IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Brigitte von Liebenfels - 45%


Share | 
 

 Brigitte von Liebenfels - 45%

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
PisanieTemat: Brigitte von Liebenfels - 45%    Pon Sie 22, 2016 2:16 pm

Brigitte von Liebenfels



Ola Rudnicka

Dane osobowe

Imiona: Brigitte Amalie
Nazwisko: von Liebenfels
Data i miejsce urodzenia: 27 VI 1924, Monachium, Rzesza Niemiecka
Miejsce zamieszkania: złota klatka na paryskim Lewym Brzegu
Stan cywilny: panna na wydaniu
Wykształcenie: wiele lat domowej edukacji, przygotowuje się do matury
Zawód: córka swego ojca
Rodzina: najukochańszy Ludwig (ojciec), najwspanialszy Franz (najstarszy brat), najmądrzejszy Wolfgang (starszy brat), najpiękniejsza Lisbeth (starsza siostra)...oraz zupełnie nieistotna, śmiertelna Amalie (matka)
Wzrost: sto czterdzieści dziewięć i pół centymetra
Waga: piórkowa - czterdzieści pięć kilogramów


Historia

Nie jestem poważanym pierworodnym, o błyskającej płomieniami wyobraźni, mającej służyć Wodzowi i Narodowi konsekwentną kreatywnością, trafiającą celnie do poruszonych serc. Nie jestem mężnym synem o fascynującym umyśle, który z pewnością przyda się przy budowaniu nowego porządku w wielkim, cesarskim świecie. Nie jestem zmysłową panienką o artystycznym zacięciu, będącą idealnym dopełnieniem kolejnego pokolenia szczęśliwych, czystokrwistych rodzin, dających kontynuację najlepszemu z narodów.
Jestem dziełem przypadku. Małą, drobną pomyłką. Drobiazgiem, kamyczkiem w doskonale dobranym, wojskowym bucie, wypastowanym na wysoki połysk. Niedopiętym guzikiem w wyjściowym mundurze. Krzywym mankietem, naderwaną haftką, źle przyszytym futrzanym kołnierzem, zwisającym smętnie u szyi niczym naszyjnik samobójcy. Czuję, że odstaję i chociaż na wspólnych, wyblakłych już od oglądania zdjęciach, zawsze pozuję na środku poważnej rodziny, to mam wrażenie, że zostałam tam umieszczona tylko z powodów technicznych: dolny fragment fotografii można z łatwością urwać, nie czyniąc krzywdy pozostałym von Liebenfelsom, a gdyby przypadkiem i to działanie wydawało się zbyt brutalne, przytknięcie się tlącego papierosa do mojej białej twarzy nie spopieli stojącego obok mnie rodzeństwa. Zamknęłam się w swoim własnym świecie, własnym obwodzie, własnej dziedzinie...lub raczej zostałam w nich zamknięta? Przez los, kapryśnie posyłający mnie w ramiona nazistowskiej rodziny? Przez biologię, iskrzącą życiem akurat to konkretne połączenie komórek? Przez boga, powołującego mnie do życia akurat tu i teraz, bym jak najlepiej spełniła postawione przede mną - niewyraźnie - zadania?
Nie wiem, ale często się nad tym zastanawiam. Nad tym i nad milionem innych rzeczy, wydarzeń, osób, historii, najczęściej bowiem siedzę i myślę. Obserwuję. Poddaje analizie. Wiążę, krzyżuje, wyciągam wnioski. Niekoniecznie sensowne, często niepoprawne, lecz nie przyznaję się do tego, przekonana o własnej nieomylności. Odziedziczyłam ją zapewne po ojcu, który nie ucieszył się z mojego pojawienia się na świecie. Nigdy nie powiedział mi tego wprost, ale mam zbyt dobry słuch, by ignorować podszepty monachijskiej służby, traktującej mnie od zawsze ze zbytnią czułością. Te pulchne kobiety o spracowanych rękach i smukłe panienki w wykrochmalonych fartuszkach dbały o mnie bardziej niż rodzice. Matki nie pamiętam, odziedziczyłam po niej tylko drugie imię i kunsztownie wykrojone, pełne usta; ojca praktycznie nie widywałam. Istniał wyłącznie w opowieściach, w fotografiach z oprawionych w skórę albumów, w mojej wyobraźni, spętanej dziecięcą tęsknotą. Odnajdywałam go tylko po niewyraźnych śladach - niemalże sieroca zabawa w chowanego. W ledwie wyczuwalnym zapachu wody kolońskiej, w świeżej szarości pyłu w mosiężnej popielniczce, w zdenerwowaniu służby, w perlistym śmiechu Lisbeth, która dostąpiła zaszczytu niedzielnego spaceru z pojawiającym się na kilka godzin ojcem.
Postronni - lekarze, krewni a zwłaszcza opiekunki - szeptali, że zachorowałam ze zgryzoty, że pozbawiona czułości matki straciłam siły życiowe. Bzdura, już wtedy wiedziałam, że szkarlatyna to nie wynik rozżalonej rozpaczy, wywołanej śmiercią rodzicielki a...równie żałosnym wypatrywaniem ojca. Nie wiem, skąd w moim umyśle pojawiła się ta prymitywna chęć kontaktu z mężczyzną. Wychowano mnie w normalnej rodzinie, gdzie głowa domu pracowała, nie zajmując się dziećmi i nie okazując im zainteresowania. Ja jednak coraz mocniej pogrążałam się w głupiutkiej chęci wtulenia policzka w szary mundur, pochwalenia się umiejętnością czytania czy po prostu wspięcia się na oparcie skórzanego fotela, by móc towarzyszyć ojcu w lekturze Poważnych Gazet. Właściwie cały czas choroby - kilka najmłodszych lat wyjętych z życiorysu przez wiecznie komplikującą się szkarlatynę - spędziłam właśnie na takich wyobrażeniach, coraz bardziej wnikając w szalony świat wyobraźni.
Choroba nie pozwoliła mi na korzystanie z radości wspólnej edukacji, odbierając mi także wiele młodocianych przyjemności. Porannego wstawania, szorstkich, drelichowych mundurków, włosów związanych w zbyt ciasny warkocz, nudnych lekcji historii, dziewczyńskich humorów, nerwowych chichotów na przerwach, dusznych sal i pretensjonalnych wierszy, deklamowanych przez wrażliwe koleżanki. Nigdy nie cierpiałam z powodu wyizolowania, po każdej towarzyskiej okazji dziękując ojcu za łaskę prywatnej nauki. Urodziny Lisbeth, odwiedziny dalekich kuzynów i inne kontakty z rówieśnikami długo odchorowywałam, zupełnie nie odnajdując się w świecie pełnym hałasu. A przecież nie spotykałam się z niewychowaną hałastrą a latoroślami godnych, szanowanych niemieckich rodów. Nie rozumiałam jednak ich rozmów, niezależnie, czy dotyczyły filmowych plotek, romantycznych liścików czy kwestii politycznych: siedziałam spetryfikowana, frustrując się coraz bardziej byciem pominiętą. Byłam przecież tą chorą, biedną Gittie. Bladą i słabą. Wątłym promyczkiem, niewidocznym przy trzaskającym wysoko ogniu pozostałego rodzeństwa, pełnego pasji, życia i dziwnej energii, nie objawiającej się w ekstrawertyzmie a aurze siły. Powinnam ich znienawidzić, lecz nigdy nie obdarzałam ich niechętnym uczuciem. Podziwiałam Franza, uwielbiałam każdą chwilę spędzoną z Wolfgangiem - naprawdę wiele mu zawdzięczam - i nawet Lisbeth, oczko w głowie ojca i córka idealna, jest mi niezwykle bliska. Ani razu nie pragnęłam obciąć jej złotych loków ani pociąć wystawnej, drogiej sukienki, jaką otrzymała od Ludwiga na urodziny. Zaakceptowałam swoją pozycję, która przecież nie była w żaden sposób nieprzyjemna. Otrzymywałam troskę i zainteresowanie starszego rodzeństwa, wokół mnie kręciły się najlepsze niańki, przebywałam pod czujnym okiem najbardziej doświadczonych lekarzy a arkana tajemnej wiedzy szkolnej pobierałam od doskonałych guwernantów. Głównie mężczyzn, przy kobietach zawsze płakałam, co w dzieciństwie uznano za wynik traumy po tak szybkiej utracie matki. Tak naprawdę po prostu tęskniłam za ojcem, wyimaginowanym bożkiem, zerkającym na mnie chłodno z wykradzionego mamie portfela zdjęcia. Łatwiej przenosiłam więc adorację na postawnych profesorów niż na miałkie kobiety. Dzielnie odrabiałam lekcje, nawet pomimo palącej gorączki, przygotowywałam teksty, prowadziłam obliczenia, wybiegając daleko poza ograniczony program nauczania. Chciałam więcej: początkowo więcej kontaktu z mężczyznami, odwiedzającymi salonik na piętrze, przeznaczony do mej nauki, lecz później zafascynowanie dużymi dłońmi, niskimi głosami i barczystymi sylwetkami stało się jedynie przyjemnym tłem wiedzy. Nie mogąc opuścić monachijskiej willi, wędrowałam palcem po zakurzonych mapach, z przejęciem słuchając o innych krajach, innych ludziach, innych kulturach. Nie interesowała mnie historia, ignorowałam współczesność, uznając ją za po prostu zbyt straszną - panicznie bałam się przeszłych batalii, w jakich mógł zginąć ojciec - oddając jednak swe serce geografii, matematyce i fizyce. Świat opisany za pomocą wzorów i ciągów przyczynowo-skutkowych okazywał się bardziej przystępny, oswojony przy pomocy przytulnych liczb. Mijały lata a ja ciągle ślęczałam nad rozwiązaniami, odległościami i projektami maszyn, podrzucanymi mi cichaczem przez Wolfganga. Lubiłam projektować, najpierw niepoprawne, niemające prawa unieść się nad ziemie skrzydlate konie - uwielbiałam jeździectwo, choć po raz pierwszy dotknęłam ciepłych chrap tego pięknego zwierzęcia dopiero dwa lata temu - później balony i zabawkowe, drewniane szybowce. Tworzyłam swój własny świat, uciekając z dusznych pokoi i szpitalnych sal, mając jednocześnie nadzieję, że takie męskie zacięcie przyciągnie do mnie zainteresowanie ojca. Ten pozostawał jednak daleki, obojętny, surowy. A im bardziej się oddalał, wymykając dziewczęcym marzeniom, tym bardziej go uwznioślałam, budując tęskny ołtarzyk już za życia.
Musiałam jednak odliczać dłużący się czas między krótkimi wizytami Ludwiga w domu. Z każdym kolejnym rokiem stawałam się zdrowsza, silniejsza - eksperymentalne leczenie, które najpierw prawie posłało mnie do grobu, przyniosło długo oczekiwane rezultaty - co jednak umykało mym opiekunom. Ciągle traktowano mnie jak dziewczynkę ze szkła, kruchą laleczkę, wymagająca szczególnej troski i izolacji. Zaczynałam jednak dojrzewać, pragnąc doznań innych od tych książkowych. Coraz częściej prosiłam Lisbeth o możliwość towarzyszenia jej na wyjściach i choć znosiłam je równie ciężko, co za lat dziecięcych, to z każdym kolejnym odwiedzeniem teatru i wystawy oddychałam coraz swobodniej. Przy zjawiskowej, kobiecej, krągłej starszej siostrze wyglądałam niezwykle blado, ale w ogóle się tym nie przejmowałam, chłonąc nowe bodźce. Tak długo trzymana pod kloszem zachwycałam się najdrobniejszymi detalami nieoszklonego, brudnego świata. Płatkami śniegu, roztapiającymi się na spierzchniętych wargach. Śpieszącym przechodniem z kołnierzem płaszcza zasłaniającym nos. Pijanej parze, śmiejącej się głośno na bulwarach. Brzydkim kundlem o skołtunionej sierści, biegnącym wesoło przez zatłoczoną ulicę. Czerwonymi płachtami oznaczającymi władzę, moc, triumf, wyższość. Nie podawałam w wątpliwość rodzinnej wiary w Hitlera, przyjmując ją za coś naturalnego. Trochę bałam się tak zjednoczonego tłumu, także i na podekscytowanych wiecach czując się wykluczona. Poza nawiasem, nie potrafiąca doświadczyć tej radosnej ekstazy, pełnej nadziei i lękliwego szacunku jednocześnie. Odgrywałam jednak z powodzeniem rolę przejętej córki wysoko postawionego wojskowego, choć przecież w ogóle nie znałam swojego ojca. Uroiłam go sobie, wykreowałam obraz idealnego opiekuna, wrażliwego artysty, czułego mężczyzny, skrywającego uczucia pod maską profesjonalnej obojętności. Przeglądałam stare albumy, podpytywałam dziadków ze strony matki, podsłuchiwałam rozmowy starszych braci, przyswajając wyłącznie te informacje, które mogły dodać kolejny bukiecik stokrotek na ołtarz pamięci Ludwiga.
Niewerbalne modlitwy zostały nagle wysłuchane. Coś się stało - czymś zawsze określałam niezrozumiałe polityczne i wojskowe wydarzenia, sprawiające, że częstotliwość widywania ojca malała wprost proporcjonalnie do niezrozumiałych zmian na frontach, barykadach czy też wierchuszkach władzy - i praktycznie z dnia na dzień zostałam zabrana z przerażająco znanego domu do całkiem innej rzeczywistości.
Nowy kraj. Nowy język. Nowi ludzie. Nowa willa na przedmieściach nowego miasta. Nowe zapachy w powietrzu: spalenizna, krzew jaśminu, roztrzaskana cegła, żelazo, wilgotne drewno. I woda kolońska ojca, najpierw ostra, wywołująca kaszel, a z czasem: cudownie niewyczuwalna. Wraz z czterdziestym rokiem nowego tysiąclecia i nowego porządku cesarskiego świata znalazłam się w mitycznym Paryżu. Uwolniona od nadopiekuńczych cioć i przejętych opiekunek, w końcu odetchnęłam pełną piersią, siedząc przy długim, pustym stole na przeciwko mojego ojca. Tylko my dwoje i miasto miłości - nie mogłam wymarzyć sobie tego doskonalej. Przestronna willa z obszernym ogrodem, wysoki żywopłot, mnóstwo krzewów i klasycznych rzeźb poustawianych przy fontannie. Podobno kiedyś, w plugawych czasach, posiadłość zamieszkiwał jeden z bardziej znanych francuskich artystów, ale nigdy nie dociekałam tej historii. Tworzyłam swoją, zachwycona świeżością Paryża. Zobojętniałam na zapach dymu, przestałam słyszeć niosące się z daleka krzyki i odgłosy strzałów, koncentrując się wyłącznie na tym, by stworzyć spracowanemu ojcu prawdziwy dom.

xxx

W międzyczasie, odkryłam kolejną pasję. Ogród stał się moim miejscem i choć miałam od tego pomocników, sama pieliłam, sadziłam i pielęgnowałam krzewy, ciesząc się z każdego puchnącego życiem pąka kwiatu. Piękne, kobiece zajęcie, pozwalające mi dłużej przebywać na świeżym powietrzu, aż do zmroku, gdy na tylną werandę podchodziło drugie, równie silne zainteresowanie. Bezpańskie, zagłodzone koty, zwabiane porcelanową miseczką z mlekiem, okazywały się niezwykle przyjacielskie.


Charakter

Pole opcjonalne, można zrezygnować z jego wypełnienia
.  

Ciekawostki

Znaki szczególne: niezwykle drobniutka, niziutka, filigranowa, o białej cerze, jasnych, niemalże wypłowiałych włosach, otoczona zawsze zapachem kontrastowych, ciężkich piżmowych perfum
Języki obce: x
Mocne strony: x
Słabe strony:x

x zawsze ubiera się na biało - białe jedwabne sukienki, białe wykrochmalone koszule, białe zwiewne spódnice, białe skórzane rękawiczki białe puchate sweterki, białe koronkowe bluzki, białe ciężkie futra, białe półprzeźroczyste halki...
x co w porównaniu z niezdrowo bladą, wręcz niebieskawą cerą, niezwykle jasnymi włosami i niewysokim wzrostem nadaje jej wyglądu panienki o dobrych kilka lat młodszej, niewinnego aniołka pobierającego jeszcze podstawowe nauki.
x randomowa ciekawostka numer trzy

Uwagi do Mistrza Gry

Prosiłabym o zostawienie w spokoju twarzyczki - poza tym pełna dowolność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Brigitte von Liebenfels - 45%
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: poza grą :: Archiwum :: Karty Postaci-
Skocz do: