IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Popincourt - Mieszkanie nr 23


Share | 
 

 Popincourt - Mieszkanie nr 23

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Pią Sie 26, 2016 2:39 pm



Mieszkanie nr 23

Mieszczące się w dość paskudnej kamiennicy 11 dzielnicy na prawym brzegu Sekwany mieszkanie jest, o dziwo, całkiem przyzwoite. Poprzednia właścicielka, przemiła staruszka o zerowym pojęciu o sztuce, wypełniła je głównie sentymentalnymi pamiątkami z młodości i pachnącymi naftaliną meblami. Od tamtego czasu wyposażenie nie było wymieniane w całości; nowe są za to łóżko i dziecięce umeblowanie pokoju młodszego z nowych lokatorów. Do nowych nabytków należą też porozstawiane po kątach sztalugi, walające się gdzieniegdzie pędzle i małe kubeczki farby, a także puste butelki po winie i powciskane do filiżanek z kawą niedopałki papierosów.
Okna wychodzą na mniej uczęszczany odcinek ulicy i fragment wyłożonego kostką skweru, z którego często dochodzą wrzaski bawiących się lub bijących się chłopców z sąsiedztwa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Sob Sie 27, 2016 11:06 pm

-Przestań, nie płacz, nic się nie stało, smarku.
Zbił kubek. Roztrzaskał dwa talerze. Nagle na matowym niebie podłogi pojawiły się skupiska gwiazd z potłuczonej porcelany, a Thierry wleciał prosto w nie i roztrzaskał je doszczętnie jak najdurniejsza w świecie rakieta.
I teraz płakał i krzyczał, łapiąc się za skaleczenie na pulchnej ręce, a Hugo czuł, jak paskudnie boli go głowa, i że przed oczami mienią mu się rzeczy, których chyba nie powinien widzieć. I że chyba tego konkretnego popołudnia palenie opium nie było najlepszą rzeczą, którą mógł zrobić, ale przecież było już za późno, i dlatego klął siarczyście, nie potrafiąc prawidłowo nakleić plastra na skaleczenie dziecięcej ręki.
I być może dlatego czuł się potem taki zmęczony. Nieludzko, nieziemsko zmęczony, całkiem szary w swoim zmęczeniu, i tylko przekrwione z niewyspania oczy lśniły w tej szarości brzydkim odcieniem czerwieni. Czerwone oczy i biała porcelana (resztki wepchnął pod stół i zabronił dzieciakowi zbliżać się do kuchni), i jeszcze trochę białej pościeli, w której potem leżał, próbując opanować dziwne, choć właściwie całkiem przyjemne zawroty głowy. Ogarniająca go duszna, lepka senność też była biała, i białe były słyszane z oddali, stłumione dąsy Thierry'ego, który chyba złorzeczył mu pod nosem (kto go tego nauczył?). Ostatnio cały świat wydawał się dziwnie wyprany z kolorów, chociaż Hugo rozpaczliwie nie chciał tego przyznać, i dlatego nieliczne stojące w mieszkaniu sztalugi były kanarkowo żółte, soczyście pomarańczowe lub zielone w jaskrawy, bolesny niemalże sposób. Nie dlatego, że kierował się jakimkolwiek życiowym sentymentem; zdążył się już nauczyć, że w szarych czasach te kolory sprzedawały się szybciej, łatwiej, i zdecydowanie drożej. I być może dlatego kanarkowo żółte były też podłogi mieszkania (zachlapał je farbą, poprzedniego wieczora próbując pod wpływem stworzyć impresję Paryża o poranku, bez skutecznie).
Bolała go głowa, a mieszkanie wokół niego zdawało się powoli pęcznieć i pożerać go jak potwór, pełen pustych butelek (chyba po winie, nie pamiętał, nie czuł już smaku) i marudnych dzieci z krzywo naklejonym plastrem i wojennej ranie na pulchnym ramieniu. Świat wciąż wirował, ale tym razem to nie było już przyjemne, bardziej przyprawiało go o mdłości i szyderczo śmiało mu się w twarz, informując, że tego dnia nie zdoła już niczego namalować ani niczego sprzedać.
I nie chciał; chciał tylko leżeć w białej chmurze pościeli i zamknąć pod powiekami czerwień przekrwionych oczu, a potem wpatrywać się nimi w sufit, długo, długo, i gonić pełznące przez szczeliny i żyrandol kolorowe plamy, które migotały zaczepnie i znikały coraz skuteczniej. Opium przestawało działać, a na kolejną dawkę nie było go przecież stać.
I ta myśl znowu była szara, siwa, popielata, i brzydka, brzydka, brzydka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Sob Sie 27, 2016 11:40 pm

Nuda miała mdły smak, więc znowu oblizałeś usta. Śmieszny ten twój tik, Nico. Niektórym kobietom wydaje się być całkiem ponętny, ale ty po prostu zbierasz smaki z krawędzi warg, szukając czegoś nowego. Ale zawsze jest to samo, sól. Przebija się nade wszytko, chociaż morze uderzające o słoneczne brzegi Marsylii musiałeś widzieć wieki temu, bo wszystko jest teraz szare i lepkie. Chociaż przyzwyczaiłeś się do Paryża to zimy oraz przedwiośnia tutaj są niemożliwe, obrzydliwie wręcz szarobure. Sekwana wygląda jak płynący mozolnie ulicami roztopiony śnieg. Nie ma a b s o l u t n i e żadnej różnicy. To straszne. Nie możesz uwierzyć, że ta woda mogła kiedyś płynąć w krystalicznie czystym prostopadłościanie basenu. Zaciskasz powieki, mocno. Odcinasz się od tego obelżywego wręcz dla ciebie widoku, od prawdziwej obrazy symfonii nieposkromionego żywiołu. Na szczęście zaraz skręcasz, skierujesz swoje kroki do dobrze znanego mieszkania w kamienicy. Ta myśl wypiera brudny widok rzeki, która przypomina ci o utraconym życiu, o byciu pożytecznym i zajętym, o wiecznie trzymającej się teraz ciebie nudzie.
Sam nie wiesz czego się spodziewać, tam zawsze spotyka cię coś innego. Jego życie w porównanie do twojego jest niezwykle barwne. Ty, Nicodème, plasujesz się gdzieś w palecie barw na poziomie kubeczka, w którym płucze się pędzel z farb. Spotkało się tak wiele farb, że teraz przypominasz jedynie nieciekawą, szaroburą wariację na temat brudu. Nie przypominasz sobie tego jednak. Myślisz o jasnym punkcie, o małym chłopcu u boku pożal się Boże przyjaciela, który ani trochę nie zasługuje na życie takie, jakie ma. Tego też jednak nie rozdrabniasz, bo zaraz dojdziesz do przykrego wniosku, że sprawiedliwość nie istnieje. Oczywiście wiesz to, ale udajesz głupiego, żeby chociaż trochę lżej szło ci się przez życie. Kłamstwo.
Widzisz już tę kamienicę, miejsce równie podejrzane, co okolica. Gdyby nie fakt, że jesteś tu częstym gościem to pewnie po twoim kręgosłupie pobiegłyby drobne dreszcze bardzo uzasadnionego strachu. Masz jednak to szczęście, że posiadasz łatkę stałego bywalca, co pozwala ci w spokoju osiągnąć swój cel, pokonać wszystkie stopnie i bez pukania wejść do środka. Prosta linia warg pęka w radosnym uśmiechu, kiedy widzisz małego Thierry'ego. Ten chłopak wydaje się rosnąć jak na drożdżach, za każdym twoim pojawieniem się wygląda o centymetr wyższy. Jednak mina ci rzednie, gdy podajesz mu z trudem zdobyte jabłko, a jego dłoń zdobi krzywo zaklejony plaster. Słuchasz wyjaśnienia bez mrugnięcia okiem, po czym odsyłasz go do swojego pokoju, chociaż i tak zaraz będzie głośno.
- Hugo, ty debilu, znowu brałeś - rzucasz tonem informującym, mając nadzieję, że twój donośny głos rozłupie mu bolącą czaszkę. Krzyżujesz ręce na piersi i spoglądasz na niego wyczekująco. Albo wstanie sam, albo ty mu pomożesz, powinien już to wiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Sie 28, 2016 11:20 am

Strzelał palcami, głośno, głośno, a huk tego wystrzału odbijał mu się w uszach i obolałej czaszce. I mógłby tak naprawdę- strzelać- stłuc tymi strzałami lampę, abażur, zatopić brudną podłogę w eksplozji jasnego jak gwiazdy szkła. Raz już przecież strzelił, i trafił, i przebił Ojczulka z całą jego dumą i złością, które wydostały się przez dziury po kulach jak sprężone w baloniku powietrze. I teraz też mógłby tak, strzelać do okien i do swoich złych oczu w lustrze, i do filiżanek, i do sufitu, i zostawić tam razdwatrzycztery otwory po kulach. Być może wtedy w jego życiu wydarzyłoby się w końcu coś naprawdę fascynującego. Może ten huk wystrzału w końcu zdołałby go obudzić z tego szarego, lepkiego marazmu, który wił się i kleił wokół niego jak pajęczyna. Monotonia paraliżowała go powoli i równie powoli trawiła, kolejna ofiarna tłusta mucha, która wleciała prosto w jej sprytnie zastawioną sieć. W końcu to ona, rutyna, pozwalała przetrwać w dzisiejszym świecie- ale Hugo nie wiedział już, czy właśnie takiego życia pragnął.
Nicodeme zapewne wyśmiałby go, gdyby mu o tym opowiedział. Wiedział, że to on kręcił się właśnie po brudnym mieszkaniu, chociaż nie zapukał. Tylko on jeden zawsze przedstawiał tą zadziwiającą beztroskę we wchodzeniu przez drzwi, kiedy miał ochotę, i wchodzeniu w jego życie, kiedy miał ochotę, a ta ochota nachodziła go zawsze w najgorszych możliwych momentach. Tak jak w tym momencie, kiedy jeszcze lepko, słodko kręciło mu się w głowie od opium i chciał tylko spać, a nie rozmawiać z kimś, kto zawsze próbował wyciągnąć na powierzchnię zatopione w nim gdzieś dawno resztki rozsądku. Nie chciał być rozsądny. Chciał, żeby Thierry przyniósł mu papierosy i wreszcie ucichł, by pozwolić mu spać. Żeby wszyscy ucichli; czcze pragnienie. Skoro jego przyjaciel już tu był, czekało (ich oboje) wyjątkowo głośne popołudnie.
Skrzywił się, wydając z siebie coś pomiędzy jękiem, westchnieniem a warknięciem, kiedy spektakl rozpoczął się wreszcie gromkim przywitaniem. Koszmarnie bolała go głowa i miał ochotę zasnąć, otulony przyjemnie białą chmurą pościeli i upojenia. Jednak chmura ta zaczynała nasiąkać kruczym granatem i gromadziła się nad jego głową, zwiastując burzę, na którą chyba nie czuł się gotowy.
-Powiedziałbym, żebyś się pieprzył, Nico- wymamrotał jeszcze słabo i sennie, próbując (bezskutecznie zresztą) magicznie wytrzeźwieć.- Jednak biorąc pod uwagę, że jesteśmy tu tylko we dwoje, i to w mojej sypialni, chyba sobie tego oszczędzę.
Przez chwilę mgliście spróbował zlokalizować Thierry'ego; nie słyszał jednak jego zrzędzenia przy drzwiach, co najpewniej znaczyło, że przyjaciel zdążył już odesłać go do pokoju. Sprytnie.
-Trochę kultury, Żabko- Tym razem sił starczyło mu już na bycie zgryźliwym, kiedy podjął trud podniesienia się z pozycji leżącej do chwiejnej, niepewnej półsiedzącej.- Niegrzecznie jest nazywać gospodarza debilem na środku jego włości.
Robił się zły; być może dlatego, że opiat przestawał działać, może dlatego, że głowa pulsowała jeszcze echem jego głosu, być może dlatego, że nie życzył sobie sterczących tuż nad nim wyrzutów sumienia.
-Nie brałem- Skłamał więc na przekór wszelkiej logice, tylko po to, by zrobić światu na złość. Jak zawsze.- A Ty znowu nie zapukałeś do drzwi.
Nie, żeby szczególnie go to dziwiło. Nie miał jednak sił znaleźć jakiegokolwiek innego kontrargumentu; słowa zdawały się złośliwie krążyć mu tuż koło nosa, jak tłuste, leniwe muchy, których nie mógł ani przegnać, ani pochwycić. Nie miał ochoty rozmawiać- miał ochotę na sen. Ale tego, jak wiedział, nie miał prędko osiągnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Sie 28, 2016 2:47 pm

Nie umiesz sobie odmówić. Jesteś głupi w tym przekonaniu, Nico, chociaż to szlachetna głupota. I to wcale nie tak, że przyjaźnisz się z nim z tej potrzeby uratowania go. Po prostu go polubiłeś, sam nie masz pojęcia jak to się stało. Przecież ten człowiek wydaje się prosperować tylko na dwóch płaszczyznach; kochaj albo nienawidź. A ty się wyłamałeś, postanowiłeś go tylko, aż, lubić. Więc walczysz dalej, z nim, ze sobą, z tym niszczącym nałogiem i nadal wpychasz się brudnymi od roztopionego śniegu butami w jego życie. Czasem masz wrażenie, że jest zbyt miły albo zbyt zawiany, żeby cię odprawić, ale z drugiej strony wiesz przecież doskonale, że Hugo nie przebiera w słowach. Gdyby naprawdę cię nie chciał to już dawno by cię tu nie było.
A przychodzisz, wciąż bardziej do niego niż, jak sobie wmawiasz, to tego małego Thierry'ego, który ma skaranie boskie z tym żałosnym artystom. Podobno takie zachowanie to domena artystycznych dusz, ale chyba nie możesz tego zrozumieć. Ty, Nicodème, jesteś sportowcem (teraz już jakby emerytowanym, ale nie dopuszczasz do siebie tej myśli), a więc kimś będącym czystym zaprzeczeniem sztuki. Jesteś składową powtarzalnych do bólu zachowań, milionów przepłyniętych długości basenów, wyrobionych monotonią mięśni. Jesteś tym wszystkim, a jednocześnie masz wrażenie, że jesteś nikim. To smutne, prawda? Przez te wszystkie tony przeczytanych książek znasz mnóstwo barwnych określeń, które nigdy nie będą mogły cię dotyczyć.
Dlatego skupiasz się na swojej uroczej misji ratowania świata. Konkretnie tego tylko jednego, bo tonąca Francja wyjątkowo jest ci coś dziwnie obojętna. Krzyżujesz więc ręce na piersi i przyglądasz się z nieodgadnioną wyjątkowo miną krzywiącemu się przyjacielowi. Wewnątrz rozpiera cię satysfakcja z osiągniętego celu, ale w ogóle nie dajesz po sobie tego poznać. To zaledwie jedno zwycięstwo w tej nieustającej wciąż batalii i niestety nie przechyla ono szali na twoją korzyść.
- Nie martw się, nic ci nie grozi. Wolę, kiedy druga strona jest świadoma tego, co robię - odpowiadasz spokojnie na tę mało udaną prowokację. Kiedy jest trzeźwy dogryzanie wydaje się o wiele bardziej żwawe, a póki co masz tylko przed oczami cień człowieka próbujący zebrać się do kupy. Zresztą z niezbyt dużym efektem.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę, że wiesz co to kultura i dostanę zawału przez to zaskoczenie - drwisz sobie z niego otwarcie, bo przecież znasz go wystarczająco dobrze. To nie twoją domeną jest przeklinanie i nieobyczajne zachowanie, ale Voltaire zdaje się bardzo starać, aby budzić w tobie te zazwyczaj uśpione cechy. Próbujesz się opierać, tylko to skrajnie nieodpowiedzialne i przystające szczeniakowi zachowanie jest naprawdę męczące. Ile on tak może? Do śmierci?
- Nie pukałem, ale w porównaniu do ciebie umiem przyznać się do swoich czynów. - Przyglądasz mu się jeszcze chwilę, po czym obracasz się na pięcie i wracasz do kuchni. Odnalezienie jakiejkolwiek szklanki zajmuje chwilę, ale w końcu się udaje napełnić ją nawet wodą, po czym wrócić do sypialni. Oczywiście jak na wspaniałego przyjaciela przystała oblewasz go zimną jak powietrze na ulicach wodą, aby przywołać do rzeczywistości.
- Mówiłem ci, żebyś nie brał w ciągu dnia. - Najlepiej, żebyś w ogóle nie brał, ale taktownie przemilczałeś to pobożne życzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Sie 28, 2016 8:39 pm

A może jeszcze spał?
Może już spał, i śnił dziwne sny, których nie chciał zrozumieć. Śnił mu się brzydki plac, a na tym placu ładny chłopiec, który zdeptał mu palonego wtenczas papierosa i uparcie nie chciał mu go później odkupić. I deptał mu potem jeszcze wiele, wiele rzeczy w życiu. Dumę, na przykład (nie mógł podejrzewać, że właśnie poznał złotego medalistę berlińskich Igrzysk, który tamtego jednego dnia osiągnął więcej, niż Hugo w całym swoim życiu). Potem zaczął deptać też poglądy. Do tej pory zwyczajnie nie lubił ludzi, nie chciał ludzi, i o ile mógł się do nich ładnie uśmiechać, zawsze wkrótce po tym był dla nich całkiem brzydki i paskudny, odgradzając się od nich całą Sekwaną swojej oschłej niechęci. Nie planował dla nich miejsca w swoim świecie farb, opium i dziecka, które, jak święcie wierzył, podrzuciła mu do gniazda niegdyś wyjątkowo okrutna kukułka.
Mógł rozmawiać z innymi ludźmi. Mógł się do nich uśmiechać, do kobiet czarująco, powabnie, do mężczyzn pogodnie i tylko odrobinę drwiąco. Mógł zapraszać ich na wino i na whisky, albo mógł proponować im papierosy, chociaż zawsze cierpiała wtedy jego duma i jego kieszeń. Mógł malować dla nich obrazy, mógł malować ich na obrazach, mógł im te obrazy później sprzedawać i przyjmować od nich ich pieniądze. Mógł też palić z nimi opium, mógł całować piękne kobiety, mógł zapraszać je do łóżka, ale nigdy nie zapraszał nikogo do swojego życia.
Nicodème, jak mniemał, zaprosił się do niego sam. Sam wysłał sobie zaproszenie i sam je przyjął, wkraczając na szalone przyjęcie, jakie od zawsze stanowiło jego życie, zaskakująco tanecznym krokiem. I potem tym tanecznym krokiem deptał wszystko, wszystko, co tylko mógł zdeptać, być może zmieniając ten sen w koszmar- ale Hugo i tak nie kwapił się, by finalnie go wyprosić.
Bez niego... bez niego i jego marudzenia tuż nad uchem za każdym razem, kiedy choćby podejrzewał go o zażycie opium, stawało się już prawie nudno.
Co nie zmieniało jednak faktu, że nie chciał się dla niego budzić, nie teraz, kiedy świat miękko tracił kontury i wyostrzał się nagle, boleśnie. Błoga senność pryskała jednak szybko, spłoszona irytującą siłą jego głosu, który jak zawsze przyjął zgryźliwy ton. Hugo przez chwilę miał dziecinną ochotę pokazać mu język; ten gest zbytnio upodobniłby go jednak do tego cholernego utrapienia zwanego jego synem, dlatego zrezygnował szybko, jedynie z irytacją kręcąc głową.
-Świecisz przykładem, dobre dziecko- wymamrotał gniewnie, choć sennie, pod nosem.- Nie zapomnij zawiesić mi na ścianie swojego krzyżyka, zanim wyjdziesz, to może Twój ładny Bóg oświeci też mnie.
Przez chwilę jednak był skłonny mu wybaczyć; jedną, krótką chwilę, w której wydawało się, że tym razem Nico zdecyduje się podnieść go, zamiast podeptać, i dlatego uśmiechnął się krzywo na widok szklanki. Spróbował sięgnąć po nią drżącą dłonią prawie dokładnie w tym samym momencie, w którym na głowę lunął mu zimny, przenikliwy deszcz.
-Dupek- parsknął, nagle nieprzyjemnie otrzeźwiony, wypluwając wodę, która zdołała się przedostać do ust. Powracająca szybko rzeczywistość znów była szara i brzydka, i czuł, że to wprawia go we wściekłość.- Z naszej dwójki to Ty lubisz wodę, najgorszy przyjacielu na całym pieprzonym świecie.
Podziałało jednak na tyle skutecznie, by poderwać go z miejsca, i by szalenie odpowiedzialnie wyrwać mu z ręki szklankę. I by odstawić ją na komodę- spróbować- a potem rozbić ją na milion kawałków, kiedy drżąca jeszcze ręka zawiodła.
-Dopisz to sobie do rachunku zaraz za papierosem- mruknął ze złością, niedbałym gestem zbierając okruchy w jedną stertę, zupełnie tak, jakby ostre krawędzie nie mogły go zranić. Nie mogły?- Mówiłeś, tatku. Nie obiecywałem poprawy.
Pokręcił jeszcze głową, wciąż dotkliwie zły, na tyle zły, by spojrzeć na niego jedynie przez ramię.
-Zemsta za dzieciaka? Sam wbiegł w tamto szkło, nie miałem z tym nic wspólnego- Rzucił prowokująco, tym razem odrobinę bardziej trzeźwy. I odrobinę bardziej gotowy do kłótni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Sie 28, 2016 11:17 pm

Nigdy nie byłeś wzorem. Tak naprawdę mało kto jest wart naśladowania w całości, wszyscy mają wady. Ty też je masz, Nico. Możesz być wspaniałym pływakiem, wytrwałym w postanowieniu, konsekwentnym w swoich działaniach. Nigdy nie wpadłeś w szpony nałogu alkoholowego czy tytoniowego, zbyt silny, aby się temu poddać. Ale spójrz obiektywnie, dlaczego tak się stało. Znasz odpowiedź. Potrafisz być niezwykle samolubny. Wynieść swoją sylwetkę na prywatny piedestał, ustanowić siebie samego za cel i do niego dążyć. Bycie sportowcem wymaga poświęceń, a tobie przychodziło to bez większego problemu, bo chciałeś być najlepszy. Być może dlatego nigdy nie miałeś wcześniej przyjaciela. Ani w Marsylii, ani tutaj na miejscu, kiedy twoje myśli kręciły się tylko wokół jednego celu - zwycięstwa. Tylko co ci to dało? Czy ten zimny kawałek metalu wetknięty w głąb szuflady nadal napawa cię taką satysfakcją jak kiedyś?
Ale teraz oprócz niego masz też przyjaciela. Może nie jest on najlepszym człowiekiem na ziemi, może nie jestem osobą, za którą inni chcieliby przyjaciela uważać, ale nie szkodzi. Jest twój własny, prywatny. Oczywiście wiesz, że musisz się nim dzielić. Nie chodzi o Thierry'ego, z nim jesteś w stanie dzielić się Hugo bez mrugnięcia okiem. Chodzi o tych innych, którzy znają go dłużej, lepiej, bardziej niż ty. O tych, którzy wciągali z nim opium, którego ty nawet teraz nie tkniesz palcem, tych, pijących z nim hektolitry alkoholu i prowadzących niedorzeczne rozmowy do białego rana. Ty tak nie potrafisz, nigdy taki nie będziesz. Możesz o tym, co najwyżej przeczytać w książkach, które pochłaniasz dla siebie i na potrzebę studiów, które kochasz i nienawidzisz jednocześnie. Możesz to sobie wyobrażać skrobiąc piórem po papierze, który potem wpychasz w szuflady obok zapomnianego medalu. Śmieszny jesteś, ale przynajmniej umiesz nad sobą zapanować. Nie musisz zaciskać warg ani przymykać oczu, aby ukryć przepływające przez ciebie emocje. To chyba u was rodzinne, w końcu nie bez powodu twoja ukochana siostra jest aktorką. Ty też mógłbyś zrobić karierę, gdybyś chciał. A tak używasz swojego talentu, aby zatuszować swoją reakcję na słowa, o których nie chcesz dyskutować. Są pewne sprawy, jakich warto nie poruszać, bo co innego zwykłe utarczki, a co innego dyskusje poglądowe z naćpanym kompanem. Na szczęście atmosfera, przynajmniej dla ciebie, rozrzedza się, kiedy Hugo otrząsa się z wody niczym pies, co jest doprawdy rozczulającym widokiem. Tym razem nie powstrzymujesz szerokiego, radosnego uśmiechu pełnego rozbawionej satysfakcji.
- Właśnie widzę, że jesteś z nią w stałym konflikcie. Kąpiesz się i sprzątasz czasem? - pytasz, rozglądają się po tej uroczej sypialni, w której jedynie pościel wydaje się naprawdę czysta. Dlatego kiedy zdejmujesz już swój płaszcz to decydujesz się usiąść na łóżku. Tylko twój spokój roztrzaskuje się zaraz niczym ta szklanka na podłodze. Gwałtownie odwracasz głowę i przyglądasz się swojemu najgorszemu przyjacielowi na świecie. Wzdychasz ciężko, jakbyś rzeczywiście był takim tatkiem, a on nieszczęsnym urwisem. Podnosisz się więc ze swojego przytulnego miejsca i podchodzisz do niego, wyciągając rękę w jego kierunku.
- To nie ja zbiłem tę cholerną szklankę, a w kuchni nie zbił go Thierry. Pokaż, czy szkło nie zostało w ranie - mówisz tonem trochę zmęczonego rodzica, ale przyglądasz mu się czujnie, oczekując oznak buntu albo współpracy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Pon Sie 29, 2016 12:59 pm

Wielu rzeczy nie rozumiał. O sobie. O nim.
Dlaczego wciąż tu był, tak na przykład. Szczególnie, że jego wizyty z zadziwiającą częstotliwością wypadały właśnie w tych (nie)licznych momentach, kiedy Hugo próbował posklejać rozbite talerze i rozbite dni, tonące gdzieś w tych mglistych, dusznych oparach opiatów. I wtedy obecność Nico też wydawała mu się jakoś duszna- ale być może w ten przyjemny, ożywczy sposób, który nakazywał wyrwać mu się z tej duszności i zaczerpnąć wreszcie świeżego powietrza.
Nie, żeby to zawsze było przyjemne. Czasem wolał takie życie-nieżycie, w którym pił dużo wina i głośno śmiał się z rzeczy, które tak naprawdę wcale nie go nie bawiły. Bon vivant z papierosem między ustami, z ręką na kibici dziewczyny, której imię zapomniał zaraz po tym, jak się przedstawiła. Czasem miał jeszcze na twarzy i dłoniach plamy po farbie, ale to było w porządku, bo wyglądał tak bardziej dostojnie, artystycznie i parysko.
A Nico nie był przecież artystą. Nie palił papierosa, nie pozwalał upić się winem (ani sobie, ani jemu, nawet, jeśli wtedy wściekał się i groził, że rzuci w niego kieliszkiem). Być może nawet nie wykorzystywał kobiet z taką łatwością i przyjemnością, jak on, ale tego jednego nie wiedział, o to jedno nie pytał.
On tylko był, pieprzony sportowiec ze swoim pieprzonym złotem medalem, w samym środku Paryża, a Niemcy wciąż nie rozumieli, że musieli wynieść się stąd do czasu następnej olimpiady. Bo Nico przecież tam właśnie musiał się znaleźć, żeby znowu wygrać, i potem nabijać się z niego do końca wojny, a może do końca świata, machając mu tym medalem tuż przed nie do końca przytomnym wzrokiem. Chociaż może lepiej, aby akurat tego jednego dnia był w pełni przytomny; inaczej być może zamiast wodą oberwałby wtedy olimpijskim złotem.
Przez chwilę miał nieodpartą ochotę odwdzięczyć mu się za tę wodę, która wciąż ciurkiem spływała mu za kołnierzykiem koszulki. I za ręce, które zaczęły go piec, nagle, nieprzyjemnie, złośliwie przypominając, że stan nieśmiertelności zdążył już minąć. Znowu był tu, na ziemi, w brudnym paryskim mieszkaniu, z rękoma upstrzonymi odłamkami lśniącej figlarnie szklanki.
I chciał powiedzieć Nicodemowi, co o tym wszystkim myśli- o tej ziemi, o tym mieszkaniu, o tej szklance-  zdążył już nawet zmarszczyć gniewnie brwi w wyrazie skrajnej irytacji. I wtedy całe zaczerpnięte w zapowiedzi tyrady powietrze umknęło nagle, kiedy roześmiał się głośno, za głośno, aż zabolała go głowa.
-Pachnę jak róże i Chanel, przyjacielu- Spróbował go skarcić, ale całe napięcie już dawno uciekło, rozbite w proch i w pył razem z tamtą szklanką.- To, co tu widzisz, jest porządkiem w oczach artysty. Chociaż nie wątpię, że gdybym miał siostrę tak piękną, jak ta Twoja, z pewnością byłoby tu ładniej.
Odwrócił się, stając dokładnie naprzeciwko niego i posyłając mu pewny siebie uśmiech satysfakcji, chociaż oczy zdążyły już rozbłysnąć zadziornym rozbawieniem. Wciąż kierowany podszeptem szczeniackiego rozbawienia westchnął głośno, i, wykorzystując zmniejszający się dystans, wolną dłonią lekko strzelił go w bok głowy.
-Odczep się, tatku, jestem już dorosły- jęknął, jednak posłusznie i jedynie odrobinę niechętnie podał mu dłoń. Na ten jeden dzień dość miał zimnych pryszniców za nieposłuszeństwo.- Więc jaki werdykt, będę żył?
Sceptycznie uniósł jedną brew, płynnie zmieniając temat.
-Dzieciak płakał jeszcze, kiedy przyszedłeś?- Zapytał, pozorną nonszalancją przykrywając cień zmartwienia. W ostateczności potrafił się poczuwać odpowiedzialny za to, co żyło pod jego dachem. Od czasu do czasu, rzecz jasna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Pon Sie 29, 2016 7:23 pm

Sam nie wiesz, dlaczego ciągle do niego przychodzisz. Bo to, że prowadzisz prawdziwą walkę z wiatrakami wiesz już od dawna. Praktycznie od początku, od tamtego dnia na placu, kiedy zabrałeś mu papierosa, którym dmuchał ci bezczelnie w twarz. Z każdą mijającą jednostką czasu utwierdzałeś się w przekonaniu, że ta bitwa nie może zakończyć się tryumfem. Tylko Nicodème Tasse nigdy nie przegrywa. Porażka nigdy nie była twoją opcją. Jedyną, którą kiedykolwiek odniosłeś była ta decyzja o zanurzeniu się w morzu dawno, dawno temu. Pokonał cię wtedy żywioł, o mało nie odebrał tej nieprzyjemności życia. Uraz był bolesny, ale później ojciec pokazał ci, że to nie jest odpowiednia droga. Być może właśnie on ukształtował w tobie ten niemalże ośli upór, dzięki któremu zdobyłeś to olimpijskie złoto, a teraz nie ustajesz w walce z Hugo.
Chociaż to dziwne, nie sądzisz? Podobno naszych bliskich kochamy za to, jakimi są. Obojętnie, z ich wadami i zaletami, po prostu bierzemy cały pakiet. A ty nie potrafiłeś. Zamiast tego próbujesz go zmienić, nieustannie. Ale przecież z dobrej woli. Chcesz to zrobić dla niego samego, dla Thierry'ego. Kłamstwo. Doskonale wiesz, że robisz to dla siebie, jesteś niezwykle samolubny. Masz niewielu bliskich. Jego, Anais, a reszta to tylko tłok bezimiennych twarzy, mniej istotnych. To ich chcesz zatrzymać dla siebie, jak najdłużej, jak najbliżej. Nie dzielić się nimi z nikim. Zawsze byłeś niewdzięcznym dzieckiem, Nico, ale przyznaj - nigdy ci to nie przeszkadzało.
Nie sprawia to jednak, że traktujesz swoje zabawki jakoś wyjątkowo. Zwłaszcza uroczego Voltaire'a, który nigdy specjalnie nie odwdzięczyłby się za głaskanie po główce. Nie potrzebował tego, bo najpewniej zabiłby cię za to śmiechem. Zresztą to byłoby zupełnie dla ciebie nienaturalne, a ty nie zwykłeś zginać karku i zachowywać się tak, jak oczekiwaliby tego inni. Nigdy nie byłeś przykładnym dzieckiem, lista grzechów nieustannie się wydłuża, a podobno taki z ciebie chrześcijanin.
Wydymasz lekko wargi w rozbawieniu słysząc tę niezwykle naturalną reakcję swojego przyjaciela, który nie zwykł przecież tak się odsłaniać. Zazwyczaj prezentował zgoła inną mimikę, ale ty przecież jesteś wyjątkowy, możesz oglądać te drogocenne klejnoty. Szkoda tylko, że tak słabo potrafisz je docenić, bo jak się odzywasz to brzmisz jakbyś chciał koniecznie zmazać mu ten wyraz z ust. Ale to po prostu zwyczajowa reakcja. Dzień, jak co dzień.
- Róże, które ukradłeś dla kobiety, której perfumami przesiąkłeś w jej pościeli? -drwisz sobie z niego, przecież ten scenariusz ma już miliony lat, a nadal działa. Aż śmieszne. - Nie wysługuję się Anais, nauczono mnie starożytnej sztuki sprzątania po sobie. - W porównaniu do niektórych, niestety. Widocznie nie wtajemniczono to także w tajniki dobrego wychowania. Krzywisz się lekko, gdy ten sprzedaje ci kuksańca w głowę niczym gnuśny czterolatek. Naprawdę czasem czujesz się jak jego ojciec. Dlatego nie komentujesz, skupiasz się na oglądaniu drobnych ranek. W jednej z nich coś lśni w świetle, więc podnosisz ją do ust i dmuchasz, aby usunąć paproch. Następnie z radosnym uśmiechem przybijasz mu siarczystą piątkę i wypuszczasz trzymaną dłoń. - Niestety, widocznie zbyt wiele kobiet nie zaznało smaku twoich ust. - Wiesz, że bycia seryjnym kobieciarzem się nie oduczy. Zresztą w tej kwestii nie stanowisz specjalnego wzoru.
- Nie. Ucieszył się, bo przyniosłem mu świeżutkie jabłko. - Spoglądasz na niego krótko, zaskoczony tą zmianą tematu. Odwracasz się i znów rozsiadasz na łóżku. - To dobry dzieciak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Pon Sie 29, 2016 10:20 pm

Całe jego życie od zawsze wyglądało jak walka z wiatrakami.
Z wieloma rzeczami walczył, z niewieloma jednak wygrywał. Od zawsze dobrze mu szła walka o życie; w ostateczności wciąż tu był, w brudnym mieszkaniu, w brudnej pościeli, oddychając (za) głośno i z bijącym (za) szybko sercem. Umiał też walczyć o to, by jego łóżko rzadko kiedy stało puste i zimne (ciepło kobiecych ciał szybko i łatwo przenikało pościel, zdążył to sprawdzić), albo o to, żeby jego syn brat nie znosił go do szpiku małych kostek.
Te walki wygrywał, ale przegrywał przecież inne, tyle innych. Całe wojny i batalie o to, by pozostać trzeźwym (właściwie nie był pewien, czy kiedykolwiek naprawdę tego chciał), by nie pozwolić pożreć się szarości paryskiej ulicy, by przestać tłuc w gniewie rzeczy, których potem potrzebował, i których przecież nie mógł już odkupić ani posklejać. Przegrywał też, być może najbardziej boleśnie, w kontaktach z ludźmi, tych zdrowych kontaktach, które nie kończyły się w łóżku ani na dnie butelki.
A jednak Nico wciąż tu był. Cholerny zbawiciel. Być może powinien był wybudować mu pomnik, ufundować tablicę, być może prywatną kaplicę. A przecież Nicodème, jak na złość, wcale tego nie pragnął, i czasem Hugo nie rozumiał już całkiem jego intencji. Dlaczego wciąż tu przychodził, do krainy brzydkiej pościeli i brzydkich słów, do brzydkiego zapachu opium i papierosów, którego przecież nie mógł wdychać- bo więcej przecież nie mógł mu dać. Nie miał i nie potrafił. Potrafił tylko malować mu obrazy, i wszystkie obrazy dla Nicodèma Tasse były błękitne. To jedno mógł mu dać za to (nie?)potrzebne zbawienie. Błękit morza i wody w basenie, błękit, który kiedyś podarował mu olimpijskie złoto, i błękit oczu patrzących na niego z pretensją.
Nie był sentymentalni, obaj nie byli. Ten błękit musiał mu wystarczyć.
Czasem miał ochotę podarować mu też swoje życie. Na dzień, może dwa. Oddać mu to mieszkanie, wcisnąć mu woreczek opium, włożyć do dłoni pędzel i farbę i z dziecięcą ekscytacją oczekiwać, aż zobaczy. Aż wreszcie spojrzy na świat tak jak on, i zrozumie te wszystkie kolory, i pokocha przyjemną, narkotyczną senność, opiatyczny niebyt o mdłym posmaku wczorajszego wina.
Ale nigdy tego nie zrobił, dręczony podskórnym uczuciem, że Nico wciąż pozostawał zbyt dobry i zbyt rozsądny na to, by stać się nim.
-Dupek- Powtórzył, już się nie śmiał, chociaż usta i tak formowały ten drwiący wyraz przypominający rozbawienie.- Ale za to bystry dupek. Pomyliłeś się tylko w jednym; te róże nie były kradzione.
Kolejny przytyk zbył cierpkim skrzywieniem, zbyt zajęty obserwowaniem toru własnej ręki zbliżanej do jego ust. Po palcach mimowolnie przeszedł mu dreszcz i przykurczył je do siebie, przypadkowo zahaczając kciukiem o jego usta, ciesząc się, ze nie rozciął mu wargi ostrą krzywizną paznokcia. Chociaż właściwie układ krwi za krew wydawał mu się całkiem sprawiedliwy.
-Duże dziecko- Z ubolewaniem pokiwał głową w reakcji na przybijaną piątkę, kryjąc rozbawienie za fasadą politowania.- Nie martw się, nadrobię te braki. Myślisz, że Anais zechce mi w tym pomóc?
Tym razem już uśmiechnął się, znów zaczepnie. Nie miał zamiaru całować jego siostry- była mu zbyt droga na to szczeniactwo- ale to już też stawało się ich tradycją.
-Nawdychaj się Chanel- mruknął, ruchem podbródka wskazując mu leżącą na łóżku pościel, po czym skrzywił się lekko.- Dobry, dobry. Ty i on, obaj jesteście tacy dobrzy i święci, tylko ja gram w tej bajce tego złego, tak?
Wzruszył jednak ramionami; zdążył polubić tę rolę.
-Przyszedłeś tu głównie z powodu jabłka czy głównie z powodu opium?- Uśmiechnął się cierpko.- Mogę zapalić?
Chyba znał odpowiedź, ale ból głowy stawał się coraz dotkliwszy, więc był gotów zaryzykować. Nawet w wypadku odmowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Wto Sie 30, 2016 7:32 pm

To śmieszna zależność, nie uważasz?
Kiedy powiesz komuś, że jesteś wierzącym to bardzo często z góry uznaje cię za dobrą osobę. Za kogoś kroczącego zalaną blaskiem dobra ścieżką, o prawym sercu i szczerych intencjach. Dodaj jeszcze fakt o byciu sportowcem, co w mniemaniu wielu osób równa się wielu wspaniałym cechom. Gówno prawda, ty wiesz o tym najlepiej. Wiara w istnienie Boga nie równa się wspaniałemu oświeceniu i sercu przepełnionemu miłosierdziem. Przykro mi to mówić, ale wręcz mija się z tym. W końcu masz możliwość późniejszego rozliczenia się z wszystkich tych grzechów. Jakie to wygodne. Tylko ile można tłumaczyć to wszystkim ludziom? No nie da się po prostu, muszą się na własnej skórze przekonać, że taki Nico nie jest święty za życia. Nie szykuje się zresztą, żeby po śmierci miało się to zmienić. Bo chociaż nie jesteś najgorszą szumowiną, chociaż posiadasz zalążki sumienia to nie jesteś dobry. Jesteś popsuty w środku w sposób, którego sam nie potrafisz zdefiniować. Dlatego nie możesz powiedzieć, że jesteś lepszy od takiego Hugo chociażby, bo nie byłaby to prawda.
Bo możesz być niezwykle samolubny, ale posiadasz jeszcze samokrytycyzm i umiesz spojrzeć w taflę lustra wyłączając wszystkie emocje. Wiesz, co robisz z kobietami, jesteś miły i szarmancki, ale żadnej nie potrafisz zatrzymać przy sobie na dłużej. Jak gdyby twoje serce posiadało jakiś defekt mimo bicia całkiem normalnie, a może nawet ponadprzeciętnie silnie. W końcu jest sercem sportowca. Trochę bezdusznego, trochę obojętnego, trochę pozbawionego celu. Być może właśnie dlatego nigdy nie spojrzysz na życie w sposób, jaki robi to Hugo i właśnie dlatego chcesz być tak blisko niego. Żeby spróbować jak to wszystko smakuje.
Uśmiechasz się więc lekko, cieniem wręcz, gdy ta obelga spływa po tobie. Cóż, nie raz coś takiego słyszałeś. Za podkreślenie bystrości kiwasz odrobinę głową, jakby w parodii ukłonu. Nie trudno było to zgadnąć, już trochę się przyjaźnią. Co w sumie jest dla niego dużym zaskoczeniem, bo dwie osoby różniące się tak bardzo powinny już dawno walczyć na śmierć i życie. Ale nie, ty ze swoim kompleksem bohatera dalej trwasz. Co prawda masz chwile zawahania, kiedy taki to padalec zdradziecko drapie cię po ustach, kiedy próbujesz mu z dobrego serca pomóc. Może lepiej było pozwolić, żeby dostało mu się zakażenie albo coś innego, równie nieprzyjemnego. Prychasz na niego, gdy wspomina twoją siostrę w taki sposób. Chcesz mieć ich oboje, ale nigdy razem.
- Prędzej urąbie ci głowę. Z naszej dwójki ja dostałem cały zapas cierpliwości - odpowiadasz obojętnie, nie pokazując jak zwykle po sobie, że jego słowa w jakiś sposób na ciebie wpłynęły. Bycie nieprzeniknionym to przydatna rzecz. Omija cię wiele niewygodnych pytań.
- Ja tego nie powiedziałem. - Bo przecież nie powiesz mu, że tobie też daleko do świętości, przecież w ogóle ci nie uwierzy. - Nie uwierzysz, ale chciałem zobaczyć twoja parszywą mordę. - Unosisz lekko brwi spoglądając na niego. - Już żałuję. I pal, przecież jesteś panem na włościach. - Zsuwasz się z łóżka o wątpliwym zapachu Chanel i potu, po czym człapiesz z powrotem do kuchni. Tym razem chcesz znaleźć kawę. Dla siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Sro Sie 31, 2016 3:25 pm

Nie spowiadał się. Może nigdy. Omijał kościoły szerokim łukiem, zupełnie tak, jakby wierzył, że bijący z nich blask i święcona woda rzeczywiście poparzą boleśnie ukrytego w nim diabła (i być może miał rację?). Nie potrzebował Boga, i był, o ironio, święcie przekonany, że Bóg nie potrzebował jego. Zupełnie tak, jakby żyli w dwóch oddalonych od siebie światach, szczęśliwi, dopóki nie musieli się spotykać. I to było w porządku. Hugo nie potrzebował czułych spotkań, upadków na kolana i rwącego szlochu, który w jego miernej głowie był obrazem wiernie odpowiadającym nawróceniu. Nikt nigdy nie złapał go za rękę i nie zaprowadził do pachnącego starością i nieprzyjemnym kadzidłem kościoła, nie znalazł miejsca w ławce i nie kazał wyśpiewywać psalmów w kierunku sypiącego się już sklepienia. I było mu z tym całkiem, ale to całkiem dobrze.
Nigdy więc się nie spowiadał. Nie uznawał takiego rozgrzeszenia; wzdrygał się ze wstrętem na myśl o tym, że ktoś mógłby słuchać jego myśli i je osądzać, myśli i jego samego też. Że mógłby jednym, jednym słowem skazać go na potępienie albo zmusić do tandetnej świętości. Zmusić do wybaczania. A on nie chciał, nie potrafił, to było zbyt poważne i dojrzałe na jego kolorowy świat opium i butelki (wina) bez dna; dlatego unikał spowiedzi, zawsze.
Spowiadał się jedynie Nicodèmowi.
I czasem zastanawiał się, czy mógłby go jeszcze przerazić; lubił próbować, z przyjemnością, z satysfakcją opowiadając mu o swoich najgorszych stronach, najgorszych dniach. O słowach, których nigdy nie powinien był wypowiedzieć, o kobietach, których nigdy nie powinien był poznać. Było tego wiele. Coraz więcej z każdym dniem, w którym zamiast opium wybierał życie i wychodził z kamienicy na zaplute paryskie ulice. Coraz więcej i coraz gorzej, a Nico wciąż tu był, i chyba właśnie to znaczyło rozgrzeszenie.
-I co z nim zrobiłeś?- Znów prowokował, znów sięgał po drwinę, chociaż wyraz twarzy udało mu się zachować prawie-prawie poważny. Być może była to jedyna rzecz w jego życiu, która istotnie zachowała chociaż pozory powagi, podczas gdy cała reszta (brudne mieszkanie, brudna pościel, i syn, i opium, i papierosy, i obrazy, których sam już nie potrafił zrozumieć) pozostawała tandetnym żartem.- Z tym zapasem cierpliwości. Gdybyś go miał, posiedziałbyś przy mnie i porozmawiał o gwiazdach, zamiast zdradziecko lać mi wodę na głowę. Była zimna, dupku. Jeśli teraz przeziębię się i umrę, za karę dostaniesz w spadku Thierry'ego.
Pokręcił głową, nie próbując jednak się sprzeczać; oboje wiedzieli, że owszem, był tym złym. Ale chyba zdążył się już przyzwyczaić.
-Nie uwierzę- odparł, prawie rozbawiony, siłując się z okiennicami i otwierając je na oścież. Zaraz po tym zdążył zwlec jeszcze z łóżka poduszkę i rzucić nią za nim, chociaż prawie spudłował; ręce drżały mu jeszcze nieznośnie i poduszka smutno zsunęła się po nicodèmowym ramieniu, zamiast po głowie.- A to za tę żałość. Czegokolwiek tam szukasz, przynieś mi to samo!
Bardziej mruknął, niż krzyknął, faktycznie wyciągając z kieszeni paczkę i zapałki i szybko zaciągając się przyjemnym, aksamitnym dymem, który dawno już przestał drapać to, co pozostało z jego płuc.
-I nie podchodź, Tobie nie wolno- Odwrócił się do niego, oszczędnym ruchem podbródka wskazując trzymanego w dłoni papierosa. Decydował za nich obojga- jak zawsze. Ale w ostateczności to nie on miał wygrać kolejne igrzyska.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Czw Wrz 01, 2016 8:45 pm

- Przepierzyłem go. Przez Ciebie. Jakoś tydzień po tym jak się poznaliśmy - odpowiadasz miękko i co najdziwniejsze, chyba zupełnie szczerze. Bywasz, a raczej bywałeś cierpliwy. Pływanie wyrobiło w tobie żelazną konsekwencję, oswoiłeś się z monotonią zajęć, ruchów, a przede wszystkim nauczyłeś, że dążenie do celu wymaga czasu. I to była prawda, dopóki nie odwołano igrzysk, których czepiałeś się z taką siłą. Były twoim motorem napędowym, jasno świecącą gwiazdą polarną, która wyznaczała ci ścieżkę. Stąpałeś po niej pewnie i dumnie, aż nagle ktoś okrutnie ukrócił ten blask, wymazał drogę i pozostawił cię ślepo błądzącego w nieznanym miejscu. Wtedy Paryż wydał się jeszcze bardziej nieprzyjazny, stracił to wszystko w twoich oczach, co udało mu się pozyskać w poprzednich latach. Stał się duży, nieprzyjazny oraz pełen ludzi mówiących szorstkim, nieprzyjemnym językiem, którzy pozbawili cię prawie wszystkiego.
Prawie. Wciąż miałeś siostrę, chociaż jej wojna nie oszczędziła jeszcze bardziej, zabierając jej coś tak cennego, czego straty sam nie umiałeś sobie w żaden sposób wyobrazić. Nie chciałeś nawet próbować, a na pewno - nigdy doświadczyć. Jesteś młodszy, a zachowujesz się jak przewrażliwiony starszy brat. Brak stałego zajęcia sprawia, że zaczynasz wchodzić w jej życie bardziej niż przystoi. Tak samo z Hugo. To on jest twoim życiem. Oknem, przez które możesz nieustannie wyglądać, aby obejrzeć świat, którego nigdy niedane było i nie będzie ci spróbować na własnej skórze. Sam sobie narzuciłeś te zasady, z jednej strony nie żałujesz, ale z drugiej zaczynasz odczuwać powoli wkradającą się bezsilność. Byłeś przypisany pływaniu, a kiedy ci je zabrano stałeś się bezczynny i jeszcze bardziej próbujesz nawrócić swojego przyjaciela, który nie jest do nawrócenia widocznie zdatny. Jak długo jeszcze będzie cię znosił zanim przekroczysz tę niewidzialną granicę? Między przyjaźnią a nienawiścią istnieje naprawdę bardzo cienka granica.
- Zresztą, jeśli będę głaskał cię po główce to gówno ci to da - stwierdzasz elokwentnie, nadal czepiając się swojej misji jak rzep psiego ogona. Nie chcesz jednak przesadzić, chociaż nie w głowie ci zmiana zdania, więc poluzowujesz delikatnie cugle. Uśmiechasz się pod nosem, kiedy ten mocuje się z oknem i na ciebie nie patrzy. Czy to takie dziwne, że chciałeś zobaczyć jego parszywą gębę? Czy to nie o to chodzi w tym cudzie zwanym przyjaźnią? O bezinteresowną potrzebę zobaczenie drugiej osoby, upewnienie się, że istnieje i ma się dobrze? Wyraz twarzy ci jednak rzednie, gdy popychając drzwi otrzymujesz gratis cios poduszką. Czasem masz wrażenie, że Thierry jest tym bardziej dojrzałym Voltairem. Bez komentarza znikasz w kuchni, w której chcąc nie chcąc musisz spędzić chwilę czasu, aby odnaleźć cokolwiek, a potem zrobić z tego użytek. Nie jesteś największym pedantem świata, ale nawet ty czujesz lekki odrzut na widok panującego tu bałaganu. Nie możesz więc powstrzymać potrzeby posprzątania porozbijanego szkła, ciągle zdradziecko czyhającego na najmłodszego domownika. W międzyczasie nastawiasz wodę i nasypujesz do dwóch, zupełnie niepasujących do siebie kubków kawę, którą sam tu przyniosłeś. Czy większość rzeczy codziennego użytku jest tutaj twoja?
- Nie tyle nie wolno, co nie chcę - mówisz, kiedy wracasz w końcu do niego z parującą kawą. Mleko już żyło własnym życiem, więc dziś pijecie czarną. - Na coś trzeba umrzeć, ale wolę jeszcze trochę pożyć. - Potrzebujesz jeszcze dwóch lat. Nie mówisz jednak tego, kiedy podajesz mu w milczeniu kubek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Pią Wrz 02, 2016 1:58 pm

Lubił tak. Czasem (zazwyczaj?) z czystej przekory; jak dziecko, które wciąż i wciąż nie chce oderwać się od głupiej zabawy, przejęte ślepym zachwytem na widok powtarzającej się reakcji. Więc lubił tak czasem- zapalić papierosa, jednego, dwa, czasem trzy pod rząd, jeśli takiej właśnie liczby było trzeba, by wywołać na nicodèmowym czole znajomą zmarszczkę. Lubił cisnąć w kąt zmiętą pościel, zostawić na podłodze smętne resztki kubka, celowo zapomnieć o trzydniowych, kwaśniejących fusach kawy albo zapchanym zlewie pełnym szarej, mętnawej wody. Zostawić zimą rozchylone szeroko okno. Nie kryć w szafie kolejnej (pustej) butelki wina. Tylko zostawić ją na widoku, gdzieś przed drzwiami albo pod nimi, i obserwować ten wyraz znużenia, trochę karcący, trochę pobłażliwy, a może jeszcze zupełnie, zupełnie inny. W końcu nie próbował nawet udawać, że rozumiał ludzkie uczucia.
Nicodèma też nie zawsze rozumiał, chociaż, och, jak bardzo się starał. Niemalże zazdrośnie; zazdrośnie o serce bijące równo, głośno i żywo nie tylko po opium, nie tylko po lekach, ale tak na co dzień. Zupełnie trzeźwo i zupełnie zwyczajnie, a ta zupełność była tym, czego on zupełnie nie potrafił. I nie rozumiał. I być może to był jeden z miliona powodów, dla którego zostawiał mu te małe ewidencje własnej głupoty, potłuczone szklanki myśli, wypalone papierosy gorzkiego znużenia- żeby zyskać chociaż trochę tej jego trzeźwości, tej namiastki zwyczajnego życia, w którym nie było miejsca na miliony światów widzianych tylko po opium.
Tej jednej prowokacji nie przeprowadzał celowo. Nie eksperymentował przy Nico z opium; przynajmniej nie wtedy, kiedy spodziewał się jego wizyt. Chyba zbyt mocno obawiał się, że któregoś dnia eksperyment posunie się zbyt daleko i Nico w końcu wyjdzie, ten raz na dobre, na zawsze, i wróci do swojego lepszego świata, świata czystych ludzi i czystych pościeli. I po raz kolejny zostawi po sobie ten dziwny, fantomowy ból pulsującej w pustkach mieszkania ciszy, który zawsze towarzyszył jego odejściom, i którego Hugo nauczył się obawiać.
-Zawsze wszystko wiesz najlepiej, co?- Mruknął tylko w odpowiedzi, całkiem zgryźliwie i nie całkiem elokwentnie, ponuro obserwując oddalające się w stronę kuchni plecy. Nie wiedział, kiedy właściwie w jego kuchni pojawił się kubek Nico, talerze Nico i jego miejsce przy stole, ale to właściwie całkiem dobrze się składało, bo teraz mógł bez skrępowania panoszyć się tam i przygotowywać kawę im obojgu.
-Nawet nie myśl sobie, że możesz tak po prostu umrzeć- mruknął, ćmiąc papierosa i przyjmując kawę bez podziękowań, jak zawsze.- Najpierw musisz mnie zbawić, pamiętasz?
Dopiero wtedy zdusił resztki papierosa i posłał niedopałek za okno, prosto w pachnący świeżością bezmiar powietrza.
-Więc postaraj się nie dawać Niemcom więcej powodów do urządzenia Ci kolejnej blizny, bo zostaniesz najbrzydszym zawodnikiem najbliższej olimpiady- Ciągnął spokojnie, obojętnie, próbując nie brzmiąc tak, jakby właśnie prawił mu nietrzeźwe kazanie. Co w istocie robił.- Do której mógłbyś poćwiczyć, jeśli już o tym mówimy, zamiast krzyczeć mi nad uchem i panoszyć się w mojej kuchni.
Nie był dobry w przeprowadzaniu prawie-poważnych rozmów. W ostateczności był jednak dobry w niewielu dziedzinach, więc kolejna nie robiła mu już żadnej różnicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Wrz 04, 2016 4:19 pm

Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Do monotonnych treningów, przepływania nieskończonej ilości długości basenu. Do braku treningów. Do braku wolnego czasu. Do nadmiaru minut o charakterze niezaplanowanym. Do samotności, życia wypełnionego zmieniającymi się regularnie kobietami o miłych uśmiechach i płytkich umysłach, ograniczenia się do rodziny, uznania za przyjaciółkę jedynej siostry. Do przyjaciela, który jest chyba jedną z tych ostatnich osób, jakie można by za kogoś takiego uznać.
Przecież po co komu taki przyjaciel, z którego nie ma zbytniego pożytku? Przecież nie wpadniesz do niego o trzeciej w nocy, bo pewnie leży naćpany albo szlaja się gdzieś po mieście ze swoją paczką. Nie możesz na nim polegać, bo nie wiesz, czy czasem czegoś nie weźmie, czy nie poniesie go wir twórczy albo po prostu czy będzie w domu. Jest wiecznie niepoważny, a jego życie ma zapach opium, tytoniu i terpentyny. Ale ty się do tego przyzwyczaiłeś. I to wcale nie z w powodu lepszych rozwiązań. To przykład jakiegoś niezwykłego powiązania, nici, jaka zaplotła się podczas tego pierwszego spotkania dawno temu, patrząc na to z perspektywy wojennego upływu czasu. Najzwyczajniej w świecie polubiłeś Hugo, jego radosne, lekkoduszne podejście do świata, jakiego ty nie potrafisz w sobie zaszczepić, jego kolory, tak różniące się od spokojnych kremowych ścian twojego domu, twojego życia.
I może udajesz tylko przed sobą, że przychodzisz do niego, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Wcale nie chcesz tylko wstrząsnąć nim i naprostować, Po prostu chcesz zaciągnąć się trochę jego życiem, tą obcą ci esencję, jakiej sam sobie nieustannie odmawiasz. Przeciwieństwa się przyciągają. Usta wykrzywia ci blady uśmiech, którego już nie zdążył dostrzec. Bo przecież wiesz wiele, przeczytałeś wiele książek, ale to Voltaire przeżył więcej i mógłby prawić ci lekcje z życia.
- Nie spieszy mi się jeszcze na tamten świat, nie martw się - odpowiadasz, śledząc niewidzącym wzrokiem trajektorię lotu smutnego niedopałka. Gdybyś spróbował wypalić papierosa tak szybko jak on prawdopodobnie byś się udusił. - I ja nie mogę cię zbawić. - Zatrzymujesz przelotem spojrzenie na jego twarzy, a potem, zezujesz z powrotem na kubek, który jest zbyt gorący, aby go obejmować, więc łapiesz za ucho. Przyglądasz się leniwemu obijaniu się delikatnie rozhuśtanej kawy o ścianki. Na tak wiele rzeczy nie masz wpływu, że nie możesz się do tego przyzwyczaić.
- Nie prosiłem się tych idiotów o bliznę. Nie moja wina, że mają nie po kolei w tych szwabskich łbach. - Nie możesz opanować cisnącej się na usta goryczy. Z dnia na dzień nienawidzisz ich co raz bardziej. Wkurza cię nawet to, że chociaż nie czujesz się Paryżaninem, to zawłaszczyli oni miasto, które nie jest ich. Które jest Francji. - A przepraszam cię, gdzie mam ćwiczyć? W Sekwanie? - Znowu przenosisz na niego swój wzrok, unosząc brew do góry. Nie sądzisz, żeby Hugo chował w kieszeni jakieś magiczne rozwiązanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Wto Wrz 06, 2016 10:49 pm

Bywał gorzki. Bywał nieprzyjemny. Szorstki, arogancki, oschły do bólu.
Chociaż być może powinien był zmienić czasownik; był gorzki. Był nieprzyjemny. Był szorstki, arogancki, oschły do bólu. Bywał natomiast miły. Rzadko, rzadko; głównie dlatego, że nie potrafił, chociaż wolał zaklinać się, że to dlatego, że zwyczajnie nie chciał.
Nie zależało mu- ani na tym, ani na bardzo wielu innych rzeczach. Nie zależało mu na dobrym pierwszym wrażeniu; wyglądał przecież jak ćpun, jak narkoman, i to był już stan permanentny, stan witających go w lustrze szarych ze zmęczenia oczu, szarej ze zmęczenia skóry. Nie zależało mu też na dobrym wrażeniu w ogóle- ani na pierwszym, ani na drugim, ani na trzecim. To, że był sobą, skutecznie niweczyło przecież wszystkie przyjemne pozory. Oczywiście, potrafił być czarujący, szarmancki, z tym swoim krzywym, potłuczonym uśmiechem, który na stałe przylgnął mu już do ust. I to przez jakiś czas wystarczało tym wszystkim ludziom. Jego ludziom; ludziom, których poznawał, których portretował, z którymi pił, których pieprzył. I być może dlatego nie poświęcał im swojej uwagi. Dlatego, że zadowalali się tym, co było na powierzchni, tą miłą bajką ze szczęśliwym zakończeniem, którą opowiadał im uśmiechem, żartem, ciepłym gestem poklepania po ramieniu. Cieszyli się z tego poklepania jak psy. Poczciwe, ufne, wpatrującego się w niego z tępym zachwytem i merdające radośnie ogonem- zupełnie tak, jakby na to zasłużył. Zupełnie tak, jakby był dobry. A przecież nie był. On tylko bywał.
Był za to zły. Zły w tym destrukcyjnym znaczeniu, zły w tłuczonym szkle, w łamanej godzinie policyjnej, w pustych paczkach papierosów, w swojej pustej po opium głowie. Taki był zły. Tak głośno potrafił krzyczeć. Ale tego już nikt nie chciał oglądać, tego już nikt nie chciał słuchać. Takie były czasy, albo może tacy byli ludzie; rósł tylko popyt na uśmiechy, na komplementy. To chcieli od niego kupować. Nikt nie chciał jego pustki, wszystkich odcieni jego czerni, które szły w parze z jego portretem. To był dla nich zbyt wielki wydatek, i z czasem nawet nauczył się z tym godzić.
A jednak Nico kupił całość. Za bardzo wysoką cenę.
I być może dlatego wcale nie kazał mu wyjść, chociaż jedyne, o czym tak naprawdę marzył, było kolejne pół dnia słodkiego otępienia i szczelnie otulającej umysł miękkiej waty. Chciał tylko nie-być, nie być w tym mieszkaniu, ani w tym ciele, ani w tej głowie; a jednak został. Za tak dużą cenę zwyczajnie należało zostać (nawet on to wiedział, chociaż przecież nie miał pojęcia o zasadach moralności ani poczuciu obowiązku).
-Nie martwię się- Zaprzeczył odruchowo, tylko dlatego, że zawsze zaprzeczał jego słowom dla radości własnej. Zaraz potem sprostował jednak, kręcąc ponuro głową.- Martwię się. Mam wprawę w wysyłaniu ludzi na drugi świat, ale niekoniecznie chciałbym, żebyś moim był kolejnym pasażerem.
O tym jednym mu jeszcze nie powiedział; o tym jednym nie powiedział jeszcze nikomu. Ojczulek i jego krew na podłodze, jego krew na rękach, był jedną z tych rzeczy, których nie mógł powiedzieć głośno, i o których powiedzieć głośno z pewnością nie chciał.
-Oni nie potrzebują próśb, Nico- Mruknął niechętnie, marszcząc brwi, wkraczając na grunt, na który wkraczać nie znosił.- Nie każ mi tego tłumaczyć, kiedy jestem nietrzeźwy.
Resztki opium wciąż rwały mu myśli na strzępki, a on nie potrafił (nie chciał?) tego powstrzymywać.
-Chociażby- Parsknął, unosząc brwi do czoła, do linii włosów, do sufitu.- Chociażby w Sekwanie, Żabko. Czego się boisz? Tego, że z łatwością mógłbym Cię prześcignąć?
W ostateczności nie musiał mu tłumaczyć, że absolutnie nie miał pojęcia o pływaniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Sro Wrz 07, 2016 11:21 pm

Nie jesteś perfekcjonistą, ale zawsze dążysz do zwycięstwa. Nie uznajesz porażek, a jednak nie angażujesz się w wojnę. W coś, co przecież można uznać za przegraną twoich rodaków. Swoją poniekąd też, bo przecież straciłeś przez to szwagra, policzek zdobi charakterystyczna szrama. Pamiątka po nieprzezorności? Widzisz ją za każdym razem w lustrze i sam nie wiesz, co myśleć, co czuć. Tak samo na ulicach Paryża. Wyczuwasz tę subtelną różnicę w powietrzu, widzisz te rozlane po ulicach mundury. Na widok każdej swastyki masz ochotę wykrzywić drwiąco usta, ale wciąż się powstrzymujesz. Masz dla kogo.
Ale co z tego? Pozostajesz okrutnie bierny, ale nie pomagasz tym Anais, Hugo czy nawet małemu Thierry'emu. Przecież nie chcesz, żeby ten smark wychowywał się w takim kraju. A jednak nic nie robisz. Nie walczysz, nie pchasz się na front, ale nie robisz też nic po cichu za plecami okupanta. Jesteś słaby Nico i niestety jesteś tego świadom. Dlatego przychodzisz tutaj. Chowasz się w bezpiecznej jaskini na Popincourt, w której jedyne strzały to zbijające się szklanki, a plamy to nie krew tylko rozlana czerwona farba. Nikt nie nazwie cię tutaj tchórzem, a przynajmniej nie tak, aby prawda brutalnie uderzyła cię między oczy. Chociaż mógłby to zrobić, wiesz przecież, że pewnego dnia miarka się przebierze i to ty otrzymasz słoną lekcję życia z jego ust. Brzmi to niesłychanie abstrakcyjnie, ale nawet ty masz tego świadomość. Ale nie dziś. To nie jest dobry dzień na przypominanie sobie o zawierusze, która panuje za oknem. I wcale nie masz na myśli pogody, jednak na wszelki wypadek pociągasz spory łyk kawy, aby jej ciepło rozlało się po ciele. Zwłaszcza, gdy czujesz to wewnętrzne drżenie na słowa Hugo. Ma wprawę w wysyłaniu ludzi na tamten świat? O co mu chodzi? Marszczysz brwi, przyglądając mu się z dozą zaintrygowania.
- Naprawdę? Aż tak cenisz sobie moją przyjaźń? - Oczywiście nie możesz się powstrzymać przed sarkazmem, jakbyś nie mógł docenić faktu, że przyznał się do czegoś takiego. Cóż, musisz być sobą, to chyba wcale nie jest takie złe. Usta wykrzywia po chwili w rozbawionym uśmieszku. Czyżby percepcja ironii po opium była ograniczona? - Wiem głupku. Nie martw się, nie każę ci katować twoich niedobitych szarych komórek na tłumaczenie oczywistości. - Jaki jesteś łaskawy, niczym biblijny Salomon. Nawet sadowisz się znowu na jego łóżku niczym jakiś król. Tak naprawdę tylko zwiększasz dystans od chłodu okna, nawet jeśli zapach wymieszanego z potem podrobionego Chanel nie jest ci szczególnie miły.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę jak bardzo zasyfiona jest Sekwana? Prawdopodobnie ty masz czyściej w mieszkaniu. - To już rzeczywiście bardzo wyraźne porównanie, bo naprawdę ciężko osiągnąć tak mistrzowski poziom brudu, jaki udało się Hugo. Chapeau bas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   Nie Wrz 11, 2016 8:04 pm

Tyle pytań mógłby mu zadać, gdyby był na tyle odważny albo na tyle głupi, żeby je wypowiedzieć.
Czemu jeszcze tu jesteś, Nico? Powinieneś był trzasnąć drzwiami i wyjść, i wyjść, i uciekać, i nie wracać. Zanim zadławisz się tym dymem i tym winem, wszystkim tym, co nie należy do Twojego świata. A jednak ja należę, hę? Trochę mi nas żal. Ciebie powinno być mi żal bardziej, ale jednak jestem egoistą, samolubnie współczuję tylko sobie tego Twojego głosu rozsądku. Nie umiem go zagłuszyć, cholera jasna. Pęka mi głowa od pretensji, których nie wypowiesz na głos, i przecież nie musisz ich wypowiadać. I tak doskonale je widzę pod powierzchnią dwóch basenów Twoich oczu; to, że są gdzieś na dnie, nie umniejsza faktu, że kiedyś będą musiały wypłynąć. I może wtedy mnie nimi zatopisz. To chyba nazywałoby się- sprawiedliwość? Nie wiem. Nie znam się na podniosłych wartościach.
Ale i tak nie zadawał mu żadnego z tych pytań, ani wcześniej, ani w tym momencie, w którym odpalał jednego papierosa od drugiego i na swój sposób kulturalnie odwracał się do Nicodèma plecami. Kiedyś z przekory zaproponowałby mu jednego, być może rzucił paczkę i uśmiechnął się krzywo, unosząc jeden kącik ust wyżej od drugiego, ale z tego jednego zdążył już wyrosnąć. Duży chłopiec. Szybko się uczył. Zajmowało mu to tylko miesiące.
Kiedyś to wszystko musiało zawrzeć, zagotować się, wykipieć. W końcu oboje uderzali w skrajności (zbyt) często, i ścierali się również (zbyt) często, (zbyt) boleśnie; do tej pory rany powstałe na skutek tego ścierania były płytkie, powierzchowne, i zasklepiały się szybko. Żadnych blizn. Jednak to miało trwać tylko do czasu- chyba wiedzieli o tym oboje, ale na to również Hugo wolał nie zwracać uwagi. Tak było łatwiej, tak było przyjemniej. Udawać, że tak właśnie wyglądała nieskończoność- nieskończoność, w której nieskończeni byli Nico i Lou, zawsze obecni, wcale nie pragnący odejść w stronę życia lepszego niż to jego, od mdłego dymu i jego głupoty, wmurowanej w ściany domu na Popincourt na równi z fundamentami.
Ale na razie Nico tu był. Jeszcze nie wyszedł. Jeszcze kpił.
-Aż tak cenię sobie to, że potrafisz zrobić dobrą kawę- Odmruknął więc, trochę drwiąco, posyłając w jego stronę smużkę siwego, papierosowego dymu.- Ale jeśli chcesz nazywać to przyjaźnią...
Nie dokończył- nie musiał. I tak przecież rozumieli się niemalże bez słów, szczególnie, jeśli chodziło o złośliwości.
I dlatego nie potrzebował słów, by zbyć kolejną jego kpinę; wystarczyło tylko kręcenie głową, trochę z dezaprobatą, trochę z rozbawieniem. Papieros jeszcze żarzył mu się między palcami, kiedy zamykał okiennice i dopalał resztkę, oparty niedbale o parapet.
-Przestań mnie tak komplementować, bo się zarumienię- Mruknął opryskliwie, marszcząc lekko brwi.- Ile jesteś w stanie mi zapłacić, jeśli założymy się, że przepłynę się tą Twoją zasyfioną Sekwaną wzdłuż i wszerz?
Tym razem już prawie się uśmiechnął, jedynie odrobinę kpiąco, i w końcu zdusił niedopałek papierosa o framugę okna. Właściwie nie potrzebował dużej kwoty, by ulec pokusie. Nikt nie musiał płacić mu za głupotę. Sam kultywował ją wystarczająco ochoczo.

| zt x 2!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Popincourt - Mieszkanie nr 23   

Powrót do góry Go down
 
Popincourt - Mieszkanie nr 23
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg-
Skocz do: