IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Muzeum Orsay


Share | 
 

 Muzeum Orsay

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Muzeum Orsay   Sob Lip 02, 2016 1:24 pm



Muzeum Orsay

Wiele jest miejsc w Paryżu, które warto odwiedzić i jednym z nich jest właśnie Muzeum Orsay. Fascynaci szeroko rozumianej sztuki na pewno z łatwością odnajdą się w tym miejscu - zbiory zawierają głównie sztukę francuską z lat 1848–1900, czyli stosunkowo nowoczesne: malarstwo, rzeźbę, fotografię oraz meble. Można tam spotkać takie dzieła takich mistrzów jak Vincent van Gogh czy Claude Monet.
Sam budynek przypomina halę dworca kolejowego, ponieważ takim miał być zgodnie z pierwotnym pomysłem. Budynek ma eklektyczną fasadę i szklany dach oraz dwa ogromne zegary, które uchodzą za symbol muzeum i które można również obejrzeć od środka, jako część wystawy. Wnętrze stanowi ogromna sala z wysokimi, zdobnymi fasadami przeszklonym sufitem oraz marmurową posadzką. Szkoda tylko, że rzadko który Francuz odwiedza jeszcze muzeum - większość gości stanowią Niemcy oraz ich rodziny. Nic też dziwnego, że otwarte jest ono tylko trzy razy w tygodniu po parę godzin.




Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Sob Lis 26, 2016 1:16 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   Pon Wrz 26, 2016 11:42 am


    Kawiarnia "Flore"


Nigdy nie uważał, by posiadał szczególny talent w odczytywaniu intencji innych ludzi, choć były rzecz jasna sytuacje, w których te stawały się aż nazbyt czytelne: strach, podejrzliwość, zamiar ataku, nadchodzące uderzenie, większość emocji i zamierzeń czaiła się w oczach, odmalowywała na twarzach będących jak otwarta księga.
Tyle tylko, że ta zasada dotyczyła głównie mężczyzn.
Byli łatwi w odbiorze i jeszcze łatwiejsi w rozkodowaniu – jak źle napisany szyfr przestawieniowy, który zawiera wszystkie przyzwyczajenia i naleciałości tego, kto go stworzył. Emocje kobiet były bardziej złożone, niejednoznaczne, niczym algorytm Vigenère'a, dlatego istniało zbyt wyraźne ryzyko, że pozornie zaniepokojona kobieta jest kimś zgoła innym… choć w jednym mogła się mylić.
W tych czasach, w tym mieście, w tych okolicznościach wszyscy się bali. Strach kierował czynami, decyzjami i wątpliwościami – nawet jeśli nie królował ponad innymi emocjami i nie wysuwał się na pierwszy plan, wciąż był obecny, jak zwinięta pod sercem jaszczurka, która żywi się niepewnością i zaszczuciem.
Czyżby interesował się pan sztuką?
Pytanie zadane przez kobietę dokonało czegoś, co zdawało się niemal niemożliwe – Fiodor uśmiechnął się lekko, zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwilą, jakby naturalniej, bez wymuszenia i przede wszystkim – do własnych myśli.
O, tak… zapewniam, że tak, choć zdaje się, że inaczej pojmujemy sztukę, madame.
- Dziś to ona zainteresowała się mną – wymijająca odpowiedź przyozdobiona tym samym, lekkim uśmiechem i kolejnym spojrzeniem posłanym ku drzwiom – im mniej szczegółów podawał, tym mniej interesującym rozmówcą był, co na tym etapie uchodziło za niemal nieodzowne. Kiedy Sara ruszyła w stronę wyjścia, Fiodor podążył za nią ze statycznym spokojem kogoś, kto ma – lub sądzi, że ma – wszystko pod kontrolą; otworzył przed pechową artystką drzwi, pozwalając, by jako pierwsza opuściła kawiarnię, po czym wyszedł tuż za nią, wystawiając się na pierwszy podmuch wiatru.
- Ślisko, proszę uważać – w oczach Chirjakowa pojawił się cień pobłażliwego rozbawienia, gdy zauważył jej reakcję na panujący na ulicach chłód – rozpięty pod szyją płaszcz Fiodora wyraźnie świadczył o nieszczególnym wrażeniu, jaki wywierał na nim rzekomy ziąb. Panująca za dnia dodatnia temperatura była porównywalna z wiosennym, słonecznym dniem w Irkucku – jednym z niewielu, który w tamtej części Związku Radzieckiego mógł uchodzić za prawdziwie… ciepły.
Towarzyszące im przez większość drogi milczenie było najbardziej naturalną postawą, na jaką mogły pozwolić sobie dwie zupełnie obce osoby, które – połączone przypadkowym splotem losu – dokonały nieprzypadkowego wyboru i zostały skazane (w przypadku Sary) bądź wybrały (w przypadku Fiodora) towarzystwo tej drugiej. Zza szarych chmur niemrawo wyglądało blade słońce, które jedynie podkreślało ponure oblicze rzekomo najpiękniejszego miasta świata; zalegający na chodnikach śnieg przybrał barwę popiołu, jedynie gdzieniegdzie strasząc białymi, jakby chorobowymi plamami. Przechodnie pogrążeni byli w swych sprawach, gnali za czymś, co wciąż pozostawało poza zasięgiem ich rąk i nie zwracali uwagi na milczącą parę, która niespiesznie, choć z pewną nerwowością kierowała się w stronę Muzeum Orsay.
Tyle tylko, że mieli nigdy tam nie dotrzeć.
Z Rue Saint-Benoît skręcili w prostą nitkę Rue Jacob, by po kilkunastu metrach skręcić w prawo, w Rue des Saints-Pères – bywająca w Muzeum Sara po kolejnej zmianie kierunku musiała zauważyć, że jej towarzysz zrezygnował z obrania najprostszej drogi i zaczął delikatnie kluczyć pomiędzy kolejnymi zakrętami, jednak nim na dobre zdołała nabrać podejrzeć, w zasięgu wzroku pojawiła się Sekwana. Od leżącej nad rzeką drogi dzieliło ich nie więcej niż kilkanaście metrów, znaleźli się na skrzyżowaniu Saints-Pères z Rue de Lille, wystarczyło dotrzeć do końca ulicy i skręcić w lewo, by znaleźć się przed Muzeum, ale…
Szarpnięcie było stanowcze, lecz nie brutalne – na nadgarstku skrytej pod koronkową rękawiczką dłoni zacisnęły się silne, męskie palce, zimne w dotyku jak zalegający na chodnikach śnieg. Druga ręka – równie chłodna, co siostra – zasłoniła gotowe do krzyku usta i nim Sara zdołała wezwać pomocy, zniknęła w jednej z pogrążonych w cieniu bram kamienic. Szczupłe, drobne ciało nie było wyzwaniem dla stalowego uścisku, w którym Fiodor na moment zamknął kobietę – wystarczyło kilka kroków w głąb cichej bramy, by na dobre skryć się przed ewentualnymi przechodniami na pustej, zimowej ulicy i by lekkim, dobrze wymierzonym ruchem przyprzeć artystkę do muru, dosłownie i w przenośni. Jej plecy zetknęły się z chłodną ścianą kamienicy, usta wciąż pozostawały zasłonięte, a jedna z rąk zamknięta w uścisku i uniesiona tak, by również dotykała muru.
- Nie chcę pani skrzywdzić – unoszący się ponad głową Sary szept pozwolił, by wkradł się w niego nasilony akcent – było to coś, nad czym Chadiejew nie posiadał teraz kontroli… i czego na dobrą sprawę nie miał czasu kontrolować; jednak to nie naleciałość była istotna, lecz przekonanie, z jakim wypowiedział te słowa – zniżony do szeptu głos nawet nie drgnął, najdobitniej świadcząc o... szczerości? – Proszę oddać szkic i zapomnimy o całej sprawie. Uwolnię twoją rękę, Saro, żebyś mogła wyciągnąć z torebki szkicownik… i tylko szkicownik, dobrze?
Podczas gdy jedna z dłoni wciąż zasłaniała usta kobiety, druga nieco poluźniła uścisk, w jakim zamknęła nadgarstek – zimne palce wciąż dotykały skóry tuż ponad materiałem rękawiczki, jednak Sara odzyskała ograniczoną swobodę ruchów, dzięki której mogła spełnić prośbę i którą – przynajmniej taką nadzieję żywił Fiodor – chciała spełnić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   Pon Wrz 26, 2016 9:36 pm

Nie wiedziała jeszcze, co ją czeka.
Była raczej spokojna, na pewno bardziej, niż w pierwszej chwili, kiedy zdała sobie sprawę, że została zauważona. Szła chodnikiem jedynie przelotnie przesuwając spojrzeniem po ludzkich sylwetkach. Unikała kontaktu wzrokowego i sprawiała wrażenie zmierzania do konkretnego celu. To było zdumiewające, ale już dawno odkryła, że w zatłoczonych miejscach wystarczyło spuścić wzrok i zachowywać się niepozornie, a ludzie automatycznie przestawali się nią interesować. Z upodobaniem korzystała z tego, kiedy ojciec zaciągał ją i rodzeństwo na jakieś ważne okazje. Starała się wtedy być jak najmniej zauważalna, by unikać niechcianego zainteresowania i wciągania w nieinteresujące ją rozmowy. Niestety nie działało to, kiedy była gdzieś sama. Na przykład w domu. Jeśli ojciec naprawdę chciał ją zauważyć to i tak zauważał, mogła tylko starać się go nie denerwować.
Starała się jak najrzadziej zerkać na milczącego towarzysza. Zbyt częste zerkanie na niego także byłoby dziwne, ale ciekawiło ją, dlaczego postanowił z nią iść. Czyżby aż tak interesował się sztuką? Może był znajomym jej brata? A może... chodziło o coś innego? Miała nawet ochotę go zapytać, ale ostatecznie nie zrobiła tego, poprzestając na próbach analizowania jego zachowania w myślach.
Gdyby jednak przypuszczała, że coś może jej grozić właśnie w tej chwili, to by taka spokojna nie była. Pewnie też nie zgodziłaby się wyjść z nim. Posłuchałaby tego ulotnego przebłysku mówiącego jej, że to nie jest dobry pomysł, niezależnie od tego, że okoliczności wydawały się być bezpieczne. Do galerii nie było daleko, był środek dnia i ludzi nie brakowało...
Ale jednak.
Młódka w którymś momencie zwyczajnie się zagapiła. Może zwróciła jej uwagę jakaś wystawa sklepowa, albo nietypowy kolor płaszcza mijającej ich kobiety? Jej spojrzenie odwróciło się na dłużej od milczącego towarzysza do tej pory podążającego kawałek za nią... I właśnie wtedy poczuła chłodną dłoń zaciskającą się wokół jej szczupłego nadgarstka. Stało się to tak nagle i z zaskoczenia, że odruchowo próbowała się wyszarpnąć, czując, jak przechodzi ją dreszcz, jak zawsze, kiedy ktoś bez jej pozwolenia decydował się na tak dużą poufałość. Zanim jednak krzyknęła, zanim zrobiła cokolwiek, mężczyzna zakrył dłonią jej usta i pociągnął ją w bok, w stronę bramy, obok której właśnie przechodzili.
Sara była na tyle drobna i lekka, że mężczyzna bez trudu mógł ją unieść i zapewne nawet prawie tego nie poczuł. W pierwszej chwili struchlała ze strachu, a przed jej oczami przesunęło się kilka wspomnień z ojcem, który równie łatwo potrafił ją podnosić i szarpać nią niczym szmacianą lalką, ale zaraz potem, kiedy nadeszło oprzytomnienie, że to wcale nie ojciec, że to zupełnie inna sytuacja, zaczęła się z nim szamotać, a nawet próbowała go kopnąć, w myślach przeklinając swoją głupotę i naiwność.
Planowała uwolnić się od jego towarzystwa w galerii. Ale nie wzięła pod uwagę scenariusza, że mężczyzna może wykorzystać jakiś moment w drodze do niej.
- Nie chcę... – wydyszała, chociaż pewnie nawet nie usłyszał nic, skoro zatykał jej usta.
Chwilę później nieznajomy przycisnął ją do ściany. Mimo materiału płaszcza poczuła za plecami chłód zimnych, obskurnych cegieł i znowu się szarpnęła, przypominając sobie ostrzeżenia brata o tym, co może czaić się w takich zapuszczonych miejscach na takie niewinne, delikatne młódki jak ona... Mężczyzna był jednak dużo silniejszy. Jego dłoń nadal mocno zaciskała się wokół jej delikatnego nadgarstka, unosząc jej rękę i także przyszpilając do ściany. Materiał jej rękawiczki podwinął się lekko, ukazując fragment bielusieńkiej, posiniaczonej skóry, ale dziewczyna wpatrywała się już tylko w twarz mężczyzny, nieporadnie próbując ukryć przed nim swój strach. Było to trudne, bo naprawdę ją przeraził tym nagłym wciągnięciem do bramy i tym ordynarnym przyciskaniem jej do ściany.
- Proszę mnie puścić! – próbowała rzucić, co z powodu zatkanych ust było znacznie utrudnione, ba, prawie niemożliwe. Nie mogła nawet mu odpowiedzieć, bo ciągle powstrzymywał ją od krzyku. Drugą ręką, tą, której jej nie trzymał, chwyciła jego nadgarstek, i, zwalczając niechęć do cielesnego kontaktu, próbowała go od siebie odsunąć, ale jego zamiary już po chwili, kiedy to on się odezwał, stały się dla niej bardziej jasne.
Rysunek. Chciał jej rysunek. Tylko dlaczego? Dlaczego tak na nią napadł i bawił się w tą całą szopkę z wciąganiem do bramy, ryzykował nakrycie przez kogoś tylko po to, by dostać szkic? Dlaczego zwyczajnie jej nie poprosił, żeby mu go podarowała? Wtedy dużo łatwiej by ją zwiódł i szybko dostałby to, czego chce. To już nie wyglądało na zachowanie miłośnika sztuki, chyba że jakiegoś wariata, który pragnął otrzymać swoją podobiznę na własność, ale tę opcję wykluczyła dość szybko... Musiało chodzić o coś bardziej podejrzanego. Może był kimś, kto miał nieczyste sumienie, może się ukrywał i było mu bardzo nie na rękę, że niemiecka kobieta wykonała, choćby i przez przypadek, jego podobiznę?
Powinna od razu mu go oddać, licząc, że dotrzyma słowa i odejdzie. Ale jednak pewna przekora i przeświadczenie, że chodzi o coś podejrzanego nie pozwoliły jej od razu spełnić polecenia. Owszem, po chwili sięgnęła po szkicownik i wyciągnęła go... po czym, nie do końca wiadomo, czy specjalnie, czy niechcący (jej dłoń drżała dość mocno, a poobijane palce łatwo straciły kontakt z trzymanym przedmiotem) upuściła go wprost na jego nogi i krzyknęła cicho, po czym osunęła się w dół, licząc, że jego dezorientacja wystarczy, by mogła mu się wywinąć. Bo przecież skąd niby mogłaby wiedzieć, że nieznajomy nie był jakimś byle chłystkiem, którego mogła ot tak wykiwać i mu uciec?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   Pon Wrz 26, 2016 11:32 pm

Widzieliście kiedy zwierzęcy strach w ludzkich oczach? Ten pusty błysk, nagły przejaw przerażenia, wypaloną iskierkę rezygnacji zaklętą na samym dnie tęczówek? Fiodor widział. Dwa, trzy, dziesięć, setki razy, gdy zrzucali ich z bardzo niskiego pułapu z wymuszonym otwarciem spadochronu, gdy siedzieli w samolocie według wagi – najcięższy musi skakać pierwszy, za nim trochę lżejszy, i tak do najlżejszego, by ciężsi nie wpadli w czasze lżejszym i nie tłamsili ich spadochronów – gdy, gdzie nie spojrzeć, widziało się utkwione w siebie oczy… a we wszystkich oczach obłęd.
Strach. Niejedną sztuczkę wymyślono dla jego stłumienia, ale gdzie się przed nim skryć? Ten strach jest tuż-tuż, to powszechne uczucie na widok broni, coś, co w jednej chwili rozstrzyga o tym, kto jest niewolnikiem, a kto panem. Towarzyszy mieszkańcom Paryża z wiernością psa, zawsze czai się w pobliżu, jak jedwabisty cień zalegający na ulicach. Można było udawać, że się go nie zauważa, że wcale nie ma władzy nad ludzkimi życiami – pytanie tylko: po co? Walka z oswojonym wrogiem była skuteczniejsza od potyczek z tym, którego istnienie pragnęło się zignorować. Nawet on – pozornie opanowany – pozwolił, by obawy wzięły górę, by podejrzliwość kierowała jego krokami, by za cenę jednego szkicu ryzykował znacznie więcej, niż powinien. Nigdy nie zdobyłby się na równie rażącą lekkomyślność, gdyby nie przewrotność kpiącego z ludzi losu, gdyby nie przeklęta kawiarnia ze swoją piołunową kawą i stanowczo przechwaloną tartą, gdyby nie jeden rysunek wykonany przez zbyt uzdolnioną kobietę o aż nadto wnikliwym spojrzeniu.
Jeden szkic, który mógł trafić w niepowołane ręce bądź zniknąć pośród dziesiątek mu podobnych, bezimiennych podobizn. Ryzyko godne rzutu monetą: awers czy rewers, szanse zawsze wynoszą pięćdziesiąt procent, co w mienianiu Fiodora wynosiło o pięćdziesiąt procent za dużo. Tylko dlatego – wyłącznie dlatego musiał zwalczać słaby opór kobiety, pośród stłumionych przez dłoń słów wyłapując niewyraźne, jakby dobiegające zza grubego muru puścić.
Puścić? Teraz?
Podczas tych kilku gorączkowych, poszarpanych jak wyjątkowo paskudna rana chwil zdołał zapomnieć, gdzie jest i kim tak naprawdę powinien być – nie bronią, nie zamkniętym w ludzkim kształcie sztucerem czy karabinem, starannie, kunsztownie wykonanym mechanizmem, ale zwykłym człowiekiem – przeciętnym mieszkańcem okupowanego miasta, który pragnął jedynie uniknąć kłopotów, który być może powinien poprosić o zwrot szkicu i…
i spotkać się z odmową? Co byś wtedy zrobił? Co byś zrobił przed budynkiem pełnym nazistów, prosząc – najpewniej także nazistkę – o podobiznę, której nie musiała oddawać?
Nie.
Nie mógł być tylko człowiekiem, musiał zedrzeć z twarzy łagodny uśmiech i wraz z wzbierającym w ustach gniewem wypluć gładkie słowa. Nawet, jeśli spoglądając w białą jak prześcieradło twarz, w te rozszerzone, mętne, przepełnione głębokim i instynktownym strachem oczy widział w niej przez moment własną matkę - nawet wtedy nie mógł się zawahać. Musiał wyprzeć z umysłu wspomnienie odeskiego więzienia i jednych, jedynych odwiedzin – musiał zapomnieć o leżącej pod stertą koców, wychudłej, dziwacznej kukle, odlegle i karykaturalnie podobnej do jego matki, jakby ktoś nieudolnie próbował zrobić z niej manekin, pusty, zupełnie pozbawiony wszelkich cech, które postrzegamy jako temperament, rozum, osobowość człowieka.
Musiał zapomnieć, choć – nie wiedzieć dlaczego – w tej chwili było to niemal niewykonalne, nie, kiedy przyglądał się twarzy przypadkowej artystki, kobiety, której największym grzechem był jeden rysunek, Sarze – bo przecież nagle zyskała imię, przestała być celem, przedmiotem, bezosobowym tworem. I choć doskonale rozumiał, kto tutaj znajduje się w potrzasku, a kto na wolności, w jakiś irracjonalny, niezrozumiały sposób poczuł się schwytany w pułapkę.
Wytężone zmysły odbierały każdy szelest, każdą woń, każdą barwę ze zdwojoną siłą – od strony ulicy wciąż nic mu nie groziło, również kamienica wydawała się cicha, obumarła, jakby pogrążona w stagnacji; chwilowo jedynie zagrożenie tworzył on sam, choć było to niebezpieczeństwo ulotne, opresja zdeterminowana chęcią odzyskania czegoś, co kobieta mogła podarować mu w każdej chwili.
Gdyby tylko posiadała dość zdrowego rozsądku.
Krótkie spojrzenie na biały odblask uwolnionej spod rękawiczki skóry wystarczyło, by Fiodor mógł dojrzeć na ciele wyraźne, ciemnie sińce, tak brutalnie obsceniczne na pozornej doskonałości dłoni i jedynie doświadczenie – krwawe, skryte za mgłą bólu dziedzictwo – pozwoliło mu stwierdzić, że to nie jego działania pokryły skórę artystki sinymi skazami.
Zaciśnięte mięśnie szczęki drgnęły lekko, gdy ponownie przeniósł jasne, ciężkie spojrzenie na twarz Sary – tym razem wiedział, że jej strach jest strachem kogoś, kto musiał bać się codziennie… i to przez bliską osobę. Mężczyznę? Choć to określenie nad wyrost wobec podnoszącego na kobietę rękę.
Nawet, jeśli to niemiecka kobieta.
Dźwięk szkicownika upadającego na mokry, pokryty cieniutką warstewką śniegu bruk przywodził na myśl ostrzegawczą salwę – nawet stłumiony krzyk artystki i jej lekkie osunięcie się po chłodnej ścianie kamienicy nie mogły równać się z wilgotnym, gniewnym plaśnięciem, z jakim szkicownik upadł na ziemię. Jeśli Niemiaszka sądziła, że jej nowy znajomy pochyli się, by podnieść zgubę, czekało ją gorzkie rozczarowanie – czubek buta Chirjakow dotknął okładki tylko po to, żeby jednym, dokładnie wymierzonym kopnięciem przesunąć szkicownik po wilgotnym bruku, pod przeciwległą ścianę kamienicy gdzie widniały drzwi do wnętrza budynku.
- Ma pani wielki talent – głos mężczyzny zawisł pośród ciszy dziedzińca, jedynie od czasu do czasu przerywanej odległymi dźwiękami dobiegającymi z ulicy. – Szkoda marnować go na równie niewdzięczne muzy.
Ostatnie słowa szeptu nie zdołały przebrzmieć na dobre, gdy zaszły dwie rzeczy – chłodna dłoń, dotychczas zasłaniająca usta kobiety, cofnęła się prędko, zaś wraz z nią uczynił to Fiodor, w dwóch, prędkich krokach dopadając przeciwległej ściany. Wilgotny od rozmokłego śniegu szkicownik zniknął pośród stron zagiętej gazety, zaś Chirjakow zaledwie kilka sekund później poszedł w jego ślady, ginąc z oczu kobiety za obdartymi drzwiami kamienicy. Paryż był wielkim, ale kapryśnym miastem – wystarczyła jedna jego zachcianka, by ich drogi skrzyżowały się ponownie… choć wtedy role mogłyby ulec drastycznej zmianie.

    z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   Czw Lis 16, 2017 12:11 am

„Jeśli się stąd wydostaniemy i coś nas rozdzieli, spotkajmy się jutro w Muzeum Orsay.”
Jego własne słowa obijały mu się echem po głowie, kiedy możliwie niespiesznym krokiem zmierzał w kierunku Muzeum. Lekko kuśtykał, uszkodzona noga w dalszym ciągu dawała mu się we znaki, ale miał podwójną motywację: chciał wiedzieć, jak skończyły się wydarzenia wczorajszego wieczora oraz w jakim stanie są MacKay i Brice. Niecierpliwił się, ale przede wszystkim martwił się, czy ktokolwiek przyjdzie. Miał bardzo złe przeczucia. Ból nogi był jednak niczym w porównaniu do tego, jaki zadałoby mu Gestapo, gdyby trafił w ich ręce, więc chyba nie miał prawa narzekać. Starał się zachowywać pogodny wyraz twarzy i wyglądać całkiem po francusku, żeby przypadkiem nie wzbudzić podejrzeń w żadnym przechodzącym koło niego Niemcu.
Liczył też na to, że w ferworze wczorajszych wydarzeń nikt nie zapomniał o spotkaniu. Nie mówili co prawda nic o godzinie, ale miejsce było chyba jasne – ktoś po prostu m u s i a ł się zjawić. Chciał wiedzieć, co się stało, chciał też przekazać informacje, o których nie zdążyli wspomnieć na spotkaniu. O ile jego koledzy nie zrobili tego za niego.
Pierwszy raz westchnął ciężko jeszcze przy kasach biletowych, drugi miał już miejsce na pierwszym piętrze budynku, na kolejnej wystawie, której nazwy nie pamiętał, bo myślał nad zupełnie innymi sprawami.
Czy ktokolwiek się zjawi? Jeśli tak, to ile czasu jeszcze spędzi na czekaniu? Po godzinie kręcenia się po jednej z wystaw noga dość upierdliwie go rwała, dlatego zdecydował się usiąść na jednej z kanap pod oknem, korzystając z chwili wytchnienia wynikającego z pustego pokoju. Ta wystawa chyba nie cieszyła się jakimś szczególnym zainteresowaniem.


Na odpis masz 72h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   Nie Lis 19, 2017 10:24 pm

Przed, gdy wojna była jeszcze opowieścią sprzed jej narodzin, Camille – usilnie ciągnąc za sobą i starszą Hebuterne – była stałą bywalczynią paryskich wystaw malarstwa różnego nurtu. Anemiczny tłum, prący w narzuconym kierunku zwiedzania; sofy ustawione przed obrazami, zawsze okupowane przez tych mniej wytrwałych amatorów sztuki; łagodne, nienachalne oświetlenie, pieszczące ramy malowideł; podpisy pod dziełami tak małe, że trzeba było naprawdę dobrze wytężyć wzrok, aby dostrzec nazwiska autorów – a w końcu też i same płótna, których namalowana treść stanowiła sprawdzone lekarstwo na każdy gorszy dzień, na każdą kłótnię, na każdy utyskujący dylemat. Camille, do tej pory, zawsze odnosiła wrażenie, że wraz z przekroczeniem progu muzeum zostawia za sobą nieznośne nauczycielki, nieodrobione zadania i każde małe potyczki dnia codziennego – takie trywialności po prostu nie istniały w świecie baletnic Degasa i gwiazd van Gogha.
Teraz jedynym obrazem, który nie mógł jej opuścić, był zszokowany wzrok Brice’a, którym to Anglik pożegnał ich odjeżdżającą ciężarówkę.
Wchodząc do Muzeum Orsay, poczuła, że szarga najwyższą świętość, przynosząc tutaj problemy, które w żaden sposób nie mogły zostać rozmyte przez atmosferę podniosłości i ulotnej intymności, bijącej z dobrze znanych jej dzieł, którą wypracowała na przestrzeni poprzednich wizyt. Po raz pierwszy nie zaznała poczucia ulgi, odcięcia od nieznośnej rzeczywistości – ba!, ona po prostu beznamiętnie przemykała przez kolejne pomieszczenia, próbując znaleźć tę jedną twarz.
I wyjątkowo nie była to twarz jej imienniczki na łożu śmierci – pędzla Moneta.
Gdyby przez chwilę się zastanowiła, pewnie zdałaby sobie sprawę z własnego wycieńczenia i drżenia, które co kilka minut wstrząsało jej ciałem. Drgawek, podobnych do tych, które towarzyszą przemarzaniu na wskroś, nie uciął nawet zarzucony na siebie ciepły sweter, którym to Camille szczelnie się opatuliła – dość zastanawiający wybór w tak piękny, wiosenny dzień. Gorączkowo rozglądała się wokół, próbując nie wyglądać przy tym aż tak podejrzanie – ale jej spojrzenie, które beznamiętnie spływało po obrazach, stanowiło dość widoczny dowód na to, iż Hebuterne nie przyszła tutaj napawać się sztuką. Więcej uwagi poświęcała poszczególnym i nielicznym zwiedzającym, widząc w nich potencjalnych gestapowców; monstra, które zdążyły się już dowiedzieć, gdzie ich szukać.  
A co, jeżeli Watson w ogóle nie przyjdzie? Jeżeli coś się stało? Jeżeli nie dotarł do Paryża, został schwytany?
W głębi duszy miała także naiwną nadzieję, że nie będzie sam – że Brice i Mackay także przyjdą, gotowi opowiedzieć o swojej brawurowej ucieczce z klasztoru.
A ona wtedy nawet przeprosi Brice’a, spróbuje wytłumaczyć, powiedzieć, że wszystko działo się tak szybko, za szybko, że nie chciała go zostawić, że Lou była ranna i jej potrzebowała – wyobraziła sobie nawet, że płacze z ulgi, widząc ich całych i zdrowych, uginając się pod niewysłowionym uspokojeniem odciążającym sumienie.
I wtedy go zobaczyła – Anglik, ten z niesprawną nogą, siedział w jednej z sal, także się rozglądając. Był sam. Camille, opanowana przez rozgoryczenie, ledwo panując nad odruchem natychmiastowego podbiegnięcia do mężczyzny, podeszła do niego, imitując spokojny, wyważony krok – chociaż i tak dosyć zniecierpliwiony. Usiadła obok Watsona, jeszcze raz obrzucając pomieszczenie czujnym wzrokiem, chcąc być przygotowaną na ewentualne niebezpieczeństwo.
- Jestem tylko ja – cicho stwierdziła tę oczywistość, usilnie próbując nie zabrzmieć ochryple i płaczliwie, wewnętrznie jednak ginąc pod ostrzałem własnych słów. Jak miała powiedzieć temu człowiekowi, że przez ich – jej? – nieuwagę (bardzo eufemistycznie, Camille), jego kolega, o ile przeżył, właśnie jest przesłuchiwany przez gestapo, a on sam powinien natychmiast pomyśleć nad dobrą kryjówką? Bała się wdawać w szczegóły, nie będąc pewną, czy może zaufać pozornej ciszy wyludnionej wystawy. - Rozdzieliliśmy się, oni... oni tam zostali - dodała jeszcze ciszej, mając nadzieję, iż Anglik dopowie sobie resztę - i tym samym ona nie będzie musiała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Muzeum Orsay   

Powrót do góry Go down
 
Muzeum Orsay
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Palais-Bourbon-
Skocz do: