IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Restauracja "Clé Du Bonheur"


Share | 
 

 Restauracja "Clé Du Bonheur"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Nie Wrz 25, 2016 9:25 pm



Restauracja "Clé Du Bonheur"

Bardzo kameralna restauracja rodzinna. Schowana między kamienicami nie rzuca się w oczy, przez co szybko przemierzający ulicę przechodnie zwykle jej nawet nie dostrzegają. Ma grupkę oddanych sobie klientów obu narodowości, którzy tutaj starają się zapomnieć o swoich wzajemnych niechęciach - choć oczywiście nie zawsze się to udaje. Restauracja ma kształt litery L, gdzie wejście znajduje się w załamaniu. Większość sali zajmuje paręnaście małych, ciasno upakowanych stolików. Wyjątkiem jest ściana na końcu lewej odnogi, gdzie znajduje się kontuar, i małe podwyższenie w prawym rogu przy ścianie na wprost wejścia, gdzie właściciel umieścił stare, ale wciąż działające bez zarzutu pianino. Często wieczorami lokal rozbrzmiewa dźwiękami instrumentu, umilając klientom spożywanie kolacji.
Wystrój sali jadalnej jest dość skromny, ale schludny. Ściany są częściowo pokryte ciemną boazerią, częściowo czerwoną tapetą; podłogę okupują natomiast małe, drewniane krzesła i jeszcze mniejsze, okrągłe, drewniane stoliki na jednej, centralnej nodze. Kuchnia, znajdująca się po wewnętrznej stronie litery L, którą tworzy główne pomieszczenie, jest ciasna i mała, utrzymana w niezdrowym kolorze błękitnokremowej bieli. Prowadzi z niej drugie wyjście, prosto na mały dziedziniec za kamienicą obok.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Wto Gru 13, 2016 7:05 pm

zaczynamy kwiecień!

Sława czternastej dzielnicy Paryża jeszcze nie stanowiła dla niej żadnego konkretnego obrazu. Wyłącznie niedopowiedzenia, jedynie luźne hasła, same kontury, które dopiero trzeba będzie wypełnić kolorem. Zresztą po latach spędzonych w Heidelbergu żadne miejsce nie było w stanie przestraszyć Luise Weber. Ważne, by mogła zacząć postrzegać stolicę Francji jako swój, doskonale znajomy zakątek świata, mieć w nim swoje łóżko i swój kawałek ściany na obrazy. Niewiele więcej było trzeba – przynajmniej na początek. Wszystko inne dopiero miało się zacząć, wszystko miało być piękne i wszystko było jeszcze przed nią.
To jak najdłuższe wakacje w życiu – swój pobyt w Paryżu postrzegała jako sekwencję całych miesięcy leniwych poranków i nieprzyzwoicie długich wieczorów, spacerów po uliczkach i książek przerzucanych kartka za kartką. Nieznośne oczekiwanie, końcówka wyroku, ostatnie dni odsiadki w poczekalni życia. Jeszcze trochę, już niedługo, zaraz wszystko się zacznie. Niesprecyzowane, zupełnie niewiadome wszystko. Tak jakby do tej pory życie pani Weber było wprawką; prawdziwą powieść miała zacząć pisać od tej kwietniowej kartki w kalendarzu.
A tymczasem była nuda – nuda za długich, podobnych do siebie dni, nuda pustych popołudni, nuda wciąż tych samych twarzy spotykanych na rynku, w sklepie albo w teatrze. Sądziła, że wraz z nastaniem wiosny rzeczywistość ulegnie diametralnej zmianie, jednak kolejny tydzień nieobecności Wilhelma jedynie pogarszał jej, i tak dość parszywy, nastrój. Nawet powietrze, choć w końcu przyniosło ze sobą przyjemne temperatury, było nieruchome, zastałe, nakrywało wszystko jak czapka; przyduszało, tłamsiło, mdliło. Chociaż pragnęła stać się częścią tego miasta, niemal panicznie unikała jego rodzimych mieszkańców, jak gdyby widok wypranych z wszelkiej nadzieli ludzi, tych Francuzów z lekką mgiełką nieuchronnej beznadziei w oczach, przyprawiał ją o uzasadnione dreszcze. Paryżanie – ci zwykli, mijani przypadkiem przechodnie – wpatrywali się gdzieś przed siebie, gdzieś za domy, kamienice i mury. Może szukali na horyzoncie pomocy, może spodziewali się nagłej odmiany swego losu, ale chyba na razie nie udawało im się niczego dostrzec. Nie ma pracy, nie ma perspektyw, są za to kartki żywnościowe.
Czekając, aż to się wreszcie skończy, odliczając czas, skreślając dni w kalendarzu, czytała pierwszą powieść Roberta Musila. Tę, która otworzyła wrota jego kariery, tę, która miała być wstępem do wciąż niedokończonego Człowieka bez właściwości. Słowa jak perły z zerwanego sznurka toczyły się po marmurowej posadzce skojarzeń, oczekiwań, nastrojów. Obrazy powstawały w głowie Luise i rosły; rosły podlewane idealnym koktajlem mądrej treści i kunsztownej formy. Zakłada małodusznie, że wszystko już było – a jednak nie; jednak Musil był świeży, był odkrywczy, był jak korytarz, który prowadzi nie wiadomo dokąd. Może do jasnego salonu, a może do ciemnych zakamarków strychu albo do zatęchłych mroków piwnicy. Wehikuł do odległych podróży – ich celu nigdy nie dało się przewidzieć, ale zawsze znajdował się daleko stąd. Daleko od pustych dni i stojącego powietrza, daleko od nieobecnego Wilhelma, daleko od wspomnienia pozostawionej w Heidelbergu rodziny, z daleka od świata. Musil nie tylko obiecywał, że gdzieś tam, za rogatkami, jest inne życie. On zdawał się znać odpowiedzi na wszystkie pytania, pani Weber wątpiła jednak, by znał odpowiedź na to jedno: dlaczego wybrała akurat Clé Du Bonheur? Malutka, wciśnięta pomiędzy kamienice restauracyjka nie było miejscem, które odwiedziłaby ta Luise… i być może dlatego zdecydowała się na podobny krok.
Kameralna knajpka zapewniała jej anonimowość, dawała gwarant, że nie zjawi się tu nikt, kogo podejmowała na bankiecie, nikt, kogo mogła asocjować ze śmietanką towarzyską, nikt, kto – bez wyraźnej celowości – mógłby ją rozpoznać. Bez problemu zniknęła za jednym z ciasnych stolików, który stał najbliżej pianina, i równie bezproblemowo pozbyła się niechęci do jadania w podobnych miejscach. Czekoladowy torcik wyglądał oszałamiająco, więc Luise – wiedziona przekonaniem, że skoro i tak udaje kogoś zupełnie innego, nie grożą jej przykre konsekwencje nadmiaru słodkości – zdecydowała się na malutki… no, może trochę więcej niż malutki kawałeczek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Sro Gru 14, 2016 6:06 pm

Wspomnienia nie przypominają filmu, choć ludzie często właśnie tak o nich myślą. Niewielkie, wąskie drzwi kameralnego Clé Du Bonheur pojawiają się przed nim niespodziewanie, natychmiast rozbijając w pył kliszę pamięci. Naprawdę było tu aż tyle malutkich stolików, pomiędzy którymi lawirować mogły wyłącznie kelnerki ważące tyle, co wyrośnięta gęś? Zupełnie, jakby ktoś okradł chatkę siedmiu krasnoludków i zniósł jej zawartość do czternastej dzielnicy Paryża. Ukochana francuska przesada – ależ jesteśmy kameralni, no, popatrzcie tylko. A tamte klomby z omdlałą zielenią, zrobili je niedawno czy wtedy też tu były? Ile ta restauracja ma w sumie metrów kwadratowych? Piętnaście?
Zapomniał.
Nieistotne.
Życie zatoczyło pętlę i znów postawiło go przed drzwiami mikroskopijnego, choć jak zwykle wypełnionego oszałamiającymi zapachami Clé Du Bonheur. Nacisnął lekko klamkę i wszedł do wnętrza restauracyjki przy akompaniamencie teatralnego skrzypnięcia zawiasów – na scenę wkracza bohater zaginiony gdzieś w połowie pierwszego aktu, jednak żaden z zebranych przy stolikach gości nie zwraca na niego większej uwagi. Nikt nie przerwa rozmowy, nie odgrywa udatnie zaskoczenia, nie odrywa się od ciepłego, domowego posiłku.
Tylko te włosy, złote jak wysypany z tygla kruszec, aż nazbyt dobitnie świadczą o jej obecności i sprawiają, że Fiodor stawia kolejny, decydujący krok. Wnętrze wydaje mu się ciemne po oślepiającym, kwietniowym błękicie na dworze – przez chwilę mógł poczuć się jak Odyseusz przybijający do brzegów Itaki, choć teraz chciał jedynie napić się czegoś zimnego, bo jakoś cholernie zaschło mu w ustach.
Zwyczajnie, jak to po ujrzeniu Luise Weber.
I oto proszę, sala jadalna z przyjemnie czerwoną tapetą, krzesełka i stoliki, senna kobieta za kontuarem, wszystko jak dawniej, czas zamrożony niczym lód w niezliczonych drinkach z Moskovskayą. Fiodor stoi niezdecydowany w połowie restauracji, wątpliwości ciążą mu na sumieniu jak obrócony w ruinę budynek, a jednak w końcu zmusza nogi do kolejnych, wymagających zdumiewających pokładów energii kroków.
I niech mu nikt nie opowiada, że nie można cofnąć się w przeszłość.
Luise – jej imię smakuje jak przejrzały, bardzo słodki owoc. Miękko i gładko, i trochę zbyt dławiąco. Wiedział, że teraz ona oderwie wzrok od książki i uświadomi sobie, że jest równie malutka co skradzione krasnoludkom mebelki – dlatego chwycił za oparcie krzesła, po czym usiadł bez pytania, bez czekania na pozwolenie, bez wahania, które dotychczas mu towarzyszyło.
W końcu się uśmiecha. Fiodor się uśmiecha i już po sekundzie mięśnie bolą go od tego uśmiechu, kąciki ust ciągną, jak gdyby ktoś spiął je z tyłu agrafkami, jednak Chirjakow nie zdradza własnych myśli nawet najdrobniejszym, nawet najbardziej ulotnym grymasem.
Co innego mu pozostało?
Kiedyś powiedziałem, że to miasto jest zbyt małe dla nas dwoje. Pamiętasz?
Rzeczywistość zaczyna się zakrzywiać, zamykać, skręcać w spiralę, w której obawiał się usłyszeć swój własny drewniany, zły, zawiedziony głos. Cudowne, rozświetlone żarówkami wnętrze sali jadalnej było teraz równie nierzeczywiste i odległe jak Wyspy Kurylskie. Odległe jak najnowsze wydanie gazety, prysznic, telefony, kontuar w Le Dome i racjonalność.
Fiodor naiwnie sądził, że dzisiejszy dzień będzie wyłącznie drogą do wytchnienia – jednak w chwili, w której ujrzał na ulicy panią Weber, uświadomił sobie, że była to droga do piekła. Prosta i gładka jak lśniący na paznokciach Luise lakier.
Nie sądziłem, że moja ponura przepowiednia kiedykolwiek się spełni – idiotyczny uśmiech zniknął z jego warg bez śladu, pozostawiając jedynie lekkie zmarszczki wokół kącików ust. Fiodor patrzył na programowo muśniętą cieniem makijażu twarz o drobnym, zadartym nosie, i nie wierzył własnym oczom – prawdę mówiąc, zamiast Luise wolałby ujrzeć Lucyfera pod rękę z Belialem.
Robert Musil? Nie podejrzewałem cię o egzystencjalną pustkę – niemal czuł moment, w którym jej zimne jak prosektorium, przejrzyście błękitne od gniewu oczy zmrużyły się wściekle, po raz kolejny wywołując na ustach Fiodora uśmiech – tym razem o wiele bardziej szczery niż poprzednio. Wciąż wypierał ze świadomości echo ich ostatniego spotkania oraz tego jak dobiegło końca – coś podpowiadało mu jednak, że Luise nie odmówi sobie przyjemności poruszenia tego tematu.
Kto jak kto, ale nie ona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Sro Gru 14, 2016 7:46 pm

To było tak dziwne i tak niecodzienne, że cała rzeczywistość tej sceny stawała pod znakiem zapytania. Zaledwie moment temu była przekonana o swojej sakralnej nietykalności w miejscu, w którym była nikim więcej jak tylko kolejnym, osamotnionym klientem. Żadnych imion, żadnych nazwisk, żadnych powiązań – tylko ona, książka i kawałek torciku, z którego zdążyła uszczknąć ledwie dwa kawałeczki. W pewien sposób zdołała polubić to niedostrzegane przez innych ludzi miejsce, widziała w nim coś zupełnie innego niż obdrapaną tapetę, wąskie przejścia między małymi stolikami, płaty białej farby łuszczące się z drewnianych ram okiennych. Clé Du Bonheur było azylem, w którym pani Weber mogła się skrywać bez obaw, że ktoś ją rozpozna. Podobna świadomość dodawała jej otuchy, była jak herbata zaparzona przez matkę – niby nic szczególnego, a jednak smakuje najbardziej wyjątkowo na świecie.
Dzisiejszy dzień miał być ukoronowany przez zwykłe, pozbawione trosk popołudnie, w którym Luise nurzała się równie chętnie, co we własnej bezimienności pośród tłumu. Nietykalność szarego obywatela była jak miękki, ciepły koc skrywający ją przed całym światem i nadający jej istnieniu formę łagodnej egzystencji. Nikt nie mógł pozbawić Luise tego wygodnego poczucia bezpieczeństwa. Nikt, poza Wilhelmem i…
To nie dzieje się naprawdę.
Naiwnie sądziła, że jej imię – wypowiedziane głosem zbyt dobrze znanym, by mógł być wytworem wyobraźni – rozległo się wyłącznie w jej myślach. Naprawdę wierzyła, że jedynie się przesłyszała, że ta leciutka swoboda kwietniowego popołudnia zwiodła ją na manowce i przyprawiła o zabawny omam, w trakcie którego usłyszała, jak on mówi do niej po imieniu.
Luise chyba potrzebowała tego przekonania; trzymała się go z kurczowością tonącej ofiary morskiej katastrofy i z równą kurczowością zaciskała palce na okładce książki, bojąc się oderwać wzrok od liter, które nagle rozmyły się przed jej oczami. Do ostatniej chwili – do chwili, w której dźwięk odsuwanego krzesła obdarł ją z wszelkich złudzeń – wierzyła, że to jedynie sen.
Dość ponury sen, nic więcej.
Rozchyliła nieznacznie usta, jakby chciała nabrać głęboki haust powietrza przed skokiem w głębinę. Dopiero, kiedy zbawienne powietrze wypełniło jej płuca (dlaczego nagle zrobiło się tak duszno?), odnalazła w sobie dość odwagi, by powoli zamknąć książkę, nie potrafiła jednak wypuścić jej z rąk; szorstka okładka pod palcami dodawała Luise otuchy, której potrzebowała teraz bardziej niż tego przeklętego czekoladowego torciku.
Uzna, że objadam się w samotności. Cudownie!
- Lazare – wypowiedziała jego imię tak cicho i niepewnie, że niemal zupełnie rozmyło się pomiędzy echem innych rozmów. Już po wszystkim, szepnęła do siebie w duchu, lecz w żadnym razie nie mogła przejść do porządku nad nienaturalnym spokojem mężczyzny.
Znów to robił – wpatrywał się w nią tymi jasnymi, wodnymi, bo przecież nie wodnistymi oczami, ślepiami zwierzęcia czy pogańskiego boga, niewzruszonymi niczym górski strumień. Nie było w nich – ani wtedy, ani teraz – śladu porażki, krztyny poddania czy rezygnacji. O nie.
Tylko ta straszna spokojna pewność. Czego?
- Pamiętam, rozbawiłeś mnie tym frazesem – uśmiechnęła się lekko, ze spokojem, którego tak rozpaczliwie brakowało w jej wnętrzu. Chaotyczne myśli nie chciały ułożyć się w logiczną całość i czyniły z Luise skrajnie nieporadnego rozmówcę… a do tego nie mogła dopuścić. Skoro już zaakceptowała jego obecność, skoro odważyła się wyjrzeć zza ochronnego muru i w końcu zabrać głos, czekała na nich jedynie rozmowa.
Pierwsza od trzech miesięcy.
Jedna z tych, których szczerze nie cierpiała.
- Znów ironizujesz? – pytała, choć oboje doskonale znali odpowiedź; podczas, gdy w jego głosie słychać było miliony wypalonych papierosów, tysiące wypitych kieliszków i setki bezsennych nocy, ona brzmiała tak, jak gdyby dopiero wyrwano ją z drzemki. Jeśli w świecie głosów istniał wzorzec głosu słabej kobiety, która wie, że za moment znajdzie oparcie w mocnym mężczyźnie, był to głos Luise Weber – Musil pisze dobrze. Lepiej, niż ten twój Hauptmann – tym razem to ona mogła uśmiechnąć się śmielej; doskonale pamiętała dzień, kiedy wpadli na siebie przed biblioteką, w myślach określała go Dniem, W Którym Bahnwärter Thiel Wpadł w Zaspę. Luise jeszcze nigdy nie widziała mężczyzny, który równie prędko i jednocześnie delikatnie podnosił książkę z pokrytego śniegiem bruku – Lazare od pierwszych sekund ich znajomości był inni niż wszyscy i dopiero później miała zrozumieć, że był też dobry, był silny, był błyskotliwy i że we wszystkim dostrzegał coś więcej, a ona tak bardzo miała dość tych mężczyzn, którzy zawsze zatrzymują się na mniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Sro Gru 14, 2016 9:07 pm

Zdarza się, że bieg życia zwalnia, blokuje się, jak struga wody wypływająca z rynny i żłobiąca sobie koryto w ziemi na podwórzu. Strumyk napotyka wzgórek, wyhamowuje, zbiera się na chwilę w małą kałużę i z wahaniem, po omacku wgryza się w zagradzające mu drogę wzniesienie albo stara się je podmyć od spodu. Natrafiając na przeszkodę, woda niekiedy rozdziela się i płynie dalej trzema albo czterema cienkimi nitkami. Albo daje za wygraną i wsiąka w ziemię.
Tamtego dnia – dnia, w którym Fiodor i Luise wymienili pierwsze słowa – leniwa strużka zamieniła się w wartki potok. Nad wszystkim zalegała cisza zimowego, chłodnego wieczoru, choć na dobrą sprawę zimowe wieczory rozpoczynały się wczesnym popołudniem. Nie była to cisza w rodzaju tych przezroczystych, wzywających, by przyjść i pomilczeć razem z nimi, lecz cisza obojętna, starodawna, taka, co leży odwrócona plecami jak żona po wyczerpującej kłótni. Fiodor przez długie miesiące od tamtego dnia pozwalał Luise sądzić, że ich spotkanie przed biblioteką było zwykłym przypadkiem uwieńczonym lekkim, choć nie pozbawionym elementu zaskoczenia zderzeniem. Równie niefortunne starcie zakończyło się nieprzypadkowo porzuconą w śnieg książką, która – zgodnie z jego oczekiwaniami – stała się osią napędową rozmowy.
W rzeczywistości nie było w tym nic przypadkowego, bo ludzie pokroju Fiodora nie wierzyli w przypadki, bo tamten epizod został dokładnie zaplanowany, bo Chirjakow czekał przez dwa kwadranse, aż Luise opuści bibliotekę, bo wcześniej doskonale znał jej imię, nazwisko, adres oraz to, kim jest jej mąż.
Bo tak musiało się stać.
Prawdziwym wyzwaniem nie było zainicjowanie pierwszej interakcji, lecz zadbanie o cieniutką nić porozumienia, którą utkali tamtego dnia pod biblioteką. Już w trakcie pierwszego spotkania Fiodor musiał podtrzymać rozmowę, musiał przekonać Luise, że kolejne spotkanie jest nieodzowne, musiał zdobyć na tyle jej zaufania, by z góry zagwarantować sobie sukces i miał przy tym nadzieję dostarczyć choćby małego drewienka do ognia ich rozmowy albo wskazówki co do dalszego jej kierunku.
Umiał – na szczęście? – uśmiechać się do kobiet z uroczą młodzieńczą niewinnością, umiał też nadać swojemu głosowi ton nieśmiałości i bezradności, mówił tonem, który przywoływał mu na myśl ciemny, ciepły pokój i tworzył rozbrajający kontrast z postawną sylwetką oraz szorstkim zarostem. Często to onieśmielenie, zmieszane z porywami entuzjazmu, a także pewnym ustawicznym, melancholijnym smutkiem, potrafiło utorować mu drogę do kobiet pokroju Luise Weber. Przecież w gruncie rzeczy większość z nich pragnęła wyłącznie jednego – możliwości roztoczenia nad mężczyzną opieki.
Domyślał się, że narusza jej intymny, uświęcony czas, w którym pragnęła odgrodzić się od codzienności; sama kiedyś określiła Clé Du Bonheur jako ucieczkę przed tym, z czym musiała mierzyć się każdego dnia, nie sądziła jednak, że Lazare zapamięta równie nieistotny szczegół. I gdyby tylko rzeczywiście był tym, za kogo się podawał, wyparłby taką drobnostkę z pamięci, jednak kryjący się za jego maską Fiodor wiedział, że ludzkie słabości – będące dla niego równie wartościowe, co suche fakty – składają się właśnie z takich drobnostek.
Frazesem? Otrzymałaś niezbity dowód, a jednak wciąż nazywasz to frazesem? – w kącikach jego warg zadrgał uśmiech, choć nie zdążył zdradziecko wyrwać się na światło dzienne – Fiodor oparł łokieć o blat maleńkiego stolika, po czym przysunął palec do ust, zupełnie jak gdyby chciał uciszyć lub prosić przejaw rozbawienia, żeby się powstrzymał i chwilowo nikomu nie pokazywał.
A już zwłaszcza nie Luise, która dzisiaj – choć przecież nie tylko dzisiaj, bo zawsze – wydawała mu się piękna i pociągająca, lecz w jej twarzy było coś dziwnego, urażonego, coś, co przypominało mu o okolicznościach ich ostatniego spotkania.
Madame, nawet nie wiem, co to znaczy – pozorna bezradność w głosie Fiodora nagle ugięła się pod stanowczością ostatniego wyrazu; dłoń, na której dotychczas wsparty był jego podbródek, lekko opadła na stolik tuż obok książki – obok książki i smukłych palców Luise, nie mogących oderwać się od szorstkiej faktury okładki. – Gerhart Hauptmann otrzymał Nobla w roku, w którym Musil próbował sprzedać Zespolenia. Fakty mówiąc więcej niż słowa – w końcu pozwolił, by uśmiech wtargnął na jego usta – nie była to ponura imitacja rozbawienia sprzed kilku chwil, lecz właściwy przejaw odczuć. Stąpali po kruchym, zdradliwym lodzie i o ile Fiodor nie bał się zimnej kąpieli, o tyle Luise wciąż obawiała się kolejnego kroku – jednak nie zamierzał jej pospieszać, nie w sytuacji, w której ostatnim razem zostawił ją bez choćby słowa wyjaśnień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Sro Gru 14, 2016 10:48 pm

Cieszę się, że cię widzę, ale dziś niezwykle się spieszę – ta gładka, przejedzona jak kluska formułka przecież nic nie kosztowała. Mogła zdobyć się na nią w dowolnej chwili i z czystym sumieniem opuścić stolik, opuścić restaurację, opuścić dzielnicę, opuścić ten brzeg Sekwany i zapewnić sobie kolejne miesiące względnego spokoju. Mogła osiągnąć to wszystko za pomocą zaledwie jednego zdania, które, jak na złość, nie potrafiło przejść jej przez gardło.
Sądziła, że ponad sto dni bez jego obecności w życiu wystarczy, by mogła wszystko poukładać sobie w głowie z pieczołowitością kolekcjonera wspomnień. Rozpoczęłaby od tego najwcześniejszego spod biblioteki i powoli brnęłaby dalej, z cierpliwością wymiatając z pamięci wszystko, co opisałaby karteczką z widniejącymi na niej równymi, pochyłymi literami układającymi się w Lazare. Są jednak więzi, których nie da się zerwać, i długi, które nigdy nie zostaną spłacone, choć sama Luise nie potrafiła powiedzieć, za co właściwie jest mu dłużna i co sprawiło, że tak prędko uzależniła się od jego osoby. Czy to przez to, że w przypływie rozleniwionej słabości opowiedziała mu te wszystkie żałosne, nieszczęśliwe historie o swoich zawodach miłosnych, o porzuceniu, o różnych hydrologicznych wymoczkach? Czy naprawdę musiała wyłuszczać mu wszystkie koleje swojego życia albo wprowadzać w szczegóły minionych związków? I właściwie dlaczego wciąż odczuwała tę głupią potrzebę usprawiedliwienia się? Co miała mu do zaoferowania i jakie posiadała prawo oczekiwać od niego czegokolwiek prócz tych kilku, sporadycznych spotkań?
Nie cierpiała tego – kiedy tylko na horyzoncie pojawiał się Lazare, pytania bez odpowiedni mnożyły się z zawrotną prędkością, przyprawiając Luise o ból głowy. O wiele łatwiej byłoby progresywnie o nim zapominać i wyprzeć wszystkie te wspomnienia, które wiązały się z ich relacją, jakkolwiek specyficzna i niepojęta była. Bez żalu mogłaby wyrzucić z pamięci dzień, w którym za zamkniętymi oknami sypialni wiatr i deszcz nagle ustały, a pogrążający się w mroku Paryż wypełniła głęboka, mokra cisza, zakłócana jedynie przez cichy szelest kartek; Lazare leżał pod wełnianym pledem na kanapie, kartkując powoli jakąś książkę, na której okładce Luise dostrzegła wymyślne złocone tłoczenia. Światło lampki na hotelowym biurku tworzyło wokół niego żółtawy krąg, który zatrzymywał się w pewnym momencie i nie docierał do skulonej w fotelu pani Weber – tamtego wieczora zdążyli się posprzeczać, a Lazare zarzucił jej, że konsekwentność nie zawsze jest powodem do chluby, ale jej brak z pewnością stanowi powód do wstydu.
Kiedy myślała o tym z perspektywy czasu, musiała przyznać mu rację. Powinna być bardziej konsekwentna, zwłaszcza w uczuciach, którymi go obdarzała.
- Zawsze to robisz – wyrzut w jej głosie zaskoczył nawet samą Luise. Nie sądziła, że dziś zdobędzie się na podobną reakcję, że w końcu dopuści do siebie nagromadzone przez trzy miesiące odczucia, jednak emocje były o wiele bardziej zdradzieckie od racjonalizmu, za którym chciała się ukryć. – Zawsze naginasz rzeczywistość do swojej woli – dostrzegła cień uśmiechu w kącikach jego ust, nie potrafiła jednak podzielać tej wesołości, nie w obliczu widmowych wspomnień, które wtargnęły do jej umysłu wraz z całym swoim balastem. Nawet wtedy, kiedy na moment przeszedł na francuski, nie zdobyła się na uśmiech, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. Czego mogła się spodziewać, jego nagłej i cudownej metamorfozy? Przecież zawsze myślał tylko o sobie, zawsze był egoistyczny, zawsze gotów wykorzystać kogoś w imię swojej przyjemności. Pozostał przy tym niezmiennie magnetyczny, co tylko utrudniało… całą sytuację.
- Ładnie to ująłeś – Luise mimowolnie podążyła wzrokiem za jego dłonią, która nagle znalazła się tak blisko jej własnych palców. Przez krótki moment chciała trwożliwie cofnąć rękę i uciec przed możliwościami, które stworzył sobie tym jednym, powolnym gestem, nie potrafiła jednak dokonać nawet tego. Lazare zastawił sidła, a Luise – jak zwykle – pozwoliła, by niepostrzeżenie ją w nie schwytał. Gdyby teraz ujął jej dłoń i zamknął w swojej, nie cofnęłaby ręki, cicha i zauroczona chwytałaby rozpaczliwie każdy fragment tego intymnego, zbyt prędko przemijającego momentu.
- Wiesz, co jeszcze jest faktem? – nie chciała, by głos jej zadrżał, ale na podobne życzenia było już za późno. Nie potrafiła zapanować nad własnym tonem, więc pozwoliła mu samemu decydować, czy i jak rozbrzmi. – To, że wyszedłeś bez słowa i zniknąłeś. Tak po prostu.
W końcu pozwoliła sobie na uśmiech, który był nim wyłącznie z definicji. Choć kąciki ust uniosły się do góry, Luise sprawiała wrażenie kogoś, kto lada moment może wybuchnąć płaczem.
I nie byłoby to dalekie od prawdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Sro Gru 14, 2016 11:56 pm

Ona i te jej sekrety. Ona i jej zabawa w tajemniczość. Ona i niebieskawa iskra w błękitnych, drwiących z niego i całkowicie pewnych swojej siły oczach. Ona i jej złote włosy spływające na lewą pierś. Ona, jej bose stopy i kolana bielące się przed nim po zdjęciu pończoch. Luise była pełna ambiwalencji, których Fiodor nigdy nie potrafił zrozumieć – na dobrą sprawę nawet się nie starał, obdzierając ich relację z jakiejkolwiek uczuciowości. To nie było trudne, wystarczyło, by przypomniał sobie drugie z kolei i jednocześnie pierwsze w pełni zaplanowane spotkanie;  Luise – tak zwyczajnie – nie bardzo spodobała mu się tamtego wieczoru. Oczywiście, była uderzająco śliczna, wystudiowana jak okładka czasopisma dla kobiet, dobrze skadrowana na tle gwieździstego nieba i w każdym calu urzekająca. Kiedy tylko usłyszała, że Lazare mówi po niemiecku, rozpromieniła się i zaczęła zasypywać go stertą słów – trajkotała jak nakręcany żołnierzyk, seria za serią niekończących się zdań. Fiodor siedział wstrząśnięty, wpatrując się z fascynacją na równiutko umalowane usta, które wyrzucały nieustanne strugi całkowicie nieistotnych informacji.
Nagle pojął dlaczego.
Luise Weber była normalna. Tak normalna jak żadna inna istota, z którą zadawał się przez ostatnie lata, a nawet więcej – przez całe życie. Ani żołnierz Armii Czerwonej, ani oficer wywiadu nie spotyka na swej drodze nikogo takiego. Prawdę mówiąc, spotyka samych posrańców, ludzi, których lepiej nie spotykać po zmroku. W jego pamięci przesuwa się długa taśma pełna twarzy i nazwisk. Współpracownicy, przyjaciele, wrogowie, towarzysze, przelotne znajomości, źródła informacji takie, jak Luise.
Grigoriy, tragiczny przypadek artysty ogarniętego tęsknotą za urojeniami. Svein, świr i schizofrenik. Katya. Boże, miłosierdzia! Katya jest najbardziej kopnięta z nich wszystkich. Normalni? Nie znaleziono. Aż nagle w życiu Fiodora pojawia się złotowłosy cud pachnący nieodmiennie tymi samymi, bardzo ekskluzywnymi perfumami, których nazwy nawet nie potrafił powtórzyć. Cud ma pieniądze, własną galerię artystyczną, wiecznie nieobecnego męża i kotwicę u szyi zagrzebaną po wręby w mule towarzyskiej śmietanki Paryża. Chirjakow nie przypuszczał, że zdoła zatrzymać Luise u swego boku na tak długo – w pewnym momencie zrozumiał, że przybrało to niebezpieczną, wygodną formę koegzystencji, w której mimochodem oboje się zatracili. Gdyby przeciągnął tę grę o kolejny tydzień, utraciłby kontrolę nad sytuacją.
Bo że stracił ją nad Luise, aż zbyt dobitnie zrozumiał przed trzema miesiącami, w dniu, w którym zobaczył ją w drzwiach hotelowego pokoju i pomyślał, że to byłoby dobre życie. Wygodne, ustabilizowane, dobre życie, choć pozbawione miłości i w pewnym stopniu nawet sympatii. Do podobnych wniosków najpewniej nakłoniło go uniesione, oparte o futrynę biodro Luise, które zaokrągliło się pod wpływem lekkiego nacisku, tworząc niewielki pagórek. Wyciągniętą ręką trzymała się futryny po drugiej stronie, zamykając mu drogę odwrotu na kręte schody prowadzące do hotelowego holu. Z jej oczu, jakby wyzierając zza niskiej chmury, zaświecił i rozlał się na usta skryty, zbolały uśmiech, który – jak zdawało się wtedy Fiodorowi – miał też w sobie coś z zaskoczenia, a nawet nieomal wdzięczności. Wtedy był zirytowany jej zachowaniem, jednak dzisiaj niemal zatęsknił za tym uśmiechem, dostrzegając wyraz twarzy Luise.
To zarzut czy zwykłe stwierdzenie? – jego głos wciąż był spokojny, niezrażony słowami, które cisnęła w jego stronę ze wściekłością dziecka pozbawionego przez rodzica ulubionej zabawki. Miała prawo do złości, choć posądzał ją o nieco większą subtelność – z drugiej strony wściekłość dojrzewała w niej miesiącami i teraz najpewniej przypominała przejrzałą śliwkę, która nadaje się wyłącznie do rzucania w niewdzięcznych mężczyzn.  Uznał, że burzę najbezpieczniej będzie przeczekać – dlatego cierpliwie przyjmował każdą szpilkę, jaką tylko zechciała wbić w niego słowami, choć przecież każdy po czasie osiąga limit cierpliwości.
W przypadku Fiodora była to okrągła minuta.
Kiedy tylko ciężkie wyszedłeś bez słowa uderzyło w niego jak odbity rykoszetem pocisk, a zniknąłeś jedynie poprawiło cios, dłoń Chirjakowa nagle zacisnęła się wokół dłoni Luise. Właśnie tak – nie wziął jej za rękę, nie splótł swoich palców z jej palcami, po prostu otoczył drobne kości kobiecej dłoni mocnym chwytem. Trzymał Luise tak, jak trzyma się niesforne dziecko, przeprowadzając je przez pasy, jak przytrzymuje się kogoś, kto chce uciec, a komu nie chcemy  pozwolić się wyrwać. Nie było w tym w ogóle czułości, za to wyraźny instynkt posiadania, którego nawet nie próbował ukryć.
Chcesz przeprosin? – znów ten spokojny, zdawkowy ton, cichy na tyle, by nie dotarł do uszu zebranych przy stoliku obok. Fiodor oczekiwał wyłącznie krótkiej, konkretnej odpowiedzi, która uświadomiłaby go, co będzie dalej – o ile cokolwiek mogło zostać uratowane z tonącego okrętu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Czw Gru 15, 2016 12:17 pm

To był dzień ekscytacji. Niepowstrzymanej, przemożnej i właściwie uciążliwej, zwłaszcza podczas przygotowywaniach do wystawy, na których nie udało jej się skupić ani na chwilę. Mężczyzna, randka, zaproszenie – zdaje się, że dyrektor artystyczny mówił coś zupełnie innego, ale Luise uparcie słyszała wyłącznie tamto. I tak cały czas, cały dzień, całą drogę z galerii do jego mieszkania – z ekscytacją siedzącą na ramieniu. Mężczyzna, randka, zaproszenie – obwieszczały wszystkie szyldy na mijanych budynkach. Obcasy butów pani Weber wystukiwały takt piosenki o oczekiwaniu i nadziei. I nawet przechodnie na ulicy wyglądali, jakby wszyscy wyszli z kart przygodowych książek. Plac Republiki i liczne kawiarenki wskazywały jej drogę, Popincourt i chłodny wiatr popychał ją dokładnie tam, dokąd miała pójść, puste okna dostojnych gmachów mówiące: „Idź dalej”. I wreszcie Hôtel de Ville. Luise znała tę nazwę jedynie dzięki leżącej obok pierwszej dzielnicy Paryża, tamtego dnia była jednak była daleka od zwiedzania zabytków. Miała poznać to miejsce osobiście i z zupełnie innej strony – to właśnie tam mieszkał Lazare. Równiutki chodnik, wypolerowane szkło okien wystawowych, spokój i cisza ulicy zbyt snobistycznej na spacer. Dumna elewacja, ozdobne gzymsy i piętra wysokie na co najmniej trzy metry. Luise nie wiedziała, czy docelowa kamienica naprawdę była stara, czy tylko umiejętnie taką udawała; tak czy inaczej, na pewno nie brakowało jej stylu.
Ekscytacja narastała w niej jak muzyczne crescendo, gdy cicho pukała do mieszkania na parterze; w ruchu, którym Lazare zamknął za nią drzwi, był jakiś pośpiech, jakaś pieczołowitość gestowi temu nieprzynależna. Wrota zawarte, klucz przekręcony w zamku, pieczara smoka. Mieszkał dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała: ściany zastawione regałami z ciemnego drewna, półki uginające się od książek, książki wypełniające każdy kąt, wypełzające na korytarz, zakradające się do kuchni i do łazienki. Książki, które opanowały mieszkanie, które narzucały swój własny porządek i które powoli, acz nieodwołalnie, obejmowały w posiadanie całą przestrzeń. Gdzieniegdzie pojawiały się jakieś ostańce z książkowego potopu – gramofon, o dziwo, wcale nie zakurzony i wyglądający na często używany, stojak z płytami, zdjęcie w ramce. Młoda, roześmiana blondynka, gdzieś nad morzem albo jeziorem, gdzieś, gdzie wiatr przysłonił jej twarz włosami. Jego żona, pomyślała wtedy Luise, choć kobieta wyglądała na starszą. Pani Weber zresztą wierzyła wtedy, że warto szukać ponadczasowego w ulotnym, dopatrywać się zarysu ideału w jego nędznym odwzorowaniu, w imię ducha wybaczać materii niedoskonałość. Dlatego nie przeszkadzało jej zdjęcie innej (w końcu sama miała innego), z dziwną swobodą przeszła nad nim do porządku dziennego, który nie miał okazji powtórzyć się nigdy później – to był pierwszy i jedyny raz, kiedy Lazare zaprosił Luise do siebie.
Do dziś pamiętała woń książek i szybę, o którą nad ranem oparła policzek – była chłodna i taka rzeczywista, w przeciwieństwie do tego wszystkiego, co zdarzyło się ubiegłej nocy, a także tego, co działo się teraz.
- Jedno nie wyklucza drugiego – odparła z cichym, zdeterminowanym spokojem, w końcu podejmując wyzwanie i unosząc wzrok. Kiedy tylko Lazare chwycił jej dłoń – temu pewnemu siebie, stanowczemu gestowi daleko było do delikatnego ujmowania – musiała się przekonać, czy odnajdzie w jego oczach iskierki złośliwości, ogniki kpiny, płomyczki fałszu. Gdyby zdołała odnaleźć choćby cień któregoś z nich, podjęcie decyzji byłoby znacznie łatwiejsze, ale…
Nie natknęła się na nic nienawistnego. Brudny błękit jego spojrzenia lśnił zaskakującą czystością.
- Przeprosin? – powtórzyła za nim jak echo Luise, przenosząc wzrok na silną, ciepłą dłoń pod którą zniknęły jej palce. Dokładnie widziała słaby cień sinawych żyłek, odcinających się pod skórą, i bladą, ledwie zauważalną bliznę tuż nad środkowym knykciem, której powstanie stanowiło niewiadomą.
Zupełnie jak jej właściciel.
- Nie chcę, żebyś mnie przepraszał – kąciki ust Luise drgnęły leciutko, jak gdyby nagle przypomniała sobie, czym jest uśmiech i kiedy należy do używać. Gniew wciąż tlił się w jej umyśle jasnym płomykiem, jednak nie pragnął wyrwać się na zewnątrz. – Fakty mówią więcej niż słowa. Kolejny z twoich frazesów, który okazał się pragmatyczną radą – nie próbowała uwolnić dłoni, nie odczuła nawet niepokoju; jego dotyk napełniał dziwnym, kojącym spokojem, nawet jeśli był to gest niespodziewany i pozornie niechciany. Luise potrafiła łagodzić stanowczą decyzyjność, którą Lazare przejawiał również w innych sferach około-intymnego życia, i uznała, że jest to coś, czego oboje teraz potrzebują. Dlatego uniosła lekko drugą, wolną dłoń i nakryła nią ciepłą, napiętą skórę jego ręki, opuszkiem wskazującego palca muskając tę bladą, na wpół wyimaginowaną bliznę tuż nad knykciem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Czw Gru 15, 2016 6:41 pm

Z góry narzucili sobie role, niezmienne i nienaruszalne jak dziesięć przykazań – zbudowana na fundamentach kłamstwa relacja przybrała karykaturalną formę, w której on ścielił łóżko w sypialni, nawet nie myśląc o tym, by odprowadzić Luise do drzwi, a ona zamykała je za sobą bez słowa, nie oglądając się. Za każdym razem było mniej, gorzej, bardziej niedbale. Za pierwszym razem odprowadza do samochodu, za drugim do drzwi, a za trzecim czeka po prostu, aż wyjdziesz. Ciekawe, czy jest coś jeszcze w tym łańcuchu postępującego lekceważenia. Ciekawe, czy może boleć jeszcze bardziej?
Fiodor zawsze wierzył w znaczenie słów, w ich moc i potęgę – ich sekwencje składały się na fabułę, z której tkał materię opowieści według własnych upodobań; wątek i osnowa w arbitralnie przezeń ustalonych ściegach i proporcjach. Zimą stworzył nadzieje, emocje i iskry w błękitnych oczach Luise, a teraz uważał, że po prostu zgasną, że rozwieją się z wiatrem – tak jak jego słowa. Oczekiwał, że pani Weber będzie wiernie trzymała się wyznaczonych przez niego samego reguł; reguł, które przecież od samego początku były klarowne i wyraźnie zarysowane: przychodzisz, rozmawiamy, rżniemy się i wracamy do codzienności. Tylko wtedy, kiedy Fiodor zechce, jedynie na jego zasadach. Nie uznawał współautorstwa ani też w nikim poza sobą samym nie szukał inspiracji – Luise mogła tylko oglądać tkaninę, odczytywać coraz bardziej gruzłowate sploty, patrzeć, jak powstaje dla niej rola, na którą sama się zgodziła i która była dla niej wygodną ucieczką od monotonii, od nieobecnego męża i niespełnionych marzeń. Żadnych szans na to, by wespół z Fiodorem zasiąść przy krosnach; w pewnym momencie stała się wyłącznie bierną czytelniczką, pozbawioną prawa, by wejść do środka i sprawować rzeczywistą władzę.
Nawet, jeżeli wiedział, że z czasem stało się to dla Luise krzywdzące, to chyba nie chciał tego przyznać – pod koniec znacznie wygodniej było udawać zainteresowanie, niż rzeczywiście się na nie zdobyć. Przy naleśnikach z warzywami i beszamelem jeszcze jej słuchał, przy kawie już raczej przestawał, przy tiramisu patrzył już tylko w dekolt lekko rozpiętej koszuli. Trzy zbędne guziki na białej listwie, łańcuszek znikający między piersiami, jego wzrok coraz mniej badawczy, za to coraz bardziej roziskrzony. Niezależnie od tego, jak wiele Luise obiecywała sobie po tej znajomości, już dawno nastała pora, by o tym wszystkim zapomniała, by raz na zawsze wyparła z pamięci jego imię i fałsz słów – i być może zdołałaby to osiągnąć, gdyby nie dzisiejszy dzień. Clé Du Bonheur, które miało dla Luise formę ucieczki i izolacji, za sprawą Fiodora przeobraziło się w miejsce budowanej na nowo kaźni.
Sam nie zjawiłby się z własne woli w restauracji, gdyby nie ten przelotny widok drobnej sylwetki przecznicę stąd i paląca świadomość, że potrzebuje jej bardziej niż jeszcze na początku tego roku. Posiadana przez Luise wiedza była bezcenna w każdym wymiarze tego słowa – jeśli miał zapłacić za informacje kolejnymi kłamstwami, kolejnym wynajętym na jedną noc mieszkaniem, kolejną porcją ubranych w ładne słowa oszustów, była to cena, którą mógł zapłacić.
Nie wyklucza – choć jego usta pozbawione były cienia uśmiechu, ściszony ton głosu wyraźnie wskazywał, że jeszcze nic nie jest stracone, że może za chwilę lub dwie lekko uniesie kąciki ust i odmieni oblicze tej rozmowy. Teraz jednak milczał w skupieniu, obserwując twarz Luise: jej rumieńce na policzkach, cień długich rzęs i niesforny kosmyk włosów na czole. Milczał nawet wtedy, gdy parafrazowała jego słowa i muskała dłoń opuszkami palców w pieszczocie, z którą zdołał się oswoić i do której nigdy tak naprawdę nie przywykł.
Chcesz dowodów – dostrzegł w kącikach ust Luise uśmiech i nagle sam stał się lustrzanym odbiciem jej mimiki; na wargach Fiodora zamajaczyło coś odlegle przypominającego rozbawienie i choć nadal się nie uśmiechał, dawał do zrozumienia, że za jakiś czas — owszem — może się na to zdobędzie.
Masz szczęście, z przekonania jestem empirykiem – opuścił wzrok na krótką chwilę, w trakcie której delikatnie ujął Luise za nadgarstek i lekkim, jakby sennym ruchem uniósł jej dłoń, by ledwie moment później odsunąć ją na bok, byle dalej od swych palców. – I wierzę, że nie ma dowodów bardziej niezbytych od tych, które pojmujemy zmysłami – nareszcie jest: uśmiech, który podstępnie wtargnął na jego wargi i rozgościł się tam na dobre, wyrażając cichą, niewysłowioną obietnicę, która – choć pełna niedopowiedzeń – była aż nazbyt czytelna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Czw Gru 15, 2016 7:30 pm

Nie chcę złych wspomnień, dokładnie takich słów użyła, już na początku dając mu do zrozumienia, że nie oczekuje niczego ponad to, co pragnął jej zaoferować. Tamtej nocy wódka została zmrożona na igłę, smakowała lodem, a jej konsystencja przypominała olej. Była doskonała, by przypieczętować układ, który właśnie zawarli.
Nie chciała złych wspomnień, ale czy miała do wyboru jakieś inne?
Lazare brał tyle, ile pragnął dać, chociaż Luise podświadomie wiedziała, że jego oferta byłaby bardziej poniżająca, gdyby nie oferował zupełnie nic – okazał się jednak zbyt dobrym rozmówcą i jeszcze lepszym słuchaczem, by tak beztrosko mogła z niego zrezygnować. Mogła opowiadać mu o ucisku konwencji w Heidelbergu i wysiłku jej przezwyciężania, o szukaniu swojej ścieżki wśród fałszywych drogowskazów natrętnie kierujących na wydeptane szlaki. Lazare słuchał, od czasu do czasu o coś pytał, dolewał alkoholu do jej kieliszka. I patrzył. Patrzył na usta pociągnięte czerwoną szminką, na spódnicę sięgającą kolan, na ciepły, obcisły jak druga skóra sweterek. Lazare patrzył na nią, a jego oczy zdawały się dostrzegać coś więcej – jakiś wzór, prawdę, coś poza tym, co widoczne. Luise była zbyt naiwna, by dopuszczać, że „coś poza” niekoniecznie oznacza więcej niż nic, ale on musiał to przecież wiedzieć. Zachowywał jednak ostrożność w dzieleniu się z nią swoją wiedzą.
Kiedy po raz pierwszy wyciągnął po Luise ręce, nawet na moment nie przyszło jej do głowy, by się uchylić, odsunąć, powiedzieć mu, że to za szybko, przedwcześnie, zbyt niecierpliwie. Wyciągał po nią ręce jak po cukierka, po należną mu nagrodę, niczym po statuetkę. Najpierw przysunął się na kanapie – niespełna trzydziestolatek po przejściach i sukcesach, które dostrzegała w jego bliznach, i jednocześnie, oraz wyzwanie odwiecznych męskich podchodów. Ten sam teatr trudnych początków, jednaki dla nastolatków, mężów, a nawet dla pewnych siebie mężczyzn. Jak zacząć, jak przełamać lody odległości i dystans zamienić na dotyk? Jak od statusu obcych sobie ludzi przejść do roli kochanków? Jak zręcznie przekroczyć cienką granicę między tym, co istnieje jedynie potencjalnie, a tym, co staje się aktem? Ten ostatni moment był fascynujący. Chwila zanim jego ręka opadła na obojczyk Luise, sekunda zawahania zanim jego kolano dotknęło jej, ostatnie mgnienie, kiedy ich usta dzieliło od siebie powietrze. Moment przejścia, wspólny obrzęd inicjacyjny, jednorazowe nadanie sobie nawzajem prawa do swoich ciał. Już nigdy mieli nie być dla siebie obcy, już nigdy mieli nie spojrzeć na siebie tak jak poprzedniego wieczoru w kawiarni. Granice zostały przekroczone, usta zetknęły się już bez udawania, że to tylko przyjacielski pocałunek na do widzenia. Intencje stały się jasne, obdarte z woalu niedomówień i przypadkowych dotknięć dłoni – jego ręka wślizgnęła się pod materiał swetra Luise, która przysunęła się, choć przecież mogła zrobić coś wręcz przeciwnego.
Coś się wtedy zaczęło, coś ich połączyło, coś zmieniło na zawsze.
Nie sądziła, by dzisiaj ponownie mieli przechodzić cały ten inicjacyjny proces. Choć każde z nich nadal posiadało własne tajemnice (on znacznie więcej, niż sam przyznawał), nie było pomiędzy nimi niczego, co mogło stanowić zaskoczenie. Luise wiedziała, że Lazare ma ciepłe dłonie i że te dłonie idealnie rozgrzewały jej skórę schłodzoną przejmującym wiatrem. Wiedziała, że ma jasne oczy i że blask tych oczu doskonale rozpraszał mroki nocy. Wiedziała też, że miał spragnione usta i że ich suchość zabierała precz wszelki deszcz oraz wilgoć osiadającą na twarzach, na rzęsach, na duszach.
Z jednej strony byli sobie zupełnie obcy, z drugiej – aż nazbyt bliscy.
- Nie podejrzewałam cię o hołdowanie empiryzmowi – chyba zbyt mocno rozsmakowała się w parafrazowaniu jego słów, co jedynie budziło w Luise jeszcze większe, niemal nieracjonalne rozbawienie. – Jednak skoro składasz podobne obietnice… - z lekkim zaskoczeniem obserwowała, jak uwalnia się spod delikatnej pieszczoty jej palców; nie sądziła, by poczuł się speszony, najpewniej nie po raz pierwszy i nie ostatni uciekał przed kobiecym dotykiem, jak gdyby w obawie, że ten pozbawi go pozorów oschłości. Wiedziała, co Lazare ma na myśli. Doskonale wiedziała, co oznacza ten jego uśmiech, te słowa, ten niepohamowany, zwycięski błysk w oku, który wytrącał z jej piersi oddech. Wspominając o zmysłowych doświadczeniach, składał solenną obietnicą na pieszczoty, na seks, na rozrywkę, za którą przyjdzie Luise zapłacić zawyżony rachunek w emocjonalnej walucie – a jednak nawet przez chwilę nie miała zamiaru się wycofać, już nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   Czw Gru 15, 2016 9:56 pm

Retoryczne pytania, rytualne zastrzeżenia, zgrane chwyty. Dusiołki, obce pokoje, niewyraźne kontury przedmiotów przybierające w ciemności coraz bardziej niepokojące kształty. A pośród tego wszystkiego szeroko otwarte oczy.
I pobudzenie, którego podszewkę Fiodor znał aż za dobrze i która utkana była z lęku; pobudzenie wibrujące jak nieopatrznie dotknięta palcem struna, jak wiatr w koronach drzew, jak płomień świecy poruszony przypadkowym oddechem. Dawno nie było w nim tej trującej mieszanki, ostatnim razem podczas wybuchu w Hali Wagram, a teraz nagle przyszła, pojawiła się, dopadła go nieoczekiwana, nieproszona i zupełnie niespodziewana. Być może winę za to ponosiła Luise, Luise i jej obecność – najczęściej odczuwał niepokój w burdelowych pokojach przypadkowych moteli, gdzie odległe, obce dźwięki igrały z jego wyczulonymi zmysłami. W trakcie każdej z takich nocy aż zbyt dobrze słyszał muzykę dobiegającą zza ściany, mało istotne, że była lekko przytłumiona, niewyraźna, w kółko ta sama, zawsze brzmiąca jak ostrzegawczy sygnał przeciwlotniczej syreny. Do tego dochodziły dźwięki dobiegające z góry, gdzie któryś z gości brał kąpiel – syk wody niósł się w rurach i odbijał echem pośród wyostrzonych, napiętych jak struny zmysłów. Luise nigdy nie słyszała tych symfonii i zasypiała snem sprawiedliwej, pozostawiając Fiodora osamotnionego wśród obcych, nieprzyjaznych dźwięków. Obejmował ją, jego ręka spoczywała ciężarem na smukłym boku, ale tak naprawdę nigdy nie było go w tych bezpłciowych, hotelowych pokojach – zaciekle walczył ze swoimi własnymi dusiołkami, jednak ten, który atakował Chirjakowa w nocy, gdy zostawił Luise samą bez choćby słowa wyjaśnienia, stanowił o wiele poważniejsze zagrożenie. Fiodor o tym wiedział; przecież ostatecznie byli starymi, dobrymi znajomymi, służącymi sobie radą w każdej sytuacji. Najwyższy czas przerwać ten żałosny eksperyment było owocem zmęczenia, bezsenności i potrzeby utwierdzenia samego siebie w przekonaniu, że pani Weber w najbliższym okresie nie będzie miała mu nic do zaoferowania.
Nie chciał, aby w jej życiu, a już zwłaszcza w tamtym pokoju, cokolwiek po nim pozostało – żadnych śladów, żadnych pamiątek, żadnych dowodów rzeczowych. Zebrał więc z dywanu pospiesznie rozerwane pudełko prezerwatyw i dwie puste butelki po winie; z chłodną precyzją zacierał ślady własnej bytności, zacierał tak, by pani Weber rano nie znalazła niczego, co mogłoby jej przypomnieć o jego istnieniu, co zaświadczyłoby, że Fiodor w ogóle tam był. Wycierał z jej życia własną obecność tak, jak ściera się kredę z tablicy, Luise miała pomyśleć, że to wszystko tylko się jej przyśniło. Że miała bardzo zły sen.
Wtedy jeszcze nie wiedział, iż zaledwie trzy miesiące później będzie od nowa zapisywał tę samą kartę, z której wcześniej żmudnie wykreślał każdy wyraz. Podświadomie jednak właśnie tego oczekiwał – przecież od początku wiedział, że ta karta jest damą w niemieckiej talii błaznów i przeciętnych ósemek, kimś, kto zna króla oraz asy, kimś, kogo zaufanie znacznie łatwiej było odbudować, niż udać się na poszukiwania nowej figury.
Miał na końcu języka odpowiedź na kolejną parafrazę Luise, ale powiedziała – oczywiście – coś innego. Coś dużo bardziej stosownego, choć dyskusyjne jest, czy fałsz może brzmieć stosownie.
Nie masz powodów, by podejrzewać mnie o cokolwiek – kolejna, drobna kropelka do całego morza kłamstw; nie drgnął nawet kącik jego ust, kiedy powoli, jakby z namysłem uwolnił dłoń Luise od uścisku własnych palców – przez moment jej drobne, blade palce kontrastujące z ciemną fakturą książkowej okładki wyglądały jak złudzenie optyczne i jedynie miękkość skóry, którą wciąż czuł na opuszkach, pozbawiała go tego wrażenia. Nie cierpiał dotyku obcych dłoni, zwłaszcza tych sądzących, że wiedzą, jak się z Fiodorem obchodzić – jak gdyby właściciele czułych palców sądzili, że mogą bezkarnie zapędzać się w rejony tak pieczołowicie odgradzane przez lata nieprzekraczalną linią samoobrony.
Składam obietnice z pokryciem i nadzieją, że ty też coś mi obiecasz – ton głosu brzmiał przyjaźnie i spokojnie, tak jakby jego właściciel miał dla Luise niespodziankę. Tę z gatunku przyjemnych. – Obiecaj, że przy najbliższej okazji zaprosisz mnie do siebie. Na kawę – uśmiechnął się lekko, spokojnie, z niezbitą pewnością siebie – uśmiechnął się, bo spojrzał z całą mocą wprost na panią Weber. I wtedy wszystko stało się jasne: najbliższą okazją miała być nieobecność jej męża, a kawa niczym więcej jak łagodzącym pretekstem wizyty; już teraz patrzył tak, jakby nie tyle rozbierał Luise wzrokiem, co już rozkoszował się jej nagością – miał w oczach obietnicę wszystkich świństw świata, a to nie jest obietnica, której kobieta potrafi się oprzeć.
Dojedz torcik, Paryż głoduje – ostatnie słowa wypowiedział, odsuwając od malutkiego stolika krzesło. Ile czasu minęło od początku rozmowy? Kwadrans, godzina, dwie, cała wieczność? Przestali liczyć czas, skazując się na jego nieubłagany upływ – Fiodor wolał nie zerkać na zegarek, przynajmniej nie do momentu, w którym nie usłyszy charakterystycznego skrzypienia zawiasów i cichego trzasku drzwi restauracji zamykanych za plecami.
Był drugi kwietnia, godzina szesnasta czterdzieści trzy – coś podpowiadało mu, że oboje powinni dokładnie zapamiętać tę datę.

    ztx2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Restauracja "Clé Du Bonheur"   

Powrót do góry Go down
 
Restauracja "Clé Du Bonheur"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: