IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Przed budynkiem


Share | 
 

 Przed budynkiem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Przed budynkiem   Pią Sie 19, 2016 8:16 am



Przed budynkiem

Usytuowana w dość pokaźnym budynku siedziba francuskiego oddziału Gestapo, czyli tajnej niemieckiej policji, stanowi miejsce, które każdy paryżanin stara się omijać szerokim łukiem. Znani ze swojej bezwzględności i braku skrupułów funkcjonariusze nie tyle budzą wśród mieszkańców szacunek co strach przed tym, do czego są zdolni. Plotki o niesłusznych oskarżeniach i brutalnych przesłuchaniach obiegają wszystkie zakamarki Paryża i nikt nie chce podzielić losu niektórych z podejrzanych, o których mówi się, iż słuch zupełnie zaginął.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Sob Wrz 03, 2016 9:25 pm

Place du Tertre, ale w praktyce już inna czasoprzestrzeń  

To było moje ulubione miejsce w Paryżu. Paradoksalnie.
Uwielbiałam ten posępny, stary budynek, który piął się pomiędzy kamienicami ku niebu w kolorze wyblakłego grafitu. Nadgryziony zębem czasu, wciąż zachowywał swoją elegancję - podejrzewałam zresztą, że w przeciwnym razie Niemcy nawet nie zwróciliby na niego uwagi, ogarnięci manią zajmowania budynków, które tylko podkreślały ich nowy status jako panów Paryża. Dwa lata pracy w zawodzie pozwoliły mi poznać jedną z ich urokliwych rezydencji na tyle dobrze, że niemal rozumiałam potrzebę ukrycia licznych korytarzy, sal przesłuchań czy innych pomieszczeń za raczej średnio wystawnymi murami tego miejsca. Atmosfera grała tutaj pierwsze skrzypce, a była to melodia ponura, przed którą uciekali nieliczni przechodnie - nie wiem, czy bardziej przerażeni faktem, że przypadkiem tu trafili, czy tym, jakie atrakcje mogły na nich czekać. Osobiście nie miałam nic przeciwko wyludnionej ulicy, gdzie wiatr przewracał niewidzialnym palcem stronę jakiejś starej gazety, a właściciele znajdujących się tutaj sklepów podchodzili do szyby tylko po to, by zaraz odejść. Cisza brzmiała w tym miejscu fałszywie, prowokacyjnie i nawet odgłosy przejeżdżających samochodów czy stukot obcasów jakiejś kobiety były dźwiękami, które milkły szybko, spłoszone napierającą na nie ze wszystkich stron ciszą.
Każdy wiedział, że w Siedzibie Gestapo tak cicho już nie było.
Dlatego właśnie kochałam to miejsce, chociaż być może wybierałam przy tym niewłaściwie słowo. Każdą inną część tego przeklętego miasta pochłonęli paryżanie, którzy ze wszystkich sił próbowali udawać, że jest tak jak dawniej. Tutaj opuszczała ich odwaga, pewny krok zamierał, a po skroni spływała pojedyncza kropla potu, gdy wiedzieli wychodzącego z siedziby Niemca. Zapewne zastanawiali się, czy wstał właśnie od biurka, czy może od ciała jakiegoś aresztowanego nieszczęśnika.
Wspaniale się bawiłam, obserwując swoich rodaków.
Dzisiaj jednak miałam powody do jeszcze większej radości, ponieważ zamierzałam odebrać należność za kilka interesujących słów, które wyszeptałam już długi czas temu swojemu przełożonemu. Nie ukrywałam, że wybitnie potrzebowałam tej skromnej koperty z mniej skromną zawartością - musiałam zapłacić czynsz za swoje podłe mieszkanie i mieć za co przeżyć kilka następnych tygodni. Dlatego też lekkim krokiem zbliżałam się ku budynkowi, którego widok sprawiał, że większość ludzi zmieniała stronę ulicy. Mój pogodny nastrój nie zwalniał mnie jednak z czujności, z jaką przyglądałam się okolicy. Błądziłam wzrokiem po zaułkach, oknach, nawet dachach, tak jakby każde z tych miejsc skrywało wrogich mi ludzi. Choć za wszelką cenę dbałam o dyskrecję i starałam się nie wzbudzać podejrzeń, to jednak nieprzyjemnie ciążyła mi świadomość tego, kim byłam - obrzydliwą zdrajczynią, psem na smyczy Niemców czy podobnym tworem. Czasem bawiły mnie określenia, które nadawałam sobie z ironią, a czasem trochę poważniej myślałam o tym, że pewne osoby w Paryżu z przyjemnością by się mnie pozbyły.
Mimo to zysk, satysfakcja czy najzwyklejsze doświadczenie, jakim dysponowałam, chwilami pozwalały mi o tym zapomnieć.
Nie śpieszyłam się, zręcznie ukrywałam podekscytowanie, szłam z zupełnie obojętnym wyrazem twarzy, jakbym wcale nie miała zaraz skręcić ku drzwiom Siedziby Gestapo. Zawsze, gdy się tam udawałam, zakładałam najskromniejsze oraz najmniej rzucające się w oczy ubrania - i tym razem był to idealnie współgrający z burym kolorem nieba kostium. Twarz skrywał mi w pewnym stopniu prosty kapelusz, a o plecy obijał się upleciony starannie warkocz.
Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym jeszcze bardziej wtopić się w szarość i nijakość ulicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Wrz 05, 2016 12:03 pm

marzec, 1942

Wieczór jest dziś zmęczony.
Płynie ospale, a czas snuje się wolniej niż dym Ecksteinów na tapicerce samochodu, który wypożyczyłem godzinę temu (można by rzec - do zadania iście specjalnego) - gdy tylko dostałem telefon od usłużnego pracownika ojca (odkąd po każdej mojej wizycie w siedzibie Gestapo znajduje w kieszeni płaszcza hojny uśmiech od losu, stałem się chyba jego ulubionym gościem przekraczającym próg gmachu) i dowiedziałem się, że najlepsza informatorka Ludwiga (rzekomo – pozwolę sobie sprawdzić to sam) ma odebrać dzisiaj należność za ostatnią porcję przydatnych donosów.
Zatrzymałem się naprzeciwko budynku, który zagarnęli Gestapowcy (oni osiedlili się w niemalże pałacu, a my musimy się gnieść w jakiejś starej kamienicy - bardzo to sprawiedliwe) - co prawda po drugiej stronie ulicy, ale wciąż na tyle bezczelnie, że po zaledwie kilku minutach dwójka żołnierzy podeszła do mnie, nastawiona niewątpliwie mało serdecznie. Równie szybko oddalili się, gdy po prostu pokazałem im swoje dokumenty. Okazało się, że ich nie doceniłem – na pierwszy rzut oka trudno było przypuszczać, że gdzieś tam w środku skrywają przed światem pokłady inteligencji, niemniej jednak nazwisko szefa musiało im spędzać sen z powiek wystarczająco często, by bez problemów połączyli kropki. Trybiki w ich mózgu zaskoczyły, a samochód nagle zupełnie przestał im przeszkadzać. Ba, życzyli mi nawet miłego dnia.
Cóż, to, czy taki będzie, jeszcze się okaże.

Pod obojętną szarością alei moje myśli stają się coraz cięższe, zaczynam obojętnieć na rozleniwiające bodźce. Wszystko zlewa się w ciąg zapętlonych wydarzeń. Żołnierze (świadomie, nieświadomie?) powielają swoją drogę, którą przemierzyli już pięć, dziesięć, piętnaście minut temu… Spuszczony wzrok paryżan, niemal namacalnie emanujących strachem; któraś z kolei blada twarz o tym samym wyrazie. Cisza kiełkuje na gruncie złowieszczej aury otaczającej pokaźny budynek, w którego ścianach będą kiedyś rozbrzmiewały echa ociekających krwią i cierpieniem krzyków. Znudzonym wzrokiem obejmuję elewacje - wiem, co dzieje się w pięknym wnętrzu siedziby Gestapo, ale nie potrafię wskrzesić w sobie niczego poza obojętnością. Przywykłem już do otoczki towarzyszącej śledztwom i przestałem kwestionować przynoszące efekty metody.
Tylko jeden element nierozerwalnie związany z Gestapo wywołuje moje obrzydzenie - niski człowieczek o wodnistych oczach i kaczkowatym chodzie, któremu zdaje się, że jest panem tego miasta. I mojego życia. Lubię udowadniać sobie, że tak nie jest.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już za chwilę (raczej dłuższą niż krótszą) odjadę stąd całkowicie usatysfakcjonowany. Oczywiście nie musiałbym tracić czasu na uganianie się za jakąś Francuzką (i nie robiłbym tego, gdyby w pewien sposób nie należała do niego), ale wtedy nie miałbym okazji, aby utrzeć ojcu nosa. Najprawdopodobniej Ludwig nigdy się nie dowie, że wypożyczyłem sobie jego informatorkę (i najcenniejszą zdobycz - o ile mój przyjaciel z Gestapo się nie myli, oczywiście)... ale wystarczy, że ja będę o tym wiedział. Każda z takich małych szpilek, które wbijam w nasze relacje i jego osobę, sprawia, że łatwiej jest mi się uśmiechać na widok ojca, gdy zmuszają mnie do tego okoliczności.

Smuga zachodzącego słońca przecina szarość dzisiejszego dnia, przebija się przez szybę samochodu, zmuszając mnie do zmrużenia oczu i skutecznie utrudniając obserwację. Ale gdy na horyzoncie pojawia się zbyt pewnie stawiająca kolejne kroki sylwetka, intuicja podpowiada mi, że w końcu doczekałem się na swoją denuncjatorkę. Przejeżdżam na drugą stronę ulicy i zatrzymuję się tuż obok niej, nie pozostawiając jej cienia wątpliwości. Nie znalazłem się tu przypadkiem. Ona też nie, jeśli się nie mylę. Rondo kapelusza rzuca cień na twarz kobiety, więc trudno mi dostrzec szczegóły – ale sztywno upięte włosy kolorystycznie pasują do obrazu z moich wspomnień (i deskrypcji, którą otrzymałem).
Otwieram drzwi po stronie pasażera, pochylając się w jej stronę.
- Wsiadaj – przez francuskie słowo przebija się ciężki akcent, niewątpliwie umacniający siłę przekazu – to był rozkaz, co do tego też nie powinna mieć wątpliwości; nie muszę przecież zakładać munduru, żeby brzmieć władczo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Wrz 05, 2016 7:51 pm

Byłam już blisko. Kilka kroków po chodniku, potem ze dwa lub trzy po schodach i zaraz moje palce dotknęłyby lodowatego metalu klamki, która przepuściłaby mnie do tak drogiego mi królestwa kolaborantów. I znów przewróciłabym w myślach oczami, gdy Niemiec na straży sprawdziłby moje dokumenty - w ciągu ostatnich dwóch lat zdążyłam już rozgościć się w Siedzibie Gestapo z równą swobodą co Niemcy w Paryżu, ale oni wciąż woleli udawać, że moja twarz nie jest im znana. Z jednej strony to rozumiałam, a z drugiej nużyło mnie wyciąganie wciąż tego samego papierka, który mówił zaledwie pół prawdy o tym, czym się zajmowałam.
Nie było mi jednak dane pokonać tych kilku ostatnich metrów. Wizja białej koperty z zapłatą za moje plotki oddaliła się gwałtownie, gdy na ulicy pojawił się nagle samochód, który dotychczas stał zaparkowany gdzieś z boku. Być może powinnam była zwrócić na niego wcześniej uwagę, ale jego widok skutecznie wtopił się w ponury pejzaż tego miejsca, podobnie jak kilka innych aut. Teraz jednak wyraźnie widziałam, że samochód powoli zbliżał się w moją stronę - a przynajmniej takie miałam wrażenie. Ufałam swojej intuicji, ale zawsze zostawiałam margines błędu. Zwolniłam nieco krok, nie odrywając wzroku od samochodu, choć od czasu do czasu rzucałam spojrzenie na okolicę, tak samo nieruchomą i cichą jak kilka chwil temu.
Zatrzymałam się równo z autem, próbując przewidzieć każdy możliwy scenariusz. Raczej nie zakładałam, że za kierownicą siedzi jakiś Francuz, który chce mnie zapytać o godzinę, a tym bardziej zagubiony w wielkim mieście Niemiec. Podobne podejrzenia rozwiały się w moich myślach z chwilą, gdy siedzący na miejscu kierowcy mężczyzna - bo tylko tyle mogłam wywnioskować, patrząc przez szybę - otworzył drzwi od strony pasażera, rzucając w moją stronę tak charakterystyczny rozkaz.
Uwielbiałam, gdy ci przybysze z zagranicy próbowali szczebiotać po francusku.
Widząc, że nieznajomy nie czeka na to, aż się zastanowię, wsunęłam się zwinnie do środka, zamykając drzwi. Nie marnowałam czasu na tęskne westchnienia kierowane do koperty, która czekała na mnie w siedzibie, choć wolałam szybko dowiedzieć się, z jakiego powodu przerwano mi mój triumfalny pochód po należność za donosy. Poprawiłam kapelusz, odsłaniając nieco bardziej twarz i od razu kierując badawczy wzrok ku blademu mężczyźnie siedzącemu za kierownicą.
- Czy mogłabym wiedzieć, z kim mam przyjemność rozmawiać? - zapytałam, starając się, by mój niemiecki brzmiał w miarę płynnie. Mimo że od początku okupacji posługiwałam się nim częściej niż kiedykolwiek, to jednak byłam pewna, że nikt nie wziąłby mnie za rodowitą Niemkę.
W moim głosie kryła się nienaganna uprzejmość i uniżenie, choć im dłużej przyglądałam się nieznajomemu, tym bardziej zdawało mi się, że jest on ode mnie starszy tylko o kilka lat.
Z niecierpliwością oczekiwałam, aż mi się przedstawi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Wrz 05, 2016 9:35 pm

Mądra decyzja.
Żadnych dramatycznych ucieczek, podnoszenia larum, prób negocjacji.
Po prostu skorzystała z zaproszenia i wsiadła do środka – odniosłem wrażenie, że nawet się nie zawahała przed wykonaniem tej czynności.
Drzwi zatrzaskują się za nią, a ja ruszam w stronę opery Garnier, z początku ignorując pytanie kobiety (zadane w języku Goethego – zaskakująco płynnie) i pozwalając, by cisza zasiała w niej ziarenko niepewności.
Dopiero po kilku minutach odwracam głowę w stronę blondynki, obrzucając ją nieukradkowym spojrzeniem. Nie dziwię się, że zdobywanie informacji przychodzi jej z taką łatwością – ma wprost wymarzoną aparycję do trudnienia się tego typu fachem (bo chyba można to nazwać pracą?). Na odrobinę zbyt bladej cerze odznaczają się regularne rysy twarzy – przyjemne dla oka, choć daleko jej do wyzywających piękności, za którymi mężczyźni obracają się na ulicy. Zdaje się wtapiać w otoczenie; nie zachowuje się w sposób wzbudzający jakiekolwiek podejrzenia tudzież przykuwający uwagę; ba, być może to zbyt daleko idący wniosek, ale ma wokół siebie aurę... szczerości? Jeśli tylko potrafi prowadzić rozmowę w odpowiedni sposób, z pewnością szybko zaskarbia sobie sympatię rozmówcy. Najprawdopodobniej nie musi się specjalnie wysilać. Nie sądzę, by komukolwiek tak po prostu mogło przejść przez myśl, że ta niewinnie wyglądająca ostoja spokoju to nazistowski szpicel.
Być może nawet przez chwilę w mojej głowie kołacze się pytanie, co sprawiło, że właśnie ona zdradziła swój kraj, ale... to przecież nie ma większego znaczenia. Nie tu, nie teraz. Nie dla mnie - tego typu rozważania mogłyby jedynie zaspokoić moje chwilowe zainteresowanie tą kwestią, jednak sprawiłyby również, że zatarłaby się pewna wytyczona przeze mnie granica - zacząłbym traktować tę rozmowę niemalże prywatnie, a nie zawodowo.
- Ma pani ochotę na papierosa? – to raczej zawoalowane stwierdzenie, że ja sam chętnie dostarczę sobie nikotynowy zastrzyk (ona, natomiast, może się przyłączyć, jeśli tylko będzie miała takie życzenie). Sięgam do kieszeni płaszcza i ręką, której nie trzymam na kierownicy, wyciągam z niego zielone opakowanie – smutnie grzechoczą w nim ostatnie dwa szlugi. Podsuwam Ecksteiny w stronę Francuzki - gdyby zechciała się poczęstować, ma ku temu ostatnią okazję, bo jeden papieros nie starcza mi na zbyt długo. – Zrobimy małą rundkę i za chwilę odwiozę panią z powrotem na Avenue Foch – dodaję chwilę później; wolę przedstawić jej swój plan, bo nie zamierzam sprawić, by zaczęła się bać - co prawda nie wygląda mi na osobę, którą łatwo przestraszyć, ale skąd mam wiedzieć, jakie emocje kłębią się pod jej rachityczną powłoką?
Nim odsłonię karty, muszę mieć jednak stuprocentową pewność, że rozmawiam z właściwą personą. – Wracając do pani pytania – ponownie nawiązuję z nią kontakt wzrokowy – wyjawię pani swoją godność i cel tego niekonwencjonalnego zawarcia znajomości, gdy tylko utwierdzę się w przekonaniu, że mam przyjemność z panną Flaubert - zawieszam głos, czekając, aż pokaże mi swoje dokumenty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Wto Wrz 06, 2016 5:47 pm

Czy było to lekkomyślne? Albo niebezpieczne? Nie wykluczałam żadnej z tych opcji, jednak w ciągu wielu lat zdążyłam już uzależnić się od ryzyka, które popychało moje życie do przodu, nie pozwalając mi zadać sobie pytania co mam do stracenia? W kieszeni dźwięczały mi cicho jakieś drobne monety, obijając się o porysowaną zapalniczkę i pomiętą paczkę papierosów, Sama byłam z kolei zdania, że Paryż nawet nie zauważyłby, gdyby tego wieczora zniknęła jeszcze jedna szara, nijaka postać, stanowiąca zaledwie drobną i niewiele znaczącą część tego miasta. W mieszkaniu nie czekał na mnie nikt bliski, kto przejąłby się moją nieobecnością. Za towarzystwo służyły mi tylko bure ściany i resztki wodnistej kawy, które zasychały na dnie kubka i którym mój los, jak podejrzewałam, był całkiem obojętny.
Tak więc nie miałam nic do stracenia.
Czułam się raczej zaintrygowana, słuchając ciszy, jaka zapadła po moim pytaniu, niczym najwspanialszego koncertu - pozbawionego zbędnych instrumentów czy irytującego śpiewu. Nic nie brzmiało w moich uszach tak dobrze jak milczenie, które pozwalało mi uporządkować myśli i zastanowić się nad kolejnymi słowami. Nie oznaczało to jednak, że nie chciałam dowiedzieć się, kim był siedzący za kierownicą mężczyzna; czułam na sobie spojrzenie Niemca i nie wahałam się go odwzajemnić, badając każdy szczegół jego twarzy - od kilku pieprzyków tuż obok ust po orli los. Gdy wyjął z kieszeni płaszcza opakowanie skrywające zaledwie dwa papierosy, wykrzywiłam usta w nieznacznym uśmiechu. Moje płuca zaczęły już tęsknić za kłębami papierosowego dymu.
- Z przyjemnością. Danke - czyż nie byłam prawdziwą damą, kiedy zmuszały mnie do tego okoliczności? Niemalże z namaszczeniem wyjęłam z opakowania papierosa, sięgając jednocześnie po zapalniczkę. - Ognia?
W zapadającym powoli półmroku rozjarzyła się końcówka Ecksteina, którego paliłam nieśpiesznie, wciąż kierując ku mężczyźnie chłodne, niezdradzające zbyt wiele spojrzenie. Wysłuchawszy jego słów, skinęłam lekko głową na znak, że nie miałam nic przeciwko planowi naszej przejażdżki.
I tak nie ja siedziałam za kierownicą.
Nie mogłam nie zaśmiać się w myślach, gdy z jego ust padło moje fałszywe nazwisko. Panna Flaubert nigdy nie istniała. To był jeden z rzadkich momentów, kiedy wydobywałam ze wspomnień to krótkie słowo, zaledwie dwusylabowy skrawek mojego dawnego życia - Guenet. Nie musiałam nawet (a nawet nie chciałam) wypowiadać go na głos, żeby zorientować się, jak dziwnie i obco brzmiało moje byłe nazwisko. Mogłam tylko dziękować Gustave'owi Flaubertowi, a przy tym dziełu jego życia, że znalazłam idealny substytut dla nieszczęsnego Guenet.
A poza tym wiedziałam już, że mężczyzna skądś mnie znał.
- Oczywiście. Nie chciałabym, aby doszło do jakichkolwiek nieporozumień - odpowiedziałam niewinnie, znów zagłębiając dłoń w kieszeni i wyjmując z niej dokumenty. Podsunęłam je ku Niemcowi na wygodną dla niego odległość. - Blanche Flaubert, urodzona dziesiątego lipca 1921 roku w Paryżu. Portrecistka.
Znów pozwoliłam sobie na to, by wykrzywić lekko kąciki ust ku górze. W moim głosie zabrzmiała subtelna nuta ironii, choć było mi wszystko jedno, czy Niemiec ją wychwyci, czy może nie zwróci na nią uwagi. Przyglądałam mu się w dalszym ciągu, próbując poskładać w całość elementy, jakimi już dysponowałam. Nie chciałam w żaden sposób zdradzić, jak bardzo ciekawił mnie rzeczywisty cel naszej rozmowy - o ile w ogóle mogłam ją tak nazywać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Nie Gru 18, 2016 10:07 am

Czułem, jak igiełki bólu przyszpilały moje płuca do klatki piersiowej.
A przynajmniej takie odniosłem wrażenie, nim nie pochyliłem się ku denuncjatorce, odpalając papierosa od jej ognia. - Dziękuję - wypowiadając machinalnie grzecznościowy frazes przypomniałem sobie, że zupełnie zapomniałem o własnej zapalniczce, która wciąż jeszcze tkwiła w mieszkaniu - w kieszeni pachnącego dzisiejszym nocnym deszczem płaszcza (ochraniająca mnie przed szponami koszmarów opończa wędrowca do świtu). Musiałbym kombinować z soczewką od lupy (ją oczywiście posiadałem, to mój detektywistyczny atrybut), co z pewnością kosztowałoby mnie sporo zachodu - na szczęście Blanche oszczędziła mi trudu.
Drżącymi z niecierpliwości rękami (nie mogę palić w biurze, bo mamy naprawdę beznadziejną wentylację i trudno byłoby mi ukryć nawet kilka buchów - a z wiadomych względów nie afiszuję się swym nałogiem) wkładam papierosa do spierzchniętych ust o skorupie warg zarysowanej porannym mrozem. A potem pochłaniam pierwszą porcję trucizny, sącząc ją w ciszy ze wzrokiem osadzonym w centralnym punkcie przedniej szyby samochodu ospale snującego się po widmowych uliczkach Paryża (ludzkie dusze można było policzyć na palcach jednej dłoni).
Nie otworzyłem okna, więc kilkanaście minut później drażniącą woń benzyny niemal zupełnie stłumiła lepiąca się tytoniowa duchota. Przebijające się przez dymną zasłonę smugi światła zdawały się ją dziurawić niczym kule z artylerii strzałów.
Jedynie musnąłem wzrokiem dokumenty kobiety, bowiem już nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to właściwa osoba na właściwym miejscu. Być może w innym wcieleniu zainteresowałbym się jej godnością, ale dla ignoranta literatury rzekomo pięknej nazwisko Flaubert brzmiało dość zwyczajnie. Nie pamiętałem już kurzącego się w naszej rodzinnej biblioteczce wydania Pani Bovary, które wielokrotnie doprowadziło mamę do łez (ale o to akurat nie było trudno - książki Amalie pachniały solą i smutkiem, bo właśnie te o rozrywających serce zakończeniach uwielbiała kolekcjonować).
O wiele bardziej zaintrygował mnie zawód panny Flaubert - nawet uśmiechnąłem się do blondynki, nie kryjąc rozbawienia, gdy zgrabnie zaakcentowała ostatni wyraz - portrecistka. - Właśnie ze względu na talent do tworzenia jedynych w swoim rodzaju portretów zapragnąłem się z panią skontaktować - papieros trzymałem w zębach, a po zmianie biegu jedną wolną ręką sięgnąłem do kieszeni - tym razem - spodni, wyciągając z niej zgiętą wpół fotografię i podsunąłem go Flaubert. - To Lisbeth von Liebenfels - nie dodałem, kim dla mnie jest - Blanche będzie musiała sama się dowiedzieć, co łączy mnie z Lisą; czy wyglądam na zazdrosnego męża? Kochanka? Kandydata na narzeczonego?
Flaubert dostała portret mojego autorstwa - to zdjęcie popełniłem trzy lata temu i od tamtej pory nosiłem go w portfelu, ale nie jestem przesadnie sentymentalny - a przynajmniej nie w tym przypadku - zastąpię je innym; to konkretne przyda się do, hm, zbożnego celu.
Przez to, że robiąc to zdjęcie dopiero uczyłem się obsługiwać nowy sprzęt, trudno je nazwać detalicznie wyraźnym, aczkolwiek udało mi się złapać ostrość na twarzy siostry. Tło, natomiast, to bokehowa tafla - stworzona zupełnie nieświadomie i bynajmniej nie dzięki moim (nie)umiejętnościom fotograficznym. Płaska połać zieleni przycięta wzdłuż krótkiej przekątnej, z białą barierką i ciężkim, połyskliwym krzewem gardenii na pierwszym planie - na skraju babcinej werandy. Mętne, burzowo-wilgotne niebo, wrzące chmury przeszyte szprychami światła. W rogu fotografii piękna, delikatna twarz Lisy - biegnąc w moją stronę posyłała mi swój najpiękniejszy uśmiech. - Do środka włożyłem kartę, na której zapisałem najważniejsze adresy. Dom w Palais-Bourbon, jej ulubiona kawiarnia nad Sekwaną i uczelnia - École nationale des chartes - nie miałem pojęcia, gdzie jeszcze bywa moja siostra (ale to już wkrótce się zmieni), niemniej jednak te informacje z całą pewnością wystarczą na początek.
Zwracam się do Blanche takim tonem, jakby sprawa była już przesądzona, lecz jeśli jest tak inteligentna i zaradna, jak słyszałem, to przecież nie odrzuci propozycji łatwego zarobku…
Nie zrobi tego, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Gru 19, 2016 12:29 am

Schowałam zapalniczkę z powrotem do kieszeni, nie spuszczając ze wzroku mojego towarzysza podróży. Odnosiłam wrażenie, że wąską przestrzeń pomiędzy nami przesycał nie tylko duszący - choć dla mnie wręcz świeży - dym papierosów, ale i rosnące napięcie, nieopisana ekscytacja, jaką mogli zrozumieć tylko ci, którzy trudnili się moim haniebnym w oczach społeczeństwa zawodem. Byłam zniecierpliwiona i głodna słów; nie uprzejmości, nie pustych zdań, ale konkretnych informacji - bo tylko one utrzymywały mnie przy życiu i tylko im wierzyłam. Grałam swoją rolę z lubością, płaszcząc się przed Niemcem - kimkolwiek by nie był - ale każda upływająca minuta osłabiała moją fasadę niewzruszenia i kurtuazji, zmuszając mnie do jeszcze większego wysiłku. W tym dwuosobowym teatrze bez widowni to siedzący za kierownicą mężczyzna pociągał za sznurki, a ja nie wiedziałam nawet, czego dotyczyła sztuka, w której tak niespodziewanie zagrałam.
Chciałam wiedzieć. Nienawidziłam niewiedzy.
Mrużyłam więc oczy w papierosowej mgle, która zabijała resztki tlenu, wyczekując odpowiedzi i niecierpliwiąc się coraz bardziej. Przyjęłam od mężczyzny swoje dokumenty, po czym wsunęłam je do kieszeni w ślad za zapalniczką, ale tym razem zrobiłam to niedbale, szybko, a dłoń zadrżała mi lekko, zdradzając palącą mnie potrzebę wiedzy. Pozwoliłam, aby ecksteinowy dym spłynął z moich warg i na krótką chwilę przysłonił mi twarz niczym widmowy welon, ale w myślach już nakazywałam sobie bezwzględny spokój. Jaka aktorka godziła się na to, by zawładnęła nią trema?
Mój trud miał jednak zostać wynagrodzony - o to usta mężczyzny uniosły się w uśmiechu, racząc mnie słowami, które tak bardzo pragnęłam usłyszeć. Bez wahania wzięłam od niego fotografię rzekomej Lisbeth von Liebenfels, tym razem skupiając spojrzenie na dziewczynie ze zdjęcia - gdyby wiedziała, do kogo się teraz uśmiecha, na pewno zrzedłaby jej mina.
- Jest bardzo ładna - rzuciłam, jak gdybym komentowała pogodę, choć nie sprecyzowałam, czy chodziło mi o Lisbeth, czy o samą fotografię. Kimkolwiek też była ta piękność o wybitnie niemieckim nazwisku, w pewien sposób musiała być ważna dla siedzącego obok mnie Niemca. Dziesiątki scenariuszy już przemykały mi przez myśli, ale nie mogłam bezgranicznie ufać żadnemu z nich, dopóki nie dysponowałam czymś więcej niż tylko imieniem i przeczuciem.
Zgodnie ze słowami mojego towarzysza odnalazłam w zgięciu fotografii kartkę, a na niej wymienione przez mężczyznę adresy. Szybko przebiegłam po nich wzrokiem, próbując odnaleźć je na wyimaginowej mapie Paryża. Miejsca należały do kategorii bezwzględnych zdrajców i potrafiły powiedzieć naprawdę wiele o osobach, które je odwiedzały. Palais-Bourbon naszpikowane było wysoko postawionymi Niemcami, École nationale des chartes zapewne świadczyło o ambicjach uśmiechniętej Lisbeth, a ulubiona kawiarnia... może o tym, że z chęcią poplotkowałaby przy kawie? Tego jeszcze nie wiedziałam, ale miałam zamiar się dowiedzieć.
Pozostawał tylko jeden szczegół - co mogłam otrzymać w zamian?
- Ach, monsieur... - westchnęłam cicho, ubierając spojrzenie w fałszywy smutek. - Przyjmuję tylko poważne zlecenia. Kimkolwiek jest Lisbeth von Liebenfels, chciałabym mieć pewność, że mój trud się opłaci - zamilkłam na moment, rozkoszując się własnymi słowami i przechylając się nieco bardziej w stronę mężczyzny. - Portrety kosztują. Proszę mieć to na uwadze.
Byłam materialistką, ale nie przeszkadzało mi to nawet w najmniejszym stopniu. Wręcz przeciwnie; kpiłam z tych, którzy sądzili, że w obecnych czasach mogli zarobić na swoje utrzymanie uczciwą pracą. Moja do takich nie należała, chcąc nie chcąc musiałam to przyznać, jednak prawie dwuletnie doświadczenie podpowiadało mi, że wybrałam najlepszą możliwą drogę, by nie umrzeć z głodu. A teraz oferta przyszła do mnie z własnej woli, dlatego zamierzałam wykorzystać ją w jak najlepszy sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Gru 19, 2016 8:52 am

Tym razem poczułem fantomowy dotyk dymu, który zacisnął widmowe palce na mych płucach.
Skręciłem w kolejną, wąską uliczkę, w głowie szkicując sobie mapę tej części Paryża i choć nie byłem pewien, czy zmysł orientacji przestrzennej mnie nie zawiedzie, postanowiłem mu zaufać - jeśli się nie pomyliłem, to za jakieś pięć minut powinniśmy wyjechać w pobliżu domu aukcyjnego Hôtel Drouot - a stamtąd już blisko do siedziby gestapo.
- Piękna - najpiękniejsza, wtrąciłem machinalnie (i w owym przypadku nie było mowy o tym, by odebrać moje słowa jako komentarz odnoszący się do fotografii) - tak, jakbym chciał skorygować słowa Flaubert, niejako umniejszające urodzie Lisy.
Kątem oka obserwowałem, jak Blanche szkicowała wzrokiem obraz Lisbeth w swojej głowie - nie przerywałem jej, pozwalając, by to ona wznowiła rozmowę, gdy już przyswoi wszystkie elementy układanki.
A kiedy to zrobiła, tonem podszytym obłudnym smutkiem, nie mogłem powstrzymać się od chropowatego śmiechu. - Ach, madame - odparłem, siląc się na to, by wydźwięk odpowiedzi był podobny do tego, którym poczęstowała mnie przed chwilą kobieta. - Proszę nie kłopotać się kwestią finansową, zostanie pani sowicie wynagrodzona - niespiesznym ruchem dłoni sięgnąłem do zagłębienia za fotelem, by wyciągnąć z niego brązowe zawiniątko, które położyłem przed skrzynią biegów - dokładnie między naszą dwójką. - Tak się składa, że wiem, ile wynosi pani nagroda za tego typu portrety - niby przypadkiem spojrzałem na pakunek, a potem przeniosłem wzrok na kobietę; chyba nietrudno się domyślić, co znajdowało się w środku brązowego papieru? - Zapłacę za miesiąc z góry, a gdy spotkamy się w następnym i wyniki pani pracy okażą się satysfakcjonujące, dorzucę drugą część zapłaty, dublując zaliczkę - uciąłem ten temat tonem, który świadczył o tym, że nie zamierzam negocjować. Nie podniósłbym stawki - zresztą, czy nie jest ona już wystarczająco wysoka?
Chciałem porozmawiać o czymś, co z kolei interesowało mnie.
- W zamian oczekuję sumiennie wykonywanej pracy nad portretem idealnie odwzorowującym rzeczywistość... Nad prawdziwym studium barw psychologii modelki. Pragnę tego, bym z pani dzieła mógł dowiedzieć się o niej wszystkiego - nieprzypadkowo zaakcentowałem ostatnie słowo. - Liczę na zaangażowanie i kreatywność. Oczywiście pozostawiam pani pełną dowolność wyboru technik, które będzie pani stosowała - byleby okazały się efektywne. - O ile w żaden sposób nie skrzywdzą panny von Liebenfels - nie sądziłem, iż wtrącenie tej oczywistości to niezbędność. Niemniej jednak zrobiłem to, aby podkreślić, że Lisbeth jest osobą bardzo mi bliską, więc Flaubert powinna podejść do portretowania z wyczuciem i odpowiednią dozą delikatności. - Niech to będzie mozaika portretów różnorodnych zachowań, szczególnie akcentująca zachodzące podczas upływu czasu zmiany - docelowo ma to być zlecenie długotrwałe i nie chciałbym kończyć współpracy z panią już po pierwszym miesiącu - o ile Flaubert sprawdzi się w swojej roli. - Zależy mi też na tym, by zadbała pani o szczegółowość tła oraz drugiego planu. Pojawiające się na nich sylwetki muszą być wyraźne - o nich również chciałem się dowiedzieć wszystkiego - to raczej niezbędne, aby można było nazwać obraz kompletnym. - Co jeszcze potrzebuje pani wiedzieć? - wypuściłem z ust obłok dymu i wbiłem w Blanche pytające spojrzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Wto Gru 20, 2016 1:46 am

Kim jesteś, Lisbeth? To pytanie rozbrzmiewało w mojej głowie niczym echo, pociągając za sobą lawinę kolejnych. Co robisz w Paryżu, Lisbeth? Jak bardzo mam wniknąć w twoje życie? Uśmiechnięta i żyjąca w błogiej nieświadomości dziewczyna z fotografii była całkiem niedaleko; może w swoim domu w Palais-Bourbon, może na uczelni, zgłębiając nauki, o których nawet mi się nie śniło, a może w kawiarni, gdzie tuż za rogiem szumiała brudna i piękna Sekwana. Nie miało jednak znaczenia, jaki zakątek Paryża Lisbeth von Liebenfels zaszczycała właśnie uśmiechem - byłam w stanie znaleźć ją wszędzie i wierzyłam w to z taką żarliwością, że posłałam pojedyncze, choć tęskne spojrzenie w stronę przemykających za szybą kamienic.
Jeśli istniało cokolwiek, co kochałam w swoim życiu bardziej niż siebie samą, to bez wątpienia było to uczucie, które towarzyszyło mi w podobnych chwilach. Niecierpliwość mieszała się we mnie z podekscytowaniem, a serce wybijało mi w piersi nerwowy rytm, jakby samo chciało zapytać - kiedy ją znajdziesz, Blanche?
Z pasją odzierałam ludzi z ich sekretów oraz słów, które wypowiadali zbyt pochopnie i w złym (najgorszym?) towarzystwie, aby następnie podarować je Niemcom. Liczyło się tylko to, co mogłam zyskać, a z każdą chwilą coraz wyraźniej uświadamiałam sobie, że siedzący obok mężczyzna mógł okazać się pod tym względem niewątpliwie przydatny.
Wsłuchałam się w jego śmiech, a nawet pozwoliłam sobie wykrzywić nieznacznie wargi, kiedy w głosie Niemca pojawiła się ta sama smutna nuta - potrafił więc grać tę grę. Przytknęłam do ust papierosa, znów kryjąc się za kłębem dymu, ale uważnie śledziłam każdy jego ruch. Brązowy pakunek, po który sięgnął moment później, zdawał się być ukoronowaniem moich marzeń, o ile faktycznie zawierał to, co tak zachwalał Niemiec. Nie miałam jednak powodów, by wątpić w jego szczerość.
- Teraz ta oferta brzmi zdecydowanie lepiej - powiedziałam, biorąc pakunek. Brązowy papier zaszeleścił cicho pod moimi palcami, szepcząc mi o wszystkim, co kryło się pod jego warstwą. Wyłapałam również w głosie mężczyzny nieustępliwość i był to dla mnie jasny sygnał, że nie miałam otrzymać nic więcej. Jeszcze. - Proszę się nie obawiać, nie zawiodę pana.
Zawartość pakunku - choć w dalszym ciągu odrobinę tajemnicza - wyzwoliła we mnie pokłady rzadkiego dobrego humoru. Znów pozwoliłam sobie na lekki uśmiech, podejrzewając, że ta nieoczekiwana współpraca mogła mi się opłacić bardziej niż sądziłam.
Słowa mężczyzny nakładały nowe barwy na portret, który powoli rysował się w mojej głowie, a który należał do Lisbeth von Liebenfels. Teraz perspektywa była nieco inna, zdecydowanie głębsza, kryjąca w sobie więcej pytań, na jakie musiałam znaleźć odpowiedzi, ale szybko pojęłam, że nie tylko Lisbeth miała zyskać swoją podobiznę.
- Jestem artystką od wielu lat - odezwałam się. Cały mój artyzm miał korzenie w niemal mistycznym już Fleur-de-lys, lecz prawdziwą sztukę zaczęłam tworzyć dopiero pod niemiecką egidą. - Widzę więcej niż ktokolwiek inny i mogę pana zapewnić, że portretuję z pasją. Choć nie wszystkim podobają się moje dzieła - dodałam niemalże ze smutkiem. Może powinnam była zacząć spisywać ludzi, którym z takim oddaniem niszczyłam życie, a wraz z nim żałosne marzenia o wolnej Francji i walce z okupantem? To byłaby całkiem zabawna lista.
- Nie potrzebuję nic więcej - powiedziałam w końcu, spoglądając na mojego towarzysza. - Teraz powinien mi pan już tylko zaufać.
Bo pewne było we mnie tylko donosicielstwo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Sty 02, 2017 9:17 pm

Jeśli ktokolwiek miałby się obawiać, gdyby zawiodła, to z całą pewnością byłaby to ona, a nie ja. Nie wypowiedziałem jednak tych słów na głos - po prostu obdarzyłem Blanche intensywnym spojrzeniem; skrzyżowałem je z tym, którym kobieta od dłuższej chwili błądziła po mojej twarzy, wyłapując - nie miałem co do tego żadnych wątpliwości - najdrobniejsze zmiany pojawiające się na nie do końca świadomie tworzonym przeze mnie autoportrecie.
Zazwyczaj to ja przypatrywałem się ludziom w ten sposób - w błękicie jej tęczówek przeglądałem się jak w lustrze, odnajdując w nim tę samą czujność i zachowawczość, co w moim może jedynie odrobinę bardziej zachmurzonym spojrzeniu (kolorytowi moich oczu bliżej było do burzowego granatu); niezbyt podobała mi się ta sytuacja, bowiem nie przywykłem do tego, aby obcować z kimś tak zaskakująco podobnym (choćby powierzchownie, choćby na pierwszy rzut oka) do siebie.
Wspomniała o tym, że nie wszystkim podobają się jej dzieła - za pomocą złudnie smutnego tonu wykonując kolejny ruch w naszej grze.
Uchyliłem odrobinę okno, wyrzucając peta, po czym skręciłem w uliczkę, od której nasz docelowy punkt dzieliło zaledwie kilka minut jazdy.
- Zupełnie nie znam się na sztuce i nie roszczę sobie prawa do nieomylności, ale pewna nieco bardziej zaznajomiona z tym tematem osoba - chyba nawet nie zadrżał mi głos, gdy wypowiedziałem ostatnie słowo na głos; słowo odnoszące się do tego, co kiedyś powiedziała mi ona - zdradziła mi, że najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić artyście, to właśnie zupełny brak krytyki. Nie wątpię, że pani artystyczna działalność ma swoich przeciwników, ale oboje wiemy, że te same dzieła w innych - w moich ustach zabrzmiało to jak synonim lepszych - kręgach przynoszą pani spore uznanie - na tyle duże, że do wykonania wyjątkowo subtelnego zadania polecono mi właśnie jej usługi.
Zebrałem myśli, zastanawiając się, czy aby na pewno zdradziłem kobiecie wystarczająco dużo, by udało jej się zaprzyjaźnić z Lisą. - Na pani miejscu podałbym się za osobę o aryjskich korzeniach - moja siostra czuła się zdecydowanie swobodniej przebywając w towarzystwie Niemek. - Lisbeth uwielbia rozmawiać o sztuce, również jest… malarką - chwila ciszy, miarowy oddech, przejechanie kilkuset metrów. - Zna się na malarstwie, balecie i modzie… - a poza tym na łamaniu męskich serc; jednakże uszczupliłem komentarz o tę konkretną informację, bo był to dla mnie szczególnie drażliwy temat. - W miejscach publicznych zsuwa ze stóp buty, gdy myśli, że nikt tego nie widzi - ja widzę i absolutnie zawsze, nawet teraz, wywołuje to na mojej twarzy autentyczny uśmiech, za którym kryje się coś na kształt obcego mi zazwyczaj rozrzewnienia - natomiast jabłkową struclę zje w każdej ilości, aczkolwiek jej serce można również zdobyć po prostu częstując ją kupnymi czekoladkami z likierem - skończyłem wyliczać kilka pozornie nieistotnych faktów, które odpowiednio wykorzystane z całą pewnością pomogą Flaubert szybko zjednać sobie Lisę.
Słowa odnoszące się do zaufania zbyłem milczeniem - ten interwał trwał aż do momentu, w którym zatrzymałem się przed budynkiem siedziby gestapo. - Skontaktuję się z panią - chłodne spojrzenie, żadnego pożegnania, jedynie cicha, złowróżbnie brzmiąca obietnica.
Znajdę Cię bez trudu.

|zt <3333
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pią Sie 11, 2017 10:44 pm

Czarny Citroën Traction stał zaparkowany przed siedzibą już od samego rana, a o godzinie dziewiątej dołączyły do niego dwie wojskowe ciężarówki wypełnione mundurowymi. Chwilę później na miejscu pojawił się Carl Rübe we własnej osobie, predestynowany do tego zadania przez Wolfmeyera -Kriminaldirektor miał już pięćdziesiątkę na karku, jednak żywiołowością i zawzięciem nie ustępował młodszym od siebie. Energicznie przechadzał się między pojazdami, strofując i pouczając żołnierzy, przemycając dwuznaczne żarty i obiecując wdzięczność Berlina tym, którzy przyczynią się do schwytania alianckich agentów.
Wiadomości od przesłuchiwanego dniami i nocami Maurice'a Bourreau można było potwierdzić tylko w jeden sposób - udając się we wskazane miejsce i przekonując się na własne oczy, że wyduszone z młodego chłopaka informacje są prawdą. Niezależnie od tego, czy były, jego los był już policzony.
Rübe oczekiwał na swoich współtowarzyszy, pragnąc przedyskutować z nimi plan obławy. Gdy tylko Lars, Fabien i Bjorn pojawili się w siedzibie, zaprosił całą trójkę do jednej z sal na parterze i rozłożył przed nimi mapę otoczenia oraz plan klasztoru.
- Czy macie Panowie jakieś sugestie odnośnie naszego pojawienia się w klasztorze? - zapytał pozornie tylko łagodnym tonem; choć cenił sobie zdanie innych wojskowych, to jego decyzja była finalna - Herr Reifenstein i Herr Eberhart, otrzymacie do dyspozycji po pięciu ludzi, a Herr Sorensen porządną podkładkę do notowania - uśmiechnął się pod nosem, nie spoglądając nawet na Bjorn; wzrok miał utkwiony w mapie i doskonale udawał, że rozważa jakąś kwestię, podczas gdy każdą z nich miał opracowaną w najdrobniejszym szczególe.
- Musimy wziąć ich żywcem - dodał za pamięci, mieląc te słowa, jak gdyby przyniosły mu gorzki posmak.


Na odpowiedź macie 72h. Kolejny post MG pojawi się we wtorek rano (15.08).
Zasady rozgrywki znajdziecie tutaj. Pamiętajcie o wypisaniu ekwipunku Waszej postaci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Sie 14, 2017 3:52 pm

Przy sobie: pistolet, magazynek z 10 nabojami, w pełni skompletowany mundur żołnierza, zapalniczka
W ciężarówce: kanister benzyny


Ma przeczucie, że wkrótce nastąpi załamanie pogody. Już niedługo niebo nadmie się, zbierze w sobie i wybrzuszy pod ciężarem letnich burzowych chmur.
Otwiera usta, bezgłośnie, nie potrafi wydobyć z krtani choćby jednego dźwięku. Niczego nie ma, jakby ktoś podczas snu wyjął z niego dar mowy, puchaty kłębek artykulacji, o którym nie miał pojęcia. Będzie padać, wie to. W uszach wciąż rozbrzmiewa mu muzyka. Erik Satie. Jest po ósmej, tak zaskakująco wcześnie dla Jespera – a jednak widzi go, jak odwraca się w stronę kamienicy i po chwili znika za jej drzwiami, nadając porankowi wymiaru absurdalnej nierealności.
Larsowi nie zostało zbyt wiele – na dobrą sprawę nic, poza lekkim klepnięciem kierowcy w ramię. Nie mijają trzy sekundy, a samochód zaczyna toczyć się przed siebie, każdym mijanym metrem bezlitośnie odmierzając czas do grande finale.
O dziewiątej miasto jest już nasycone zbitą, ludzką masą. Poruszają się samotnie lub w grupach, ponuro nastawieni do najbliższych paru godzin życia, wylewają się z mieszkań leniwym strumieniem i przemierzają skąpane w słońcu chodniki. Jeszcze wyprostowani, jak gdyby kierowani przezroczystymi żyłkami lalkarza. Jeszcze rześcy w ten najbardziej irytujący sposób: sprawiający wrażenie skąpanych w źródełkach młodości. Maszerujący przed siebie, wzorowi żołdacy własnych, marnych żyć. Zmierzający po malutkie zwycięstwa, po jednakowo nudne i nudnie jednakowe przegrane. Przebiegający przez ulicę, aby na chwileczkę zapomnieć o marazmie dnia codziennego. Za osiem godzin będzie ich o połowę mniej, zaczną kroczyć wolniej, chwiejniej, staną się bardziej ospali.
Przyszli lub obecni urzędnicy średniego szczebla, sekretarki, czyjeś prawe lub lewe ręce, sprzedawcy, studenci, spiskowcy.
Część z nich nie dostrzega wysiadającego z samochodu Larsa ani tego.
Niektórzy wkrótce zaczną.
Chłód jednej z gestapowskich salek jest przyjemny, tak inny od roześmianej pogody na zewnątrz – inna jest również atmosfera panująca w siedzibie, napięcie stało się niemal namacalne, osiadając na mundurach, wdzierając się w płuca, parząc opuszki palców, które dotknęły wypolerowanego blatu stołu. Liczebność osobiście wyznaczonych przez Wolfmeyera ludzi nie uległa zmianie, została jedynie nieco ożywiona przez Kriminaldirektora Rübe – jak na standardy Larsa, zbyt gadatliwego, ale daleko było mu do krytyki starszego stopniem mężczyzny.
Nie zjawili się tu, by wyłuszczać własne wady.
Kiedy na blacie pojawiły się mapy, Reifenstein wykonał ten mimowolny, na wpół dziecięco-ciekawski ruch, z jakim pochylił się nad stołem, przez moment obserwując kartograficzne błogosławieństwo. Milczenie, przerywane wyłącznie głosem Kriminaldirektora, zwiastowało wyważony namysł kogoś, kto nieszczególnie wziął sobie do serca pozorną uprzejmość przełożonego – skoro Rübe pytał, należało odpowiedzieć.
Ciężarówki nie powinny parkować w jednym miejscu – zamiast podnieść wzrok i spróbować odnaleźć w twarzy zebranych czegoś, co choć szczątkowo mogłoby przypominać poparcie, stuknął opuszkiem palca o mapę otoczenia, najpierw wskazując miejsce pomiędzy stawem i klasztorem, a następnie punkt w połowie wysokości kościoła.  – Jedna na wschodzie, druga na zachodzie. Kiedy zauważą nasze przybycie, a zauważą, będą sądzić, że jest nas mniej niż w rzeczywistości – dopiero teraz podniósł wzrok, natychmiast wbijając spojrzenie w Kriminaldirektora. Nie był szczególnie dumny z własnej propozycji – na dobrą sprawę obojętnością, jaka wyzierała z twarzy Reifensteina, można byłoby obdarzyć kilka paryskich dzielnic. – Citroën przyciąga uwagę, więc należy to wykorzystać. Niech zatrzyma się przed wejściem do kościoła, po mszy wierni skupią się na nim.
Ponownie stuknął opuszkiem palca o stół – raz, drugi – tym razem zadając ciosy nie mapie, lecz blatowi.
Jakby przygotowywał się na wyrok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Pon Sie 14, 2017 5:16 pm

Przy sobie: pistolet, magazynek z 10 nabojami, w pełni skompletowany mundur żołnierza, zapalniczka, paczka papierosów

Zadania podobne do tego, które z nastaniem świtu opuściło sferę odległego obowiązku i zmaterializowało się jako aktualna służba, były jak handel, w którym nie używa się słów – może za wyjątkiem tych niezbędnych. W planowaniu przeszukań, aresztowań i ataków operuje się wyłącznie liczbami, równoważnikami zdań, krótkimi, żołnierskimi komunikatami. Brak tu wszechstronnych analiz lub sondowania opinii publicznej – nie trzeba, nic po nich. Ludzkie życia, nawet, jeśli gorszego sortu, to realne produkty. Prawdziwe, samosprzedające się, bardzo łatwe do kupienia i jeszcze łatwiejsze do zniszczenia.
Wiedział, że traci czas, kiedy po szóstej – dzień dopiero otrząsał się z nocnego marazmu, ale Eberhart był na nogach od ponad godziny – wciąż stał w drzwiach sypialni, obserwując pogrążoną we śnie Flavie. Coś (starał się nie myśleć w kategoriach przeczucia, nie był zabobonny, nie wierzył w ślepe zrządzenia losu) nakazało mu, aby dał sobie jeszcze chwilę. Dość długą, by poczuł, że wciąż posiada odrobinę kontroli nad własnymi decyzjami oraz rzeczywistością. Dość długą, by poczuł się trochę pewniej. Nie dość długą, by przyznał, że to jej sprawka – bo z pewnością nie zasługa.
W kilka godzin później przemierzał oblany jasnym światłem chodnik przed siedzibą gestapo, mijając palących papierosy, dość ospale salutujących żołnierzy. Przy krawężnikach majaczyły trzy, zaparkowane pojazdy – dwa spośród nich, te nikczemnie rosłe ciężarówki, przywodziły na myśl martwe monolity. Gdyby Eberhart spoglądał na nie dłużej niż kilka sekund, natychmiast odniósłby wrażenie, że jakimś cudem wylądował pod jedną z nich, że ta dociska go całą swoją masą, że zaczyna przyduszać jak kilkutonowy odłamek góry lodowej.
Zmarszczył mimowolnie brwi, wchodząc do wnętrza budynku. Natychmiast zauważył nienaturalną pustkę, którą zakłócała wyłącznie obecność Reifensteina – krótkie, męskie skinięcia głów, zapach zbutwiałego drewna, podłogi lśniące od morderczej pracy sprzątaczek. Minutę później, gdy do milczącego duetu dołączyło dwóch kolejnych aktorów, nastąpiła zmiana otoczenia – korytarz przeobraził się w salę, stół, mapy i płynące z ust Kriminaldirektora słowa. Pytanie napotkało chwilową ścianę ciszy, czego nie można było powiedzieć o kluczowej, podkładkowej wzmiance; na swoich pięciu ludzi Fabien skinął lekko głową, na pięciu ludzi Larsa mimowolnie zerknął w jego stronę, na podkładce Bjørna nie zdołał zachować niewzruszonej powagi – kąciki ust zadrżały niebezpiecznie, a donośne wypuszczenie powietrza z płuc zdradziło stłumione echo śmiechu.
I dopiero Lars – metodyczny, nieporuszony, skupiony na misji Lars – zdołał przypomnieć im, po co się zebrali.
- Reifenstein ma rację, liczebność wciąż będzie atutem, kiedy element zaskoczenia przestanie działać na naszą korzyść – posłał krótkie spojrzenie Larsowi, nie potrafiąc nadziwić się woskowej apatyczności jego twarzy – był jak kościelna figura cherubinka, któremu zamiast harfy wcisnął w dłonie naładowaną broń. – Ale musimy myśleć w innych kategoriach – ledwie sekunda dzieliła Fabiena od mimowolnego wykrzywienia ust w grymasie pogardy dla własnych słów. Nigdy nie przepadał za pustosłowiem, jak zadżumionych szczurów unikał wszystkich utartych frazesów, a teraz?
Musimy myśleć w innych kategoriach, jak doradca prawny przedsiębiorstwa szewskiego.
- Odegramy rolę kłusowników. Spadochroniarze to zwierzyna, na którą zapolujemy.
Albo gorzej – niewydarzony pisarzyna, humanista za pięć marek.
- Gdzie będzie próbowało ukryć się zwierzę, gdy dotychczasowa kryjówka zawiedzie? – musnął palcem północną część mapy, za kościołem, na zachód od sadu. – Jedna z ciężarówek powinna stanąć tutaj, o ile teren na to pozwoliz czołgiem jest znacznie łatwiej, prawda, Eberhart?; uśmiechnąłby się samymi kącikami ust, gdyby nie zużył zapasu wesołości na Norwega oraz jego podkładkę. Tymczasem kości zostały rzucone, a słowa – wypowiedziane. Teraz o wszystkim miał zadecydować Rübe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Wto Sie 15, 2017 10:33 am

Rübe cierpliwie wysłuchał swoich towarzyszy, przyglądając się naprzemiennie ich twarzom i rozłożonym na stole mapom. Nie był zaskoczony tym, co usłyszał, lecz mimo wszystko w głębi duszy ucieszył się, że ma do czynienia z dobrymi strategami. Sam planował bardzo podobne rozegranie całej sprawy.
- Podoba mi się Pana tok myślenia, Herr Eberhart - po wzmiance o polowaniu na zwierzynę usta Carla wygięły się w niecnym uśmieszku - Pojadę Citroenem z Sorensenem, a Panowie w każdej z ciężarówek. Gdy tylko dojedziecie na miejsce, wyślijcie po jednym człowieku do mnie, przed bramę Kościoła. Zajmą się sprawdzaniem dokumentów wychodzących wiernych. Nie chciałbym być w ich skórze, jeśli to akurat dziś zapomną zabrać ich ze sobą.
Milczenia Bjorna nie skomentował w żaden sposób.
Rübe podrapał się po brodzie, rzucając ostatnie spojrzenie na mapy, które znał już niemalże na pamięć.
- Zależy nam na dzikiej zwierzynie - zgrabnie podłapał określenie Fabiena - Jednak nie zapominajmy o owieczkach. Każdy przejaw dziwnego zachowania ma skutkować podróżą powrotną w naszej ciężarówce, czy to jasne?
Dowódca musiał brać pod uwagę każdą ewentualność; wierzył we współwinne sprawie siostry, jednak nie odrzucał obecności w klasztorze osób trzecich.
Gdy kwestie strategii były już umówione, Carl zwinął mapy i zarządził koniec spotkania. Wszyscy mężczyźni udali się do samochodów. Rübe, Bjorn i trójka mundurowych zajęła miejsca w Citroenie, pierwsza z ciężarówek należała do Fabiena, a druga była do dyspozycji Larsa; w każdej oprócz nich znajdowała się szóstka ludzi i ekwipunek. Korowód aut wyruszył spod siedziby chwilę po dziewiątej, udając się w kierunku klasztoru na obrzeżach.


Celem dotarcia do klasztoru Mistrz Gry rzuca kością k100.
Kość nr 1 - wynik dla Fabiena
Kość nr 2 - wynik dla Larsa.
Carl i Bjorn mogą pisać na drodze.

1 - 20 - Ciężarówka zakopuje się w grząskiej ziemi i nie jest w stanie dojechać na umówione miejsce. Samochód pozostaje na drodze i w tym temacie piszecie.
21 - 100 - Ciężarówka Fabiena ustawia się na zachód od sadu; Ciężarówka Larsa ustawia się pomiędzy murami klasztoru a stawem. Możecie pisać już w tych tematach.

Z powodu zapowiadanego remontu, kolejny post MG pojawi się w niedzielę, 20.08.
Na czas zamknięcia forum posty MG z tej misji zostaną udostępnione.
Zasady rozgrywki oraz mapy i Wasze ekwipunki znajdziecie tutaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   Wto Sie 15, 2017 10:33 am

The member 'Mistrz Gry' has done the following action : rzut kością


#1 'Kość K100' : 28

--------------------------------

#2 'Kość K100' : 85
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Przed budynkiem   

Powrót do góry Go down
 
Przed budynkiem
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Opéra :: Siedziba Gestapo-
Skocz do: