IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Pole Marsowe


Share | 
 

 Pole Marsowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Pole Marsowe   Sob Lip 02, 2016 1:25 pm



Pole Marsowe

Pole Marsowe to rozległy park graniczący od zachodu z wieżą Eiffla i  École militaire od wschodu. Jego nazwa pochodzi od rzymskiego Pól Marsowych, na których żołnierze odbywali ćwiczenia wojskowe. Pole Marsowe zostało przeznaczone do tych ćwiczeń w roku 1751, gdy Ludwik XV utworzył szkołę wojskową dla ludzi z biednej szlachty. Odbywały się tam różne wydarzenia rewolucyjne, a także m.in. próby lotów balonem. To właśnie tutaj świętowano zdobycie Bastylii.
Jeśli zaś chodzi o czasy dzisiejsze, to właśnie tutaj ma miejsce większość ćwiczeń Wehrmachtu. Trzeba przyznać, że ma to również znaczenie psychologiczne, ponieważ Paryżanie dość niechętnie przychodzą tutaj, nie chcąc nawet oglądać wojsk okupanta. Gardłowe głosy wydawanych rozkazów, odgłos ciężkich, wojskowych butów zmieniły dawne, pełne radości oraz ulicznych artystów Pole Marsowe nie do poznania.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Sro Kwi 05, 2017 9:12 pm

Oberleutnant spóźniał się. Jeden z niewielu oficerów, z którymi Mâron zgodziłby się spotkać w miejscu tak publicznym jak słynne Champ-de-Mars - bo znał go dobrze, nieraz spotkawszy w Berlinie przed latami, gdy wojakowi na horyzoncie dopiero majaczył stopień sierżanta - znów nie raczył przybyć na czas, co - jak widać - stawiało pod znakiem zapytania słuszność powszechnie powtarzanych przekonań o niemieckiej sumienności i poczuciu obowiązku. W żadnym razie dla jego rosnącej frustracji nie była korzystna też świadomość, iż zostało mu najwyżej tylko kilka artykułów z najnowszego wydania Comoedia, które z powściągliwym entuzjazmem studiował dla zabicia czasu, czyniąc w myślach swobodne refleksje na temat współczesnej kultury, która - co chyba każdy, kto wzrokiem obdarzon, widzi - od dekad ulega już stopniowej degradacji i symplifikacji, nad czym prałat nieraz już wyrażał ubolewanie.

I chociaż Mâron, jeśli tylko nie musiał mieć względu na towarzystwo, wykazywał pewnego rodzaju opieszałość w uznawaniu twórczości co niektórych artystów - wśród których poczesne miejsce zajmował monsieur Duchamp - za pełnoprawną sztukę, godną podziwiania i gloryfikowania w najwspanialszych z wzniesionych ludzką dłonią sanktuariach kultury (te zaś, przyzna chyba każdy, ulokowane są w Paryżu), nie mógł zaprzeczyć - sam przed sobą - że te bazgroły miały mimo wszystko w sobie pewien niezrozumiały dlań urok. Były inne, ciekawe... choć wynaturzone i nieprawomyślne. Nie powinno go więc dziwić, że tłumnie ciągnie ludzki ród, który od czasów Adama i Ewy tak łatwo ulega grzechowi, do tych tworów szatańskich. Dlatego też, choćby miało oznaczać to zubożenie świata, ten rodzaj sztuki winien być przeznaczony jedynie dla tych wybranych, którzy - posiadając dość smaku i prawe serca w piersi - byliby w stanie oprzeć się ich czarnoksięskiej mocy. Takich jak on, rzecz jasna.

I takie sobie dywagacje nasz ksiądz dobrodziej czynił, gdy - tak niespodziewanie, jak niespodziewanie burzowa chmura przysłania słońce; tak prędko, jak Nieodwracalna Atropos przecina nić ludzkiego żywota - nagle wyrósł przed nim jakiś znacznych rozmiarów obiekt dwunożny, rzuciwszy cień i na prałata, i jego pisemko. I byłby ten dokończył czytanie jakiejś podrzędnej, żałosnej i zupełnie niepotrzebnej pisaniny na temat zeszłotygodniowego występu w Casino de Paris, gdyby coś nie wyrwało mu gazety, która to - poszybowawszy w powietrzu na podobieństwo latającego dywanu - wylądowała w brunatnej plamie rozmiękłej ziemi, by zakończyć tam swój żywot; i nikt tylko prałata nie uprzedził, że i jemu grozi taki los. I może byłby on zrugał jakieś bezczelnego chuligana... gdyby tylko to był on, w miejsce rozwścieczonego Francuzika, będącego ostatnią osobą, którą kapłan spodziewał się tutaj zastać; ostatnią, od której spodziewał się takiego powitania. I wreszcie, może nawet staruszek zdążyłby wydać z siebie jakieś słowo oburzenia, gdyby tylko jakieś siedemdziesiąt jeden kilogramów żywej wagi nieomal nie wcisnęło go - ni stąd, ni zowąd - w oparcie ławeczki.

Dopiero teraz, z bliska, Enzo mógł w pełni zdać sobie sprawę z kruchości cielesnej powłoki wiekowego księdza. Kruczoczarna sutanna, nasączona subtelną, ledwie wyczuwalną wonią drzewa sandałowego i cedru, skutecznie zakrywała jego chude, słabe - bo nienawykłe do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego - ciało, niestawiające żadnego realnego oporu; podtrzymywane na rusztowaniu z kości, które zapewne pękałyby niczym zapałki, gdyby tylko naprzeć nań z całą siłą; i ukazały się rozliczne niedoskonałości i mnogość zmarszczek na jego obliczu, dyskretnie maskowane przez miarowo rosnącą w ostatnich dekadach liczbę balsamów i kremów.

Trudno oddać emocje, które w jednej chwili spadły na prałata z siłą, z jaką kowalski młot uderza o żeliwne kowadło, gdy tylko młodzieniec - w którym w pierwszej sekundzie nie dojrzał nawet Enzo, jakby mózg przestał dowierzać oczom - jął cedzić nienawistne słowa. Ma broń! Oczywiście, że ma! Zaskoczenie? - to stwierdzenie w równym stopniu trafne jak to, że dadaizm jest nurtem "odrobinę ekscentrycznym". Strach? Tylko w ostatniej chwili, gdy już na ustach prałata miał się objawić okrzyk zaskoczenia i mimowolne pytanie: "Czyś stracił rozum?!", ten ugryzł się w język - może za sprawą interwencji Niebios, a może ujrzawszy przepełnione gniewem spojrzenie Enzo; tak obce od tego, którym ten zwykł go obdarzać. Gdy pierwszy szok był już za nim, a resztki rozsądku jęły tłuc na alarm w głębinach świadomości: spokójspokójspokójspokój! zachowaj spokój, na Boga! - zmusił się, by spojrzeć w te hipnotyzujące, jasne oczy, które teraz utożsamiały wszystko to, czym prałat brzydził się i lękał najbardziej: zwierzęcą brutalność, szał, dominację emocji nad rozumem; nic nie wskazywało, by Enzo żartował. W starciu z ogarniętą żądzą krwi bestią, na nic zdawała się jego broń: jego powoli i skutecznie sączony jad słów, miarowo - niczym najlepsza trucizna - przeżerający umysł rozmówcy, a z czasem wnikający wgłąb samej duszy. To jednak czasu brakowało Mâron teraz najbardziej.

Pan dał mu klucz do dusz i umysłów ludzkich; żadnej zaś władzy nad czasem i przestrzenią. I choćby prałat zaintonował teraz Deus in adjutorium meum intende, czy wybawiłoby go to z tej opresji? Czy z Niebios spłynąłby chór anielski? Czy w Gniewie Bożym zatrzęsłyby się podwaliny samej ziemi, a umarli przyszli mu z pomocą? Choćby w myślał próbował teraz zaklinać moce samych piekieł, ksiądz Léonard Mâron pozostawał jedynie marnym, wątłym śmiertelnikiem; kolosem, którego los wisiał na włosku. Czy Enzo mógł go uśmiercić w miejscu publicznym? - był do tego zdolny.

A jednak - chwila, w której chłopak zdecydowałby się pozwolić księdzu wytłumaczyć wszystko, czym jego zdaniem zawinił, byłaby chwilą triumfu Mâron. Co wytłumaczyć? Czego winien? - nie wiadomo; dla Màron było to ostatnie zmartwienie w tej chwili. A może? Jak jednak perorować, gdy serce wyrwać się chce z piersi; gdy wszelkie dźwięki zagłusza szum krwi w uszach; gdy ciałem wstrząsa dreszcz; gdy na rozum spływa czarna zasłona trwogi, a umysł pędzi przed siebie w szaleńczym potoku rozbieżnych myśli? Spokój!

- Naprawdę sądzisz, że ten starzec jest wart Twojej nieśmiertelnej duszy, Enzo? - po kilkunastu sekundach, które w tych okolicznościach zdawać by się mogły wiecznością, powoli i cicho, zaskakująco - nawet dla niego - pewnie ozwał się prałat, siląc się niemało, by nadal spoglądać chłopakowi prosto w oczy; z nadzieją, że mimo wszystko to nie są ślepia samej Śmierci, a to zdanie nie będzie jego ostatnim. Czyż Enzo nie wiedział, że kto podnosi rękę na sługę Bożego, popełnia zbrodnię przeciwko nie tylko Piątemu Przykazaniu, ale i Kościołowi, a w konsekwencji: samemu Chrystusowi? Czy śmierć Mâron była warta duszy?

Wieczne potępienie było jednak karą o odrodzonej egzekucji; ksiądz potrzebował zaś rozwiązań "na teraz". Została jeszcze jedna szansa, której uczepił się w myślach, niby tonący brzytwy: należy bowiem przypomnieć, że z każdą minutą zbliżała się chwila przybycia zaprzyjaźnionego Oberleutnanta...

I ostatecznie, może nawet poprosi, by Niemcy nie poturbowali zbytnio tego ambitnego, chociaż gorącokrwistego młodzieńca, którego nadal jeszcze darzył sympatią... choć teraz po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy.

A może po prostu usiądziesz i wszystko sobie wyjaśnimy?



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Sob Kwi 08, 2017 7:40 pm

Na początku było Słowo.

Słowo. Boska Iskra - tchnienie Jego mocy, za sprawą którego w siedem dni z niebytu wyłonił się świat w całym swym pięknie, a którego namiastkę łaskawie - a pozostaje nam wierzyć, że i słusznie - dano człowiekowi pod postacią nieśmiertelnej duszy, zdolnej przetrwać, gdy jej materialne schronienie obróci się już w proch, co każdemu przeznaczone. Obdarzona okruchem potęgi Stworzyciela, a nieumiejętnie go przy tym naśladując, ludzkość stworzyła własne Słowo: stworzyła broń zdolną kształtować umysły podług woli i podporządkowywać sobie ciała; zdolną tworzyć i twory tak piękne, że sami anieli uśmiechają się na ich widok, i tak straszne, że drżą w strachu o swe dusze ci, którzy na swą zgubę je ujrzeli. W słowach, niby w puszce Pandory, zamknięto nienawiść i miłość, radość i strach. Słowa zdolne są obalać królów i królów na tron wynosić; całe armie na śmierć posyłać.

Ksiądz Léonard Mâron przez całe życie wierzył głęboko i szczerze, że Bóg, którego nowym tworem jest wszak każdy kolejny człowiek - i który każdego człowieka innym czyni na niedoskonały obraz doskonałego Absolutu - to jego w sposób szczególny obdarował zdolnością panowania nad słowem. To słowa stanowiły jego jedyny i zarazem najpotężniejszy oręż, którym wprawnie - we własnym mniemaniu - władał przez lata służby u Ojca Świętego, nie przypuszczając, że słowa mogą go kiedykolwiek zawieść. Teraz jednak, w jesieni życia, gdy w klepsydrze, miarowo odmierzającej pozostały mu czas na tym ziemskim padole, kończył się już piasek, ksiądz Léonard Mâron żałował, że lekceważył siłę ciała i materii. Fizyczny ból był niczym wobec cierpienia duszy, lecz dla persony, która nigdy nie cierpiała niedostatku, a za młodych lat, będąc posłusznym i - podług niektórych - nazbyt sztywnym potomkiem swego rodu - dziedzicem francuskiej arystokracji - nigdy własnymi pięściami nie dowodziła swoich racji, próba wtłoczenia w ławeczkę była zupełnie nowym doświadczeniem. Człowiek ma zaś przykazane w naturze, by lękać się nieznanego. Czy i strach przed śmiercią, który nie opuszczał już teraz prałata na krok, nie był właśnie obawą przed nieznanym?

Umysł jego, początkowo zamroczony szokiem i niedowierzaniem, że ktoś - Enzo! - podjął się ataku na jego uświęconą osobę - teraz rozjaśniać już jęły odwieczne  instynkty przetrwania; prymitywne, zwierzęce, lecz skuteczne. Na jego zgubę, materia jest jednak bardziej oporna niż świadomość, i stres, chociaż pozwolił w pewnym stopniu zapanować nad myślami, które dotąd rozbiegały się w popłochu na wszystkie strony, niewiele sił zdołał przydać zmurszałym, wątłym kończynom, które - choć spróbowały, w wyniku odruchu bezwarunkowego, odepchnąć od siebie napierającego nań mężczyznę; boleśnie wgniatającego klatkę piersiową i utrudniającego oddychanie - nie mogły przeciwstawić się żywemu, zdrowemu młodzieńcowi, którego krew najwyraźniej aż wrzała w żyłach od emocji. Zdając się w jego dłoniach szmacianą lalką, prałat, który już roztwierał swe spierzchnięte wargi - a jeszcze przed kilkoma minutami święcie przekonany, że już wkrótce zasiądzie z Herr Oberleutnantem-spóźnialskim w jednej z pobliskich kawiarni i zaspokoi swoje pragnienie boskim nektarem, co niepozornie skrywa się pod nazwą: café; ostatecznie: napojono go mieszaniną strachu, goryczy i żalu! - ... niczym kłoda padł chodnik. Boleśnie, należy rzec, chociaż - Bogu dzięki - trwale naruszona w wyniku upadku mogła być co najwyżej jego godność. Tym bardziej, że to godne potępienia zdarzenie, za którego opis niejeden domorosły dziennikarzyna zaprzedałby diabłu dusze - i swoją, i bliskich - działo się wszak na Champ-de-Mars, w cieniu samej Wieży Eiffla: w miejscu dość publicznym, by tworzyć ułudę bezpieczeństwa.

Za dwadzieścia siedem lat od tej chwili, Elisabeth Kübler-Ross opisze pięć faz umierania, posługując się wywiadami z osobami terminalnie chorymi. Są to: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja. W której z faz, przystosowawszy jej teorię do zaistniałej sytuacji, znajdował się właśnie Mâron, gdy metal - zimny jak objęcia samej śmierci - przywarł do jego skóry? Czy na długo starczy mu sił, by negocjować z tym, który dzierżył ostrze; i z samym przeznaczeniem? Wystarczył jeden gwałtowny ruch, by położyć kres niepewności. Ale... przecież Enzo nie mógł zamordować kogoś, u kogo miał dług wdzięczności, prawda? Prawda?

- Jesteś skłonny poświęcić wszystkich i wszystko dla swoich ideałów, nieprawdaż? Wiedz, że i sługa Boży, przyjmując swe powołanie, musi być gotów ponieść śmierć na krzyżu, za przykładem Zbawiciela i męczenników... choćby i z rąk tych, których próbował chronić za cenę własnej duszy i honoru, cierpiąc skrycie męki wstydu... i hańby - wzrok, który w pierwszej chwili spoczął na lśniącej powierzchni sztyletu, ostatecznie znów powędrował w stronę jasnych oczu chłopaka. Jakże łatwo przyszły mu te słowa - słowa, które ostatecznie były nawet do pewnego stopnia prawdziwe. To, że Mâron w istocie zależało głównie na dobru siebie samego i Kościoła, który reprezentował, nie oznaczało wcale, że obojętne mu było cierpienie Francuzów... i Niemców, w równym stopniu. System nazistowski nęcił go pod wieloma względami, lecz - chociaż był to to piękny owoc, jako to jabłko z drzewa poznania dobra i zła - nie miał złudzeń co do planów Hitlera wobec wiary katolickiej i Kościoła, którego znaczne wpływy - polityczne, między innymi - ten tylko chwilowo tolerował z uwagi na toczącą się wojnę. Bez względu na swoje osobiste zapatrywania, Mâron i tak musiał utrzymywać pozytywne stosunki z okupantem, jeśli miał wypełniać powierzone mu obowiązki. Jednocześnie, lepiej, by Francja upadła, jeśli miałaby powstać bez bez wiary, bez Boga, bez Słowa...

W Świecie Dysku, żywot maga mógł zakończyć się jedynie wówczas, gdy przybył po niego osobiście sam Śmierć. Może to wiedza Mâron w zakresie czarnoksięstwa, czerpania z mądrości Malleus Maleficarum, była niedostateczna; może on sam niezbyt zdziadziały; a może po prostu świat nie ten - w każdym razie,  miłującego koty pana w kapturze nigdzie nie było widać...
Jeszcze.

Bo ostatecznie, Bóg wyrzekł słowo stań się... Bóg i zgiń wyrzecze.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Czw Kwi 13, 2017 9:54 pm

Bogowie lubili gry – pod warunkiem, że wygrywali.
Z Mâron nie było inaczej.

Można wyobrazić sobie frustrację i strach, jakie nań spadły w pierwszej chwili. I chociaż zdawać by się mogło, że dzierżona przez Nike waga zwycięstwa rozpadnie się na dwoje, grzebiąc nadzieje Léonarda - i jego samego, gwoli ścisłości - to teraz, skoro prałat żył jeszcze i mógł podjąć próbę obrony, szale powoli skłaniały się ku równowadze. Prawdopodobieństwo, iż urokliwe Champ-de-Mars stanie się niemym świadkiem zbrodni przeciwko Przykazaniom i Chrystusowi, malało z każdą kolejną sekundą, gdy jego napastnik pozwalał mu perorować: można jednak przypuszczać, nie ujmując zdolnościom oratorskim prałata (w posiadanie tychże on sam wierzył), że nie bez znaczenia były tu emocje chłopaka, które uprzednio osiągnęły już apogeum, a teraz, jak ksiądz przypuszczał, mogły co najwyżej utrzymywać się na względnie wysokim poziomie.

I gdy prałat z niepokojem obserwował lico swego rywala, próbując dostrzec na nim chociaż ślad zawahania, to w toczącym się w jego umyśle starciu: Niemcy - Francja, to Trzecia Republika traciła właśnie kolejne punkty. I - któż by pomyślał! - miało to coś wspólnego z pewnym młodzieńcem, który - trzymając ostrze sztyletu niebezpiecznie blisko jego ciała - wyglądał tak, jakby namyślał się właśnie, czy posłać księdza dobrodzieja na Champs Élysées już teraz, czy może poczekać jeszcze chwilkę, aż ten zacznie skamleć i błagać o litość - tylko po to, by czerpać z morderstwa Bogu ducha winnego starca chorą satysfakcję. Ciałem prałata wstrząsnął słaby dreszcz, gdy bestia, która przyjęła formę Enzo, zbliżyła się doń na tyle, że mógł poczuć na sobie jej nienawistny oddech. Jej słowa mogłyby zmrozić krew w żyłach, lecz jakiż ich wpływ na tego, który już ma serce z lodu? Były tylko kolejną kroplą goryczy; żółci, którą go pojono. To lśniąca powierzchnia sztyletu wzbudzała strach w głębi duszy - duszy, która ani myślała rozstawać się z ciałem. Czy istniała broń, która była w stanie godzić dotkliwiej?

- Jeden jest Prawodawca i Sędzia, w którego mocy jest zbawić lub zatracić. Kim my jesteśmy, by potępiać bliźnich? Enzo: łatwo usunąć Boga z jego miejsca we wszechświecie, jednak wiedz, że taka struktura nie przetrwa długo - czyż Francja - kolebka laicyzmu - nie przekonała się o tym na własnej skórze? Gdy Boga zabraknie, moralność upadnie, zagubią się autorytety, a wreszcie ludzkość stoczy się w otchłań anarchii i barbarzyństwa, tracąc to, co odróżnia ją od świata zwierząt. Biblijny potop oczyścił świat z tych, którzy niegodni byli oglądać Boga. Być może i taki był cel tej wojny? - konfliktu, który raz na zawsze odmieni oblicze tego zepsutego, niedoskonałego świata.

Mâron, jako stara watykańska żmija, wiedział już dobrze, że właściwym celem zhierarchizowanej religii od zawsze było tworzenie piramidy społecznej, gdzie na samym szczycie znajdują się teokraci, zagarniający do siebie co bardziej smakowite kąski z proletariackiego stołu. Któż śmiałby odrzucić twierdzenie, iż władza, majątek i powszechny respekt słusznie mu się należały przez wzgląd na wysokie urodzenie, rozliczne talenty i boskie namaszczenie? Jego sutannę - teraz pokrytą kurzem i pyłem chodnika - okalała wstęga fioletowego jedwabiu, a na palcu połyskiwał rodowy, hrabiowski pierścień - świadectwa tego, iż jemu od urodzenia pisano żywot nietzschowskiego Übermensch nie-aryjczyka. Czy można było mieć mu to za złe?

A ledwie Enzo odsunął broń, na obliczu prałata, na równi z szczerym wyrazem ulgi, wykwitł mimowolnie słaby uśmieszek - jak zaczynał już podejrzewać, chłopak nie był zdolny tego uczynić; czy jego ostrze odebrało już kiedykolwiek komuś życie, czy miało tylko dodać mu odwagi w chwilach próby?

Nagle, ostrze uniosło się, rozbłysnęło... opadło... i znów podskoczyło. Niespodziewany, przeszywający ból - niczym użądlenie osy, lecz tysiąc razy silniejsze. Rozmyta wizja - doświadczenie, które trwało co najwyżej w mrokach pamięci. Piekące oczy. Pulsujący ból przygryzionego języka. Głośne jęknięcie. Niemy wyraz cierpienia - niczym u rannego zwierza. Strużka ciepłej krwi przelewająca się przez palce prawej ręki, kurczliwie zaciśniętej na uszkodzonej dłoni.

Szczęśliwie - dzięki temu, że dłoń spoczywała na kamiennym bruku - Enzo w zasadzie dźgnął go w zasadzie samym czubkiem, czyniąc mniejsze zniszczenia, niż gdyby - hipotetycznie - sztylet wszedłby w ranę aż po rękojeść. Co nie zmieniało wcale faktu, że bolało jak diabli, a rękaw sutanny powoli nasiąkał karmazynową cieczą. Należało to opatrzyć: "Dottore, krojąc chleb na kolację, posprzeczaliśmy się troszkę z siostrą Marie o dogmat o niepokalanym poczęciu Maryi Panny..."

I chociaż w zasadzie Mâron niewiele w tej dramatycznej chwili myślał - a już na pewno nie o tym, co powie lekarzowi czy nawet niemieckiemu oficerowi, gdy wreszcie się zjawi - ani myślał czekać aż młodzieniec namyśli się, jakąż to torturę teraz zastosować: podniósłszy z trudem swe, leżące od kilku chwil, a mimowolnie zwinięte w kłębek, skostniałe cielsko, by - przyjąwszy pozycję klęku podpartego - spróbować podnieść się z ziemi, wspierając się na dygoczącym ramieniu; licząc zapewne, że Enzo ma dość honoru, by nie wbijać swojej, już broczącej posoką, ofierze sztyletu w plecy. Podniósłszy się, zgarbiony z lekka, a nadal uciskający zranione miejsce, ozwał się półgłosem - tonem drżącym, który wyrażał zabójczą mieszankę cierpienia, gniewu i żalu. Wzrok, którym zwykł spokojnie lustrować szarą paryską rzeczywistość, a w którym kryło się teraz faktycznie coś na kształt żmii, znów skupił się na stojącym przed nim młodzieńcu: mroczne niczym głębiny Tartaru spojrzenie świadczyło dobitnie, iż Enzo przekroczył pewną granicę; spalił pewien most. Nieśmiertelny Sędzia i Wielki Arbiter uderzył w dzwon. Wyrok skazujący zapadł.

- Czego ode mnie oczekujesz, Enzo? Jeśli pragniesz mojego żywota, dlaczego go nie weźmiesz? A może to śmierci tysięcy chrześcijan - i księży, i wiernych - pożądasz? Kościół nie jest ani głuchy, ani ślepy - nie uczyni jednak niczego, co narazi trzodę. Kto stanie bowiem w jej obronie? Jak wiele żyć jesteś skłonny wziąć na własne sumienie, Enzo? Tych wszystkich, których uchroniliśmy i uchronimy tylko dzięki temu, że postanowiliśmy pielęgnować resztki respektu, jaki Niemcy mają wobec nas i Boga? Że, jako tych synów marnotrawnych, nie odrzuciliśmy ich? - a przecież przed nim stał żywy dowód słuszności jego słów.

Niewielu hierarchów wierzyło już, że do zatrzymania niszczycielskiej machiny nazizmu wystarczy modlitwa. Wewnątrz Watykanu, który przecież w każdej chwili mógł zostać zajęty przez wojska Osi, chyba już tylko znienawidzony przez Rzeszę Pius XII, pomimo ostrzeżenia Mussoliniego, dalej potępiał deportacje Żydów i "wyniszczanie narodów". Po drugiej stronie barykady stał Cesare Orsenigo: proniemiecki, pronazistowski, antysemicki, acz wierny Kościołowi nuncjusz w Berlinie - idealna persona, by reprezentować Stolicę Apostolską przed urzędującym tam demonem w ludzkiej skórze. W porównaniu z nim, Mâron, który zawsze czuł się bardziej dyplomatą aniżeli prorokiem, był czysty jak łza.
Tylko...

Czy z oka Opatrzności spadła kiedyś ludzka łza?




Ostatnio zmieniony przez Léonard Mâron dnia Pią Kwi 14, 2017 9:53 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Sob Kwi 15, 2017 5:14 pm

Kardynalska czerwień symbolizowała gotowość do przelania własnej krwi w obronie Kościoła i chrześcijańskiej wiary. Skapująca leniwie na bruk szkarłatna ciesz stanowiła, iż Mâron był godzien tego tytułu, który - jak sam zresztą sądził - należał mu się już od lat. To śmierć Piusa XI i polityka współczucia - żałosnego, nieodpowiedniego na lata brutalnej wojny miłosierdzia, które ujawniało tylko słabość nowoczesnego Kościoła - następnego Biskupa Rzymu były winne tego, iż zesłano go na ten francuski Sybir. Prałat jednak ani myślał dopełnić tu żywota, wciąż uciekając myślami do przestronnych sal watykańskiego siedliszcza, gdzie w złotym okresie własnej świetności nie docierały doń bolączki prostego ludu. Był przecież ponad to! Mógł beztrosko rozkoszować się widokiem pokornie bijących się w piersi narodów, kornie całujących papieskie stopy i zanoszących doń błagalne prośby. To tam, skryta w martwych murach Wiecznego Miasta i gorącej włoskiej krwi, drzemała potęga zdolna obalać królów; definiować na nowo i przeszłość, i przyszłość. Jej prastary puls słabnął z każdym kolejnym dniem - Bóg bowiem wystawiał swój Kościół na największą z prób. Jego Kościół stał się Hiobem tych czasów - i wobec tych nieszczęść, które nań spadły, pozostawało jedynie jedno pytanie: kiedy dopełni się Boża obietnica Królestwa Niebieskiego? Kiedy nie będzie już ni śmierci, ni bólu?

Za dzień lub dwa spadnie deszcz i zmyje krwawe zacieki - wyznanie zbrodni - z oblicza Champ-de-Mars; i tak też i czas - najlepszy lekarz - zagoi rany: i te na ciele, i te na umyśle, pozostawiając na wieczność pamiątkę w postaci blizn. To te znamiona - przypomnienie tego, co było - stanowiły o człowieku. Kim więc był Mâron, którego duchowe oblicze - pomimo lat - zrazu zdawało się być gładkie niczym w dniu narodzin? Jedynie ten, kto zajrzałby pod jego jaszczurczą skórę, ten dojrzałby zakurzoną strukturę, która miała być w zamyśle stabilna jak skała, na której Chrystus obiecał wznieść swój Kościół, a która jednak pokrywała się coraz grubszym nalotem zgnilizny. Pod skórą, w głębinach duszy prałata, pełzał cień zgubnej niepewności - rósł niepostrzeżenie, na podobieństwo nowotworu, by wreszcie - pewnego dnia - dać o sobie znać. Chwała Bogu, że dzień ten jeszcze nie nadszedł.

- Nie można odrzucić Boga, nie odrzucając rzeczywistości i własnego istnienia. Czy może istnieć dzieło bez twórcy? Obraz bez malarza? Byt bez przyczyny? To Bóg jest Pierwszą Przyczyną; i Bóg jest Malarzem Świata - prałat wyprostował się, nadal ściskając okrwawioną kończynę; jego głos począł odzyskiwać dawną pewność - On poddaje nas próbie - i mnie, i Ciebie w tej chwili; i całą ludzkość. Tak - to wymaga pewnej dozy wiary, by przyjąć coś, czego nie sposób w pełni zrozumieć; tak jak dziecko nie wie, czy to, co mówią jego rodzice, jest prawdziwe - ono po prostu wierzy. Bóg jest jak wiatr: nie widzisz Go, ale czujesz.

Czy Enzo można było jeszcze uratować przed wiecznym potępieniem? Skłamałby ten, kto powiedziałby, że Mâron nie zależało na młodzieńcu, który - paradoksalnie - jeszcze przed chwilą groził mu śmiercią, a któremu - gwoli ścisłości - i sam prałat  też wówczas życzył, by go Bóg gromem poraził. Wbrew pozorom, ksiądz miał wobec niego jak najlepsze intencje - może i nie myślał jeszcze o wprowadzaniu go na salony, ale w dłuższej perspektywie czasu... kto wie? - jakkolwiek byłoby to nieco ekscentryczne. Prałat czerpał nieziemską satysfakcję z otaczania się ludźmi, którzy zaciągnęli u niego długi wdzięczności.  Skoro jednak pies raz już ugryzie swego pana, tenże właściciel nigdy już mu w pełni nie zaufa. Wiedząc, że to dzikie, niebezpieczne zwierzę, zawsze już zachowa w jego obecności należytą ostrożność. I chociaż na obliczu Mâron, gdy opadł zaraz na ławeczkę obok Enzo - blisko, jakby wyczuwając, że chłopak uwolnił już całą swoją frustrację tym jednym uderzeniem sztyletu i nie planował kolejnego ataku - objawił się, w groteskowej kompozycji ze ściekającą po rękawie krwią, wyraz twarzy dobrotliwego, acz zmartwionego ojca, już w jego spojrzeniu które nie mogło ukryć przed młodzieńcem oczywistej prawdy, krył się niemy wyrzut. Cel mógł ulec zmianie, lecz reguły gry zawsze pozostawały te same. Po pierwsze: zachować pozory.

Zadajesz mi ból, Enzo, tym podejrzeniem. Nie sądzisz, że potwierdzeniem byłyby żeliwne kraty pomiędzy nami? - nie chciał, by wypowiadane spokojnym szeptem zdania pozostawiały jakieś wątpliwości, ale nawet jego zaskoczyło brzmienie tych słów - Enzo, do naszego wspólnego celu prowadzi mnogość ścieżek - wiele z nich jest krętych i grząskich, a ten, kto na nie wstępuje, zmuszony jest przybrać najpodlejszą z masek. Pragniesz wolności - czy wolnością nie jest możność wyboru własnej ścieżki? - pozwoliwszy, by te słowa rozpłynęły się w powietrzu, prałat przywołał na swoje oblicze nikły uśmiech, na wspomnienie o aresztowaniu - Nie wiem, czy tym razem słowa wystarczą, jeśli do tego dojdzie - a czego wolałbym uniknąć.

Tym sposobem - drogą okrężną, pełną cierpienia i strachu - dotarli tam, gdzie prałat początkowo zamierzył.
Nic jednak nie było już takie same.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Pon Kwi 17, 2017 6:22 pm

Kościół katolicki był korporacją - najstarszą w historii i najpewniej najpotężniejszą, jaka kiedykolwiek będzie istnieć. To Kościół przez niemal dwa tysiące lat ingerował we wszystkie sfery życia społeczno-politycznego, nadając granice moralności, kulturze i prawu. Inspirował, stwarzał i niszczył. Naród można wygubić, a budowle zburzyć - jak jednak unicestwić twór, który oferował ludziom dokładnie to, czego pragnęli? - poczucie bezpieczeństwa, przynależności, poznania. Człowiek - nędzne, kruche stworzenie; produkt uboczny ewolucji - lgnął  do Kościoła, kierowany swoim nienasyconym egoizmem: pragnieniem, by poczuć się wyjątkowym; by uwierzyć, że nad jego losem czuwa jakaś niewidzialna i wszechwładna istota; by usłyszeć, niczym żydowskie dziecko na chwilę przed wejściem do komory gazowej, że "wszystko będzie dobrze".

Tych, którzy oddali się Bogu pod protekcję, nie gnębił niepokój o istnienie po śmierci i zasadność tego wszystkiego, co dotykało ich w czasie doczesnego żywota. Religia usuwała z ich umysłów pewien element niepewności - czyniła wszystko prostszym; dawała wygodne odpowiedzi na najtrudniejsze z pytań. Wspaniale wpisywała się w leniwą ludzką naturę - nie zmuszała do stałego poszukiwania rozwiązań, weryfikowania już wypracowanych: podsuwała dogmaty, opatrzone dopiskiem: bo tak; bo tak jest prościej. No i, czego świadom był Mâron, stanowiła wprost wymarzone narzędzie do manipulowania ludźmi.

Na warknięcie Enzo odpowiedział więc łagodnym, a wyćwiczonym przez lata dobrotliwym uśmiechem, który ukrył na chwilę wyraz twarzy umęczonego Chrystusa, który - pomimo jego widocznych starań, by go ukryć - co rusz wypływał na powierzchnię, niczym przysłowiowa oliwa. Nachyliwszy się w jego stronę, jął, niczym średniowieczny teolog, powoli - jakby sycił się brzmieniem wypowiadanych słów - objaśniać mu tajemnicę wiary, zawartą w jednym zdaniu: - Miłość nie wyrządza zła bliźniemu - Bóg jest miłością. A wierni zyskiwali przecież tylko na duchowym przewodnictwu kleru. Pozwoliwszy, by chłopak rozważył te słowa przez chwilę, pochylił głowę w nabożnym zamyśleniu. W rzeczywistości, ani myślał jednak oddać się medytacjom: jego umysł knuł już pokrętne plany, analizując ostatnie poczynania i słowa Enzo, kalkulując potencjalne zyski i straty w przyszłości. Dlaczego nie skorzystał z okazji i nie oddalił się, skoro ten go puścił? Być może powinien był to uczynić. Wydać chłopaka Niemcom, skoro i tak pragnie oddać życie za Francję.

Nie! Zaszedł zbyt daleko, by teraz się poddać. Ledwie zwolnił uścisk, ze zranionej dłoni popłynęła druga strużka szkarłatu - leniwie, jakby organizm zaczynał już opanowywać krwawienie; zdaje się, że obrażenia nie były - szczęśliwie - zbyt poważne. Rzuciwszy zniesmaczone spojrzenie swej skąpanej w krwi prawicy, otarł ją o materiał i tak umazanej sutanny, a następnie dobył z kieszeni różaniec, zawiesiwszy go na rozczapierzonych palcach. W nikłych promieniach słońca, które z trudem przedzierało się przez szarobure niebo, rozbłysnął metalicznym poblaskiem krzyżyk i paciorkowaty łańcuszek - całe ze srebra. Enzo nie mógł zapewne wiedzieć, że ten akurat przedmiot, w który prałat wpatrywał się teraz z lubością, przy której nawet najbardziej cnotliwa siostra zakonna spłonęłaby rumieńcem, nie miał w zasadzie dlań żadnej wartości sentymentalnej: to jego prosta, wykonana z drewna kopia, otrzymana przed kilkudziesięcioma latami od biskupa, który wyniósł go do stanu duchownego - bliskiego krewnego, który odszedł już do Domu Ojca - spoczywała bezpiecznie w gmachu nuncjatury jako osobista relikwia. Chodziło przecież o grę pozorów - symbolikę tego gestu.

Zmierzywszy młodzieńca pytającym - a może i błagalnym? - spojrzeniem, ksiądz wyciągnął w jego stronę dłoń dzierżącą różaniec. Jeśli Enzo postanowił przyjąć podarek, ksiądz nakreślił w powietrzu znak krzyża; jeśli nie - Mâron po prostu ułożył ten symbol wiary na ławeczce między nimi.

Następnie zaś, wyprostował się i odrzekł: - Mówi się, że ratownik to zły ratownik - ten bowiem nikomu już nie pomoże. Ja mocą Zbawiciela uzdrawiam dusze. Ty zaś, siłą własnego ducha: ten spaczony świat. Nie odrzucaj tego, który pragnie Ci pomóc w Twym dziele - nawet, jeśli czyni to innym sposobem - uczyniwszy tu długą przerwę, w czasie której przeniósł spojrzenie z oblicza jego rozmówcy na ziemię i z powrotem, a wypuściwszy głośno powietrze, ozwał się drżącym - niemal niewymuszonym - tonem: O to... i o przebaczenie - za wszystko, czego, niezamierzenie, mogłem się przeciw Tobie dopuścić - chciałbym Cię prosić, Enzo.

Stało się. Teraz mógł co najwyżej modlić się, by Bóg nie ukarał go piorunem za te wszystkie kłamstwa.
W sumie: wreszcie miałby od niego jakiś znak.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   Wto Kwi 18, 2017 6:58 pm

Ksiądz Léonard Mâron padłby najpewniej na kolana, gdyby Enzo raczył przyjąć podarek - to bowiem oznaczałoby, że Bóg przebudził się ze swego snu; że dał mu wreszcie upragniony znak; że miał rację. Niestety, i tym razem nie zawiódł się. Poczuł gorycz satysfakcji. W ponurym milczeniu słuchał słów chłopaka, nie spuszczając zeń przenikliwego spojrzenia starczych oczu. Nawet ciśnięcie różańcem o bruk przyjął z grobowym spokojem - po wszystkim, powstał po prostu, by podnieść obmyty w jego własnej krwi symbol.

Co miał czynić? Enzo miał wolną wolę i podjął już decyzję - i będzie musiał przyjąć pełne konsekwencje swojego wyboru, jako i onegdaj Adam i Ewa. W jego umyśle nadal toczyła się batalia między sprzecznymi poglądami: co powinien teraz uczynić z tym, który odrzucił jego łaskę? - jego przebaczenie, na które chłopak nie zasługiwał! Chociaż... przecież ksiądz od początku wiedział, jak to się skończy, a mimo to pozwolił sam siebie oszukiwać. Wmówił sobie, że Enzo jest zbyt cennym nabytkiem, by pozwolić mu wyślizgnąć się z rąk - że czyni to wszystko tylko dlatego, że mu się to opłaci. Ciągnął tę bezcelową, bezsensowną wymianę zdań. Najwyraźniej złagodniał u jesieni życia, zapominając, że kto próbuje dłońmi ugasić ogień, może się przy tym sparzyć. Czyżby na starość ozwało się w nim zapisane w naturze pragnienie posiadania dziedzica, który stałby się tym, kim on sam nie zdołał? Spadkobiercy? Trzymane dotąd za gardło pragnienie posiadania przy sobie kogoś, przed kim mógłby mówić to co myślał, a nie to, co należało? Może jego pokrętny umysł odgrodził sumienie i duszę murem; oszukiwał go, że był szczęśliwy?

Żałosne! Był po prostu naiwnym głupcem, który w swym ociemnieniu zapomniał, że ludzie winni stanowić jedynie pionki na planszy, przy której to on był arcymistrzem; że miał nie wiązać z nimi żadnych emocji i uczuć. To Enzo - bojownik o wolność! - dopuścił się zdrady wobec tego, który ocalił mu życie! To on napluł mu w twarz i wyśmiał miłosierdzie. A nawet jeśli w lodowym sercu starca pojawiła się jakaś rysa, to było niemożliwe, by wybór padł na tego żałosnego, niezrównoważonego paryżanina - to groteskowe; jakiś kiepski żart! Nie! Nie było odwrotu. Nie mógł się zawahać.  

Przed oczami, niczym podsunięty przez samego Szatana obraz, stanął mu opis ekskomuniki, którą Kościół obłożył w XVII wieku polskiego księcia, który dopuścił się zbrojnego ataku na klasztor, a nad którym prowadził studia w Archiwach Watykańskich.

4 maja 1612 roku, w kościele Wszystkich Świętych w Krakowie, biskup krakowski ubrany w ornaty, otoczony dwunastoma prałatami, symbolizującymi apostołów, którym powierzono klucze niebios, każdy trzymając w ręku zapaloną świecę, stanął na stopniach wielkiego ołtarza. Po chwili zabrzmiał poważny śpiew psalmu: Deus laudem meam i bito w jedną tylko stronę dzwonu. Wzywając Trójcę Świętą, apostołów Piotra i Pawła oraz wszystkich świętych, Mistrz Ceremonii wygłasza treść klątwy:

Wyklęty jest Aleksander Koniecpolski, ze wszystkimi, co mu radę i pomoc jakimkolwiek sposobem dawali!
Przeklęty niechaj będzie w domu i na dworze, przeklęty w mieście i na roli;
Przeklęty niechaj będzie siedząc, stojąc, jedząc, pijąc, robiąc i śpiąc;
Przeklęty niech będzie tak, iż w nim zdrowego członka nie będzie, od wierzchu głowy aż do stopy nożnej!
Niechaj wypłyną wnętrzności jego, a ciało jego niechaj robactwo roztoczy.
Niechaj będzie przeklęty z Ananiaszem i Zafirą,
Niechaj będzie przeklęty z Judaszem zdrajcą;
Niechaj będzie przeklęty z Abironem i Dathanem, których ziemia żywcem pożarła;
Niechaj będzie przeklęty z Kainem bratobójca;
Niechaj mieszkanie jego będzie spustoszone;
Niechaj będzie wymazany z Ksiąg Żyjących i ze Sprawiedliwymi niechaj nie będzie pisany,
a pamiątka jego na wieki niechaj zaginie!
Niechaj na Ostatnim Sądzie przeklęty będzie z Diabłem i demonami jego i na wieki niechaj zginie,
jeśli się nie upamięta!


Duchowni ciskają świece na ziemię, jakoby na znak, że wyklęty tak też zgasnąć powinien w pamięci Kościoła i ludzi. I wreszcie, wszyscy wypowiadają słowo: - Fiat! - ma zostać dokonane! skazując go na wieczne potępienie tam, gdzie według Ewangelii św. Mateusza jest jedynie płacz i zgrzytanie zębów.

Wpatrując się w plecy oddalającego się mężczyzny, kapłan pozwala, by to słowo zagościło na jego wargach... To słowo boli, ale Bóg mu świadkiem, że nie ma innego wyjścia; że próbował.

Szepcze je na chwilę przed odejściem,
chociaż sam wcale tego nie pragnie.

| zt
CLICK!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Pole Marsowe   

Powrót do góry Go down
 
Pole Marsowe
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Palais-Bourbon-
Skocz do: