IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Plaża przy rzece


Share | 
 

 Plaża przy rzece

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Plaża przy rzece   Pią Sie 19, 2016 8:15 am



Plaża przy rzece

Latem pokryte złotym piaskiem brzegi Sekwany wypełniają się hałaśliwym tłumem wesoło rozmawiających ze sobą Paryżan, pragnących łapać promienie słoneczne, odpocząć od gwaru miasta czy zaczerpnąć kąpieli w chłodnej, rwącej rzece, przynoszącej przyjemne orzeźwienie w upalne, letnie dni. Zimą plaża stanowi doskonałe miejsce do spacerów, będąc jednym z bezpośrednich ujść do rzeki. Niekiedy można tam spotkać samotnych wędkarzy siedzących przy brzegu i tęsknym wzrokiem wpatrujących się w taflę wody, licząc, iż chociażby jedna ryba złapie się na ich przynętę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Plaża przy rzece   Pią Lut 10, 2017 12:59 am

Poranne światło bezlitośnie wdarło się przez niedokładnie zaciągnięte zasłony, padając na bladą, zdaje się, że nieco wymiętą przez zmęczenie twarz. Rozbudziło go, ocuciło z sennej mary wkradającej się w podświadomość coraz głębiej i coraz uporczywiej; przerwało tête-à-tête z upiorami z przeszłości, które zostawiły po sobie zimną i lepką od potu pościel. Ohyda, powinienem ją jak najszybciej zmienić, osądził, opierając się o parapet okna i popijając gorzką kawę, której smak wirował na zdrętwiałym języku, wzmocniony papierosowym dymem powoli ulatującym spomiędzy nienaturalnie pobielałych i drgających wąskich nozdrzy. Mimochodem pomyślał, że papieros na czczo i po przebudzeniu smakuje nieco tak, jakby zjadło się trochę czyichś prochów prosto z urny. Dumając chwilę nad tą kwestią zaciągnął się mocniej, zgniatając pomiędzy palcami pożółkły filtr i starannie ignorując ciche miauczenie dobiegające gdzieś z okolic jego łydek. Czarnobiały kot jednak nie dawał za wygraną, lawirując pomiędzy nogami Bjørna i ocierając się o nie, raz po raz pomiaukując i dopraszając się uwagi, aż Bjørn opuścił na niego poirytowane spojrzenie.
Herregud – westchnął cicho, gasząc papierosa w resztkach kawy i odstawiając kubek na parapet. – Na co mi byłeś, kocie? Powinienem zostawić cię na tamtym śmietniku – dodał, pochylając się i biorąc zwierzę na ręce, unosząc je na wysokość swoich oczu i zaglądając w jego żółte ślepia.
Sørensen doskonale pamiętał swój pierwszy tydzień w Paryżu. Zima stulecia i kurwa jak zimno, było wtedy zamiennie wykorzystywane zamiast powitania, ludzie pocierali zziębnięte dłonie i wydmuchuchiwali obłoczki pary, a jemu pozostawało delikatne uniesienie brwi, kpiące prychnięcie w myślach i nieśmiały, może lekko zażenowany uśmiech potwierdzający słowa rozmówcy. Właśnie po odbyciu takiej, jednej z wielu, przypadkowych rozmów, wracając do pustego domu, znalazł je. Struchlałe z zimna, mokre i wyliniałe kocię, które od wyzionięcie ducha dzieliło jedynie kilka następnych oddechów. Nie zastanawiając się długo, wsunął wyziębnięte ciałko za pazuchę płaszcza, zabierając je ze sobą do mieszkania, mając nadzieję, że nie doniesie wyłącznie padliny nie nadającej się nawet na skórkę do rękawiczek. Kot, bo takie imię otrzymała znajda, okazał się silniejszy niż mężczyzna zakładał, szybko nabierając nowych sił i już po dwóch dniach zaczął siać zamieszanie w ich wspólnym domostwie, wywołując w Bjørnie na przemian uśmiech i irytację, stając się w ciągu długich samotnych wieczorów niezastąpionym towarzyszem, który lubił mościć się na ludzkich kolanach i umilać pracę nad słownikami i dokumentami głośnym mruczeniem.
Miałbym teraz święty spokój  – niewyraźny uśmiech goszczący na spierzchniętych wargach blondyna przeczył wypowiedzianym słowom, tak samo jak pieszczotliwy gest palców przebiegających po czarnym aksamitnym łbie. Kot mruknął w odpowiedzi, wpijając się pazurami w ramię mężczyzny, kiedy ten odstawiał go na ziemię. Ucierpiał na tym głównie gruby szary sweter Bjørna, jednak Norweg zdawał się tego nie dostrzegać, tak jak wielu innych rzeczy zniszczonych przez śmietnikowca. To tylko przedmioty, prawda? A kot to Kot – nie trzeba było być wyjątkowo bystrym obserwatorem żeby zauważyć, że to zwierzę mogło robić... właściwie wszystko, co Sørensen kwitował wyłącznie wzruszeniem ramion. Tak jak teraz, gdy obojętnym spojrzeniem obdarzył brzydko wyszarpniętą włóczkę i jak gdyby nic wyszedł z sypialni, aby na korytarzu owinąć szyję czerwonym szalikiem i wsunąć ręce w płaszcz, który gładkim ruchem narzucił na grzbiet.
Stojąc przed niewielkim lustrem, przesunął grzebieniem po jasnych włosach, układając niesforne fale tak długo, aż efekt wydał mu się zadowalający. Każde szarpnięcie plastikowych ząbków odwlekało wyjście z domu – wykonanie kolejnego kroku. Byle nie za długo, spóźnisz się, nieprzyjemny głosik zazgrzytał w jego głowie, a jemu pozostało zamienienie grzebienia na kopertę i niewielką papierową torbę leżące na podniszczonej komodzie. Miał wrażenie, że ta pierwsza pali mu palce i aż parsknął niemo, wyraźnie zirytowany własnymi myślami.
Weź się w garść, do diabła, nie bądź taką pierdoloną łajzą, dwa ostatnie słowa echem wybrzmiewały w czasie, gdy Bjørn zazgrzytał zębami, przekręcając klucz w lichym zamku drzwi.
Droga na miejsce umówionego spotkania nie zajęła mu wiele czasu; zatrzymał się tylko na chwilę, aby zagadnąć starą kwiaciarkę sprzedającą mierne bukieciki wczesnowiosennych roślinek, kupując przy okazji jeden z nich. Nie mógł przypomnieć sobie ich nazwy, właściwie niespecjalnie (w ogóle?) znał się na kwiatach, zazwyczaj wystarczyło, że... odróżniał tulipany od róż. Prawdę mówiąc, nie potrzebował tej wiązanki. Zrobiło mu się jednak żal staruszki drżącej pod zniszczonym pledem, a te kilka monet wysupłanych z portfela uspokoiło jego sumienie, wyciszyło je na chwilę – chciałby powiedzieć, że był to czysto bezinteresowny gest, jednak nie byłoby to prawdą, ba, nawet nie zahaczałoby o nią.
Sørensen zgniatając w bladej dłoni cienkie łodyżki, przystanął tuż nad linią wody, topiąc w jej fałdach beznamiętne spojrzenie. Kusiło go, aby zerknąć na zegarek noszony na lewym nadgarstku, jednak opanował się, zamiast tego wbijając but coraz głębiej w piach i drążąc w nim dziurę, zdając się przy tym całkowicie pochłonięty tą bezproduktywną czynnością, a w myślach zadając sobie pytanie, gdzie do cholery jest ta Francuzka, której zamierzał wcisnąć do rąk niepotrzebne zielsko.
Jemu samemu zaczynały marznąc palce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plaża przy rzece   Sob Lut 11, 2017 10:36 pm

Spóźniałam się.
Nigdy się nie spóźniałam.
Świadomość, że czas jakimś cudem wymknął się spod mojej kontroli, wywoływała we mnie niewyobrażalną irytację. Szczerze nie znosiłam tego uczucia i za wszelką cenę próbowałam unikać spóźnień, jednak tarcza zegara na fasadzie mijanego kościoła nie mogła kłamać i żadna siła nie była w stanie cofnąć układających się w tę nieszczęsną godzinę wskazówek. Spóźniałam się i jedyne, co mogłam teraz zrobić, to nie spóźnić się jeszcze bardziej. Choć już dawno powinnam była znaleźć się na plaży przy Sekwanie, wciąż przemykałam ulicami Élysée, z każdym krokiem coraz bardziej nie dowierzając własnemu brakowi profesjonalizmu. Pilnowanie czasu było przecież koniecznością, kiedy spędzało się większą część dnia na śledzeniu ludzi i poznawaniu ich nawyków - szczególnie tych, które mogły nie spodobać się obecnej władzy.
Również na spotkania z władzą nie należało się spóźniać - nawet nie ze względów kultury, ale samych konsekwencji, jakie mógł przynieść brak punktualności. Nieco naiwnie wierzyłam w to, że Bjørn Sørensen znajdzie dla mnie odrobinę wyrozumiałości, jednak mimo wszystko wolałam nie ryzykować i wręcz w szaleńczym pędzie przemierzałam kolejne zaułki, szukając wzrokiem upragnionego widoku schodków, które wiodły na plażę.
Ale może to dobrze, że byłam spóźniona. Pośpiech nadawał moim policzkom delikatny, jednak zauważalny odcień czerwieni, a kwietniowy wiatr wykradał ze starannie splecionego warkocza pojedyncze kosmki, które wpadały mi do ust i oczu, co stawiało przede mną niepokojącą wizję potknięcia się i wylądowania w jednej z pozimowych kałuż. Sama myśl, że miałabym zaprzepaścić cały trud, jaki włożyłam w przygotowanie się, wywoływała na mojej skórze nieprzyjemny dreszcz. Dziś wyglądałam trochę bardziej niż zwyczajnie i może dlatego wciąż jeszcze czułam się nieswojo, przyzwyczajona do burych sukienek i burych płaszczy, które idealnie współgrały z równie burym Paryżem. Mimo to rola, jaką miałam zagrać, wymagała ode mnie nieco innego wysiłku, choć nazwałabym go raczej absolutną katorgą, bo wciąż jeszcze nie potrafiłam uwierzyć, jakim cudem mogłam poświęcić (zmarnować) tyle czasu, zastanawiając się, czy barwa drobnych kwiatów rozsianych na materiale mojej przerażająco dziewczęcej, rozkloszowanej sukienki pasowała do koloru eleganckiego płaszcza. Albo czy pomadka, którą nałożyłam na usta - udając, że wiem, jak to zrobić - nie była zbyt krzykliwa. Nie musiałam nawet przeglądać się w lustrze, by dojść do wniosku, że wszystkie te zabiegi były bezgranicznie głupie, ale jak na złość - niezbędne.
Przecież niemal każda dziewczyna w la cité d'amour tak właśnie wyglądała - miała zaróżowione z przejęcia policzki, rozwiane włosy i dokładnie przemyślaną garderobą, tak jakby od doboru ubrań zależało całe jej życie.
Pomijając swoją głęboką, niekwestionowaną niechęć, spełniałam powyższe warunki.
Prawie odetchnęłam z ulgą, gdy na horyzoncie ukazało się zejście na plażę. Z daleka mogłam już dostrzec mieniającą się w kwietniowym słońcu rzekę, a gdy dotarłam w końcu do schodków, przystanęłam dosłownie na kilka sekund, by ogarnąć wzrokiem roztaczający się wokół widok. Szybko jednak ruszyłam się z miejsca, z ostrożnością pokonując kamienne stopnie, by już po chwili poczuć pod stopami ubity piasek. Zakładałam, że był on wilgotny i nieprzyjemny w dotyku, niekoniecznie zachęcający do wylegiwania się na plaży. Widmo zimy wciąż jeszcze wisiało nad tym miejscem, dlatego nie dostrzegałam wokół siebie zbyt wielu spacerowiczów, ale pokonawszy kilka kroków, bez trudu wyłapałam wzrokiem znajomą sylwetkę. Niemal zaklęłam na głos, uświadamiając sobie, że właśnie miałam rozpocząć swój teatrzyk. Kurtyna w górę, Blanche.
Po raz ostatni zacisnęłam usta w wąską linię i przewróciłam oczami, po czym przybrałam na twarz szeroki, prawie uroczy uśmiech, od którego - jak przeczuwałam - zapewne miała mnie rozboleć twarz. Jeśli nie głowa. Jeśli nie wszystko.
Ruszyłam w stronę Bjørna, o wiele wolniej niż wcześniej, przygładzając lekko włosy i nie zdejmując z ust specjalnie przeznaczonego dla niego uśmiechu. Zaalarmowała mnie kępa zieleniny, którą trzymał w dłoni, ale z heroicznym wysiłkiem powstrzymałam się od ponownego przewrócenia oczami.
- Mon cheri - zaczęłam, wlewając w swój głos sporą porcję żalu. - Przepraszam, że tyle czekałeś. Zatrzymał mnie patrol. Wiesz, rutynowe sprawdzanie dokumentów.
Wyjątkowo odpowiadała mi ta wymówka, dlatego skorzystałam z niej bez skrupułów, wzdychając krótko i wzruszając ramionami. Kątem oka przyglądałam się Sørensenowi, łowiąc wzrokiem każdy szczegół jego wyglądu, choć oczekiwałam jednocześnie, że szybko rozprawimy się z kurtuazją, by przejść do rzeczywistego celu tego spotkania, który póki co pozostawał dla mnie niejasny.
- Może się przejdziemy? - dorzuciłam jeszcze. Musiałam być troskliwa, prawda? - Jesteś nieco blady. Trochę ruchu i świeżego powietrza na pewno dobrze ci zrobi - a raczej zrobiłoby, gdybyśmy nie znajdowali się w brudnym Paryżu, który zdawał się wysysać z mieszkańców siły witalne w takim samym stopniu jak okupacja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Plaża przy rzece   Sro Kwi 19, 2017 3:22 pm

Sekwana śmierdziała, czy raczej specyficznie trąciła wspomnieniem Nidelvy, co właściwie wychodziło na jedno i to samo. Ponad dwa tysiące kilometrów, a w głowie Trondheim; wracające do niego od kilku nocy, w czasie których nie spał wiele, pozwalając sinym cieniom niczym starym znajomym na nowo wpełznąć i rozgościć się pod zmęczonymi oczami, wypłaszczając wyblakłe błękitne spojrzenie, tracące zwykły sobie nieprzyjemny wyraz. Oczywiście próbował wypchnąć z umysłu tę myśl (co ty do cholery robisz, Bjørn?). Ale ona najwyraźniej świetnie się tam czuła; terroryzowała mieszkańców i kopała meble, aż Norweg przekręcając się w łóżku z boku na bok, zgrzytał zębami i świszczał przez nie ciche "ci-ci-ci", dopóki znajomy ciężar Katta nie rozgniatał puchowej pościeli, a gorliwe mruczenie przypominające warkot małego traktora, nie rozdzierało nocnej ciszy, pozwalając skupić się wyłącznie na puchatej kulce, rozbudzonej i spragnionej uwagi, skutecznie walczącej z truchłem sentymentów, których mimo najszczerszych chęci Sørensen nie potrafił się pozbyć, gniotąc pomiędzy palcami cienki sznur pereł, wyciąganych ze śmietnika niezliczoną ilość razy.
Stojąc tuż nad linią wody, pilnując żeby brudna fala nie zmoczyła czubków butów zanurzonych w ciężkim od wilgoci piachu, oparł się pokusie spojrzenia na tarczę zegarka, nieświadomie przywołując wspomnienie Jannego, któremu mówi, że nic się nie stało, że spóźnienie to właściwie małe nic.
Świadczy tylko o tym, że ma się ważniejsze sprawy na głowie, niż umówione spotkanie; i co w przypadku Fina jest drażniące niczym drzazga pod paznokciem, choć jeszcze znośne i smutnie akceptowalne (jak mógłby wybrzydzać?), tak przy Blanche staje się tylko i wyłącznie irytujące, niedopuszczalne, jednak niechętnie i zaskakująco dla samego zainteresowanego, każące się zastanowić...
Czy wszystko z nią w porządku?
Zwykle przecież była punktualna jak sama śmierć.
Może stało się coś niepokojącego, złego? Mogącego podburzyć fundamenty tej przyjemniejszej części lichego planu powoli, choć systematycznie wcielanego w życie od kilku krótkich dni i zdecydowanie zbyt długich nocy. I chyba właśnie ta niepewność, jakieś absurdalne widmo zaniepokojenia?, kazało odwrócić mu oczy od Sekwany, akurat w momencie, gdy Francuzka pojawiła się na horyzoncie, pokonując kolejne dzielące ich metry, wyciskając na ustach esesmana blady cień powitalnego uśmiechu, każącego mu unieść zdrętwiałe koniuszki ust, w których - jak upomniało go znajome ssanie w żołądku -  zabrakło papierosa. Papierosa, którego teraz zręcznie wymuskał z pogniecionej tekturowej paczki wyciągniętej z kieszeni szarego, aż do bólu nijakiego płaszcza, w którym wyglądał jak kolejny, może nieco zbyt wyblakły, mieszkaniec Paryża. Albo przynajmniej taką żywił nadzieję, opuszczając nieco brodę i podpalając papierowy koniuszek, który szybko rozjarzył się czerwonym światełkiem, zamieniającym się w  latarnię wskazującą Blanche właściwy kurs.
Nie mógł nie zauważyć metamorfozy swojej francuskiej przyjaciółki, co skonfundowało go na tyle, że zastygł na chwilę w bezruchu, niczym prawdziwie zachwycony, podziwiając swoją wybrankę (zabawne słowo; mniej adekwatne ciężko byłoby dobrać, biorąc pod uwagę właściwie każdy aspekt ich znajomości) już z oddali. Jak widać wzięła sobie do serca cichą sugestię dotyczącą tego przedpołudnia - prawdziwa profesjonalistka, której przyda się jeszcze jeden rekwizyt, chwilowo ograniczający swobodę ruchów blondyna.
- Zaczynałem się martwić... - francuskie słowa gładko uformowały się na języku, gdy Blanche była dość blisko, obrzucając Sørensena pełnym żalu "mon cheri", zamieniającym się w jego głowie we wstrętne i niechciane "min kjære" Eli, której wspomnienie nagle i całkiem niespodziewanie wypełzło z wysypiska pamięci, woniejąc tak intensywnie i nieprzyjemnie, że z trudem powstrzymał się przed skrzywieniem, zachowując na ustach uśmiech przywodzący jedną, nienachalną myśl: lepsze-widywano-u-trupów. - Tyle dni bez żadnej wiadomości, zdążyłem się stęsknić.
I poniekąd była to prawda, niekrystalicznie czysta, ale wciąż przejrzysta; dawno nie miał od niej żadnej w miarę interesującej informacji czy nawet niepokojąco absurdalnej plotki, co kazało mu zainteresować się poczynaniami ulicznej portrecistki i być może (nieprawda, wcale się nie wahał) wciągnięcia ją w nowe działanie.
- Tak też właśnie pomyślałem - zgodził się na propozycję, darując sobie zbędne komentarze i ograniczając się jedynie do delikatnego uniesienia brwi, gdy uwaga Blanche skupiła się na odcieniu jego twarzy. - Proszę, to dla ciebie - dodał, wyciągając do niej dłoń z nieco przygniecionym bukiecikiem i pozbywając się lichych kwiatków, zmieniających właściciela drugi raz w ciągu godziny. Ten prawdopodobnie miał być tym najmniej wdzięcznym, to jednak nie zaprzątało myśli Bjørna, któremu było właściwie wszystko jedno czy wiązanka skończy w najbliższym śmietniku, czy też klatce trzymanego przez sąsiadów na pasztet królika, choć przynajmniej ta ostatnia opcja niosła za sobą widmo jednej na pewno zadowolonej z tego przedpołudnia istoty.
Czy będzie ich więcej?
- Co słychać w pracy? - bardziej niewinnego pytania nie dało się wymyślić, kiedy wolnym krokiem ruszył przed siebie, idąc skrajem plaży, ledwie kilka centymetrów od linii wody i wypuszczając spomiędzy warg cienkie obłoczki papierosowego dymu, szybko rozwiewającego się na wietrze, który jak zauważył mężczyzna, wyszarpywał kolejne pojedyncze pasemka z warkocza Blanche.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Plaża przy rzece   Sob Kwi 22, 2017 6:56 pm

Ludzie byli moim największym utrapieniem – a ci, którzy na dodatek urodzili się w Paryżu, wzbudzali szczególny rodzaj irytacji.
Nic nie drażniło mnie tak bardzo jak ludzka głupota, absolutny brak myślenia i nieuwaga, choć na tych trzech rzeczach opierało się powodzenie całej mojej donosicielskiej kariery. Społeczeństwo nie grzeszyło jednak inteligencją jeszcze zanim wybuchła wojna i nie zamierzałam ukrywać, że głównie dlatego kontakty międzyludzkie z reguły stanowiły dla mnie pewną katorgę, a uprzejmość – czasem wręcz wyzwanie. Moje własne towarzystwo było więc najlepszym towarzystwem, jakie mogłam sobie znaleźć, a lubienie kogokolwiek wydawało mi się raczej zbędne.
Ale – czy tego chciałam, czy nie; choć wydawało mi się, że tym razem chciałam – zawsze istniały pewne wyjątki i jednemu z nich właśnie spoglądałam w twarz.
Moja dzisiejsza rola wywoływała we mnie na przemian rozbawienie i irytację (częściej to drugie), lecz musiałam przyznać, że lubiłam Bjørna Sørensena. To była trochę dziwna, raczej nietypowa myśl, która zawsze pociągała za sobą nieśmiertelne pytanie – czy więcej znaczyła dla mnie owa nieoczekiwana sympatia, czy korzyści, jakie mogłam wyciągnąć z naszej znajomości? Przynajmniej ta druga kwestia nie pozostawiała żadnych złudzeń – choć dla niektórych klęska Francji i okupacja wiązały się ze stratami, cierpieniem, strachem i całą plejadą podobnych bzdur, ja już od prawie dwóch lat bawiłam się doskonale, upatrując w wojennej rzeczywistości morze własnych korzyści. Być może po śmierci nie miałam zostać pochowana w Panteonie za sukcesy w dziedzinie donosicielstwa (choć kto wie, okupanci mogli mnie jeszcze pozytywnie zaskoczyć), ale na tę chwilę ani trochę nie wątpiłam, że składane Sørensenowi donosy były jak najbardziej opłacalne.
Ale wciąż pozostawała przecież ta drażniąca myśl i, o dziwo, nieszczególnie się jej wypierałam.
Nie potrafiłam jednoznacznie określić powodów, dla których lubiłam Bjørna – zresztą rzadko próbowałam, żyjąc raczej w przeświadczeniu, że nie lubiłam nikogo innego oprócz siebie. Może powody wbrew pozorom były błahe; może chodziło o jego obce, ani nie niemieckie, ani nie francuskie imię i nazwisko, które czasem mnie bawiło, a może o kolejną dziwną rzecz – swobodę rozmowy.
Ale często wydawało mi się, że to nie było wszystko.
Nie miałam na tyle śmiałości – ani nie byłam tak lekkomyślna – by zapytać, co takiego robił Norweg w niemieckim SS w Paryżu, jednak przypuszczałam, że za tym również kryły się powody. Nie znałam też Sørensena wystarczająco dobrze, by móc wymyślić jakąkolwiek teorię, choć w ostatecznym rozrachunku i tak nie miało to większego znaczenia.
A co miało? Nasze pogrążone w niemieckiej okupacji kraje raczej nie darzyły nas cieplejszymi uczuciami.
Ta świadomość towarzyszyła mi niemal za każdym razem, kiedy podążałam na spotkanie z Bjørnem; milcząca i ukryta, ale zbyt wyraźna, bym mogła zapomnieć o jej obecności. I nie zabrakło jej również teraz, gdy wypatrywałam się w Sørensena, obserwując, jak na twarzy mężczyzny pojawia się trochę niewyraźny uśmiech – jego chérie (dobry Boże, naprawdę się na to zgodziłam?) chyba nie zasługiwała na więcej.
- Byłam trochę zajęta – odpowiedziałam z gładko odegraną skruchą, obdarzając go słodkim uśmiechem. - Jeszcze raz przepraszam, że musiałeś się martwić. Obiecuję, że nadrobimy ten czas.
Założyłam za ucho kolejny kosmyk włosów, który postanowił umknąć z mojego warkocza, po czym przyjęłam od Bjørna kwiaty, jeszcze raz powstrzymując się od przewrócenia oczami. Nie miałam pewności, czy naprawdę mogłam nazywać kwiatami liche roślinki zebrane w bukieciku.
I oddałabym naprawdę wiele, gdyby zamiast nich podarował mi papierosa, ale musiałam przecież docenić gest.
- Och, są merveilleux, dziękuję! – rzuciłam, unosząc kwiaty, by sprawdzić, czy pachniały czymkolwiek innym oprócz brudnego Paryża. Nie pachniały.
Ruszyłam za Sørensenem, krocząc tuż obok niego i przelotnie zastanawiając się, co zrobię z uroczym bukietem, kiedy tylko nasze spotkanie dobiegnie końca – w każdym razie nie wróżyłam mu dobrego losu. Byłam jednak coraz bardziej ciekawa, co też miał mi do powiedzenia Bjørn, choć wyglądało na to, że jeszcze nie mieliśmy przejść do rzeczy, tak jak tego chciałam.
- Nic szczególnego – odezwałam się, wzruszając delikatnie ramionami. Od niechcenia błądziłam spojrzeniem po szarej tafli wody, którą co chwila wzburzał wiatr. - Paryżanie jak zwykle narzekają, że za dużo żądam za ich portrety, a poza tym nie mówią nic ciekawego.
Znów – tym razem z lekką irytacją - odgarnęłam z twarzy włosy i odwróciłam wzrok od mało interesującej Sekwany, skupiając spojrzenie na swoim zdecydowanie bardziej interesującym towarzyszu.
- A u ciebie? – zapytałam, nie przestając się uśmiechać, ale na krótką chwilę w moich oczach pojawił się cień niecierpliwości. - Wiem, że pewnie ciężko pracujesz… i wiesz, że jeśli jest cokolwiek, z czym mogłabym ci pomóc, wystarczy słowo.
Miałam ogromną nadzieję, że Sørensen wyłapie sugestię, by skierować rozmowę na odpowiednie tory, bo coraz trudniej było mi ukryć zarówno niecierpliwość, jak i ciekawość – tę najszczerszą chęć, by dowiedzieć się, czy  tym razem również mogłam uzyskać dla siebie pewne korzyści.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Plaża przy rzece   

Powrót do góry Go down
 
Plaża przy rzece
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Élysée-
Skocz do: