IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Aleja pieszych


Share | 
 

 Aleja pieszych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Aleja pieszych   Czw Sie 18, 2016 6:46 am



Aleja pieszych

W Ogrodzie Luksemburskim pełno jest przeróżnych ścieżek przecinających zielone trawniki, które porastają piękne rośliny, jednak ta ugruntowana, prowadząca z bocznego wejścia do basenu znajdującego się przed Pałacem, zdecydowanie należy do najpopularniejszych. Zapewne wpłynął na to fakt, iż prowadzi wśród najintensywniej pachnących kwiatów oraz niewielkich, uroczych drzew, a krzewy zdobią pąki o intensywnych i delikatnych płatkach. Charakteru dodaje również pomnik Napoleona III ustawiony nieco na uboczu, który mija się w trakcie spaceru, oraz kręcące się wokół pary, które upodobały sobie akurat tę część ogrodu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Sro Sie 31, 2016 8:26 pm

Spacer potrafił uspokoić Rakefet. Nie zawsze, ale często. A ten dzień nie należał do najłatwiejszych - najpierw problemy ze snem i budzenie się po kilka razy w ciągu nocy, później problemy ze skupieniem. Jedna z sióstr jedno pytanie zadawała trzy razy, a chodziło jedynie o to, czy Rosenfeld kogoś dzisiaj widziała.
Rakefet nie lubiła wychodzić z klasztoru, swojego tymczasowego domu bez uprzedzania kogokolwiek gdzie idzie, jednak w tej chwili nawet o tym nie myślała. Wiedziała, że musi wydostać się z tego miejsca, które chwilowo traktowała niemal jak więzienie, pomimo gościnności wszystkich i tego, jak miłe i wyrozumiałe były względem niej siostry.
Wylądowała tutaj, tak jak bardzo często ostatnio. Z jednej strony było tu niezwykle dużo ludzi - za dużo - ale z drugiej strony, nikt z nich nie zwracał uwagi na drobną brunetkę, kręcącą się niby wśród nich, ale tak naprawdę to zupełnie gdzie indziej, z myślami daleko od pomniku Napoleona, widocznego z tego miejsca.
Czasem zapach kwiatów jakoś specjalnie na nią nie działał, jednak dzisiaj za bardzo przypominał jej o domu - o Prowansji, która była pełna kwiatów, które kiedyś tak uwielbiała.
Nie zauważyła, kiedy zaczęła oddychać szybciej. To po prostu się stało - w jednej chwili było nie najgorzej, a w następnej brała zbyt szybkie oddechy. Zbyt płytkie. Jej ręce też się trzęsły.
Nie, to ona cała się trzęsła.
Oddychaj, Rakefet, oddychaj, próbowała sobie powiedzieć, jednak było już za późno. Poczuła niemiły ból w klatce piersiowej, który z reguły oznaczał, że jest już naprawdę bardzo źle.
Opadła na ławkę, obok której stała i gdyby była w stanie myśleć, na pewno pomyślałaby, że jest bardzo za tę ławkę wdzięczna - że akurat stała w tym miejscu.
Nic dookoła się nie liczyło, dźwięki rozmów i śmiechów stały się przytłumione.
Nie teraz, pomyślała w panice. Jak na ironię, bo powinna przecież robić teraz wszystko, żeby się uspokoić.
Ludzie dookoła nawet nie dostrzegli Rosenfeld. Może to i lepiej? Nie chciała przecież zwracać na siebie uwagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Wrz 01, 2016 5:24 am

| trilokacja, po spotkaniu z Lou, przed zebraniem RO

Nie do końca wiedział, dlaczego tak często przechodził przez Ogród Luksemburski.
Nie było mu po drodze. Żeby się tu znaleźć, musiał za każdym razem nadłożyć drogi, odbijając znacząco od prostej linii, łączącej Luwr z piętnastą dzielnicą i zamiast tego poruszając się po łagodnym łuku. A jednak, w dni, w które śniegu na chodnikach było tak dużo, że zostawiał rower w mieszkaniu i wybierał spacer na piechotę, zmieniał trasę niemal za każdym razem, czasami prawie spóźniając się do pracy, a czasami ledwie zdążając wrócić do kamienicy przed wybiciem godziny policyjnej. Być może właśnie o to chodziło – o maksymalne zniwelowanie ilości godzin, które musiał spędzić w dusznych czterech ścianach, zdających się odgradzać go od resztek świeżego powietrza i niebezpiecznie się przybliżać, gdy akurat odwracał wzrok. Tutaj, wśród drzew i szeroko pojętej roślinności czuł się prawie normalnie, a i zdarzało się – w tych nielicznych momentach, w których pozwalał myślom odpłynąć poza bezpieczny, kontrolowany obszar – że zapominał o współczesnej paryskiej rzeczywistości i cofał się w przeszłość.
Aktualnie dookoła było bardziej buro niż zielono, wiosna nie zdołała jeszcze wkraść się na dobre w łaski ogrodowych roślin, ale wyjątkowo mu to nie przeszkadzało; nie klął też na oblodzoną ścieżkę, ani wciskający się w załamania materiału chłód. Ze spojrzeniem błądzącym gdzieś dookoła, zwyczajnie oddychał, starając się nie zwracać uwagi na alarmujące kłucie na wysokości prawego płuca, do którego zdążył się przyzwyczaić już tak bardzo, że czuł się nieswojo, gdy ustawało.
Początkowo nie zrozumiał, dlaczego postanowił się zatrzymać; jego stopy znieruchomiały jakby odruchowo, reagując zanim jeszcze mózg przetworzył to, co widział przed sobą. Czy może – kogo widział, bo nie ulegało wątpliwości, że jego spojrzenie zawisło na drobnej sylwetce, siedzącej na ławce. Pozornie nie rzucającej się w oczy, choć otoczonej trudną do uchwycenia i opisania aurą niepokoju, którą Mathieu bardziej wyczuwał niż dostrzegał; nie ona jednak kazała mu przerwać marsz, a mglista świadomość, że rysy dziewczyny były znajome, choć w pierwszym momencie nie wiedział skąd. Przyglądał się jej jeszcze przez co najmniej kilka sekund, zanim umysł połączył fakty, odsuwając odpowiednią szufladkę i wyciągając z niej wspomnienie spotkania ruchu oporu. Był pewien, że na nim była, choć nie potrafił wyłowić z pamięci jej imienia – być może wcale mu go nie podała, a może po prostu go nie zapamiętał. Zawahał się; z jednej strony nie wyglądała, jakby pragnęła czyjegoś towarzystwa, z drugiej alarmowały go jej zbyt blade policzki i niespokojne, trochę przestraszone spojrzenie. Znał je, widział je już wcześniej, choć rzecz jasna nie na jej twarzy; tak przestawiał się wzrok żołnierzy, gdy czające się im za plecami demony wreszcie ich doganiały.
Podjął wreszcie bezgłośną decyzję, robiąc jeszcze kilka kroków do przodu i przysiadając na tej samej ławce, którą zajmowała dziewczyna. Wystarczająco blisko, żeby zauważyła jego obecność i jednocześnie na tyle daleko, żeby nie miała wrażenia, że narusza jej przestrzeń. – Cześć – przywitał się cicho, a w tym jednym słowie zabrzmiało niewypowiedziane pytanie. – Dobrze się czujesz? – Oczywiste było, że nie, ale nie wiedział, o co innego mógłby zapytać. – Spotkaliśmy się niedawno, nie wiem, czy mnie pamiętasz – dodał, bo uświadomił sobie, że jeżeli jednak nie pamiętała, to właśnie nieumyślnie pogarszał sytuację. Gdy w dzisiejszych czasach przysiadali się do ciebie obcy ludzie, nie oznaczało to niczego dobrego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Wrz 01, 2016 12:20 pm

Auć, auć, auć.
Nie dość, że nie mogła oddychać, nie dość że nie mogła myśleć, nie dość, że nie słyszała niczego, co się działo, to w dodatku bolało.
Skrzywiła się, łapiąc się trochę mocniej za ławkę, pomimo że wiedziała, że niczego to nie zmieni - wciąż będzie czuła ból w klatce piersiowej, ten niemiły, który czasem zostawał z nią nawet po tym, jak już mogła oddychać w miarę normalnie.
Co mówiła jej jedna z sióstr? Któregoś razu to ona uspokajała Rakefet i wtedy też obie doszły do wniosku, że pewien sposób oddychania działa na tyle dobrze, że atak przechodził.
Tylko, że jak miała teraz pamiętać jak to robić? Jak w ogóle się oddycha?
Spróbowała skupić się na tym, gdzie jest. Ławka. Siedzi na ławce. Nie gdzieś w kosmosie, w środku czarnej dziury, a na ławce, w parku w Paryżu.
Który dokładnie jest rok?
Chyba nie trzęsła się tak mocno jak przed chwilą, ale była to jedyna zmiana na lepsze.
Gdzieś z daleka usłyszała głos. Czy ktoś stojący pod pomnikiem coś do niej mówił? Czy to jakiś Niemiec dostrzegł Rosenfeld?
O nie, co jeśli już wiedzą kim jest? Czy za bardzo zwróciła na siebie uwagę?
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy znów usłyszała ten sam głos, zorientowała się, że ten ktoś siedzi obok, może nawet na tej samej ławce.
Skup się na głosie, skup się na głosie. To na pewno zadziała.
Kilka długich sekund zajęło jej rozszyfrowanie treści pytania, które zostało zadane.
Dobrze się czujesz?
- Jest dobrze - odpowiedziała tak drżącym głosem, że zdecydowanie dobrze być nie mogło. To była jednak jej automatyczna odpowiedź na wszystko. Nie będzie zrzucała na innych swoich problemów, prawda? Nawet jeśli pytają. - Zaraz mi przejdzie. - dodała, na wypadek gdyby ten ktoś wziął ją za idiotkę, bo przecież wcale nie wyglądało to tak, jakby dobrze się czuła.
A co jeśli to dopiero teraz wyszła na idiotkę, z tym tłumaczeniem się?
Co jeśli ten ktoś nie mówił do niej? A może tak naprawdę nikogo tu nie było, a ona stała się jeszcze bardziej popsuta? Zdarzało się jej czasem, że widziała rzeczy, których nie było, w sytuacjach takich jak ta, ale jednak nigdy nie wyobraziła sobie człowieka.
Powoli jej oddech wracał do normalności, ale ból wciąż trwał. Dopiero teraz naprawdę spojrzała na Mathieu.
- Byłeś w... - urwała, po czym pokiwała głową, na znak, że owszem, pamięta go. Nie mogła przecież powiedzieć na głos w jakich okolicznościach się poznali. Na całe szczęście powoli chyba wracała jej zdolność do logicznego myślenia.
Albo nie mówienie nikomu o spotkaniach RO było tak głęboko zakodowane w jej umyśle, że nawet w takim stanie o tym pamiętała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Wrz 01, 2016 8:05 pm

Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej nauczył się jeszcze przed wojną, a którą służba wojskowa jedynie potwierdziła, nadając jej dodatkowego, makabrycznego wymiaru, była prosta zależność dotycząca nawarstwiającego się strachu. Panika, szeroko pojęta, miała tendencję do rozprzestrzeniania się jak wyjątkowo złośliwy wirus; najgorszą natomiast rzeczą, jaką można było zrobić, widząc kogoś ogarniętego jej atakiem, to zacząć panikować razem z nim. W tym przypadku przerażenie przypominało zapadanie się w miękkim błocie – im bardziej desperacko walczyło się o przetrwanie, tym szybciej było się wciąganym, a jeżeli w sam środek tego bagna wskakiwała jeszcze jedna osoba – niesiona choćby nie wiadomo jak dobrymi intencjami – to obaj delikwenci tonęli błyskawicznie, stanowiąc dla siebie nawzajem bardziej balast niż jakąkolwiek pomoc.
Dlatego Mathieu za wszelką cenę starał się zachować spokój. Nie potrząsał dziewczyny za ramiona, nie dopytywał o samopoczucie, ani nie próbował wzywać na pomoc przypadkowych osób, przez dłuższą chwilę zwyczajnie siedząc obok i cierpliwie czekając, aż jej oddech chociaż odrobinę się wyrówna. Rozumiał – do pewnego stopnia – jak to było: nie znajdować tlenu w powietrzu, nie móc zmusić płuc do współpracy, dusić się własnymi myślami, mknącymi bez żadnej kontroli ani ładu. Przez moment zastanawiał się nawet, czy jego obecność nie była zbędna – może tylko przeszkadzał, stanowiąc jedynie kolejnego, irytującego gapia, pogarszającego i tak kiepską sytuację? Ale teraz już głupio było się wycofać, a dopóki nie powiedziała mu, że go tu nie chce, nie miał zamiaru próbować.
Uśmiechnął się lekko, gdy zapewniła go, że było dobrze, choć przecież zdawał sobie sprawę, że było to słowo-wytrych. Nie dręczył jej jednak dopytywaniem się; siedział, jakby sytuacja należała do całkowicie normalnych i dopiero gdy wreszcie przeniosła na niego spojrzenie – mniej nieobecne niż kilka sekund wcześniej, skupione na jego rysach, a nie rozmyte gdzieś w przestrzeni – postanowił odezwać się ponownie. – …w Luwrze, tak – dokończył za nią, przez moment tknięty niepokojem, że z jej ust padnie nazwa miejsca zbiórki albo, co gorsza, samej organizacji. Z trudem powstrzymał się przed kontrolnym rozejrzeniem się na boki – nie chciał wzbudzać niczyich podejrzeń, nigdy nie było wiadomo, kto akurat znajdował się w przelewającym się przez alejkę strumieniu przechodniów. – Sprzedałem ci bilet. Podobały ci się rzeźby? – zapytał, choć oboje doskonale wiedzieli, że była to tylko zasłona dymna.
Przesunął się lekko na ławce, tak, że znajdował się odrobinę bliżej niej – mógł się mylić, ale wydawało mu się, że czuła się już lepiej i istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że się go przestraszy. – Mathieu – przedstawił się, wyciągając do niej rękę, bo wciąż nie pamiętał, by oficjalnie się poznali. Z jakiegoś powodu nie czuł też oporów przed podaniem swojego prawdziwego imienia; choć kilka osób sugerowało mu już, że powinien znaleźć sobie pseudonim, to uparcie pozwalał sobie na ryzykowny luksus wykorzystywania własnych personaliów. Przez ostatnie lata pozbył się już wystarczającej części siebie, żeby godzić się na odrzucenie na rzecz okupantów jeszcze tego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Wrz 01, 2016 8:55 pm

Rakefet wiedziała jak to jest - ilekroć widziała kogoś przestraszonego, nie potrafiła pomóc i sama wpadała w panikę. A potem robiło się jeszcze gorzej i gorzej i wkrótce panikowała jeszcze bardziej niż ta osoba, bo to, co jedna osoba przeżywała jako strach, było dla niej najczęściej powodem do znalezienia się w takim stanie, w jakim znajdowała się teraz.
Doceniała pomoc Mathieu - może i siedział tylko obok, może i tylko mówił, jednak słyszenie czyjegoś głosu zawsze jej pomagało, potrafiło odnaleźć się gdzieś na ziemi, przypomnieć sobie gdzie dokładnie była.
I kiedy była.
1942 rok. Francja. Marzec. Park. Paryż.
Choć nie było idealnie, było już na pewno znacznie lepiej. Na tyle, że udało jej się myśleć na tyle logicznie, że podchwyciła to, o czym mówił Bernard.
- Tak, właśnie - zgodziła się, kiwając głową i może nie byłoby to aż tak przekonywujące, gdy znajdowała się w takim stanie, ale w głowie miała obraz prawdziwej wyprawy do jednego z muzeów. - Tak, były piękne - powiedziała bez wahania, myśląc o tych, które naprawdę gdzieś widziała. Uwielbiała sztukę w każdej postaci - momentami, kiedy miała złe momenty, przypominała sobie o tym, że na świecie istnieje jeszcze przecież właśnie ona, sztuka, jedna z niewielu dobrych rzeczy, nieskażonych jeszcze złem. Może poza propagandowymi rzeczami, ale o nich starała się nie myśleć.
Przez moment nie zrozumiała, co chłopak ma na myśli, wciąż nie do końca uspokojona, jednak potem obdarzyła go lekkim uśmiechem. Nie tylko dlatego, że miała się przedstawić, ale też w podziękowaniu. Bo jednak trochę pomógł, a ona doceniała każdą pomoc.
- Ra- - urwała, kaszląc, żeby zamaskować swoją pomyłkę. Członkom Ruchu Oporu przedstawiała się swoim prawdziwym imieniem, jednak używanie go tutaj nie było dobrym pomysłem. - Mów mi Darcy - powiedziała zamiast tego, mówiąc przy okazji, że to jedynie imię z dokumentów i że wcale się z nim nie utożsamia. Bo jak mogłaby? Darcy Laurent była kimś zupełnie innym niż Rakefet Rosenfeld.
Może czasem kimś, kim wolałaby być.
- Dziękuję. Mówienie do mnie pomaga - dodała po chwili cicho, zastanawiając się po chwili czy aby na pewno została w ogóle usłyszana. Często bywało, że nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pią Wrz 02, 2016 6:21 pm

Miała ładny uśmiech. To była pierwsza dobra myśl dzisiejszego dnia, która przemknęła mu przez głowę, pojawiając się dosyć niespodziewanie i bez żadnej kontroli z jego strony. Po prostu, w jednej chwili zastanawiał się, czy w ogóle dobrze zrobił, zatrzymując się i oferując swoją nieudolną pomoc, a w drugiej łapał się bezwiednym zawieszaniu spojrzenia na lekko uniesionych kącikach, które sprawiały, że wydała mu się nagle dużo młodsza. – Darcy – powtórzył na nią jak echo, kiwając nieznacznie głową. Odetchnął odrobinę swobodniej, widząc, że i jej oddech wyrównał się prawie całkowicie, choć resztki niepokoju wciąż jeszcze zdawały się jej trzymać, niczym cienka, niewidzialna warstewka chłodu, unosząca się tuż przy skórze. W tym nie było już jednak niczego niezwykłego; dzisiaj mało kto mógł pozwolić sobie na luksus bezkarnego planowania jutra, a jeśli już – to do grona tych nielicznych szczęśliwców na pewno nie należeli członkowie ruchu oporu.
On również się uśmiechnął. – Nie musisz mi dziękować, nic nie zrobiłem – powiedział równie cicho. Nie oczekiwał wdzięczności; nie czuł się bohaterem ani kimś szczególnie dobrym, ani teraz, ani wcześniej. Zawsze wykrzywiał się w gorzkim grymasie na słowa w jakikolwiek sposób gloryfikujące walczących na froncie żołnierzy, choć krzywił się wtedy głównie do siebie, bo tak naprawdę nie był już pewien własnych pobudek – czasami wydawało mu się, że walczył tylko dlatego, że aktualnie nic innego już nie potrafił, a bezczynność, nawet krótkotrwała, wprawiała go w stan otępiającego marazmu. To prawda, faktem było, że zazwyczaj bez zastanowienia rzucał się na pomoc, gdy tylko widział kogoś, kto jej potrzebował, ale jak mógł sądzić, że robi to z dobroci serca, kiedy miał wrażenie, że w miejscu pompującego krew organu, ziała jedynie czarna, ciągnąca go ku ziemi dziura? – Zresztą chyba i tak kiepski ze mnie rozmówca – dodał odrobinę przepraszająco, bo od jakiegoś czasu rzeczywiście częściej milczał niż mówił, rozgrywając niekończące się batalie w zamkniętej i niedostępnej dla świata zewnętrznego przestrzeni własnego umysłu. Chociaż – rzecz zaskakująca – akurat w tamtym momencie jego myśli wydawały się dziwnie ciche, zupełnie jakby skupienie na problemach kogoś innego, zmusiło je do tymczasowej zmiany kursu.
Oderwał na chwilę spojrzenie od twarzy Darcy, obejmując wzrokiem wszystko, co ich otaczało – kępki dosyć smutnych, wyczekujących wiosny roślin, pokrytą brudnym śniegiem alejkę i kilku spacerowiczów, przemykających raczej szybko i nie zwracających na nich najmniejszej uwagi. Podobała mu się ta niewidzialność. – Często tu przychodzisz? – zagadnął. Nie dlatego, że cisza mu ciążyła – ta wydawała się zaskakująco niewymuszona i harmonijna – ale faktycznie miał wrażenie, że z każdym wypowiadanym słowem atmosfera stawała się coraz lżejsza. Nie tylko ze względu na to, że ona się uspokajała; on również czuł się trochę lepiej, dla odmiany mając do kogo się odezwać. Brzmiało to trochę absurdalnie, ale takie przypadkowe spotkania i rozmowy pomagały mu odnaleźć się w tej nowej, odrealnionej rzeczywistości, która nieustannie kazała mu zastanawiać się, co było prawdą, a co stanowiło jedynie wytwór jego wyobraźni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pią Wrz 02, 2016 9:17 pm

Pokiwała głową, potwierdzając, że owszem, Darcy. Może i dopiero co poinformowała o tym Mathieu, ale z jakiegoś powodu była zdziwiona, że zapamiętał. Że w ogóle zwrócił uwagę na to, jak miała na imię, choć powinno się jej wydać oczywiste, że jak się komuś przedstawiasz, to ten ktoś zapamiętuje twoje imię. Choćby przez chwilę, bo była pewna, że Bernard już za moment o tym zapomni. Po co ktokolwiek miałby o niej pamiętać? Z tłumu się w żaden sposób nie wyróżniała i zdecydowanie wolała, żeby tak cały czas było.
Zwłaszcza, że była w takiej sytuacji, w której nie mogła się wychylać, bo groziło to o wiele gorszymi konsekwencjami niż bycie wyśmianym albo zignorowanym.
- To "nic" zdecydowanie mi pomogło, więc dzięki za "nic" - stwierdziła, ku swojemu zaskoczeniu z lekkim, najmniejszym możliwym rozbawieniem.
Czyżby było już tak źle, że miała ochotę śmiać się z bezsilności? Tylko, że nie. To wcale nie był ten śmiech, bo ten był jej częstym towarzyszem. Tym razem brzmiało to całkiem szczerze i Rakefet wyglądała na zdziwioną tym faktem.
- Nieprawda - pokręciła głową z przekonaniem - Bycie złym albo dobrym rozmówcą to pojęcie względne.
Była pewnie trochę hipokrytką, bo ona sama uważała siebie za fatalnego rozmówcę. Tego jednak na głos nie zamierzała mówić. Chociaż kto wie, co jeszcze powie. Jej przeciętna rozmowa trwała pięć razy krócej, niż ta teraz, co na pewno dawało pojęcie o tym, jak Rosenfeld radziła sobie z ludźmi.
Albo o tym, że nie radziła sobie w ogóle.
- Tak. Lubię to miejsce - dużo ludzi, ale nikt nie zwraca uwagi - nie dodała, że na nią, ale pewnie po tym jak siedziała - trochę skulona, choć jednocześnie jej postawa wskazywała na to, że chce słuchać swojego rozmówcy - można było wywnioskować, że nie jest typem osoby, która bardzo lubi uwagę wielu osób skupioną na niej.
Na myśl o tym, że wielu ludzi mogłoby zwrócić na nią uwagę w tej samej chwili przez chwilę znów poczuła bolesne ukłucie, jednak na szczęście tym razem miała na co - albo raczej, na kogo - zwrócić uwagę, żeby przestać o tym myśleć.
Oczywiście tu zaczęły się kolejne myśli, których nie potrafiła powstrzymać - czy powinna coś jeszcze dodać? Czy to, co powiedziała to jednak za dużo? Czy Mathieu chce jej słuchać? Może tylko czeka, żeby powiedziała, że musi iść? Może to zwykły podstęp, żeby się z niej ponaśmiewać? Czy jej uśmiech był za szeroki? Czy wygląda na oschłą? Czy może wręcz przeciwnie, wydaje się zbyt entuzjastyczna?
Gdyby nie rozmawiała z Mathieu, westchnęłaby z irytacją. Może nawet się rozpłakała, chociaż tego nienawidziła. Teraz jednak wciągnęła tylko cicho powietrze i zachowała spokój, przynajmniej na zewnątrz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pon Wrz 05, 2016 2:57 am

Słysząc jej kolejne słowa, już autentycznie się roześmiał; nie wymuszenie, nie z grzeczności, ani nie tym charakterystycznym dla siebie, gorzkim śmiechem, który bardziej przypominał grymas. Parsknął cicho, prawie bezgłośnie, właściwie tylko gwałtowniej wypuszczając powietrze przez nos, ale nie dało się nie zauważyć, że kąciki jego ust mocno poskoczyły do góry. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi; kiwnięcia głową – owszem, niemrawego zaprzeczenia – jak najbardziej, ale zawoalowany żart zdecydowanie go zaskoczył. – W takim razie, skoro dziękujesz mi za nic – odpowiedział, z jakiegoś powodu postanawiając podłapać grę, jednocześnie nie pozwalając, żeby miała ostatnie zdanie – to całkiem na miejscu będzie, jeśli odpowiem: nie ma za co. – I kiwnął głową z teatralną kurtuazją, choć efekt powagi zepsuł nadal pchający się na wargi uśmiech.
Zastanowił się przez chwilę nad tym, co powiedziała. – Możliwe – przyznał w końcu. – Choć większość osób uważa jednak, wyburczenie trzech słów na minutę za raczej kiepski przejaw elokwencji – dodał, mając oczywiście na myśli samego siebie, kompletnie głuchy na fakt, że Darcy również od początku rozmowy nie mówiła wiele. Może miało to związek z nawiedzającym go wrażeniem, że w jej przypadku więcej niż słowa, zdradzały drobne gesty: powoli mijające napięcie w ruchach, trochę przygarbione plecy oraz to, jak zdawała się unikać przypadkowego kontaktu wzrokowego z pojawiającymi się i znikającymi przechodniami.
Rzeczywiście nie rzucała się w oczy, chociaż Mathieu z jakiegoś powodu zwrócił na nią uwagę niemal od razu. Początkowo wydawało mu się, że chodziło głównie o to, że widział ją już wcześniej – znana twarz zazwyczaj znacznie bardziej wyróżniała się z tłumu – ale po kilku chwilach nie był już taki pewien. Bo czy gdyby najpierw nie zatrzymał na niej wzroku na dłużej, w ogóle miałby szansę wyłowić z pamięci rysy, które widział wcześniej zaledwie raz czy dwa – i to za każdym razem w półmroku zebrań Ruchu Oporu? – To prawda – mruknął trochę nieprzytomnie, nadal jeszcze zatopiony we własnych myślach. Dopiero po kilkunastu sekundach uświadomił sobie, że być może Darcy wydała mu się znajoma nie dlatego, że mieli okazję się spotkać, a dlatego, że wszystko to, czym starała się odpędzić od siebie spojrzenia – opuszczony wzrok, skierowana ku ziemi sylwetka – przypominało mu kogoś, kogo codziennie oglądał w lustrze?
Spojrzał na nią uważniej, tym razem ponownie skupiając uwagę jedynie na jej postaci. – Mnie park trochę kojarzy się z domem – powiedział, przypomniawszy sobie, co mówiła – że mówienie do niej ją uspokajało. – Kiedy byłem młodszy, mieliśmy duży ogród. – Nie był pewien, dlaczego dzielił się akurat tymi wspomnieniami. Ani skąd znów na jego twarzy brał się lekki uśmiech. Uniósł spojrzenie wyżej, na moment przemykając wzrokiem po roślinach, wciąż jeszcze ogołoconych z liści. – Ale pewnie zawracam ci głowę. Szłaś w jakieś konkretne miejsce? – Zawahał się. – Może mogę cię gdzieś odprowadzić?
Wyglądała znacznie lepiej niż jeszcze chwilę temu, ale przecież nie mógł być pewien.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pon Wrz 05, 2016 3:23 pm

Czy Rosenfeld się nie przesłyszała? Czy Mathieu naprawdę roześmiał się na coś, co ona powiedziała?
Na tym etapie to była już niemal pewna, że naprawdę sobie go wymyśliła. Bo przecież czy to możliwe, że ktoś tak o zainteresuje się jej stanem, gdy upewni się, że jest dobrze, wciąż tu będzie siedział, a potem roześmieje się, choć trochę, przez jej własne słowa?
To nie było realne. To było tak bardzo nierealne, że aż bolało. Czy to możliwe, że jest z nią tak źle, że wymyśla sobie rzeczy?
A potem Math jeszcze otworzył usta i powiedział coś, podchwytując żart.
Przez co ona sama automatycznie uśmiechnęła się szeroko i wciąż z lekkim rozbawieniem.
Niemal spytała się go czy aby na pewno tu jest, ale to chyba nie zostałoby odebrane jako normalne zachowanie. Wystarczy już, że widział jej atak - nie chciała, żeby zobaczył, że jest jeszcze bardziej popsuta.
- Cóż, ja uważam, że wyburczenie trzech słów na minutę za niezwykle miłe. - odparła, wzruszając ramionami i wciąż lekko się uśmiechając, chociaż nie była pewna z jakiego powodu w ogóle się uśmiecha. To przecież od samego rana był fatalny dzień.
Zdziwiło ją nieco to, że przyznał jej rację. Czy miał to na myśli? Czy naprawdę rozumiał?
Chciała w to wierzyć, ale czy naprawdę właśnie spotkała kogoś, kto mógłby być choć trochę do niej podobny? To nie tak, że uważała, że była jedyną osobą na świecie z takimi problemami. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest wielu, którzy mają jeszcze gorzej - często czuła się źle z tym, że w swoich myślach narzeka, podczas gdy z nią pewnie nie było aż tak fatalnie w porównaniu z innymi ludźmi.
Jednak zawsze wydawało jej się, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś takiego było niezwykle małe.
Zdziwiło ją to, że Mathieu coś opowiedział, ale mimowolnie się uśmiechnęła, bo i jej do głowy zakradły się wspomnienia.
- My też - powiedziała z dziwną mieszanką radości i smutku w głosie - Była nas piątka, więc nasi rodzice musieli zadbać o dużą przestrzeń, żeby mieć nas z głowy - stwierdziła, po raz kolejny, z lekkim rozbawieniem - wciąż tak samo tym zdziwiona. Choć tym razem było jednak chyba nieco więcej nostalgii niż prawdziwego rozbawienia.
- Nie, skąd. Nikt nigdy nie zawraca mi głowy - zapewniła, bo rzadko kiedy ktoś się do niej odzywał. Może ewentualnie prosił o to, żeby odsunęła się od drzwi, żeby dało się przejść.
- Och, w zasadzie niekoniecznie. Chciałam się po prostu przejść, więc jeśli już się zbierasz, to nie krępuj się - uśmiechnęła się lekko, choć tak naprawdę całkiem miło rozmawiało jej się z Bernardem. Na tyle, że ewentualne pięć minut rozmowy, nawet jeśli oboje będą burczeć trzy słowa na minutę by jej nie przeszkadzało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Sob Wrz 10, 2016 1:54 pm

Zazwyczaj nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo brakowało mu niewymuszonej, ludzkiej życzliwości. Nie wielkich, bohaterskich czynów; raczej tych zwykłych, których na co dzień się nie zauważa, przynajmniej dopóki nie zostają bezpowrotnie odebrane. Na przykład niezobowiązującej pogawędki z listonoszem, narzekającym na pogodę, ale nigdy nie zapominającym zapytać o samopoczucie. Albo nieplanowanej wycieczki z przyjaciółmi nad Sekwanę, kończącej się rozmowami o niczym i rozbrzmiewającej dźwięcznym śmiechem dziewcząt. Bukietu kwiatów, kupionego w chwili impulsu i podarowanego pierwszej przechodzącej paryżance, bibliotekarza, zawsze chętnego do polecenia najnowszej książki i zaoferowania nieznajomemu miejsca pod parasolem w trakcie ulewy, bez niepotrzebnych podejrzeń o nieszczere intencje. Trudno było uwierzyć, że to kiedyś była jego codzienność; że ludzie nie mieli w zwyczaju przemykać uliczkami najszybciej, jak to tylko było możliwe, i że po dwudziestej pierwszej życie w mieście dopiero się zaczynało, zamiast zamierać ciężką, trącącą niepokojem ciszą.
Kiedy wrócił do Paryża, sam odruchowo wpasował się w ten obrazek, przechodząc na bezpieczny tryb autopilota i zachowując się tak, jakby nie zauważał nikogo dookoła. To wydawało się rozsądne i najprawdopodobniej zwiększało o kilka procent szanse na bezproblemowe przeżycie okupacji, ale Mathieu ostatnio zdawał się coraz częściej wyłamywać z ostrożnego schematu. Przebłyski były chwilowe i znikały stosunkowo szybko, a jednak trudno było zaprzeczyć ich istnieniu – bo czy nie zaczepił właśnie w parku dziewczyny, której imienia nawet nie znał, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie potrzebowała pomocy? I co więcej, nie żałował ani przez moment, że to zrobił, zwłaszcza gdy widział utrzymujący się na jej twarzy uśmiech, który zdawał się rozjaśniać jej rysy w jakiś magiczny sposób. Nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że tajemnicze światełko nie pojawiało się zbyt często.
Piątka? – powtórzył, unosząc wyżej brwi. Kiedy był młodszy, zdarzało mu się marzyć o dużej rodzinie. Nie, w jego własnej niczego mu nie brakowało, kochał dom wypełniony cichą muzyką i łagodnym stąpaniem kroków, ale czasami zastanawiał się, jakby to było, gdyby miał kilku braci, gotowych do rzucania się razem z nim w wir kolejnych przygód. Być może sam nie zdawał sobie sprawy z faktu, że takiego towarzystwa właśnie szukał – najpierw wśród grupy przyjaciół, później żołnierzy z oddziału, teraz w Ruchu Oporu. – Zawsze chciałem mieć dużo rodzeństwa – przyznał. Pierwotnie chciał powiedzieć coś innego; zapytać o to, gdzie obecnie znajdowali się jej bracia i siostry. Chyba jednak bał się odpowiedzi. – Nas było dwoje, ja i moja starsza siostra – powiedział, znów nie mając pojęcia, dlaczego właściwie dzieli się z nią tymi informacjami. Nie miał zresztą czasu się nad tym zastanowić, bo nagłe wspomnienie o Flavie, z którą wciąż nie zamienił ani słowa (i która najprawdopodobniej nie była nawet świadoma jego egzystowania w stolicy, zaraz obok niej), wywołało nieprzyjemne uczucie przytłoczenia.
Odwrócił na chwilę spojrzenie, wracając nim do Darcy dopiero, gdy ponownie się odezwała. Milczał przez moment, próbując ocenić, czy chciała, żeby sobie poszedł, czy jednak jego towarzystwo nie wadziło jej jakoś specjalnie. W normalnych okolicznościach sam automatycznie starałby się znaleźć pierwszy lepszy pretekst do ulotnienia się i powrotu do własnych spraw, ale nagle dotarło do niego, że te aktualnie na te własne sprawy składało się samotne siedzenie w czterech ścianach mieszkania. A na to, rzecz nietypowa, nie miał ochoty. – Nigdzie mi się nie spieszy – odpowiedział, zgodnie z prawdą. – Więc jeśli chcesz, możemy przejść się razem. Albo – posłał jej pytające spojrzenie – zostać tutaj, jeżeli nie czujesz się jeszcze najlepiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Sob Wrz 10, 2016 7:08 pm

Te małe gesty mogły zmienić świat, tak Rakefet uważała. Nie miliony żołnierzy - choć ich odwagę podziwiała - ani nie liderzy Ruchu Oporu. Świat będzie uratowany tak naprawdę w momencie, w którym ktoś uśmiechnie się do ciebie bez powodu, zapach książek będzie taki, jak wcześniej, pani, która sprzedaje bilety w teatrze szczerze będzie życzyła ci miłej sztuki. Dla Rosenfeld będzie wtedy idealnie.
Wtedy jednak idealnie nie było, chociaż nie było też tak źle jak zwykle, kiedy tak siedziała na tej ławce, rozmawiając z Matheu.
- Piątka. Ciężka do upilnowania - potwierdziła i wydała z siebie coś, co było niemal śmiechem, choć bardziej przypominało pojedyncze parsknięcie na niektóre wspomnienia - Dużo rodzeństwa może być fajną rzeczą - zgodziła się, choć nie dodała dlaczego tylko "może być", a nie "jest".
Im jest was więcej, tym większe prawdopodobieństwo, że kogoś z nich może zabraknąć.
Jej myśli momentalnie powędrowały w stronę Immiego, biednego Immiego zabitego przez okrutnych Niemców. A on nie musiałby należeć do Ruchu Oporu, gdyby Niemcy pierwsi nie zaatakowali Francji.
Poczuła ucisk w gardle, jak gdyby zaraz do oczu mogły napłynąć jej łzy, jednak dzielnie to powstrzymała - dopiero co poczuła się przecież lepiej!
- Dwójka brzmi fajnie. Każda ilość rodzeństwa ma plusy i wady - stwierdziła, kiwając głową, łapiąc powietrze, żeby brzmieć już lepiej. Na szczęście jakoś jej przeszło, z czego w pewnym stopniu była całkiem dumna.
Pokiwała głową, chyba nawet otwierając usta z zaskoczeniem, kiedy ten nie znalazł wymówki, żeby sobie od niej pójść.
- Naprawdę? - wymsknęło jej się i trochę zaczerwieniła się, kiedy doszło do niej, że powiedziała to na głos. - Właściwie to chętnie się przejdę - powiedziała szybko, licząc na to, że pierwsze słowo Math jakimś cudem pominął albo że chociaż zapomniał. - Jest lepiej - dodała z przekonaniem, bo rzeczywiście, najgorsze już minęło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pon Wrz 12, 2016 9:21 pm

Wydawała mu się taka krucha i delikatna, kiedy uśmiechała się, peszyła i rumieniła, zachowując się jednocześnie szczerze i ostrożnie. Z jednej strony wciąż pamiętał, że działała w strukturach Ruchu Oporu, z drugiej – nie rozumiał, jak ktoś przy zdrowych zmysłach mógł pozwolić jej się narażać. Być może oddawał w ten sposób hołd stereotypom, ale od zawsze hołdował myśli, że kobiety nie powinny musieć stawać do walki przy boku mężczyzn.
Żadnej z tych myśli nie wypowiadał jednak na głos, ani teraz, ani podczas spotkań organizacji, zdając sobie sprawę, że ta piękniejsza płeć robiła w niej sporo dobrego. W tamtej chwili – siedząc na ławce w towarzystwie Darcy – starał się zresztą nie zahaczać o kwestie poważne, bo chwytanie się lekkich wspomnień o rodzeństwie sprawiało, że czuł się dobrze i swobodnie. Nie chciał zresztą sprawić swojej towarzyszce przykrości; jej świeżo odzyskany spokój ducha wciąż jeszcze wydawał się kruchy. Poza tym, znacznie bardziej wolał, gdy się śmiała, niż gdy w jej oczach pojawiał się ten nieodgadniony, jakby odległy rodzaj smutku.
Uśmiechnął się, przytakując. – Naprawdę. Może trudno w to uwierzyć, ale moje życie raczej nie jest specjalnie fascynujące – powiedział, na wpół żartobliwie, na wpół gorzko. Bo rzeczywiście; nie licząc krótkich przerywników w postaci spotkań Ruchu Oporu, jego codzienność pogrążona była głównie w przytłaczającej, szarej monotonii, na którą składały się identycznie dni, wypełnione przypatrywaniem się Niemcom zza szyby osłaniającej budkę biletera oraz sporadycznymi spotkaniami z duchami przeszłości.
Podniósł się z ławeczki, nie jednak po to, żeby odejść. Odwrócił się z powrotem do Darcy, nachylając się lekko i wyciągając w jej stronę ramię. – W takim razie, czy mademosielle pozwoli?.. – zapytał, puszczając dziewczynie oko i czekając, aż do niego dołączy. Chociaż zazwyczaj cenił sobie te spędzone w parku chwile samotności, to właśnie stwierdzał, że posiadanie towarzystwa wcale specjalnie mu nie wadziło, a co więcej – sprawiało, że trochę mniej chciało mu się wracać do mieszkania. Tak jakby szczelnie zamknięta przed światem kryjówka przestała być mu nagle tak bardzo niezbędna. Albo przynajmniej mogła poczekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Wto Wrz 13, 2016 2:55 pm

W tym akurat Math osamotniony nie był - i sama Rosenfeld często zastanawiała się co ona tak naprawdę robi w Ruchu Oporu. Potem jednak przypominała sobie, że to przecież właśnie tym ludziom być może zawdzięcza to, że w ogóle żyje. A jednak taki dług wdzięczności nie może być spłacony bardzo łatwo. Rakefet mogła jedynie oddać im swoją najcenniejszą rzecz, a w jej przypadku był to umysł, który całkiem dobrze sprawdzał się w robieniu tego, czym się zajmowała. Próbowała nie pamiętać o tym, że jej najcenniejsza rzecz była prawdopodobnie jej jedyną rzeczą i umiejętnością, która do czegokolwiek się nadawała, bo dogadywanie się z ludźmi, poczucie humoru, odwaga, pewność siebie i wszystko inne już dawno poszły do kosza.
Przy okazji, Ruch Oporu dawał jej jakąś, nawet najmniejszą satysfakcję i świadomość, że coś robi. To tak jakby pomagała swojemu bratu poprzez pomoc ludziom, którym pomagał i on. Kontynuacja szlachetnej misji, o. Tylko, że w zdecydowanie mniej spektakularny sposób.
Gdyby Bernard poruszył jakąś poważniejszą kwestię, rzeczywiście mogłoby być źle - kto wie, czy nie uruchomiłoby to tej maszyny wspomnień, które na siłę lubią wdzierać się do głowy? A Darcy zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że nie da się tego tak łatwo zatrzymać. Z reguły właśnie to, strach o poruszenie jakiegoś niefortunnego tematu, było jednym z większych powodów, dla których unikała ludzi. Tym razem jednak z jakiegoś powodu miała wrażenie, że Matheu by tego nie zrobił.
- Nie o to- - zaczęła się tłumaczyć, z całej siły powstrzymując się przed odruchowym wstrzymaniem powietrza i zaciśnięciem powiek z całej siły jak zawsze, kiedy zrobi coś głupiego, a potem rozpamiętuje to przez kolejne tygodnie, nawet jeśli to coś drobnego. Jednak w jego tonie była chociaż cząstka żartu, co na pewno pomogło - dobrze, może w przeszłości mówiła głupsze i bardziej nieprzemyślane rzeczy. - Bardziej mówiłam o sobie. - powiedziała w końcu i nawet udało jej się dorzucić choć trochę żartobliwy ton, pomimo że mówiła to śmiertelnie poważnie.
Dopiero teraz dotarł do niej drugi wymiar wypowiedzi Matha - brzmiał trochę jak ona, robiąca zawsze to samo, w dodatku wiecznie zamknięta w czterech ścianach. Może jednak więc rzeczywiście udało jej się trafić na osobę podobną do niej?
Słysząc Matheu znowu roześmiała się cicho i do tego szczerze i znów pomyślała, że to naprawdę miła odmiana.
- Oczywiście - powiedziała, uśmiechając się i dołączając do niego. Może jednak ten dzień mógł być mniej ponury?
Może nawet nie najgorszy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pią Wrz 16, 2016 2:19 am

Trochę żałował, że nie spotkali się wcześniej, przed wojną, kiedy oboje mogliby być o wiele bardziej swobodni i odrobinę mniej oglądać się za siebie. Co prawda nie mógł być pewien, czy i w tym przypadku była do niego podobna, i czy to właśnie wojna i okupacja zepchnęły ją do defensywy, sprawiając, że trudno było jej komukolwiek zaufać, ale miał co do tego dosyć poważne podejrzenia. Obecna sytuacja nie sprzyjała wierze w szczere intencje; nie, kiedy nieprzyjaciel ubierał się nie tylko w mundury, ale też robił wszystko, żeby zwrócić przeciwko sobie rodziny, sąsiadów i dawnych przyjaciół. Łatwo było popaść w paranoję, gdy słyszało się o kolejnych donosach, albo gdy było się świadkiem aresztowań, zbyt dokładnych i niespodziewanych, żeby mogły być przypadkowe.
Mathieu jednak, trochę paradoksalnie, wykradał dla siebie czasami momenty lekkomyślności, celowo porzucając codzienną ostrożność i świadomie decydując się na nieco większe ryzyko. Trochę głupio, powiedziałaby większość, jednak nigdy nie miał w zwyczaju przejmowania się popularnymi opiniami i najprawdopodobniej dlatego prowadził właśnie jedną z milszych rozmów, jaka przydarzyła mu się w ciągu ostatniego miesiąca, zamiast znajdować się już bezpiecznie po drugiej stronie Sekwany. Nawet jeżeli żadne z nich tak naprawdę nie mówiło wiele. – Nie wiem, co możesz mieć sobie do zarzucenia – zaoponował, słysząc jej słowa – ale zdecydowanie wolę spędzić trochę czasu w twoim towarzystwie, niż w swoim własnym. – I z zaskoczeniem stwierdził, że była to prawda.
Uśmiechnął się szerzej, kiedy do niego dołączyła, dopiero wtedy zauważając, jak bardzo niewysoka i drobna tak naprawdę była. Ruszył powoli do przodu, upewniając się, że dorównuje mu kroku, i że jej szczupła dłoń cały czas znajduje się na jego przedramieniu. Bawiło go trochę to, jak normalnie musieli wyglądać dla postronnego obserwatora – jak dwójka młodych ludzi, przechadzających się po parku; nie jak para wojennych wyrzutków, każdego dnia łamiących prawo i narażających się przynależnością do nielegalnej organizacji. – Opowiedz mi coś – poprosił, dopiero po chwili orientując się, że mogła go zrozumieć opacznie, i że obecnie prośby o odsłanianie życia prywatnego raczej nie były mile widziane. – Na przykład, jakie jest twoje ulubione miejsce w Paryżu? – sprecyzował. Nie chciał rozmawiać o przeszłości, o rzeczach poważnych, ani o tym, czy naprawdę miała na imię Darcy. To właściwie nie było aż takie istotne; nigdy zresztą nie sprowadzał ludzi do imienia, nazwiska, ani cyferek w metryczce, a odkąd to wszystko stało się informacjami potencjalnie niebezpiecznymi, tracąc stałość i stając się tylko kolejną zmienną, kolejną kartą w grze o przetrwanie, przykładał wagę do takich rzeczy jeszcze mniej. Bardziej liczyły się drobiazgi – jak ulubiony kolor, nierealnie trudny wybór między wschodem, a zachodem słońca, albo piosenka, której słowa znało się na pamięć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pią Wrz 16, 2016 4:01 pm

Ona nie była pewna, czy Math chciałby znać ją sprzed wojny. Nie była ona skulona i bojąca się ludzi, nie miała ataków paniki, ani lęków nocnych i na pewno dało się z nią porozmawiać, to prawda. Jednak czy była wtedy osobą, z którą ktoś chciałby się przyjaźnić? Była z niej raczej rozpuszczona nastolatka. Taka, którą co prawda obchodzą losy jej rodziny, ale nigdy by się do tego nie przyznała. Co miesiąc miała innego przyjaciela, którego wodziła za nos, nigdy tak naprawdę nie wychodząc poza rozmowę o byle czym i drobne uśmiechy. Dzieci nie znosiła, a wszelkie książki, choć były miłe do czytania, były tylko książkami, kartkami papieru. Rakefet czasem o tym myślała i z przerażeniem uświadamiała sobie, że nie chciałaby znać osoby, jaką była. Może i w głębi serca nie była wtedy taka zła, ale kto miałby ochotę spędzić z nią na tyle dużo czasu, żeby do tej głębi serca się dostać?
Może więc pod pewnymi, niektórymi względami lepiej było, że była taka jak teraz? Cicha, ledwo dostrzegalna, nie umiejąca rozmawiać z ludźmi, ale przynajmniej doceniająca to, co ma?
Może gdyby realia były lepsze, nie byłoby tak źle? Gdyby rzeczywiście nie trzeba było bać się donosicieli i fałszywych przyjaciół, którzy z tymi donosicielami współpracują?
- W porządku, skoro tak mówisz! - przyjęła w końcu do siebie jego słowa, wzruszając ramionami z lekkim uśmiechem. Co prawda za pięć minut znowu będzie potrzebowała zapewnienia, że się nie narzuca, i że to wszystko nie było tylko miłym, ale wymuszonym gestem, jednak zanim ten czas minie, będzie szczęśliwa, że ktoś naprawdę ma ochotę spędzić z nią czas.
Szła więc obok Mathieu, wyglądając jak całkiem normalna osoba i nawet podobało jej się to uczucie normalności - pomimo że jutro wróci do nauki łamania szyfrów u Lou i przebywania samej w pokoju na stancji, otoczona książkami, które tak kocha.
Uniosła brwi, słysząc prośbę, a po chwili pokiwała głową, gdy Mathieu bardziej jej wytłumaczył.
- Szkoła. W której uczę. - odparła bez chwili zastanowienia - To znaczy, bardziej konkretnie to klasa, w której mam lekcje - dodała, bo to nie było tak, że cała szkoła. Szkoła sama w sobie pełna była hałaśliwych dzieci i choć je wszystkie uwielbiała, to jednak hałas zawsze był dla niej niemiły.
- W klasie jest zawsze spokojnie. Czasem nawet miło - dodała jeszcze, uśmiechając się szeroko, już nawet nie zaskoczona tym, że mówiła nieco więcej niż zwykle. Bywały momenty, kiedy dzieci przypominały jej o tym, jak to kiedyś było łatwo i radośnie, kiedy jej największym problemem było to, że przegrała z Meirą w jakąś dziecięcą grę.
Przytłaczało ją czasem to, że miała dziewiętnaście lat, a robiła rzeczy, które zawsze kojarzyło jej się z naprawdę dorosłymi ludźmi.
- A twoje? - spytała po chwili, patrząc na Matheu, uświadamiając sobie, że naprawdę chciałaby coś wiedzieć o chłopaku, którego dopiero co tak naprawdę poznała, mimo że widzieli się już wcześniej kilka razy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Wrz 22, 2016 3:02 am

Przyglądał jej się ukradkiem, kiedy szli, raz po raz zawieszając spojrzenie na jej łagodnym profilu i zastanawiając się, co tak naprawdę kryło się za tą nieśmiałością i niepewnością. Wyrobił w sobie ten nawyk stosunkowo niedawno; gdy był młodszy, nie potrafił zrozumieć, co w ludzkich twarzach tak fascynowało jego siostrę, że potrafiła godzinami poprawiać wymalowane na płótnie rysy w próbach uchwycenia jednej konkretnej chwili. On nie miał w zwyczaju zatrzymywać się na tyle długo, żeby dostrzec takie szczegóły – żywiołowy i energiczny, ciągle pędził naprzód, ani nie oglądając się za siebie, ani specjalnie nie rozglądając na boki. Wolał żyć niż się nad tym życiem zastanawiać, często nieświadomie gubiąc w tym wszystkim wartościowe emocje i uczucia.
Dopiero na froncie zaczął doszukiwać się w otaczających go osobach – znajomych bądź zupełnie obcych – czegoś więcej; może podświadomie, może celowo, bo z jakiegoś powodu nie chciał już, żeby byli dla niego tylko anonimowymi sylwetkami, pojawiającymi się i znikającymi w trakcie mrugnięcia powieką. Trochę paradoksalnie; zdecydowanie łatwiej byłoby mu uporać się z wykonywaniem rozkazów, gdyby pozostał przy swoim starym sposobie patrzenia na rzeczywistość, ale działanie na przekór chyba również było czymś, co płynęło w jego żyłach. Nawet teraz przecież zdarzało mu się postępować zupełnie wbrew logice czy zdrowemu rozsądkowi, a przykładów nie trzeba było szukać daleko – jeden z nich stanowił sam fakt wstąpienia w szeregi Ruchu Oporu, powrót do okupowanej Francji, czy zaczepianie prawie nieznajomych dziewcząt w parku.
Szkoła. Kiwnął głową, bardziej do siebie niż do niej, gdy kolejny element układanki zatytułowanej Darcy wskoczył na swoje miejsce. Dosyć niespodziewanie i w dziwnym położeniu; posłał jej zaskoczone spojrzenie, z uniesieniem jasnych brwi przyjmując jej kolejne słowa. – Uczysz? – powtórzył, jakby chcąc się upewnić, czy przypadkiem się nie przesłyszał, chociaż przeczucie podpowiadało mu, że z jego słuchem wszystko było w porządku. Niemniej jednak nie potrafił powstrzymać wyrazu zaskoczenia, kiedy patrzył na swoją towarzyszkę – wydawała mu się o wiele za młoda na posadę nauczycielki. Tego jednak nie chciał wypowiadać na głos. – Czego dokładnie? – zapytał. Naprawdę był ciekawy.
Gdy odbiła jego pytanie, nie odpowiedział od razu, przez kilka długich sekund zastanawiając się milcząco, jakby wybierał między bezpieczeństwem, a szczerością. W końcu zdecydował się na to drugie. – Mój dom – rzucił dosyć cicho, choć wystarczająco głośno, żeby mogła go usłyszeć. – To znaczy, mój dom rodzinny. Nie ta klitka w kamienicy, w której teraz mieszkam. – Starał się uśmiechnąć, ale odległe wspomnienie sprawiło, że kąciki ust za nic nie chciały poderwać się w górę. Natychmiast pożałował, że przywołał duchy przeszłości, teraz krążące nad nim niczym niewidzialne, fantomowe postacie. – Oddałbym wiele, żeby tam wrócić – dodał, tym razem nie kierując tych słów do nikogo konkretnego, a zwyczajnie pozwalając im zawisnąć w chłodnym, marcowym powietrzu. – Ale chyba trzeba po prostu żyć dalej. – Wzruszył ramionami. Rozejrzał się dookoła, odrobinę desperacko próbując znaleźć jakiś inny, bardziej neutralny temat do rozmowy, mimo że niecałą minutę temu samodzielnie wpakował się na pole minowe, z którego nie był w stanie się wydostać. Ratunek jednak nie nadszedł, więc zagłębił się w tymczasowej, niewymuszonej ciszy, mając nadzieję, że Darcy pociągnie rozmowę dalej. A może nie? Koniec końców, milczało mu się również całkiem przyjemnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Czw Sty 05, 2017 11:28 pm

| po zebraniu

Niedziele wcale nie upływały jej spokojniej, niż inne dni tygodnia. Każda wyprawa do kościoła kończyła się sprzeczką z matką, która uważała, że jej najstarsza córka nie powinna chodzić na msze, gdyż jej gorliwa pobożność może zostać źle odebrana. Margot nie miała nigdy odwagi odpyskować jej o tym, jak może zostać odebrana gościnność pani Dubois względem Okupantów; wiedziała doskonale, że za sugestię o kolaboracji mogłaby nawet oberwać w twarz. Gdy jednak udawało się jej już wymknąć do kościoła, uspokajała się i wyciszała, by świadomie i szczerze przeżywać nabożeństwo.
Dziś nie była sama, gdyż w ławce spotkała swoją dawną koleżankę ze szkółki jeździeckiej, Lucille. Dziewczęta łączyła wspólna pasja i przygody z dzieciństwa, ale życie kilka lat temu było proste i beztroskie, a teraz spotykały się tutaj, obie już mocno doświadczone okupacją.
Mimo to, gdy padła propozycja wspólnego spaceru po mszy, Margot nie wahała się ani chwili. Żal było nie wykorzystać kwietniowej pogody i słońca, które już coraz śmielej wyłaniało się zza chmur. Nieopodal kościoła znajdował się Ogród Luksemburski i tam właśnie postanowiły się udać; spacerując alejką i mijając po drodze pary i rodziny, rozmawiały o wszystkim i niczym.
- Co u Ciebie słychać, jak kawiarnia? - chciała wiedzieć panna Dubois, jednak gdyby koleżanka uchyliła się od drugiego członu pytania, wcale nie miałaby jej tego za złe. Nadeszły niedobre czasy dla sklepikarzy i właścicieli własnych lokali - jeśli nie miało się znajomości, można było tylko pomarzyć o godnym dochodzie.
Nie znała podejścia Lucille do spraw związanych z rebelią, a choć lubiła dziewczynę, w dzisiejszych czasach mało komu można było ufać. Postanowiła jednak delikatnie wybadać nastawienie panny Artois przywołując artykuły przeczytane niedawno w gazecie.
- Czytałaś może najnowsze Je suis partout? Myślisz, że to naprawdę Żydzi chcieli się tak narażać na nieprzychylność władzy? - zapytała nieco ciszej, zerkając przez ramię, czy za ich plecami nie znajdował się nikt niepowołany.

_________________
I can't breathe any faster, all the air I wanna capture it's heavy and it hurts my head. If you found me, would you save me? Will I come back from this?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pon Mar 06, 2017 11:01 pm

|przed wydarzeniem w Le Dome

Pogoda w Paryżu stawała się coraz bardziej przyjemna i wiosenna, z coraz to częstszymi przebłyskami słońca wyglądającymi zza chmur, cieplejszymi powiewami wiatru oraz występującymi na krzewach i drzewach pąkami, które już za jakiś czas miały przerodzić się w barwne kwiaty, nadając stolicy Francji odrobinę kolorytu po jakże długiej i wyczerpującej zimie. Madeline musiała przyznać, iż spacer do Ogrodu Luksemburskiego, choć zdecydowanie nie w celu czystej przyjemności, okazał się miłą odmianą dla naprzemiennego ślęczenia w bibliotece oraz we własnym mieszkaniu. Niemalże czuła, jak wraz z promieniami słońca padającymi na jej twarz czy tańczącym w koronach drzew wiatrem wszystko powoli zaczyna budzić się do życia.
Oczywiście nie zakładała, że wraz z nową porą roku również i nastroje w stolicy ulegną zmianie. Wojna zdawała się nie podlegać przecież jakimkolwiek prawom natury, rządząc się własnymi zasadami. Gdyby tak było, większość mieszkańców miasta być może rzeczywiście zaczęłaby żyć nadzieją na lepsze jutro, na wycofanie się wrogich wojsk z ich ukochanego miasta i na zaprzestanie toczących się na frontach walk, które odbierały im mężów, synów, braci, ojców i ukochanych. Niestety jednak, póki co nic nie wskazywało na to, aby sytuacja miała się zmienić, jednocześnie przechylając się na stronę aliantów. Między innymi dlatego właśnie jej kroki prowadziły ją w stronę parku, ubraną w sukienkę w odcieniach brązu, cienki, wiosenny płaszcz oraz z upiętymi w luźnego koka włosami, w które przed samym wyjściem wplotła delikatne stokrotki, zgodnie z poleceniem, które otrzymała w zakodowanej wiadomości.
Szczerze powiedziawszy, początkowo nie była specjalnie zadowolona z faktu, iż w Paryżu zjawi się kolejna osoba, z którą będzie musiała współpracować. Doskonale pracowało jej się samej (nie licząc tego nieudolnego telegrafisty, którego jej przydzielono i który, musiała przyznać, od czasu do czasu okazywał się nawet przydatnym), choć dotychczas tak naprawdę nie miała zbyt wielu okazji, aby w jakikolwiek sposób skorzystać ze wszelkich nabytych umiejętności. Nie miała jednak możliwości się sprzeciwić, dlatego odrobinę niechętnie opuściła swoje mieszkanie udając się we wskazane miejsce, gdzie miała oczekiwać spotkania z nieznanym jej jeszcze mężczyzną. Zaletą całej sytuacji był fakt, iż w Paryżu to ona miała być jego przełożoną, co nie znaczyło więc, że musiała być dla niego nad wyraz miła i uprzejma.  
Bycie kobietą, szczególnie w czasie wojny, która zdawała się niemalże w całości należeć tylko i wyłącznie do mężczyzn, którzy odważnie z bronią w ręku ginęli za swoją ojczyznę i ideały, nie należało do najłatwiejszych zadań. Nawet przed jej wybuchem przez większość jej życia Madeline zdołała zauważyć, że dość często nikt nie traktował jej poważnie. Chociaż pełne prawa wyborcze kobiety w Wielkiej Brytanii uzyskały po pierwszej wojnie światowej, najwyraźniej w żadnym stopniu nie znaczyło to, że nagle stały na równi z mężczyznami, dla których do pewnego wieku były jedynie obiektami podziwu, płcią piękną, na której przyjemnie było zawiesić na chwilę oko. Później natomiast ich miejsce powinno znajdować się w domu, w otoczeniu gromadki dzieci, które należało wychować, gdy tym czasem mężczyźni podbijali świat i wygrywali wojny. Kobiety miały płakać za zaginionymi na frontach mężami, ale nie angażować się zanadto w walkę. Panna Irving nigdy nie potrafiła wpasować się w te standardy. Na dobrą sprawę nigdy nie potrafiła podporządkować się jakimkolwiek narzucanym jej regułom, od dziecka podążając własną ścieżką ku niezadowoleniu rodziców, którzy chyba dość szybko poddali się w staraniach naprostowania niesfornej córki. Czasem zastanawiała się, czy matka jest z niej dumna. W końcu sama postawiła ją w tym miejscu, bezpośrednio przyczyniając się do wysłania jej do Francji. Szczerze powiedziawszy, opinia jej matki była ostatnią, na której jej zależało, choć po części sama była jej wdzięczna. Zupełnie nowa rola i zmiana otoczenia dobrze jej służyły.
W momencie, w którym doszła do Alei Pieszych, nie była jednak Madeline a Valérie i pod takim też imieniem miał poznać ją nowo przybyły do Paryża polski wojskowy, od dnia dzisiejszego podejmujący współpracę z SOE. Bez względu na to, kim był, kobieta nie zamierzała posługiwać się swoim prawdziwym imieniem i to nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Minęły już 3 miesiące, odkąd ostatni raz wypowiedziała je na głos i wiązało się z nim zbyt wiele wspomnień, aby zamierzała w jakikolwiek sposób zmieniać ten stan rzeczy.
Po chwili spaceru wzdłuż alei bez problemu odnalazła pomnik Napoleona III, jak gdyby nigdy nic zatrzymując się przed posągiem, z uwagą przyglądając się zaklętej w kamieniu podobiźnie francuskiego cesarza. Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiała tym bardziej dochodziła do wniosku, iż sytuacja, w której za chwilę miała się znaleźć, być może wcale nie należała do najgorszych.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Pon Mar 13, 2017 10:37 pm

Paryż! Daniel tęsknił za tym miastem. Wprawdzie nie spędził w nim długiego czasu, bo tylko kilka miesięcy, gdy odbywał szkolenie w École supérieure de guerre, ale i ten moment wystarczył by chciał powrócić do stolicy Francji. Nie wyobrażał sobie jednak, że przyjdzie mu znaleźć się tam w takich okolicznościach. Miesiące szkoleń cichociemnych w Largo House spowodowały, że zaczęto postrzegać majora jako bardzo przydatnego w procesie formowania struktur konspiracyjnych. Ci, którzy pomyślnie przeszli jego kurs zostali zrzuceni na tereny Generalnego Gubernatorstwa, albo niebawem mieli się tam dostać. Za to dla majora dowództwo przygotowało inną drogę, którą on aprobował. Uważał, że nie ma obecnie realnej szansy na wyzwolenie Polski, bo znajduje się ona w centrum Europy i jedyną możliwością na jej oswobodzenie jest utorowanie sobie drogi przez niemieckie zasieki.
Żeby tego dokonać należało zmobilizować wszystkie dostępne siły i przeprowadzić masowe uderzenie na Niemców. Wymagałoby to utworzenia nowego frontu na zachodzie, gdzie z powodu walki III Rzeszy ze Związkiem Radzieckim stacjonowało mniej żołnierzy niż by mogło oraz równoczesne liczenie na to, że komunistyczny moloch przeprowadzi udaną kontrofensywę i odwróci losy walk z nazistami. Gdyby do tego doszło Niemcy znalazłyby się w potrzasku, a szala zwycięstwa mocno przechyliłaby się w stronę aliantów.
Jednak sprzymierzeńców łączyła tylko postać wspólnego wroga, więc w takiej sytuacji zacząłby się wyścig o zdobycie Berlina. Wyścig dla Polaków o tyle ważny, że tylko szybkie przedarcie się przez Niemcy i wejście do Polski dawałoby szansę na przywrócenie niepodległego państwa. Wielu zdawało sobie sprawę, że towarzysz Stalin dążył do rozlania komunizmu na cały świat, a pierwszym tego krokiem miałoby być narzucenie swoich wpływów na centralną Europę.
Do dokonania się tego scenariusza prowadziła jeszcze długa, kręta droga, wymagająca olbrzymich nakładów i szukania poparcia w rosnącym mocarstwie zza oceanu. Dodatkowo mogło wpłynąć na nią wiele zmiennych, jak chociażby wynik kampanii afrykańskiej. Tymczasem należało budować ruch oporu we Francji i przygotowywać go na przyszłe uderzenie. To właśnie było zadaniem Daniela. Dotrzeć do Paryża, nawiązać kontakt z innymi agentami brytyjskiego wywiadu rządowego i z ich pomocą pomagać Wolnym Francuzom, zakonspirowanym na terenach okupowanych, lub objętych zarządem podległej Hitlerowi marionetki, którą był Pétain.
Przed zrzutem na terytorium Francji przeszedł serię szkoleń mających na celu wprowadzić go w realia życia w Paryżu. W końcu, na początku kwietnia pożegnał się ze swoją prawdziwą osobowością i przedostawszy się do okupowanego miasta stał się Anotinem Moreau. Nie musiał długo czekać na pierwszą wiadomość od dowództwa. Krótka notka, którą otrzymał dotyczyła osoby, która będzie pomagała mu wdrożyć się w codzienne życie w Paryżu i nawiązać kontakt z Ruchem Oporu. Miała być nią kobieta, którą określono mianem "przełożonej". Musiało być to spore zdziwienie dla Daniela, który zdawał sobie sprawę, że w brytyjskiej armii próżno szukać kobiet oficerów. Dawało mu to podstawę sądzić, że dowództwo brytyjskiego wywiadu rządowego stwierdziło, że będzie służył pod osobą o niższej randze, albo cywilem. Śmiało można by to odebrać za afront, jednak postanowił poczekać z oceną tej decyzji, dopóki nie pozna tego agenta wywiadu.
Siódmego kwietnia wyszedł z mieszkania i ruszył znaną sobie drogą do Ogrodu Luksemburskiego. To właśnie tam miał zacząć się kolejny etap walki o wyzwolenie tak ważnego dla niego kraju. Szedł nieśpiesznie ulicami Paryża, aż dotarł do jednego z najsłynniejszych parków tej części Europy. Niedługo później znalazł się blisko pomnika postawionego na Napoleona III i podszedł do zimnej, kamiennej rzeźby. Stanął obok kobiety, wpatrującej się nieruchomą postać. Również spojrzał na przedstawienie osoby,  która miała przejąć schedę po największym wodzu XIX wieku. Trzeci z Napoleonów doprowadził jednak do porażki, która osłabiła Francję i przypieczętowała los monarchii Bonapartów.
- Czy w l'Etoile dalej grają "Jeanne avec nous"? - zapytał i popatrzył na nią, czekając na odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   Nie Mar 19, 2017 8:01 pm

Jako mała dziewczyna z pewnością nie była typem dziecka, które uwielbiało bawić się w wojnę. Owszem, od czasu do czasu pozwalała się wciągać w tego typu zabawy, głównie przez wgląd na to, iż we wczesnym dzieciństwie wraz z bratem byli niemalże nierozłączni i, nie chcą być pozostawioną na boku, z odrobinę mniejszym zapałem chwytała w dłoń zebrane z ziemi kije, które miały naśladować szablę, i przeprowadzała wraz ze swoim bliźniakiem udawane bitwy, często napędzane opowieściami snutymi od czasu do czasu przez ojca. Zazwyczaj jednak wolała o wiele inne rozrywki, może nie koniecznie zabawę kolorowymi lalkami, która dla niej wydawała się po prostu nudna i pozbawiona sensu, ale na przykład przeglądanie znajdujących się w domowej bibliotece ksiąg, rozszyfrowując je słowo po słowie, nie zawsze rozumiejąc jeszcze, z czym miała do czynienia. Jako że jej dzieciństwo, patrząc na nie z perspektywy minionego czasu, zdawało się być zaplanowanym do każdej sekundy, Madeline nie była zdziwiona, że we wczesnych latach w jej wspomnieniach rzadko kiedy przewijają się jakiekolwiek inne dzieci, z którymi spędzałaby nieliczne wolne chwile. Poza rodziną osobami, które pamiętała, byli głównie nauczyciele języków, gry na instrumentach, jazdy konnej czy różnorakich przedmiotów, którzy pobierając spore sumy od jej rodziców mieli uczynić ją wykształconą i perfekcyjną w każdej dziedzinie, nawet pomimo bycia dziewczynką. Odstawanie od jej brata i brak wiedzy wydawałyby się plamą na honorze jej rodziców, którzy w dość szerokich kręgach towarzyskich chcieli być w stanie pochwalić się dwójką zarówno pięknych jak i inteligentnych i utalentowanych dzieci. Być może udawało im się to do czasu, gdy Madeline nauczyła się mówić i, co więcej, rozumieć, że nie może być doskonała we wszystkim i że tak naprawdę wcale tego nie pragnie, bez względu na to, co wpajali jej od małego rodzice, licząc, iż uczynią z niej jedynie kolejną marionetką.
Gdyby jednak zapytana wtedy, jako mała dziewczynka, o to, gdzie widzi siebie w przyszłości, z pewnością nigdy nie powiedziałaby, że chciałaby przyłożyć się w jakikolwiek do zmiany biegu wojny i to nie tylko dlatego, że wówczas jeszcze nikt nie przewidywał wybuchu wojny w roku 1939. Nie mogła ukryć, iż wtedy miała nazbyt wygodne życie, dużą sypialnię, szafę wypełnioną kolorowymi sukienkami, stos zabawek, gosposie gotujące posiłki i sprzątające pokoje w domu. Nawet pierwsza wojna światowa, która wybuchła gdy wraz z bratem mieli jedynie 4 lata, nie była w stanie ich specjalnie dosięgnąć, bo choć na 4 lata zabrała z domu ojca, zwróciła go wraz z jej końcem. Prawdziwe życie tak naprawdę zaczęło się, gdy opuściła dom i skończyła szkołę, musząc na własną rękę poradzić sobie ze spadającą na nią odpowiedzialnością za samą sobie oraz wszelkimi obowiązkami, które początkowo znacząco ją obciążały. Jednak nawet tego nie dało się porównać do rzeczywistości, w której żyła większość mieszkańców objętych wojną miast i Madeline zaczynała zauważać to dopiero teraz, gdy czasem sama musiała zrywać się wcześnie rano, aby wystawać w sklepowych kolejkach lub obserwować, jak niektórzy wychodzą ze sklepów z pustymi rękoma, a na półkach zaczyna brakować niektórych produktów. Wojna nie próżnowała, odbierając ludziom jedną z większych przyjemności życia, jaką było delektowanie się posiłkami i choć Iriving wciąż uważała, że jej dzieciństwo z czysto psychologicznego oraz emocjonalnego punktu widzenia nie należało do najbardziej idealnych, zaczynała czasem doceniać to, co kiedyś zapewniała jej dość wpływowa rodzina oraz nazwisko.
Stojąc w parku, przypatrując się uwięzionemu w kamieniu Napoleonowi III myślała nie tylko o tym, co sam cesarz powiedziałby na bieżącą sytuację, w której znalazł się Paryż, ale również kim okaże się mężczyzna, z którym do spotkania zdawały się dzielić ją już tylko i wyłącznie krótkie minuty. Nie była przyzwyczajona do takiej roli, zazwyczaj to ona odpowiadała przed innymi ludźmi, wbrew swojemu charakterowi będąc zmuszoną podporządkowywać się innym i grać rolę uległej przed wyższymi autorytetami, jednak myśl o tym, iż tym razem to ktoś będzie odpowiadał przed nią ekscytowała ją aż za bardzo. Miała czystą wizję tego, jakie wrażenie chce wywrzeć, wyznaczając na początek pewne reguły i aż nie mogła się doczekać, aby poczuć w swoich dłoniach pewien rodzaj władzy. Być może odrobinę wyolbrzymiała rolę, która została jej powierzona, jednak nie znaczyło to, że nawet z tą świadomością nie miało sprawić jej to wielkiej przyjemności.
Po krótkiej chwili kątem oka zauważyła zbliżającą się do niej sylwetkę mężczyzny. Nie skierowała jednak w jego stronę swojego wzroku, czekając, aż sam do niej podejdzie i pierwszy rozpocznie rozmowę ustalonym na ten dzień hasłem.
- Tak, jednakże tylko w czwartki o 19 – ktokolwiek wymyślał te hasła, zdecydowanie starał się włożyć w nie wiele kreatywności, Madeline nie była jednak pewna, czy postronny obserwator nie uznałby tego pytania za odrobinę wyrwanego z kontekstu. Na ich szczęście póki co alejka pozostawała pusta i spokojna – Valérie Géroux – powiedziała, wyciągając w stronę mężczyzny rękę, taksując go szybkim i krótkim spojrzeniem – Przejdźmy się – dodała po chwili, nie czekając na jego reakcję ruszając powoli wzdłuż alejki oddalając się od pomnika i zagłębiając w trochę bardziej w spacerową część Ogrodu – Słyszałam, że będziemy razem pracować. Zaczyna pan w poniedziałek, czytelnia otwiera się o 9, jednak wymagane jest, aby przybył pan już o 7 na krótkie szkolenie i zapoznanie z pańskimi obowiązkami. Proszę pytać o panią Tremblay i powoływać się na moje nazwisko, wszystko jest już ustalone więc nie powinno być z tym większych problemów – wyjaśniła, jednocześnie wręczając  mu kawałek papieru z napisanym na nim nazwiskiem, adresem oraz godziną – Przyznam szczerze, iż nie spodziewałam się pańskiego przybycia – kontynuowała odrobinę ściszonym głosem, rozglądają się spokojnie dookoła, nie zaszczycając jednak spojrzeniem swojego rozmówcy – Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać panu standardowych procedur. Nie powiedziano mi wiele, jednak wiem, że oboje różnimy się naszą profesją. Ludzie pańskiego pokroju często zdają się być dosyć porywczy, więc na początek uprzedzam pana – zatrzymała się, przeczekawszy, aż wyminie ich para kobiet pchających dziecięce wózki, jednocześnie spoglądając na Daniela ostrzegawczym wzrokiem, przestępując krok bliżej – to nie jest czynny front, bez względu na to, jakie są pańskie powody, nie strzelamy tutaj do Niemców niczym do kaczek – wyszeptała chłodno wcześniej upewniając się, iż Daniel był jedyną osobą, do której uszu dotarły jej słowa, po czym odwróciła się i znów zaczęła iść powoli przed siebie – Mam nadzieję, że szybko zadomowi się pan w Paryżu. Czy ma pan jakieś pytania? – zapytała odrobinę łagodniejszym tonem, nieznacznie uśmiechając się do samej siebie. Miała nadzieję, iż nie potraktowała go za ostro… chociaż tak naprawdę w żadnym wypadku jej to nie przeszkadzało.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Aleja pieszych   

Powrót do góry Go down
 
Aleja pieszych
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice :: Ogród Luksemburski-
Skocz do: