IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Muzeum Luwr


Share | 
 

 Muzeum Luwr

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Muzeum Luwr   Sob Lip 02, 2016 1:54 pm



Muzeum Luwr

Jeszcze kilka lat temu ściany i przestronne sale Luwru zdobiły tysiące dzieł sztuki, a muzeum wypełniał gwar. Dziś jednak wizytówką jednego z najsłynniejszych muzeów na świecie stały się puste ramy i cisza. Artyści nie przychodzą już tutaj, by odwiedzić dawnych mistrzów i znaleźć inspirację, brak też zagranicznych gości oszołomionych majestatem pamiętającego średniowiecze Luwru. Nawet zwyczajni paryżanie są tutaj rzadkim widokiem.
Nic w tym zresztą dziwnego. Od września 1938 roku do sierpnia 1939 roku z muzeum pośpiesznie ewakuowano dzieła sztuki, w tym przede wszystkim obrazy. Zabytki przetransportowano do Louvigny oraz do zamku Chambord, z kolei wiele rzeźb przeniesiono do piwnic muzeum. Wyjątkiem były posągi Nike z Samotraki i Wenus z Milo, ukryte w zamku Valençay.
Po ewakuacji Luwr został zamknięty, a otwarto go ponownie w 1940 roku. Od tamtej chwili muzeum odwiedzają głównie niemieccy żołnierze, dla których wstęp jest bezpłatny. Czasem towarzyszą im żony, rozczarowane ubogą kolekcją i szukające wzrokiem swojej berühmte Mona Lisa - na próżno. Obecnie Luwr oferuje jedynie kilka galerii rzeźby, a samo muzeum czynne jest tylko pięć godzin we wtorek, czwartek i sobotę oraz przez dwie godziny w niedzielę.
Prawy Brzeg jeszcze nigdy nie był tak cichy, odkąd w Luwrze pobrzmiewają kroki ciężkich, wojskowych butów i tylko czasem ciche stąpanie tych nieco bardziej stęsknionych paryżan.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   Wto Cze 06, 2017 1:41 am

Wydaje mi się, że przespałam kwiecień.
Nie pamiętam ani pierwszych pąków na drzewach, ani dnia w którym można było wyjść bez płaszcza. Nie pamiętam ciepłego deszczu na skórze, smaku pierwszych rzodkiewek czy wiosennego słońca.
Podobno chodziłam do pracy, wkręcałam śrubki i sprzedawałam narzędzia. Podobno rozszyfrowałam dwa meldunki. Podobno zdarzyło mi się zanieść sąsiadce zakupy, raz zalać łazienkę, posprzątać piętro na stancji. Podobno.
Mam wrażenie, że to wszystko przydarzyło się innej dziewczynie, ja tylko przyglądałam się obrazom płynącym przed oczyma w zwolnionym tempie. I tylko dochodziły do mnie kolejne wiadomości. Nie żyje. Nie żyje. Poległ. Porażka.
Najpierw zapłakała przy śniadaniu Eliza z trzeciego piętra. Gdzieś na odległym froncie kula przebiła jej narzeczonego, nie wyszedł już z tego. Został jej tylko skromny pierścionek z oczkiem, nawet nie zdążyła włożyć obrączki. Nikt nie nazwie jej wojenną wdową. Potem usłyszałam o Arsene. Wnuczek pani Allard też został śmiertelnie ranny. Hugo z małym Thierrym wreszcie przenieśli się na wieś. Henri znalazł sposób by trafić na aliancki front, list od mamy miał na sobie ślady łez. Tata nie powiedział na to nic. Zastrzelili Cianana. Niemcy posuwają się na przód, z sąsiedniej kamienicy wywieźli kilka osób.
To wszystko dotyczy mnie i jakby nie mnie, tej dziewczyny którą obserwuję ze swojego łóżka. Patrzę na kurzące się ramy teleskopu, na nieruszane książki, na rozwalone notatki i przewracam na drugi bok. Rano budzi mnie pisk budzika, nie reaguję, pani Allard wali do drzwi bym wreszcie zeszła na śniadanie. Patrzy na mnie z niepokojem, sama ma czerwone oczy. Spuchnięte oczy. Mówi, że mogę adoptować kota.
Kiwam tylko głową.
Nogi idą do pracy, głowa do łóżka. Popołudniem łączą się w jedno ciało.
Dni i cienie stają się coraz dłuższe, a wpisując datę w zeszycie przy kolejnym przyjętym sprzęcie wpisuję maj, nie kwiecień. Chcę spać dalej.
Zamiast tego się budzę.
Trzymając w ręku zegarek z niegdyś obluzowanym mechanizmem. Naprawa była prosta, wystarczyło podnieść szkiełko, małym śrubokrętem przykręcić niesforną zębatkę. Ruszył, próbując nadrobić stracony czas. Zegarek na skórzanym pasku. Obok niego ciastka.
Sama nie wiem co mnie popycha ku tak drastycznym krokom. Kończę pracę, wygładzam włosy, pakuję wszystko w papier. Łapię tramwaj, przechodzę większość dystansu pieszo. Chcę zapalić, nie palę papierosów, kieszenie mam puste.
Stoję pod muzeum. Udało mi się, dzisiaj wtorek.
Nawet nie wiem czy to wciąż aktualne, nie mam innych adresów. Chcę tylko wrócić do łóżka, wrócić do spania, nurtuje mnie nierozwiązana sprawa zegarka. I odczuwam trochę żalu. Gdzieś daleko, ledwo, kłuje pod bokiem.
Przynajmniej żal mi został z całej palety odczuć.
Wchodzę w końcu do środka, nie chcę rzucać się w oczy własną niepewnością. Obok ciężkie buty uderzają o kamień, kącikiem oka wyłapuję zielony mundur, kulę się w sobie. Prostuje. Rozglądam.
Jest.
- Przyniosłam zegarek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   Sro Lip 05, 2017 2:28 am

Czas wydawał się zmienić konsystencję.
Trudno było mu uwierzyć, że upływające dni składały się kiedyś – dawno temu, w odległej przeszłości, należącej już do innego świata – ze starannie posegregowanych minut i godzin; że każda doba, wraz z sześcioma innymi, zbiegała się w tydzień, i że te tygodnie zamykały się, mniej lub bardziej równo, w wyznaczających pory roku miesiącach. Ten porządek zburzył się nieodwracalnie, pogrążając rzeczywistość w chaosie, a życie ograniczając do bezładnego ciągu powtarzanych monotonnie czynności; szarej brei codzienności.
Czasu nie odmierzały już uderzenia zegara; robił to tupot grubo podbitych butów, miarowy szmer deszczu, niezmiennie bezsenne noce, które spędzał leżąc na wznak z szeroko otwartymi oczami i wpatrując się w bezdenną ciemność sypialni, bez zawahania odtwarzając z pamięci mozaikę rys na popękanym suficie. Nie wiedział, ile dni temu zniknął Leon; jego płaszcz, cienki i z dziurą na podszewce, wciąż wisiał w korytarzu, a Mathieu nie miał pojęcia, co powinien z nim zrobić. Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mu, że należałoby znaleźć nowego współlokatora – kiepska pensja, którą otrzymywał za niecałe pół etatu pracy w muzeum ledwie wystarczała na pokrycie czynszu, przez co w kwietniu schudł jeszcze bardziej – ale wraz z bezsilnością i niemocą, przyszedł niemożliwy do pokonania paraliż decyzyjny. Tymczasowe odsunięcie od Ruchu Oporu, konieczne ze względu na niedawną wpadkę, wepchnęło go w unieruchamiające zawieszenie, wypełnione oczekiwaniem i… samotnością, oraz skrawkami informacji, układającymi się w naprzemienne pasmo rozczarowań i wyrzutów sumienia. Mimo że wiedział, że nie mógł nic zrobić, towarzyszyło mu nieodegnane poczucie porażki, a niewidzialny głos powtarzał mu do upadłego, że zawiódł; siebie samego, pozostałych członków, siostrę, Francję; świadomość bezużyteczności nie opuszczała go ani na chwilę, dźwięcząc pusto w zbyt rozległych pomieszczeniach Luwru, gdy bezwiednie i bez sensu wygłaszał wytarte formułki. Proszę. Tak, dziękuję. Oto pani reszta.
To nie tak, że zapomniał w tym wszystkim o Lou. Spotkanie w Le Dome tkwiło w jego pamięci wyraźnie, odcinając się od wszechobecnej szarości tak samo ostro, jak jaśniejszy ślad na nadgarstku w miejscu, gdzie powinien znajdować się wysłużony zegarek. Pamiętał, że ich przypadkowa rozmowa była ostatnią, w trakcie której się śmiał, i że przez cudowne pół godziny wydawało mu się wtedy, że być może – tylko być może – był w stanie wyłuskać z życia odrobinę normalności. I, paradoksalnie, to właśnie dlatego nigdy nie pojawił się w sklepie z narzędziami, chociaż faktycznie do niego poszedł; zatrzymał się jednak przed witryną, pokręcił w miejscu przez agonalne dwie minuty, po czym wrócił do mieszkania – nie rozumiejąc, co właściwie powstrzymało go przed przekroczeniem progu, czy może celowo nie chcąc dostrzec, że najzwyczajniej w świecie się bał pozwolić sobie na posiadanie czegokolwiek. Miękki, wygłuszony obojętnością marazm wydawał się bezpieczniejszy; niewiele można było jeszcze z niego zabrać.
Miał mnóstwo przygotowanych z góry wymówek. Między nalotem na mieszkanie, przesłuchaniem w siedzibie gestapo, a feralną akcją Ruchu Oporu, nie musiał trudzić się zbyt bardzo; zasłonienie się koniecznymi środkami ostrożności byłoby aż nadto wygodne. A jednak, gdy w odpowiedzi na znajomy głos podniósł głowę znad porysowanego kontuaru, nie potrafił odnaleźć ani jednego słowa usprawiedliwienia.
Zamiast więc się odezwać, zatrzymał spojrzenie na twarzy Lou i coś nieprzyjemnie szarpnęło mu się w żołądku, choć jednocześnie jakaś zdradziecka i absolutnie absurdalna cząstka jego jestestwa postanowiła ucieszyć się na jej widok, mimo że miał wrażenie, że w jej jasnych oczach coś zgasło. Otworzył usta, biorąc oddech, chyba mając zamiar zwerbalizować wreszcie jakieś sensowne powitanie, ale wydało mu się nagle, że zamiast powietrza wdycha pokruszone szkło; jesteś idiotą, Bernard, przypomniał mu uprzejmy głos gdzieś z tyłu głowy. Przełknął słowa razem ze śliną. Wyglądała na dziwnie drobną wśród tej przygniatającej, okradzionej ze wszystkiego przestrzeni.
Szukając ratunku, przeniósł spojrzenie na przeklęty zegarek, a na jego twarzy odmalowało się irracjonalne zdziwienie, gdy uświadomił sobie, że wskazówki – do tej pory tkwiące w martwym punkcie – tym razem poruszały się miarowo. Pamiętał doskonale chwilę, w której zamarły w bezruchu i nagły, niewyjaśniony, nielogiczny impuls sprawił, że przez całą długą sekundę miał ochotę opowiedzieć o tym Lou. Stłumił go jednak, przypominając sobie, gdzie się znajdował i odchrząkując cicho. – Dziękuję – wydusił z siebie w końcu, podnosząc głowę znad blatu, odrywając spojrzenie od zegarka. Znów pogrążył się w milczeniu, znów bez skutku szukał słów – za długo, zdawał sobie z przerażeniem sprawę, jednocześnie nie chcąc, żeby dziewczyna odwróciła się i odeszła, jak i odrobinę mając nadzieję, że to zrobi. Podciągnął wyżej kąciki ust, rozciągając wargi w uśmiechu, który nie sięgnął nieruchomych oczu. – Dobrze cię widzieć – dodał jeszcze, orientując się, że właściwie mówił prawdę, ale i tak wiedząc, że był jej winien znacznie więcej, niż to. – I przepraszam – dorzucił ciszej.
Myślami nadal wisiał w pustce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   Czw Lip 06, 2017 11:25 am


Czasami zdarza mi się wątpić. W ten świat sprzed wojny.
Wydaje mi się absurdalne, że wystarczyły dwa lata by zmieniło absolutnie wszystko. Pokrzyżowano każdy z planów, rutynę dnia codziennego przewrócono do góry nogami. Dwa lata temu konstruowałam w swoim pokoju teleskop, poranki, popołudnia i wieczory spędzałam pracując nad doktoratem, wykłócałam się o istnienie ciemnej materii, a do słoika pod łóżkiem odkładałam pieniądze na wymarzony samochód.
Teraz, choć zarabiam ich znacznie mniej, staram się odkładać więcej i więcej, tylko po to by wykorzystać je podczas czarnej godziny. A kiedy potrzebuję ich choć trochę tłumaczę sobie, że przecież będą mi bardziej potrzebne. Może nadejść gorszy moment. Nie wiem co stanie się jutro.
Mogą wysadzić ulicę i trzeba będzie mi szukać nowego miejsca zamieszkania. Pani Allard mogą zabrać kamienicę. Ktoś z moich bliskich może zachorować, może trzeba będzie kogoś wykupić z więzienia, może, może, może. W głowie zamiast ciemnej materii kłębią się czarne scenariusze.
Równie absurdalna wydaje mi się idea powrotu do dawnej rutyny. A przecież o to właśnie walczymy – o powrót do normalności. Brak niemieckich mundurów na ulicach, koniec strachu, obracania się za siebie na każdym kroku, trzęsących się rąk przy otwieraniu listów. Po to właśnie codziennie staram się rozszyfrować chociaż jeden meldunek, nie myśląc, że za każdym z nich stoją kolejny martwi ludzie. Przecież nie mogę myśleć w tej kategorii o nazistach, odczłowieczam ich tak samo jak oni żydów.
Pamiętam uroczego pana Rothsteina, który prowadził sklepik z biżuterią u dołu ulicy. Miał młodszą od siebie żonę, piękną kobietę. I równie uroczą córeczkę. Zniknęli gdzieś w zeszłym roku, słyszałam, że się ukrywali u przyjaciół. Szyby w sklepie wybito, na froncie napisano precz żydom, złoto rozkradziono. Przechodzę obok niego codziennie, codziennie straszy tak samo.
Ostatnio dowiedziałam się, że im się nie udało. Nikt nie wie co dalej stało się z rodziną Rothsteinów, wszyscy mają świadomość, że nawet jeśli wojna się skończy, oni już nie wrócą. Witrynę pewnie wstawią nową, napis zamalują, prędzej czy później otworzy się tam nowy sklep. Może butik? Może kawiarnia? Niezależnie od wszystkiego, budynek wciąż będzie straszyć.
Wszyscy których znam w jakiś sposób walczą o lepsze jutro, nikt z nas nie potrafi go sobie wyobrazić. Ani siebie, w nim.
Widzę jak zmizerniała jego sylwetka, jak twarz pokrył cień, jak ciężar wyrzutów sumienia zgarbił jego plecy. Jestem pewna, że dostrzega to samo we mnie. Mamy po dwadzieścia kilka lat, a wyglądamy znacznie poważniej, szary, mizerni, ubezwłasnowolnieni. Nie muszę nawet pytać czy widzisz siebie w innym stanie niż marazm.
Ja siebie też nie. A mimo to przyszłam. Tutaj. Załatwić niedokończoną sprawę?
Wieczór w Le Dome wydaje się być teraz jedynym przyjemnym snem, przerywającym ciągłe pasmo pustki. Nie liczę na kolejny, nie liczę teraz na nic, ale chyba nie chcę poddać się tak ostatecznie. Pod grubą kopułą obojętności i rezygnacji tli się we mnie na tyle życia by spróbować.
Cisza dzwoni mi w uszach – Wypolerowałam też szkiełko – przerywam ją niepewnie, patrząc na swoje buty – I starałam się nieco odświeżyć skórzany pasek. Wyczyściłam go wodą z octem, a na zapleczu znalazłam trochę wosku – mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe.
Cały miesiąc spędziłam z tym zegarkiem w kieszeni. Czasami, kiedy nikt nie patrzył, wyciągałam go zastanawiając się co dokładnie wpłynęło na poluzowanie się zębatek. I czy obok był wtedy mój brat. Ostatnio myślę o nim znacznie częściej, kiedy widmo utraty drugiego stało się realne.
Może dlatego znacznie bezpiecznej jest trzymać się od siebie z daleka? Im więcej się posiada, tym większy jest strach. A przecież każdy ma swoją granicę, swoje nie mogę już stracić nikogo więcej.
Tyle, to pewnie głupie, stojąc daleko też mam wrażenie pewnej straty.
- Ciebie też – podnoszę wzrok i szukam jego, równie pustego. Zimnego. Chciałabym mu powiedzieć, że wtedy w piwiarni śmiały się też jego oczy i spytać czy moje też. Czy wtedy obydwoje żyliśmy chociaż przez chwile, nie tylko płynęli z czasem, przeczekując kolejny dzień – Tak… - nie wiem co odpowiedzieć na przeprosiny, nie wiem czy w ogóle jest mi ich winien, mieszam się, przestępuję z nogi na nogę, w końcu odpowiadam – Ja też przepraszam – przecież mogłam przyjść wcześniej. Pewnie brakowało mu zegarka. Sam powiedział, że jest ważny. Że to pamiątka – Przyniosłam ci ciastka – przypominam sobie w końcu, sięgając do torby. Urocza pani H., wciąż przynosi je co tydzień, a i tak przeprasza, że jest ich coraz mniej. Podobno straciła na froncie kolejnego wnuka. Nie jest to pewne, ciała nie znaleziono, ale zaginął. Wychowała ich całkiem sama, córka załamała się po utracie męża podczas tej pierwszej wojny, rozpiła całkowicie kiedy jej synów spotkał ten sam los. W zeszłym roku byłam na pogrzebie.
Kolejny to absurd. Dookoła tak wiele śmierci, a pogrzeb był tylko jeden.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   Sob Lip 15, 2017 12:41 am

Były dni, w których puste korytarze Luwru działały na niego kojąco. Nie był pewien, dlaczego; tutaj przecież, tak samo, jak i wszędzie, trudno było uciec przed widokiem niemieckich mundurów, a równy tupot butów (słyszał go prawie nieustannie, nawet gdy był sam, w środku nocy albo szarym, martwym rankiem; nieprzerwane tap, tap, tap – jak zegar odliczający czas do końca, choć go końca czego – nie miał pojęcia) niósł się echem jeszcze donośniej niż na brukowanych uliczkach czy porysowanym linoleum mieszkania. A jednak, było coś stałego i silnego w grubych murach, wysokich ścianach, mocnych sklepieniach; jakieś nieuchwytne wrażenie nienaruszalności, które unosiło się w powietrzu, zazwyczaj niemal niewidoczne, jak maleńkie drobinki kurzu, możliwe do dostrzeżenia jedynie, gdy patrzyło się na nie pod światło. W spokojniejszych momentach (czyli przez większość czasu) panująca dookoła cisza prawie przygniatała, wprowadzając tę charakterystyczną atmosferę, która wręcz nakazywała ściszenie głosu i przez pierwsze dni Mathieu czuł się tutaj jak w grobowcu – przez miesiące na froncie przywykły do komunikowania się głównie za pomocą krzyków.
Dzisiaj jednak rzadko już potrafił odnaleźć tę spokojną aurę, a coraz częściej miał wrażenie, że milczenie ciągnęło ku ziemi również i jego; przestrzeń była duszna, a chociaż maj dopiero zaczynał podrywać słupki termometrów ku górze, było mu za gorąco. Znikło poczucie posiadania schronienia, pojawiło się za to aż nazbyt znajome mrowienie na karku, gdy wydawało mu się, że ktoś nieustannie go obserwował. Nie Niemcy; fantomowy wzrok był o wiele bardziej naglący, natarczywy, przepełniony tymi samymi wyrzutami sumienia, które wypełniały go od wewnątrz jak ostry piasek zapychający niewyleczone właściwie płuca. Zastanawiał się, co w ogóle tutaj robił, dlaczego nie walczył, personalnie odbierając każdą kolejną wiadomość o zniknięciu albo przedwczesnej śmierci, bo może gdyby starał się bardziej, mógłby temu jakoś zapobiec. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że to nie miało sensu, że smutne spojrzenie jasnowłosej dziewczynki grającej w klasy przed jego kamienicą nie było jego winą, ale uporczywy głos z tyłu czaszki i tak wiedział swoje; było, było.
Zastanawiał się, czy był jeszcze w stanie przestać walczyć; czym wypełnione były jego dni, zanim po raz pierwszy złapał za broń?
Niespodziewane pojawienie się Lou było w tym wszystkim jak nagły powiew świeżego powietrza, ale Mathieu z jakiegoś powodu bał się odetchnąć z ulgą. Zatrzymał spojrzenie na leżącym na blacie zegarku, mimowolnie dopasowując słowa do tego, co widział. Szklana szybka rzeczywiście odbijała światło jakoś lepiej, a podłużne kreski ciągnące się od złotawego jedenaście do eleganckiej piątki stały się ledwie widoczne. Porysował to szkiełko pod Dunkierką, kiedy padał gwałtownie na rozsiane po plaży kamienie. – Jest prawie jak nowy – powiedział cicho, trochę ciesząc się jednak, że nie wszystkie ślady użytkowania zniknęły; niczego nie można było naprawić tak do końca.
Mimo że od czasu, kiedy pozbył się zegarka, minął prawie miesiąc, zapięcie go na nadgarstku zajęło mu dosłownie sekundę – odmierzoną długą, cienką, poruszającą się płynnie wskazówką.
Podniósł spojrzenie, gdy usłyszał echo własnych przeprosin. – Za co? – zapytał, marszcząc jasne brwi w wyrazie szczerego niezrozumienia, bo naprawdę nie wiedział – Lou była ostatnią osobą, która w czymkolwiek mu zawiniła. Tak naprawdę było wprost przeciwnie, choć Mathieu nie zdawał sobie z tego sprawy i najprawdopodobniej miało minąć jeszcze dużo czasu, zanim udałoby mu się to zrozumieć, ale w którymś momencie pojedyncze nitki sięgającej liceum przeszłości, niepewnej teraźniejszości i istniejącej jedynie w skrawkach słów przyszłości, splotły się w ratunkową linę, która dzielnie utrzymywała go na powierzchni, chroniąc przed niechybną utratą zdrowych zmysłów. Wątłą, z mglistym widmem Hansa Junge wiszącym gdzieś na horyzoncie, ale całkiem rzeczywistą.
Zajęło mu chwilę, zanim przypomniał sobie, o jakich ciastkach mówiła, ale gdy tylko jego umysł połączył fakty, zareagował instynktownie. – Zaczekaj – powiedział, nieco żywiej i głośniej niż do tej pory, a zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, jego dłoń wystrzeliła do przodu, zaciskając się na kobiecym przedramieniu i powstrzymując jego właścicielkę przed wyciągnięciem pakunku z torby. O sekundę za późno zorientował się, że najprawdopodobniej ścisnął ją zbyt mocno; rozluźnił palce powoli, posyłając jej przepraszające spojrzenie. – Nie tutaj – dodał, mając nadzieję, że nie poprosi go o wyjaśnienia, bo nie wiedział, jak ich udzielić, nie zdradzając jednocześnie (i żałośnie), że nie chciał zanieczyszczać kolejnych wspomnień obecnością Niemców – nieistotne, jak nieważkie by były. Odchrząknął. – Poza tym – kontynuował już ciszej – mieliśmy zjeść je razem – przypomniał, czując, jak jego własne postanowienia kruszą się bezpowrotnie. – Myślisz, że da się to zorganizować? – zapytał.
I nagle uświadomił sobie – przypadkowo, całkowicie bez sensu – że chciałby, żeby Lou Junge się uśmiechnęła. Może nie było to osiągnięcie dorównujące podniosłością wygraniu wojny, ale jako cel dzisiejszego dnia wydawało się aż nadto wystarczające.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   Nie Lip 16, 2017 6:07 pm

Pusto było już wszędzie.
Do sklepu z każdym dniem przychodzi coraz mniej klientów. Są rzeczy ważniejsze niż narzędzia, a przecież dzisiaj nikt nie ma pieniędzy na to co nie pierwszej potrzeby. Czasem pomaga wycenić starszym i młodszym rodzinne pamiątki. Zegarki po ojcach, stare radia. Czasem przykręci śrubę bądź dwie by zwiększyć ich wartość.
Aż wstyd się przyznać, ale za utarg głównie odpowiadają Niemcy. Schyla głowę gdy cichy dzwoneczek i głuchy odgłos ciężkich butów zwiastują ich nadejście. Nie podnosi wzroku podając towary, kiwa tylko głową odbierając zamówienie. Nie chce by zamknięto sklep, nie chce ich obsługiwać. Sytuacja bez wyjścia.
Nie tylko jej doskwiera, pan Pascal już praktycznie nie wychodzi z domu. Nie przychodzi nawet na zaplecze. Zajmuje mieszkanie nad sklepem, codziennie przynosi mu utarg. Wietrzy pokoje z kwaśnego zapachu potu, smutku i alkoholu, odnosi pełne talerze sąsiadce z naprzeciwka, która zgodziła się mu gotować za drobną opłatą. Część pieniędzy wkłada do koszyka w którym ma je zostawiać, część chowa w innym miejscu by nie przepił wszystkich. Czasem wychodzi do kuchni by z nią porozmawiać, najczęściej drzwi od jego pokoju są zamknięte.
Kiedy już pojawia się podczas wspólnych posiłków na stancji zauważa, że przy stole z każdym dniem pojawia się coraz więcej pustych krzeseł. Eliza wyjechała z Paryża pomóc niedoszłej teściowej. Ella z rodziną próbowała wyjechać za ocean, nie wiem czy im się udało. Pani Allard codziennie przegląda pocztę, czekając na wieści. Sophie udało się wyjść za mąż, jej adorator wrócił z frontu. To zabawne, dobrze pamiętam jak przed wojną narzekała na jego zaloty. Kwiatów nie przyjmowała i za każdym razem była oburzona, kiedy pani A. wstawiała je do wazonu w saloniku, do kina godziła się iść tylko kiedy zgodził się postawić bilety też kilku koleżankom. Było mi trochę głupio, ale i ja się załapałam na kilka filmów. Marcela Carné i Jeana Renoira - podobno to wielkie nazwiska - podobały mi się, tyle mogę o nich powiedzieć. Nie znam się na kinematografii wiem, że bardzo polubiłam, o ironio, Bernarda. Jego miłość do Sophii wydawała mi się bardzo znajoma, przecież to samo czułam do Florentina. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Ale ona wolała chodzić na tańce i nieustannie powtarzała, że wyjdzie za bankiera. Albo - przymierzając kolejną z sukienek, w każdej wyglądając zjawiskowo - za aktora. Tak, tylko za aktora.
Kiedy Bernard poszedł na front wszystko się zmieniło. Wrócił okaleczony, bez nogi, ale wrócił. I to było najważniejsze. Nie mógł się z nim równać żaden aktor. Żaden bankier.
Nawet na ich ślubie nie poczułam niczego ponad żalem, że czasem potrzeba nam świadomości utraty by wreszcie coś docenić - Prawie - potwierdzam kiwnięciem głowy, obserwując jak zapina go na nadgarstku - Nie da się naprawić rzeczy do końca - zawsze pozostaje skaza, nie ważne ile czasu poświęciłoby się polerowaniu szkiełka i odnawianiu paska.
Czasu nie da się cofnąć nawet w teorii.
- Mogłam przyjść wcześniej - mogłam. Podnieść się z łóżka kilka tygodni wcześniej, potem wrócić do spania. Mogłam sprawdzać co u niego regularniej, odwiedzać raz w tygodniu, wpisać wizyty w swoją rutynę, może to by coś zmieniło?
Może nie zmieniłoby nic.
A może, choć to wątła nadzieja, wychodzenie z pokoju stałoby się nieco łatwiejsze. A obok żalu pojawiło się chociaż trochę innych uczuć. Nie nadzieja, ale przynajmniej odrobina…
Sama nie wiem.
Zachłysnęłam się nieco kiedy złapał mnie za ramię - nie z bólu, raczej ze zdziwienia. To zabrzmi żałośnie, ale nie pamiętam kiedy po raz ostatni ktoś mnie dotknął, nawet tylko po to by zatrzymać. Minęło kilka tygodni, pewnie od wyjazdu Hugo i małego - Dobrze - zgadzam się, nieco zmieszana. To w końcu Luwr, pewnie nie można tutaj przekąszać, nawet w pracy. Chowam je do torby, nie wiedząc co z nimi zrobić, dopóki nie odzywa się po raz kolejny. I chociaż chcę się upierać, że te są tylko dla niego, że ja przecież dostaje je bardzo często, coś w wizji zjedzenia ich wspólnie powstrzymuje mnie przed odmową - Tak - odpowiadam po dłuższej chwili milczenia - Ja… ja nigdzie się nie śpieszę - co najwyżej do własnego łóżka, ono raczej nie ucieknie.
Chociaż dzisiaj i tego nie można być pewnym - Mogę też… przyjść kiedy indziej - niewiele mam przecież planów na najbliższe dni. Tygodnie. Miesiące.
Nie mam żadnych planów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Muzeum Luwr   

Powrót do góry Go down
 
Muzeum Luwr
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: