IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Marzec - Flavie&Fabien


Share | 
 

 Marzec - Flavie&Fabien

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Marzec - Flavie&Fabien   Sro Paź 19, 2016 7:17 pm



Mieszkanie nr 3

Nie do końca wiadomo, kto w przedwojennych czasach zamieszkiwał dość przestronne mieszkanie w 16. Dzielnicy Paryża, znajdujące się na 2 piętrze dość nowoczesnej kamienicy. Nikt nie zadał sobie trudu, aby wraz z wkroczeniem wojsk niemieckich do stolicy Francji zapytać właścicieli o zgodę na opuszczenie swojego lokum, którzy w środku nocy z wycelowanymi w nich pistoletami i pod rozkazami wydobywającymi się z niemieckich gardeł wystraszeni rozpłynęli się w ciemności i pustce ulicy.
Pozostawione przez nich w nienagannym stanie czteropokojowe mieszkanie utrzymane jest w jasnych barwach. Salon urządzony jest dość skromnie, z dwiema kanapami, dużym lustrem oraz kominkiem, w którym od czasu do czasu płonie ogień, nadając mu swoistego ciepła i przytulności. Przez większość czasu oświetlony jest światłem dziennym, wpadającym do pomieszczenia przez duże, zajmujące całą wysokość ściany okna wychodzące na główną ulicę. Przyłączona do salonu jadalnia składa się z podłużnego, dębowego stołu z 6 krzesłami oraz dużych, przeszklonych drzwi, przez które wyjść można na ciągnący się przez długość salonu balkon, z którego rozciąga się widok na samą wieżę Eiffla.
Za ciężkimi, zamkniętymi drzwiami umiejscowionymi za jadalnianym stołem, znajduje się dość spory gabinet, wyposażony w duże, drewniane burko z kilkoma szufladami, niewielki stolik z dwoma krzesełkami, wypełnione książkami półki oraz barek, zawierający w sobie jedne z najznakomitszych trunków. Bezpośrednio z salonu przejść można do przedpokoju, prowadzącego do łazienki z dość sporą wanną oraz dwóch sypialni, głównej oraz gościnnej. Pierwsza z nich jest o wiele większa, z dużym łóżkiem oraz zajmującą całą ścianę szafą wypełnioną równo powieszonymi i poskładanymi ubraniami. Sypialnia gościnna jest odrobinę mniejsza, z równie wygodnym łóżkiem i niewielką komodą.
Ostatnim pomieszczeniem w mieszkaniu jest kuchnia, do której przejść można przez drzwi znajdujące się przy jadalni, będąca królestwem kucharki oraz gospodyni, sprawującej pieczę nad utrzymaniem porządku oraz przygotowywaniem większości posiłków.
W mieszkaniu znajduje się również telefon stacjonarny



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Czw Paź 20, 2016 11:47 pm

Ciche, opustoszałe, zdjęte trwogą ulice miasta. Truchło Paryża rozkładało się w milczeniu godziny policyjnej, nie zdradzając swych rodowitych mieszkańców nawet najdrobniejszym skrzypnięciem pospiesznie zamykanych drzwi. Pod żółtymi latarniami gnieździły się wysepki światła, a dalej czyhała wyłącznie wilgoć: promienie nie rozchodziły się w gęstej mgle i nieśmiało siąpiącej mżawce.
Bezruch. Marazm. Obłok siwego, papierosowego dymu, który rozwiał się w chłodnym powietrzu marcowego wieczora.
Wspaniale wygląda złotawe światło w gęstej mgle. Zyskuje nowe, niepowtarzalne, trudne do wyrażenia słowami odcienie. Szkoda, że nikt nie podziwia tego piękna – tylko on, zmęczony, lekko podpity, z posmakiem armaniaku i tytoniu w ustach. Szkoda, że za moment będzie musiał opuścić cichą, zastygłą w czasie ulicę i wrócić do przestronnego, wciąż obcego mieszkania. Jest mu źle, bo to wielkie miasto będzie poza jego zasięgiem. Jest mu źle, bo za mokrymi murami budynków ukrywali się ludzie, którym mógł urozmaicić noc – gdyby tylko zechciał.
Raptem niemrawe krople mżawki zmalały, zmatowiały, wyostrzyły się ich kontury. Spowolniły swój swobodny lot, zawirowały wokół latarni, osiadły na chłodnym słupie – do wydmuchiwanego z ust dymu dołączył obłoczek siwej pary, która pierzchła trwożliwie ku niebu, rozmywając się pośród osiadającej na konturach świata mgły. Czerwone oczko papierosa rozżarzyło się po raz ostatni, by ledwie chwilę później zetknąć się z wilgotną ścianą budynku – dogaszany ognik zasyczał jak sprowokowana żmija, zostawiając na murze pojedynczy, czarny ślad, skazę, z którą prędko rozprawi się pogoda.
- Do środka.
Prowadzące na przestronną klatkę schodową drzwi rozwarły się z jękliwym skrzypnięciem, gdy Fabien Eberhart szarpnął za mosiężną klamkę, wypuszczając na zewnątrz smużkę światła oraz falę skumulowanego w środku budynku ciepła. Przez cały ten czas – od momentu, gdy wysiedli z samochodu, poprzez ceremonię palenia papierosa i kończąc na chwili, w której doskonałą ciszę zmąciły dwa, ochrypłe słowa – towarzyszyła mu żona, milcząca i cicha jak otaczające ich miasto.
Nie spojrzał na nią ani razu od momentu, gdy za ich plecami zamknęły się drzwi Thomasa Diefenbacha; kompan od broni (i kieliszka) nie szczędził pożegnalnych serdeczności, jednak Fabien nawet przez moment nie łudził się, że zachowa dla siebie incydent, który miał miejsce podczas wspólnej kolacji.
Jak bezmyślna, otępiała krowa, powtórzył po raz kolejny w myślach, po raz pierwszy od blisko pół godziny przenosząc ciężkie spojrzenie na Flavie. Pokonywała kolejne stopnie w tej samej ciszy, która towarzyszyła im na zewnątrz – o ich powrocie mogło świadczyć wyłącznie echo stawianych kroków, rozdzierające milczenie wczesnej nocy i spędzające wczesny sen z powiek najbliższego sąsiada. Klucze, wyciągnięte z kieszeni dokładnie skrojonej marynarki, zabrzęczały cicho, gdy Eberhart uwolnił je z ciepłego, bezpiecznego ukrycia – jeden z nich, ten najdłuższy, barwy nadtopionego brązu, bez oporu wsunął się w zamek drzwi i w towarzystwie głuchego szczęknięcia uchylił wejście do ciemnego, pogrążonego w chłodnej martwocie mieszkania. Jedynym źródłem światła była jasna smużka wpadająca do wnętrza pokoju z holu klatki – ta jednak zniknęła w momencie, gdy Fabien zatrzasnął za sobą drzwi, wyuczonym, przesyconym wielokrotnością powtórzeń gestem przekręcając zamknięcie górnego zamka. Mieszkanie było wręcz niewyobrażalnie osamotnione – każdy kąt zdawał się szeptać o dawno umarłych ideałach, które kiedyś gnieździły się pośród tych ścian. Nawet zapalona przez Eberharta lampka – smukła, zupełnie nowa, z białym, czystym kloszem – nie zdołała nadać wnętrzu choćby krztyny ciepła.
Zsunięta z ramion marynarka, równo, niemal chorobliwie pedantycznie złożona w pół, spoczęła na oparciu fotela. Stanowiła plamę czerni na białym obiciu, które z czyszczenia wróciło nie dalej, jak przed tygodniem, przez co tapicerka nawet w nikłym świetle zdawała się emitować własną poświatę.
- Nawet nie waż się opuszczać tego pokoju – ponownie to on przerwał ciszę, pochylając głowę nad srebrną tacą, na której gosposia zostawiła cztery, błyszczące nienaganną czystością szklanki z rżniętego kryształu. Karafka, będąca uzupełnieniem zestawu, zakołysała się w dłoni Fabiena, gdy ten uniósł ją, by napełnić mniejsze naczynie Echt Stonsdorferem – trunek barwy gęstej, ciemnej krwi wypełnił szklankę do połowy, nim Eberhart odłożył karafkę na poprzednie miejsce.
- Co to miało oznaczać? – głos spływał mu z gardła jak skórka z obranego czarnego owocu; ciężki, gorzki, śliski od kryjącej się pod słowami złości. Wciąż stał przy stoliku z tacą, jednak tym razem wzrok skierował na Flavie. Patrzył na nią ze szklanką uniesioną do ust, przyglądał się jej w taki sam wyrachowany sposób, w jaki sowa przygląda się nornicy: ucieknie? Zacznie krzyczeć? Jak będzie smakować? Ile takich jak ona chowa się jeszcze w trawie? – Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale Bóg obdarował kobiety darem mowy po to, by go używały – krótki, szybki gest, który wystarczył, aby zwilżyć usta w trunku; alkohol skutecznie wymazał z języka posmak tytoniu, jednak uczuciowe zniesmaczenie pozostało.
Podobnie jak pielęgnowana, dokarmiana napływającymi bodźcami wściekłość – Echt Stonsdorfer podlewał tlącą się złość, oddziaływał na nią jak dolewana do ognia oliwa. Jeszcze jeden, krótki łyk – tyle wystarczyło, by Fabien ruszył w stronę żony przez miękki, jasny dywan, nawet na krótki moment nie odwracając od niej spojrzenia.
- Dein Schweigen war ein Fehler – to jedno zdanie – sam jego kształt, leżący mu w ustach jak stara, spłaszczona figa – wyczerpało jego siły. Zatrzymał się od Flavie nie dalej niż dwa, krótkie kroki , obrócił w palcach chłodną szklankę i przez krótki, trwający ledwie kilka sekund moment rozważał, czy chluśnięcie na nią alkoholem będzie odpowiednio dramatyczne.
Zaraz jednak przyszła refleksja, precyzyjna i zimna jak trzymany w dłoni rżnięty kryształ: byłoby to wyłącznie marnotrawieniem drogiego trunku.
- Was soll ich jetzt machen? – kolejny łyk przestał być ratunkiem – Echt Stonsdorfer zatracił pierwotny smak, nie mógł dłużej odwodzić go od potrzeby rozprawienia się z problemem bądź po prostu wybicia Flavie podobnego zachowania z głowy. Miała wyłącznie jedno zadanie – jedno, dziecinnie proste zadanie.
Rozmawiać. Uśmiechać się. Być uosobieniem dobrych manier. Tymczasem Ebrhart zabrał na kolację milczącą, pogrążoną we własnym świecie kobietę, która nie potrafiła odpowiedzieć na zadane przez gospodarza pytanie – nawet psy były lepszymi towarzyszami dialogu, przynajmniej odpowiednio reagowały na komendy.
- Thomas Diefenbach sądzi, że jesteś niespełna rozumu. Powoli zaczynam przyznawać mu rację.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Pią Paź 21, 2016 2:33 am

Kiedyś objęcia nocnej ciszy zdawały się zapewniać poczucie bezpieczeństwa. Błyszczące gwiazdy na niebie wskazywały drogę, przynosiły spokój, pobudzały myśli do swobodnego wędrowania pomiędzy uliczkami miasta, które zdawało się nigdy nie spać. Wesoła muzyka rozbrzmiewała z jego najciemniejszych zakamarków, w towarzystwie krzyku i śmiechu dziesiątek głosów, ucieszonych wolnością, która miała smak taniego wina i gorzkich papierosów. Noc była pełna życia i wiecznej zabawy, a gdy jednocześnie całe miasto pogrążało się w słodkim śnie, niemalże usłyszeć można było tysiące równomiernych oddechów i zobaczyć spokojne drganie powietrza.
Teraz wszystko wydawało się martwe, jak gdyby strudzeni mieszkańcy zapadli w głęboki sen, z którego mieli się już nie obudzić. Cisza, prześlizgująca się wzdłuż chłodnych ścian kamienic i pełzająca opustoszałymi chodnikami, zlewała się w jedność z wypełniającą wymarłe ulice smolistą czernią, kryjącą w sobie być może najbardziej nieprawdopodobne historie. Cisza pozostawiała na ramieniu bolesne piętno, syczała do ucha jadowite przestrogi, pozostawiała w ustach gorzki posmak, ten sam, którym smakowało paryskie powietrze. Smak śmierci. Upadku. Nie tylko pojedynczych jednostek, ale i idei, kiedyś tak potężnych, na których swoje funkcjonowanie oparło całe społeczeństwo. A gdy wszystko zaczęło się walić, kamienica po kamienicy, most po moście, filar po filarze, pozostały jedynie ziejące pustką ruiny tego, co kiedyś tak chlubnie można było określać chwałą Europy. Kolebką sztuki. Miastem artystów i miłości, gdzie muzyka rozbrzmiewała do samego poranka, a złocisty szampan lał się strumieniami. Ucichły głosy mieszkańców i pozostało jedynie echo krzyków, towarzyszące wyrywaniu języków z gardeł niewinnych, tak głośne przy akompaniamencie tłuczonych szyb i płaczu dzieci za utraconym dzieciństwem.
Wodziła wzrokiem za pogrążonymi w ciszy i ciemności ulicami, za zgaszonymi światłami mieszkań, za przebłyskującym zza chmur srebrzystym blaskiem księżyca, rzucającym poświatę na ciemne zakamarki i wydłużającym cienie. Wpatrywała się w oprószoną kropelkami wody szybę patrząc, jak pojedyncze krople staczają się w dół wraz z kolejnym obrotem kół i jak w ciągu ułamku sekundy giną, rozbijając się na drobne kawałki.
Trzask drzwi był niczym najgłośniejszy krzyk, mający w sobie siłę obudzenia całego miasta z niespokojnego snu. Rozdzierał uszy i sprawiał ból, nawet gdy ucichł pozostawiając po sobie wspomnienie dźwięku i delikatne, ledwie zauważalne drganie dłoni, w której ściskała niewielką torebkę. Dźwięk kroków na twardym chodniku prowadził ich w stronę potężnych drzwi kamienicy, odbijał się echem od ścian, był ostatnim smakiem tej względnej wolności. Ciszą przed burzą, o wiele głośniejszą teraz, gdy zamknęły się za nimi drzwi i otuliło ich zgromadzone wewnątrz ciepło, mogące przypominać o domu. Złudzenie, iluzja, magiczna sztuczka oszukująca zmysły i przywołująca wspomnienia. Nawet nie spoglądała w stronę towarzyszącego jej cienia, ciemnej plamy pozbawionej twarzy i jakiegokolwiek znaczenia. Nie musiała dosłyszeć dobywającego się jakby zza szklanego klosza głosu, aby znać rozkaz, przekraczając próg i zanurzając się w jeszcze gęstszej ciemności, przytłaczającej i zgniatającej jej drobne kości. Chciała w niej zniknąć, rozpłynąć się w tej bezkształtnej masie, która stanowiła schronienie dla najgorszych koszmarów i najskrytszych tajemnic.
Zaciśnięte w wąską linię usta nie otworzyły się przez niemalże cały wieczór, zawładnięty myślami umysł dryfował gdzieś poza murami mieszkania, poza jasnym światłem płonącej lampy i zapachem wytwornej kolacji. Poza niemieckimi głosami, które tak skutecznie odbijały się od szklanych ścian, które zbudowała wokół siebie i które zburzyć potrafił jedynie jeden człowiek. Choć czy miała prawo go takim nazywać, rzucając na całe człowieczeństwo potworną klątwę jednej istoty, która tak skutecznie wtapiała się w tłum i mydliła oczy?
Wiedziała dobrze, czego ma się spodziewać, jeszcze zanim opuścili własne mieszkanie, zanim zasiedli do pachnącej kolacji i zanim wrócili, poprzez ciszę będącą ostrzeżeniem przed tym, co jeszcze miało się zdarzyć.
Brzęczenie kluczy wywołało kolejne wzdrygnięcie, dźwięk otwieranego zamka zdawał się krzyczeć, iż kolejny krok jest niczym wstąpienie w paszczę samego lwa. Robiła to regularnie, każdego popołudnia i wieczoru i można by nazwać ją ryzykantką, gdyby nie to, iż nie miała wyboru. Światło lampki odbijające się w białych, czystych meblach, oślepiło ją tak, iż na chwilę zmrużyła oczy, mając nadzieję, iż gdy znów je otworzy, coś ulegnie zmianie. Niestety, wszystko było tak samo, ten sam mężczyzna wypełniający kieliszek krwistą czerwienią, ta sama kobieta, posłusznie stojąca w swoim miejscu, pytająca samą siebie czy jest gotowa. Nie była, nigdy nie potrafiła, choć przecież znała to wszystko na wylot. Żadna sekunda nie była już zaskoczeniem, a ona czuła się tak, jakby za każdym razem odtwarzała to samo nagranie. Zdjęty przez chwilą płaszcz spoczął rzucony niedbale obok jasnych poduszek, niewielka torebka zajęła miejsce tuż obok, niczym goście w teatrze, gotowi obejrzeć przedstawienie, które lada moment miało się zacząć. Jeszcze jeden łyk, utkwione w jej twarzy spojrzenie, które nie potrafiło przerazić jej tak jak kiedyś. Odwzajemnione, z płonącą w jasnych oczach nienawiścią, która była zbyt słaba, aby walczyć o wolność. Jak uwięziony w klatce ptak ze złamanym skrzydłem szarpała się coraz mocniej, zdając jeszcze większe rany.
- Konkretnie co masz na myśli? – nie była głupia, dobrze wiedziała, czym zasłużyła sobie na chłodny ton i spojrzenie, które być może miało zwiastować nadchodzącą tragedię. Nie zamierzała jednak z taką łatwością po prostu mu ulec, przyznać się do swojego błędu i przyjąć na siebie karę bez choćby odrobiny walki o resztki godności, które starała się gromadzić po kątach mieszkania i przechowywać jakby w nadziei, że kiedyś jeszcze uda jej się odbudować to, co rozpadło się niczym domek z kart. Tak samo nie zamierzała mówić w jego języku, szorstkim i nieprzyjemnym, który pozostawiał po sobie spierzchnięte wargi i wysuszone gardło, a jednak sam nie potrafił wyrządzić za wielkiej szkody. Bo czymże były słowa w obliczu tego wszystkiego, co miało ją spotkać?
Stała bez ruchu, zupełnie jak porcelanowa lalka i tak też się czasem czuła. Przestawiana z kąta w kąt, czasem, ku niezadowoleniu właściciela rzucana o ściany, a innym znów razem przystrajana w piękne sukienki i zabierana na wystawne kolacje. Nie ruszyła się nawet wtedy, gdy Fabien zrobił kilka kroków w jej stronę, zatrzymując się na tyle blisko, iż mogła wyczuć zapach papierosów i alkoholu, jak zawsze silny i duszący, drażniący jej nozdrza. Niemiecki akcent ranił jej uszy, owijał się wokół niej niczym wąż, zaciskając się coraz mocniej, pozbawiając oddechu, szykując swoją ofiarę na ostateczny atak. Wpatrywała się w jego ocz, ziejące przerażającą pustką, która jednak nie potrafiła już jej wystraszyć. Czasy spuszczania wzroku i unikania jego spojrzenia już dawno minęły. Pogrążona w zupełnym milczeniu czekała na odpowiedni moment, starając się odgrywać przydzieloną jej rolę najlepiej jak potrafiła zabawiając martwą publiczność i budując odpowiednie napięcie.
- Jak gdyby moje zdanie kiedykolwiek cię obchodziło – uniosła nieznacznie kąciki ust w górę, wkładając całą siłę w dźwięczny odgłos wypowiadanych w języku francuskim słów, starając się przełamać szorstkość niemieckiego głosu i udowodnić, iż jest jedna rzecz, której nie jest w stanie jej odebrać.
Nie była małpką w zoo, nie zamierzała tańczyć do jego muzyki i wykonywać sztuczek, kiedy tego wymagał. Jej głowa pochłonięta była myślami krążącymi między półkami w bibliotece, zaglądającymi przez szpary pomiędzy książkami, siadającymi przy drewnianym, lekko chwiejnym stoliku i szkicującymi na niewielkiej karteczce swoje życzenia – Może powinieneś – wyzywający ton wyrwał się z jej ust, gdy ściskała dłoń na zwisającym luźno materiale sukienki. Nie czuła strachu, już (a może jeszcze?) nie. Nie kiedy sama, drobnymi krokami i jak najbardziej świadomie zaczynała go prowokować – Choć to szaleństwo, lecz jest w nim metoda – wiedziała, iż to nie ona była szalona, gdy ostrożnie dobierała słowa cytatu i gdy nawiedzające ją myśli, słyszane w uszach szepty ciemności i głosy przeszłości sprawiały, iż zaczynała tracić grunt pod nogami, a ściany zbliżały się coraz bardziej, gotowe w każdej sekundzie wykonać ostatni ruch, zgniatając ją całą niczym nic niewartą kartkę papieru. Szaleństwo widziała wszędzie wokoło i czasem miała wrażenie, iż jest jedyną osobą potrafiącą zachować swe zmysły. Choć czy tego samego nie przyznałby również szaleniec?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Nie Paź 23, 2016 5:48 pm

Mrok, milczenie i karykatura małżeństwa, która wydawała mu się mroczną pozostałością po dawnych, barbarzyńskich i ciemnych epokach, reliktem przeszłości, dla której nadeszła już pora, by wreszcie znikła ze świata. Daleko mu było do dopisywania cichemu, pogrążonemu w milczeniu miastu ukrytych znaczeń. Nie urzekała go poetyckość opustoszałej nocy, skutych trwogą serc i kłębiącego się w umysłach strachu. Z wnętrza mieszkania nawet urokliwa mżawka traciła na wartości, irytując jedynie dotkliwością, z jaką oblepiała i tak wilgotny świat – z zachodzących zmian interesowała go wyłącznie potrzeba zapalenia kolejnego papierosa, która narastała z każdym kolejnym oddechem. Dłoń instynktownie powędrowała ku kieszeni spodni, by w zetknięciu z materiałem napotkać dotkliwą pustkę – paczka wraz z zawartością została w marynarce, zbyt daleko, by Eberhart wycofał się w stronę fotela.
To byłoby swego rodzaju kapitulacją.
Chłodne, obce mieszkanie w ciemnym, obcym mieście przytłaczało zmysły znikomością bodźców – do ciała docierały wyłącznie echa toczonego gdzieś w oddali, lepszego życia. Życia, które, choć znajdowało się na wyciągnięcie ręki, było dla Fabiena nieosiągalną sferą sacrum. Życia, które mogli posiąść, gdyby tylko nie zawinił kapryśny los…
… i ona.
To ona była wszystkiemu winna.
Gorzki posmak zbyt długo hamowanych emocji po raz kolejny wezbrał w ustach, zabijając bogaty bukiet alkoholu oraz dymną naleciałość wypalonego kilka minut wcześniej tytoniu. Tym razem nie próbował oszukiwać własnych zmysłów i w pełni zaakceptował świadomość wściekłości, która przez cały wieczór nabrzmiewała w nim jak czyrak, aby w końcu osiągnąć granice wytrzymałości… a następnie pęknąć. Niechęć, złość, poirytowanie – wszystko to było u Fabiena odmianą dobrego humoru, który poprzez obelgi, oburzenie, barwne epitety i unoszenie ręki wyrażał radość istnienia, apetyt na życie, pragnienie, by wydrzeć innym lub nicości swój kawałek tortu. Jakaś część jego jestestwa wiedziała, że mężczyźnie – zwłaszcza mężczyźnie pokroju Eberharta – nie przystoi okazywać słabości, nawet tej osłoniętej woalem fikcji, skrzętnie ukrytej za drzwiami mieszkania, zamkniętej w czterech ścianach z oknami spozierającymi na Wieżę Eiffla. Dość miał buntu żony, która – jak każda uprzedmiotowiona kobieta – poczuwała się do obowiązku jawnego oporu. Czym jednak były dla Fabiena odważnie rzucane spojrzenia, naumyślne nadużywanie francuskiego i te mierne, słabe, żałosne próby ratowania resztek godności, które topniały wraz z ostatnimi spłachetkami marcowego śniegu?
Stanowiły ledwie zgrzyt na torach codzienności; były jak wagoniki pędzące na spotkanie z grubym, chłodnym murem obojętności, czasami przypominały natrętne bzyczenie muchy tuż nad uchem – na Flavie, zupełnie jak na owada, wystarczyło podnieść rękę, by zamilkł i dał odpocząć nadszarpniętej cierpliwości. Rutynowość małżeńskiej niechęci jedynie od czasu do czasu przetykana była gładkimi, zdumiewająco delikatnymi gestami, które w mniemaniu Fabiena stanowiły swego rodzaju system nagród.
Wystarczyło, by na kolacji, na oficjalnym bankiecie, w muzeum, teatrze, operze lub ambasadzie Flavie wyglądała olśniewająco – co z jej ciałem, z jej urodą, z jej piersiami skrytymi pod materiałem drogiej sukni nie było trudne – by Eberhart nagrodził ją współmiernie do zasług. Pelisy z co bardziej miękkich zwierząt futerkowych i biżuteria, zwłaszcza jeśli wcześniej należały do żydówek, nie były drogie – a przynajmniej stanowiły towar bardziej powszechny od małżeńskiej łagodności Fabiena, który w tej chwili z niechęcią myślał o podłużnym, wykładanym aksamitem pudełeczku bezpiecznie spoczywającym w półce nocnej szafki.
Dzisiejszego wieczora wymagał od Flavie jedynie odrobiny rozmowności, ogłady bądź zwykłej uprzejmości wobec pani domu – niewiele za cenę naszyjnika z pereł. Wystarczyłoby kilka niezobowiązujących słów, drobnych, choćby kłamliwych pochlebstw, cienia uśmiechu, by zaspokoić konwersacyjny głód gospodarzy. Drobnostki, błahe epitety, pozbawione szczerości gesty – dokładnie tyle potrzebowało ich małżeństwo, aby uniknąć batalii, którą mieli stoczyć po powrocie do mieszkania, na samym środku pogrążonego w półmroku salonu po raz kolejny mającego posłużyć za pole bitwy. Starcie o przesądzonym z góry wyniku stanowiło uciążliwy przerywnik w drodze do sypialni i mogłoby mieć zupełnie inny przebieg, gdyby Flavie nie postanowiła…
Milczeć.
To, co gnieździło się w jej umyśle – namysł, zaduma bądź te idiotyczne, ulotne, kłamliwe cienie przeszłości – sprawiło, że Fabien stopniowo tracił umiarkowanie dobry humor, aby już pod koniec kolacji zmuszać drętwiejące z wściekłości usta do uśmiechu. Jeszcze w drodze do  Diefenbacha mógł bez problemu wyobrazić sobie, jak po spotkaniu zabiera Flavie na spacer cichymi deptakami  Paryża, jak pozwala jej podziwiać oczyszczone, wybawione przez niemiecką armię miasto, jak wspólnie wracają do mieszkania. Mógłby być wtedy mężem, którego zazdrościłaby Flavie każda Paryżanka – człowiekiem, jakiego pamiętała ze swojej pracowni, tym uprzejmym, żywo zainteresowanym nią mężczyzną, kimś, kto wziąłby ją za rękę jeszcze przed wejściem do kamienicy i zaciągnął w to ciasne, zaciemnione miejsce między załomem drzwi oraz schodów. W przejawie uznania, nagrody bądź iluzji szczęścia pocałowałby jej włosy i najpewniej nawet nie zauważyłby, kiedy dzieląca ich przestrzeń stałaby się gęsta i skwiercząca, i choć Fabien powtarzałby sobie w duchu, że to nierozważne i nierozsądne, mógłby zagłębić się w tym rozgorączkowanym, obłąkańczym powietrzu, żeby wniknąć w usta i pod skórę własnej żony.
Tyle, że ona wolała milczeć – a za milczenie Eberhart nie przewidywał nagród.
- Konkretnie to, że jesteś głupią Schlampe, która nie uczy się na błędach.
Urokliwość snutej wizji rozmyła się pod wpływem gniewnego, chrapliwego tonu, który wyrwał się z jego gardła – unosząc do ust szklankę, wciąż potrafił wyobrazić sobie, jak zatapia usta w szyi Flavie, dźwiga ją, jakby nic nie ważyła, i opiera plecami o ścianę, lecz po kolejnym łyku alkoholu skutecznie pozbawił własny umysł naiwnego mirażu.
W tej chwili pragnął jedynie rzucić nią o ścianę na tyle mocno, by osunęła się na podłogę ze szlochem. Pośród narastającej, spuszczanej ze smyczy złości nie zauważył nawet, że szklanka jest pusta – od dobrych kilkunastu sekund obracał w palcach puste naczynie, wpatrując się we Flavie tak, jakby ona również stanowiła jedynie pustą skorupę. Coś, co można uszkodzić i nie żałować stłuczonego żebra bądź pękniętej czaszki. W pewnym momencie, jakby pod wpływem kolejnej porcji słów wypowiadanych po francusku, Fabien niósł brew, ale minimalnie i bardzo szybko, dokładnie tak, by później nie mogła mu zarzucić, że naprawdę to zrobił. Wciąż z pustą szklanką w ręce zbliżył się do gramofonu, by chwilę później ustawić i opuścić ramię instrumentu – igła dotknęła obracającej się płyty i w tym samym momencie ciszę wypełniła wagnerowska Uwertura Fausta.
- Jeśli skaczesz tak wysoko, jak nisko upadasz… - puste naczynie stuknęło cicho o blat szafki, kiedy Fabien odłożył szklankę tuż przed powrotem w stronę żony. Tym razem jednak nie zachował odległości dwóch kroków i nim Flavie zdołała odruchowo się cofnąć, Eberhart dotknął dłonią jej policzka. - … to może rzeczywiście kryjesz w sobie potencjał, którego nigdy nie potrafiłem dostrzec.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, gdy kciukiem pogładził miękką, nieskazitelną skórę policzka żony – opuszek palca zatoczył lekkie kółko tuż pod jej lewym okiem, po czym przesunął się powoli w stronę skroni. Dłoń Fabiena już wplątywała się w złote włosy Flavie, niestrudzenie i z uporem przeczesując miękkie pasma palcami, które zatrzymały się tuż nad karkiem kobiety.
-A jeśli tak jest, to bez trudu zapamiętasz jedno.
Szarpnięcie nastąpiło nagle, choć sama Flavie nie mogłaby nazwać go niespodziewanym – chyba od początku przeczuwała, że gest Fabiena nie jest nagłym przejawem czułości, że zbyt wiele w nim przewidywalności wyniesionej z poprzednich razów. Eberhart wplątał palce w jej włosy na tyle mocno, aby bez wysiłku pociągnąć głowę żony do tyłu, w ledwie jednym, silnym szarpnięciu zmuszając ją do odchylenia się w łuk.
- Żadnego Shakespeara pod moim dachem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Czw Paź 27, 2016 12:06 am

Światło lampki zdawało się odbijać przerażającym blaskiem od czystych, białych mebli, a Flavie miała wrażenie, iż prześwituje przez nią na wylot. Biała niczym pergamin skóra ostatnimi czasy przeorana była jedynie dość mocno widocznymi żyłami, które rozprowadzały gęstą, ciemnoczerwoną krew po całym jej organizmie. Czasem wodziła delikatnie opuszkiem palca wzdłuż rysujących się pod jej cienką skórą wstęg, zdając sobie sprawę, jak kruche i delikatne jest ludzkie ciało. Jak łatwo jest je tak po prostu zniszczyć, zamienić w pył, rozbić na drobne kawałki, które nawet poskładane już nigdy nie utworzą tego, czym były pierwotnie. Wystarczyłoby jedno pociągnięcie noża w odpowiednim miejscu, chwila bólu za całą wieczność spokoju i, tak naprawdę, błogiej nieświadomości.
Ale czy było warto?
Nie była pewna, czy byłaby w stanie umrzeć z własnej woli, skoro przez większość swojego czasu i tak czuła się martwa. Niczym duch, zawieszony gdzieś w ciemnej, przerażającej przestrzeni między życiem a śmiercią, między tym, co prawdziwe, a tym, co stanowiło jedynie wytwór jej wyobraźni i tą starą piosenkę z przeszłości, której słów już dawno zapomniała, ale której melodia wciąż tkwiła w jej głowie, prowadząc ją spokojnie długim korytarzem, odrywając jej umysł od niepotrzebnych zmartwień i sprawiając, iż czasem stawała się bierna na to, co działo się dookoła. Zupełnie tak, jakby ktoś przywiązał jej sznurki do wątłych nadgarstków i z góry niczym kukiełką sterował każdym jej ruchem. A ona czasem na to pozwalała, ponieważ nie miała już siły szarpać się i walczyć, mając poczucie, iż wszelkie jej czyny prowadzą donikąd.
Dlatego czasem wcielała się w swoją rolę, przybierała na twarz piękny i czarujący uśmiech, bawiła inteligentną rozmową i obrzucała komplementami, pozwalała mu trzymać jej dłoń i obejmować w dość delikatnym uścisku. Mogła grać szczęśliwą, ponieważ doskonale pamiętała, jak wyglądało szczęście, choć nie pamiętała już, kiedy ostatni raz czuła się tak naprawdę. Teraz wszystko zdawało się skryte za gęstą, mleczną mgłą. Głosy ludzi dobiegały do niej jakby z oddali, kontury stawały się rozmazane, a ona oddalała się coraz dalej i dalej, będąc jednocześnie w swoim mieszkaniu jak i gdzieś daleko od niego, w Paryżu, ale i poza jego granicami, we własnym ciele, ale jednak nie do końca obecna. Każde słowo i gest, bez względu na to czy wyuczony i wymuszony, czy też naturalny i dość spontaniczny, wypływały z jej ust, choć wcale nie czuła się tak, jak gdyby była w stanie nimi poruszyć. Była sobą, ale jednocześnie była kimś innym. Wieloma wersjami siebie, przeznaczonymi dla innej widowni i zupełnie innych oczekiwań. A gdy myliła się w kwestiach, gdy scenariusze zaczynały przeplatać się ze sobą i wirować niczym w zwariowanym kalejdoskopie, ona była tą, która ponosiła tego wszelkie konsekwencje. Wady ludzkiej natury, zmienne nastroje, złamane serce, urażona duma i zdeptana ciężkimi, wojskowymi butami godność sprowadzały na nią postępujący po sobie łańcuch katastrof, który prędzej czy później musiał zostać przerwany. W ten czy inny sposób. W życiu, lub w śmierci. W uśmiechu lub łzach, w smutku lub radości. Gdy na chwilę zaczynała być sobą, tą, która wydawała się jak najbardziej zbliżona do osoby, którą była przed laty, dochodziła do wniosku, iż ta część jej osobowości nie jest warta najmniejszej uwagi, a mimo wciąż do niej wracała, rozpoznając po kolejnych siniakach i krwawiących ranach, po podkrążonych oczach i trzęsących się dłoniach. Ta osobowość, zwinięta w kłębek gdzieś na końcu długiego, ciemnego tunelu, podnosiła się, otrzepując brud z rozdartej sukienki, przeczesując palcami miękkie, jasne włosy, brała głęboki oddech, napełniając płuca potrzebnym powietrzem i raz po raz parła do przodu, igrając z losem i prowokując ziejącego gorącym ogniem smoka. Była słaba i każdy dzień coraz bardziej pozbawiał jej sił, jednak nauczyła się już grać silną i odważną na tyle, iż wierzyła, że z czasem właśnie taka się stanie. Może nie koniecznie silna, ale odporna, potrafiąca unieść ciężar spoczywający na jej barkach, jednocześnie nie pozwalając, aby za bardzo przygniatał go do ziemi.
Blask lampki zdawał się docierać w każdy zakątek pokoju, stanowiąc z pewnością jeden z nielicznych, jasnych punktów na pogrążonej w mroku nocy mapie Paryża. Ludzie, uśpieni kolejnym, męczącym dniem, uciekali od swoich zmartwień, na kilka godzin udając, że wojna nie ma znaczenia. Wpatrując się w jego ciemne oczy nie potrafiła jednak dostrzec odbicia żółtawego światła, zupełnie tak jak gdyby były zbyt czarne i pogrążone w pożerającej go stopniowo złości, aby w jakikolwiek sposób mogły się rozjaśnić. Nie potrafiła dostrzec pośród tej ciemności jaśniejących na niebie gwiazd ani jej własnych, jasnych oczu, które teraz z takim uporem wbijały swoje spojrzenie w jego twarz, nie zamierzając odwrócić go ani na moment. W oczach człowieka, z którym dzieliła jedno mieszkanie i jedno łóżko, u którego boku stawiała się na ciągnących się cały wieczór kolacjach, widziała jedynie przerażającą, czarną otchłań, która być może odzwierciedlała i jego duszę i serce. Tak samo puste, martwe, pozbawione ciepła i jakichkolwiek skrupułów.
Wiedziała, że słowa potrafiły ranić tak samo jak czyny, w końcu doświadczyła tego już wcześniej z ust człowieka, którego w swoim życiu kochała najbardziej. Obserwowała, jak w ciągu krótkiej chwili, jednego mrugnięcia, wszystkie dawne uczucia zaczynają usychać niczym najpiękniejsze kwiaty, pozostawiając po sobie duszący, nieprzyjemny zapach, będący odwrotnością tego, co kiedyś żyło i kwitło, swoim pięknem zarażając wszystko dookoła. Jej ojciec ranił ją najbardziej, gdy mówił, iż brzydzi się jej twarzą, która każdego dnia przypominała mu o utracie ukochanej żony. Ranił ją, gdy każdego wieczora, otoczony odorem alkoholu obdarzał ją najgorszymi przekleństwami, jakie szesnastoletnia dziewczyna mogłaby kiedykolwiek usłyszeć. Przełykała słone łzy, zaciskała zęby, odgradzając się grubą ścianą od jego głosu i pomagając położyć się w łóżku, aby następnego dnia powtórzyć zupełnie ten sam schemat.
Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Słowa jej męża zdawały się uderzać w nią, ale tak naprawdę do niej nie docierając, zsuwając się po gładkich ścianach klosza, w którym była zamknięta. Słyszała to wszystko już wcześniej i spodziewała się usłyszeć to znowu, jutro, pojutrze, za tydzień. Nie znaczył dla niej nic, nie miał żadnej wartości, tak samo jak obelgi i wyzwiska, które już dawno straciły swą moc. Z pozbawioną jakiekolwiek wyrazu twarzą, stała tym samym miejscu, nieustannie wbijając w niego spojrzenie zmęczonych oczu, z zaciśniętymi w wąską linię ustami. Czasem pragnęła, aby ktoś wyrwał z jej ust język, aby już nigdy nie musiała do niego przemawiać, aby jej milczenie miało jakikolwiek powód, który zapewne i tak nie byłby wystarczający.
W pewnym momencie do jej uszy dotarła głośna muzyka. Przymknęła lekko powieki, dobrze wiedząc, czego ma się spodziewać. Nie potrzebowała do tego sączących się z gramofonu wagnerowskich nut. Znała ten schemat i gdyby mogła, przyspieszyłaby wszystko do momentu, w którym będzie po wszystkim, gdy znów zwinie się na połowie tego samego, chłodnego łóżka, obejmując dłońmi kolana i z otwartymi oczami czekając, aż ciężki oddech śpiącego obok mężczyzny się uspokoi, a ona będzie mogła spędzić kolejną, bezsenną noc, aby nad ranem niepozornie wślizgnąć się z powrotem na swoje miejsce, zaczynając kolejny dzień tak, jakby poprzedni wieczór był jedynie złym snem. Sny nie pozostawiają jednak znaków ani na skórze, ani na duszy.
Dotyk dłoni na jej policzku był tak nagły, iż poskutkował delikatnym drżeniem jej ciała. Musiała siłą powstrzymać pragnienie odwrócenia wzroku gdzieś na bok lub zaciśnięcia z całej siły powiek, nie chcą patrzeć na znajdującą się tak blisko niej twarz, która napawała ją nie tyle strachem, co obrzydzeniem. Ten gest był gorszy od zwykłego uderzenia, budował jedynie napięcie przed tym, co miało się wydarzyć, gdy wplatał dłoń w jej włosy, a ona starała się przygotować na to, co za chwilę miało nastąpić. Nagłe szarpnięcie wyrwało z jej gardła stłumiony przez zaciśnięte zęby syk bólu, gdy boleśnie odchyliła się w tył. Odetchnęła głęboko, dobrze wiedząc, że to dopiero początek.
- Twoim dachem? – zapytała lekko drwiącym tonem. Jedyną osobą, którą mogła winić za przebieg całego wieczoru była tylko i wyłącznie ona. Na własne życzenie popychała to wszystko coraz mocniej. Nie do końca to rozumiała. Wszystko mogło wyglądać inaczej, gdyby nie jej lekkomyślne gesty i słowa, która w żaden sposób nie łagodziły zachowania jej męża, a zapewne jeszcze bardziej wyostrzały jego apetyt. Najwyraźniej lubiła jednak pchać się w płonący ogień, mając świadomość, iż tak naprawdę w życiu niewiele miała już do stracenia. Decydowała się więc zaryzykować wszystko co posiadała – własne życie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Wto Lis 01, 2016 8:48 pm

W długich, jasnych włosach tańczyły złote refleksy – przy każdym ruchu głową pełgały z jednego, gęstego pasma na kolejne, z pozoru zupełnie bez celu, bez planu, bez jakiejkolwiek konsekwencji, on jednak potrafił dostrzec ich zamiar, przewrotną celowość, która nadawała wyblakłej, pozornie pozbawionej wyrazu twarzy swoistego blasku i zaklinała w dużych oczach iskry życia. Fabien nigdy nie zastanawiał się nad konsekwencjami tego, czego dopuszczał się w czterech ścianach mieszkania – na dobrą sprawę nie zastanawiał się wcale, zbyt podatny na kobiecą urodę i nazbyt oczarowany subtelnością, jaką Flavie – pomimo usilnych starań, by tego nie robić – wypełniała skąpany w blasku lampy salon. Ich małżeństwo miało w sobie coś z nieuchronności przeznaczenia, w oczach Eberharta stanowiło przykład idealnej równowagi. Takiej, która wyznaczała sens, takiej, która zamykała się w pewnych szablonach zachowania, w ciągach przyczynowo-skutkowych, w spoiwach długiego łańcucha wydarzeń: gdzieś ginie człowiek, gdzieś natychmiast rodzi się nowy, zło i dobro, śmierć i życie, szczęście i nieszczęście to końce tego samego kija. Pierwszym wyznawcą równowagi był sam wielki Arystoteles, zwany filozofem złotego środka, ale to Fabien był wyznawcą najbardziej zagorzałym – dla niego każde słowo, gest, spojrzenie, grymas ust wiązało się z nieuchronnymi następstwami.  Takimi, które nie zawsze musiały być przyjemne – dlatego tym bardziej dziwił go upór, z jakim Flavie parła w objęcia nieuniknionych konsekwencji. Ich małżeństwo nie było grą bez reguł i widocznego sensu, nie było przypadkowym starciem dwóch przeciwstawnych sił. To nie była zabawa, choć Fabien czasami mógł sprawiać wrażenie niemowlęcia, które nieustannie wyrzuca grzechotkę na ziemię – tyle, że tej analogii grzechotką była Flavie. W zachowaniu Eberharta tkwiło zbyt wiele rozmyślnej, iście diabelskiej złośliwości, by nie dostrzegać pewnej… monotonii? Zupełnie, jakby działał wobec dokładnie opracowanego wzorca, matematycznego algorytmu, który odpowiada za uczucia, reakcje i decyzje. Religijne systemy, filozoficzne teorie, prawne kodeksy, wszystko to było dla niego protezą sensu, czymś, co stworzono z wyrachowania i egoizmu, choć czasem także z powodu zagubienia. Kierując się chłodnym racjonalizmem, ustawiał sobie świat – robił wszystko, by szarości dnia codziennego nadać kolorytu, by chaos, w jakim żyła większość ludzi, nie wkradł się do jego pieczołowicie pielęgnowanej rzeczywistości.  
Nawet przez moment nie dopuszczał do siebie myśli, że życie, które pragnie prowadzić, jest ledwie imitacją – zupełnie jakby chciał skopiować dzieło mistrza, nie mając ku temu talentu, środków i predyspozycji. To, co pragnął wokół siebie wybudować: rodzinę, idealną żonę, ładne mieszkanie, karierę, było jedynie złudzeniem, domkiem z kart, który groził runięciem przy najlżejszym podmuchu niepomyślności. Im większe były jego starania, tym bardziej rzeczywistość rozmijała się z wizją architekta – zaczynał nienawidzić tego miasta, tych czterech ścian, tej kobiety, którą kiedyś naprawdę gotów był pokochać. Ich życie było dokładnie takie, jak to mieszkanie: schludne jak obóz koncentracyjny. Jak domek zamieszkany przez lalkę. Żadnej przypadkowości, żadnego polotu. Doskonała bezosobowość. Z biegiem czasu Flavie również stała się bezosobowa – wyzuta z emocjonalności, mdła, wiedziona porywami głupiej, naiwnej przekorności zasługiwała jedynie na pogardę, która wzbierała w Fabienie na nowo za każdym razem, gdy pomyślał o jego utraconym dziecku. Wszystko to wzięte razem i każde z osobna sprawiało, że stalowe nerwy Eberharta rdzewiały – z jednej strony orędownik ładu, z drugiej — wolał mimo wszystko chaos od przebrzydłej obojętności, jaka między nimi panowała. Przestał łudzić się, że zdoła wykrzesać z własnej żony coś ponad budzącą pusty śmiech niechęć, nawet jej próby zebrania się w sensowną całość z dnia na dzień stawały się coraz bardziej karykaturalne. Do niedawna towarzystwo Flavie na salonach stanowiło przyjemne uzupełnienie sylwetki, którą kreował Fabien: on stanowił alegorię niezwyciężonego, niemieckiego narodu, ona – podbitego kraju, skazanego na łaskę triumfatora. Patetyczny symbolizm napełniał go dumą tak długo, jak długo jego żona wypełniała swoje obowiązki; nie sądził jednak, że równie proste zadanie przerośnie ją tak prędko. Wyrozumiałość Eberharta topniała z każdym momentem milczenia podczas prywatnej kolacji, by zniknąć zupełnie tuż po przekroczeniu progu ich mieszkania – gdy sięgał po alkohol, nie było w nim niczego więcej ponad wściekłość… choć nawet ona była niczym wobec obezwładniającej nienawiści, którą czuł teraz tak, jak czuje się smród rozkładającego się od dawna organizmu. Od wczesnego dzieciństwa był empatykiem z bożej łaski, smakował aury otaczających go ludzi jak wyszukane potrawy – danie, które teraz zaserwowała Flavie, nie mogło przypaść mu do gustu. Mieszanka buty, przekorności, niechęci, tłumionej wściekłości, rezygnacji, wszystko to było jak kompozycja nadgniłych warzyw, zepsutego mięsa i skwaśniałego wina. Mało istotne, jak mocno jego żona wypierała się własnej osobowości: oboje byli empatycznymi mordercami, zabijali bezszmerowo i bezśladowo. Zabijali samą swoją trującą obecnością, samym sposobem bycia.  Tkwiło w nich więcej podobieństw, niż byli gotowi przyznać – na całe szczęście posiadali jeszcze więcej różnic. I tak oto, gdy Flavie przestawała słuchać i słyszeć, gdy zapatrywała się na rozległą panoramę miasta bądź na fragmenty roztrzaskanej w drobny mak przeszłości, Fabien bawił się w Boga.
Pod tym dachem to on decydował, co jest dobrem a co złem, co jest czernią a co bielą. To była jego obsesja, obsesja człowieka, który może wszystko. W jakiż inny sposób można dowieść swej potęgi? Przed sobą, przed nią, przed całym, wykreowanym przez siebie światem pragnął udowodnić, że osobowość człowieka można zaprogramować za pomocą odpowiednio zaaranżowanych życiorysów, za pomocą karnej powtarzalności, za pomocą dokładnie opracowanych ciągów przyczynowo-skutkowych. Zasady były dziecinnie proste: kiedy Flavie grała według jego reguł, mogła oczekiwać nagrody, wystarczyło jednak, by złamała jedną, dowolną zasadę, a…
Uderzenie nie było mocne – zadane na odlew, jakby od niechcenia, na swój sposób niedbale. Dłoń doskonale wiedziała, jaką drogę obrać, jak wysoko się unieść, pod jakim kątem uderzyć, by z wzniosłym dostojeństwem opaść na bladą i, nawet w tej bladości, wciąż piękną twarz. Kompozycję Wagnera przerwał ten charakterystyczny, głuchy dźwięk, który towarzyszy dłoni zderzającej się z policzkiem – tym razem głowa lekko odskoczyła w bok, choć Fabien nawet na moment nie poluźnił uścisku drugiej ręki, którą wciąż zaciskał na włosach Flavie.
Przez moment mógł poczuć się jak artysta – na dotychczas bladej skórze pojawił się podłużny, z każdą chwilą nabierający na intensywności ślad, będący jak rozbryzg farby na białym płótnie. Doświadczenie podpowiadało mu, że pręga zniknie za niecałą godzinę, pozostawiając po sobie wyłącznie fantomowy ból – a przecież wystarczyło, by włożył w uderzenie odrobinę więcej siły i precyzji, by pozostawić żonie pamiątkę po tej rozmowie.
Zabawa w Boga.
- Moim dachem z moimi zasadami. Sama znasz je najlepiej – w jego słowach tkwił lodowaty spokój, który nie stopniał nawet wtedy, kiedy ich spojrzenia się ze sobą splotły. Czarne czeluści oczu Fabiena paraliżowały głębią, wciągały w szaloną grę – nawet wargi w końcu rozszerzył wątły, ironiczny uśmieszek.
- Wielka szkoda, że w trakcie kolacji nie byłaś równie rozmowna – wciąż wymawiał ostatnie słowo, gdy jego dłoń nagle poluźniła uścisk, uwalniając złote pasma z więzienia zaciśniętych palców. Fabien cofnął rękę, nie odstąpił jednak od Flavie nawet na krok; przez moment po prostu przypatrywał się jej w milczeniu, by w końcu skinąć lekko głową, zupełnie jakby przytakiwał słyszanemu tylko przez siebie głosowi.
- Do sypialni.
Zadziwiające, jak w dwóch krótkich słowach potrafił zawrzeć znużenie, stanowczość i wciąż gorejącą wściekłość – nie pozostawił tym samym Flavie wyboru, wciąż odgradzając ją od drzwi i stawiając w jej stronę kolejny krok. Odległość między nimi stopniała do minimum, mogła być liczona nie w centymetrach, lecz milimetrach; Fabien czuł zapach jej perfum tak intensywnie, jak ona czuła woń alkoholu i wypalonego papierosa... i agresji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Pon Lis 07, 2016 11:37 pm

Minuty zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Ten jeden wieczór wydawał się dłuższy niż wszystkie poprzednie, które miała okazję doświadczyć w całym swoim życiu. Czas przeciekał leniwie jak gęsta smoła przez ramy okien, szpary w drzwiach i dziurki od kluczy, pokrywając podłogę, ściany, meble, oblepiając jej kostki i wspinając się coraz wyżej, po łydkach, aby wkrótce dosięgnąć jej twarzy. Miała wrażenie, że utonie w odliczanych w głowie sekundach, w cichych liczbach, które szybko przesuwały się wewnątrz jej umysłu. Wiedziała jednak, nawet za dobrze, iż to byłoby po prostu za piękne.
Utonąć. Zanurzyć się w głębokiej, chłodnej wodzie, która otulałaby jej ciało uderzającymi w nie falami rozbijającymi się o jej porcelanową skórę. Zamknąć oczy, wchodząc coraz głębiej i głębiej, oddając się otaczającym ją dźwiękom szumiących fal i delikatnego wiatru, który jeszcze przez chwilę, po raz ostatni, miał zatańczyć w jasnych kosmykach jej włosów, rozwiewając je dookoła. Wkrótce wszystkie dźwięki stałyby się przytłumione, docierałyby do jej uszu jak zza grubej szyby. Świat dookoła przestawał by dla niej istnieć w ten sam sposób, w który ona przestawała istnieć dla tego świata. Nie wiedziała, jak często wyobrażała sobie to właśnie uczucie, gdy zanurzała się w wypełnionej wodą wannie, zaciskając szczelnie powieki i choć na chwilę udając, że wszystko dookoła jest jedynie iluzją, złudzeniem, nocnym koszmarem, który wraz z otwarciem oczu dobiegnie ku końcu. Gdyby miała umrzeć, gdyby mogła wybrać sposób, w jaki zakończy się jej życie, chciałaby móc utonąć. Spokojnie, w zgodzie z naturą, stać się częścią wielkiej przestrzeni, zaginąć w ciemnej, zimnej otchłani.
Miała jednak świadomość, że wszystko wyglądać będzie zupełnie inaczej. Śmierć nigdy nie była ładna, nie można było jej przewidzieć czy zaplanować, tak jak spośród wielu barwnych sukienek wybierało się tą jedną, którą założy się akurat tego konkretnego dnia. Śmierć w swojej naturze wydawała się brzydka, paskudna, brudna. Była tematem, o którym nie chciano rozmawiać, nawet wtedy, gdy z każdym kolejnym dniem stawała się codziennością i rzeczywistością coraz to większej ilości ludzi.
Dla Flavie już dawno przestała być czymś, czego mogłaby się obawiać. Straciła matkę, która odeszła z jej życia niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie, pozostawiając po sobie ziejącą w sercu pustkę i wyrzuty sumienia. Pożegnała ukochanego, z którym tworzyła plany na przyszłość, przy którym czuła się bezpiecznie i swobodnie w sposób, którego nigdy więcej nie dane jej było doświadczyć. Z czasem zdała sobie sprawę, że to życie, które wiedzie, każdy kolejny dzień, każdy oddech, uderzenie serca czy mrugnięcie powieką jedynie przybliża ją coraz bardziej do czegoś, czego przecież nie można było uniknąć. Nikt nie wynalazł sposobu na nieśmiertelność, nie można usiąść ze śmiercią przy stole i rozegrać grę, w której nagrodą będzie życie wieczne. Dlaczego więc miałaby się bać, unikać stanięcia twarzą w twarz z przeznaczeniem, które dotykało każdego człowieka bez względu na narodowość, płeć czy pozycję społeczną? Dlaczego miałaby przed nią uciekać, gdy tak naprawdę nie miała niczego, co jeszcze trzymałoby ją na ziemi?
Dobrze wiedziała, że powoli zaczyna popadać w ten marazm, stan obojętności na to, co działo się dookoła. Zupełnie tak, jakby przestała być czynnym uczestnikiem we własnym życiu, a stała się jedynie biernym obserwatorem, który z trybun przyglądał się wszystkiemu, co dzieje się dookoła, nie mając własnego zdania i pozwalając, aby to inni podejmowali za nią różnorakie decyzje. Od czasu do czasu z jej ust wyrywał się słaby okrzyk sprzeciwu, próbowała potrząsnąć spoglądającą na nią z gładkiej tafli lustra kobietą o tępym spojrzeniu i pozbawionym blasku wyrazie twarzy, jednak była zbyt słaba, jej głos rozpływał się gdzieś w potężnej przestrzeni, zanim zdążył dosięgnąć uszy odbiorców, a jej dotyk przenikał zupełnie jakby była duchem, zawieszonym między życiem a śmiercią, niewidocznym dla otoczenia i nieposiadającym żadnego wpływu na wydarzenia, które miały tam miejsce.
Być może to wszystko nie było tak dalekie od prawdy, gdy w domu stanowiła jedynie cień przemykający blisko ścian, stawiający ostrożnie kroki, aby jej ruchy nie powodowały chociażby najcichszego dźwięku. I gdy czasem myślała o tym, jak wiele oddałaby za to, aby wszystko to wreszcie się skończyło, bez względu w jaki sposób, zdawała sobie sprawę z tego, iż ona sama umarła już dawno, kawałek po kawałku tracąc cząstkę siebie, własnego charakteru, własnej osobowości, która czyniła z niej osobę inną o wszystkich innych, przemierzających paryskie ulice. Kiedyś potrafiła wyróżnić się spośród tłumu, mając w sobie coś co, jak wierzyła, czyniło ją wyjątkową. Teraz jedynym, co umiała uczynić, było wpasowanie się w otoczenie, wtopienie w jasne ściany mieszkania, w tłum jednakowych, szarych i pozbawionych wyrazów przechodniów lub grono uśmiechniętych gości, którzy zdawali świetnie się bawić, na jeden wieczór zapominając, że dookoła toczy się wojna. Bo dla nich przecież ona już nie istniała, byli zwycięzcami, zdobyli to, po co przyszli, więc mogli cieszyć się swoją wolnością, siłą i potęgą, którą niczym parasol rozłożyli nad francuską stolicą, budując kopułę oddzielającą miasto od reszty Europy. Była zupełnie jak kameleon, dopasowując się do aktualnych schematów, grającą swoją rolę niemalże idealnie, jedynie od czasu do czasu wykonując drobny krok w bok, który przynosił jedynie negatywne skutki dla niej samej, a mimo to dawał jej to delikatne i złudne poczucie tego, iż wciąż ma jakąś kontrolę nad własnym życiem. Chociaż słowa już dawno ugrzęzły w jej gardle, myśli wciąż były żywe i choć niewiele mogła dzięki nim zdziałać, sama świadomość, iż nie jest zepsuta do szpiku kości pozwalała jej przetrwać kolejny dzień.
Nawet taki jak ten, w którym granie swojej roli nie wychodziło jej najlepiej, gdy sztuczne uśmiechy nie trzymały się już dłużej jej twarzy i kiedy słowa wyjątkowo nie potrafiły ułożyć się w logicznie formułowane kwestie napisane dla niej zupełnie przez kogoś innego.
Głuchy dźwięk dłoni uderzającej o gładką skórę jej twarzy zdawał się na chwilę zatrzymać rozpływającą się po pokoju muzykę, odbijając się echem od ścian, niosąc ze delikatny ból, który jak dobrze wiedziała, wkrótce miał zniknąć, nie pozostawiając po sobie ani jednego śladu. Jedynie wspomnienie, jedno z wielu, które mieszały się już ze sobą wraz z kakofonią dźwięków, słów i kolejnych nut sączącej się melodii. Głowa lekko odchyliła się w bok i w tym momencie Flavie pozwoliła na chwilę zamknąć oczy, zasnuwając wzrok absolutną, bezwzględną ciemnością. Wciągnęła głęboko powietrze, niemalże słysząc jego cichy świst, wbrew sobie znów otwierając oczy i patrząc na niego spojrzeniem jasnych oczu, które pierwszy raz od dawna nie były pozbawione wyrazu, a jedynie wypełnione tą nienawiścią, do niego, do jego kraju, do wszystkiego, co czynił nie tylko jej, ale tym wszystkim ludziom, którzy choć nie znała ich imion, byli dla niej bliżsi niż mogłaby sobie wyobrazić.
Brzydziła się wszystkim, co sobą reprezentował. Jego oczami, ironicznym uśmiechem, głosem wypełnionym niemieckim akcentem, każdym prezentem, który kiedykolwiek jej ofiarował i nawet imieniem, którego nie wypowiadała za często, zupełnie tak jakby było przekleństwem, które kaleczyłoby język i zatruwało atmosferę zupełnie tak, jak on zatruwał ją. Kiedy w końcu poluźnił swój uścisk, odchyliła głowę w tył, aby jak najbardziej oddalić się od niego dobrze wiedząc, że możliwości ma bardzo ograniczone. Z tego miejsca nie było odwrotu ani wyjścia ewakuacyjnego, każda droga, każda ścieżka, każde słowo, które postanowiła wypowiedzieć bądź też przemilczeć, prowadziło ją do jednego zakończenia. Mogła grać wraz z zasadami, potulnie przyjmując konsekwencję poprzedniego zachowania, albo wciąż igrać z losem, drażniąc go jeszcze bardziej i doprowadzając na skraj przepaści, z której spaść miała tylko jedna osoba. I z pewnością nie był to on.
Czuła wyraźnie zapach alkoholu wymieszany z dymem wypalonego papierosa, który nasączył jego ubrania, gdy zbliżył się jeszcze bardziej, nie pozostawiając jej ani skrawka wolnej przestrzeni. Czuła się jak ofiara schwytana przez drapieżnika, zapędzona w róg ze świadomością tego, co ma się za chwilę wydarzyć. Czy się bała? Oczywiście, za każdym razem tak samo, chociaż przyzwyczaiła się już do każdego rodzaju bólu, każdego dotyku i uderzenia, choć nauczyła się wyciszać swoje myśli, na jakiś czas opuszczając swoje ciało i oddalając się całe kilometry od tego mieszkania w Paryżu, nigdy nie była pewna, jak daleko posunie się tym razem. Nie było granicy, nie było żadnych barier, które mogłyby powstrzymać go przed czymkolwiek, a ona nie miała jak się obronić. Była jak źdźbło trawy, bezbronne, słabe i kruche w obliczu silnych powiewów wiatru.
- Nie jestem zmęczona – wycedziła, unosząc lekko głowę i nie odrywając od niego spojrzenia. Dobrze wiedziała, co miał na myśli, jednak starała się odwlekać to wszystko jak najbardziej się dało. Choć może nie potrzebnie, może powinna po prostu pozwolić mu robić to, co chciał, aby ta noc jak najszybciej mogła dobiec końca i pozostać jedynie kolejnym wieczorem, który będzie próbować wyrzucić ze swojego umysłu. Zaczynała zauważać jak głupia była, nie potrafiąc się bronić, a jednocześnie prowokując go jeszcze bardziej, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że nie zależy jej na tym, co się z nią stanie, bo nic gorszego ponad to, co już zdążyło się w jej życiu wydarzyć, nie może jej w żaden sposób dotknąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Sob Lis 12, 2016 5:25 pm

W takich chwilach jak ta zamiera cały świat. Rzeczywistość wypacza się, nabrzmiewa, zanurza w konserwatorskiej formalinie i zamiera tam na minutę, godzinę, rok lub całą wieczność. Boskie i ludzkie prawa przestają obowiązywać, gdy czas traci jakiekolwiek znaczenie. Liczy się wyłącznie to martwe, złowrogie tu i teraz, wyszywane grubymi nićmi wagnerowskich dźwięków i przetykane drobnymi haftami uzewnętrzniających się uczuć. Życie przestaje być realne, traci na jakiekolwiek wartości, staje się lustrzanym odbiciem samego siebie, a nawet czymś ponad, czymś zwielokrotnionym – odbiciem odbić odbić. Mieszkanie numer trzy dzisiejszej nocy istniało jakby poza światem fizycznym, stało się wyobrażeniem, wizją swoich mieszkańców, którzy posiadali zupełnie różne wyobrażenia na temat otaczającej ich rzeczywistości.
Jak więc mogli odróżnić prawdę od fałszu? Rzecz oczywista – poprzez poznanie.
Kiedy na moment cichnie szmer lodówki, słychać wyłącznie dobiegające końca takty wagnerowskiego utworu. Ostatnie dźwięki dobiegające od strony gramofonu jakby zszywały ciszę – nagle lekki podmuch wiatru, wdzierający się do wnętrza mieszkania przez uchylone okno, rozwiewa zasłony, szeleści gazetą na półce, ożywia pokój, wprawia w drżenie kwiatek w doniczce, uchodzi drugim oknem i wraca do pogrążonego we śnie Paryża. Fabien na moment zerka w stronę szyb, które odgradzały ich od realnego, prawdziwego, brnącego naprzód w czasie świata. Rozciągająca się na zewnątrz szarość przywodziła ze sobą wspomnienia, przypominała smak letnich wieczorów w prawdziwym mieście, może w Moguncji, gdzie spędził kiedyś dwa dni. Tam noc nie spadała gwałtownie, lecz łagodnie gładziła miasto, okryte woalem zmierzchu przez trzy czy cztery godziny. Mogło się wtedy zdawać, że wieczór chce dosięgnąć i musnąć brzask. Ochrypłe dźwięki jednego z wielu rozbrzmiewających dzwonów przypominały kaszel, a łagodny, drobny jak dziecięce łzy deszczyk spinał wieczorne niebo z wodami rzeki i kanałów. W tym deszczu przez ulicę przejechał tramwaj, oświetlony i pusty jak upiorny relikt dawno minionej przeszłości. Z perspektywy czasu Fabien raz za razem dochodził do wniosku, że chyba dostrzegł wtedy młodą dziewczynę, konduktorkę, pochyloną nad motorniczym, jej palce spoczywały na grzbiecie jego dłoni. Tramwaj tamtego wieczoru zniknął jednak nim Eberhart zdołał urzeczywistnić własne spostrzeżenie, i znów na świecie pozostał wyłącznie ten drobny deszczyk, tak jakby wieczorne światło nie pochodziło spoza niego, tylko z niego. Lekkie, na wpół realne kropelki łączyły się z wodną mgiełką nad fontanną na bocznym placu, której spokojną wodę podświetlano przez całą noc. Na obrzeżu fontanny drzemał pijany, niechlujny mężczyzna. Był niemłody, a siwiejąca, brudna głowa opadała mu nisko na pierś. Nogi w butach, ale bez skarpetek, zanurzył w wodzie.
Nie poruszał się.
Tamtej nocy w Moguncji cały świat zamarł w bezruchu, jeszcze nie wiedząc, nie zdając sobie sprawy z tego, że kilkanaście lat później podobna noc zapadnie nad Paryżem – tyle, że w powietrzu poza drobnym deszczem, unosić się będzie realna groza trwającej na całym świecie wojny.
Nawet w tym mieszkaniu trwał bezpardonowy, brutalny konflikt, w którym brały udział wyłącznie dwie strony – strony, które w teorii powinny być dla siebie wsparciem, sojusznikami, ostoją w trudnych czasach, okazały się jednak zażartymi wrogami. Takimi, którzy nie zamierzają ustąpić, którzy nie uznają możliwości rozejmu, którzy prowadzą pomiędzy sobą cichą, skrytą przed światem zewnętrznym wojnę. Odwieczną. Obojętną. Szklistą. Nie martwą i nie żywą. Po prostu obecną.
Fabien z niechęcią odbierał docierające do niego bodźce – jasny blask lampy, nagłą ciszę, którą spowodował zakończony utwór, spojrzenie, jakim obdarzała go Flavie i atmosferę godną stypy. Gdyby na którejś z ładnych, dopieszczonych pod każdym względem ścian wisiał barometr mierzący nastroje, odnotowałby głęboki dołek. Może nawet głębszy niż sprzed blisko dwóch lat, kiedy Francuzi złożyli broń i zgięli karki pod niemieckim butem.
Historia lubi zataczać koło.
Był zaskoczony, ale nieszczególnie zdziwiony buntem, który przejawiała Flavie; jej nagłe zrywy oporu z każdym upływającym miesiącem traciły na sile, by w końcu przybrać równie żałosną formę, co dzisiaj – nie imponowało mu ani harde spojrzenie, ani równie odważne słowa, których przecież miała lada moment pożałować. On o tym wiedział i ona o tym wiedziała, a jednak dalej parła w ślepy zaułek własnego zadufania, naiwnie sądząc, że ta noc prędko dobiegnie końca i okaże się po prostu kolejnym, wypieranym z umysłu wspomnieniem. Być może takie rozwiązanie byłoby łatwiejsze. Wystarczyło zapomnieć o gniewie, o piętnie palącej wściekłości, wystarczyło podnieść z fotela porzuconą marynarkę i samemu wrócić do sypialni, by spędzić kolejną, przesyconą lodowatym chłodem noc w apatycznie karykaturalnym małżeństwie. Mógłby to wszystko zrobić: wyjść, nie czekać na nią, zapomnieć o słowach, które rozlegały się w salonie z zapalczywością trzaskającego bicza.
Mógł, lecz nie potrafił.
Jakiś czas temu sporo o tym myślał. O tym, dlaczego jest właśnie taki – pozbawiony skrupułów i jednocześnie zdumiewająco skrupulatny w wymierzaniu swojej własnej, osobistej sprawiedliwości. Zasługi w końcu przyznał ojcu, człowiekowi, który pozbawił Fabiena przede wszystkim strachu. Przed tym, że ktoś zada mu ból i tym, że to on może go komuś sprawić. To było istotne, na swój sposób kluczowe. Nieustanne znęcanie się nad Fabienem-dzieckiem sprawiło, że odczuwanie przez niego bólu po jakimś czasie stało się czymś normalnym, z niepokojącą swobodą przyzwyczaił się do tego. Jednak sprawianie komuś bólu było czymś, co dopiero musiało z niego wyjść.
A kiedy już wyszło, nie chciało wrócić do środka.
Problem z przemocą polega na tym, że rodzi ona dalszą przemoc. To dotyczy ludzi, całych społeczeństw, a nawet krajów. Jest jak demon, którego uwalniasz, a potem nie możesz go wepchnąć z powrotem do butelki. Ale siedząc na ławie oskarżonych, nie ma sensu tłumaczyć sędziemu, że to przez ojca stałeś się właśnie taki. Nikt nie uwierzy, będą winić ciebie i tylko ciebie, będą przeklinać, kpić i szydzić, aż poczujesz się jak zwierzę w pułapce, które nie ma nic do stracenia, więc może jedynie gryźć, kąsać i zadawać jeszcze więcej bólu. Z tego obłędnego, krwawego kręgu nie było wyjścia – istniały za to ścieżki, które prowadziły do zwałów jeszcze głębszej brutalności, do miejsc, w których zatracenie się w gęstej, czarnej mazi nienawiści było wyłącznie kwestią czasu.
Już dawno przestał czuć cokolwiek do tej miękkiej, złożonej z kości, krwi i mięsa skorupy, która tylko wyglądała jak kobieta, którą na swój wypaczony, irracjonalny sposób obdarzył uczuciem. Jej zobojętnienie, jej marazm, jej mechaniczność sprawiały, że nie potrafił dostrzegać w niej człowieka, że każdy poranek u jej boku był przesyconą bólem męką. Chciał ujrzeć w tej powłoce swoją Flavie – lecz szukał jej nie takiej, jaką rzeczywiście była, lecz takiej, jaką chciał ją widzieć. Nie interesowała go jej wrażliwość, więc robił wszystko, by wyplewić z niej tę cechę. Nie obchodziła go łagodna spostrzegawczość, snute marzenia, obawy, którymi chciałaby się podzielić – pragnął stworzyć ją na nowo, od samych podwalin. Wykreować jako kogoś, kim nie była i kim nie chciała się stać, co jedynie powodowało w Fabienie uczucie zawodu.
Chciał ją zmienić i na swój sposób mu się to udało – jednak zamiast sukcesu i poczucia triumfu, odczuwał jedynie gorzkie rozczarowanie. Nie akceptował Flavie takiej, jaką była kiedyś i nienawidził jej takiej, jaką stała się teraz.
Jednak nawet przez moment nie obarczał się za to winą.
Od czasu do czasu próbował ją naprawić, zupełnie jak stary, porzucony na strychu zegar, który ma wartość sentymentalną. Z własnej woli podejmował czcze wysiłki, za każdym razem ponosząc klęskę, bez względu na to, jak wiele włożył starań w uczynienie Flavie choć odrobinę lepszą. W końcu pojął, że jego wysiłki idą na marne, ponieważ to ona nie chce się naprawić – działała na przekór niemu i na przekór ich małżeństwu, sabotowała każdą próbę Fabiena, który starał się zatrzymać pędzący w przepaść pociąg. Dziś przez krótką chwilę sądził, że może w końcu mu się uda, że Flavie zrozumiała własne błędy i zechce podjąć ostrożną współpracę, ale…
Był naiwny. Naiwny i pobłażliwy.
- Nie jesteś? Tym lepiej, cała noc przed nami – uśmiechnął się po raz pierwszy od przekroczenia progu mieszkania. Ani jej spojrzenie, ani ton głosu nie mogły obedrzeć go z poczucia triumfu, który na swój sposób już odniósł – Flavie nie miała dokąd uciec, a jej próby odwleczenia nieuniknionego właśnie dobiegły końca. Nawet fakt, że wciąż stała nieruchomo, nie mógł zbić go z tropu; na swój sposób ułatwiła mu zadanie, z czego zdała sobie sprawę w chwili, w której ponownie uniósł dłoń.
Tym razem silne palce, kierowane złością, zimne i nieustępliwe, zacisnęły się na szyi Flavie, odgięły lekko głowę w tył i naparły na nią całym ciężarem ciała Fabiena; zmusił ją do postawienia kroku w tył, jednego, drugiego, trzeciego, kolejnego, przez cały ten czas nawet na moment nie poluźniając uścisku. Znikający gdzieś z tyłu blask lampki wydłużył ich cienie, w końcu padł na zaciśniętą na gardle Flavie dłoń – palce zagłębiły się w ciele z zajadłością kąsającego węża, Fabien chwycił ją tak, jak gdyby pragnął obnażyć kryjące się pod aksamitem skóry mięso. Oboje byli pozbawieni złudzeń: ten uścisk miał pozostawić po sobie krwawe, podłużne pręgi, będące jak owijająca się wokół szyi szkarłatna wstążka, a przecież nawet nie dobiegł końca – Fabien naparł na Flavie silniej, zmusił ją do kolejnych dwóch kroków w tył, aż w końcu niecały metr od łóżka cisnął ją na miękką pościel z taką łatwością, jak gdyby była swobodnie rzucanym na mebel płaszczem.
- Jeszcze nie jest za późno, wciąż możesz zasłużyć na prezent – mówiąc to, odpiął dwa górne guziki koszuli, w ciemności dostrzegając jedynie zarys ciała Flavie, która definitywnie pozbawiona została tego, co jeszcze przed momentem było choćby czysto teoretycznie możliwe.
Stąd nie było ucieczki i sama wiedziała o tym najlepiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Sro Lis 16, 2016 7:54 pm

Na obrzeżach Paryża znajduje się jedno miejsce, które dla Flavie zawsze wydawało się specjalne, jak gdyby należało tylko do niej, nieodkryte przez jakichkolwiek innych mieszkańców stolicy czy okolicznych wsi. Kiedyś spędzała tam każdą wolną chwilę, latem mocząc stopy w wartkim, lodowatym strumyku, z notatnikiem w dłoni szkicując wszystko to, co tkwiło w jej głowie. Rozkładała na trawie koc, dzieląc się tym miejscem z jedną tylko osobą, obserwując wschody i zachody słońca nad otaczającym ich lasem czy nocne niebo usłane tysiącami złotych punkcików, które jaśniały nad nimi zdając się mrugać od czasu do czasu. Letnie, upalne wieczory i chłodne poranki stanowiły rutynę jej dnia, wypełnioną śmiechem, radością i uczuciem, które wprowadzało jej serce w niebezpiecznie prędkie bicie, zupełnie tak, jak gdyby zamiast mięśnia pod klatką z żeber uwięzionego miała ptaka, który trzepotał gwałtownie skrzydłami, pragnąc wydostać się na wolność.
Od wybuchu wojny jej stopa stanęła tam tylko raz, serce przycichło, tym razem zwalniając tempa, jakby z każdym kolejnym dniem i wydłużającym się czasem oczekiwania na listy, które w końcu przestały nadchodzić, jeden z ważniejszych organów w jej ciele zaczął usychać i obumierać.
Na pogrzebie swojego ukochanego stała w czarnej sukience, trzymając pod rękę jego łkającą matkę. Pamięta ten dzień tak, jak gdyby wydarzył się zaledwie wczoraj. Gdy zamykała oczy widziała trumnę opuszczaną do ziemi, tłum ludzi, chroniących się pod parasolami przed ulewą, która akurat tego dnia postanowiła nawiedzić Paryż. Tępym wzrokiem patrzyła na kawałek drewna, zdając sobie sprawę, iż tamtego dnia była jedyną osobą, w której oczach nie pojawiły się łzy. Płakała wcześniej, gdy zwinięta w kłębek kuliła się na łóżku swojej sypialni, zdając sobie sprawę, że wszystkie planu na przyszłość, które kiedykolwiek snuli we dwójkę, zostały rozerwane przez wybuch granatu, który rozsypał jego ciało na drobne kawałki wiele kilometrów od domu, miejsca, w którym zostało jego serce. Jednak patrząc na trumnę wiedziała, że jego tam przecież nie ma. To nie był pogrzeb osoby, którą kochała, a jedynie pusta, nic nieznacząca ceremonia, mająca uczcić jego pamięć. Być może gdyby wtedy, po raz ostatni, potrafiła za nim zapłakać, poczułaby się lepiej, wylewając wszystkie swoje emocje wraz z płynącymi po jej policzkach łzami? Zamiast tego po prostu stała, zdając sobie sprawę z tego, iż nie potrafi czuć ani smutku ani złości. W miejscu, w którym jeszcze kilka dni temu biło jej serce pozostała pusta, czarna dziura, która sprawiała, iż na krótką chwilę z jej ciała zniknęły wszelkie oznaki człowieczeństwa, zupełnie jakby przez tą ziejącą otchłań wypłynęła jej dusza, gubiąc się gdzieś po drodze, tańcząc z chłodnym, jesiennym wiatrem i już nigdy nie znajdując drogi powrotnej. Słowa pocieszenia jakby automatycznie znajdowały swe ujście, gdy przytulała przygnębioną kobietę, która nagle postarzała się o kilka lat i skurczyła w sobie na wieść o śmierci jedynego syna, a jej stopy bez jej kontroli prowadziły ją w deszczu na obrzeża Paryża i jeszcze dalej, kilka kilometrów za miasto, tam, gdzie nie docierały do niej żadne dźwięki poza rytmicznym odgłosem kropel spadających na liście drzew, szumem pobliskiego strumyka i jej ciężkim oddechem, gdy w mokrej sukience z włosami zlepionymi od deszczu siadała na niewielkim kamieniu, odtwarzając w pamięci każdą sekundę, którą spędziła w tym miejscu. Tam, gdzie stawali się najlepszymi przyjaciółmi, gdzie pracowali nad projektami na studia, gdzie odkrywali swoje wzajemne uczucia, patrząc sobie w oczy i w skrępowaniu, niezauważalnie dotykając swoich dłoni, z każdym dniem przekonując się iż to, co istniało między nimi było na tyle wyjątkowe, aby rozpłynęło się w brutalnej codzienności, w wojennej rzeczywistości, pozostawiając po sobie gorzkie wspomnienia, które po czasie wcale nie przynosiły ulgi, ukojenia czy przyjemności, a jedynie dokładały kolejną cegiełkę rozgoryczenia i bólu do zgromadzonej przez nią, dość sporej już kolekcji.
Tamtego dnia nie obchodziło ją, że strumienie wody moczą jej szczupłe ciało, gdy przez zbyt długi czas siedziała nieosłonięta nad brzegiem strumyka, pozwalając w końcu, aby słone łzy spływały w dół jej twarzy i niezauważone ginęły w kroplach wody. Nie przejmowała się obejmującą świat ciemnością, gdy nawet księżyc nie był wstanie oświetlić swym blaskiem otoczenia, ukryty za gęstymi, czarnymi chmurami, które pokrywały niebo. W końcu, jak gdyby wyrwana z transu, wyjęła z torebki niewielki notes, trzęsącymi się z zimna dłońmi przewijając jego cienkie stronice i przyglądając się dokładnym szkicom ludzi i budynków, aż jej wzrok zatrzymał się na tak dobrze znanej jej twarzy, którą każdego dnia mogła oglądać w gładkiej tafli lustra zawieszonej w łazience. Jedyny jej portret, który kiedykolwiek wykonał, jedyny rysunek, którego nigdy jej nie pokazał uważając, iż ołówek nie jest w stanie uwiecznić na materiale kartki błysku w jej oczach, który pojawiał się za każdym razem gdy kąciki jej ust unosiły się w górę w lekkim uśmiechu. Tamtego wieczoru, ucieknąwszy z rodzinnego miasta i odciąwszy się od wszystkiego, co wiązało się z jej normalnym życiem, zdołała w najlepszy sposób uczcić jego pamięć i raz na zawsze pożegnać się z jego osobą, z każdym wykreowanym wspólnie wspomnieniem i każdym planem na przyszłość, który miał nigdy nie zostać spełniony. Nie wylewając strumienie łez nad pustą trumną w otoczeniu ludzi, którzy nie znali go chociaż w połowie tak dobrze jak ona, ale w miejscu, które należało tylko do nich, pospiesznie wyrywając kartki z jego rysunkami, upuszczając je na wzmagający się wiatr i pozwalając, aby odpływały wraz z wartkim prądem leśnego strumyka. O dziwo, poczuła się lepiej. Tego jednego wieczoru, gdy niebo było zupełnie czarne, nienaznaczone przez ani jedną gwiazdę, gdy pustka w jej sercu powoli wypełniała się bolesną świadomością wszystkiego, co się wydarzyło, miała wrażenie, iż spadający na nią deszcz zadziałał na nią oczyszczająco.
Ile by oddała, aby znów wrócić do tego miejsca. Nie tylko myślami, jak to czyniła gdy nagle palce jej męża zacisnęły się wokół jej szyi, a z jej ust wyrwał się niekontrolowany, chrapliwy odgłos zaskoczenia i bólu, który w pewnym stopniu ograniczał jej dopływ powietrza. Zaraz po tym, gdy jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, który sprawił, iż całe jej ciało objął chłodny dreszcz świadomości tego, co miało się wkrótce wydarzyć. Pod wpływem siły jego ciała napierającego na nią co raz mocniej z każdą mijającą sekundą, kobieta stawiała niepewne kroki w tył, czując jak jego palce, niczym metalowa obręcz, zaciskają się coraz mocniej i boleśniej. Droga w stronę sypialni już wielokrotnie naznaczona była jej drobnymi krokami. Ta sama dłoń już wcześniej obejmowała jej szyję w podobnie mocnym uścisku, zmuszając jej ciało do tej samej reakcji. Bez względu na to, jak wiele razy szła tą samą ścieżką i jak dobrze znałaby wyuczony na pamięć schemat, za każdym razem czuła się tak, jak gdyby to wszystko działo się pierwszy raz. Wiedziała, jak sobie z tym radzić, jak wyciszyć swe zmysły do minimum, jak odpłynąć do zupełnie innego świata, oddalonego od schludnego mieszkania w centrum Paryża, od jasnych mebli, sztucznego światła palącej się na stoliku lampki, jego głosu, uśmiechu i przynoszących ból dłoni. Umiała to wszystko, tego też zdążyła się już nauczyć, jednak każda nowa forma bólu, zarówno fizycznego i psychicznego, wciąż była nowa, jakby jej ciało wymazało wspomnienia, nie dając jej możliwości uodpornienia się na wszelkie doznania.
Opadła miękko na łóżko, rzucona w jego stronę tak, jak kartki ze szkicami, które niegdyś sama wrzucała do rzeki. Flavie sama była jak jedna z nich, naznaczona rysunkami z siniaków i drobnych blizn, które choć niekoniecznie widoczne, zdobiły jej ciało, jasną, porcelanową skórę poprzecinaną jedynie zielonkawymi wstęgami przebiegających pod skórą żył. Na jej skórze wypisane były historie, który nigdy miała się z nikim nie dzielić, które pozostawały znane tylko dwóm osobom, głównym aktorom w przerażającej sztuce, już dawno wykraczającej ze sceny i wkradającej się w prawdziwe życie.
W jednej chwili wycofała się w tył, a gdy za plecami poczuła twardą, gładką ścianę, zdała sobie sprawę z tego, iż teraz była jedynie słabą ofiarą potężnego drapieżnika, zapędzoną w kozi róg i schwytaną w sidła. Odwróciła od niego wzrok, mogąc dostrzec jedynie jego zarys, pozbawiony wszelkich szczegółów. W ciemności panującej w pokoju wszystko wydawało się odrobinę łatwiejsze, gdy każdy przedmiot czy osoba wydawały się jedynie cieniami tańczącymi po chłodnych ścianach pomieszczenia. Automatycznie podciągnęła nogi pod brodę, na krótką chwilę dając sobie poczucie komfortu, jakby jej własne ciało miało dodać jej odrobinę odwagi, przypomnieć, iż skoro przeszła już przez to w przeszłości, tym razem wszystko będzie dokładnie tak samo. Zignorowała więc jego słowa, wiedząc, że gdyby zaśmiała się ironicznie ze świadomością, że nic nie było w stanie poprawić jej sytuacji, wszystko wyglądałoby jeszcze gorzej. Cała odwaga, którą miała w sobie przed chwilą, już dawno wyparowała, uciekając wraz z nabieranym głęboko do płuc oddechem, gdy rzucał ją w stronę łóżka, uwalniają jej szyję z twardego uścisku. Pozostało jej tylko czekać, gdy w pomieszczeniu na chwilę zapanowała głucha cisza, ciążąca nad nimi w powietrzu i wprawiająca je w lekkie, niezauważalne drganie, jak gdyby ziemia zaczynała się trząść od nadchodzącego z oddali niebezpieczeństwa. Cisza przed burzą, która miała rozpętać się w każdej chwili.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Czw Gru 01, 2016 6:01 pm

Po rozpłomienionym, bursztynowym zmierzchu noc zabarwiła się fioletem, poszarpanym kruchymi pasmami czerni, podobnym strusim piórom w wachlarzu prostytutki. Ciemność nie przynosi wytchnienia. Broczy tym lepkim, słodkim zapachem róż, nieznośnym aromatem konających z w wazonie kwiatów.
Fabien Eberhart w zaciszu swego mieszkania, wyizolowany, odcięty od reszty świata pełnego kobiet, mężczyzn lub wyczekujących na śmierć wrogów niemieckiej nacji, czuje się samotny. Samotny i przytłoczony życiem. Ten chłodny mrok, te duszące wyziewy nadwiędłych kwiatów, te ćmy w beznadziejnym, ostatecznym przejawie szaleńczej odwagi spopielające się w płomieniu lampy gazowej rozświetlającej ulicę przed kamienicą, wszystkie zupełnie zwykłe, oczywiste symptomy marcowej nocy zdają mu się być nienawistnymi omenami nieszczęścia.
Mężczyzna, pomyślał nagle ze zdumiewającym smutkiem, a zwłaszcza niemiecki mężczyzna z majątkiem i pozycją musi być jak skała na morzu. Niewzruszony, spokojny, twardy i samotny. Wobec żony powinien zawsze przede wszystkim być oparciem, żywicielem i głową rodziny, wobec synów surowym mentorem, nauczycielem zasad i prawd niepodważalnych, wobec córek opiekunem, który ma obowiązek korzystnie wydać je za mąż, wobec służby panem, ostateczną, absolutną instancją, sędzią i wcieloną sprawiedliwością. Tak, w domu, w rodzinie, mężczyzna zawsze jest sam. Ten rodzaj słabości, owej tkliwej, płaczliwej wspólnoty, która przynależna jest kobietom, ta prymitywna bezpośredniość, odarta z intymności pospólna egzystencja dwóch światów, dwóch darzących się płomiennym uczuciem istnień, dwóch jestestw dzielących marzenia, cele oraz nadzieje, wszystkie owe rodzaje współistnienia, dzielenia się troskami i przemyśleniami są na zawsze niedostępne mężczyźnie.
Pozostaje mu tylko Bóg i honor, i obowiązek, i proste, żołnierskie niemalże rozmowy z innymi mężczyznami, takimi samymi jak on. Te krótkie, a jakże znaczące wymiany zdań przy alkoholu, kartach czy roznegliżowanych tancerkach. Wspomnienia snute w blasku ogniska, na polowaniach i wyścigach.
I zwykle to, owszem, oczywiście wystarcza. Ale nie teraz. Teraz nie.
Skrzydła ćmy palą się z sykiem, odnóża owada rozpaczliwie drapią w szkło klosza, a Eberhart drży z wściekłości i niechęci, samotny w swym wielkim mieszkaniu pozbawionym dzieci, służby i choćby namiastki miłości. Drży, wspominając dzień, w którym poślubił tą skuloną ze strachu kobietę, próbując zrozumieć, dlaczego zdecydował się na taki krok. Wspomnienia ukrywają się jednak za gęstą, cuchnącą mgłą zapomnienia, z tamtego dnia – najbardziej szczęśliwego dnia w życiu – pozostały mu jedynie strzępki rozmów, urywki obrazów, ochłapy emocji. Zapamiętał, że tuż przed przysięgą w jego umyśle szkarłatem rozżarzyło się ona jeszcze o tym nie wie; była to myśl spokojna, choć niepozbawiona cienia okrutnej wesołości – ona jeszcze nie wie, że małżeństwo to grób. Za to ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
Od tamtego momentu minął ponad rok. Wystarczająco wiele czasu, by zaczął wyglądać jak własne odbicie w krzywym lustrze. Karykatura, stwierdzał każdego poranka bez smutku, bez żalu, za to z dziwną, osowiałą obojętnością. A przecież kiedyś kochał (lub sądził, że kocha) tę kobietę. W jakimś dawnym, nieistniejącym życiu, tak samo nierealnym jak cienie na ścianie, jak sny pełne kolorów i blasku.
Godziny przeobrażały się w dni, dni w tygodnie, a te – w całe miesiące, podczas których Fabien coraz skuteczniej tłamsił straszną, zwierzęcą żądzę życia Flavie. Czas przesypywał się przez ich palce jak suchy, złoty piasek, a Eberhart zaczynał rozumieć, że nie pozostało im nic więcej poza krystalicznie czystą nienawiścią. Leżąc w łóżku, szerokim, małżeńskim łóżku, zaczynał rozumieć, iż przed nimi były włącznie te przerażające chwile, w których on dotykać będzie jej ciała w rozpaczliwej próbie zaznania jeszcze czegoś, jakichś uczuć, jakichś doznań normalnych dla każdego innego męża i żony, ale już nie dla nich – dla nich już nie. Wszystko przez to piętno, ten wyrok, te chowane, zakopywane, palone urazy naznaczone smutnym obowiązkiem ciążącym na nich przez wzgląd na małżeństwo, w którym tkwili. I choć Eberhart rozumiał, że ona chce się oszukiwać, zapomnieć choć na chwilę, na krótką część nocy opuścić skorupę ciała, że pragnie rozpaczliwie odgrodzić się od rzeczywistości, to on, Fabien, nie potrafił tego dostrzec. Bo zawsze pod maską jej twarzy, bladej, z ceglastymi plamami wypieków na policzkach, okolonej posklejanymi, wilgotnymi od potu włosami, widział uśmiechnięte szyderczo oblicze kostuchy, a usta, rozchylone i miękkie, miały słony, żelazisty posmak posoki. To wszystko go dręczyło, nie pozwalało się skupić czy odpocząć, ale – oczywiście – zupełnie się zmieniało, rozwiewało, traciło na znaczeniu w nocy. Nocy zabarwionej strachem i popłochem, i szlochami, i bezradnym, strasznym miotaniem się między przymusem natychmiastowego wyciśnięcia z Flavie życia i jednocześnie poczęcia z nią nowego istnienia.
A potem nadchodzi świt, szary, zamazany brzask, i ustaje wszelki ruch, ta nerwowa, rozpaczliwa panika. Poranek zawsze jest decydujący, przynosi ze sobą odpowiedź na pytanie, które Fabien widuje w każdym swym śnie, choć przybiera ono różne formy, ubiera się w inne słowa, jednak z uporem zawiera w sobie to jedno, jedyne znaczenie.
Czy już ją zabiłem?
Później zaczyna rozmyślać: czy rzeczywiście by to zakończył? Czy rzeczywiście byłby zdolny pozbawić ją życia? Czy rzeczywiście pewnego dnia będzie w stanie obudzić się z jej zimnym, bladym ciałem u boku i przejść z tym do porządku dziennego – wstać, zaparzyć kawę, podnieść z wycieraczki gazetę, nim wyprzedzi go sąsiad? Bardziej od tej myśli, przerażała go stanowcza odpowiedź, której udzielał po każdym pytaniu.
Tak. Tak. T a k.
Aż nadejdzie poranek, kiedy otworzy oczy i z dziwną rozpaczą pomyśli: nie pamiętam jej. Tak, jak teraz nie pamiętał Flavie sprzed małżeństwa, zanim stała się tym wiecznie głodnym życia upiorem, tą złą, pełną goryczy wychudłą marą, gotową pochłonąć nas wszystkich, skazić, zarazić swoją nienawiścią, swoją niezasłużoną tragedią. Fabien nie umiał sobie przypomnieć, jaka była, co robiła i mówiła takiego, że wtedy, tak dawno temu, był gotów zaryzykować dla niej własną karierę, dumę i opinię, mając jednak to buńczuczne, harde przeświadczenie młodości, że właśnie oni będą żyć, żyć wiecznie, szczęśliwi i całkowicie uodpornieni na wszelkie tragedie świata.
Dzisiejszej nocy, po tych dziesiątkach, jeśli nie setkach razów, w trakcie których skonfrontowali własne wyobrażenia z rzeczywistością, mieli przekroczyć kolejne granice oddzielające ich od tego, co dobre i małżeńskie, od tego, co przesycone nienawiścią i pełne pogardy. Fabien patrzył na nią, dostrzegając w mroku jedynie skulony, zmarniały zarys sylwetki, i uśmiechał się do siebie, do własnych myśli czy tęsknot, i zimnymi, okrutnymi ustami układał słowa, których nigdy nie miał zamiaru żałować.
- Jesteś jak szmata, wiesz o tym? Jak łachman na wietrze. Wyzbywasz się własnych przekonań, naginasz do kierunku, z którego wieje wiatr, nawet własny kraj sprzedałaś za ciepły kąt i pozory bezpieczeństwa – ten głos, szeleszczący, bezdźwięczny, odległy, mroczny jak noc rozciął zalegającą w sypialni ciszę na chwilę przed tym, nim Fabien podążył śladem Flavie na łóżku, tą ścieżką, którą znaczyła pomięta pościel w miejscu, gdzie jego żona próbowała się ukryć. – Już nie protestujesz. Milczysz, pokonana i upokorzona… i samotna, bo przecież nie ma nikogo, kto mógłby ci pomóc. Nikogo, komu na tobie zależy.
Widziała, musiała widzieć jak ciemność gęstnieje, porusza się, materializując z nicości ogromną postać sunącą przez łóżko, z każdym ruchem nabierającą kształtu, ubraną w ciało, które nie jest, w żadnym wypadku nie może być ciałem, w którym wciąż żyło cokolwiek ludzkiego.
Teraz Eberhart widział ją lepiej – z odległości ledwie kilkunastu centymetrów spoglądał w białą jak prześcieradło twarz Flavie, w oczy rozszerzone i mętne, dostrzegając w nich to, czym tak bardzo lubił się sycić.
Strach. Głęboki, instynktowny strach zwierzęcia.
A potem noc, ta noc pełna chłodu i kipiącego, mdłego zapachu umierających kwiatów, pochłania go, zagarnia, ukrywa w dusznym mroku, w którym po raz kolejny rozległ się głuchy dźwięk uderzenia – tym razem cios spadł na bladą, odcinającą się od ciemności twarz, odrzucając głowę w bok i barwiąc alabaster skóry gęstą, metaliczną czerwienią, która nagle popłynęła z nosa. Nie czekał, aż Flavie otrze krew, nie czekał nawet, aż da upust kolejnym pokładom protestu, o ile wciąż potrafiła się na niego zdobyć. Jedno, nieostrożne szarpnięcie za materiał wystarczyło, by do odgłosów krótkiej szamotaniny dołączył dźwięk rozdzieranej sukni. Lewe ramiączko opadło żałośnie, odkrywając kawałek bladej skóry dokładnie w miejscu, w którym Fabien zacisnął palce, przyciągając Flavie do siebie. Dwa głębokie, ciężkie oddechy później ich usta zwarły się ze sobą w gniewnym, smakującym tytoniem, alkoholem i krwią pocałunku – musiał przytrzymywać własną żonę, by nie wyrwała się przed tą pieszczotą, by nie uciekła przed dłonią, która zadarła materiał sukni wysoko, odsłaniając nagie, kurczowo zaciśnięte uda. Eberhart poczuł, jak wzbiera w nim pusty, pogardliwy śmiech, który nie wyrwał się na zewnątrz wyłącznie dzięki padającym z jego ust słowom.
- Przecież cię nie zgwałcę. Kurwy nie da się zgwałcić.
Powiedział to z czułością i czymś na wzór troski, jak na dobrego męża przystało – z takim samym uczuciem odgarnął z twarzy Flavie kilka nieposłusznych kosmyków włosów, które założył za jej ucho na chwilę przed złożeniem w kącikach ust własnej żony kolejnego pocałunku, tym razem lekkiego i niespiesznego jak opadające z nieba piórko
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Czw Gru 01, 2016 11:27 pm

Ta noc, jak każda przed nią i każda po niej, dla większości Paryżan wyglądała tak samo. W pewnym momencie ruch na ulicach ucichł, słońce schowało się za kamienicami, pogrążając cały świat w czystej, ostrej ciemności. Latarnie na ulicach nie zapłonęły sztucznym blaskiem, muzyka przestała rozbrzmiewać i jedynym odgłosem, który można było usłyszeć, był miarowy stukot butów jednego z patroli, przechadzających się wzdłuż ciemnych uliczek, sokolim wzrokiem wypatrując kogoś, kto nagiął przepisy, opuścił względnie bezpieczne mieszkanie i wyprawił się w tylko jemu znanym kierunku, ryzykując spotkaniem z patrolem, który nie koniecznie zamierzał być łaskawy dla zbłąkanej, francuskiej duszy. Ta noc, jak wiele innych, nie była niczym wyjątkowym. Za kilka godzin miała się skończyć, witając zupełnie nowy dzień, zupełnie nowe promienie słabego, marcowego słońca, delikatne powiewy wiatru tańczące w nagich koronach drzew czy lekką, chłodną mżawkę, która spadała z nieba drobnymi kropelkami.
Dla Flavie ta noc także nie była wyjątkowa. Miała ich za sobą już wiele, tak samo podobnych, przebiegających zgodnie z tym samym schematem i kończących się w zupełnie taki sam sposób. Niemalże krystaliczna biel przykrytej mrokiem sypialni nie była niczym nowym. Jej blada skóra nie zmieniła swojego odcienia od dawien dawna, szare oczy wpatrywały się w tego samego mężczyznę z tą samą mieszaniną strachu i obrzydzenia, która była tak dobrze znana, iż z pewnością nie robiła już na nim wrażenia. Każdy ruch, słowo i gest zdawały się być znajome, niczym déjà vu lub taneczne kroki, które powtarzali wspólnie aż do znudzenia do tej samej melodii złożonej z ciężkich oddechów i cichego szelestu ubrań czy prześcieradła.
W noc jak ta nic nie miało znaczenia. Choć ostatnimi miała wrażenie, iż tak naprawdę wszystko dookoła przestało się liczyć. Jakby jej przeszłość, jakkolwiek by nie wyglądała, już na zawsze odeszła w zapomnienie, nie miała wpływu na teraźniejszość, nie była w stanie wyciągnąć jej z tej pułapki, w którą mimowolnie została wpędzona, nie mając większego wyboru. Wiedziała, kogo powinna winić, jednak czy był w tym jakikolwiek sens? To również było już tylko historią, zapisaną na pożółkłych już kartach i spaloną w ogniu płonącym w kominku. Nie żądała więc przeprosin, nagłego zjawienia się na jej progu z błaganiem o wybaczenie czy prób odwrócenia popełnionych w ciągu całego życia błędów. Nic z tego nie przeszłoby tej próby, przez którą właśnie w tej chwili przechodziła ona. Próby wytrzymałości, możliwości utrzymania swych uczuć na wodzy, przełknięcia cisnących się do oczu słonych łez, które byłyby największą oznaką słabości z możliwych. Chciała oszukiwać samą siebie, iż była silniejsza niż zawsze myślała, że w lustrzanym odbiciu potrafiła dostrzec jeszcze płonący gdzieś w głębi ogień, który tylko czekał na możliwość rozjarzenia się jasnym płomieniem i strawienia wszystkiego, co weszłoby mu w drogę. Kłamała samej sobie, patrząc we własne oczy i wierząc, że z czasem któraś z tych masek naprawdę wryje się w jej twarz i utworzy zupełnie nową osobę. Taką, jaką była dla świata poza murami kamienicy i poza ścianami sypialni, utrzymującą głowę wysoko w górze i patrzącą w błękitne niebo nad głową, zamiast w szarą podłogę pod jej stopami. A kiedy gasły światła, kiedy jedyną widownię stanowił człowiek znający jej słabość o wiele lepiej niż ktokolwiek inny, nie musiała już dłużej udawać. Mogła próbować, ani przez chwilę jednak nie łudząc się, iż wszystko to przyniosłoby jakiś efekt. Chcąc nie chcąc, wciąż była tylko jedna, bez względu na to, jak wiele osób starała się grać.
Jego słowa zabolały bardziej niż jakiekolwiek uderzenie, którego kiedykolwiek doświadczyła z jego strony. Nie dlatego, że wypowiadał je głosem, który sprawiał, iż wzdłuż kręgosłupa przebiegał jej nieprzyjemny dreszcz, ale dlatego iż z każdym kolejnym słowem, kolejnym odgłosem wydobywającym się z jego ust, Flavie Bernard zdawała sobie sprawę, jak bardzo miał rację. Nigdy wcześniej, w ciągu ponad roku małżeństwa, który przepłynął jej pomiędzy palcami niespodziewanie szybko, przesypując się niczym piasek w klepsydrze, nie potrafiła się bardziej z nim zgodzić niż w tej sekundzie, kiedy kuliła się przed nim na łóżku, które teraz wydawało się tak przerażająco wielkie, obejmując dłońmi szczupłe kolana i patrząc w ciemną pustkę jego oczu. Potrafiła jedynie śledzić wzrokiem jego ruchy, otwierając delikatnie usta, z których jednak nie była w stanie wydobyć żadnego dźwięku. Wszelkie słowa zamarły w jej gardle, utkwiły głęboko nie potrafiąc wydostać się na zewnątrz. Była zbyt dumna na to, aby na głos przyznać mu rację. Dlatego potrafiła jedynie… milczeć. Pokonana, upokorzona, samotna. Trzy słowa, które od tego wieczoru miały towarzyszyć jej już na zawsze. Prześladować ją w dzień i w noc, krzyczeć z lustrzanego odbicia, promieniować z opuszków palców, gdy wkładała do wazonu świeże kwiaty, wraz z odciskami stóp na chodniku pozostawiać po sobie ślady gdziekolwiek by nie poszła.
Pokonana, upokorzona, samotna.
Ciekawe czy wiedział, jak wielką miał rację, gdy wypowiadał te słowa. Czy miał świadomość, że choć raniły ją doszczętnie, to nie on był tym, który zadawał jej ból. Nie tym razem. Jeszcze nie. Jedynie świadomość tego wszystkiego, otaczającego ją mieszkania wypełnionego paskudną ciszą i przerażającą ciemnością, świadomość życia, które prowadziła, za każdym razem oddalając się coraz bardziej od tego, kim zawsze pragnęła być. Pragnienia były już względne. Wszelkie marzenia zostały pogrzebane głęboko pod ziemią, wraz z pustą trumną i pojedynczym, rzuconym na nią kwiatem. Z chwilą, w której ubrała na siebie białą sukienkę i przyrzekała mu coś, czego przecież nigdy nie zamierzała dotrzymać. Dopóki śmierć nas nie rozłączy, tylko śmierć w tym wszystkim pewne. Śmierć miała być tym, co oderwie ich na zawsze od siebie i gdyby to zależało od niej, nadeszłaby już dawno, zabrała ją z tego świata tak samo, jak zabrała jej matkę, jak odebrała jej jedyną osobę, którą potrafiła kochać. Czasem jednak miała wrażenie, że było już za późno. Jak można zabić kogoś, kto przecież już dawno jest martwy? Jak można pozbawić życia osobę, której puste, szare oczy, nie odbijają żadnego blasku, nie przekazują żadnych prawdziwych emocji? Kogoś, kogo usta wyginają się w sztucznym uśmiechu i kogo skóra przykrywa jedynie szkielet z zimnych kości i czerwoną krew płynącą w żyłach, będące jedynie pustym naczyniem, stanowiącym dość ładny rekwizyt przesuwany z boku na bok i wyciągany na scenę wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Przez większość czasu po prostu czuła się martwa. Ani jej czyny, ani słowa, ani uczucia, ani gesty nie należały już do niej, a jedynie to wypełnionym powietrzem lalki, która z dnia na dzień coraz bardziej rozchodziła się w szwach, będąc bezużyteczną dla jej właściciela.
Może właśnie o to chodziło. O sprawienie, aby uwierzyła w każde jego słowo, aby poddała się zupełnie jego gestom, aby przestała przejawiać chociażby najsłabsze znamiona oporu i buntu. O zdeptanie twardym, niemieckim butem jej dumy, jej serca, jej kręgosłupa, jej systemu wartości, o podważenie wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzyła. Miała stać się jeszcze bardziej uległa, patrząc w lustro coraz bardziej nienawidząc samej siebie, nie potrafiąc wyobrazić sobie kolejnego dnia, w którym nie byłoby nikogo, kto mógłby ją zrozumieć. Nikogo, kto spojrzałby poza nakładane z doskonale wypracowaną precyzją maski. Nikogo, komu zależałoby na tym, czy wciąż jeszcze żyje.
Gdyby powiedział jedno słowo, na głos wyraził to, jak bardzo pragnął jej śmierci, być może pierwszy raz w życiu naprawdę by go o coś błagała. Nie o litość, nie o oszczędzenie jej życia, nie o kolejną szansę, którą i tak pewnie by zmarnowała, bo przecież była tak słaba, bezużyteczna i głupia. Błagałaby o to, aby zrobił to, czego oboje z pewnością pragnęli. Aby zwrócił im wolność, którą przecież sam jej odebrał, biorąc sobie za żonę kogoś, kto nigdy nie mógłby go pokochać i kogo on, przynajmniej jej zdaniem, nigdy nie mógłby obdarzyć tym samym uczuciem. Z każdym kolejnym dniem zaczynała wątpić w to, czy w ogóle był zdolny do jakichkolwiek uczuć, czy po warstwą skóry i kości naprawdę biło serce, które potrafiło coś więcej niż pompowanie krwi i wybijanie regularnego, monotonnego rytmu.
W takich momentach jak ten, kiedy patrzył na nią oczami przypominającym atramentową czerń najczarniejszych głębin oceanu, kiedy unosił w górę dłoń tylko po to, aby w następnej sekundzie opuścić ją na jej bladą twarz, pozostawiając po sobie rozpływający się w ciszy głuchy dźwięk uderzenia, pośród drgającego spokojem powietrza brzmiąc niczym najgłośniejszy i najbardziej żałosny krzyk, zaczynała wątpić, czy w ogóle miał w sobie cokolwiek ludzkiego, czy może jedynie poddawał się iście zwierzęcym instynktom.
Czuła ciepło krwi spływające jej po twarzy, jej metaliczny smak w ustach, kiedy spłynęła na jej wargi. Nagle wszystko zdawało się być wyraźniejsze, każdy dźwięk o wiele głośniejszy, każdy dotyk wywołujący gwałtowniejszą reakcję jej ciała. Próbowała wyrwać się spod jego dłoni, szarpiąc się niczym schwytana w sidła ofiara, jednak z każdym ruchem miała wrażenie, iż jedynie pogarsza swój stan. W ciągu chwili odczuła na skórze panujący dookoła chłód, obejmujący jej całe, niemalże już nagie ciało. Zacisnęła boleśnie powieki, gdy przycisnął swoje usta to jej, mieszając ze sobą smak alkoholu, papierosów i krwi. Była pewna, iż w tamtym momencie była tak samo biała jak ściana za jej plecami i prześcieradło pod nią, a jednak nie potrafiła wtopić się w otoczenie. Czerwień krwi aż raziła na białym tle, tak samo jak rysujące się wyraźnie pod skórą wstęgi żył. Nie miała gdzie uciec, ani teraz ani w ogóle. Nie miała też gdzie się schować, będąc wystawioną na jego widok, uwięzioną pod jego ciałem.
- Czego ode mnie chcesz? – zapytała w końcu, starając się opanować drżenie głosu, zaraz po tym, gdy pocałował ją znowu, tym razem delikatniej, nie będąc jednak w stanie tym jednym gestem wymazać wszystkich innych, sprawić, aby zapomniała o jego słowach. Zdała sobie jednak sprawę, że tak naprawdę nigdy nie zadała mu tego jednego pytania, zawsze zakładając, że dokładnie zna na nie odpowiedź. Że potrafi przewidzieć jego zachowanie, znaleźć jego powody. Czasem chciała, aby podał jej racjonalne wytłumaczenie, aby znalazł się jeden argument, dla którego wszystko musi wyglądać właśnie w ten sposób. Może łatwiej byłoby znieść jej to wszystko, gdyby poznała jego motywy, to, co kryło się za jego czynami, za czarnymi oczami, za nieprzyjemnym głosem i twardymi dłońmi. Nie była jednak pewna, czy poznanie prawdy naprawdę zmieniłoby cokolwiek, czy potrafiłaby mu wybaczyć to, że odebrał jej wszystko, co jej pozostało i wciąż przychodził po więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   Wto Gru 27, 2016 11:53 pm

Człowiek idzie przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma. Może jedynie przeczuwać i odgadywać, co właściwie przeżywa. Dopiero później odwiązuje mu się chusteczkę z oczu, a on spojrzawszy w przeszłość stwierdza, co przeżył i jaki to miało sens. Fabien Eberhart był w tym względzie kimś, kto uparcie prze pod prąd, od początku do samego końca pragnąc sprawować kontrolę nad tym, co oferowało mu życie. Nie chciał bezkompromisowo przyjmować wyroków losu i akceptować, zdawałoby się, nieodwołalnego stanu rzeczy. Chciał najpierw wyłonić z umysłu takie wspomnienia, które służyłyby jako punkty orientacyjne w nurcie czasu i tworzyłyby podstawowy szkielet rekonstruowanej przeszłości. Nie postrzegał się jako ślepca z przepaską na oczach, lecz rozbitka siedzącego na dryfującej tratwie i spoglądającego za siebie, tylko za siebie, nigdy do przodu. Treścią jego istnienia było wyłącznie to, co widział tam daleko z tyłu, każda decyzja podjęta w przeszłości rzutowała na teraźniejszość, a odpowiedzialność za przeżycia tu i teraz spoczywały na barkach wyłącznie jednej osoby.
Jego samego.
Fabien zaciekle pragnął pielęgnować własne wspomnienia i z zapałem dbał o każdy urywek nawet najbardziej wyblakłego obrazu z przeszłości – wszystko po to, aby wątły szkielet zdarzeń, jakie zdołał odtworzyć w skupionym, ostrym jak brzytwa umyśle, mógł się wypełnić materiałem i przekształcić w dom, w którym by mógł mieszkać. Jeśli bowiem ta chwiejna budowla, jaką była jego tożsamość, rozpadnie się jak źle postawiony namiot, to z Eberharta pozostanie tylko goła teraźniejszość, ten niewidzialny punkt, to nic chylące się z wolna ku śmierci. Tak mocno pragnął być stwórcą samego siebie, iż czasami odnosił wrażenie, że spogląda na własne ciało z boku, że przygląda się własnym czynom i odczuwa przy tym ponurą satysfakcję na widok, jak to brzydkie i bezsensownie żyjące stworzenie równie bezsensownie niszczy samo siebie.
I własną żonę przy okazji.
Był to rzecz jasna zbiór oczywistych, ogólnie znanych stwierdzeń, spiętrzonych na kupę bez najmniejszych względów dla wzajemnej współzależności i bez najmniejszej ambicji rozszerzenia ich jakąś własną myślą – a jednak Eberhart święcie w niego wierzył, dopisując do własnych poczynań uszlachetniającą filozofię. Nie dostrzegał tego, jak lekkomyślnie i z jak podłego budulca buduje własne wykręty, niemal całą energię poświęcając na toczenie wojny domowej z kobietą, której nigdy nie traktował w kategorii godnego siebie przeciwnika. Tego wieczora sądził, że oblewa swoje sukcesy, i nie przeczuwał wcale, że jest to uroczysty wernisaż jego upadku – naprawdę (i naiwnie) wierzył, iż zdoła spędzić miłą kolację w towarzystwie przyjaciół oraz żony, którą mógł pochwalić się tak, jak gdyby była przywiezionym z safari trofeum. Kiedy jednak Flavie podjęła decyzję, że będzie sprawiać wrażenie wysoce nieobecnej duchem, Fabien pojął, iż dzisiejszej nocy gra pójdzie na całego, że rumak narastającej w nim wściekłości został chyba osiodłany przez moce piekielne. Być może jeszcze przed rokiem zdołałby wybaczyć własnej żonie podobne zachowanie, zdobyć się na coś, co z dużą dozą ostrożności określiłby jako wyrozumiałość. Wtedy nadal sądził, że jednak ją kocha i że uczucie, jakie żywił do córki Anselma Bernarda było miłością w każdym tego słowa znaczeniu.
Ale czy kiedykolwiek tak naprawdę żywił do niej jakiekolwiek szlachetne uczucie? Czy ta tak zwana miłość, która popchnęła go do oświadczyn, nie była to po prostu histerią człowieka, który w głębi duszy uświadamia sobie swą niezdolność do kochania i zaczyna wmawiać sobie miłość? Podświadomość Fabiena była wtedy na tyle tchórzliwa, że wybrał sobie do odegrania tej małżeńskiej komedii nieszczęsną malarkę z samego serca Paryża, kogoś, kto nie miał prawie żadnej szansy, by zaważyć w jego życiu i odegrać w nim jakąkolwiek zaszczytną rolę. Cała ta idea małżeństwa mocno zaskoczyła samego Eberharta, który – poniekąd wymuszając na ojcu Flavie zaręczyny – postąpił wbrew swym świętym zasadom. Całe lata temu dobitnie uświadomił sobie, że nie jest stworzony do życia u boku jakiejkolwiek kobiety i że może być w pełni sobą tylko jako kawaler, którego nie ograniczają obowiązki dobrego męża. Pieczołowicie starał się tak ułożyć swe życie, aby żadna kobieta nie mogła nigdy wprowadzić się do jego domu z walizką – i tak długo, jak długo mieszkał w Heidelbergu, ta zasada sprawdzała się bezbłędnie. Technika polegała na bardzo prostych zabiegach, jak choćby posiadanie wyłącznie jednej kanapy, która, choć była dość szeroka, nigdy nie miała posłużyć jako miejsce snu. Fabien mówił swym kochankom, że nie jest w stanie usnąć z kimś we wspólnym łóżku i zawsze odwoził je po północy do domu, z trudem tłumiąc narastający w piersi śmiech. Te domniemane problemy z bezsennością wywołane bezpośrednią bliskością innego człowieka nie były znowuż tak dalekie od prawdy, ale główny powód był gorszy i Eberhart nie miał odwagi nikomu się z niego zwierzyć: po stosunku miłosnym odczuwał nieprzezwyciężalne pragnienie samotności; nie znosił budzić się w środku nocy przy boku obcej istoty; czuł wstręt do wspólnego wstawania rano; nie życzył sobie, by ktoś słyszał jak myje zęby w łazience; rytuał śniadania we dwoje go nie pociągał.
W Paryżu jednak wszystko się zmieniło. Jego świat uległ trudnemu do wyjaśnienia wypaczeniu, jak gdyby Fabien nagle postradał moc sprawczą i nie mógł dłużej trzymać własnego życia w ryzach. W trakcie pierwszych tygodniu małżeństwa tuż po przebudzeniu przyglądał się Flavie i nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało. Przypominał sobie minione godziny i wydawało mu się, że płynie od nich zapach jakiegoś nieznanego szczęścia, choć dopiero po czasie pojął, iż było to jedynie ulotne złudzenie. Mijały miesiące, a Eberhart zrozumiał, że celem jego kochania się z żoną nie była rozkosz, ale sen, który po niej przychodził – nie musiał wtedy zastanawiać się nad własnymi czynami, konsekwentnie określając je jako próbę zaprowadzenia porządku w domu.
Nawet dzisiaj nie roztrząsał słów, które padały z jego ust. Wściekłość kierowała nim z instynktowną, wypraną z wszelkiego namysłu gwałtownością, nie rozważał długofalowych konsekwencji tego, co mówił i co robił, liczyły się wyłącznie bezpośrednie reakcje Flavie na jego działania. Czy zauważył, jak trafne okazały się jego uwagi, jak celnie uderzyły w tę wypraną z emocji, spłowiałą, płócienną imitację kobiety? Gdyby tylko miał możliwość przyjrzeć się tej bladej, oszpeconą strużką krwi twarzy, najpewniej dostrzegły w zaokrąglonych ze strachu oczach coś, co zdradziłoby kotłujące się w umyśle Flavie myśli. Cień niepewności, przebłysk niechęci do samej siebie, przygnębione przyznanie racji tym ostrym jak odłamki rozbitego lustra słowom – coś na pewno by ją zdradziło, napełniając Fabiena poczuciem okrutnej, obrzydliwej satysfakcji. Chciał ją zranić na każdym możliwym polu i o ile przysparzanie bólu fizycznego wymagało wyłącznie kilku pozbawionych sentymentu szarpnięć, uderzeń i popchnięć, o tyle zadanie psychicznego cierpienia związane było z nieco większym wysiłkiem.
Było to jednak poświęcenie, na które Eberhart był gotowy.
Tłamsił ją więc w każdej możliwej sferze życia, rozrywając na krwawe kawałki nawet najdrobniejszą oznakę nieposłuszeństwa, zupełnie tak, jak uczynił to dzisiaj. Nie miał skrupułów, nie miał żadnych wahań, nie cierpiał z powodu wyrzutów sumienia – wykonywał jedynie misję, którą sam sobie narzucił, a to, że ta przynosiła mu satysfakcję, było wyłącznie pobocznym atutem. Nie miał jednocześnie zamiaru niczego Flavie ułatwiać: wyjawienie na głos własnych myśli, wyłuszczenie żądań, przedstawienie argumentów, zarysowanie planu działania obdarłoby ich relację z całej rozrywki. Nie zamierzał odbierać sobie przyjemności, zdradzając przed żoną własną siłę napędową. Sekret tej nienawiści był o tyle słodszy, że stał się wyłącznie jego sekretem – ona mogła jedynie bezradnie domyślać się tego, jakie myśli przetaczały się za nieruchomą, zimną taflą czarnych jak smoła tęczówek. To na swój sposób budowało napięcie, które przecież było nieodzowne w równie wybuchowej i gwałtownej relacji. Prawda?
Bywały dni, w których nie dawała mu absolutnie żadnych powodów do zdenerwowania – mogli wtedy udawać idealne małżeństwo z pięknym mieszkaniem i cudownymi perspektywami na przyszłość, jednak Fabiena nużyła sielanka nudnawej rzeczywistości. Wyszukiwał więc najbardziej błahych powodów, które oferowały mu nie mniej błahe motywy działania. Ślady pudru na nieskazitelnej bieli umywali? W porządku, to zawsze jakaś pobudka. Apaszka rzucona na jego fotel? Wymagające potępienia zachowanie. Z czasem Flavie stawała się coraz ostrożniejsza, aż Fabien zmuszony był do wymyślania jej przewinień – bardzo łatwo więc wyobrażał sobie, że ona i właściciel pobliskiej piekarni są kochankami. Łatwość tego wyobrażenia raniła go do żywego, musiał zatem reagować w sposób adekwatny do przewinienia. Uświadamiał sobie, że ciało Flavie bez żadnych trudności można sobie wyobrazić w miłosnym połączeniu z jakimkolwiek męskim ciałem i wpadł w zły humor – zły humor oznaczał z kolei zapobiegawczy cios, pełne nagany uderzenie, ostrzegawcze pchnięcie na ścianę. Ta absurdalna zazdrość, dotycząca tylko hipotetycznej możliwości była dowodem, że uważał jej wierność za nienaruszalny warunek ich małżeństwa. Jakże mógł mieć więc jej za złe, że nie była zazdrosna o jego rzeczywiste przecież kochanki?
Dzisiejszej nocy nie musiał kreować przewinień – sama zaoferowała mu szeroką paletę występków, których konsekwencje znała zanim zaczęła popełniać błąd za błędem. Czym było tych kilka uderzeń w twarz, to niewinne podduszenie, pchnięcie na łóżko, realna groźba cielesnego wykorzystania wobec jej naumyślnego, przesyconego czystą prowokacją zachowania? Dostawała dokładnie to, na co sobie zasłużyła – a że dziś zasłużyła wyłącznie na jego pogardę, otrzymała ją w skondensowanej dawce nienawiści. Mogła próbować stawiać opór, mogła uciekać, mogła do końca sprawiać wrażenie, że się nie ugnie, lecz oszukiwałaby wyłącznie siebie.
Fabien już dawno przyjął do świadomości jej kapitulację – teraz jedynie stosował reżim na zagarniętych w krwawej kampanii terenach.
Nawet pytanie Flavie, tak rozczulająco pozbawione mocy sprawczej, tak ciche, słabe i nierealne, że gotów był je zignorować, mogło wywołać na ustach Eberharta wyłącznie przesycony niesmakiem grymas. Oczekiwała szczerej odpowiedzi, być może najszczerszej od samego początku ich małżeństwa? Chciała poznać brudną, cuchnącą, ohydną prawdę, jak gdyby nie miała dość cierpienia na dzisiejszą noc? Czy jedynie odwlekała nieuniknione, licząc na cud, który miał nigdy nie nastąpić?
- Naprawdę nie wiesz? – nie spodziewał się, że odnajdzie w swym głosie słabą, ulotną nutę pobłażliwego niedowierzania. Doskonale wiedział, iż jakaś część umysłu Flavie aż nazbyt dobrze wiedziała, czego od niej wymagał, co jeszcze chciał z niej wydrzeć, czego z taką zapalczywością pragnął i pomimo starań… wciąż pozostawał z niczym.
- Chcę jedynego, czego sam nie mogę wyrwać siłą. Jedynego, co zdołałaś odebrać mi ty – z cichą, nieustępliwą determinacją przesunął opuszkami palców po powoli krzepnącej krwi, która wypływała z jej nosa cienką strużką. Ten jeden, przeciągły ruch wystarczył, aby gęsta, czerwona smuga dotarła aż na policzek Flavie, zupełnie jakby Fabien rysował na nienaturalnie bladej skórze wojenne barwy. – Pamiętasz o nim jeszcze? Pamiętasz, jak zabiłaś nasze dziecko? – uśmiechnął się nagle. Uśmiechnął ze smutkiem, którego trudno spodziewać się po człowieku Eberharta. Uśmiechnął, bo on nigdy nie zamierzał o tym zapomnieć i każdego dnia ostrożnie pielęgnował to tragiczne, bolesne wspomnienie, każdego ranka odrywał ledwie co zasklepiony strupek, pogłębiając poprzeczną bliznę biegnącą przez udręczoną, obumarłą duszę.
- Właśnie tego od ciebie chcę. Tylko tego.
Łóżko skrzypnęło cicho, gdy odsunął się od niej niespiesznie, jak gdyby zostali zawieszeni w gęstej, metalicznej cieczy. Tym razem nie patrzył w stronę żony, zdawał się jej nie zauważać, całkowicie wyparł ze świadomości, kiedy w całkowitej ciszy opuszczał sypialnię. Nie musiał jej niczego wyjaśniać – ona i tak wiedziała, że dzisiejszą noc spędzi w strachu.
Ale, mimo wszystko, sama.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Marzec - Flavie&Fabien   

Powrót do góry Go down
 
Marzec - Flavie&Fabien
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Passy 10/3-
Skocz do: