IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Klasztor zakonu Sacré-Cœur


Share | 
 

 Klasztor zakonu Sacré-Cœur

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Nie Sie 28, 2016 1:12 am



Klasztor zakonu Sacré-Cœur

Poza granicami urokliwego Paryża oraz dobry kawałek od drogi dojazdowej, za niewielkim lasem, mieści się klasztor zakonu Sacré-Cœur. Budynek pamięta czasy wojen napoleońskich, kiedy to, jeszcze niezamieszkiwany przez siostry, został wzniesiony dla jednego z zasłużonych żołnierzy. Obecnie jednak niewiele zostało w nim z wygodnej willi - wokół rozciąga się sad oraz niewielki kawałek ziemi uprawnej, o który dbają nowe właścicielki. Samo wnętrze urządzone zostało w bardzo skromnym stylu, na próżno bowiem szukać tam obrazów (poza ikonami, oczywiście), drogich dywanów czy innych wystawnych mebli. Oprócz jednoosobowych cel, przygotowanych dla każdej z mieszkanek, mieści się  również kuchnia, jadalnia czy biblioteka. Warto wspomnieć o niewielkiej kaplicy, znajdującej się nieco z boku budynku, oraz salce do przyjmowania gości z zewnątrz, które jako pierwsze zauważa się po zbliżeniu do klasztoru. Siostry, mimo że na co dzień bardzo pomocne oraz ciepłe, niechętnie wpuszczają obcych do środka. Mówi się, że to nie strach o prywatność oraz spokój jest tego powodem, a rzekome skarby schowane w tajnych pokojach, które miał zostawić po sobie poprzedni właściciel. Jednak kto wie czy aby na pewno jest to wyłącznie plotka?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Pon Sie 29, 2016 1:15 pm

Kolejny atak, kolejny lot. Zapisywał w głowie kolejne numery bomb, które zrzucił, aby zmienić świat na lepsze. Zgubił się na chwilę w setkach, w tysiącach. Czy aby na pewno dobrze to robił? Czasami wątpił w swoją ideologię. "Swoją", bo ona go ukształtowała. Nawet nie zauważał, kiedy zamieniał się we własnego ojca. Nie znosił sprzeciwu syna. Chciał rządzić, a nie miał za wiele o tym pojęcia. Czy słuchał innych? Na pewno nie tych, których powinien. Szukał spokoju, zresetowania wszystkich myśli i zapomnienia o śmierci. Pomimo tego, że wiele złego zrobił, wisiał nad jego szyją demon, który słodko -gorzkimi słówkami przypominał, jakim jest człowiekiem. Jego niesamowita potrzeba kontroli nie dotyczyła jednak życia. Tam wciąż miał bałagan i nie potrafił sobie z nim poradzić. Być może nie powinien chodzić sam bez munduru. Obrzeża Francji inspirowały go nie tylko do kolejnych działań wojennych, ale także do tego, jakie czynności powinien podjąć, aby zyskać swoje szczęście. Papieros za papierosem, dzień za dniem. Nie był już młody, a wciąż robił te same błędy. Patrzył na syna, który zasypiał i wiedział, że chociaż istnieje taka wyższość rasy aryjskiej, to co jeśli Niemcy będą kiedyś tak samo prześladowani jak Żydzi? Czy potrafiłby zapewnić mu stosowne bezpieczeństwo? Bał się przegranej jak każdy rozsądnie myślący człowiek.
Zima nie rozpieszczała nikogo. Ciężki płaszcz zdradzał jego pochodzenie, ale nigdy nie chciał wtopić się w tło i udawać Francuza. Śnieg skrzypiał pod ciężkimi butami, a postawa żołnierska rzucała się w oczy. Podobno tyle lat szkoły wchodziło już w krew i chociaż człowiek chciał się zachowywać w sposób wyluzowany, nie potrafił. Musztra w pracy, musztra w domu. Trzymał fajkę między wargami, wpatrując się w tereny klasztoru. Gdzie ich bóg, gdy szkarłat zalewa biały puch? Ominąłby to święte miejsce, gdyby nie usłyszał melodii. Nie rozpoznał jej, na pewno nie pochodziła z Niemiec. Walczył ze sobą przez chwilę. Czy powinien wchodzić do miejsca, w których rządził habit? Ile razy modliły się już zakonnice o przegonienie okupantów z ich kraju? Szedł za muzyką, zostawiając na śniegu ślady. Poznał pojawiający się budynek, w którym chciałby mieszkać. I nie ze względu na skarby, ale na starą budowę. To mu przypominało rodzinny dom, zamek, w którym miał spokojne życie. Cicho pokonywał kolejne metry, bo wojsko nauczyło go, że hałas to twój wróg. W końcu zobaczył drobną siostrę zakonną, którą chciałby wyśmiać. Gdzie był jej bóg, gdy pojawiali się okupanci?
- Ta melodia to twoja modlitwa? - spytał po francusku, nie czując się swobodnie. Francuski to nie był język, w którym Niemiec powinien królować. Chociaż nie przebijał się ciężki akcent, sam czuł się tu jak gość, a nie domownik. Francja zabijała go swoim przepychem, ale czegóż nie robi się dla kariery?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Sro Sie 31, 2016 1:04 am

| po spotkaniu z Milą

Jeśli samotności można się nauczyć, prawdopodobnie stwierdziłaby, że posiadła i tę sztukę.
W mniej lub bardziej oczywisty sposób poznała ją tutaj, wśród klasztornych murów, akceptując i przyzwyczajając się do nieustającego spokoju. Dźwięki zdawały się być pochłaniane przez ściany, odgłosy codzienności niknęły w tle, a sama cisza brzmiała bezdźwięcznym szelestem habitu oraz lekkich kroków na posadce. Każdy odnajdywał się w tym na swój własny sposób, czasem szukając przeciwwagi we wspólnych modlitwach oraz czytaniu ksiąg, a czasem w obecności natury. Oczywiście nie wierzyła w tę naiwną pogoń za wewnętrzną równowagą i odnalezieniem ukojenia; dla niej bezgłos stanowił swego rodzaju podkład do rozmyślań, a nie coś, co mogłoby przynieść ulgę. Samotność dopełniała tylko atmosfery skupienia, gdy mogła błądzić wśród tak wielu materii na raz. Pochłonięta przez bezmiar planów oraz domysłów, nie zauważała jednak czasem, że sama zakłóca tak poszukiwaną ciszę, mimowolnie odnajdując w głowie dawne melodie, które zaraz potem ulatywały spomiędzy warg, jakby same odnajdywały właściwą drogę na zewnątrz.
Zupełnie niczym teraz, gdy nie do końca świadomie nuciła dawną kołysankę (która znów niewiele miała wspólnego z pieśnią religijną), zaglądając przy tym nieco niepewnie w progi kaplicy. Zamierzała pozostać tam dłużej, pod warunkiem, że sama nikomu nie przeszkadza. Nie zdążyła jednak przekroczyć progu, zatrzymana zakłóceniem ciszy, które nie pochodziło od niej. Umilkła, słysząc chrzęst kroków na topniejącym śniegu, błyskawicznie odwracając się w stronę, z której dochodziła. Zmrużyła oczy, przyglądając się męskiej, wojskowej sylwetce zmierzającej, najwyraźniej, w jej stronę. Silna woń tytoniu wyczuwalna była już z pewnej odległości, a twardy, wręcz szorstki, akcent wypełniający francuskie słowa, całkowicie zdradził kolejnego Niemca przybywającego w te tereny. Jej tereny, jakkolwiek okupacja mogłaby nie wyglądać, klasztor do końca zdawał się być miejscem, w którym czas zatrzymał się na długo przed obecnością obcych wojsk w Paryżu, a przez to myśl, że nie należy już do niej, zdawała się niedorzecznością.
Zresztą jak sama obecność mężczyzny, dość nietypowo nieprzystrojonego w swój dumny mundur. Nie potrafiła przez to stwierdzić, z kim ma do czynienia, co powodowało, że w naturalnym sposób usiłowała zachować dystans; lecz nie pomiędzy swoją osobą a nim, a budynkiem, do którego nie mógł mieć wstępu.
- Nie - odpowiedziała powoli, nie ruszając się z miejsca. Nie patrzyła też w oczy mężczyzny, nie chcąc uchodzić za zuchwałą. - To tylko stara kołysanka - odparła, rozluźniając nieco, do tej pory napięte kąciki ust. Nie nuciła wszak marsylianki, nie robiła też niczego zakazanego, to on wtargnął na teren nieproszony. - Mogę w czymś pomóc? - zapytała w zamian, czując, że powinna wybadać, jak najszybciej, co takiego sprowadza go tutaj i czy były to wyłącznie obowiązki. - Jeśli wybiera się pan do Paryża, wskażę najlepszą drogę - zaproponowała jeszcze, gotowa pozbyć się kłopotu jak najprędzej. Nawet jeśli kazałby jej iść  na pieszo do samej bazyliki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Wto Wrz 13, 2016 6:58 pm

Samotność była jedną z najbardziej efektywnych tortur. Dłuższe skazanie na ciszę mogło doprowadzić do obłędu. Nigdy nie podziwiał tych, co oddali się bogu. Wydawało mu się to wyjątkowo niezrozumiałe. Po co wyrzekać się tego, co przynosi szczęście? Gdzie był ich bóg, gdy Tobias zrzucał bomby na kolejne tereny wyznaczone przez dowództwo? Cisza mogła być kontrolowana, wraz z pstryknięciem palców można było ją przerwać. Samotność była niewdzięczną kochanką. W niej budziły się wyrzuty sumienia, zwątpienie w siebie. Demony szeptały najgorsze słowa do ucha, przypominając, że na samotność skazani są tylko źli ludzie. Tobias pokusiłby się o słowa, że stojąca przed nim zakonnica, nie wie, co to znaczy. Te tereny gwarantowały spokój ducha, odprężenie. Szum iglaków oraz roznoszący się zapach żywicy nie przypominał mu o wojnie i obowiązkach. Samotność w klasztorze brutalnie odcinała ich od tego, co na ulicach. Mogli się modlić do boga, który zgubił swoją drogę, prosić o wysłuchanie, pomagać poszkodowanym, ale doprawdy czyż to nie było naiwne myślenie? We Francuzach nie było za grosz waleczności, kryły się w nich rozmarzone dusze artystów. Takie tereny jednak gwarantowały mu pewny spokój, gdzie pogoń myśli zwalniała, a on mógł się zastanowić, kim tak naprawdę jest.
Melodia przygnała go do terenów, które wyglądały jak gwarancja ukojenia. Krokom Tobiasa towarzyszyło charakterystycznie skrzypienie śniegu pod butami. Kołysanki zwykle śpiewała żona, on nigdy nie miał odwagi. Melodie zlewały się w jedno, lecz syn przynajmniej spał spokojnie. Szedł w kierunku zakonnicy, nie wstydziwszy się swojego pochodzenia. Był Niemcem, a duma aż tryskała z wypiętej piersi. Nie potrafił zrozumieć, co widzi w postawie zakonnicy. Strach, spokój, brak chęci na rozmowę? Był tu sam, nie z kolegami, którzy mogliby zniszczyć „jej” święte miejsce. Zacisnął mięśnie szczęki, które szukały odpowiedzi w twarzy kobiety. Wciąż nie rozumiał, jak swoje życie można było oddawać bogu. Czyż nie była piękna? Marnowała się pod habitem, z krzyżem na piersiach i modlitwą na ustach.
- Zaśpiewaj ją – Nucenie nie nasuwało mu na myśl znajomej melodii. Zakonnica starała się zachowywać dystans, a on w zasadzie nie chciał mówić jej, że jest niegroźnym Niemcem. Każdy z nich był groźny. Tobias jednak nie czuł się Panem na ziemi, wolał niebo, w którym rzekomo żył jakiś tam bóg.
- Nie, dziękuję, siostro, przybyłem tu celowo – powiedział surowo, nie czując się komfortowo, gdy kobieta wyganiała go z terenów, które nie były ogrodzone. Wszak nie wchodził do klasztoru, żądając tego, co niesmaczne dla ludzi w celibacie. Nie wiedział, czy powinien ich podziwiać. Czy silna wola naprawdę potrafiła pomóc w okresach słabości? Próbował kolekcjonować emocje na twarzy siostry zakonnej, ale budujący się między nimi mur dystansu nie pozwalał się skupić. Oblizał spierzchnięte wargi. Płatki śniegu osadziły się na nieogolonych policzkach, a chłód nakazał mu wręcz potrzeć skórę. Nie przejmował się kaleczeniem francuskiego akcentu, cały czas nad nim pracował, lecz zupełnie inna konstrukcja gramatyczna dawała mu się we znaki. Mimo wszystko kontynuował rozmowę w rodzimym języku siostry.
- Proszę mi powiedzieć, skąd w was wierzących jest tyle silnej woli? Jakże tak świadomie uciekać od tego, co innym przynosi radość? – spytał, spoglądając prosto na kobietę. Naprawdę marnowała się pod tym habitem. Tobias nie wiedział, czy wierzy w boga, lecz ten nie powinien być tak zaborczy. Czyż takie piękności nie przekazałyby dobrych genów na swoje dzieci? Już pal licho jej pochodzenie, wszak wszystkiego można się nauczyć. Szukał siebie w używkach, muzyce, tańcu, kobietach. Może i robił źle, może i był seryjnym mordercom, który sprowadzał na francuską ziemię krew, lecz w tym wszystkim widział głębszą ideologię. Ona miała swojego boga, on miał Hitlera. Według dowódców powinni widzieć oczami wyobraźni wyspę, na której mieściły się tylko aryjskie rodziny; szczęśliwe, wypoczęte, znające swoje granice oraz zasady. Walczyli o lepszy świat, wszystko zaczynało się od słowa, a jeśli ktoś go nie rozumiał, musiał poznać argument siły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Pon Wrz 19, 2016 4:51 pm

Myśl, że na własne życzenie wyrzekła się ludzkiego szczęścia, czasem jeszcze rozbijała się rykoszetem o czaszkę, wzbudzając przy tym niepohamowaną lawinę myśli. Lata spędzone w klasztorze uciekały własnym tempem, lecz mimo to nie potrafiła jeszcze całkowicie zdusić w sobie ukłucia zazdrości pojawiającego się w gorszych chwilach, gdy, obserwując codzienność innych, uświadamiała sobie, co takiego straciła. Odwracanie wzroku nie ułatwiało niczego, tak jak próby całkowitego oddania się pracy. Normalność stała się brakującym ogniwem w łańcuchu jej życia, które wyrwała tylko i wyłącznie na własne życzenie. Czasem wątpiła jednak, czy postąpiła właściwie. A czy wątpliwości nie były domeną ludzi słabych, składową zbyt długiego milczenia? Lecz przecież nie bała się ciszy – nie tej codziennej, wypełniającej zakamarki pustej celi czy nawet kaplice, w której gromadziła się z resztą sióstr. Bezgłos stawał się wrogiem wyłącznie poprzez warstwy snu, gdy czasem budziła się z wyciągniętą dłonią, która opadała w przestrzeń, nie znajdując obok nikogo bliskiego.
Akceptacja była kolejnym etapem, który w końcu nadchodził po niepewności. Nie miała prawa głosu, przeszłość zadecydowała za nią, lecz mimo to starała się nie postrzegać habitu jako kary od losu. Wszak miał stanowić wybawienie, początek nowego życia; może i w jakimś stopniu budowanego na kłamstwie, ale nadal lepszego od poprzedniego.
W pewien sposób miała to zagwarantowane - dla osób postronnych, nie znających jej dotychczas, od razu znajdowała się po pewnej stronie. Dla wierzących była pośrednikiem pomiędzy niebem i ziemią, dobrą duszą, której zadaniem jest niesienie pomocy. Dla niewierzących stawała się naiwną kobietą, której trzeba było udowodnić, że się myli. Rzadko kto stał pośrodku, próbując odnaleźć balans pomiędzy tymi dwoma grupami i jednocześnie próbując dociec, jaka osoba tak naprawdę kryje się pod warstwami ubrań.
Zawsze więc, gdy spotykała kogoś na swojej drodze, próbowała najpierw wybadać, do której grupy go zakwalifikować. Kim więc był Niemiec, który tak pewnie czuł się w miejscu, które nie mogło nigdy należeć do niego, a przynajmniej nie naprawdę?
Nie miała w sobie wiele z bohaterki i nie umiała też jej zgrywać. Mężczyzna niestety, prawdopodobnie nieświadomie, zahaczał o sferę, którą uważała za prywatną. Nie lubiła śpiewać przy osobach innych niż dzieci z chóru i zwykle też tego nie robiła. Gdy padły twarde słowa, które nie brzmiały jak prośba, odruchowo wręcz zacisnęła szczęki, wiedząc już, że na pewno ich nie spełni. Może był to przypadek, może chciał tylko sprawdzić, czy zna kołysankę, ale nie zamierzała w to wnikać. Kolejne nie wydawało się jednak zbyt ostrym podsumowaniem swojej niechęci wobec jego osoby i, być może, podważeniem autorytetu. Ale czy nie robiła tego i tak, nie godząc się na śpiewanie? – Nie pamiętam słów – przyznała więc, w pewnym sensie mówiąc prawdę. Czas wymywał z pamięci twarze, fakty czy linijki tekstów, lecz, o dziwo, nie miał tak ogromnego zasięgu, aby wymazać muzykę, nawet tę najstarszą, którą śpiewała siostrom ponad dwadzieścia lat temu. – Tylko melodię, w dodatku również nie całą. Jest naprawdę stara – powtórzyła się specjalnie, dając mu znać, że raczej małe były szanse, aby Niemiec mógł ją kojarzyć. Posłała mu uprzejmy, wymuszony uśmiech, mając nadzieję, że ten temat pozostanie już bez dalszej kontynuacji. Naprawdę nie chciała stwarzać problemów, ale nie potrafiła też przełamać bariery, która, może nieco głupio, ograniczała ją do dzielenia się swoim talentem z wąskim gronem osób, do jakiego, niestety, nie należał.
Szorstka odpowiedź, którą otrzymała, nakazała jej nieco wstrzymać się z kolejnymi słowami. Nie chciała wpuszczać nieproszonych gości do środka zakonu i tak długo, jak znajdowali się na zewnątrz, teoretycznie nie musiała się o nic obawiać. W środku jednak drżała na samą myśl, czy człowiek, który z nią rozmawia, nie należy do Gestapo i czy wymiana zdań nie jest wstępem do czegoś większego. Zmierzyła go spojrzeniem po raz kolejny, usiłując znaleźć jakąkolwiek wskazówkę. Czy brak munduru o czymś nie świadczył? – Celowo? – zapytała, kryjąc zdziwienie. Był wierzący? Szukał jednej z sióstr? Co takiego ściągnęło go w te strony, tak daleko od Paryża huczącego życiem? – Jeśli mogę więc jakoś pomóc, proszę powiedzieć – odparła uprzejmie, powstrzymując się przed zapytaniem o ów cel wizyty, choć słowa niemalże cisnęły jej się na usta. Spojrzała na budynek majaczący za nią, a potem z powrotem na mężczyznę. Czyżby, jak większość odwiedzających, szukał tu spokoju, o który trudno było w mieście?
Pytanie, jakie padło zaraz potem, nieco ją zaskoczyło, ale nie na tyle, by nie była w stanie odpowiedzieć. Wiele osób zadawało je wcześniej w przeróżnej formie, a każdy chciał usłyszeć co innego. Czego chciał Niemiec? – Radość to pojęcie względne i każdy postrzega je inaczej. Dla osoby wierzącej, poświęcenie swojej osoby jest największą radością – odparła płynnie, odnajdując w głowie jeden z tych frazesów, który nawet ją nie do końca przekonywał. Zawahała się o chwilę za długo, dalej unikając spojrzenia wojskowego. – Ktoś musi stać na straży, dawać przykład – dodała powoli, tym razem już z namysłem. – To powołanie, po prostu. Pan chyba powinien rozumieć to najlepiej, czyż się nie mylę? – Miała na myśli służbę wojskową, bezwarunkowe oddanie władzy. Czy należał do grona okupantów gotowych oddać wszystko za swoje państwo i przywódcę? Odpowiedź wszak powinna być twierdząca, lecz nie była w stanie przewidzieć, jak zareaguje mężczyzna.
Poprawiła płaszcz zarzucony na ramiona, czując, że zrobiło jej się o wiele chłodniej. – Czy możemy kontynuować podczas spaceru? Pogoda nie sprzyja staniu w miejscu – stwierdziła neutralnie, choć podejrzewała, że ubranie wojskowego było lepiej przygotowane na niedogodności związane z mrozem niż to, które należało do niej. Oby tylko nie był na tyle okrutny, aby jednak stwierdzić, iż woli pozostać tam, gdzie się znajdowali. – Czy mogę wiedzieć, z kim mam przyjemność rozmawiać? – dodała jeszcze jakby mimochodem, choć tak naprawdę do tego pytania dążyła najbardziej. Nie lubiła nie wiedzieć, na czym stoi, a choćby słowo wyjaśnienia na pewno nieco by ją uspokoiło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Nie Wrz 25, 2016 11:37 pm

Odgrodzenie od wojennego zgiełku było jedną z definicji szczęścia. Tobias gdyby nie wiele święceń oraz lata nauki zgodnie z zasadami kościoła sam zdecydowałby się na samotność. Jednak ten stan musiałby zawierać wiele wyjątków, na syna, siostrę, kobietę u boku. Chociaż jak każdy pilot marzył o wielu zmiecionych z ziemi samolotach, potrzebował najzwyklejszych rzeczy. Podziwiał ludzi, którzy świadomie zdecydowali się na samotność. Jednak należy wspomnieć, że ta miała wiele imion. Najczęściej nie czuło się jej na polanie wśród natury, a wśród tłumu. Nie rozumiał spokoju oraz opanowania sióstr zakonnych. Ileż widziały cierpienia? Ileż historii wysłuchały, aby zrozumieć drugiego człowieka? Odcięcie się od drobnych przyjemnostek teoretycznie sprawiało, że stawaliśmy się silniejsi. Tobias mimo wszystko potrzebował bezgranicznie muzyki, ciepła bliskich, zupełnie jak ryba wody. W ciszy podobno można było dotrzeć do zakamarków swojej duszy. Nie chciał słyszeć chociaż krzty wyrzutów sumienia, które potęgowały się z każdą kolejną bombą. Jakże Kościół nauczył się odporności na ludzkie cierpienie? Patrzył na ulice, rzadko kiedy oficjalnie zalane szkarłatem i szukał na nich codziennych przyjemności. Skradzionych pocałunków, złączonych ze sobą dłoni, szeptów, rodzinnego ciepła oraz miłości. Widział brud, głód i ból, który budził z zimowego snu serce. To właśnie w nim znajdowały się nazistowskie szpile, przypominające, jakie śluby złożył i co obiecywał.
Czy akceptacja na pewno była świadomym etapem? Człowiek bez imienia, bez historii, z sercem na dłoni i krzyżem na piersi. Czy to właśnie on musiał zaakceptować świat? Jego zadaniem było pozyskać zaufanie. Bez spowiedzi drugiego człowieka oraz opowieści o miłosierdziu wroga nie zebrałby tylu wiernych. W odróżnieniu do miłości (jakże chwilowej i ulotnej) oraz lojalności, zaufania nie można było kupić. Może właśnie dlatego Tobias tak rzadko zwracał się do Boga? Nie akceptował zasad, jego historii i filozofii, która obiecywała szczęście. Gdzież był Bóg, gdy padał rozkaz? Nie wiedział, czy przez  jego serce przemawia ignorancja, czy inni ludzie są po prostu naiwni. Szukał słów, nut, które opiszą jego stan, lecz tylko cisza potrafiła odciąć go od problemów. Przynajmniej dziś, przynajmniej teraz.
Patrzył na siostrę zakonną zastanawiając się, dlaczego wybrała właśnie tę drogę. Co ją skusiło? Pozorna ochrona, którą łatwo mogła zaburzyć „matka” zakonna oraz ksiądz, przekraczający swoje prawa. Niesienie pomocy oraz dobrej nowiny? Widząc łzy na oczach dziecka, nie mogła obiecywać mu poprawy. Kiedy będzie lepiej, kiedy będzie dobrze? Nawet on, major, rzekomo u władzy, nie potrafił odpowiedzieć, kiedy skończy się ten koszmar. Siostra zakonna była zbyt delikatna na osobę, która tapla się w bajorze wojny. Nie potrafił tego zrozumieć, ale widział w niej dobro. Coś podpowiadało mu, że jest w dobrych rękach, a jednocześnie powinien uważać, bo jest na francuskiej ziemi. Nie widział w niej kogoś z lidera. Tobiasowi nawet na myśl nie przeszło, że siostra zakonna może być działaczką. W końcu czyż kobiety nie były stworzone do delikatnych rzeczy? Wypuścił ciężko powietrze, nie czując, że przekracza jakiekolwiek granice.
- Jak ma siostra na imię? – spytał, nie kupując jej bajeczki. Ironicznie pomyślał, że miała na miejscu powiernika, który wyspowiada ją z kłamstwa, ale nie chciał dać za wygraną. Zza płaszcza wyciągnął mały przedmiot skąpany w złocie. Był to fragment naszyjnika, a raczej zawieszki, która otwierała się i wygrywała melodie. Położył to na otwartej dłoni.
- Wie, siostra, co to jest? – dodał po chwili. Przełknął ślinę, czując dziwne zdenerwowanie. – Znalazłem to w ruinach. Proszę posłuchać. Czy to nie jest ta sama melodia? – przekręcił oszczerbione koło zębate, napędzające mechanizm. Pozytywka wydobyła z siebie dźwięk, w który musieli się obydwoje słuchać. Nie była to głośna melodia, dlatego Tobias zbliżył się o krok do siostry zakonnej. Francuskie melodie były charakterystyczne. Nie miały tego polotu co niemieckie kompozycje, a jednak w każdym dźwięku obijało się echo butelek wina, szumu wiatry nad brzegiem morza w Marsylii, stukot muszli ślimaków i małż, ale także zapach dojrzałego sera. Romantyczne brzmienia były przesiąknięte sentymentalizmem oraz smutkiem. Nie chciał kończyć historii, gdzie znalazł małą pozytywkę. Widział wtedy zbyt wiele śmierci. Rozrzucone kończyny, jelita oplątujące jak bluszcz szczątki cegły domu, który miał być dla nich opoką, schronieniem. Mała dziewczynka, blondynka z martwym spojrzeniem wpatrzonym w jego buty. Dokładnie pamiętał jej oparzoną twarz oraz drobne ciało w granatowej sukieneczce, przygniecione przez kamienną ścianę. I z tej rączki wydobył medalion, będący częścią jej historii. Stwierdził, że dom musiał się sam zawalić lub nie przeżyć przez pożar – nie widział na pewno naocznych skutków bomb, z których bądź co bądź, nieświadomie stał się specjalistą.
- Celowo – powtórzył, nie rozumiejąc, co jest w tym zaskakującego. Aryjskie rysy twarzy aż rzucały się w oczy, lecz nie miał na sobie munduru Luftwaffe, jedynie wojskowy płaszcz mógł nasuwać niesłuszne wnioski. – Ta cisza, tereny, zna je siostra dobrze? – spytał, chociaż nie miał zamiaru prosić ją o odprowadzenie i towarzystwo. Miał dziwne przeczucie, że kobieta wcale nie będzie go zachęcała do rozmów o bogu oraz zaufaniu swojemu sercu.  Zaśmiał się, słysząc puste frazesy. Nie musiał znać kulturę francuską oraz politykę kościoła, aby znaleźć w tym fałsz.
Skąd pomysł, że to kobieta powinna być strażniczką?, spytał sam siebie, lecz nie można było usłyszeć tu żadnej pogardy. Naprawdę chciał wiedzieć, dlaczego takie piękno zostało zamknięte w klasztorze. Nie odpowiedział na pytanie o powołaniu. Jedynie spojrzał na nią znacząco. Nie, nie czuł powołania. Bat ojca i muzykę zagłuszającą jego bicie. Po chwili to spojrzenie zamieniło się w ostrzeżenie. Dlaczego tak nierozsądnie zadawała pytania Niemcowi? Czy mógłby publicznie wyznać swoje obawy?
- Nie zrozumiała, siostra, mojego pytania. To nie radość opowiada za wyrzeczenia, ale silna wola. Dlaczego, jakim cudem dajecie radę? Czyż ta cisza i samotność was nie zabija? – spytał. Jego muru krzyczały niewypowiedziane historie zamordowanych. Mimo wszystko czuł mniejsze wyrzuty sumienia spuszczając bomby, wszak tam nie zawsze krył się człowiek. Gdyby miał rozstrzelać kogoś, w tył głowy, czułby obrzydzenie do samego siebie. A co dopiero w sytuacji, gdy kat patrzy w oczy swojej ofiary.
- Proszę prowadzić, chętnie poznam okolice – powiedział cicho, czując mróz na swojej twarzy. Właśnie w takich chwilach buntował się przed goleniem, bo chociażby to było tylko kilka milimetrów zarostu, byłaby to kolejna warstwa walcząca z groźną zimą. Czasami się zastanawiał, czy mróz nie zbierał więcej ofiar niż SS-mani. Jednak, jakże to ocenić? Po szkarłacie na śniegu? – Tylko nie do klasztoru – dodał szybko. Nie wiedział, czy jej Bóg nie uzna go za demona, który powinien spłonąć po przekroczeniu progu świątyni. Śnieg skrzypiał pod wojskowym obuwiem, a Tobias zastanawiał się, czy kiedykolwiek przeżył tak srogą zimę. Kobieta wydawała się chłodniej ubrana, ale jeszcze nie dygotała z zimna. Spacer dobrze im zrobi. Westchnął ciężko. Czy powinien powiedzieć z dumą, że jest majorem Luftwaffe?
Czy mogę być dziś zwykłym człowiekiem? Wie, siostra, z kim ma do czynienia. Jednak nie ma żadnej potrzeby na wykorzystywanie azylu. - Dlaczego nie potrafił tego wypowiedzieć na głos? Takiej prośby, która rzekomo miała mu zagwarantować szczęście? Spokój? Ciszę? Chciał uspokoić kobietę, ale z drugiej strony zastanawiał się, czy przed każdym Niemcem dygoczą Francuzi. Nie rozumiał natury zachowania ludzi na ziemi. Nie znał polityki SS-manów bardziej niż tę, którą boleśnie, z każdym uderzeniem twardej ręki prezentował ojciec.
- Franz, więcej nie jest, siostrze, do szczęścia potrzebne – ani stopień wojskowy, ani nazwisko. Jakże uchroniliście taki majątek przed… – dobrze, że nie wypowiedział tych słów na głos, bo zdał sobie sprawie, że przekracza granice, ale przecież SS-mani, a raczej dowództwo było znane z przywłaszczania tego, co wygląda na wartościowe – Te tereny, na wiosnę, muszą wyglądać zjawiskowo, a mury wyglądają na solidne. To magiczne miejsce, jakby oderwane od tego świata. – a przede wszystkim z dala od wojny
Czy dużo kręci się tu takich jak ja? – spytał po chwili, badając sytuacje. Nie chciał tu innych. Nie sądził, że kłamstwo będzie miało krótkie nogi, ale potrzebował chociaż pozornego spokoju. Broń przypominała mu o tym, kim był, ale nieznośne uczucie braku sprawiedliwości dotykało jego sumienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Sob Paź 15, 2016 4:39 pm

Wcale nie czuła się wyizolowana od nieszczęść wojny. Wręcz przeciwnie, cały czas  wydawała się w nich zanurzona, na każdym kroku spotykając widma, odbicia w ludzkich twarzach oraz krajobrazie, znaki czasu upływającego pod okupacją, przed którymi nie było gdzie uciec. Nawet w zakonie, cichym, ulokowanym poza gwarem miasta, z dala od obrazów zniszczenia nie można było odnaleźć spokoju, który non stop zakłócany był przez odwiedzających te mury - zarówno mieszkańców francuskich miast, naiwnie poszukujących wytchnienia u bram kościołów, jak i nielicznych wojskowych, którzy pokazywali się w tych terenach, czasem ogarnięci nielicznymi uczuciami religijnymi, nakazującymi rozliczyć się z popełnionych win, czasem zainteresowani tajemnicami skrywanymi przez obrzeża miasta. Sam z fakt, iż klasztor stał szczęśliwie nietknięty przez niemieckie bomby czy kule, również przywodził na myśl powodzenie, które ominęło tak wiele innych domów obarczonych zniszczeniami konfliktu. To z kolei sprawiało, że tym silniej odczuwała niesprawiedliwość losu, jaki spotykał jej naród, że częściej myślała o sytuacji, w jakiej się znaleźli, nie potrafiąc wyrzucić konfliktu ze swojej głowy. Dobrobyt wydawał się nie na miejscu w sytuacji, gdy innym wokół nie powodziło się, szczególnie, jeśli chodziło o coś tak nieistotnego jak zakon, winny pozostawać miejscem ubóstwa.
Był zresztą jeszcze ów słynny Ruch Oporu, którego członkinię wszak stanowiła i którego wojna stanowiła element nieodzowny, tworząc swego rodzaju kamień węgielny. Paradoksalnie sama organizacja nie miała też racji bytu bez okupacji, która, po wielu latach problemów politycznych narodów, w końcu rozbudziła w Francuzach silniejsze uczucia patriotyczne.
Czuła się więc niejako wpisana w ten nowy obraz rzeczywistości, nawet mimo że pozornie w ogóle nie została zaangażowana w konflikt, nawet mimo złudnego poczucia, iż habit i tym razem stał się murem obronnym między codziennością i jej własnym żywotem. Skazana w równym stopniu na nieszczęśliwe uroki wątpliwych czasów, na widoki cierpiących, ukrywała wszelkie uczucia za maską stoicyzmu, gasząc płomień nakazujący w jakikolwiek sposób działać, tworząc przy tym kolejne pozory wielkiej, katolickiej odporności na otaczający ją świat. Gdyby tylko wiedział, jak trudno było zachowywać obojętność, jak ludzka powłoka, jak słabości utrudniały poruszanie się w sytuacjach codziennych. Gdyby wiedział, że zapach fajki podrażniał zakończenia nerwowe, budząc zwierzęcy głód, potrzebę wydmuchania z płuc dymu, zrozumiałby, że wszystko, co go otacza nawet tutaj, to kłamstwo, jedna wielka ułuda, którą podtrzymywał jego własny rozum. Wielki bóg skazał swoich posłanników na cielesność  oraz wszystkie inne niedoskonałości, a wszystkie wyobrażenia, pytania o siłę to imaginacja, kolejna warstwa, do której sam dorabiał historię, zapominając, że była tylko człowiekiem i nie była istotą idealną.
I że nawet w wyborze tej ścieżki kryły się żałosne powody ochrony samej siebie, stanowiące przy tym przekreślenie religijnej definicji służby bóstwa z powołania.
- Lucette - odpowiedziała zgodnie z prawdą po dłuższej chwili zawahania, nieco zaskoczona tym pytaniem. Dźwięk imienia rozbrzmiał w jej własnych uszach dość niepewnie, jakby nie była przekonana, czy powinna je zdradzać. Być może był to wyłącznie własny, nieracjonalny, paranoiczny strach, zalegający jeszcze resztami w środku umysłu, którego nie zdążyła wyzbyć się na przestrzeni ostatnich lat. Imię było tą nieliczną częścią jej samej łączącej się w sposób bezpośredni z przeszłością, stanowiące pamiątką po czymś odległym, kimś, kto zniknął raz na zawsze. Dzisiaj o wiele częściej bywała zwyczajnie siostrą, wyłącznie dzieci oraz pozostałe mieszkanki klasztoru dodawały do tego jakąkolwiek nazwę własną.
Niepewność jednak ustępowała powoli miejsca ciekawości, w szczególności gdy wojskowy wyjął pewien przedmiot zza płaszcza, który zaraz potem położył na dłoni, wyraźnie chcąc, aby na niego spojrzała.  Podążyła więc wzrokiem za, jak się okazało, bardzo ładną zawieszką; nieznanej jej, do momentu, gdy spod pokrywy rozbrzmiała muzyka, ta sama, którą jeszcze chwilę temu nuciła. Poznała ją, jednak za nim odpowiedziała na pytanie, jej wzrok jeszcze raz podążył na twarz mężczyzny, próbując wyczytać z niej sens dziwnej wymiany, którą prowadzili. Czy tylko dlatego zależało mu na odpowiedzi odnośnie tytułu kołysanki?
- Tak, to ta sama - przyznała więc nieco ciszej, odruchowo nie chcąc zakłócać ledwie dosłyszalnej muzyki wypełniającej właśnie przestrzeń pomiędzy ich dwójką. Przez dłuższą chwilę stała w kompletnej ciszy, zasłuchana wyłącznie w słabych dźwiękach. - Czy ta melodia ma dla pana jakieś znaczenie? - zapytała w końcu, decydując się podjąć temat. Nie wiedziała jeszcze, jak w delikatny sposób wyciągnąć informacje ze swoje rozmówcy. Czuła, że chce wiedzieć, dlaczego tak konkretnie pytał o przypadkowe dźwięki. Podświadomie przeczuwała, że nie chodzi o zwykłą, ludzką ciekawość i za ujawnieniem pozytywki kryje się coś więcej niż chęć udowodnienia jej, iż pamięć ludzka wcale nie bywa tak niewielka. Pytanie tylko co i ile ta wiedza kosztuje?
Spojrzała na moment prosto w jego oczy, pieczętując pytanie całkowitą świadomością oraz swego rodzaju szczerością. Nie potrafiła jeszcze do końca ocenić Niemca, ale fakt, iż nadal nie zażądał, aby okazała mu swój dowód tożsamości, sprawiał, że starała się zachowywać chociażby pozory przyjaznej postawy, nad poprzednim milczeniem przechodząc bez słowa wyjaśnienia.
- Chyba można tak powiedzieć - powiedziała po dłuższej chwili zastanowienia. Mieszkała w klasztorze zaledwie parę lat, lecz wydawało się, że wystarczyło, aby poznała otaczające go tereny w sposób dostateczny. Cisza otaczającej ją przyrody stanowiła osłonę przed zgiełkiem ogromnego miasta, sprawiała, że spacer po tutejszych terenach stawał się obietnicą wytchnienia; być może to właśnie licznie ściągało postronnych na obrzeża Paryża, tak drastycznie różne od pięknych kamienic wypełnionych światłem latarń do samego zmroku. - Pan jest tu po raz pierwszy, prawda? - zgadywała, choć nie mogła mieć całkowitej pewności. Nie wiedziała też, czy pyta wyłącznie o tę część Francji czy o całe państwo, którego raczej nie mógł wizytować wcześniej. Nie widziała go wcześniej - ani tu ani nigdzie i nie wyglądał przy tym na osobę, która czuła się pewnie w miejscu, w którym się znalazła.
Zignorowała jego śmiech, bo wiedziała, że szalę tej wypowiedzi i tak nieznacznie przechyli w swoją stronę. Mógł śmiać się z katolickiego bełkotu, pozostawała głucha na wszelkie drwiny, tym bardziej, gdy pod koniec, sama pozostawiła miejsce na jego wypowiedź. Która zresztą nie padła, a spojrzenie, jakie posłał w jej stronę, mówiło samo za siebie. Wszak nie powiedziała nic strasznego, po prostu stwierdziła fakt oczywisty dla żołnierza, posłużyła się schematem, który winien podtrzymać - służba była obowiązkiem oraz honorem, choć, widać, nie wszyscy traktowali ją w ten sposób. Nie powiedziała jednak nic więcej, widząc, że temat ten nie był pożądany i zwyczajnie nie chcąc się niepotrzebnie narażać. Przynajmniej na razie.
- To wiara daje siłę - powiedziała najbardziej przekonanym tonem, na jaki było ją w tej chwili stać. Mówienie o swoich przekonaniach, które w zbyt wielu miejscach nie pokrywały się z prawdą, nadal sprawiało jej problemy, choć wydawać by się mogło, że niemalże z dnia na dzień szło Lucette coraz lepiej. - Cisza i spokój pomagają zachować harmonię, tylko człowiek opanowany i zdecydowany potrafi zaprzeć się samego siebie. Nie potrafię wyjaśnić, skąd bierze się ta siła - odpowiedziała w końcu, w myślach zamieniając słowa nie potrafię na nie umiem. Kwestia braku powołania w takich chwilach dawała się we znaki szczególnie. - To po prostu jest, jak chęć życia, coś, czego nie da się wyćwiczyć, tylko trzeba odpowiednio pielęgnować. Zresztą to wcale nie jest też nic wielkiego. - stwierdziła w końcu, posyłając mu lekki uśmiech. To tylko ludzka wyobraźnia podwyższa to do rangi czegoś niemożliwego, tworząc wizję ludzkiego ideału. Tak wiele razy chciała otworzyć ludziom oczy, pokazać przykład osoby równie zakłamanej jak oni sami, lecz milczała. Tak było bezpieczniej.
Prośba sprawiła, że do tej pory napięte mięśnie karku rozluźniły się. Niejako pozwolił jej przejąć kontrolę nad całą sytuacją, poczuła się więc o wiele pewniej. Nieco żywszym krokiem ruszyła przed siebie, a gdy padło stwierdzenie o klasztorze, pokiwała tylko głową, nawet na niego nie patrząc. Nie zamierzała go tam prowadzić, nawet gdyby tego zapragnął. Zdziwiła ją jednak tak nagła reakcja, ale nie skomentowała jej. Kto wie, może wyrzuty sumienia w końcu zaczęły zaprzątać niemieckie dusze?
Kolejna odpowiedź nie uradowała szczególnie siostry, lecz chyba nie miała w tej kwestii już nic do powiedzenia. Choć może ta lakoniczność wcale nie była taka zła? Czyż nie oznaczało to, że wcale nie zamierza sprawdzać przybytku, a wizyta tu miała zupełnie inny charakter? - Przyroda jest pięknem w samym sobie, ale to prawda, to miejsce znacznie różni się od wąskich uliczek Paryża, choć jeśli chodzi o tutejszą zieleń, myślę, że nie wystaję znacznie ponad normę - stwierdziła, wciągając na usta wymuszony uśmiech. Zaczynała gubić się w kierunku tej wymiany zdań i mimo że odchodzili powoli od klasztoru, nerwowość powracała.  - Ale jest przy tym dość stare i wymaga mnóstwo pracy.
- Ma pan na myśli wojskowych? -
zapytała, upewniając się, czy ma na myśli zwykłych intruzów czy też Niemców poszukujących w tych terenach skarbów lub drugiego dna. - Okoliczni mieszkańcy raczej unikają pobliskich pól, przychodzą do kościoła, w którym zawsze ktoś jest. Jeśli chodzi o mundurowych, czasem również ich tu widujemy. - Choć, na szczęście, zdecydowanie rzadziej niż szarych Francuzów. Znów na chwilę zamilkła, stąpając po śniegu powoli roztapiającym się na ziemi. Odruchowo powróciła do potwierdzenia celowości jego wizyty i zastanawiała się, jak podjąć ten temat. - Niektórzy szukają tu spokoju, niektórzy duchownej, z którą mogliby porozmawiać. A pan?


Ostatnio zmieniony przez Lucette Naudin dnia Sob Lis 12, 2016 2:15 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Pon Lis 07, 2016 7:52 pm

Obraz wojny nie odbijał się tak bardzo na ulicach, gdy Niemcy przejęli Francje. Ślady po bombardowaniach zniknęły, a miasto wyglądało na bardziej opustoszone, zdyscyplinowane. Spokój dopiero nadchodził po godzinie policyjnej, gdy obok mieszkania Tobiasa w końcu można było słyszeć szum drzew z Pól Elizejskich. Wojna odbijała się najbardziej w oczach. Te zmieniały się najbardziej, z każdym przelewem krwi człowiek pustoszał. Tobias już dawno przestał bezpośrednio dokładać kolejne cegiełki w udawanych, aczkolwiek zbiorowych i anonimowych grobowcach. Był zwiadowcą, a coraz lepsze przygotowanie wroga powodowało, że Luftwaffe odchodziło w zapomnienie. Nadal byli wizytówką, nosili mundury, lecz zagrożenie przestało być takie znaczące. W końcu mógł spełniać się w roli ojca. Trudno było zapomnieć o wojnie, gdy było się w niej epicentrum. Chciał już wrócić do Niemiec, do malowniczej Norymbergii, cichego śpiewu ptaków, syczącego drewna w kominku i smaku wytrawnego wina. Nie znosił już francuskiego języka, kultury i filmów, które udawały śmieszne. Nie był Frankofonem, ale przede wszystkim potrzebował tego co niemieckie. Kiełbasy zamiast sera, piwo na wieczór zamiast młodego wina… Szukał swojej oazy spokoju, kawałka francuskiej ziemi, który przypomni mu zapach dawnego domu. Potrzebował kogoś, kto go zrozumie, ale mężczyźni nie lubili mówić o sobie. Tobias oszczędzał słowa, bo one potrafiły zranić głębiej niż ołowiane naboje. Szukał zabytków, dobrobytu, w których mógłby usiąść na schodach i na chwilę zatrzymać czas. Liczył te sekundy spokoju; raz, dwa, trzy.
Czuł jak szczęście ucieka z jego duszy. Męczyła go wojna i to zamknięcie we francuskiej klatce. Rozkaz, to rozkaz, ale Tobias szukał jakieś możliwości ucieczki. Wolałby zarządzać wojskiem z Norymbergii, ale z kolei tam nie był potrzebny żaden major. Dusza zranionego romantyka budziła się w najgorszych chwilach, boleśnie dając o sobie znać. Najbardziej samotnym czuł się człowiek w tłumie, ale gorzki smak poznawało się dopiero na wojnie. Właśnie wtedy gdy nawet zakonnica mogła stać po przeciwnej stronie. Czyż nie miała być powierniczką sekretów? Pismo Święte podobno stanowiło jeden z największych zbiorów odpowiedzi na trudne, życiowe pytania. Stanowiło drogowskaz, a i tak ludzie z niego nie korzystali. Tobias nie wiedział, czy naprawdę wierzył w Boga. Czy pozwoliłby na takie cierpienie? Dlaczego nie walczyli o ludzkie szczęście? Czuł się jak w mydlanej bańce, gdy ktoś wmawiał mu, że wewnątrz jest bezpiecznie, a wystarczył tylko podmuch wiatru, a bańka uderzała o skały. Byli marionetkami większej teorii, która miała uszczęśliwiać Przewódce, nie ich. Filozofia o równości i wyższości czystej rasy przekreślała wszystkich, którzy nie mieli niemieckich korzeni. Prawdziwość aryjczyków miała zostać dokładnie sprawdzona, a nawet majorzy mieli czuć strach. Ktoś pociągał za sznurki, ktoś był marionetką.
- Przyjęłaś już śluby, Lucette? – Nie wiedział, czy miał mówić do niej „siostro”, czy mógł zwracać się po imieniu. Czuł napiętą atmosferę, ale nie pomyślał nawet, że wynika to lokalnego patriotyzmu i przynależenia do Ruchu Oporu. Tobias szukał w sobie dobra, odcinał się od niemieckich wartości, bo przede wszystkim zaczął cenić spokój. Chciał być ojcem, a nie katem. Czy Bóg mu w tym pomoże? A co jeśli nie istnieje? Ukarze go za wszystkie kłamstwa, bo nawet imię podał fałszywe. Właśnie tu potrzebował anonimowości, czegoś, co pozwoli mu zapomnieć o parszywym życiu, które zmusiło go do trudnych decyzji. Czy kiedyś będzie mógł być po prostu sobą?
Drżała mu dłoń, gdy trzymał na niej pozytywkę. Melodia przeszywała jego serce na wskroś. Widział tę scenę przed oczami, martwe spojrzenie, czuł chłód jej skóry na swojej. Zamknął pozytywkę w dłoni, chowając ją z powrotem zza płaszcz.
- A dla was, Francuzów, ma? – spytał ciekawy, stawiając kolejne ostrożne kroki. Śnieg dawał popalić. Skrzypiał pod butami, a fajka rozgrzewała zmarznięte palce. Wolałby oczywiście wejść do klasztoru, rozłożyć się na podłodze obok kominka i wypić gorącą herbatę, ale czuł, że właśnie ta rozmowa będzie dla niego oczyszczająca. Przemógł się, a w głowie nie pojawiło się żadne ostrzeżenie, że nie powinien ufać Lucette. Jak bardzo się mylił? Mechanizm pozytywki jeszcze skrzypiał zza pazuchą. Tobias chrząknął, próbując zagłuszyć ten dźwięk.
- Była martwa, spóźniłem się, w dłoni miała tylko to – powiedział, starając się ukryć emocje. Każda śmierć nim potrafiła wstrząsnąć. Widział dziury w nazistowskiej filozofii i chociaż był jej wierny, zwłaszcza kilku podpunktom, wątpił w znaczenie wojny. Czy nie mogli ograniczyć się do niemieckich granic?
- Co jeśli dla niej domem była ta pozytywka, a dla mnie takie pole jak to? – kontynuował wątek, a smutek wyraźnie pojawił się na jego twarzy. Nie wiedział, czy siostra zakonna potraktuje ich rozmowę jako formę spowiedzi, podczas której obowiązuje tajemnica. Mocno uważał na słowa, dryfując po granicy bezpieczności. Tam właśnie zostawił niemiecką postawę, nie chcąc stwarzać złej atmosfery. Szukał spokoju, a nie sposobów na kolejne profity z pracy. Spojrzenie prosto w oczy go nie spłoszyło. Czuł jak powoli roztapia się lód wokół ich osób. Czy Lucette zrozumie, że nie jest tu z nazistowskich pobudek?
- Oprowadzi mnie, siostra? – spytał grzecznie, chociaż dla większości każda wypowiedź Niemca brzmiała jak rozkaz. Ponaglał ją, bo nie chciał ciągle stać w miejscu i robić kółka. Tobias nie chciał, aby Lucette czuła się w jakiś sposób zmuszana. Czysta logika podpowiadała, żeby nie pałętał się tu nikt obcy; bez kontroli. Potrzebował być gdzieś po raz pierwszy, gdzieś, gdzie obrazu nie zobaczy na kokpicie pilota. Miał wrażenie, że Lucette go zrozumie, że nie będzie go prowadziła po czymś oczywistym. – Zaskocz mnie, proszę – dopowiedział cicho, wszak był zaledwie o krok od niej. Chciał spokoju, nie wielkich obrazów i sławnych nazwisk.
- Znalazłem się tu przypadkiem – powiedział zgodnie z prawdą, chociaż sam nie wiedział, o co pytała siostra zakonna. Czy pytałby w innym wypadku o oprowadzenie? Powołałby się na nazwiska, kazał się wpuścić do środka i zrobić gorącej herbaty. Nie chciał się napraszać, ale potrzebował spokoju. Pragnął zamknąć się w zamczysku, zapomnieć o wojnie i o tym, czego się zobowiązał. Chciał być sobą, kochającym ojcem, który nie ucieka do pozorów, aby pokazać synowi, jak smakuje życie. Był już zmęczony. Jak ostatni outsider potrzebował domowego ciepła, zbudowania rodzinnego muru i wysypiania się. Odstawiał Luftwaffe’owską czekoladę, a i tak na barkach czuł obowiązki.
- A czy to nie jest tak, że ta cisza i grube mury nie potrafią was, duchownych, kusić? – spytał prowokacyjnie, bo nie kupował wyuczonych formułek. Chciał znać prawdę, a nie coś, co kazała mówić matka zakonna. Religia była kolejną filozofią, dla niej też ginęli ludzie od tysiącleci. Tobias wiele czytał, ale wątpił w istnienie Boga, bo czy ten dopuściłby się wojny?
- Gdzieś jest piękniej i spokojniej? – dodał, nawiązując do tutejszej przyrody. Zima siała spustoszenie, ale na pewno to miejsce rozkwita na wiosnę. Brakowało mu soczystych złotych pąków, nieśmiałych pierwszych kwiatów i róż, które swoją kapryśnością zawsze świadczyły o dobrobycie. W jego domu zawsze było pełno kwiatów, krzewów i traw, ale nic nie zastąpi zapachu oraz szumu natury.
- Powołaliście się na azyl, zachowując taki majątek? – spytał wprost, bo w domu miał jednego z generałów Gestapo, wiedział, do czego doprowadziła ich ambicja. Ojciec zgrabiłby całą okolicę, a następnie specjalnie podłożyłby granaty pod mury klasztoru, aby zobaczyć, jak krucha jest budowla. I jakże spektakularnie kończy swój żywot. Skoro było tu kilku mundurowych, wieść o takim majątku musiała się szybko roznieść.
- Potrzebujecie żywności, koców? – szepnął jakby to była zbrodnia. Kłóciła się natura człowieka i wypięta pierś majora Luftwaffe. Chrząknął cicho, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć siostrze zakonnej. Czego tu szukał? Domu, spokoju, siebie, spełnienia? Marzeń, odpowiedzi, powiernika, ognia, w którym spali wszystkie swoje sekrety?
- Zabijam natrętne myśli. Nie wiem, czy Bóg tu pomaga, ale natura tak. Gdy zamknę oczy, czuję jakbym był u siebie, jeszcze wiele lat temugdy zapomnieliśmy jak smakuje wojna nie dokończył, bo mieli niewiele lat spokoju. On wiedział więcej na temat I wojny z opowieści, ale nie ufał ojcu i jego słowom. Tylko jego pięści były prawdziwe, te nauczyły go rytmu, a Bach nigdy nie wyleci ze wspomnień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Wto Lis 15, 2016 2:08 pm

Wydawało się, że wojna winna mieć charakter ogólny, wikłając w swoje losy wszelkie żywe istnienie bez względu na wiek czy status społeczny. Była synonimem średniowiecznego danse macabre wyrażającego równość wszystkich ludzi w obliczu śmierci, czymś, co dosięgało już nie tylko bezduszne budowle czy niemo trwającą naturę. Była teorią w definicji, która zawsze odbiegała od wyznaczonych ram, zaskakując nieprzewidywalnością i tym, jak szybko wkraczała na sferę prywatną, stając się już nie tylko potyczką między wojującymi ze sobą społecznościami, ale między pojedynczymi jednostkami.
Czuła, że dla niej od początku stanowiła coś prywatnego, jakby źródło konfliktu miało swój początek jeszcze na dobrych parę lat przed jej wybuchem. A może naprawdę miało? Niechętnie sięgała pamięcią do swojej przeszłości, w umyśle boleśnie wydrapanej brzegami kart do gry, którą mimowolnie obwiniała za swoją obecną sytuację, za to, że właśnie teraz znajdowała się na terenie zakonu, nieudolnie usiłując zachować ambiwalencję wobec osoby żołnierza. W podjętych już czynach oraz decyzjach upatrywała przyczynę własnego nieszczęścia, zgubienia cząstki duszy, która prawdopodobnie dalej błąkała się wśród obcego terenu. Z definicji wręcz musiała nienawidzić wszystkiego, co niemieckie, podtrzymując prawdę ujawniającą się w okupacji, że odebrała jej wszystko, co najlepsze. Czasem faktycznie robiła to z całą mocą - nienawidziła i życzyła śmierci - wypełniając złością drobne ciało, marząc o czymś tak zwierzęcym jak zemsta i zapominając, że habit również narzucał jej pewne ramy. Niewygodne, sztywne, lecz nadal nadrzędne, swoistego rodzaju rogatki chroniące przed wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwem.
Miłość wobec drugiego człowieka nie była więc dla niej rzeczą obcą, lecz chyba nie zawsze przejawiała się w ten podręcznikowy sposób - chęcią niesienia pomocy. Siostry akceptowały, że pomimo paru lat, które spędziła w ich towarzystwie, nadal nie potrafi być tak radośnie wylewna, emanując ze środka żywą energią oraz dobrym słowem. Nadal pozostawała lekko wycofana, czasem chowając się za maską chłodu, dyscypliny oraz wyuczonej ogłady, swoje uczucia lokując w milczeniu oraz oszczędności oddechów. I tak też w zaskakująco szybki sposób stała się najlepszym spowiednikiem, słuchaczem, który zdawał się naprawdę rozumieć; a przynajmniej mowę francuską, znajome słowa akcentowane narodową dumą, rodaków, którzy byli tylko zagubionymi owcami.
Nie wiedziała, czy będzie w stanie zrozumieć niemiecki, choć przecież językiem tym posługiwała się równie biegle, co ojczystym. Obawiała się, czy buw będzie zbyt pokrętny, zagmatwany i czy przeszłość nie będzie przyćmiewać umysłu, zalewając ją jednym, bezdusznym palącym słowem nie. Musiała hedbaj spróbować, musiała podejmować kolejne żałosne próby, aby nie zdradzać się, zachowywać neutralny naturalizm, aby chronić już nie tylko siebie, ale wszystko, co znajdowało się wokół i co było tak bardzo bliskie.
Nie wierzyła, że fakt, iż znajdowała się na swoim terenie, w jakikolwiek sposób doda jej mocy. Widziała nieraz jak niemieckie dłonie egoistyczne zagrabiały tereny nienależące do nich, jak uznawały je za swoje mimo praw, które im nie przysługiwały. Karmiła się więc myślą, że tak długo, jak udawało się odwlec przybyłych od tutejszych terenów, wszystko było na swoim miejscu, a do tego i ona - bezpieczna niedaleko znajomych murów. Usiłowała zachowywać trzeźwość umysłu, pilnować się wbrew wszystkim uczuciom zalewającym ją od środka, nie prowokować problemów, jeśli nie musiała.
Tym razem jednak, mimo że wciąż poczuwała się do powinności odpowiadania na wszelkie pytania, wcale, o dziwo, nie czuła się jak na przesłuchaniu. Padło pytanie o imię, o sferę osobistą, ale nadal nie wydawało się mieć konkretnego celu, a przynajmniej nie w jej mniemaniu.
- Tak, w 1936. - 6 lat zadzwoniło gdzieś z tyłu jej głowy, przypominając o tym, jak bardzo czas ciągnął się dla trwających w czterech murach zakonu. Dni wypełnione były codzienną pracą oraz obowiązkami, lecz mimo to w naturalnym ich biegu brakowało obecności innych ludzi, którzy nadawali mu ten charakterystyczny bieg. Samotność doskwierała najbardziej w powolności mijanych godzin, w niemożności wypełnienia ich rozmową i wspólnymi czynnościami.
Nie powiedziała jednak tego na głos, nie chcąc wychylać się z jakimikolwiek głębszymi uczuciami czy przemyśleniami. Miała wszak grać silną, nieograniczoną ciszą siostrę zakonną, która przejmuje rolę słuchającego, a nie sama naprasza się z wylewaniem jakichkolwiek żali. Musiała jakoś odbić piłeczkę, przejść na sferę otaczającą rozmówcę, aby dalej unikać mówienia o sobie. - Dlaczego pan pyta? - Wybrzmiało więc, zabarwiając się lekkim, wręcz naturalnym zdziwieniem i celowo pomijając myśl o zwracaniu się po imieniu. Już tylko jedna osoba robiła to w ten sposób, jedna, jedyna, która wiedziała o wszystkim, całej fałszywej otoczce i która była w to wplątana. Ale to przecież nie był on. Mogła przypuszczać, że w wypadku Niemca był to zwyczajny przypadek, może nawet nieumyślna pomyłka? Cień zdziwienia przemknął po jej twarzy, zaraz potem znikając w powracającym neutralizmie.
Bo przecież nie miał prawa wiedzieć.
- Powiedziałam panu, że to tylko kołysanka - przypomniała mu łagodne, gdy schował pozytywkę. Nie rozumiała, czemu tak bardzo drążył temat, który wydawał się banalnie prosty. Potrzebował szerszego spojrzenia? Więcej słów, które zatoczyłyby koło wobec stwierdzenia, w jakim nie kryło się już niewiele więcej prawdy? - Matki śpiewają ją swoim dzieciom na dobranoc, słowa są francuskie, melodia niestety nie wiem. Ot całe znaczenie - dopowiedziała więc, z trudem powstrzymując się, aby nie wzruszyć ramionami, bo naprawdę nie było już czego drążyć. Prywatnych pobudek, z powodu jakich zaledwie parę minut temu nuciła ją, nie zamierzała mu zdradzać. Być może poprzednie słowa zasugerują, że jej samej matka śpiewała kołysankę do snu? Być może pomyśli, że robiła to ze względu na fakt, iż kobieta już nie żyje, a melodia stanowi jedyny zachowany po niej element? Nie obchodziło ją, jaką historię dorobi do jej słów, wolała raczej posłuchać, co takiego zaskoczyło w niej jego - bezdusznego Niemca, którego dłonie plamiły całe objętości ludzkiej krwi.
Przy kolejnych słowach zamarła na dłuższy moment, błądząc wzrokiem wśród mięśni twarzy, które w sposób wręcz idealny chowały wszelkie emocje. Chciała odczytać z nich prawdę, lecz nie potrafiła oddzielić beznamiętności od wszystkich innych uczuć, które (być może?) kłębiły się w środku. Naiwnie wydawało jej się, że wyrzuty sumienia stanowią przywilej zarezerwowany już wyłącznie dla społeczności francuskiej, ale to krótkie zdanie sprawiło, że cała podszewka nienawiści, którą ręcznie uszyła, minimalnie rozdarła się.
Chciała zapytać, kim była owa ona, lecz wolała nie ryzykować, iż Franz pomyśli, że na siłę próbuje wyciągać z niego jakieś tajne (?) informacje. Musiała być bardzo ostrożna, najwidoczniej mężczyzna usiłował nieco uchylić przed nią rąbka swojej pokrętnej duszy, a skoro już odważył się to zrobić, wypadało nie napadać na niego od razu. Odwróciła spojrzenie na krajobraz czający się za jego plecami i na moment pogrążyła się we własnych, cichych myślach, wysłuchując również jego pytania.
Chciała zaprzeczyć, że pole i zakon mogłyby stanowić jego dom, ale wiedziała, że nie o to chodzi. - A czuje się pan tutaj jak w domu? - zapytała w zamian, próbując wybadać, co naprawdę kryje się za tym stwierdzeniem. Chęć zagrabienia kolejnych terenów czy szczere uczucie? - Lasy i pola napawają spokojem, ale czy to na pewno tego rodzaju spokój? - Usiłowała dotrzeć do prawdy, szczerych uczuć kierujących Franzem w tej chwili.
Na prośbę, skinęła tylko głową, spacerowym krokiem przesuwając się do przodu wśród wydeptanych ścieżek. Mijali pola ośnieżone jeszcze niewysokimi zwałami śniegu, stopniowo oddalając się od murów zakonu. Przyroda jakby samoistnie przechodziła tutaj z pól w łąki, aż w końcu i lasy. - Kusić? - powtórzyła za nim, ważąc to pojedyncze słowo. Pozwoliła, aby na usta wpełzł leniwy uśmiech. - Może czasem, ale uczymy się oswajać z ciszą i samotnością. Wbrew pozorom nigdy nie jesteśmy sami, a milczenie... to rzecz bardzo ulotna.
Pytanie, gdzie jest piękniej obiło się o jej uszy już wcześniej i wszyscy duchowni zgodnie odpowiadali, że w tym przysłowiowym raju. W obliczu wojny było jednak jeszcze jedno miejsce, które pasowało do opisu. - Tam, gdzie nie było jeszcze człowieka - odpowiedziała po cichu. Sama doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo niszczycielską siłę stanowił i z jak łatwością niósł ze sobą śmierć wszystkiemu, co napotka. Czy Niemiec zrozumie, co takiego miała na myśli? Czy weźmie to za obrazę? W obliczu poprzednich słów, które sam wypowiadał, miała nadzieję, że nie.
- Wbrew pozorom te ziemie nie są wiele warte. Ich wartość stanowi ilość pracy, jaką w odbudowę włożył zakon. To tylko ciężkie mury i odpowiednio pielęgnowana przyroda - wyjaśniła konkretnie, uważając, aby nie wydawać się z prawdziwą wartością tego miejsca. Nie potrzebowali Niemców kręcących się w tych okolicach, węszących nowe łupy. Potrzebowała tego miejsca, Ruch Oporu w szczególności.
Zaczynała coraz bardziej gubić się w toku rozumowania Niemca. Za każdym razem, gdy wydawało się, że zbliża się do zrozumienia jego myśli, pojawiało się coś, co przekreślało to poczucie, sprawiając, że czuła się kompletnie zdezorientowana Tym razem chęć pomocy (czy aby na pewno szczera?) zamknęła jej usta na parę długich minut. Błądziła wzrokiem wśród ziemi, jakby próbując odczytać wśród niej odpowiedź na zadane pytanie. Co to wszystko miało znaczyć?
- Nie, dziękuję, dajemy sobie radę - odpowiedziała na tyle pewnym głosem, na jaki było ją w tej chwili stać. Nie przyjmowała do wiadomości, ze jakikolwiek wojskowy miałby chcieć nieść pomoc cywilom, musiała więc uznawać podobne stwierdzenia za pułapki, a w te przecież wpadać nie powinna. Stała się więc jeszcze bardziej ostrożna, mimowolnie obejmując ramionami i dalej nie unosząc wzroku. Na koniec pokiwała już tylko głową i dalej z beznamiętną miną szła przed siebie, nie chcąc zakłócać chwilowej ciszy, która na razie wydawała się wyzwoleniem od ciągłego proces analizowania osobowości Franza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Wto Lis 15, 2016 10:45 pm

Wojna nigdy nie miała charakteru ogólnego. Kukiełkowy pokaz trwał w najlepsze. Drewnianych aktorów łatwo było spalić w ogniu piekielnym. Głupota, wyrzuty sumienia, czyż to się nie wykluczało? Nie znał żadnego Niemca, który nie czuł potrzeby mordu i wyższości rasy aryjskiej. Nie wiedział, kiedy się zagubił. Miał wybór albo pójść w ślady ojca, albo sprzeciwić się roli Hitlera. Każdy mężczyzna zdolny do służby miał krzyczeć modlitwy do Fuhrera, przytakując jego słowom. Hitler był wyjątkowym mówcą. Wiedział, czego brakuje ludziom i to obiecywał. Nigdy nie chciał zabijać, wolałby rozwijać się muzyczne, sportowo, oddychać świeżym powietrzem i mieć własny samolot. Przestworza zawsze stanowiły dla niego zagadkę. Byłby hipokrytą gdyby powiedział, że nigdy nie spuścił bomby na teren podany przez zwiadowców. Na początku drogi przepełnionej wyrzutami sumienia nikt nie pytał go o zdanie. Miał wykonać rozkaz, bo inaczej spotka go kara. Ta kara nie wiązała się ze staniem w kącie ze smutną miną. Publiczne gwałty, chłosty i tortury miały nauczyć żołnierzy pokory. Teraz był zwiadowcą, szukał samolotów wroga. Stał się Expertem, strzelcem wyborowym. Tłumaczył to sobie tak, że być może uratowałby setki istnieć, które mogła zniszczyć bomba. A ją na pewno miał spuścić wróg. Nie tylko na Francuzów, Niemców, Żydów. Chodziło o ludzi, którzy zapomnieli, czym jest rozmowa.
Nie widział sensu w wojnie. Pamiętał, co Fuhrer obiecywał na początku. Dziś się zgubili, dążyli po omacku do zawładnięcia całym światem, zapominając, gdzie jest ich dom. A gdzie jest ich szczęście? Tobias wiedział, że nie może się wycofać. Franz straciłby ojca. Było za późno, powinni urodzić się w innym świecie, aby poznać smak sprawiedliwości, wolności i miłości. O co teraz chodziło w wojnie? O czystość rasy, ziemie, ludzi, zbiorowe gwałty, kradzieże? Ludzie zapomnieli po co są na obcej ziemi. I rodziła się między nimi tylko nienawiść. Wojna zmusiła go do ścieżki, od której nie było odwrotu. Mógł wybrać tylko drogi, które dotyczyły odnóg Wehrmachtu. Czym było mniejsze zło? Niższy współczynnik rannych, mniej zbombardowanych terenów czy życie jak ostatni postrach żołnierz Gestapo? Szukał kompromisu, ale trudno było wybrać lżejsza truciznę. I wiedział, że ma łatkę tego złego. Ona nie pozwalała nawet przypuszczać cywilom, że być może jest zagubiony, a rzeczywistość nie była spełnieniem jego marzeń. Szukał odpowiedzi w Bogu, ale nie wiedział, jak się modlić. Trudno było mówić o swoich uczuciach, błędach i głośno powiedzieć prawdę.
Lucette stanowiła dla Tobiasa zagadkę. Częściej spotykał ludzi Bogobojnych, którzy swoją otwartością chcieli zmieniać świat. Ta siostra była wycofana. Szukał oczywiście powodów w swoich wypowiedziach, lecz to chyba diabeł tkwił w wojskowym płaszczu. Czy potrzebował ubrać się w co innego, aby ludzie nie traktowali go jak najgorszego zbrodniarza? Chciał do domu, do ojczyzny, do swojej bańki mydlanej, gdzie rusztowanie stanowiłyby wartości moralne. Tego chciał uczyć syna, a nie tego, że przy dowódcy SS lepiej patrzeć na jego buty. Nie wiedział, czy powinien ciągle mieć neutralną postawę w stosunku do siostry zakonnej, ale jego twarz ciągle nie zdradzała emocji. Ona miała modlitwę, a on… maski. Ludzkim odruchem było się bać drugiego człowieka. Tobias nie chciał się wycofać i opuścić ziemie zakonu. Czuł, że może spotkać go coś dobrego, a jednocześnie widział, że nie powinien tak szybko ufać. Dziś chciał być kimś innym. Dobrym, niezagubionym, otwartym i… sam nie wiedział. Pragnął zrozumieć świat przez rozmowę z kimś, kto nie ma prawa oceniać. Zapomniał, że wojskowy mundur mówi o nim więcej niż by chciał. Teren miał mu pomóc zapomnieć, nie przypuszczał, że ziemia stanie się też wrogiem dla siostry zakonnej i nie będzie dodawała jej otuchy. I tak była odważna. Wszak szła z Niemcem w nieznane. Czy mogłaby pomyśleć, że idzie na własną egzekucje?
- Wygląda siostra bardzo młodo – powiedział zdziwiony, ale dobór słów po francusku zajął mu chwile. Zawsze miał opory przed mówieniem w tym języku, lecz nie chciał, aby Lucette czuła się jak na przesłuchaniu. To on był tu gościem. Nie pytał siostry o dokumenty, oficjalne miejsce zatrudnienia z kurii czy o zestawianie, kto przebywa w zakonie i czy nie ukrywa jakiś ludzi. Kupował jej czas, potrzebował słuchacza, nie kolejnej rzeczy z obowiązków do odhaczenia.
- Szukam słów, jak mam się do ciebie zwracać. Sześć lat tu już mieszkasz? – spytał, ale poczuł ścisk zazdrości. To był jej dom, oddalony od centrum wojny, a jednak czuł jej toksyczne opary. Otaczały mury jak trujący bluszcz, śmiejąc się głośno z drwiną z ich naiwnego, katolickiego podejścia. Czy wojna była potrzebna? Tylko Bóg zna odpowiedź na to pytanie. Nie rozumiał tego oddania, pogodzenia się z starodawną filozofią, odnalezienia szczęścia w szukaniu dobra na ulicach. On patrzył na nie codziennie i widział tylko śmierć oraz głupotę. Nie pogodziłby się z zasadami, z odstawieniem amfetaminy, alkoholu, seksu, z odizolowaniem od Franza, z śmiesznie małymi racjami żywnościowymi… Jak sobie radziła z tym kobieta? Od niej oczekiwano więcej niż od mężczyzny. Jej misją były dzieci, nie ranni i bezdomni.
- Myślę, że nie masz racji – powiedział spokojnie, drapiąc się po brodzie. Zastanawiał się, ile może jej powiedzieć. Czy obowiązywała ich tajemnica spowiedzi? – To była jej forma modlitwy, wykrwawiała się na śmierć, a pozytywka wciąż grała. Może chciała uczcić tym pamięć matki, może modliła się do twojego boga, ale to na pewno nie jest zwykła melodia. Wspomnienia są i siłą, i przekleństwem. – dodał ostrzej, wyjmując ponownie pozytywkę. Nie wiedział, co miał o niej myśleć. Widział po zachowaniu, że nie powiedziała mu całej prawdy. Może ta melodia była dla Francuzów bardziej intymna. Wszak nie każdy, kto słuchał Bacha, widział przed oczami tortury ojca Tobiasa.
- To była noc z wigilii na święto bożego narodzenia. Żołnierze SS przetrzepali kolejną posiadłość. Gdy przyszedłem chwalili mi się, że każdy z nich obstawiał miejsce postrzału, z którego będzie człowiek krwawić najmocniej. Nie miałem z tym nic wspólnego – dodał ciszej, usprawiedliwiając samego siebie. Chciał, aby zauważyła, że to był zwykły spacer, tak jak ten, dzięki któremu poznał nowych ludzi. Wystawił do niej dłoń z pozytywką. – Weź, dla ciebie więcej znaczy
Te słowa zabolały, bo on też chciał mieć coś ze swojego domu, coś co będzie stanowiło dla niego pozytywny symbol dzieciństwa. Pragnął wolności umysłu, a na dłoniach miał kajdany wojny. Nie mógł swobodnie myśleć ani oddychać. Żołnierz winien się wpisać w jeden schemat. Żadnych uczuć, żadnych emocji. Weź bagnet i walcz. Modlił się, żeby go nie oceniała. Dał z siebie wszystko, nie mógł pomóc dziewczynie, wciąż o niej pamiętał. Ta melodia sprawiała mu ból, a jednocześnie uczyła pokory.
- Nie, to nie jest mój dom, dom to wolność. – Nie wiedział, dlaczego był wobec Lucette momentami szczery, a przy niektórych obrastał w obłudę, która stała się na niego ochronnym pancerzem. Czego się bał, co próbował uniknąć?
- Ta cisza pozwala mi na chwilę zapomnieć, nie masz tak? – Znów nie użył słowa „siostro”, ale czuł jak buduje się między nimi mur. Tobias potrzebował spowiednika, który uwierzy w jego dobrą stronę, tą, która jest zmuszana i on sam przecież walczył o życie. Przede wszystkim dla syna.
- Zaprowadź mnie tam, odwdzięczę się – Nie potraktował tego jako oskarżenie. Człowiek siał największe spustoszenie, a on chciał dotrzeć tam, gdzie rzekomo rodził się spokój ducha. Nie wiedział, o co może prosić siostrę zakonną. Wszystko mógłby rozwiązać jednym, krótkich rozkazem, ale tak nie zyskałby słuchacza.
Teraz byłaś sama – zaznaczył. Łatwa ofiara, łatwy cel. Czy właśnie o to chodziło Lucette? Śnieg skrzypiał pod butami, a krajobraz wciąż pozostawał nieznany. Mogłaby go zaprowadzić wszędzie, wszak nie znał okolicy. Nie wiedział, czy może jej ufać, czy nie zrobi go w konia i pokaże coś najbardziej oklepanego. Obserwował każde drzewo, każdy krzew i szukał w nich nietuzinkowości. Potrzebował znaleźć także w oczach swojej rozmówczyni coś innego. Pragnął przegonić strach. Na jego miejsce miało wejść zrozumienie, ale na to było zdecydowanie za wcześnie.
- Nie rozumiesz, te mury to zaleta, nieważne, co się w nich kryje. Nie jeden generał zrobiłby z tego dom rozpusty. – Zdenerwował się, że nie doceniała tego, co ma. On dałby się pokroić za swój kąt. Chociaż w Paryżu miał mieszkanie, nie nazwałby tego domem. Potrzebował ojczyzny, nie bogactw, które miały go przekupić. Wojnę potrafili też przeżywać Niemcy, nie tylko cywilne. Tobias wierzył w część ideologii, dlatego tak szybko awansował, ale wręcz desperacko szukał szczęścia. Wsłuchiwał się w ciszę, nie poganiając siostry z odpowiedzią. Zaśmiał się, słysząc to drżenie głosu. Sama nie wierzyła we własne słowa.
- Największa zima stulecia, wasze pola są zamrożone, żywność jest kontrolowana bardziej niż to, co kryje się w tych murach, dajecie sobie radę czy siostry uprzedzenia odpychają pomocną dłoń? – Był bezpośredni, bo nie chciał źle. Zatrzymał się i przez to mógł przenieść na nią wyczekujące spojrzenie. Czego od niego oczekiwała? Dlaczego poszła z nim po okolicach? Bała się czy chciała uniknąć niekomfortowych pytań? Oddalali się od zakonu, a siostra wcale nie była spokojniejsza. Dotarli do zamrożonej tafli zbiornika wodnego. Lód zagruchotał pod wojskowym butem. Uniósł spojrzenie na niebo, analizując teren. Byli na polanie, korony drzew nie zasłaniały chmur. Wpadł mu pewien pomysł do głowy, ale musiał bardziej poznać Lucette. Czy zda egzamin?
- Czy ta rozmowę obowiązuje tajemnica spowiedzi, siostro? – spytał kontrolnie, zapamiętując kolejne jej rysy twarzy, dzięki temu będzie potrafił rozpoznać ją w tłumie. I analizował ją, zachowując swoją maskę, stanowiącą nieuchronny pancerz. Czy kłamstwa i uprzedzenia połączą ich drogi?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Nie Gru 04, 2016 4:08 pm

Słowa wojskowego dziwnym trafem nie atakowały jej w jakikolwiek sposób. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że toczona tu rozmowa, słowa rozpływające się na wietrze budowały grunt całkowicie neutralny, w żaden sposób nie skażony chęcią udowodnienia czy wpojenia jakiejkolwiek racji. Dziwiło ją to i jednocześnie ciekawiło, choć pilnowała, aby zasłona nieuległości nadal pozostawała szczelnie zasłonięta, chroniąc przed wystawieniem na niepotrzebną analizę. Być może sam sens wypowiedzi podszyty był momentami nićmi kłamstwa oraz powierzchowności, ale nadal żadne z nich nie schodziło na wąską linię punktów spornych, tematów ciężkich do udźwignięcia, których znalazłoby się być może nawet o wiele więcej niż tych zwyczajnych. Kim więc był Franz i co robił w tym miejscu? Kim był naprawdę, pod płaszczem wojskowego, pod warstwami naskórka naznaczonego szeregiem blizn?
Czy był człowiekiem?
Ostrożny uśmiech przemknął po jej twarzy, znacząc wargi szybkim wygięciem oraz uniesieniem kącików. Reakcja zastraszająco wręcz normalna, typowa dla kobiety, która usłyszała coś miłego na swój temat. Być może jako siostra zakonna nie powinna już przejmować się sprawami tak przyziemnymi jak kolejne lata odbijające się w skórze tracącej sprężystość, lecz przecież nadal pozostawała osobą poszukującą choćby cienia uprzejmości w świecie, który zdawał się pękać na dwie, nierówne połówki. Nawet jeśli egoistycznie miałaby ona dotyczyć tylko jej. - Dziękuję - odparła odrobinę weselej, ale pilnując, aby chwilowy promień nie zalał resztek zdrowego rozsądku. W końcu w obliczu komplementu zapewne wypadałoby się odwdzięczyć czymś równie cennym, a na to nie mogła sobie pozwolić, a przynajmniej jeszcze nie teraz, gdy rozmowa nie toczyła się podczas zwykłego, towarzyskiego spotkania. - W gruncie rzeczy jestem jeszcze dość młoda.
Gdy spoglądała na twarze sióstr, wiedziała, że należy do grupy młodszych, jednak rozglądając się po szeregach Ruchu Oporu, czasem czuła się o wiele dojrzalej, a przez to też bardziej odpowiedzialnie. Nie pełniła żadnej istotnej funkcji, ale nie raz zdarzało jej się upominać innych, nieopierzonych młodych, którzy za bardzo palili się do swoich zadań, co utwierdzało tylko w śmiesznej myśli, że w jakiś sposób za nich odpowiada i dodawało fikcyjnych lat w samej świadomości.
- Jak tylko pan zechce. - Neutralizm oraz nie do końca prawdziwa uprzejmość nadal rozbrzmiewały swoimi dźwiękami wśród każdego padającego słowa. Zdziwiło go jej stwierdzenie, czy naprawdę nie wiedział, że, zgodnie z niepisaną zasadą wystarczyło tylko dodać na końcu zdania "siostro"? Nie naciskała jednak na to, bo coraz bardziej utwierdzała się w swoich domysłach, że ma przed sobą kogoś więcej niż kolejnego ciekawskiego nazistę. Czekała tylko aż wskaże kierunek, z którego pochodzi i da choćby małą wskazówkę odnośnie samego siebie. - Tak, niedługo minie sześć - przyznała mu rację, oczyma wyobraźni na moment odpływając i znacząc chwilę milczeniem. Przeniosła się w przeszłość, obserwując moment, w którym zdecydowała się porzucić wszystko na rzecz schronienia w tym miejscu. - Sądzi pan, że to dużo? - zapytała nieśmiało, pilnując, aby nie pozwolić sobie na zbyt wiele. Pragnęła zbadać go i przewiercić na wskroś, ale nie mogła tego zrobić ot tak. Musiała najpierw spojrzeć na wszystko z jego perspektywy, a bez pomocy Franza było to przecież niemożliwe.  Zdecydowała się więc szukać i drążyć, nadal ostrożnie, lecz skutecznie.
Przyjęła jego słowa, lekko kiwając głową. Czyżby zobaczył, że swoimi słowami usiłowała uciąć temat pozytywki, że potraktowała to wszystko dość powierzchownie? Czemu zatem tak zależało mu na prawdziwej odpowiedzi, na znalezieniu sensu w zabawce, która spadła z szyi właściciela?
Odpowiedź pojawiła się sama, wlewając do głowy obrazy, których nie miała prawda widzieć. Mimowolnie zacisnęła szczęki w geście bezradności oraz złości, która niespodziewanie zalała drobne ciało. Powstrzymała się przed wypytaniem o szczegóły, przed dalszym drążeniem sprawy, bo teraz w końcu zrozumiała; połowicznie, w końcu dalej nie pojmowała sensu jego opowieści, dlaczego mówił to jej, osobie, która nie powinna słyszeć podobnych historii. Była przecież tylko cywilem i jeśli napaść nie dotyczyła jej samej, zwyczajnie nie miała prawa się w nią wtrącać. Przyjrzała się mu uważniej, czekając jeszcze chwilę na jakiś znak, może konkluzję, może oczekując, że będzie sprawdzał, jak zachowa się wobec relacji. Bo przecież opowiedzenie jej nie mogło być bezcelowe, nie mogłoby udowodnić, że w jakiś pokrętny sposób przeżył to osobiście?
- Dlaczego pan mi to mówi? - zapytała więc tylko ciszej, wyraźnie przytłoczona brzemieniem, którym się z nią podzielił. Być może miał świadomość, że przelewając na nią część z tego wydarzenia sprawiał, że tym mocniej zamykała się przed swoim rozmówcą, że może zacznie się go obawiać nawet mimo zwieńczającego wypowiedź "Nie miałem z tym nic wspólnego". Szukał wybaczenia win, potwierdzenie w niej samej, że nie jest złym człowiekiem lub w jakikolwiek sposób lepszy od tych, którzy dokonali mordu?
Wyciągnęła rękę, aby zabrać pozytywkę, bardzo powoli i uważnie patrząc na Franza szeroko otwartymi oczami. Nie wiedziała, czy nie zmieni zdania w tej jednej chwili, którą specjalnie rozciągała w nieskończoność, na moment zatrzymując palce zaciśnięte wokół przedmiotu schowanego jeszcze w jego dłoni. Nie podziękowała tym razem, schowała go do kieszeni i szła dalej, zastanawiając się, co właściwie się tu działo.
Czuła, że im dłużej toczy się ta rozmowa, tym mniej z niej rozumie i że zaczyna gubić się w swojej pokrętnej logiki. Franz w dziwny sposób wyrywał się ze schematu, który znała na pamięć, lub wyjątkowo dobrze udawał, że to robi. Zadziwiał ją, wpędzał w zgubienie oraz momentami nawet zwątpienie, choć na zewnątrz pozostawała równie bezbarwna, co na początku spotkania. Zastanawiała się tylko, czy to wszystko nie stanowi jakiejś gry, błazenady, w czasie której ktoś usiłuje namieszać jej w głowie i stworzyć złudną wizję skrywającą pozory. A może była testowana? Może był podstawiony, a Niemcy cały czas sprawdzali, jak bardzo Kościół nadal nie angażuje się w tematy polityczne, pilnując własnego nosa?
Nawet jeżeli tak było, musiała przyznać, że był przekonywujący. Nie miał prawa wiedzieć o niej zbyt wiele, a jednak jego słowa czasem aż nazbyt często trafiały w czułe punkty, zupełnie tak jak przy stwierdzeniu o domu i wolności. Może i, zgodnie z podręcznikową, wyzutą z uczuć definicją, klasztor stanowił jej dom, cztery ściany, w których pomieszkiwała. Mimo że nie czuła się tu więziona, nie mogła przyznać, że nie jest zamknięta w jakiś ograniczających ruchy łańcuchach. Gdyby była całkowicie wolna, wcale nie chciałaby tu mieszkać.
Kiwnęła krótko głową w odpowiedzi na jego pytanie i szła dalej przed siebie, podziwiając marcowy krajobraz sięgający aż po horyzont.
- Nie do końca sama. - Kościół wierzył przecież, że człowiek nigdy nie jest sam, że zawsze obok jest ktoś, mniej lub bardziej materialny, kto dodaje siły w najgorszych chwilach. Pojęcie samotności zdawało się nie istnieć w słowniku duchownych, ale czy on to rozumiał?
- A jednak dalej są tylko murami klasztoru - dokończyła za niego. Nie wiedziała, czy fakt, iż nadal należały do zakonu stanowił kolejny łut szczęścia, który niesprawiedliwie naznaczył ich jako swoich spadkobierców, czy może naprawdę większość okupantów nie widziała w tym miejscu nic ciekawego. Może chodziło lokalizację, odległość od gwarnego, pełnego rozrywek centrum miasta? A może niektórzy z nich posiadali jeszcze jakiekolwiek resztki sumienia i odbieranie własności Kościołowi kojarzyło im się z czymś naprawdę niemoralnym? Wszak łatwo było odebrać człowiekowi życie, lecz co z nadzieją?
Nie zareagowała na jego śmiech. Wiedziała, że nie zabrzmiała przekonująco, ale w tej kwestii chyba nie do końca potrafiła jasno określić swoje zdanie. Zależało jej na pomocy innym, ale za taką cenę? - Pan nie rozumie - powiedziała odrobinę ostrzej, odwracając wzrok. - Żywność jest kontrolowana bardziej i jeśli ktokolwiek zauważy, że mamy więcej niż nam przysługuje, nie skończy się to dobrze - wyjaśniła mu krótko, ale chyba dosadnie. Zresztą, czyż nie powinien o tym wiedzieć? Czy swoimi słowami nie próbował wciągnąć ją w kolejną pułapkę, sprawdzić, czy nie zechce złamać odgórnie nałożonych zasad. Odruchowo przeszła parę kroków do przodu, wydłużając dzielącą ich odległość.
Zaraz potem zrozumiała jednak swój błąd i odwróciła się w jego stronę. Nie podeszła od razu, czując, że może wyjść na interesowną, czekała w tym samym miejscu, mając nadzieję, że jednak to on dołączy do niej. - Tak - odparła po dłuższej chwili namysłu, tym razem nie kryjąc już zdziwienia wdzierającego się na rysy jej twarzy. Co takiego chciał jej powiedzieć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   Sro Gru 21, 2016 12:44 pm

Świętokradztwo, to nie tylko palenie kościołów, ale także znieważenie osoby. Niemcy nie bali się Boga. Fuhrer i jego dowódcy ich oceniali, wystosowując srogi osąd. Jeśli nie wykazywało się chociaż odrobiną sprytu, nawet okupant miał ciężkie życie. Jakże miał się przebić przez tyle zdolnych marionetek Wehrmachtu, którzy dla flagi byli gotowi zrobić wszystko? Awanse gwarantowały mu ochronę, kobiety, więcej alkoholu i towarów wyjątkowo luksusowych. Dla żołnierza Luftwaffe czekolada bez dodatku amfetaminy była prawdziwym rarytasem. Każdy z okupantów miał swoją niszę, która miała dać mu szczęście. Tobas nie znał odpowiedzi na pytanie, czego brakuje mu w życiu. Boga, miłości, oazy spokoju? Błądził, gubił się i co raz częściej myślał, czy dobrze robi. Potrzebował ducha kościoła. W Norymbergii nigdy nie chodził do domu Boga regularnie. Większość modlitw była przesiąknięta wątpliwościami i pretensjami. Nie wyciągał nauki z tego, co przynosiło mu życie. Dlaczego Boże na to pozwoliłeś?
Blizny stanowiły mapę po jego cierpieniu. Na twarzy pojawiały się pierwsze zmarszczki, a ciele trofea z walk. Rozumiał postawę siostry zakonnej. Musiała uważać na słowa i spojrzenia przy okupantach. Przybył tu po rozmowę, nie po dobra materialne czy okraść Lucette z godności. Zarejestrował ten ostrożny uśmiech, zastanawiając się, czy zawsze będzie wzbudzał taki strach. Czy jak wojna się skończy, to będzie inaczej?
- Jeszcze? Jesteś młoda i piękna siostro, jeszcze to wiele życia przed tobą – powiedział gorzko, zazdrościwszy jej tych lat. Co prawda w jej wieku, miał już żonę oraz dziecko, był już żołnierzem Wehrmachtu, ale czy podjąłby taką samą decyzję ponownie? Czy nie wolałby wyjechać i znaleźć swoją prawdziwą miłość? Zazdrościł Lucette tej pewności, że dobrze robi. Nie czuł się niezręcznie, gdy komplementował siostrę zakonną. Była kobietą, potrzebowała powierzchniowych słów, łechtających jej ego. Szukał w głosie siostry spokoju, który pozwoliłby mu na chwilę zapomnieć, gdzie się znajdują. Zima stulecia szczypała policzki, a Tobias czuł, że ich czas dobiega końca.
- Długo, kryzysy zawsze przychodzą z 3. Nie uważasz, że to dziwne? To cyfra Boga, a jest dla nas największym sprawdzianem – Niepisana zasada zbierała krwawe żniwo. Wystarczyło robić coś przez trzy tygodnie, aby weszło w nawyk. Trzy miesiące to sprawdzian każdego związku, a następnie trzy lata. Ona musiała przejść swoje kryzysy, inaczej zrezygnowałaby z tej drogi. A co jeśli nie mogła tak jak i on?
- Ciągle widzę to przed oczami, a Bóg podobno bardziej słucha, gdy rozmawia się z duchownymi – szepnął, bo chciał się pozbyć okropnych wspomnień. Nigdy nie brał udziału w rzeziach. Jego królestwem było niebo, na ziemi nie czuł się pewnie. Oddał pozytywkę, dotykając przypadkiem jej dłoni. Przytłoczony bliskością, szybko schował ręce do kieszeni. Pozwolił, żeby między nich wkradło się milczenie. Czuł jakby oddawał w ten sposób hołd poległym, ale nie wiedział, czy Lucette nie szuka drogi ucieczki. Co jeśli ją przeraził?
Wycofał się, a grunt zaczął być co raz bardziej grząski. Niepewne kroki przypominały te, które stawia się na zamarzniętym jeziorze.
- Samotność jest wszędzie, nawet w domu bożym – Nie wierzył w mówienie, że Bóg zawsze patrzy. Gdzie był podczas wojny, zabójstw i zbiorowych gwałtów? Nie trzeba było żyć jak okupant, aby znać historie z grabienia domów. Podobno Rosjanie byli gorsi, a Niemcy mieli więcej serca. Woleli błyskotki niż brutalny seks z przykładaniem broni do głowy. Nie przekonała go brakiem kombinowania na boku. Wiedział, że każdy walczy o życie, nawet duchowni. Nie mógł udowodnić kłamstwa, ale uśmiechnął się tylko znacząco.
- Darowizna to nie tylko żywność – odpowiedział krótko, surowym tonem. Trzęśli się z zimna, potrzebowali ubrań, koców, słomy i drewna do palenia. Miał wrażenie, że zamiast on się spowiadać, to Lucette chciała mu się tłumaczyć. Nie pytał ją o dokumenty, nie chciał przeszukiwać klasztoru i udowodnić, że kościół zawsze litował się nad potrzebującymi. Nieważne czy to cywile czy żydzi. Chciał dać im darowiznę na kościół, ale nie wiedział, z kim ma do czynienia. Lucette była zamknięta, przesiąknięta strachem, a jednocześnie zagubiona.
- Za tydzień, o tej samej porze – rzucił zdawkowo, zawracając. Nie pożegnał się. Pożegnania były najtrudniejsze. Nie chciał, aby siostra zakonna rozpowiadała, kogo spotkała, a obowiązek zachowania tajemnicy spowiedzi go krył. Czy będzie się go bała na drugim spotkaniu? Czy Tobias zrozumie, dlaczego Lucette oddała życie Bogu?
Zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Klasztor zakonu Sacré-Cœur   

Powrót do góry Go down
 
Klasztor zakonu Sacré-Cœur
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Obrzeża-
Skocz do: