IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Stara fabryka - Page 2


Share | 
 

 Stara fabryka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Stara fabryka   Pią Sie 19, 2016 8:13 am

First topic message reminder :



Stara Fabryka

Znajdujący się na obrzeżach 15. dzielnicy budynek z pewnością nie przyciąga do siebie wielu Paryżan. Pozostawiona w znacznej ruinie stara, opuszczona fabryka, ma już za sobą lata swojej świetności. Powybijane okna straszą ziejącą przez nie pustką, a wiejący wiatr zdaje się odbijać szeptem od pustych, ogołoconych ścian. Wewnątrz wciąż znajdują się pozostałości zardzewiałej i niedziałającej już machinerii, a okoliczni mieszkańcy omijają posiadłość szerokim łukiem. Krążące plotki głoszą, iż wcale nie jest tak opuszczona, na jaką wygląda.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Czw Kwi 13, 2017 11:42 pm

Po krótkiej walce z linami Flavie mogła poczuć, że krępujące ją więzy opadły, a jej dłonie znów były wolne. W tym samym czasie Allard i drugi mężczyzna wciąż rozmawiali, co dawało kobiecie pewną szansę na ucieczkę. Gdyby podeszła bliżej wyjścia, zobaczyłaby, że zaraz przed nią znajdował się korytarz, który mogła dostrzec wcześniej. Po lewej stronie kończył się on schodami prowadzącymi w dół, natomiast po prawej biegł w głąb budynku. Również po prawej stronie - na tej samej linii z pomieszczeniem, w którym znajdowała się w Flavie - widniało kolejne wejście pozbawione drzwi, gdzie majaczyła sylwetka odwróconego tyłem Allarda, a także jego towarzysza, nieznanego Flavie mężczyzny, który gestykulował gwałtownie, wciąż sprzeczając się o coś z Allardem.
Choć Flavie nadal czuła się nieco sennie, działanie wypitego szampana zdecydowanie osłabło i teraz mogła już myśleć o wiele jaśniej - a przede wszystkim zaplanować ucieczkę, bo choć droga do schodów była prosta, na korytarzu znajdowało się mnóstwo potłuczonego szkła, które mogło zdradzić obecność Flavie.


Flavie, jeśli chcesz uciec w stronę schodów, rzucasz kostką k6:

1, 2, 3 - będąc w połowie długości dzielącej Cię od schodów, przez przypadek następujesz na większy odłamek szkła, który pęka z głośnym trzaskiem, a rozmowa mężczyzn natychmiast się urywa.
4, 5, 6 - mężczyźni nie zauważają Cię; udaje Ci się także nie nastąpić na żaden z odłamków i dotrzeć bezpiecznie do schodów.

Na odpis masz 72h, kolejny post Mistrza Gry pojawi się w niedzielę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Sob Kwi 15, 2017 10:16 pm

Flavie nie potrzebowała specjalnych umiejętności, aby po krótkich zmaganiach uwolnić swoje nadgarstki z oplatających je lin. Mężczyźni najwyraźniej nie przyłożyli się specjalnie do swojego zadania, być może sądząc, iż zdążą wrócić do pomieszczenia zanim kobieta odzyska przytomność. Na jej szczęście, nic takiego się nie wydarzyło, a ona zyskała odrobinę więcej czasu, aby przemyśleć swój następny krok.
Ponieważ, bez wątpienia, zamierzała takowy uczynić. Nie mogła przecież siedzieć w miejscu, kiedy drzwi, prowadzące z pewnością w stronę wyjścia z budynku, były tak blisko, a jej od ucieczki nie powstrzymywało już nic. Była niemalże pewna, że nie znajdzie się nikt, kto w tej chwili mógłby jej pomóc i tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru czekać na jakąkolwiek pomoc, która przecież mogła się nigdy nie pojawić. Musiała uratować sama siebie, być może to właśnie był ten pierwszy krok, który musiała zrobić, żeby zyskać odrobinę pewności siebie oraz nabrać odwagi. I nie chodziło już tylko o opuszczenie budynku i oddalenie się od niego jak najbardziej to było możliwe, ale o wszystko inne w jej życiu. O wszystko to, co krępowało ją prawie tak samo jak zawiązane jeszcze przed chwilą wokół jej rąk liny. I chociaż była pewna, że inne problemy nie były tak łatwe do rozwiązania, jeśli tylko uda jej się jeszcze tego dnia wrócić do domu, zamierzała być może w końcu wziąć sprawę w swoje ręce.
Rozmyślania, które ją nawiedziły, były prawdopodobne spowodowane nagłym uderzeniem adrenaliny, która zaczęła pulsować a jej żyłach, gdy przygryzała boleśnie wargę z nerwów i powoli zsuwała ze stóp buty, aby ich odgłos nie niósł się po kamiennej podłodze, gdy już za chwilę zacznie torować sobie drogę do wyjścia. Podniesienie się z krzesła wydawało się być najtrudniejsze. Flavie wsłuchiwała się uważnie w dochodzące zza ściany głosy, teraz ledwo słyszalne przez szumiącą w uszach krew i walące serce, gdy zdawała sobie sprawę, iż tak naprawdę właśnie teraz zaczynała być przerażona. Nie miała pojęcia, co się stanie, jeśli nie uda jej się uciec. Być może mężczyźni zmienią zdanie, stwierdzą, iż jednak nie jest dla nich nic warta i postanowią zrobić coś, aby zlikwidować problem, którym bez wątpienia by się stała. Odetchnęła głęboko, najciszej jak mogła wypuszczając z ust nabrane do płuc powietrze, powtarzając sobie, że jeszcze sekunda dłużej i jakakolwiek szansa na ucieczkę zbiegnie jej sprzed nosa.
Ostrożnie podniosła się z krzesła, starając się robić to jak najciszej, jednocześnie zgarniając w jedną dłoń zdjęte przed chwilą buty. Droga od miejsca, w którym siedziała, do początku korytarza wydawała się zaskakująco prosta, chociaż gdy kobieta dotarła do drzwi, widząc przed sobą prowadzące w dół schody, ujrzała również sylwetki rozmawiających mężczyzn i przez moment serce podeszło jej do gardła. Starała się jednak zignorować narastające zdenerwowanie, zaciskając mocno dłoń i spoglądając pod nogi, gdzie na ziemi widniały rozsypane kawałki szkła. Na ułamek sekundy zacisnęła oczy, uświadamiając sobie, że być może droga do schodów wydawała się prosta, jednak usłana była zdecydowanie nie różami, a czymś o wiele gorszym, co mogło poważnie ją zranić i przyczynić się do całkowitej porażki. Metafora tej chwili uderzyła ją z najmniej odpowiednim momencie i przez chwilę miała ochotę się zaśmiać, gdy pomyślała o tym, że prawdopodobnie tak właśnie wygląda jej życie. Prosta ścieżka pełna cierni, z dodatkowym trzygłowym psem strzegącym miejsca, przez które mogłaby uciec na wolność. I chociaż nie powinna w tej chwili myśleć o czymkolwiek innym, świadomość tego, że była niemalże jak Persefona, więziona przez władcę podziemnego świata wbrew swojej woli, wyjątkowo przypadła jej do gustu.
Nie chcąc jednak marnować czasu na zagłębianie się w mitologiczne rozważania, doszukując się w nich analogii do własnej egzystencji, przełknęła cicho ślinę, skupiając wzrok na schodach przed nią, uszami wciąż jednak śledząc dochodzące odgłosy rozmowy, po czym uczyniła pierwszy krok, a później kolejny i kolejny, mając nadzieję, iż ta próba uwolnienia się okaże się skuteczniejsza niż poprzednia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Sob Kwi 15, 2017 10:16 pm

The member 'Flavie Bernard' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Nie Kwi 16, 2017 11:26 pm

Wyglądało na to, że los nie sprzyjał dziś Flavie. Szkło, na które nastąpiła, chrupnęło nieprzyjemnie, zdradzając jej obecność, ale zaraz później wszystko potoczyło się tak szybko, że Flavie prawdopodobnie nie miała czasu, by przeklinać zdradliwy odłamek.
Rozmowa mężczyzn urwała się gwałtownie, a ułamek sekundy później rozległy się kroki i na korytarzu pojawił się Allard.
- Stój! - wrzasnął, ruszając w stronę Flavie, ale w tym samym momencie kobieta znów mogła usłyszeć kroki, tym razem znacznie cięższe i dobiegające od strony schodów.
Gdyby Flavie spojrzała w tamtą stronę, od razu dostrzegłaby mężczyznę w niemieckim mundurze, który właśnie dotarł do szczytu schodów, wyciągając przed siebie pistolet.
- Padnij! - krzyknął w stronę Flavie, kilkakrotnie naciskając spust. Jeżeli kobieta zdołała w porę się pochylić, mogła poczuć, że kule świsnęły tuż nad jej głową. Zza pleców Flavie dobiegł jęk bólu Allarda, ale mężczyzna zdołał szybko wycofać się z powrotem do pomieszczenia.
Tymczasem Niemiec zmierzał już w stronę Flavie, trzymając broń w pogotowiu.


Na odpis masz 72h, kolejny post Mistrza Gry pojawi się w środę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Wto Kwi 18, 2017 6:22 pm

Początkowo sytuacja zdawała się sprzyjać Flavie, która powoli krok za krokiem przesuwała się w stronę schodów, w ustach czując metaliczny posmak krwi z przygryzanej z nerwów wargi. Zacisnęła mocniej dłoń na trzymanych w dłoni butach, jednocześnie starając się nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów, które świadczyłyby o tym, iż mężczyźni przerwali swoją rozmowę. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a przynajmniej do chwili, gdy kobieta na moment podniosła wzrok i przez własną nieuwagę nastąpiła na leżący na ziemi kawałek szkła. Najpierw ciszę przerwał chrzęst, który w tamtym momencie zdawał się być najgłośniejszym odgłosem, jaki Bernard w życiu słyszała. Zamarła w miejscu, jednocześnie czując, jak rozgniecione stopą szkło rozcina jej skórę, wysyłając promieniujący ból. Nabrała w płuca ogromny haust powietrza, jednak zanim zdążyła się chociażby zastanowić nad tym, czy być może mężczyźni niczego nie usłyszeli, zza jej pleców doszedł ją odgłos kroków, za którym podążał krzyk znanego jej męskiego głosu.
W następnych sekundach wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko, aby kobieta miała chociażby szansę zastanowić się nad tym, co się dzieje i co robi. Najpierw obejrzała się przez ramię, dostrzegając zmierzającego w jej stronę Allarda. Na jej twarzy wymalowało się chwilowe przerażenie, gdy powoli, w tyle jej umysłu, dochodziła do niej świadomość tego, iż tym właśnie sposobem jej kolejna próba ucieczki zakończyła się epicką porażką, w żadnym stopniu nie polepszając jej sytuacji. Zanim jednak zdążyła oszacować swoje szanse na dobiegnięcie pędem do schodów i ucieknięcie z budynku, lub podjęcie jakichkolwiek innych działań, które jeszcze miałyby szansą jakimś cudem wybawić ją z opresji, do jej uszu dotarł kolejny odgłos kroków, tym razem jednak cięższych, dobiegający od strony schodów, które jeszcze chwilę wcześniej były celem jej niezbyt udanej wyprawy. Na twarzy Allarda pojawiło się chwilowe zaskoczenie i Flavie bez zastanowienia odwróciła głowę w stronę, z której dochodziły kroki, aby wzrokiem napotkać nieznanego jej mężczyznę ubranego w niemiecki mundur, dobywającego właśnie swojego pistoletu. Nie mając specjalnie pojęcia jakim cudem, na dźwięk jego polecenie szybko schyliła się w dół, padając ciężko na ziemię w momencie, w którym centymetry od jej głowy przeleciały wystrzelone przez mężczyznę kulę. Zacisnęła oczy, oddychając głęboko zupełnie tak, jakby przez ostatnie kilka minut wstrzymywała powietrze w płucach i dopiero teraz była w stanie tak naprawdę odetchnąć, choć przecież wcale nie czuła się specjalnie bezpiecznie. Dobrze wiedziała, że niektórzy Niemcy potrafili być w swoich zachowaniach o wiele gorsi niż zdesperowani Francuzi, którzy z jakiegoś powodu chcieli zrobić wszystko co w ich mocy, aby tylko wydostać się z tego kraju. Szczerze powiedziawszy, kobieta potrafiła ich w pewien sposób zrozumieć. Czasem sama miała przecież ochotę posunąć się do dość radykalnych zachowań, byle tylko odzyskać chociażby osobistą wolność, gdy na wolność swojej ojczyzny tak naprawdę już dawno przestała liczyć.
Ogłuszający dźwięk wystrzału przez chwilę jeszcze dzwonił jej w uszach, mieszając się z jękiem bólu, świadczącym o tym, iż tajemniczy Niemiec, w tej chwili najwyraźniej będący jej wybawcą, nie spudłował. Po części była mu wdzięczna, co nie znaczyło, iż zamierzała mu w pełni ufać. Ignorując ból zarówno w stopie jak i w dłoniach, które zostały odrobinę pocięte przez odłamki szkła gdy nieuważnie upadła na ziemię, podpierając się dłońmi aby uniknąć całkowitego zderzenia z twardą powierzchnią, uniosła głowę do góry, napotykając wzrokiem zmierzającego w jej stronę Niemca. Zanim zdążył do niej podejść wstała z ziemi i podpierając się o ścianę wsunęła na stopy buty.
- Dziękuję - rzuciła w stronę mężczyzny zmęczonym głosem, ponieważ bez względu na to, kim był, w tamtej chwili prawdopodobnie ocalił ją od sporych problemów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Sro Kwi 19, 2017 11:12 pm

Kiedy Niemiec zjawił się tuż przy Flavie, kobieta mogła dostrzec, że nie miał on więcej niż trzydzieści kilka lat, a na jego całkiem przystojnej twarzy rysował się grymas. Z pomieszczenia, dokąd umknął Allard, nie dobiegały już żadne dźwięki, co prawdopodobnie oznaczało, że zarówno on, jak i jego towarzysz zdołali znaleźć inne wyjście.
Mężczyzna wciąż jednak nie schował broni i najwidoczniej wahał się, czy podążyć za porywaczami, czy zająć się Flavie. W końcu zaklął pod nosem i zwrócił się w stronę kobiety, opuszczając pistolet i oferując jej ramię.
- Akurat wyszedłem na papierosa, kiedy zobaczyłem, że ich samochód odjeżdża spod domu mody - rzucił. - Byłem pewien, że sam ich złapię - powiedział bardziej do siebie niż do Flavie, a w jego głosie zabrzmiała niemalże urażona duma. Po chwili znów skupił się na kobiecie. - Nic pani nie jest? Pomogę pani stąd wyjść, proszę mi tylko powiedzieć, gdzie panią zabrać.
Powoli ruszył w stronę schodów, dostosowując swoje tempo do kroków Flavie, a jednocześnie wciąż rozglądał się dookoła.
- Gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się - odezwał się po chwili, zerkając na Flavie. - SS-Hauptscharführer Hans Zwiebel.


Na odpis masz 72h, kolejny post Mistrza Gry pojawi się w piątek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pią Kwi 21, 2017 5:21 pm

Flavie musiała przyznać, że gdy w końcu stanęła na nogi i dookoła na moment zapanowała chwilowa cisza, przerywana jedynie odgłosem kroków zbliżającego się do niej mężczyzny, naprawdę jej ulżyło. Odetchnęła głęboko, wygładzając pogniecioną i odrobinę pobrudzoną, błękitną sukienkę. Przetarła nią dłonie, zauważając, że delikatne zadrapania nie stanowiły poważniejszych ran, zanim skupiła swoją uwagę na mężczyźnie. Przez krótką chwilę uważnie przyglądała się jego twarzy, dochodząc do wniosku, że nigdy wcześniej nie miała okazji go spotkać, chociaż była przekonana, iż gdyby przypadkiem z jej ust wymsknęło jej się nazwisko Fabiena, mężczyzna musiałby je rozpoznać.
- Cóż za niesamowity zbieg okoliczności – powiedziała niemalże beznamiętnym tonem, nie przyjmując jednak jego ramienia i samej powoli ruszając w stronę schodów. Jedyne, na czym tak naprawdę jej zależało, to jak najszybszy powrót do domu – Wszystko w porządku, dziękuję. I naprawdę nie trzeba, dam sobie radę, nie chciałabym dłużej nadwyrężać pańskiej życzliwości – posłała mu krótki uśmiech, który rozciągnął się jedynie na jej wargach, gdy oczy wciąż pozostawały odrobinę wycofane i odizolowane, jak gdyby wciąż nie potrafiła jeszcze przetrawić wszystkiego, co przed chwilą się wydarzyło. Jakimś cudem szczęście w ostatniej chwili się do niej uśmiechnęło, chociaż od początku całego wydarzenia zdawało jej się, że coraz bardziej wyczerpywały jej się możliwe opcje, gdy każda podjęta próba wyciągnięcia się z opresji o własnych siłach zdawała się kończyć porażką. Szczerze powiedziawszy, bez względu na to, czy był to jedynie przykry zbieg okoliczności czy może jej wrodzona nieporadność, fakt, iż znów musiała polegać na pomoc kogoś innego, w dodatku mężczyzny ubranego w niemiecki mundur, odrobinę nadszarpnął jej dumę i podważył wiarę w siebie oraz to, iż jest w stanie poradzić sobie w świecie o własnych siłach. Pewnie dlatego też zamierzała wrócić do domu sama, nie zwracając uwagi na niezbyt reprezentacyjny wygląd, jednocześnie potrzebując chwili aby odetchnąć i przemyśleć to, czego doświadczyła.
Wbrew wszystkiemu, czego można się o niej spodziewać, Flavie była o wiele silniejsza niż dawała to po sobie poznać. Łatwo było ukryć się za delikatnymi rysami twarzy, jasnymi włosami i szczupłą sylwetką i czasem kobieta czerpała z tego wielkie korzyści. Z czasem jednak przekonała się, że niektórzy ludzie nie potrafili traktować jej zbyt poważnie i powoli zaczynała mieć dosyć bycia jedynie ozdobą u boku męża i jego zabawką, którą mógł przesuwać z kąta w kąt i rzucać o ściany, gdy miał gorszy nastrój, nie potrafiąc zapanować nad swoimi emocjami. I chociaż zawsze sądziła, że ludzie nie mogą być z natury źli, że zło nie jest cechą wrodzoną, a jedynie stworzoną w pewnym skomplikowanym procesie, Fabien pozostawał być może jedyną osobą, której nigdy nie współczuła i której współczuć nie zamierzała, ani razu nie zauważając, aby próbował pracować nad tym, jaki był, zupełnie tak, jakby jego usposobienie i zachowanie sprawiało mu prawdziwą przyjemność. Bo być może sprawiało, Flavie nie próbowała wgłębiać się w jego myśli, szczególnie nie wtedy, gdy dawał popis braku zahamowań, mając wówczas zdecydowanie inne rzeczy na głowie.
- Dziękuję za pomoc, Hauptscharführer Zwiebel – powiedziała, obdarzając go kolejnym uśmiechem i przytrzymując się poręczy schodów powoli schodząc w dół – Czy mogę się panu za to jakoś odwdzięczyć? – zapytała raczej z czystej uprzejmości, niż rzeczywistej chęci odwdzięczenia się za wyciągnięcie jej z opresji. Jednocześnie chwilowo pominęła wyjawienie mu swojego nazwiska, wyjątkowo woląc pozostać anonimową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Sob Kwi 22, 2017 12:10 am

Zwiebel starał się dzielić uwagę pomiędzy Flavie a cichą jak dotąd okolicę. Pokonawszy schody, obydwoje znaleźli się na parterze budynku, zaraz obok odrapanych drzwi, które prowadziły na zewnątrz.
- Madame, chyba nie muszę pani tłumaczyć, że panią porwano? - zapytał Zwiebel, unosząc lekko brwi, a jednocześnie wciąż pomagając Flavie ustać na nogach. Mężczyzna darował sobie uśmiech. - Będę to musiał zgłosić francuskiej policji, jeśli nie innym służbom - tutaj kąciki jego ust mimowolnie wykrzywiły się lekko ku górze. - A pani powinna udzielić mi wszystkich niezbędnych informacji, oczywiście dopiero wtedy, gdy dojdzie pani do siebie, co może jednak trochę zająć.
Zwiebel zerknął na nią ze zwątpieniem, choć w jego oczach błysnęło też coś na kształt współczucia. Zaraz potem jego wzrok zatrzymał się na obrączce na palcu Flavie.
- Odwiozę panią do domu, pani mąż na pewno się denerwuje. I proszę mi nie dziękować, przecież jestem tutaj, aby stać na straży porządku - odezwał ponownie, wypinając dumnie pierś. Popchnął drzwi, które zaskrzypiały smętnie, po czym wraz z Flavie przekroczył próg budynku, wychodząc na rozległe podwórze. - Jaki jest pani adres? - zapytał jeszcze.


Na odpis masz 72h, kolejny post Mistrza Gry pojawi się w poniedziałek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pon Kwi 24, 2017 6:15 pm

Schodzenie po schodach, choć nie należało do najprzyjemniejszych czynności z powodu odczuwalnego dyskomfortu w zranionych lekko stopach, minęło dość szybko i już po chwili Flavie, w towarzystwie Hauptscharführera Zwiebela, wyszła przed budynek, w którym przez jakiś czas była przetrzymywana, mogąc w końcu odetchnąć świeżym powietrzem, które nie było przepełnione duszącym kurzem i pyłem. Efekty wypitego jakiś czas wcześniej szampana zdawały się już niemalże w całości ustąpić i chociaż kobieta nie pogardziłaby chwilą odpoczynku w zaciszu własnego mieszkania, nie mogła powiedzieć, aby czuła się specjalnie słabo. Już w szczególności była pewna, iż znajdowała się w stanie, w którym bez większych przeszkód mogła o własnych wrócić do domu. W jej interesie nie leżało jednak sprzeczanie się z niemieckim wojskowym, w szczególności iż wyświadczał jej dość sporą przysługę. Być może czasem zachowywała się dość nierozsądnie, zwłaszcza w towarzystwie własnego męża, w obecności którego z jakiś powodów pozwalała sobie na o wiele więcej, za co też często ponosiła dość przykre konsekwencje, jednak zazwyczaj miała w sobie na tyle rozwagi, aby w porę ugryźć się w język. To, oraz zmęczenie i lekki szok sprawiały, iż wraz z następnymi słowami mężczyzny westchnęła cicho, nie zamierzając już dłużej walczyć o swoje.
- Oczywiście, że nie, jestem tego jak najbardziej świadoma – powiedziała odrobinę urażonym tonem, czując się jak dziecko, któremu należało wszystko dobitnie tłumaczyć. Mężczyzna być może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale Flavie w dość nieprzyjemny sposób odczuła efekty porwania, co nie znaczyło jednak, że nie potrafiła sama się o siebie zatroszczyć. Oczywiście nie zamierzała mówić tego na głos, ale wielokrotnie miała okazję znaleźć się w o wiele gorszej sytuacji – Przykro mi, ale wydaje mi się, że nie będę zbyt cennym źródłem informacji. Wiem jedynie, iż ktoś musiał dodać do mojego szampana środek odurzający, ponieważ nagle zaczęłam odczuwać silne zawroty głowy. Gdy próbowałam wyjść z budynku wpadłam na jakiegoś mężczyznę i musiałam stracić przytomność, ponieważ następne, co pamiętam, to obudzenie się w tym budynku. Reszta chyba pozostaje już dla pana jasna – wyjaśniła bezbarwnym tonem, jak gdyby od niechcenia, celowo zachowując dla siebie nazwisko Allarda oraz temat podsłuchanej rozmowy. Być może mężczyźni ją porwali, jednak w tym momencie nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, a ona z pewnością nie zamierzała ułatwiać ich schwytania ludziom, którymi tak naprawdę pogardzała. Ponadto miała wrażenie, iż postrzał był wystarczającą karą za próbę przetrwania, za co tak naprawdę nie potrafiła Allarda winić. Nie była w końcu pewna, do czego sama byłaby w stanie się posunąć w akcie desperacji.
Świeże powietrze, które niemalże uderzyło ją w twarz, gdy mężczyzna pchnął ciężkie drzwi prowadzące na podwórze, zadziałało prawdziwie kojąco i gdyby nie fakt, iż starała się okazywać jak najmniej prawdziwych emocji w towarzystwie Zwiebela, prawdopodobnie pokusiłaby się o delikatny uśmiech. Wydawało jej się, iż określenie całego zajścia mianem porwania czyniło z tego naprawdę dużą sprawę. Nie wiedziała, jak długo była nieprzytomna, jednak sama podchodziła do tego z być może zaskakującą pobłażliwością.
- Na pewno, Obersturmbannführer Eberhart z pewnością byłby panu wdzięczny – odpowiedziała z lekką ironią w głosie, powoli obracając złotą obrączkę zdobiącą jej palec. Przez większość czasu miała ochotę po prostu się jej pozbyć, niekiedy jednak przekonywała się, że posiadanie męża potrafiło być wyjątkowo przydatne - Avenue d'Eylau – dodała po chwili w odpowiedzi na zadane pytanie, nie zamierzając już dłużej się opierać. Być może było to dobre rozwiązanie, im szybciej znajdzie się w domu tym szybciej będzie mogła zapomnieć o całym zajściu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Wto Kwi 25, 2017 12:12 am

Zwiebel wysłuchał Flavie, marszcząc lekko brwi, jakby nieco zawiedziony, że kobieta nie powiedziała nic więcej. Mimo to skinął głową i przyjrzał się jej uważniej.
- Gdyby cokolwiek się pani przypomniało, proszę natychmiast dać mi znać - powiedział i przywołał na twarz coś w rodzaju uśmiechu. Wciąż pilnował, aby Flavie mogła oprzeć się na jego ramieniu, a drugą dłoń zaciskał na pistolecie, mimo że nie wyglądało na to, aby cokolwiek im groziło.
Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Zwiebel ruszył w stronę niedalekich zabudowań fabryki, jednak przystanął na moment, słysząc słowa Flavie. Tym razem jego usta rozciągnęły się w wyraźnym, zadowolonym uśmiechu.
- Jest pani żoną Obersturmbannführera Eberharta? Jak to dobrze się składa! - rzucił, ruszając się z miejsca. - Pani mąż i ja jesteśmy bliskimi przyjaciółmi. Bardzo bliskimi - uśmiech nadal nie opuszczał jego warg. - Tym bardziej czuję, że powinienem się o panią zatroszczyć.
Dobry humor Zwiebela utrzymywał się przez całą drogę. Gdy dotarli do samochodu, który mężczyzna pozostawił za jednym ze starych magazynów, Zwiebel pomógł Flavie zająć miejsce obok kierowcy, po czym sam usiadł za kierownicą i ruszył ostrożnie spod fabryki, kierując się w stronę podanego przez Flavie adresu.


Flavie - Zwiebel odwiózł Cię bezpiecznie do domu i oddał w troskliwe ramiona męża. Poza drobnymi ranami na dłoniach i stopach nic Ci nie dolega, choć wciąż możesz się czuć lekko oszołomiona. W całym zamieszaniu straciłaś również torebkę, a wraz z nią dokumenty.
Otrzymujesz też 80 PR.

Jeśli chcesz, możesz napisać jeszcze jeden post, a poza tym do zobaczenia w fabule! ;>
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pią Paź 06, 2017 11:17 pm

Maj od zawsze pachniał bzem, delikatną, słodkawą, rozpływającą się lekko w powietrzu wonią, która wzbierała na intensywności z chwilą, gdy porośnięte bladofioletowymi płatkami krzewy pojawiały się w polu widzenia. Kwiaty zdawały się nie przejmować trwającą dookoła wojną i nic, nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia wstrząsające Paryżem, wydawały się nie być w stanie przerwać ich cyklu i powstrzymać przed wypuszczaniem na wierzch pęków, które łapczywie wyciągały się w stronę ciepłych promieni słonecznych, nie raz wydających się tak nieodpowiednie wobec tego, co działo się między tak samo szarymi kamienicami. Kiedy wszystko wciąż umierało, kawałek po kawałku będąc zakopywane pod grubą warstwą popiołu, odchodząc w niepamięć niczym sny, które pamięta się tylko na moment po przebudzeniu, na wiosnę natura budziła się do życia, ptaki o wczesnych porankach wyśpiewywały swoje serenady, drzewa i trawniki obrastały zielenią, słońce rzucało na ziemię złociste promienie i nawet spadające, ciepłe deszcze nie potrafiły wydawać się tak przytłaczające jak wówczas, gdy całe niebo spowite było grubą, szarą i ciężką warstwą chmur wyglądającą tak, jakby w każdej chwili miało się zawalić.
Świat wciąż stał w płomieniach, puste ulice wciąż niekiedy przeszywały wystrzały broni, ciężkie wojskowe buty dalej przecinały chodniki, a ludzie w popłochu spuszczali na dół wzrok, nie potrafiąc być sobą, ponieważ dobrze wiedzieli, że bycie tym, na kogo się wychowali nie było wystarczające. Tym razem jednak, pod błękitnym niebem, chaosowi akompaniował radosny świergot skowronków i kolorowe, kwieciste klomby, o których mimo wszystko nikt nie zapomniał.
Ironia tej rzeczywistości, będącej bardziej niczym wyrwana ze stronnic teatralnej komedii, nawet ją uderzała prosto w twarz tak mocno, że pozbawiona została wszelkiej przyjemności z cieszenia się miesiącem, który przedtem należał przecież do jej ulubionych.
Czy wciąż jednak istniało przedtem? Czym było, jak nie jedynie marną iluzją i bladym wspomnieniem, o którym łatwiej było zapomnieć niż pielęgnować, aby uniknąć jeszcze większego bólu rozdzierającego klatkę piersiową za każdym razem, gdy umysł podsuwał niechciane obrazy majowych popołudni okraszonych słodkością domowych wypieków, któremu towarzyszył szelest rozdzieranego papieru i radosny, dziewczęcy śmiech, gdy pod kolorowymi warstwami skrywały się wymarzone farby, nowy zestaw płócien czy uszyta na zamówienie sukienka w ulubionym, pudrowo-różowym kolorze. Przedtem wydawało się tak samo nierzeczywiste jak teraźniejszość, oderwane od rzeczywistości, niczym rozrzucone na podłodze fragmenty układanki, których w żaden sposób nie można było poskładać w całość.
Może właśnie dlatego ten miesiąc wydawał się odpowiedni, w sam raz pasujący na kolejne (ostatnie już?) spotkanie z kimś, kto był tak samo nierzeczywisty jak każde wspomnienie, które, im bardziej próbowała o nim zapomnieć, tym żywsze się stawało w jej pamięci, tym głośniej pragnęło z całej siły zwrócić na siebie jej uwagę, zarówno po to, by utrzymać ją jako żywą, oddychającą istotę, ale i by przygnieść boleśnie do ziemi udowadniając, iż nic z tego więcej się nie powtórzy.
Maj zawierał w sobie najwięcej zapisanych drobnym pismem kartek z pamiętnika, które kiedyś spaliła w kominku jakby nie znaczyły więcej niż stare gazety. Był długimi latami, które teraz wydawały się o wiele bardziej odległe, niż by tego pragnęła. Był ciepłymi uśmiechami, piknikami w cieniu starych, zielonych drzew, malowanymi w parkach portretami, długimi spacerami w ulewnych, wiosennych deszczach, głośnym, zlewającym się w jeden śmiechem wielu osób, które rozsypały się niczym fragmenty upuszczonej na podłogę porcelanowej filiżanki, znikając pod ciężką komodą, wpadając w szpary w drewnianej podłodze, kończąc w śmietniku, zapomniane, stare, zakurzone i zniszczone.
Chciała więc zrobić coś dla siebie, właśnie teraz, gdy wszystko wydawało się być o wiele głośniejsze, a jednocześnie jakby przytłumione, gdy barwy świata zlewały się ze sobą niczym mieszające się na podkładce farby, gdy dźwięki wirowały wokoło niczym w przeklętym kalejdoskopie, jakby siedziała na karuzeli, której nie mogła zatrzymać i z której bała się skoczyć, bo upadek oznaczał koniec… Wciąż nie potrafiła zdecydować, czy pragnęła, aby już nadszedł, czy chciała jeszcze trochę poczekać, zatrzymać się w miejscu z nadzieją, że któregoś poranka obudzi się do zupełnie innego świata, że odsłoni ciężkie, pokryte warstwą kurzu zasłony i za oknem ujrzy miasto takim, jakim je pamięta, bez biało-czerwono-czarnej skazy naznaczającej je niczym szkarłatna litera, której obecności, bez względu na wszystko, być może już nigdy nie będą potrafili wymazać. Bała się końca i bała się upadku, tak samo jak przerażała ją wizja jeszcze jednego dnia bycia okutą w niewidzialne łańcuchy, na których dźwięk krzywiła się przy każdym swoim ruchu.
To nie był już wstyd; z nim nauczyła się żyć dawno temu, przyzwyczajając się do gorzkiego posmaku, który pozostawiał na jej wargach i nieprzyjemnego uczucia ciągnącego się ciężko po skórze wzdłuż jej kręgosłupa. Kiedyś próbowała walczyć, na swoje własne sposoby chcąc znaleźć możliwość przeciwstawienia się czemuś, na co przecież nigdy nie miała wpływu, ale z każdym mijającym dniem uświadamiała sobie coraz mocniej to, że im gwałtowniej próbuje odbijać się od dna, machając z desperacją rękoma i rozrywając wszystko wokoło na strzępy, tym głębiej zapada się w nicość wypełnioną metalicznym smakiem krwi na języku i wymalowaną fioletowymi plamami zdobiącymi jej ciało. Tak długo zwlekała przed tym, by się poddać, jednak prawda była taka, iż nie miała siły już dłużej walczyć, gdy walka jedynie jeszcze bardziej oddalała ją od celu, jakimkolwiek by nie był, bo wydawało jej się, iż gdzieś po drodze zupełnie zatraciła poczucie tego, o co walczyła.
O wolność? Czy mogła być wolna, gdy tak naprawdę każdy w jej kraju nosił na sobie żelazne łańcuchy?
O miłość? Czy było warto, skoro w jej życiu nie było nikogo, kogo mogłaby jeszcze kochać?
O siebie samą? Czy tak naprawdę było o co walczyć, jeśli patrząc w lustro nie potrafiła rozpoznać odbicia wpatrującej się w nią kobiety, jakby była jedynie namalowanym dawno portretem, który wyciągnęła po latach z ciemnej piwnicy zapominając o jego istnieniu?
Nie chciała się poddawać, i może też wcale nie musiała. Dojrzewająca w niej gorycz oraz nienawiść do człowieka, który powoli czynił z jej życia piekło nie miała tak po prostu zgasnąć. Powinna więc chyba mu podziękować, tak często przepychał ją przez płonące jęzory ognia, iż z czasem jej skóra stała się na nie odporna, a ona sama zaczynała wierzyć, iż może z czasem da radę przejąć nad nimi kontrolę. W końcu dlatego decydowała się na ten krok, dlatego tamtego dnia w bibliotece poprosiła o broń, dlatego godziła się na kolejne spotkania, nie pytając, jak wiele jeszcze mieli ich odbyć. Tylko i wyłącznie dlatego. Prawda?
Skłamałaby, gdyby przyznała, iż w drodze do zakładu poligraficznego jej żołądek nie ścisnął się w lekkim wyrazie oczekiwania. Kolejna data, kolejne miejsce wycięte z mapy Paryża, odcięte od świata, w którym na krótką chwilę, jak liczyła, świat znowu miał się zatrzymać. Miejsce, którego nazwa sprawiła, iż jej serce stanęło na chwilę, gdy zdała sobie jedną, istotną sprawę. Byłam tam wcześniej.
Nie zamierzała protestować, wbrew wszystkiemu coś jednak ciągnęło ją do kruszących się cegieł i powybijanych okien, do zapachu stęchlizny i martwej ciszy, która otaczała całą okolicę. Tego dnia upewniła się, że przyszła tam wcześniej, ponieważ potrzebowała chwili dla siebie. Momentu na to, by opuszkami palców dotknąć chłodnych ścian, by wejść po tych samych schodach do pomieszczenia, do którego teraz przez pozbawione szyb okna wlewały się promienie słońca sprawiając, iż unoszący się wokoło kurz świecił się w ich strugach wyglądając niemalże magicznie. Od tamtego dnia nic zdawało się nie ulec zmianie. Na środku wciąż stało to samo krzesło, na którym teraz usiadła zaledwie na moment, układając dłonie w tych samych miejscach, do których wcześniej przywiązane były linami. W korytarzu mignęły jej zaschnięte, choć wciąż jeszcze widoczne, plamy krwi i, gdyby nie wiedziała, gdzie patrzeć, z pewnością nie byłaby w stanie ich zauważyć. Rozglądała się dookoła uważnie i, pomimo tego, że miejsce powinno wiązać się jej z niezbyt przyjemnym doświadczeniem, świadomość iż została porwana w dalszym ciągu wydawała się jej absurdalna. Na tyle, iż pokręciła lekko głową śmiejąc się krótko i zakładając włosy za ucho, jednocześnie strącając wpleciony tam wcześniej jasnoróżowy kwiat, kolorem dopasowujący się do brudnego różu zwiewnej sukienki. Schyliła się, otrzepując go z kurzu, aby następnie na powrót umieścić go w opadających miękko na ramiona włosach zastanawiając się, jak bardzo jej osoba odcina się na tle tego zapomnianego, zniszczonego zębem czasu miejsca.
Nie mogła powstrzymać się przed wejściem do środka, choć przecież nie była pewna, czy mężczyzna będzie w stanie ją znaleźć. Tym razem nawet przed samą sobą nie próbowała ukrywać, iż wyczekiwała tego dnia bardziej niż własnych urodzin, które przyszły i minęły kilka dni temu. Nie tak jak za pierwszym razem, gdy niespokojnie siedziała w cichej bibliotece, nie do końca wiedząc, czego ma się spodziewać i jak to się dla niej skończy. Nie było to również zbliżone do drugiego spotkania, gdy być może liczyła na poznanie kilku odpowiedzi, a w zamian otrzymała jedynie jeszcze więcej pytań. Wyjątkowo przyszła bez jakichkolwiek oczekiwań, bez snucia bezpodstawnych rozważań na temat tego, jak może potoczyć się dzisiejsze spotkanie. Nawet przez moment nie przyszło jej przez myśl, iż może się nie zjawić. Z jakiegoś powodu wiedziała, że przyjdzie i, co chyba zaskakiwało ją najbardziej, naprawdę na to czekała. Czuła się niemalże tak jak kiedyś, przedtem, w niemalże każde urodziny, na sekundę przed rozpakowaniem prezentu, nie mając pojęcia, co zastanie w środku. Mężczyzna być może nie był prezentem, jednak był równie tajemniczy i nieprzewidywalny, a ona właśnie tego potrzebowała teraz najbardziej. Czegoś wyraźnie oderwanego od swojej rzeczywistości, w której na co dzień zdawała się tonąć, zastanawiając się, czy wciąż warto było walczyć o kolejne oddechy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Nie Paź 08, 2017 2:04 pm

Miasto już dawno otworzyło oczy, obudziło się cicho, ospale i ciężko – niepewnie rozchyliło opuchnięte, nabiegłe zmęczeniem powieki, zupełnie jakby w jego mury, w kostkę brukową, w okna i poddasza wsiąknęła na stałe czarna, brudna woda. Paryż tęsknił za deszczem, burzą, potężnym grzmotem, który chociaż na moment oczyściłby powietrze, wyprasował je i ubrał w świeże koronki.
Paryż tęsknił za powodzią.
Majowy dzień nie przyniósł ze sobą choćby cienia niewypowiedzianej obietnicy o ciepłym, wiosennym deszczu – w powietrzu beztrosko skrzyły się blade błyski światła, które docierały aż do pulchnej, sterylnie czystej ściany chmur, szczelnie zamykającej horyzont od wschodniej strony. Pachnący poranek chytrze ukrył własne zamiary, żadnym znakiem nie zdradzając popołudniowej fali ciepła, którą póki co łagodnie tulił do łona – teraz znaczenie miał wyłącznie szafir owiewanego poranną bryzą nieba i złote promienie, które mozolnie przebijały się przez ścianę śnieżnobiałych obłoków. Noc szybko poddała się nadchodzącemu dniu – ciemne zakamarki miasta zamigotały, budząc się pod dotknięciem jasnego światła, a później rozpierzchły pod pierwszym, ciepłym podmuchem, który owiał wciąż opustoszałe ulice. Horyzont na wschodzie zalśnił, a kolejny dzień w okupowanym mieście z nocnego majaku przeobraził się w namacalną rzeczywistość. Mija kwadrans, nie więcej – dość czasu, by na ulicach zaczęły pojawiać się rozszerzone ze strachu źrenice, wymuszone, drewniane uśmiechy, głosy podszyte niepewnością i przez to brzęczące jak upadające na chodnik monety. Oto krew Paryża – szarzy ludzie o szarych spojrzeniach. Jedyne, co może ich napędzać, to zamglone poczucie, że jeszcze nie wszystko w życiu widzieli, nie wszystko osiągnęli, że mają coś jeszcze do zdobycia – jakiś ochłap władzy, jakiś plik banknotów, jakąś kobietę, być może piękniejszą od tej, którą posiadają teraz, być może po prostu bogatszą. Nie są w stanie dostrzec urody majowego dnia i ciężko ich o to winić – wbite w chodniki spojrzenia widzą jedynie wdeptane w szare płyty gumy, paprochy, plamki wyblakłej krwi. Miasto jest skąpe w dzieleniu się wiosenną urodą, zwłaszcza, gdy ta tłamszona jest przez grube płachty niemieckich sztandarów – ich głuchy łopot na ciepłych podmuchach majowej bryzy wymusza ostrożność. Ich obecność podpowiada, że każdy krok jest obserwowany, że wszystkie budynki mają oczy, że nic nie pozostanie nie zauważone, że nawet odpadający tynk ma lepszą pamięć niż ludzie. Wystarczy ciężka zasłona, okno, stolik przy kawiarnianej witrynie, budka z najnowszymi wydaniami gazety albo parkowa ławka, by każdy czyn zyskał sobie pamiętliwego świadka.
Dlatego Fiodor o świcie patrzy na własne ubrania i zastanawia się, na jaki sposób będzie dzisiaj niewidzialny.
Każdego dnia myśli o niewidzialności, bo absolutną podstawą robienia tego, co robi, jest być przezroczystym. To chyba jego ulubiony kolor – przezroczystość. Musi wyglądać tak, aby nikt na ulicy, przystanku tramwajowym, w sklepie, piekarni, kinie nie skierował na niego wzroku. Widział zbyt wielu przewiezionych książąt, którzy wylądowali na herbatce w gestapo, bo lubili łańcuchy, srebrne zegarki, włoskie garnitury, lubili brylantynę na włosach, lubili chodzić ze złotymi zegarkami w kamizelce, lubili mówić zbyt wiele ludziom, którzy zbyt wiele powtarzają innym.
Przezroczystość – biała, podwinięta do łokci koszula. Zwykłe spodnie. Tęskniące za latami świetności buty. I wiklinowy koszyk na zakupy, jedyne odstępstwo od schematu, którego zawartość ukryto pod nierówno złożoną marynarką. Nic nadzwyczajnego – po prostu kolejny nieszczęśliwiec wysłany za sprawunkami.
Sprawunkiem.
O konkretnym imieniu, konkretnym miejscu spotkania, konkretnym celu, dla którego Fiodor odmierza czas, liczy kroki, rozważa w myślach kolejny ruch – i wcale mu to nie przeszkadza. Zawsze lubił skrupulatne, metodyczne zajęcia. Zawsze lubił ważyć i liczyć. Zawsze miał doskonałą pamięć. Nigdy nie lubił mówić, a zwłaszcza powtarzać tego, co usłyszał. Bardzo szybko się okazało, że niewiele czuje. Na przykład podczas bicia. Albo przesłuchiwania.
Albo obserwując, jak jedna osoba obcina drugiej wszystkie palce po kolei.
Być może to kwestia nawyków – ludzie potrafią przyzwyczaić się do wszystkiego. Do bólu, do głodu, do zasieków, do poczucia nieustannego zagrożenia, do zimna, do śmierci. Do samotności. By przetrwać, wystarczy odrobina fantazji, umiejętność wyparcia, szczypta kolorowej wyobraźni – wystarczy przymknąć powieki i nakręcić w głowie dziesiątki wariantów superprodukcji z samym sobą w roli głównej. Obsadzić film w majowym popołudniu, rozegrać scenę pomiędzy opustoszałymi ścianami starej fabryki, po raz kolejny oderwać się od rzeczywistości za sprawą samej tylko rozmowy.
Nic prostszego.
Nic niebezpieczniejszego.
Jednak czas na roztrząsanie wszystkich wariantów dzisiejszego popołudnia już dawno minął – z dziesiątek wersji filmu pozostała tylko ta jedna, surowa, reżyserska. Wersja, w której świat wydaje się ułożony, w której główni bohaterowie doskonale wiedzą, co robić. Zupełnie jakby otrzymali instrukcję obsługi rzeczywistości, choć tak naprawdę nie potrafili obsłużyć nawet własnych żyć – być może poza tą jedną sekwencją, dzięki której po raz trzeci krzyżowali kręte ścieżki dwóch całkowicie odmiennych rzeczywistości.
Już z daleka stara fabryka przypominała opuszczoną, tajną bazę wojskową – wyrwane z jasnego horyzontu poszarzałe cegły, pnące się coraz wyżej chwasty, ziejące czernią dziury po wybitych oknach. Zaplecze miasta, składowisko zużytej ziemi i rdzy otoczone przez mierne, sforsowane już dawno temu ogrodzenie. Opustoszała, cicha okolica, omijana jakby mimowolnie, bez jasno sformułowanej intencji omijania – miejsce przeznaczone dla spotkań, które nie powinny się odbywać, które niemal się nie odbyły; pamiętał przecież własne zwątpienie, gdy po tygodniu milczenia z jej strony nadszedł kolejny, później jeszcze jeden i następny, aż wilgotny od mżawek kwiecień przerodził się w przesycony słodką wonią maj.
Zastanawiał się, w kogo zwątpiła: w siebie czy niego? We własną siłę czy jego intencje? W słuszność swoich decyzji? W szczerość jego pomocy?
Pytania przestał zadawać dopiero, gdy po raz kolejny pojawiła się na horyzoncie – jak blady promyk na atramencie nocnego nieba, coś, czego istnienie jest kwestią wiary, a nie racjonalnych dowodów. Kiedy podawał datę i miejsce spotkania, stara fabryka była dla niego wyłącznie jednym z wielu szemranych punktów na siatce kartograficznej Paryża, ruiną na tyle odstręczającą, by mogła zagwarantować to, czego poszukiwali podczas dwóch poprzednich spotkań – prywatność i odosobnienie, po raz pierwszy nie budzące wahań u żadnej ze stron. Myśl, że mogła nie przyjść sama, choć nadal obecna, stanowiła jedynie echo głęboko zakorzenionej ostrożności, a towarzyszące mu podczas dwóch ostatnich spotkań podejrzenia zniknęły pod grubą warstwą czegoś, co było – chyba? – zaufaniem.
I jedynie nawracające, podszyte bezradnością kiedy do tego wszystkiego doszło? W jaki sposób? mogło budzić wątpliwości. Tyle, że nie budziło – bo odpowiedź była jasna. Bo to wszystko stawało się powoli, niezauważalnie, krąg kruszał, wypadali ze swoich nawzajem splatanych orbit, ruszali na samotne wyprawy w tę drugą, równoległą dziedzinę istnienia, by prędzej czy później powrócić na wspólną ścieżkę, zaskoczeni, zdziwieni niezrozumiałością obcych praw i jednocześnie zniecierpliwieni tego, co tym razem miało ich czekać. Było za późno na wycofanie się, za późno na poddawanie w wątpliwość szeregu podjętych decyzji – rzeczywistość została zmieniona, uszkodzona, wybita z prostej drogi na podstępne koleiny i nawet czas, zwykle obojętny wobec wszystkiego, już w cieniu opuszczonej fabryki gęstniał jak śliwkowe powidła. Każdy krok, postawiony w nadszarpniętych czasem murach, miał w sobie coś z mimowolności – mimowolne było przekroczenie progu, mimowolne było skierowanie się w stronę schodów bez żadnej, racjonalnej gwarancji, że pomimo minięcia ustalonej godziny Flavie Bernard znajduje się już na miejscu; nawet dotarcie na piętro miało w sobie coś z mimowolności, która zaprowadziła Fiodora wprost do pozbawionego drzwi pomieszczenia.
Poczuł się tak, jakby niemal przeszkodził w prywatnym, nieprzeznaczonym dla osób trzecich inicjale – rekonstrukcji, podczas której w opustoszałej fabryce rozegrała się cicha, obdarta ze słów scena pełna uważnej obserwacji i szelestu lekkiego materiału, do którego po chwili dołączył krótki, jaskrawo kontrastujący z tym miejscem śmiech.
Obserwował upadek niewielkiego kwiatu oraz jego posłuszną wędrówkę na dawne miejsce – wprost między miękkie kaskady włosów – i czuł się jak barbarzyńca wkraczający do świątyni. Jak ktoś, kogo nie powinno tu być, ktoś, kto – póki nie został zauważony – powinien opuścić bezpieczny azyl ściany, o którą opierał się ramieniem, i zniknąć równie cicho, jak się pojawił. Jednak w całym tym obrazie było coś, co uziemiło Fiodora; coś, co przypominało uwięzionego w pomieszczeniu ptaka – jakby madame Bernard przez pomyłkę znalazła się w obcym pokoju i nie mogła znaleźć otwartego okna, jakby tylko jedno uderzenie skrzydeł dzieliło ją od bezowocnego szamotania się. A on?
Chyba obawiał się, że każdy jego ruch jedynie zwiększy obawy – uznał, że jedyny sposób, aby jej pomóc, to nie próbować pomagać. Trzeba zastygnąć w bezruchu. Należy wtopić się w ścianę. Ani drgnąć.  Ale czy naprawdę chciał, by wyfrunęła? Czy też, zastygły, wbijał w nią wzrok, czekając, aż wreszcie opadnie na ziemię bez sił?
A wtedy będzie mógł się pochylić i zaopiekować nią jak należy. Od początku.
Sprawia pani, że zawsze czuję się spóźniony – niemal skrzywił się na dźwięk własnego głosu, zwielokrotnionego i połkniętego przez echo obdartych pomieszczeń; kiedy w końcu się poruszył, odpychając lekko od zimnego muru, karcił się w myślach za każdą utraconą sekundę. Nawet on czasami dopowiadał sobie fantazje do czegoś, co było na wyciągnięcie ręki, wyraźne, widoczne i po prostu takie, jakie jest; nic więcej, nic mniej – żadnych ukrytych znaczeń, żadnych ptaków na uwięzi, tylko przerwana jego obecnością chwila sam na sam z własnymi myślami, do których nigdy nie będzie mieć dostępu.
Choć jego zawsze spóźniony dotyczyło wyłącznie dwóch – z dzisiejszym trzech – spotkań, podczas których madame Bernard niestrudzenie zjawiała się jako pierwsza, miał wrażenie, że podobny stan rzeczy trwał od zawsze, jakby kierowała nimi niepisana, nigdy niewypowiedziana zasada.
Trafiła pani bez problemu? – naiwnemu pytaniu – oczywiście, że trafiła, była rodowitą paryżanką – towarzyszyło chrzęszczące na grudkach cementu echo kroków, których nie stawiał tak ostrożnie, jak na schodach. Zatrzymał się przy stojącym na środku pomieszczenia krześle – a zatem niemal ramię w ramię z kobietą – wykorzystując rozchybotany, dla niego całkowicie pozbawiony historii mebel jako tymczasowe miejsce spoczynku wiklinowego koszyka. Dopiero gdy coś – jakby dwa słoiczki – stuknęło charakterystycznie, a dłoń pozbyła się nieuciążliwego ciężaru – dopiero wtedy uniósł spojrzenie z zakurzonej podłogi na pierwszy punkt odniesienia, jaki zapragnął odszukać wzrok.
Wprost na wsunięty we włosy kwiat, znacznie bardziej różowy niż wydawało mu się wcześniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Nie Paź 08, 2017 7:02 pm

Od dłuższego już czasu była świadoma tego, iż każdego dnia lawiruje pomiędzy wieloma światami, ocierając się delikatnie o przesłonięte transparentną zasłoną granice, krocząc po cienkiej linie z trudem i ku własnemu zdziwieniu wciąż w jakiś sposób utrzymując równowagę. Niczym wprawiona w swym fachu baletnica uczyła się nowych kroków, dopasowywała pełne gracji i elegancji ruchy do wygrywanych obecnie dźwięków muzyki, które zdawała się słyszeć jedynie ona, starannie dobierała stosowne stroje, spojrzenia, uśmiechy, gesty oraz słowa, będąc świadomą, iż wystarczył jeden fałszywy ruch, podwinięcie nogi, drżenie powieki czy załamanie głosu, by kurtyna opadła odsłaniając przed zgromadzoną widownią obrzydliwą, odrzucającą i być może nawet przerażającą prawdę o tym, kim była naprawdę.
Oszustką, próbującą wpasować się w miejsce, w którym przecież nigdy nie powinna się znaleźć. Karykaturą człowieka udającą kogoś, kim nigdy nie zamierzała się stać. Odbiciem w krzywym zwierciadle pełnym pęknięć, zarysowań i rzucających się w oczy odcisków palców, w żaden sposób nie pasującym do pięknego obrazka, którym próbowała zasłaniać się na co dzień, bojąc się co się stanie, gdyby ktokolwiek poznał prawdę. Jakakolwiek by ona nie była, ponieważ czasem sama nie była pewna, czy to, co przyjmuje za prawdziwą rzeczywistość nie jest jedynie kolejną zasłoną, warstwą farby nałożoną pośpiesznie i niestarannie na płótno, które ktoś wcześniej już zamalował, ale które w żaden sposób nie potrafiło wpasować się w wizję artysty. Była taka sama jak ludzie, których czasem z obrzydzeniem mijała na ulicy, którzy snuli się po tym mieście powoli odbierając mu jego charakter i z każdym dniem coraz bardziej spowalniając bicie jego słabego już serca, przebijanego bezustannie gradem kul i krwawiącego jaskrawą czerwienią, która nieustannie zalewała ulice. Była szara, w ten sam sposób, w który oni byli nijacy i przygaszeni. Być może na ulicy nie spuszczała spojrzeń przed widokiem niemieckiego munduru, bo mijany mężczyzna dzień wcześniej gościł ją na kolacji i teraz obdarzał ją uprzejmym uśmiechem obawiając się, że jedno krzywe spojrzenie, a skończy nie lepiej niż przeciętny Francuz mający problemy wiązać koniec z końcem, lecz nie znaczyło to, iż w środku nie drżała na widok przypiętej do paska broni, że nie myślała o tym, co czeka ją gdy wróci do domu i że właśnie tam, w zaciszu miejsca, które powinno być jej ostoją, spojrzenie błękitnych tęczówek wędrowało w stronę idealnie utrzymanej drewnianej podłogi, wargi drżały lekko w obliczu niewiedzy odnośnie tego, jak zakończy się kolejny dzień, a wola walki i wyciągnięcia białej flagi toczyły ze sobą nieustanną bitwę.
Kiedyś zdawało jej się, iż była jedynie rekwizytem ustawionym na scenie, sztucznym liściem na drzewie bujającym się pod wpływem podmuchów wiatru lub wijącą się we włosach wstążką, która nie odgrywała znaczącej roli i bez której obecności przedstawienie wciąż mogłoby trwać. Z czasem jednak zaczęła uświadamiać sobie, iż stopniowo zaczynała przechodzić przemianę. Zmieniała się w jednego z aktorów, którego obecność i rola nie była jednak rozpoznawana jeszcze przez pozostałych graczy i to, w pewien sposób, dawało jej przewagę, chociaż początkowo nie była w stanie jej wykorzystać. Gdy przez ostatnie tygodnie wątpiła w zupełne nowy, rozpoczęty na własną rękę akt, jej oczy wędrowały w stronę ustawionego na sypialnianym parapecie kwiatu, który pielęgnowała o wiele staranniej niż każdy inny. Teraz to on był jedynie rekwizytem, obserwującym wszystko, co działo się wokoło. Czasem czuła się głupio, jakby ów kwiat nie był jedynie rośliną, a żyjącym i widzącym stworzeniem, jakby przez jego płatki ktoś inny widział ją w chwilach, w których była najbardziej bezbronna. Bywały chwile, w których pragnęła strącić go na podłogę, rozbić ceramiczną doniczkę i patrzeć, jak czarna ziemia rozsypuje się dookoła, bądź chociażby wynieść do go innego pokoju jak najbardziej poza zasięg jej wzorku. Ostatecznie uświadamiała sobie jednak, że jej wzrok sam już wędrował w kierunku okna, gdy zaciskanie powiek nie było wystarczające i to właśnie on stanowił przypomnienie o tym, że być może gdzieś tam wciąż istnieje dla niej nadzieja, drzwi, przez które może przejść lub dłoń, którą może chwycić i która poprowadzi ją w zupełnie inną stronę.
Przez długi czas starannie uczyła się zasad tańca, którego wciąż nie do końca potrafiła zrozumieć tylko po to, by w końcu zacząć łamać reguły i podążyć własnym rytmem w towarzystwie innego partnera. Tym razem stawka była o wiele większa, a wszystko zdawało się być niczym powiew świeżości. Niczym wiosna budząca się powoli do życia rozwijającymi się płatkami kwiatów, pierwszymi promieniami słońca, cieplejszą bryzą na twarzy oraz nadzieją. Może jednak nie wszystko było stracone, może pod żałobną powłoką zasnuwającą Paryż, pod panoszącym się wszędzie strachem o kolejną godzinę i ugrzęzłym w płucach i gardle krzyku, który nie potrafił jeszcze do końca zabrzmieć pomiędzy ulicami w całej swojej świetności, istniała chociażby najmniejsza szansa na odrobinę czystego dobra, okruszek radości i szczęścia, a przede wszystkim iskierka wolności, która teraz wydawała się być jedynie abstrakcyjnym konceptem wyrwanym z utopijnych powieści, które prezentowały jak najbardziej niemożliwą wizję przyszłego świata.
Nie zamierzała prosić o wiele. Chciała jedynie na nowo przystroić swój świat w żywe barwy, pomalować go świeżymi kolorami, wypełniać pokoje mocną wonią terpentyny i brudzić dłonie plamami farb. Nie musiała od razu zmieniać całego świata, nie była nawet pewna, czy dałaby radę udźwignąć na swoich barkach tak dużą odpowiedzialność.
W szczególności iż już teraz nachodziły ją wątpliwości. Stąpała po ziemi zbyt twardo, by nie być świadoma możliwych konsekwencji. Patrzyła na świat i widziała go takim, jakim był – brudny, okrutny, wypełniony ludźmi, którzy nie potrafili spojrzeć dalej niż poza czubek własnego nosa, nie mając oporów przed zdradą swoich bliskich. Obserwowała, jak świat płonął, wywracał się do góry nogami, w jęzorach ognia pochłaniając wszystkie wartości które kiedyś, jak jej się zdawało, były podstawą wszelkiego człowieczeństwa. Teraz nie było już człowieczeństwa, tylko ludzie przeradzający się powoli w potwory, spacerujące po mieście szkielety obciągnięte skórą, będące gotowe zrobić wszystko, byle uratować samego siebie. Flavie stała pośród nich czując, jak jej własna skóra powoli zaczyna się łuszczyć, z poczuciem, że im dłużej pozwalała tej sytuacji trwać, tym bardziej zatracała poczucie samej siebie. Przestawała być sobą, gubiła się we własnej istocie, stając się jedynie kreacją ówczesnego społeczeństwa, niemalże idealnie wpasowującą się w otoczenie, dostosowującą się do panujących schematów, niewidzialną i przezroczystą, jak duch snujący się dookoła, niezwracający na siebie uwagi i przybierający cielesną formę jedynie gdy była do tego potrzebna. I, podobnie jak każda inna istota, gotowa była zrobić wszystko, by uratować samą siebie.
Mury opuszczonej fabryki miały być tego świadkiem, podobnie jak uwięzione w kamieniu postacie zdobiące Fontannę Medyceuszy czy kurzące się na regałach książki w bibliotece. Tym razem jednak w tym miejscu było coś zupełnie innego, odcinającego się na tle poprzednich, w których przyszło im się spotykać. Odstraszało swoim widokiem przypadkowych przechodniów, nie oferowało nic poza chłodnymi cegłami i warstwą brudu, które teraz być może miały stać się powiernikami potężnych sekretów. Po raz pierwszy mieli spotkać się bez wścibskich oczu obserwujących ich zewsząd wokoło i bez uszu wkładających wysiłek w to, by pochwycić każde ich słowo, które przecież dla pobocznego obserwatora nie miało zbyt wielkiego znaczenia. Niekiedy łapała się na tym, iż odtwarza je w swojej pamięci podczas samotnych spacerów, z bolesnym ukłuciem w sercu sugerującym jej, że przecież nie było nikogo, komu na niej zależy, a te rozmowy były jedynie fasadą, pod którą skrywały się jedynie egoistyczne intencje każdego z nich. Mimo wszystko nie potrafiła oprzeć się tej pięknej iluzji, na krótką chwilę pozostawiając w tyle zdrowy rozsądek, zapominając o wszystkim, co wiedziała i pozwalając, by wszystko toczyło się własnym rytmem, mamiąc jej oczy, ponieważ nie pozostało jej już nic innego, czego mogła się chwycić. Potrzebowała swojej własnej utopii, odciętego od rzeczywistości świata, do którego nikt poza nią nie miał dostępu i który pomagał jej przetrwać. Trzymała się go kurczowo niczym koła ratunkowego, polegając na nim bardziej, niż sama by tego chciała i obawiając się, iż i tym razem doprowadzi ją to do zguby.
Nie było jednak już czasu na wątpliwości i zmianę zdania, ponieważ zabrnęła już za daleko i nie chciała nagle okazać się tchórzem. Ciążyła na niej waga jej własnych decyzji, podjętych pod wpływem chwili i zupełnie nieprzemyślanych. Musiała ją udźwignąć, udowodnić przed samą sobą, że jednak jest czegoś warta. Skoro nie zależało nikomu innemu, musiało zacząć zależeć jej.
Spodziewała się, prędzej czy później, usłyszeć za sobą słowa, które miały wciągnąć ją w wir kolejnych wydarzeń, kolejnej rozmowy, kolejnych domysłów i prób zrozumienia czegokolwiek. O nim i o sobie samej. Wciąż jednak ją zaskoczyły, jakby po mimo pełnej świadomości były nieprawdziwe, a ona obawiała się, że do tego momentu stanowiły wytwór jej wyobraźni. Wraz z ich echem, roznoszącym się dookoła i wirującym wraz z zawieszonymi w powietrzu pyłkami kurzu, odwróciła się w stronę znajomej twarzy, uśmiechając się na dźwięk głosu tak, jak gdyby witała dawnego przyjaciela, na którego spotkanie nie mogła się doczekać.
- Dzień dobry – słowa już dawno nie przychodziły jej z taką łatwością jak teraz, gdy obserwowała uważnie twarz należącą do rodzaju tych, które tak trudno było odczytać. Nie chciała żałować, że nigdy nie przyjdzie poznać jej chociażby skrawka tego, co chowa się za bystrym spojrzeniem oczu, które z jakiegoś powodu znała już wyjątkowo dobrze, a jednak nie potrafiła powstrzymać ukłucia zawodu – Proszę specjalnie się nie przejmować, szczerze mówiąc odnajduję pewnego rodzaju przyjemność w oczekiwaniu – dodała, wzrokiem śledząc jego kroki i ruchy, chcąc wyłapać chociażby najdrobniejsze zmiany w wyrazie twarzy czy gestach. Nie potrafiła walczyć ze swoją naturą i wrodzoną dociekliwością, która kiedyś pomagała jej tworzyć najbardziej rzeczywiste portrety. W tym wypadku coś jednak podpowiadało jej, iż nie byłaby w stanie w pełni uwiecznić jego oblicza na płótnie, iż portret owego mężczyzny byłby wybrakowany i pozbawiony szczegółów, do których nigdy nie miała otrzymać dostępu.
- Tak, można powiedzieć, iż ja i to miejsce mamy pewną wspólną historię – tańczący na jej wargach uśmiech tym razem przybrał inny, trochę bardziej tajemniczy wyraz, w wyjątkowy sposób wkradając się również w jej oczy, zupełnie jakby uśmiechała się całą sobą, a nie jedynie ustami tak, jak miała to w zwyczaju. Tutaj przecież jej przyzwyczajenia nie miały żadnego znaczenia, chwilowo nic, co istniało poza murami fabryki, nie miało prawa oddziaływać na jej decyzje – Muszę przyznać, iż był to dość specyficzny wybór. Ktoś mógłby pomyśleć, że robimy coś nielegalnego – niemalże od razu pożałowała swoich słów, obawiając się, iż nawet tutaj nie powinna posuwać się za daleko. Widziała jednak, że spojrzenie mężczyzny zawisło gdzieś wokół niej i chciała aby, być może pierwsza od dawna osoba, która zdawała się ją naprawdę zauważać, chociaż na chwilę skupiła na niej swoją uwagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pon Paź 09, 2017 5:21 pm

Wszyscy żyli wedle odgórnie narzuconego scenariusza – w nużącym tańcu codzienności różniła się tylko melodia. Dni toczyły się w takt nawracających nut, zgrzytliwych, niedopasowanych, zdradzających fałsz kompozytora; wahadłowość istnienia zaklęta w nieudolnej próbie odtworzenia legendarnych sonat. Do takiej rzeczywistości trzeba się przyzwyczaić – bo przyzwyczajenie nie oznacza akceptacji, bo ułatwia przebrnięcie kilkunastu godzin pomiędzy świtem a nocą, bo tego wymaga przetrwanie – i z taką rzeczywistością należy się oswoić. Dla niego nie jest to trudne: przecież całe życie spędził w tandetnej scenerii, w imitacji, w udawanej dekoracji z papier-mâché służącej do przedstawienia objazdowego teatrzyku – w jego wypadku objazd był prawdziwy, choć raczej nie służył celom artystycznym. Na przestrzeni lat przyzwyczaił się do takiego świata – do codzienności, w której noszenie masek, udawanie kogoś całkowicie innego, bycie kimś innym nie jest chwilowym przymusem.
Jest warunkiem na przetrwanie, na funkcjonowanie, na wzięcie kolejnego oddechu, na spłacenie długu, który nigdy nie zostanie uregulowany. Po czasie życie zostaje obdarte z wrażenia rzeczywistości; staje się płaskie, mechaniczne, wykonywane mimowolnie – jak przesuwanie brzytwą po szorstkim od zarostu policzku. Nawet mijani na ulicy ludzie, pozornie realni, tracą na osobowościowej głębi; moment, w którym przeobrażają się w setki statystów dublujących nieustannie tę samą scenę, upodobnionych do siebie podróżą, upałem i zmęczeniem, pozostaje niezauważony. Pewnego dnia po prostu przestają być ludźmi i stają się cieniami, poszarpanym, rozmytym tworem pozbawionym historii, rodziny, emocji – przynajmniej na tak długo, aż nie zacznie się dopisywać im jakichkolwiek cech. Niewyraźne twarze, zamazane zmęczeniem, strachem i grubym ziarnem niepewności. Rozmyte spojrzenia nieodróżnialnych od siebie, szklistych oczu. Pozbawiona kształtu masa, która coraz bardziej zlewa się w jedno – w nieudaną chimerę, którą łatwo zastraszyć, manipulować i uzależnić. Funkcjonowanie – bo przecież nie życie – w ten sposób bywa niebezpieczne; w końcu spłaszczenie może dotknąć każdego. Pozbawienie pasji, emocji, sensu istnienia może dotknąć każdego. Odczłowieczenie może dotknąć każdego – wystarczy chwila nieuwagi. Wystarczy cicha knajpka, w której zbyt często odprawia się rytuał wspólnej kawy, wymiany uśmiechów, komplementów i żenująco sztampowych pogaduszek. Banał niezobowiązujących rozmów z ludźmi, których nawet nie darzy się sympatią – o pracy, o nowej wystawie, nieudanej ekranizacji i znakach zodiaku. Tyle wystarczy, by pewnego poranka spojrzeć w lustro i odkryć, że mieszkający po drugiej stronie człowiek jest kimś obcym. Choć twarz, linia nosa, rozstawienie oczu, wygięcie ust, kości policzkowe, zmarszczki na czole wydają się znajome, to ktoś nietutejszy – jakby marna imitacja oryginału, bardzo niesmaczna, na swój sposób karykaturalna.
Ten obcy człowiek w twoim lustrze patrzy bez mrugnięcia powiek i widzisz, że się uśmiecha, i zauważasz, że od tego uśmiechu uwydatniają się zmarszczki wokół jasnych oczu, i dostrzegasz, jaki jest spokojny, wyprostowany i wszystkowiedzący. I wiesz, że teraz cię ma. Teraz cię widzi. Teraz jest częścią ciebie.
To niedobrze, to bardzo źle – bo gdy nie rozpoznajesz w lustrze własnego odbicia, nie możesz już ufać nawet sobie.
Czy właśnie brak zaufania przyszedł mu na myśl, kiedy trzy tygodnie temu – po raz pierwszy i, jak wkrótce się przekonał, nie ostatni – rozpoczął cały seans retrospektywnej wystawy własnych decyzji? Próbując zmyć introligatorski klej z opuszków palców myślał o Fontannie Medyceuszy, wypowiedzianych przez siebie słowach i tym, co zrobiłby inaczej, nieustannie dochodząc do wniosku, że zmieniłby wszystko. Wszystko poza kwiatem.
Nikt nie posądziłby Fiodora o sentymentalizm ani botaniczne zacięcie, ale nawet on potrafił dostrzec symboliczność zaklętą w łodyżce, którą tamtego dnia niemal (dwukrotnie) złamał – coś równie kruchego, skłonnego do uszkodzeń, gotowego zwiędnąć pomimo nieustannej opieki nie powinno stanowić nici łączącej dwójkę ludzi. Coś tak nietrwałego nie powinno stanowić punktu wokół którego krążyły nawracające, niechciane pytania – wszystkie pozbyła się go?,gdzie postawiła?, był dziś podlewany? przeczące wszelkiej logice pozornie racjonalnego umysłu. To nie była jego sprawa – w końcu kwiat stanowił jedynie środek w znacznie groźniejszej transakcji – a jednak nie zawahał się przed jeszcze jedną, nieoczekiwaną, podstępną myślą.
Dzięki niemu pamięta.
Nie odważył się, by dodać o mnie. Dla niego nie istniało żadne ja – było tylko my. Jako naród, jako idea, jako wizja przyszłości.
A mimo to niewypowiedziany zaimek jeszcze długo uwierał pod powiekami, przeganiając te marne ochłapy snu pomiędzy majowymi zachodami i wschodami słońca.
Czas płynął zbyt szybko, by pozwolić sobie na chwilę właściwego odpoczynku – gdyby nie kwitnące w ogrodach jaśminy i róże, różnica pomiędzy następującymi po sobie miesiącami byłaby niezauważalna, najpewniej zostałaby przeoczona pod naporem spiętrzonych obowiązków i coraz ryzykowniejszej gry, jaka cicho toczyła się na paryskich ulicach, w zaciemnionych bramach, cichych zaułkach i zamkniętych na cztery spusty mieszkaniach. Maj – miesiąc pełen rozkwitu i wiosennej bujności – był kiedyś czasem szaleństw nadchodzącego przesilenia i ekscesów coraz dłuższych nocy. Teraz stanowił jedynie kartkę w kalendarzu, trzydzieści jeden okienek pieczołowicie wykreślanych dzień po dniu, aż do tego poranka, kiedy ołówek zamarł nad szorstką fakturą papieru, jak gdyby szybciej krążąca w żyłach krew powstrzymała dłoń przed postawieniem na dzisiejszej dacie krzyżyka.
Przecież dzień dopiero się rozpoczynał – ciepły, ale nie duszny, z powietrzem słodkim i lekkim jak bita śmietana. Nie mogły zepsuć tego ponure mury opuszczonej fabryki i unoszące się nad ulicami spaliny – najpiękniejszy miesiąc roku nie przestaje nim być nawet w środku wielkiego miasta dymu. Słodkie, majowe powietrze opływało ciało od zewnątrz i wypełniało od środka – każdy mięsień rozluźniony, krew gęsta od niewyjaśnionego poczucia wyczekiwania, to wyjątkowe uczucie dotlenienia, które niepostrzeżenie przechodzi w miękką beztroskę.
W takie dni udaje się wszystko, w takie dni przestają przeszkadzać szarzy ludzie o szarych twarzach, w takie dni – kiedy czas bezkarnie zwalnia, a życie z przykrego obowiązku przeobraża się w blady cień przyjemności – nawet posępna skorupa opuszczonej fabryki, jak pieczara umarłego smoka albo betonowy przedsionek nowoczesnego piekła, wydaje się czymś nowym. Czymś świeżym. Czymś, co niesie z sobą niejasną perspektywę, cichą, niesprecyzowaną obietnicę. W jakimś stopniu Fiodor zaczyna lubić to miejsce: pozbawione ludzkiego harmidru i warkotu przejeżdżających samochodów. Bez odgłosów charakterystycznych dla żyjącego, choć zdjętego strachem miasta cała okolica wydawała się opuszczona – cisza odbierała temu miejscu wszelką realność. Zupełnie jakby oglądał niemy film: ściany nadszarpnięte przez ząb czasu, betonowe słupy podtrzymujące całą konstrukcję, ziejące czernią okna, wyrwane z zawiasów drzwi, kruszejący pod butami cement i nagle widok tak odległy od ponurych murów, jak tylko to możliwe. Nie tego się spodziewał, pokonując kolejne stopnie pnących się w górę schodów. Nawet nie śmiał o to prosić – a jednak nie sposób odmówić realności komuś, kto w tej chwili wydaje się bardziej rzeczywisty od tej fabryki, otaczającej jej dzielnicy i być może całego Paryża. Z pewnymi obrazami łatwiej przejść do porządku dziennego, jeśli nada się im wymiar faktów – a zatem faktem było światło – tajemnica planu filmowego, fotografii i malarstwa –wiosennego popołudnia, łagodne i złote, opływające kontur kobiecego ciała, łagodzące jej rysy, nadające włosom nowy kolor. Pudrowa sukienka, opuszczona fabryka, światło jak z obrazów Vermeera. W takiej scenerii – w zawieszeniu, poza światem – nie może wydarzyć się nic złego.
Przekraczając próg pomieszczenia, zdołał pomyśleć, że jej spojrzenie powinno mu przeszkadzać – wnikliwy wzrok lustrujący każdy gest, każdą zmianę w mimice, każdy krok, jak gdyby próbowała nadać jego ruchom ukryty sens, zwykle budził podejrzenia. Obserwacja dłuższa niż cztery sekundy –magiczna, nieprzekraczalna granica pomiędzy przypadkowym zerknięciem a tendencyjnym spoglądaniem – oznaczała, że ktoś próbuje zapamiętać jego twarz w każdym detalu. W tym zawodzie było to niebezpiecznie. Wiązało się z wyciąganiem konsekwencji. Próbą ucieczki przed kolejnym, równie długim spojrzeniem.
Ale tym razem Fiodor nie ucieka. Nie zamierza wymierzać sankcji. Nie sądzi, by jej spojrzenie stanowiło zagrożenie. Przeprowadza za to prędką kalkulację własnej niesubordynacji i drobnych odstępstw od regulaminu, błyskawiczny przegląd wszystkich minut, które spędzili w swoim towarzystwie, przyspieszony rachunek sumienia – i już wie, że za późno na ucieczkę. Zapamiętała jego twarz przy pierwszym spotkaniu. Przy drugim dodała do niej wszystkie detale – jedną bliznę, kilka zmarszczek, drobny pieprzyk. Teraz, już na początku trzeciego, mogła jedynie obserwować ją w innym świetle i tonacji, w towarzystwie odmiennej mimiki.
Wie, że to spojrzenie powinno mu przeszkadzać – ale nie potrafi zrobić nic poza posłusznym przyzwoleniem, by patrzyła.
Jest pani jedyną osobą w Paryżu, która zaczyna rozmowę od szczerego wyznania – znów zabrakło mu precyzji – miał na myśli swobodne dzień dobry, tak naturalne, jakby przypadkiem natknęli się na siebie w sklepie, czy ową przyjemność, która dopiero teraz – gdy została wypowiedziana na głos – zaczęła być czymś oczywistym, czymś, co swobodnie dopełniało autorkę wyznania? – Chyba każdy odczuwa radość oczekiwania. Zaczęło się w dzieciństwie od wypatrywania pierwszej gwiazdki – wiedzieli oboje, jak bardzo muszą się spieszyć – bezkarnie uciec od świata można tylko na chwilę – a jednak już od samego początku w padających słowach nie było nawet cienia pośpiechu. Fiodor nie tęsknił za powrotem do pracy, do rzeczywistości i do życia – do życia, w którym nic nie jest tak proste i oczywiste jak wydawało mu się teraz, w tym przeplatanym kurzem oraz złotymi promieniami, łakomie połykającym echo padających słów pomieszczeniu. Był ciepły, majowy dzień, popołudniowe słońce odbijało się oślepiającymi smugami od nierównych kawałków stłuczonego szkła, które zalegało na betonowej podłodze, i życie wydawało się całkiem piękne.
Aż mimowolnie zaczął się zastanawiać, co płata mu figla – wzrok czy wyobraźnia?
Być może jedno i drugie, o czym pomyślał dopiero, kiedy kątem oka dostrzegł uśmiech kobiety – choć po chwili przyznał, że nie potrafiłby sobie tego wyobrazić. Ona naprawdę się uśmiechała. Widział, jak kąciki jej ust wędrują w górę i mrużą oczy, które zalśniły w wyrazie niewypowiedzianej tajemnicy. Wystarczyło, by wyciągnął dłoń, a palce dotknęłyby delikatnej linii, która powstała między skrzydełkiem jej nosa a kącikiem ust – niepodważalnego dowodu na istnienie tego uśmiechu.
Może kiedyś ją usłyszę? – zapytał w końcu, skupiając dotyk dłoni na narzuconej na koszyk marynarce. Wspólna historia pozostała tajemnicą, podobnie jak jego myśli – paradoksalnie w zachowaniu ostatnich skrawków powagi pomogły mu słowa padające z ust madame Bernard. Mówiła do niego taka spokojna, pogodna i jasna jak słońce jednego z ostatnich dni lata; wydawało się, że nic nie może zachwiać tą chwilą, ale ledwie moment później w jej tonie zamigotał cień niepewności.
Wystarczyło, by ściągnąć jasne spojrzenie z kwiatu na twarz, znacznie mniej radosną niż przed chwilą. Jej słowa były jak obrazy; słowa, które przywołały ciężki cień, kiedy w ciszy jeszcze przez sekundę unosiło się echo czegoś nielegalnego.
Bzdura – zazwyczaj był wrogiem deklaracji, ale tym razem uczynił wyjątek – to jedno słowo wystarczyło, by przeciąć zasłonę milczenia; z oczu Fiodora umknęło skupienie, jakby nawet ono nie potrafiło oprzeć się uśmiechowi, który przedarł się w stronę madame Bernard przez smugę szarawego kurzu, przez powietrze ozdobione złotawymi nitkami, przez rozświetlone drobinki pyłków tańczące tuż przed jego twarzą. – Odkąd picie chardonnay jest nielegalne? – żartobliwy ton, lekki ruch dłonią i odsłonięcie tego, co dotychczas skrywał materiał marynarki – wiklinowy koszyk pomieścił w sobie butelkę, dwa komicznie niepasujące do siebie kieliszki – jeden do szampana, drugi do czerwonego wina – i całe pudełko barwnych makaroników.
Dziwi jedynie wybór miejsca, ale intencja… - wciąż się uśmiechał, kiedy rozłożona marynarka zaścieliła skrawek zakurzonej podłogi, wzniecając w powietrze kolejną galaktykę lśniących w słońcu drobinek. – … jest niewinna – ostatniemu słowu towarzyszył charakterystyczny dźwięk, z jakim korek – sprawnie wyciągnięty przez szwajcarski scyzoryk – wyswobodził się z szyjki butelki. Białe wino, z wprawą właściwą jedynie barmańskiej dłoni, napełniło ustawione obok koszyka kieliszki  i naprawdę niewiele brakowało, by oboje zaczęli się śmiać – tak po prostu, patrzeć sobie w oczy i śmiać się do siebie przez cały ten kurz, przez słońce, przez majowe popołudnie.
Toast zostawię pani.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pon Paź 09, 2017 11:46 pm

Mogła niemalże poczuć świat zmieniający się wokół niej, przechodzący przemianę podobną do tej, które prezentowali amatorscy iluzjoniści zarzekający się, iż są w stanie manipulować rzeczywistością i dopasowywać ją do własnych upodobań. Potrafiła dokładnie wskazać moment, w którym dotarła do niej świadomość tego, że wszystko dookoła nagle stało się zupełnie inne. Od chwili, gdy pierwszymi słowami przyciągnął jej uwagę, gdy na jej usta wślizgnął się swobodny, niewymagający ani grama wysiłku uśmiech, a oczy z uwagą i zaciekawieniem śledziły zarówno jego ruchy jak i spojrzenie, nic nie było takim samym jak jeszcze przed chwilą, gdy stała sama w przestronnym pomieszczeniu, w towarzystwie echa nie tak odległej przeszłości oraz wspomnień żywych niczym zatknięty za uchem kwiat i jasne oczy, które teraz wyjątkowo pozbawione były tego oczywistego, jawnego i przyciągającego uwagę smutku, który towarzyszył jej zazwyczaj na co dzień.
Minęła dłuższa chwila nim Flavie uświadomiła sobie, że to nie świat sam w sobie się zmieniał. To oni kreowali własną rzeczywistość, będącą na określony czas oderwaną od tego, co czekało na nich na zewnątrz. Gdy tylko zjawili się w jednym pomieszczeniu, ich ciała zajmujące każde własną przestrzeń, swobodnie zawieszone nieopodal siebie, ich oddechy mieszające się z drobinkami kurzu, a w tym także ze sobą, wokoło wytworzyła się jakby przezroczysta kurtyna, która osłaniała ich od reszty nieświadomego świata, od ludzi żyjących własnym życiem, od Paryża rozpoczynającego kolejny dzień, nie mającego pojęcia, że w jego zakamarkach dwójka ludzi postanowiła złamać pewne narzucone reguły, przeciwstawić się schematom i zapomnieć o być może potężnych różnicach, które w normalnym świecie stworzyłyby zbyt dużą przepaść, by ich losy w ogóle miały okazję spleść się ze sobą niczym porośnięte drobnymi kwiatkami pnącza wspinające się po płocie.
Jedynym, co wciąż łączyło ich dwójkę z brutalną realnością był cel ich spotkania, który balansował na jej wargach gdy starała się myśleć o wszystkim innym tylko nie tym, dlaczego się tam znalazła. Oczywiście nie mogła zapomnieć. Bez względu na to, jak bardzo by chciała po prostu oddać się tej chwili i udać, iż są jedynie dwójką zwyczajnych ludzi spędzającymi czas w dość nadzwyczajnym miejscu, była świadoma, że musi pamiętać. Cienka linia, która wiązała ich ze sobą i stanowiła pomost pomiędzy tym, co było tu i teraz, a tym, co działo się w świecie, który wydawał się być oddalony o tysiące kilometrów, choć w rzeczywistości znajdował się tuż za ścianą zbudowaną z czerwonych cegieł, miała przerwać się dopiero wtedy, gdy wszelkie zobowiązania zostaną wypełnione. Wystarczyło przejść parę metrów, wspiąć się odrobinę na palce, przetrzeć zakurzoną szybę i wyjrzeć na zewnątrz, na szare miasto i jego szarych ludzi, tak kontrastujących z pełnym barw wnętrzem starej fabryki.
Nie była pewna dlaczego, jednak ten dzień zdawał się być jednym z tych, w których uświadamiała sobie wiele rzeczy. Pierwszy raz od dawna widziała świat w kolorach, tak jak robiła to kiedyś, gdy każdą wyjątkową scenę próbowała przenieść na płótno i sprawić, by żyła i oddychała tak jak wtedy, gdy była jeszcze prawdziwym, rzeczywistym przeżyciem pełnym odczuć i emocji, a nie jedynie ulotnym wspomnieniem, które bała się utracić. Była pewna magia w sposobie, w jaki potrafiła posługiwać się pędzlem, mieszać ze sobą kolory i wywoływać uczucia zbliżone niemalże do silnego wzruszenia u osób, które patrzyły na jej prace nie mając pojęcia, iż każda z nich była uzewnętrznieniem jej duszy. Dotychczas, gdy próbowała chociażby wymyślić jeden obraz będący w stanie wyrazić to, co czuła przez większość czasu, oczami wyobraźni widziała jedynie mieszaninę czerni, szarości i jaskrawej czerwieni, które zamiast wzruszenia wywoływałby raczej przerażenie i niepokój. Może gdyby mogła malować, gdyby w tym okresie zaczęła tworzyć obrazy odzwierciedlające codzienny stan, w którym się znajdowała, gdy wojna dobiegnie końca ktoś znalazłby jej dzieła i nazwał je „abstrakcyjną sztuką wojenną”. Powieszono by ją w czyjejś galerii, a może nawet zamieszczono nadrukowane w szkolnych podręcznikach i zmuszano uczniów do analizowania tego, co autorka miała na myśli, podczas gdy ona tak naprawdę krzyczała z frustracji nie myśląc już zupełnie nic, ponieważ myśli wydawały się niepotrzebne i zbędne, zabierające jej czas oraz energię, której i tak zaczynało jej już brakować. Nikt nigdy nie mógłby zrozumieć co kryło się za jej obrazami, ponieważ żadna z tych osób nie dzieliłaby jej losu, nie mieszkałaby pod jednym dachem z jej mężem i nie musiała każdego dnia budzić się rano z myślą, że jej własne życie już dawno uciekło jej przez palce, a ona być może przegapiła moment, by je pochwycić.
Tym razem wszystko uległo zmianie, rozglądała się dookoła jakby w szoku tym, co działo się w jej umyśle, gdy we własnej głowie pociągała pędzlem po płótnie, nanosząc na nie barwy złota, żółci i pomarańczy, mieszając w to róż i błękit, każdy kolor mający swój odpowiednik w tej iluzorycznej rzeczywistości, którą być może starała się stworzyć dla samej siebie jako miejsce, do którego będzie mogła powracać w przyszłości, jako przypomnienie, że jest jeszcze w stanie być dawną sobą, choć wydawało jej się, że ta osoba już dawno umarła i pogrzebana została pod czarnymi grudami ziemi.
Po części tak było i tak też musiało zostać. Flavie, którą była kilka lat temu musiała pozostać martwa, lub chociażby uśpiona, jeśli ta kobieta, którą była teraz, miała przetrwać.
Ale czy naprawdę tego chciała? Czy zależało jej tylko i wyłącznie na przetrwaniu? Patrząc na ostatnie miesiące zdawała sobie sprawę z tego, że każdy dzień był jedynie usilną walką o siłę na wzięcie kolejnego oddechu. Każda noc była jedynie kontynuacją jej miałkiej, nijakiej egzystencji. Profanacją dla tego słowa byłoby nazwanie tego wszystkiego życiem, ponieważ od dawna nie czuła się naprawdę żywa. Była pusta od środka, jakby przez jej klatkę piersiową ziała ogromna czarna dziura, powiększająca się z każdym kolejnym dniem, gdy ona po prostu trwała, obserwując i pozwalając, by proces rozkładu powoli się dopełniał. Fabien rozbierał ją kawałek po kawałku, rozkładał na części, z których każde na jej oczach zgniatał w swoich pięściach i dociskał butem do ziemi i jedyne, co mogła robić, to ronić łzy nad tym, co traciła, choć nawet one wydawały się być sztuczne, wymuszone, jak gdyby zapisane zostały na kartach papieru i przypisane do danego momentu, niczym w filmowym scenariuszu, którego nie mogła zmienić chcąc w dalszym ciągu otrzymać od publiczności aplauz.
Tego poranka poczuła się wyjątkowo żywa i do momentu, gdy zjawiła się w murach fabryki była w stanie przekonać samą siebie do tego, że kompletnie oszalała. Tak bardzo przyzwyczaiła się do wszechogarniających ją odcieni szarości i poczucia głębokiego smutku, że nagły przebłysk jasnych, wyrazistych barw zaczął wydawać jej się nienaturalny, podobny do uczucia, które dostaje się gdy ma się wrażenie, iż ubrudziło się czymś swoją twarz, jednak nie jest się w stanie tego zobaczyć, więc zdanym jest się jedynie na szczerość ludzi wokoło. A ci, nie dość że mieli spuszczone spojrzenia i tak naprawdę nie specjalnie obchodziło ich to, co działo w jej życiu, na dodatek nie mogli być godni zaufania. Teraz nigdy nie do końca wiedziała, komu mogłaby ufać. Rozsądek szeptał jej cicho nie ufaj nikomu, jednak dobrze wiedziała, jak ciężko jest polegać tylko i wyłącznie na samej sobie. Nie musiała zwierzać się z każdych sekretów, jedyne, czego potrzebowała, to świadomość, że ma do kogo się zwrócić, gdyby wymagała tego sytuacja. Przez ostatnie trzy spotkania ufała stojącemu przed nią mężczyźnie; najpierw nie wiedząc o nim zupełnie nic, gdy pozostawał jedynie rzucanym przez siebie cieniem, zadziwiająco przyjemnym dla ucha głosem i obietnicą, z której właśnie się wywiązywał. Później był również imieniem, chociaż to wydawało się nieistotne, gdy w dalszym ciągu nie ujawniało o nim nic więcej. A teraz? Kim będzie po tym spotkaniu? Czy rozpłynie się jak duch, którym być może w rzeczywistości był, pozostawiając po sobie blade wspomnienie, którego ona nie może w żaden sposób uwiecznić? Owszem, mogła już nauczyć się jego twarzy na pamięć, mimowolnie potrafiąc przywołać dokładny odcień jego oczu wiedząc, jakich farb by użyła, by zamknąć je na płótnie. Gdyby był kimkolwiek innym, być może pokusiłaby się o dotknięcie jego blizny, bo czasem potrzebowała czegoś więcej niż wzroku, by zapamiętać dokładnie. I chociaż nie wiedziała kim był, miała przeczucie, że nie powinna przekraczać tej niepisanej granicy. A może po prostu bała się, że pod wpływem dotyku rozsypie się na drobne kawałki, wzniecając w górę burzę drobinek kurzu i nie pozostawiając po sobie nic więcej poza niekompletnym obrazem, który nigdy nie zostanie skończony?
- Skąd w panu ta pewność, iż jestem z panem szczera? – przekrzywiła lekko głowę w geście zaintrygowania, starając się uciec od własnych myśli o rozsypujących się w proch mężczyznach i nienamalowanych portretach. Skupienie się na tu i teraz wydawało się o wiele ważniejsze, szczególnie w obliczu świadomości odnośnie tykającego gdzieś w tle zegara, odliczającego czas, który niestety nieustannie zmierzał ku końcowi – Wszystko zależy od tego, na co się oczekuje – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Gdyby próbowała odliczać, zabrakłoby jej palców dla wszystkich okazji, w których oczekiwanie niemalże mroziło jej krew w żyłach, zamiast ściskać przyjemnie w żołądku.
- Może kiedyś – przez ułamek sekundy, zauważalny jedynie dla prawdziwie bystrego oka, na jej twarz wkradł się cień przygnębienia, zamyślone spojrzenie uciekło gdzieś w bok, gdy zauważyła, iż rozmawiają o przyszłości tak, jak gdyby ta istniała dla nich gdzieś na horyzoncie. W rzeczywistości przecież nie było nich, a jedynie dwie kontrastujące ze sobą osoby, dopasowujące otoczenie pod własne upodobania i udające, że świat wokoło nie miał znaczenia, ponieważ był zbyt niebezpieczny, by powierzać mu wszelkie sekrety. Sekunda minęła zbyt szybko, a jej wzrok ponownie skupił się na twarzy mężczyzny, z delikatnym uśmiechem lawirującym pomiędzy drobnymi pęknięciami w jej wargach.
Do jej niekompletnego porteru przyszło jej dodać kolejny szczegół. Uśmiech, który pojawił się na twarzy mężczyzny, będący jednocześnie zaskakującym, niespodziewanym, ale i niezwykle wpasowującym się w aurę danej chwili. Patrząc na niego miała wrażenie, że każde słowo i gest dobierane są z niezwykłą szczególnością i precyzją, jak gdyby w jakiś sposób był w stanie przewidzieć jej reakcję i przygotować się na to, co powinien w danym momencie uczynić. Nie mogła mieć pewności, jak wiele z tego było jedynie grą, taką samą, jaką ona prowadziła na co dzień i czy cokolwiek było w pełni szczere, ale niespecjalnie ją to obchodziło. Przez moment mogła wierzyć, że być może tutaj oboje byli zupełnie innymi ludźmi niż ci, których odgrywali na zewnątrz i niespecjalnie chciała dopatrywać się we wszystkim o wiele głębszego znaczenia. Być może czasem warto było pozostawić rzeczy takimi, jakimi wydawały się przy powierzchni?
Jego słowa spotkały się z jej strony z lekkim niezrozumieniem, objawiającym się drobną zmarszczką pomiędzy brwiami, gdy podążała za ruchem ręki, by zaraz potem ustąpić szczeremu zdziwieniu na widok wnętrzna wiklinowego koszyka. Widok butelki wina, pary kieliszków i kolorowych makaroników kontrastował ze wszystkim tym, co ich otaczało i jedyne, na co było ją stać, to pokręcenie lekko głową w wyrazie rozbawienia, którego nawet nie starała się specjalnie ukryć.
- Zapewniam, że znalazłby się ktoś, kto mógłby znaleźć w tym coś nielegalnego – w jej głosie zatańczyła nutka śmiechu tak naturalna, iż można by pomyśleć, że nie znajdowali się w brudnej, zniszczonej fabryce, a na trawie w parku przygotowując się do pikniku. Absurdalność tej chwili była uderzająca, a jednak Flavie nie zamierzała w jej w żaden sposób zaprzeczać, biorąc w dłoń kieliszek i patrząc prosto w jego oczy, zastanawiając się, czy być może za chwilę nie obudzi się w swoim łóżku, a wszystko to nie okaże się jedynie snem, bo do tego było im zdecydowanie bliżej niż do rzeczywistości.
- Za szczerość, Lessinga i różowe lilieza nas; powiedziała pamiętając, że gdy rozstali się ostatnim razem pąki kwiatów w doniczce wciąż były jeszcze zamknięte. Chwilę wcześniej zrobiła drobny krok w przód, by znaleźć się jeszcze bliżej i móc następnie wyciągnąć dłoń w jego stronę, zderzając ze sobą dwa kieliszki. Dźwięk poniósł się cichym echem, mieszając się z powietrzem, aby następnie zupełnie ucichnąć. Upiła łyk, przez cały ten czas nie ściągając z niego swojego spojrzenia. Pozwoliła, by oboje delektowali się dość swobodną ciszą, podczas gdy następne słowa same formowały się w jej głowie. Być może jeśli rzeczywiście pragnęła stać się odważna, powinna zacząć właśnie od słów, nie czynów? – Pamięta pan, o co zapytałam przy naszym pierwszym spotkaniu? – spytała, przywołując w pamięci ciszę i ciepło biblioteki, niepokój wiążący się ze spotkaniem z obcym mężczyzną, zapach książek i wszystko to, co nastąpiło potem. Czy mi pan ufa? Jej własne słowa zabrzmiały w jej głowie tym samym cichym i słabym głosem, którego użyła wtedy – Czy od tamtego czasu coś uległo zmianie? – to ta część pytania – bez niego to pierwsze wydawało się być niekompletne – sprawiła, że musiała spojrzeć gdzieś w bok, bojąc się, jaką może wywołać reakcję, choć przecież bardziej powinna się bać odpowiedzi, nie będąc pewną, którą wolałaby usłyszeć. Sama wiedziała, że wiele uległo zmianie, ale przecież mogła mówić tylko i wyłącznie za siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pią Paź 13, 2017 1:04 am

Nie czekało na niego nic ponad to, co otrzymał dotychczas – urzekająca w swej prostocie konkluzja, której nie sposób odmówić dziecięcej szczerości. Zupełnie jakby jego życie było jednodaniowym obiadem serwowanym w podrzędnej, dworcowej knajpce; rozmiękłą, pozbawioną smaku masą, w której odróżnienie warzyw od makaronu graniczy z cudem. Bezkształtne, jednakowe, źle doprawione fragmenty, na wpół surowe bądź całkowicie rozgotowane, pod każdym względem miałkie, a jednak, wbrew wszystkiemu, potrafiące dokonać tego samego, co wykwintne popisy paryskich szefów kuchni – potrafiące nasycić.
Nie czekało na niego nic ponad to – jasną breję za pięć kopiejek, nieudolną próbę odtworzenia rosyjskiej soljanki – i nigdy nie domagał się więcej. Nie poszukiwał utraconych barw życia, skoro to od zawsze zamykało się w odcieniach szarości, nie tęsknił za przeszłością, skoro ta była dokładnie taka sama, jak czekająca na niego przyszłość, nie myślał o teraźniejszości, skoro – w szerszej perspektywie – nie miała żadnego znaczenia. Wspominał za to podróże, bo w pewnym stopniu jedynie one wydawały się realne; rzeczywistość zaklęta w miarowym stukocie pociągu, niewygodnych oparciach wytartych tysiącami obcych pleców, zaparowanych, nieszczelnych oknach, odległym obrazie pierwszej, poważnej wyprawy – kiedy Rosja była carska, a dłoń matki ciepła. Każdy z wyjazdów budził w nim mniej lub bardziej sprecyzowane oczekiwania i każdy w mniejszym bądź większym stopniu je spełniał – być może poza tym jednym, sprzed roku, gdy Wołga okazała się martwa, a ojczyzna zagrożona. W ciszy obserwował jak rzeka – wypełniona wodą ponad własną naturę i chęci, płynęła zbyt prędko brutalnie rozlanym korytem, bez choćby cienia kaprysu, niepohamowania, zadumy, bez śladu rosyjskości. Niewzruszona i jałowa jak jej brzegi – ten zachodni, pozbawiony drzew, skąpany w piasku i wysoki, oraz wschodni – tonący w bagnach, niski, porośnięty splątanymi krzewami ponad którymi unosiły się siwe obłoczki melancholijnej mgły. To właśnie w tym miejscu – na pomoście muśniętym zielonymi śladami rzecznych nanosów, wilgotnym i śliskim – czuł się realny? Prawdziwy? Czuł się bardziej sobą niż kimkolwiek innym? Być może do poczucia realności potrzebował wyłącznie tego; leniwego nurtu, niewyraźnej woni śniętych ryb, świadomości, że tego lata wyż astrachański zawiódł – bo było wietrznie, przejmująco zimno i deszczowo – i że lada moment wróci do podrzędnego pokoju w podrzędnym ośrodku, zmyje z siebie błoto oraz krew (cudzą czy swoją? Tamtego dnia nie był pewien), po czym zaśnie na kolejną dobę.
Jego rzeczywistość – monotonia wszechogarniającej szarości, która cały świat zamienia w jednostajny, wyjałowiony twór. Nic, co warto uwieczniać na obrazach. Nic, o czym warto wspominać. Nic, co mogłoby drastyczniej dzielić dwójkę obecnych w opuszczonej fabryce ludzi. Nie było na to lekarstwa – nie było lekarstwa na różnice, które głębokim cieniem rzucały się na wciąż niewypowiedziany cel spotkania; sprowadził ich tu wyłącznie przypadek i to przypadek sprawił, że w trudny do wyjaśnienia, nieuchwytny sposób bez żalu wyrzekali się poczucia rzeczywistości na rzecz kilkudziesięciu – bo przecież żadne ze spotkań nie trwało dłużej niż godzinę – minut we własnym towarzystwie. Zupełnie jakby udali się na spektakl, który choć na chwilę odgrodzi ich od tego, co czyha za murami teatru; dziś sceną była cementowa podłoga, kurtyną zaś – tańczące w powietrzu, ozłocone promieniami słońca drobinki kurzu, za pomocą których kreowano oprawę przedstawienia.
Akt trzeci, scena pierwsza – ucieczka przed rzeczywistością.
Kolejne kłamstwo, które kreowali – a przynajmniej on kreował – na własne życzenie. Prawdziwe było wyłącznie poczucie oderwania od świata, ta nieuchwytna lekkość istnienia rozpierzchająca się przy nawet najlżejszym ukłuciu świadomości, że za kolejne dwa, trzy kwadranse opuszczą mury fabryki, by nie spotkać się nigdy więcej – oto, co było prawdziwe. Oto, na czym powinien skupić się po wręby racjonalny i na wskroś uzależniony od sprawowania niepodzielnej kontroli Fiodor; liczyły się mijające sekundy, niepodważalne fakty, perspektywa tego, co nastąpi później – bo teraz było zbyt ulotne i nierealne, by uzależniać od niego każdą kolejną decyzję. Teraz było również niebezpieczne; łatwość, z jaką można zatracić się w złotawym świetle słońca i poczuciu wyodrębnienia z szarej teraźniejszości niosły ze sobą niepokojącą gorączkowość – coś, co Fiodor próbował przekuć na tępy, pulsujący ból, do którego można przywyknąć znacznie szybciej niż do świadomości, że niepełna godzina spędzona w tym miejscu jest w stanie uczynić go – to chyba właściwe słowo – szczęśliwym. Zupełnie tak, jakby za sprawą samej tylko rozmowy spływało na niego rozluźnienie, głęboki, docierający aż do serca oddech, uspokajający wszystko w jego wnętrzu jak długa, świeża fala, jak przypływ. Niemal czuł, jak wypełniający go przecier zaczyna powoli układać się z powrotem w organy – w wątrobę, śledzionę, płuca, mózg, kręgosłup. Jakby wszystko wracało na miejsce, uporządkowane i ukojone. Znajome. Właśnie dlatego uznał, że traktowanie Flavie Bernard jako obrazu z samego dna wyobraźni, sennego majaku wyśnionego przed nastaniem świtu, który wypala się w podświadomości i prześladuje na jawie, będzie bezpieczniejsze. Czuł się tak, jakby wtłaczał z powrotem do lampy raz oswobodzonego dżina – czasem wychwytywał jakieś jej fragmenty u przypadkowych kobiet; kształt szyi u kogoś, kto stał przed nim w kolejce, wykrój ust u kelnerki, która podała mu sól, zarys pleców u klientki siedzącej dwa stoliki dalej. Po wyjściu z tego budynku nie zamierzał szukać pretekstów, okazji, okoliczności do kolejnych spotkań. Nie zamierzał szukać madame Bernard w spojrzeniach mijanych na ulicy kobiet, w splątanej pościeli tuż po przebudzeniu, na dnie butelki – to nie były jej miejsca, to nie był świat, do którego przynależała. To nie była twarz – w pewnym stopniu bliższa prawdy od tej demonstrowanej dzisiaj – którą chciał jej pokazać. Strzępki wrażeń kolekcjonowanych podczas dwóch ostatnich spotkań dawały zafałszowany obraz rzeczywistości; stanowiły niepełne, na swój sposób wypaczone odbicie człowieka, jakim Fiodor był naprawdę – i jakiego stojąca przed nim kobieta miała nigdy nie poznać. Przywykł przecież do dochowywania własnych sekretów, ukrywając je pod grubymi połaciami śniegu i lodu.
Śnieg i lód – niezawodni powiernicy tajemnic oraz ciał.
Myśl, że ktokolwiek w Paryżu, poza dwójką ludzi, którzy wciąż nosili we włosach woń moskiewskich ulic, mógłby poznać o nim prawdę, promieniowała w jego głowie jak tępy, przedmigrenowy ból, jeden z tych, które odczuwał za każdym razem, gdy szedł w stronę własnego mieszkania – tego prawdziwego, z widokiem na Plac Czerwony – mokry od błota i śniegu, lekko się zataczając i sprawiając przy tym wrażenie kogoś, kto przez ostatnie czterdzieści osiem godziny zaliczył sześć różnych izb wytrzeźwień. Ta myśl zapewne będzie tkwić w jego głowie na długo po opuszczeniu Francji; może podczas jednego z tych wieczorów, kiedy zacznie śmiać się do rozpuku, oglądając siebie w lustrze podrzędnego moteliku: bladego, z kilkudniowym zarostem, z twarzą sprawiającą wrażenie, jak gdyby ktoś wypompował z niej całą krew, wszystkie krwinki i osocza.
Tak wygląda pozbawiona barw prawda. Tak właśnie wyglądają nieciekawe perypetie. Tak wygląda malarski symbolizm istoty – bo przecież w żadnym wypadku nie człowieka – który nie tyle żyje z morderstw, co dla morderstw. Kogoś, kogo najczęstszym zakupem w drodze do domu są butelki wódki i kroplówki – te pierwsze kupowane całkowicie legalne, te drugie zdobywane w szpitalach, gdzie na połączony widok twarzy Fiodora i stu rubli lekarze sprzedają je bez szemrania. Kogoś, kto po powrocie do mieszkania przymocowuje jeden z woreczków do ściany za pomocą taśmy, a później – już leżąc w wannie – przez kwadrans próbuje wkłuć wenflon we właściwą żyłę. W jaki sposób zareagowałaby madame Bernard, gdyby dziś zjawił się w opuszczonej fabryce tak, jak niejednokrotnie zjawiał się w wynajmowanych pokojach – napędzany ostatnimi wyładowaniami w wyczerpanym organizmie, ubłocony, brudny, z sinymi plamami pod oczami i złamanym nosem przypominającym bezkształtną kulę ciasta?
Prawda zawsze była brzydka. Dlatego ludzie kłamią – wstydzą się własnego ohydztwa.
Dlatego przez niemal całe życie kłamał Fiodor – wstydził się siebie. Tak zwyczajnie, od blisko dwóch dekad; dość czasu, by zrozumieć, że w jego życiu nie ma miejsce na szczęście (że nie zasługuje na szczęście), nawet to godzinne, szczelnie zamknięte w kruszejących murach starej, paryskiej fabryki.
Nie okłamałaby mnie pani. Przynajmniej nie w tak prozaicznej sprawie – nie musi zastanawiać się nad słowami, bo te same znajdują właściwe miejsce w umyśle i prędko formułują się w kolejne sylaby – to nigdy nie było dla niego trudne. Rozmowy stanowiące odpoczynek od codziennego milczenia, coś, co przychodzi z naturalnością właściwą wyłącznie oddychaniu – z czasem wszystko można wypracować, wystarczy każdego dnia przeprowadzać w myślach potencjalne dialogi, wszystkie te zamknięte w umyśle dysputy, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, ale pomagają w prędkim odnajdywaniu słów.
Choć te czasami są zbędne – jak teraz, kiedy słowa kobiety o oczekiwaniu niosą w sobie gorzką, niechcianą prawdę, na którą zareagować można jedynie lekkim skinięciem głowy, tym uniwersalnym ruchem przyznającym komuś bezkompromisową rację. Z pewnymi faktami – zwłaszcza, gdy pierwsza gwiazdka okazuje się pędzącą w stronę ziemi asteroidą – nie sposób się sprzeczać.
Za to z innymi wręcz wypada.
Jeśli będzie pani prowadzić po alkoholu… - zawiesił głos na trzy krótkie sekundy, jakby myśl, że z jego przyczyny madame Bernard pokonała pół Paryża piechotą, nagle uderzyła w niego z pełną werwą. – … nawet ja dopatrzyłbym się w tym czegoś nielegalnegoale w żadnym wypadku nie karygodnego – był w końcu jedynie połowicznym hipokrytą. Wolał nie poświęcać czasu nieszczęsnemu może kiedyś, które na moment zawisło między nimi jak nieunikniony wyrok śmierci – przecież już podjął decyzję. Wygodną dla siebie, bezpieczną, racjonalną decyzję, która wykluczała kolejne tygodnie niecierpliwego wyczekiwania, odtwarzania w myślach każdej rozmowy, prób przywołania nawet najdrobniejszej zmiany na kobiecej twarzy. Kurtuazją zabijał wyrzuty tych miernych resztek sumienia, które wciąż mu pozostały – z kolei winem próbował zabić niesmak, jaki w ustach pozostawiły jego własne myśli.
Za szczerość, Lessinga i różowe lilie – cichy brzdęk uderzających o siebie cieniutkich ścianek kieliszków wymieszał się z echem słów i przez moment był jedynym dźwiękiem, który przerywał gładką jak spłachetek śniegu ciszę. Wino nie smakowało niczym konkretnym – być może poza sfermentowanymi gronami – i po zaledwie jednym łyku zdołało przypomnieć Fiodorowi, dlaczego preferuje nieco inny rodzaj trunków. Zdołał oswoić się ze swobodą, jaka między nimi zapanowała – być może tym mocniej zaskoczyło go napięcie w powietrzu, które nierozerwalnie szło w parze z kolejnymi słowami kobiety.
Czy pamięta?
Nie mógłby zapomnieć – niby jak, skoro odtwarzał tamten dzień jak starą kliszę z filmem?
Pamiętam – w spojrzeniu, które nawet na moment nie uciekło od twarzy kobiety, było coś więcej niż po prostu zainteresowanie. Tkwił w nim niewypowiedziany, ukryty przekaz, zaszyfrowana wiadomość, blady sekret – wiedza przemieszana ze smutkiem. – Mam wrażenie, że od tamtej pory zmieniło się wszystko.
Zwłaszcza pani, zakołysało się na jego ustach wraz ze smakiem wina i podobnie jak ten smak – pozostało niewypowiedziane.
Ale nie potrzebuje pani mojego zaufania – uśmiech przygasł na ledwie zauważalny moment, przysłonięty czymś – myślą, wspomnieniem lub odłamkiem rzeczywistości, który wdarł się do tego miejsca – nieuchwytnym, czymś, co wymagało krótkiej walki z samym sobą. To wahanie, to lekkie opadnięcie kącików ust, ten wzrok przez dziesiętną część sekundy wymierzony w tylko jemu znane przeciwności – wszystko to było istotą rzeczy. Jakby tkwiła w nich zapowiedź lub retrospekcja tragedii, nieme pogodzenie ze stratą. – Są z nim same kłopoty – kolejne słowa wypowiada do podłogi, leżących na niej odłamków szkła, grudek cementu, skłębionych kłaczków kurzu – jak gdyby tylko one były w stanie znieść napór myśli tłoczących się w umyśle Fiodora.
Lub jak gdyby tylko one go nie oceniały i solidarnie pozostawały ślepe na gorzką prawdę; na fakt, że stojący nad nimi człowiek zanika – i że jego znaczna część już leży w leśnym, bezimiennym grobie pod usychającym krzewem dzikiej róży, a wraz z nią leżą wszystkie żarty, zblazowane fumy i motta życiowe człowieka, którym kiedyś był. Nie sposób mówić o tym miejscu: o dnie wymoszczonym palonym wapnem, o tym plugawym środku świata, w którym istnieją tylko zimowe zawieruchy, spierzchnięte usta i chłód, który czasem – ale nigdy przy niej – wdzierający się do oczu jak spękane odłamki lodu.  
To kolejny obraz, którego z całą pewnością nie chciałaby namalować.
To nie był obraz, o którym on chciał myśleć – być może dlatego tak zręcznie potrafił udawać kogoś zupełnie innego, dla każdego kolejnego miasta, każdego nowo poznanego człowieka i każdej okazji kreując świeży spektakl. Ogrywanie narzuconej odgórnie roli przychodziło mu łatwiej niż bycie sobą – bo z siebie miał niewiele, jakieś fragmenty, ochłapy, kawałki pozbawione zespolenia, rozklekotane i ostre – zaś u ludzi, których udawał, mógł stworzyć wszystko. Przeszłość. Ulubione potrawy. Używki. Historie o niespełnionej miłości, utraconej rodzinie, wielkich nadziejach na przyszłość. Pozorowanie było łatwiejsze od bycia sobą – ale przy niej, zwłaszcza dzisiaj, nie potrafił udawać. Być może nawet nie chciał.
I ponosił za to natychmiastową karę, czując, jak odraza do samego siebie podchodzi mu do gardła – surowy kawał niekompletności podany w gorzkawym sosie z sekretów i półprawd. Nieważne, jak bardzo pragnęli ukryć się przed rzeczywistością – ta zawsze potrafiła ich odnaleźć, dziś zjawiając się przy akompaniamencie cichego stukotu owiniętych w białą chusteczkę, lśniących matowo naboi, które nagle znalazły się w jego dłoni.
Z umów wywiązuję się do samego końca. Od tego momentu nie wiąże nas żadna – mimowolne powtórzenie wypowiedzianych podczas drugiego spotkania słów, spojrzenie, które bezbłędnie odnajduje drogę powrotną do twarzy kobiety – wszystko zbiega się ze sobą w czasie, każdą kolejną sylabą i każdym kolejnym gestem prowadząc do nieuchronnego końca. Fiodor już się nie uśmiechał – śmiech nad czymś, co zabija, nie byłby odpowiedni. Nie w obliczu następnego zdania, które wypowiedział tak, jakby wspominał o zapowiadanym wieczorem deszczu. – Przyniosłem broń.
Tak zwyczajnie, bez zająknięcia – niewypowiedziana na głos, ale klarowna propozycja, jednakowo zwyczajna, co pomoc przy niesieniu zakupów, nic niespotykanego. Nawet możliwe odpowiedzi wydają się banalne: to miłe z pana strony, bardzo chętnie nauczę się strzelać i nie, dziękuję, poradzę sobie sama jeszcze nigdy nie były tak uniwersalne. I jakkolwiek miała zabrzmieć decyzja, madame Bernard powinna pamiętać o jednym – nie wiązała ich żadna umowa. Od tego momentu wszystko, co robił, nie działo się z jakiegoś powodu. Działo się dla kogoś – dobrowolnie, bez przymusu, bez widma zawartych kiedyś umów. Być może na ślepo i bez zważania na niewypowiedziane, wiszące nad lekko pochyloną głową konsekwencje, ale przynajmniej bezwarunkowo. Szczerze. Bez żadnych oczekiwań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   Pon Paź 16, 2017 9:17 pm

Kiedyś wydawało jej się, że potrafiła do jak najdrobniejszego szczegółu przewidzieć swoje życie, które rysowało się przed nią snutymi leniwymi popołudniami planami, wielkimi marzeniami pod błękitnym niebem oraz życzeniami wypowiadanym w stronę spadających gwiazd.
Kiedyś przyszłość wydawała jej się tak bardzo odległa, niczym drobny punkt na dalekim horyzoncie, którego konturów nie potrafiła dokładnie rozszyfrować, a jednak dokładnie wiedziała, co sobą reprezentuje. Nie dlatego, iż pragnęła, by wszystko w jej życiu było poukładane. Wręcz przeciwnie, nauczyła się zbyt często być porywana daną chwilą, pozwalając, by życie toczyło się własnym rytem. W pewnym punkcie jednak zrozumiała, iż są sprawy, których nigdy nie chciałaby zmieniać, pewne punkty zaczepienia, które trzymały ją przy ziemi i które ona chciała zatrzymać przy sobie, możliwe jak najdłużej, bo tylko one sprawiały, że miała pewne poczucie rytmu w całym chaosie, który od zawsze ją otaczał. Była w nim pewna reguła i znane ciepło, które towarzyszyło rozwianym myślom powiewającym lekko niczym jej włosy na wietrze. Nie obawiała się tego, co niepoukładane i chaotyczne, a jedynie tego co nieznane, oddalone od przyziemnego świata, w którym się obracała.
Wypowiadała więc życzenia, dmuchała latawce i uważała, by nie stłuc lusterka obawiając się siedmiu lat nieszczęść. Prosiła o zdrowie rodziny, o powodzenie w szkole, o jedną osobę, którą chciała, by została z nią na zawsze i z którą kiedyś planowała wiązać swoją przyszłość. Patrzyła, jak złote punkciki przesuwały się po ciemnym, granatowym niebie, jak znikały w ułamku sekundy zabierając ze sobą nigdy niewypowiedziane na głos sekrety. Obserwowała unoszące się w górę białe pyłki wierząc, że to właśnie w ich drobnych włoskach zaklęty został przepis na jej własne szczęście. Nigdy nie stłukła lusterka, bo jej wyobraźnia nie sięgała aż tak daleko, by przywołać w jej umyśle lata nieszczęścia, a nawet jeśli nie była w stanie pomyśleć o tym, co złego mogłoby się jej przytrafić. Straciła już matkę, być może jako karę za swoją ignorancję, czym więc mogłaby zasłużyć sobie na jeszcze większy pech?
Na myśl o tym, jak naiwna potrafiła być w swoim poprzednim życiu coś ściskało ją boleśnie w gardle, szczególnie gdy zaczynała kontrastować to wszystko z tym, co działo się teraz. Wierzyła w szczęście i pecha, w bezsensowne życzenia i ludzką dobroć jak gdyby właśnie od tego zależało jej życie, choć tak naprawdę samo w swojej istocie zdawało się nie należeć nawet do niej. Przez większość czasu czuła się jak fikcyjna postać wycięta z jednej powieści i rzucona w sam środek drugiej. Coraz częściej miała poczucie, iż czegokolwiek by nie robiła, efekty jej czynów i tak będą zupełnie odwrotne. Jak miała wierzyć, że posiada jeszcze chociażby odłamek kontroli, gdy przez tyle lat okazywało się, iż płynęła w zupełnie innym od zamierzonego kierunku? Wszystkie punkty zaczepienia, gwoździe, liny i sznury, które kiedyś utrzymywały ją przy ziemi już dawno puściły i tylko jedna rzecz trzymała ją jeszcze w dole, powstrzymując przed odfrunięciem niczym porzucony balonik, który został wyrwany wiatrem z dłoni nieuważnego dziecka.
Chciałaby wiedzieć, czym była ta siła, która pozwalała jej jako tako zachowywać swoje zmysły. Może po to, by i tą linę mogła w końcu przeciąć i po raz ostatni dać się ponieść sile, która w ten czy inny sposób zawsze nią sterowała. A może potrzebowała jakiejś nadziei, zobaczenia na własne oczy tego, że tym, co trzyma ją w ryzach jest tak naprawdę ona sama. Ciężko było jej patrzeć we własne odbicie i widzieć prawdę, gdy notorycznie tłukła otaczające lustra chcąc uciec jak najdalej od pozbawionego wyrazu spojrzenia chłodnych oczu, które jednie przypominały jej o porzuconej już dawno naiwności.
Wbrew pozorom pierwszy zimny prysznic nie przyszedł jeszcze wraz z wybuchem wojny. Wtedy pogrążone w walce fronty i ludzie, będący jedynie statystykami, zwykłymi liczbami pojawiającymi się czasem w gazetach, byli zbyt odlegli, by mogła się nimi przejmować. Życie toczyło się tym samym leniwym rytmem, słoneczny jeszcze wrzesień przechodził w pozłacany spadającymi z drzew liśćmi październik, który zamieniał się następnie w deszczowy, ponury i coraz zimniejszy listopad. Natura żyła swoim życiem, podobnie jak teraz, nie zważając na ludzkie nieszczęścia, które dla niej być może stanowiły jedynie zbędną przeszkodę. Kubeł chłodnej wody spadł na nią w momencie, gdy do grona statystyk i liczb dołączyły dwie najbliższe osoby, które jak sądziła utraciła na zawsze, które wkrótce zaczynały zamieniać się jedynie w niewyraźne duchy z przeszłości, w słowa zapisane na pożółkłych kartkach papieru przychodzących być może nawet tygodnie po tym, gdy zostały napisane, nigdy nie przynosząc ze sobą pewnych informacji. Być może te listy już wtedy były jak światło martwych gwiazd, pomimo ich śmierci wciąż do niej docierające. Wojna nagle stała się realna, wpłynęła na jej życie w ten sam sposób, w jaki wpływała na życia tysiąca innych osób, których przecież nigdy nie miała poznać. Czasem myślała o tym, jak wiele kobiet znalazło się w jej sytuacji, jak wiele obserwowało swoich braci, mężów, ojców czy narzeczonych opuszczających ich dom pewnego poranka, by być może już nigdy do nich nie wrócić. Jak wiele bezimiennych twarzy, szczupłych ciał obleczonych w sukienki, wylewało rzewne łzy w swoje poduszki, tyko po to, by zapłonąć płomykiem nadziei wraz z widokiem listonosza. Jak wiele czuło łamiące się serca, gdy w końcu listy przestały przychodzić.
Nigdy nie czuła się wyjątkowa, w swojej sytuacji była jedynie jedną z tysięcy, kolejną pośrednią ofiarą terroru ogarniającego Europę. Życie jest niesprawiedliwe, znów naiwnie powtarzała sobie na samym początku, jakby liczyła na to, iż same słowa będą w stanie odwrócić los, cofnąć bądź zatrzymać czas, zakończyć wojnę i zwrócić wyrwane fragmenty serca. Niestety jest, ale nic nie możemy na to poradzić, ma chérie, odpowiadał wówczas ojciec nie kierując w jej stronę ani jednego spojrzenia, jego głos oschły i pozbawiony wyrazu. O niesprawiedliwości losu wiedział przecież o wiele więcej niż ona, straciwszy żonę, na której lustrzane odbicie musiał patrzeć każdego dnia, a teraz tracący być może i syna dla sprawy, którą być może nie do końca pochwalał.
Ma chérie nie brzmiało w jego ustach słodko i ciepło i z czasem Flavie zaczęła dochodzić do wniosku, że być może nie znaczyło również o wiele więcej niż stare przyzwyczajenie wyciągnięte z czasów, gdy życie wciąż było niesprawiedliwe, chociaż jeszcze nie dla rodziny Bernard. Spędziła tyle czasu starając się o nim zapomnieć, wymazać z pamięci przeoraną zmarszczkami twarz, tak samo jasne jak jej oczy, przerzedzone zębem czasu włosy. Czasem, w tłumie ludzi, wydawało jej się, że dostrzega go gdzieś pośród bezimiennych, szarych postaci – jego przygarbioną sylwetkę w ciemnym płaszczu z kapeluszem na głowie – tym samym, który zdawał się nosić od zawsze. Przez moment nie tylko jej wzrok, ale i całe ciało zaczynało ciągnąć w tamtą stronę, w kierunku jedynej osoby, która jeszcze jej pozostała, której krew płynęła w jej żyłach i która nosiła ze sobą ciężar całej jej przeszłości. Ale tylko przez moment, przez krótką sekundę, zanim zdała sobie sprawę, że wszystkie wiążące ich nici zostały przez niego przecięte z chwilą, w której postanowił oddać ją w ręce innego mężczyzny niczym niechciany przedmiot, bezużyteczny i zakurzony, o którego potykał się uciążliwie i którego zniknięcie stanowiło jedynie ulgę.
W tej chwili nie było nic, co mogłoby skutecznie popchnąć jej myśli w stronę Anselme, a jednak nie mogła powstrzymać uczucia, że wszystko wokoło przypominało mu właśnie o nim. Głównie przez wzgląd iż wszystko, co uczynił, miało zapewnić im bezpieczeństwo, które ona teraz wystawiała na niebezpieczną próbę. Nie potrafiła uwierzyć samej sobie – a raczej własnemu wspomnieniu – w to, że kiedyś potrafiła spijać z jego ust słowa tak, jakby stanowiły obraz najwyższych wartości. Była gotowa oddać za niego życie i poświęcić wszystko co miała, wierząc, iż on zrobiłby dokładnie to samo, podczas gdy tak naprawdę okazał się zdrajcą.
W ciągu ostatnich kilku lat miała okazję obserwować więc, jak wszystko, co sobie ceniła, popada w ruinę. Filary, na których opierało się jej dotychczasowe życie waliły się jeden po drugim, aż w końcu stały się jedynie górą gruzu przygniatającą ją do ziemi. Przestała już pokładać wiarę w życzenia i szczęście, przestała wierzyć w to, że ma wpływ na własne życie, przestała liczyć, że cokolwiek ulegnie zmianie i, przede wszystkim, przestała się starać.
Aż do teraz. Jak wiele musiało ulec zmianie, by znalazła się w tym właśnie miejscu? Mogła nie wierzyć w swoją siłę, mogła zarzekać się, że jej los nie zależy już od niej, a jednak fakt, że stała pośród złocących się w świetle drobinek kurzu, że trzymała w dłoni kieliszek wina i obserwowała z pewnym niepokojem ale i zaciekawieniem zupełnie nieznanego jej mężczyznę był efektem podejmowanych przez nią i tylko przez nią decyzji.
Tamtego dnia w bibliotece mogła odejść z pustymi rękoma, bo zawsze sądziła, iż należy do tego wąskiego grona osób bezinteresownych, które nie wymagają zapłaty za swoje dobre uczynki. Mogła bez słowa wstać od stolika i zniknąć – była pewna, że on by jej nie zatrzymał, ciesząc się z jednego problemu mniej. Istniało tak wiele dróg, którymi oni oboje mogli podążyć nawet od momentu, w którym ich drogi chwilowo się rozeszły. Jak łatwo byłoby mu ją po prostu oszukać? Zniknąć z jej życia bez dotrzymania złożonej obietnicy? Jej wzrok nie rozglądałby się w poszukiwaniu jego twarzy pośród tłumu przechodniów i, szczerze mówiąc, nawet gdyby ich drogi miały okazję się przeciąć być może nie przywiązałaby nawet do niego większej uwagi. Delikatny, nieznaczny uśmiech na ustach byłby jedynym wyznacznikiem tego, iż łączy ich pewna tajemnica, której jednak nie zamierzała dłużej roztrząsać, ponieważ wtedy jeszcze nie zależało jej na tej broni, którą zażyczyła sobie jako zapłatę. I teraz, jak powoli zaczynała się przekonywać, również jej na niej nie zależało.
- Nie powiedziałam nic o kłamaniu, jedynie o subtelnym ukryciu prawdy– odpowiedziała, choć przecież dobrze wiedziała, że mężczyzna miał rację. Nie miała powodów, by go okłamywać, w sprawie prozaicznej czy jakiejkolwiek innej. Ale też nie zamierzała wyjawiać wszystkiego, przynajmniej nie sama z siebie. Zawsze uważała, że niektóre sprawy powinny pozostać sekretami, nie tylko przez wgląd na ich naturę, ale dla zachowania pewnej równowagi oraz poczucia, że coś na tym świecie należy jeszcze tylko i wyłącznie dla niej. Z drugiej jednak strony powierzanie komuś swoich największych tajemnic, dobrowolne obnażanie się z najgłębiej skrywanych w sobie prawd, wydawało się być sprawą niezwykle… intymną. Kwestią zaufania, którym nie była pewna czy teraz potrafiła jeszcze obdarować kogokolwiek.
- Więc całe szczęście, że nie mam dziś tego w planach – na jej ustach znów zabłądził lekki uśmiech. Mimo wszystko nie sądziła, iż prowadzenie pod wpływem alkoholu byłoby najgorszą rzeczą, jakiej mogłaby się dopuścić, choć dobrze wiedziała, że mężczyzna mógłby nie podejrzewać jej o nic gorszego. Wcale mu się nie dziwiła – dość często zauważała, iż ludzie mieli w zwyczaju tratować ją z pewnego rodzaju pobłażliwością, jakby była jedynie dzieckiem niepotrafiącym o siebie zadbać. I do niedawna była w stanie się z nimi zgodzić.
Smak wina rozpływał się powoli na jej języku – była do niego przyzwyczajona, liczne kolacje w gronie współpracowników jej męża nie potrafiły odbywać się bez towarzystwa alkoholu, co czasem stanowiło jej największe przekleństwo, szczególnie gdy zostawali sami, zamknięci w ścianach mieszkania bez możliwości ucieczki. Przez ciągnące się godziny chłód szkła w dłoni pomagał ściągnąć ją na ziemię, choć od zawsze czuła się niejako odcięta od otoczenia. Słowa dochodziły do niej jakby zza grubej zasłony, przytłumione i ledwo zrozumiałe, chociaż zazwyczaj udawało jej się jakimś cudem dobrać odpowiednią reakcję – wygiąć usta w odpowiednim uśmiechu, wydać z siebie krótki, wyjątkowo sztuczny śmiech, kiwnąć głową, odpowiedzieć na zadane pytanie i wstać, dziękując za gościnę bądź przybycie. Obserwowała tych ludzi, zamkniętych w świecie, do którego nie należała, śmiejących się z rzeczy, które naprawdę ich śmieszyły, pod czas gdy ona śmiała się tylko dlatego, że robili to oni, bojąc się, co by było gdyby nie otrzymali od niej żadnej reakcji. Za każdym razem czuła na sobie jego spojrzenie obserwujące jej zachowanie i wiedziała, iż doszukuje się w nim chociażby najdrobniejszego skrzywienia, za które byłby zmuszony do pokazania, gdzie znajduje się jej miejsce – nigdy publicznie, tam jedynie obejmował ją sztywno ramieniem i podawał dłoń przy wyjściu udając, że wszystko jest takim, na jakie wygląda.
To była jedna z tych rzeczy, które tak bardzo ciągnęły ją zarówno do tego miejsca jak i spotkania z owym mężczyzną. Świadomość, iż Fabien nie ma dostępu do jakiejkolwiek relacji, która ich łączyła. Być może wcale nie był tak spostrzegawczy, a może to ona była wyjątkowo wybitna w ukrywaniu tego, co działo się w jej życiu przez ostatnie kilka tygodni.
Nie sądziła, iż mógłby zapomnieć, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że jego słowa sprawiły jej swego rodzaju przyjemność. Nie była pewna, dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, by o niej pamiętał – być może dlatego, iż był jedyną osobą, która była w stanie zobaczyć Flavie Bernard będącą najbardziej zbliżoną do tej, którą zawsze nazywała prawdziwą. Jedyne, czego naprawdę się obawiała, to bycia zupełnie zapomnianą i jeśli istniała chociażby jedna osoba, która mogłaby nosić ze sobą wspomnienie o niej, nie zamierzała tak łatwo odpuścić. Gdyby w przyszłości coś poszło nie tak i miała zupełnie zniknąć z ulic Paryża, chciała wiedzieć, że znajdzie się ktoś, kto kiedyś o niej wspomni, zupełnie jakby w ten sposób podarowywała mu cząstkę siebie licząc, że w najgorszym wypadku, w przeciwieństwie do niej, pozostanie żywa.
- Być może to jedyne, czego potrzebuję – przez krótką chwilę na jej twarzy pojawiło się jawne zaskoczenie, gdy usłyszała dźwięk własnego głosu uświadamiając sobie, że nieopacznie (czy aby na pewno?) wypowiedziała na głos własne myśli. Ku jej uldze mężczyzna w tym czasie nie patrzył w jej stronę, choć i tak nie potrafiła powstrzymać się przed pójściem w jego ślady i spuszczeniem wzroku w dół, chcąc ukryć swoje zmieszanie oraz fakt, iż nie do końca była pewna, co miała na myśli.
Przeciągająca się przez moment cisza wydała się jedynie odrobinę niezręczna i tylko dlatego, iż Flavie nie była przyzwyczajona do rozmawiania z kimś, kogo uwaga naprawdę skupiała się na niej. W tym miejscu i towarzystwie nie było możliwości ucieczki od własnych słów, udania, iż należały do kogoś innego. Mimo wszystko nie zależało jej na powstrzymywaniu swojego języka ponieważ, jak zdążyła już przyznać, nie miała powodów, by go okłamywać. Chciałaby wierzyć, iż to samo tyczyło się jego, chociaż miała przeczucie, iż większość z tego, co wydawało jej się, że znała, było jedynie iluzją, tą samą, którą ona próbowała kreować i którą szybko porzuciła nie czując potrzeby by chować się za kolejną maską. Była zmęczona ciągłym udawaniem, czuła na swoich barkach ciężar spoczywających zobowiązań i konieczności pilnowania na każdym kroku tego, by być dokładnie tym, kogo oczekiwano od niej w danej chwili. Już dawno przestała robić to tylko i wyłącznie dla siebie, teraz robiła to z czystego przyzwyczajenia i świadomości, że było za późno, by zmieniać zasady gry.
Na cichy dźwięk uderzających o siebie naboi odstawiła ostrożnie kieliszek wciąż wypełniony przezroczystym płynem, wbijając spojrzenie w dłonie mężczyzny. Tak właśnie wyglądał ich koniec, niesiony przez lśniące naboje, które stawiały kropkę przed rozpoczętym jakiś czas temu zdaniem.
- Dobrze – wypowiedzenie jednego słowa przyszło jej z trudem, choć nie była pewna, na co się zgadza. Na zakończenie ich znajomości, dopięcie umowy do końca, czy zaskakujące oświadczenie, którego nie umiała, a może nie do końca chciała, odszyfrować. Postawiła do przodu kolejny krok, wyciągając dłoń w jego stronę i biorąc w palce jeden z naboi. Spodziewała się odczuć chłód metalu, choć najwyraźniej owinięcie w białą chusteczkę przekazało mu trochę ciepła. Powoli obracała go w dłoni, zastanawiając się, jak tak drobna i pozornie delikatna rzecz mogła być w stanie wyrządzić na świecie tak wiele złego. I dlaczego właściwie sama zdecydowała się wejść w jej posiadanie – Jak bardzo to boli? – jej głos zbliżony był raczej do szeptu, niemalże niesłyszalny nawet pośród otaczającej ich stabilnej ciszy. Pod palcami wyczuwała gładkość metalu, a jej oczy utkwione pozostawały we własnej dłoni, bojąc się spojrzeć na mężczyznę w obawie, iż będzie w stanie odczytać jej myśli i wyczuć jej zawahanie. Nie zapytała, czy to będzie boleć, bo dobrze znała odpowiedź. Zastanawiało ją jednak czy potrafiłaby wyobrazić sobie ten ból. Czy bolałoby bardziej niż każdy raz, gdy dłoń jej męża spotykała się z jej twarzą, gdy popychał ją na ściany czy meble, gdy osuwała się na podłogę ze lśniącymi kropelkami czerwonej krwi zdobiącymi jej ubranie i, przede wszystkim, gdy połykała głębokie, palące upokorzenie, mające słodkawy, metaliczny posmak. Nie sądziła, by znała smak czegokolwiek innego bardziej, niż tych dwóch wymieszanych ze sobą rzeczy i nawet teraz mogła poczuć go na języku, krzywiąc się nieznacznie zdawszy sobie sprawę, że przez ostatnie przeciągające się sekundy zaciskała zęby na wewnętrznej stronie wargi, która teraz rzeczywiście zaczęła krwawić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Stara fabryka   

Powrót do góry Go down
 
Stara fabryka
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: