IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Mathieu&Blanche


Share | 
 

 Mathieu&Blanche

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Mathieu&Blanche   Czw Wrz 08, 2016 5:53 pm



Mieszkanie nr 18

Kamienica, w której znajduje się mieszkanie, niczym specjalnym się nie wyróżnia; z poszarzałą elewacją i kruszącym się ze ścian tynkiem, wtapia się idealnie w mało imponujące tło Vaugirardu. Sam lokal mieści się na ostatnim piętrze budynku, zaraz za skrzypiącymi żałośnie drzwiami z przekrzywioną tabliczką.
Optymiści powiedzieliby, że wnętrze prezentuje się schludnie, ci patrzący bardziej realnie - że zwyczajnie jest tu pusto. Skromne umeblowanie nie wystarczyło, żeby wypełnić przestrzeń, nawet biorąc pod uwagę, że pomieszczenia są naprawdę niewielkie; dwa pokoje, które zajmują Mathieu i Leon sprawiają wrażenie, jakby ktoś wydzielił je z jednego większego, wznosząc pośrodku dodatkową ścianę. W efekcie w środku mieści się jedynie łóżko i niewielka szafa, wąska, ale sięgająca za to samego sufitu. Prosty salon połączony jest z kuchnią, a pomieszczenie wyposażone jest jedynie w najniezbędniejsze sprzęty. Jedyną dekorację stanowią wiszące na ścianach puste ramki na zdjęcia; zawsze jakoś brakuje okazji, żeby je wypełnić.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   Sob Wrz 24, 2016 12:14 am

blanszowe mieszkanie

Najtrudniejszą rzeczą, z jaką spotykałam się w podobnych chwilach, była konieczność ukrycia emocji pod maską absolutnej beznamiętności i chłodnego opanowania. Słowa potrafiły zdradzić - i zdradzały, z czego zresztą namiętnie korzystałam - jednak mowa ciała była o wiele bardziej bezwzględna. Obserwując ludzi już niemal dwa lata, nabrałam doświadczenia w wyłapywaniu drobnych gestów, niespokojnych spojrzeń i wyczuwalnego w całej sylwetce napięcia, które zdawało się wręcz krzyczeć, że coś jest nie w porządku. To był najtrudniejszy, a zarazem najbardziej wymowny język, jaki istniał, i choć uczyłam się go już tak długi czas, sama miewałam chwilami trudności ze schowaniem się wgłąb własnego własnego ciała. Być może posiadałam na tym polu pewne ułatwienie; ironiczny prezent od losu - moje ciało przez długi czas nie było przecież moje. Gdy więc ryzyko sytuacji nakazywało mi wiercić się niespokojnie i zerkać wciąż na Mathieu, potrafiłam wyciszyć emocje do tego stopnia, by nie zdradzić swoich zamiarów żadnym nieprzemyślanym ruchem. A tym bardziej słowem.
Stąpałam po cienkiej, delikatnej tafli lodu, a jednocześnie tak bardzo chciałam odkryć, co znajduje się poza nią, że nie planowałam zawrócić. To była ostatnia rzecz, na jaką mogłabym się zdecydować. Widok klucza w dłoni Mathieu niemal mówił mi chodź, nie będzie powrotu, a ja bez wahania podjęłam decyzję, by go posłuchać. Zresztą jaki miałam wybór? Nie powinnam była się już wycofywać.
Wiedziałam, że zastanę na miejscu bałagan. Wiedziałam, że cenne (najcenniejsze? najbardziej kłopotliwe?) dla Mathieu rzeczy uniknęły go dzięki mnie. Czego więcej mogłam oczekiwać w mieszkaniu Bernarda? Co sobie wyobrażałam? Mógł być tylko szarym paryżaninem z zawartością notatnika, która raczej nie wzbudziłaby aprobaty Niemców, oraz z kilkoma nabojami ukrytymi poszewce poduszki. Wątpiłam, by chciał się tym komukolwiek chwalić, ale to jeszcze nie stanowiło podstawy, żebym wpadła w absolutną euforię, która nieraz towarzyszyła mi, kiedy odkrywałam coś naprawdę interesującego.
Miałam więc mętlik w głowie. Musiałam po prostu wiedzieć więcej, nawet jeżeli oznaczało to spędzenie dłuższej chwili na sprzątaniu czyjegoś mieszkania. Na próbach opanowania chaosu. I tego rzeczywistego, i tego, który pojawił się w moich myślach.
Czy zostało ci coś jeszcze do ukrycia, Mathieu? Może sprawdzę pod tamtym krzesłem, co?
Zdawałam sobie również sprawę z tego, że moja propozycja pomocy mogła zabrzmieć nieco dziwnie - o ile nie podejrzanie, ale to był ten najgorszy scenariusz, w który wolałam się nie zagłębiać. Nie stanowiłam wzoru cnót sąsiedzkich, a moja krótka znajomość z Mathieu raczej niekorzystnie o tym świadczyła, jednak Bernard mimo wszystko zgodził się, bym mu pomogła, i tego właśnie postanowiłam się trzymać.
- Wierz mi, i tak nie mam nic lepszego do roboty - stwierdziłam beznamiętnie, zamykając drzwi i ruszając w stronę schodów. - Przy takiej pogodzie mogę co najwyżej portretować puste ulice.
Nieśmiało liczyłam na to, że rzucona mimochodem wzmianka o tym, czym się zajmowałam (uwaga, niemalże prawdziwa), uśpi jego ewentualną czujność czy jakiekolwiek podejrzenia. Paryż składał się z artystów, a artyści z paryskich ulic, uchwyconej po raz milionowy wieży Eiffla, katedry Notre-Dame czy szemrzącej brudami Sekwany. Artyści byli szarzy, absolutnie zwyczajni i jedynie niektórym z nich zdawało się, że mają jakąś niezwykłą barwę.
Moją była biel. Tylko że przybrudzona.
Pokonałam kilka kolejnych schodków w milczeniu, nie śpiesząc się zbytnio i nie wyprzedzając Mathieu. Kątem oka spoglądałam na jego twarz - ani trochę nie zazdrościłam mu tego barwnego siniaka.
Kiedy dotarłam pod drzwi niemal słynnej już osiemnastki, przystanęłam, krzyżując ręce na piersiach. Szybko zlustrowałam wzrokiem korytarz, ale wyglądał on na tyle zwyczajnie, że odpuściłam sobie jakiekolwiek teorie spiskowe. Przywołałam na twarz coś w rodzaju determinacji, unosząc mimalnie kącik ust ku górze.
- Nie wiem, czy twoje mieszkanie będzie lśnić, kiedy już wyjdę, ale postaram się przynajmniej nie zostawić go w gorszym stanie - rzuciłam z przekąsem, oczyma wyobraźni już widząc, jak przez następne minuty - jeśli nie godziny czy nawet wieki - bawię się w pomoc domową. Nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, a jednak sytuacja właśnie zmuszała mnie do zrobienia czegoś ponad odstwienie do zlewu kolejnego kubka z resztkami wodnistej kawy. Skoro już ukrywałam swoje prawdziwe intencje, to musiałam również udawać, że faktycznie chcę mu pomóc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   Wto Maj 30, 2017 8:52 pm

Właściwie potrzebował pokonania jedynie siedmiu startych, betonowych schodków, żeby do jego umysłu wkradł się natrętny szum wątpliwości. Zmaltretowany serią dezorientujących wydarzeń instynkt samozachowawczy, do tej pory cichy, odezwał się ostrzegawczo gdzieś z dalekiego, ciemnego kąta podświadomości, przypominając mu o kilku oczywistościach i sprawiając, że zaczął przeklinać milcząco samego siebie, zastanawiając się gorączkowo, czy istniała jeszcze jakaś droga odwrotu. Niosący się echem odgłos podwójnych kroków – jego ciężkich i nieco nierównych, jej lekkich i niespiesznych – brzmiał w jego uszach jak nerwowe odliczanie, zmierzające do nieuniknionego i pociągające bezlitośnie już i tak nadszarpnięte struny podeptanego przez niemieckie podeszwy poczucia bezpieczeństwa, choć tak naprawdę nie wiedział, dlaczego; nie miał już przecież kompletnie nic do ukrycia. Jego mieszkanie, przetrząśnięte wzdłuż i wszerz, stanowiło obecnie mieszaninę bezużytecznych przedmiotów w rożnym stopniu zniszczenia; gdyby znajdowało się tam cokolwiek wskazującego choćby mgliście na powiązania z Ruchem Oporu, znaleźliby to gestapowcy.
A on gniłby teraz w jakiejś śmierdzącej piwnicy.
Niemal pozbawiony emocji głos Blanche przedarł się przez jego myślowy kołowrotek, subtelnie ściągając go z powrotem na ziemię. Obejrzał się przez ramię, żeby na nią spojrzeć; potrzebował paru sekund, żeby zrozumieć, który element jej wypowiedzi spowodował w jego umyśle znajome kliknięcie. – Malujesz? – zapytał odruchowo, zanim właściwie zdążyłby przemyśleć zasadność zadawania jej jakichkolwiek pytań. Przemknął spojrzeniem po jej sylwetce, starając się wyobrazić ją sobie z pędzlem wetkniętym między szczupłe palce, ale jego myśli zamiast tego popchnęły go w stronę Flavie, wywołując tępy, fantomowy ból gdzieś za mostkiem. Skrzywił się mimowolnie, odwracając się od swojej towarzyszki, żeby ukryć nagłe drgnięcie mięśni twarzy, ale odegnanie naciskających wspomnień nie było już takie proste; znajdowały się zaraz obok, na wyciągnięcie ręki: mokry zapach kleju do gruntowania płócien, kolorowe smugi farb olejnych, nagrzana południowym słońcem pracownia, pionowa zmarszczka między jasnymi brwiami. Wypuścił powietrze z płuc przez zaciśnięte zęby, nieświadomie mocniej zaciskając palce na żelaznej barierce schodów, prawie dziwiąc się, gdy nagle się skończyła, doprowadzając go do wąskiego korytarzyka i drewnianych drzwi z przekrzywioną tabliczką.
Chwila zawahania między zatrzymaniem się na spoczniku, a przekręceniem klucza w zamku, trwała tylko moment. – Nie jestem pewien, czy byłabyś w stanie coś jeszcze tu zepsuć – mruknął, odrobinę bardziej gorzko, niż zamierzał, nie do końca przekonany, czy mówił tylko o mieszkaniu, ale postanawiając nie łapać się mocniej tej myśli. Zamiast tego po prostu pchnął dłonią drzwi (zawiasy skrzypnęły żałośnie, błagając o naoliwienie) i cofnął się o krok, żeby przepuścić stojącą ze skrzyżowanymi ramionami dziewczynę, po raz kolejny w ciągu ostatnich sekund żałując, że grzecznie nie odrzucił propozycji pomocy. Mimo że właściwie nie zdarzało mu się nazywać wynajmowanej klitki domem (od dłuższego czasu nie istniało miejsce, które zasługiwałoby na to określenie; nie w Paryżu, nie we Francji, może nie na całym świecie), to wizja bladej postaci poruszającej się wzdłuż szarych, stanowiących jego jedyne schronienie ścian, wywoływała w jego umyśle nieprzyjemny zgrzyt. Przyglądał jej się przez chwilę, wchodząc za nią do korytarza i zamykając drzwi; drobna sylwetka przemierzająca pogrążoną w chaosie przestrzeń oraz duże oczy o barwie nieba o świcie, zahaczające o poprzewracane meble, powodowały dziwne uczucie ostateczności i bezbronności; zupełnie jakby uświadamiał sobie właśnie, że ta mikroskopijna rzeczywistość, raz naznaczona jej obecnością, nigdy nie będzie już od niej wolna.
Zrobił kilka powolnych kroków, zatrzymując się w przejściu do połączonego z kuchnią salonu i raz jeszcze obejmując spojrzeniem niewielkie pomieszczenie. Trudno było uwierzyć, że opuścił je zaledwie kilka godzin wcześniej; czas przed nieplanowaną wizytą w siedzibie gestapo zdawał się należeć do innego świata. Teraz, patrząc na wywrócony stolik, porzucone krzesło z żałośnie wykrzywioną nogą, wyciągnięte z szafek szuflady i rozbitą na pół popielniczkę, czuł dziwną pustkę. Chociaż żaden z tych przedmiotów nie miał dla niego najmniejszego znaczenia, coś wewnątrz klatki piersiowej szarpnęło się z przytłaczającą kapitulacją w odpowiedzi na ponurą realizację, że okupantowi udało się zdeptać nawet to.
Podszedł do rzędu szafek pod ścianą. Wiedział, że powinien był skontaktować się z kimś w Ruchu Oporu i postarać się dowiedzieć, co działo się z Leonem, ale w tamtej chwili pozwolił, by ogarnęła go bezsilność; nie wiedział zresztą, czy ktoś przypadkiem nie obserwował budynku, licząc na to, że Mathieu zrobi właśnie to. – Zaproponowałbym ci herbatę, ale obawiam się, że nie została nam ani jedna filiżanka – powiedział przepraszająco, przykucając i zaczynając zbierać z podłogi potłuczone skorupki naczyń. W jego głosie gorycz przelewała się przez sylaby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   Pią Cze 02, 2017 9:42 pm

Wcale nie byłam wścibska.
Kierowała mną najzwyklejsza zawodowa ciekawość.
Mathieu z kolei nie stanowił odosobnionego przypadku – przecież nie tylko w jego życie próbowałam się wślizgnąć, wkładając w swoje słowa swobodne brzmienie, a fałszywe intencje otaczając woalem szczerości. Nie był pod tym względem nikim szczególnym, choć w ogólnym rozrachunku należał do żałośnie pechowych ludzi – mógł zaufać mi, że przechowam dziennik i poszewkę, ale na tym zaufanie się kończyło, bo nie byłabym sobą, gdybym nie zainteresowała się nimi bardziej niż wypadało.
Dla Mathieu był to nawet pewien awans – nagle przestał być tylko mało lubianym, wręcz irytującym sąsiadem, a stał się kimś, dla kogo gotowa byłam poświęcić swoją nadwątloną cierpliwość, byle tylko odkryć, czy poza nabojami i dziennikiem coś jeszcze ciążyło mu na sumieniu.
A miałam szczerą nadzieję, że tak właśnie było.
Uśmiechnęłam się w myślach, słysząc jego pytanie – moja dodatkowa praca była bezpiecznym tematem, pozwalającym mi budować wokół siebie otoczkę normalności.
- Raczej szkicuję – rzuciłam, wzruszając lekko ramionami. - Ołówki są tańsze niż farby – co nie zmieniało faktu, że gdybym uśmiechnęła się ładnie do odpowiednich osób i ofiarowała w zamian kilka plotek, mogłabym dostać każdy kolor, jaki tylko bym chciała. Mimo to nie posiadałam większych ambicji malarskich, a sama myśl o tym, że miałabym cierpieć nad sztalugą, zastanawiając się nad każdą barwą, przyprawiała mnie niemalże o dreszcze. Szarość ołówka była cudownie nieskomplikowana i w zupełności mi wystarczała.
Wciąż utrzymując na twarzy cień determinacji, przyglądałam się, jak mój sąsiad otwiera przede mną drzwi. Niewiele brakowało, a rzuciłabym kolejną luźną uwagę, że sytuacja na pewno nie prezentowała się tak źle, jak opisywał ją Mathieu, jednak słowa wyhamowały gwałtownie na krawędzi moich ust, kiedy tylko przekroczyłam próg jego mieszkania.
- Mon Dieu. Jakby przetoczył się tu front – wyrwało mi się, zresztą nie bez szczypty ironii. Moje brwi powędrowały minimalnie ku górze, nadając twarzy nieco zaskoczony wyraz, choć tak naprawdę roztaczający się wokół widok nie powinien był mnie dziwić - przecież z samych odgłosów odwiedzin mogłam domyślić się, że Mathieu i jego goście nie pili kulturalnie herbaty.
Miłosiernie - to słowo zdecydowanie do mnie pasowało - oszczędziłam Bernardowi dalszych uwag, rozglądając się po pomieszczeniu niczym ktoś, kto próbuje ocenić obiektywnie skalę szkód, a nie sprawdzić, czy któraś z szuflad cudem pozostała na swoim miejscu i czy warto do niej zajrzeć. Jeszcze nie dopuszczałam do siebie myśli, że być może nie było tu już nic godnego mojej uwagi. W dłoni wciąż czułam fantomowy, oskarżycielski ciężar znalezionych zaledwie kilka chwil temu nabojów, a przeczytane w dzienniku zdania rozbrzmiewały w mojej pamięci, jakby wyobraźnia próbowała podsunąć mi ich ukryte (istniejące? nieistniejące?) znaczenie. Błądząc wzrokiem po pogrążonym w chaosie mieszkaniu, balansowałam na cienkiej linii wyznaczającej granicę między rozsądkiem – jak zwykle podpowiadającym mi, że mogłam nadinterpretować fakty – a nęcącą perspektywą przyjrzenia się Mathieu uważniej niż zwykle.
Obdarzyłam pobojowisko ostatnim spojrzeniem – bo słowo nieporządek byłoby tutaj sporym niedopowiedzeniem - po czym skupiłam uwagę na Mathieu, bez trudu zauważając, że humor raczej mu nie dopisywał. Całkiem możliwe, że minimalnie współczułam swojemu sąsiadowi i posiniaczonej twarzy, i bałaganu, jaki pozostawili po sobie jego goście, ale zdecydowanie bardziej współczułam samej sobie – przecież z własnej woli zgłosiłam się, by go uprzątnąć. Pozostawało mi tylko liczyć na to, że cały ten teatrzyk sąsiedzkiej solidarności i życzliwości choć odrobinę się opłaci.
Słysząc przepraszający ton w głosie Mathieu, machnęłam jedynie dłonią, posyłając mu nieznaczny uśmiech.
Gdyby cię to interesowało, i tak wolę kawę.
- Lepiej oszczędzaj herbatę. Nigdy nie wiadomo, kiedy zniknie ze sklepów – albo tak podrożeje, że spośród paryżan będzie na nią stać tylko kolaborantów.
I podobnie jak w przypadku nieszczęsnych farb, znów dochodziłam do wniosku, że mój zawód naprawdę składał się z samych korzyści.
Nie powinnam była stać i przyglądać się, jak Bernard samotnie zbiera z podłogi fragmenty naczyń, dlatego przykucnęłam ostrożnie pośród morza odłamków, uważając, by nie nadepnąć na żaden z nich. To był zaledwie początek doprowadzania mieszkania Mathieu do stanu używalności i nie wątpiłam, że czekało go - w zasadzie nas – jeszcze sporo pracy.
Przez dłuższą chwilę milczałam, gromadząc obok siebie stos odłamków, których ostre i nieregularne brzegi aż prosiły się o to, by skaleczyć o nie dłoń. Z jednej strony nie miałam pewności, co powiedzieć, a z drugiej nie chciałam mówić zbyt dużo, dlatego jeszcze przez moment przeciągałam milczenie, pozornie skupiona na zbieraniu odłamków.
- Twój współlokator pewnie nie będzie zachwycony – rzuciłam w końcu, zerkając na Mathieu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   Nie Cze 04, 2017 8:54 pm

Długie minuty przepełnionej milczeniem ciszy, rozciągającej się między nimi po każdej zdawkowej wymianie zdań, ciążyły mu niemiłosiernie. Dźwiękowa próżnia nie należała do tych komfortowych, napełniających umysł kojącym uczuciem jedności myśli; takich nie doświadczał już zresztą od bardzo dawna, pozbawiony pewnego i stabilnego podłoża. Nie można było pozwolić sobie na obniżenie ochronnych murów, gdy pod stopami drżał grunt – a ten trząsł się nieustannie; nawet tutaj, nawet z dala od poznaczonej drutem kolczastym linii, dało się słyszeć fantomowe odgłosy wybuchów. Czy słyszała je również Blanche? Zerkał na nią od czasu do czasu, starając się odczytać cokolwiek z jej niewzruszonej twarzy, ale była dla niego białą kartką, czystą, niedotkniętą nawet rysikiem ołówka, o których właśnie mówiła. Nie miał pojęcia, czy i jak dotknęła ją wojna, ani co właściwie skłoniło ją do opuszczenia własnego mieszkania pięć minut temu, ale w pewnym momencie zorientował się, że mało go to obchodziło; być może standardy obniżały się wraz z sytuacją, w tamtej chwili wystarczało mu jednak, że nie miała na sobie munduru, ani nie warczała do niego po niemiecku.
Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miał pojęcia, jak wypełnić słowami pozostawiane przez nią luki, więc gdy wspomniała o rysowaniu, tylko przytaknął. – Też mi się zdarza – mruknął z cieniem uśmiechu na ustach, choć nie do końca była to prawda – od miesięcy nie dotknął papieru i ołówków, mimo że posiadał zarówno jedno, jak i drugie; niezapisane arkusze oraz naostrzone rysiki spoczywały wciąż w upchniętej pod łóżkiem walizce, nierozpakowanej od czasu, odkąd przekroczył próg mieszkania po raz pierwszy. Miał wrażenie, że rysowanie, tak jak i setki innych rzeczy, należało do pogrzebanego, martwego świata, chociaż najprawdopodobniej była to tylko wymówka; w rzeczywistości wiedział doskonale, że zwyczajnie bał się zmierzenia z kryjącymi się między kartkami demonami, czujnymi i niestrudzonymi, grożącymi uwolnieniem się, gdyby tylko ośmielił się przywołać z pamięci ukryte tam obrazy. Jego walka była bezsensowna i naiwna, bo takie było też ściganie się z cieniami przeszłości, ale resztkami nadziei wciąż liczył, że uda mu się zostawić wspomnienia za sobą.
Na froncie.
Jego serce zgubiło jedno uderzenie, gdy niewinne z pozoru słowo spłynęło z ust dziewczyny, prześlizgując się leniwie wzdłuż pokrytych popękaną farbą ścian. Ubrane w jej przyjemny dla ucha głos, zdawało się mieć zupełnie inną fakturę, pozbawiającą go zwyczajowego ciężaru, i być może dlatego niemal nie zareagował; nie wciągnął powietrza do ust z przeciągłym świstem, nie wypuścił z dłoni ściskanych tam kluczy, ani nie zamarł w bezruchu, czekając na uderzenie. Na ułamek sekundy zacisnął jedynie zęby, rzucając nawet przelotne spojrzenie w stronę Blanche, które jednak bardzo szybko odwrócił. – Coś w tym stylu – rzucił, nie patrząc jej w oczy, nie chcąc zobaczyć tam tlących się emocji – bez względu na to, czy byłoby po politowanie, rozbawienie, czy szczere współczucie; nie potrzebował żadnej z nich. A może po prostu nie chciał, żeby to ona odczytała jego własne.
Mimo że starał się wypierać z myśli świadomość, że jedyna mocno osobista rzecz, jaką miał – nie licząc wysłużonego zegarka na ręce – znajdowała się w posiadaniu jego sąsiadki przez kilka ostatnich godzin, wcale nie wykluczał możliwości, że ciekawość wzięła nad nią górę. Koniec końców, Blanche nie miała ani jednego powodu, żeby darzyć go zaufaniem; on również jej nie ufał, a jednak z premedytacją ignorował oczywiste wnioski, dla własnej wygody woląc wierzyć, że oprawiony w czarną skórę dziennik pozostał nieotwarty. Nie chciał tracić zmysłów na bezcelowym analizowaniu każdego rysunku i zapisku, który mogła tam znaleźć – ani tym bardziej rozważać, jakiego całokształtu dopatrzyłaby się wśród odręcznych notatek. Ograniczenie głębi emocjonalnych pokładów do jednowarstwowej, uprzejmej wdzięczności, pozwalało mu na częściowe opanowanie nadszarpniętych nerwów i niwelowało ryzyko utracenia kontroli nad sytuacją, czy może – wygodną iluzją owej kontroli.
Przez dłuższą chwilę skupił myśli na metodycznym zbieraniu roztrzaskanych fragmentów czegoś, co kiedyś było tanią, porcelanową filiżanką, nie podnosząc głowy na uwagę o herbacie, a jedynie podciągając wyżej kącik ust w jakimś pozbawionym wesołości uśmiechu. Prawda była taka, że nie mógłby troszczyć się mniej o dostępność w sklepach ususzonych liści; za pozbycie się Niemców z Francji oddałby całą herbatę świata.
Wyprostował się powoli, zrobił kilka kroków, po czym wolną dłonią podniósł przewrócony kubeł na śmieci; ceramiczne odłamki opadły na jego dno ze zwielokrotnionym brzęknięciem. – Nie będzie? Powinien być wdzięczny, że ominęło go sprzątanie – odpowiedział trochę nieprzytomnie, myślami będąc już gdzieś dalej; nie był pewien, czy bezpiecznie było przyznać się do całkiem uzasadnionego podejrzenia, że to właśnie Leon był przyczyną przeszukania, więc postanowił pominąć tę kwestię, z trudem ignorując również narastający gdzieś wewnątrz klatki piersiowej niepokój. Cichy głosik wewnątrz czaszki już zaczynał namawiać go do zanurzenia się w doskonale znajomy schemat i dokładnego przeanalizowania wszystkiego, co powiedział Nerlingerowi i co Nerlinger powiedział jemu; uciszył go potrząśnięciem głowy, podnosząc z podłogi wyrwaną szufladę – byle tylko zająć czymś ręce – i podejmując próbę ponownego umieszczenia jej na prowadnicach kuchennej szafki. – Twoje drzwi już się nie zacinają? – zapytał szybko, łapiąc się pierwszej lepszej okazji, żeby zająć czymś umysł i przypominając sobie wieczór, gdy zastał ją po niewłaściwej stronie zatrzaśniętego na cztery spusty mieszkania, w towarzystwie perspektywy spędzenia nocy na chłodnej klatce schodowej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   Pon Cze 05, 2017 7:17 pm

Życzliwość była dla mnie czymś obcym - zimnym, niezgrabnym, nieofiarowanym mi nigdy uczuciem, które potrafiłam dostrzec w życiu innych ludzi, ale nie w swoim własnym. Zdawało mi się, że życzliwość omijała je za każdym razem, kiedy najbardziej jej potrzebowałam, zostawiając we mnie pewną bolesną pustkę, którą z czasem wypełniłam goryczą i podejrzliwością. Nauczyłam się nie myśleć o tym, że gdzieś w głębi duszy naprawdę jej pragnęłam, a momentami przeraźliwie zazdrościłam – nie, byłam zbyt dumna, by się do tego przyznać. Wolałam uparcie zwalczać w sobie wątłe marzenie, że ktoś choć raz uśmiechnie się do mnie ze szczerością, pomoże, obdarzy dobrym gestem lub słowem, bo wiedziałam – szczególnie teraz czułam tę palącą, oczywistą świadomość – że po życzliwości niewiele już pozostało.
Przecież wojna zabijała życzliwość. Okupacja ogryzała po niej kości.
Życzliwi ludzie (czy kiedykolwiek naprawdę istnieli, a jeśli tak, to gdzie byli przed wojną?) rozpłynęli się we mgle; w zgęstniałym strachu i niepokoju, który zalągł się w okupowanym mieście niczym robactwo. Jeżeli kiedyś próbowałam ich szukać, jeżeli nadal niewielka część mnie tak bardzo ich potrzebowała, to mimo wszystko musiałam pogodzić się z rzeczywistością – miejsce życzliwości zajęła podejrzliwość i troska o własny, wiecznie niepewny los. Co najzabawniejsze, wcale mnie to nie dziwiło i wcale nie miałam o to pretensji, będąc osobą, która zawsze stawiała siebie na pierwszym miejscu – bo nie istniał już nikt inny. Mogłam tylko przyglądać się, jak ta specyficzna zachłanność wkradała się w twarze innych ludzi, a myśl o przetrwaniu kolejnego dnia w okupowanym mieście wyznaczała rytm ich życia. Paryż przestał być zresztą miejscem, w którym życzliwi ludzie mogli czuć się bezpiecznie – prędzej czy później ktoś zawsze ich wykorzystywał lub sami wpadali w pułapkę własnej naiwności.
Teraz bezpiecznie można było co najwyżej uchodzić za życzliwego.
I na tym wszystkim polegał paradoks - nie znając życzliwości, próbowałam ją naśladować; wiedząc, jak bardzo brakowało jej w obecnych czasach i ile niebezpieczeństw potrafiła jednocześnie przyciągnąć, starałam się ją okazać. Bo tak właśnie chciałam przetrwać – za przyklejony do twarzy uśmiech, z którego sączył się fałsz, usiłowałam kupić zaufanie, a za czyjeś zaufanie – kopertę wypchaną pieniędzmi. Życzliwość w moim wykonaniu mogła być karykaturą, ale jak dotąd okazywała się całkiem skuteczna.
Pytanie tylko, czy Mathieu miał w nią uwierzyć.
Być może byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała o nim więcej – choć brzmiało to całkiem niedorzecznie, skoro już teraz znałam więcej faktów z jego życia, niż powinnam była znać. Tymczasem Bernard jak na ironię nie dawał mi szansy, by spróbować wyciągnąć z niego więcej; jego lakoniczne odpowiedzi były dosyć swobodne, ale ostrożne, za co musiałam go mimo wszystko pochwalić – wielu paryżan na miejscu Bernarda uraczyłoby mnie trajkotem o własnym życiu, ale Mathieu najwidoczniej taki nie był.
Możliwe, że im więcej miał do ukrycia, tym bardziej unikał okazji, by się zdradzić.
A może po prostu był zwykłym, małomównym człowiekiem.
Tego jeszcze nie wiedziałam.
Przyglądałam mu się ukradkiem znad odłamków, dostrzegając minimalny uśmiech, który wykrzywił jego wargi, choć tym razem Mathieu zdecydował się milczeć. Nie potrafiłam wyłapać na jego twarzy żadnej silniejszej emocji; odnosiłam wręcz wrażenie, że zdawał się być lekko oderwany od niedużej rzeczywistości mieszczącej się w ścianach jego pogrążonego w chaosie mieszkania. O czymkolwiek myślał, zostawiał to dla siebie, co również było w jego przypadku dobrą taktyką, choć we mnie samej wzbudzało delikatne, choć trudne do zignorowania ukłucie irytacji.
- W takim razie kiedy wróci, oczekuję oficjalnych podziękowań – rzuciłam trochę dla żartu, choć moje własne słowa ani trochę mnie nie bawiły. Idąc w ślady Mathieu, wyprostowałam się, a w następnej chwili resztki naczyń wylądowały w podniesionym przez niego kuble. Przez moment przyglądałam się, jak Mathieu zmaga się z umieszczeniem szuflady z powrotem na swoim miejscu. Chwilowe milczenie, które zapadło pomiędzy nami po raz kolejny w ciągu tych kilku minut, przerwało jednak pytanie Bernarda – tym samym wywołując w mojej głowie niechciany obraz zatrzaśniętych drzwi mieszkania.
Nie było to wcale miłe wspomnienie – wręcz przeciwnie, poważnie nadszarpnęło moją dumę, gdy musiałam zwrócić się o pomoc do Mathieu – dlatego nie odpowiedziałam od razu, podejmując walkę z ustawieniem przewróconego stolika.
- Nie, wszystko z nimi w porządku. Nie mogłyby działać lepiej – odpowiedziałam w końcu, trochę nieumiejętnie maskując chłodniejszą nutę, która dosłownie przez ułamek sekundy zabrzmiała w moim głosie. - A ty już pamiętasz, pod jakim numerem mieszkasz?
Pomylenie adresu przy przeprowadzce mogło być niegroźną pomyłką, ale dla mnie stanowiło szczególnie irytujący epizod, który już od pierwszych chwil zniechęcił mnie do Mathieu. Nie chciałam jednak, by moje słowa zabrzmiały jak wstęp do kolejnej sprzeczki; nie po to tu przecież przyszłam, dlatego wymusiłam na sobie kolejny z serii pół – jedna czwarta – uśmiechów. Im więcej z nich pojawiało się na moich wargach, tym bardziej mnie męczyły.
- Wspominałeś, że rysujesz? – dodałam po chwili. Szybka zmiana tematu miała być ratunkiem, a jednocześnie próbą wyciągnięcia z Mathieu upragnionego czegoś więcej – i ciekawe, na ile skuteczną. - Utrzymujesz się z tego?
Pytając, nie patrzyłam na Bernarda; dbałam tylko o to, by na mojej twarzy malowała się jedynie uprzejma ciekawość – bo do tej pory cała nasza rozmowa była tak naprawdę wymianą gorszych lub lepszych uprzejmości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Mathieu&Blanche   

Powrót do góry Go down
 
Mathieu&Blanche
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Lewy brzeg :: Vaugirard, 5/18-
Skocz do: