IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Piwiarnia 'Le Dome'


Share | 
 

 Piwiarnia 'Le Dome'

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Sie 18, 2016 8:38 pm



Piwiarnia 'Le Dome'

W latach przed wojną piwiarnia ‘Le Dome’ była jednym z miejsc, wokół których kręciło się życie towarzyskie dzielnicy pełnej różnorakich artystów. Muzyka dobywająca się z jej wnętrza przyciągała nie tylko paryskich malarzy, muzyków czy pisarzy, którzy nad kuflem wybornego piwa z najlepszych browarów w kraju pracowali nad swoimi dziełami czy rozprawiali wzajemnie na przeróżne tematy, ale również zwyczajnych przechodniów, którzy zachęcani niesamowitą atmosferą zajmowali miejsca przy i tak zatłoczonych już stolikach, aby delektować się smakiem wyśmienitych francuskich alkoholi.
Z początkiem niemieckiej okupacji muzyka na chwilę przycichła, przygasł szmer rozmów a stoliki wydały się puste. Stan ten nie trwał jednak długo i już wkrótce melodia odezwała się na nowo, tym razem w języku niemieckim, a krzesełka wypełniły się niemieckimi mundurami, które powoli przejmować zaczęły władzę w każdym zakątku miasta. Aktualnie piwiarnia wyraźnie lata świetności ma już za sobą i choć nie przyciąga tak szerokiej klienteli jak jeszcze kilka lat wcześniej, wciąż zdaje się prosperować pomyślnie, obsługując głównie niemieckich żołnierzy, którzy po ciężkim dniu pracy szukają odpoczynku nad lampką wina czy szklanką whisky, które cieszą się niemalże taką samą popularnością co piwa, sprowadzane z najznakomitszych niemieckich i francuskich browarów.







Biernacht  9-10.04. 1942

Podsłuchiwanie - na początku rozgrywki, gdy wszyscy są jeszcze względnie trzeźwi, próg podsłuchania rozmowy drugiej osoby wynosi 90 oczek. W miarę upojenia alkoholowego, czyli pojawiających się postów MG, próg ten będzie malał. Jeśli chcecie podsłuchać drugą osobę, rzucacie kostką k100. Wynik ponad progiem oznacza, że udało Wam się wychwycić całą wypowiedź z poprzedniego postu. Wyrzucenie jedynki skutkuje przyłapaniem. Zaznaczajcie, w jakich miejscach się znajdujecie, nie można bowiem podsłuchać kogoś, kto przebywa dalej, niż dwa stoliki.
Oczywista oczywistość: próg nie działa, jeśli osoby rozmawiają bezpośrednio ze sobą (np. aliant z okupantem).

Próg w dniach 23 - 26.02: 90
Próg w dniach 26.02 - 01.03: 90
Próg w dniach 01.03 - 04.03: 80
Próg w dniach 05.03 - 08.03: 70
Próg w dniach 08.03 - 12.03: 60
Próg w dniach 13.03 - 16.03: 50


Poker - odbywa się przy stoliku numer 1. Jeśli chcecie wziąć udział w partyjce, musicie obstawić minimum 10PR z konta swojej postaci i rzucić kością k100. Następnie MG wykona swój rzut, a porównanie nastąpi wobec tej legendy:

100 - poker
99 - 90 czwórka
89 - 80 ful
79 - 70 kolor
69 - 60 strit
59 - 50 trójka
49 - 40 dwie pary
39 - 30 para
29 - 2 - nic; możesz zrezygnować bądź spróbować jeszcze raz
1 - nic; stajesz się pośmiewiskiem żołnierzy zebranych przy stoliku

źródło: tradycyjny ranking układów.
Możecie także obstawiać przedmioty ze swojego ekwipunku. Wygrany zgarnia tyle punktów, ile obstawiał lub równowartość przedmiotu (cena ze sklepiku).




Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Czw Mar 02, 2017 12:06 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Sie 30, 2016 1:32 am

Wciąż nie jestem do końca pewna jak znalazłam się w tym miejscu.
Niby ciąg zdarzeń jest całkiem prosty. Wracałam już do domu, kiedy za ulicy zobaczyłam zbliżającego się wolnym krokiem Bernarda. Próbowałam schować się za najbliższym drzewem i poczekać aż zniknie za rogiem, ale źle wymierzyłam odległość, w efekcie czego z impetem rąbnęłam w pień. Książki wypadły mi z rąk, on pomógł mi je pozbierać, a potem…
A potem wylądowaliśmy tutaj. Z piwem.
Na całe szczęście jeszcze nie rozlanym, ale wolę nie zapeszać.
- Więc… - zaczynam, kiwając przy tym głową, nie jestem najlepsza w całej tej niezręcznej ciszy. Nie mam pojęcia jak zaczyna się takie rozmowy na spotkaniu po latach. Szczególnie w czasie wojny. Nie chcę spytać o coś co nie wypada, a mam wrażenie, że nie wypada pytać o absolutnie wszystko. Jak rodzina? Co jeśli wszyscy zginęli podczas okupacji? Czy służyłeś? To już w ogóle pytanie-zabójca, niezależnie od odpowiedzi. Jeśli tak, przecież nie będę wypytywać o front. Jak nie, zrobi się nieco niezręcznie.
Jakby już nie dało się ciąć atmosfery nożem.
Kiedy spotyka się po latach osobę uprzykrzającą okres dorastania, chce się pokazać z jak najlepszej strony. Ja już na wstępie jestem na przegranej pozycji. Nie dość, że wpadłam na drzewo, nieco przekrzywiając sobie przy tym okulary, to jeszcze ubrudziłam sobie wcześniej spodnie smarem. Nawet jeśli nie widać (wątpię!), to cały czas zerkam na tę plamę, przeklinając w duchu dzień w którym po raz pierwszy sięgnęłam po śrubokręt. W wieku lat sześciu lat.
- Więc… - powtarzam, obracając w dłoni kufel. Dookoła nas siedzi trochę niemieckich mundurów, ale to widok do którego zdążyłam przywyknąć przez ostatnie miesiące. Trzeba tylko trzymać nisko głowę i nie rzucać się w oczy… Co nie jest moją najsilniejszą stroną (im bardziej staram się być dyskretna, tym głośniej wszystko wylatuje mi z rąk), na całe szczęście do tej pory udało mi się uniknąć znaczącej wpadki przed niemieckimi oficerami.
Może to i lepiej, że książki wypadły mi przed Bernardem? Zawsze mogło paść na gestapowca.
- Lubisz ciemne piwo? - zadaje na głos pierwsze pytanie, które nie wydaje mi się w żaden sposób niezręczne. Niestety, równie szybko dochodzi do mnie jego idiotyzm - Przepraszam. Po prostu… Nie jestem dobra w te całe spotkaniach po latach - no i cały czas zastanawiam się czy to nie kolejny żart. Czy to kolejny żart? Może pod stolikiem ukrywają się jego koleżki, gotowi poinformować cały świat o mojej plamie po smarze? Ha! przejrzałam plan! - Ja spytam co u ciebie i co najwyżej kiwniesz głową mówiąc, że w porządku - bo i co więcej można odpowiedzieć na takie pytanie? Potem ty odwzajemnisz zainteresowanie, ja nie powiem wiele więcej i będzie wydawać się, że nagle kufle zyskały nieskończone dno - właściwie, to przyda mi się teraz trochę alkoholu. Trochę dużo alkoholu, tak z pół kufla na raz. I ściągnę wreszcie te durne okulary, i tak nic nie widzę kiedy są idiotycznie przekrzywione - Pracuję w sklepie z narzędziami - dodaję w końcu, nieco kulawo, bo sama nie wiem dokąd miał prowadzić ten mój monolog.
No. To zdrowie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Sie 30, 2016 7:11 pm

Sytuacja, w której się znalazł, przypominała jeden z tych dziwnych, odrealnionych snów.
Pasowało wszystko: po pierwsze, nie mógł w żaden sposób zrozumieć, w którym momencie zaczął śnić. Czy marą był już spacer po chodniku, czy dopiero moment, w którym usłyszał niepokojący hałas, a jego spojrzenie napotkało dziewczynę, pospiesznie zbierającą z ziemi książki? Nie miał pojęcia; wiedział tylko, że zamiast zamykać właśnie za sobą drzwi do mieszkania, siedział naprzeciwko Lou Junge, która wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał – no może jej okulary nie wydawały się już takie duże, jak w liceum. Dookoła nich migało mnóstwo niemieckich mundurów, a odziani w nie żołnierze panoszyli się w najlepsze po piwiarni, która niby była taka, jak dawniej, a jednak zupełnie inna. Kolejny fakt, potwierdzający teorię o śnieniu; w końcu umysł bardzo często miał tendencję do mieszania ze sobą miejsc i obrazów z różnych okresów życia, niekoniecznie mających ze sobą coś wspólnego.
Albo wręcz boleśnie się gryzących.
Wszystko to składało się na wiszącą w powietrzu niezręczność, potęgowaną jedynie przytłaczającą świadomością, że to jednak była rzeczywistość. Dowody były niezbite; w snach nigdy nie potrafił przypomnieć sobie żadnej melodii z dzieciństwa, a teraz jego palce bez problemu wystukiwały o blat prymitywną wersję jednego z wygrywanych przez matkę utworów. Nerwowo; nie potrafił odprężyć się w otoczeniu wroga, obecność gestapowców wywoływała w jego umyśle bolesny zgrzyt i odruch sięgnięcia po broń. Której rzecz jasna nie miał – odczuwał więc coś w rodzaju psychicznego dyskomfortu, przypominającego swędzenie fantomowej kończyny i oczywistą niemożność podrapania się w irytujące miejsce.
A nie chodziło przecież tylko o to; gorsze od uczucia otoczenia było jasne spojrzenie spoglądającej na niego dziewczyny, zdające się palić go w sposób prawie odczuwalny, choć tak naprawdę sam nie potrafił wskazać wyraźnego ku temu powodu. Może nie chciał? Zerkał na nią niemal z niedowierzaniem, mgliście zastanawiając się, skąd brało się jej zdenerwowanie i dlaczego jej wzrok raz po raz uciekał gdzieś w dół, ale w odpowiedzi otrzymywał jedynie znaki zapytania. Jak zwykle; Lou Junge od zawsze stanowiła dla niego niemożliwe do rozwiązania równanie, a choć już dawno zapomniał o głupiej rywalizacji i uczuciu frustracji, która zwykła ogarniać go na jej widok, to wciąż nie umiał przejść obok niej obojętnie. Gdyby było inaczej, to przecież w ogóle by się tu nie znalazł; zignorowałby jej zażenowany uśmiech i po prostu odwróciłby się w drugą stronę, pozostawiając za sobą ją i jej rozsypane książki. Ale coś kazało mu się odezwać i wiedział, że nie wybaczyłby sobie, gdyby chociaż nie spróbował sprawdzić, jak sobie radziła.
Może czuł, że jest mu to winien.
Słysząc jej pytanie, otworzył usta, ale nie zdążyła wypłynąć spomiędzy nich ani jedna sylaba – odpowiedź zatrzymała się gdzieś w pół drogi, onieśmielona wyprzedzającym ją potokiem słów. Słuchał jej w milczeniu, z każdą chwilą coraz wyżej unosząc jasne brwi. Coś niewyraźnego zatańczyło na jego wargach – rozbawienie? – a kiedy w końcu się odezwał, jego ton był zaskakująco ciepły. – Skoro już pierwszą część rozmowy przeprowadziłaś za nas oboje… - Spojrzał na nią znacząco. – Tak, lubię ciemne piwo.
Zabawne, miał wrażenie, jakby atmosfera nagle nieznacznie się rozrzedziła, choć nie była to raczej jego zasługa.
Pracuję w sklepie z narzędziami.
Kolejny zgrzyt, choć niewypowiedziany. Czasami wciąż zdarzało mu się zapominać, że wojna nie rozgrywała się tylko na froncie, a żołnierze nie byli jej jedynymi ofiarami; była też tutaj i zabierała ze sobą plany i marzenia, nie dając nic w zamian. – Jako złota rączka? – zapytał, zanim zdążył się powstrzymać; pytanie wypłynęło spomiędzy jego warg całkiem naturalnie. Jakby od tygodni wcale nie cierpiał na chroniczną niezdolność do prowadzenia normalnej rozmowy. Rozluźnił się lekko, już całkowicie skupiając wzrok na twarzy Lou. Tak było łatwiej – nie widzieć otaczających ich Niemców. I wsłuchiwać się w jej głos, który co prawda stanowił odganiane uparcie echo przeszłości, ale przynajmniej nie brzmiał jak wyrok śmierci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Sie 30, 2016 11:34 pm

- Definitywnie wyglądasz mi na człowieka, który lubi ciemne piwo - stwierdzam z nieukrywaną dumą, rozsiadając się wygodniej na krześle. Chociaż nie jestem przekonana czy za tę wygodę aby nie odpowiada to wypite duszkiem pół kufla piwa. Jak na wielką entuzjastkę tego trunku (i samego „Le Dome”, chociaż ostatnio miejsce nieco straciło na klimacie, pewnie przez te wszystkie szwabskie mundury), to moja głowa wcale nie zalicza się do tych wybitnie mocnych. Są osobniki, które przez całą noc mogą wlewać w siebie wysoko procenowe trunki i nie poczują nawet szmerku w głowie. To powinien być pierwszy test na dobrego szpiega. Przecież nic nie rozwiązuje języka tak jak alkohol. Wystarczy się rozejrzeć. Z każdym nalanym przez Felixa kuflem, mundury dookoła nas rozmawiają coraz głośniej.
Nie, żebym kiedykolwiek dowiedziała się czegoś wartościowego z ich rozmów, bo nie oszukujmy się, nikt poważnej rangi nie zapuszcza się w te okolice. A przynajmniej takie mam wrażenie. Ale kto wie? Może pewnego dnia usłyszę informację na wagę kilku żyć?
Nawet w czasie teoretycznie wolnym ciężko pozbyć się poczucia odpowiedzialności.
Jedno jest jednak pewne. Szpiegiem nie zostanę. Mam na to zdecydowanie za słabą głowę, a na dodatek kompletnie nie potrafię kłamać.
Każdy ma jakieś wady.
Gorzkie to, tak myślę czasem, że żyjemy w czasach w których zachowania uchodzące wcześniej za niewłaściwe - jak kłamstwo na przykład, czy lawiranctwo - są najlepszym gwarantem przeżycia. Szczerość dzisiaj nie jest w cenie. A ja wciąż nie mogę się nauczyć posługiwać inną walutą.
Kto się frajerem urodził, frajerem pewnie umrze - zawsze można skończyć w gorszy sposób.
- Teraz już tak - kiwam głową, lubię opowiadać o sklepie. Nie są to co prawda historie w pełni słodkie, w oczach starszych ludzi wiele strachu i rozczarowania. Widzieli jedną wojnę, nazwali ją wielką, mieli nadzieję, że ich dzieci nigdy nie będą musiały przeżywać podobnego horroru… I najczęściej te dzieci tracą podczas drugiej, jeszcze większej, jeszcze bardziej niezrozumiałej - Trochę kryję pana Pascala, ale ciężko mu się pozbierać po śmierci syna. Lepiej żeby pil w domu niż na zapleczu, skoro to przynosi mu chociaż trochę spokoju - wzruszam ramionami, obracając kufel w dłoniach - A nie przychodzą do nas poważne usterki. Tu naprawić radio, tam nastawić zegarek, żadna fizyka atomowa - jasne, to wcale nie jest szczyt moich marzeń. Plan był zupełnie inny… Chociaż, muszę przyznać, że brałam kiedyś pod uwagę pracę w sklepie z narzędziami. Kiedy miałam dziesięć lat dopadły mnie ponure myśli i strach przed nędznymi nakładami finansowymi na naukę. Stwierdziłam wtedy, w przypływie dziecięcej rozwagi, że jeśli chcę zostać naukowcem, to muszę mieć plan b, na wszelki wypadek/ Został nim sklep z narzędziami. Pewnie dlatego, kiedy z uśmiechem wysłano mnie na urlop dziekański nieokreślonej długości, od razu skierowałam swoje kroki do znanego mi przybytku.
Miejsc do pracy było pod dostatkiem.
- Dobrze wyglądasz - rzucam zanim zdążę pomyśleć. I równie szybko uświadamiam sobie, że znowu palnęłam głupotę. Druga w ciągu ilu, pięciu minut? Widzę, że idę dzisiaj na rekord. Czemu nie, w końcu to już tradycja, ośmieszać się przed Mathieu Bernardem - Znaczy, jak czasy wojenne - tak, to dobry pomysł, dalej grzęznąć w tym temacie, a co - Nie żebyś normalnie nie wyglądał dobrze - tak, to wcale nie pogorszyło sytuacji - Po prostu, obiło mi się o uszy, że służyłeś - nie wybrnęłam z tego z twarzą. To wszystko wina mojego brata, był największą plotkarą jaką spotkałam w swoim życiu, pewnie jak tylko go zobaczył to sięgnął po pióro żeby mnie poinformować o tym niesamowitym spotkaniu.
Jakie były szanse?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sro Sie 31, 2016 10:22 pm

Odkąd tylko wrócił, starał się nie dotykać przeszłości. Trochę irracjonalnie; w końcu to właśnie do niej boleśnie tęsknił przez trzy długie lata, modląc się o powrót do domu do uparcie milczących, jasnych punktów na nocnym niebie. Odgrywał we własnej głowie przypadkowe scenariusze z czasów dziecięcych, szkolnych, młodzieńczych; przewijał pod powiekami znajome twarze, znowu i znowu, tyle razy, że w końcu nie był pewien, które szczegóły miały miejsce naprawdę, a które stworzył sam, stopniowo przekształcając rzeczywistość. Tak czy inaczej – to o Paryżu marzył, znosząc z trudem długie warty w marznącym deszczu i tonąc po kolana w błocie, które po pewnym czasie zdawało się wniknąć w pory skóry na stałe. Zdawałoby się więc, że pierwszym działaniem po znalezieniu się w ukochanym mieście, będzie próba odbudowania dawnego życia, ale nic bardziej mylnego, bo to, co zastał na miejscu, zwyczajnie bolało. Zagłębianie się we wspomnieniach nie przynosiło wcale wytęsknionego ukojenia, a przypominało szturchanie jątrzącej się, niezasklepionej rany, i cóż – przez ostatnie tygodnie zwyczajnie obchodził ją dookoła, nie robiąc nic, żeby dokładniej jej się przyjrzeć, oczyścić i wyleczyć.
Do dzisiaj?
W obecności Lou zdecydowanie było coś oczyszczającego. Może chodziło o tę dziwną, obecnie rzadko spotykaną szczerość w spojrzeniu, charakterystyczną dla osób, które nie miały w zwyczaju kłamać. Albo o trochę lekkomyślną otwartość, z jakiegoś powodu skłaniającą ją do rozpoczęcia rozmowy od zdradzenia kilku informacji na swój temat. Ewentualnie – i to wydawało się najbardziej prawdopodobne – namiastkę normalności stanowił fakt, że ktoś wreszcie (po raz pierwszy od dawna?) nie zapytał go o samopoczucie (mało obiecujące), to, jak sobie radził (nie radził sobie wcale) bądź sytuację na froncie (co już w ogóle zamykało mu usta na następne dwie godziny). Nie, Junge zapytała go o to, czy lubi ciemne piwo. I chociaż jego świat nagle magicznie nie stał się jaśniejszy, to przynajmniej raz był w stanie odpowiedzieć szczerze.
Podniósł do ust kufel, również racząc się sporym łykiem chłodnego napoju, choć kiedy go odstawił, jego naczynie wciąż było bardziej pełne niż jej. Udał jednak, że tego nie zauważył, z zaskakującym zainteresowaniem słuchając o sklepie z narzędziami, pijanym panu Pascalu i naprawianiu radia. Kolejne okruchy normalności. Pozornej – w normalnym świecie Lou Junge robiłaby właśnie doktorat na Sorbonie albo rozszczepiała atomy, czy zajmowała się czymś jeszcze bardziej kosmicznym – ale skoro ułomna rzeczywistość była wszystkim, co mieli, to należało się nią zadowolić.
Na razie. Dopóki nie wyrwą wrogom ukochanego kraju z rąk.
Brzmi świetnie – powiedział. Bez sztucznego entuzjazmu, bo w porównaniu do sprzedawania biletów znudzonym Niemcom i wielogodzinnym wpatrywaniu się w sklepienie głównego holu muzeum (zdążył rozłożyć już na czynniki pierwsze całą konstrukcję), praca w sklepie naprawdę wydawała się co najmniej znośna.
Być może powinien był mówić trochę więcej, ale chyba wciąż nie potrafił; filtr, który umieścił we własnym umyśle, nie przepuszczał wiele, a kiedy już to robił, to dawno po czasie przeznaczonym na odpowiedź, czy podtrzymanie rozmowy.
Z radością jednak słuchał, a chwilowe rozluźnienie spowodowało, że lampki alarmowe nie zapaliły mu się w porę. Niewinne dobrze wyglądasz nie zmusiło go do podniesienia barier ochronnych i dopiero ostatnie słowo wypowiedziane przez Lou, wyciągnęło z niego jakąś reakcję.
Zdecydowanie nieodpowiednią.
Nie zdołał powstrzymać nagłego ściągnięcia się rysów twarzy, które trwało może dwie sekundy, ale było doskonale widoczne. I mogło kojarzyć się z miną kogoś, komu boleśnie nadepnięto na stopę. Odstawił trzymany akurat kufel na blat zdecydowanie za głośno, odruchowo odwracając spojrzenie, ale znajdujące się wszędzie niemieckie mundury w niczym mu nie pomogły. O dziwo jednak, przed oczami nie mignęły mu zacierane z uporem maniaka wspomnienia; wyobraził sobie za to własny pokój, upchniętą pod łóżkiem walizkę i niepozorną kopertę, która płonąc, przepala dno pojemnika, przedziera się przez wszystkie warstwy podłogi, żeby wreszcie wylądować gdzieś w mieszkaniu Blanche, całe piętro niżej.
Mimo że scenka odegrała się w jego głowie całkiem realistycznie i w pełni, to w rzeczywistości milczał tylko chwilę; po kilku sekundach względnej ciszy, znów przeniósł wzrok na twarz Lou i trochę sztywno kiwnął głową. – Ty też dobrze wyglądasz – powiedział, w desperackiej próbie przywrócenia wcześniejszej, względnej swobody. Naprawdę wyglądała ładnie, chociaż nie rozumiał, co stało się z jej włosami – dziwnie jasnymi na całej długości, ciemniejszymi przy samej głowie.
Nadal szukając pomocy, zerknął w dół i wydawało się, że w cudowny sposób ją odnalazł. Sięgnął dłonią do zapięcia tkwiącego na nadgarstku zegarka, rozpiął go jednym ruchem i położył na stole, dokładnie w połowie odległości między nimi. – Myślisz, że byłabyś w stanie go naprawić? – zapytał, kompletnie ignorując fakt, że przy odrobinie zaangażowania zrobiłaby to sam. I że jego rozmówczyni najprawdopodobniej doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Wrz 01, 2016 2:25 am

Przeszłość jest zbiorem dokonanych, nieskończenie krótkich procesów dokonujących się w nieskończenie małych obszarach. Tak mówią teorie mechaniki relatywistycznej, bardzo je lubię. Znacznie bardziej niż teorię klasyczną i wszystkie filozoficzne wywody, o których nasłuchałam się podczas studiów, bo kurs filozofii był obowiązkowy. Lubię myśleć, że w tym nieskończonym zbiorze każdy znajdzie kilka momentów czystego szczęścia.
Tego dziecięcego, nieskrępowanego jeszcze obowiązkami i zetkniętego ze złym światem wewnętrznym.
Moment, w którym ja byłam tak czysto szczęśliwa, to pewna gwieździsta noc pod koniec lata. Miałam wtedy sześć lat, niedługo wcześniej zaczęłam interesować się astronomią i byłam na etapie zapamiętywania wszystkich możliwych map nieba. I miałam tę niesamowitą potrzebę ciągłego o nich opowiadania - odzew był niewielki. Aż jednej nocy zlitował się nade mną Hans. Pomógł mi ukraść koce, wspólnie poczekaliśmy aż zasną rodzice i zakradliśmy się do ogrodu. Byłam z siebie tak dumna za każdym razem kiedy udawało mi się wypatrzeć na niebie kolejny gwiazdozbiór. A nieomal oszalałam ze szczęścia kiedy zaczął spadać rój Perseidów.
Nie pamiętam nawet kiedy zasnęłam - obudziłam się kolejnego dnia we własnym łóżku.
Często wracam do tego wspomnienia. Kiedy byłam młodsza, przed każdym egzaminem stawała mi przed oczami twarz brata, szczerze zainteresowana i zachęcająca mnie do dalszego szukania gwiazd. Wiedziałam, że niezależnie od wszystkiego, mogę na niego liczyć.
Teraz po prostu mnie uspokaja. Nie smuci, to jedno z niewielu wspólnych wspomnień na które nie padł cień jego śmierci. Jest zbyt idealne. Muszę zachować kilka takich zbyt idealnych momentów.
- Jest w porządku - naprawdę jest - To nie praca na uczelni i, niezależnie od tego jak bardzo oszukiwałam się, że będzie inaczej, moje badania leżą w powijakach z dala od Sorbony… ale to dobre zajęcie - w to nie wątpię. Mogłam trafić w znacznie gorsze miejsce. Może i gdybym zatrudniła się w jakimś biurze rachunkowym to płaciliby mi trochę więcej, ale umarłabym z nudów po tygodniu. I co mi wtedy z kilku groszy więcej w kieszeni?
I nie wiem dlaczego ja czasem nie potrafię się po prostu ugryźć w język. Musiałam poruszyć temat frontu, po prostu musiałam, jakiej innej reakcji się na to spodziewałam? Przecież nie historyjek z pola walki! - Przepraszam - nie trzeba mieć wysoce rozwiniętej inteligencji emocjonalnej (wiem co mówię, bo moja mieści się w łyżeczce od herbaty) by poznać, że zupełnie niepotrzebnie popsułam mu wieczór- Nie wiem czemu poruszyłam ten temat, to było idiotyczne - nie spodziewałam się opowiastek z frontu, a jednocześnie trochę chciałam posłuchać o swoim bracie, przecież to się wyklucza. A na dodatek jest strasznie egoistyczne, wstyd mi za siebie - I tylko pogorszam sytuację dalej o tym paplając - w geście rezygnacji chowam twarz na stole, poddaje się, milknę, może dopić swoje piwo w spokoju i zostawić mnie tutaj bym spaliła się ze wstydu.
- O. Dzięki? - prostuje się lekko, słysząc… komplement? To pewnie zasługa włosów - Mogę spróbować - sięgam po zegarek, całkowicie rezygnując przy tym z pozy przerażonej i schowanej myszki - Nie mam przy sobie żadnych narzędzi, zostały w… - kwaterze - w sklepie. Ale jeśli pozwolisz, tam go rozkręcę? - oglądam zegarek z każdej strony, po czym przykładam do ucha, lekko nim potrząsając - Chyba obluzowała się jedna z zębatek mechanizmu. To dość częsta usterka, łatwa do naprawy - i pewnie sam potrafiłby sobie z nią poradzić.
Ale może nie mieć na to czasu, zdarza się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Wrz 01, 2016 4:36 am

Nie miał ochoty wychodzić. Mogło się to wydawać dziwne, biorąc pod uwagę jego brak entuzjazmu w prowadzeniu rozmowy i ogólne napięcie w postawie, które pojawiało się i znikało, ale naprawdę lubił przebywać wśród ludzi. Od zawsze; już jako dziecko nie mógł zbyt długo usiedzieć w zamkniętych ścianach własnego pokoju, w dzień wykradając się na ulice – tam zawsze można było spotkać kogoś ciekawego – a późnymi wieczorami po prostu szukając towarzystwa. Nie potrzebował wymiany zdań, czasami wystarczyło ciche obserwowanie Flavie, stawiającej kolejne barwne linie na płótnie, bądź matki, grającej na dobranoc piękne melodie. Nienawidził samotności, nie czuł się dobrze, za towarzysza mając tylko i wyłącznie własne myśli, a dzisiaj nie chciał pozostawać z nimi sam na sam tym bardziej, choć, paradoksalnie, robił to wyjątkowo często. Ale nie chodziło o to, że nagle obrzydło mu patrzenie na inne osoby; po prostu po drodze wszystko się pokomplikowało i niezwykle trudno było mu wymazać świadomość, że każda z tych cudownych, uśmiechniętych twarzy, mogła przestać istnieć w ułamku sekundy.
Nad czym pracowałaś? – zapytał, choć nie był pewien, czy chciała o tym mówić. Pogrzebane marzenia bywały równie dołujące, co rozgrzebane wspomnienia, chociaż sam chyba nigdy tak naprawdę swoich nie pogrzebał. Nie myślał o tym zbyt często, a jeśli już, to natychmiast ganił sam siebie, ucinając drastycznie rozmyślania, ale czasami łapał się na zastanawianiu, co będzie później. Wtedy, kiedy życie wróci do normalności i do codziennych zmartwień znów będzie należeć wybór nadzienia w bułce drożdżowej albo to, kto ma tym razem pozmywać naczynia. Gdy będzie mógł wreszcie coś stworzyć, zamiast skupiać się na planowaniu zniszczenia. Nie przestał wierzyć, że ta chwila nastąpi, choć oczywiście nie mówił o tym głośno. Na wszelki wypadek, żeby nie kusić losu, ani wszechobecnych, czujnych uszu.
Ale wierzył. W innym wypadku dawno już by się poddał.
Nie przejmuj się – powiedział szybko, gdy jego twarz wróciła już do normalnego wyrazu, a serce przestało łomotać z prędkością stu dwudziestu uderzeń na minutę. Nagle poczuł się źle, że wprawił ją w zakłopotanie; nie zrobiła niczego złego, to nie była jej wina, że był popsuty. Uśmiechnął się, odrobinę słabo, ale szczerze, spoglądając na nią ponad kuflami piwa. – Po prostu… – Wzruszył ramionami, a jego wzrok przesunął się przelotnie po otaczających ich mundurach. Nie potrafił ubrać w słowa tego, co chciał jej przekazać; tego, że nie milczał ze względu na brak zaufania. To znaczy milczał właśnie przez to, ale to nie jej nie ufał, a samemu sobie. Zwłaszcza, gdy zaraz obok byli oni, a on miał wrażenie, że wszystkie niewłaściwe myśli były doskonale widoczne dla świata zewnętrznego, wypisane krwistoczerwonymi literami na jego czole.
Z niejaką ulgą przeniósł całą swoją uwagę na kwestię zegarka, przez moment obserwując, jak Lou potrząsa nim lekko. Pokręcił bezwiednie nadgarstkiem, czując się nagle dosyć dziwnie, gdy zabrakło na nim znajomego ciężaru i miękkiego dotyku skórzanego paska. Przez chwilę – kilka sekund, w czasie których zdążył podnieść do ust kufel i upić z niego kolejny łyk piwa – miał ochotę powiedzieć, że się rozmyślił i jednak poradzi sobie sam, ale finalnie stwierdził, że to dosyć niemądre.
I że nie chciał jeszcze tracić okazji, żeby z nią porozmawiać. – Jasne – przytaknął. Zamknął usta, podczas gdy otaczający ich szmer głosów podnosił się i opadał. – Miałem się zająć tym już dawno – wyjaśnił, nie wiedząc, co właściwie próbował przez to powiedzieć. – Ale nie wiem, mówią, że szczęśliwi czasu nie liczą.
Może on powinien zacząć liczyć. Może jeśli ruszą się wskazówki głupiego zegarka, ruszy się też cała jego rzeczywistość, choć chyba właśnie tego najbardziej się obawiał. Bo jak miał przewidzieć, w którą pomknie stronę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Wrz 01, 2016 11:19 pm

- Mój doktorat miał udowodnić istnienie ciemnej materii i jej wpływu na powstanie Wszechświata - skoro nigdzie, o dziwo, się nie wybiera, to chętnie porozmawiam sobie o nauce. Brakuje mi ich. Brakuje mi długich posiedzeń na seminarium doktoranckim, brakuje kłótni sympozjów naukowych, brakuje atmosfery wzajemnego ścierania się. I rywalizacji. Ale nie tej za wszelką cenę, tej ze wszystkimi chwytami dozwolonymi. W końcu każdemu z nas przyświeca ten sam cel. Znalezienie odpowiedzi na nurtujące nas pytania. A jeśli ktoś udzieli poprawnej szybciej - pozostaje nieskończenie wielka pula problemów wciąż czekających na zbadanie.
Trochę gorzej kiedy ścierają się ze sobą dwie całkowicie odmienne teorie - wtedy po prostu potrzeba czasu. Czas zawsze pokazuje która była słuszna - Ale dzisiaj nie ma miejsca dla naukowców. No chyba, że pasjonuje ich produkcja broni. Najlepiej jądrowej - tak zakładam, że rozczepienie atomu próbuje się wykorzystać do celów militarnych. I to naprawdę mnie przeraża. Nie jestem fizykiem jądrowym, ale czytałam słynny artykuł Lise Meiter z trzydziestego dziewiątego roku. Ilość energii jaką można wytworzyć przy tym procesie jest porażająca. Taka broń mogłaby, chociaż to niewyobrażalne, zmieść całe miasto z powierzchni ziemi. Do tego dochodzi jeszcze kwestia promieniowania, którego skutki ciężko jest jeszcze ocenić (na razie wiadomo, że są, na dodatek bardzo nieprzyjemne), dlaczego ktokolwiek chciałby mieć do czynienia z takim rodzajem technologii? - W czterdziestym zaproponowali mi kontynuację stypendium pod warunkiem zgody na współpracę z niemieckim rządem i zmienienia specjalizacji z astrofizyki na fizykę jądrową. Z promieniowania kosmicznego w końcu broni nie zrobią… - moja twarz na ułamek sekundy zastyga w pełnym przerażeniu - Przynajmniej mam taką nadzieję - to nie jest możliwe. Oczywiście, przez ostatnich kilka miesięcy dość dobitnie dotarł do mnie fakt, że rozwój nauki nierozdzielnie wiąże się z rozwojem wojennej technologii, ale wszechświata nie można w to wszystko wmieszać.
Może dlatego tak bardzo mnie pociąga. Przy jego ogromie jesteśmy niczym, nawet ziarnkiem piasku. Nie mamy na niego żadnego wpływu, jesteśmy mu całkowicie podatni. Wszechświat nie jest ani dobry, ani zły, nie poddaje się moralnym ocenom, nie daje się objąć umysłem. Wszechświat jest niewzruszony, obojętny - nasze istnienie nie ma żadnego znaczenia. Ale jednocześnie, przy tym wszystkim, reguły nim rządzące gwarantują nam nieśmiertelność. Zasada zachowania energii obiecuje, że nigdy nie znikniemy, nie w pełni.
- W każdym razie, kiedy grzecznie odmówiłam, nie pozostało im nic innego jak wysłać mnie na urlop dziekański nieokreślonej długości - i tak właśnie trafiłam do sklepu z narzędziami. Historia jak każda inna. Każdemu wojna pokrzyżowała plany. W Ruchu Oporu każdy jest niedoszłym kimś. Kimś, komu, bez ostrzeżenia, wyrwano własne życie z rąk.
Niczym się nie różnię.
- Rozumiem… Tak myślę - nie wiem co siedzi w jego głowie i co widział na froncie. Ale rozumiem, że nie chce do tego wracać, to normalne. Hans nie pisał dużo o samych walkach. Skupiał się na kolegach z oddziału, wspomnieniach, nigdy planach na przyszłość. Nie swoich. Moich - owszem. Ale im późniejsze listy, tym mniej było jego w przyszłości. Z czasem sam siebie sprowadził do roli opowieści, wujka Hansa żyjącego w historiach dla dzieci.
Czasami czuje się tak samo. Jakby już nie było powrotu do normalności. Nie było przyszłości.
- Też ich nie lubię - wyznaję cicho nad piwem, może to nie najlepsza pora na podobne wyznania - Nie mogę znieść, że są tutaj, spacerują ulicami, a ludzie zdają się nie zauważać żadnych odstępstw od reguły - kumam, że każdy chce żyć dalej, mieć co zjeść na obiad i gdzie położyć dziecko, ale gdyby więcej francuzów się zmobilizowało, gdybyśmy nie siedzieli pod stołami, może udałoby się ich stąd wykurzyć, zedrzeć wszystkie flagi Rzeszy, wsadzić je oficerom głęboko…
Spokój. Zagalopowałam się. Dobrze, że jest się na czym skupić, jeszcze para poszłaby mi uszami i zrobiłabym coś idiotycznego. Po raz kolejny tego wieczoru.
- Nigdy nie rozumiałam tego powiedzonka - przyznaję, przenosząc wzrok z zegarka na Bernarda - Jeśli nie chcesz się z nim rozstawać na dłużej, po prostu wpadnij jutro do sklepu? - proponuję, oddając mu własność - Albo kiedy po prostu ci pasuje, pracuję każdego dnia prócz niedzieli - w godzinach popołudniowych, rano rozszyfrowuję meldunki, ale tego nie muszę mówić na głos. Nie powinnam o tym nigdy mówić na głos - Zrobię to od ręki, będziesz mieć go cały czas na oku - zegarki często są ważnymi pamiątkami, nauczyłam się tego jakiś czas temu.
Może właśnie dlatego, że o czasie trzeba pamiętać. W końcu nie mamy go zbyt wiele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sob Wrz 03, 2016 12:03 am

W jego umyśle niemal od zawsze egzystowały dwie, drastycznie odmienne natury; pierwsza, ta wrodzona, prosta i analityczna, odpowiadała za smykałkę do przedmiotów ścisłych i niemożliwy do powstrzymania odruch rozkładania każdej sytuacji na czynniki pierwsze, które następnie można było obrócić dookoła, obejrzeć z każdej strony i dopiero wtedy dokładnie zrozumieć. Za drugą stronę medalu, trochę oderwaną od rzeczywistości i romantyczną, należało winić rodzinę – wszak gdy dorastało się w domu, w którym oddychało się sztuką, w którym każdą powierzchnię płaską zaścielały obrazy, i w którym wiecznie rozlegała się muzyka napisana przez najwspanialszych kompozytorów, nie można było obronić się przed wykształceniem przynajmniej szczątkowej wrażliwości artystycznej i opanowaniem umiejętności odbierania bodźców nie tylko głową, ale też sercem i duszą. O dziwo jednak, te dwa światy w przypadku Mathieu nigdy się ze sobą nie ścierały; oddzielone perfekcyjnie prostą, inżynierską kreską, istniały w całkowitej niezależności i podczas gdy jeden z nich akurat obejmował władzę nad myślami, drugi potulnie usuwał się w cień.
Ta światopoglądowa separacja powodowała, że chociaż w bernardowej walizce znaleźć można było zakopany głęboko tomik z wierszami, to w kwestiach naukowych oscylował zawsze gdzieś na poziomie powierzchni Ziemi. Nie marzył o odkrywaniu nowych galaktyk i poznaniu całej historii wszechświata od wielkiego bum, po czasy obecne; liczyło się dla niego to, co mógł zobaczyć, zmierzyć, policzyć i wykorzystać, oraz co mogło przynieść realną korzyść jeszcze za jego życia. Jak połączenie dwóch brzegów Sekwany najwspanialszym mostem, jaki zdołano zaprojektować, albo opracowanie takiej konstrukcji, która pozwoliłaby na wznoszenie budynków lżejszych, wytrzymalszych i wyższych. Najlepiej takich, które opierałyby się pożarom. A biorąc pod uwagę aktualne realia, to i odpornych na działanie ładunków wybuchowych.
Tak przynajmniej było wcześniej; teraz wszystko to leżało odłożone na bok i nieco zakurzone, ale niespodziewany kierunek, jaki obrała rozmowa z Lou, jakimś cudem zdołał zdmuchnąć z powierzchni naukowych rozważań nieco pokrywającego ją pyłu. – Ciemnej materii? – powtórzył, nie mogąc nic poradzić na ledwie wyczuwalny sceptycyzm, który zabrzmiał w jego głosie. O dziwo, rozległo się tam też ożywione zainteresowanie, czyli coś, co nie gościło w wypowiedziach Mathieu od bardzo dawna. Wziął do ręki kufel wypitego częściowo piwa, starając się przypomnieć sobie wszystko, czego zdążył nauczyć się na ten temat w trakcie liceum i pierwszego roku studiów, ale nie było tego wiele. – Jak udowodnić istnienie czegoś, czego nie można zobaczyć i co, jeżeli w ogóle jest – podkreślił słowo jeżelito znajduje się tak daleko, że nigdy nie będziemy w stanie tam sięgnąć? – Odchylił się lekko na krześle, spoglądając na nią trochę z ciekawością, a trochę z czającym się w spojrzeniu wyzwaniem.
Nie zdziwiło go wcale, że jej badania musiały zostać przerwane oraz że niemiecki rząd próbował zacisnąć swoje brudna łapska na jej genialnym umyśle. Trzeba było być ślepym, żeby nie zauważyć potencjału, jaki niosłoby posadzenie jej przy równaniach atomowych i milcząco cieszył się, że kazała szwabom spadać na drzewo. – Może już niedługo – mruknął znacznie ciszej, pozornie ze względu na obecność wrogich uszu dookoła, w rzeczywistości – cóż, było to jego rzadko wypowiadane, pobożne życzenie, związane głównie z faktem, że bał się przeciągającej się w nieskończoność wojny. Wiedział – gdzieś podskórnie był nawet pewien – że jeżeli walki będą trwały nadal, to prędzej czy później wróci na front. A ta myśl spędzała mu sen z powiek częściej niż najbardziej przerażające wspomnienia, nawet jeżeli czasami mu się wydawało, że tak naprawdę nigdy znikąd nie wrócił, bo to, co najgorsze, zabrał ze sobą.
Dlatego też odruchowo unikał drażliwego tematu, z ulgą przyjmując jej rozumiem, choć czuł się trochę niesprawiedliwie ze świadomością, że w jakiś sposób ona zdążyła opowiedzieć mu o sporym kawałku swojego życia, podczas gdy on nie dał jej w zamian niczego oprócz zdawkowych pomrukiwań. A powinien. Wiedział, że powinien; miała prawo wiedzieć więcej. Z tym, że na owo więcej składały się rewelacje, które – tak mu się wydawało – nie przyniosłyby nikomu żadnego ukojenia, a jedynie rozdrapałyby stare rany. Jego, czy jej? Na to pytanie nie chciał sobie w tamtym momencie odpowiadać.
Kiwnął bezgłośnie głową, zapobiegawczo odrywając spojrzenie od siedzącego najbliżej nich Niemca, żeby nie sprawiać wrażenia, że rozmawiają o nim. Nie wydawało mu się, żeby ktokolwiek im się przysłuchiwał, ale nigdy nie można było być pewnym, dlatego zanim odpowiedział, również ściszył głos. – Nie mogę się do nich przyzwyczaić – mruknął. To chyba właśnie ta wroga obecność przeszkadzała mu w nowym porządku najbardziej; nie paskudne flagi, nie zamknięte sklepy, wywiezione książki, rozkradzione dzieła sztuki i zakaz wychodzenia z domu po dwudziestej pierwszej. Tamte kwestie były uciążliwe, jednak byłby w stanie jakoś je przełknąć. Ale świadomość, że w jego ukochanym mieście roiło się od zarazy, która w każdej chwili mogła (i robiła to) skrzywdzić ludzi, na których mu zależało, sprawiała, że krew zagotowywała mu się w żyłach. I zapominał wtedy o własnym strachu i powracającej od czasu do czasu ochocie na zagrzebanie się w pościeli i pozostanie tam do końca okupacji (albo własnej śmierci), a zamiast tego z podwójną energią planował odwet, niecierpliwie wyczekując spotkań Ruchu Oporu. – Ale może ludziom się wydaje, że jak będą udawać, że nic się nie zmieniło, to stanie się to prawdą. – On sam nigdy nie wierzył w myślenie życzeniowe. Ani w to, że zaprzeczenie mogłoby przynieść mu jakąkolwiek ulgę.
Zauważył, że w którymś momencie zaczął ze złością zaciskać palce na kuflu, więc zmusił się do ich rozluźnienia, najpierw upijając kolejny łyk piwa.
Ja też nie – przyznał, zawieszając wzrok na zegarku i przez chwilę zastanawiając się w milczeniu. – Może chodzi o to, że jak jesteś szczęśliwa, to nie odliczasz minut do końca bycia nieszczęśliwą.Do końca wojny. Wzruszył ramionami. Tak naprawdę powiedział to tylko w formie bezsensownego usprawiedliwienia, które teraz wydawało mu się jeszcze głupsze niż w chwili, w której opuszczało jego usta.
Podniósł spojrzenie na twarz Lou, a w jego rysach czaiła się lekka konsternacja, spowodowana nagłą realizacją faktu, że od samego początku rozmowy zdawała się bezbłędnie wyczuwać jego emocje i wychwytywać niedopowiedzenia, mimo że mocno się pilnował, żeby zdusić je zanim jeszcze odnalazłyby drogę na usta. Uśmiechnął się z zakłopotaniem, ale pokręcił głową. – Możesz go zabrać, a ja tak czy inaczej wpadnę po niego jutro. Może tak być? – Popatrzył na nią pytająco. Mógł równie dobrze poprosić, żeby przyniosła mu pamiątkę na najbliższe spotkanie Ruchu Oporu, ale…
Nie, właściwie nie wiedział, co nim kierowało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sob Wrz 03, 2016 1:44 am

Przez wszystkie lata edukacji - no może nie wszystkie. Kiedy byłam małą dziewczynką jedynie zachwycano się tym jak pięknie wychodzi mi liczenie i jak ładnie mówię o gwiazdach. Zachwyt trwał od trzydziestu sekund do minuty piętnaście, potem zajmowano się poważniejszymi sprawami. Może gdybym wybitnie grała na fortepianie, potrafiłabym przykuwać uwagę nawet na czas trwania jednego utworu… ale mnie tej uwagi jakoś specjalnie nie brakowało. Nikt nie przeszkadzał mi w czytaniu.
Jednak, odkąd zajęłam się nauką na poważnie, od lat powtarza się ten sam schemat. Po co marnować czas na badanie czegoś, czego i tak nigdy nie zweryfikuję, nigdy nie poznam w pełni, co zawsze rodzić będzie więcej odpowiedzi niż pytań? Profesorowie fizyki zawsze żałowali, że nie zajmę się czymś poważniejszym. Optyką. Kwestią promieniowania. Mechaniką - taki umysł mógłby wiele zdziałać w mechanice, mówili. A kiedy zajęłam się badaniem ciemnej materii, sami astrofizycy zaczęli kręcić nosem. Może w ogóle nie istnieć, mówili, to tylko mrzonka, prosty wybieg mający na celu ratunek wątłych teorii - Typowe! - odpowiadam więc na słowa Bernarda. No, wreszcie zaczyna przypominać chłopaka którego zapamiętałam z liceum. Był dla mnie taki miły, jeszcze chwila i zaczęłabym całkiem poważnie podejrzewać, że to wcale nie on, a doskonały sobowtór - Całe środowisko naukowe powątpiewa w badania Zwickiego i Sinclaira Smitha. Ale ja jestem przekonana, że właśnie ciemna materia jest najlogiczniejszym wytłumaczeniem anomalii które obserwujemy we Wszechświecie. Jej istnienie można udowodnić najprostszymi równaniami Friedmana oraz wszelakimi odchyłami w jego metryce - trzy razy przeliczone! Nikt nie doszukał się błędów w mojej pracy magisterskiej, chociaż cała komisja próbowała podważyć wyniki badań - Badanie Wszechświata ma bezpośrednie przełożenie na zrozumienie wszystkich zjawisk zachodzących na Ziemi. I rozszerza nasze horyzonty myślowe. Może za pięćdziesiąt lat, dzięki poznaniu większej ilości reguł rządzących wszechświatem, będziemy potrafili odbywać loty w kosmos, podróżować ze znacznie większą prędkością, komunikować się z drugim końcem świata… Gdyby nie obserwacja kosmosu, do dzisiaj tkwilibyśmy w ograniczeniach mechaniki klasycznej - a Wszechświat sam w sobie potrafi nadać życiu odpowiednią perspektywę.
Kiedy byłam młodsza, lubiłam marzyć, że nie tylko zdobędę nagrodę Nobla jako najmłodsza kobieta w historii, ale i będę jednym z pierwszych ludzi w przestrzeni kosmicznej. Loty w kosmos to tylko kwestia czasu, jestem tego pewna. Lotnictwo rozwija się z zawrotną prędkością. To naprawdę pasjonujący czas na bycie naukowcem, każdy miesiąc przynosi kolejne odkrycia, napędzające rozwój technologiczny. Nie minęło dwadzieścia lat, a żyjemy w świecie drastycznie różnym od tego naszych rodziców. A dziadków?
Dziadkowie jeździli dorożkami bo auta były co najwyżej konstruktem na czyichś kartkach.
Albo - był to niesamowity czas na bycie naukowcem. I jasne, mówi się, że wojna sprzyja rozwojowi technologii, pierwsza wojna przykładowo rozwinęła system komunikacji radiowej, to jakim kosztem?
Pewnie marzeń. Trzydziesty dziewiąty skutecznie wyleczył mnie z młodzieńczej naiwności.
Została mi po prostu naiwność.
- Może- nie wierzę w to i ten brak wiary coraz częściej słychać w moim głosie. Nie wierzę, że powrót do normalności to kwestia kilku najbliższych miesięcy. Więcej. Nie wierzę w żaden powrót. Nie potrafię wyobrazić sobie, że Paryż, nawet świat - chociaż niewiele go widziałam, prawie nic - wraca do dawnego kształtu. Nie wiem jeszcze co oznacza to dla mnie. Jeszcze nie widzę dla siebie miejsca - Ja też nie. Cały czas czuje się obserwowana - jakbym miała na twarzy wypisane „jestem z ruchu oporu, aresztujcie mnie!”.
Może mam? Może mój przerażony wyraz twarzy i pośpiesznie spuszczany wzrok za każdym razem gdy zza rogu wyłania się jakiś niemiec mówi wszystko?!
- Ja do tej pory wierzę, że jeśli będę wystarczająco mocno chcieć to właścicielka stancji zgodzi się na kota - tyle mam do powiedzenia w kwestii myślenia życzeniowego. Od pięciu lat próbuję wpłynąć na jej decyzję, po braku zadrapań na rękach można wywnioskować z jakim rezultatem - Może być i tak. Ja tam zawsze miałam mocne wrażenie zakorzenienia w czasie - przyznaję, obserwując zaciskające się i rozluźniające palce Bernarda - Jasne, mogę go zabrać. To było całkowicie niepotrzebne założenie z mojej strony - co on ma takiego w twarzy, że cały czas każe mi się tłumaczyć? Mam wrażenie, że popełniam gafę za gafą - Zauważyłam po prostu, że z jakiegoś powodu większość ludzi nie przepada za rozstawaniem się ze swoim zegarkiem. Nie wiem dlaczego pomyślałam, że ty też nie chcesz - na pewno go nie zgubię, o to nie musi się martwić - Przyjdź jutro. Może załapiesz się na ciastka, pani Uriell odbiera swoje radyjko, a lubi przynieść coś na osłodę dnia - a ja lubię kiedy to robi.
Mam słabość do jej ciastek. Wielką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Pon Wrz 05, 2016 2:19 am

Jeżeli ktokolwiek przysłuchiwał im się aktualnie z boku – na przykład znudzony oficer dwa stoliki dalej, albo niski mężczyzna, który na sto procent tylko udawał, że czyta gazetę (Mathieu obserwował go kątem oka, od dwudziestu minut nie przewrócił ani jednej strony) – musiał popadać właśnie w dosyć drastyczną konsternację. O ile, rzecz jasna, w ogóle zrozumiał cokolwiek z naukowego potoku słów Lou, wypowiedzianego szybko idealną francuszczyzną; nawet sam Bernard chwilami musiał mocniej się skupić, żeby nadążyć za błyskawicznie postępującym ciągiem myślowym, nie mówiąc już o objęciu umysłem tego, co się za nim kryło. I, paradoksalnie, im bardziej musiał się starać, tym czuł się lepiej, momentami prawie mając wrażenie, jakby cofnął się o kilka lat wstecz. Oczywiście to było niemożliwe – wtedy nie siedziałby z trajkotającą Junge przy stoliku, sprzeczając się z nią na temat sensu w badaniach kosmosu (co robił bardziej z przekory, niż jakiegokolwiek innego powodu), bo uważałby, że wdanie się z nią w dyskusję jest zdecydowanie poniżej jego dumnego poziomu – ale ten fakt mało się liczył, pozostając gdzieś w zbiorze rzeczy niewypowiedzianych. Liczyło się zresztą niewiele ponad naglącą kwestię technologicznego rozwoju, jaki miała przynieść niedaleka przyszłość. Kwestię, której jakimś cudem udało się wyprzeć sprawy wagi śmiertelnej, umykające na zapomniany tył umysłu Mathieu po raz pierwszy od… dawna. On sam natomiast wpatrywał się w swoją towarzyszkę z mieszaniną zachwytu (skrywanego), niedowierzania (doskonale widocznego) i powątpiewania (podkreślanego przez lekkie kręcenie głową), szukając w jej wypowiedzi pierwszej luki, w którą mógłby wtrącić swoje trzy grosze.
Co wcale nie było takie proste. Okazało się, że przełamawszy pierwszą falę niezręczności (a może właśnie ze względu na nią?), Lou naprawdę dużo mówiła. Nie dziwne, że żadnemu z profesorów nie udało się przegadać jej na obronie pracy magisterskiej. – Zwicky chyba sam w nie powątpiewa, czytałem, że przerzucił się na silniki odrzutowe – mruknął mało merytorycznie, żeby zreflektować się po kolejnym łyku piwa. Im bardziej ubywało go w kuflu, tym łatwiej mu się myślało – albo przynajmniej takie miał wrażenie. – W każdym razie, wydaje mi się, że z tą ciemną materią to jest tak, że na dziurę w tkaninie próbuje się naszyć jeszcze bardziej dziurawą łatę. – Może gdyby astrofizycy przyznali się sami przed sobą, że pierwsza teoria była wadliwa, to udałoby im się wymyślić inną, zamiast maskować luki następną. A przynajmniej tak widział to Mathieu, całkiem wygodnie czując się w swojej nieświadomej ignorancji; być może miało być mu dane dożyć czasów, w których okaże się, jak bardzo nie miał racji i zostanie zmuszony do wysłania Lou bukietu kwiatów z krótkim touché wykaligrafowanym na blankieciku, ale do nich było jeszcze daleko, poza tym – sprzeczka sama w sobie sprawiała mu dziwną przyjemność.
Roześmiał się. – Loty w kosmos? Za pięćdziesiąt lat? – To już naprawdę brzmiało jak poważne bujanie w obłokach i przez chwilę zastanawiał się, czy alkohol nie uderzył jej zbyt mocno do głowy, odbierając co nieco łączności z rzeczywistością. – Jeżeli do tego czasu uda się dotrzeć chociażby do orbity okołoziemskiej, zjem własne buty. – Odchylił się do tyłu. – Po prostu nie rozumiem, po co zajmować się całym Wszechświatem, skoro istnieją tysiące bardziej naglących i ciekawszych problemów znacznie bliżej. – Most Tacoma, który runął pod własnym ciężarem, bo nikt nie był w stanie przewidzieć drgań od wiatru, do dzisiaj spędzał mu sen z powiek.
Krótkie i jakieś dziwnie puste może sprawiło, że zamilkł na dłuższą chwilę, przyglądając się Lou nieco bardziej badawczo. Znów nie potrafił jej rozgryźć; z jednej strony zdawała się pokładać niezachwianą wiarę w możliwości współczesnej nauki, patrząc w przyszłość oddaloną o dziesiątki lat, z drugiej – w jej głosie rozbrzmiewało słabo skrywane powątpiewanie, sugerujące, że wcale nie była taka nieustraszona, jeśli chodziło o ciężar ostatnich wydarzeń. Mathieu z kolei był święcie przekonany, że świat wróci do normalności – nie wierzył jedynie, że jemu samemu uda się zrobić to samo.
Zawahał się. Miał ochotę zapytać, dlaczego zdecydowała się dołączyć do Ruchu Oporu, ale nie miał pojęcia, jak sformułować pytanie, żeby nie wzbudziło podejrzeń ewentualnych nastawionych czujnie uszu. Czasami miał tego wszystkiego dość i wyobrażał sobie, że staje na środku ruchliwej ulicy, krzycząc w niebogłosy, że nienawidzi Niemców.
Pokręcił głową, uśmiechając się trochę cieplej na jej następne słowa. – Może zamiast mocno wierzyć, musisz postawić ją przed faktem dokonanym. Nikt, kto ma serce, nie wyrzuci kota na ulicę – powiedział śmiertelnie poważnie, choć w jego głosie pobrzmiewały też wesołe nuty. Kto by pomyślał. – Nie przepadam. Za rozstawaniem się. – Nie wiedział, dlaczego to powiedział. Specjalnie się nad tym nie zastanawiał, w tamtym momencie nie lustrując spojrzeniem twarzy kobiety, a zawieszając je na zegarku, który był tak wysłużony, że wyglądał, jakby przeżył wojnę. Nie bez powodu. – Ale nie przeszkadza mi, że ty go masz. – A to już w ogóle nie miało najmniejszego sensu i chyba Mathieu sam to zrozumiał, bo kiedy tylko jego słowa wybrzmiały w powietrzu, zajął jedną dłoń kuflem, drugą schował do kieszeni, a wzrok utkwił w wiszącej nad barem liście trunków, która nagle niezwykle go zafascynowała.
Na tyle, że kompletnie przegapił obietnicę załapania się na ciastka. A naprawdę lubił ciastka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Pon Wrz 05, 2016 12:40 pm

Może to jest największy dowód na to, że podczas wojny świat staje na głowie - ja i sam Mathieu Bernard, przewodniczący kółka „Lou Junge na dziwaka dziesięciolecia”, siedzimy z własnej woli przy jednym stoliku, pijąc piwo i sprzeczając się o kwestie naukowe.
I chyba najbardziej osobliwe w całej tej sytuacji jest to, że ta rozmowa sprawia mi ogromną frajdę. Chociaż na mojej twarzy maluje się gotowość do walki, aż zakasuję rękawy, szykując się na kolejną rundę przerzucania się argumentami, to w rzeczywistości nie czułam się tak spokojnie od… odkąd wysłano mnie na przymusowy urlop naukowy.
Kiedy przyszła z frontu wiadomość o śmierci Hansa, zamknęłam się w bibliotece. Od wybuchu wojny spędzałam w niej mnóstwo czasu, tłumacząc wszystkim dookoła, że pracuję nad doktoratem - ale prawda była taka, że pośród książek po prostu czułam się bezpieczniej. Badając mapy nieba sama na jakiś czas unosiłam się w górę. Niepokój o brata malał do rangi drażniącego głosiku gdzieś z tyłu głowy, nie skupiał na sobie wszystkich myśli. Wiedziałam co dzieje się na froncie, nie tyle z listów, co rozszyfrowywanych meldunków, wiedziałam jak niepowstrzymaną machiną wojenną zdają się być niemieckie wojska. Jak doskonałą władają technologią. Jak niełamliwa zdaje się ich Enigma. I w tym wszystkim widziałam swojego brata, rzuconego w wir wojennej zawieruchy, jedynie praca naukowa pozwalała mi uwolnić myśli od frontu.
A kiedy dowiedziałam się, że poległ - nawet szyfry zostawiłam na jakiś czas za sobą, zakopując się w książkach. Chowając się w książkach. I z dnia na dzień to się skończyło. Niemcy zajęli Sorbonę, powiedzieli, że moje badania już nie są potrzebne. Z biblioteki wywieziono część zbiorów, do znacznej straciłam dostęp. Musiałam znaleźć jakikolwiek substytut, coś co pozwoli mi nie zwariować. I pewnie dlatego, z podwójną siłą, zaangażowałam się w działania Edenu.
Ale uczucie niepokoju, żal, nawet głupia tęsknota, to wszystko cały czas we mnie siedzi. Cudowne, przez chwilę się nie bać - a po prostu kłócić się o rolę wszechświata w nauce.
- Naprawdę? - ten Zwicky? - A co z jego poszukiwaniem supernovych i badaniem soczewkowania grawitacyjnego? - taki zawód! Taki żal! Moim wielkim marzeniem jest uściśnięcie dłoni Zwickiego. Nazywają go idealistą i marzycielem, często wyśmiewają jego pomysły, ale według mnie jest geniuszem. Po prostu geniuszem, o niesamowitej intuicji i jeszcze większej wyobraźni - Która niby teoria jest dziurawą łatą? - obruszam się. Teoria Wielkiego Wybuchu? Postulowanie, że wszechświat ulega ciągłej ekspansji, nie jest wieczny i niezmienny, jak wierzono przez setki lat? Przecież to logiczne! Nic w przyrodzie nie jest stałe i niezmienne. Wszystko poddane jest ciągłemu ruchowi, nieustannemu rozwojowi - dlaczego wszechświat miałby być stałą i nieruchomą masą? To jest dopiero dziurawa teoria, skostniała jak wszyscy profesorowie wychowani w tradycji poszukiwania Eteru - Czy ty się właśnie ze mnie śmiejesz? - czy on się właśnie ze mnie śmieje?! - Nie popuszczę ci. Nie ważne, że obydwoje będziemy wtedy zgrzybiałymi staruszkami. Zjesz własne buty! - będę żyć dla tej chwili - Pozwolę ci je, jeśli do tego czasu nie zdenerwujesz mnie bardziej - wątpliwe - ugotować. I użyć soli. Ale pieprzu już nie - okrucieństwo w wykonaniu Lou Junge, brak pieprzu - I przegrasz z kretesem. Zobaczysz. Loty w kosmos to nie tylko jakaś tam bajeczna napisana przez Verne’a. Już w 1919 - mieliśmy wtedy nie więcej niż rok! Rok! - Robert Goddard udowodnił jak przy użyciu paliwa rakietowego wznieść się ponad orbitę - teraz nachylam się trochę, przyciągając go i nieco do siebie, bo nie chcę przykuwać uwagi panoszących się dookoła niemieckich mundurów - Hermann Oberth, ten sam który teraz pracuje nad rakietami dla niemców, przed wojną badał możliwości lotów kosmicznych - trochę przerażająca jest świadomość, że człowiek o takiej wiedzy zajmuje się w chwili obecnej projektowaniem broni, ale zbyt jestem zajęta udowadnianiem Bernardowi, że już powinien wybierać buty które zje na kolację, by się tym martwić - A na sympozjum naukowym w trzydziestym dziewiątym usłyszałam, że jeden z rosyjskich naukowców już na samym początku wieku obliczył wszystkie konieczne warunki rakiety kosmiczne, ale nie udało mi się dotrzeć do jego pracy - czego szczerze żałuję po dziś dzień - Ciebie i twój sceptycyzm czeka sromotna porażka - wyrokuję, dumna z siebie. I nawet niech nie próbuje się wywinąć jakąś przedwczesną śmiercią.
Nawet nie wiem czemu - ale zasmuciła mnie ta myśl.
To pewnie dlatego, że muszę zobaczyć jak zjada własne buty.
- Każdy z tych problemów wynika z reguł panujących we Wszechświecie - wszystkie prawa fizyki które badamy, które pozwalają nam na budowę chociażby mostów, nie byłoby ich, nie byłoby nas, gdyby niewyobrażalnie dalekiej przeszłości nie powstał wszechświat - Te same cząstki elementarne, które powstały podczas Wielkiego Wybuchu zbudowały Ziemię, są w każdym budynku i nawet takim niedowiarku jak ty - pierwsza zasada zachowania energii. Gwarancja życia wiecznego.
Pewnie właśnie dlatego tak bardzo uspokaja mnie nauka. Nawet jeśli wciąż brakuje odpowiedzi, te które już mamy potrafią uspokoić.
- Podobno jest na koty śmiertelnie uczulona. A wolałabym nie wylądować na bruku - chociaż? Przynajmniej miałabym kota, może nie byłoby tak strasznie? - Z drugiej strony, przed wojną nie pozwalała na nocowanie żadnych mężczyzn, ba, nawet z wizytami miała problem, a teraz w ogóle jej to nie oburza - i nagle moja twarz staje się czerwona jak kostka brukowa, bo uświadamiam sobie co właśnie powiedziałam - Nie, żebym jakichkolwiek nocowała! - prostuję prędko, ale równie szybko uświadamiam sobie, że to nie jest do końca prawda - Znaczy, czasem śpi u mnie Hugo i mały Thierry, ale nigdy nie ze mną - o nie, plączę się w tym coraz bardziej, dlaczego brnę w ten temat? Czemu nie mogłam być spoko Louisą, która ot tak rzuca komentarzami w stylu „mężczyźni mogą u mnie nocować”, nie przejmując się jak może zostać to odebrane? Dlaczego muszę być typową Lou?! - To jest, mały Thierry śpi ze mną, a Hugo na podłodze. Na poduszkach. Żeby nie było mu zimno, to stara kamienica… - i żeby przerwać swoje niepotrzebne paplanie upijam nieco piwa. A szło już tak dobrze. Nie mogliśmy pozostać tylko przy temacie nauki?
Pewnie dlatego tak bardzo zdziwiło mnie jego… stwierdzenie. Odkładam kufel, a moje usta układają się w idealne okrągłe ze zdziwienia - O - i cisza. Popisałam się dzisiaj całą plejadą gaf i niezręczności, a wciąż ufa mi na tyle by powierzyć własny zegarek. Śmieszne to uczucie, lekko łaskoczące. Przyjemne. Chociaż znowu moja twarz przypomina kolorem cegłówkę - Jeśli coś będzie nie tak, to oddam ci własny przydział ciastek - próbuję zażartować, ale trafiam jak kulą w płot.
Aż mam ochotę walnąć głową o stół.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Pią Wrz 09, 2016 11:48 pm

Od momentu, w którym przekroczyli próg piwiarni do chwili obecnej, nie wiedział, dlaczego rozmowa z Lou sprawiała, że czuł się inaczej. I to w tym dobrym sensie – nie nieswojo czy niepewnie, nie jakby stąpał po śmiercionośnym polu minowym albo próbował uniknąć zdemaskowania, a po prostu… normalnie? Tak określiłby to jeszcze kilka lat temu, dzisiaj nie miał pojęcia, co właściwie oznaczało to słowo; był za to pewien, że jeżeli gdziekolwiek powinien był się tak czuć, to na pewno tym miejscem nie był lokal po brzegi wypełniony Niemcami, którzy właściwie mogliby zastrzelić go w każdej chwili, nie zostając pociągniętymi do żadnych konsekwencji. A jednak, wydawał się być prawie rozluźniony, a przecież wcale nie wypił tyle, żeby móc zrzucić winę na karb upojenia alkoholowego. Mentalnie był zresztą całkowicie trzeźwy, myślało mu się jasno, sytuację oceniał klarownie – tylko w środku było mu jakoś tak nietypowo i spokojnie.
Prawda dotarła do niego dopiero po dłuższej chwili, wywołana z ukrycia przez coraz bardziej rozentuzjazmowany słowotok siedzącej przed nim kobiety. Uświadomił sobie nagle – i świadomość ta była podszyta jakąś odległą nostalgią – że nie pamiętał kiedy po raz ostatni widział kogoś przejętego czymś tak prowizorycznym, jak losy Wszechświata. Wszyscy, którzy go otaczali (wliczając w to jego samego) zdawali się od miesięcy funkcjonować na całkowitym emocjonalnym wyciszeniu, ożywiając się jedynie wtedy, gdy mowa była o wojnie. Cała reszta odeszła na odległy plan, niedostępny i oddzielony szczelną zasłoną, przez co miało się wrażenie, że świat zawisł w niemym oczekiwaniu. Szamocząc się gdzieś pomiędzy strachem, nienawiścią i wycinkami z gazet, ludzie zapominali żyć i być może dlatego tak trudno było im wypchnąć z kraju wroga, bo każdą rzecz wartą walki pogrzebano już pod gruzami beznadziei. On sam przecież zaangażował się w Ruch Oporu głównie dlatego, żeby nie oszaleć, nie potrafiąc znieść przedłużającej się bezczynności, która pozostawiała go sam na sam z myślami. A może wystarczyło przypomnieć sobie, że poza tym przerażającym, światowym konfliktem, istniało coś jeszcze?..
Wzruszył ramionami, upijając piwo, którego resztki zatańczyły gdzieś w pobliżu okrągłego dna. – Może buduje rakietę, którą poleci w komosalbo taką, która w razie potrzeby zmiecie któryś kraj z powierzchni Ziemi. Przysunął swoje krzesło bliżej stolika, nachylając się do przodu i opierając łokciami o blat, gotów do podjęcia dalszej walki. – No bo z wami to tak już jest – mruknął, jednocześnie cicho parskając. – Jak inżynierowi zawali się budynek, to od razu stwierdza, że obliczenia były do kitu i robi wszystko, żeby znaleźć błąd i go wyeliminować. – Zastukał palcami o gładkie drewno. – Astrofizyk z kolei oblicza sobie, że galaktyki powinny poruszać się z taką i taką prędkością. Później bada ich ruch i stwierdza, że poruszają się z inną. Ale zamiast sprawdzić, co spieprzył – odchrząknął, przypominając sobie, że wciąż rozmawiał z przedstawicielką płci pięknej – co skopał, to wymyśla sobie, że to wszystko wina masy, która jest, tylko po prostu jej nie widać. – Wyprostował się, z takim wyrazem samozadowolenia odmalowanym na twarzy, jakby właśnie udowodnił jakąś skomplikowaną naukową teorię, a nie próbował podważyć coś, o czym tak naprawdę miał niewielkie pojęcie.
A później już się tylko śmiał. I nie potrafił przestać, nawet na dźwięk oburzonego głosu Lou, która z absolutną powagą udzielała mu pozwolenia na sól, ale na pieprz już nie, i wysuwała kolejne argumenty z zaciętością, która naprawdę wskazywała, jakby walczyła właśnie na śmierć i życie. Nie, wcale nie chciał jej urazić, w jego rozbawieniu nie było też niczego złośliwego; właściwie sam nie potrafiłby wyjaśnić, gdzie ta nagła wesołość miała swoje źródło, ale nad żadnym wyjaśnieniem i tak nie rozmyślał, skupiony bardziej na śledzeniu zmieniającej się mimiki, która idealnie odzwierciedlała wszystkie emocje właścicielki, jakby te kotłowały się bezpośrednio pod cienką skórą. Uspokoił się dopiero – względnie – gdy przyciągnęła go bliżej, choć wiązało się to bardziej z zaskoczeniem niż z przestrachem. Oraz z nowym bodźcem w postaci delikatnej woni piwa, mieszającej się z czymś świeżym, co było jednocześnie nowe i znajome.
Uniósł dłonie w geście kapitulacji. Po ustach nadal błąkał mu się nieco zbyt szeroki uśmiech. – Dobra, dobra! Może kiedyś polecimy w kosmos. – Wątpliwe, ale niech jej będzie. – Ale prędzej za dwieście pięćdziesiąt lat niż pięćdziesiąt. W każdym razie, żadne z nas tego nie doczeka, więc będę mógł wypomnieć ci na łożu śmierci, że nie miałaś racji. – Chyba nie powinien żartować na temat śmierci, ale w tamtym momencie wydawała się równie odległa, co przeklęta ciemna materia. – A niedowiarkiem być przestanę, jak mi te cząstki pokażesz – zawyrokował, odchylając się na krześle i wreszcie strzepując z siebie resztki niemądrego rozbawienia.
Być może pomogła mu w tym zmiana tematu. Albo imię, którego wolałby nie usłyszeć. Na pewno nie w kontekście, w którym padło. – Hugo? – powtórzył jak echo, przez chwilę mając nadzieję, że wcale nie mieli na myśli tej samej osoby. Ale jakie były szanse?.. Chyba się skrzywił, choć bardzo starał się tego nie zrobić, przypominając sobie stanowczo, że to nie była jego sprawa. I że Lou, gdyby chciała być sprawiedliwa, to powinna unikać raczej jego niż Voltaire’a. Racjonalizacja podziałała jednak średnio, więc podniósł kufel do ust, który nagle zrobił się pusty. Nadal nie wiedział jednak, co powiedzieć, a ponieważ nie chciał, żeby było to coś, czego później by żałował, to po prostu nie powiedział nic.
Oprócz tego głupiego zegarkowego wyznania.
Prawda była taka, że doskonale wiedział – nawet jeżeli sam przed sobą udawał, że nie miało to żadnego znaczenia – kiedy dokładnie zegarek się zepsuł. Wiedział, bo spojrzał na niego na sekundę przed tym, zanim przestał działać, a połyskująca w słońcu tarcza, wskazująca na pierwszą trzynaście, była ostatnim obrazem, który zapamiętał, zanim wroga kula dotarła do jego klatki piersiowej, a gdzieś obok eksplodował ładunek wybuchowy. Kiedy obudził się wiele dni później, po długim balansowaniu na granicy życia i śmierci, zauważył, że wskazówki wciąż tkwiły na dokładnie tej samej godzinie i gdyby wierzył, że za wszystkim czaiło się ukryte znaczenie, a Wszechświat naprawdę kierował ludzkimi ścieżkami, pomyślałby, że to dlatego, że jego życie również w pewnym sensie zatrzymało się w miejscu. Czy mimo upływu miesięcy wciąż nie miał wrażenia, że jakaś jego część została na froncie, pozostawiając po sobie ziejącą pustkę? Nie zagłębiał się jednak w te rozmyślania, ani wcześniej, ani teraz, bo jeżeliby to zrobił, doszedłby do absurdalnego wniosku, że właśnie powierzał w ręce Lou coś więcej, niż tylko zwyczajny zegarek.
A to przecież była nieprawda.
Powrócił do niej spojrzeniem, uśmiechając się całkowicie szczerze, jakby zupełnie zapominając o fali niezręczności, którą przed sekundą sam wywołał. – Nie kuś, bo jeszcze specjalnie zacznę udawać, że coś jest nie w porządku – ostrzegł, ze zdziwieniem stwierdzając, że przez ulotną chwilę miał ochotę porozmawiać z nią naprawdę. Na szczęście jeden rzut oka na powpychanych w każdy kąt pomieszczenia Niemców sprawił, że bardzo szybko otrząsnął się z tej sekundowej słabości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sob Wrz 10, 2016 10:23 pm

Muszę wierzyć, że poza wojną istnieje coś jeszcze.
Moja mama zawsze powtarzała, że nawet po największej burzy wychodzi słońce. Nie wierzyłam.
Będąc małą dziewczynką bałam się piorunów, wystarczył błysk na horyzoncie czy pomruk grzmotu bym chowała się pod własne łóżko, drżąc z przerażenia. To jedna z tych historii o których Mathieu Bernard nigdy się nie dowie. Mama zawsze uspokajała mnie mówiąc, że po każdej, nawet największej burzy wychodzi słońce.
Miała rację, słońce w końcu wychodziło.
Ale nigdy jej nie wierzyłam.
Pomógł w końcu fort z poduszek i prześcieradła wybudowany przez Hansa. Chowałam się w nim przez całe dzieciństwo, choć im byłam starsza, tym częściej budowaliśmy go dla zabawy, niż z rzeczywistej potrzeby.
Teraz wolę słuchać swojej mamy. I wierzyć, że ta wojna kiedyś się skończy.
Może nie dla mnie. Kiedy potrafię wyobrazić sobie loty w kosmos, przenośne radiostacje, maszyny wykonujące skomplikowane obliczenia w kilka sekund, nie potrafię przywołać obrazu powrotu na Sorbonę. Obrony doktoratu, pracy naukowej. Tych wszystkich rzeczy, mniejszych i większych, jakie planowałam przez lata młodości. Bo plan był prosty. Zdobyć wykształcenie, odkrywać tajniki wszechświata. Z czasem dochodziły kolejne elementy. Wychowanie Thierry’ego na dobrego człowieka na przykład. Wyjazd na stypendium naukowe za ocean. Czasami myślałam, że kiedy już osiągnę stosowny wiek to osiądę na wsi. Tam najpiękniej widać gwiazdy. Zostanę jedną z tych samotnie mieszkających staruszek, zapraszających na herbatę miejscową młodzież i opowiadającą szalone historie. W domu będzie zawsze miejsce dla mojego brata ze swoimi dziećmi czy małego Thierry’ego i jego rodziny. No i, co najważniejsze, wreszcie zaadoptuję jakiegoś kota. Taki był plan. Jasny, przejrzysty, łatwy do osiągnięcia. Teraz go nie ma. Ale wojna kiedyś się skończy. Nie będzie jak dawniej, ale ludzie wyciągną wnioski. I zbudują lepszy świat. Rozwiną technologię, ułatwiając sobie życie, rozwiną naukę, odpowiadając na rodzące się wątpliwości. Nie może być inaczej.
Po burzy musi wyjść słońce, bo forty bez Hansa nie działają. Wiem, próbowałam.
- Prędzej jakąś bombę - mruczę. Tego w wojnie nie lubię najbardziej. Wykorzystywania nauki w roli pionka. Która strona będzie lepiej szyfrować, która stworzy lepszą broń, szybszą, nie wykrywalną, bardziej śmiercionośną. Chyba z tym jest mi się ciężko pogodzić, że wygra strona, której uda się zbudować coś, po czym druga się już nie podniesie.
Ale teraz o tym nie myślę. Wolę się skupić na tym by utrzeć ten zarozumiały nos Bernarda. I ten jego uśmieszek, o co chodzi z tym uśmieszkiem? Jestem pan przystojny, zamrugam tymi długimi rzęsami i się kpiąco uśmiechnę, na pewno stracisz wszystkie argumenty - Oj, nawet nie wiem gdzie zacząć, tak bardzo się mylisz - na mnie nie podziałają takie numery! - Potrzebuję do tego drugiego piwa - moje też już żałośnie kołysze na dnie, to chyba pora na dolewkę. Bo jeśli sobie myśli, że teraz go puszczę to się grubo myli. Znowu! - Stawianie budynków a badanie Wszechświata to dwie zupełne inne rzeczy. Inżynieria opiera się głownie na prostych zasadach mechaniki klasycznej, które nijak mają się do rozwoju stale rozszerzającego się kosmosu. Są błędne teorię, ale to najczęściej te szalone, podważające te wyglądające na racjonalne, okazują się prawdziwe. Spójrz… Spójrz na Eter. Próbowano udowodnić jego istnienie przez pół stulecia, wreszcie Einsteinowi udało się je podważyć, po czym okazało się, że światło wcale nie jest falą, nie w pełni, nie potrzebuje substancji w której musi się poruszać - aż mi zaschło w gardle, ale mam kolejne argumenty! - Nie można myśleć też, że jedna odkryta reguła bezsprzecznie odpowie na wszystkie pytania. Odpowiedzi bywają różne. Dzięki zakrzywieniu orbity Urana wyliczono matematycznie, że jest jeszcze jedna planeta - i okazało się, że tak, dzięki temu mamy Neptuna. Ale próbowano tego samego przy Merkurym, powód zakrzywienia orbity był zupełnie inny. I Astrofizycy potrafią przyznać się do błędów - a przynajmniej, inni astrofizycy z przyjemnością im te błędy udowadniają - Ale, jak na razie, w teorii o ciemnej materii wszystko się zgadza - aż zachrypłam z tych emocji, na policzkach pojawiły się wypieki i oczy mi się pewnie świecą jak jakiejś wariatce z dworca kolejowego, co z tego, punkt dla mnie!
A przynajmniej tak myślałam, kiedy ten zaczął się śmiać. Tak mnie zdezorientował, że w końcu sama wybuchłam śmiechem - i może gdybym nie była tak nim zajęta, zdziwiłaby mnie jego swoboda - Ty na pewno nie polecisz, nie zabiorę cię ze sobą - no dobrze, to zabrzmiało zbyt ostro - Najpierw musisz sobie zasłużyć - na przykład kupując kolejne piwo. I niech się odgraża, ale zobaczymy kto co komu będzie na łożu śmierci wypominał. Nie będzie litości, nie ważne, że będziemy starzy i pomarszczeni, będę trzymać jego rękę i pomiędzy jednym a drugim pożegnaniem przypomnę, jak bardzo się mylił - Pokaże ci je nawet dzisiaj! - marszczę brwi, trochę się pośpieszyłam - Na mapie mogę pokazać ci je dzisiaj. Mój teleskop nie działa jeszcze najlepiej, brakuje mi soczewek. Ale możemy odwiedzić planetarium, wciąż jest otwarte - i pokaże mu więcej niż tylko ciemną materię, a przynajmniej miejsce w którym powinna się znajdować. Nie same cząstki, bo jest zwana ciemną nie bez powodu… Nawet jeśli mi nie uwierzy, to gromada Coma jest tak piękna, że zamknie mu te pełne usta chociaż na chwilę. Jestem tego pewna.
Za to nie wiem skąd wynika jego nagłe… nawet nie wiem co - Hugo. Voltaire. Przyjaźnimy się od liceum? - w moim głosie słychać nutę niepewności, bo nie wiem skąd to skrzywienie na jego twarzy - Śpi na podłodze - powtarzam, przygryzając wargę. Już powoli zaczęłam przyzwyczajać się do tego, że przez większość czasu nie wiem co Bernardowi chodzi po głowie.
Może za bardzo kombinuję, może motywem są po prostu ciastka?
- O nie szanowny panie Bernard, tak się nie będziemy bawić, ciastka rzecz święta - nie wiem dlaczego wydawało mi się, że porozmawiamy jakoś inaczej, poważniej? Czemu miałby tak ze mną?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Pon Wrz 12, 2016 7:24 pm

Największym kłamstwem, jakie wmówiono mu w dzieciństwie, było fałszywe przekonanie, że można było dokądkolwiek wrócić. Wrócić. To słowo samo w sobie było abstrakcją, bo przecież czas nigdy się nie cofał, zawsze biegł do przodu, bez względu na to, czy ludzie się z tym zgadzali, czy nie. Jeśli nie, to po prostu ich omijał, ale nigdy się nie zatrzymywał, a już na pewno po nikogo się nie wracał.
A jednak kiedy trzy lata temu wyjeżdżał na wojnę – jak dziwnie, mgliście i podniośle to wtedy brzmiało! – był przekonany, że wróci. Do domu, do Paryża, do rodziny, do przyjaciół; gdyby tylko przeszło mu przez głowę, że nie będzie to możliwe, i że jego ukochany świat zmieni się nie do poznania, najprawdopodobniej nigdy nie postawiłby stopy poza granicami stolicy. Gdyby tylko podejrzewał (ale jakżeby mógł?), że ci sami Niemcy, z którymi jechał walczyć, rozpełzną się jak robactwo po jego ukochanych uliczkach, wepchnął swoje paskudne cielska do jego domu, zabiorą mu siostrę, namieszają w głowie ojcu, powieszą flagi na budynkach, które jako dziecko podziwiał, zostałby tutaj, broniąc tego, co kochał, zamiast gonić za chwałą, której na froncie i tak nie odnalazł. Nie, nie łudził się, że własnoręcznie powstrzymałby najeźdźcę przed opanowaniem Francji, ale może przynajmniej powstrzymałby go przed rozbiciem jego rodziny; zamiast tego rozbił się sam, umierając odrobinę za każdym razem, gdy wystrzelona z jego pistoletu kula przeszywała ciało kogoś innego, czasami młodszego od niego, czasami widocznie słabszego, zawsze tak samo przerażonego ostatnią chwilą.
Dlatego właśnie nie wierzył, że uda mu się gdziekolwiek wrócić. Owszem, wojna miała się skończyć, z takim czy innym wynikiem, świat miał podnieść się z gruzów, a ludzie mieli przestać zabijać się i ranić nawzajem, ale naiwnie było sądzić, że wszystko rozpocznie się od punktu wyjścia, od zapisanego w historii momentu, od trzydziestego dziewiątego. Jedyną drogą była ta do przodu, i gdziekolwiek go miała doprowadzić, na pewno nie było to to samo miejsce, do którego planował dotrzeć, zanim pojawiła się informacja o powszechnym naborze do armii. I ta niewiadoma przerażała go chyba jeszcze bardziej, niż perspektywa utknięcia w chwili obecnej.
A przynajmniej zazwyczaj, bo dzisiaj tak jakby bał się jej trochę mniej.
Czy może raczej po prostu z jakiegoś powodu o niej nie myślał, nie sięgając wyobraźnią dalej niż kilka najbliższych godzin. No, może dni. – To zastanów nad tym chwilę – powiedział, wprost nie mogąc doczekać się, żeby usłyszeć kolejną falę niepodważalnych argumentów. – Bo ja będę potrzebował drugiego, żeby to przetrawić. – Podniósł się z miejsca, jednocześnie zgarniając z blatu dwa puste kufle; obejrzał się za siebie tylko raz, po czym, lawirując między stolikami, ruszył w stronę baru. Zamówił dwa kolejne piwa i wrócił z nimi kilkanaście sekund później, bez niepotrzebnego ociągania, starając się nie słuchać docierającego do niego szmeru niemieckich rozmów, z których i tak zrozumiałby co piąte słowo. Przy dobrych wiatrach.
Opadł z powrotem na swoje krzesło, jeden kufel podsuwając Lou, z drugiego upijając łyk piwa. Nie mylił się, sądząc, że czekał go kolejny, długi wykład, ale tym razem wcale nie szukał pierwszej lepszej okazji, żeby się wtrącić. Po pierwsze, argumenty tak naprawdę skończyły mu się już chwilę temu – nie był fizykiem, wiedział tyle, ile zdążył przeczytać w naukowych czasopismach albo usłyszeć na dodatkowych wykładach, czyli niewiele. A już na pewno nie więcej niż jego rozmówczyni. Po drugie, gdzieś między teorią Einsteina, a odkryciem Neptuna, nawiedziła go zupełnie inna myśl, odbierająca mu nagle chęć do dalszej sprzeczki.
Po trzecie, trudno było mu się skupić, gdy przed sobą miał błyszczące oczy i zaróżowione policzki Lou, choć ta ostatnia kwestia – na szczęście! – pozostawała daleko poza zasięgiem jego świadomości.
Gdy przestała mówić, nie rzucił się od razu w wir rozmowy, a przez dłuższą chwilę milczał, przyglądając się jej jakby z zastanowieniem. Gdyby był w stanie się tym przejmować, na pewno zauważyłby, że zachowuje się co najmniej dziwnie, ale był zbyt zajęty rozważaniem kolejnej wypowiedzi, żeby zwracać uwagę na to, co mu wypadało, a co nie. – Dlaczego nie zajmujesz się już tym doktoratem? – zapytał w końcu, całkowicie ignorując wszystko, co przed chwilą mu wyłożyła. Czy raczej – przyjmując do wiadomości, bo jej słowa dotarły do niego całkiem wyraźnie. – Przecież masz to już wszystko przemyślane. Wiem, że zamknęli ci badania, ale przecież kiedyś je przywrócą. – I znów te powroty. Zabawne, ale wcale nie dostrzegał w tym wszystkim własnej hipokryzji. – Możesz pracować nad tym sama, a później, gdy wszyscy inni dopiero będą się budzić, powiesz: ha! Spóźniliście się. – Wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że nie było to takie proste, jak mogłoby się wydawać, ale przecież nie chodziło o zwykłą osobę, a o dziewczynę, która przeskoczyła dwie klasy liceum, i która przez całe życie udowadniała wszystkim, że może.
Dobrze, że ich rozmowa krótko później zeszła na feralne loty w kosmos, bo jeszcze by pomyślała, że Mathieu jest pod jej wrażeniem.
Skąd pomysł, że chciałbym z tobą lecieć – oburzył się, nadal trochę rozbawiony, choć teraz już chyba bardziej udzielał mu się jej wybuch śmiechu, niż jego własna wesołość. – Pewnie coś poszłoby nie tak i utknęlibyśmy na orbicie na wieczność. – Otworzył szeroko oczy w udawanym przerażeniu, jak gdyby perspektywa spędzenia z nią takiego ogromu czasu była najgorszą rzeczą, jaką był w stanie sobie wyobrazić. I była. Przecież wciąż chodziło o Lou Junge, irytującą dziewczynę z liceum, pannę wiem-to-wszystko, której obecności w tym samym pomieszczeniu nie potrafił znieść. Tak naprawdę nie była nikim niezwykłym, był o tym przekonany.
No, przynajmniej dopóki nie wspomniała o teleskopie, sprawiając, że trochę za szybko przełknął ostatni łyk piwa i przez kilka strasznych sekund myślał, że bursztynowy płyn pomylił drogę i zamiast do żołądka, spłynął mu prosto do płuc.
Odkaszlnął cicho, dyskretnie ocierając oczy, które odrobinę zaszły mu łzami i głośno odstawiając kufel na blat. – Teleskop? – powtórzył jak echo. – Zbudowałaś własny teleskop? – I znów ten zalatujący irracjonalnym zachwytem ton, ogarnij się, Bernard.
Złapał się myśli o Hugo, bo przynajmniej pozawalała mu na powrót na ziemię. – Na podłodze. Wiem – powtórzył, nie rozumiejąc za bardzo, dlaczego mu się tłumaczyła. Ani dlaczego w ogóle go to obchodziło; miała prawo spotykać się z kim chciała, i nocować w swoim pokoju kogo chciała. Na pewno był zirytowany tylko dlatego, że przypomniała mu o tym idiocie, żaden inny powód nie wchodził w grę.
Wzruszył ramionami. – Nie mógłbym zgodzić się bardziej, nie jadłem ciastek od… – Zastanowił się. Od Wielkiej Brytanii, ale o tym wspomnieć nie mógł, i to nie tylko dlatego, że raczej nie chwalił się wokoło rolą, jaką odegrał wśród wojsk Wolnej Francji. Wspominanie o stronie alianckiej w lokalu pełnym Niemców, nawet takich nieprzysłuchujących im się specjalnie, zakrawało o spektakularne samobójstwo. – Właściwie to nie pamiętam – dokończył kulawo i tak niepewnie, że nie przekonał nawet samego siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Wrz 13, 2016 12:13 am

Przecież nigdy nie wracamy, nie w pełni.
Świat podlega nieustannej przemianie, ciągłemu ruchowi. Nawet miejsca pozornie znane okazują się kompletnie odmienione. Pewnie dlatego nigdy nie rozumiałam tego słynnego powiedzonka o rzecze, a przynajmniej powszechnej jego interpretacji. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej, nie powinno oznaczać, że po raz kolejny nie można angażować się w daną sprawę. Znaczy bardziej, że wszystko płynie, niezależnie od tego czy minie sekunda czy dwadzieścia lat od ostatniego zanurzenia, nigdy nie znajdziemy się w tej samej wodzie po raz drugi.
Zmiany nigdy mnie nie przerażały. Jakby mogły? Przecież to, co przez tysiąclecia uważane było za definicję stałości, jest ciągłym ruchem. Wierzę, że właśnie na tym polega kosmos, harmonia. Ruch ma jednak to do siebie, że wcale nie musi być skierowany w przód - choć idealnie byłoby, gdyby trzymał się tej prostej zasady. Sposób w jaki odczuwamy czas, biegnący tylko jedną linią, tylko w jednym kierunku - zdawać by się mogło, że wszystko inne powinno podążać w tym samym, a coraz częściej wydaje mi się, że ludzie najbardziej upodobali sobie podążanie w odwrotnym. Najbardziej lubią się cofać.
Przecież była już wojna nazywana wielką, która miała nauczyć ludzi zamiłowania do pokoju. Wystarczy spojrzeć na mnie i Bernarda, dzieci nowego początku. Pokolenie transformacji, pokolenie lepszego świata. Mieliśmy osiągnąć tak wiele.
A ilu naszych kolegów zginęło w pozornie ten sam sposób co ich ojcowie i wujowie?
Mówię pozornie, bo mam wrażenie, że więcej dzisiaj okrucieństwa niż ćwierć wieku temu, więcej złości. Więcej strachu. Świat, kuszony obietnicą niezmąconego rozwoju, pobiegł w przód, zmienił się nie do poznania. Postęp technologiczny sieje krwawe żniwo na wszystkich frontach.
Zdaje się, że jeśli czegoś nauczyła ludzi poprzednia wojna, to okrucieństwa właśnie.
Nie boję się zmiany - ale wiem jak niewielki mam wpływ na ruch dookoła mnie. Jestem tylko małym atomem poddanym całej masie oddziaływań. Nieomal dziesięć lat temu inny naród wybrał na swojego lidera człowieka, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam i ta jedna decyzja całkowicie zmieniła nie tylko moje życie. W moim domu nagle przestano mówić po niemiecku. I pojawił się strach. Z dnia na dzień moja mama została sprowadzona do kategorii podczłowieka. Na podstawie czyjegoś niezrozumiałego uprzedzenia. Nie miała na to żadnego wpływu. Nawet nie mogła zaprotestować.
Nie boję się zmian, są nieuniknione. I wiem, że przyjdzie dzień w którym przestaną dotyczyć mnie. A przynajmniej mojej świadomości - bo ciało będzie poddawane kolejnym i kolejnym. Rozkładając się. Dając życie roślinom, zwierzętom, gwiazdom. Ale mnie, Lou Junge to już nie będzie dotyczyć. Będzie tylko ciemność.
Koniec. Bezruch.
Kiedyś mnie przerażał. Stałość, stateczność, śmierć.
Dzisiaj, chociaż wiem, że wszystko podlega ciągłemu ruchowi, mam wrażenie, że ja już się powoli zatrzymuję.
Ale nie w tym momencie. W tym momencie czuję wszystko. Tutaj. W piwiarni pełnej niemców, wyjątkowo ruchliwej jak na tę porę dnia, tygodnia, roku. Zdajemy się wszyscy krążyć wokół różnych orbit - i chociaż dla większości jedynym zetknięciem jest wybranie tego samego miejsca na spędzenie wieczoru, niektóre krzyżują się, doprowadzając do zderzenia. A każda kolizja wytwarza energię, a energia - ruch. Krew szybciej płynącą w żyłach, częstsze i głębsze oddechy. Śmiech. Rozluźnienie mięśni, ponowne ich napięcie, tysiąc wypowiadanych słów na minutę. Bernard lawirujący pomiędzy stolikami, puste kufle, pełne kufle, szum w uszach.
Zmiany.
Nagłe pytanie Bernarda doprowadza do kolejnej kolizji, marszczy moje brwi, a usta znowu formują się w idealnie zdziwione i okrągłe - O.
W pierwszym odruchu chcę zaprotestować, bo co on tam wie, przecież mam książki, ukradłam z Biblioteki Narodowej potrzebne mi materiały, mogę zacząć pisać w każdej chwili.
Przecież wcale nie piszę - Ja… - przez ostatnie miesiące było tyle wymówek, sama nie jestem pewna odpowiedzi - Ja chyba nie widzę siebie po wojnie. A teraz te badania nie są nikomu potrzebne - będą kolejne Lou, kolejne Junge, z nowym zapałem, w nowym świecie odkrywające tajemnice Wszechświata. Nie potrafię zobaczyć siebie wśród nich.
Za to w tym momencie widzę wyraźnie lot kosmos w towarzystwie Bernarda - To by była oczywiście twoja wina, bo na każdym kroku pouczałbyś mnie jak prowadzić rakietę - tego jestem pewna - I nie martw się, nie odczułbyś tej wieczności - teoria względności! Na ziemi może minęłyby wieki, dla nas tylko całe życie - Em. Tak? Brakuje mi tylko dobrych soczewek do obiektywu - ciężko dzisiaj o dobre cokolwiek, wszystko idzie na front. Albo szło, teraz wszystko idzie do germańskich kieszeni - Tobie też mogę, jeśli chcesz? - nie wiem skąd to zdziwienie, to nie jest wybitnie trudne. Wystarczy znajomość podstawowych praw optyki by wybrać odpowiednie soczewki i zwierciadła - bo najlepsze są jednak katadioptryki. Przynajmniej w takim domowym teleskopie, nie musi być duży by osiągnąć dobrą rozdzielczość. Do tego zbudować tubę i okular, statyw i odpowiedni montaż, ja wybrałam równikowy, gotowe, żadna to filozofia.
Z takimi rzeczami nie mam żadnych problemów. Ze zrozumieniem innych ludzi, tak. Szczególnie dwudziestoczteroletnich francuzów mojego wzrostu, siedzących przede mną i wpatrujących się tymi swoimi oczami za nienaturalnie długimi rzęsami (naprawdę, nawet jak pomaluję swoje to nie są takim wachlarzem!), wywołujących we mnie irracjonalne poczucie winy oraz potrzebę tłumaczenia się z tego, że Hugo sypia w moim pokoju (nie ze mną) - Wiesz. Na… - i chciałam po raz kolejny powtórzyć, że na podłodze. W ten sposób moglibyśmy powtarzać to po sobie aż do jutra - To źle? -pytam po prostu, nie rozumiem.
Może powinnam zacząć.
- Tak długo?! - moją pełną uwagę przykuwa jednak inne wyznanie. Jasne, nieco kulawe, ale które z dzisiejszych takie nie było? Biedny, biedny Bernard. Nic dziwnego, że wydawał się taki bez życia i zaprosił mnie na piwo. To niedobór cukru, on robi z ludźmi dziwne rzeczy, tak myślę - Musisz jutro przyjść, pani U. piecze naprawdę dobre - co prawda będzie mi naprawdę smutno jeśli po uzupełnieniu wszystkich braków wrócimy do czasów licealnych kontaktów, ale przynajmniej będę mieć świadomość, że nie chodzi po tym świecie dobry człowiek bez ciastek.
Nie, żeby on był jakoś wybitnie dobry. Czy cokolwiek. Może nawet nie przychodzić, nie żeby mi zależało.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Wrz 13, 2016 1:29 am

A jednak niektóre rzeczy się nie zmieniały.
Kompletna niemożliwość zrozumienia skomplikowanych zawiłości umysłu Lou Junge, na przykład. Zabawne, przez chwilę już mu się wydawało, że nadążył za jej tokiem myślenia, że rozjaśniły mu się jej motywy, a z chaosu wyłonił się całkiem logiczny obraz, a tymczasem ona znowu zrobiła coś całkowicie sprzecznego, co kompletnie zbiło go z tropu. No bo z jednej strony widział Lou-Zapaloną-Panią-Naukowiec: oczarowaną kosmosem, rzucającą nazwiskami astrofizyków, obracającą się pomiędzy teoriami sprawniej, niż ktokolwiek inny i gotową do upadłego bronić swojej własnej, potwierdzającej istnienie ciemnej materii, podczas gdy za słuchacza miała tylko jego. Lou z wypiekami na twarzy, z drżącym od entuzjazmu głosem, gestykulującą i energicznie przekonującą go do swoich racji, nawet pomimo faktu, że w oczywisty sposób brakowało mu wiedzy, żeby można było uznać go za godnego partnera do dyskusji. Z drugiej strony była Lou-Racjonalistka; pojawiała się co prawda rzadko, ale tego dnia dostrzegł jej skrawki już dwukrotnie, gdy zdawała się z premedytacją uciszać swoją marzycielską połówkę, przypominając jej, że to wszystko i tak było na nic. Tę Lou lubił znacznie mniej (zakładając oczywiście, że w ogóle lubił którąkolwiek jej wersję), być może dlatego, że za bardzo przypominała mu jego samego. A co jak co, ale od jakiegoś czasu zdecydowanie unikał patrzenia w lustro.
Zastanowił się przez moment, jakby wahając się, czy w ogóle mówić coś jeszcze, ale chyba i tak nic, co by powiedział, nie mogło pogrążyć go bardziej. – A tobie? – Poprawił się odruchowo na krześle. – Nie są potrzebne? – Przecież chyba nie miała zamiaru udawać, że jej nie zależało; osoba, której było wszystko jedno, nie rozlewała nieomal piwa, próbując uargumentować swoje zdanie.
Nie wiedział, w którym momencie ich rozmowa przybrała inny ton, ani czy mu się to podobało, czy nie, ale ponieważ – o dziwo – wciąż rozmawiało mu się dobrze, postanowił jeszcze nie ucinać tematu. – Nikt nie widzi się po wojnie, Lou. Ja nie widzę się nawet teraz.Za dużo. Mówisz za dużo, Bernard.Ale ona się kiedyś skończy, a my będziemy musieli żyć dalej.O ile przeżyjemy.Może warto być na to przygotowanym. – Wzruszył ramionami. Być może to, co mówił, nie miało kompletnie sensu; może szafował jedynie wyświechtanymi sloganami albo niepotrzebnie strzępił sobie język, bo mieli zginąć na następnej akcji i nigdy nie doczekać nawet kwietnia, ale te myśli chodziły mu po głowie od dłuższego czasu i zrobiło mu się absurdalnie lekko, gdy wreszcie je wypowiedział.
I chyba tak naprawdę chciał doczekać kwietnia. I tego cholernego lotu w kosmos.
Och, no jasne – żachnął się, znów śmiejąc się trochę zbyt beztrosko. – Chcesz mi powiedzieć, że rakietę też potrafisz prowadzić? – Na tym etapie wcale by się nie zdziwił, gdyby tak było. Albo gdyby już zdążyła ją zbudować, potajemnie składając części w kącie swojego pokoiku na stancji. Przeciwległym do tego, w którym składała teleskop, żeby się nie pomieszało – porządek przede wszystkim. – Wystarczy, że od czasu do czasu pozwolisz mi skorzystać ze swojego – odpowiedział, już tylko dla zasady dorzucając do tego zdania kilka nut drwiny i niedowierzania. – Zresztą nie masz wyjścia, musisz pokazać mi tę swoją ciemną materię. Czy tam miejsce, w którym powinna być – przypomniał i – rzecz niebywała – przez chwilę naprawdę to widział, chociaż przecież sama wizja zakrawała na absurd. Jeszcze kilkadziesiąt minut temu planował wypić z Lou szybkie piwo i wymyślić jakąś sprytną wymówkę na błyskawiczne zmycie się do domu; nie ustalał chyba właśnie szczegółów kolejnego spotkania?
Oprócz tego, że dokładnie to robił.
Westchnął bezgłośnie, biorąc do ręki kufel i kradnąc dla siebie kilka długich sekund pod pretekstem wzięcia kolejnego łyku piwa, a w rzeczywistości jeszcze przez moment migając się od odpowiedzi. Nie chciał tłumaczyć jej zawiłości swojej – odwzajemnionej – niechęci do Voltaire’a, głównie dlatego, że ich przypadkowa konfrontacja sprzed lat była jedną z tych, które na zawsze miały pozostać tylko i wyłącznie pomiędzy nimi. Początkowo miał więc nadzieję, że zwyczajnie uda mu się odwrócić uwagę rozmówczyni milczeniem albo zegarkiem, ale wyglądało na to, że nie miała się poddać bez chociażby szczątkowego wyjaśnienia. – Źle? Chyba nie – powiedział, mając jednocześnie wrażenie, że całe jego jestestwo krzyczało coś zupełnie przeciwnego. – Po prostu za sobą nie przepadamy. – Miał się nie tłumaczyć, ale chyba nic z tego nie wyszło. – Nie ufam mu. – Zdecydowanie nic z tego nie wyszło. – Ale jeśli się przyjaźnicie, to w porządku. To znaczy, to nie moja sprawa – dodał jeszcze, po czym umilkł, chroniąc się przed całkowitym zabłądzeniem wśród krętych korytarzy własnych myśli. Od których co prawda nie potrafił uciec, ale nie musiał przynajmniej wprowadzać tam zdezorientowanej Lou.
Sto razy bardziej wolał złapać się tematu ciastek, niż rozkładać na czynniki pierwsze to, co siedziało mu w głowie.
Przyjdę – zapewnił, może nieco zbyt entuzjastycznie. – Muszę przecież odebrać ten zegarek – przypomniał, choć zabrzmiało to tak, jakby zwracał się bardziej do samego siebie, niż do kobiety siedzącej przed nim. Zegarek. Cały czas chodziło tylko o zegarek.
Opuścił spojrzenie na wypełniony do połowy kufel, nagle z jakiegoś powodu znów przytłoczony. Odkąd rozmowa spuściła nieco z tonu, przechodząc z energicznej dyskusji, przez żarty, aż do… no, tutaj, znów powróciło do niego kłujące uczucie, w którym rozpoznał wyrzuty sumienia. Pewnie powinien był po prostu je przełknąć, rzucić kolejną zabawną uwagą, albo po prostu stwierdzić, że już i tak się zasiedział, podziękować jej za pomoc z naprawą i rzucić zdawkowe do jutra, ale niestety był sobą. A poza tym, półtorej piwa rozwiązało mu trochę język. – Dużo o tobie mówił – powiedział odrobinę ciszej, dalej nie podnosząc wzroku znad kufla, ale jeszcze zanim te słowa na dobre opuściły jego usta, miał ochotę walnąć głową w stół. I gdyby w ten sposób mógł się wycofać, zapewne dokładnie to by zrobił. Tymczasem możliwość powrotu nie istniała, więc brnął dalej. – Hans – wyjaśnił. I idealnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że mimo rozluźnienia i swobodnej atmosfery, przez cały czas znajdował się na polu minowym. I że na jedną z tych min rozmyślnie i z pełną świadomością właśnie nadepnął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Wrz 13, 2016 2:26 pm

- Mnie? - nauka dała mi naprawdę wiele. Byłam małym, dziwnym dzieckiem, które lubiło patrzeć w gwiazdy i opowiadać o nich każdemu kto przynajmniej udaje, że słucha. Ale nigdy nie potrafiłam wyrazić tego co chodzi mi po głowie. Ubrać myśli i pomysłów w odpowiednie słowa, nie mówiąc już o znalezieniu odpowiedzi na wszystkie pytania. Ba! Nie potrafiłam stawiać odpowiednich pytań. Poznanie matematyki i fizyki, porządne liceum - to było jak znalezienie wody na środku pustyni. Wreszcie miałam odpowiedni język, wreszcie mogłam zacząć pytać i, co ważniejsze, znajdować odpowiedzi. Przestałam czuć się jak dziwak - w swoim domu zawsze nim byłam. Tą dziwną, małą Lou, z głową w gwiazdach. Zawsze sądzono, że z tego wyrosnę. Zamienię naukowe periodyki na romanse, ambicje na pieczenie ciasta. Zejdę do poziomu dziewczyny z prowincji, dobrze znajomej, nie różniącej się w żaden sposób od innych. Ja wiedziałam, że mam potencjał. Cel by moje nazwisko wymieniać pośród innych wielkich astrofizyków. Wystarczyło tylko popchnąć mnie w dobrym kierunku, resztę drogi znalazłam sama. Bernard z koleżkami mogli się ze mnie naśmiewać i dokuczać, co z tego? Czasem było to nieprzyjemne, aż tak bardzo nie różnie się od innych dziewcząt, w wieku lat nastu chce się podobać, nie być obiektem drwin. Szczególnie kogoś takiego jak Mathieu. Ale zawsze wiedziałam, że daleko mi do pełnych szyku paryżanek - to szybko bledło przy satysfakcji którą dawały mi kolejne badania. Nawet tak prymitywne jak te prowadzone w szkole średniej.
Lata studiów i początek doktoratu to był najszczęśliwszy okres mojego życia - nie ważne, że z boku mogłam wyglądać jak wiecznie siedząca nad książkami, zahukana młoda panna w zbyt dużych okularach. Znalazłam wreszcie swoje poletko, zaczęłam swoje badania. Kontakt nam się urwał, ale jestem pewna, że wtedy nawet nie zwróciłabym uwagi na żaden przytyk, czułam się jakbym nieustannie unosiła się kilka stóp nad ziemią. Nawet pracę szyfrantki traktowałam jak doskonałą przygodę, ćwiczenie umysłu. Wojna była czymś abstrakcyjnym. Owszem, mój brat był na froncie, ale przecież taką miał pracę, przecież miał zaraz wrócić.
Ale nie wrócił. A mnie zamknięto przed nosem drzwi uczelni.
To była lekcja pokory. Może jak Ikar, zbyt zuchwale, leciałam blisko słońca przekonana, że skoro jestem tak wyjątkowa, to nic złego mnie nie spotka, cały świat ułoży się w zgodzie z moimi marzeniami? - Nie. W ten sposób mniej się… boję - straciłam brata i wszystkie swoje dokonania, ale udało mi się jakoś ułożyć się w całość, może nie kompletną, ale dobrze funkcjonującą, spełniającą swoje zadania. Taka stagnacja daje mi spokój. Nie boje się, że jutro złapie mnie gestapo, że padnę ofiarą jakiejś łapanki, że odkryją moje żydowskie korzenie czy postrzelą podczas jednej z misji ruchu oporu. Nie boje się, bo nie będzie mnie brakować.
Jasne, są ludzie którzy będą za mną tęsknić. Moi rodzice, brat, Hugo i mały Thierry, na pewno będą mnie wspominać. Ale nie jestem im w żaden sposób niezbędna, niezastąpiona. Niezbędna byłam swoim badaniom. Myśle, że Hansowi też - Może - zgadzam się, chociaż na mojej twarzy maluje się powątpiewanie. O ile przeżyjemy - Ale dzisiaj to dla mnie zbyt wysoki poziom abstrakcji, dzień w którym powiedzą, że już nie trzeba walczyć, a żyć dalej - bo chyba mało teraz żyjemy, mało tak naprawdę. Chyba wszyscy trochę czekamy na moment bezruchu - Ty jesteś przygotowany? - pytam bez cienia złośliwości czy kpiny, po prostu chcę wiedzieć. Co widzi kiedy myśli o czasie po wojnie. I czy nie przeraża go utrata tej wizji. A może - a może tak jest lepiej? Mieć cel. I nawet teraz nie czekać, a już żyć?
Patrzę na niego i wzdycham ciężko, no dziękuję bardzo, zaczęłam mieć przez niego wątpliwości!
- Nauczę się! - prycham, wzruszając ramionami. Przy maszynach wszystkiego da się nauczyć, to nie ludzie, zależni od kaprysów, humorów i niezrozumiałych preferencji czy przyciągania - Kiedy tylko masz ochotę - mój teleskop jego teleskopem, nawet taki nie dokończony. A i na podłodze znajdzie się miejsce, żeby nie musiał wracać do siebie po godzinie policyjnej. Nawet zrobię mu rano śniadanie, a co! - Pokażę! Ale wybierzmy się do planetarium - proszę, proszę, pięknie proszę - Myślę, że nas wpuszczą, znam tam kilku dozorców. Pokażę Ci gromadę Coma, jest oszałamiająca. Nie rozumiem ludzi którzy widzą w gwiazdach tylko morze ognia i reakcji jądrowych, jest w nich coś niesamowitego… - sama myśl o nich mnie wzrusza, tak po prostu. W tej chwili niesamowicie żałuję, że nie byłam w obserwatorium od początku okupacji - I miejsce gdzie można zauważyć oddziaływanie ciemnej materii - bo przecież po to mamy się tam wybrać. Tylko i wyłącznie.
Przez chwilę milczenia, popijając swoje piwo, byłam całkowicie przekonana, że moje pytanie było jednym z tych, których nie wypada zadawać - i usilnie próbowałam wymyślić jakąkolwiek wymówkę czy żart by po prostu zmienić temat. Niestety, najmądrzejsze co wymyśliłam to moje opowieści o Gwiezdnych Piratach i ich całkiem sprytne odniesienie do Ruchu Oporu. Dobrze, że odezwał się pierwszy, jeszcze bym nas wydała przed wszystkimi niemieckimi oficerami - O. Potrafię to zrozumieć - Hugo zdecydowanie nie jest najprostszym człowiekiem w obyciu. Mathieu z resztą też nie - i jak Voltaire’a jeszcze potrafię rozgryźć, od czasu do czasu, kiedy mam szczęście, tak Bernarda?
No bo niby co mają znaczyć te jego wszystkie miny? - Kiedy się go pozna, naprawdę wiele zyskuje. Ale to można powiedzieć o każdym - no dobra, z jednym wyjątkiem - Każdym oprócz Niemców - informuję go szeptem konspiracyjnym, chichocząc przy tym cicho. Taki głupi żart, a cieszy!
A ciastka są zdecydowanie bezpieczniejszym tematem - Będzie zrobiony - mam nadzieję. Ale nie wydaje mi się by brakowało mu jakichkolwiek części, wygląda na zadbany, to pewnie kwestia przykręcenia kilku śrubek czy co najwyżej wymiany zębatki, to akurat jest na stanie.
Nie wyczułam kolejnej fali ciszy, dziwnie zadowolona popijając swoje piwo - więc kiedy zaczął mówić spojrzałam na niego zaskoczona, zupełnie nie wiedząc o co chodzi. W pierwszej chwili poczułam się głupio - miałam wrażenie, że po tutaj, teraz, po prostu zapomniałam o świecie zewnętrznym. Jakby ten stoliczek był całym wszechświatem, jednym jedynym momentem rozgrywającym się w całym czasie, a poza nim nie ma nic - Naprawdę? - to uczucie szybko jednak przepędza duma, aż prostuję się na krześle, taka jestem szczęśliwa. Po czym uświadamiałam sobie o czym mógł mówić… - O nie - aż jęczę z zażenowania, kuląc się na krześle - Na pewno opowiedział ci o tym jak na sam grzmot piorunów chowałam się pod łóżkiem - wielkie dzięki Hans. Wielkie dzięki. Pewnie twoje opowiastki dały Bernardowi powody do żartów do końca życia.
A co jeśli powiedział mu o halce?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Wrz 15, 2016 8:29 pm

Kiedyś wydawało mu się, że był uzależniony od strachu. Z jakiego innego powodu młody podrostek, na którego od urodzenia chuchano i dmuchano, starając się zapewnić jak najlepszą przyszłość, ryzykowałby tak głupio, jeżdżąc na łyżwach po cienkim jak papier lodzie, pokrywającym rozlaną szeroko Sekwanę? Puszczając się pędem na rowerze ze stromego wzgórza, u podnóży mając jeszcze bardziej strome urwisko i naprawdę niewiele miejsca na zatrzymanie? Wchodząc na szczyty własnoręcznie zbudowanych, kamiennych fortów, które chwiały się i trzęsły tak, jakby w każdej chwili mogły zawalić się i pochłonąć kilkulatka o kościstych kolanach? Takie chwile, choć pozostawiały po sobie siniaki i brzydkie blizny, jednocześnie narażając go na ojcowski gniew i matczyną rozpacz, były, paradoksalnie, momentami, w których czuł się najlepiej; oszukując założenia rachunku prawdopodobieństwa i unikając niebezpieczeństwa w ostatniej sekundzie, stawał się władcą świata, a nic nie smakowało tak wspaniale, jak pełne uznania spojrzenia przyjaciół, gdy po raz kolejny mu się udawało. Właśnie tak brnął przez całe życie, na oślep, nie rozmyślając o konsekwencjach i podejmując decyzje na skutek ulotnych uderzeń serca oraz tego, co akurat mu dyktowało, przekonany o własnej nieustraszoności i niezniszczalności. To samo przekonanie zaprowadziło go zresztą przed komisję wojskową, a wyjazdowi na front towarzyszył ten sam rodzaj strachu, który pojawiał się przed wykonaniem skoku na główkę z nierozsądnie wysokiej platformy.
Przez chwilę.
Potrzeba było kilku wystrzałów i widoku życia ulatującego z oczu przyjaciela, żeby zrozumiał, że to, co czuł do tej pory, nie zasługiwało nawet na miano wątłej obawy. Że to nie odwaga, a głupia brawura prowadziła go przez kolejne lata lekkomyślnych decyzji, za które – w najgorszym wypadku – i tak nie jemu przyszłoby zapłacić. Że nie bał się, ryzykując własne życie, bo tak naprawdę nie ono było dla niego najcenniejsze. Brutalna realizacja przyszła tak nagle i była tak niespodziewana, że w pierwszej chwili unieruchomiła go zupełnie, więżąc umysł gdzieś pomiędzy przerażeniem, a paniką, podczas gdy strach, odnalazłszy wreszcie drogę do jego układu nerwowego, rozgaszczał się tam w najlepsze. Wtedy nie wiedział jeszcze, że będzie towarzyszył mu już zawsze – a przynajmniej dopóki w jego życiu będzie ktoś lub coś, co będzie można utracić. A Lou? Czego ona się bała?
Boisz? – Czego? Porażki? Nie rozumiał, ale nie miał zamiaru ciągnąć jej za język, więc po prostu wysyłał jej pytające spojrzenie, nie nalegając jednak na uzyskanie odpowiedzi. On też się bał, choć nigdy nie nazywał swoich obaw na głos, bo nawet w ciszy jego własnego umysłu brzmiały żenująco. A bał się poczucia bezsilności, samotności i czegoś jeszcze, czego nie potrafił jeszcze nazwać, ale co czaiło się gdzieś na krawędzi jego świadomości, póki co rzucając jedynie mało wyraźny cień. Czy był… - Przygotowany? Nie – zaprzeczył, kręcąc głową i śmiejąc się lekko. To nie tak, że nie był w stanie wyobrazić sobie świata za kilka lat. Widział go, jasno i wyraźnie – w innym wypadku już dawno przestałby o niego walczyć – z tym, że na tych tworzonych przez wyobraźnię obrazkach nigdy nie było jego samego. Wizje, które bez problemy stworzyłby jeszcze kilka lat temu, obecnie wydawały mu się absurdalne: jak on sam, starzejący się gdzieś w spokoju u boku żony i dzieci. Zresztą, powoływanie kolejnych pokoleń do rzeczywistości, którą w każdej chwili mogła nawiedzić nowa wojna, samo w sobie wydawało mu się nie do przyjęcia. – To znaczy jasne, mógłbym dokończyć studia. Na pewno będzie dużo do odbudowywania, miałbym pełne ręce roboty. Ale… – Opuścił spojrzenie na własne dłonie, trzymające kufel. Nie wiedział, jak dokończyć to zdanie; najbardziej uczciwe byłoby przyznanie się, że nie uważał, żeby zasłużył sobie na taki los, że zrobił zbyt wiele niewybaczalnych rzeczy, żeby móc po prostu jak gdyby nigdy nic o nich zapomnieć. Jego skóra nadal śmierdziała krwią, czasami wydawało mu się, że czuł ją nawet teraz. – Może tak zrobię – dokończył bez przekonania, wzruszając ramionami i upijając łyk piwa, które nagle zaczęło smakować jakoś dziwnie.
Podniósł na nią spojrzenie pełne wątpliwości, unosząc wyżej brwi; ponure myśli rozpierzchły się na chwilę, na usta powróciło rozbawienie. Mało było osób, które potrafiły ściągnąć go na ziemię zupełnie bez wysiłku, zwłaszcza mówiąc przy tym o kosmosie. – Nie wierzę, czyli jednak jest coś, czego jeszcze nie potrafisz? – zaśmiał się, a w jego głosie zabrzmiał cień triumfu, jakby właśnie udało mu się udowodnić jakąś rację.
Kiedy wspomniała o planetarium, w pierwszej chwili miał zamiar odmówić. Tak przynajmniej podpowiadały mu jego ustawienia domyślne; unikać konfrontacji, które nie byłyby absolutnie konieczne, poruszać się po linii najmniejszego ryzyka (tego emocjonalnego – narażanie się na fizyczny szwank nadal szło mu całkiem nieźle) i nie wystawiać się na sytuacje, które mogłyby grozić przywiązaniem. Ale kilka sekund później dotarło do niego, że tak właściwie to chciał się zgodzić – a ostatnimi czasy rzadko zdarzało mu się czegoś chcieć tak po prostu. – W porządku – odpowiedział po chwili, nie gubiąc jednak lekkości w tonie, a jedynie sprawiając (nienaumyślnie), że zabrzmiał nieco cieplej. – Kiedyś często patrzyłem w niebo, chętnie sprawdzę, co takiego ty tam widzisz. Albo – uśmiechnął się złośliwie – co sobie wyobrażasz, że widzisz.
Ale tak naprawdę dawno już odpuścił sobie sprzeczkę o istnienie ciemnej materii.
Wciąż uparcie milczał, gdy mówiła o Hugo, częściowo tylko zdając sobie sprawę, że zachowywał się jak zacietrzewiony dzieciak, celowo nie próbujący nawet dopuścić do siebie logicznej argumentacji. Brakowało mu jedynie zatkanych obiema dłońmi uszu, zaciśniętych powiek i prostej rymowanki, powtarzanej na głos w formie zagłuszenia. – Yhm, pewnie tak – przytaknął, koncentrując uwagę na trzymanym w ręku piwie i ożywiając się dopiero w reakcji na cichy żart z Niemców, który – jak podejrzewał – miał za zadanie głównie rozładowanie popsutej przez niego atmosfery. Parsknął cicho, posyłając jej konspiracyjne spojrzenie i jakby ukradkiem przyglądając się otaczającym ich okupantom. Właściwie to wiedział, że większość z nich w gruncie rzeczy prowadziła normalne życia i gdyby nie wojna, mógłby ich uznać za… cóż, ludzi, ale już dawno temu nauczył się zamykać tę świadomość w miejscu odległym i nieosiągalnym, bo tak było prościej planować akcje i pociągać za spust.
Skinął głową w reakcji na jej zapewnienie, przez chwilę przekonany, że wrócił do pozornej równowagi – a przynajmniej dopóki jej nietypowa reakcja na wspomnienie o bracie, ponownie nie zbiła go z tropu.
Słysząc krótkie o nie, w pierwszym odruchu miał zamiar przeprosić. Otworzył już nawet usta, ale następne zdanie skutecznie mu je zamknęło, żeby w następnej chwili wywołać cały łańcuch drobnych gestów, zaczynających się od pełnego niezrozumienia zmarszczenia brwi, a kończący się na wypuszczonym ze świstem powietrzu. – No nie – powiedział z niedowierzaniem, na chwilę kompletnie zapominając o Hansie, froncie i nieotwartym liście, spoczywającym na dnie jego walizki. – Burza to najwspanialsze zjawisko na świecie, a ty chowałaś się pod łóżkiem? – Lou? Ciekawa świata Lou? Planująca loty w kosmos, zachwycająca się na widok gwiazd Lou? Poczuł się prawie tak, jak wtedy, gdy ojciec przez przypadek wygadał się, że Święty Mikołaj nie istnieje. – Ale chyba nie powiesz mi – dodał, chwytając się ostatniej nadziei – że nigdy podczas burzy nie byłaś na zewnątrz?
Wbił w nią intensywne spojrzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Pią Wrz 16, 2016 1:30 am

Byłam bardzo strachliwym dzieckiem. Panicznie bałam się tych burz. Nie przepadałam za wysokością i wodą. Niedaleko naszego domu płynie strumyk - nie na tyle głęboki i rwący by stanowić jakiekolwiek zagrożenie, ale na tyle w nim wody by przyjemnie było się w nim schłodzić podczas gorących dni. Na jednej z gałęzi rozłożystego, rosnącego obok drzewa wisiała huśtawka - moi bracia spędzali na niej całe dnie, wygłupiając się i przeskakując z jednego brzegu na drugi. Pewnego dnia spróbowałam i ja - natychmiast spadłam, łamiąc rękę o jeden z wystających kamieni.
Od tamtej pory unikałam podobne rozrywki szerokim łukiem.
Było we mnie zawsze dużo fizycznych zahamowań - wystarczył jeden upadek by zniechęcić się do całej gamy podobnych aktywności. Determinacji nauczyła mnie - ha, kolejna jej zasługa! - nauka. Gdybym miała poddać się po pierwszej błędnie postawionej tezie, zapewne wylądowałabym w sklepie z narzędziami znacznie wcześniej.
Zaczęłam też doceniać nagłe przypływy adrenaliny i strach. Pewnie dlatego w wakacje po obronie tytułu magistra, po raz kolejny wybrałam się z braćmi nad strumyk. Kolana mi się trzęsły kiedy łapałam się huśtawki i piszczałam jak dziewczyna przelatując nad wodą, ale kiedy się udało - było niesamowicie. Chciałam spróbować znowu i znowu, i po raz kolejny. Spędzaliśmy tak całe dnie.
Kiedy teraz o tym myślę - to był ostatni raz kiedy rodzina była w komplecie. We wrześniu Hans trafił na front i już z niego nie wrócił.
Obiecywałam sobie wiele tamtego lata. Przede wszystkim - zacznę próbować jeszcze nowych rzeczy. Raz kupiłam nawet sukienkę jak z pierwszych stron gazet, jednak wojna jest dobrą wymówką by nigdy jej nie wkładać, kurzy się w szafie. Ale w sklepowej przymierzalni czułam się jak prawdziwa, szykowna Paryżanka. Ścięłam włosy na podobno modną fryzurkę, utleniłam, kupiłam czerwoną szminkę, to też miało mi dodać pewności siebie. I dodaje, czuje się znacznie lepiej patrząc na nią każdego ranka, chyba nigdy nie pomalowałam nią ust.
Obiecywałam sobie wiele - przyszła wojna. Odwaga zaczęła być definiowana w mojej głowie w nowy sposób, inne były jej dowody. Na przykład - podjęcie wyboru. Czy przekazać dowódcy rozszyfrowaną depeszę niemiecką, tym samym skazując na śmierć kilkuset żołnierzy? Czy udać, że wciąż się jej nie rozszyfrowało, narażając na szwank armię własnego kraju? Staram się o tym nie myśleć, nie w tej sposób, ale kiedy człowiek przestaje być bierny i angażuje się w wojnę, nagle zdaje sobie sprawę, że każda decyzja ma konsekwencje. A tą konsekwencją jest śmierć. Pytanie tylko - naszych czy ich.  
Byłoby znacznie prościej nie myśleć o podobnych rzeczach, skupić się jedynie na gwiazdach, nie patrząc na Niemców i kolaborantów jak na ludzi. I chociaż nienawidzę ich do szpiku kości, to trochę boję się, że za każdym razem odbierając im prawo do człowieczeństwa, odbieram je i sobie. Bo czy nie od tego wszystko się zaczęło?
Z wojny nikt nie wychodzi czysty - Staram się o tym nie myśleć - przyznaję. I przecież mogłabym teraz po prostu urwać temat. Nie muszę mówić nic więcej - nie mówię nigdy. Tylko teraz chyba chcę, wypowiedzieć na głos chociaż część tego strachu. To pewnie pomysł piwa, ale wyobrażam sobie jak ten lęk wyjdzie i zagości między nami, przy tym stoliku, to znacznie się skurczy. Wróci, w to nie wątpię, ale będzie już lżejszy. To idiotyczne - Boje się, że nie będzie lepiej, a ja nie będę mogła nic z tym zrobić. Tylko patrzeć. Boje się, że któregoś dnia okażę się, że to wszystko - wojna, ruch oporu, walka, każda decyzja którą podejmuje się każdego dnia - nie miało sensu, że było na darmo. Boje się, że nie uda mi się ochronić tych kilku osób na których mi zależy. Kiedy pozwoliłabym sobie na powrót do nauki, na plany, na przygotowanie, bałabym się jeszcze bardziej. Bo teraz nie boje się o siebie - wydaje mi się nawet, że nie boje się śmierci. Pewnie dlatego, że doświadczam jej jedynie na odległość. Przecież nie byłam na froncie. Nie czułam ani krwi, ani swądu spalonego ciała, nigdy nie pociągnęłam za spust. Po prostu przekazuję meldunki - Nie boje się o swoją przyszłość. Chcę jednej, teraz to sobie uświadomiłam, ale jeszcze nie potrafię poradzić sobie ze wszystkimi lękami na tyle, bym i o nią mogła się bać - chciałabym wciąż chcieć udowodnić istnienie czarnej materii i pomóc przy budowie pierwszego promu kosmicznego. Prawda jest też taka, że czasami zaczynam dostrzegać dziurę w swoich przedwojennych planach, poważną lukę - może lepiej by, osiągnąwszy odpowiedni wiek na wsi zamieszkała para dziwacznych staruszków, nie tylko kobieta z kotem, i wspólnie opowiadała szalone historie miejscowej młodzieży, często goszcząc swoje dzieci i wnuki. I chciałabym chcieć też tego. W tym momencie naprawdę bym chciała. Ale się boję - Rozumiesz to - nie pytam, stwierdzam fakt. Nawet ja słyszę, widzę, że Bernard też nie widzi swojej przyszłości. Może boi się podobnie jak ja?
Nie wiem czy ten lęk, który ujrzał światło (może nie dzienne, ale jak na piwiarnię w czasach okupacji jest tu całkiem jasno, pewnie przez te częste, oficerskie wizyty) jakoś się kurczy. Powinien zacząć od razu?
- Och, bo ty potrafisz wszystko - w takim momencie wyciągać taki argument, to czysty przykład chwytu poniżej pasa i braku sensownej argumentacji - Nie potrafię też szyć, jeśli tak bardzo cię to interesuje - nie potrafię szyć i jestem z tego dumna!
Przynajmniej do momentu w którym nie rozerwą mi się robocze spodnie. Wtedy bardzo żałuję własnej ułomności.
Gotowa już byłam postawić kreskę na jego osobie i pójść sobie w siną dal, w ramach kary za tak marną argumentację, kiedy powiedział coś takiego, co… Są takie momenty, może nie objawień, ale małych olśnień, kiedy dowiadujesz się czegoś nowego o człowieku, o którym sądziłeś, że wiesz już wszystko - albo przynajmniej nie chcesz wiedzieć nic więcej - Naprawdę? - puszczam mimo uszu tę drobną złośliwość, skupiając się tylko na nowym świetle padającym na Mathieu Bernarda - Zawsze wydawało mi się, że jesteś z tych twardo stąpających po ziemi - wyznaję, uśmiechając się przy tym ciepło, nawet nie kryjąc się z tym jak bardzo jestem teraz pod wrażeniem - Możemy pójść nawet dzisiaj - stwierdzam pół żartem, pół serio. Ale musimy pójść. Jutro po skończeniu pracy, z ciastkami na przykład. Albo w każdy inny dzień tygodnia. Teraz znacznie bardziej chcę mu pokazać tę gromadę.
Teraz jestem pewna, że mu się spodoba.
Tak samo jak byłam pewna długiego języka swojego brata, a tu proszę. Sama się wygadałam - Nie powiedział ci o tym? - jęczę z jeszcze większym zażenowaniem, gotowa schować się, tym razem pod stolik - Nie - i kręcę głową, czerwona jak burak, kiedy wbija we mnie te swoje ślepia o tych absurdalnie długich rzęsach. Jasne, już się nie chowam pod łóżkiem, ale żeby wychodzić?
Na zewnątrz?
W czasie burzy?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sob Wrz 17, 2016 1:47 am

Nigdy nie rozumiał, jak można było bać się burz.
Kochał je, odkąd tylko pamiętał; ten niesamowity moment, kiedy całe niebo zasnuwało się ciemnoszarymi i granatowymi chmurami, tak, że na zewnątrz robiło się prawie całkiem ciemno. Albo tych kilkanaście minut, w czasie których wszędzie dookoła zapadała idealna cisza, naelektryzowana, pełna niepokoju i wyczekiwania. Zawsze wtedy robił dokładnie to samo – wybiegał na ganek i z wielkimi jak spodki oczami wpatrywał się w horyzont, z zafascynowaniem czekając na pierwszą wielką kroplę deszczu, pierwszą błyskawicę i pierwszy grzmot, przetaczający się przez powietrze jak ogromny, pędzący w dół zbocza głaz. A później było jeszcze wspanialej, bo ni stąd ni zowąd zrywał się wiatr, pole widzenia zasnuwała ściana deszczu, a niebo co jakiś czas rozdzierało się na pół, przecięte przez oślepiające wyładowania elektryczne.
Jeżeli tylko udawało mu się wymknąć matczynym ramionom, próbującym zaciągnąć go z powrotem do środka, wybiegał przed dom. Nie w pobliże strzelistych drzew, tylko głupiec w czasie burzy chowałby się właśnie tam; pędząc przez ulewę, docierał prawie do ulicy, rozkładał szeroko ręce i zadzierał głowę do góry, pozwalając, by chłodne krople wdzierały mu się do oczu i nosa. Dla postronnego obserwatora zapewne wyglądałby jak szaleniec, ale właśnie to w tym wszystkim było najpiękniejsze: dookoła nie było nikogo. Na kilkadziesiąt minut cała okolica zamierała, ludzie chowali się w suchych wnętrzach swoich domów, pozostawiając ulice i skwery puste. Był tylko Mathieu i otaczający go szczelnie mur z deszczu, dający niepowtarzalną iluzję całkowitej izolacji i samotności. Ale tej dobrej, sprawiającej, że człowiek czuł się jak władca wszystkiego (a przynajmniej tak czuł się kilkunastoletni chłopiec, wierzący święcie, że w przepełnionym grzmotami półmroku nie mogło kryć się nic złego).
No i co tu ukrywać – późniejszy kubek gorącej czekolady, trzymany w ledwie wychylających się ze zwojów grubego, ciepłego ręcznika dłoniach, smakował najwspanialej na świecie.
Poza tym, istniały dużo bardziej przerażające rzeczy.
Nie spodziewał się, że jego zawieszone gdzieś nad stolikiem, dwusylabowe pytanie, doczeka się tak rozbudowanej odpowiedzi. Właściwie sądził, że rozpłynie się gdzieś w powietrzu, pominięte i zapomniane. Dla takiego potoku szczerych słów nie miał przygotowanego scenariusza, dlatego przez dłuższą chwilę po prostu słuchał, już nie tyle dziwiąc się samym wyrazom, a płynącej z nich treści. Gdyby wierzył w telepatię albo czytanie w myślach (z wojskowymi eksperymentami nigdy nie było nic wiadomo, ale nie podejrzewał, żeby komukolwiek udało się zabrnąć już tak daleko), byłby przekonany, że Lou wyłuskiwała poszczególne zdania prosto z jego własnej głowy, ubierając je jedynie we własną wypowiedź. Tymczasem był zmuszony zwyczajnie uwierzyć, że nie był wcale taki osamotniony w swoich uczuciach, jak mu się pierwotnie wydawało. Rozumiesz to. Podniósł na nią spojrzenie, z jakiegoś powodu przez dłuższą chwilę utkwione w okrągłej, wilgotnej plamie na blacie stolika. Otworzył usta, ale po sekundzie zmienił zdanie i zamiast werbalnego potwierdzenia, po prostu kiwnął głową. Oczywiście, że rozumiał.
W pierwszej chwili miał zamiar na tym poprzestać, ale coś, co powiedziała Lou, kazało mu się odezwać. – Zastanawiam się czasem – właściwie to ciągle, ale czasem brzmiało lepiej – co się stanie, jeżeli pewnego dnia okaże się, że wcale nie byłem tym dobrym. Wiesz, o co mi chodzi? – Miał nadzieję, że wiedziała. Nie mógł mówić jaśniej; dookoła było zbyt wiele nieprzyjaznych uszu. Poza tym, chyba nie potrafił, trochę na wpół świadomie orientując się, że to był pierwszy raz, kiedy wypowiadał cichą obawę na głos. – Teraz dużo rzeczy usprawiedliwia się walką o wolność, ale co jeśli koniec końców okaże się, że to wszystko było na nic, a my…jaja jestem po prostu złym człowiekiem i nic więcej?Co jeśli się okaże, że za zabijaniem tych wszystkich ludzi wcale nie krył się żaden wyższy cel? Odwrócił spojrzenie, czując się nagle głupio, ale raz wypowiedzianych słów nie dało się cofnąć. I odrobinę cieszył się, że się nie dało – bo może tak naprawdę potrzebował, żeby ktoś w końcu go zobaczył. Jego, nie to, co pokazywał na co dzień.
Tylko dlaczego tą osobą musiała być Lou Junge?
Dobrze, że atmosfera miała dzisiaj niezwykłą tendencję do zmian. – Oczywiście, że nie potrafię wszystkiego – odpowiedział, prawie wywracając oczami i upijając spory łyk alkoholu z coraz lżejszego kufla. – Ale wiesz, po osobie, która przeskakuje dwie klasy, bawi się w złotą rączkę w sklepie z narzędziami, udowadnia istnienie ciemnej materii, a po godzinach buduje własny teleskop, wszystkiego się można spodziewać. – Znowu ten bezsensowny podziw w głosie; powinien chyba odstawić już wreszcie to piwo, zaczynało mieszać mu w głowie. – I ja też nie potrafię szyć, chociaż na – froncie – jednej wycieczce nauczyłem się całkiem nieźle przyszywać guziki. I łatać dziury w spodniach. Ale nie mów nikomu – dodał niezwykle poważnie, jakby właśnie zdradził jej wyjątkowo wstydliwą tajemnicę i miał zamiar poprosić ją o przyrzeczenie, że zabierze ją ze sobą do grobu.
I może tak rzeczywiście było, bo wyglądało na to, że ona również wcale nie rozgryzła go tak do końca.
Uśmiechnął się po części z zakłopotaniem, po części w rozbawieniu, widząc, jak mocno zdziwiła ją wzmianka o gwiazdach, którą on sam wymienił mimochodem, nie przywiązując do niej zbyt dużej wagi. – Bo jestem – powiedział, choć trochę niepewne – albo w każdym razie tak mi się wydaje. Ale wiesz, Lou, ludzie nie są czarno-biali, system zerojedynkowy tu nie działa. – Znowu trochę się z niej śmiał. Ale tylko odrobinę. – Tak czy inaczej, wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz – dodał przekornie, samemu nie wiedząc, dlaczego. Nie to, żeby miał w planach dać jej się poznać lepiej; czuł się zupełnie usatysfakcjonowany tym, że widziała w nim tylko tkwiącego twardo na ziemi, irytującego inżyniera, który dokuczał jej w liceum.
Oprócz tego, że wcale nie.
Bo, na przykład, chciał pójść z nią do tego głupiego planetarium. – Dzisiaj już nie zdążymy, zaraz zrobi się późno. Chyba, że planujesz tam nocować. – Oczywiście, że tego nie planowała. – Chodźmy jutro. Zaraz po twojej pracy? W środy Luwr jest nieczynny, więc może znalazłbym miejsce w moim napiętym grafiku. – Rzecz jasna żartował, jego plan na następny dzień zakładał osiem godzin ponurych rozmyślań od rana do wieczora. – Ale – odezwał się nagle, gdy do głowy wpadł mu najgłupszy pomysł świata, który z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego powodu postanowił natychmiastowo spróbować przeforsować – pod jednym warunkiem.
Spojrzał na nią uważnie, celowo przeciągając chwilę ciszy o kilka dodatkowych sekund, w czasie których wypił następny łyk piwa – być może odrobinę licząc, że moment namysłu odwiedzie go od jego własnej idei, co oczywiście nie nastąpiło. – W trakcie pierwszej wiosennej burzy zabieram cię na spacer. – Uśmiechnął się zdecydowanie zbyt szeroko. – Żyjemy w niepewnych czasach, a nie pozwolę ci umrzeć bez tego doświadczenia na koncie.
Może naprawdę powinien był porzucić temat ewentualnej, rychłej śmierci. A może wprost przeciwnie? Może pogodzenie się z tą perspektywą było pierwszym krokiem, żeby wreszcie wyrwać się z pełnego oczekiwania zawieszenia i zacząć po prostu żyć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sob Wrz 17, 2016 8:22 pm

Wydawało mi się, że to koniec świata.
Niebo pokryte gęstymi, ciemnymi chmurami. Grzmoty. Pioruny oślepiające nagłym blaskiem.
Nie pamiętam swojej pierwszej burzy, nie wiem skąd wziął się ten lęk. Czy kiedyś mama mnie nastraszyła, że bozia mnie pokarze za złe zachowanie i tak się akurat złożyło, że niebo zasnuły ciemne chmury i przestraszył mnie huk grzmotu? Chyba nie, to nie byłby wystarczający powód by przez kilka lat życia chować się pod łóżko. A i nie pamiętam by kiedykolwiek straszono mnie bozią. Może byłam kiedyś podczas burzy na zewnątrz, a po prostu nie pamiętam. Nie wiedziałam dokąd uciec. Zmokłam. Przestraszyłam się pioruna uderzającego w drzewo? Jest takie jedno, na polu niedaleko mojego rodzinnego domu. Wysokie, spalone - często w nie wali. W pokoju nagle robi się niesamowicie jasno, raz nawet spaliło łąkę, zajęła się od iskier.
A podobno piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Ciekawie skąd się wzięło  takie powiedzonko?
Często nie rozumiem porzekadeł. I zwyczajów. Jak - dlaczego złapanie bukietu podczas wesela znaczy, że szybko wyjdzie się za mąż? Przecież to niesprawiedliwe w stosunku do niższych dziewcząt, wiadomo, że najłatwiej jest jakiś złapać kiedy przewyższa się wszystkie inne. Nie, żebym miała w tym wybitnie wielkie doświadczenie. Byłam tylko na jednym weselu w swoim życiu i złapałam te kwiatki. To było sześć lat temu i do tej pory nikt mi się nawet nie oświadczył - nie to co dziewczętom, które łypały na mnie groźnie przez resztę tamtej nocy. Z tego co mi wiadomo (a wiadomo mi dość dobrze, w listach mama na bieżąco informuje mnie o wszystkich zmianach w życiu okolicznych panien, wcale przy tym nie sugerując mojego, zniżającego się wielkimi krokami staropanieństwa) to jedna ma już dwójkę dzieci, trzy po jednym i absolutnie każda jest mężatką.
Albo przynajmniej każda była. Dużo znam młodych wdów.
Znałam też wiele dzieci chowanych przez samotne matki. Chyba nie podejrzewały, że będą wychowywać kolejne pokolenie samotnych córek i ginących synów.
Patrzę teraz na swoich rodziców trochę inaczej niż lata temu. Bo udało im się pokonać lęk przed kolejną wojną - wydać na świat mnie, mojego brata i wychować nas bez strachu, bez przymusu ciągłej gotowości przed kolejnym konfliktem. Tata nie uczył mnie posługiwać się bronią i nie wymagał bym na nawet wyrwana z najgłębszego snu potrafiła opatrywać rany. O wojnie po prostu się nie mówiło, przez pierwsze lata życia nawet nie wiedziałam, że taka była. Jej wspomnienie nigdy nie padło cieniem na moje dzieciństwo. I oni chyba wierzyli, że to już przeszłość, nie będzie kolejnych konfliktów, ludzie się nauczyli. Jak bardzo muszą być teraz rozczarowani.
Jak bardzo muszą się bać.
Każdy się boi - to taki truizm, a dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Nie wiem czy każdy tego samego, ale lżej mi ze świadomością, że w swoich lękach nie jestem odosobniona. I tak, wcale nie stały się mniej straszne kiedy już zaległy na tym stole, w pełni światła lamp. To jednak nie jest ważne, bo i tak oddycham jakoś głębiej, pełniej, z ulgą.
To zabawne, tak z perspektywy wszechświata, że osobą na przeciwko jest właśnie on. Bernard. Dorastałam w przekonaniu, że różnimy się diametralnie. A proszę, ze wszystkich ludzi - on rozumie. I jemu nie było mi wstyd o tym powiedzieć - Ciągle o tym myślę, kiedy… - kiedy rozszyfrowuję meldunki, kiedy kupuję bułki w piekarni a obok mnie stoi jakiś umundurowany gestapowiec, kiedy taki wchodzi do sklepu z narzędziami. I nawet się uśmiecha, próbuje żartować, życzy miłego dnia wychodząc, nie kaleczy francuskiego aż tak bardzo - Często o tym myślę - przecież wystarczy rozejrzeć się dookoła, śmieją się, piją piwo, jeden nawet pokazuje jakieś zdjęcie, narzeczonej, może dziecka. Niby wszystko mówi, że walczymy za słuszną sprawę. Walczymy o wolność, o prawa tych którym się im odmawia, o dom, o przyszłość. Co jeśli? Przecież wybraliśmy tę sam sposób. Młode wdowy są i tu, i tam - Nie jesteś złym człowiekiem - nie jest. Wiem, że nie - Czasem złośliwym, to prawda - przecież nie będę kłamać. Ale mam takie wrażenie, że to nie jest dobry moment na wypominanie kilku przytyków z czasu liceum. Jestem pewna. To nie jest moment na wypominanie czasów liceum, bez większego zastanowienia kręcę głową i łapię go za rękę. Nie wiem czy to jest słuszna intuicja, czy tylko moja potrzeba, bo tak bardzo dotknęły mnie jego słowa. Zrobiło mi się tak bardzo… smutno. I tak bardzo bym chciała, żeby wiedział - Ale nie jesteś złym człowiekiem - przecież to nie jest jego decyzja, przecież tylko został rzucony w wir zdarzeń. Wiedziałam, że nie jest złym człowiekiem nawet kiedy śmiał się z moich okularów kilka lat tamu.
Oczywiście, w końcu zdałam sobie sprawę, że nieco mnie poniosło, chociaż zajęło mi to trochę. Nie jestem człowiekiem bezproblemowo podchodzącym do kontaktu fizycznego, wolę raczej nie dotykać i byś nie dotykaną, sama się zdziwiłam własną swobodą i naturalnością. Zmieszana - chciałam z tego wybrnąć zgrabnie, poprawiając okulary, ale przecież nie mam na sobie okularów. O mały włos nie wsadzam sobie palców w oko, skończyło się w końcu na niezdarnym poprawieniu włosów.
Na wszystkie gwiazdy, za co? Za co?
- Zaczęłam liceum rok wcześniej, przeskoczyłam jedną klasę - prostuję z godnością, z twarzą wciąż lekko czerwoną, ratując się piwem - Naucz mnie - szybko o nim, piwie, zapominam, taka szansa, nie mogę jej zmarnować! - Ja zawsze krzywo je przyszywam, zaraz znowu odpadają i gubię wszystkie - wyznaję ze smutniem. Swojego ulubionego swetra już w ogóle nie noszę, bo boję się, że pogubię swoje ulubione guziczki w kształcie stokrotek - Nie powiem nikomu - szybko obiecuję solennie. Jego tajemnica jest ze mną bezpieczna. Zabiorę ją ze sobą do grobu!
Mam nadzieję, że niezbyt szybko i trochę ją ze sobą jednak ponoszę. W końcu jeszcze dużo przede mną nauki. O ludziach, na przykład - Tak, wiem, że nie są - wzdycham ciężko - I na tym polega mój największy problem - tak jest. Nie rozumiem ludzi, są nielogiczni. Wystarczy spojrzeć na tego siedzącego przede mną. Nie potrafię go pojąć zupełnie - Czego niby? - o. niech mi opowie. Może to mi trochę pomoże rozwiązać Enigmę Bernarda.
Enigma Bernarda. Ale wymyśliłam!
Czuję takie ukłucie żalu, że dzisiaj nie pójdziemy do planetarium. Niby dzień nie robi wielkiej różnicy, szczególnie jeśli nie byłam tam od nieomal dwóch lat, ale… ale ja bym tak chciała - Znajdą się jakieś koce… - żartuję sobie. Tylko czy to nie jest piękna wizja? Noc w planetarium.
Leżelibyśmy przez kilka godzin, patrząc jak zmienia się nocne niebo. Może udałoby się nam zadbać o przekąski? Wzięlibyśmy stąd po butelce piwa, a jestem prawie pewna, że mam jakiś słoik dżemu swojej mamy i sucharki. Bylibyśmy tylko my i gromada Coma. Oraz ciemna materia, ciemna materia w roli głównej.
To wszystko dla ciemnej materii, nie mam wątpliwości - Jutro będziemy mieć ciastka - przypominam sobie - Jutro będzie doskonale -  Ciemna materia i ciastka, czy można wyobrazić sobie lepsze popołudnie?
Na pewno nie takie z burzą. Marszczę brwi trochę, bardziej z przekory niż ze strachu. Ależ wymyślił - W porządku - niestety, nie udaje mi się zachować tego poważnego wyrazu twarzy zbyt długo, uśmiecham się równie szeroko jak on.
Czekać na coś - to uczucie o którym nieomal zapomniałam jak jest przyjemne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Wto Wrz 20, 2016 4:36 am

Może po prostu chodziło o stałość.
Kiedyś istniało mnóstwo rzeczy, które uważał za nienaruszalne, oczywiste i niepodważalne. Rodzina, na przykład. Powinna być zawsze – prawda? Matka grająca na pianinie francuskie piosenki, ojciec zapełniający dom obrazami, śmiejąca się Flavie, prowadząca jego drobną rączkę, w której tkwił pędzel. Przez wiele lat to była jego stała, fundament, solidna liczba, zawsze stojąca przy iksie. A później matkę zabrała choroba, ojca pochłonęła walka o przetrwanie, a starsza siostra zniknęła mu z oczu tak skutecznie, że nie był pewien, czy był w stanie jeszcze ją odnaleźć. Muzyka umilkła, obrazy spłonęły i nikt nie prowadził go już za rękę, pozostawiając go samego gdzieś pośrodku pustki. Nawet dom już nie istniał.
Jego przyjaciele z kolei, za pewnik uważali pokój. Urodzeni tak jak on, wśród opadającego po ostatniej wojnie kurzu, mieli być tym szczęśliwszym pokoleniem, wychowanym bez strachu o jutro. Robili więc plany, on też je robił; ukończenie szkoły, dobre studia, świetna praca, wielkie dokonania, wspaniałe budynki, szalone podróże, w końcu – kochająca żona, dzieci, tupot małych stóp na drewnianej podłodze własnoręcznie wzniesionego domu. Może to trąciło patosem, ale w przeszłości, na krótko przed pamiętnym trzydziestym dziewiątym, naprawdę to widział, orientując się z czasem, że zarumienione policzki ślicznych dziewczyn nie były już wszystkim, na czym mu zależało. Wszystko to miał mieć zapewnione, obiecane, zaraz na wyciągnięcie ręki. Minęły nieco ponad dwa lata, a jego przyjaciele nie żyli, rozpierzchli się po świecie albo odwracali się z zakłopotaniem na jego widok, uniwersytety zamknięto, budynki zniszczono, plany... chyba w którymś momencie umarły, zamiast dodawać skrzydeł, stając się ciężarem do dźwigania. Jego kraj nie był już jego, flagi były obce, nawet słowa zmieniły brzmienie, z melodyjnych i pięknych, stając się ostrymi i przypominającymi rozkazy.
Ale burze miały istnieć już zawsze.
Świat mógł trząść się w posadach, ludzie rodzić się i umierać, budowle można było zniszczyć, plany pokrzyżować, język wyplenić, książki spalić, piosenki zapomnieć, ale natura wciąż była ta sama, nieczuła na tragedie ludzkości. I chociaż koniec końców zachmurzone niebo i kilka piorunów nie mogło mu pomóc, to było coś kojącego w świadomości, że tego jednego nie mogli mu odebrać. Że wraz z przyjściem wiosny na pewno pojawią się też pierwsze burze. I że sama wiosna na pewno przyjdzie – mimo że tegoroczna zima okazała się wyjątkowo okrutna. Może tę samą pewność Lou czerpała z gwiazd i rządzących nimi praw; a może wcale nie, i to tylko on przykładał niepotrzebną wagę do rzeczy, które tak naprawdę jej nie miały.
Ale dzisiaj po prostu bał się już oprzeć cokolwiek na fundamencie tak kruchym i niepewnym, jak inna istota ludzka. Nic nie zostało po Mathieu Bernardzie, który był duszą towarzystwa, i który nawet w domu uciekał przed samotnością, późnymi wieczorami schodząc na palcach do salonu, gdzie miał nadzieję spotkać ćwiczącą matkę. Stał się samotną wyspą, nauczył się traktować ludzi jak element tła, zmienny i przemijający jak ono samo, aż przestali być czymkolwiek więcej. Tylko dlaczego, w takim razie, poczuł się sto razy lepiej, czując dotyk chłodnych od trzymania kufla palców na własnej dłoni?
Odwrócił się, zaskoczony, choć nie był pewien, czy bardziej zdziwiło go powtórzone dwukrotnie zaprzeczenie, niespodziewany gest, czy może jego własna na niego reakcja, bo nie zachował się wcale tak, jak zachowałby się w jakichkolwiek innych okolicznościach; nie odskoczył jak oparzony, nie porwał ręki ze stołu, ani nie wymruczał jakiegoś niewyraźnego usprawiedliwienia. Spojrzał za to na swoją własną dłoń – tę samą, którą tyle razy uparcie szorował, próbując zmyć niewidzialną krew, nawet po wielu tygodniach irytującą go fantomowym zapachem – po czym podniósł wzrok na twarz Lou i zwyczajnie się uśmiechnął. Nie złośliwie, nie cynicznie i bez śladu powątpiewania. I tym razem uśmiech, oprócz warg, objął też jego oczy. – Dziękuję – powiedział cicho. Los naprawdę był przewrotny; nigdy by nie przypuszczał, że szczere dziękuję będzie tym, co powie do Lou Junge w trakcie spotkania po latach.
I mimo że jej palce szybko zniknęły, a na blat stolika wpełzła odrobina niezręczności, to ledwie wyczuwalne ciepło miało utrzymywać się jeszcze do końca dnia.
Zdecydowanie poprawił mu się humor. – Co? – zapytał z konsternacją, nie tyle podważając jej poprawkę, co w pierwszej chwili nie rozumiejąc nagłej prośby. Dopiero następne słowa rozwiały wątpliwości. No tak, chodziło o guziki. – Nie ma sprawy – odpowiedział od razu. I nagle znów się śmiał, rozbawiony tą wizją – on, Lou oraz igły i nici. Ktoś powinien go uszczypnąć, ewentualnie zbadać skład piwa, które oboje pili, bo na pewno było z nim coś nie tak. Zaczynał wietrzyć niemiecki spisek. – Ale ostrzegam, że jeśli liczysz na profesjonalne wskazówki, to możesz się rozczarować – dodał uczciwie. Jego guziki i łaty co prawda zawsze trzymały się na miejscu, ale daleko im było do gracji i elegancji, z jaką ubrania naprawiała jego mama. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że sztuki krawieckiej uczył się sam, i tak nie było tak źle.
A już na pewno łatwiej było nauczyć się szyć niż rozpracowywać ludzi, przy czym zrozumienie niektórych sprawiało znacznie więcej kłopotów niż innych. Siedząca przed nim kobieta, na przykład, stanowiła najtrudniejszy przypadek, jaki znał, i na pewno ubawiłby się niesamowicie, gdyby potrafił przeczytać jej myśli w tej jednej, konkretnej chwili. – O nie, nie, nie. – Pokręcił głową, odstawiając na blat piwo, jakby chciał podkreślić zaprzeczenie raz jeszcze. – Nie ma tak łatwo. I tak zdradziłem ci już o mnie za dużo – dodał. Znów żartując, i znów tylko częściowo, bo prawdę mówiąc, gdy zastanawiał się nad czymś nieszkodliwym i lekkim, co mógłby jej opowiedzieć, w głowie miał pustkę. Tych poważniejszych tematów z kolei nie chciał poruszać. Po pierwsze, za dużo dookoła było Niemców, których obecność automatycznie wywoływała u niego pierwszy stopień alarmowy i nawet kojące towarzystwo Lou nie było w stanie wyłączyć podstawowych hamulców bezpieczeństwa. Po drugie, bał się, że jakimś głupim wyznaniem wszystko popsuje. Po trzecie, było mu – tymczasowo – dobrze tak, jak było.
I zdecydowanie lepiej się czuł, mając w perspektywie jakieś miłe wydarzenie na horyzoncie, chociaż nie spodziewał się, że naczelna przeciwniczka burz tak szybko przystanie na jego warunki. Ale cieszył się, że to zrobiła. – W porządku – powtórzył za nią, przypieczętowując tym samym niepisaną umowę i w tym samym celu wypijając łyk piwa. Zabawne, nawet nie zauważył momentu, w którym po raz drugi odsłoniło się okrągłe, całkowicie puste dno.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Sro Wrz 21, 2016 3:44 pm

Wszechświat, choć w ciągłym ruchu, opiera się na stałych. Potrzebujemy ich, są fundamentem, podstawą każdej zależności, punktem odniesienia. I myślę, że ludzie w swoich ciągłych zmianach też potrzebują stałości. Korzeni, jak drzewo.  
Moim fundamentem zawsze była nauka. I Hans. Może nawet w odwrotnej kolejności. Reszta rodziny, oczywiście, też jest dla mnie bardzo ważna, ale są raczej punktem wyjścia niż tym odniesienia. Chyba nigdy nie czułam, że są oparciem dzięki któremu przesunę świat. Nawet kiedy myślę o domu, nie widzę rodzinnego dworku. Może jego fragmenty. Ogród na przykład. Wielki piec w drewnianej kuchni. Mój pokój na poddaszu, raczej ta ogromna szafa w której lubiłam czytać książki. Było mi niesamowicie miękko i ciepło, szczególnie zimą, bo trzymano w puchowe kołdry. Ale cała reszta to nie miejsce wyciszenia, raczej stałej czujności by nie powiedzieć czegoś niestosownego. Ani nie wdać się w niepotrzebną rozmowę. Mamy już prawię połowę dwudziestego wieku, a czasami mam wrażenie, że tam, na prowincji czas zatrzymał się dobre trzydzieści lat temu.
Kiedy myślę o domu, nie widzę też mojego pokoju na stancji. Jasne, bardzo go lubię - ale mieszkając w kamienicy z taką ilością dziewcząt w podobnym mi wieku, trzeba się liczyć z tym, że w każdym momencie dnia i nocy może przyjść jedna z lokatorek, mając prawdziwie przeogromny problem. Na całe szczęście, po kilku latach nauczyły się, że kompletnie nie znam się na nylonowych pończochach - ale nikt tak jak ja nie naprawia biżuterii. Ciężko wyłączyć się tak w pełni, będąc w stanie ciągłej gotowości. To jednak wciąż miejsce w którym wieczorna herbata i książka smakują najlepiej.
Kiedy myślę o domu, to bardzo głupie, mam przed oczami bibliotekę wydziałową. Mój stoliczek na samym jej końcu, w rogu przy oknie. Pana Jean’a, nocnego stróża, który czasem przynosił mi herbatę. Słyszałam, że zmarł na początku czterdziestego pierwszego. To była moja stała - jeszcze zanim zostałam studentką.
Ciężko jest utrzymać stabilność bez porządnego fundamentu.
Zaskakująco, to ludzie okazują się najlepszymi, chociaż wydają się najbardziej krusi. Nawet kiedy już ich nie ma - sama myśl o tym co brat by pomyślał, ustawia mnie do pionu. Kiedy mam gorszy dzień potrafię sobie zwizualizować jedno z jego „nie louj Lou”, to podnosi mnie z łóżka. Podnosi mnie też z łóżka myśl o spędzeniu dnia z małym Thierrym, o jednym małym skrawku normalności, popołudniu spędzonym we trójkę w parku. Mam w Paryżu swoją małą rodzinę i może to nie jest jeszcze stała, nie przewracam się. Kiedyś znacznie mniej doceniałam obecność innych w moim życiu.
Pewnie dlatego ściskam dłoń Bernarda, słysząc jego dziękuję. Nie roszczę sobie żadnego prawa, ale może, tylko może, lekko popchnęłam go w drugą stronę, tak by bliżej był uzyskania równowagi. I ta myśl jakoś i mnie uspokoiła, rozgrzała lekko, tak od środka.
W tym momencie nawet przez myśl mi nie przeszło żadne utyskiwanie na licealne czasy i niedowierzanie. Przez chwilę, jeden idealnie zamknięty moment w czasie i przestrzeni, było prostu właściwie. Dwa uśmiechy i złączone dłonie. Lubię myśleć, że wszechświat składa się z takich idealnie zamkniętych momentów.
I dopiero ta myśl wywołała lawinę niezręczności. To zdecydowanie nie było w ł a ś c i w e, zaraz sobie pomyśli niewiadomo co i znajdzie kolejne tysiąc powodów do docinek. Jakbym sama nie dała mu już wystarczającej ilości, wspominając o tej całej nieumiejętności szycia, chociażby (gdyby siedział przy stoliku z notatnikiem zapewne zanotowałby znacznie więcej) - No moi nauczyciele domowi uznali, że już niczego więcej mnie nie nauczą, więc delikatnie zasugerowali, że lepiej będzie mnie posłać do liceum rok wcześniej. Chociaż nie uczyli mnie niczego nowego od dobrych trzech lat - wzruszam ramionam. Musiałam się dokształcać sama na podstawie naukowych periodyków, ale wtedy wcale mi to nie przeszkadzało. Co najwyżej czasem frustrowało mnie, że nie mam komu zadać pytań które mnie nurtują - Rodzicom spodobał się ten pomysł. Chyba pomyśleli, że dzięki temu szybciej wyjdę za mąż, no i wzięcie będę miała większe, bo jestem taka… - chciałam powiedzieć mądra, ale zwątpiłam we własne słowa, uświadamiając sobie, że znowu wygaduję głupoty, kiedy jemu chodzi o coś zupełnie innego - Wystarczy, żeby guziki nie odpadały - mamroczę, chowając się za kuflem, kiedy on się tak śmieje z mojego kolejnego wygłupu. Sama sobie jestem winna, trzeba było pić wodę. Język mi rozwiązuje to piwo, wcale się nie pilnuje. Jeszcze tego brakuje, żeby się poczuć swobodnie w jego towarzystwie. A potem spotkam gdzieś jego koleżków i będą. Podśmiechujki.
Nie puszczę mu tego płazem! - No tak, już wiem, że lubisz ciemne piwo i dokuczać dziewczętom w okularach - może dlatego jest dzisiaj dla mnie taki miły? Moje słynne bryle nie przeżyły spotkania z drzewem. Żadna z niego enigma, po prostu jest uczulony. Na okulary. Albo się takich boi, to fobia? Ja nie przepadam za szczurami i wszelkim robactwem, on czuje paniczny strach przed soczewkami.
A co jeśli wizyta w Planetarium go zabije?!
- Tylko wtedy ty musisz zadbać o słodkości - muszę postawić jakiś warunek. Skoro mam już ryzykować życie, to może przynieść chociaż głupie ciastko od sąsiadki z dołu. Albo piwo, przyjmę też piwo - chociaż akurat te zbyt szybko znikają w jego towarzystwie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   Czw Lut 23, 2017 10:32 pm

Wieczór 9 kwietnia był wyjątkowo ciepły. Po malowniczych uliczkach Butte-Montmartre spacerowało wielu paryżan, wsłuchując się w rozbrzmiewającą w zaułkach muzykę i przystając od czasu do czasu przy którymś z ulicznych skrzypków. Im bliższa była jednak godzina policyjna, tym rzadszym widokiem stawali się spacerowicze, ale ostatni z nich, zmierzający szybkim krokiem ku swoim kamienicom, mogli dostrzec, że tego wieczora w Butte-Montmartre wręcz roiło się od niemieckich mundurów i pojazdów. Widok ten był jednak zupełnie uzasadniony - w ciągu ostatnich kilku dni mieszkańcy Butte-Montmartre, a przede wszystkim klienci 'Le Dome', zdążyli już oswoić się z myślą, że tak zwany Biernacht, który wymyślił sobie właściciel, przyciągnie tutaj rzeszę okupantów.
W samym 'Le Dome' już od kilku godzin trwały solidne przygotowania. Cały lokal wysprzątano (choć i tak zakładano, że stan czystości nie utrzyma się zbyt długo), wypolerowano stoły, a na zaplecze wtoczono kilka beczek piw - przeważnie niemieckich, ale znalazło się też kilka francuskich. Właściciel zadbał jednak, aby tej nocy trunków nie zabrakło. Blisko baru ustawiono również szafę grającą, w której umieszczono imponującą liczbę płyt z piosenkami niemieckich artystów - czy raczej artystek - cenionych przez okupantów (do posłuchania tutaj).
Przed samym 'Le Dome' rozpięto także markizę i ustawiono kilka dodatkowych stolików. Nikt z pracowników (zwerbowanych na tę noc w większej liczbie) nie miał bowiem wątpliwości, że frekwencja dzisiaj dopisze.
Mniej więcej na kwadrans przed godziną dwudziestą drugą pierwsi Niemcy zaczęli schodzić się do lokalu, przekraczając próg 'Le Dome' w wyraźnie dobrych nastrojach. Widomo niektórych marcowych porażek nieco przybladło i tej nocy zapewne wielu z nich miało zamiar zapomnieć o obowiązkach. W 'Le Dome' robiło się więc coraz głośniej i coraz ciaśniej, mimo że sam lokal nie należał do najmniejszych. W pewnym momencie ktoś włączył również szafę grającą i w całą piwiarnię wypełniła muzyka. Ponadto można było zauważyć, że pomiędzy niemieckimi mundurami wyróżniały się eleganckie sukienki kobiet, które krążyły wokół stolików, posyłając szerokie, zalotne uśmiechy siedzącym przy nim okupantom, by po chwili zająć przy nich miejsce. Nikt nie zadawał zbędnych pytań - wiadomo było, że owe kobiety należały do gości specjalnych z One-Two-Two.
W tłumie przewijali się także kelnerzy, cierpliwie roznoszący tace z kuflami do stolików zajmowanych przez okupantów i tłumaczący im, na czym dokładnie polegała specjalna promocja, którą tak zachwalano na plakatach informujących o Biernachcie.

Wszystkie piwa kosztowały dziś tylko 4 franki (czyli 400 centymów) za kufel i tyle płacił okupant najniższy stopniem, czyli SS-Schutze. Przy każdym wyższym stopniu cena za kufel malała o 20 centymów, a więc SS-Oberschutze płacił już 3 franki, 380 centymów, następnie SS-Sturmann 3 franki, 360 centymów i tak dalej...


Uwagę przykuwały także dwa stoliki położone po lewej stronie od wejścia, a właściwie żołnierze, którzy się przy nich zebrali. Dopingowali oni młodego szeregowca i każdemu zainteresowanemu opowiadali, że oto siedzi między nimi Klaus Lindemann - ten, który w karty ograł samego Tobiasa Wolfmeyera i dzięki temu zdobył jego pistolet. Ile było w tym prawdy, trudno zweryfikować, jednak każdy chętny mógł rzucić wyzwanie młodzieniaszkowi i rozegrać z nim partyjkę pokera.

Kwestie techniczne

1. Od tego momentu macie czas do niedzieli (26 lutego) na napisanie w temacie, rozmowy i wszelką integrację.
2. Na początku posta wypiszcie ekwipunek, jaki ma przy sobie Wasza postać.
3. Nie twórzcie epopei – posty na długość avatara czy nawet krótsze spokojnie wystarczą.
4. Jeśli Wasza postać zwraca się do kogoś, dodatkowo zaznaczajcie to w postach podkreśleniem.
5. Ta sama zasada dotyczy poruszania się po piwiarni - w poście z opisem tematu znajduje się mapa 'Le Dome' wraz z legendą.
6. Nie możecie zaczynać rozgrywek, które czasowo miałyby miejsce po Biernachcie.
7. Tutaj znajduje się wykaz stopni, który powinien ułatwić Wam obliczanie ceny piwa dla Waszych postaci.
8. Jeżeli wiecie, że nie jesteście w stanie odpisać w ciągu czasu, jaki podał Mistrz Gry, koniecznie poinformujcie go o tym w prywatnej wiadomości. Możecie określić również, co Wasza postać planowała zrobić.

Wszystkie te zasady służą zachowaniu płynności i dynamiki gry oraz poszanowaniu cudzego czasu, dlatego bardzo proszę o przestrzeganie ich – będzie nam się o wiele przyjemniej grało. ;)

Podsłuchiwanie - na początku rozgrywki, gdy wszyscy są jeszcze względnie trzeźwi, próg podsłuchania rozmowy drugiej osoby wynosi 90 oczek. W miarę upojenia alkoholowego, czyli pojawiających się postów MG, próg ten będzie malał. Jeśli chcecie podsłuchać drugą osobę, rzucacie kostką k100. Wynik ponad progiem oznacza, że udało Wam się wychwycić całą wypowiedź z poprzedniego postu. Wyrzucenie jedynki skutkuje przyłapaniem. Zaznaczajcie, w jakich miejscach się znajdujecie, nie można bowiem podsłuchać kogoś, kto przebywa dalej, niż dwa stoliki.
Oczywista oczywistość: próg nie działa, jeśli osoby rozmawiają bezpośrednio ze sobą (np. aliant z okupantem).

Poker - odbywa się przy stoliku numer 1. Jeśli chcecie wziąć udział w partyjce, musicie obstawić minimum 10PR z konta swojej postaci i rzucić kością k100. Następnie MG wykona swój rzut, a porównanie nastąpi wobec tej legendy:

100 - poker
99 - 90 czwórka
89 - 80 ful
79 - 70 kolor
69 - 60 strit
59 - 50 trójka
49 - 40 dwie pary
39 - 30 para
29 - 2 - nic; możesz zrezygnować bądź spróbować jeszcze raz
1 - nic; stajesz się pośmiewiskiem żołnierzy zebranych przy stoliku

źródło: tradycyjny ranking układów.
Możecie także obstawiać przedmioty ze swojego ekwipunku. Wygrany zgarnia tyle punktów, ile obstawiał lub równowartość przedmiotu (cena ze sklepiku).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Piwiarnia 'Le Dome'   

Powrót do góry Go down
 
Piwiarnia 'Le Dome'
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: