IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3


Share | 
 

 Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Czw Wrz 29, 2016 7:35 am



Mieszkanie nr 3

Niezbyt duży, ale przestronny apartament numer trzy znajduje się na trzecim piętrze kamienicy numer dwadzieścia dziewięć. Z okien rozpościera się widok na malowniczą uliczkę oraz na Sekwanę. Niewielki rozmiar dzielnicy Hôtel de Ville sprzyja spokojowi jego mieszkańców.
To właśnie tutaj zaoferowano zakwaterowanie Gabrielowi. Jasne i przestronne pomieszczenia pozostały puste, aby wraz ze swoim przybyciem mógł je wyposażyć głównie z własnym gustem. Dlatego kuchnia wyraźnie odcina się swoim ciemnym kolorytem od reszty domu. Skrupulatnie i z przepychem urządzona, z zawsze pełnymi szafkami i lodówką stanowi miejsce godne pozazdroszczenia przez niejednego kucharza. Z tym wspaniale urządzonym pomieszczeniem kontrastuje dosadnie pustka pozostałych, nigdy nie tkniętych pomieszczeń. W głównej sypialni znajduje się jedynie gruby, biały materac obok którego stoi nocna lampka oraz gdzieniegdzie porozkładane na ziemi książki. W salonie stoi samotnie wspaniały, czarny fortepian, na którym nikt nigdy jeszcze nie zagrał. Klapa wydaje się od zawsze zakrywać ręcznie wykonane klawisze. Prywatne więzienie Gabriela Wolffa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Czw Wrz 29, 2016 10:03 pm

niewiemcotozaczasoprzestrzeń
ale na pewno przed zbiórką!


Gdybym miała wskazać taką osobę w Paryżu, której los mnie obchodził, bez wahania wskazałabym na siebie. I nie, nie byłoby w tym nic odkrywczego - najzwyklejsze doświadczenie nauczyło mnie już wiele lat temu, że przesadne spoufalanie się z ludźmi jest po prostu niewygodne. Trzymając się tej zasady niczym rozbitek koła ratunkowego, zdołałam przebrnąć z mniejszym lub większym trudem przez swoje w gruncie rzeczy żałosne życie, aby znaleźć się w punkcie, gdzie jakiekolwiek głębsze więzi byłyby jeszcze bardziej niewygodne. Unikałam ich więc bez większego żalu, tak samo jak one unikały mnie - i zdecydowanie nie miałam im tego za złe. Widywałam zbyt wiele przykładów na to, że kontakty międzyludzkie posiadały naturalną zdolność do komplikowania życia.
Ale podobno od każdej reguły istniał wyjątek, prawda? Musiałam się z tym zgodzić, niezależnie od tego, jak bardzo chciałam również tym razem zrobić unik.
Moim osobistym wyjątkiem był Gabriel Wolff, stuprocentowy Aryjczyk, który wyrządzał językowi francuskiemu jeszcze większą krzywdę niż ja sama. Być może to był jeden z powodów, dla których lubiłam jego towarzystwo.
A poza tym nie ukrywałam, że oboje robiliśmy na naszej znajomości całkiem niezły interes. Jako szef kuchni w słynnej okupanckiej jadłodajni (ciekawe, czy zostałabym zamordowana za użycie przy nim tego słowa?) miał styczność z elitą Paryża, o której lubiłam usłyszeć kilka słów i za co płaciłam w niemalże zabawny dla mnie sposób - ucząc Gabriela francuskiego. To była w gruncie rzeczy uczciwa wymiana, jednak nie zmieniało to faktu, że zmierzając właśnie na kolejną lekcję, zastanawiałam się, czy faktycznie zdołam go czegoś nauczyć. Rynsztokowy francuski był moją ojczystą mową, ale podejrzewałam, że taka francuszczyzna raczej nie miała w sobie zbyt wiele elegancji.
Mimo to zamierzałam dotrzymać umowy - uwaga, wbrew pozorom w rzadkich chwilach znajdowałam w sobie taką śmieszną rzecz jak uczciwość. Ale istniał jeszcze inny powód; towarzystwo Gabriela zwyczajnie nie wzbudzało we mnie irytacji, a wręcz mogłam zaryzykować stwierdzeniem, że była pomiędzy nami jakaś dziwna forma sympatii, której nie potrafiłam do końca określić. W zdecydowanej większości postrzegałam przybyszy z Niemiec jako nudnych fanatyków, ale Gabriel nie zdawał się być szczególnie zainteresowany wielkimi wydarzeniami, które zmieniały świat na frontach pogrążonej w chaosie Europy, porywały do walki ludzi... i powodowały masę innych rzeczy, które zwyczajnie nas nie obchodziły. Dlatego właśnie odpowiadała mi nasza znajomość.
Przemierzałam więc ulice Hôtel de Ville z pewnym uczuciem satysfakcji, że na moment oderwę się od towarzystwa rodowitych paryżan; równie głupich, co pożytecznych, gdy zapominali o ostrożności. Znalazłszy się w końcu przy właściwej kamienicy, śmiało wkroczyłam do środka i zaczęłam wspinać się po całkiem znajomych już schodach - nie był to pierwszy raz, kiedy przychodziłam tu, by nauczyć Gabriela mojego przepięknego języka. Dotarłam na trzecie piętro, a potem pod same drzwi apartamentu numer trzy. Zastukałam dwukrotnie, czując, że kąciki moich ust drgają nieznacznie w trochę ironicznym uśmiechu.
- Bonjour, monsieur Wolff - rzuciłam niemalże radośnie, choć nie bez subtelnej nuty drwiny. Ostatecznie naukę języka zaczynało się od podstaw, czyż nie miałam racji?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pią Wrz 30, 2016 1:28 am

pospotkaniuzTochą

Czarna, rozpięta koszula. Czarne spodnie. Bose stopy oparte na zimnym, metalowym pręcie barowego krzesła. Wilgotne od prysznica, jasne włosy, zawsze potargane od przebiegania po nich palcami. I ona. Wspaniała. Najpiękniejsza. Najlepsza.
Uwielbia jej zapach, odurza go i jednocześnie koi. Pobudza zmysły i uspokaja. Chciałby na zawsze wciągnąć jej zapach w płuca i nigdy nie wypuścić. To absolutnie najpiękniejsza woń na całym świecie. Nic nie pachnie tak dobrze, przynajmniej Gabriel nie spotkał nic lepszego. Czy wspanialszego. Nie widział piękniejszych, bardziej zmysłowych kształtów. Wspaniałe, gładkie i smukłe linie. Wiele krawędzi zbiegających się w jedną całość, której zaborczo wręcz pożądał. Chciał jej dotykać cały czas, przebiegać po niej palcami bezustannie. Rozkoszować się tym niezwykłym ciepłem, którym emanowała, dopóki sam nie posiadł go całego. Tak jak jej samej. Kochał jej smak. To dla niego żył. To chwila, do której jego serce odliczało kolejne uderzenia. Wyznaczała bieg jego dnia i czy będzie on wart zapamiętania, uczestniczenia. Bez niej wszystko jest mdłe, pozbawione wyrazu, a przede wszystkim bezwzględnie go irytuje.
On i ona. On i filiżanka gorącej, czarnej kawy. Był uzależniony. Cholerny ćpun kofeiny. Nie wyobrażał sobie bez niej życie, ale jednak w porównaniu do innych zupełnie nie musiał tego robić. Zawsze była przy nim, a fakt toczącej się tuż pod jego nosem wojny zupełnie na to nie wpływał. Był przecież pieprzonym szefem kuchni, prawda? Zasługiwał na każdą, pospiesznie opróżnioną filiżankę kawy. Dlatego dzisiaj siedział w swojej cudownej kuchni przy wyznaczającej środek pomieszczenia wyspie i rozkoszował się samotnością. Uwielbiał spędzać tu długie godziny, bo tutaj czuł ducha Berlina, ducha starego mieszkania Tamary. To ona nauczyła go pić kawę. Zrobionej z jednej łyżeczki rozpuszczalnej podróby cudownego naparu, rozcieńczonej lury posłodzonej dwoma łyżkami cukru, pół na pół z mlekiem. Nie wiedział jak mógł kiedyś tak bardzo profanować swoją najwierniejszą kochankę. Na szczęście tamte czasy minęły, pozostawiając mu tylko słodko-gorzkie wspomnienia, którymi lubił od czasu do czasu się katować, powolnie rozdrapując niezagojone strupy minionych czasów.
Tylko dziś stały przed nim dwie filiżanki. Druga była pusta. Czekała na życzenie jego gościa. Na Blanche, jego nauczycielkę francuskiego. Bawiło go to niemiłosiernie. Osobiście uważał, że jedyną istotną rzeczą wymyśloną przez żabojadów jest miłość francuska, a mimo to przystał na naukę. Więcej, potrzebował jej, żeby porozumieć się z nieznającą niemieckiego hołotą, która panoszyła się po jego lśniącej kuchni. Plus był taki, że mógł kląć na nich pod nosem ile wlezie, a oni nie mieli pojęcia o co mu chodzi. Wolał jednak wiedzieć, kiedy oni przeklinają jego, dlatego przystał na zabawę w ucznia. Nigdy nauka nie przychodziła mu łatwo, ale widocznie Flaubert zbytnio to nie przeszkadzało. Kiedy usłyszał jej pukanie do drzwi zwlekł się ze swojego miejsca, aby otworzyć. To nie mógł być ktoś inny, mało kto wiedział, gdzie mieszka. Wargi drgnęły mu nieco na to powitanie, tyle jeszcze rozumiał. Skinął jej głową i zamknął za nią drzwi. Miał w dupie, czy ktokolwiek ją śledził. Nie interesowało go to. Ruszył do kuchni spoglądając na nią przez ramię.
- Café? - rzucił, idąc jej śladem i gładko kalecząc żabi język swoim twardym, niemieckim akcentem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pią Wrz 30, 2016 9:12 pm

Czasem zastanawiałam się, jak to jest żyć w miejscu, gdzie szybki i średnio zrozumiały francuski szczebiot otaczał cudzoziemca ze wszystkich stron - tak szczelnie, że jego ojczysta mowa zdawała się ginąć w hałasie obcych słów. Pod tym względem mieliśmy przewagę nad nowymi właścicielami Paryża, choć mieliśmy brzmiało niemalże zabawnie - podobno nie identyfikowałam się z resztą mieszkańców tego przeklętego miasta i równie przeklętego kraju. Tak czy inaczej, nieraz widywałam na twarzach Niemców absolutną konsternację, kiedy bariera językowa utrudniała im obowiązki, co bez wątpienia działało także w drugą stronę. Mimo to zakładałam, że jeśli trafiali się paryżanie, którzy znali mowę naszego okupanta, to ze zwykłej, czysto francuskiej złośliwości woleli oni trochę poudawać, że nie mają pojęcia, czego od nich chce ten gorliwy wyznawca Hitlera. Za dobrze znałam moich kochanych rodaków, by spodziewać się po nich czegoś innego. Ale z innej strony uważałam, że żyjąc w la cité d'amour, rozsądnie było nie ograniczać się do tylko jednego języka.
Mogłam zatem pochwalić się ponurym szczęściem. Jeżeli istniało cokolwiek, co z bólem i zaciśniętymi zębami zawdzięczałam zakonnicom z sierocińca, to na pewno były to solidne podstawy języka niemieckiego, które z determinacją wtłaczano mi do głowy, aż ich heiße Blanche Guenet przestało być jedynym zdaniem, jakie znałam. Bynajmniej nie zakochałam się w tej topornej i antymelodyjnej mowie, jednak los-prześladowca szybko sprawił, że odkryłam korzyści płynące z jej znajomości. Mimo wszystko byłam wobec siebie surowa; po prawie dwóch latach szlifowania tego języka po drugiej stronie biurka w Siedzibie Gestapo, dalej słyszałam w swojej wymowie pewne błędy i chwilami trudny do poskromienia francuski akcent. Nie miało to znaczenia, że uparcie uciekałam od uciążliwej narodowości - bywały po prostu momenty, kiedy akcent zdradzał ją tak bardzo, jakbym miała zaraz przemaszerować po Polach Elizejskich, machając państwową flagą i zdzierając sobie gardło na Marsyliance.
W swoich najgorszych koszmarach widziałam tę scenę ze wszystkimi szczegółami.
Nie ukrywałam więc, że znajomość z Gabrielem zapewniała mi jeszcze jedną korzyść - mogłam siłą rzeczy doskonalić przy nim jego okropną mowę i wsłuchiwać się w brutalny akcent, który wbijał się w każde francuskie słowo, jakie padało z jego ust. Prawdopodobnie stanowiłam absolutny ewenement, ale w przeciwieństwie do innych paryżan kwestia akcentu ani trochę mi nie przeszkadzała. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że dla potrzeb nauki powinnam była zwracać na nią uwagę.
Przestąpiłam próg mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Podążyłam za Wolffem, w międzyczasie uwalniając spod kapelusza warkocz i zdejmując płaszcz. Café zabrzmiało w ustach Gabriela równie niemiecko, co obiecująco - i chyba właśnie mogłam dopisać do listy korzyści jeszcze jedną pozycję.
- Café - poprawiłam go, pozwalając wybrzmieć swojemu francuskiemu akcentowi. Może powinnam była rzucić donosicielstwo i zostać pełnoetatową nauczycielką? Podejrzewałam, że wyrządziłabym wtedy ludziom jeszcze większą krzywdę. - Nawet nie wiesz, z jak wielką przyjemnością.
Albo po prostu nalej mi tej cholernej kawy - to nie ty pijesz niemal każdego dnia tę podłą lurę.
Zanim weszłam za Gabrielem do kuchni, nie omieszkałam rzucić wzrokiem na jego przestronne mieszkanie, tak samo puste jak ostatnim razem - oczywiście z wyjątkiem kuchni. Wrodzony materializm nakazał mi przywołać w myślach obraz moich własnych, nędznych czterech ścian, gdzie kuchnia stanowiła raczej mało śmieszny żart w porównaniu z gastronomicznym imperium Wolffa. Nie zmieniało to jednak faktu, że w ogólnym umeblowaniu miałam nad nim przewagę - brawo, Blanche, cóż za sukces.
- Może tym razem nauczę cię nazw mebli po francusku, co ty na to? - rzuciłam z przekąsem, zajmując barowe krzesło. - W każdym razie jestem do twojej dyspozycji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Nie Paź 02, 2016 1:34 am

Był martwy w środku.
Nie opuszczało go dziwne wrażenie, że napędzają go do działa wyłącznie te hektolitry czarnej kawy, które w siebie wlewał. Przecież serce w jego piersi było tylko i wyłącznie pompką. Nie biło w rytm jakichkolwiek marzeń czy celów. Stawiało to przed nim czasem pytanie jak to możliwe. Przecież zazwyczaj ludzie bez celu staczali się z prostej ścieżki życia na jakieś chwiejne, niebezpieczne koleiny losu, które nigdy nie prowadziły do czegoś dobrego. A on się trzymał. Nieustępliwie postępował na przód. Wstawał każdego dnia z łóżka, szedł do pracy, wracał do domu i kładł się spać. Mechanicznie. Jak gdyby nie wypełniało go nic poza plątaniną trybików ukrytą w czaszce.
Chyba był trochę robotem. Pozbawionym uczuć i empatii, patrzącym na wszystko przez pryzmat siebie, stawiający swoje ja na szczycie wszystkiego. Być może dlatego tak bardzo nie potrafił ścierpieć szkoły. Ludzie w kółko tylko mu udowadniali jak mało wie, a on nie mógł tego znieść. Czysty paradoks. W dodatku teraz zechciał, aby Blanche nauczyła go w końcu francuskiego. Wiedział jak bardzo będzie to dla niego bolesny proces, ale sam go chciał. Niewiedza, którą tkały wokół niego szepty pracujących w kuchni paryżan przyprawiała go niekontrolowane napady złości. Poza tym ta drobna Francuzka różniła się od wszystkich innych ludzi, z jakimi przyszło mu żyć. Wydawała mu się w jakiś dziwny sposób podobna do niego samego. Sam nie wiedział dlaczego. Czy przez ten dystans do całego świata i do niego samego? A może po prostu była dobrą nauczycielką? Ta myśl wiedzie go do innej kobiety, która go uczyła. Która pokazała mu życie od podszewki, nauczyła jak być człowiekiem. Tamara na pewno nie byłaby z niego dumna. Czuł to pod skórą i chociaż bolała go ta świadomość to po prostu nie potrafił inaczej.
To zresztą nie było teraz istotne. W tej konkretnej chwili mógł uprzątnąć te myśli do ciasnego kartonika w swoim umyśle, gdzie nie zawadzały mu w codziennej egzystencji. Pozwalały mu się natomiast skupić na stojącej w kuchni filiżance, którą już za chwilę będzie mógł przytknąć do ust. Jednak najpierw, ze względu na przyswojone mu dawno temu maniery, napełnia pustą porcelanę ciepłą kawą. Podsuwa ją Flaubert wraz z mlekiem i cukrem, nie wiedząc jaki rodzaj preferuje. Jego zdaniem każdy dodatek psuł doskonały smak, ale jak zwykle pozostał doskonale obojętny.
- Słownictwo z francuskiego meblarstwa niezbyt mi się przyda - odrzekł, obchodząc wyspę kuchenną dookoła i sadowiąc się na miejscu na przeciwko niej. - Do mojej dyspozycji mówisz - powtarza cicho, nie patrząc na nią, ale na spodeczek swojej filiżanki. Kąciki ust drgają mu leciutko. - Nie wiem, co jest dla mnie dobre. Ty tu rządzisz. - Raptownie unosi wzrok, a oczy błyszczą lekko, gdy przechyla delikatnie głowę, ciekaw jak dobrze umie się bawić ta mała Francuzka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pon Paź 03, 2016 10:39 pm

Niemal z wytęsknieniem oczekiwałam chwili, gdy niewielką filiżankę wypełni parująca i intensywna w zapachu ciecz, której aromat unosił się już w kuchni, sprawiając, że z ledwością powstrzymywałam się od niecierpliwych spojrzeń. Dla zwykłych śmiertelników był to wręcz produkt luksusowy i na palcach jednej ręki mogłam policzyć te kawiarnie w Paryżu, które potrafiły przekonać mnie, że prawdopodobnie go serwują. Oczywiście za odpowiednią cenę - najczęściej spędzającą mi w nocy sen z powiek. Właściwie mogłabym stwierdzić, że jeśli istniało cokolwiek, za czym tęskniłam, a co należało już do zamierzchłych, przedokupacyjnych czasów, to na pewno był to łatwy dostęp do dobrej kawy.
Nie zwróciłam uwagi ani na mleko, ani na cukier, który podsunął mi Gabriel. Nie miałam pojęcia, czego bardziej potrzebowałam w tym momencie - tlenu czy kawy. Osobiście obstawiałam to drugie, więc rzuciłam w stronę Wolffa pośpieszne danke i niemal od razu upiłam jeden łyk. Bardzo możliwe, że wyglądałam przy tym niczym spragnione dziecko, ale niespecjalnie mnie to obchodziło. Byłam już pokonana; wpadłam w sidła kofeiny.
Pijąc kawę, obserwowałam Gabriela i leniwie błądziłam spojrzeniem po jego bladej twarzy. Nigdy nie mogłam wyczytać z niej wystarczająco wiele, by przebić się przez mur, za którym zdawał się gromadzić zbędne emocje. Może to nas właśnie łączyło? Swego rodzaju oszczędność?
Wychwyciłam jednak błysk w jego oczach i pozwoliłam, aby cisza, która zapadła po słowach Wolffa, trwała jeszcze przez moment. Upiłam kolejny łyk kawy, rozważając, co przydałoby mi się najbardziej, gdybym była szefem kuchni w jednej z najlepszych paryskich restauracji, pracującym w otoczeniu rzeszy Francuzów - gotowych na dodatek złośliwie wykorzystać braki w znajomości języka.
- Chyba nie będę cię dzisiaj męczyła gramatyką... boche - stwierdziłam, celowo robiąc krótką pauzę i nadając swojemu głosowi pozornie niewinny ton. Opuszkami palców kreśliłam niewidzialne wzory na nieskazitelnych ściankach filiżanki, choć mój wzrok wciąż utkwiony był w Gabrielu. - To znaczy szwabie. Nie myśl, że jakikolwiek Francuz ci schlebia, jeśli używa takiego słowa. Może brzmieć przyjaźnie, ale w rzeczywistości tobą gardzi. To w końcu kłamliwy naród.
Mimowolnie uśmiechnęłam się szeroko i nie mniej ironicznie. Moi rodacy uwielbiali używać słów, których nie można było znaleźć w standardowych słownikach.
- Możesz się odwdzięczyć, nazywając go mangeur de grenouilles lub po prostu grenouille. Czyli żabojad - dodałam po chwili i powtórzyłam wszystkie słowa, tak aby Gabriel mógł je zapamiętać. - Teraz ty spróbuj, tylko zlituj się i panuj nad swoim akcentem.
Umilkłam, czekając, aż Wolff pokaleczy (lub nie) francuską mowę. Ponownie przytknęłam do ust filiżankę, wlewając w siebie życiodajny płyn, którego zaczynało już niepokojąco ubywać. Odstawiłam filiżankę na spodek, od niechcenia wpatrując się w ciemne zacieki na jej kruchych ściankach.
- Le cyanure est dans votre café - rzuciłam niespodziewanie, znów pozwalając, aby kąciki ust zatańczyły mi w drwiącym uśmiechu. - W twojej kawie jest cyjanek. Kto wie, może masz wśród kuchcików jakiegoś idiotę walczącego o wolną Francję. Na twoim miejscu uważałabym na takich.
Udałam przerażenie, tylko po to, aby zaraz przywrócić na twarz ten sam chłodny, lekko ironiczny wyraz. Przelotnie zastanowiłam się, w jakich zakątkach Paryża kryli się wszyscy ci, którym niekoniecznie odpowiadało niemieckie panowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pią Paź 14, 2016 7:46 pm

Kąciki ust drgnęły mu delikatnie na widok łapczywości swojego gościa. Mógł być egoistą, ale nie był przecież ślepy. Wręcz przeciwnie, był doskonale świadom tego, co działo się dookoła niego. Przecież to właśnie przez wojnę musiał opuścić ukochane Niemcy i to z tego samego powodu jego mała nauczycielka tak bardzo lubiła jego kawę. Widział nie raz puste pułki w mijanych sklepach, które przecież przed okupacją musiały tętnić życiem. O ile ciężko było w nim znaleźć chociaż krztynę współczucia to posiadał w jakimś stopniu zrozumienie dla narodu francuskiego. Nazizm i jego potraktował jak chciał, nie osłodziła mu tego nawet posadka szefa kuchni. To przez tę popieprzoną ideologię nie miał Tatiany u swojego boku, a on znajdował się w tym cholernym apartamencie z widokiem na Sekwanę, za który wielu najpewniej potrafiłoby zabić, a którego on serdecznie nienawidził. I chociaż nie umiał doceniać wielu rzeczy to czuł się lepiej w towarzystwie tej kobiety, która skupiała jego myśli w inny sposób. Kiedy uczył się tego języka to nie myślał o co doprowadziło go do tego punktu. Uaktywniała się w nim ta dziwna potrzeba chłonięcia wiedzy, skupienia się na konkretnym celu, który przecież musiał osiągnąć. Blanche całkiem nieźle mu to ułatwiała. Podobało mu się, że nie dała się sprowokować i przeciągnęła panującą między nimi ciszę. Nie była taka jak stereotypowa Paryżanka, jedna z tych, jakie miał nieprzyjemność widywać podczas kolacji, zarówno jako kucharz jak i gość. Nie śmiała się perliście zakrywając usta wypielęgnowaną dłonią. Nie udawała tylko, że jej głowa jest pełna, ona naprawdę była inteligentna. W dodatku przypominała mu tym w pewien sposób siebie. Czy może istnieć lepsze pochlebstwo dla narcyza?
- W tym języku nic nie brzmi przyjaźnie – mruknął między jej zdaniami. Miał świadomość, że inni mówią dokładnie to samo na temat jego rodzimego języka, ale przecież wszystko było tu po prostu kwestią względną. - Twój francuski akcent na niemieckich słowach brzmi mniej więcej tak samo jak mój w sytuacji odwrotnej – wygarnął jej, ale bez żadnego wyrzutu w głosie. W dodatku na jego ustach pojawił się cień uśmiechu zanim wargi zaczęły się układać w celu wyrzucenia z siebie nienaturalnych słów. - Boche. - Skupienie przez chwilę malowało się na jego twarzy, a dłonie oplotły filiżankę praktycznie bezwiednie, gdy szukał dźwięków i słów w pamięci. - Powtórz jeszcze raz te żaby. - To chyba miało brzmieć jak prośba, ale przecież Gabriel nie zwykł o cokolwiek prosić. Zresztą z jego ciężkim niemieckim i niskim głosem wszystko brzmiało jak rozkaz. Nie zwrócił jednak na to szczególnej uwagi, zwłaszcza słysząc kolejne zdanie, które rozciągnęło jego usta w drwiącym uśmieszku. - Peut-étre que dans le votre? - Znacząco spojrzał na swoją filiżankę, nie upił ani łyczka od kiedy pojawiła się w jego mieszkaniu, a ona już opróżniła swoją. Szelmowski uśmiech rozciągnął jego wargi w tym wyjątkowo niespotykanym jak na niego wyrazie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pon Paź 24, 2016 9:24 pm

Czasami - ale tylko czasami - zastanawiałam się, co by było, gdyby to moją ojczystą mową był ten twardy i nieprzyjemny język, w którym brzmienie każdego słowa przywodziło na myśl rozkaz. Niemcy budzili we mnie szereg uczuć - od rozbawienia, do którego szczególnie nie zamierzałam się przyznawać, po jakąś formę fascynacji czy może nawet mało umiejętnie skrywanej zazdrości. Bywały chwile, kiedy odnosiłam wrażenie, że bogate Niemki, które maszerowały na wysokich obcasach po ulicach Paryża, w żaden sposób nie różniły się od swoich francuskich koleżanek. Być może właśnie dlatego z takim rozbawieniem patrzyłam, jak dumnie zadzierają jasnowłose głowy. Z drugiej strony, zazdrościłam Niemcom swobody, jaką się tutaj cieszyli. Choć sama od dwóch lat ciężko na nią pracowałam, szepcząc do niemieckich uszu najciekawsze słowa, oficjalnie byłam równie ograniczona co każdy inny Francuz. To była kolejna rzecz, która sprawiała, że uświadamiałam sobie, co tak naprawdę oznaczała okupacja - brak wolności. Co najzabawniejsze, mimo że wykazywałam spore braki w ludzkich odruchach, to jednak ta nieubłagana potrzeba pewnej swobody skradała się za mną tak samo, jak ja za nieświadomymi niczego paryżanami.
To było wyjątkowo irytujące błędne koło.
Nie ukrywałam jednak, że zdecydowanie częściej kierowałam się po prostu wrodzonym pragmatyzmem niż wyobrażeniami na temat tego, co by było, gdybym urodziła się w po drugiej stronie granicy. Mój własny interes liczył się dla mnie o wiele bardziej niż to, czy kraj, w którym żyłam, był okupowany lub nie.
Dlatego potrafiłam zignorować pewne subtelne ukłucia zazdrości, jakie towarzyszyły mi czasem przy Gabrielu. Starałam się skupiać na korzyściach płynących z naszej znajomości, a przy okazji na tym, że dostarczał mi całkiem miłej rozrywki.
- Francuski to język miłości, nie zapominaj o tym - stwierdziłam górnolotnie, wkładając w ten przestarzały slogan jak największą porcję ironii. Uniosłam nieznacznie brew, słysząc jego kolejną uwagę. - Tak sądzisz? Mam więc wyjątkowe szczęście, że taki idealny Aryjczyk jak ty może mnie w razie czego poprawić.
Obserwowałam z lekką ciekawością, jak przyswajał brzmienie tych dwóch obelg. Podejrzewałam, że pierwsza z pewnością mogła mu się kiedyś przydać i raczej nie zazdrościłam nieszczęśnikowi, który miał się nią kiedykolwiek posłużyć wobec Wolffa.
- Grenouille - powtórzyłam wyraźnie. Bez wątpienia umiejętność przedstawiania się czy pytania o drogę była przydatna, jednak osobiście uważałam, że tamte dwa poręczne słowa mogły w nieco bardziej dobitny sposób zaznaczyć intencje obydwu stron.
Pytanie Gabriela - o dziwo nie tak beznadziejnie skonstruowane - sprawiło, że zamarłam na moment, ale tylko po to, by zaraz zaśmiać się cicho. Leniwym gestem uniosłam filiżankę i przytknęłam ją do warg, opróżniając z resztek kawy.
- Sacré bleu! Paryż sobie beze mnie nie poradzi - powiedziałam, znów pozwalając sobie na odrobinę dramaturgii. Spoważniałam jednak minimalnie. Po raz kolejny musnęłam palcami brzegi filiżanki, przechylając lekko głowę w bok i po dłuższej chwili odwzajemniając uśmiech. - Tak się zastanawiam... jak bardzo ci przeszkadzamy - my, żabojady?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pon Lis 28, 2016 12:18 am

Usta wygięły mu się w ironicznym wyrazie, gdy usłyszał z ust Blanche ten pusty frazes. Powtarzane bez końca wyrażenie, które każde kolejne wypowiedzenie obdzierało z jego prawdziwego znaczenia. Czy kiedykolwiek w nie wierzył? Chyba nie. Miłość wydawała mu się przereklamowana, spłycona do wszelkich granic. Zbyt wiele ludzi wycierało nią sobie usta, aby teraz to słowo nie kojarzyło się z górnolotną obietnicą, która nie pociągała za sobą żadnych czynów. Gabriel przecież był w związku. Możliwe, że był wtedy zbyt młody, aby zrozumieć powagę bycia odpowiedzialnym za czyjeś uczucia. Nie zaprzeczał temu, ale czy młodość to nie czas, kiedy właśnie te miłosne porywy są nader gwałtowne. Tymczasem on nie poczuł wtedy absolutnie nic. Owszem, lubił ją. Nic jednak się z tego nie urodził. Nie zmiękły mu pewnego dnia kolana, serce nie przyspieszyło nagle gubiąc kolejne uderzenia.
Zresztą sam naród francuski, rodzimi użytkownicy tego języka, nie wydawali mu się ani trochę bardziej rozkochani od Niemców. Być może była to wina znamiona czasów, który zdecydowanie nie sprzyjał poddawaniu się namiętnościom. Czy Wolff chciałby zobaczyć kiedyś Francję wolną? Chociażby po to, żeby zasmakować jej prawdziwej? Chyba nikomu by się nie przyznał, ale nie miałby nic przeciwko. Jedynce co kochał to było właśnie piękno. Harmonia życia, dobrego, wygodnego, wysmakowanego. Nie był przecież przykładem typowego okupanta. Nie pojawił się w Paryżu, aby napawać się widokiem powiewających flag ze swastykami i chwale Rzeszy. Zachowywał się w sposób ogólnie przyjęty jako norma, bo było mu to po prostu wygodne. Gdyby znał poglądy Flaubert co do jej ojczyzny to prawdopodobnie mógł powiedzieć, że są w pewien sposób do siebie podobni.
- Zakładam, że w moim wykonaniu brzmi szczególnie pociągająco - zakpił, podnosząc do ust filiżankę. Wbrew pozorom, chociaż ego miał całkiem nieźle rozbuchane to posiadał też dosyć duże pokłady dystansu do samego siebie. Po upiciu sporego łyku odstawił naczynie na spodeczek po czym teatralnym gestem przeczesał palcami swoje jasne włosy. - Nie zaprzeczę, możesz się czuć uprzywilejowana, mademoiselle. - Przechylił lekko głowę, a wyraz jego twarzy nabrał powagi, chociaż w kącikach ust tlił się uśmiech. Nie zwykł sobie żartować w ten sposób już od dłuższego czasu. Zwyczajnie nie miał z kim. Nie można nazwać go kimś wyjątkowo przyjaznym, raczej kapryśnym i pewnym siebie, co rzadko stanowiło wzór osoby, z którą ludzie chcą się poznać. Jednak Blanche się nie zrażała. Dotrzymywała mu kroku i nie dawała się zapędzić w kozi róg, co stanowiło naprawdę przednią zabawę.
- Grenouille - powtórzył za nią niczym nieco pijane echo. - Podoba mi się. W kuchni będą nienawidzić mnie jeszcze bardziej. - Nie uśmiechnął się tym razem, bo to nie był żart. Wśród francuskich kucharzy nie cieszył się wielkim szacunkiem, chociaż widzieli, że nie zyskał tytułu szefa kuchni bez powodu. Była to raczej wina faktu, że był o wiele młodszy od nich wszystkich, no i był Niemcem. Nie musieli się jednak lubić tak długo jak żadne z nich nie partoliło swojej roboty i nie przynosiło wstydu ani restauracji, ani jego nazwisku.
Nie powstrzymał rozbawienia, gdy udało mu się wprowadzić ją w to drobne zaskoczenie. Rzeczywiście nie zdarzało się to często, tym bardziej zwycięstwo lepiej smakowało. Idąc za jej przykładem upił znowu trochę kawy. W porównaniu do swojej nauczycielki robił to powoli, rozkoszując się każdym łykiem. Nie sądził, że nawet gdyby nie miał dostępu do niej na co dzień to piłby ją szybciej. Darzył ten napój większym szacunkiem niż niejednego człowieka.
- Nie ma ludzi niezastąpionych - mruknął, zapatrując się w jakiś punkt w przestrzeni daleko za jej ramieniem. Jego myśli na chwilę powędrowały gdzieś zupełnie indziej, ale szybko się otrząsnął. Jej pytanie zdecydowanie mu w tym pomogło. Skupił się, spoglądając Blanche prosto w oczy. - Tak samo jak Niemcy, Żydzi czy nawet Anglicy. Wszystkich nie lubię tak samo, jestem wspaniałomyślny. - Kąciki ust drgnęły mu w uśmiechu. To akurat też była prawda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   Pon Lis 28, 2016 11:13 pm

Gdzieś pomiędzy wpatrywaniem się z nostalgią w żałośnie pustą filiżankę a obserwowaniem Gabriela doszłam do wniosku, że dręczenie go zawiłą, gardłową francuszczyzną mogłam uznać za zakończone - przynajmniej na dzisiaj. Z jednej strony niezmiernie kusiła mnie myśl, by kazać mu zapisać te wszystkie śmieszne dźwięki, z których z taką determinacją budował ledwo-francuskie słowa, a z drugiej... słynęłam przecież z miłosierdzia, prawda? Nie było w Paryżu nikogo, kto miałby więcej litości ode mnie. Poza tym nawet nie próbowałam ukrywać, że wątpiłam w jakość tego, co ja sama mogłam zapisać - a tym bardziej Gabriel. Już od swoich najżałośniejszych i najwcześniejszych dziecięcych lat nie czułam specjalnej potrzeby, by kształcić się w dziedzinie zapisywania poprawnie wyrazów czy też zapisywania czegokolwiek. Francuski był przeraźliwie męczący, dłuższy w piśmie niż mowie i nawet surowe, pełne dezaprobaty spojrzenia zakonnic nie były w stanie całkowicie wbić mi do głowy zasad rządzących tym językiem. Być może jasnoocy i jasnowłosi miłośnicy ordnungu - w tym siedzący przede mną Wolf? - mieli inne zdanie na temat stosowania się do pewnych reguł, ale ja przeważnie traktowałam je z przymrużeniem oka. Sporym przymrużeniem.
Mimo wszystko jakaś część mnie podziwiała jego wysiłki, które bez wątpienia miały sens, skoro na co dzień otaczali go uzbrojeni w kuchenne noże Francuzi, których nastawienie trudno było nazwać przyjaznym - a przynajmniej tak przypuszczałam. Sama postąpiłam zresztą całkiem podobnie, gdy Niemcy postanowili przywłaszczyć sobie ten skrawek świata; nie zwlekałam z nauką ich języka, choć sporym ułatwieniem było dla mnie to, że znałam już podstawy tej paskudnej, a jednak tak przydatnej obecnie mowy.
- Na tyle pociągająco, że byłby z ciebie marny szpieg - powiedziałam tylko, śledząc wzrokiem wędrującą ku jego ustom filiżankę. - Cóż za zaszczyt, monsieur.
Prawdę powiedziawszy, było w tym nawet więcej niż trochę racji; moje życie nie obfitowało w wyższe cele czy szczególne ambicje, ale na pewno mogłam do nich zaliczyć fakt, że nie zamierzałam osiąść na laurach. Wolałam szlifować język, nawet poprawiana przez Wolfa. Nikt nie wiedział, jak długo miało potrwać niemieckie panowanie w Paryżu i choć sama nie byłam szczególnie przejęta tą kwestią, to jednak kluczem było znalezienie wspólnego języka z nowymi domownikami.
- W końcu przywykną - stwierdziłam krótko, wzruszając nieznacznie ramionami. Nie zazdrościłam Gabrielowi jego kuchennego towarzystwa, ale czy to naprawdę był mój problem? - Nie bez powodu w pewnych kręgach na Paryż coraz częściej mówi się la ville sans regard. To też możesz sobie zapamiętać.
Po raz kolejny nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który wypłynął leniwie na moje usta, gdy usłyszałam o wspaniałomyślności Gabriela. W zasadzie nie mogłam się z nim nie zgodzić - żadna nacja nie budziła we mnie przesadnie ciepłych uczuć.
Zwłaszcza Amerykanie.
- Wspaniałomyślny Niemiec, który nie lubi innych Niemców - podsumowałam go, od niechcenia rzucając szybkie, ale pełne tęsknoty spojrzenie w stronę swojej filiżanki, w której schło właśnie ostatnie wspomnienie kawy. Zaraz potem przeniosłam jednak wzrok na Wolfa. - Czy to Rzesza tak cię wychowała? Aż trudno mi w to uwierzyć.
Przelotnie pomyślałam o tym, że i mój patriotyzm przejawiał pewne poważne braki (o ile w ogóle istniał), ale nie przeszkadzało mi to w żaden sposób. Nawet wręcz przeciwnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3   

Powrót do góry Go down
 
Hôtel de Ville - Mieszkanie nr 3
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg-
Skocz do: