IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Élysée - apartament numer 17


Share | 
 

 Élysée - apartament numer 17

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Élysée - apartament numer 17   Pon Lis 14, 2016 10:35 pm



Élysée, apartament numer 17

Na pięknych, wykonanych z czarnego hebanu drzwiach od dawna pyszni się błyszcząca złotem siedemnastka, która dość jasno wskazuje na numer apartamentu położonego w jednej z najbardziej urokliwych dzielnic Paryża. Zajmowane przez Wilhelma Sellnera oraz jego małżonkę lokum to ostoja dla dwóch najprawdopodobniej najbardziej gościnnych gospodarzy w całym Paryżu – a ci, przyznać trzeba, wiedzą, w jaki sposób podejmować gości.
Apartament numer siedemnaście to kompleks kilku wyjątkowo przemyślnie rozplanowanych pomieszczeń: wchodząc, wkracza się do niewielkiego, choć jasnego i przytulnie urządzonego przedsionka, w którym wynajęty na czas przyjęcia lokaj bądź – w dni powszednie – pokojówka odbiera odzienie wierzchnie. Wystarczy pokonać kilka kroków, by znaleźć się w kolejnym, znacznie większym pomieszczeniu, które już na pierwszy rzut oka określić można jako salon; wyjątkowo przestronne, oparte na subtelnych, kolorystycznych kontrastach pomieszczenie stanowi centrum towarzyskich spotkań i zdolne jest pomieścić przy wykonanym z dębiny stole nawet dwunastu starannie wyselekcjonowanych gości. Jednym z centralnych punktów pokoju jest pianino należące do gospodarza, a także – oddalony nieco – kącik wypoczynkowy, w którym odnaleźć można kanapę, pasujące do niej fotele oraz mniejszy, kawowy stolik, na którym zawsze stoi popielniczka. W salonie znajduje się również odpowiednio wyposażony barek, a także kilka wyjątkowo zgrabnie dobranych do wnętrza obrazów autorstwa Maxa Liebermanna, Alfreda Sisley’a a nawet Claude Moneta, co bez wątpienia stanowi zasługę pani domu. W dalszej części apartamentu odnaleźć można małżeńską sypialnię, osadzoną w nieco ciemniejszej niż salon kolorystyce. To dość prywatne i na swój sposób intymne miejsce, do którego – przynajmniej oficjalnie – wstęp ma wyłącznie Wilhelm oraz Luise. Z małżeńskiej sypialni dotrzeć można do niewielkiego pomieszczenia, które Willie przerobił na gabinet i biblioteczkę w jednym, szpecąc je (przynajmniej w mniemaniu Lui) wszechobecnym drewnem. O kuchni pani domu jest w stanie powiedzieć wyłącznie tyle, że ta… jest – Luise nie zagląda tam często, zasoby lodówki oraz przyrządzanie obiadów pozostawiając gosposi lub wynajętym na specjalne okazje kucharzom. W apartamencie znajduje się także gościnna sypialnia, nieco mniejsza od tej małżeńskiej – to jednak przytulnie urządzony, ciepły pokój, w którym poza łóżkiem stoi szafa, stolik, kredens oraz półka z kilkunastoma starannie dobranymi książkami. Choć w mieszkaniu jest jedna łazienka, spokojnie można byłoby wydzielić z niej dwie osobne – pomieszczenie to, poza przestronnością, charakteryzuje się również biało-kremową kolorystyką, która niemal zachęca do pozostania we wnętrzu jak najdłużej i odpalenia jednej z kilku zapachowych świec. Okna z salonu wychodzą na Pola Elizejskie oraz dumny Łuk Triumfalny, sypialniane natomiast kierują się ku nieco spokojniejszym częściom dzielnicy, co pozwala na otwieranie ich w trakcie letnich nocy i nie narażanie się na nadmierny hałas.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Élysée - apartament numer 17   Czw Lis 17, 2016 6:59 pm

Przez bardzo długi czas (co w świecie Luise Weber mogło oznaczać dwadzieścia sekund lub równie dobrze dwadzieścia minut) siedziała na jednym z wyjątkowo gustownych krzeseł w wyjątkowo gustownym (oraz sterylnie czystym) salonie apartamentu i z odrazą patrzyła na dębowy blat bardzo gustownego stolika kawowego. Niewielka bruzda między jej brwiami coraz bardziej się pogłębiała, co jedynie uwydatniało światło wpadające skosem przez wysokie (i, jakżeby inaczej, gustowne) okna. Choć dzień chylił się ku końcowi, pierwsze tej wiosny promienie słońca nie zamierzały ustąpić zbyt szybko i aktualnie odnajdowały zdumiewającą przyjemność w podkreślaniu tańczących na twarzy Luise cieni. Pani Weber skrzywiła się ponownie, tym razem na widok drobinek kurzu tańczących w słońcu wokół niej niczym brudna aureola. Jakby tego nie było dość, tłusta smuga z wiele mówiącym odciskiem kciuka znaczyła połyskliwą gładkość blatu stolika kawowego. Mein Gott, jak gosposia mogła ją przeoczyć? Luise w innych okolicznościach nawet nie kiwnęłaby palcem, ale paląca świadomość, że drobna plamka śmieje się do niej szyderczo, doprowadzała panią domu do białej gorączki. Dobry kwadrans temu w opętańczym amoku sięgnęła po ściereczkę, lecz dopiero teraz zaczęła czyścić blat – kiedy jednak dostrzegała swoją twarz odbitą na jego powierzchni, na chwilę przerwała polerowanie, zaskoczona własną skoncentrowaną, zaciętą miną.
Luise Weber czyszcząca stolik kawowy... Niektórzy powiedzieliby, że prędzej wojna dobiegnie końca, niż żona Wilhelma Sellnera chwyci za ścierkę – a jednak, proszę!
Jej paznokcie, pokryte dobrym, niezawodnym lakierem Revlon w kolorze głębokiego burgundu, wybijały minorowy werbel na kontuarze: wezwanie do działania, do dążenia ku doskonałości. Na blacie, ledwie kilkanaście centymetrów od miejsca, w którym jeszcze przed momentem widniał budzący grozę odcisk palca, stało ciasto marchewkowe polane błyszczącym lukrem. Okazałe rodzynki kusząco mrugały spośród brązowych okruchów, a czekoladowa posypka usłała białą polewę jak dziesiątki drobniutkich piegów. Luise odetchnęła cicho, wdychając zapach cukru, przypraw korzennych i jajek. Ciasto drażniło się z nią niczym pewny siebie nastolatek stojący na rogu ulicy, niemal słyszała, jak mówi „No, śmiało! Przecież wiesz, że mnie pragniesz. Może chociaż odrobinę? Nawet lukru nie poliżesz? Powiedz, skarbie, komu by to zaszkodziło?” Pani Weber jednak nie daje się skusić, wystarczyło jej samo wyobrażenie procesu pieczenia ciasta, który niejednokrotnie obserwowała w rodzinnym domu, a którego nie dopuszczała się od dobrych sześciu lat – przez chwilę niemal czuła, że przesuwa palcem wskazującym po wnętrzu wysokiej, drewnianej miski i zlizuje rozkoszną mieszankę serka mascarpone, cukru i odrobiny soku z limonki. Ale nawet w trakcie zwykłego wspomnienia z dzieciństwa zachowała ostrą, przesyconą determinacją świadomość, że nigdy tego nie zrobi. Kontrola i samodyscyplina to klucz do wszystkiego. Już dawno zrozumiała, że krótkie uniesienie po spełnieniu zachcianki nie może się równać dreszczykowi satysfakcji płynącej z odrzucenia pokusy. Jeśli czegoś nauczyła się w Berlinie, to bez wątpienia tego, że ciasto należy jeść z wyboru, kiedy już rozważymy jego potencjalny wpływ na nasze biodra i dojdziemy do wniosku, że warto ulec słodkiej pokusie. Powinniśmy szczerze cieszyć się jego smakiem – albo napawać się satysfakcją, że nie daliśmy się złamać.
Luise pozbyła się ściereczki równie prędko, jak ją zdobyła, w trakcie zacierania śladów niedawnej zbrodni znajdując czas na przesycone samokrytycyzmem spojrzenie w lustro. Spięte w ciasny kok złote pasma włosów nadal współpracowały z długą spinką, delikatne drobinki pudru nadal pokrywały gładką cerę, a usta nadal powlekała szminka tej samej barwy, co połyskujący na paznokciach lakier.
Nieskromnie mogła przyznać, że wygląda dobrze… a nawet więcej, niż dobrze, jeśli wziąć pod uwagę całokształt, z suknią od Chanel na czele – od popadnięcia w chwilowy, choć uzasadniony samozachwyt powstrzymał ją wyłącznie dzwonek do drzwi. W trakcie tego całego zamieszania niemal zapomniała o wyczekiwanym gościu, którego zresztą do samego południa smętnie wypatrywała w oknie wychodzącym na Pola Elizejskie, zupełnie jakby Otto Langbein miał zjawić się na kolacji za sterami tej swojej latającej maszyny. W przedsionku cicho szczęknął zamek, gdy służąca otworzyła drzwi, zapraszając gościa do środka i najpewniej oferując, że odbierze jego płaszcz, co stanowiło pierwszy, choć nie ostatni punkt świętego rytuału rozbierania się w progach mieszkania Luise.
- Herr Hauptmann! – ton jej głosu, odpowiednio zaskoczony, uradowany i jednocześnie zmartwiony niemal natychmiast zdradził zamiary pani Weber, która bezszelestnie pojawiła się w drzwiach prowadzących do salonu jak wyjątkowo namacalna i pachnąca zjawa. – Cóż za ulga dla skołatanego serca, widzieć dobrego przyjaciela mojego męża w…
Wzrok Luise zamarł na lewej dłoni Otta, zupełnie jakby spodziewała się, że przez niewielką dziurkę w jego ręce ujrzy drzwi, którymi wszedł przed momentem.
- … jednym kawałku. Trudno mówić o dobrym zdrowiu po tej wielkiej, wielkiej, wielkiej tragedii! – trzykrotne podkreślenie tej wielkości nie było przypadkowe, ponieważ Luise pomiędzy drugim a trzecim wielkiej! ostrożnie ujęła narodowego bohatera pod ramię, jak gdyby spodziewała się, że przy byle pociągnięciu oderwie swemu gościowi to, co ledwie mu przyszyli. Byłoby to z kolei wielce niefortunne, biorąc pod uwagę typowo mięsną kolację, która już czekała na nich w salonie, dokładnie tam, gdzie pani domu prowadziła Otto.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Élysée - apartament numer 17   Czw Gru 01, 2016 11:19 am

Dłuższą chwilę siłował się z guzikami koszuli, klnąc pod nosem równie szpetnie, co kreatywnie, zaciskając szczęki gniewnie i mocno, ledwo wstrzymując się przed zgrzytnięciem zębami. Ubierał się od przeszło pół godziny, złorzecząc na czym świat stoi i kompletnie nie radząc sobie z zapięciami munduru, który dostarczono mu od krawca ledwie przed kilkoma godzinami. Byłoby to zabawne, gdyby nie było tak żałosne - każda niepełnosprawność, fizyczna ułomność, wzbudzała w nim uczucie wstrętu (strachu?), nad którym nie potrafił zapanować. Choćby tylko unieruchomiona dłoń, strzaskana przez kulę, pochowana w gipsie. Ramię muśnięte nabojem, grubo przewiązane bandażami znaczącymi się brzydko pod rękawem śnieżnobiałej koszuli, której wykrochmalony kołnierz nieprzyjemnie drapał go w szyję. Chyba był za ciasny, duszący, a mimo to nie postanowił go poluzować, odpiąć choćby jeden guzik, aby uwolnić się od dyskomfortu. Czułby się znacznie gorzej wiedząc, że ciało przeżarte przez blizny ujrzy światło dnia, zaprezentuje się oczom, w których chciałby uchodzić za szablonowy wzór - młody, zdrowy, nienaganny. Ostatnie spojrzenie w lustro upewniło go, że wygląda bez zarzutu, tak jak winien oficer występujący w mundurze Wehrmachtu. Może tylko jasne włosy nieco za bardzo skręcały się nad kołnierzem wełnianego płaszcza, dopraszając się uwagi fryzjera, jego nożyczek i pomady. Marszcząc piegowaty nos, poprawił na głowie czapkę zdobioną orłem i wieńcem, po czym widocznie zadowolony z osiągniętego efektu, puścił do swojego lustrzanego odbicia piękne perskie oko, którego nie powstydziłaby się nawet najbardziej doświadczona kokota.
Palące uczucie zniecierpliwienia i irytacji rozwiało się gdzieś bez śladu, a zamiast niego pojawiło się radosne oczekiwanie. Spotkanie z panią Weber było punktem kulminacyjnym tego dnia (tygodnia?). Wyjęty ze sztywnego wojskowego schematu, odesłany na urlop zdrowotny Otto nudził się niemiłosiernie, nie bardzo wiedząc co ze sobą na dłuższą metę począć. Zdążył wyspać się ponad miarę, choć zwykle zacięcie powtarzał, że uczyni to dopiero po śmierci, gdyż po prostu szkoda czasu na dłuższe wylegiwanie się w łóżku. Nadrobił zaległości w korespondencji, mimo iż rwący ból w zranionym ramieniu upominał go przed podobnymi szaleństwami, nie dając spokoju nawet przy niezbyt wymagającym fizycznie rozwiązywaniu krzyżówek będących jego małą słabościąSkontaktował się z paroma dawno niewidzianymi znajomymi, dowiadując się co u nich słychać i odnawiając kontakt, nie zachodząc jednak wieczorami do One-Two-Two, w którym jeszcze przed zaledwie kilkunastoma dniami namiętnie spędzał wieczory, pijąc i oglądając sceniczne występy, a teraz odganiany od przybytku wspomnieniem tej, która tam była, choć nie powinna... Co więcej przez myśl mu nawet przeszło udanie się do siedziby Gestapo, dopytanie o niedawną tragedię, zainteresowanie się losem mężczyzn, którzy zgotowali mu tygodnie w gipsie - kto na jego miejscu nie zadawałby pytań na ten temat? Odwlekał jednak wizytę w czasie, tłumacząc to przed samym sobą chęcią wzmocnienia się, zatracenia niezdrowej pooperacyjnej bladości, odzyskania właściwego sobie wigoru i animuszu, uparcie twierdząc, że zwłoka ta nie ma nic wspólnego z jego wewnętrzną gwałtowną niechęcią, którą darzył tajną państwową policję i jej główną paryską siedzibę będącą miejscem kaźni niejednej osoby. Może jutro, albo pojutrze? Tak, na pewno.
Wsiadając do czarnego mercedesa, zagadnął kierującego nim sierżanta Luftwaffe, słuchając ze względnym zainteresowaniem wieści wprost z lotniskowej płyty. Zamierzał na nią wrócić w ciągu najbliższych dni, choć wiedział, że za sterami myśliwca nie usiądzie przez dłuższy czas, co niezmiernie go drażniło - obsługa kokpitu, karabinów i działka za pomocą jednej tylko ręki była po prostu fizycznie niemożliwa. Nawet dla niego, jak w próbie podłechtania oficerskiej dumy stwierdził podwładny, mając nadzieję, że jego twarz i słowa zapadną w pamięci Otta, który od dłuższej chwili milcząco wyglądał przez szybę niepierwszej świeżości. Auto powinno lśnić, jednak miał zbyt dobry humor by zwracać uwagę na podobne drobiazgi, łaskawie nie chcąc psuć nastroju młodszemu koledze. Był na urlopie, czy nie tak? Wysiadając z samochodu, ściskał w dłoni bukiet różowych róż, po które specjalnie zboczył z drogi, słusznie uznając, iż nie wypada w tak lubianą gościnę pojawiać się z pustymi rękoma. Schody pokonał jak na skrzydłach, uśmiechając się uprzejmie do służącej otwierającej przed nim drzwi i powierzając jej swoje okrycie wierzchnie, niecierpliwie rozglądając się za gospodynią, panią tego ogromnego apartamentu. Nie dała mu długo na siebie czekać, pojawiając się w drzwiach prowadzących jak doskonale wiedział do salonu. Zjawiskowa, przemknęło mu przez myśl, kiedy objął ją spojrzeniem, chłonąc uważnie każdy element dopracowanej w każdym calu kreacji. Niekłamany podziw rozbłysł w błękitnych oczach mężczyzny, a na jego ustach zagościł szeroki uśmiech, zupełnie niepasujący do pełnych dramatyzmu słów Luise. 
- Jak to mówią, do wesela się zagoi - wręczając kobiecie kwiaty, pozwolił poprowadzić się do salonu, w którym zdarzyło mu się spędzić już niejedną godzinę życia. Nie tylko na rozmowach z Wilhelmem, lecz również na niezobowiązujących pogawędkach z panią Weber, gdy dawał jej się ogrywać w karty, ogałacać z oszczędności, a raz nawet ze srebrnego zegarka, który zwróciła mu w akcie łaskawości. Może i dzisiaj uda się ją namówić na małą wieczorną partyjkę? - Nie da się jednak ukryć, że było to dość emocjonujące przeżycie - mruknął z ledwo słyszalnym przekąsem, zawieszając spojrzenie na złocistych lokach Niemki. - W każdym razie na pewien czas mam dosyć spotkań pod znakiem kultury. Zdziwiłem się, ale i ucieszyłem!, kiedy dowiedziałem się, że ominęła cię ta przygoda, moja droga. Nie jesteś zbyt wielką fanką sztuki użytkowej? - ciągnął, unosząc jasne brwi w pytającym wyrazie. Wydarzenie wieczoru, na którym nie pojawiła się Luise Weber? Nie było to do niej podobne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Élysée - apartament numer 17   Nie Gru 11, 2016 6:28 pm

Po raz pierwszy zobaczyła go właśnie w tym mieszkaniu, kiedy…
Nie. Nie, raz jeszcze, od początku. Po raz pierwszy i na żywo zobaczyła go właśnie w tym mieszkaniu, bo przecież wcześniej przynajmniej tuzin razy widywała jego podobiznę na rozmaitych fotografiach i w artykułach prasowych; słynne oblicze władcy niebios, które tak ekscytowało fotografów, było Luise dobrze znane i docenianie – w końcu z rzadka widywało się kapitanów równie młodych, urokliwych, utalentowanych i przystojnych, co Otto. Być może właśnie dlatego aż po kres swego żywota nie zapomni dnia, w którym Wilhelm zapoznał ją z panem Langbeinem – gdyby nie obecność kapitana Luftwaffe, ten rozmyłby się w jej wspomnieniach jako jeden z wielu sobie podobnych.
Okolicznościom ich pierwszego spotkania towarzyszył sobotni, nieco oficjalny obiad organizowany przez panią Weber. Jak wszystko, do czego rękę przykładała Luise, było to bardzo doniosłe, bardzo rytualne i bardzo cenione wydarzenie. Na towarzyskiej giełdzie zaproszenie na ten obiad uchodziło za nadzwyczaj wartościowy papier, jednak zaszczytu doznali nieliczni – wyjątkowość spotkania można było poznać również po tym, że w apartamencie Wilhelma, oprócz wirtuozersko władających sztuką bankietowania bywalców, błąkali się zagubieni intelektualiści, którzy na żadnych bankietach nie bywali, ale mieli w dorobku prace poświęcone kulturze, co w oczach Luise czyniło ich dość interesującymi, by mieli doznać zaszczytu jedzenia z jej talerzy omułek w sosie cytrynowym. Wyróżniali się archaicznymi garniturami, nieumiarkowanym łakomstwem i wielkim entuzjazmem: po godzinie pani Weber miała dość frazesów spod znaku Należy dostrzegać słoneczne strony życia! Dziś zwłaszcza! Tu zwłaszcza! Cóż za wspaniałe przyjęcie! Pyszna rybka! Pyszna wędlinka! Pyszna sałatka! Trunki przednie! w trakcie których zagubieni, a w istocie czujący się w apartamencie jak ryby w wodzie intelektualiści mrugali łobuzersko i swawolnie nurkowali w otchłanie biblioteczki. Tamtego dnia pani Weber w zasadzie przez dobre dwie godziny nie ruszała się z miejsca, z uśmiechem na ustach przyjmując każdy komplement – w pewnym momencie sądziła, że polegnie w trakcie starcia z jednym z dawnych przyjaciół Wilhelma, ale z bliska wyszło, że napastnik, pomimo wczesnej pory, jest wyraźnie trafiony. Sama oczywiście nie piła ani kropli, choć w głębi duszy nie wykluczała, że jeszcze tego wieczoru, zamknąwszy się szczelnie i samotnie w domu, odbezpieczy buteleczkę czegoś mocniejszego. Jednak w trakcie obiadu coś więcej od wina? Nie było mowy! Dopiero po oficjalnej części, kiedy większość panów oddała się docenianiu walorów przywiezionego przez Wilehelma włoskiego alkoholu, Luise zrozumiała, że krąży wokół Otto i robi to po coraz ciaśniejszych orbitach. Pan Langbein stał w pobliżu jednego ze stolików do brydża i palił papierosy, co było wśród histerycznie zatroskanych swym zdrowiem wojskowych rzadkością, stał i nie ruszał się z miejsca. Raz po raz pojawiał się koło niego jakiś stremowany i napięty jak struna bywalec, ale wszyscy oni wiotczeli i odpadali prędko – Luise w tym czasie robiła coraz mniejsze okrążenia, aż w końcu pozornie przypadkowo, w rzeczywistości zaś z pełnym rozmysłem porwała Otto w nurt prowadzonej na uboczu rozmowy, w trakcie której śmiała się, śmiała się cały czas, śmiała tak szczerze, że nikt nie wątpił w szczerość tego śmiechu – a już zwłaszcza nie duet samych zainteresowanych, który jako jedyny znał przyczynę tej radości.
Dziś jednak Luise było daleko do rozbawienia, o czym najlepiej świadczyło przepełnione troską spojrzenie, którym raz za razem obdarzała Otto. Nawet moment wręczania bukietu róż, rozświetlony nagłym, ujmująco niewinnym uśmiechem, rozmył się pod wpływem kolejnych salw szczerego strapienia, które mimowolnie przejawiała. Zaczęło się niewinnie, bo od wygładzenia materiału rękawa, gdzie skryte było owinięte bandażem ramię – usta pani Weber już formowały słowa otuchy, już układały się w okrągłą, symetryczną obwódkę, już były gotowe na tchnięcie w Otto pokładów pociechy, kiedy to on jako pierwszy zabrał głos, niemal pozbawiając gospodynię gruntu pod nogami.
- Och, niesłychane! Długo zamierzałeś ukrywać przede mną równie szczęśliwą nowinę? – Luise zadarła nieco podbródek, co jedynie podkreśliło pozorowaną irytację, a nawet istną w furię w jej głosie – nie było już odwrotu, gra rozpoczęła się na dobre, pani Weber posłała w stronę Otto trudną, bardzo trudną, dla co bardziej podatnych na kobiece oburzenie wręcz niemożliwą do przyjęcia, nie wątpiła jednak, że o ile w przyjmowaniu słabych piłek Otto jest kiepski, o tyle trudne piłki go uskrzydlają i wspina się na istne wyżyny. Dopiero gdy wspomniał o sztuce użytkowej, jej ognisty zapał zelżał nieco, pozostawiając miejsce dla stonowanej, choć aż nazbyt wyraźnie bijącej z oczu niechęci. Luise milczała przez dłuższą chwilę, z anielską pieczołowitością układając bukiet w stojącym na stole wazonie –  i dopiero wtedy, gdy efekt był w jej mniemaniu zadowalający, posłała Otto uśmiech, który jednoznacznie wskazywał na nastawienie pani domu do podobnych przyjęć.
- Sztuka może być używana wyłącznie do jednego celu…
… i nie jest nim propaganda.
Urwała niespodziewanie, lekko przygryzając dolną wargę, jak gdyby w obawie, że dalsza część zdania wyrwie się z jej ust nieroztropnie. Wilhelm uczulał ją, by w Paryżu zważała na własne słowa, nawet w obecności ludzi, których oboje uważali za przyjaciół, ergo – nawet w obecności Otto.
- … a celem tym jest katharsis. Sztuka ma oczyszczać, nie obciążać nasze sumienia brzemieniem politycznych racji – tym razem uśmiechnęła się swobodniej, w myślach zastępując polityczne racje politycznymi bredniami. Nim pan Langbein zdołał zasypać ją kolejnymi pytaniami – mój Boże, przez moment czuła się jak na posterunku gestapo! – zachęcającym gestem wskazała mu nakrycie przy stole, sama z kolei usiadła naprzeciwko Otto, tak, by doskonale widzieć swego rozmówcę.
- Uznałam, że nic nie pomoże ci w powrocie do zdrowia równie skutecznie, co żeberka po kasselsku – gdy Luise wciąż mówiła, ta sama służąca, która przed momentem odebrała od Otto płaszcz,  bezszelestnie pojawiła się w salonie, niosąc na srebrnej tacy dwa talerze cudownie pachnącego i – zdumiewające, że pani Weber pomyślała nawet o tym – już pokrojonego mięsa, podawanego ze szparagami oraz zapiekanym purée.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Élysée - apartament numer 17   

Powrót do góry Go down
 
Élysée - apartament numer 17
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg-
Skocz do: