IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Teatr 'Comédie-Française' - Page 3


Share | 
 

 Teatr 'Comédie-Française'

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Teatr 'Comédie-Française'   Sob Lip 02, 2016 1:55 pm

First topic message reminder :



Teatr 'Comédie-Française'

Istniejący od 1680 teatr, znany również jako Théâtre de la République czy też La maison de Molier (Dom Moliera). Znajduje się on na Placu André-Malraux.
Teatr ten hołduje starożytnym tradycjom molierowski. Na jego scenie wystawiane są sztuki nie jednokrotnie dość kontrowersyjne, w tradycyjny sposób przedstawiane są klasyki francuskie. Widzowie zetną się tutaj z większym naciskiem na gestykulację i słowo w grze, niż na okazywanie emocji.
Jest to jedyny teatr państwowy posiadającym własną trupę aktorów.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Nie Sty 08, 2017 2:08 am

Zaufanie podobno miało barwę zieloną. Lubiła jednak myśleć, że w dalekiej przeszłości przybierało kształt warg jej matki, uginających się z lekkością, kiedy składała kolejne, nieracjonalne obietnice, których nigdy nie zamierzała spełnić. Bezgranicznie naiwne w swojej całej prostocie, boleśnie ulotne, a przynajmniej aż do momentu, gdy zaczęło formować się na nowo, stając słowami, mantrą, jaką wypowiadał ojciec z maniakalnym uporem aż do chwili, gdy urzeczywistniła się, w końcu utwardzając wątłe fundamenty, od tej pory mające stanowić podwaliny pod nową formę. Być może zbyt rozległą, skoro runęła po raz drugi, skazując na budowanie wszystkiego od nowa? Trzecie podejście należało do najtrudniejszych - wymagało ostrej selekcji, umiejętności obserwacji i długich prób oraz wiecznej niepewności. Kiedy usiłowała nadać mu kształt, czasem widywała zakurzone stronice książek oraz parę twarzy z przeszłości, jednak najczęściej pojawiało się mauricowe, ciepłe spojrzenie niebieskich tęczówek nieśmiało przechodzących w przyćmioną zieleń i fakt ten (oraz wrodzona wiara w istnienie pewnych znaków dawanych przez Wszechświat) nakazywał jej ufać, że może w końcu, w całej swojej naiwności, zbliżała się do właściwego kształtu zaufania. Jej własny paradoks, w którym, pośród obłudy, kłamstwa oraz egoizmu potrafiła wykrzesać z siebie jeszcze więcej wiary w ludzi, kiedy wręcz powinna spróbować ograniczać zawiązywanie nowych znajomości i otaczać wyłącznie tymi, którym ufała bezgranicznie.
Czy więc Morgane należała do tej grupy?
Rozpoznawała rdzawe kosmyki, konstelacje piegów rozsiane na bladych policzkach oraz roziskrzone, wesołe spojrzenie, nawet pomimo kostiumu, który miał ukryć jej naturalność. Miała niemalże całkowitą pewność, że przy odpowiednich zdolnościach byłaby w stanie stworzyć portret dziewczyny z pamięci, mieszcząc się przy tym w ramach paru dopuszczalnych pomyłek, które nie miałyby znaczącego wpływu na całokształt, lecz czy na tym właśnie miałoby polegać zaufanie? Na przejrzeniu przez warstwy niewiele znaczącej powierzchowności, zapominając o tym, co kryło się w środku?
Nie mogła powiedzieć, że swoją decyzją nie stawała w twarzą w twarz z pewnego rodzaju ryzykiem. Gdyby Morgane jednak zdecydowała się ją oszukać, konsekwencje wtargnięcia do miejsca, gdzie zdecydowanie nie powinna przebywać, mogły przynieść ze sobą wiele nieprzyjemności. Nie miała też żadnej gwarancji, że te mimo wszystko jej nie dopadną - rudowłosa nie zamierzała zapewniać Daisi o swoich zamiarach w jakikolwiek sposób, bazując wyłącznie na relacji łączącej je w latach szkolnych, która urwała się wraz ze zniknięciem La Fayette. Nie wiadomo, jak wiele faktów tworzących ją, nadal pozostawało aktualnych, co sprawiało, że Schmitt wahała się już nieco zbyt długo, po raz kolejny rozważając wszystkie "za" oraz "przeciw".
- W porządku, niech tak będzie - stwierdziła finalnie, czując jak z tą decyzją z jej pleców spada ogromny ciężar, który przez te parę minut rozmyślań musiała dźwigać. Podobno odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a w razie czego będzie miała powód, aby spotkać się z La Fayette po raz kolejny.
Niechętnie wyciągnęła zdjęcie i podała je Morgane, skupiając się na jej reakcji. Już wiedziała, że fotografia nie należała do najgorszych i że tak naprawdę nigdy nie miała się, o co bać. - Prowadź w takim razie.

| zt x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Wto Kwi 11, 2017 5:54 pm

Wiosna, ptaki, słońce, krzyczące bachory na podwórku. Wszystko wracało do życia. Wraz z akcjami Ruchu Oporu, o których chłopak nie mógł przestać myśleć. Nie licząc tego wszystkiego, musiał także pamiętać o pracy, która zapewniała mu jako takie utrzymanie.
Wychodząc rano do teatru, w którym zarabiał jako sprzątacz, mijał grupkę młodzieńców w jego wieku, gorączkowo kując do jakiegoś ważnego egzaminu. Co to za sprawiedliwość. Ludzie w wieku Damiena kończyli szkoły, zaczynali studia, a on musiał harować, by przeżyć. Jednak uczciwa praca w, jakby nie patrzeć, francuskim teatrze, była lepsza, niż uczenie się często sfałszowanych przez okupanta wydarzeń.
Tak więc z podniesioną głową szedł przez paryskie ulice ciesząc się chłodnym porankiem.
W pracy robił to co zwykle. Szorował parkiety, mył okna i sprzątał kible. Dbając o to, aby w każdej kabinie co przerwę był papier. Do tego nie potrzeba powołania. Głód jest najlepszą motywacją.
Renard już dawno nauczył się, aby nie podnosić wzroku na niemieckich oficerów przychodzących do teatru. Co prawda robił to, ale dyskretnie. Poza tym, szwabska szycha nawet nie spojrzy na francuskiego psa. Chłopak nie raz to wykorzystywał, podsłuchując rozmowy ważnych osobistości. I tym razem nie miało być inaczej.
Młody zmywał podłogę po zakończonym przedstawieniu. Ludzie zaczynali wychodzić, a na korytarzu dało się usłyszeć rozmowę po niemiecku. Ciekawość chłopaka wygrała z obowiązkami, i poszedł to sprawić. Schował się za ścianą, zabierając ze sobą wiaderko z wodą i mopa. Musiał mieć w razie czego alibi. W końcu on tu jest legalnie, a jego praca polega na zmywaniu podłóg. Renard wyjrzał zza ściany, zobaczył sylwetkę niemieckiego oficera i jakiegoś duchownego. Schował się, jednak zapomniał o wiaderku przy jego nodze. Lekko je szturchnął, jeśli panowie nie byli zbytnio przewrażliwieni na dźwięki, pewnie nie zwróciliby na to uwagę. Serce chłopaka jednak zaczęło bić jak szalone, a ten w głowie układ sobie plan jak z tego wybrnąć, gdyby jednak ktoś sie zorientował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Pią Kwi 14, 2017 10:37 pm

przed spotkaniem Enzo na Placu Marsowym

Regularne wizyty w 'Comédie-Française' były doskonałym pretekstem do prowadzenia niezobowiązujących rozmów z niemieckimi oficjelami, którzy - pomimo patriotyczno-patetycznych oświadczeń o wyższości ich kultury nad francuską - chętnie odwiedzali ten znany w całym Paryżu przybytek. W jego zaś interesie - jako reprezentanta Stolicy Apostolskiej - leżało utrzymywanie poprawnych stosunków z władzami: a Bóg świadkiem, że Mâron oddawał się temu zajęciu z godnym podziwu zapałem, dobrowolnie cierpiąc męki bankietów, kolacji, wystaw sztuki i innych skupiających elitę okupacyjnego Paryża uroczystości.

Spędziwszy i ten wieczór w towarzystwie uroczego z charakteru, chociaż nieco ospałego majora Wermachtu, a wysłuchawszy jego litanii narzekań, prałat utwierdził się w przekonaniu, iż jego metoda, opierająca się na ciągłym zaznaczaniu obecności Kościoła w życiu polityczno-społecznym Paryża, była słuszna: pomimo starań ich spaczonego ustroju, w Niemcach ostało się jeszcze nieco z bojaźni Bożej, którą należało podsycać, miast przyduszać ogniem złorzeczeń z ambony - czego oczekiwaliby wszyscy ci żałośni "bojownicy o wolność", kryjący się pod sztandarem Ruchu Oporu. Ostatecznie, naród niemiecki miał jeszcze szansę na powrót na błogosławione łono Kościoła i odkupienie grzechów. Święty Piotr, podzwaniając niecierpliwie kluczami, wciąż jeszcze trzymał bramy raju do połowy roztwarte. Jak długo?

Przed pojawieniem się Renarda w pobliżu, duchowny i niemiecki oficer przechadzali się opustoszałym korytarzem, dyskutując w narzeczu okupanta - na tyle głośno, że chłopak mógł ich bez większego trudu posłyszeć - na temat ostatniego wywozu dzieł sztuki ze stolicy: prałat - jakżeby inaczej! - zaaprobował działania Rzeszy mające na celu uchronienie bezcennego dorobku kulturowego Zachodu przed przypadkowym zniszczeniem w czasie działań wojennych. Wielu mogłoby mieć mu to za złe, jednakowoż on sam bronił się w myślach stwierdzeniem, iż każde środki są stosowne, jeśli służą słusznej sprawie. A nikt chyba nie miał wątpliwości, że to jego sprawa - Mâron - była najsłuszniejsza!

A ledwie wyczerpali temat nad którym debatowali już zapewne od chwili zakończenia przedstawienia, co nastąpiło gdzieś w połowie korytarza, Mâron raczył raz jeszcze wyrazić nadzieję, że major znajdzie czas, by zaszczycić księdza obecnością na kolacji - zaznaczywszy, że inni goście: wymienieni z nazwiska przedstawiciele służb, będą uradowani jego obecnością. Nie było tajemnicą w Paryżu, iż pełniący obowiązki nuncjusza prałat częstokroć zapraszał do swojej siedziby co bardziej przychylnych Kościołowi Niemców, by osobiście umocnić ich w wierze, a i zgromadzić kolekcję co ciekawszych plotek.

Pozwoliwszy, by formalnościom stało się zadość, prałat z uprzejmym uśmiechem na ustach skinął oficerowi na pożegnanie, a ten jął oddalać się kaczym chodem w stronę przeciwną do tej, z której nadchodził pewien wścibski sprzątacz. Gdy zaś Damien wychylił się zza rogu, Niemiec niknął już w oddali; Mâron - obrócony do niego plecami - trwał nieruchomo w miejscu, na podobieństwo wyrzeźbionej z marmuru statuy, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Rozmyślałby pewnie jeszcze chwilę, knując coś w swym gadzim umyśle, gdyby nie niepokojący odgłos, który dobiegł go z tyłu. Obróciwszy się w miejscu, jął - zmrużywszy ślepia, bo i oświetlenie było marne - zmierzać w stronę rogu, za którym krył się Renard. A ujrzawszy sprzątacza, byłby już otworzył usta, by wydać z siebie jakieś zapytanie, gdyby nie złośliwość losu...

Oto bowiem - ni stąd, ni zowąd - ksiądz, niczym ongiś jego Pan i Zbawiciel, zawisł w powietrzu. Zawisnął... i spadł, niczym strącony z niebios anioł. I jego kość ogonowa zetknęła się boleśnie i niezamierzenie z twardymi klepkami podłogi. Uściślając: za sprawą jakichś diablich psot, nasz ksiądz dobrodziej poślizgnął się na mokrej posadzce i, utraciwszy równowagę, runął z hukiem wprost pod nogi chłopaka.

A wieczór zapowiadał się tak pięknie...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Sob Kwi 15, 2017 1:16 pm

Damien wyłapywał każde słowo. Nie posługiwał się językiem niemieckim, bo łatwiej mu było udawać niekumatego młodzieńca. Za to rozumiał wszystko dokładnie. Łapał każda informację o wywozu dzieł sztuki ze stolicy. Zastanawiał się, czy jest to coś, o czym warto poinformować dowódce.
Dopiero po jakimś czasie, Renard spostrzegł prałata zmierzającego w jego stronę. Serce zabiło mu szybciej, ale musiał zagrać przedstawienie, które nie raz uratowało mu tyłek.
Nie zastanawiał się dłużej nad tym, czy duchowny spostrzegł się czy nie, że chłopak podsłuchiwał całą rozmowę. Patrzył się na niego pytająco, kiedy ten upadał na podłogę teatru. W głębi serca śmiał się niemiłosiernie, jednak teraz musiał zagrać pełne przejęcie, i wyciągnąć pomocną dłoń.
-Przepraszam bardzo, zapomniałem wywiesić informacji, że podłoga jest mokra- Nie wiedział czy duchownego można podnieść bez jego pozwolenia, tak więc wyciągnął tylko rękę. A to czy prałat ją złapał czy nie, zależało tylko od niego. W każdym razie, młody nie poczułby się urażony, gdyby kolaborant nie zechciał jego pomocy.
Teraz zostało mu już tylko udawać, że nie zna niemieckiego i nie wie nic o żadnych obrazach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Sob Kwi 15, 2017 9:14 pm

Ksiądz Léonard Mâron był w tamtej chwili człowiekiem upadłym.
Dosłownie i w przenośni.

A spojrzenie, które posłał chłopakowi, gdy tylko ten wyciągnął doń dłoń, było raczej wymowne: ani słowa o tym. Nigdy. Może był przewrażliwiony, ale w żadnym razie nie życzył sobie, by pół Paryża wiedziało, że radca nuncjatury potyka się o własne nogi! Znając zaś francuskich sprzątaczy (nic to, że sam z żadnym wcześniej ni razu nie rozmawiał dłużej niż trzy minuty!), mógł spodziewać się, że ostatecznie dotarłoby to i do uszu samego kardynała Suharda, a stamtąd: może i do Rzymu! Musiał dbać o swój wizerunek - był on wszak cenniejszy od złota i kruchszy niż porcelana. Jedynie ten, kto obracał się w środowisku paryskich elit, mógł być świadom, iż wystarczy jedno nieodpowiednie słowo; jeden fałszywy ton; lekkie zawahanie, by zostać skreślonym z listy gości, a może i z listy żywych.

Byłby może i od razu wyraził swoją - powstałą przed sekundą i raczej tylko chwilową, acz w pełni zasadną - opinię na temat nieudolnej obsługi teatru, gdyby nie fakt, że jego gadzi umysł od razu wykrył pewną nieprawidłowość: jeszcze ciepła ciecz, na której się poślizgnął, a którą nasączony był teraz brzeg jego sutanny i jej lewy rękaw, wydzielała charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie zapach palonych ziaren pewnego egzotycznego krzewu. Prałat poślizgnął się na rozlanej niedawno kawie! - sprzątacz nie mógł więc "zapomnieć wywiesić informacji", bo wcale podłogi tu jeszcze nie mył, a mijali przecież to miejsce wraz z majorem - chłopaka tu wówczas jeszcze nie było. Nie widzieli go także po drodze. A teraz: stał zaraz za rogiem i nie wyglądał jakby był w trakcie czyszczenia posadzki. Dlaczegóż więc tak perfidnie kłamał? Chociaż... to przecież po prostu jakiś podrzędny robotnik fizyczny - Mâron zdecydowanie zbyt wiele czasu spędzał na potyczkach słownych z tymi Niemcami, którzy najchętniej podaliby go przywódcy lokalnego oddziału SS na kolację. Dzieciak najwyraźniej po prostu się przestraszył i próbował usprawiedliwiać jakoś swoje niedbalstwo - co nie zmieniało faktu, że odpowiednia doza ostrożności była wskazana.

Tak też, skoro powstał - wsparłszy się na ramieniu Renarda - zaraz przywołał na swoje oblicze łagodny uśmiech, który nadał mu jednak - niezamierzenie, jak można przypuszczać - wygląd wypłowiałego sępa.

- Bóg zapłać, mój synu - a skinąwszy nawet łaskawie swym czerepem, dodał zaraz w narzeczu okupanta, wbijając w chłopaka spojrzenie żmijowatych ślepi: - Błądzić jest rzeczą ludzką... - tu jego usta niemal mimowolnie ułożyły się w paskudny uśmiech - Jako i grzeszyć. Upierać się jednak w grzechu - głupotą - pozwolił sobie na tę swobodną parafrazę Seneki, ciekaw reakcji chłopaka; a uniósłszy rękaw, z którego skapywała ciemna ciecz, dodał - A grzechem w Paryżu jest marnowanie kawy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Nie Kwi 16, 2017 3:21 pm

Czy to co powiedział, było podejrzane? Damien dopiero po czasie zauważył kawę, na której to prałat się poślizgnął. Głupek. No cóż, przedstawienie musiało trwać.
Chłopak spojrzał na duchownego swoim, wyćwiczonym do perfekcji, nie kumatym wzrokiem. Łatwo mu było udawać mało rozgarniętego sprzątacza, zważywszy na to, że osoby postawione wysoko, które bratały się z okupantami lub należały do tak zwanej "rasy panów", z góry zakładały, że pracownik fizyczny nie potrafi nawet liczyć. Damien wykorzystywał ten fakt i stawał się nie widzialny dla niektórych osobistości.
Jednak teraz mógł się poczuć tylko zaszczycony, tym że duchowny okazał mu jakiekolwiek zainteresowanie.
Damien spojrzał pytająco, łapiąc każde słowo. Wiedział jednak że musi się trzymać swojej wersji. Już na rozmowie o pracę, musiał podkreślić, że nie zna niemieckiego.
-Pardon, nie mówię po niemiecku- Odezwał się, kiedy tylko prałat skończył swój wywód na temat kawy i grzeszenia. Damien szanował osoby duchowne, jednak skrajna religijność była dość przerażająca. No nic, Renardowi pozostało udawać, że nic do niego nie dotarło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Pon Kwi 17, 2017 10:31 pm

Czego się spodziewał? Że chłopak okaże się agentem, który szpiegował tu na zlecenie Ruchu Oporu? Nonsens! Istniało pewne prawdopodobieństwo, jednak tak niewielkie, że - w ocenie księdza - każdy rozumny człek uznałby je za zupełnie zaniedbywalne. Zresztą, prałat przyjął chwilowo, kierując się czysto pragmatycznymi pobudkami, politykę neutralności względem buntowników - tak długo, jak mógł w spokoju prowadzić swoje małe gierki w środowisku okupacyjnych elit, światopogląd sprzątaczy nie był dlań istotny... no dobrze: był, ale dla samej przyjemności posiadania tej informacji! Nie był dość nierozważny, by - jak to mówiło się w pewnym kraju - wpychać się "między wódkę a zakąskę"; no dobrze: czynił to notorycznie, ale tylko w rozsądnych granicach!

Jak się spodziewał, paryżanin nie potrafił wydusić z siebie ani słowa po niemiecku. Ba! - nawet nie próbował. Może i lepiej - to, do jakiego stopnia jego rodacy potrafili kaleczyć ten piękny język, przyprawiało go o mdłości. Nacjonalistyczne poglądy co niektórych Francuzów, wynikające z ich własnego egocentryzmu, były tym właśnie, co groziło eskalacją konfliktu pomiędzy tymczasową władzą a sceptycznie nastawionymi obywatelami. Nie oznaczało to wcale, że w Mâron wspierał okupanta z własnej woli - prawdę powiedziawszy, czynił tak tylko z dwóch powodów: było to opłacalne dla Kościoła i jego samego; nie miał innego wyjścia. W dłuższej perspektywie czasu, wojna na linii Rzesza-Kościół była nieunikniona, z czym niejeden niemiecki oficjel nawet nie próbował się kryć, a i prałat doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Co nie oznaczało wcale, że nazizm, do czasu obalenia przez państwa demokratyczne - w co ksiądz starał się wierzyć - nie mógł zostać wykorzystany jako broń przeciwko agresywnemu, ekspansyjnemu komunizmowi - pladze nowoczesnego świata - a i jako przypomnienie o znaczeniu Boga w życiu człowieka. Nic przecież nic tak nie skłaniało ludzi ku religii jak wojna totalna.

I chociaż nie powinien, nie mógł powstrzymać się przed kpiącym komentarzem - nie zorientował się nawet, gdy jego usta ułożyły się w szyderczy uśmieszek, a wargi opuściły słowa, które jakąś diablą psotą ułożyły się w zdanie, którego w swoim codziennym towarzystwie nigdy nie ośmieliłby się wyrzec: - Zapytaliśmy, czy macie w zwyczaju myć podłogi kawą gorzką, czy może z cukrem? - ozwał się po francusku, dając poprzez swój nienaganny akcent znać, iż przed Renardem stoi jego krewniak - bliski mu jednak jedynie poprzez narodowość, w żadnym zaś razie majątek, wykształcenie czy pozycję w społeczeństwie. Ledwie zaś te słowa przebrzmiały, oblicze Mâron znów stało się po równi obrazem i wyrozumiałości, i srogości - na podobieństwo ojca, który miał właśnie połajać niesfornego syna. I było w tym nieco prawdy: był on wszak jednym z duchowych przewodników mieszkańców Paryża - duchowym ojcem, któremu powierzono zadanie strzeżenia ich na ścieżce ku wieczności. Żaden - nawet najnędzniejszy pracownik teatru; taki jak ten, który stał właśnie przed nim - nie mógł popaść w otchłań grzechu i występku.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Wto Kwi 18, 2017 3:44 pm

Damien uśmiechnął się w duchu, widząc że prałat łyknął rolę niewinnego sprzątacza. Gdyby Renard miał możliwość ukończenia szkoły, gdyby nie wybuchła wojna, poszedłby pewnie na aktorstwo. Może płaca nie najlepsza, ale za to jaka zabawa. A na tym chyba polega życie, aby robić to, co sprawia ci frajdę.
Teraz, kiedy duchowny na chwilę przestał być podejrzliwy, Damien powinien zająć się swoją pracą, spuszczając niewinny wzrok i udawać, że wcale nie umył źle podłóg. Niestety, jego charakter nie pozwalał mu na to. Został sprowokowany do dalszej wymiany dialogów. Doskonale wiedział że ma przed sobą francuskiego kolaboranta, jednak nawet jeśli byłby to niemiecki oficer, a chłopak miałby przystawiony pistolet do głowy, dalej byłby skłonny do dyskusji. Już taki był, nie raz oberwał za źle wyważone słowa, czy za to, że się po prostu nie zastanowił.
Chłopak oparł się o ścianę, za którą jakiś czas temu się chował.
-Mój tata powtarzał, że świat dzieli się na dwa typy ludzi, inteligentni i ci co słodzą kawę- rzucił tekstem, który usłyszał nie raz w dzieciństwie. Jak najbardziej się z nim utożsamiał. Słodzenie francuskiej kawy to jak grzech pierworodny.
Wypowiadając te słowa, Damien nie zastanawiał się czy rozmawia z wysoko postawionym duchownym, z niemieckim pieskiem czy z facetem w sukience. A już na pewno nie zastanowił się nad tym, czy prałat cokolwiek podejrzewa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Wto Kwi 18, 2017 11:10 pm

Cóż za groteska! - Prałat Honorowy Jego Świątobliwości, radca nuncjatury, reprezentujący majestat samego Ojca Świętego, wdaje się w gmachu teatru w bezcelową dysputę z francuskim sprzątaczem, który - cóż za niezwykły przypadek! - nie tylko nie schyla swego nędznego łba i nie przełyka kpiny duchownego jako gorzkiej, ale zasłużonej nagany, ale i raczy mu jeszcze odszczeknąć! Zaprawdę, czyż już zupełnie zaginęła pośród młodych Francuzów pokora wobec hierarchii społecznej? - rozeznanie w tym, co wolno, a czego nie. Być może remedium na to był okuty bucior hitlerowskich Niemiec! Ha! Jakże pięknie ta myśl wpisywała się w teorię, podług której ta pełna cierpienia i śmierci wojna - kara niebios - miała jakiś cel: obmyć ten świat z grzechu, choćby i tak, jak płomień oczyszcza, pożerając cokolwiek znajdzie się na jego drodze. Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich!, jako rzec miał podług legendy opat Arnaud przed rzezią Béziers, gdzie to na rozkaz Kościoła wymordowano tysiące mieszczan - z których tylko niewielka część była heretykami, przeciwko którym papież zwołał krucjatę.

A jednocześnie, chociaż buntownicy pokroju stojącego przed nim Renarda godzili w istniejący porządek, ich arogancja, pewność siebie... przecież fascynowała go, jako skrytego badacza ludzkich umysłów i dusz; psychologa-samouka, który miał się za wprawnego manipulanta. Ci, którzy pokornie gięli karki aż do kolan, stanowili doskonały materiał pod posłuszne marionetki, którymi Mâron uwielbiał się otaczać, a w Watykanie - wielkim siedliszczu kościelnych żmij - miał ich aż ponad potrzebę: niezbędne ręce do pracy, lecz niespecjalnie ciekawe jako indywidualne jednostki. Tamci z kolei byli niczym dadaizm: wynaturzeni, sprzeczni z ogólnie przyjętymi normami, ale inni, ciekawi. To oni zasługiwali na uwagę istot doskonałych - pokroju Mâron, rzecz jasna - a może i ich protekcję. Niczym zagrożony wyginięciem gatunek owada.

I któż by się spodziewał, że taki właśnie umysł - podobny, wbrew pozorom, do jego własnego, chociaż o niewykorzystanym potencjale - kryć się może w sprzątaczu, który oparł się właśnie o ścianę w lekceważącym geście? Zaprawdę, niezbadane są wyroki Boskie!

Młokos naprawdę sądził, że był taki sprytny? - a może to po prostu jego specyficzne poczucie humoru? W każdym razie, skwitowawszy jego wypowiedź anielskim wprost uśmiechem - tak nieszczerym, jak jego intencje - Mâron odrzekł zaraz ze stoickim wprost spokojem, starając się by tym chociaż razem jego głos nie ociekał jadem: - Zdaje się, że nie pozostawia to wątpliwości co do tego, do której z grup przynależał, czyż nie? - a splótłszy dłonie na piersi, pozwolił sobie na jeszcze jedno zdanie: - Jako i Wasza przynależność nie stanowi dla nas tajemnicy, monsieur... - Zakładając, że stać Was na prawdziwą, tradycyjnie parzoną kawę, nie zaś jakiś podrzędny substytut. Zawiesiwszy głos, ksiądz spodziewał się zapewne, że chłopak będzie skłonny przybliżyć mu swoją osobę. Tymczasem zaś, jął jeno lustrować jego oblicze, na podobieństwo handlarza, oceniającego towar przed kupnem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Nie Kwi 23, 2017 12:18 pm

Damien wychowany w rodzinie, w której szacunek do głów kościelnych był na porządku dziennym. Jednak chodziło głównie o tych skromnych księży z pobliskich kościołów. Chłopak miał natomiast przed sobą prałata, który nie dość że nie okazywał szacunku młodemu to jeszcze oczekiwał jakiejś skruchy ze strony Renarda. Chłopak automatycznie gardził duchownym, i to nie tylko dlatego że był świadkiem jawnego bratania się z okupantem, ale też dlatego, że prałat łamał jedno z przekazań Bożych, przynajmniej Damien miał takie odczucie, a ile w tym było prawdy? O tym przekona się prowadząc dalszą dyskusję.
-Nigdy nie posłodził kawy- rzucił beznamiętnie, jako odpowiedź na "zaczepkę"? Jeśli tak to można nazwać.
-Damien Mora- przedstawił się, i liczył na to samo.
Prałat był jak większość okupantów. Widzieli sprzątacza więc z góry zakładali że należy do marginesu społecznego, nie ma wykształcenia i pewnie nawet pisać nie potrafi. Prawda była natomiast inna, i Renard jako jedyny z rodziny rzucił szkołę i zajął się pracą fizyczną. Przed wojną żył w szanowanej i zamożnej rodzinie, nie ich wina że szwaby nie dość że zabrały mu dom i możliwość nauki, to jeszcze rodziców.
-Z kim mam przyjemność rozmawiać?- Spytał, całkowicie obojętny do postaci duchownego, w głębi duszy gardził nim, za samo wymienienie zdania z Niemcami. Nie wiedział czy ta rozmowa nie sprawi mu kłopotów, ale teraz miał to w czterech literach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Pią Maj 05, 2017 8:22 pm

A może to nie skryty geniusz, lecz po prostu głupotę w nim wyczuwał?  Może pod tą piękną skorupą krył się gnijący umysł? I sam Salomon nie rozsądzi, gdy niewiele ma danych. I gdy tak Mâron przyglądał się młodzieńcowi, próbując odkryć tajniki jego duszy, zdradzieckie myśli jęły sączyć gorycz w jego własny umysł: czy i ten należał do tych gorącokrwistych, gniewnych, przepełnionych nienawiścią młodych ludzi, wierzących szczerze, że są w stanie zachwiać samymi fundamentami świata? Francuskich Winkelriedów, nie dostrzegających w swym zaślepieniu, że jeśli już zdołają wyzwolić ojczyznę, będzie ona niczym więcej jak tylko powojennym pogorzeliskiem: pozbawioną życia i radości krainą cieni. Gotowi byli podpalić Francję - jej rozległe biblioteki, monumentalne katedry i pamiętające jeszcze czasy Karola Wielkiego gmachy - po czym ugasić ją krwią, jeśli tylko byliby władni obwieścić się królami tych ruin. Być może dopiero wówczas, gdy byłoby już po wszystkim, spojrzeliby na to, co uczynili, i zapłakali rzewnymi łzami nad ich wypaczonymi ideałami, skazanymi na potępienie duszami i obróconą w pył Francją. Wtedy jednak byłoby już za późno. I dla nich, i dla Ojczyzny.

Mógł jedynie mieć nadzieję, że stojący przed nim młodzian podzielał jego przekonania - chociaż, prawdę powiedziawszy, w ogólnym rozrachunku sił, było to bez większego znaczenia. Słowa Renarda przyjął z wyraźnie powściągliwym entuzjazmem, by nie rzec: ozięble, spodziewając się najpewniej podobnej odpowiedzi. Skinąwszy jeno głową, pospieszył z repliką: - Nie zbłądziliśmy zatem w naszych przypuszczeniach - Cóż, czyż mogło być inaczej? Wszak, jak rzecze Dictatus Papae, "Kościół rzymski nigdy nie pobłądził i po wszystkie czasy, wedle świadectwa Pisma Świętego, w żaden błąd nie popadnie." Gdy zaś dopadała go megalomania, co jednak od przybycia do Paryża zdarzało się nieco już rzadziej, Mâron był gotów wyznać w myślach, że to on jest Kościołem - w czym ździebełko prawdy może i było. I jego to zadaniem było prowadzić trzodę ku zbawieniu, nawet wbrew jej woli:

- Niepokoi nas, młodzieńcze, że - będąc, jak się zdaje, człekiem inteligentnym - nie byliście skłonni jeszcze przystąpić do nauki języka niemieckiego. Zdajecie sobie zapewne sprawę z tego, jak przydatna to w tych czasach umiejętność. Podług naszej wiedzy, Instytut Niemiecki prowadzi darmowe zajęcia... - I zawiesiwszy głos, oczekując zapewne, że chłopak podchwyci tę myśl, jął już sam rozmyślać, jakąż to wymówkę posłyszy. A rzecz była to wszak niezwykła: miast dostrzegać w tej hojności Abetza możliwości samodoskonalenia, domorośli patrioci woleli uznać to za próbę germanizowania narodu. Oto było legendarne Miasto Światła - zaściankowe, ksenofobiczne wręcz. Czy na takim fundamencie miała powstać Czwarta Republika? Na piasku?  

Utrzymując na obliczu prawdziwie ojcowski uśmiech, zwięźle odpowiedział na pytanie o godność: - Léonard Valérien Mâron - Prałat Honorowy Jego Świątobliwości, chargé d'affaires ad interim nuncjatury apostolskiej, dodał zaraz w myślach. Hrabia. I z tegoż też powodu, że w jego żyłach płynęła błękitna krew dawnej arystokracji, należał mu się szacunek, chociaż samo społeczeństwo jakby o tym zapomniało. Co nie zmienia faktu, że świadomość swojej uprzywilejowanej pozycji mile łechtała ego.

- Damien Mora... Mora - pozwoliwszy, nie bez powodu zapewne, by te słowa zawisły w powietrzu, sam oddał się na chwilę myślom, intensywnie marszcząc brwi. Cokolwiek sobie wykalkulował, gdy wreszcie przemówił, jego głos był tak samo beznamiętny i, w gruncie rzeczy niezamierzenie, kąśliwy, jak wcześniej: - Constantin Mora. Attaché w Ottawie. Przed piętnastoma laty, jak się zdaje - W zasadzie, w jakim celu to powiedział? Wszak według wszelkich zasad prawdopodobieństwa, szanse na to, że chłopak był spokrewniony ze znanym mu dyplomatą, były co najmniej nikłe. Słaby uśmiech zagościł na jego obliczu na samą tę absurdalną myśl. Oczywiście, zaraz uczynił w swoim umyśle poprawkę na możliwość kłamstwa - a nawet znaczne tegoż ryzyko - chociaż, prawdę powiedziawszy, nie dostrzegał zasadności takiego działania, za wyjątkiem chęci zrobienia księdzu na złość czy zademonstrowania swojej dziecięcej, rozkapryszonej, a może i bezczelnej natury. Ostatecznie jednak, czyż Damien nie był przy nim dzieckiem?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Sob Maj 13, 2017 12:15 pm

Chłopak czuł ze rozmowa z prałatem to jakaś dziwna gra, której zasad nie rozumie. Ile mógł powiedzieć? Ukrywanie swoich poglądów przychodziło mu trudno, a ściany mają uszy. Kto wie czy za duchownym nie kryje się gestapowiec, który będzie znał rozmowę słowo w słowo. Teraz czuł się bezpiecznie, ale w każdej chwili mogli tu wejść panowie w niemieckich mundurach i z nakazem aresztowania.
-Język niemiecki za bardzo boli moje usta i słuch, poza tym i tak za jakiś czas przestanie być przydatny- powiedział beznamiętnie. Wypowiedział się otwarcie co o tym myśli, czy to był błąd?
Renard obserwował prałata spod przymrużonych oczu. Wydawał mu się strasznie fałszywy. W jego wypowiedziach nie było słychać Boga, tylko tchórza, ratującego własny tyłek. Ksiądz z parafii chłopca był jego przeciwieństwem. Nie bał się przemawiać w ojczystym języku do pogrążonej w porażce ludności, aby podnieśli głowę i walczyli o swoją wolność.
-Nie kojarzę- pokiwał głową. Nie znał całego swojego drzewa genealogicznego, tylko najbliższą rodzinę. Rodzice rzadko mówili mu o ich krewnych, tak więc wszystko było możliwe.
Młody zastanawiał sie czy nie spławić prałata, mówiąc mu że ma jeszcze dużo do zrobienia. Był jednak zbyt ciekaw, jak ta rozmowa potoczy się dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Nie Maj 14, 2017 6:16 pm

Jakże on uwielbiał te maleńkie gierki, które każdego dnia toczył z innymi przedstawicielami jego nędznego gatunku homo politicus, który, jak sądził, stanowił doskonalszą formę człowieka - wyższe stadium ewolucji. Te zamierzone niedopowiedzenia, celowe dwuznaczności, wrzucane między wersy kłamstewka i wzajemne przegadywanie się - już sama rozgrywka dawała satysfakcję, chociaż nie sposób przyrównać tego do tegoż cennego i rzadkiego uczucia, które towarzyszyło zmiażdżeniu rywala jedną celną ripostą; wbiciu mu sztyletu prosto w plecy i zawołaniu głośno: szach mat! Przypominało to zawiły taniec: jeden krok w tą, jeden w tamtą; zgrabne uniki, obroty i gesty; i jak on, było dziełem dawnej arystokracji, której Mâron był godnym dziedzicem. Jedno złe stąpnięcie, jedno zawahanie, a cały urok pryśnie. Każde słowo musi zostać odpowiednio wyważone, przeanalizowane pod każdym kątem; tysiąc planów musi być snutych naraz, każdy sobie przeciwstawny. Każda łza zaplanowana, każdy uśmiech.

Oczywiście, czym innym było mieć za przeciwnika równie wprawnego polityka, czym innym teatralnego czyściciela podłóg. Gdyby chłopak nie był winny poślizgnięcia się prałata, ten zapewne nawet nie raczyłby zaszczycić go spojrzeniem - bo i w jakim celu? Nie miał wątpliwości, że manipulowanie młodzieńcem byłoby na dłuższą metę tak proste, że urągałoby wręcz jego własnej inteligencji i erudycji. Nie dostrzegał w tym po prostu żadnego praktycznego zastosowania. Prowadząc z nim rozmowę od dłuższej chwili, doszedł wreszcie do wniosku, że ta zaczyna go nudzić: niczego, jak mógł się spodziewać, interesującego się od niego nie dowiedział, a więc i też chłopak nie zdawał się już kimś wartym uwagi. Ot, siła robocza.

I byłby już skinął mu głową na pożegnanie i odwrócił się na pięcie, coby już więcej ani swego czasu, ani jego - który był jednak niepomiernie mniej wart - nie trwonić, gdyby nie słowa, które nagle padły z ust Renarda. I czoło księdza zmarszczyło się niemożebnie, gdy wbiwszy w młodziana gadzi wzrok, ozwał się wyraźnie kpiącym tonem, który miał zapewne sprowokować rozmówcę do objawienia swoich prawdziwych poglądów:

- Czyliż sugerujecie, wbrew wszelkim dowodom, że Rzesza nie przetrwa następnego tysiąca lat? Ani to rozsądne, ani bezpieczne - formułować podobne frazy, Monsieur Mora. Ktoś... - tu wyraźnie zaakcentował następne słowo, nie bez kozery: - inny mógłby powziąć to za występowanie przeciw obecnemu stanowi rzeczy... - a zawiesiwszy na chwilę głos, mierząc chłopaka przenikliwym a karcącym spojrzeniem, dodał z kąśliwym uśmieszkiem: - ... i, w zasadzie, miałby w tym rację.  

Czyżby więc niejaki Damien Mora należał do tych, którzy - czy to poprzez słowa, czy czyny - sprzeciwiali się obecnej władzy? Mylił się, jeśli sądził, że Mâron porzucił czy zdradził Francję, która go na świat wydała. Wszak, na przykład, lokalni księża nie mogliby głosić swych kazań, gdyby ktoś taki jak on, nie usypiał czujności Niemców. I dwulicowy prałat miał swój udział w tworzeniu nowej Republiki.

Odpowiedź Renarda na jego zapytanie dotyczące rodziny zdał się zaaprobować skinieniem głowy - bo i też niczego więcej od niego nie oczekiwał, chociaż gdzieś przemknęło mu przez myśl, że chłopak ośmieli się jednak skłamać mu w żywe oczy. Rzecz jasna, była też możliwość, że faktycznie powiedział nieprawdę, twierdząc, że nie był spokrewniony z dyplomatą, chociaż prawdopodobieństwo tego było tak bliskie zera, że gdyby byłoby to prawdą, to prałat nie byłby mniej zdziwiony, niż gdyby sam Pan zstąpił tu w tej chwili z Niebios. Nie mógł jednak odebrać sobie tej przyjemności i nie podjąć się komentarza:

- Jakaż szkoda. Wybaczcież mi tę śmiałość, jednakowoż... czy macie może włoskie korzenie? Pozwolę sobie zauważyć, że zarówno w łacinie, jak i w języku włoskim, Wasze nazwisko znajduje tłumaczenie. To coś więcej niż tylko zbieg okoliczności?

Nie spodziewał się potakującej odpowiedzi, jednak samo pytanie stanowiło doskonały pretekst, by dowiedzieć się coś więcej na temat stojącego przed nim Francuza - a znacznie wygodniej było mu dokonywać kalkulacji, gdy dysponował szerszą bazą danych.

A teraz, powiedz mi, kim jesteś, Monsieur Damien Jeżyna.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Pon Cze 12, 2017 7:28 pm

Damien nie zdziwiłby się gdyby Maron nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. Był tylko sprzątaczem, bez wykształcenia, jedyne na co mógł liczyć w obecnych czasach to na inną pracę. Miał silne plecy więc zapewne poradziłby sobie na budowie, może nawet zapłacono by mu więcej. Jednak tego typu praca fizyczna wiązała się z problemami, które uniemożliwiałyby mu czynne działanie w konspiracji.
Chłopak był młody, narwany, tak więc parłat bez trudu mógłby nim zmanipulować. Chociaż, kto wie, może Renard nie byłby aż taki naiwny? Może nawet zagrałby w tą samą grę, jeśli już załapałby zasady.
Damien nie zamierzał otwarcie obnosić się ze swoimi poglądami, z drugiej strony nie mógł również okazać strachu przed okupantami.
-Władza się zmieniła, to nie znaczy jednak, że mamy bać się własnych słów- powiedział beznamiętnie. Chłopak nie czuł na sobie oddechu gestapowców, przynajmniej nie na chwilę obecną. Ktoś mógłby go podać, nawet sam parłat, jednak na chwilę obecną nie ma dowodów. Jeśli chłopak zostałby już złapany, nie ma stuprocentowej szansy że te dowody się znajdą. Co prawda na Renarda pewnie by się coś znalazło, w końcu jego nazwisko jest już dość znane przez niektórych gestapowców, jednak skąd Maron mógł o tym wiedzieć? On zapewne nie zamierzał tyle ryzykować, więc młody Mora czuł się może nie bezkarnie, ale bezpiecznie. Przynajmniej na razie.
Słysząc kolejne pytanie chłopak tylko pokiwał przecząco głową i wzruszył ramionami. Nie znał swojej dalszej rodziny, tak więc nie mógł stwierdzić czy ma włoskie korzenie. Po co duchowny miałby zadawać mu takie pytania? Czyżby robił mu test na aryjskość krwi?
-Nie jestem dość mocno zaznajomiony z życiem kościelnym, tak więc zapytam z czystej ciekawości, czym zajmuje się prałat w obecnych czasach?- odpił piłeczkę, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś ciekawego na temat jego rozmówcy. W końcu postać młodego mężczyzny z marginesu społecznego jest mniej ciekawsza niż głowa kościoła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   Nie Cze 18, 2017 4:57 pm

... bać się własnych słów.
I jakże Mâron miał nie śmiać się w duchu, gdy Renard formułował podobne frazy? Albo chłopak był po prostu szczeniacko porywczy i naiwny, albo skutecznie takiego udawał. Czując się stosunkowo bezpiecznie, zapewne ochoczo głosił wśród swoich znajomków z ulicy konieczność zaznaczania francuskiej suwerenności... a kto go wie? - może i wzywał do sprzeciwu wobec okupanta? - oznaczałoby to jednak, że jest najzwyczajniej w świecie głupi, pozwalając, by był bezwolną marionetką w rękach bezosobowego państwa, które nigdy mu za jego poświęcenia nawet nie podziękuje. Nadejdzie jednak taki dzień - wcześniej czy później - gdy stanie on przed wyborem: wyznawana idea lub własne życie. Prałat, w przeciwieństwie do podobnych Renardowi "podwórkowych bohaterów", nigdy w swoim sercu nie ukrywał tego, że przedkłada swój interes nad wszelkie inne wartości i ideały. To zaś, że nie stał on obecnie w sprzeczności z powierzonymi mu przez Ojca Świętego obowiązkami, było co najwyżej wygodnym zbiegiem okoliczności.

Odwróciwszy się na piętach, splótł ręce za plecami i zbliżył do jednego z okien, za którymi Paryż powoli pogrążał się już w mroku. Uderzenia jego wypolerowanych oksfordów - ledwie wyszły z rąk najlepszych włoskich projektantów! - niosły się po pogrążonym w ciszy korytarzu opustoszałego już teatru. Mâron dawno już powinien był opuścić ten gmach wraz z resztą gości - gdyby teraz ktoś go tu nakrył, rozmawiającego z niepozornym sprzątaczem, mogłoby to wzbudzić pewne podejrzenia... co z kolei, gdyby dotarło do odpowiednich uszu, rzutowałoby na jego wiarygodność. Należało czym prędzej zakończyć to groteskowe spotkanie -bez względu na to, co też ciekawego mógł się jeszcze o młodym Renardzie dowiedzieć - które nie powinno wcale mieć miejsca. A jednak, nawet francuski pracownik fizyczny nie zasługiwał, by prałat pozostawił go bez odpowiedzi i ot tak bezczelnie się oddalił. Skierowawszy zatem znów nań spojrzenie, pospieszył z odpowiedzią, nadając swojej wypowiedzi pouczający ton:

- Zrzeszając się w pierwsze cywilizowane wspólnoty, człowiek dobrowolnie zrzekł się pewnej części przysługującej mu wolności na rzecz bezpieczeństwa i stabilności, które umożliwiły ludzkości rozwój. Na straży tego porządku stoją pewne odwieczne, niezmienne zasady, którym musimy się podporządkować lub przyjąć na siebie ciężar konsekwencji odmowy życia w strukturach społeczeństwa. I tak, jak wszędzie na świecie przyjmuje się, że niestosownym jest obrażać czy - co gorsza - napadać gości w swym domu, tak też i jest w tym przypadku - jakkolwiek nawet jemu było trudno nazwać Niemców "gośćmi" i nie skrzywić się na dźwięk takiego przekłamania, był to jedyny sposób, by w dużym uproszczeniu - odpowiednim dla domniemanego niezbyt wysokiego poziomu jego erudycji - przekazać Renardowi tę myśl -- Goście - zapowiedziani czy nie - przychodzą i odchodzą, lecz wzajemne urazy i zatargi już pozostają.

Nie przypuszczał, by te słowa w jakikolwiek sposób wpłynęły na sposób postrzegania tego ogólnoświatowego konfliktu przez jego rozmówcę. Jemu podobni - przeciętny, prosty lud - postrzegali świat przez pryzmat swoich ograniczonych potrzeb i równie wąskich umysłów: interesowało ich, czy będą mieli za co kupić chleb następnego dnia; czy w kranie będzie gorąca woda. Mâron patrzył w przyszłość, przyjmując pozycję rachmistrza, w którego kalkulacjach dobro poszczególnych jednostek - z wyjątkiem jego samego, rzecz jasna! - było pomijalne, jeśli ogólna suma wciąż się jeszcze zgadzała.

Na brak słownej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie dotyczące rodowodu, odpowiedział jedynie zmrużeniem ślepi. Nic nie wyrzekł, bo i nie planował drążyć tego tematu, przyjmując, że nie jest to - zważywszy na jego narastające pragnienie, by opuścić siedzibę teatru - sprawa najwyższej wagi. W głębi ducha, nie był też zachwycony zapytaniem Damiena, które w najlepszym razie mogło świadczyć o jego ignorancji. Westchnąwszy więc tylko, zdobył się na jeszcze jedną wypowiedź:

Każdy do czegoś dąży, czyż nie? W każdym razie: każdy rozumny człowiek - a w spojrzeniu, którym obdarzył chłopaka, kryła się myśl, że prałat może poddawać w wątpliwość, czy ma sposobność z takim właśnie rozmawiać - Już starożytni filozofowie - a później: św. Paweł czy, w zeszłym stuleciu, Herbert Spencer - głosili tezy, iż struktury społeczeństwa przypominają organizm, w którym każdy - na podobieństwo tkanek i narządów - przyjmuje stosowne funkcje - tu słaby uśmiech zagościł na obliczu prałata - Piękna to metafora, nieprawdaż? Łatwa do zilustrowania. I tak też w Kościele powszechnym każdy zajmuje należne mu miejsce: jedni głoszą Słowo Boże, inni niosą pomoc potrzebującym... ja zaś zabiegam o przywrócenie Bożego Pokoju.
To zaś będzie możliwe tylko wówczas, gdy jedna strona będzie odnosiła się do drugiej z należytym szacunkiem i zrozumieniem dla kierujących nią motywów. I to dotyczy i - tu skierował palec wskazujący w stronę Renarda - jednych, i drugich.

Nie oczekując zaś już kolejnych pytań, ani też myśląc na żadne odpowiadać, wyrzekł jeszcze tylko:

A teraz: wybaczcie mi, jednakowoż jestem zmuszony się oddalić. Rad jestem, że miałem okazję Was poznać, Monsieur Mora. Ta rozmowa była dosyć... - jakby iskierka błysnęła w oku księdza, gdy uczynił celową pauzę - ... niezwykła.
Skinąwszy mu zaś głową na pożegnanie, rzucił jeszcze, oddalając się w stronę wyjścia: - Gdybyście życzyli sobie poruszyć jeszcze jakieś tematy, sugeruję, byście uczynili to listownie - na adres nuncjatury apostolskiej we Francji - lub osobiście - tamże.

A gdy już znikał za rogiem, w jego umyśle rozbrzmiała jeszcze jedna myśl -
złośliwa i nienawistna - która wywołała na twarzy prałata kpiący uśmieszek:
Co innego prostota, co innego prostactwo.

A jednak, dwa kroki dalej, niby niechciany intruz, ozwał się drugi głosik:
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.


A w odpowiedzi na ten nieoczekiwany wyrzut sumienia, które najwyraźniej na starość postanowiło wreszcie wydobyć się ze snu, Prałat Kościoła Katolickiego Léonard Mâron wydął usta w pełnym odrazy grymasie i wyszeptał zgorzkniale:
- Nonsens.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Teatr 'Comédie-Française'   

Powrót do góry Go down
 
Teatr 'Comédie-Française'
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: