyła, pomagając zajmować się pierwszym narodzonym dzieckiem, czy jej brat przychodziłby regularnie z odwiedzinami, gdy siadaliby wspólnie przy dużym stole, pijąc herbatę z ładnych filiżanek, które dostała w prezencie ślubnym? Ten świat, istniejący tylko i wyłącznie w jej wyobraźni, był zbyt idealny, aby mógł być prawdziwy, dlatego też Flavie nie za często pozwalała swoim myślom oddalać się w tamtym kierunku. Mieszanie wyobrażeń z rzeczywistością potrafiło być niebezpieczne, gdy okazywało się, iż to, co było jedynie wymysłem jej umysłu było o wiele lepsze, niż otaczający ją świat. Po pewnym czasie, gdy wszystko zaczęłoby się ze sobą przeplatać i brutalność codzienności zdawałaby się jeszcze bardziej bolesna, mogłaby dojść do wniosku, że nie potrafi już funkcjonować w tym świecie szarych, bezbarwnych, pozbawionych własnego charakteru ludzi, pośród strachu o to, co przyniesie następny dzień i pośród ciągłej ucieczki o siebie samej, od zobowiązań narzucanych jej przez własnego męża, od bolesnych wspomnień, poczucia winy, konieczności spojrzenia w swoje lustrzane odbicie i uświadomienia sobie raz i na zawsze, iż tak właśnie wyglądało jej życie. I jedyne, co mogła zrobić, to pogodzić się z jego stanem, zacisnąć zęby, odgarnąć opadające na twarz włosy i spróbować coś zmienić. Chociaż zmiana, w jej przypadku, wydawała się o wiele trudniejsza, niż mogłaby się tego spodziewać.
Kiedyś była zupełnie inną osobą. Gdyby stojący obok niej mężczyzna spotkał ją chociażby jeszcze przed pięcioma laty, mógłby nie rozpoznać jej na ulicy, widząc w oczach radość i beztroskę, uśmiech, którym obdarzała każdego przechodnia, zabrudzone kolorowymi plamami farb dłonie i zwiewne sukienki, które idealnie współgrały z jej nastawieniem do świata. Kiedyś było w niej tyle życia i, co więcej, tyle woli do jego prowadzenia, iż sama zastanawiała się, patrząc na kobietę, którą każdego ranka witała w lustrze, jak to się stało, iż upadła tak nisko? Odwracanie wzroku przestało już jej pomagać, w końcu ta osoba śledziła ją krok w krok, odbijając się w sklepowych wystawach, oknach mijanych mieszkań czy nawet rozsypanych na brukowanych uliczkach kałużach. W jej oczach nie było już ani życia ani chociażby odrobiny woli, a jedynie martwa, chłodna pustka, przypominająca sobą przykryte mgłą szaroniebieskie morze. Ona sama z pewnością nie poznała by tej dziewczyny, która miała tak wiele planów i ambicji, a teraz pozostała jedynie z nadzieją, iż Fabien wróci do domu w wyjątkowo dobrym nastroju (albo że nie wróci w ogóle, znacznie ułatwiając jej całą sprawę), że następny dzień okaże się choć odrobinę lepszy od poprzedniego i że w jakiś sposób zdoła jeszcze wstać z łóżka, postawić nogi na chłodnej podłodze, odsłonić ciężkie zasłony, zaparzyć herbatę i otrząsnąć się z kolejnej nieprzespanej nocy, podczas której jedynie leżała, wpatrując się w przytłaczającą ją pustkę, zastanawiając się, jak wiele ma ich jeszcze przed sobą. Nocy i dni, godzin, minut, tygodni, miesięcy.
Flavie, w tym świecie, który zdawał się być już zupełnie pozbawiony jakichkolwiek reguł, miała jedną zasadę, której starała się przestrzegać za wszelką cenę. Już dawno temu, mając zaledwie szesnaście lat, obiecała sobie, że nigdy więcej nie pozwoli sobie płakać tak, jak robiła to po śmierci matki, przez długie dni wylewając w poduszkę potoki łez, aż w końcu miała wrażenie, iż nie pozostało w niej już nic więcej. Wcale nie czuła się lepiej, mokre krople skapywały na pościel, a z każdą z nich ona czuła się jedynie bardziej pusta, wyzuta ze wszelkich emocji. Wtedy myślała, że nigdy już nie uda jej się odzyskać tej części siebie, którą jej matka zabrała ze sobą do grobu, jednak minęło trochę czasu a ona stanęła na nogi, odnalazła się na nowo pośród płócien i farb, nauczyła się żyć i kochać tak, jak jeszcze nigdy dotychczas. Teraz chciała wierzyć, że będzie podobnie, że mimo wszystko przetrwa i kiedyś, w odległej przyszłości, nauczy się funkcjonować na nowo, pomimo wszystkiego, co zostało jej odebrane.
Niestety jednak, nigdy nie była człowiekiem o silniej wierze, dlatego jedyne, czego starała się trzymać, to próby zatrzymywania każdej łzy dla siebie. Złamała się tylko raz, nad grobem Clementa, czując się jakby ktoś uderzył ją twardą dłonią prosto w twarz, choć przecież tak naprawdę jeszcze nie znała tego bólu, który miał dopiero zawitać do jej życia i stać się niemalże jego nieodłączną częścią, fragmentem rutyny, który już nawet nie bolał, a po prostu był.
- Na całe szczęście – odpowiedziała, zaśmiawszy się wcześniej krótko dźwiękiem, którego chyba żadne z nich nie mogło się w tym momencie spodziewać. Mimo wszystko miał rację, nie byli bohaterami antycznej tragedii i jeśli czegoś mieli się w życiu obawiać, a lista tych rzeczy zdawała się przecież ciągnąć w nieskończoność, to na pewno nie było to przeznaczenie. Z drugiej jednak strony, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby mogli być jedynie postaciami książki, w całości uzależnionymi od kaprysów autora. Wtedy żadna decyzja, dobra czy zła, nie zależała by przecież od nich, nie musieliby znosić ciężaru konsekwencji własnych czynów, mogliby ginąć w heroicznych walkach, jak bohaterowie, których imiona na zawsze zostaną zapamiętane pośród pożółkłych stron i czerni atramentu. W ich przypadku, w przypadku dwóch zupełnie przeciętnych osób, które w tym świecie nie miały znaczenia na tyle wielkiego, aby w przyszłości wspominano ich imiona, mogli jedynie walczyć o to, aby kiedyś wspomniała je chociaż jedna osoba. I aby na to wspomnienie uśmiechnęła się, zamiast rzewnie zapłakać.
- Ma pan całkowitą rację – przyznała, przenosząc wzrok z jego twarzy na trzymaną w dłoniach torbę i czując, jak żołądek ściska jej się boleśnie na samą świadomość tego, co miało za chwilę nastąpić – Zawsze musimy coś dać, aby móc w zamian otrzymać coś innego – dodała, gdy powoli docierał do niej cel tego spotkania i świadomość, że przecież on nie znalazł się tam zupełnie z własnej woli. Owszem, mógł nie przyjść, mógł zrobić cokolwiek innego, jednak na samym początku to właśnie ona skierowała pośrednio jego kroki w tą właśnie stronę – Nie mogę się jednak do końca z panem zgodzić. Jestem pewna, iż dobrze pan wie, że w tym momencie mógłby pan być zupełnie gdzieś indziej. Nie zmusiłam pana do przyjścia tutaj i, szczerze mówiąc, nie liczyłam nawet, iż dziś tu pana spotkam – powiedziała szczerze, ponownie przenosząc spojrzenie na jego twarz. W tej kwestii nie miała nic do ukrycia i przypuszczała, iż jedynie wypowiedziała na głos to, czego on był już wcześniej świadomy. Nie miała nad nim kontroli, jak mogłaby mieć, skoro nie łączyło ich nic poza zwykłym przypadkiem, popełnionym gdzieś błędem, który na krótką chwilę skierował ich ścieżki w swoją stronę.
Ostatnimi czasy Flavie czuła się tak, jak gdyby szła przez gęstą mgłę. Nie mogła zobaczyć, co znajdowało się przed nią, ani co zostawiła za sobą, bo cały świat przykryty był mlecznobiałą powłoką, która skutecznie ograniczała jej widoczność. Szła więc przed siebie, bo stanie w miejscu i tak nie przynosiło żadnego większego efektu, powoli odkrywając nowe miejsca i ludzi, jednocześnie bojąc się, że kiedyś dojdzie do końca drogi i nie będzie w stanie go zauważyć. Że stanie na krawędzi przepaści, zrobi jeden krok więcej i nagle poczuje, jak grunt ustępuje jej spod stóp, jak nagle zaczyna spadać w dół ze zwiększającą się prędkością, a później…
No właśnie, co miało nastąpić później?
Nigdy nie wyobrażała sobie, jak wygląda śmierć, co czuje się w chwili, gdy wydaje się ostatnie tchnienie i na zawsze zamyka oczy. Owszem, zastanawiała się nad tym, gdy umarła jej matka. Czy czuła ból? Czy się bała? O czym myślała? Czy na sekundę, zanim było po wszystkim, wiedziała, że był to już koniec? Tak naprawdę jednak nigdy nie próbowała ubrać w słowa przepływających przez jej umysł myśli o tym, jak mogły wyglądać ostatnie sekundy jej życia i co miało ją czekać po śmierci.
Zawsze sądziła, że jej życie nie należy wcale do niej, chociaż miała nad nim pełną kontrolę. W czasach, kiedy jeszcze miała się o kogo troszczyć, nawet po śmierci jej matki, a może właśnie szczególnie wtedy, zrozumiała, że jej życie nie jest jej własnością. Jej śmierć, choć dla niej w wielu przypadkach wydawała się ukojeniem, skrzywdziłaby tylko tych, których kochała najbardziej i których kiedyś jeszcze chciała ochronić przed wszelkim możliwym cierpieniem. Gdyby umarła, pozostawiłaby ich w takiej samej żałobie, w której pogrążyła się ona sama gdy umarła jej matka, choć przecież jej śmierć nie była jej wyborem. Teraz jednak nie było już nikogo, o kogo musiałaby się martwić, kto opłakiwałby jej śmierć, odwiedzał grób składając na nim kwiaty, patrzył na wypisane na szarym kamieniu litery układające się w jej nazwisko błagając, aby wszystko to okazało się jedynie snem, zbyt długim i naśladującym rzeczywistość koszmarem, z którego nie potrafili się obudzić. Flavie Bernard dla świata odeszła już dawno, wraz z każdą osobą, która kiedykolwiek była jej bliska. Rozpłynęła się w tej gęstej mgle i kobieta była bardziej niż świadoma tego, że kiedy umrze, a to mogło przecież wydarzyć się w każdym momencie, nawet teraz, z rąk tego obcego mężczyzny któremu musiała choć trochę zaufać przychodząc tam zupełnie sama, nie było nikogo, kto w przyszłości mógłby wspomnieć jej imię. Jej śmierć nie będzie ciężarem i ciosem dla bliskich jej osób, wręcz przeciwnie, jedynie ulgą i przepustką do całkowitej wolności dla ostatniego człowieka, na którym mogłoby jej zależeć.
I może właśnie dlatego, bez względu na to, jak nisko by upadała, nie zamierzała sama zadecydować, kiedy nastąpi jej koniec. Wiedząc, jak bardzo Fabien jej nienawidzi i jak bardzo wolałby, aby po prostu zniknęła (choć oczywiście nie zamierzał pozwolić jej odejść), swoim życiem mogła choć trochę uczynić to jego o wiele gorszym, pozostając wciąż w jego otoczeniu, śpiąc w jego łóżku i jedząc przy tym samym stole, jednocześnie będąc ciągłym i nieustającym przypomnieniem tego, czego tak bardzo pragnął i czego miał nigdy nie otrzymać, a przynajmniej nie od niej. W tym wypadku śmierć, choć dla niej tak naprawdę nie miała większego znaczenia, podobnie jak wszystko inne w jej życiu, dla nich obojga byłaby zbawieniem, dlatego Flavie postanowiła cierpieć, aby jednocześnie przyglądać się jego cierpieniu.
I może kiedyś uda jej się znaleźć sposób na to, aby bez konieczności poświęcania samej siebie przynieść sobie chwilę wytchnienia.
Spoglądając doniczkę, która nagle pojawiła się w dłoniach mężczyzny, nie potrafiła jednak odrzucić od siebie wszelkich myśli o śmierci. Dobrze wiedziała, co spoczywa pod warstwą czarnej, brudnej ziemi i gdy wciągała dłoń, aby dotknąć delikatnych, zielonkawych łodyżek, które wkrótce pokryć się miały kwiatami, nie potrafiła nie pomyśleć o tym, do czego mogłaby użyć znajdującego się wewnątrz przedmiotu. Ona czy on? Wybór należał tylko i wyłącznie do niej i w tej chwili, z drżącą dłonią i bijącym odrobinę mocniej sercem zdawała sobie sprawę, że ludzka natura miała w zwyczaju podejmowanie pochopnych i niezbyt odpowiednich, dyktowanych wzburzonymi emocjami decyzji. A ona była człowiekiem, wciąż, choć czasem czuła się bardziej jak duch, niezauważany, ignorowany i pogardzany. W tej krótkiej chwili, gdy wpatrywała się w roślinę, którą postawi na parapecie w kuchni i która na zawsze przypominać jej będzie o spotkaniu w bibliotece, szkicu narysowanym pośpiesznie trzęsącą się dłonią na skrawku papieru, obserwujących ją oczach w kolorze wyrazistego błękitu, dramacie niemieckiego pisarza i martwych posągach przez wieczność odtwarzających tą samą scenę, zaczynała mieć wątpliwości, czy spośród wszystkich otaczających ją zupełnie obcych ludzi, ona może zaufać samej sobie. Czy wtedy, gdy znów wszystko zacznie się walić i coś w końcu ją złamie, doprowadzając na skraj przykrytego gęstą mgłą wzgórza, w porę zauważy zbliżające się niebezpieczeństwo i zdąży się cofnąć, zanim zapragnie sięgnąć po to jedno, tak proste i szybkie rozwiązanie, które teraz miała przecież na wyciągnięcie ręki.
Wszystkie te myśli malowały się w jej błękitno-szarych oczach, które nagle stały się o wiele bardziej puste niż kiedykolwiek wcześniej, gdy czas zdawał się naprawdę zatrzymać, a ona pragnęła bardziej niż czegokolwiek innego, aby już nigdy nie ruszał. Chciała zostać uwięziona w tej chwili, aby nie musieć podejmować trudnych decyzji i zmagać się ze wszystkim tym, co przynieść miała owiana wichrem grozy i tajemnicy przyszłość. Być może nawet chciała zostać tam z tym właśnie mężczyzną, którego imienia zapewne nigdy nie przyjdzie jej poznać. Jednak tak było lepiej, zupełna anonimowość, brak wszelkich powiązań sprawiały, że rozmowa z nim stawała się o wiele łatwiejsza, ponieważ przez to wydawał się prawdziwie nierzeczywisty, jak balansująca milimetry nad powierzchnią ziemi zjawa, która zjawiła się tylko na krótką chwilę, ukazując się przed jej oczyma, i która miała za chwilę zniknąć, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźne, blednące z czasem wspomnienie wszystkiego, co wydarzyło się przy Fontannie Medyceuszy. Nie chodziło jedynie o to, iż Flavie pierwszy raz od dawna czuła, że mogła mówić bez skrępowania to, co zawsze pozostawiała dla siebie lub wylewała na płótno, w sposób niezrozumiały dla otoczenia ubierając myśli i uczucia w barwne symbole i wzory. Ważniejszy jednak był fakt, iż miała wrażenie, że w końcu ktoś naprawdę słuchał jej słów, przechwytywał wyrazy ześlizgujące się z jej warg, a nie jedynie pozwalał im, aby rozpłynęły się na chłodnym wietrze i zniknęły na zawsze. Nie miała pojęcia, czy w tamtym momencie była prawdziwą sobą, ale osoba, która zjawiła się przy fontannie prawdopodobnie najbardziej przypominała tą, którą przez większość czasu starała się ukryć. A ona, wbrew samej sobie, nie miała nic przeciwko temu.
Od momentu, w którym jego słowa zupełnie umilkły, cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność. W końcu, zdając sobie sprawę z mijających sekund, kobieta cofnęła dłoń, pozostawiając łodyżki drgające delikatne na obecne jeszcze wspomnienie jej dotyku.
- Dziękuję – odpowiedziała, bo w tamtej chwili jedynie na to było ją stać. Świadomość tego, do czego właśnie zmierzała i z jak wielkim ryzykiem wiązała się ta jedna decyzja podjęta tak lekkomyślnie jakiś czas temu wydawała się o wiele bardziej przytłaczająca, na tyle, że musiała na chwilę odwrócić twarz, zacisnąć powieki i nabrać w płuca chłodnego powietrza, przypominając sobie, gdzie i z kim się znajduje, oraz kim jest, choć to wydawało się o wiele trudniejsze. Jeszcze kilka lat temu myśl o posiadaniu broni w życiu nie przeszłaby nawet przez jej myśl. W tym wyimaginowanym świecie, który czasem pozwalała sobie wyobrażać, posiadanie broni nie było konieczne. A jednak stała tam, pośród martwej, szarej i gęstej ciszy, odbierając narzędzie, które mogło wyrządzić o wiele więcej złego niż dobrego. Po kolejnej przeciągającej się chwili odchrząknęła w końcu, z powrotem zwracając swoje spojrzenie w jego kierunku, starając się zamaskować chwilę słabości i zwątpienia, która tak pogodnie zatańczyła w jej oczach - Wyglądają jednak na lilie, z pewnością będą się ładnie prezentować na oknie – uśmiechnęła się, z jakiegoś powodu nie odbierając doniczki od mężczyzny. Zamiast tego jedną dłonią założyła luźny kosmyk włosów za ucho, drugą, jakby dla bezpieczeństwa i poczucia, iż wciąż stoi na ziemi, zaciskała dalej na metalowej barierce, której chłód zdawał się odrobinę ją otrzeźwiać – Jak wiele pan o mnie wie? – zapytała po chwili, zupełnie niespodziewanie, domyślając się, iż osoba, która ukrywa wiadomości w książkach w bibliotece i ma możliwość zdobycia broni nie jest jedynie zwykłym, przeciętnym cywilem, a kimś, kto posiada o wiele więcej informacji, niż można się było spodziewać. Tak naprawdę chciała zapytać go jednak o to, co o niej uważa, jednak za bardzo obawiała się, jaką mogłaby usłyszeć odpowiedź. W rzeczywistości przecież zależało jej na przeciągnięciu rozmowy chociażby o kolejną minutę, zanim zostanie pozostawiona sama z fizycznym ciężarem kolejnej podjętej przez siebie decyzji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Nie Mar 19, 2017 11:56 pm

Pogoda od świtu nie napawała optymizmem – lepka jak grzechy mżawka i równie nieprzyjazna mgła nigdy tego nie robią – a mimo to czuł gorąco na tyle dotkliwe, że nawet nie pomyślał o tym, by dokładnie zapiąć płaszcz. Ciało, wbrew pozorom, nie było maszyną; poddawało się dziwnym mieszankom złości i zniecierpliwienia, podenerwowania i nadziei, zdumienia, zaskoczenia i jednoczesnej ulgi,  że w końcu stanie się to, o czym podświadomie tak naprawdę cały czas wiedziało, że musi się stać. Tkwiła w tym świadomość brzemienia, którego ślady Fiodor uparcie usuwał spod paznokci wraz z grudkami czarnej ziemi, ale i satysfakcja, że wywiąże się z umowy, jak gdyby chciał zadziałać wbrew zdrowemu rozsądkowi, uparcie powtarzającemu nic ci po tym. Zwykle próbował uniknąć roli dłużnika – nie chciał widzieć, nie chciał spotykać, nie chciał w swoim życiu ludzi, którym był cokolwiek winien, a jednak wszystko nieuchronnie ku temu prowadziło. Zupełnie, jakby wypaczone poczucie honoru nakazywało mu lojalność wobec własnych słów – Fiodor mógł więc wmawiać sobie, że dzisiejsze spotkanie nic nie znaczy, że to tylko kolejne, poniekąd wymuszone skrzyżowanie ścieżek życia, że kiedy pozostawi za plecami Fontannę Medyceuszy, w jej wodzie utopi również wspomnienie tych kilku momentów – ale podskórnie doskonale wiedział, że koniec nie nastanie tak prędko. Że mimowolnie rozpęta coś, co później trudno będzie zatrzymać. A może nie uda zatrzymać się wcale?
Proporcje dotychczas znanego Fiodorowi świata naprawdę się zmieniły, i to do tego stopnia, że przypomniał sobie skurczoną do maleńkości Alicję – musiał czym prędzej nauczyć się nowych reguł, żyć w zgodzie z nimi, lecz niekoniecznie według nich. Nadciągająca wiosna niosła ze sobą subtelne, równie ulotne co pajęcze nici zmiany, z trudem zauważalne pośród przytłaczającego uczucia stagnacji. Już wkrótce – za tydzień, być może dwa – przez uchylone w kuchni okno wdzierać się będzie ciepły wietrzyk, tak swawolny i beztroski, że Fiodor zmuszony zostanie do przyciśnięcia stosu niesfornych papierów ciężką popielniczką, o której funkcji zaświadczy ledwie jeden, wypalony do połowy papieros. Podobna auta zawsze niosła ze sobą ożywczy, szczery zapał, który przydawał podejmowanym wyzwaniom precyzji; podlegające zmianom czasy, powtarzał w myślach, czując na policzkach wilgotne pocałunki mżawki, wymagają trwałych poglądów. Te z kolei od zawsze były dla niego klarowane: nie pozostawać w tyle. Działać. Nie zbaczać z obranej drogi. Być czujnym, przygotowanym, zdeterminowanym. Nie zadawać pytań. Nie wątpić.
Jednak w Paryżu coś uległo zmianie. Było jak wbita w opuszek palca drzazga, której nie widać gołym okiem, ale która nieustannie daje o sobie znać miarowymi, nieznośnymi ukłuciami dolatującymi gdzieś spod naruszonego podstępnym ukłuciem naskórka. Niewykluczone, że ten nieszkodliwy, choć budzący irytację ból był ceną, jaką Fiodorowi przyszło zapłacić za krótkie przebłyski zwątpienia, za rezygnację z całkowitego egoizmu, stuprocentowej oschłości i bezbrzeżnej nudy powtarzających się schematów. Jego dni nie różniły się od siebie, jedyne odstępstwa zaklinając w drobnostkach: w tym, czy minie na klatce schodowej drobną sąsiadkę z piętra niżej, w tym, od kogo rano kupi pieczywo, w tym, czy stanie się niemym świadkiem choćby jednej, przydatnej informacji. Nawet noce były jednakowo nużące i nużąco jednakowe – szara poświata powoli zalegała nad miastem, opatulając budynki, ulice i skwerki. Miękki, rozespany mrok z wielką czułością obejmował korony drzew, zamazując ich wciąż bezlistne, ostre kontury i wypełniając wyrwę, jaka dzieli stagnację śmierci od wszystkiego, co żywe i ruchome. Zapadająca noc wypaczała sposób, w jaki zmysły pojmowały świat i nasączała przedmioty chłodnym, złowrogim, przepojonym niepewnością dnia kolejnego istnieniem. W ciemności można było odnaleźć wroga, który łagodził i spowalniał ruchy snujących się przez paryskie ulice patroli, maskując ich nieuchwytną obecność – zasada ta działała jednak w obie strony, niejednokrotnie otulając wygodnym niebytem tych, którzy nie powinni wylegać nocami na rozespane i jednocześnie niepokojąco czujne ulice. W ten sposób mijały kolejne doby, nawet najwytrwalsze charaktery spowijając duszącą, lepką i podstępną pajęczynką stagnacji. Fiodor z niechęcią przyznawał, że jego życie w Paryżu – mając być wisienką na ostrożnie konstruowanym, imponującym torcie – okazało się mdłym zakalcem powtarzających się schematów, który dla własnej wygody podawał jako pyszny wypiek prawdy objawionej. Ambicja bywała zgubna, zwłaszcza, jeśli zbyt długo pozostawała niezaspokojona; przypominała nieco wygłodniałego kota, który po śmierci właściciela zdolny jest wyszarpać z jego twarzy co smaczniejsze kąski, byleby tylko odwlec nieunikniony moment własnego odejścia. Zaspokojenie nieposkromionego apetytu wymagało drobnych odstępstw od normy, nagłych, nieplanowanych odskoków od codziennej rutyny – czasami wystarczyła zmiana zwyczajowej trasy pomiędzy mieszkaniem a sklepem, innym razem niespodziewane dzień dobry, ku zdumieniu sąsiada, wypowiedziane tonem swobodnej uprzejmości.
Bywały jednak dni, kiedy drobne oszustwa nie wystarczyły; dni, kiedy zimny wiatr przemawiał do wciąż bezlistnych, wczesnowiosennych drzew w niemym, nieprzyjaznym języku, dni, podczas których próżno poszukiwać radości – nie było jej ani w drzewkach, ani w dziurawym chodniku, ani w budynkach ograniczających świat z niemal każdej strony. W trakcie podobnych chwil Paryż jest smutny (a kiedy właściwie nie jest?) – tyle tylko, że w każdej godzinie i porze roku to zupełnie inny smutek. Jedyną drogą ucieczki od przytłaczającej, dławiącej rutyny jest gwałtowne zwrócenie się przeciwko utartemu schematowi, drastycznie odchylenie od normy – na tyle drastyczne, by przemycić w doniczce broń palną dla kobiety, o której z pewnością wiadomo tylko jedno: jest żoną człowieka stojącego w jawnej opozycji do wszystkiego, co Fiodor pragnie osiągnąć w Paryżu.
Na całe szczęście – powtórzył jej słowa mimowolnie (nie wiedzieć, czy kierując je bardziej ku niej, czy ku własnym przemyśleniom), nieszczególnie ukrywając zaskoczenie wywołane nagłym przejawem rozbawienia ze strony kobiety – najwyraźniej nawet ona od czasu do czasu musiała korzystać z tradycyjnych sposobów ukrywania własnej niepewności głośnym śmiechem, przesadnym gestem, zbliżeniem dłoni do twarzy. Te drobne, niepozorne manewry zwykle pozostawały niezauważone, jednak pod ostrzałem czujnego spojrzenia podstępnie zdradzały prawdziwe odczucia. Nie mógł jej winić za grę pozorów, skoro sam uparcie skrywał się za maską, posiadając na dodatek przewagę zasadniczą: wciąż nie zdradził własnego imienia, mało istotne, czy całkowicie wyssanego z palca, tego oficjalnie fałszywego, czy też tego, którego wyjawienie nie wchodziło w grę. A jednak – pomimo preparowania przedstawianego obrazu – nie wypowiedział ani jednego kłamstwa, we własnej prawdomówności dostrzegając naiwną formę rekompensaty za wszystko, na co ją narażał.
Na co narazi z chwilą przekazania broni.
Nie zawsze – kąciki ust drgnęły delikatnie, kiedy spróbował się uśmiechnąć, zupełnie jakby postanowił, że wygodniej będzie potraktować to spotkanie, rozmowę i podjęte ryzyko jako niezobowiązującą pogawędkę. – Od czasu do czasu można natknąć się na altruistów. Dają od siebie wszystko, nie oczekując niczego w zamian – palce musnęły niecierpliwie chłodny, chropowaty metal barierki, jak gdyby pragnęły upewnić się, że wszystko, czego są świadkami, jest realne, że to nie kolejny, wysnuty przez umysł scenariusz, że naprawdę odczuwają wilgotny chłód mglistego dnia. – Na szczęście głupota nie jest zaraźliwa.
Ostro. Odważnie. Drastycznie? Być może. Krygowanie się byłoby nieprzyjemną, fałszywą otoczką, a przecież właśnie tego pragnął uniknąć Fiodor – skoro zadali sobie trud, by pomimo niesprzyjającej aury spotkać się przy Fontannie Medyceuszy, mogli równie dobrze wyrazić opinie, których nie wyraziliby w innych, być może bardziej oficjalnych okolicznościach. Liczył, że jego towarzyszka uchwyciła ten drobny, nieszkodliwy dla żadnej ze stron niuans – nie będą przecież rozliczać się z własnych zdań, nie będą próbowali narzucać swoich opinii, nie będą krytykować za szczerość.
Dlaczego by mieli?
Nie mogłaby pani zmusić – skinął potakująco głową w tym charakterystycznym, spokojnym ruchu góra-dół; na jego twarzy na ulotną chwilę pojawiło się coś na kształt uśmiechu, kiedy oderwał uwagę od spokojnej wody fontanny i przeniósł ją na twarz kobiety. Przez moment milczał w dziwnym, czającym się na dnie jasnych tęczówek skupieniu, nie odrywając wzroku od szaroniebieskiej toni kobiecego spojrzenia; patrzył zupełnie jak szeryf – jak nieszczęsny Old  Shatterhand z powieści Maya – na rewolwerowca w saloonie porzuconym gdzieś na Dzikim Zachodzie. Kto pierwszy sięgnie po rewolwer? Kto nieostrożnie opuści gardę? Cokolwiek miało nastąpić – jeszcze western czy już parodia – Fiodor żałował wyłącznie jednego.
Scenograf nie zadbał o whisky.
Nie mogłaby pani mnie zmusić – bezwiednie powtórzył wcześniejsze słowa, bez wahania wyławiając kolejne, nie zastanawiając się nad ich wydźwiękiem, mówiąc to, co powinna usłyszeć już na początku – ponieważ sam chciałem dziś przyjść – zlepek sylab lekkich jak wiatr, pozornie pozbawionych znaczenia, znikających, zanim jeszcze wybrzmiały; sylab, które tak łatwo unieważnić, zupełnie jakby nigdy nie padły. Być może rzeczywiście nie zostały wypowiedziane? Może tknęły gdzieś pomiędzy myślą a artykulacją, nie potrafiąc wyrwać się z oków chłodnej ostrożności, z góry skazane na zapomnienie?
Czym najwyraźniej sprawiłem pani przykrość – zaszyty w głosie cień wyrzutu całkowicie stracił na mocy sprawczej pod wpływem uśmiechu, który zamajaczył na jego ustach; nie mówił poważnie, ale właśnie tak wyglądał – kurze łapki w kącikach oczu Fiodora pogłębiły się nieznacznie, niosąc ze sobą oczywisty zestaw skojarzeń. Mężczyzna po przejściach, z pieczołowicie ukrywaną przeszłością, smagany wiatrami życia. W praktyce brzmiało to o wiele mniej poetycko, niosąc ze sobą ponure wspomnienie pozostawionego za plecami życia. Żleby reminiscencji przy każdej próbie powrotu do tego, co Fiodor zahibernował w rosyjskim mrozie, błyskawicznie wypełniały się gromadkami maleńkich ludzików, które kiedyś były bliskimi mu osobami. Wspomnienia przypominały niewielkie, czarne mrówki – wypełzały powoli na światło dzienne, opuszczając kręte korytarze mrowiskowych szczelin i pędziły przed siebie z pełną świadomością wypełnianej misji. Chwilowo nie pragnął niczego więcej poza zepchnięciem przeszłości w ciemny, zapomniany kąt – zbyt dobrze wiedział, że nic z tego, co zachował w pamięci, nie powróci. Absolutnie nic. A jednak serce – niepokorny, nieusłuchany zlepek mięśni i komórek – zaczynało bić mocniej, radośniej, nieregularnie na myśl o powrocie, o zasnutych poranną mgłą przedmieściach Moskwy, która przed brzaskiem niczym nie różniła się od innych, zimowych miast. Myśli uparcie powracały do lodowatego, rześkiego powietrza, które przyjemnie drapało twarz i do wspomnienia termometrów, przy wyjątkowo srogich mrozach przestających pokazywać rzeczywistą temperaturę. Zaspana i pokryta białym puchem okolica nie dawała żadnych oznak ludzkiej bytności – być może to właśnie nieruchomy, zastygły w chłodzie widnokrąg sprawiał, że tęsknota rozprostowywała zgarbione plecy i nieśmiało domagała się uwagi.
Być może właśnie tak brzmiał warunek ponownego życia, nie tylko istnienia – należało pozwolić, by strzępy wspomnień rozbłysły nagle w umyśle, a wszechobecny lęk, ciągnący się przez ponurą codzienność na kształt niewidocznych kajdan, został zduszony z bezwzględną determinacją. Niebezpiecznie było nurzać się w przeszłości, lecz jeszcze niebezpieczniej było całkowicie o niej zapominać.
Chyba sam wiedział o tym najlepiej, każdego dnia na własnej skórze odczuwając feralny błąd.
Paradoksalnie łatwiej przychodziło mu skupianie się na teraźniejszości – nawet szare niebo i wciąż wilgotne od roztapiającej się zimy powietrze były w stanie załagodzić napięcie, zaokrąglić ostre kanty, rozprostować wszystkie mentalne wybrużdżenia. Francuska sól morska rozpuszczała radziecką skrobię – krochmal wahań oraz ograniczeń Fiodora roztapiał się pod paryskim niebem, sprawiając, że Chirjakow tracił sztuczną sztywność, wbrew własnej woli obnażając prawdziwą strukturę materiału swej osobowości. Nie stawał się przyjemniejszy w użyciu, ale na pewno bardziej obły – jak otrzepana z piasku muszelka. Być może uśmiechał się częściej, zupełnie jakby uroda miasta tętniącego życiem i rozkwitającego bujnością nadchodzącej wiosny znacznie mu służyła. Paryż był dokładnie taki, jak setki razy przedstawiano go w książkowych opisach, i jednocześnie zupełnie inny.  Fascynował i onieśmielał, choć odarto go ze zwyczajowego, przedwojennego uroku; imponował kulturą artystycznej bohemy, zdumiewał urbanistyczną precyzją i architektonicznym smakiem, nie rezygnując ze swej nieodłącznej skłonności do lekkiego chaosu. Miasto miało w sobie mnóstwo elegancji i ani odrobiny sztuczności, tak typowej dla muzealnych eksponatów. Nawet jego rodowici mieszkańcy – choć stłamszeni przez wojnę i wyzuci z resztek nadziei – zachowali w sobie słabą iskrę, ukrytą gdzieś głęboko i z trwogą, ale wciąż żywą, obecną, gotową rozbłysnąć na nowo, gdy tylko minie zagrożenie. Fiodor sądził – nie tyle miał pewność, co ostrożnie podejrzewał – że nie inaczej jest ze stojącą obok kobietą; teraz wydawała się szara i wypłowiała, zupełnie jak miasto, w którym przyszło jej spędzić życie, ale nie była to szarość absolutna. Słaby opór, jak pojedyncza, blada smuga światła wpadająca przez rozchylone kotary, wciąż w niej tkwił, być może agonalnie słaby, lecz nadal obecny. Prawdopodobnie właśnie ten szczegół, ten drobny cień nieuzasadnionego podejrzenia sprawił, że z umysłu Fiodora zniknęły wszelkie smugi niewiary i pęknięcia nieufności – wyzbył się sceptyzmu jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, czy też raczej: dotknięciem młodych, zielonych listków ostrożnie wyjętego z papierowej torby kwiatu. Lekki, na wpół realny gest kobiety sprawił, że wzrok Fiodora ponownie pomknął ku jej twarzy – i właśnie wtedy to dostrzegł.
Napięcie przestało być integralną częścią madame Bernard – przez kilka sekund ona cała była napięciem, przywodząc na myśl naciągniętą do granic możliwości strunę. Wystarczył ledwie jeden, nieostrożny ruch, aby pękła; mały płomień niepewności na krótki moment stał się ogniem – i to nie takim, przy którym można ogrzać zziębnięte kości, lecz takim, który spopiela. Była to tylko chwila, jedno mgnienie, na tyle jednak długie, by Fiodor – pod wpływem irracjonalnego bodźca – zechciał uspokoić jej puls, za sprawą ukrytej broni najpewniej niezdrowy i stanowczo zbyt szybki.
Dlatego zaczął mówić, bez wahania i zadumy, byleby tylko przerwać ciszę i gniewnie wymieść z umysłu własne myśli.
Wiedziałem dość, by dotrzymać słowa i wywiązać się ze swojej części umowy – te słowa brzmiały ładnie, brzmiały mocno, brzmiały silnie i przekonująco.
Tyle tylko, że użył czasu przeszłego, a gdy zdał sobie z tego sprawę, było za późno na naprawę własnego błędu – musiała zauważyć ten gramatyczny lapsus, który zachwiał pozorną niepodważalnością jego wypowiedzi i obnażył prawdziwą myśl Fiodora.
Kwadrans temu rzeczywiście wiedział na tyle, aby podjąć ryzyko i zjawić się o ustalonej godzinie przy Fontannie Medyceuszy. Był przekonany o nieomylności własnego osądu, obdarty z wahań, niemal boleśnie obojętny na własne przemyślenia – teraz jednak, ledwie kilkanaście minut później, nie wiedział nic, nawet tego, po co tak naprawdę tu przyszedł, dlaczego wciąż ciągnął rozmowę, w jakim celu silił się na szczerość, skoro niewielka porcja kłamstw wymagałaby mniejszego nakładu energii, czasu i zrozumienia. Na dobrą sprawę nie musiał nawet łgać, wystarczyło milczeć – tak, jak gdyby najbrutalniejsza odpowiedź była nadmiarem łaski, na który madame Bernard nie zasługiwała. Jak gdyby sklecenie kilku słów było stratą cennego czasu. Jak gdyby to wszystko, co między nimi zaszło, co zachodziło i co miało zajść, można było strzepnąć z materiału marynarki jak niewidoczny, urojony pyłek i ruszyć dalej. Nie oglądając się za siebie.
Więc dlaczego mówił dalej?
Znam jedynie suche fakty, ale nawet one mogą nie być rzetelne – szaroniebieska, spokojna woda fontanny była dziwnie udatnym odzwierciedleniem oczu kobiety – a może to one odbijały barwę nieśmiałej toni, tak, jak ta sama toń odtwarzała sylwetki opartych o barierkę ludzi, przy każdym podmuchu wiatru wprawiając ich ciemny, niewyraźny zarys w delikatne drgania?
Dodatkowo wiedzieć, nie oznacza poznać.
Tym razem nie próbował się uśmiechać, uparcie wbijając spojrzenie w zaciśniętych na doniczce palcach. Roślinka zadygotała pod wpływem silniejszego podmuchu, zupełnie jakby próbowała wyłowić słowa, które już rozmyły się na wietrze, po raz kolejny zsyłając gładką, niezobowiązującą ciszę.
Nie na długo.
Wie pani, jak się nim posługiwać? – nagła racjonalność pytania miała za zadanie oderwać uwagę od poprzedniego zdania, być może zamazać je w pamięci poprzez znacznie konkretniejsze – pilniejsze – słowa. Choć wzrok wciąż miał utkwiony w roślince, oboje doskonale wiedzieli, że nie zagaduje o techniki nawożenia domowych kwiatów. Niczego nie oferował, nie obiecywał, nie podsuwał rozwiązania. Jedynie pytał, podskórnie znając odpowiedź.
I własną reakcję na nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Pon Kwi 24, 2017 6:56 pm

Kiedyś Flavie miała wrażenie, że potrafiła naprawdę dostrzegać ludzi. Gdy obserwowała przechodniów mijających ją na ulicach, studentów i nauczycieli w szkole czy nawet sprzedawców w sklepie, zauważała, że w większości przypadków ich spojrzenia zdawały się nieobecne. Chociaż niby skupiały się na twarzy rozmówcy, oczy tak naprawdę błądziły po całej twarzy, jakby ktoś za wszelką cenę chciał uciec wzrokiem gdzieś w bok, skupić się na uginających się pod wpływem wiatru drzewach za plecami czy skaczących po ulicach gołębiach. Ludzie patrzyli na siebie nawzajem, dostrzegali swoją obecność, jednak w rzeczywistości nie potrafili zauważyć delikatnych zmian, tego, jak promienie słońca odbijały się w czyichś tęczówkach, jak oczy mimowolnie mrużyły się na skutek jasnego światła, jak włosy rozwiewały się lekko na wietrze. Nie widzieli lekkich zmarszczek na czole na chwilę przed wypowiedzianą odpowiedzią na zadane pytanie, gdy ktoś z uwagą starał się znaleźć odpowiednie słowa, w umyśle kreując swoją wypowiedzieć. Umykały im drobne szczegóły jak niemalże niewidzialny uśmiech mieniący się w kącikach ust czy ukryty głęboko w oczach smutek. Flavie widziała każdy gest i zmianę emocji, nauczyła się doceniać małe szczegóły, to właśnie do nich przywiązując największą uwagę. Być może właśnie dlatego jej obrazy były tak realistyczne, że gdy czasem sama patrzyła na uwiecznione na płótnie postacie, miała wrażenie, iż wraz z kolejną sekundą ożyją i staną wprost przed nią, poszerzając swój uśmiech, którego zalążek dziewczyna przedstawiła na swoim obrazie. Te delikatne szczegóły, do których ludzie na co dzień nie przywiązywali zbyt dużej wagi, które zlewały się w jedną całość z ogólnym wyglądam i które były tak naturalne i ledwie zauważalne w codziennym pędzie życia, sprawiały, iż ludzie zdawali się być żywi, prawdziwi, a nie przypominający jedynie beznamiętne, pozbawione uczyć manekiny z wyuczonymi, mechanicznymi ruchami.
Dzięki tej wrażliwości na najmniejsze szczegóły, Flavie wydawało się, iż kiedyś była w stanie odczytać skrywane gdzieś głęboko emocje. Niektórzy nazwaliby to intuicją, gdy okazywało się, iż dobrze wiedziała, co powiedzieć i kiedy powiedzieć, a kiedy po prostu ścisnąć rękę i usiąść obok, pozwalając, aby cisza i obecność drugiego człowieka robiły swoje. Ostatnimi czasy wszystko to zdawało się zanikać, a ona przestawała już patrzeć i obserwować. Każdy człowiek wydawał się taki sam, ludzie zlewali się ze sobą w jedną, bezkształtną i pozbawioną wyrazu masę, z której nie umiała wyodrębnić już coraz to ciekawszych jednostek, stanowiących dla niej artystyczne wyzwanie. I, szczerze mówiąc, tak naprawdę przestawało powoli zależeć jej na tym, co kiedyś zdawało się być nieodłączną częścią tego, kim była.
Najgorsze w tym wszystkimi nie było jednak to, iż Flavie nie umiała już dostrzec tych ulotnych szczegółów w ludzkich twarzach, lecz fakt, że stojąc przed lustrem nie była w stanie ujrzeć jej w odbiciu kobiety, które wpatrywało się w nią z gładkiej tafli. Czasem, gdy jej mieszkanie było zupełnie puste, stawała przed lustrem i po prostu patrzyła, jakby liczyła na to, że ta kobieta, wydająca się obca, a jednak wywołująca w niej znajome uczucia, będzie potrafiła odpowiedzieć jej na wszystkie pytania, które kłębiły się w jej głowie, te, których była świadoma i które dopiero miały wejść w sferę jej świadomości, formując się w słowa i zdania, dokładając jedynie kolejną cegłę do i tak wysokiego już muru, który odgradzał ją od poznania prawdy. Nie miała pojęcia, czym była ta prawda, mogła jedynie podejrzewać, że dotyczyła ona tego, kim była i kim się stała. A raczej kim uczyniło ją życie, za jej zgodą i przyzwoleniem, gdy zamiast walczyć zamykała oczy i udawała, iż nie zauważa tego, co dzieje się dookoła niej.
Być może właśnie od tego powinna zacząć, zanim przejdzie to rozgryzania ludzi, którzy ją otaczali oraz motywów ich zachowań, które tak bezpośrednio na nią wpływały. Jeśli nie umiała zrozumieć samej siebie, jeśli niektóre czyny i decyzje, które podejmowała, stanowiły dla niej tak wielką zagadkę, iż zamiast kierować się rozsądkiem i roztrząsać każdą z możliwych opcji po prostu pozwalała sobie iść wraz z instynktem, ściskiem w żołądku i przyspieszonym biciem serca, jak miała kiedykolwiek zrozumieć dlaczego jej ojciec tak łatwo się poddał, dlaczego jej brat i narzeczony tak po prostu ją zostawili uznając, że walka o ojczyznę była ważniejsza niż ona i dlaczego jej mąż jest taki, jaki jest i nie próbuje nawet się zmienić?
Przed wyjściem z domu, dobrze wiedząc, dokąd zaprowadzą ją jej kroki, jednak nie mając pojęcia, czego miałaby się spodziewać, również stanęła przed lustrem, analizując jasne oczy, w których kiedyś tańczyły iskry radości i niemożliwego do wyrażenia słowami szczęścia, a teraz jedynie kryła się chęć poddania, zawieszenia każdej rozpoczętej walki i pozwolenia, aby po raz kolejny to los zadecydował za nią. Unosiła do twarzy papierowe dłonie, smukłymi palcami gładząc rysy własnej twarzy aby upewnić się, że jest prawdziwa i że jej lustrzane odbicie nagle nie zaczęło żyć własnym życiem, przedstawiając być może najgorszy z jej możliwych koszmarów – że ostatnia forma kontroli, możliwość zapanowania nad samą sobą, nagle została jej odebrana.
A jednak, jakimś cudem, stała, prawdziwa, zbudowana z krwi i kości, obserwując mężczyznę, który wydawał się być tak samo nierzeczywisty jak wszyscy inni, a jednak o wiele bardziej wyrazisty, jak gdyby barwy, którymi został namalowany, nie zdążyły jeszcze zupełnie wyblaknąć. W przeciwieństwie do niej, blaknącej z każdą mijającą sekundą, podświadomie mając nadzieję, że w końcu rozpłynie się w powietrzu, zleje się z otoczeniem i zniknie.
- Najwyraźniej obraca się pan w zupełnie innym towarzystwie – powiedziała spokojnie, z dłonią błądzącą po powierzchni tej samej barierki, która tego dnia najwyraźniej dla nich obojga przybrała formę połączenia z rzeczywistością i urealnienia tego, co właśnie się działo. Zupełnie tak, jakby na chwilę zamknięci zostali w przezroczystej bańce, która oddzielała ich od świata zewnętrznego, a kawałek metalu stanowił jedyne połączenie przypominające o tym, że jeśli pozwolą sobie wypuścić ją z rąk, być może już nigdy nie będą w stanie wrócić. W rzeczywistości nie było to tak dalekie od prawdy, bo gdy tylko spotkanie dobiegnie końca i będą musieli oddalić się w zupełnie różnych kierunkach, tak naprawdę nie będą mieć możliwości, aby cofnąć się do tego momentu i zmienić bieg wydarzeń – Ja znam w większości ludzi, którzy potrafią tylko brać – dodała po krótkiej przerwie, przez moment starając się złapać jego spojrzenie. W jej głosie na chwilę zatańczył pewien niewyjaśniony smutek, jakby dopiero z chwilą wypowiedzenia tych słów uświadomiła sobie, jak bardzo były prawdziwe. W końcu bezinteresowność nie leżała w ludzkiej naturze, szczególnie nie w czasie wojny i szczególnie nie w naturze jej męża oraz ludzi, którzy stanowili jego bezpośrednie otoczenie. Chciałaby powiedzieć, iż dobrze wiedziała, że Fabien zawsze brał to, co chciał, od momentu, w którym zjawił się w jej pracowni, jednak przy pierwszym spotkaniu sprawiał zupełnie inne pozory. Dopiero później uświadomiła sobie, w dość bolesny i prawdziwie nieprzyjemny sposób, iż należał do ludzi, którym po prostu się nie odmawia. I chociaż próbowała, wielokrotnie, przeciwstawić się jego żądaniom, jej słowa zdawały się spływać po nim niczym chłodne strumienie deszczu po szybach okien, nie wyrządzając najmniejszych szkód a już tym bardziej nie przynosząc oczekiwanego efektu. Wręcz przeciwnie, odbijały się od jego ciemnych oczu i twardych dłoni, uderzając w nią ze zdwojoną szyją. Choć mogło się zdawać, iż niejednokrotnie przynosił jej w prezencie biżuterię, zabierał na kolacje i płacił za nowe sukienki, żadna materialna rzecz nie była w stanie wynagrodzić szkód, które zdążył wyrządzić wcześniej. Nic nie mogło załatać dziur, których był bezpośrednim sprawcą. Czasem Flavie miała wrażenie, iż jeszcze jeden raz a rozsypie się przed nim na drobne kawałki niczym podniszczona i naznaczona zębem czasu i siłami natury rzeźba. Czasem miała nadzieję, iż końcu się to wydarzy.
Następne słowa mężczyzny odbiły się na twarzy Flavie wyraźnym zaskoczeniem, które szybko starała się zamaskować. Czy mówił prawdę? Czy w jakikolwiek sposób miało jej to schlebiać? Być może nigdy nie będzie miała okazji się o tym przekonać, jednak nie mogła ukryć przed samą sobą, iż chciała wierzyć, że naprawdę sam chciał tam przyjść, tak samo jak i ona, wierząc, że to spotkanie na krótką chwilę będzie w stanie wyrwać ją z oków żmudnej codzienności, która jednocześnie zdawała się ją boleśnie ściskać i rozrywać na drobne części.
- Proszę pamiętać, iż są to pańskie słowa, nie moje – odpowiedziała na jego jak najbardziej błędne stwierdzenie, z błąkającym się w kącikach ust lekkim uśmiechem, prawdziwie szczerym gestem, na który w końcu sobie pozwoliła i który przebił się przez przywdzianą na twarz maskę powagi i obojętności. Przez ułamek sekundy, gdy uśmiech gościł na jej wargach i wyjątkowo skierowany był do drugiej osoby, Bernard być może od dłuższego czasu była prawdziwą sobą i chociaż miała pełną świadomość, iż nie mogła pozostać nią na długo, chciała móc cieszyć się tą chwilą jak najdłużej to było możliwe. Powiedzenie wprost, że się mylił i że jego zjawienie się w parku sprawiło jej swego rodzaju przyjemność wydawało się banalne i, w jakiś sposób, nieodpowiednie do sytuacji, bo przecież chyba żadne z nich nie przyszło tam dla własnej przyjemności, a w celu dobicia pewnego targu, zakończenia krótkiej i niecodziennej znajomości zawiązanej za sprawą przypadku i kapryśności losu.
Starała się nie żałować zadanego pytania, przez moment mając jednak poczucie winy, że wciąż ciągnęła rozmowę, jak gdyby na siłę próbowała trzymać się tego momentu, który był tak odmienny od wszystkich innych, do których była przyzwyczajona. Odpowiedź mężczyzny rozwiała jednak te uczucia, pozostawiając pewne wrażenie pustki, jakby kolejna porcja bolesnej świadomości, zamiast w jakiś sposób wypełnić ją w doświadczenia i myśli, odebrała jej kawałek duszy, w jej miejsce malując ziejącą pustką dziurę.
- Ma pan całkowitą rację, czasem jednak odnoszę wrażenie, że sama znam jedynie suche fakty – jej wzrok uciekł gdzieś wzrok, na spokojną taflę wody w fontannie, jawiący się na ustach jeszcze chwilę temu uśmiech pozostał już zaledwie wspomnieniem i ona sama nie mogła być pewna, czy jedynie nie wyobraziła sobie tego, jak kąciki jej ust wyginały się lekko w górę. Wszystko to zdawało się być tak bardzo odcięte od rzeczywistości, że kobieta zaczynała obawiać się, iż jeszcze chwila a obudzi się we własnym łóżku, a wszystko to okaże się być jedynie snem. O dziwo, jednym z najprzyjemniejszych, jakie przyszło jej śnić odkąd wybuchła wojna, krok po kroku burząc jej świat jakby zbudowany był jedynie z papieru.
Na krótką sekundę jej spojrzenie powędrowało znów w stronę mężczyzny, gdy niewypowiedziane pytanie zawisło na koniuszku jej języka, a rozchylone lekko wargi sprawiały wrażenie, jakby była gotowa wypowiedzieć jej na głos. Zreflektowała się jednak szybko, zaciskając usta i wzrokiem błądząc gdzieś dookoła, z dziwnym odczuciem, iż całe spotkanie przebiegało w zupełnie inny sposób niż oboje mogli się tego spodziewać. I tak samo szybko jak myśl ta zdążyła zagościć w jej umyśle, wypowiedziane przez mężczyznę pytanie skutecznie ściągnęło ją na ziemię, rozbijając bańkę, w której oboje się znajdowali i przypominając o tym, co było ich celem. Z pewnością nie poznanie siebie nawzajem, chociażby dlatego iż Flavie nie była pewna, czy ktokolwiek mógłby ją jeszcze poznać, gdy sama nie do końca wiedziała, kim była.
- Nie wydaje mi się, aby należało to do pańskich zmartwień – powiedziała, posyłając mu krótki uśmiech. Wyuczony. Sztuczny. Ten sam, który przeznaczony był dla sprzedawców w sklepie czy znajomych jej męża, mający zdystansować ją od wszystkiego, co tak naprawdę uczyła i dać szansę na szybką ucieczkę w głąb samej siebie. Uśmiech, który pojawił się tylko na ustach, skutecznie omijając oczy, pozostające tak samo chłodne i smutne jak wcześniej, mogące opowiedzieć niejedną historię przejmującego bólu i upokorzenia – Wypełnił pan swoją część zobowiązania i jestem za to niezmiernie wdzięczna, reszta zależy już jednak ode mnie – dodała, przełykając nerwowo ślinę i zaciskając jeszcze mocniej dłoń na chłodnej barierce, która teraz wbijała się boleśnie w skórę jej dłoni, stanowiąc przypomnienie, dlaczego się tam znalazła. Choć sama przecież nie była pewna, gdy jednocześnie żołądek zacisnął się w ciasny supeł, a Flavie odczuła silną potrzebę wzięcia głębokiego oddechu, chociaż przecież zdawało jej się, że przez cały ten czas wcale nie wstrzymywała oddechu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Czw Maj 04, 2017 12:06 pm

Nie jest trudno obserwować ludzi. Nie jest trudno patrzeć, jak pędzą za tylko sobie znanymi sprawami, goniąc za czymś, co zawsze znajdować będzie się poza zasięgiem rąk, zawsze o krok zbyt daleko, zawsze irytująco nieuchwytne. Nie jest trudno przyglądać się błędom, które uparcie powtarzają każdego dnia, cicho wmawiając sobie: jutro coś ulegnie zmianie lub wciąż mam wiele czasu, jak gdyby nie wiedzieli (nie chcieli wiedzieć?), że może nie być żadnego jutra.
I że czasu nigdy nie jest wiele – za to zawsze go brakuje.
W cichej, obiektywnej obserwacji drugiej osoby – obserwacji obdartej z sympatii, niechęci, zatargów z przeszłości i planów na przyszłość, obserwacji jałowej jak pustynne pagórki i jak pustynne pagórki bezwzględnej – od zawsze tkwiła antropologiczna ciekawość. Fiodor postrzegał ludzi na zasadzie kontrastów i porównań, przez całe lata cierpliwie otulając się etykietką, która uprawniała go do bezkarnej inwigilacji: spędzał długie tygodnie za plecami istotnych towarzyszy wszelakiej maści, strzelał do celów najróżniejszych wielkości i najrozmaitszych kształtów, naprawiał sytuacje, których pozornie nie dało się zreperować, i chronił ludzi przed postrzałem, rozszarpaniem, wyssaniem, porażeniem oraz szeroko pojętą katastrofą, a oni – uparcie i nad wyraz konsekwentnie – mieli go za kretyna.
W tym tkwiła prawdziwa wygoda.
Większość ludzi – przede wszystkim w starej, dobrej Moskwie, choć Paryż pod tym względem nie różniłby się zapewne niczym – uważała Fiodora w mundurze (i z dość dużym prawdopodobieństwem Fiodora bez munduru także) za coś w rodzaju tresowanego psa albo wyuczonego duraka. Mówili do niego głośno i wyraźnie, unikając przy tym skomplikowanych, dłuższych niż trzy sylaby wyrazów, albo nie mówili wcale, dając do potrzymania wyłącznie solidne przedmioty. Na ogół śmiał się z tego w myślach, przyznając, że uzbrojona małpa to wygodny azyl, coś, co pozwala na przyglądanie się obcym twarzom bez konieczności ukrywania własnych zamysłów. Ludzie nie zwracali na niego uwagi, za to on poświęcał całe zainteresowanie im – ich ustom, które wyrażały kontrast pomiędzy żartobliwym tonem słów a głębokim smutkiem, jaki kładł się cieniem na oczach. Ich twarzom, które – kiedy tylko sądziły, że nikt postronny nie może dostrzec zachodzącej zmiany – zrzucały wyświechtane maski, ukazując kryjące się pod spodem, po wręby przepełnione strachem oblicza. Patrzył na ich gesty, zwykle wystudiowanym i wyważone, których niepewność zdradzało lekkie drżenie palców i drobne ranki po nerwowo oberwanych skórkach. Obserwował i dostrzegał wszystkie te szczegóły, nadając im odpowiednią kontekstualność: włosy zawsze oświetlała aureola lampki lub słońca, przemyślenia zawsze były podkreślane przez podnoszenie głosu lub zniżanie go do ledwie słyszalnego szeptu, ręka zawsze szukała punktu oparcia, kiedy za moment miało paść kłamstwo. W tej cichej, nieruchomej obserwacji Fiodor nigdy nie próbował dostrzec ludzkich emocji – szukał jedynie faktów, czegoś, co w przyszłości mógłby wykorzystać, co dałoby mu przewagę, co wskazałoby na słabe punkty rozmówcy, co obdarłoby go z misternie tkanego mirażu złożonego z kłamstw i własnych wyobrażeń. Im wytrwalej patrzył, tym mniej ludzki wydawał się obserwowany człowiek: po pewnym czasie – wystarczająco długim, by odseparować fałszywe maski od tego, co prawdziwe – przypominał raczej zranionego owada lub wielką ćmę o skrzydłach opalonych płomieniem, która trzepocze się i wyrywa, rozpaczliwie próbując wzbić w powietrze.
Być może dlatego Fiodor nigdy nie patrzył w odbicie własnych oczu – bał się człowieka, który mieszka po drugiej stronie lustra i nawet, gdyby podjął ryzyko, nie poczułby zbyt wiele; zapewne obojętność, odrobinę żalu, całą garść niechęci – a wszystko na widok jasnych tęczówek, w których nigdy nie doszukiwał się zwierciadła duszy, skarbnicy wspomnień, źródła wątpliwej urody czy mglistego skojarzenia z ludźmi, którzy sprowadzili go na ten świat. Własnego odbicia nie lubił, odkąd skończył trzy lata i było to chyba jedno z pierwszych wspomnień, jakie zachował – niemal trzy dekady później wciąż potrafił przywołać mglisty obraz niskiego chłopca umorusanego krwią i kłębkami zlepionej sierści.
Nie bał się. Nie rozumiał, co widzi w brudnej witrynie sklepu.
Zapamiętał jedynie cień przerażenia i straszny wysiłek, z jakim usiłował zawołać o pomoc, opowiedzieć, że ktoś potrącił Zorkę, ale nic z tego, co pragnął wyrazić, nie mogło być oddane za pomocą tych kilku przypadkowych słów, które znał.
Unikając lustrzanego odbicia, mógł unikać własnych wspomnień – unikając własnych wspomnień, nie musiał obawiać się samokrytyki i nagłych ukłuć wątpliwości, niepojętych zrywów racjonalizowania własnego postępowania, wszystkich tych przejawów wolnej woli, które skutecznie ograniczał do niezbędnego minimum. Na nic zdałaby się analiza kilkukrotnie złamanego nosa, cienia zarostu na policzkach, pierwszych zmarszczek na twarzy – lustrzane odbicie pozostawało lustrzanym odbiciem tak długo, jak długo tkwiło uwięzione za chłodną, gładką taflą.
Czyli na zawsze.
Po stokroć istotniejsze było to, co czaiło się poza ścianami cichego mieszkania, to, co kryło się w obcych twarzach obcych ludzi – cienie zamysłu, przewrotne myśli i powoli wdrażane w życie zamiary. Wszystko wydawało się istotniejsze (łatwiejsze, bardziej wygodne, wymagające mniej wysiłku) od zmierzenia z własnymi demonami, zaś doszukiwanie się sensu w tym, w co każdego człowieka przeobraziła wojna, było walką z góry skazaną na sromotną klęskę. Nikt już nie był taki, jak kiedyś – po ulicach przesuwały się wyblakłe cienie zarówno okupujących, jak i okupowanych, bo jeśli w trawiącym świat konflikcie tkwiła jakakolwiek sprawiedliwość, zamykała się w trzech, brutalnych dla każdej ze stron słowach: każdy coś stracił.
Straty z kolei pozostawiały po sobie ślad, często głęboki, bolesny, być może już zawsze mający dawać o sobie znać – ale właśnie z tego składali się ludzie.
Z całych kompozycji blizn, które zostawia na nich życie.
Wbrew pozorom niezbyt odmiennym od towarzystwa, w którym obraca się pani – mówiąc, mrużył delikatnie powieki, zupełnie jakby szara, pozbawiona życia toń fontanny pochłaniała mierne resztki światła i odbijała je z nieuzasadnioną, wściekłą stanowczością. Bardziej żywa (i jednocześnie całkowicie odrealniona) była wyłącznie dwójka ludzi oparta o chłodną, tęskniącą za czasami świetności barierkę. Mogli wyglądać jak koneserzy klasycznego teatru, którzy cierpliwie czekają na podniesienie kurtyny i początek przedstawienia, nie wiążąc z nim jednak żadnych nadziei. Nie pozostało im zatem nic innego, jak ze spokojem wypatrywać wszystkiego, co główne postaci spektaklu – czyli oni sami w roli widzów i aktorów – zgotują sobie nawzajem: w jaki sposób jedno strąci drugie na samo dno nieszczęścia, o ile ma ono dno, i w jaki sposób każde z nich sprowadzi na siebie katastrofę, tylko mu pisaną. – A pani? – kącik jego ust drgnął lekko – raz, ulotnie, w wyrazie czegoś, czemu bliżej było do cienia uśmiechu niż nerwowego, pełnego znużenia tiku. – Wyłącznie bierze czy daje innym coś od siebie? – wcześniej dwa, być może trzy razy próbował uchwycić jej spojrzenie, lecz przy każdej próbie napotykał suche ostrzeżenie, jak rozżarzony, okrągły węgielek – jednak tym razem postanowił się nie poddawać, zupełnie jakby ledwie uchwytna nuta smutku w głosie madame Bernard na dobre przykuła jego wzrok do pobladłej twarzy. Nie próbował wyobrazić sobie, o czym może teraz myśleć – jakikolwiek zabieg spełzłby na niczym, z góry narażony na porażkę, u której podstaw swobodnie wylegiwał się brak podstawowej wiedzy. W oparciu o ogólniki, przekazywane w ciasnym półświatku plotki i kilka opłaconych informacji nie dało się odtworzyć toku myślenia – być może Fiodor nie chciał tego robić, doskonale wiedząc, że próba zajrzenia w czyjąś zadumę nierozerwalnie wiąże się z obdarciem tej osoby z prywatności.
Prawdopodobnie jedynego luksusu, na jaki mogli sobie pozwolić.
Jednak w jakimś stopniu – bardzo nikłym i nie mniej dla niego niepojętym – byłby w stanie wysłuchać cichego potoku jej myśli, uchwycić bodaj najmniejszy znak, drobną przesłankę, byleby tylko pojąć przyczynę wcześniejszego smutku i skrupulatnie wymazać jeden z licznych znaków zapytania, które stawiał przy nazwisku kobiety. Tymczasem nie był w stanie zrobić nic, niczego nie mógł uzyskać, niczego wydedukować i nawet gdyby spróbował, nie zdołałby przeniknąć za zasłonę szaroniebieskiego spojrzenia, do myśli, tam, gdzie musiał kryć się jakiś cel, głęboko ukryty zamysł, uformowany plan madame Bernard.
Powód, dla którego – spośród całej gamy możliwości – poprosiła akurat o broń.
I dlaczego wciąż po nią nie sięgnęła.
Fiodor mógłby trwać w nieskończoność w upartym namyśle, gdyby nie kolejne słowa kobiety, jakimi ponownie przywołała jego spojrzenie – zdołał zauważyć, że z jej oczu, jakby niepewnie wyglądając zza niskiej, ciężkiej chmury, zaświecił i rozlał się na usta skryty uśmiech, który miał w sobie coś z zaskoczenia oraz nieskrępowanej niczym, niemal zapomnianej przez świat szczerości.
Nie zapomnę – odparł cichym, wybrzmiewającym nieśpiesznie, rzeczowym tonem. Tonem pewnym swego, zupełnie tak, jakby Fiodor wcale nie odpowiadał na wcześniej wypowiedziane słowa, ale składał obietnicę o olbrzymiej wadze i nie mniej upartym wydźwięku. Jego własny głos ledwie zdołał przebrzmieć, pogrążając się w błogim zapomnieniu, gdy nagle poczuł się niepewnie.
Zupełnie jakby stanął na środku sceny i zapomniał tekstu. Idiotyczne, bezpodstawne, nieznane uczucie.
Wpatrywał się w zupełnie obcą (a jednak w jakiś sposób bliską – czy to zasługa chłodnej barierki pod palcami, która przez cały ten czas stanowiła wspólny punkt zaczepienia? – i pełną zrozumienia) kobietę, obserwując, jak jej uśmiech się rozmywa, twarz gaśnie jakby z trzaśnięciem drzwi, oczy po raz kolejny nabierają chłodnego dystansu.
Wpatrywał się i nie wiedział, co ma mówić. Nie wiedział, czy ma mówić. Nie wiedział o czym mówić, zupełnie jakby ktoś jednym, porządnym huknięciem wytrącił z jego umysłu całokształt informacji, pieczołowicie wymiótł wszystkie słowa – rosyjskie, niemieckie, francuskie, absolutnie wszystkie – i pozostawił jedynie rozbrzmiewającą nieznośnie pustkę. W chwilach takich jak ta codzienne, mechaniczne odruchy zanikają bezpowrotnie, zaś każdy, nawet najbardziej rutynowy gest należy wykonywać tak, jakby wykonywany był po raz pierwszy. Właśnie w takich momentach – kiedy zaczyna brakować słów, bo te stają się płaskie, pozbawione jakiejkolwiek mocy sprawczej – można założyć koszulę na lewą stronę, albo ogolić się lusterkiem. Nic nie jest pewne.
Jak powinien zareagować na wyznanie, które leżało zbyt blisko prawdy o nim samym? Jak ukryć fakt, że jest się ciągiem suchych faktów pozbawionym pełnych rozrzewnienia wspomnień o słonecznych wakacjach i rodzinnych świętach przy pachnącym drzewku? Jak nie dać po sobie poznać, że całe życie buduje się na podstawie jałowych informacji, zupełnie jakby było podsumowaniem wyników  kilku przeprowadzonych kalkulacji? Bezpieczniej powiedzieć coś ogólnikowego, coś, co mogłoby odciągnąć jej uwagę od cienia wahania w oczach i pojedynczej, przypominającej pęknięcie zmarszczce pomiędzy brwiami? Czy lepiej zachować milczenie, ukrywając własne, jednopłaszczyznowe istnienie za grubą kurtyną niedopowiedzeń?
Wojna nerwów trwała. Ona przez moment nie zwracała na niego uwagi, on udawał, że nie zwraca uwagi na nią – w końcu pomału zaczął wątpić we własną taktykę, tyle tylko, że nie mógł zrobić nic innego. Coś nie zostało dopowiedziane, a Fiodor nie znosił niedomówień – jednak cisza wydawała się jedynym wyjściem z sytuacji, czymś na wzór bocznej furtki, przez którą mógł się wymknąć, nie formułując głośno własnych myśli. Zwłaszcza zaś tej jednej, w której chciał przyznać, że Flavie Bernard nie może znać wyłącznie suchych faktów, ponieważ z chwilą naszkicowania broni na skrawku papieru przekroczyła cieniutką granicę powszechnie znanych informacji.
I nawet teraz, obserwując spokojną toń fontanny, znajdowała się dalej od nużącej codzienności, niż mogła sądzić.
Nie należy – próbował się uśmiechnąć, ale po jego ustach przeskoczył jedynie nerwowy, przelotny impuls, który rozmył się pod wpływem nieokreślonego przeczucia gnieżdżącego się gdzieś u podstawy czaszki. Nie oczekiwał, że kobieta entuzjastycznie przyjmie jego propozycję, choć jakaś część Fiodora – malutki punkcik w zwiniętej w kłębek jaźni – uparcie domagała się odpowiedniego zakończenia tej sprawy. Zupełnie, jakby jej odpowiedź nie była wystarczająca lub umyślnie rozmijała się z oczekiwaniami, pozostawiając po sobie wyłącznie słaby posmak nieusatysfakcjonowania i niejasną myśl, że za moment – z każdą sekundą kurczący się coraz mocniej – rozejdą się w przeciwne strony, prawdopodobnie na dobre.
Proszę jednak pamiętać, że z umów wywiązuję się do samego końca. Ta zawarta między nami dotyczyła sprawnej broni - miał głuchy, drewniany głos, jak wszystkie dobrze zaprogramowane automaty. Już nie patrzył w jej stronę, nie dotykał nawet chłodnego metalu barierki, całą energię skupiając na szarej, nieruchomej wodzie fontanny. – Bez magazynka nie przyda się na wiele.
Utkwił wzrok w rozkołysanym, brązowym listku unoszącym się na mętnej toni, cierpliwie czekając, aż madame Bernard odkryje jego podstęp, zdemaskuje przewrotność gry, jaką prowadził od samego początku, nawet jednym drgnięciem kącika ust nie zdradzając, że na długo przed zjawieniem się przy Fontannie Medyceuszy doskonale wiedział, czym zakończy się to spotkanie.
Kiedy uzna pani, że celowanie i odbezpieczanie nie stanowi problemu, proszę zajrzeć w wolnej chwili do zakładu poligraficznego w ósmej dzielnicy i zostawić dla mnie wiadomość z terminem spotkania.
Milczeli przez moment, zanurzając się w gęstej, napromieniowanej ciszy – zupełnie jak skłócona para, wracająca z nieudanego przyjęcia. Zupełnie, jakby ich cokolwiek łączyło.
Lazare. Wystarczy zapytać, czy jest Lazare – ostatnie słowa wypowiadał jeszcze ciszej, przy akompaniamencie cichego szelestu papierowej torby, którą postawił na wilgotnym bruku idealnie pomiędzy sobą, a madame Bernard. Najwyraźniej gotów, aby odejść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   Czw Maj 11, 2017 11:13 am

Coś, Flavie nie była do końca pewna co, podpowiadało jej, iż od tej właśnie chwili jej życie już nigdy nie będzie takie samo. Być może to otulający ich sylwetki chłodny wiatr szeptał jej do ucha ciche ostrzeżenia, które skutecznie udawało jej się ignorować od chwili, w której tamtego dnia opuściła bibliotekę, mając poczucie, iż jeśli zastanowi się nad tym wszystkim chociażby jeden raz więcej, zmieni zdanie i wciąż będzie tkwić w tym samym, martwym punkcie, nie będąc w stanie ruszyć się w przód. Być może była to delikatna mżawka, która osiadała na jej włosach, płaszczu i skórze, po dłuższym czasie przyprawiając ją o delikatne dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa, będące ostatnim przypomnieniem tego, iż jeszcze nie jest za późno, aby odwrócić się i odejść, udając, że między dwójką tych ludzi nic nigdy się nie wydarzyło. A może chodziło o twarz tego mężczyzny, od której nie potrafiła chwilami oderwać wzroku, zafascynowana tym, jak wielką stanowi dla niej tajemnicę, gdy nie potrafiła ani z jego oczu, ani gestów wyczytać tego, o czym myślał i co czuł. Zastanawiała się, czy gdyby miała szansę, byłaby w stanie odzwierciedlić ten wyraz na płótnie, tak jak czyniła to kiedyś z zupełnie obcymi ludźmi. On nie był zresztą inny, równie dobrze mogłaby przypadkiem napotkać jego spojrzenie siedząc w kawiarni czy spiesząc ulicami Paryża, przetrzymać je o sekundę dłużej, niż było to normalne, na tyle, aby mogła wyłapać tą intrygującą głębię jego twarzy, która prześladowałaby ją przez następne dni, tak długo, aż w końcu nie stałby się jedną z tych bezimiennych osób, które niejednokrotnie były jej bliższe niż ludzie, których znała niemalże całe swoje życie. Być może, gdy wróci do domu i poczuje się na tyle bezpiecznie, aby ze znanej tylko sobie skrytki wyciągnąć stary zeszyt i zestaw ołówków, spróbuje przelać na niewielką kartkę papieru te oczy, linię ust i rysy szczęki, tylko po to, aby następnie wrzucić je do kominka i obserwować, jak zamieniają się w pył i w ciągu jednej chwili przestają zupełnie istnieć.
Nie była pewna, skąd pojawiło się u niej to nagłe poczucie nadchodzącej zmiany, jakby stała właśnie na skrzyżowaniu dwóch dróg, jednej prowadzącej wzdłuż bezkresnych, zielonych pól, z błękitem nieba rozciągającym się aż po sam horyzont, oraz drugiej, biegnącej przez las, gdzie jedyne, co mogła dostrzec, do koniec wyciągniętej przez siebie dłoni. Nie musiała specjalnie się zastanawiać, którą postanowiła obrać, nie mając pojęcia, co czeka ją gdy postawi następny krok. Jedno wiedziała jednak na pewno, przez następne dni czy tygodnie będzie żyć otulona widmem zagrożenia, wiszącego nad jej głową, niepewności związanej z tym, co mogłoby się stać, gdyby tylko jej tajemnica ujrzała światło dzienne. Będzie goniona koniecznością podjęcia decyzji, na którą jeszcze chyba nie była gotowa, bo przecież przychodząc wtedy do biblioteki nie oczekiwała niczego w zamian, nie wiedziała, czego mogłaby się spodziewać, a już tym bardziej nie sądziła, że znajdą się w tym właśnie momencie, stojąc naprzeciwko siebie, przez większość czasu wypowiadając słowa, które w żaden sposób nie były związane z celem jego spotkania.
Chociaż co ona mogła o tym wiedzieć? W końcu przychodząc tam nie spodziewała się, iż mężczyzna w ogóle się zjawi, nie zaplanowała tego, co chciałaby mu powiedzieć i nie myślała, iż rozmowa będzie ciągnąć się przez tak długi czas, zupełnie jakby każde z nich usilnie przez jakiś czas próbowało unikać głównego tematu, udając, iż trzymana przez mężczyznę doniczka zawiera w sobie jedynie kwiat. Chciała wierzyć w to, iż oboje mieli ku temu powody. Być może on, tak samo jak ona, podświadomie szukał chwilowej ucieczki od codziennego życia. Przez cały ten czas, prowadzący ją do tej właśnie chwili, nie umiała uciec od zastanawiania się nad tym, kim jest i co robi w Paryżu. Bardziej niż cokolwiek innego, lubiła dopisywać mu prawdziwie barwne historie, jak gdyby był jedynie postacią z przeczytanej dawno powieści, tajemniczą i skrytą w sobie, o której czytelnik tak naprawdę nie wiedział zupełnie nic. Po części tym właśnie dla niej był, zmyślonym charakterem o bardzo wyraźnej twarzy, malującym się w jej umyśle obrazem, nieznaną jej postacią, której raczej nigdy nie przyjdzie jej tak naprawdę poznać, bo im dłużej o nim myślała, tym bardziej miała wrażenie, iż jest jedynie wytworem jej wyobraźni. Iluzją, którą stworzyła dla samej siebie, aby uciec od własnego życia. Alternatywną rzeczywistością, w której sięgnęła właśnie po tą jedną, konkretną książkę, będącą przepustką do czekającą na nią przygody.
Miała świadomość, jak infantylnie i nieprawdziwie mogłoby to zabrzmieć i przez ułamek sekundy złapała się na tym, iż zamierzała podnieść do góry dłoń i dotknąć jego twarzy, aby przekonać się, że był prawdziwy i że przez cały czas nie mówiła jedynie do szumiącego wokoło wiatru, którego dźwięki tańczące pośród drzew i traw dla jej zmęczonego umysłu przybierały formy odpowiedzi. Na jej szczęście w odpowiednim momencie udało jej się powstrzymać, mając nadzieję, iż ta chwilowa ucieczka w świat własnych myśli nie wydała się dla niego zbyt widoczna i oczywista. A jeśli był nieprawdziwy, być może kobieta tak naprawdę wcale nie chciała się o tym przekonać.
- To zależy, kogo o to spytać – przyznała zgodnie z prawdą, ponieważ po całym tym czasie miała wrażenie, iż uciekanie przed nią nie miało już większego sensu. Bez względu na to, czy chciałaby ukryć coś przed nim, czy też przed samą sobą, nic z tego nie miałoby większego znaczenia. Przez moment była skora dojść do wniosku, iż bez ogródek odpowiedziałaby na każde jego pytanie, ponieważ chwilami miała już dosyć chowania tego wszystkiego w głębi własnego umysłu. Nigdy niewypowiedziane słowa i nieujrzane przez drugą osobę łzy ostatnimi czasy coraz bardziej zaczynały jej ciążyć i możliwość podzielenia się tym fragmentem swojego życia, który dotychczas dostrzegało jedynie jej lustrzane odbicie, wydawała się nad wyraz kusząca. On jednak nie pytał, a ona po części była mu za to wdzięczna, bo obawiała się, iż bez względu na to, co wiedział i jaką zdążył wyrobić sobie o niej opinię, po każdym kolejnym wyznaniu coraz bardziej mógłby zmienić o niej swoje zdanie, tak samo łatwo jak czynili to inni ludzie, nigdy nie poznawszy wcześniej całej prawdy – Jeśli o mnie chodzi, zawsze odnosiłam wrażenie, iż przez większość czasu to ja daję coś od siebie – dokończyła, odpowiadając wprost na zadane pytanie. Dość ironicznie, biorąc pod uwagę fakt, iż tego dnia to właśnie on, nie ona, miał wrócić do domu z pustymi rękoma. Gdyby jednak zwrócił się z tym samym pytaniem do jej męża, Flavie była niemalże przekonana, iż usłyszałby, iż to ona za każdym razem coś od niego zabiera, nigdy nie potrafiąc dać mu czegoś od siebie. Być może po części miałby rację, jednak na tym etapie ona nie miała już nic, co mogłaby dać, ponieważ Fabien już dawno pozbawił ją wszystkiego, co kiedykolwiek sobie ceniła, pozostawiają jeszcze jej życie, które było jej zbyt drogie, aby tak po prostu pozwoliła mu je sobie odebrać.
Cisza, która nastąpiła między nimi w pewnym momencie, w jakiś sposób wydała jej się niekomfortowa. Kobieta znów uciekła wzorkiem gdzieś w bok, przez chwilę licząc na to, iż gdy znów spojrzy przed siebie mężczyzna po prostu zniknie, rozpłynie się w powietrzu i mżawce tak, jakby nigdy go tam nie było. Pozostawione bez odpowiedzi pytania przelewały się przez jej umysł z niezwykłą prędkością i pierwszy raz odkąd spotkali się tego dnia Flavie uświadomiła sobie, iż przegapiła tak wiele okazji, aby zadać część z nich, naiwnie licząc, iż usłyszy prawdziwe odpowiedzi. Teraz czuła, iż wszystko zmierza już ku nieuniknionemu końcowi, czas, który został im przeznaczony, zaczyna się wyczerpywać a ona nie tylko nie dowiedziała się niczego nowego, a pozostawiona zostanie z jeszcze większą ilością niewiadomych, które będą prześladować ją na każdym kroku, szczególnie wtedy, gdy w tłumie ludzi ujrzy kogoś, kto z odległości mógłby być właśnie tym jednym mężczyzną, człowiekiem widmo, który po części wciąż istniał jedynie w jej wyobraźni.
Gdy w końcu się odezwał, Bernard poczuła się tak, jakby jego słowa brutalnie ściągnęły ją na ziemię, zderzając ją z twardym gruntem. Nagle wszystko wydało się tak bardzo zwyczajne, oficjalne, pozbawione jakichkolwiek niedomówień, zupełnie tak, jak gdyby wszystko to, o czym rozmawiali wcześniej, wypowiedziane zostało przez zupełnie inne osoby w zupełnie innym czasie, w alternatywnej rzeczywistości, która z nimi nie miała nic wspólnego. Przełknęła ślinę, powoli znów podnosząc na niego wzrok i pozwalając mu mówić, zauważając, że mężczyzna przestał patrzeć w jej stronę, co w pewien sposób przyniosło jej ulgę. Gdy wspomniał o braku magazynka uniosła jedynie brwi w geście zdziwienia, nie komentując jednak jego posunięcia, zastanawiając się, czy zrobił to celowo, dobrze wiedząc, że nie ma nikogo innego, do kogo mogłaby zwrócić się z tak niecodzienną prośbą. Jeśli tak było, Flavie chciała wiedzieć dlaczego, jednak zadanie tego pytania wydawało się tak samo głupie jak nagłe skomentowanie pogody.
Powoli schyliła się po papierową torbę, zaciskając wokół niej dłonie i powstrzymując się przed wypowiedzeniem jego imienia. Wydawało się tak samo nierzeczywiste jak on sam, a jego brzmienie przerywało jakiś mistyczny rytuał, który przypominało całe dobiegające już końca spotkanie. Nie miała pojęcia, czy było prawdziwe. Tak łatwo przecież byłoby mu ją okłamać, bez ściągania na siebie jakichkolwiek podejrzeń, a jej z jakiegoś powodu tak łatwo było mu wierzyć, spijając jego słowa i udając, iż nie czuje delikatnego posmaku goryczy ukrytego pod grubą warstwą słodkości, mającego być jedynie kolejnym ostrzeżeniem. Nie miało znaczenia, czy cokolwiek, co powiedział jej tego dnia było prawdą, bo przecież nigdy nie miała się o tym przekonać. Przez moment stała w ciszy, dobrze wiedząc, że odłożenie doniczki było sygnałem do tego, iż powinna już odejść, jednak pewna część jej umysłu nie potrafiła po prostu się odwrócić. Nie tylko nie potrafiła, ale też nie chciała, niemalże czując w dłoniach ciążący jej ciężar ukrytej tam broni i dobrze wiedząc, że w chwili, gdy w końcu mężczyzna zniknie z jej pola widzenia zostanie zupełnie sama z wagą podjętej przez siebie decyzji, która może w przyszłości okazać się dla niej fatalna.
- Dobrze, dziękuję. Na pewno nie zapomnę - powiedziała zdecydowanie ciszej niż wcześniej. Jej głos, tak jak i dłonie, zatrząsł się lekko wraz z ostatnimi słowami, jednak zanim mężczyzna zdołałby zauważyć wykwitający na jej twarzy strach i niepewność, Flavie odwróciła się szybko, odchodząc w stronę jednej z alejek prowadzących w głąb ogrodu. Przy jej początku zatrzymała się jeszcze na moment, zupełnie tak, jakby rozważała odwrócenie się prze ramię lub cofnięcie i powiedzenie czegoś, o czym zapomniała wspomnieć. Zamiast tego zacisnęła jedynie powieki, nabierając głęboko powietrza w płuca i niemalże czując, jak jej oddech zaczyna wibrować, próbując wmówić sobie, iż cokolwiek wydarzy się od tego momentu, będzie na to gotowa, zanim zmusiła się do postawienia kolejnych kroków i zniknięcia pomiędzy drzewami. Jeszcze nigdy dotąd nie była aż tak świadoma wojennej rzeczywistości.

|zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Fontanna Medyceuszy   

Powrót do góry Go down
 
Fontanna Medyceuszy
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice :: Ogród Luksemburski-
Skocz do: