IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

epitafium turkmeńskie


Share | 
 

 epitafium turkmeńskie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
alianci
PisanieTemat: epitafium turkmeńskie   Sob Lis 12, 2016 7:07 pm

Turkmeńska Socjalistyczna Republika Radziecka, Aszchabad, 1938

Od ryku silników zatrząsł się cały budynek. Z położonego nieopodal pasa startowego zrywał się właśnie i ostro szedł w górę samolot szturmowy Polikarpow WIT-2, z daleka rozpoznawalny po krótkich skrzydłach i eleganckiej sylwetce.
Katya odkaszlnęła. Podoficer dyżurny uniósł wzrok, odłożył czytane „Znanije-Siła” i uniósł brwi, jednak Berezina czekała, aż  ucichnie ryk silników, nim w końcu zabrała głos.
Była agentka Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, starszy chorąży Czwartej Bryga…
– Kojarzę – przerwał dyżurny. Ziewnął, aż zatrzeszczała żuchwa, spojrzał na zegarek.
– Wcześnie jesteście – stwierdził. – To dobrze. Towarzysz major jest punktualny i od innych wymaga punktualności. Gdybyście się spóźnili, eskorta miałaby przesrane, a i wy… Zaraz, zaraz, a gdzie w ogóle jest wasza eskorta? To oni powinni mi zameldować o dostawieniu, nie wy. Gdzie oni są? Sami przyszliście, towarzyszko, czy jak?
Ci z eskorty – wzruszyła ramionami Katya – zaraz za szpitalem wyrzucili mnie z ziła. I odjechali, kazawszy stawić się tu samej. Uprzedzili, że za spóźnienie lub, uchowaj Bóg, niestawiennictwo…
– Skopią dupę i wybiją zęby – dokończył sierżant, kiwając głową. – Ech, rozbezczelniło się towarzystwo, nic już im się nie chce, tylko lewizna, kurwy i wóda. Swoją drogą dobrze, żeś ich posłuchała, siostro. Oni na wiatr nie obiecują. Skopaliby ci dupę nieodwołalnie. Albo i gorzej.
Katya zlekceważyła swobodne przejście na ty. Zawodowi sierżanci zwykle mieli się za ważniejszych od chorążych i z trudem dawali się zmuszać do respektowania rangi. Ten zaś sierżant był na dodatek podoficerem wydziału specjalnego, bawiącym się w dyskurs z kimś, kto, któż to wie, może za chwilę opuścić budynek jako aresztant.
– Dobry to zresztą znak – sierżant jakby czytał w jej myślach. – Dla ciebie, znaczy się. Byłyby na ciebie jakieś haki, samopas by nie puścili, skuta byś tu przyjechała. A tak, zwyczajne przesłuchanie, nic więcej. Tak ty, siostro, nie denerwuj się. Siądź, o, tam na krześle. Pierwszy raz trafiłaś na południe naszego pięknego kraju?
Katya zrobiła dwuznaczny grymas, co sierżant wziął jako odpowiedź.
– Pierwszy raz – dyżurny zniżył głos – a od razu do majora, na sam szczyt dywizyjnego szczebla. Wysoko, siostro, wysoko. Słyszałaś, co o nim mówią? O towarzyszu Chirjakowie?
Kiwnęła potakująco głową, bo słyszała. Każdy słyszał. O Fiodorze Chirjakowie w GRU krążyły legendy. Znała wszystkie… albo prawie wszystkie. Jedna plotka rodziła drugą, druga następną, jeszcze mniej prawdopodobną niż dwie poprzednie. Katya po raz pierwszy usłyszała o majorze podczas szkolenia, jeszcze w Moskwie. Prowadzący sierżant powiedział kursantom, że Chirjakow brał udział w stalinizacji islamskiego Sinciangu, całą gwardię rebeliantów rozwalając granatami. To odłamek jednego z rzuconych wówczas granatów, upierał się sierżant, gdy wątpiono w prawdziwość jego enuncjacji, przyprawił majora o widoczną bliznę nad okiem. Cóż, jedni wierzyli, inni nie, a legenda, wzbogacana plotką o smakowite detale, trwała. I przetrwała do dnia, w którym została podważona przez inną, podobnie legendarną. Nową plotkę rozpuścili, o dziwo, nie ludzie radzieccy, lecz Gruzini z 12. Dywizji. Od gadki nie uciekniesz, a plotki to plotki, mają to do siebie, że się rozchodzą. I rozeszło się, że Chirjakow brał czynny udział w Wielkim Terrorze i że, konkretnie, pierwszego grudnia 1934 roku był na trzecim piętrze gmachu Instytutu Smolnego, akurat późnym popołudniem, akurat wtedy, kiedy zastrzelono Siergieja Kirowa. Za morderstwo odpowiedział rzecz jasna inny człowiek, ale faktem było, że trzy lata później Chirjakow razem ze specnazem aktywnie oczyszczał korpus dowódczy Armii Czerwonej i dobre pół setki ludzi postawił pod ściankę. Obu szeptanym legendom niespodziewany cios zadała – symptomatycznie – kobieta. Płeć przepiękna. W osobie Anji Azarin, lekarki z GRU. Doktor Azarin całkiem niedwuznacznie sugerowała, że zdarzyło się jej dawać majorowi dupy, fakt ten miał mocno podnieść jej wiarygodność. Uwierzono więc w to, co od doktorki Anji wyszło, a rozeszło się poprzez mocno rozgałęzioną sieć liniowej, sztabowej i medycznej kadry oficerskiej, której lekarce dawać dupy także się zdarzało. A wyszło i się rozeszło, że major nie był ani w Sinciangu, ani w Instytucie Smolnym w dniu śmierci Kirowa. Cios zadany legendzie delikatną damską rączką był jednak, jak się okazało, bardziej dokuczliwy niż ciężki, długiego leczenia nie wymagał i trwałych skutków nie pozostawił. Wkrótce pojawiły się świadectwa z pierwszej ręki, demaskujące doktor Azarin jako osobę często mijającą się z prawdą, inaczej mówiąc: kłamliwą sukę. Powszechny żołnierski konsensus rewelacje Anji unieważnił zatem, a legenda Chirjakowa popłynęła starym korytem – jedni mieli go za bohatera, inni uparcie łączyli z masakrą w czasie Wielkiej Czystki. Sam major, plotki bez świetnie znając, podsycał je, nigdy nie negując padających słów.
– Dobra jest – podoficer dyżurny schował żurnał do szuflady biurka, wstał, obciągnął mundur. – Jedenasta. Idziemy.
Z pasa startowego ruszał kolejny samolot. Narastający, toczący się niby grom łoskot wprawił budynek sztabowy najpierw w drżenie, potem w dygot. Idący naprzeciw korytarzem grubas zatoczył się, oparł o ścianę, zaklął. Twarz miał czerwoną i błyszczącą od potu, na rozpiętej kurtce mundurowej dwugwiazdkowe pagony podpułkownika.
– Honory – uprzedził półgłosem sierżant. Ostrzeżona Katya zasalutowała energicznie. Mijający ich grubas bełkotnął coś, co brzmiało jak: „nachuj bladź”, wysyłając im naprzeciw potężną falę alkoholowego odoru. Na chuch tej miary, oceniła Berezina, potrzebny był minimum litr.
– Oficerowie – mruknął pod nosem sierżant, nie oglądając się. Katya nie skomentowała. Dyżurny podszedł do drzwi, zapukał. Weszli.
– Towarzyszu majorze! Podoficer dyżurny sierżant Marin melduje…
– Spocznij. Odmaszerować.
Towarzyszu majorze! Była agnetka Głów…
– Spocznij, powiedziałem. Siadajcie.
Na ścianie nad głową Chirjakowa wisiał – jakżeby inaczej – portret Stalina. Katya napatrzyła się już na Józefa Wissarionowicza przy różnych innych okazjach ze swego życiorysu, nie poświęciła więc portretowi uwagi.
Major Fiodor Arsenowicz Chirjakow był wysoki, nawet wtedy, gdy siedział. Złote włosy tworzyły pozorny nieład, kilkoma kosmykami wystając ponad przeczesaną grzebieniem fryzurę. Choć szczupły, dłonie miał jak kowal – duże i silne. Rysów był nie mniej szlachetnych niż jego patron, a jego oczy, zdumiewająco łagodne, były koloru zwiędłych chabrów. Ale to Katya miała stwierdzić nieco później, gdy już major uznał za celowe unieść głowę i wzrok. Na razie nic nie wskazywało, by major miał uznać. Siedział jedynie za biurkiem, pochłonięty, zdawało się, bez reszty teczką z burej tektury, przewracając wpięte tam dokumenty silnymi palcami mordercy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: epitafium turkmeńskie   Pon Lis 21, 2016 1:37 pm

Było piekielnie gorąco, a jednak nie spieszył się dochodząc do podłużnego, betonowego baraku, który pełnił funkcję biura, sypialni i w pewnym stopniu domu. Fiodor wiedział, że spoczywający pod łóżkiem plecak, zgodnie z obowiązującymi w kontyngencie zasadami, zawierał wszystko, czego potrzeba, by w sposób stosunkowo cywilizowany przeżyć w górzysto-pustynnym rejonie i doszedł do wniosku, że ma mnóstwo czasu.
Błąd polegał na tym, że pominął czynnik sąsiadów.
Najpierw, tuż za rogiem burego, wojskowego namiotu, nadział się na stolik zasypany butelkami po samogonie i czasopismami typu „Popeye i Betty Boop” w wersji dla dorosłych. Był to niewinny wstęp do kolejnej niespodzianki, którą uraczyli Chirjakowa – przed wejściem do jego baraku, przywiązany do metalowej barierki, drzemał na stojąco spory osioł.
Fiodor gapił się na niego całe wieki, a potem równie długo rozglądał po okolicy, szukając jakiegoś logicznego wyjaśnienia. Nie znalazł. Barak stał na skraju rzędu bliźniaczych namiotów, rozdzielonych kępami krzewów i ocienionych paroma rachitycznymi drzewkami. Z przodu ciągnęła się długa ściana tartacznej hali, ale tartak nie pracował od lat, leżał w obrębie obozu i nie był miejscem, po którym włóczyli się tubylcy ze swoimi osłami. Po prawej, za zasiekami, znajdowało się podmiejskie śmietnisko, pamiętające dawne, dobre czasy, gdy z miasta wywożono śmieci. Było to naprawdę dawno – cały teren zdążył zarosnąć suchymi badylami. Zdesperowany zamachowiec mógł przy dużym szczęściu zakraść się od tej strony – zwykłe szczęście nie wystarczyłoby przeciw strzegącej radzieckich żołnierzy elektronice – ale Fiodor nie potrafił wyobrazić sobie, jak i po co przerzucałby przez płot to bydlę. Ze wszystkich pozostałych stron rozłożył się wojskowy obóz, pełen ludzi, broni i pojazdów, ale na pewno nie osłów.
Pomijając te dwunożne.
Petrow i Bylinkin! – wrzasnął, wyrywającym tym samym osła z drzemki. – Zbiórka przed namiotem!
Zbliżała się oficjalna pobudka, Chirjakow nie zdziwił się więc, kiedy wyszli, zaspani i ziewający, ale już częściowo ubrani, zaledwie po kilkunastu sekundach.
Co to jest? – warknął, wskazując palcem na czworonożne bydlę, które aktualnie odganiało ogonem natrętną muchę.
– Jakbym był dobry z biologii, to bym poszedł na medycynę i opędzał się teraz od panienek – westchnął Petrow. – Ale po mojemu to może być osioł. Jak myślisz, Bylinkin?
– Jestem kawalerzysta, ale pancerny. Skąd mam wiedzieć?
Skąd go wytrzasnęliście? – Fiodor był zdumiewająco nieustępliwy i twardy jak na kogoś, na kogo szklistymi oczami gapił się żywy, wielki osioł.
– My? To towarzysz oficer sobie zamówił luksusową, mobilną dziewuchę.
Petrow rechocąc zwalił się na stolik – Chirjakow próbował się nie śmiać, ale przykład okazał się zbyt zaraźliwy.
Dobra, spokój ma być – rzucił prędko, kiedy trochę mu przeszło. – Co jest grane? Nie otrzeźwieliście po wczorajszym? Eskorta wróciła?
– Wróciła. I przywiozła dziewczynę, jasną i zimną jak marmur – westchnął ponownie Petrow. – Nie wiedziałem, że Rosjanki potrafią być takie. Wszystkiego próbowaliśmy: piwa, wódki, czekolady, inteligentnej rozmowy... Bylinkin przekartkował wszystkie nasze świerszczyki; emerytce by zwilgotniało... i nic.
– Wpędziła nas w kompleksy – Bylinkin uniósł głowę znad stołu. – Jestem kłębkiem nerwów, mój Boże... taki wstyd. Mówię jej: nie masz pojęcia, ile straciłaś. Z taką jak ty mógłbym przerobić cały taki świerszczyk – trącił leżące na stole magazyny. – Miałabyś ślicznego, zdolnego dzidziusia i takie wspomnienia, że ho, ho.
Kąciki ust Fiodora uniosły się, tworząc uprzejmy, zdawkowy uśmiech. Nie bawiła go świadomość, że niedoszła szczęśliwa matka padła ofiarą tej dwójki, tylko myśl, że ta sama niedoszła szczęśliwa matka mogła poskręcać im karki w przerwie na herbatę.
– Twój romantyzm wpędzi cię do grobu – stwierdził Petrow. – Dzidziuś? Widziałeś ją? Czy tak wygląda uczciwa rosyjska dziewczyna? Kochać się z taką na wariata to jak grać w ruską ruletkę. Dobrze mówię, majorze?
Chirjakow niechętnie skinął głową; trudno wypierać się własnych słów, szczególnie wobec kogoś, kto zmieniał obowiązkowe dla obu stron pogadanki o higienie w autentyczny kabaret.
– A swoją drogą... jak ją wyhaczyłeś, panie oficer?
Nie mam pojęcia, kto to jest, towarzysze.
– Już wiem! – ucieszył się Bylinkin. – Pamiętacie Jekylla i Hyde’a? Widocznie to u was skaza zawodowa. Jak sobie major da w szyję, to biega po burdelach, zamawia panienki, a potem trzeźwieje, robi wielkie zdziwione oczy, że niby kto? Ja? A w życiu!
Jak wrócę, to was zabiję – na ustach Fiodora gościł ten sam, lekki uśmiech, co przed chwilą – nie osłabł nawet w obliczu jawnych gróźb śmierci i dosadnego wyobrażenia, jak to zabójstwo przebiegnie.
– Idziem w bój – oznajmił dumnie Bylinkin. – Między przemytniki, muzułmany, Niemców i insze plugastwo. Ojczyzny bronić. Cóż nam, straceńcom, pogróżki waszmości.
Już nie żyjecie – powtórzył twardo Chirjakow, lekkim skinięciem głowy wskazując na osła. – A z tego tu zrobić salami.
Petrow już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, lecz nie dokończył – Fiodor zniknął za załomem baraku, wykorzystując osobne wejście do własnego biura. Późno, bo późno, ale obrazek zazębił mi się w końcu z czymś, co wczoraj usłyszał.
Katya Berezina była tak naprawdę Katyą Rylkow i tkwiło w niej tyle kobiecości, co w Chirjakowie przyzwoitości – urodzona w Odessie, lat dwadzieścia sześć, osobista wychowanka funkcjonariusza  Objedinionnoje Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenije.
Siadając za biurkiem, złapał za pokaźnej grubości teczkę oznaczoną numerem 09481. Na dwudziestu czterech stronach ktoś dokładnie spisał całą dotychczasową historię towarzyszki Katyi, całe pięć kartek poświęcając na najbliższą rodzinę i…
Drzwi otworzyły się z cichym, irytującym skrzypnięciem zawiasów, którego Fiodor nie mógł pozbyć się nawet litrem silnikowego smaru – do wnętrza wmaszerował podoficer dyżurny z winowajczynią całego zamieszania.
Postanowił – nie podnosić wzroku, dopóki nie zapanuje nad sytuacją.
– Towarzyszu majorze! Podoficer dyżurny sierżant Marin melduje…
Spocznij. Odmaszerować.
– Towarzyszu majorze! Była agentka Głów…
Spocznij, powiedziałem. Siadajcie.
Siadła. Przez długą, bardzo długą chwilę milczeli oboje – zmusił ich zresztą do tego ryk silników, dobiegający z zewnątrz, z góry. Kolejny samolot zrywał się z pasa startowego. Budynek zadrżał, łyżka w szklance Fiodora zadzwoniła dziko, demaskatorskie szklano-butelczane brzęczenie dobiegło też zza uchylonych drzwi żelaznej szafy na akta.
I dopiero wtedy Chirjakow spojrzał na towarzyszkę Katyę zimno.
Była w kamaszach, zakurzonych jak na porządnego żołnierza przystało, i w łaciatych spodniach od munduru polowego. Za butami nie ciągnęły się ogony puszczonych samopas sznurówek, a spodnie, choć mogły, nie zwisały na zewnątrz cholewek. Krótko mówiąc: różniła się od każdego żołnierza, który snuł się po Aszchabadzie.
Powiedzcie mi, towarzyszko – porzucił w końcu teczkę, na krótki moment nurkując pod biurko – papiery zniknęły z blatu, a na ich miejscu pojawiły się dwie literatki na herbatę i opróżniona do połowy butelka stolicznej. – Lubicie wódeczkę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: epitafium turkmeńskie   Pią Lis 25, 2016 12:02 am

Po drodze bała się, że nie będzie mogła go rozpoznać.
Przecież widziała go tylko jeden raz, przed trzema laty, kiedy oboje byli zupełnie innymi ludźmi, kiedy wciąż byli ludźmi – choć jego ledwie rok dzielił od wymienienia duszy na pierwszy z wielu szczebli brudnej kariery. Minęło tyle czasu, ale Katya nadal pamiętała każdy szczegół: to, jak czołgał się na brzuchu, żeby przed przyjazdem sanitariuszy pomóc rannemu żołnierzowi, uwięzionemu w przewróconym na dach zile. Chwilę wcześniej świat zadrżał w posadach, kiedy ciężarówka wjechała na nierozbrojoną minę – samochód nie przejechał nawet dwóch metrów, kiedy coś eksplodowało pod nim, wyrywając klapy wszystkich włazów. Z jednego z nich wyskoczył kierowca w palącym się mundurze i biegł w stronę zdumionych, przerażonych rekrutów, wrzeszcząc coś niezrozumiałego. Wszyscy byli tak zszokowani, że nie zdążyli zająć pozycji obronnych – tylko Fiodor ryknął do płonącego kolegi: Nie w tę stronę! i wskazał mu kanał burzowy tuż obok, już w biegu dodając: Tam! W tym momencie we wnętrzu ziła coś wybuchło – podmuch zgasił płomień na mundurze żołnierza i rzucił go na ziemię.
Natychmiast zapanował chaos: Katya w zdumieniu obserwowała jak leniwy dzień na poligonie zamienił się w szósty krąg piekła rodem z Boskiej komedii. Gdzieś za jej plecami męski głos pytał:
– Czy ktoś strzela?
I zanim na dobre pojęła sens tych słów, odpowiedziała odruchowo:
Nie, to jakiś wypadek.
Nie czekała długo na reakcję, ktoś inny natychmiast ryknął: gówno wypadek! i ruszył biegiem w kierunku zarośli na samym skraju poligonu. Nastia Maksimowa oparła swój Mosin o ścianę budynku i spojrzała na Berezinę – chyba wtedy Katyi zupełnie puściły nerwy, bo wrzasnęła
No co tak na mnie patrzysz?! Nie wiem, kurwa, co się dzieje!
Jednak przez cały ten czas obserwowała, jak Chirjakow – leżąc w kurzu, błocie i rozoranej ziemi – wyciągał z kopcącego się wraku ciężarówki nieprzytomnego żołnierza. W tym czasie z wnętrza budynku wypadł podpułkownik Tokariew, po drodze wyrzucając w krzaki pustą butelkę po wódce, po czym – wraz z alkoholowym odorem – zadał najbardziej kluczowe pytanie dnia:
– Co się dzieje? Coś wybuchło?
Ktoś gorliwy natychmiast udzielił mu błyskawicznej i – jak miało okazać się później – trafnej odpowiedzi:
– Towarzyszu, Fiodor się fajczył!
co wyrwało z ust podpułkownika głębokie westchnienie rozżalenia, które poprzedziło drugie i trzecie najbardziej kluczowe pytania dnia:
– Nie mogli sfajczyć Lykova? Musieli akurat Fiodora?
Ledwie chwilę później przyjechała ekipa ratunkowa i sanitariusz podczołgał się, żeby zająć miejsce Chirjakowa – Fiodor wstał wtedy, odwrócił się, po czym szorstko, wręcz obcesowo, głosem ochrypłym od bólu i dymu, zapytał:
– Co z Sagorskim?
najpewniej mając na myśli tego żołnierza, który zdołał uciec z ciężarówki. Nie zważał na włosy zlepione błotem, zgniecioną czapkę i spływającą z nosa strużkę krwi. Zmieszany z brudem pot ściekał mu z czoła na szyję, aż nagle znalazło się przy nim dwóch sanitariuszy – cały poligon widział, że na plecach Chirjakowa z nadpalonego munduru została ledwie połowa.
Minęło kilka lat, a Katya nie mogła zapomnieć tej szczególnej mieszanki oschłości i szlachetności – wciąż miała nadzieję, że będzie służyć ojczyźnie w sposób, w jaki tamtego dnia uczynił to Fiodor: bez egzaltacji, za to z najwyższą precyzją. Służbiście, na granicy grubiaństwa. I pewną ręką. Ręką dowódcy.
Bała się, że po trzech latach go nie pozna, jednak kiedy tylko przekroczyła próg pomieszczenia, od razu wiedziała, że to on. Wiedziała jeszcze bardziej, kiedy uniósł głowę… głowę i zwiędłochabrowe oczy. Nie odezwała się słowem, pozwalając, by patrzył zimno, oceniająco, ze stalową precyzją oceniającego towar kupca – sama robiła to samo, choć nie zerkała na jego twarz, lecz na dłoń i trzymane w niej akta. Major jakby to zauważył, bo teczka nagle zniknęła w otchłani sejfu, już po chwili ustępując miejsca dwóm szklankom, a także…
Towarzyszu majorze, zwykle bym nie odmówiła, ale… - głos ugrzązł jej w gardle tak niespodziewanie, że przez kolejne słowo prawdopodobnie poruszała bezgłośnie ustami jak ryba wyrzucona na brzeg… w każdym razie nie jak przyszła agentka Specnazu, dla którego przebyła tak długą, morderczą drogę do tej zapomnianej przez Boga dziury.
Proszę polać.
Nie powinna przejąć się tą propozycją – w końcu od czasów szkolnych miała za sobą bezlik podobnych rozmów, próśb i gróźb. Nie, nie przyzwyczaiła się, bo przyzwyczaić się do tego nie było sposobu. Nie przestała się też bać, bo nie było można przestać. Zwyczajnie zobojętniała: robiła w życiu rzeczy po stokroć bardziej niemoralne niż picie alkoholu na służbie, której oficjalnie nawet nie rozpoczęła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: epitafium turkmeńskie   Czw Gru 01, 2016 1:52 pm

Filigranowy żołnierzyk, twarzyczka zupełnie jak u dziecka. Rzęsy długie i jasne, oczy bez cienia makijażu. Krótko przycięte paznokcie małych, pozornie delikatnych dłoni. Piersi ukryte pod materiałem żołnierskiej kurtki i włosy – jak płynne złoto – związane w ciasny, wysoki kucyk.
Komandos. Dywersant. Kobieta?
Cztery bataliony dywersyjnej brygady Specnazu składają się z samych dryblasów. Kiedy idą przez miasteczko, przywodzą na myśl stado tylko trochę mniej włochatych niedźwiedzi – jednak jedną kompanię skompletowano z żołnierzyków najróżniejszego kalibru, czasem zupełnie malutkich. Ta ich niepozorność stawała się obiektem nieszczególnie wyrafinowanych żartów pośród innych oddziałów.
Ale Fiodor wiedział, że była to wydzielona kompania zawodowców, znacznie groźniejsza niż cztery tamte bataliony razem wzięte.
Żołnierzyk-kobieta ma łabędzią szyję, nazwisko nosi rosyjskie, choć w aktach widnieje to prawdziwe, z ukraińskimi korzeniami. Żołnierzyk-kobieta nie przypadkiem trafił do wydzielonej kompanii: bez wątpienia jest specjalistką w jakiejś szczególnej kategorii morderstw. Niemal wszystko w żołnierzyku-kobiecie jest takie, jak powinno być u mundurowego – niemal wszystko.
Wpatrywał się w towarzyszkę Rylkow-Berezinę ze spokojem nasyconego drapieżnika, wzrokiem czujnym i nieruchomym. Wpatrywał się, zapamiętując ładną twarz, gładką buzię, duże niebieskie oczy, złote loki do łopatek. Obiektywnie biorąc – co najmniej ładna dziewczyna. Mężczyźni pewnie notorycznie oglądali się za nią na ulicy, jednak w jej twarzy czegoś Fiodorowi brakowało – i właśnie dlatego nie miała powodu obawiać się, że Chirjakow zacznie odwiedzać ją nocami.
Z szefem też się czasem można napić – stuknął w cieniutkie szkło napełnionej do połowy literatki, wypełniając wnętrze gabinetu cichym, charakterystycznym dźwiękiem. Na twarzy żołnierzyka-kobiety odmalowała się niepewność, która w innej sytuacji mogłaby oznaczać dla niej wyłącznie jedno – nieszczególnie bohaterską (bolesną) śmierć. – Nie bój się, to nie ty narzucasz mi się ze swoją przyjaźnią, to ja cię tu goszczę. Pij.
Sam ujął szklankę, podniósł na wysokość oczu, uśmiechnął się tak lekko, jak gdyby dopiero wyrwano go z głębokiego, smacznego snu, i powoli wychylił zawartość literatki.
Po raz kolejny w swoim marnym zrozumiał, że wódka to ożywczy napój.
Szyjka butelki stuknęła o brzeg szklanki, gdy ponownie napełnił ją alkoholem, w trakcie tego uświęconego procesu nie uroniwszy nawet kropelki. Nie pytał towarzyszki Katyi o jej przeszłość, o zainteresowania, o umiejętności, o nadzieje. Wszystko jest w aktach. Wszystko o niej, o jej rodzinie, o krewnych i znajomych. A że olbrzymia jest siła papieru, wiele z tego da się wykorzystać… gdy tylko zajdzie taka potrzeba.
Ponownie uniósł napełnioną do połowy szklankę, czując, jak usta rozciągają się w smutnym uśmiechu. Takie same akta mieli na niego. I na tych dwóch pajaców sprzed baraku. Na każdego – z podobną wiedzą można było albo żyć, albo próbować ją wyprzeć ze świadomości, co w krótkim rozrachunku oznaczało strzał w potylicę pośród konarów iglastego lasku.
Bezimienny grób dla bezimiennych bohaterów narodu rosyjskiego.
Pij i słuchaj, po co cię tu wysłali – znów ten wymowny, wyćwiczony latami gest: przechylenie szklanki, wypicie zawartości na raz, bez oddechu, szybko, nim zacznie piec w język, stuknięcie literatką o blat biurka. Fiodor ma posępny wyraz twarzy – jeszcze przed powrotem do baraku i podjęciem towarzyszki Katyi zdążył łyknąć co nieco, a kiedy sobie łyknie, czasami robi się ponury. Ona chyba też – zauważył to w jej oczach, nagle zbyt dużych i zbyt smutnych, by mogły być oczami złego człowieka.
Przeżyć na naszej zasranej planecie można tylko pod warunkiem, że przegryza się gardziele innym. Taką możliwość daje władza – butelka znów zderzyła się z cieniutkim brzegiem literatki, rozbrzmiewając w ciepłym, aszchabadzkim powietrzu charakterystycznym, wysokim dźwiękiem. – A utrzymać się przy władzy można jedynie drapiąc się wzwyż. Ja was pociągnę, towarzyszko, do góry, ale potrzebuję też waszej pomocy. Kiedy wdrapiecie się za mną nieco wyżej, sklecicie własną grupę, i będziecie ciągnąć ją za sobą, a ja będę ciągnąć was, a mnie jeszcze ktoś inny – wódka zakołysała się w szklance leniwie, gdy Chirjakow obrócił naczynie w palcach; jeden, drugi, trzeci kolisty ruch wprawił alkohol w statyczny taniec, który został brutalnie przerwany przez swego stwórcę w momencie, w którym Fiodor huknął literatką o blat stołu.
Ale jeśli zdradzisz, pożałujesz.
W jego głosie nie było gniewu. Nie było złości. Nie było nawet groźby – Chirjakow nigdy nie groził, on jedynie obiecywał.
Możesz zdradzać kogo dusza zapragnie, choćby nawet Ojczyznę Radziecką, ale nie mnie. Nie waż się nawet o tym pomyśleć – uniósł literatkę, wychylił, wypił. Cenił tę powtarzalność – opróżnianie butelki wódki było najbardziej przewidywalną częścią jego życia. - No, a teraz dopij, i chodź. Sprawdzimy, co potrafisz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: epitafium turkmeńskie   Sro Gru 21, 2016 11:30 pm

Trudno jej jest zataić przed sobą, że nie może opanować lęku, który ją ogarnia w tej chwili, kiedy powodowana egoistycznymi zainteresowaniami decyduje się na oswojenie z bestią. Nie porusza się, nie drgnie na chybotliwym, skrzypiącym krześle nawet o centymetr, w ogóle nic nie robi, jak urzeczona gapiąc się w spokojne, nieporuszone oczy mordercy. To nie akt bezpodstawnego oskarżenia, ale poparta dowodami wiedza, całe strony przesiąknięte wilgotną, ciepłą krwią, którą rozbryzgiwał na ścianach płaczu.
Towarzysz Chirjakow jest zabójcą. Dobrym, może nawet lepszym niż tylko dobrym. Takim, jakich mało.
Dzieli ich nieco ponad metr, ale Katya odnosi wrażenie, że ta odległość jest jedynie umowną granicą pomiędzy agresorem a nieświadomą ofiarą. Potrzebowałby zaledwie jednego ruchu, by zburzyć pozory neutralnej nietykalności i udowodnić, że towarzyszka Berezina powinna wrócić tam, skąd wypełzła. Chyba właśnie tego oczekiwała, gdy ukrył jej akta i zastąpił papierowe teczki szklaną rozpustą. Chyba była gotowa wstać, odejść, wrócić do Moskwy, przełknąć gorzkie upokorzenie.
Chyba nawet nie potrafiłaby się na Chirjakowa gniewać – na siebie jak najbardziej, ale na niego?
Zwyczajnie nie da się obdarzać złością kogoś, kto patrzy w ten sposób, tak, że aż trudno uwierzyć, iż te oczy – dostrzega je przecież bardzo wyraźnie, nieco ponad metr pustki aż nagle! one – to oczy żołnierza. Jasne, zupełnie przejrzyste, bystre, bezbarwne tęczówki z ciemną plamą nieruchomej źrenicy. Na dnie niczym w płytkiej, bardzo czystej wodzie odbijają się cienie i kształty, prześlizgują odblaski, żyją myśli, które zna tylko bestia.
Bestia panuje nad sytuacją tak, jak treser lwów trzyma w ryzach swoich podopiecznych. W całej gamie gestów, spojrzeń i wygięć ust nie ma niczego, co bestię może obnażyć bądź wyjawić jej prawdziwe zamiary; bestia przecież wie, że ma przewagę i że nie musi się spieszyć. Jest u siebie, jest większa, silniejsza, już podpita, więc jeszcze bardziej odważniejsza. Bestia uśmiecha się pod nosem, napełniając literatki przezroczystym płynem, którego naród radziecki nagminnie nadużywa.
Bestia siedzi rozluźniona w wygodnym fotelu, naprzeciwko niej młoda dziewucha marząca o karierze w zagarniętym przez mężczyzn świecie. Pewnie po przejściach, całkowicie samotna, bez rodziny. Bestia zna takich wiele i wie, że nimi najłatwiej manipulować. Kiedy mówi pij, trzeba pić, kiedy powie strzelaj – trzeba strzelić, a kiedy poda łopatę i warknie kopać dla siebie grób, nie ma innego wyjścia, jak tylko złapać za drewniany trzonek i wbić szpadel w ziemię.
Ale bestia to też człowiek, dokładnie taki, jak inni. Gdyby dźgnąć ją nożem – zakrwawi, gdyby postrzelić – krzyknie, gdyby złamać serce – będzie cierpieć w milczeniu, przekuwając ból na odwagę. Katya wie, że bestia jest jej rówieśnikiem, ma dwadzieścia sześć lat, piękne, smutne oczy i nikogo, kto zapłacze po jej nagłej śmierci.
Bestia potrafi również pięknie mówić, choć słowa niosą w sobie gorzką prawdę i zawoalowaną groźbę.
Jeśli zdradzisz, pożałujesz.
Uśmiechnęła się w myślach lekko, przyznając towarzyszowi rację – tyle tylko, że już żałowała. Żałowała tego, że przydzielono ją akurat tutaj, że nie wstrzymała się ze szkoleniem do przyszłego miesiąca i tego, że wypiła na pusty żołądek trzy setki wódki.
Nie zdradzę.
Chyba pragnęła złożyć przed nim solenną obietnicę wiecznego oddania, lecz przecież to mężczyzna – zaraz obróciłby słowa Katyi na własną korzyść, a skoro już ją podpił i połowę drogi miał za sobą, wizytę w Aszchabadzie towarzyszka Berezina zaczęłaby w ten sposób, że towarzysz major by skończył.
Albo z nią albo w niej.
Dziwnym trafem obu tych scenariuszy pragnęła uniknąć.
Potrafię strzelać, towarzyszu, ale jeszcze nie przydzielono mi broni – szybko, stanowczo zbyt szybko wychyliła ostatnią kolejkę wódki, już w trakcie podnoszenia się z miejsca czując, że nogi ma znacznie cięższe niż w chwili, gdy wchodziła do gabinetu. Szukała podobnych oznak u towarzysza Chirjakowa, sunąc obok niego jak posępny, jasnowłosy cień; podejrzewała, że od rana (a dochodziła ledwie dwunasta), dowódca pochłonął ponad pół metra wódki, ale jego głowa nie poddała się działaniu alkoholu. Mówił jasno i wyraźnie, myślał tak samo, nawet chód miał równy jak na defiladzie na Placu Czerwonym. Katya starała się nie spoglądać w stronę Fiodora Chirjakowa, jednak wzrok ani myślał słuchać kogoś, komu przyjemnie zaszumiało w uszach i raz za razem spoczywał na profilu towarzysza majora. Wory pod ładnymi oczami mogłyby pomieścić po pięć kilo ziemniaków, a wyschnięta na wiór cera jasno sugerowała, że nigdy nie zaznała kremu. Z drugiej strony – po co? Towarzysz Fiodor nawilżał się od środka.
Procentami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: epitafium turkmeńskie   

Powrót do góry Go down
 
epitafium turkmeńskie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: poza grą :: Archiwum-
Skocz do: