IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Ogród Tuileries


Share | 
 

 Ogród Tuileries

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Ogród Tuileries   Sob Lip 02, 2016 1:53 pm



Ogród Tuileries

Jeden z najstarszych i największych ogrodów w Paryżu był częścią Pałacu Tuileries, po którym zostały tylko dwa budynki – the Galerie Nationale du Jeu de Paume i the Musée de l'Orangerie. Pierwszy został zajęty przez Niemców i pełni obecnie funkcję magazynu dzieł sztuki, ale drugi nie przestał organizować wystaw. Musée de l'Orangerie to jednak nie jedyne miejsce, w którym możemy nacieszyć oko sztuką – wystarczy przejść się po ogrodowych alejkach, by dostrzec piękne rzeźby i fontanny; bogata roślinność dostarcza nie mniejszych wrażeń estetycznych. Całość urządzona w stylu francuskim pozwala przechodniowi napawać się harmonią tego miejsca. Urok ogrodu nie leży jednak tylko w doznaniach wizualnych, ale również w szeregu innych atrakcji: zmęczeni chodzeniem odwiedzający mogą napić się lemoniady ze stoisk, popatrzeć na wyczyny akrobatów albo występy teatrów kukiełkowych. Co biedniejsi pewnie skorzystają z okazji przejechania się na ośle, a osoby bardziej eleganckie docenią możliwość popływania łódką w jednym z dwóch basenów. Rodzice z dziećmi powinni uważać, żeby nie dać się naciągnąć przez pociechy na kupno zabawek, bo stoisk z nimi również nie brakuje, a ceny są zdecydowanie wyższe, niż w innych częściach miasta.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pon Wrz 05, 2016 12:11 am

Nie przyciągnęły go tutaj piękne kwiatki, czy gustowne rzeźby. Wybrał akurat to miejsce na spotkanie, ponieważ można być tutaj odosobnionym, nie rzucając się w oczy. Liczne ławki skryte za bujnymi krzakami porostawiane dookoła jeziora nie wzbudzały podejrzeń. Cała ta otoczka nie mogła jednak osłabić czujności ani Leona, ani Darcy. Ufał innym konspirantom, którzy fałszowali dowody, jednak Niemcy byli sprytni i nieprzewidywalni. Potrafili zauważyć najmniejszy defekt, który ujawniał oszustwo, a na taki błąd Szary nie mógł sobie pozwolić. Obmyślił wszystko doskonale - taki już był, wolał być spokojny mając coś dokładnie zaplanowane. Zamierzał udawać z Darcy parę, która wybrała się na romantyczny spacer do ładnego miejsca, cieszą się chwilą, podziwiają naturę, takie tam pierdoły. Miał okazję spotkać się z kobietą kilka razy, nigdy na dłużej, ale uważał ją za inteligentną i bystrą, miał nadzieję, że odnajdzie się w tej dość niewygodnej sytuacji. Dla niego było to obojętne, liczyło się tylko  poznanie szczegółów o francuskiej konspiracji i podziemiu, poznanie go dokładnie, dołączenie i upragnione działanie. Jego celem nie było działanie dla dobra Francji, ale uważał, że zabicie Niemca to zabicie Niemca - niezależnie w jakim kraju, ważne że o jednego mniej. No i wreszcie mógł coś robić! Nie cieszyły go już małe przysługi w postaci doręczenia paczki, czy napisania czegoś na murze. Chciał działać ryzykownie, ale zarazem efektownie i z rozmachem. Czuł, że przystąpienie do Ruchu Oporu może mu w tym pomóc. Narazie jednak cierpliwie czekał na swoją towarzyszkę. Stał w umówionym miejscu, pomiędzy dwoma straganami z jakimiś pierdołami, na ścieżce prowadzącej dookoła jeziora. Ubrany był w szary sweter i ciemnobeżowy płaszcz, który skutecznie skrywał upchnięty za pasek od spodni pistolet. Ciemne spodnie wsunięte były w wysokie czarne oficerki, a włosy rozwiane od lekkiego wiatru. Stał spokojnie udając zainteresowanie ogólnym tłokiem, ale w pewnym momencie rozbrykane dzieciaki, chyba była ich z czwórka, obiegły go dookoła, plątając się pomiędzy jego długimi nogami i bawiąc się między sobą w berka. Mężczyzna zaśmiał się i nie wiedział co zrobić ze swoimi rękoma, które wyciągnął z kieszeni spodni, i teraz asekurował się nimi przed kilkulatkami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Sob Lis 19, 2016 11:08 pm

Brudne, zachmurzone niebo, zupełnie jak gdyby ponownie nadeszła jesień, jak gdyby rozkwit wiosny i upał lata zostały trwożliwie pominięte, a natura od razu postanowiła powrócić do szarego, deszczowego października. Wiedział jednak, że to nie jesień, tylko pewna zapowiedź ciężkiego, ciepłego dnia, jednego z wielu tak podobnych do siebie w łagodnej neutralności pory przechodniej między zimą a wiosną. Która mogła być godzina? Dziesiąta, dziesiąta pięć. Sobotni poranek, cichy i spokojny. Poranek, w trakcie którego –jak każdej soboty o tej godzinie – w Paryżu zachodził swoisty cud.
Wszystkie dźwięki, nawet hałasy wywołane przez dzieci puszczające po tafli basenu papierowe łódki, przez sprzedawców, przez piosenkę w radiu – może Williego Fritscha? – wtapiają się w ciszę. Nawet krzyki na biegnącej w dół ulicy. Nawet samotny, wydany po niemiecku rozkaz. Nawet odległy, rozedrgany  dźwięk skrzypiec: wszystko okrywa się ciszą, na krótki moment odrealnia, wznosi ponad miasto w leciutkiej, mydlanej bańce, która rozpęka pod wpływem niespodziewanego bodźca.
Stał samotnie w słabym szarym świetle, w którym kamienie, wierzchołki drzew i kocie łby ścieżki przybrały niepewny, niebieskawy odcień. Przez te kilka chwil światło było rzeką, ogrody – jej brzegami we mgle, a wszystko co między nimi, unosił niedostrzegalnie powolny nurt. Ledwie kilkanaście metrów dalej stały wystawione wzdłuż głównej alejki straganiki, od których słaby, ciepły wiatr przynosił słodką woń waty cukrowej i kandyzowanych owoców. Nagle przez głowę przebiegła mu myśl, że byłoby dobrze – a przynajmniej całkiem miło – choć raz zjawić się w takim miejscu bez konkretnego celu. Bez świadomości wykonywanej misji. Bez wzroku śledzącego nielicznych przechodniów, bez mięśni napiętych jak masztowe liny. Byłoby dobrze zanurzyć się w tej pomarszczonej wiatrem tafli światła, w niespiesznym, gładkim woalu sobotniego poranka zjeść późne śniadanie i usiąść na jednej z ławek. Byłoby dobrze posłuchać mieszkającej gdzieś w pobliżu, wyjątkowo zawziętej kukułki, która wciąż powtarzałaby to samo trwożliwe zdanie, jakby nie wolno jej było dłużej milczeć.
Byłoby dobrze… czy tylko leniwie?
Jak długo wytrzymałby bez obowiązków, bez przyświecającej życiu misji, bez celu, który nadawał jałowej egzystencji ponury koloryt? Jak długo mógłby żyć bez tego uczucia wybuchającego za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się ktoś, kogo wyczekiwał?
Zupełnie jak teraz. Zupełnie jak w tej chwili.
Zapamiętał kolor jej płaszcza, choć nie miał pojęcia, jaka była to barwa – kremowy? Écru? Piaskowy? Męskie oko zawodziło, gdy w grę wchodziły setki kolorystycznych wariantów, jednak nigdy nie myliło się, kiedy miało rozpoznać kobiecą twarz.
Poczuł, że zaciska palce na cieniutkim pliku kartek zamkniętych pomiędzy dwiema sztywnymi okładkami. Przygotowywał to spotkanie przez trzy tygodnie – trzy tygodnie poświęcone śledzeniu jej kroków, opracowywaniu nawyków, szukania neutralnego, spokojnego miejsca. Trzy tygodnie, w trakcie których odkrył, z kim miał styczność na początku miesiąca, trzy tygodnie dla tego jednego, konkretnego momentu, dla tej jednej rozmowy, która mogła otworzyć przed nimi zupełnie nowe możliwości. Lepsze możliwości – a przynajmniej bardziej przyjazne od ich pierwszego spotkania.  
Odległość topniała z każdym kolejnym krokiem kobiety, osiemnaście metrów  już po chwili przerodziło się w piętnaście; lekki podmuch wiatru uniósł pasemko jej długich, jasnych włosów, dokładnie w chwili, w której Fiodor w końcu wyrwał się ze stagnacji marmurowej figury. Odległość zmalała jeszcze bardziej i wiedział, że ona zaraz, za moment, za kilka sekund zauważy, kto idzie w jej stronę. Rozpozna twarz, być może poczuje ukłucie uzasadnionego strachu, zatrzyma się bądź wręcz przeciwnie – odwróci i zacznie uciekać, wraz ze sobą zabierając nadzieje Chirjakowa.
Dlatego zrobił wszystko, by jego głos zabrzmiał jak najspokojniej, na swój zdumiewający, cichy sposób nawet łagodnie. Krótkie słowo, które powinno zatrzymać ją w miejscu bądź – tak zwyczajnie – przywołać wspomnienie ich ostatniego spotkania.
- Saro.
Zwolnił, ale się nie zatrzymał – mogło dzielić ich nie więcej niż pięć, sześć metrów, dość, by nie poczuła się osaczona i wystarczająco niewiele, aby mogła usłyszeć kolejne słowa.
- Mam coś, co należy do ciebie – uniósł lekko dłoń, w której wciąż mocno ściskał szkicownik, chyba nawet uśmiechnął się lekko, zatrzymując dopiero wtedy, gdy dzieliły ich niecałe dwa metry. Chciał jedynie oddać jej własność – tylko tyle lub tyle. Po podobnym przejawie dobrej woli nie powinna gniewać się za jeden, wyrwany ze środka szkic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Nie Lis 20, 2016 6:19 pm

Wybrała się na spacer do parku. Chociaż przez pierwsze dni po zamieszkaniu u brata była bardzo znerwicowana i bała się gdziekolwiek wychodzić w obawie przed tym, że znajdzie ją ojciec, albo że ktoś na jego rozkaz złapie ją i zaprowadzi przed jego oblicze. Była krnąbrną córką, po tym, jak ją pobił, uciekła i została u Tobiasa, zamiast pokornie wrócić i pozwalać, by dalej nią pomiatał. Lata urabiania sprawiły, że oprócz zaskakującego poczucia nagłej i nieoczekiwanej wolności czuła też strach oraz wyrzuty sumienia z powodu swojego zachowania. To poczucie próbowała w sobie zwalczyć, chociaż po opuszczeniu rodzinnego domu czuła się, jakby wpadła do bardzo głębokiej wody i miotała się, rozpaczliwie próbując znaleźć jakiś punkt podparcia. Nie tak łatwo było wyzwolić się spod wpływu kogoś, kto wywierał na nią ten wpływ przez całe życie, więc wciąż była tą samą, zaszczutą i znerwicowaną Sarą, która jednak nie chciała dać się ponieść lękowi i załamaniu. Szczęśliwie poprzednie lata wyrobiły w niej pewną umiejętność odcinania się od problemów i ignorowania ich, przynajmniej do pewnego stopnia. To też starała się robić teraz, żeby zupełnie nie zwariować.
Jednakże dopiero po tygodniu od zamieszkania u Tobiasa zdecydowała się pierwszy raz wyjść. Brakowało jej miejsc, które lubiła odwiedzać, chyba nie była stworzona do tego, żeby spędzać całe dnie w zamkniętym pomieszczeniu, chociaż brat tego pewnie po niej oczekiwał, i jeśli dowie się o jej wyjściach, to pewnie nie będzie zadowolony.
Od tamtego pierwszego wyjścia w tajemnicy przed Tobiasem minęło jeszcze kilka dni; znowu znajdowała się w parku, siedząc na jednej z ławeczek i sycąc się przyjemnym, wiosennym powietrzem. Dłonie, jak zwykle w rękawiczkach, spoczywały splecione na kolanach. Chociaż po utracie poprzedniego szkicownika kupiła sobie nowy, jej obolałe palce nadal nie były w stanie wykonywać odpowiednio precyzyjnych ruchów. Być może ojciec naruszył którąś z kości. Kiedy jednak znudziło jej się to siedzenie, wstała i ruszyła dalej, nieświadoma tego, że jest obserwowana. Potrafiła poruszać się w taki sposób, żeby nie zwracać na siebie uwagi; spuszczona głowa, niepewny krok, unikanie kontaktu wzrokowego i udawanie, że zmierza do konkretnego celu.
Ten mężczyzna najwyraźniej jednak bardzo chciał ją zauważyć.
Usłyszała swoje imię. Odruchowo przystanęła i odwróciła głowę, czując, jak serce podchodzi jej do gardła. Przez chwilę była niemal pewna, że to ktoś nasłany przez ojca, kto znalazł ją tu i za chwilę do niego zabierze. Co powinna zrobić? Spróbować uciec?
Najpierw jednak wystraszone, jasne oczy spoczęły na sylwetce nieznajomego. I faktycznie mogłaby go uznać za kogoś nasłanego przez ojca, gdyby nie to, że po chwili rozpoznała jego twarz. Mężczyzna z kawiarni, którego kiedyś narysowała i który później zastraszył ją i odebrał szkicownik. Jakim cudem ją tu znalazł i w dodatku znał jej imię? W pierwszej chwili nie pomyślała o tym, że zapewne było wypisane na wewnętrznej stronie którejś z okładek.
- Kim pan jest i czego ode mnie chce? – zapytała drżącym głosem, starając się ukryć swój niepokój, jaki czuła na wspomnienie poprzedniego spotkania, kiedy mężczyzna zwiódł ją, a potem podstępem zaciągnął w boczną uliczkę i odebrał szkicownik. Który teraz nagle pojawił się w jego dłoniach. Chciał jej go zwrócić? Dlaczego? Jej brwi uniosły się nieznacznie, bo nic z tej sytuacji nie rozumiała, dlatego też nie poruszyła się, nie sięgnęła po szkicownik, patrząc na niego nieufnie. - Co to wszystko ma znaczyć? - zapytała tylko, odnosząc się do tamtej sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pon Lis 21, 2016 8:40 pm

Dzień za dniem przemija, niewyobrażalne staje się codzienne, odrażające staje się nudne, nieznośne staje się rutyną. Ludzkim życiem od zawsze rządziły schematy, powtarzające się sekcje wydarzeń, decyzji i wahań – w tak ponurych czasach każdy poszukiwał stabilizacji, nie było zaś nic bardziej stabilizującego od dotkliwej przewidywalności. Dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Miesiąc za miesiącem – aż do dnia, gdy szablonowość zakłóci coś tak nagłego i niespodziewanego jak…
Śmierć?
Zepchnął ją – ją i wszystko, co miało miejsce w Hali Wagram – w mroczne zakątki swego umysłu. Niewiarygodne, co się tam mieści, zdumiewające, z czym można żyć. Zaskakujące, z jaką łatwością wyparł z pamięci moment, w którym mógł zapobiec tragedii. Być może stały za tym lata spędzone w armii, być może od zawsze posiadał tę półmistyczną cechę, tę mglistą, wschodnioeuropejską dzikość umożliwiającą człowiekowi poważne zaangażowanie w coś, co w ostatecznym rozrachunku musi się okazać wytworem wyobraźni. Fiodor obiecał sobie, że w Paryżu będzie znacznie bardziej powściągliwy niż w Moskwie, Odessie, Irkucku, nawet Waszyngtonie.
Jeden krok naraz, powtarzał w myślach, hamując gwałtowny głód działania. To był jedyny sposób. Jeśli człowiek dostatecznie mocno zacisnął zęby i zrobił dostatecznie dużo kroków, mógł dotrzeć wszędzie. Jeden bolesny, wymęczony, przepojony winą krok naraz.
Dokładnie tyle dzieliło go od Sary von Hatzfeldt i wszystkiego, co mogła mu zaoferować.
Nie wiedział o niej wiele, być może mniej, niż pragnął – musiał jednak działać, działać szybko i stanowczo. Jego rasę hoduje się po to, by zwyciężała, nawet jeśli ceną tego zwycięstwa było pogodzenie się z możliwością znalezienia się między tymi, którzy muszą odejść, by inni mogli żyć. Ta chwila, w której zamarli, była decydująca; zmysły nagle nabrały na ostrości, przed oczami zaczęły kolejno przesuwać się migotliwe obrazy: błękitne mgły płynące przez pole pomarańczowej czerwieni, żółtość słonecznego światła pulsująca przez basenową zieleń w rytmie przypływu i odpływu, ciche głosy dobiegające z głębi alejek Ogrodu Tuileries i zakłócające martwą ciszę panującą na zalanej słońcem ścieżce.
Kim pan jest i czego ode mnie chce?
Nawet nie wiedziała, że zaledwie jednym, prostym pytaniem uderzyła w samo sedno. Kim był? Raczej nikim istotnym – przynajmniej tak zachowywał się od dnia, w którym zaprzedał własną duszę ojczyźnie. Czego chciał? Wszystkiego.
Właśnie w tym tkwił ponury paradoks jego życia.
Fiodora nie zdziwił strach w oczach Sary, ani to, że w pierwszym, pierwotnym odruchu próbowała jak najszybciej pozbyć się niechcianego balastu w formie obcego, lekko uśmiechniętego, lecz przede wszystkim niepokojąco wielkiego mężczyzny. Nie mógł zwalczyć jej obaw, przynajmniej nie teraz, nie w tym miejscu, nie w równie niesprzyjających okolicznościach; wystarczyło przecież, by przyciągnęli uwagę nieodpowiednich ludzi, aby cały plan – bo właśnie tym była każda, najdrobniejsza nawet decyzja Fiodora – miał spełznąć na niczym.
- Wtedy… - krótki moment zawahania – zupełnie jakby właśnie wstępował na wyjątkowo kruchy lód skuwający jezioro – sprawił, że jego głos zamarł na moment.
Wtedy, czyli kiedy? W kawiarni Flore? W drodze do muzeum? W tym, zaułku, w który ją wciągnąłeś?
- … jestem ci winien przeprosiny, mademoiselle. Przeprosiny i twoją własność – ponownie uniósł lekko cieniutki kreślarz, zmuszając usta do uśmiechu. Jeszcze na początku miesiąca pragnął zrobić wszystko, by ich ścieżki nie skrzyżowały się ponownie, jednak podobna okazja nie mogła zostać tak zwyczajnie zaprzepaszczona.
Nie w dniach, w których Niemcy zaczęli polowanie na komunistów.
- Byłem tu przed tygodniem, nie miałem jednak szkicownika. Pomyślałem… założyłem, że zjawisz się dzisiaj, więc wziąłem go ze sobą – wyjaśnienia – mało istotne, że kłamliwe – zawierały w sobie niewinną logikę zwykłego Paryżanina. Nie mógł dać jej czasu, by zaczęła zastanawiać się, skąd wiedział o jej sobotnich spacerach – tak samo, jak nie mogła po prostu wziąć swojej zguby i zwyczajnie odejść.
- Gdybyś tylko miała czas, moglibyśmy pójść na kawę. W końcu przedstawiłbym się jak należy – ponownie się uśmiechnął – lekko, niewymuszenie, jak ktoś, kto w pewien sposób czuje się zażenowany całym zajściem i pragnie jak najszybciej odpokutować za swoje winy. Mógł przy tym liczyć wyłącznie na naiwność, dobre serce bądź zwykłą ciekawość Sary, która nakaże jej wkroczenie na scenę tego niewielkiego teatru mundi i tym samym - prosto w sidła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Czw Sty 12, 2017 9:18 pm

Potrzebowała chwili ciszy i spokoju, w którym bezwarunkowo się zanurzy. Pragnęła odpoczynku, jakby tydzień wymęczył ją bardziej niż całe życie w Heidelbergu. Przypominała rozkwitający kwiat, którego płatki zamarzły na zbyt dużych mrozach, bo nikt nie pielęgnował delikatnej rośliny. Chciała płakać i śmiać równocześnie, ale w obliczu obecnych wydarzeń wydawało się to tak nieludzkie, bo w Paryżu uliczki przesiąknięte były płaczem i ludzkim cierpieniem, a sztuczne uśmiechy świadczyły jedynie o bezradności. Polityka jej jednak nie dotyczała i próbowała być ponad tym, bo tylko świadomość, że Fabien wraz z Wolfgangiem uczestniczą w tej maskaradzie sprawiała, że sama potrafiła się odciąć i nie myśleć jakich okrucieństw mogli się dopuszczać. Wiedza o tym poraniłaby jej małe serce i sprawiła, że umarłaby po raz kolejny, a tak? Mogła patrzeć na małego Felixa, który mając wypieki na pyzatych policzkach i rozciągając usta w szczerym, dziecięcym uśmiechu, wydawał się żyć w innej bajce niż mieszkańcy okupowanej stolicy Francji.
Szła z głową w chmurach i analizowała swoje życie. Słyszała dźwięczny śmiech syna, który biegał ile sił w nogach po zaśnieżonej trawie i próbował złapać uciekające przed nim ptaki, ale przecież był jeszcze taki młody. Potknięcie czy lekkie upadki nie były mu straszne, bo zachowywał się jak prawdziwy łobuziak. Rzadko kiedy płakał, chyba że naprawdę nieprzyjemne zderzenie z chodnikiem było bolesne, ale na śniegu? Nawet się nie zastanawiał, ile siników będzie miał w domu. Na moment wybiła się jednak zbyt mocno z czuwania nad dwulatkiem, a jego nieco zbyt hałaśliwe usposobienie znajdowało się za daleko, by była w stanie go zlokalizować. Rozejrzała się po okolicy, a serce zatrwożył lęk, że może go stracić, bo... Jaką była matką, skoro nie umiała go dopilnować? Przyspieszyła kroku i dostrzegła ciemny kaszkiet, z pod którego wypadała gęsta czuprynach ciemnych włosów. Nabrała powietrza w płuca, ale nim się zorientowała, chłopczyk wpadł w niemieckiego przedstawiciela władzy, a zaraz potem odbił się od niego i upadł niefortunnie na pupę. Charlotte podbiegła tam bez wahania i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, chłopczyk odezwał się pierwszy.
- Ja tes chce taki mundul i chce byc taaaki duuuzy! - zaklasnął w dłonie i sam wyzbierał się z ziemi, by zatoczyć się na swoich krótkich nóżkach i złapać za wykończenie płaszcza. Eberhart wywróciła oczami i bezpardonowo złapała za maleńką dłoń.
- Przepraszam za niego - mruknęła pod nosem w języku niemieckim. Było to zbyt wiele słów, a przecież nie mogła dopuścić, by pociągnięto ich do odpowiedzialności za otwartość dziecka. - Wyszliśmy pierwszy raz na spacer, odkąd pojawiliśmy się w Paryżu... - uśmiechnęła się nikle, a zaraz potem wzięła na ręce dziecko, które nie bardzo rozumiało dziwne poirytowanie matki. - Jeśli coś zrobił z mundurem, to naprawię go - zaproponowała i zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że w ogóle wydusiła z siebie więcej niż zwykle. Usprawiedliwiała to instynktem i chęcią udobruchania nieznajomego Niemca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pią Sty 13, 2017 12:28 am

Znowu mu się śniła, ale to było do przewidzenia, nawiedzała go w snach praktycznie każdej nocy. Czasami ewoluowała. Zamieniała się w Larsa, pochylającego się nad nim, przyszpilającego go do łóżka, całującego z dziwną pasją - jego język smakował jak popiół, wdzierał się do ust nachalnie, wręcz brutalnie. Później przegryzał swoje pobladłe, trupie wargi, a na języku Bjørna pojawiał się nowy smak - smak zepsutej, zakrzepłej krwi. Wtedy najczęściej Sørensen budził się, zlany zimnym potem i cuchnący strachem, niejasno zdając sobie sprawę z tego, że to własny krzyk ocucił go z koszmaru. Tej nocy rzadko zasypiał ponownie, wiedząc, że podświadomość z okrutnym uporem stara się wyrzygać, niczym obiad z zepsutego mięsa, to co od miesięcy tłamsił, spychając na dno pamięci. Oblizywał spierzchnięte wargi, wlokąc się powolnie do łazienki. Spłukiwał pod strumieniem zimnej wody głowę, licząc, że wraz z nią do ścieku spłyną zjawy dręczące go po zamknięciu cienkich, pergaminowych powiek. Czasami to działało, budził się wtedy wypoczęty, rzadko pamiętając nawiedzające go sny, lecz nie zawsze. Wtedy smak zgnilizny towarzyszył mu cały boży dzień, sunąc po języku i koniec końców kusząc, aby zmył go pięćdziesiątką, często zamieniającą się w setkę.
Mrużąc zaczerwienione oczy, szedł przed siebie, oddychając płytko chłodnym kwietniowym powietrzem. Paryż wciąż był dla niego obcym miejscem, nieprzyjaznym i właściwie nielubianym, tęsknił za Oslo. Dostawał mdłości, słysząc wszechobecny francuski, który w jego uszach wciąż brzmiał jakby ktoś zapakował do ust zbyt dużą porcję kluch, której nie był w stanie przełknąć przed ponownym rozdziawieniem, najczęściej kłamliwych, warg. Trzy na dwa zdania, które usłyszysz, będą fałszywe, to pierwsza zasada w kontaktach z Paryżanami, pamiętaj. Uśmiechnął się niewyraźnie do swoich myśli, dłonią błądząc w okolicach kieszeni munduru, szukając palcami tekturowej paczuszki papierosów. Nie zdążył jej wyciągnąć, gdy coś, a raczej ktoś, wpadł na niego, potrącając i zakłócając równy rytm kroków. Bjørn opuścił spojrzenie, obejmując jego błękitem drobną figurkę rozbitą na ziemi. Zanim zdążył zareagować, pojawiła się kolejna postać - urodziwa, schludnie i na pewno nietanio odziana kobieta. Bjørn świdrował ją przez krótką chwilę wzrokiem, zanim postanowił rozciągnąć wargi w uśmiechu, który poszerzył się, gdy brzdąc przerwał ciszę, klaszcząc przy tym w pulchne rączki. 
- Nic się nie stało, naprawdę - pokręcił głową, odzywając się nieskalaną obcym akcentem niemczyzną. - Och, to chyba niedawno? Nie wierzę, żeby udało się pani utrzymać tego urwisa zbyt długo w czterech ścianach domu - sprawiał wrażenie rozbawionego.
Nie śpieszyło mu się nigdzie, mógł więc poświęcić kilka minut matce z dzieckiem. Szczególnie, gdy ta była aż tak miła dla oka. Raz, dwa, trzy, policzył piegi na jej nosie, odwracając od niego spojrzenie, gdy doszedł do dwunastu. 
- Z mundurem? - zdziwił się, unosząc jasną brew. - To tylko berbeć. Na dodatek bez czekolady w rączce. Chyba całkiem nieszkodliwy... A może się mylę, co, chłopcze? - dodał, niejasno przypominając sobie, że nie należy ignorować najmłodszych. Nawet jeżeli ledwo odrastają od ziemi i niekoniecznie jeszcze składnie formują swoje wypowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pią Sty 13, 2017 6:56 pm

Czy przeszłość nie jest najgorszym demonem, który nas nawiedza? Puka nieustannie do drzwi i przypomina o wszystkich błędach, jakie popełniliśmy od dnia narodzin. W umyśle Charlotte panował istny chaos, jakby stado rozpędzonych koni gnało na oślep i raz po raz zderzały się ze sobą. Robiły to niemal nieustannie, bo świadomość, że nie była do końca normalna przytłaczała ją najmocniej. Oddana bezgranicznie bratu, którego nie widziała tak długo. Pewnie pojawiły się na jego twarzy kolejne zmarszczki i oczywiste ślady zmęczenia. Wolf... Był zaś senną marą, jakimś dziwnym, niezaspokojonym pragnieniem, które pomimo długiej rozłąki wcale nie wygasło. Miała w końcu obok siebie jego syna o dokładnie tych samych oczach i uśmiechu równie czarującym, ale pomimo że Felix nie należał do zaprzeszłych zdarzeń, tak nie mogła uwolnić się z pod uroku Liebenfelsa, który rzucił na nią dawno temu. Brak szczerości wciąż narastał i przypominał typowe tchórzostwo, dlatego nie zbierała w sobie odwagi, by któregoś dnia wyjawić prawdę. Dwulatek był synem Johana i tak myśleli wszyscy, którzy znali małżeństwo, a dla Lotty z egoistycznych pobudek tak było wygodnie. Nikt nie mógł dopatrzeć się jakiejkolwiek nieprawidłowości, a przez to była bezpieczna, bo któż oskarżyłby zapłakaną panią Goetze o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem? Nigdy nie kochała tego imbecyla, człowieka bez godności i tyrana. Jego śmierć była niczym wybawienie, choć zdążył stworzyć brzydką rysę na jej nieskazitelnej powłoce.
To popołudnie było inne. Bardziej nietypowe, jakby ktoś z góry zaplanował, że na drodze Eberhart pojawi się człowiek o przeszywającym spojrzeniu i enigmatycznej nucie, która roztoczona wokół niego... Nie, Lotta nie potrafiła tego opisać, a przecież jako artystka miała bardziej wyostrzone zmysły i irytował ją fakt, że z młodziutkiego żołnierza jest w stanie wyczytać jedynie, że nie kryje żalu i nie zamierza rozliczać z niecnego uczynku jej syna. Kim jednak był? Skąd pochodził? Dlaczego wybrał niemiecką armię? To było niepojęte jak niechętnie podchodziła do służby wojskowej. Miała swoje przekonania i wiedziała, że bliskie jej osoby zmieniały się pod natłokiem obowiązków i wpływem wyżej ustawionych osób. Może ten o to młodzik mógłby się jeszcze wycofać? Nie była w stanie zapytać o jego decyzje, bo nie znali się, byli sobie obcy, a nie chciała zostać posądzona o brak taktu i wścibstwo.
- Tsy dni! I mama mówi ze bede choly - relacjonował dwulatek, który był piekielnie otwarty i nie potrafił trzymać języka za zębami. Czasami żałowała, że czytała mu tyle bajek i uczyła cyferek, kolorów, przeróżnych nazw. Był zbyt bystry, a przez to Eberhart nie była pewna czy da radę ukryć każdą emocje, bo co jeśli któregoś dnia opowie Fabienowi, że brunetka płacze niemal każdej nocy i nie chce opuszczać mieszkania? Nawet tutaj, w Paryżu, z dala od Heidelbergu nie czuła się bezpiecznie.
- Mój syn nie nauczył się jeszcze, że czasem warto trzymać jęzorek za ząbkami, prawda? - spojrzała na Felixa, a ten tylko zachichotał i zaczął sobie wsadzać paluchy do buzi, które otulone były rękawiczkami. Próbowała mu je wyciągnąć, a kiedy już jej się to udało, dwulatek objął ją za szyję i schował buzię w gęstych puklach. Zauważyła też, że kiedy starała się skupić na wymuszeniu grzeczności u chłopca, nieznajomy obserwuje ją nad wyraz badawczo. - Czemu pan mi się tak przygląda? - zapytała z rozbawieniem, by zaraz potem posłać mu subtelny uśmiech.
- Nie jeśtem śko-śko-śkooodnikiem! - oburzył się, a zaraz potem pokazał Bjørnowi język. Charlotte prawie spaliła się ze wstydu, stąd jej policzki pokryły się natychmiastowo delikatną czerwienią. Przygryzła nerwowo dolną wargę i szukała odpowiednich słów, by przeprosić nieznajomego za tę niesubordynację dziecka.
- On jeszcze nie wszystko rozumie, przepraszam - jęknęła i odwróciła szybko wzrok. Prawdopodobnie po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu, dlaczego nie wychodzą z domu. Jakby nie patrzeć - niewyparzona buzia Felixa była nad wyraz kłopotliwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Nie Sty 15, 2017 9:40 pm

Spokojne, wręcz łagodne spojrzenie, przesunęło się z zarumienionej chłodem twarzy dziecka nieco w bok, sięgając gdzieś za ramię jego matki. Na pełnych wargach mężczyzny wciąż można było dostrzec cień uśmiechu, który pogłębił się wraz z kolejnymi słowami chłopca, który ponownie skupił na sobie uwagę. Bjørn właściwie wcale nie lubił dzieci, niechęć ta brała się prawdopodobnie z tego, że ich nie rozumiał, niespecjalnie też wiedział jak je traktować. Ich obecność była dla niego obca, wręcz niewygodna i męcząca. Nie rozczulało go niewinne gaworzenie, nie zachwycały bohomazy wychodzące spod ich rączek, rezolutne pytania zadawane ze zbyt dużą częstotliwością powodowały nerwowy szczękościsk, a piskliwe głosiki ból głowy. A mimo to nie potrafił ich ignorować, nie kiedy już nieszczęśliwie stanęły mu na drodze. Uzbrajał się w cierpliwość, wsłuchując się w niewyraźne seplenienie i lekko pochylając głowę, zdawał się zastanawiać nad słowami smyka.
- Trzy dni? Niedługo. No, proszę, proszę. Straszna pesymistka z tej twojej mamy - nie przejmował się widocznie faktem, że dziecko w tym wieku niekoniecznie może operować pojęciami optymizmu i pesymizmu, nie mówiąc już o realizmie. Przesunął uważne spojrzenie kilka centymetrów w bok, osadzając je gdzieś między ciemnymi brwiami kobiety. Bez wątpienia była Niemką, a sądząc po jej płaszczu i butach, należała do wyższych sfer. Ciekawe - córka czy żona któregoś z oficerów?A może kochanka? One również tłumnie przybywały do Paryża, ciągnąc za swoimi mężczyznami, zwabione czarem stolicy miłości i tęsknotą, a niekiedy zazdrością i strachem, że zostaną zastąpione lepszym (kogo nie pociągała nowość?), francuskim modelem. Kim jesteś?, zdawały się pytać jasne oczy, wwiercając się w bladą twarz brunetki, kiedy ta stwierdziła, że malec jeszcze nie nauczył się trzymać język za zębami. Sama posiadała tę umiejętność? Kącik prawej wargi drgnął mu delikatnie, jakby poruszony nagłym rozbawieniem, którego Bjørn w ostatniej chwili postanowił nie okazywać. Nie skomentował jej słów, za którymi przyszły następne, uderzając w niego pytaniem, które sprawiło, że zmieszał się w duchu. Liczę pani piegi, to chyba nie brzmiało dobrze?
- Przypomina mi pani kogoś - odpowiedział, posługując się wyświechtanym, niczym płaszcz przeciętnego Paryżanina, wyjaśnieniem, które w jego ustach zabrzmiało nad wyraz autentycznie.
Może nawet rozwinąłby swoją myśl, jednak gaduła w postaci syna kobiety ponownie dała o sobie znać, tym razem dodatkowo wywalając na niego język. Trochę jak ta małpa w zoo, pomyślał, patrząc na chłopca w milczeniu, ciekawe czy też rzuca fekaliami, kiedy nie dopisuje mu humor. Mimo wszystko miał nadzieję, że nie, chociaż nie mógł tego zupełnie wykluczyć - mało to słyszało się o dziwactwach dzieci?
- Jest rozkoszny - skłamał gładko, uśmiechając się łagodnie, śmiejąc się w duchu z rumieńców, które wykwitły na urodziwym kobiecym licu. Zatarł dłonie, ścierpnięte chłodem. W przeciwieństwie do dzieciaka, on nie miał rękawiczek. - Skoro już rozmawiamy, to mam nadzieję, że nie będzie miała pani nic przeciwko, jeśli poproszę o dokumenty? Standardowa procedura - zadał pytanie, właściwie nie będące pytaniem, wpatrując się intensywnie błękitnymi oczyma w czarne tęczówki Niemki.
Przemawiała przez niego wyłącznie ciekawość, którą mógł zaspokoić w bardzo prosty sposób, dodatkowo sprawiając wrażenie, że w drodze do biura wykonuje poboczne obowiązki, takie jak obserwowanie ulic i ludzi, którzy przemykali nimi śpiesznie. Ostatnie wydarzenia w Paryżu sprawiły, że należało mocniej docisnąć but do szyi próbujących podnieść się z ziemi Francuzów. Legitymowanie przypadkowych osób dobrze wyglądało, zasiewało odpowiedni niepokój, wysyłało sygnał, że niemieckie oczy wciąż są czujne. Nawet jeżeli nie była to do końca prawda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pon Sty 16, 2017 6:27 am

Od tamtego konkretnego dnia, kiedy to jej mąż z brutalnością i bezsilnością, która z pewnością musiała go boleć, wszedł w posiadanie drobnego ciała małżonki, ta przestała tak chętnie uczestniczyć w rozmowach z mężczyznami. Stroniła od ich towarzystwa. Uciekła od zbyt intymnych spojrzeń i nie poddawała się grze pozorów. Słynęła raczej z dystansu i zamknięcia, aniżeli rozhukanego trybu życia. Była tylko kobietą, do tego wątłej postury, która negowała całą agresję i nie potrafiła na nią patrzeć, choć bratu nie umiałaby się sprzeciwić. To pewnie dlatego nie dostrzegała w stojącym przed nią Niemcu jakichkolwiek oznak okrucieństwa. Naiwnie wierzyła, że ten nie jest zdolny do okrucieństwa, a przecież jako żołnierz nieustannie otrzymywał rozkazy, które mogły decydować o czyimś życiu. Odsunęła się jednak na krok, bo gdy jego perfumy dotarły do jej drobnego noska, granica została przesunięta. Musiała zachować zdrowy rozsądek, by tylko nie wpaść w panikę i nie zacząć uciekać przed własnymi demonami.
- Paryż jest taki obcy... - szepnęła bardziej do siebie niż do nieznajomego, a zaraz potem spojrzała na niebo. Czy dobrze robiła? Nie wiedziała. Czuła się tu nieswojo, a ludzie mijający ją sprawiali, że zbyt ciężka atmosfera jeszcze gorzej wpływała na zbyt wisielczy humor Charlotte. Odetchnęła jednak z wyraźną ulgą, gdy pojęła, że mężczyzna nie ma pojęcia kim jest. Świdrował ją wzrokiem. Doszukiwał się odpowiedzi. Być może się myliła, ale próbowała uzasadnić jego ciekawość, która malowała się w tak intensywnym spojrzeniu, pod którym kilka lat temu ugięłyby się jej kolana. Dzisiaj przypominała królową śniegu w idealnie skrojonym płaszczu i sztucznym futrze otulającym łabędzią szyję. Musiał być młody i przespał lata, kiedy ta odnosiła sukcesy, bo przecież... Nie mógł być aż takim ignorantem, prawda?
- Mam nadzieję, że ukochaną, a nie najgorszego wroga - powiedziała przekornie, bo ta fraza sama cisnęła się na jej spierzchnięte wargi. Uleciała spokojnie, niczym najpiękniejsza melodia, która raz po raz przypominała o nieuchronności losu. Eberhart nie flirtowała, ale ten jeden raz zdecydowała się na zbyt poufałą uwagę, która mogła kosztować ją dobre imię. Dopóki jednak nie wiedział kim jest, to w czym leżał problem?
Całkowicie speszona przez zachowanie syna zapomniała o swojej bezczelności i skupiła się na tym, by jak najszybciej wrócić do domu. Preferowała spokój, ciszę, grę na harfie lub projektowanie, ale nie niezręczne sytuacje. Dlaczego to zawsze spotykało właśnie ją?
- Oczywiście - odstawiła na moment dwulatka, a zaraz potem sięgnęła po dokumenty ze skórzanej torebki. Nosiła nazwisko Fabiena, od dawna nie pamiętając o Johannie, którym gardziła nawet teraz, gdy gnił pośród innych trupów. Mozolnie przeszukiwała przegródki, aż w końcu w rękach mundurowego znalazły się papiery kobiety.
Charlotte Maria Eberhart, urodzona 11 maja 1915 roku w Heidelbergu.
Syn - Felix Wolfgang Eberhart, urodzony 18 czerwca 1939 roku w Heidelbergu.

Nigdy nie wstydziła się swojego pochodzenia. Początkowo nie potrafiła przełknąć goryczy porażki jaką był brak
matczynej miłości, ale wyjątkowa relacja z Fabieniem sprawiła, że nie zamierzała chodzić z opuszczoną głową. Nie chciała przyznawać też, że jest tylko jego siostrą, bo domysły bywały przyjemniejsze, a obserwowanie reakcji nieznajomego zdawały poprawiać jej humor. Nie mógł nie znać tego nazwiska, a tym samym... Czyżby był w szoku?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pon Sty 16, 2017 2:13 pm

Relacje międzyludzkie miały to do siebie, że raniły, jak niegdyś Bjørn pod wpływem zbyt dużej ilości alkoholu i złego humoru wytknął Eli. Zaśmiała się wtedy, patrząc spokojnie jak nie radzi sobie ze zdjęciem butów i zapytała, na którym mijanym w drodze z pubu do domu murze wyczytał tę głęboką myśl i czy naprawdę uważa, że dorosłemu mężczyźnie wypada powielać takie banały. Oczywiście miała rację, jednak kiedy dodała, żeby wreszcie przestał się nad sobą użalać, poczuł się urażony. Dogłębnie. Tak jak tylko może poczuć się zalany prawie w trupa mężczyzna, który wraz ze spożytymi procentami zyskał również wiedzę niedostępną zwykłym śmiertelnikom, nie potrafiącym docenić jego mądrości.
Poniekąd miał oczywiście rację, ujętą jednak w tak prymitywny sposób, że za nic nie powtórzyłby tego w świetle dnia, ani nawet nie przyznał się, iż podobne myśli mogły zakiełkować w jego głowie. Eli jednak miała do niego tyle cierpliwości i taktu, że rano nie wróciła do tematu, chociaż Bjørn przed zapadnięciem w sen wymamrotał coś co przy sporym wysiłku można było zrozumieć jako "wyjaśnię ci to jutro".
Złamała mi serce - zmarszczył leciutko jasne brwi, oczywiście zmyślając na użytek kobiety.
O tym, że żartuje świadczyły nieznacznie wygięte kąciki ust, tworzące subtelny grymas, któremu daleko było do zwykłego, niezbyt przyjemnego uśmiechu Bjørna, przez złośliwych przyrównywanego do tego właściwego pensjonariuszom szpitala Salpêtrière, co niespecjalnie mijało się z prawdą. 
Dziękuję - skinął głową, wyciągając rękę po dokumenty kobiety i zaglądając w nie z doskonale wystudiowaną obojętnością, sunąc spojrzeniem od zdjęcia po imię brunetki, zatrzymując się dłużej przy nazwisku, które okazało się aż nazbyt znajome. No proszę, cóż za zbieg okoliczności, pomyślał, unosząc z powrotem oczy na swoją rozmówczynię, mimowolnie doszukując się podobieństwa do znanego mu wysokiego, postawnego mężczyzny. A może to wcale nie zwykła zbieżność nazwisk? Właściwie kiedy wiedziało się na co zwrócić szczególną uwagę, jak na przykład kształt czy kolor oczu, nietrudno było doszukać się cech mogących świadczyć o pokrewieństwie między tą dwójką. Była młodszą siostrą, czy może kuzynką? A może to tylko wyobraźnia Bjørna rozpędzała się, żeby dopasować przypadkowe elementy w układankę pasującą do jego zamysłu? 
Przepraszam za wścibstwo... - uśmiechnął się można by rzec, że przepraszająco. - Ale nie jest pani może spokrewniona z SS-Obersturmbannführerem Eberhartem? - zapytał, przekręcając głowę nieznacznie na bok. Kto pyta, nie błądzi. Jakoś tak to szło, prawda? Jeszcze raz spojrzał na dane kobiety, po czym wyciągnął do niej zziębniętą dłoń, oddając sprawdzone dokumenty.
A dzieciak? Zerknął kątem oka na dwulatka ciągnącego maminą spódnicę. Nosił panieńskie nazwisko Charlotte, co postronnym osobom sugerowało, że jest efektem romansu, nieślubną pamiątką. Czy tak było w istocie? Ściągnął nieznacznie brwi, czekając na odpowiedź panny Eberhart, wciąż sprawiając wrażenie uprzejmie zainteresowanego. Bynajmniej nie zdumionego, czy tym bardziej zszokowanego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Pon Sty 16, 2017 11:20 pm

Każdy przeżywa swoje małe i duże dramaty. Są bardziej bolesne, a także mniej, ale Charlotte jak i zarówno Bjørn przeżyli prawdziwe rozczarowanie. I tak jak młoda Eberhart próbowała sobie z tym poradzić i nie wracać do przeszłości, tak prawdopodobnie młody mężczyzna nie uporał się jeszcze z demonami przeszłości, które raz po raz wracały w najgorszych koszmarach. Brunetkę budziły jedynie wtedy, gdy zbyt mocno ulegała wspomnieniom i nie wiedziała jak wyplewić z siebie poczucie bezsilności. Czuła się słaba, choć od lat starała się być pewna i stanowcza, ale w głębi duszy była tak naprawdę kruchą dziewczynką, która szuka silnego ramienia i opieki, by nie bać się iść z podniesioną głową. Jej priorytetem był jednak syn, który powinien być otoczony miłością, dlatego wierzyła, że wystarcza mu jedynie w roli matki, bo przecież ojciec nie miał o nim pojęcia. Uczucie, które między nimi kwitło było zatem wyjątkowe, bo dla dwulatka była gotowa poświęcić wszystko. Bezwarunkowo.
- Och... - szepnęła cicho, bo takiego wyznania się nie spodziewała i poczuła się nad wyraz zmieszana. Szybko uciekła wzrokiem, a następnie skupiła nieustępliwe spojrzenie na chłopcu, który ciągle się wiercił i ciągnął ją za spódnicę. Nie zamierzała wściubiać drobnego noska w sprawy, które jej nie dotyczyły. Nie powinna. Niemniej jednak nie spoglądała już na nieznajomego, który skrupulatnie wertował jej papiery. Wolała myśleć o czymś innym niż niezręczność, która nieprzyjemnie wisiała w powietrzu.
- Fabien to mój brat - wyjaśniła wprost i bez owijania w bawełnę. Przygryzła też nerwowo policzek od środka, by zaraz potem spojrzeć na żołnierza i nakierować wszystko na właściwe tory. Wiedziała o czym myślał i to nie przez przebiegłość, a za sprawą doświadczenia. Samotna matka z dzieckiem to śliski temat, który jest idealnym pretekstem do snucia wielu sprzecznych konkluzji, ale przecież Charlotte nie zrobiła nic złego. Johan został zamordowany, a Felix stał się sierotą, której matka spowita była w czerń.
- Mój mąż nie żyje, jeśli to również pana interesuje - powiedziała nad wyraz sucho i rzeczowo, a w duchu śmiała się ze skurwysyna, którego spotkał taki los na jaki zasłużył. Jesteś nic nie wartą dziwką, huczało w jej głowie. To jedno z tych zdań, które wyryły na jej duszy ogromny ślad, a to tylko dlatego, że te dwa lata temu była dziecięco naiwna.
- Czy Fabien... On nadal przebywa w Paryżu, prawda? - zapytała niepewnie i wbiła ciemne jak smoła tęczówki w twarz Bjørna. Oczekiwała szczerej odpowiedzi, a nerwowość była widoczna w drżeniu wątłego ciała, co przecież mogła zrzucić na zimno, które raz po raz smagało jej twarz i wdzierało się pod materiał płaszcza. Powinna zapytać o imię, by przestał być anonimowy, ale nie miała odwagi, a może to wciąż z tyłu głowy szumiał strach w obawie, że przekroczy granice, których przysięgła sobie strzec tak samo jak życia Felixa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Sro Sty 18, 2017 6:51 pm

Długo udawało mu się nie patrzeć za siebie.
Opuszczenie Trondheim otworzyło nowy rozdział w jego życiu. Uważał, że nie warto oglądać się przez ramię pamięci. Tamto nie istniało, równie dobrze mogąc być wytworem chorej wyobraźni, nic nieznaczącą historią przeżytą przez kogoś zupełnie innego. Chciał myśleć, że zatrzymał tylko imię i nazwisko, datę urodzenia, ale przeczył temu, upychając na dno walizki niewielki plik zdjęć przepleciony łańcuszkiem z drobnych pereł, wmawiając sobie, że to nie sentyment, a coś innego, coś czego nie potrafił jasno zdefiniować. Ale na pewno nie przywiązanie, nie tęsknota - bo do czego, za czym? Jako dorosła osoba, zapuszczając się w zaśniedziałe rejony wspomnień sprzed ponad dekady, zauważał, że to co kiedyś wydawało mu się ładne, miłe i beztroskie, tak naprawdę niewiele miało wspólnego z tym, co przeciętna osoba definiuje jako szczęśliwe dzieciństwo. Ale dla niego właśnie takie było, nie miał innego. Aż do czasu, kiedy osunął mu się grunt spod nóg. Długo trwało nim na nowo odzyskał równowagę, stając pewnie i prostując ramiona nawykłe do podkurczania się w postawie mającej zapewnić niewidzialność. Te osiem lat życia pomiędzy jego największą tragedią, a szansą na lepsze jutro, starannie ukrył za kurtyną niepamięci. Nie warto było do nich sięgać. 
Nie ruszaj gówna, bo zacznie jeszcze mocniej śmierdzieć, mawiał niekiedy Sigurd. Była to jedna z niewielu kwestii, w których jego syn się z nim zgadzał, starając się stosować ją we własnym życiu, w którym od prawie roku nie było znienawidzonej rosłej postaci ojca. Słowa jednak zostały, ale nie tylko te jedne, było ich znacznie więcej i niekiedy niczym najobrzydliwsze szambo wylewały się z przepełnionego dna pamięci, brudząc i cuchnąc jak wtedy, gdy uderzyły w niego pierwszy raz. Nie wierzył, że akurat to może jeszcze mocniej śmierdzieć, był za to przekonany, że nie przestanie, dopóki sam tego nie sprzątnie i gorąco żałował, że nie zdążył uporać się z tym przed opuszczeniem Norwegii. 
Zadrżał, ukąszony przez podmuch złośliwego, chłodnego wiatru, który wyszukiwał u swoich ofiar najsłabsze punkty, wślizgując się za kołnierze i mankiety. Bjørn skinięciem głowy potwierdził, że dotarły do niego słowa Charlotte na temat pokrewieństwa z tym konkretnie Eberhartem. Było tak jak się spodziewał (bo jesteś taki przenikliwy, Bjørn, zakpił cichy głosik, moszcząc się wygodnie z tyłu jasnowłosej głowy) lecz kolejne zdanie wypowiedziane przez kobietę zbiło go nieco z tropu. 
- Przykro mi - mruknął machinalnie, powstrzymując się przed wzruszeniem ramionami. Dlaczego mi to mówisz?, można było łudzić się, że właśnie to pytanie zalśniło w błękicie oczu Norwega. Niedługo się jednak w nich utrzymało, zastąpione zdziwieniem, którego nie zamierzał, nie musiał, taić. Pionowa zmarszczka przecięła jasne czoło, idealnie odnajdując się w towarzystwie cienkich, bladych blizn. Naprawdę nie wiedziała czy jej brat przebywa w mieście, do którego przybyła już przed kilkoma dniami? Właściwie to całkiem... ciekawe. 
- Tak, oczywiście - odpowiedział, nie przestając marszczyć czoła, widocznie zastanawiając się nad czymś jeszcze. - Zawsze może pani udać się do ambasady, tam na pewno mają aktualny adres SS-Obersturmbannführera... 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Wto Sty 24, 2017 7:03 pm

Każdy sen kończył się tak samo.
Łzy ciekły po policzkach, a krzyk grzązł gdzieś na linii krtani, jakby nie potrafiła wykrzesać z siebie nic więcej. Felix tego nie rozumiał, bo był jeszcze malutki i na swoich koślawych nóżkach dreptał wiernie trzymając się spódnicy matki. Charlotte byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko, dlatego chroniła go nieustannie nawet za cenę własnej godności, która została jej odebrana.
Zarówno młody mężczyzna jak i Eberhart stracili coś istotnego. Coś na czym im zależało, ale Lotta pragnęła o to walczyć, choć dzisiaj nie była już tego tak pewna. Miała przekonanie, że cokolwiek by nie zrobiła, to cały plan i tak runie u podstaw fundamentów. Czy odpuszczenie było zatem lepsze? Z pewnością wiążące, bo nigdy więcej nie mogłaby pojawić się na drodze osób, które były istotne, ale co jeśli im lepiej było bez niej? Próbowała o tym nie myśleć, bo miała przed sobą młodzieńca, którego wzrok ją onieśmielał, a uśmiech przyczyniał się do wystąpienia delikatnych rumieńców na bladych policzkach. Obserwowała go uważnie, jakby celowo chcąc odgadnąć wszystkie reakcje i jego myśli, stąd mówiła o rzeczach oczywistych i nie musiała się z niczym kryć. Samotne matki miały metki kurew, ale w jej kręgach każdy wiedział jak ogromną tragedię przeżyła. Mówienie jednak o śmierci Johana w dziwny sposób ją uspokajało, bo była pewna, że już nigdy nie podniesie na nią ręki i nie doprowadzi do poczucia się jak rynsztokowa wywłoka.
- Mnie... - takie jak ty nadają się tylko do rżnięcia - Mnie także... - wydusiła z trudem, bo nie zamierzała się obnosić z prawdziwym stanowiskiem w tej sprawie. Niech gnije w ziemi, a Bóg czuwa nad jego duszą, o ile taka zgnilizna zaznała ukojenia po przekroczeniu bramy Pana.
Felix przypomniał nagle o swoim istnieniu, gdy pociągnął ją za płaszcz i wyciągnął w jej stronę małe łapki. Oczywiście, że mogłaby rozpuścić syna, ale wystarczyło jedno spojrzenie ciemnych tęczówek, by wiedział, że nic nie wskóra. Nie skończyła jeszcze rozmowy, dlatego nawet nie dopuszczała do siebie perspektywy urwania jej w tym momencie, choć prawdopodobnie wyszła na całkowitą ignorantkę. Nieznajomy natomiast nie musiał wiedzieć, że Eberhartowie nie widzieli się niemal dwa lata.  
- Dobrze, ale dość o mnie - zarządziła, a jej ton brzmiał tak jakby w ogóle nie akceptowała ewentualnego sprzeciwu. Musiało być tak jak chciała, stąd świdrowała żołnierza intensywnym spojrzeniem i zrobiła krok w przód, by poczuł zapach jej perfum, którymi była otulona i żeby nie przyszło mu do głowy zapomnieć o drobnej brunetce, gdyby jeszcze kiedyś się spotkali. Czyż to nie ironia, że w ten sposób układała wszystkie karty? Trzymała asa w rękawie, bo tak było wygodnie, a nikt nie był w stanie odkryć prawdziwych powodów, dla których to robiła. Charlotte wolała trzymać nerwy na wodzy, podobnie jak swoje myśli, bo jej umysł był nieprzeniknionym kompendium wiedzy, do której mało kto miał dostęp. To zapewne egoistyczne? Raczej rozsądne w czasach, w których przyszło im żyć.
- Nadal nie znam panieńskiego imienia, a gdybym zechciała kiedyś iść na kawę... - powiedziała spokojnie, ale w jej głosie rozbrzmiała też nuta delikatnej kokieterii. - To nie wiem kogo szukać.

Zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Wto Maj 16, 2017 9:40 pm

Park wyglądał bardzo ładnie o tej porze roku. Może właśnie dlatego wybrałam go na miejsce swojego pierwszego wyjścia z domu po powrocie. Gdyby nie to, że ojciec wyjechał w jakiejś pilnej sprawie, zapewne nadal byłabym zamknięta w swoim pokoju. Był wściekły z powodu mojej ucieczki zaaranżowanej przez Tobiasa, a ja byłam wściekła na siebie, że znowu uległam jemu i jego wychowaniu i wróciłam, zamiast pozostać w bezpiecznym miejscu, z dala od tego wszystkiego. Ale w pewien dziwny sposób wcale nie czułam się tam dobrze, mimo pozornej wolności miałam wrażenie, że nie wszystko znajduje się na swoim miejscu, że czegoś mi brakuje. Czego? Tego nie wiedziałam. Prawdopodobnie zwyczajnie nie potrafiłam być wolna po spędzeniu całego życia w cieniu szalonego ojca-fanatyka, który próbował ukształtować mnie według swojej wizji świata. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, jak to jest, nie musieć się go bać, bo bałam się go nawet wtedy, każdego dnia czekając, aż mnie znajdzie i sam zaciągnie z powrotem do domu. Wolałam więc okazać gest dobrej woli i wrócić sama, choć bywały momenty, kiedy żałowałam, że nie wyczytałam w żadnej z gazet, że mój szanowny ojciec jest martwy. Może wtedy mogłabym naprawdę poczuć, czym jest wolność? O ile w takich czasach jak te to pojęcie było jeszcze aktualne.
Ale byłam w Paryżu. Od przeszło tygodnia, choć ostatnie dni spędziłam zamknięta w pokoju, dochodząc do siebie po otrzymanej karze. Trochę dziwnie się czułam przechadzając się w słońcu, w długiej sukni starannie zakrywającej moje wątłe i obecnie poobijane ciało; ojciec zwykle starał się nie zostawiać śladów, ale po moim marnotrawnym powrocie trochę go poniosło. Oddychałam płytko, próbując ignorować nawracający ból w boku, moje dłonie były starannie ukryte pod rękawiczkami, a siniaki na twarzy – pod makijażem, który nałożyłam na nią wyjątkowo obficie. Trudniej było ukryć pękniętą wargę, ale liczyłam, że w takich czasach każdy pilnował własnych spraw i nikt nie będzie się mi przyglądać. Bo i po co? Niezbyt rzucałam się w oczy ani nie różniłam się zbytnio od innych obecnych w parku kobiet.
Przy sobie miałam swój stary szkicownik. Na szczęście po mojej wcześniejszej ucieczce nie wyrzucono moich rzeczy, wszystko było na swoim miejscu. Zupełnie, jakby ojciec doskonale wiedział, że i tak wrócę. Byłam stanowczo zbyt przewidywalna.
Miałam zamiar po prostu znaleźć ustronny, cichy zakątek, gdzie mogłabym porysować. Kierowałam się już w stronę jednej z ławek, gdy tuż obok zauważyłam... kota. Zapewne jedną z parkowych przybłęd, które czasami widywałam w takich miejscach. O ile nie radziłam sobie najlepiej w kontaktach z ludźmi, zawsze miałam słabość do zwierząt. Nie było mi wolno ich mieć, nie chciałam zresztą ryzykować, że ojciec zabiłby przygarniętego kota na moich oczach, byle tylko dać mi nauczkę i zademonstrować swoją władzę. Wierzyłam, że byłby do tego zdolny, ale nie chciałam patrzeć na cierpienie niewinnego stworzenia, więc nie przygarnęłam żadnego z parkowych kotów, zdając sobie sprawę, że mimo wszystko tu mogło czekać je dłuższe życie niż w moim rodzinnym domu.
Zbliżyłam się jednak do samotnego zwierzątka, tak po prostu pragnąc czyjejś cichej bliskości. Przykucnęłam obok i wyciągnęłam urękawiczoną dłoń; kot początkowo obserwował mnie nieufnie, by po chwili lekko otrzeć się pyszczkiem o moją rękę. Może wyczuł we mnie pokrewną samotną duszę? Pogłaskałam go lekko, czując się nieznacznie podniesiona na duchu tym jakże niepozornym spotkaniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Czw Maj 18, 2017 10:22 am

| po najniższym Sorensenie.


___ Wolność.
___ Jedno słowo dość niespodziewanie wślizgnęło się między niespokojne myśli kołatające kobiecie w głowie; słowo to miało słodko-gorzki smak, który niemal natychmiast rozlał się w ustach zniewolonej okupacją paryżanki o nieprzeniknionym spojrzeniu popieli oraz spierzchniętych wargach zastygłych w bezruchu - mogła zlizać z nich widmowy kontur ostatnich liter; niewypowiedzianych i jakby martwych; powoli puszczonych w niepamięć; kolejna z ulotnych chwil natychmiast mknąca w ramiona przeszłości kolekcjonującej wszelkie wspomnienia. Wtedy echo pojedynczo, bezgłośnie szeptanych sylab zamarło w powietrzu, jak zamarła dłoń Edmée gładząca rudawy grzbiet kociaka skulonego na ławce, gdzie oblepiały go promienie słońca muskające również delikatnej skóry smukłych palców, pod którymi czuło się miękką fakturę sierści. Wiatr niósł ze sobą szmer pospiesznych rozmów oraz przyspieszonych kroków bezimiennych przechodniów umykających przed korowodem niemieckich mundurów, które dostrzegła kątem oka na krótko przed strzępem mizernych zdań, jakie między sobą wymienili. I - choć pozornie wpatrzona w rozdział książki nieruchomo spoczywającej na kolanach - przysłuchiwała się mężczyznom kroczącym przed siebie bez zawahania, co potraktowała niewiele mówiącym drgnięciem kącika ust, zdusiła gest pogardy nim pozwoliła mu wypłynąć na powierzchnię; nie chciała zaryzykować własnym życiem, dlatego ponownie zetknęła opuszki palców z kocią sierścią.
___ Jakby nic się nie wydarzyło.
___ Powiodła jeszcze spojrzeniem przed siebie, napotykając znajome tęczówki drugiego z rudawych dachowców przygarniętych przed tygodniami z ulicy, gdzie czekała jedynie niechybna śmierć, od której zadecydowała uratować wychudzone istoty, dziś niemal nieodstępujące kobiety na krok, ilekroć wymykała się wraz z nimi poza mury własnego mieszkania. Niekiedy schronienia udręczonego treningami ciała, coraz częściej przytłaczającego więzienia o wyglądzie pozłacanej klatki, w której boleśnie dogorywała jej dusza i chociaż cztery ściany pozwalały posmakować okruchów bezpieczeństwa oraz wypaczonej normalności, cząstka Edmée konała w niewyobrażalnych męczarniach - ilekroć odnajdywała w ciemnościach łóżko wyściełane miękką pościelą, zalewały ją obrazy wspomnień przechowywane w najgłębszych zakamarkach okaleczonego umysłu, którego rany nie zdołały się zabliźnić, o ile kiedykolwiek miało to nastąpić. Pamięć bywała tyle okrutna, co nieprzewidywalna we własnych wyborach, jakby wydeptywała nieistniejące ścieżki w gęstym labiryncie teraźniejszości przeplatanej przeszłością, której blaknące znamiona miały być widoczne już zawsze na alabastrowej skórze zachłannie pożeranej światłem dnia.
___ Czas nieubłaganie biegł przed siebie, jak ludzkie sylwetki przemykające przez ogród Tuileries tuż pod nosem kobiety o beznamiętnym wyrazie twarzy oraz tęczówkach zasnutych kurtyną niejasności, swoistego niedomówienia, które służyło za fundament przeróżnych plotek krążących dookoła étoile paryskiej sceny. Pozwoliła opleść się plączą rozmyślań, z których uwolnił dopiero potężny podmuch wiatru niespodziewanie szarpiący ciemne włosy, uderzający ostre kości policzków, wertujący stronice starej powieści spoczywającej między dłońmi. Była gotowa porzucić ogród i niemal poderwała się z miejsca, kiedy spojrzeniem napotkała drobną sylwetkę nieznajomej dziewczyny kucającej przed kocięciem, które ukazawszy typową dla siebie kilkusekundową nieufność, wreszcie zbliżyło się do wyciągniętej dłoni. Zarys szkicownika nie mógł zaś umknąć jej uwadze. - Paryż zawsze pełen inspiracji - powiedziała po chwili zastanowienia, przyglądając się tej dwójce z subtelnym uśmiechem odrobinę rozświetlającym twarz i chociaż więcej słów nie wypływa spomiędzy jej ust, zachowuje otwartość, jakiej często nie widuje się u étoile doświadczonej wojną. Czyżby szczera łagodność...
___ ... a może gra pozorów?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Czw Maj 18, 2017 6:58 pm

Często czułam się samotna. Nie znałam bliskości; ten w domu rodzinnym nigdy nie zaznałam, bo jedyną prawdziwie życzliwą duszą był mi brat. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo pragnę towarzystwa, póki moje opuszki przez rękawiczki nie zetknęły się z delikatnym futerkiem kota. Zwierzęta nie oceniały. Nie przejmowały się ludzkimi sprawami, wiodąc własne życie i mając własne problemy. Nie zdawały sobie sprawy z tego, ile zła czaiło się wśród ludzi w tych niespokojnych czasach. Chociaż będąc przez ojca wychowywana pod kloszem, nie odczułam wojny w takim stopniu, jak mieszkańcy Paryża, wiedziałam, czym jest strach i niepewność. Znosiłam je we własnym domu, który, gdy był tam obecny ojciec, przestawał być dla mnie bezpiecznym schronieniem. To z jego rąk doznałam najwięcej krzywd, choć powinien być mi ojcem i opiekunem. Tej roli nigdy nie potrafił spełnić dla żadnego ze swoich dzieci; wszyscy byliśmy wyłącznie narzędziami w jego rękach, marionetkami, które miały obowiązek podrygiwać w rytm jego rozkazów. To nie park czy ulice utożsamiałam ze strachem, a właśnie gabinet ojca. Zapewne zadbał o to, żeby starannie oczyścić podłogę z kropel krwi, które opadły na nią po mojej ostatniej karze. Ukrywanie swoich występków opanował do perfekcji, a ja musiałam opanować udawanie, że nic złego się nie dzieje, a także podtrzymywanie iluzji przykładnej córki wysoko postawionego mężczyzny. Mimo to sama wróciłam do takiego życia zamiast pozostać w kryjówce. Czy to znaczyło, że ojcu przez swoje wychowanie udało się mnie złamać i skutecznie wybić z mojej głowy myśli o prawdziwej wolności?
Machinalnie gładziłam kota, mając ochotę cicho załkać z nostalgii, ale i radości, że tu był i mogłam choć przez chwilę poczuć jego kojące ciepło. Zdumiewające, że małe, rudawe stworzonko mogło wywołać we mnie taką reakcję, ale tak właśnie było. Kot odciągnął moją uwagę zarówno od rysowania, jak i od innych rzeczy, które absorbowały moje myśli w ostatnich dniach, odkąd wróciłam do Paryża i stanęłam na progu posiadłości ojca.
Ale wtedy czyjś głos skutecznie sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że byłam obserwowana podczas tej chwili, gdy zrzuciłam maskę i dałam się ponieść rozpaczliwemu pragnieniu dotknięcia innej samotnej (jak myślałam) istoty. Dopiero melodyjne francuskie słowa przedarły się przez otulającą mnie warstwę zadumy i wpędziły mnie w popłoch. Drgnęłam niespokojnie, a szkicownik wysunął się z ręki, którą nie głaskałam kota, po czym upadł na trawnik. Spłoszony nagłym poruszeniem kot także drgnął i odsunął się od mojej dłoni, ale moje spojrzenie przesunęło się dalej, aż odnalazłam sylwetkę kobiety siedzącej na pobliskiej ławce. Wcześniej nie zwróciłam na nią szczególnej uwagi, ale teraz nasze spojrzenia skrzyżowały się przez krótki moment. Później mimowolnie zaczęłam lustrować jej twarz, którą mogłabym opisać w paru słowach: piękna i nieprzenikniona. W tej kobiecie było coś takiego, co nie pozwoliłoby mi jednoznacznie jej określić, choć trzeba przyznać, że nigdy nie byłam mistrzynią w odgadywaniu cudzych emocji i zamiarów. Potrafiłam dobrze czytać jedynie twarze rodziny, szczególnie ojca; zawsze potrafiłam rozpoznać, kiedy zbliżał się jego najgorszy nastrój. Obcy ludzie w wielu przypadkach stanowili zagadkę. Nie wiedziałam, kim była ta kobieta ani dlaczego postanowiła się do mnie odezwać.
- O tak... z pewnością – powiedziałam cicho po francusku, z którym radziłam sobie całkiem dobrze, może jedynie czasami myliłam akcent lub zapominałam pojedynczych słów, gorączkowo zastępując je niemieckimi odpowiednikami. Nie dało się jednak nie zauważyć, że mowa, której użyłam, nie była moją ojczystą. Nie potrafiłam też przewidzieć reakcji kobiety, więc przez cały czas pozostawałam uważna. Dopiero po chwili przypomniałam sobie o swoim upuszczonym szkicowniku i połączyłam słowa kobiety właśnie z tym faktem. Czyżbym miała przed sobą drugą artystyczną duszę?
- Paryż to piękne miejsce dla artystów – powiedziałam po chwili, ostrożnie ważąc słowa i zastanawiając się, czy nieznajoma potwierdzi moje przypuszczenia, i jak w ogóle zareaguje na takie słowa w ustach kogoś takiego jak ja.
Podniosłam szkicownik i wstałam, prostując się z gracją, choć wciąż wyglądałam jak mała porcelanowa laleczka. Kot tymczasem znowu się do mnie zbliżył, ocierając się łagodnie o moje kostki. Moje spojrzenie spoczywało na kobiecie; wahałam się nad tym, czy odezwać się, czy może szybko odejść. Nawiązywanie nowych znajomości nigdy nie przychodziło mi łatwo, szczególnie tu i w tych czasach. Byłam nieporadna i tak też się czułam, choć daremnie próbowałam udawać pewność siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Nie Maj 21, 2017 1:40 pm

___ Samotność towarzyszyła Edmée przez niemal całe życie, zawsze skulona w kącie niczym bezbronne zwierzę, ale wystarczyła chwila nieuwagi i potrafiła boleśnie zatopić ostre niczym brzytwa kły w ciele kobiety, która była jednocześnie okaleczona oraz osamotniona, chociaż otoczona niezliczoną ilością ludzi. Nie była pewna kiedy przestała przywiązywać się do kogokolwiek, odtrącając od siebie wszelkie możliwe rozczarowania, jakie niósł drugi człowiek - pragnęła uchronić duszę przed kolejnymi ciosami, które bez wątpienia pozostawiłyby głębokie rany potrafiące krwawić miesiącami, a nawet latami. Nauczyła się akceptować rzeczywistość taką, jaką ją wykreowała przez wszystkie te lata, jaką ją wyrzeźbiła dłutem życiowych decyzji oraz przewrotnością losu, na który niestety nie miała żadnego wpływu; w tym egzystencjalnym tragizmie przeplatanym obsesyjnym pragnieniem doskonałości - nieustannie poszukiwanej w świecie baletu - zdołałaby odnaleźć kilka szczęśliwych wspomnień, emanujących zadziwiającą beztroską niemal niewinną, mającą coś z eteryczności wczesnego dzieciństwa, zanim zaprowadzono ją na salę wypełnioną lustrami, gdzie przypieczętowano jej los. Być może wtedy samotność wślizgnęła się uchylonymi drzwiami, zostając z étoile na wieczność. Jak sztuka czy Paryż; to wszystko zawsze będzie nosić w sercu wraz ze wspomnieniem okupacji pochłaniającej życie, które znała przez trzydzieści lat. Niespodziewanie zburzono fundamenty dźwigające ciężar całego świata, usiłując zbudować w jego miejsce nowy, który rodził w kobiecie nienawiść rosnącą każdego dnia o milimetr czy dwa. I może dlatego wypowiedziała słowa do nieznajomej, ponieważ pragnęła posmakować czegoś dawno zapomnianego przez ludzi - łagodności, którą emanowała porcelanowa laleczka poświęcająca odrobinę uwagi kocięciu; łagodności, którą większość potraktowałaby i niesłusznie osądziła jako słabość; łagodności, w której Edmée widziała niezwykle chwiejną nadzieję i zarazem dowód na to, iż dobro jeszcze tliło się w sercach innych.
___ Czas nie zatrzymał się ani nie zwolnił chociaż na chwilę, nie uczynili tego również ludzie przemierzający w pośpiechu ogród, jednak oczy barwy popiołów obserwowały uważnie każdy gest oraz drgnięcie dziewczęcego ciała wątłego w budowie, możliwie kruchego w dotyku i okrytego ubraniem, pod którym zarysowały się wychudłe ramiona; bladość skóry podkreśliła subtelność niewinnej urody, zaś rysy twarzy pozostały równie delikatne nawet wtedy, kiedy słowa paryżanki doleciały nieznajomej. Nie zamierzała dziewczęcia wypłoszyć, rzucając pozornie niewiele znaczącą uwagę w przestrzeń, jaka się między nimi roztaczała, ale dostrzegła wyraźnie nerwowość każdego oddechu zaczerpniętego tuż po skrzyżowaniu spojrzeń, objęła popielą wejrzenia szkicownik upadający niespodziewanie na trawę, zanim swym przyzwyczajeniem prześlizgnęła się wzrokiem wzdłuż otoczenia. Wszystko trwało ułamki sekund, które niczego podejrzanego w sobie nie miały, zaś beznamiętność roztaczana przez kobietę nie pozwalała wyczytać jej następnego ruchu, nie wspominając o myślach oraz skrajnościach targających nią od środka. Subtelność wyginająca ku górze kąciki ust oraz łagodny ton głosu - tylko tyle ośmieliła się ofiarować, będąc świadomą otaczającej aury tajemniczości. Niekiedy tak było łatwiej.
___ Niemal natychmiast wychwyciła naleciałość obcego akcentu otulająca francuskie słowa.
___ A więc nie jesteś Francuzką, pomyślała kobieta, jednak wyraz twarzy nie zmienił się nawet na chwilę. Ten jeden raz ośmieliła się nie oceniać przedwcześnie i zbyt pochopnie, ponieważ sztuka była językiem uniwersalnym, ale nauczyć mogli się go tylko ci obdarzeni artystyczną wrażliwością. Opuszkami palców pogładziła sierść rudego kocurka wylegującego się wraz z nią na ławce, zwlekając kilka chwil z ponownym zabraniem głosu. - Paryż zawsze taki był. Przepełniony sztuką na każdym kroku, poniekąd wciąż taki jest - powiedziała pewnym siebie i zadziwiająco spokojnym tonem głosu, przypatrując się dziewczynie bez cienia skrępowania, a kwietniowe promienie słońca wspinały się wzdłuż ich ciał, tak różnych od siebie. Skinęła delikatnie w stronę kocięcia ocierającego się o kostki porcelanowej laleczki, jak zaczęła nazywać ją w myślach i pozwoliła kącikom ust lekko wygiąć się ku górze. - Kafka cię polubił, to rzadkość. Jesteś więc jedną z nas, artystką? - pyta Edmée szczerze zaciekawiona, rzucając krótkie spojrzenie na szkicownik, który spoczywa w dłoniach dziewczyny. Przyjdzie jeszcze czas, by się wzajemnie przedstawić.

| jakie dno. przepraszam. :x
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   Nie Cze 04, 2017 11:08 pm

Sama nie wiedziałam, czego pragnę od życia. To, które przypadło mi w udziale często budziło we mnie frustrację i pragnienie ucieczki, ale zarazem było jedynym, jakie znałam i tak naprawdę nie wiedziałam, za czym dokładnie powinnam tęsknić. Czym właściwie była normalność? Dla mnie normalnością był strach przed ojcem i zobojętnienie matki, częsta samotność, uciekanie w świat sztuki i ciche wsparcie brata. Skąd więc wiedziałam, że to nie było do końca właściwe i że inni żyli inaczej?
Posmakowanie wolności trwało bardzo krótko i tak naprawdę nie dostarczyło mi szczęścia, jakiego szukałam. Może dlatego, że zbyt mocno bałam się je odnaleźć? Może zbyt mocno bałam się zmian, oderwania się od świata, w którym dorosłam, przytłaczała mnie świadomość, że ojciec i tak znajdzie mnie, gdy tylko tego zechce? Coś mnie blokowało. Coś sprawiło, że wróciłam, chociaż byłam świadoma tego, co mnie czeka, gdy tylko pojawię się w domostwie rodziców.
Byłam skrzywiona, ale może ojciec nie zdołał zabić we mnie całej dobroci i wrażliwości, której dawałam upust poprzez tworzenie. Może nie byłam zbyt otwarta na ludzi, ale zwierzęta to co innego. Przy nich nie musiałam przybierać maski, widziały mnie taką, jaka byłam w rzeczywistości. Coś sprawiło, że kot podszedł do mnie, nie uciekł. Cóż, koty nie uznawały podziałów społecznych, nie miało dla nich znaczenia, skąd pochodziłam i że nie znajdowałam się na właściwym miejscu.
Nagłe uświadomienie sobie, że wcale nie jestem sama nieco mnie spłoszyło, chociaż nie działo się nic złego. Podnosząc się z ziemi wciąż obserwowałam nieznajomą; mimo początkowej niepewności byłam też ciekawa. Nawet gdy opuszczałam dom rzadko ktoś mnie zaczepiał. Czasami miałam wrażenie, że jestem niemal niewidzialna. To przynajmniej pamiętałam z czasów sprzed mojej ucieczki z Paryża. Po powrocie pierwsze dni spędziłam w zamknięciu, po otrzymanej za sprawą ojca karze nie nadawałam się do publicznego pokazywania, złamał swoją zasadę o niepozostawianiu widocznych śladów. A przecież nikt nie miał wiedzieć, że coś złego działo się w murach jego domu.
- Nie miałam okazji... poznać go wcześniej – powiedziałam jakby ze wstydem. Nie byłam w Paryżu póki ojciec nie przywiódł tu całej naszej rodziny po rozpoczęciu się wojny, choć oczywiście już wcześniej czytałam co nieco o tym miejscu i rozwijałam wiedzę o sztuce. Ta na szczęście nie była w naszej rodzinie zakazana, nawet jeśli ojciec czasem palił moje obrazy i przytrzaskiwał moje dłonie klapą od fortepianu, kiedy zagrałam jakiś fałszywy dźwięk drażniący jego uszy. – Ale cieszę się, że mogłam w ogóle je zobaczyć. – Czasami żałowałam, że nie mogłam poznać go takiego, jakim był naprawdę, jego prawdziwej artystycznej duszy, z jakiej przedtem był znany w świecie. Ale nie było to coś, o czym wypadałoby powiedzieć głośno. Ojciec i tak uważał, że jestem zbyt miękka, że brak mi odpowiedniej wyższości, jaką powinnam odczuwać wobec Paryżan, z jaką powinnam się obnosić. I czy byłam artystką? Czułam się nią, ale nie miałam za sobą prawdziwych sukcesów, tworzyłam dla siebie – dla ucieczki od piekła, które zgotował mi ojciec, dla zachowania własnej wrażliwości. Robiłam to, bo to kochałam. – Tak... Jestem artystką. Chcę nią być, chociaż... nie tak łatwo jest zaistnieć. Cenię jednak sztukę za inne... zalety, które ze sobą niesie. Świat bez sztuki nie byłby tak piękny. – Chociaż czy w tych czasach można było użyć takich słów? Cóż, pocieszające było, że mimo tego co się działo nadal istniały na nim piękne rzeczy. Jak sztuka.
Urękawiczone dłonie mocniej zacisnęły się na szkicowniku. Materiał ukrywał ślady cierpienia, które wiązały się z moją artystyczną drogą. A ja patrzyłam na kobietę, czując, że właśnie miałam do czynienia z prawdziwą artystyczną duszą, te w końcu zawsze potrafiły się rozpoznać. Czułam też, że kobieta właśnie dlatego odezwała się do mnie.
- Czy pani także jest artystką? Co pani tworzy? – zapytałam więc, ciekawa, czy miałam do czynienia z malarką czy może przedstawicielką innych sztuk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Ogród Tuileries   

Powrót do góry Go down
 
Ogród Tuileries
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: