IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Marzec - Madeline&Jacques


Share | 
 

 Marzec - Madeline&Jacques

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Marzec - Madeline&Jacques   Nie Lis 27, 2016 12:27 am



Mieszkanie nr 5

Buttes-Chaumont z pewnością można zaliczyć do jednej z przyjemniejszych dzielnic Paryża. Zapełniona parkami, wiosną i latem pokrywa się zielenią i nawet pomimo wojny przyciąga spacerowiczów pragnących zaczerpnąć chwili spokoju z dala od zgiełku miasta. Chociaż panna Irving w ciągu swojego dwumiesięcznego pobytu w stolicy Francji nie miała jeszcze okazji doświadczyć wszystkiego, co owa dzielnica ma do zaoferowania, to właśnie na rogu Rue de l’Argonne i Quai de l’Oise znajduje się jej niewielkie, choć przestronne mieszkanie umiejscowione pod numerem 5 na trzecim piętrze niepozornie wyglądającej z zewnątrz kamienicy, idealnie wpasowującej się w otoczenie. Nowa lokatorka z pewnością przyciąga spojrzenia sąsiadów, jednak spojrzenie jej oczu i tajemniczy uśmiech, którym obdarza ich każdego ranka wychodząc do pracy wystarczą, aby uspokoić ich i tak nadszarpnięte już wojną nerwy.
Wchodząc do mieszkania odczuć można specyficzny zapach delikatnych, lekko słodkawych perfum, mieszający się z wonią dymu z papierosów, który dość często unosi się między pomieszczeniami, uciekając przez uchylone okna na ulice miasta. Chociaż zamieszkiwane przez brytyjską agentkę, na próżno szukać w nim jednak jakichkolwiek znaków jej prawdziwego pochodzenia. Po przekroczeniu progu oczom ukazuje się niewielki przedpokój. Na lewo prowadzi on w stronę salonu, utrzymanego, podobnie jak całe mieszkanie, w jasnych barwach, urządzonego dość skromie, a jednak dający wrażenie ciepła i przytulności. Mieści w sobie średnich rozmiarów kanapę, przy której ustawiony został drewniany stolik, zazwyczaj zarzucony różnymi magazynami, kominek z wiszącym nad nim oprawionym w pozłacaną ramę lustrem oraz wykonany z ciemnego drewna okrągły stół z czterema krzesłami, zazwyczaj przyozdobiony ustawionym na środku bukietem kwiatów. Jedna ze ścian w całości pokryta jest dużymi, zajmującymi całą jej wysokość oknami z ciągnącymi się do ziemi zasłonami, które wychodząc na Rue de l’Argonne wpuszczają do pomieszczenia dużą ilość światła dziennego. Za jadalnianym stołem znajdują się dwuskrzydłowe, przeszklone drzwi prowadzące do niewielkiego gabinetu z drewnianym biurkiem, dwoma fotelami oraz sporych rozmiarów regałem wypełnionym książkami, każda w języku francuskim, w którym panna Géroux od czasu do czasu przyjmuje swoich pacjentów. Salon połączony jest również drzwiami z niewielką kuchnią.
Na prawo przedpokój prowadzi do jedynej w mieszkaniu sypialni, utrzymanej w jasnych, ciepłych barwach. Jej okna wychodzą na przepływającą wzdłuż ulicy rzekę oraz znajdujący się po drugiej stronie park. Wąskie drzwi prowadzą także na niewielki balkonik z ustawionym na nim krzesłem.
Drzwi znajdujące się naprzeciw sypialni prowadzą do dość małej łazienki, w której znajduje się wanna oraz umywalka z powieszonym nad nią lustrem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Nie Lis 27, 2016 7:00 pm

Parter.
Przeskakiwał po dwa schody – cztery, sześć, osiem, półpiętro i znów ten sam schemat: dwa, cztery… - z każdym kolejnym ruchem wspinając się coraz wyżej. Gdyby życie było szachownicą, a on figurą na jej polach, przypadłaby mu zaszczytna rola hetmana, bo tak się składało, że Jacques Sevigny poruszał się tak, jak chciał, wchodził tam, gdzie chciał i udowadniał innym to, co chciał udowodnić samemu sobie… czyli głównie to, że jest bardzo, bardzo, bardzo dobrym złodziejem.
Pierwsze piętro.
Był przepojony wiarą we własne siły, wiarą tak silną, że gdyby nie jego zdeklarowana abstynencja, ktoś mógłby uznać, że po klatce schodowej wspina się po paru głębszych. Było mu jednak daleko do euforystycznych i lekko chwiejnych uniesień nieszkodliwego pijaczka – w stan najwyższej frenezji wprowadzał Jacquesa nieuchronnie zbliżający się moment słodkiej jak cannelés de bordeaux zemsty.
Drugie piętro.
Za oknami słońce powoli przygasało, a długie, ciemnopomarańczowe smugi światła ozdabiały szare, paryskie chodniki żywymi barwami rozpoczynającej się wiosny. Późne popołudnie nie było porą ani włamywaczy, ani złodziei, a już zwłaszcza nie włamywaczy i złodziei w jednym – jednak jego dzisiejszym celem nie był rabunek w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nawet włamanie, z punktu widzenia poprawności społecznej będące wtargnięciem o tyle brawurowym, że dokonanym w biały (cóż, właściwie to pomarańczowy) dzień, nie było tym, na co mogłoby wyglądać.
Choć Jacques wątpił, by w razie aresztowania takie tłumaczenie wystarczyło.
Trzecie piętro.
Klatkę schodową przez jakiś czas wypełniała cisza o konsystencji waty – zatrzymał się na ostatnim stopniu, z tego miejsca doskonale widząc drzwi, klamkę, numerek zawieszony nad wizjerem oraz naiwny zamek, z którym lada moment miał się zmierzyć. Widział również drzwi sąsiada i lipko jak lśniąca, czarna źrenica, którą na swój sposób było – w tym momencie watowa cisza była mu sprzymierzeńcem, przyjacielem i przewrotnym kochankiem, ponieważ wyczulała zmysł słuchu na nawet najdrobniejsze skrzypnięcie, jakie mogło dobiec zza drzwi.
Tyle, że nie dobiegło.
Doskonale wiedział, iż właścicielka mieszkania numer pięć jest nieobecna tak, jak nieobecna może być wyłącznie kobieta o jej urodzie – już w trakcie ich pierwszego, nieszczególnie udanego z punktu widzenia Jacquesa, spotkania wywarła na nim ambiwalentnie olbrzymie wrażenie. Z jednej strony: trzydzieści lat, może trochę więcej. Trzydzieści centymetrów złotych włosów. Oczy jak majowe niebo i rzęsy, którym z rozpędu też dał ze trzydzieści milimetrów, co było przesadą. Trzydzieści centymetrów dekoltu, licząc od trochę za ostrego podbródka w dół. Granatowy płaszczyk z trzydziestocentymetrowymi rękawkami – i do tego nogi. Wymykające się wszelkim liczbom, co swoją drogą zaskakiwało, bo kobieta duża nie była.
Z drugiej jednak strony miała trzydzieści warstw cynizmu, ironii i jawnej kpiny. Trzydzieści mililitrów zbyt czarnego poczucia humoru, by mógł puścić je mimo uszu. Do tego trzydzieści razy nazwała go beznadziejnym złodziejem (racja, może nie trzydzieści, ale każdą podobną uwagę Jacques liczył trzykrotnie), przez co trzydzieści razy miał ochotę okraść ją ze wszystkiego, co najcenniejsze.
Postanowił więc zacząć od prywatności i poczucia bezpieczeństwa.
Cztery, ciche kroki wystarczyły, by Sevigny dotarł do drzwi sąsiada, za którymi wciąż panowała głucha cisza. Nim zdołał zapanować nad własną mimiką, kąciki jego ust już podjeżdżały do góry – zwyczajnie przepadał za tym momentem, w myślach nazywał go milczeniem Judasza, co brzmiało znacznie bardziej donośnie od zaklejania wizjera w drzwiach czarną taśmą. A przecież właśnie to robił – zaklejał wizjer, by w trakcie otwierania zamka wścibski sąsiad nie zerknął na zewnątrz celem podziwiania pleców złodzieja, mało istotne, jak urodziwych.
Gdy Judasz oślepł, Jacques płynnym, wyćwiczonym ruchem wyciągnął z kieszeni sfatygowany i jednocześnie niezawodny wytrych. Starym nawykiem obrócił go w palcach dokładnie trzy razy, jedynie udowadniając tym, jak bardzo przesądni bywają złodzieje – Sevigny od dawna szczerze wierzył, że gdyby nie obrócił wytrychu dokładnie trzykrotnie, całe przedsięwzięcie trafiłby szlag. Wbrew pozorom nie lubił ryzyka… więc przekręcał, kucając tuż przy zamku w drzwiach mieszkania pani Jesteś Beznadziejnym Złodziejem.
Pierwsze wrażenie go nie zmyliło, naprawdę miał do czynienia z typowym, prostym zamkiem z zasuwką. Największą wadą tych konstrukcji była powszechność – w całej Francji podobne zamki były równie popularne, co piwo wśród tych wszechobecnych, szwargoczących Niemców i podobnie jak na Niemca wystarczyło pięć kufli Grolscha, tak na zamek z zasuwką potrzeba było wyłącznie pięciu ruchów.
Pierwszym krokiem było wsunięcie płaskiej części wytrychu do zamka, drugim – przekręcenie go w tym samym kierunku, w którym kręci się zwykłym kluczem. Ten delikatny gest sprawił, że wkładka przesunęła się nieco względem obudowy, dzięki czemu powstał malutki uskok pomiędzy poszczególnymi częściami zamka. O powodzeniu tej części świadczy cichy, metaliczny chrzęst, zupełnie taki, jaki dobiegł do uszu Jacquesa, który teraz musiał działać bardzo ostrożnie. Trzeci etap wymagał wsunięcia do dziurki od klucza długiego, cieniutkiego kawałka metalu o zakrzywionej końcówce – to z jej pomocą włamywacz mógł podnosić zasuwki zamka do poziomu, w którym górna zasuwa całkowicie znalazła się w obudowie. Czwarty ruch to poruszenie szerszym kawałkiem metalu i jednoczesne uniesienie kolejnej zasuwki – delikatny uskok sprawił, że została utrzymana w obwodzie cylindra zamka i nie pozwoliła mu na powrót do blokującej pozycji.
Piąty ruch, poza uniesieniem ostatniej zasuwki, przyniósł ze sobą również cichy, charakterystyczny, metaliczny szczęk, który dla Jacquesa był najsłodszą muzyką świata.
- Beznadziejny złodziej, dobre sobie… - mruknął ledwie słyszalnie do zamka, do drzwi, do siebie i najpewniej do całego Paryża, ostrożnie naciskając klamkę. Zawsze obawiał się tego momentu, zupełnie jakby w decydującej chwili miało się okazać, że jednak nie podołał zamkowi, a drzwi pozostały głuche na jego działania.
Na całe szczęście ten konkretny egzemplarz był bardzo dobrym rozmówcą.
W jednym, sprężystym ruchu podniósł się z kucek, wysuwając z zamka drucik oraz wytrych. Ponownie ukrył je w kieszeni, wkładając w to pieczołowitość ojca, który skrywa przed złym światem swoje dzieci – a kiedy te spoczęły bezpiecznie w płaszczu, Jacques po prostu przestąpił próg mieszkania numer pięć, cicho zamykając za sobą drzwi.
Był w środku… i triumfował, niespiesznym, swoiście leniwym krokiem zagłębiając się w pachnące słodkimi perfumami i papierosowym dymem wnętrza. Zerknął na prawo, jednak widok łóżka dość skutecznie ostudził zapał Jacquesa i niemal mechanicznie skierował kroki w przeciwną stronę, wchodząc do salonu. Wystarczył jeden rzut oka na przytulne wnętrze, by Sevigny wydał z siebie cichy jęk… zawodu?
Przez moment sprawiał wrażenie rozczarowanego, zupełnie jakby spodziewał się zastać tu małą rzeźnię, co w niewyjaśniony sposób znacznie bardziej pasowało mu do nastawienia właścicielki mieszkania. Nie miał jednak zamiaru poddawać się zbyt prędko i w kilku krokach pokonał odległość, która dzieliła go od kotar. Przez okna wciąż wsączała się pomarańczowa poświata zachodzącego słońca, wystarczyło jednak, by Jacques zaciągnął zasłony, a wnętrze salonu spowił umiarkowany, przyjemny półmrok. Dźwięk przesuwanych żabek wciąż rozbrzmiewał mu w uszach, gdy ze zdumiewającą nonszalancją opadł na niewielką kanapę, porywając ze stolika pierwszy lepszy magazyn i otwierając go na przypadkowej stronie.
W końcu musiał uprzyjemnić sobie oczekiwanie na panią domu, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Nie Lis 27, 2016 9:22 pm

Stukot obcasów na twardym chodniku niósł się echem po niemalże opustoszałej, parkowej alejce. Chłodny wiatr końca marca rozwiewał jasne włosy nie przejmując się tym, ile czasu zajęło ich ułożenie. Banalna sprawa, w końcu dzień i tak dobiegał już końca i nic z tego nie miało większego znaczenia. Krok za krokiem przemierzała znajomą już dość dobrze ścieżkę, tą samą, którą pokonywała niemalże każdego poranka i każdego wieczoru od ostatnich dwóch miesięcy, jednocześnie czując się tak, jak gdyby czasu minęło o wiele więcej. On też był banalny, płynął własnym tempem, nie oglądając się na to, co zabierał ze sobą.
Dwa miesiące. Osiem tygodni.
Czy miała prawo już nazwać się szczęśliwą? Przed wyjazdem usłyszała tylko jedno słowo. Powodzenia. Zupełnie tak, jakby nikt nie spodziewał się tego, iż kiedyś jeszcze wróci do domu i Madeline dobrze wiedziała dlaczego. Ktoś oszacował, że żywotność agenta Special Operations Executive to sześć tygodni i chociaż w Paryżu ona była jedną z pierwszych, informacje z innych okupowanych krajów z pewnością nie były pomyślne. Żyła więc o dwa tygodnie dłużej niż przypuszczano i, co więcej, ani razu nie miała okazji nawet otrzeć się o śmierć. Miała szczęście, jednak w tym wypadku niespecjalnie ją to satysfakcjonowało. Za domem nawet nie tęskniła.
Zatrzymała się na chwilę patrząc na zachodzące za kamienicami słońce, rozsiewające po niebie pomarańczowo-złotą poświatę, przebijające się między pozbawionymi liści gałęziami drzew i tańczące w jej złotych, lekko falowanych włosach. Te promienie przywoływały wspomnienia – wschodów i zachodów obserwowanych z okna pokoju, zapachu pieczonego ciasta roznoszącego się po domu jej dziadka, łagodnych dźwięków skrzypiec, gdy uczyła się grać pierwsze nieskomplikowane melodie czy śmiechu jej brata, gdy nocą chowali się pod prześcieradłami udając, że świat dookoła przestaje istnieć.
Wszystkie te wspomnienia nie były jednak jej. Należały do osoby, którą zostawiła już dawno za sobą. Która być może umarła na zawsze i miała już nigdy nie zostać przywrócona do życia. Dwa miesiące temu wszystko zaczęło się od nowa. Wspomnienia, choć zupełnie nieprawdziwe, nie wiązały się z deszczowym Londynem, z zapomnianą rodziną, z długimi miesiącami szkolenia i jeszcze dłuższymi latami, w których jej życie zdołało rozsypać się na drobne kawałki i poskładać na nowo, w coraz bardziej kruchą i zdecydowanie nieidealną konstrukcję. To wszystko było jedynie namiastką przeszłego życia, którego większą część chciała po prostu zapomnieć. Jej domem był oddalony o niemalże pięćset kilometrów Lyon, niewielki domek jej dziadków na obrzeżach, śmierć rodziców gdy miała 3 lata, studia psychologiczne i grono znajomych, których również pozostawiła za sobą, gdy postanowiła wyjechać w samo serce toczącej się wojny, aby rozpocząć swoje życie na nowo.
Być może właśnie ta jedna cecha tak bardzo łączyła dwie zupełnie inne osoby skrywane w ciele jednej kobiety. Zupełnie różne, a jednak pragnące napisać swoją historię od nowa.
Chyba zdążyła już polubić Valérie, pogodzić się z nowym nazwiskiem, z płynnym, francuskim akcentem, z patrzeniem w drugą stronę przy przechodzeniu przez ulicę, z zapachem książek w bibliotece i wonią perfum, które kupiła w pierwszym tygodniu swojego pobytu. Patrząc w lustro widziała pannę Géroux taką, jaką sama zawsze pragnęła być i choć ta kobieta miała w sobie zdecydowanie za dużo cech Madeline Irving, nie miało to większego znaczenia. W końcu, pierwszy raz o dawna, czuła się w pełni wolna, niezależna i silna. Dobrze wiedziała, dlaczego znalazła się w Paryżu. Gdyby nie tocząca się dookoła wojna, niemieckie mundury przemierzające ulice i lustrujące uważnym wzrokiem niemalże każdego przechodnia, w Paryżu naprawdę mogłaby poczuć się jak w domu, żyjąc tak, jakby w jej żyłach płynęła czysta, francuska krew, a ona sama nie musiałaby udawać kogoś, kim przecież tak naprawdę nie była.
Delikatny, leniwy uśmiech powoli wślizgnął się na jej wargi, gdy pozwalała sobie obserwować przesuwające się po niebie barwy, dobrze wiedząc, iż jeszcze trochę a cały świat pogrąży się w atramentowej ciemności wieczoru. W końcu zmusiła swoje nogi do ruchu, w niezbyt wygodnych butach i czarnym, miękkim płaszczu, który skutecznie chronił ją przed zimnem. Krok za krokiem była już coraz bliżej własnego domu. Tak łatwo było używać jej tego słowa, gdy nie oznaczało nic więcej poza czterema ścianami, które dawały poczucie bezpieczeństwa i odcięcia od świata, pozwalając na chwilę zdjąć z twarzy maskę i rozprostować mięśnie. Choć przecież wcale nie musiała tego robić, w nowej skórze czuła się jak ryba w wodzie i miała wrażenie, iż nigdy więcej nie chce już wracać do tego, co było wcześniej.
Szybkim krokiem przekroczyła pustą już ulicę, otwierając ciężkie, drewniane drzwi i czując, jak przyjemne ciepło otula jej sylwetkę i rozgrzewa chłodne, pokryte delikatnym, naturalnym rumieńcem policzki. Schody odbijały jej kroki głuchym echem, gdy powoli wspinała się na górę z przewieszoną przez ramię torebkę, z kieszeni płaszcza wyciągając już klucz, choć przecież miała jeszcze chwilę, jeszcze kilka stopni dzielących ją od upragnionego mieszkania. Zatrzymała się przed ciemnymi drzwiami, które teraz były już tak dobrze znajome, jakby rzeczywiście minęło o wiele więcej czasu odkąd pierwszy raz przekroczyła ich próg. Spokojnym ruchem wsunęła klucz w zamek, a gdy napotkała niespodziewany opór mimowolnie zmarszczyła brwi, kładąc dłoń na chłodnej klamce i wiedząc, iż gdyby tylko spróbowała ją nacisnąć bez większych trudności drzwi otworzyłyby się wpuszczając ją do ciepłego, dość przytulnego mieszkania.
Dała sobie jednak chwilę wytchnienia, nabierając do płuc powietrza, zastanawiając się, co może czekać ją w środku. Co, a może kto? Była jednak zadziwiająco spokojna, pośród panującej na korytarzu ciszy niemalże słyszała równomierne bicie własnego serca i szum przepływającej przez żyły krwi.
Nacisnęła klamkę, bez dłuższego wahania wchodząc do środka zupełnie tak, jakby ta nadzwyczajna sytuacja nie była niczym szczególnym. Niespiesznie odwinęła otaczającą szyję jedwabną chustkę i zdjęła z ramion płaszcz, tym samym uważnym spojrzeniem lustrując przedpokój i krótko zerkając do sypialni, w której wszystko zdawało się wyglądać normalnie. Głuchy odgłos obcasów na drewnianej podłodze poprowadził ją do salonu, gdzie w oczy rzuciła jej się ciemna, męska sylwetka, odbijająca się na tle jasnej kanapy, pomimo półmroku obejmującego pomieszczenie. Nie musiała przyglądać się twarzy, aby wiedzieć, kim był jej niespodziewany gość.
- Nie za wygodnie? – zapytała spokojnym głosem, przechodząc przez pomieszczenie i odsłaniając zasłony, wpuszczając do salonu ostatnie, coraz już słabsze promienie uciekającego przed ich spojrzeniami słońca. Mogła przyznać, iż nie spodziewała się jego wizyty, jednak prawdopodobnie skłamałaby mówiąc, iż nie przypuszczała, że do następnego spotkania nigdy nie dojdzie.
Niespecjalnie zwracając uwagę na jego obecność przeszła do kuchni, po drodze zdejmując się uwierające ją buty i nalewając do szklanki wody, upijając z niej łyk zanim wróciła do salonu i ze skrzyżowanymi na piersi dłońmi zmierzyła przybysza krytycznym spojrzeniem rozważając, czy wyrzucenie go siłą za drzwi było dobrym pomysłem.
- Nie wiedziałam, że poza bardzo słabej jakości kradzieżą interesujesz się również kobiecą modą – powiedziała z nutką rozbawienia w głosie, a na jej ustach zagościł delikatny, może odrobinę kąśliwy uśmiech, gdy wzrok spoczął na okładce Notre Coeur trzymanego przez mężczyznę. Szybko doszła do wniosku, iż skoro z jakiegoś powodu zjawił się u niej w mieszkaniu, szkoda byłoby tego nie wykorzystać, odbierając sobie odrobinę rozrywki. Ostatnim razem zdołała ugodzić w jego, najwyraźniej czuły, punkt i z przyjemnością zrobiłaby to znowu, byle tylko nie dać mu odczuć, iż tym razem w jakikolwiek sposób ma nad nią przewagę.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Pon Lis 28, 2016 1:14 pm

Przez chwilę po prostu wpatrywał się w sufit z uporem kogoś, kto gotów jest ujrzeć na nim życiową prawdę, pierwsze oznaki objawienia pańskiego lub po prostu małą, choć wiele znaczącą plamę. Doznał jednak zawodu (nie, żeby pierwszego od chwili przekroczenia progu tego konkretnego mieszkania) – nieskazitelna biel mierziła i jednocześnie zdumiewała, nie pozostawiając choćby skrawka pola do popisu dla wyobraźni. Kiedyś Claire zapytała go, dlaczego wpatruje się właśnie w sufit, skoro ludzie zwykle trwożliwie wbijają wzrok w ziemię. Chyba spodziewała się uwznioślającej odpowiedzi o poszukiwaniu wolności, unoszeniu głowy w wyrazie narodowej dumy lub wypatrywaniu lepszego jutra, jednak Jacques z natury był rozczarowaniem… i właśnie taka musiała być jego odpowiedź, gdy wzruszył lekko ramionami, mamrocząc sufit rozumie więcej niż podłoga.
Prawda wyglądała jednak nieco inaczej. W unoszeniu głowy i wpatrywaniu się w to, co ponad nią, tkwiła nieco pokręcona, lecz skuteczna taktyka, dzięki której choć na chwilę mógł oderwać myśli od tego, co przyziemne, brudne, zabiedzone i nawykłe do bycia deptanym. Wszystkie sufity świata były dla Jacquesa Sevigny ucieczką od własnych myśli i stawały się czymś na wzór nośnika dla cierpliwości. Wpatrując się w nieskazitelną, lekko chropowatą biel, mógł czekać w nieskończoność – tego akurat nauczył się w więzieniu całkiem nieźle. Cały ten czas spędzony za kratkami był dla niego wyczekiwaniem i wpatrywaniem się w betonowy, szary sufit celi. Czasami sądził, że tylko dzięki sześciu metrom kwadratowym zimnej, wyzutej z kolorów mieszaniny piasku, żwiru i cementu dotrwał do dnia zwolnienia, po raz pierwszy w życiu doceniając niczym nieograniczony przestwór miasta. Tamtego dnia obiecał sobie, że zacznie dostrzegać niedoskonałości, którymi mniej lub bardziej świadomie otaczali się wolni ludzie. Z lubością wypatrywał dziur w obrusach i plam po kawie, z irracjonalną radością karmił oczy każdym krzywo przyklejonym kawałkiem tapety, każdym uwypukleniem czy wgłębieniem ścian i wszystkimi innymi drobiazgami, z którymi nie zdążyli się pomysłowo rozprawić właściciele okradanych mieszkań. Wtedy prawie zawsze było mu żal, że musi pozbawić ich zbędnego ciężaru rodowej biżuterii, ukrytych w skarpetkach oszczędności czy zupełnie nowiutkiego radia. Prawie.
Sofa, choć wygodna, była niewielka… i jak każdy niewielki przedmiot okazała się zwyczajnie nieporęczna. Po dwóch minutach wyczekiwania Jacques zmienił pozycję na horyzontalną, jednak już w trakcie piątej powrócił do nonszalanckiej wertykalności, posuwając się nawet do przerzucenia nóg przez boczne oparcie. Nie potrafił skupić wzroku na magazynie, będącym wyłącznie drobną dekoracją do całokształtu przedstawienia, litery zlewały się w bezkształtną masę gdzieniegdzie przetykaną barwnymi obrazkami, które równie dobrze mogły przedstawiać afrykańską faunę, a Jacques i tak nie zauważyłby różnicy. Posiadał w sobie jednak dość optymizmu, by docenić chwilową, choć ulotną i bardzo pozorną wygodę. Przytulne, niewielkie mieszkanko mademoiselle Géroux zasługiwało na miano wyjątkowo przyjaznego złodziejom (w przeciwieństwie do właścicielki) i Jacques nie miał zamiaru grzeszyć uskarżaniem się na ciężki los włamywacza. Zawód złodzieja bywa oczywiście zajęciem nikczemnym, ale w końcu z własnego wyboru Sevigny skazywał się na obcowanie z nikczemnymi płodami myśli ludzkiej, nie miał zatem co narzekać, że zdarzały mu się przykre finały. Zresztą dzisiejszego późnego popołudnia satysfakcji doznał niechybnie więcej niż przykrości, bo w końcu do jego uszu dotarł stłumiony, cichy dźwięk kroków. Miarowe, jednostajnie stukanie obcasów wyrażało błogi stan niewiedzy, w jakiej wciąż żyła właścicielka mieszkania numer pięć, niewiedzy o tyle słodszej, bo mającej lada moment legnąć w gruzach – i to w obecności Jacquesa.
Na jego ustach zatańczył zdradliwy, leciutki uśmiech samozadowolenia, którego nawet nie próbował ukryć. Charakterystyczny, cichy dźwięk wsuwanego do zamka klucza był ledwie przedsmakiem tego, co nastąpiło chwilę później… a raczej tego, co nie nastąpiło. Zainteresowanie Jacquesa żurnalem – dotychczas i tak nikłe – spadło do zera, zaś sam Sevigny wyjrzał zza okładki magazynu, nasłuchując, jak przekręcany kluczyk zachrobotał w ramach jawnego protestu, po czym bezradnie zamarł w bezruchu.
Zaczyna się.
Zaskoczył go entuzjazm tej myśli. Zaskoczyło go to, że nie odczuwał strachu, choć coś podpowiadało mu, że nie powinien być równie nonszalancki wobec kobiety, którą znał jedynie z…
Jednej i, na domiar złego, nieszczególnie pochlebnej strony.
Nie była kimś, kogo mógł traktować w kategoriach naturalnego zjawiska paryskiej codzienności. Wychowywał się na ulicach tego miasta, całe lata spędzone na bruku nauczyły go, że po pewnym czasie w Paryżu spotyka się tych co zawsze rozpoznawalnych, i tych co zawsze nierozpoznawalnych, przypadkowych przechodniów, tych co zawsze starych kumpli, przelotnych przyjaciół, znajomych znajomych, te co zawsze zdezaktualizowane narzeczone. Dzień w dzień widywał tych samych strażników jego niezmiennych wędrówek, tych samych pasażerów na przystankach, te same sprzedawczynie w głębinach szklanych witryn, tych samych kloszardów i tych samych ulicznych muzykantów. Ci sami alkoholicy pozdrawiali go roztrzęsionymi rękami zza zadymionych kontuarów, ci sami wariaci zachodzili mu drogę katatonicznym krokiem, ci sami kioskarze, ci sami preclarze, te same gołębie, te same, nisko nad Sekwaną obłoki, ciemne i złowróżbne.
Aż pewnego dnia spotkał mademoiselle Géroux i rutyna uległa zupełnemu wypaczeniu.
Valérie najwyraźniej specjalizowała się w nadszarpywaniu ludzkiej dumy i to właśnie w trakcie tej nierównej batalii przeciwko zadufanym w sobie Paryżanom miała nieszczęście przypuścić frontalny atak na szczególnie drażliwego złodzieja. Pech chciał, że złodziej okazał się przy okazji niezwykle upartym włamywaczem, który znał odpowiednich ludzi i zadawał właściwe pytania – po trzech dniach i małej, rabunkowej przysłudze poznał imię, nazwisko oraz dokładny adres swojej oprawczyni.
Dokładnie tej, do której uśmiechał się swobodnie, zupełnie jakby witał ją w domu po ciężkim dniu w pracy.
Słyszał każdy jej ruch od chwili, w której przekroczyła próg własnego mieszkania; dźwięk odwieszanego płaszcza, zsuwającego się z szyi materiału chustki, w końcu wznowiony stukot obcasów, nakazujący mu skupienie wzroku na majaczącej w drzwiach sylwetce. Wysłuchał jej pytania w milczeniu i w tym samym milczeniu obserwował, jak przechodzi przez salon, by odsłonić kotary, za którymi słońce wydawało ostatnie dzisiejszego popołudnia tchnienie.
- Bywało lepiej, ma chérie – odparł z tym samym, swobodnym uśmiechem, nawet na moment nie rezygnując z wielce wymownej pozycji, w jakiej trwał od dobrych kilku minut. Żadne z nich nie sprawiało wrażenia ludzi, którym gdziekolwiek się spieszy, choć nie ulegało wątpliwości, że jedno z nich lada moment wyzbędzie się uśmieszku z ust.
I nie trudno było zgadnąć, komu przypadnie ta rola.
Jacques obserwował jej poczynania z umiarkowaną ciekawością kogoś, kto nie do końca wie, czego może spodziewać się po obiekcie obserwacji. Jakaś część jego umysłu znacznie bardziej od słów, bezpośredniego starcia bądź gróźb, obawiała się tego, co może dostrzec w oczach kobiety. Wystarczyło przecież, by spojrzała na niego z politowaniem, a bez słowa opuściłby to mieszkanie, dzielnicę, brzeg rzeki i życie Valérie. Tak bardzo miał dość tego wszechobecnego, nienawistnego współczucia, tych niewypowiedzianych zdań, znaczących spojrzeń, cichnących rozmów, że poddałby się bez walki, byleby uniknąć kolejnej porcji pobłażliwej kpiny.
- To była przysługująca starszyźnie plemiennej wiedza tajemna – kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej, gdy nagle zamknął magazyn i zwinął go w rulonik, który dzierżył w dłoni jak bosmańską lunetę. – Choć teraz rozumiem, czym się zajmujesz – w głosie Jacquesa zabrzmiała niezbita pewność, podkreślona jedynie przez jego gwałtowne poruszenie się: nagle zdjął nogi z drewnianego oparcia sofy i wstał bezszelestnie, oskarżycielsko celując w nią zwiniętym w rulon egzemplarzem kobiecego pisemka.
- Zawodowo oceniasz ludzi po pozorach – nie dał Valérie okazji do frontalnej obrony, w dwóch, długich krokach pokonując drogę do stołu, na którym kobieca ręka ustawiła wazon. Postanowił nadszarpnąć jej spokój tak mocno, jak było to możliwe na dość ograniczonym polu salonu – dlatego wysunął z wazonu pojedynczy kwiat, by z mistyczną przesądnością trzykrotnie obrócić wilgotną łodyżkę między palcami.
- Dostrzegam w tym pewną ironię, bo zamek w twoich drzwiach również stwarza jedynie pozory użyteczności – ponownie się uśmiechnął, tym razem z zaskakującą udatnością imitując lekki, kąśliwy grymas, jakim obdarzała go jeszcze chwilę temu. Chciała rozrywki? Proszę bardzo, miała przed sobą ponad metr siedemdziesiąt czystej zabawy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Wto Lis 29, 2016 12:04 am

Czasami, gdy patrzyła w lustro, miała wrażenie, iż nie potrafi tam znaleźć tego, czego szukała. Zupełnie jakby obraz przed jej oczami był pusty, nie przedstawiał ani kobiety, która powinna się w nim odbijać, ani przestrzeni za nią. Tak, jak gdyby była niewidzialna, jakby nie istniała w tym świecie, do którego od zawsze tak bardzo pragnęła przynależeć. Przez całe swoje życie, 32 długie, ciągnące się lata, starała się znaleźć to jedno miejsce, w którym czułaby się naprawdę sobą, gdzie nie musiałaby dopasowywać się do narzucanych jej z góry standardów, wciskać się w niewygodne mundurki, tuszować swojej natury pod uprzejmym, czarującym uśmiech czy zasłaniać się tymi wszystkimi maskami, których w swoim życiu przymierzyła tak wiele.
Jak na złość, swoje miejsce na świecie znalazła będąc kimś zupełnie innym.
Wciąż jednak musiała udawać. W końcu daleko jej było do tej kobiety siedzącej przez kilka godzin za drewnianym biurkiem, obdarzając gości przyjaznym uśmiechem. Do samego uśmiechu pewnie było jej jeszcze dalej, a unoszone w górę kąciki ust wymagały sporego wysiłku gdy odbierała z rąk obcych ludzi stosy ksiąg, uzupełniając dokumentację i mając wrażenie, iż pośród wszystkich tych woluminów czas zdawał się stawać w miejscu.
Brakowało jej adrenaliny, lekkomyślnego życia, które zwykła kiedyś prowadzić, nie oglądając się ani za siebie, ani tym bardziej nie patrząc w przód, jak gdyby przyszłość nie miała większego znaczenia. Liczyło się tu i teraz, chwila, w której żyła, przyjemność, którą czerpała z godzin spędzanych w towarzystwie obcych, dużo starszych mężczyzn. Nigdy do końca nie dowiedziała się, czy tamta Madeline, dziewczyna nie pasująca do schematu pochodzącej z dobrego domu uczennicy, miała cokolwiek wspólnego z tym, kim była naprawdę.
Bo nawet teraz, gdy spoglądała we własne odbicie, nie miała pojęcia kim jest. I, szczerze mówiąc, wcale nie pragnęła się tego dowiedzieć, tak długo jak rzeczywistość w zupełności zdawała się jej odpowiadać. Znów żyła chwilą, ulotnym momentem, rozwianymi na wietrze włosami, promieniami odbijającymi się w lekko wzburzonej tafli wody, wonią perfum, tajemniczym uśmiechem i stukotem obcasów dla drewnianych schodach kamienicy. Znowu nie miała przyszłości, każda sekunda zdawała się jedynie zagadką. Równie dobrze mogła nie nadejść, w końcu przybywając do Francji ryzykowała wszystko, choć tak naprawdę nie miała nic.
W Anglii pozostawiła wszystko to, do czego już nigdy nie chciałaby wrócić. Nie było tam osoby, która uroniłaby za nią łzę, gdyby nagle z odległego Paryża nadeszły wieści o jednej z pierwszych agentek wysłanych na teren wroga. Być może kilka osób szepnęło by dobre słowo o jej zapalczywości, uporze, sile i pasji, z którą oddawała się kolejnym treningom, jednak jej imię spełzłoby z ich warg tak szybko jak się na nich pojawiło, nie pozostawiając po sobie ani smaku ani nawet wątłego wspomnienia. Kiedyś pragnęłaby być zapamiętaną, chciałaby, aby jej nazwisko obijało się echem po ulicach miasta, aby jej twarz rozpoznawana była we wszelkich możliwych kręgach. Teraz jednak Anglia dla niej umarła, a ona umarła dla Anglii. Ten kraj wiązał się tylko i wyłącznie z każdym rodzajem bólu i zawodu, którego zdołała doświadczyć i wraz z chwilą, w której pojawiła się przed nią szansa na rozpoczęcie wszystkiego od nowa postanowiła odciąć się od tych wspomnień i uczuć, które utrudniłyby nie tylko pracę, ale i codzienną egzystencję, zmaganie się z samotnością i poczuciem, iż była intruzem w miejscu, do którego nie należała.
Nie było miejsca na sentymenty, na roztkliwianie się nad popełnianymi błędami i zadawaniem sobie pytania co by było gdyby. Przeszłość już się zdarzyła, nie było możliwości zrobienia fizycznego kroku wstecz i zmienienia biegu historii, a duchowe pozostawanie pomiędzy jej duchami nigdy nie wiązało się z niczym dobrym. Dlatego za każdym razem, gdy przekraczała próg swojego mieszkania, gdy wyciągała zwiędnięte kwiaty z wazonu i rozkładała je na gładkiej powierzchni, aby ich płatki wyschły, gdy wkładała czarną sukienkę i malowała usta czerwoną szminką starała się wtopić w tło tego miasta. Poczuć bicie jego serca, harmonizujące się z jej własnym, usłyszeć delikatne dźwięki muzyki rozbrzmiewające na jego uliczkach, płynące swobodnie wzdłuż kamieniczek i tańczące wraz z wiatrem, pomimo toczącej się dookoła wojny i niemożliwego do opisania cierpienia. Przystawała na moście Mirabeau, wrzucając drobne ulicznemu skrzypkowi wygrywającemu melodię, która choć kojarzyła się z dzieciństwem i wiązała ją z tą przeklętą przeszłością, była też częścią miasta, częścią zupełnie nowej osoby, którą stawała się z każdym kolejnym wschodem słońca.
Czerpała z tej wojny, która dawała jej siłę, pozwalała oddychać pełną piersią, ciesząc się delikatną, marcową mżawką osiadającą na długich rzęsach i nieśmiałymi promykami słońca, które dawały nadzieję na lepsze jutro. I choć miała pełną świadomość tego, iż mogło ono nigdy nie nadejść, w końcu po wielu latach kładła się spać z uśmiechem zadowolenia na ustach.
Mimo wszystko była jedynie człowiekiem. Marną, nic nieznaczącą ludzką istotą, która czasem dawała się ponieść ludzkim instynktom, dążyła do wypełniania czysto hedonistycznych potrzeb i traciła kontrolę nad wszystkim tym, nad czym tak bardzo pragnęła panować. Była tylko i aż człowiekiem, spisując na luźnych, czystych kartkach papieru wszystkie uczucia i wspomnienia, aby chwilę po postawieniu ostatniej kropki patrzeć, jak płonęły w kominku, zamieniając się w proch i znikając z jej życia na zawsze, zupełnie jak ta londyńska ulica przed dwoma laty, gdy pierwsze niemieckie bomby spadały na hukiem na stolicę Anglii, równając z ziemią kamienice, siejąc postrach wśród ludzi i odbierając im życia i gdy ona ofiarowała im swoje istnienie, przekazując swoją przyszłość w ręce przewrotnego losu, który z jakiegoś powodu postanowił dać jej kolejną szansę.
Może dlatego, aby mogła właśnie tego wieczoru wspiąć się po schodach kamienicy, wsunąć w zamek klucz, który akurat nie zadziałał i spychając na bok wszelkie myśli i wątpliwości wejść do własnego salonu, zastając w nim niecodzienny widok. Nie wierzyła w przeznaczenie, a już tym bardziej w to, że ludzkie życia zostały zaplanowane z góry. Można by nazwać ją człowiekiem słabej wiary albo po prostu kimś, kto twardo stąpa po ziemi wierząc w to, co widzi, a nie w to, czego nie może nawet fizycznie doświadczyć. Dobrze wiedziała czemu zawdzięcza tą przyjemność i nie było w tym żadnego przypadku ani, tym bardziej, celu.
Przewróciła lekko oczami, choć przecież nie mógł tego zobaczyć, bo gdy odpowiadał na jej pytanie była gdzieś między kuchnią a salonem, traktując go tak, jakby nie był nikim niezwykłym. Po przecież nie był, nie znała jego imienia i niespecjalnie zależało jej, aby je poznać dobrze wiedząc, że gdy wyrówna z nią wszelkie porachunki, spróbuje odzyskać utraconą dumę, skłonić ją do przyznania, iż jednak nie był tym beznadziejnym złodziejem, którym nazwała go wcześniej czy zrobi cokolwiek innego, co sam sobie zamierzył włamując się do jej mieszkania i bynajmniej nie wywierając na niej najmniejszego wrażenia, prawdopodobnie znajdzie sobie kogoś bardziej naiwnego, komu będzie mógł wykradać portfele bez obawy, iż zostanie zauważony.
Uniosła lekko brwi w górę, obserwując jego poczynania, wstając z kanapy i celując w nią zwiniętym magazynem. Pozwoliła mu jednak skończyć, śledząc go wzrokiem gdy wyjmował z bukietu pojedynczy kwiat, nie bardzo rozumiejąc, co to wszystko miało na celu.
- Prawie zgadłeś – zaczęła spokojnym tonem, nie odrywając od niego spojrzenia błękitnych oczu, w których tańczyły ledwo zauważalne iskry przekory i rozbawienia – Czasem jednak używam czegoś więcej niż pozorów. Chociaż niejednokrotnie i te bywają wystarczające – wygięła lekko usta poszerzając swój uśmiech. Nie zamierzała zmienić na jego temat swojego zdania, a tym bardziej cofnąć słów, które wypowiedziała przy pierwszym spotkaniu. I chociaż mogło wydawać mu się, iż włamaniem do jej domu pokazał coś więcej…
- Nie schlebiaj sobie za bardzo – odpowiedziała ani na chwilę nie zmieniając tonu doprawionego nutką ironii i czystej kpiny – Włamanie do mieszkania z pozornie użytecznym i łatwym zamkiem nie czyni z ciebie lepszego złodzieja. Musisz się chyba trochę bardziej postarać – dokończyła odrobinę wyzywająco, sama nie wiedząc, do czego chciała go sprowokować. Może do przyznania, iż miała rację? Bo z pewnością kradzież czegokolwiek wprost sprzed jej oczu byłaby po prostu głupstwem.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Nie Gru 18, 2016 9:50 pm

W czasach, gdy historia toczyła się jeszcze pomału, jej niezliczone epizody były łatwe do zapamiętania i tworzyły powszechnie znane tło, na którym rozgrywał się pasjonujący spektakl: osobiste przygody poszczególnych ludzi. Dzisiaj czas idzie szybkim krokiem, wybija na bruku dziejów równy, głuchy rytm, w takt którego podskakują wszystkie (wciąż) żywe istoty. Wydarzenie historyczne, w ciągu nocy zapomniane, już nazajutrz błyszczy rosą świeżości, wskutek czego w ustach opowiadającego o nim nie jest tłem, lecz zaskakującą przygodą, rozgrywającą się na tle powszechnie znanej banalności prywatnego życia człowieka.
Czasami miał wrażenie, że nie nadążą za światem, który go otacza. Ze zdumieniem obserwował zmieniającą się rzeczywistość, mijające dni, tygodnie, miesiące i lata odmierzając nie wskazówkami zegarka, lecz epokami własnego życia. Jego historia dzieliła się na dwa etapy: to, co przed więzieniem i to, co po nim, bez żadnych łagodnych przejść, bez delikatnej zmiany perspektywy. Dwa lata spędzone za kratkami chciał traktować jako chwilowe zamroczenie – wyobrażał je sobie jako kondukt rozpływający się we mgle, zapomniany i niewidziany. Było to naiwne, było łatwowierne, było przede wszystkim kłamstwem, którym Jacques zaciekle się karmił. Więzienie nie znikało we mgle – nie mogło zniknąć, skoro ze wszystkich stron otoczone zostało murami i stanowiło rzęsiście oświetloną scenę historii. Sevigny wie to od dawna. Obraz więzienia wabi go nieodparcie od momentu, w którym zostawił za sobą tamten etap historii i choć uparcie próbuje wyprzeć szary budynek z pamięci, jakaś część jego tożsamości nie może się z nim rozstać. Przypominało to zrywanie strupa bądź dotykanie koniuszkiem języka bolącego zęba – choć wiadomo, że jakakolwiek interakcja wywoła jedynie cierpienie, każde muśnięcie determinowane jest dziwnym poczuciem satysfakcji. Jak gdyby igranie z demonami przeszłości było formą pokuty za popełnione przed laty błędy.
A może kryło się w tym coś jeszcze?
Może każdy potrzebował porażki, do której mógł w dowolnej chwili powrócić myślami. Może obraz własnego upadku i towarzyszący mu ból nie były tylko częścią historii, lecz tak naprawdę ją kreowały – a kreując historię, stały się również elementem tożsamości. Może więzienie nie było skazą, ale drogą do samodoskonalenia, czymś, co sprawiało, że Jacques mógł szepnąć nie złamało mnie to. Nie ugiąłem się. W pewien pokraczny sposób Sevigny był zakochany w swoim losie i wydawało mu się, że nawet jego marsz ku zagładzie jest wzniosły i piękny. Dzięki temu, co spotkało go w więziennych murach, jego życie jak gdyby usamodzielniło się i nagle miało swe całkowicie własne interesy, nie pokrywające się z interesami Jeana. Jacques nazywał to przemianą życia w los – bo choć los ani myślał kiwnąć dla niego palcem (dla jego szczęścia, bezpieczeństwa, dobrego samopoczucia i zdrowia), to on gotów był zrobić dla swego losu wszystko (żeby był wielki, jasny, piękny, żeby miał styl i zrozumiały sens). Czuł się odpowiedzialny za swój los, jego los zaś nie czuł się odpowiedzialny za niego.
I właśnie tak upływało ich wspólne, pełne zajadłych ambiwalencji życie.
Zasada Sevigny’ego (jak mądrze i noblowsko to brzmi) na dobrą sprawę odnosiła się do każdego człowieka pozostawiającego za własnymi plecami świat, do którego nie chciał wracać – a jednak mimowolnie to robił, raz za razem przekraczając cieniutką granicę wspomnień i pamięci. Lubił sądzić, że ma do swego życia stosunek podobny temu, jaki może posiadać rzeźbiarz do wychodzącej spod jego dłuta rzeźby albo powieściopisarz do pierwszej powieści. Jednym z niezbywalnych praw pisarza jest prawo do przerabiania swojego dzieła – jeżeli nie podoba mu się początek, może napisać go raz jeszcze lub skreślić. Może mieć realny wpływ na to, jaką formę przybierze jego twór. Może samemu zdecydować, czy obrana narracja jest taką, jaką chce pokazać całemu światu. Może w końcu zniweczyć to, co wykreował i rozpocząć wszystko od nowa, bez sentymentów, bez wahań, bez zbędnego poczucia winy.
Czy nie o to właśnie chodzi? O nowe początki i kreowanie życia takim, jakim go pragniemy a nie takim, jakim pragną go inni?
Podobne teorie wyglądają pięknie jedynie wtedy, kiedy są literami na papierze – rzeczywistość weryfikuje je z brutalnością, o którą trudno podejrzewać jakąkolwiek inną kobietę. Bo to rzeczywistość sprawia, że wielkie idee okazują się mrzonkami głupców i to właśnie rzeczywistość zmusiła Jacquesa, by odtrącił od siebie swoje wymarzone, wykreowane w myślach, upragnione życie i stał się cieniem, człowiekiem bez przeszłości, aktorem bez roli, żeby zmienił w cień również swą odtrąconą nadzieję, tę rolę porzuconą przez aktora. Dopiero wtedy, przemienionemu w cień, pozwolono żyć.
Nie wiedział czy to samo spotkało kobietę dla której (przez którą?) się tu zjawił. Nie wiedział o niej zupełnie nic i być może dzięki tej nieświadomości zachowywał spokój utrzymujący go na powierzchni wciąż cichego, wciąż pełnego pokory, choć wyraźnie zbierającego się na sztorm morza. Doszedł do wniosku, że niejasny zamiar, z którym tu przyjechał i o którego słuszności nie był całkiem przekonany, jest odpowiedni, choć podskórnie gnębił go cały ten bezsens, śmieszność, dziecinność włamania. Do naruszenia cudzej prywatności nie skłoniły Jacquesa żadne głębsze myśli ani praktyczny interes, jedynie przemożne pragnienie. Pragnienie, by sięgnąć ręką daleko w przeszłość i wyrżnąć w niej pięścią prosto w siebie samego, tego durnego, zadufanego Jacquesa, którego dzieliły sekundy od pierwszego spotkania z Valérie Géroux. Pragnienie rozcięcia nożem obrazu własnych błędów, namiętne pragnienie, którego nie potrafił poskromić i które pozostanie już nie zaspokojone – to właśnie ono go napędzało, to ono stanowiło motywację i to ono miało przynieść na niego coś w rodzaju… zguby?
Kiedyś uznałby to za egocentryzm lub małostkowość, ale dziś wiedział, że to nie tak. Chciał jedynie zrozumieć powód, dla którego ona była właśnie taka – nie rozbita, słaba i stłamszona jak wszyscy Paryżanie, ale zbudowana od zera na nowo. Silniejsza, bo scalona w sensowną całość.
Dlatego czuł niezmierne znużenie, które skrzętnie ukrył pod nieco zbyt krzykliwą otoczką niespożytkowanej energii. Podświadomie wiedział, że już nigdy nie będzie mógł zatrzeć kompromitującego pierwszego wrażenia, skoro drugie wcale nie było lepsze. Jest po prostu za późno. Tak, na wszystko jest stanowczo za późno – po raz kolejny przekonał się, że życie to nie powieść, której początek może napisać na nowo.
Życie to scenariusz popieprzonego reżysera, mającego najwyraźniej niesłychany ubaw z pobocznego aktora, jakim był Sevigny. To chyba nawet ma własną nazwę – poboczny wątek komiczny?
Mogło mu się wydawać, że ma nad wszystkim kontrolę, bo był człowiekiem lubiącym ład i regularność w zajęciu, w którym się parał, bo jego oddanie ustalonemu porządkowi rzeczy zakrawało na obsesję – a jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w tym mieszkaniu nie miało to większego znaczenia. Było to dla niego aż zbyt jasne: mademoiselle Géroux zastawiła na niego sidła. Teraz tylko czekała, aż schwytane w nie zwierzątko wpadnie w panikę.
- Prawie uwierzyłem – mimowolnie zagarnął jej uśmiech dla siebie, układając usta w ten sam sposób, pozornie lekko, bez szczególnego zaangażowania, w rzeczywistości zaś z ukrytą w działaniu celowością. Jacques uważał, że uporządkowany tryb życia w zajęciu, którym się parał, jest jedynym sposobem radzenia sobie z niepokojem i chaosem otaczającym ich z każdej strony. Dlatego szukał wokół siebie punktów odniesienia, czegoś, co budowało w nielogicznej rzeczywistości pewną sensowność; to tłumaczyło magazyn, rulonik, wyciągnięty z wazonu kwiat.
Tłumaczyło również spokój, z jakim obszedł stół i skierował się w kierunku przeszklonych drzwi, za którymi majaczył zastawiony książkami regał.
- Po raz kolejny. Pozory. Założyłaś, że moim celem było jedynie włamanie – zatrzymał się tuż przy drzwiach, z dłonią na klamce i wzrokiem skierowanym na Valérie, zupełnie tak, jak gdyby pytał ją o pozwolenie. Mówił powoli i rozważnie, jakby mierzył do celu, do którego chce trafić, i nie spuszczał zeń oczu, dla pewności, że udało mu się nie spudłować. - Ale skoro jestem aż tak miernym złodziejem, pewnie nie musisz się obawiać, że coś… - uśmiechnął się lekko, nie czekając na jej jawny zakaz naruszania gabinetowej prywatności – jednym ruchem otworzył skrzydło drzwi, przekraczając próg pomieszczenia i zanurzając się w jego nieskalanej dotychczas ciszy. - … zniknęło! – dla pewności, że zostanie doskonale usłyszany, ostatnie słowo powiedział głośno, z zadowoleniem i uśmiechem na ustach, który był istną eksplozją uczuć. Nie musiał przecież niczego kraść, wystarczyło, by ona sądziła, że tego dokonał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Pon Gru 26, 2016 7:32 pm

Kiedy myślała o swojej przeszłości, wszystko to, co przeżyła, wydawało się jedynie odległym snem, z którego obudziła się już dawno temu, ale który wciąż zalągł się w jej umyśle i nie dawał spokoju, zmuszając ją do odtwarzania na nowo pewnych obrazów, słów i twarzy, które zdawały się być znajome, a jednak przez większość czasu wmawiała sobie, iż były jedynie nic nieznaczącymi obliczami ludzi, których imion nie potrafiła nawet wymówić. W pewnym sensie to wszystko było prawdą, bo w tamtym życiu była zupełnie kimś innym. Nie zamierzała nawet ukrywać, iż przez cały ten czas zmieniała się wiele razy, niczym glina dopasowując się do danej sytuacji, kształtując na nowo swój charakter i szukając tej osoby, która podobała jej się najbardziej.
Wciąż jednak nie była pewna, czy udało jej się to wszystko odnaleźć. Nie była już ani małą dziewczynką, zapatrzoną w swojego brata, w której powoli rozkwitało ziarenko nienawiści. Nie była również tą zbuntowaną nastolatką, która doświadczyła odtrącenia, utraty najbliższej osoby, poniżenia, zdołała zostać matką aby w ciągu kilku minut na zawsze wyzbyć się tego tytułu, zamiatając wszystko pod dywan i zapominając, że kiedyś przez dziewięć miesięcy dzieliła swoje ciało z inną istotą, iż dała mu życie, wypuszczając następnie a wolność dobrze wiedząc, że nigdy nie byłaby w stanie zapewnić mu tego, co mogli dać mu adopcyjni rodzice. To też wydawało się jednak tylko i wyłącznie snem, z którego chciała się obudzić, bo wreszcie zaczynała naprawdę lubić swoje życie, choć wciąż czasem miała problemy z zaakceptowaniem tego, co widziała w lustrze. Jednak tylko w te nieliczne, bezsenne noce, gdy przeszkadzał jej nawet najcichszy szelest firanki, gdy patrzyła w otaczającą ją ciemność i zaciskała szczupłe palce na rączce skrzypiec, przypominając sobie, że może kontrolować to, co znajduje się w jej głowie. I że wszystkie obrazy, które nawiedzały ją w najmniej odpowiednich momentach należały do zupełnie innej osoby. Nie tylko dlatego, że dzieliły ją setki kilometrów, nowe mieszkanie i zupełnie inne okoliczności, ale dlatego, iż tak właśnie postanowiła. Osoba, którą zdarzało jej się wspominać umarła i Madeline pewnością nie zamierzała przywracać jej życia.
Dobrze wiedziała, że tym razem to ona była kowalem własnego losu i ta świadomość pozwalała jej zachować przytomność umysłu, gdy wszystko wokoło wydawało się być beznadziejne. Bo przecież była jedynie człowiekiem. Jakkolwiek ciężkie i pełne wad miałoby być to jej człowieczeństwo, nie mogła się go wyprzeć tak samo, jak wyparła się własnej rodziny czy większości uczuć, które teraz zdawały się być jedynie słabością a nie siłą, tak jak myślała kiedyś, gdy z zamydlonymi oczami wpatrywała się w jedynego mężczyznę, który zawładnął jej światem bardziej niż jej własny brat. Z perspektywy czasu potrafiła dostrzec jak głupia i nierozważna była, pozwalając swojemu sercu zapanować nad jej umysłem i nie dostrzegając tego, co kryło się za zasłoną pięknych słów i czułych gestów. Teraz serce było jedynie bijącym w jej piersi organem, który pozwalał jej żyć tak długo, aż ktoś nie postanowi uciszyć jego dobywającego się spod skóry cichego szumu. Nie mogła powiedzieć, aby na to czekała, ale z pewnością nie płakałaby, gdyby miała stanąć twarzą w twarz z samą śmiercią.
Być może w tym właśnie leżała jej siła. W fakcie, iż jedyną kartą przetargową, którą posiadała, było jej życie. I dobrze wiedziała, iż jej życie nie było warte wiele. Na całej kuli ziemskiej nie było osoby gotowej rzucić się przed nią, aby własnym ciałem osłonić ją przed lotem kuli. Nie było też nikogo, kto w chorobie ugotowałby dla niej obiad lub pocałował w czoło, gdy po nocnym koszmarze budziła się z krzykiem. I bynajmniej tego nie wymagała, nie szukała ani przyjaźni ani, tym bardziej, miłości. Przywiązywanie się do drugiej osoby było jedynie stratą czasu i energii, znacznie łatwiej było iść przez życie zupełnie samemu ze świadomością, że tak czy owak można polegać jedynie na sobie i każdy, bez względu na to, ile osób miałby wokół siebie, zawsze jest sam. Im szybciej to sobie uświadomiła, tym łatwiejsze stało się jej życie, gdy ludzie wokoło przestali mieć znaczenie i jedyne, co zaczęło się liczyć, to ona sama, jej nieustępliwe myśli oraz wszystko, co osiągała własnymi siłami.
Czasem jednak zastanawiała się, gdzie byłaby teraz, gdyby jakiś czas wcześniej postanowiła podjąć zupełnie inne decyzje. Po tylu latach wciąż zdumiewało ją, jak jedna decyzja może wywrócić całe życie do góry nogami. Co by było, gdyby postanowiło utrzymać kontakt z rodziną? Czy wciąż wyjechałaby wówczas do Paryża, nosząc tytuł agentki SOE? Czy urodziłaby dziecko, studiowała psychologię, zakochała się w nieodpowiednim człowieku i została tym, kim była teraz? Prawdopodobnie nigdy nie pozna na te pytania odpowiedzi, bo w końcu swoje życie mogła przeżyć tylko raz. Czasem wyobrażała je sobie jako spacer przez ciemny las z wieloma ścieżkami, z których mogła obrać jedynie jedną, nie mając możliwości cofnięcia się i pójścia inną drogą. Mogła jedynie domyślać się, co czeka ją za następnym zakrętem, jednak na dobrą sprawę to, co miało się wydarzyć w przyszłości, było jedynie tajemnicą. Być może w innym wszechświecie, zupełnie innej rzeczywistości podjęła inne decyzje, być może gdzieś indziej nie stałaby w nowym mieszkaniu, daleko od domu, rozmawiając z bardzo podrzędnym złodziejem, który z jakiegoś powodu wprosił się do niej na niezapowiedzianą wizytę.
Nigdy jednak nie potrafiła stwierdzić, czy dokonałaby innych życiowych wyborów, gdyby tylko dostała taką możliwość. Być może popełniła parę błędów, których czasem, głęboko w podświadomości, naprawdę żałowała, jednak chwila, w której żyła, zdawała się jej odpowiadać i nie wymieniłaby tego na nic innego, a z pewnością nie na nudne życie w tłocznym Londynie, które prowadziła jeszcze rok temu. To życie w końcu należało do niej, toczyło się teraz i Madeline zamierzała je w pełni wykorzystać.
Musiała więc nauczyć się nie żałować, musiała nauczyć się żyć z ciężarem doświadczeń, które odrzucała daleko od siebie, aby przeszłość nagle nie stała się ważniejsza od teraźniejszości i aby tak, jak ludzie, którym czasem udzielała pomocy, nie zagubiła się w czasie i przestrzeni, żyjąc tym, co było, a nie tym, co właśnie się działo. Wmawiała sobie, że musi być silna, bo nie ma nikogo innego, kto podtrzymałby ją, gdyby nagle podwinęła jej się noga. Szczególnie teraz, gdy najdrobniejszy błąd mógłby kosztować ją jedyną cenną rzecz, jaką posiadała.
Nigdy nie przyznałaby tego na głos, a jednak nagła obecność Jacquesa, poza rozrywką, którą jej zapewniała, jako oderwanie od nużącej, paryskiej codzienności, stanowiła również przyjemną odmianę dla codziennych, samotnych wieczorów, podczas których po prostu zżerała ją nuda. Nie nazwałaby tego samotnością, nauczyła się dość dobrze doceniać własne towarzystwo, jednak z czasem miała już dość patrzenia na puste ulice, wygrywania wciąż tych samych melodii, czy wczytywania się w książki, co i tak robiła już przez większość dnia w pracy. Jacques stanowił więc odmianę, anomalię do jej dziennej rutyny, która jednak nie przysporzyła jej (jeszcze) żadnych większych problemów, a wręcz przeciwnie.
Uważnie śledziła jego ruchy i słowa, jakby czekała na jego chociażby drobne potknięcie, aby znów móc uderzyć w słaby punkt, tak jak bez wątpienia zrobiła to wcześniej. Gdyby nie uraziła jego złodziejskiej dumy, z pewnością nie zjawiłby się w jej mieszkaniu, a ona czerpała prawdziwą przyjemność z doprowadzania ludzi na sam skraj wytrzymałości, z uśmiechem na ustach patrząc, jak wiją się pod wpływem jej słów, które nie wymagały od niej ani odrobiny wysiłku.
Gdy jego dłoń znalazła się a klamce gabinetu, uniosła jedynie lekko brwi w górę, jakby dając mu znak, iż nie musi się specjalnie krępować. W końcu nie miała tam nic do ukrycia, regał zastawiony książkami, dokumentacja pacjentów schowana w zamkniętej na kluczyk szufladzie biurka, używane skrzypce, które po przyjeździe kupiła w paryskim antykwariacie, mające na sobie kilka zarysowań, leżące na jednym ze znajdujących się w gabinecie foteli.
Ciche kliknięcie, zastąpione następnie równie cichym skrzypnięciem drzwi, zaznaczyło ich otwarcie, kiedy Jacques wszedł do gabinetu. W jego głosie Madeline wyczuła lekką nutkę tryumfu i, szczerze mówiąc, nie była pewna, czy rzeczywiście postanowił coś zabrać, czy jedynie blefował, pragnąc sprawdzić jej reakcję. Cokolwiek by to nie było, nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji z wyprowadzenia jej z równowagi i sprawienia, iż okazałaby jakąkolwiek słabość. Jeśli rzeczywiście chciał coś ukraść, mógł być pewien, iż szybko się jej nie pozbędzie, bo sama prędzej czy później znalazłaby sposób, aby złożyć mu niespodziewaną wizytę i odebrać skradzioną własność w ten sam sposób, który on najwyraźniej szukał w jej mieszkaniu swojej dumy. Która, jak Iriving miała nadzieję, tego wieczoru miała ucierpieć jeszcze bardziej.
- Szczerze mówiąc sądziłam, że przyszedłeś w poszukiwaniu utraconej dumny – powiedziała spokojnie, przechodząc za nim do gabinetu i opierając się plecami o framugę drzwi, krzyżując dłonie a piersi. Na jej wargi wślizgnął się odrobinę złośliwy uśmiech, gdy obserwowała go w ciszy, mając na celu zetrzeć z jego ust uśmiech, którym obdarzył ją jeszcze chwilę – Tutaj jej na pewno nie znajdziesz, ale proszę bardzo, nie krępuj się. Mogę Cię zapewnić, iż nie ma tu nic, za czym specjalnie bym tęskniła – dodała przekrzywiając lekko głowę. Czasem mogłoby wydawać się, iż w rzucanych przez nią słowach w ogóle nie znała umiaru, jednak w rzeczywistości była świadoma pewnych granic. W tym jednak wypadku były one wyjątkowo cienkie, a ich przekroczenie nie mogło przecież skutkować niczym poważnym. W końcu był dla niej zupełnie nikim i z pewnością nie cierpiałaby, gdyby poza tym jednym wieczorem mieli się już więcej nie spotkać.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Nie Sty 22, 2017 6:31 pm

Zaledwie kilka minut temu w absolutnej ciszy zupełnie obcego mieszkania, wyznacznikiem przemijającego czasu było wyłącznie uczucie dojmującej pustki; oblepiający ciało półmrok zapadającego wieczoru gęstniał jak melasa i przywierał stopniowo do skórzanej, nieco sfatygowanej kurtki i równo pozapinanej, o dziwo czystej koszuli, by w końcu przeniknąć przez materiał, po czym nieśmiało dotknąć bladej, chłodnej skóry posągu, jakim w tamtej chwili wydawał się nieco znużony, nieco zmęczony, nieco zniecierpliwiony Sevigny. Był jak nieruchomy intruz w całkowitym bezruchu cichego, niewielkiego mieszanka, jak pomnik własnej dumy, uporu, arogancji, sprytu, jak wyzuta z uczuć skorupka, która jedynie kształtem przywodzi na myśl człowieka. Najpewniej wyłącznie Bóg (zakładając, że – w przeciwieństwie do śmiałej diagnozy Freuda – jednak nie był martwy i że aktualnie nie zajmował się czymś ciekawszym) wiedział, odkąd trwa gadzi bezruch Jacquesa; bezruch, który po zaledwie kilku minutach (dwóch, trzech, czterech, ośmiu?) wydawał się wręcz niepokojący. Ciemne spojrzenie, kujące jak gwiazdy podczas bezchmurnych, mroźnych wieczorów, spoczywało na przypadkowej stronie żurnala i… najwyraźniej oczekiwało na znak.
Cud.
Grom z jasnego nieba.
Hekatombę martwych nazistów.
Zjawił się tutaj nie po to, by odnaleźć własną dumę – ta wciąż była na miejscu i próbowała wylizać się z obrażeń zadanych przez madame Géroux – lecz po to, aby udowodnić coś sobie (i przy okazji jej). Czego konkretnie mógł szukać pośród ścian zadbanego, choć niezbyt dużego mieszkania w Buttes-Chaumont? Dowodów własnego kunsztu, w który nigdy nie wątpił, oznak sprytu, który nigdy nie zawodził, delikatnych sugestii zwycięstwa, które zwykł odnosić? Być może wszystkiego po trochu, gnany dziwnym przeświadczeniem, że włamaniem i kolejną konfrontacją musi dobitnie zademonstrować własne umiejętności kobiecie, która zwątpiła w nie z zapałem Piotra, trzykrotnie wyrzekającego się swego pana?  
Cierpliwie wyczekiwał na znak, iż dowiódł swych racji – liczył, że od samego wejścia otrzyma potwierdzenie stawianych oczekiwań i dostrzeże na twarzy Valérie cokolwiek poza wyważoną syntezą obojętności i ironii, ale sama zainteresowana nie sprawiała wrażenia szczególnie zaskoczonej niespodziewaną wizytą. Los po raz kolejny postanowił nie współpracować z oczekiwaniami Jacquesa – co zresztą nie było niczym nowym – i naigrywał się z niego w najlepsze, pozostając nieczułym na nieme groźby, perswazje oraz próby szantażu (do próśb Sevigny nie zamierzał się uciekać) włamywacza. W trakcie snucia niecnego planu wtargnięcia do azylu madame Géroux, zapomniał o rzeczy najbardziej istotnej – jeśli w coś bezgranicznie wierzysz, sprowadzasz to w końcu poprzez swoją wiarę do absurdu. Kto, dla przykładu, jest prawdziwym i zapalczywym zwolennikiem jakiejś polityki, nie bierze nigdy na poważnie jej sofizmatów, a tylko cele praktyczne, które się za tymi sofizmatami kryją. Frazesy nie istnieją przecież po to, żeby w nie wierzyć; mają raczej służyć jako swego rodzaju zbiorowy umowny pretekst. Szaleńcy, którzy biorą je na serio, znajdą w nich wcześniej czy później sprzeczności, zaczną się buntować i skończą wreszcie haniebnie jako heretycy i odszczepieńcy. Nie, wniosek był oczywisty: nadmierna wiara nigdy nie przynosi nic dobrego, i to nie tylko systemom politycznym czy religijnym, ale także wierze we własne umiejętności – nawet, jeśli te niejednokrotnie zostały potwierdzone czynami praktycznymi. Jacques poświęcał zbyt wiele energii na udowadnianie sobie (oraz innym), że potrafi więcej, niż można byłoby pierwotnie zakładać, jednak im mocniej wierzył w wypaczony obrazek, który kreował, tym bardziej oddalał się od właściwego celu własnych działań.
A te przecież miały służyć jemu, tylko i wyłącznie jemu.
Wbrew sobie stawał się niewolnikiem pogoni za uznaniem osób trzecich, na czym zwykle zupełnie mu nie zależało – skąd więc nagła potrzeba udowodnienia całkowicie obcej kobiecie, że pomyliła się w swym ostrym jak brzytwa osądzie? Że jeden, drobny błąd, w trakcie którego złodziej zostaje zauważony, nie czyni go beznadziejnym kryminalistą?
Co z tego, że to wszystko jest pustą grą? Co z tego, że Jacques o tym wie? Czy zaniecha rozrywki tylko dlatego, że ta do niczego nie prowadzi?
Przecież w jego życiu zawsze chodziło o podejmowanie ryzyka, o nieustanne rzucanie kośćmi i liczenie, iż wypadnie upragniona liczba oczek – Sevigny wiedział, że musi przyjąć każdą narzuconą przez los grę, właśnie dlatego, że to gra. Wiedział, że im bardziej ta gra będzie tracić umiar, tym bardziej będzie grą samą w sobie i tym posłuszniej musi brać w niej udział. Daremne było przywoływanie zdrowego rozsądku i przestrzeganie własnego zwariowanego serca, że trzeba zachować dystans w stosunku do życiowej rozgrywki i nie traktować jej poważnie – daremne, bo właśnie dlatego, że to była tylko kolejna gierka, serce się nie lękało, nie broniło przed nią i ulegało jej, zupełnie jak w narkozie. Zabawę psuła jednak przypadłość, na którą Jacques cierpiał niemal od zawsze i której w żaden sposób nie mógł obejść – była jak postawiony w umyśle mur, ogrodzenie wzmocnione okopami, forteca otoczona fosą, cierń o tyle boleśniejszy, że tkwił w głowie z pełną świadomością tkwienia.
Mógł się starać, mógł nie ustawać w dążeniu do (i tak bliskiej) doskonałości, a mimo to… nigdy nie potrafił docenić przeciwnika.
Umysł stratega nakazywał, by spójność formy rozłożyć na czynniki pierwsze, obedrzeć z tajemnic, pozbawić jedności i dopiero wtedy – tak rozbrojonego, nagiego wroga postawić przed plutonem egzekucyjnym. Działało. Często działało i stanowiło niezawodny, uświęcony proces wykonawczy. Działało – i właśnie dlatego przekonanie o skuteczności zastąpiło pewność o produktywności. Ludzie nie byli bowiem nieinteligentnymi formami życia jak owady, roztocza czy faszyści (śmiała teza: nie każdy człowiek jest faszystą, nie każdy faszysta jest człowiekiem) i spójność procesów psychicznych była u nich zjawiskiem rzadkim. Problemy w toczeniu wyrównanej gry pojawiały się zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły kobiety – w tym wypadku ciężko było doszukiwać się racjonalnych decyzji, uwarunkowanych choć minimalną zdolnością myślenia o konsekwencjach swych czynów, czego z kolei najbliższym przykładem była Valérie Géroux. W obecnej chwili jej największą wadą nie był brak instynktu zachowawczego, stanowczo zbyt pewna siebie postawa kogoś, na kim nie robią wrażenia włamujący się do mieszkań złodzieje, czy też zaskakująca umiejętność wpychania Jacquesa w stan permanentnego poirytowania (i to wszystko w przeciągu kilku minut) – obecnie największą wadę pani Géroux (oraz – obiektywnie rzecz biorąc – zaletę) stanowił fakt, iż posiadała nad swym gościem znaczną przewagę w opanowaniu.
Wydawała się tak nieugięta i zimna jak kawałek stali, który ktoś zostawił na mrozie w przekonaniu, że pod wpływem temperatury rozpęknie w pół – zamiast tego jedynie mocniej się zahartował, już z odległości kilku metrów skutecznie zniechęcając wytwarzanym chłodem. Dostrzegając spojrzenia, jakie posyłała mu właścicielka mieszkania, Sevigny raz za razem dochodził do wniosku, że gdyby w tej chwili Valérie przyszło mierzyć się na spojrzenia z bazyliszkiem, ten przerośnięty, cierpiący na hipertrofię ego gad padłby trupem na miejscu.
Było w niej jednak coś, co sprawiło, że Jacques nie do końca obiektywnie oceniał sytuację; za każdym razem, kiedy spoglądał w stronę kobiety, jej oczy lśniły jakby wewnętrznym, niewyjaśnionym blaskiem. Chyba właśnie wtedy poczuł, że w pokręcony, dziwny sposób lubi madame Géroux, że lubi również ten jej sztandar, pod którym tak dumnie paradowała już w trakcie pierwszego spotkania: sztandar niezachwianej pewności siebie. Ta delikatna, wciąż nienazwana i nieuchwytna sympatia miała pozostać jednak tajemnicą, która w końcu popadnie w całkowite zapomnienie – być może już niedługo, kiedy tylko za Jacquesem zamkną się drzwi z dziecinnie prostym zamkiem.
Jednak nim miało to nastąpić, wciąż czekała ich właściwa część tego spotkania. Sevigny doskonale wiedział, że wystarczy ograniczyć się do małych czynników irytacji, by przepełnić kielich goryczy i z uśmiechem na ustach obserwować, jak ostatnie fortyfikacje pozornego chłodu oraz opanowania rozpadają się przy akompaniamencie triumfalnego spojrzenia ciemnych, wewnętrznie wesołych tęczówek. Przecież Géroux nie mogła przez cały czas odgrywać chłodnego, niewzruszonego falochronu, o który rozbijają się fale słów Jacquesa – prędzej czy później natknie się na jej słaby punkt i zburzy tamę opanowania, narażając się na…
Właściwie, nie wiedział na co – i chyba to motywowało go do działania.
- Moja duma ma się dobrze, choć wyraźnie sugeruje, że niezbyt się polubiłyście – uśmiechnął się, kącikiem ust, ledwie zauważalnie – w półmroku gabinetu przywodziło to na myśl cień przemykający przez twarz, zupełnie jakby światło lampy na moment przysłoniły skrzydła zbłąkanej, zmierzającej ku pewnej śmierci ćmy. – Jednak doceniam twoją gościnność, zapewniam, że nie będę…
Zamilkł na moment, zatrzymując się przy zastawionym książkami regale i po chwili namysłu – teatralnego i okraszonego odpowiednią dozą wahania przy wyborze odpowiedniego tytułu – wysunął jeden z tomików, nie zaszczycając twardej okładki nawet krótkim spojrzeniem.
- … że nie będę się krępował – dokończył spokojnie, lekko podrzucając w dłoni niewielką książkę – przez cały ten czas Jacques rozglądał się po pomieszczeniu tak, jak gdyby wyszukiwał kolejną ofiarę domniemanej kradzieży. Jego spojrzenie zamarło dopiero na odrobinę sfatygowanych skrzypcach, po czym szybko pomknęło w stronę biurka, nie sprawiając wrażenia zainteresowanego instrumentem.
Choć w tej chwili ciężko było o bardziej mylną opinię.
- Miałaś rację – ponownie się uśmiechnął, po lekkim półokręgu wracając do drzwi, przy których stała Valérie – nie był to jednak uśmiech przyjazny, jak u starego znajomego, z którym można porozmawiać o krykiecie. Nawet nie rozbawiony, jak u osoby, która przyłapała obcego na gorącym uczynku.
Był to raczej pełen triumfu grymas bardzo dużego kota, który właśnie schwytał bardzo małą myszkę.
- Nie ma tu nic, za czym ktokolwiek mógłby tęsknić. Nic, poza… – zatrzymał się dopiero wtedy, gdy mógł stanąć z nią twarzą w twarz, zachowując przy tym odległość niecałych dwóch kroków i w niemal lustrzanym odbiciu – zupełnie jak ona – przekrzywiając lekko głowę. – … drobnym, sentymentalnym szczegółem. Chyba nie przeszkodziłem w wieczornej grze? – uśmiechnął się szerzej, tym razem z trudem ukrywając rozbawienie. Nie musiał wymawiać magicznego słowa skrzypce – pewne niedopowiedzenia stanowią oczywiste uzupełnienie powszechnie znanych faktów.
- Nawet jeśli, nie krępuj się – powtórzył jej wcześniejsze słowa, nawet na moment nie spuszczając błyszczącego wesoło spojrzenia z twarzy Valérie. Czuł, że lada moment będzie się działo – tak, jak homar wie, że czeka go niezła zabawa, gdy poczuje pierwszy powiew pary unoszący się z garnka z wrzącą wodą. – Jednoosobowa widownia nagrodzi występ gorącym aplauzem.
Jedno wiedział na pewno: z obranego przez nich punktu nie było już odwrotu, nie było remedium. Istniało wyłącznie wyczekiwanie na koniec wieczoru, na rozwój sytuacji, na poruszenie tematu, który nie sprawi, że będą biczować się wzajemnie – mało istotne, jak dobrze im to wychodziło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   Wto Sty 24, 2017 12:31 am

Kiedy była mała, dziadek zawsze opowiadał jej różne barwne historie. Doskonale pamięta, jak siadała na jego kolanach w dużym, wypełnionym książkami gabinecie. Gdy czasem zamykała oczy, potrafiła usłyszeć ciche, równomierne tykanie zegara zawieszonego na ścianie i wydobywający się z niego co godzinę krzyk kukułki, wraz z trzaskiem ognia w płonącym kominku. Czuła w nozdrzach ostry zapach jego wody kolońskiej, atramentu, którym niejednokrotnie poplamione były jego palce, spalającego się drewna i parującej herbaty, której smak potrafiła odtworzyć tak dokładnie, jakby dopiero co upiła jej łyk. Gorycz przełamana miodem oraz domowym sokiem z malin, które rosły w niewielkim ogródku za jego domem.
Mała dziewczynka w kwiatowych sukienkach, z jasnymi włosami spiętymi błękitną wstążką, pasującą do koloru jej oczu, siadała na kolanach jednej z dwóch osób, które wówczas jeszcze kochała najbardziej na świecie, wsłuchując się w cudowne opowieści o uwięzionych w wieżach księżniczkach, o odważnych książętach, którzy ratowali je przed smokami czy złymi czarownicami, o kolorowych dżunglach w Ameryce Południowej czy skutych lodem przestrzeniach na obu biegunach, gdzie zamieszkiwały zwierzęta, o których nigdy nawet nie śniła. Jednak nie to było najlepszą częścią tych ciągnących się w nieskończoność wieczorów, na których koniec zasypiała wtulona w ramiona swojego dziadka, aby następnego ranka obudzić się w dużym łóżku w swojej własnej sypialni w jego domu. W miejscu, które było o wiele bardziej jej bliskie niż to, gdzie przecież się wychowała.
Najwięcej przyjemności jednak sprawiało jej tworzenie własnych historii, kreowanie bohaterów i ich wydarzeń, wymyślanie zwrotów akcji i obserwowanie, jak dziadek na swojej maszynie spisuje wiernie jej słowa, od czasu do czasu wybuchając donośnym śmiechem, który nawet teraz przywodził jej na myśl promienie słoneczne, gdyby te tylko mogły wydawać jakikolwiek dźwięk. Ciepły, radosny, dający nadzieję i sprawiający, że nawet po najgorszej ulewie na niebo wstępowała kolorowa tęcza. Obiecała sobie wtedy, że kiedyś napisze własną historię. Co więc poszło nie tak?
Od zawsze jedyne, czego pragnęła, to wolność i pełna kontrola. Poczucie, iż to ona jest panią własnego losu, autorką swojej opowieści, spisującą na bieżąco każde wydarzenie, kreującą własną przyszłość, decydującą o tym, którą drogę wybierze. Z perspektywy czasu zaczęła jednak zauważać, iż przez większość życia próbowała polegać na innych ludziach, natarczywie szukając uwagi w miejscach, w których miała jej nigdy nie znaleźć. Każdy bunty, który podejmowała, czy to przeciwko bratu, rodzicom czy szkole, był jedynie cichym wołaniem o poświęcenie jej chwili czasu, o zajrzenie poza powłokę niesfornej dziewczyny, którą wytworzyła wokoło siebie, o zauważenie, że pod tym wszystkim kryje się jedynie przerażona dziewczynka, potrzebująca pomocy i będąca zbyt dumną, aby o nią poprosić. Przez dużą część życia liczyła na to, że nagle zjawi się ktoś, kto będzie w stanie ją uratować, kto za nią wybierze drogę, złapie za rękę i jak dziecko poprowadzi w odpowiednim kierunku. Zupełnie jak księżniczka w opowiadanych jej w dzieciństwie bajkach czekała na księcia, który uratuje ją przed przerażającym smokiem i nada jej życiu sens.
Złamane w bolesny sposób serce było ostatnim przystankiem, w którym uświadomiła sobie, że to nigdy nie miało się zdarzyć. Teraz potrafiła być za to wdzięczna, choć kiedyś przecież przez wiele dni zamykała się sama w sobie, zanim zdołała sobie uświadomić, że cały ten czas popełniała jeden znaczący błąd. Zamiast pisać własną historię, przekazywała pióro w dłonie zupełnie obcych osób, które przecież nie miały pojęcia, kim jest Madeline Irving. Ona sama nie była tego do końca pewna, skoro przez tak długi czas to otaczający ją ludzie kreowali jej losy, pisząc ją taką, jaką ją postrzegali, a nie jaką była naprawdę. W końcu zrozumiała, że życie nie było bajką, a ona nie była uwięzioną w zamku księżniczką. I, co najważniejsze, nie potrzebowała nikogo, aby ją ratował.
Życie stało się dla niej o wiele łatwiejsze, gdy ludzie wokoło stali się jedynie drugoplanowymi bohaterami jej historii, cichymi szeptami dobywającymi się gdzieś zza jej pleców, które umiała wyciszyć w odpowiednim momencie, urywając im języki czy po prostu spychając ze sceny, na której zazwyczaj i tak stała sama, rozgrywając napisane przez siebie wydarzenia. Było coś oczyszczającego w sposobie, w którym postrzegała świat. Czuła się niemalże jak nowonarodzona, gdy stawiała pierwsze samodzielne kroki, ucząc się dobierania odpowiednich uśmiechów, lawirowania w tłumie nieznajomych i, przede wszystkim, dystansowania się od wszelkich możliwych emocji, które przecież zawiodły ją tak wiele razy, że teraz wydawały się jedynie niebezpieczną bronią, która mogła doprowadzić ją na samo dno, a nie koniecznością potrzebną jej do przetrwania. W tym nowym świecie, który dla większości ludzi przecież pozostawał wciąż taki sam, zupełnie bez zmian, objęty wpływami sił, nad którymi nie umieli panować, to ona była panią własnego losu. Jej dłonie nosiły ciężar każdej podejmowanej decyzji i choć w parze z tym szło zdecydowanie dużo przywilejów, Madeline była świadoma, iż jeśli tylko popełni chociażby najdrobniejszy błąd, jeśli tylko podwinie jej się noga, będzie musiała być silna na tyle, aby sama podnieść się z ziemi, otrzepać osiadający na ciemnym płaszczu brud i ruszyć przed siebie tak, jakby nic nigdy nie zachwiało równowagi, którą starała się wytworzyć.
W końcu spełniała swoje marzenie, pisała własną opowieść, której bohaterka zupełnie różniła się od tych, które pamiętała z dzieciństwa. Słabych i uległych, polegających na tym, iż ktoś inny zna je o wiele lepiej niż one same. I chociaż tykanie zegara już dawno ustało, a głos kukułki ugrzązł jej w gardle, chociaż w maszynie zabrakło już tuszu a herbata dawno wystygła i nie smakowała w ten sam sposób, w który kojarzył jej się z tą przyjemną częścią bycia dzieckiem, które pragnęła na zawsze zachować gdzieś w swojej pamięci, ona dalej szła do przodu, przyrzekając sobie, że nigdy więcej nie pozwoli się już oszukać, omamić i zwieść błahym, nic nieznaczącym słowom, które szybko zamieniły się w kłamstwa. Czasami wciąż nie mogła uwierzyć, iż kiedyś naprawdę była tak naiwna, aby niczym otumaniona zapachem przynęty ryba złapać się na haczyk pięknych obietnic i przyrzeczeń, składanych ustami człowieka, któremu gotowa była oddać samą siebie. To, ile razy kochała i ile razy straciła to, co kochała najbardziej, utwierdziło ją w przekonaniu, iż nie da się kochać bez choćby odrobiny cierpienia, a miłość sama w sobie, bez względu na to, czy darzyło się nią rodzinę, przyjaciół czy kogoś, kto w danym momencie zdaje się być bratnią duszą, jest jedynie defektem ludzkiej natury, gnającym człowieka w stronę kompletnej autodestrukcji. Była przekonana co do słuszności swoich słów, ponieważ stosunkowo niedawno sama tkwiła w tym punkcie, w którym wszystko zdawało się nagle walić wbrew obietnicom, iż nigdy więcej nie spotka ją już nic złego, Była gotowa poświęcić samą siebie dla stabilności i bezpieczeństwa ofiarowanego jej przez drugiego człowieka, kiedy tak naprawdę tylko ona była w stanie o siebie zadbać.
I, póki co, wychodziło jej to naprawdę dobrze. Nie bała się podnosić wysoko głowy, patrzeć przeciwnikowi prosto w oczy czy podejmować wyzwania, nieświadomie jednak przechylając szalę w zupełnie drugim kierunku, oddalając się coraz bardziej od ludzi, zapominając, czym jest współczucie, empatia, uczucie ciepła, radość dzielenia się codziennością z drugą osobą. Czasem zdawała się tkwić zawieszona pomiędzy tymi dwoma światami, z których jednym rządziły lekkomyślne instynkty i impulsy, a drugim racjonalne decyzje i dystans. Znała je oba, jednak tak naprawdę nie należała do żadnego, lawirując brawurowo na ich granicy, korzystając ich dobrodziejstw, pozwalając sobie na chwile zapomnienia, zanim znów zmuszona była wrócić na ziemię, i spojrzeć na życie krytycznym wzrokiem. Należało ono przecież tylko i wyłącznie do niej i jeśli uważała wszelkie uczucia i międzyludzkie relacje za zupełnie zbędne, pozostawało wciąż wiele rzeczy, bez których nie mogła się obejść.
W jej ocenie świata wciąż pozostawało wiele luk i błędów. Przez wiele lat poszukując swojego miejsca na ziemi, skacząc ze skrajności w skrajność i spadając na samo dno, aby następnie gwałtownie poderwać się ku górze, Madeline nie potrafiła znaleźć złotego środka, postrzegając świat wyłącznie w czerni i bieli. W jej oczach nie było szarości, pogodzenie dwóch wymiarów nie było opcją, ponieważ zabieg ten wydawał jej się niemożliwy, będący jedynie wymysłem kogoś, kto nie potrafił podjąć jednej decyzji i poświęcić jednych wartości w imię drugich. Kobieta nie była jednak tego świadoma, niczym Ikar wznosiła się do coraz wyżej słońca, jednak nie posiadała ze sobą głosu, który mógłby ostrzec ją przed upadkiem. Ten, prędzej czy później, musiał przecież nastąpić, bo nic nie trwa wiecznie i wszystko ma swoje granice, a w szczególności człowiek, słaby i wątły, zbudowany z krwi i kości, będący w stanie wytrzymać tylko to, do czego został przystosowany. A ona nie zdążyła jeszcze doświadczyć wszystkiego.
Jacques, zdaniem Madeline, zdecydowanie należał do świata uczuć i impulsów, pozwalając im podejmować za niego decyzje. Bo jak inaczej mogłaby wytłumaczyć włamanie się do jej mieszkania po tym, gdy najwyraźniej swoimi słowami zdołała ugodzić go w pewien czuły punkt? Chciał jej coś udowodnić, z desperacją wpraszając się na scenę i niemalże żebrząc o jej uwagę, przysparzając jej powodu do śmiechu i zapewniając rozrywkę, której pozbawiona była większość wieczorów. Mogłaby nazwać uroczym, sposób, w jaki nosił się po jej mieszkaniu, słowa, będące reakcją na wszystko to, co sama miała mu do powiedzenia. Obserwowała to wszystko z błąkającym się na ustach uśmiechem, zdającym się być tak odległym od tego, co naprawdę działo się pod warstwą skóry i kości. Oddalony od ziejącej pustki, tak bardzo przypominającej rozcierające się na wiele hektarów pola, pod które ktoś podłożył ogień, zabierając z nich wszelkie przejawy życia.
- Oh, naprawdę? – odpowiedziała, z wyraźnie wyolbrzymionym zawodem w głosie – A to szkoda, bo ja świetnie się z nią bawiłam – wzruszyła lekko ramionami, aby za chwilę ponownie wpuścić na twarz niewyrażający zbyt wiele pół uśmiech, stanowiący swego rodzaju ścianę, mającą odgrodzić ją od wszystkiego, co chociażby na chwilę mogłoby zachwiać jej dotąd niewzruszoną pewność siebie. Choć była pewna, że z pewnością ów złodziej nie należał do ludzi, którzy byliby w stanie w jakikolwiek sposób ją złamać, jedną z rzeczy, której nauczyła się podczas wielu miesięcy treningu było to, iż nigdy nie należy lekceważyć swojego przeciwnika i pamięć o tym sprawdzała się doskonale również w życiu codziennym.
Spokojnie wodziła za nim wzrokiem, spoglądając ze znużeniem na zapięty na nadgarstku zegarek, jakby żadne z jego słów nie było w stanie wystarczająco przyciągnąć jej uwagi (i w rzeczywistości tak było). Gdy jednak stanął bezpośrednio naprzeciw niej, podniosła na niego swoje spojrzenie, jednocześnie unosząc w górę brwi w geście oczekiwania.
- Sentymentalnym? – rzuciła lekko kpiącym tonem, na krótko przenosząc wzrok na spoczywające na fotelu skrzypce. Z pewnością dla kogoś, komu daleko było do całej prawdy, instrument mógł wyglądać jak stara pamiątka rodzinna, jednak dla Madeline jedyne, co mogło wywoływać chociażby drobne ukłucie sentymentu były melodie, które tworzył i które wydobywały się spod jej dłoni. Nie znaczyło to jednak, że zamierzała przyznać mu rację. Uśmiech, który nagle pojawił się na twarzy Jacques’a był wystarczająco irytujący i z pewnością nie planowała dać mu pełnej satysfakcji – Jeśli szukałeś kogoś sentymentalnego, muszę cię rozczarować, ale trafiłeś pod zły adres – dodała, patrząc mu prosto w oczy i niezauważalnie zaciskając szczękę. Przez ułamek sekundy, w chwili, w której jej oczy szybko przebiegały po naznaczonym latami użytkowania drewnie skrzypiec, w jej oczach pojawił się cień czegoś, co nie do końca umiała nazwać. Albo raczej nie chciała, obawiając się, iż sama myśl uczyniłaby to uczucie prawdziwym, a przecież już dawno obiecała sobie, iż wszystko to, co naprawdę czyniło ją człowiekiem, pozostawiła daleko w tyle. Wszystko to jednak znikło, zamaskowane tym samym rozciągnięciem warg, które jedna powoli mogło tracić już swoją moc.
Na dźwięk jego kolejnych słów zaśmiała się krótko, odwracając twarz w bok i kręcąc nią lekko jakby w niedowierzaniu na to, co właśnie usłyszała. W rzeczywistości jednak chciała ukryć przemykające po jej twarzy odbicie wspomnień o pierwszej lekcji gry i o wszystkich melodiach, które kiedykolwiek wydobyły się spod opuszków jej palców. I o tym, iż na całym świecie była tylko jedna osoba, która słyszała jej grę. Madeline nigdy nie grała przed innymi ludźmi, bo muzyka, którą potrafiła stworzyć, choć nie zawsze należała do idealnych i czystych, wydawała się zbyt intymna, aby dzielić się z nią całym światem. Dzięki niej potrafiła wypuścić niechciane emocje na zewnątrz, nie tłumiąc ich dłużej wewnątrz siebie i nie przejmując się tym, że w przyszłości okażą się niebezpieczne. Granie przed inną osobą oznaczało zburzenie zbudowanego przez siebie fortu, obnażenie się w sposób, który pozostawiłby ją narażoną na wszystko to, czego w głębi serca najbardziej się obawiała. I jeśli kiedykolwiek miała to przed kimś uczynić, w co tak naprawdę wątpiła, o swoją prywatność dbając bardziej niż o cokolwiek innego, stojący przed nią złodziej z pewnością nie był tą osobą. Kiedy grała, nie była już dłużej Valérie Géroux, a jedynie Madeline Irving. Była swoją przeszłością, każdym wspomnieniem, każdym bólem, którego doznała, każdym zawodem, upadkiem oraz porażką. Stawała się miejscem, do którego zapuszczała się tylko poprzez muzykę i które pozostawało odcięte grubym murem od osoby, którą była na co dzień.
- Nie wiem, co sprawiło, że pomyślałeś, iż mogłabym przed tobą cokolwiek zagrać – powiedziała, podnosząc w końcu głowę i, jak miała nadzieję, maskując uśmiechem i ukrytą w głosie kpiną chwilę słabości, góra ogarnęła ją na samą myśl o grze – Ale niestety, jednoosobowa publiczność będzie musiała obejść się bez występu i zachować swój aplauz dla kogoś innego– dokończyła być może trochę zbyt szorstko, chcąc uciąć ten temat i licząc na to, iż znajdzie sobie coś innego, czego będzie mógł się przyczepić. Albo, ewentualnie, znudzony jej towarzystwem po prostu opuści jej mieszkanie.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Marzec - Madeline&Jacques   

Powrót do góry Go down
 
Marzec - Madeline&Jacques
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Buttes-Chaumont 2/5-
Skocz do: