IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Katedra Notre-Dame


Share | 
 

 Katedra Notre-Dame

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Katedra Notre-Dame   Sob Lip 02, 2016 1:57 pm



Notre-Dame de Paris

Nad brzegiem Sekwany wznosi się jedna z najwspanialszych wizytówek Paryża i samej Francji - gotycka Katedra Notre-Dame, architektoniczna muza malarzy, fotografów, znawców sztuki czy zwykłych miłośników Paryża. Jej budowa, którą zainicjowali biskup Maurice de Sully oraz król Ludwik VII, trwała prawie dwa wieki i zakończyła się w 1345 roku.
Katedra posiada pięć naw, a jej wnętrze pełne jest zdobień i zabytkowych figur przedstawiających biblijne postacie - w tym przede wszystkim Marię, patronkę katedry. Panujący tutaj mrok rozprasza jedynie światło setek świec oraz barwne refleksy przebijające się przez liczne witraże. Zbadanie każdego fragmentu tego mistycznego wręcz miejsca zajęłoby wieczność i nawet najwięksi znawcy Notre-Dame nie potrafią odpowiedzieć na wszystkie pytania. Katedra przyciąga też wielu śmiałków, którzy mozolnie pokonują wysokości w poszukiwaniu ukrytych w elewacji maszkaronów... choć dla niektórych z nich skończyło się to tragicznie.
Panujący w Notre-Dame nastrój zadumy i spokoju stanowi ucieczkę dla wielu niepewnych o swój los paryżan.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Wto Wrz 06, 2016 11:37 am

Uzyskanie sutanny było dla dowódcy Orleanu doprawdy bezproblemowe, wszakże od lat żył w dobrych stosunkach z duchownymi, miał także wiele zaprzyjaźnionych zakonnic. Czasem jego spotkania z członkami oddziału przebywały właśnie w ten sposób, gdyż podszywając się pod księdza być może zwracał uwagę, ale nie wzbudzał podejrzeń. Kpiny z ust okupantów, jak najbardziej, jednak jeszcze ani razu nie został choćby wylegitymowany, gdy ukrywał się pod koloratką.
Na dziś miał umówione spotkanie z jedną ze swoich podopiecznych, a w związku z tym, że Morgane była rozpoznawalna, należało to jednak rozegrać na uboczu. Dlatego właśnie rudowłosa otrzymała informację, że dowódca będzie jej oczekiwał w Katedrze Notre-Dame, w drewnianym konfesjonale schowanym za figurą anioła. Nadeszła umówiona godzina, dowódca zajął swoje miejsce i oczekiwał na pannę La Fayette. Ponoć miała mu do przekazania ważne informacje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Czw Wrz 08, 2016 5:41 pm

/przepraszam, EmGie, najpierw coś mi wypadło a potem zapomniałam

La Fayette istotnie miała ważne informacje dla swojego dowódcy i już się nie mogła doczekać - istniało spore prawdopodobieństwo, że dzięki niej Ruch Oporu poszerzy się o jedną, z pewnością cenną osobę!
Wyszła z domu tak, żeby trafić na spotkanie na czas - przecież spóźnialskich się nie lubi, a już na pewno nie w RO i na pewno nie, jeśli idzie o spotkania z dowódcą twojego oddziału - i udało jej się trafić do katedry zgodnie z planem.
Ruszyła w stronę odpowiedniego konfesjonału, rozglądając się dyskretnie, żeby upewnić się, że nikt jej nie obserwuje z nadmierną ciekawością. Kiedy już była pewna, podeszła do konfesjonału, upewniając się wcześniej, że znajduje się w dokładnie tym miejscu, w którym miał się znajdować.
- Bonjour - przywitała się cicho, nie mówiąc od razu czegoś jak "tutaj Thot!", bo przecież zawsze istniało prawdopodobieństwo, że to nie ten konfesjonał albo, że jej dowódcy coś nie wyszło.
No, to by było niezręczne, gdyby był tu prawdziwy ksiądz, ale co robić? Trzeba być pewnym!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Pią Wrz 09, 2016 7:36 pm

Rozpoznał jej głos, ale pomagał też fakt, że nie zaczęła od standardowej formułki "Niech będzie pochwalony...". Uśmiechnął się pod nosem, poruszył spokojnie na niewygodnym siedzeniu i odpowiedział po francusku.
- Witaj, Thot - ona także wiedziała już, z kim ma do czynienia.
Mimo faktu, że przebywali w świątyni, nie mogli być w stu procentach pewni swego. Poczucie bezpieczeństwa było pojęciem abstrakcyjnym w czasach niemieckiej okupacji.
- Co Cię do mnie sprowadza? - zapytał cicho, bo przecież to ona miała sprawę niecierpiącą zwłoki. Znając rudowłosą, wyjdą na tym korzystnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Sob Wrz 10, 2016 10:02 am

Morgane była na tyle chaotyczną osobą, że nie pomyślała nawet, że mogłaby zacząć normalnie. Chyba za bardzo nastawiona była na spotkanie kogoś, kto wcale nie jest księdzem.
No cóż, ważne że zadziałało!
Pokiwała głową i odetchnęła z ulgą, słysząc, że owszem, to dobry konfesjonał.
- Znam kogoś - zaczęła, pilnując żeby jej podekscytowanie nie stało się za bardzo słyszalne, zwłaszcza na zewnątrz - powinna przecież wyglądać na poważną i pewnie zamyśloną - kto idealnie nadaje się do Ruchu Oporu.
Końcówkę już prawie powiedziała za głośno, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
- Jest Polakiem i do tego był w Polsce żołnierzem. - dodała, chcąc bliżej przedstawić jego postać. Żołnierze zdecydowanie nadawali się świetnie do Ruchu Oporu, chociaż ekhm, aktorzy na przykład też.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Sob Wrz 10, 2016 11:15 am

Słuchał jej cierpliwie i nie przerywał, a gdy usłyszał o nowym potencjalnym kandydacie w organizacji, pokiwał nieznacznie głową, co mogła zobaczyć dzięki cieniowi, rzucanemu przez kratki konfesjonału. Rudowłosa znała zasady i dobrze, że zgłosiła się najpierw do niego, zanim zaczęła działać na własną rękę. Nie chodziło o to, że góra nie wierzyła osądowi swoich ludzi, jednak każdy nowy osobnik musiał zostać sprawdzony wzdłuż i wszerz. Gdyby przyjęli w swoje szeregi wtyczkę, wiele osób mogłoby zapłacić za to życiem.
- Mów dalej. Skąd go znasz? Jak przedostał się do Paryża? - zapytał, zsuwając brwi.
Wydostanie się z okupowanej Polski nie mogło być przecież łatwe, chociaż taki scenariusz był możliwy. Dowódca musiał jednak usłyszeć więcej, zanim podejmie jakąkolwiek decyzję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Nie Gru 18, 2016 6:38 pm

po czterech latach <3 

zaczynamy nowy miesiąc!


Kwiecień był obrzydliwy.
Oślizgłe, ciepłe promienie słońca owijały się niczym macki wokół całego Paryża, a w dotąd pustych i zimnych parkach rozlegał się śpiew ptaków - tak jakbym nie musiała jeszcze słuchać niemiłosiernie nieutalentowanych muzyków, którzy wypadli na ulice miasta w ślad za resztą stęsknionych za ciepłem paryżan. Nie mogłam uwierzyć, że to, co widziałam na ich twarzach, naprawdę było radością, jakąś dziwną i niezrozumiałą dla mnie formą nadziei, że wiosna przyniesie ze sobą zmiany.
Owszem, przyniosła. Ale wcale nie korzystne.
Byli niezmiernie głupi, zatopieni w swojej naiwności jak wrak statku na dnie oceanu. Zastanawiało mnie, jak mogli tak cieszyć się wiosną, skoro wokół wyrastały już kolejki po kartki żywnościowe, a i mnie częściej niż zwykle zaczepiano na ulicy w celu rutynowej kontroli dokumentów. To przegniłe miasto, którego nienawidziłam z całego serca, znów niczego się nie nauczyło i wątpiłam, by kiedykolwiek miało się nauczyć.
A ja na tym cierpiałam - jedna jedyna myśląca, samotna niczym rozbitek na bezludnej wyspie.
Nie obchodziło mnie to, jak wielu ludzi ucierpiało podczas urokliwej wystawy w Hali Wagram; przesadnej empatii nie wzbudzały we mnie również wydarzenia w Gaumont Palace. Liczyło się tylko to, że przez oczywisty brak myślenia, żałosne Vive la France! to ja na tym wszystkim cierpiałam. Musiałam zacząć starać się bardziej, jeśli chciałam przeżyć kolejny miesiąc i zasłużyć na nadprogramowe kartki żywnościowe u moich najukochańszych boches. Musiałam szukać głębiej i wyczulić się na tych, którzy mieli coś przeciwko niemieckiej władzy.
Dlatego też zdecydowałam się skierować swoje kroki do Notre-Dame, górującej nad Paryżem stercie wiekowego kamienia, która w większości ludzi wzbudzała zachwyt - we mnie raczej pytanie to jeszcze tu stoi? Kościoły miały to do siebie, że w ich przestronnych, owianych zapachem kadziła wnętrzach rozlegało się wiele szeptów, choć nie każdy mógł być modlitwą.
Tak więc kiedy stanęłam tuż przed wątpliwym - jak dla mnie - majestatem Notre-Dame, przybrałam wyraz twarzy godny najpobożniejszej panienki w całym Paryżu. Poprawiłam nieznacznie chustę koloru spłowiałego wina, która okrywała moje włosy, i strzepałam nieistniejący pyłek z płaszcza, po czym zdecydowanym krokiem weszłam do środka, zagłębiając się w mrok. Obcasy moich butów zastukały w zalegającej w katedrze ciszy, gdy uklękłam na progu, by się przeżegnać. To było dziwne i nieprzyjemne uczucie, przywołujące obrazy, których nie chciałam widzieć. Nie powinnam była pamiętać tego gestu, a jednak ruch mojej dłoni był tak płynny jak kiedyś, gdy każda sekunda wahania kosztowała mnie naganę ze strony zakonnic.
Z irytacją odpędziłam myśli i wyprostowałam się, zmierzając w stronę majaczącego w oddali prezbiterium. Szłam powoli, ze skromnie splecionymi dłońmi, choć jednocześnie chłonęłam wzrokiem każdy szczegół. W ławkach siedzieli pojedynczy ludzie, bardziej lub mniej skupieni na modlitwie, a czasem po prostu wpatrujący się w przestrzeń. Nie zbliżała się żadna msza ani żadne święto, które miałoby przyciągnąć tutaj skruszonych paryżan, więc katedra pozostawała dosyć pusta.
Im bardziej zagłębiałam się w Notre-Dame, tym więcej rys dostrzegałam na swoim planie. Zatrzymałam się raz czy dwa przy większej grupce wiernych, udając, że podziwiam jakiś detal architektoniczny, który w ogóle mnie nie obchodził, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Ludzie mówili o Bogu, a ja chciałam usłyszeć o ukrywanych w domu zakazanych książkach, sfałszowanych kartkach lub czymkolwiek innym, co mogli mieć na sumieniu moi rodacy. Wzdychając w myślach, skierowałam się w końcu do bocznej nawy i zajęłam miejsce na skraju ławki, tuż za pękatą kolumną, która wyrastała z podłogi, pnąc się ku ginącemu w ciemnościach sklepieniu. Nie miałam pojęcia, na co liczyłam - może na to, że zjawi się tu ktoś inny, zwabiony pewną dyskrecją, jaką zapewniało to mało widoczne miejsce? Schowana za kolumną, mogłam nawet swobodnie obserwować ludzi, którzy usiedliby nieopodal.
Czas jednak dłużył się w sposób, jakiego nie potrafiłam przewidzieć; moje kolana błagały już o litość, nieprzyzwyczajone (odwykłe?) od klęczenia. Udawałam pogrążoną w modlitwie, ale coraz bardziej męczyła mnie ta rola - do tego stopnia, że w końcu nie wytrzymałam i usiadłam z powrotem, jeszcze raz tłumiąc w sobie irytację. Może Bóg nie lubił donosicieli?
Rozejrzałam się z rezygnacją dookoła, a mój wzrok natrafił na leżący na pulpicie ławki modlitewnik - o ironio, moje jedyne zbawienie. Wychyliłam się nieco w bok, by go dosięgnąć, po czym zacisnęłam palce na wytartej skórze, którą znaczyły bladozłote litery. Nie wiedziałam, czy do kogoś należał, czy może w katedrze było sporo takich modlitewników, jednak przynajmniej miałam zapewnioną drobną rozrywkę. Zaczęłam kartkować bezmyślnie książeczkę, biegnąc spojrzeniem po tekstach modlitw, które mgliście pamiętałam, ale moja dłoń wkrótce powędrowała do kieszeni płaszcza, gdzie zawsze trzymałam garść ołówków. Byłam przecież artystką z prawdziwego zdarzenia, nieprawdaż?
Może było to bezczeszczenie dzieła Bożego, może popełniałam właśnie czyn niegodny, ale z czystą, grzeszną przyjemnością oddałam się bazgraniu po tak kusząco białych stronach. Nie tworzyłam kolejnej Mona Lisy - byłam zresztą ponad takie dzieła - ale z trawiącej mnie nudy kreśliłam na cienkim papierze koślawe litery, które zawsze sprawiały mi taką trudność, a które układały się w moje niewdzięczne imię. Gdyby nie cierpliwość, z jaką moja siostra Lucette tłumaczyła mi tę tajemną sztukę, kiedy miałam zaledwie kilka lat, zapewne podpisanie się sprawiałoby mi jeszcze większą trudność.
To, co widniało w modlitewniku, było szczytem moich kaligraficznych możliwości - koślawe b, potem banalnie proste l, ale po w miarę okrągłym a i n zaczynały się schody. Linie biegnące w górę, w dół i na boki wyprowadzały mnie z równowagi, a efekt w postaci wybitnie dziecięcych c, h i e pozostawał równie mizerny jak przed laty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Pon Gru 19, 2016 9:19 am

Doczekałyśmy się!

| po rozmowach z Gavrochem

Kwiecień był przełomem.
Miał charakter cezuralny, graniczny, wydzielający dwa następujące po sobie okresy. Z jednej strony był zapowiedzią zmian następujących w przyrodzie, naturalnych procesów determinujących następowanie pór roku. Zima oficjalnie zaczęła niknąć za horyzontem, stopniowo, lecz konsekwentnie stając się pełną delikatności oraz ostrożnego ciepła porą wiosenną. Dostrzegała ją, gdy, opuszczając klasztor, widziała zieleń wychylającą się spod warstw zbutwiałej ziemi, pierwsze pąki nieśmiało formujące się na wątłych gałęziach czy zwierzęta coraz odważniej wychylające się ze swoich szczelnych nor. Czuła ją w powietrzu za każdym razem, kiedy wiatr rozbijał się o nieosłoniętą płaszczem skórę, przemycając już nie tyle zimno, ile podmuchy ciepła wymieszane z wilgocią kropel deszczu. W końcu odnajdywała ją w twarzach przechodniów - odmienionych, nie tak zasępionych i poszarzałych, a jakby lekko rozjaśnionych, być może nawet młodszych o parę miesięcy. Kondycja Paryża okupowanego zdawała się grać zmienną niezależną, gdy, pośród biegu naturalnego zegara biologicznego, wszyscy wokół zdawali się być o wiele bardziej urzeczeni perspektywą rozkwitającego miasta aniżeli ciężaru zmian, jaki przyniósł ze sobą nowy miesiąc. Być może właśnie z pomocą promieni słonecznych, przebijających przez poszarzały nieboskłon, wypierali ze świadomości nieprzyjemne myśli krążące wokół kolejnych kajdan, które wkładała im władza? Być może karmili się naiwnie tą namiastką nadziei zdobytą za przysłowiowy uśmiech, licząc, że, zgodnie z biegiem wskazówek natury, wszystko samo się ułoży, a wiosna własnymi siłami wymaże z ich głów widmo okupacji?
Tacy byli przecież zawsze - dorosłe dzieci pełne wiary w samostanowienie trwającego wokół świata. Wciąż zapominali, że to do nich należał wybór, a zdawanie się na ulotność natury wydzierało go z ich rąk.
Jednak obok rozważań odnośnie wpływu kwietniowej pogody na społeczność, zawsze towarzyszyła jej też myśl związana z przemijaniem, ulotnością życia. Magiczne cyfry - dwójka oraz ósemka - tańczyły przed oczami, przypominając, domagając się uwagi zafrasowanej doczesnością Lucette. Nie chciała na nie patrzeć, nie chciała zginać i rozkładać palców w dziecięcym geście wytyczającym kolejne lata, które naznaczone były licznymi obrazami przeszłości. Zwykle przecież ciężkimi, trudnymi do przetrawienia po raz kolejny, zepchniętymi gdzieś na dno umysłu i szczelnie zasypanymi sprawami bieżącymi. Im mniej jednak dzieliło ją od trzynastego, tym dół, który w grobie zamierzchłych czasów kopała własna podświadomość, stawał się coraz głębszy, a wspomnienia przedostawały się, stając przed nią, zupełnie jak duchy, nocne mary, którym musiała stawiać czoła i które powoli, lecz uparcie rozwarstwiały jej pewność siebie.
Szukała sobie zajęć na siłę, wypełniając każdą wolną chwilę pracą. Siostry uśmiechały się pod nosem, podziwiając pracowitość, jaka przyszła wraz z pierwszymi symptomami wiosny. Czasem, w tym swoim podziwie, usiłowały nieco odciążyć zapracowaną siostrę, czasem oferowały pomoc, a ona i tak uparcie zbijała wszystkie te propozycje, spokojnie kręcąc jasną głową i wciągając na usta lekko pobłażliwy, na wpół naturalny uśmiech. Dalej pieliła ogródek, pielęgnowała sad, w wolnej chwili porządkowała biblioteki, prowadziła chór, uczestniczyła w modlitwach, a gdy i to finalnie przestało wystarczać, zgłasza się do pomocy w przygotowywaniu nabożeństw.
W Notre-Dame miała wyłącznie ułożyć kwiaty w wazonach znajdujących się przy bocznych ołtarzach. Przyniosła ze sobą całe naręcza ułożone w mniejsze i większe bukiety, przetykane różami hodowanymi w szklarniach, jak i zwykłym margerytkami, jedne wielobarwne, a inne monochromatyczne. Przekładała je między sobą z uwagą oraz namysłem, wkładając do kolejnych wysokich flakonów, układając w stosy mniejsze i większe, tworząc kolejne estetycznie równe rzędy, z których jasny pyłek sypał się na pościerane dłonie. Do mnogości zapachów zdążyła już przywyknąć, bez słowa zająknięcia zatracając się w wykonywanych czynnościach. Co pewien czas tylko zatrzymywała się nieco lub zwalniała, nasłuchując odgłosów kroków odbijających się na posadce, modlitw oraz szeptów przybyłych, mimowolnie usiłując wyłapać z nich choćby słowo, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia, aby zaraz znów powrócić do pracy.
Prawdopodobnie nigdy nie zwróciłaby uwagi na postać, która skierowała swe kroki do bocznej nawy, gdzie, nieco bardziej z tyłu, przebywała. Miała przecież stanowić tylko kolejną udręczoną duszę poszukującą spokoju w ścianach monumentalnej świątyni, szarego człowieka złowionego przez chęć uspokojenia własnego sumienia w obliczu szalejącego na zewnątrz zamętu. Przelotnie więc zerknęła na szczupłą, kobiecą sylwetkę klęczącą samotnie i z powrotem zajęła się kwiatami, co parę minut mimowolnie unosząc wzrok, który lustrował postać. Zupełnie bezwiednie; fakt, że do tej pory wszyscy gromadzili się wokół prezbiterium sprawiał, że pozostawała samotna, lecz gdy w zasięgu wzroku pojawiła się żywa dusza, centrum zainteresowania mimowolnie zlokalizowało się wokół niej, jakby złaknione ludzkiego widoku.
Być może była to też kwestia jakiegoś dziwnego przeczucia, szóstego zmysłu, który podpowiadał jej, że w postawie, może ubraniu lub co pewien czas opadającej i wznoszącej się głowie, pojawiło się coś fałszywego, jakiś gest, mający świadczyć o tym, że nie wszystko było na swoim miejscu?
Nie potrafiła jednoznacznie tego określić; obserwowała dość pobieżnie, usiłując skupić się na wykonywanej pracy, która nagle wydała jej się o wiele bardziej żmudna, kosztowała o wiele więcej skupienia niż przed chwilą, wprawiając Lucette w lekką, dopiero kiełkującą irytację. Zdecydowała więc, że finalnie przyszedł czas na prawdziwą przerwę i powoli, bardzo ostrożnie wyprostowała do tej pory zgięte plecy, a w tej samej chwili wzrok mimowolnie powędrował w stronę sylwetki. Jakież było jej zaskoczenie, gdy ujrzała ołówek wyłaniający się spod warstw szarego płaszcza, tak bardzo niepasujący do religijnej atmosfery. Ściągnęła brwi, jednak zaczekała aż dłoń z wyciągniętym przedmiotem opadnie na pulpit, aż ostrożnie, lecz miarowo zacznie poruszać się w znanym tylko sobie rytm.
- Co pani robi? – zapytała cicho, lecz bardzo wyraźnie, a cisza panująca w świątyni uniosła jej głos w stronę zapytanej. Zaczęła też iść w stronę klęczników, pilnując, aby kobieta nie uciekła, zanim nie wyjaśni, co takiego właśnie miało tu miejsce.
Kolejnym zaskoczeniem była twarz – bardzo młoda, szczupła z delikatnymi rysami twarzy, a nie osoby w pełni dojrzałej, jak mogłaby się spodziewać. Skupiła się więc na emocjach ukrytych w kącikach ust oraz oczu, dłonią sięgając po modlitewnik, który zamknęła szybkim ruchem. – Nie jest pani wstyd niszczyć cudzą własność? – zapytała moralizatorskim tonem, w którym zatańczyły nuty oburzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Pią Gru 23, 2016 1:22 am

Nie byłoby w tym przesady, gdybym stwierdziła, że czułam się niczym władczyni Paryża, ironiczna królowa bez korony, której dworem były brudne ulice i jeszcze brudniejsze zaułki. Odkąd skończyłam czternaście lat, zdążyłam wniknąć w to miasto całą sobą; najpierw naiwnie zakochałam się w nim tak jak wielu innych przede mną, a potem latami budowałam trwałe mury nienawiści, by oddzielić się od zbędnej miłości do ville lumière i wszystkich jego pokus oraz zgub. Paryż nie miał w sobie ani odrobiny miłosierdzia i, paradoksalnie, być może dlatego wciąż utrzymywałam się na jego powierzchni, mimo że wielu już dawno spoczywało na dnie.
Kochałam Paryż i nienawidziłam Paryża. Byłam od niego śmiertelnie uzależniona, a myśl ta, głęboko ukryta w mojej świadomości, w najmniej oczekiwanych momentach odzyskiwała swój głos.
Czasem wydawało mi się, że znałam stolicę lepiej niż samą siebie, że mozaika miejsc tworzących to przeklęte miasto była prostsza i o wiele bardziej przejrzysta niż cokolwiek innego w moim życiu. Nauka reguł rządzących jego ulicami zajęła mi wiele lat, jednak teraz miałam niemal całkowitą pewność, że doprowadziłam tę wiedzę do perfekcji.
A jednak istniało miejsce, w którym czułam się niczym intruz i które budziło we mnie ledwie skrywany wstręt. Niepokoiła mnie świadomość tego, że w tej wyimaginowanej hierarchii stałam tym razem znacznie niżej, a posępne i chłodne ściany Notre-Dame nie były skore odsłonić przede mną swoich sekretów, tak jak czyniła to pierwsza lepsza ulica. Nie pasowałam do tego miejsca, byłam wadliwym elementem, nutą fałszu, która wkradała się w panującą w katedrze ciszę, ale dopiero zaczynałam to rozumieć.
Już kiedyś tak się czułam - już kiedyś nienawidziłam tych twardych, niewygodnych ławek, trupiego światła przebijającego się przez witraże i duszącej woni kadziła. Brakowało tylko postaci w habitach i chóru drżących głosów, w których tylko mój jeden pełen był buty oraz ledwie skrywanej złości. Dawny strach nie mógł już powrócić, lecz jego wspomnienie tkwiło wciąż w moim umyśle niczym cierń, nie pozwalając mi się skupić i odegrać swojej roli we właściwy sposób. Miałam sporą wprawę w uciekaniu od przeszłości, ale przekraczając próg katedry, nieświadomie wpadłam w jej sidła.
To była ironia - to ja zwykle zastawiałam pułapki.
Może dlatego ołówek, który ściskałam kurczowo w palcach, zakreślał coraz wyraźniejsze litery, bliski przebicia się przez cienki, delikatny papier. Nie potrafiłam zignorować dziwnej nerwowości, jaka pojawiła się w moich gestach i jaka stopniowo zaczęła wypierać skrajne znużenie. Wątpliwości kołowały nade mną niczym sępy; może źle zrobiłam, przychodząc tutaj? Może błędnie oceniłam szanse?
Niewykluczone, że zadałabym sobie jeszcze co najmniej dziesiątki podobnych pytań, gdyby nie głos, który nagle rozległ się tuż za mną, przecinając ciszę trzema krótkimi słowami. Zaklęłam w myślach. Kłopoty zbliżały się jak sztorm, a ja właśnie płynęłam łódką z przebitym dnem - a raczej rozpadającą się tratwą. Odwróciłam powoli głowę, szykując się na to, że ujrzę parafialną strażniczkę moralności - może nawet właścicielkę modlitewnika; to by było zabawne - jednak widok habitu jeszcze bardziej zachwiał moją pewnością siebie. Popełniłam kolejny błąd - przez twarz przebiegł mi grymas, którego pożałowałam dosłownie w tej samej chwili.
Wspaniale, Blanche.
Miałam przed sobą zakonnicę starszą ode mnie zapewne o kilka lat, a przynajmniej tyle mogłam wywnioskować z twarzy kobiety. Zanim zdołałam zaprotestować, wymyślić na poczekaniu jakieś barwne usprawiedliwienie, nieszczęsny modlitewnik znalazł się w jej dłoniach, a zadane przez zakonnicę pytanie zawisło w powietrzu, domagając się odpowiedzi. Ucieczka - zdecydowanie podejrzana w tej sytuacji - również nie wchodziła w grę.
Z nieludzkim wysiłkiem stłumiłam chęć zamordowania samej siebie. Czy los musiał ze mnie dzisiaj drwić na każdym kroku?
- Czy ma siostra problemy ze wzrokiem? - zapytałam po chwili, ale i tym razem zdałam sobie sprawę z tego, że źle zaczęłam. W moim głosie zabrzmiało więcej irytacji niż uprzejmości, jednak nie było już odwrotu i tylko kreatywność mogła mnie uratować od oskarżycielskiego spojrzenia kobiety. Wyprostowałam się w ławce i uniosłam lekko (arogancko?) podbródek. Chusta zsunęła się bezszelestnie z moich włosów, jeszcze bardziej odsłaniając mi twarz. - Modlitewnik jest mój, właśnie go podpisywałam. Jeśli mi siostra nie wierzy, proszę sprawdzić. I natychmiast mi go oddać, ma dla mnie wartość sentymentalną.
Moje bazgroły trudno było uznać za pełnoprawny podpis, ale modliłam się, by na jednej z początkowych stron nie widniało przynajmniej nazwisko prawdziwej posiadaczki lub posiadacza modlitewnika.
Wbiłam więc nieco natarczywe spojrzenie zakonnicę, zaciskając usta w wąską linię i czekając na werdykt losu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Czw Gru 29, 2016 12:59 am

Nawet nie zauważyła, w którym momencie stała się tą okropną zakonnicą z wiecznie zasępionym wyrazem twarzy, która dwadzieścia lat temu kazała jej przepisywać po sto razy słowa kary, mającej jednocześnie stanowić obietnicę, odbijającą się dziś echem od ścian kościoła.
Nie będę zabierać cudzych rzeczy.
Nie zabierała. Chciała pożyczyć dodatkowy koc na parę chłodnych, grudniowych nocy, które mała Claire miała spędzić uwięziona w izolatce, tuż przy nieszczelnej ramie okiennej, schwytana w objęcia gorączki. Siostry obiecały zapewnić dziecku dodatkowe okrycie, lecz gdy przyszedł mrok, miały zbyt wiele spraw na głowie, aby zatroszczyć się o jedną ze swoich podopiecznych, zmagającą się z ciężką chorobą. Żadne tłumaczenia nigdy nie zdawały egzaminu – być może przez wrodzony upór oraz przekonanie o złych intencjach drugiej strony wychodzące ze strony Lucette – więc także i tym razem wszelkie próby wyjaśnienia przyczyny zniknięcia pierzyn spełzły jedynie na zamiarach oraz dobrych chęciach pochłoniętych przez palące gardło nie. Tej nocy nie spała więc za dobrze; właściwie nie spała w ogóle, pochłonięta przez odręczne składanie liter w słowa, powtarzając wciąż to samo, aż wyryło się w jej głowie ciężkim dłutem, które koniec końców i tak nie dało oczekiwanego efektu, a wzbudziło tylko kolejną falę niechęci oraz buntu.
Paradoksalnie, dzisiaj stała po drugiej stronie – to ona znajdowała się tuż obok rzekomej sprawiedliwości, broniąc podstawowych wartości i pouczając, jak nie warto postępować. Nie czuła się przez to lepiej, choć przecież niemalże całe życie myślała, że właśnie dlatego siostry zakonne pozostawały bezkarne – przez złudną wiarę w swoją nieomylność i ślepo wyznawane, ograniczone zasady. Nie mogła jednak nie przyznać, że w wielu kwestiach miały rację; szkoda tylko, że czasem nie potrafiły zdobyć się na obopólny kompromis, który być może ulżyłby nieco ich mękom związanym z wychowaniem niesfornych sierot.
Jako siostra zakonna miała więc być lepsza, miała dawać innym szansę i zawsze próbować zrozumieć. Tym razem wiedziała jednak, że nie ma zbyt wiele miejsca na empatię, nie w tym przypadku, nie gdy była naocznym świadkiem. Jej wizerunek z góry więc dostał określoną rolę, tekst do wypowiedzenia, który miał lada moment uczynić ją niesprawiedliwie ciekawską i nieznającą życia, niemiłosierną zakonnicę.
Grała już tyle podobnych ról, że niespodziewanie, podjęcie kolejnej takiej, było jej już całkowicie obojętne.
Choć jeszcze na moment zwątpiła, zawahała się. Kto wie, co takiego kierowało młodą dziewczyną? Może właśnie chęć zwrócenia na siebie uwagi przez drugą osobę?
Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko, wraz z grymasem przemykającym po młodej twarzy oraz słowami, które padły niczym wystrzał z karabinu. Ton, niepotrzebnie podjudzający i tak napiętą atmosferę, również nie uszedł uwadze Lucette. Skąd aż tyle gniewu oraz jadu? Czy nie mogła tak po prostu przyznać się do czynu, na którym została złapana? Przecież nikt nie zamierzał zmuszać jej do czegokolwiek, mogłaby po prostu opuścić kościół i nie stwarzać niepotrzebnej sensacji. Kątem oka bowiem, siostra dostrzegała wiernych spoglądających w ich kierunku. Tym bardziej więc zmuszała się do panowania nad własnymi, domagającymi się uwagi, emocjami. Ściągnęła brwi u nasady nosa, nie kryjąc niezadowolenia z powodu wszystkiego, co zawisło w przestrzeni między nimi, ale również nie pozwalając sobie na dalsze, niepotrzebne reakcje.
Przez parę długich sekund trawiła słowa dziewczyny. Notre-Dame zdecydowanie nie było jej naturalnym środowiskiem, mogła się pomylić co do właściciela modlitewnika. Pamiętała jednak dobrze, że tutejsi duchowni po każdym nabożeństwie zostawiali takie same, stare książeczki należące do Kościoła, aby umożliwić wiernym indywidualną modlitwę. Była też niemalże całkowicie pewna, że taką właśnie trzymała zatrzaśniętą w dłoniach, lecz co jeśli dziewczyna posiadała identyczną i to właśnie ona została uznana za własność zakonników?
- Dobrze, sprawdzę więc – odpowiedziała już nieco mniej pewnie, nerwowo spoglądając na punkt sporny, który nadal schowany był w jej dłoniach. Powoli otworzyła go na pierwszej stronie, gdzie, jak na złość, brakowało podpisu właściciela (jeśli taki też istniał). Westchnęła po czym przewróciła jeszcze dwie strony aż natrafiła na drobny dopisek na dole („własność Notre-Dame” wraz z pieczątka), a nieco wyżej litery układające się w imię Blanche. Koślawe, przypominające dziecięce bazgroły, zupełnie jakby osoba, składająca pojedyncze litery w to jedno słowo, miała problemy z pisaniem.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w udawany podpis, samej nie do końca wiedząc czemu. Coś w prostym l, okrągłym a oraz n, dziecięcych c, h i e sprawiało, że nie potrafiła oderwać od nich wzroku, poszukując w głowie czegoś. Usiłowała wypatrzeć to między znakami, jakiś obraz, myśl, cokolwiek. Jednocześnie niemalże zapomniała o obecności dziewczyny, dla której czekanie na jej werdykt również musiało być nużące. Spojrzała w końcu na nią nieco nieprzytomnie, po raz kolejny ściągając brwi.
- Tak, należy do Ciebie – stwierdziła niewyraźnie, podając modlitewnik otwarty na stronie z obydwoma podpisami. Gdyby jednak blondynka chwyciła go, Lucette mimo to nie odpuściłaby dłoni, dalej zaciskając na nim palce. – Blanche – dodała jeszcze, po raz pierwszy od dawna wypowiadając jedno z dwóch imion zakazanych. – Przepraszam. Nawet siostry zakonne czasem się mylą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Sob Gru 31, 2016 1:00 am

Jeszcze nigdy nie zostałam przyłapana - a przynajmniej nie w tym życiu.
W sierocińcu byłam tą, którą karano najczęściej i najboleśniej za cały szereg przewinień - od niewielkiej plamy na sukience po notoryczne ucieczki z modlitwy i lekcji, w jednym i drugim przypadku przyprawiające mnie o ból głowy. Musiało minąć wiele lat, zanim nauczyłam się łamać zasady bez zwracania na siebie uwagi, ale wspomnienie żelaznego uścisku dłoni zakonnicy na moim ramieniu pozostało nawet zbyt żywe. Być może miało to swoje ponure zalety; być może dlatego zdołałam zakorzenić w sobie ostrożność z taką determinacją, z jaką próbowano wbić mi do głowy frazesy o Bogu, które widniały w nieszczęsnym modlitewniku trzymanym przez kobietę. Nie działałam więc pod wpływem impulsu, wręcz brzydziłam się lekkomyślnością, tak typową dla większości ludzi - zresztą gdyby nie ona, nie odnalazłabym prawdziwej miłości oraz czystego zysku w wyjawianiu Niemcom brudnych sekretów lekkomyślnych paryżan.
A mimo wszystko czułam się co najmniej nieswojo z myślą, że po prawie dwuletnim paśmie sukcesów, które odnosiłam w swoim zawodzie, nagle zostałam przyłapana - jak na ironię, przez zakonnicę, co tylko pogłębiało moją irytację. Ktoś, kto nigdy nie przegrał, nie potrafił znieść porażki, a ja z każdą chwilą uświadamiałam sobie, że właśnie przegrałam. Miałam przy tym niewyobrażalne szczęście, skoro chodziło zaledwie o bazgroły w modlitewniku, ale gdyby zakonnica przyłapała mnie na podsłuchiwaniu czyjejś wybitnie prywatnej rozmowy, mogłabym śmiało uznać, że los przestał mi sprzyjać.
Odnosiłam wrażenie, że jej wzrok próbował przeniknąć przez moją skórę i odgadnąć myśli. Czułam też na sobie spojrzenia innych ludzi i bez wątpienia miałam im za co podziękować - zamiast zająć się modlitwą, postanowili przyjrzeć się temu żałosnemu przedstawieniu, w którym z własnej winy grałam najtragiczniejszą rolę. Liczyłam na to, że doskonale się bawili. W przeciwieństwie do mnie.
Ze wszystkich sił starałam się przywrócić na twarz wyraz opanowania i chłodnej nonszalancji, jednak przychodziło mi to z trudem, a narastająca we mnie irytacja powodowała, że wciąż kierowałam ku zakonnicy niemal bliskie gniewu spojrzenie. Było w niej coś dziwnego, co nie pozwalało mi oderwać wzroku od twarzy pozbawionej choć cienia makijażu, konstelacji piegów na policzkach i jasnych oczu, ale nie potrafiłam nadać temu uczuciu jakiejkolwiek nazwy.
Obserwowałam ją uważnie, kiedy otwierała modlitewnik, by poddać próbie moje szybkie (i w gruncie rzeczy marne)  kłamstwo. Chciałam wierzyć, że choć tym razem los obdarzy mnie uśmiechem, nawet wątłym i krzywym, ale im dłużej kobieta wpatrywała się w moje kaligraficzne wysiłki, tym bardziej dziwiła mnie jej reakcja. Nawet jeśli na żadnej ze stron nie widniał podpis prawdziwego właściciela, czy nie powinna była już dawno zwrócić mi feralnego modlitewnika? Zdążyłam już dziesiątki razy wyobrazić sobie, jak wrzucam go do nieśmiertelnych wód Sekwany, gdzie powędrowały już setki innych przedmiotów, ale zakonnica wciąż przyglądała się modlitewnikowi. Wątpiłam, by miała problemy z odszyfrowaniem mojego imienia - nawet dziecko, do którego równie dobrze mógł należeć ten podpis, z łatwością ułożyłoby nabazgrane przeze mnie litery w nieszczęsne Blanche.
- Proszę mi wybaczyć charakter pisma. Gdyby nie moja siostra, pisałabym jeszcze gorzej - rzuciłam od niechcenia, mając nadzieję, że ta niewiele znacząca uwaga rozwieje ewentualne wątpliwości.
W duchu westchnęłam z ulgą, kiedy zakonnica w końcu wyciągnęła ku mnie modlitewnik, choć w dalszym ciągu nie podobał mi się ani ton jej głosu, ani wyraz twarzy. Trochę zbyt szybko sięgnęłam po nową własność, ale zamarłam dosłownie na ułamek sekundy, kiedy z ust kobiety padło moje imię. To też było dziwne uczucie - częściej słyszałam przecież swoje fałszywe nazwisko niż prawdziwe imię, dosłownie jedyny element dawnego życia, który przemyciłam w teraźniejszość.
Zmusiłam się do tego, aby w końcu zacisnąć palce na twardej oprawie modlitewnika, jednak napotkałam opór ze strony zakonnicy. Zerknęłam na nią niepewnie, marszcząc brwi, a moje spojrzenie padło na stronę, na której otwarty był modlitewnik. Widząc swoje bazgroły, a zaraz niżej podejrzaną pieczątkę z jakimś dopiskiem, zesztywniałam lekko. Dlaczego nie dostrzegłam jej wcześniej?
- W porządku, nic się nie stało - odparłam machinalnie. - Może mi już siostra oddać modlitewnik - dodałam szybko, zaciskając mocniej palce na książeczce. Przez głowę przebiegały mi dziesiątki myśli, ale nie potrafiłam skupić się na żadnej z nich, wciąż zerkając to na kobietę, to na modlitewnik. Nie należał do mnie, to było jasne, a jednak z jakiegoś powodu zakonnica przyznała mi rację.
- Przecież nie jest mój. Dlaczego to siostra zrobiła? - zapytałam nagle, z przerażeniem uświadamiając sobie, że ubrałam myśli w słowa. Natychmiast zamilkłam, czując, że na moje blade policzki wypłynął rumieniec. Czy naprawdę musiałam być dzisiaj aż tak głupia?
Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na to pytanie, ale miałam powody, by przypuszczać, że to jeszcze nie był szczyt mojej głupoty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Sro Sty 11, 2017 10:36 pm

Nie od zawsze zdawała sobie sprawę z wagi pamięci. Na początku nie była nawet świadoma jej obecności oraz zawiłych mechanizmów, które składały kolejne obrazy, sortowały i układały w zbiorowiska, mające później utworzyć wspomnienia, do których powracać będzie przez wiele kolejnych lat. Niegdyś nie miała przecież w zwyczaju przejmować się przyszłością, pielęgnować oraz dbać o kolejne chwile ulatującego życia, zwracać uwagę na drobne szczegóły jak pierwsze zmarszczki czające się w kącikach ust matki czy piegi kwitnące na bladych, dziecięcych policzkach sióstr każdego słonecznego lata. Gdyby ktoś zapytał ją o życie sprzed czasów sierocińca, nie potrafiłaby powiedzieć zbyt wiele; kojarzyła jedynie ciasny dom z jasną kuchnią, wielkie donice ustawione w oknach oraz zacierające się sylwetki rodziców. Nie pamiętała już nawet, jaką kawę pijał ojciec, choć niegdyś każdego poranka zaparzała mu ją przed wyjściem do pracy w ogromnym i bardzo przestarzałym dzbanku. Nie kojarzyła też, jakiego koloru była ulubiona wstążka matki, którą, razem z siostrami nosiły na zmianę, każda w określonym dniu tygodnia, jaka była ulubiona zabawa Blanche, czy nawet jak brzmiało pytanie, które Claire uwielbiała zadawać w nieskończoność, choć przecież musiała już znać na nie odpowiedź.
Sama przed sobą musiała przyznać w końcu, że nie pamiętała już nawet, jak wyglądały one, choć przecież, odkąd została zabrana przez Egnerów, cały czas starała się utrwalać w pamięci rysy ich twarzy. Każdego wieczoru próbowała przywoływać dziecięce buzie oraz jasne włosy, paranoicznie wręcz bojąc się, że pewnego dnia zapomni to wszystko, zapomni je, a po rodzinie Guenet zostanie nic więcej ponad rozlatujący się dom, ulokowany gdzieś na obrzeżach Paryża, pusty, wypełniony obrazami, których nie miał już kto oglądać.
Zabawne, że gdy w końcu ten okropny i spędzający z powiek sen, moment nadszedł, nawet go nie zauważyła. Przeszła nad nim do porządku dziennego, jakby nie był na tyle widoczny, aby wzbudzić jej przyziemną uwagę zaabsorbowaną własnym, szarym żywotem, jakby ostatecznie zdążyła pogodzić się z myślą, że szanse na odnalezienie sióstr, jeśli kiedykolwiek istniały, dziś całkowicie spierzchły z horyzontu jej możliwości.
Choć przecież niegdyś obiecywała sobie, że nigdy się nie podda, że będzie do samego końca wierzyć oraz trwać przy nich – jeśli nie cieleśnie, to chociaż mentalnie. Obiecywała też sobie, że nie zapomni, nie pozwoli, aby wiatr przeszłości rozmył sprzed jej jasnych oczu obrazy wspólnej przeszłości, pozwalając im ulecieć w zakątki niepamięci.
A jednak zapomniała. Zapomniała i świadomość ta gryzła jej umęczoną duszę, która niespodziewanie, po sześciu latach, dała o sobie znać w postaci nieracjonalnych wyrzutów sumienia. Wyraz dziwnego udręczenia przetykanego bezsilnością przesuwał się po twarzy zmęczonej Lucette z każdą sekundą daremnych prób uniesienia płachty kryjącej przeszłość. Żałośnie bezsilna wobec wybrakowanej zdolności zapamiętywania zatartego obrazu, liter składających się na imię, lecz nie mogących jednocześnie utworzyć tego jedynego wspomnienia, którego poszukiwała. Wiedziała, że siedzi między nimi, spowite w cienkie, niekształtne linie oraz wybrzuszenia, czuła, że zaplątało się gdzieś między zwojami, lecz nie potrafiła wydobyć go z zakamarków własnej głowy.
A przynajmniej nie do momentu, gdy usłyszała uwagę dziewczyny.
Wyraźnie spochmurniała, lecz nie chodziło już o banalną kaligrafię czy trudności ze składaniem liter w słowa. Wróciła tam, do sierocińca, a słabe światło z lampy znów rozświetlało wieczorny mrok, rzucając wydłużone cienie na cienkie kartki kajetu. Jednym z nich była jej ręką – wsparta na piórze, o długich palcach zaciśniętych wokół skuwki, niebezpiecznie pochylona do przodu zupełnie tak jakby lada moment miała ponownie upaść na pobrudzony papier. Wyciągnęła swoją, aby po raz kolejny ułożyć dziecięcą dłoń, aby pokazać tych parę krótkich ruchów, sekwencji, które stanowiły sedno sprawy. Koślawe znaki ułożone w rządku z nienaturalnie dużymi przerwami pomiędzy kreskami, odznaczające się ciemnym atramentem, nie do końca przypominające jeszcze litery, miały oznaczać imię, choć obydwie wiedziały, że czekała ich jeszcze długa droga, aby osiągnąć perfekcję w tej materii.
Nie zdążyły jednak, jak zresztą z każdym innym słowem, któremu zamierzały nadać kształt. Jedynym osiągnięciem było dobrze czytelne, lecz nadal nieidealne Blanche, które teraz zdawało się krzyczeć z pokreślonego modlitewnika, jakby dopominając się o jej uwagę. Czy to naprawdę były one? Jak bardzo możliwe było, aby przez tyle lat, kształt pozostał ten sam (albo nawet pogorszył się?)?
A może to ona wariowała? Sam napis, wyrażenie imienia jednej z sióstr mógł obudzić w niej fałszywe wspomnienia i zmylić, wykorzystując ziejące w pamięci luki, zacierając dawne obrazy i zmieniając je na nowe. Wyraźnie wahała się, jak powinna postąpić, więc, w jakimś mimowolnym geście desperacji uniosła wzrok, podświadomie licząc, że odpowiedź znajdzie w twarzy. Młodej, może nawet podobnej do jej Blanche, ale czy na pewno? Czy znów nie dawała zwieść się iluzjom wzrokowym, mamiącym obrazem zaginionej siostry, która mogła być na wyciągnięcie ręki?
Nie wiedziała. W tamtym momencie całkowicie zagubiła swój rozsądek i tylko jakimś cudem zdała sobie sprawę, że bezwstydnie patrzy prosto na nią, w jasne, błękitne oczy.
- Nic nie szkodzi – odpowiedziała mało przekonująco. Musiał odchrząknąć, aby głos znów pewnie wydarł się spomiędzy strun głosowych, wypełniając dzielącą je przestrzeń o wiele wyraźniej. – Siostra uczyła panią pisać? – Nie wiedziała, dlaczego dalej pyta, zadając tak bezsensowne i osobiste pytanie. Może chciała podtrzymać rozmowę, znaleźć kilka cennych minut na zastanowienie się, a może po prostu liczyła, że odpowiedź w którymś momencie pojawi się sama, odkrywając przed nimi prawdę.
Wiedziała już, że nie może jej oddać modlitewnika, a przynajmniej nie od razu, pozwalając, aby wniknęła w tłum Paryżan, ponownie znikając z oczu Lucette. Trzymała go kurczow, nie pozwalając, aby dziewczyna spróbowała przedwcześnie opuścić mury Notre Dame, pozostawiając ją w niepewności. Kontynuowała więc ten teatrzyk, po cichu licząc, że jednak, pośród kolejnych słów, pojawi się jakakolwiek odpowiedź, nawet pomimo spojrzeń postronnych, które na siebie ściągnęły. W tej chwili nie liczyło się już wiele ponad utrzymanie tego jednego, ważnego kontaktu wzrokowego.
- Wydaje mi się, że pani może przydać się bardziej – stwierdziła powoli, w końcu puszczając modlitewnik i pozwalając, aby ręką opadła swobodnie wzdłuż tułowia. Nie włożyła w swoje słowa ani odrobiny jadu czy ironii, sprawiając, aby wybrzmiewały lekko i ostrożnie. – A może ma pani jakiś konkretny powód, aby robić to wszystko? – Bardziej zapytała niż stwierdziła, pozwalając blondynce na dowolną interpretację. Przez to miała na myśli oczywiście akt wandalizmu oraz kłamstwo, bo przecież nie mogła zapytać o nic więcej. Przynajmniej nie na razie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Wto Sty 17, 2017 10:35 pm

Coś było nie tak. Coś było nie w porządku.
Zacisnęłam mocniej dłoń na skraju ławki, niemalże wbijając paznokcie w wiekowe drewno. Dotyk gładkiej powierzchni, na której każdego dnia ludzkie ręce składały dziesiątki próśb, nie był jednak wystarczająco rzeczywisty, bym pozbyła się tego nieprzyjemnego uczucia, jakie towarzyszyło mi, odkąd tylko utkwiłam wzrok w twarzy stojącej tuż obok kobiety. Dlaczego jej widok tak bardzo nie dawał mi spokoju? Dlaczego szukając oznak najzwyklejszej irytacji czy dezaprobaty, potrafiłam dostrzec jedynie konsternację? Dlaczego w ogóle chciałam je dostrzec?
Może to był nawyk z przeszłości. Może znów, mając przed sobą siostrę zakonną, spodziewałam się pewnej formy nagany i może niewielka część mnie nadal oczekiwała, że wyłapię w głosie kobiety tę samą moralizatorską nutę, która brzmiała w nim jeszcze przed chwilą i którą słyszałam już wiele lat temu, choć z innych ust - z wielu ust. Czy aż tak za nią tęskniłam?
Nie tęskniłam.
Ale nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego przyglądała mi się z taką uwagą i czemu ja sama nie byłam w stanie odwrócić wzroku. Z każdą sekundą czułam się coraz bardziej nieswojo, a przeraźliwy mętlik, który rozgościł się w mojej głowie, sprawiał jedynie, że tkwiłam wciąż w miejscu niczym jedna z kamiennych figur zdobiących fasadę Notre-Dame - ale w przeciwieństwie do nich nie byłam żadną ozdobą, a tylko intruzem. Nie pasowałam tutaj, stanowiłam wadliwy element układanki i gdyby tliły się we mnie resztki zdrowego rozsądku, skończyłabym tę rozmowę (czy w ogóle mogłam ją tak nazywać?), wydostałabym się z ławki, po czym zniknęłabym w drzwiach katedry, by już nigdy tu nie wrócić. Ale i na to nie potrafiłam się zdobyć.
To było wręcz żałosne - zawsze znajdowałam wyjście z sytuacji i nigdy nie pozwalałam na to, aby zawładnęły mną emocje, w których ukrytych było zbyt wiele wspomnień. Uciekałam od nich na każdym kroku, odkąd tylko zrozumiałam, że ich ciężar nie był wart dźwigania. Nie chciałam przywiązywać nawet najmniejszej wagi do obrazów przeszłości; pragnęłam jedynie wyrzucić je ze swojego życia, jakby nigdy nie istniały, lecz nieustannie odkrywałam, że wcale nie było to takie proste. Sytuacja, w której się znalazłam, paradoksalnie mogła wydarzyć się również dziesięć lat temu - i miałam pewność, że gdybym zamknęła oczy, zobaczyłabym tę scenę ze wszystkimi szczegółami, choć tym razem nie pomiędzy monumentalnymi łukami katedry, a w ascetycznej klasztornej kaplicy. Znów kłamałam i znów moje kłamstwo wyszło na jaw, więc dlaczego jedynym skutkiem było utkwione we mnie spojrzenie zakonnicy i jej dłoń wciąż zaciśnięta na modlitewniku?
Nie znałam odpowiedzi na to pytanie, mimo że usilnie starałam się odnaleźć ją w gestach kobiety. Nie unikałam jej wzroku, wręcz przeciwnie - z tą samą śmiałością odpierałam spojrzenie, bo być może była to jedyna rzecz, jaką miałam odwagę zrobić.
Naprawdę dzisiaj przegrywałam.
Gdy usłyszałam pytanie zakonnicy, zmarszczyłam lekko brwi, dopiero po chwili wiążąc je swoimi poprzednimi słowami, jednak nie mogłam już powstrzymać obrazów, które pojawiły się tuż przed moimi oczami na dźwięk słowa siostra. W rzadkich chwilach, gdy myślałam o Lucette - gdy myślałam o Claire - czułam się trochę tak, jakbym brała do ręki starą fotografię ukrytą pod szkłem, na którym zgromadziła się warstwa kurzu. Niezależnie od tego, jak bardzo starałam się skupić wzrok, by dostrzec rysy twarzy zaginionych sióstr, upływ czasu był przeciwko mnie.
Nie chciałam ich wspominać - a przynajmniej nie w tych okolicznościach. Dwie osoby, które straciłam przed laty i które nadawały mojemu życiu przynajmniej odrobinę wartości, były zbyt wrażliwym tematem, głęboko skrywaną słabością, do jakiej nie chciałam się przyznawać nawet przed samą sobą. Coraz bardziej zaczynałam żałować, że w ogóle się odezwałam, a jednak mój wzrok mimowolnie podążył ku świeżo zapisanym w modlitewniku literom. Lucette, nie byłabyś ze mnie dumna, widząc te bazgroły.
- Pisanie nigdy nie było moją mocną stroną - odezwałam się w końcu. Głos prawie uwiązł mi w gardle, a słowa brzmiały słabo, prawie drżąco, tak jak nigdy wcześniej. - Tylko ona miała cierpliwość, by wyjaśnić mi, czym jedna litera różniła się od drugiej. Nigdy jej za to nie podziękowałam - dodałam jeszcze, po czym zacisnęłam usta w wąską linię. Nie byłam w stanie powstrzymać potoku słów; może dlatego, że był to pierwszy raz, gdy miałam okazję mówić o siostrze. Duszone latami zadania, myśli i porzucone dawno marzenia wzbierały we mnie całą falą, a ja czułam się wobec nich bezradna. Przywykłam do tego, że nikt nie pytał mnie o moje życie, a tym bardziej o bliskich - w Fleur-de-lys byłam zaledwie ciałem, a dla Niemców liczyły się tylko moje donosy. Nie sądziłam zatem, że pierwszą osobą, której mimowolnie powiem coś więcej, będzie zupełnie nieznana mi kobieta, zakonnica, a na dodatek ktoś, kto przed chwilą przyłapał mnie na kłamstwie.
Gdy jej palce w końcu ześlizgnęły się z modlitewnika, przez moment znów nie wiedziałam, co powinnam zrobić - odłożyć tę przeklętą książeczkę, wziąć ją ze sobą? Niewiele pomogła nawet zachęta kobiety, bo doskonale wiedziałam, że pozbyłabym się modlitewnika przy pierwszej lepszej okazji.
- Być może - odpowiedziałam po chwili, choć równie dobrze znów mogłam skłamać, zapewnić ją, że od tej pory będę traktować ten zupełnie bezużyteczny przedmiot z szacunkiem, lecz oszustwo widocznie nie potrafiło dotrzymać mi dzisiaj kroku. Na moje własne nieszczęście, bo kolejne pytanie zakonnicy wręcz błagało o kłamstwo.
Miałam powód - przyszłam tutaj, żeby podsłuchiwać ludzi, a zniecierpliwienie i nieszczęsne ołówki w kieszeni sprowadziły na mnie zgubę. Udawałam wierną parafiankę tylko po to, by nikt nie zwrócił na mnie uwagi, ale w rzeczywistości nie wkładałam w wersy modlitwy żadnej wiary, a każdy mój gest był pusty.
Nieświadomie uniosłam kąciki ust w krzywym uśmiechu, który zamigotał przez moment na moich wargach, po czym szybko zgasł. Na pewno nie chciała usłyszeć takiej odpowiedzi.
- Po prostu myślałam, że lepiej będzie, jeśli skłamię - powiedziałam powoli, pewien wysiłek wkładając w to, by uporządkować myśli i wyłowić z nich kilka składnych zdań. - Kłamstwo jest znacznie łatwiejsze niż przyznanie się do winy... a to kolejna rzecz, która nigdy nie była moją mocną stroną.
To zabrzmiało dosyć szczerze - rzeczywiście nie umiałam przyznawać się do winy. Nauczyłam się nie dopuszczać do siebie jakichkolwiek wyrzutów sumienia i naprawdę szczerze wierzyłam w to, że ich nie potrzebowałam.
A już na pewno nie potrzebował ich ktoś, kto z własnej woli wybrał, aby zdradzić własny naród.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Pią Sty 27, 2017 10:45 pm

Mówiła sobie, że nie może tego przerwać. Nie tego, być może wyjątkowo krótkiego momentu w obliczu całej wieczności sekund przepływających tuż obok, jakiegoś niewielkiego urywka spośród pojedynczego, szarego dnia, kilku powolnych minut, gdy w końcu naprawdę widziała ludzkie oczy. Nie oczy kłamcy, nie oczy oszustki, ani nawet nieznajomej, a oczy osoby, istoty ludzkiej. Jasne, zimne tęczówki spowijające może nieco rozszerzone źrenice, otoczone powiekami i drobnymi, jasnymi rzęsami, powierzchownie zwyczajne, lecz skrywające własną historię tworzącą postać oraz losy, które zarysowały się na jej własnym płótnie życia niepewną, nerwową linią. Kim była i dlaczego przeznaczenie splotło ich ścieżki, jednocześnie wlewając w duszę dysharmonię oraz niepewność? Usiłowała odnaleźć odpowiedź na to jedno, tak ważne pytanie, lecz już nie we własnej głowie oraz obrazach przeszłości, które zdawały się jako żywo przepływać gdzieś obok, a w stojącej naprzeciw dziewczynie. Jej słowa (czyż nie brzmiały one dziwnie słabo, a nawet lekko drżąco jakby mięśnie wyściełające krtań drgały lekko w geście zdenerwowania?), które wyrwały z panującej atmosfery irytację oraz obłudę, teraz znów układały się warstwami w kolejną przeszkodę stojącą na drodze do porozumienia się. Tym razem już nie słynnej kości niezgody, zrozumienia, a dotarcia do czegoś ukrytego na tyle głęboko, że z miejsca, w którym się nie znajdowała, nie była w stanie go dostrzec. Znów widziała tylko oczy, to szekspirowskie, powierzchowne odbicie duszy, które miało nigdy nie kłamać. Nie potrafiła dojrzeć jednak, co tak naprawdę kryje się za nimi, w odbiciu jej własnej postaci zamkniętej pośród dwóch, elipsoidalnych kul wypełnionych przyszywającym chłodem.
Albo może wcale nie chciała dostrzec?
W którymś momencie w końcu musiała uciec w bok. Nie była na tyle silna, aby nieustannie i natarczywie rozkładać ludzkie dusze na części pierwsze, nie obnażając przy tym skrawków samej siebie. Moment, w którym wzrok ostatecznie osiadł lekko nie tyle na rysach twarzy, ile na całej postaci, równomiernie rozkładając się również między światło wpadające przez witraże oraz rzeźby widniejące na ścianach, zbiegł się z chwilą, gdy Blanche (jakże ciężko było jej myśleć o niej w ten sposób, zupełnie jakby imię to było własnością prywatną jej młodszej siostry; choć kto wie, być może dla Lucette miała istnieć już tylko jedna, prawdziwa Blanche?) ponowiła temat pisania. Gdy powróciła do tej myśli, zbieg okoliczności wydawał się już tylko wypłowiałym uczuciem, które przestało wywoływać dreszcze wstrząsające ciałem. Doskonale wiedziała, jak wiele dzieci do tej pory ma problem z pisaniem oraz czytaniem, że dostęp do odpowiedniej edukacji nadal nie jest równomierny. Jeśli dobrze szacowała, stojąca przed nią dziewczyna musiała urodzić się między jedną wojną a drugą, co tylko dodawało prawdopodobności teorii na temat powodów, dla których nauką zajmowała się siostra, a nie matka czy jakakolwiek placówka oświatowa.
Nie było w tym nic nadzwyczajnego.
To wszystko wydawało się na tyle racjonalne, że na moment udało jej się nawet zagłuszyć nieme pytania cisnące się na usta. Spokój powoli wdzierał się, lecz zanim na dobre zdążył rozgościć się w nadal niebezpiecznie drgającym mięśniu sercowym, dalsza część wypowiedzi sprawiła, że chaos znów zaczął powracać. Emocjonalny bałagan, który upadał i powstawał wciąż i wciąż, rodząc kolejne niezrozumienia oraz pytania. Dlaczego to wszystko ożywiało się tak nagle, rozdrapując zasklepione rany, gnębiąc i zmuszając do dalszego drążenia? Dlaczego coś w słowach, rysach twarzy Blanche ciągle nie dawało jej spokoju?
Musiała to zagłuszyć. Nagła potrzeba przywrócenia porządku, nadania tej rozmowie (czy mogły nazywać ten chaos w tak banalny sposób?) zwyczajnego charakteru zawładnęła ją całkowicie. Resztki mechanizmów obronnych, które w dużej części skruszały podczas tych kilku minut, w końcu ruszyły, usiłując wyciągnąć na wierzch tonącą świadomość. Dotychczas rozprężone w niewiedzy mięśnie poruszyły się – najpierw w powolnym ściągnięciu brwi mającym wyrażać (w końcu?) rozpoczęcie procesu myślowego. Wypadało cokolwiek odpowiedzieć na stwierdzenie swojej rozmówczyni, której, prawdopodobnie przyznanie się do błędów nie przychodziło zbyt łatwo. Nieokazanie wdzięczności siostrze, jak widać, było czymś, co irytowało lub dręczyło dziewczynę. Jakże łatwo byłoby jej teraz odpowiedzieć coś banalnego, rzucić kolejny pusty frazes mający wyrażać współczucie, gładki i obfitujący w nadzieję. Słowa same cisnęły się na usta Lucette, same układały w banalne mowy oraz zdania, które każdy chciał usłyszeć i które w tamtej chwili chciał usłyszeć przede wszystkim ,ej rozum, wyraźnie złakniony starej, dobrze znanej pożywki, gwarantującej spokój duszy. Powinna mu ją podać bez wahania, bezmyślnie i wręcz automatycznie, ale nie potrafiła. Milczenie przedłużało się w nieskończoność, mięśnie zastygły w wyrazie skupienia, a dłonie, jeszcze wtedy silnie opierały się na modlitewniku. Niema figura, rzeźba twardo stojąca wokół zawieruchy, zupełnie wyprana z emocji.
Tyle z całej siły, którą w sobie miała czy raczej, o której do tej pory twierdziła, że ją posiada. Może kiedyś istniała, lecz dzisiaj jakby zanikła, została złamana.
- Nie będę namawiać pani do niczego – powiedziała powoli, wiedząc, jak poprzednie słowa musiały brzmieć w ustach siostry zakonnej. Nigdy nie próbowała zmuszać wiernych do modlitwy – tego jednego nie potrafiła zrobić, jakby, pomimo pewnych schematycznych ról, w które starała się wcielać, nie miała tej mocy, która sprawiłaby, że za pomocą jej dłoni wydarzy się coś niezwykłego. Może była to kwestia niewielkiej wiary, a może tego, że, jeśli istniała jakakolwiek siła wyższa, doskonale wiedziała, że pośród jego ludzi kryje się jedna oszustka niezasługująca na żadne łaski? – Chcę tylko, żeby wzięła to pani na pamiątkę tego spotkania. – Pamiątkę, czyli coś posiadającego wyłącznie jedną wartość – sentymentalną. Mogła zrobić z modlitewnikiem co tylko chciała, pozbyć się, zachować lub nawet sprzedać i tylko od niej zależało, czy, chcąc cokolwiek zrozumieć z tego spotkania, odważy się zabrać go ze sobą.
Kontynuowanie rozmowy i zagłuszanie dziwnej ciszy pozwalało jej powrócić na właściwe tory. Z każdym słowem czuła się coraz pewniej, coraz rozsądniej. Mętlik, wobec jasnych, prostych słów, wydawał się tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, które powoli schodziło na bok, zacierało się, zupełnie jak każdy obraz z przeszłości, który do tej pory pojawiał się. Pokręciła więc głową na wypowiedź dziewczyny, coraz wyraźniej odczuwając realność tej sytuacji.
- Kłamstwo nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem – odparła już całkowicie pewnie. Powróciła do swojej roli, w której poruszała się już na tyle płynnie, że nie musiała nawet zastanawiać się nad kolejnym krokiem. Podciągnęła wyżej kąciki ust, wyginając je w delikatnym pół uśmiechu. – Najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa –jak mawiała moja matka. – ale to chyba nie jest niczyja mocna strona – dodała z namysłem, przyznając w jakiś pokrętny sposób, że nawet najlepszym zdarzało się kłamać. W tym jej samej, lecz oczywiście nie mogła powiedzieć tego wprost. Podważanie własnego (wątpliwego?) autorytetu nie leżało w jej gestii, szczególnie nie w tej chwili. – To jednak nikogo nie usprawiedliwia. Ale jeśli jeszcze kiedykolwiek zechce pani kłamać, proszę pomyśleć o swojej siostrze – zatrzymała się na moment, czekając, czy słowa wywrą na blondynce jakiekolwiek wrażenie. Może i celowo wykorzystała fakt, że postać ta odgrywała ważną rolę w życiu kobiety, lecz, pośród pobudek czysto moralizatorskich, próbowała też upewnić się, jak wiele znaczy ona dla Blanche. – I zastanowić się, czy w ten sposób odwdzięczy się jej pani.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   Wto Sty 31, 2017 10:20 pm

Miałam słabości. Niezależnie od tego, jak bardzo zapierałam się przed tą myślą, rzeczywistość bezlitośnie pozbawiała mnie pielęgnowanego latami przekonania, że pozbyłam się każdej z nich. Nienawidziłam słabości i gardziłam nimi z całego serca - jeśli jakimś cudem jeszcze je miałam - bo słabości przywoływały tylko przeszłość, o której wolałam zapomnieć. Nie pamiętałam już, kiedy tak naprawdę przestałam cenić własne życie i kiedy uznałam, że doszukiwanie się w nim szlachetnych wartości było żałosnym żartem, skoro jedyną wartość stanowiło dla mnie to, co mogłam wymienić na paczkę papierosów czy kilka dodatkowych kartek żywnościowych. Mimo całego głęboko zakorzenionego egoizmu i pychy doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, kim byłam i jak niewiele znaczyłam - dla samej siebie, a tym bardziej dla innych ludzi, dla całego szeregu osób, które bez wahania naznaczyły moje życie upokorzeniem. Nie mogłam patrzeć w przeszłość, jakbym przeglądała album pełen fotografii, które utrwaliły uśmiech, szczęście i tak obce mi, prawie abstrakcyjne ciepło. Nie potrafiłam dostrzec żadnej z tych rzeczy, bo wzrok przysłaniało mi jedynie wszystko to, co utraciłam. Dlatego nie chciałam patrzeć; wolałam być ślepa na podążające za mną krok w krok wspomnienia, które nawet teraz zdawały się zniekształcać otaczającą mnie szczelnie rzeczywistość, nakazując mi wciąż szukać czegoś w twarzy kobiety i wypowiadać słowa, jakich wcale nie chciałam wypowiedzieć. Przecież na nie nie zasługiwała; nie ona, nie zupełnie obca kobieta, z którą łączyło mnie tylko nieuważne kłamstwo. Dlaczego więc mówiłam jej o Lucette? Dlaczego rozmyte przez upływ czasu wspomnienie siostry nadal nie chciało opuścić moich myśli?
Dobrze wiedziałam, że to właśnie była słabość, która na powrót budziła we mnie urojone nadzieje. Zamiast nie pamiętać, znów pamiętałam wszystkie chwile spędzone z siostrami - tak żałośnie krótkie, gdy porównywałam je z całym swoim późniejszym życiem - i wszystkie pytania, które zdawałam sobie, dopóki nie postanowiłam, że lepiej już nie pytać. Co się z nimi stało? Gdzie były? Czy jeszcze były? Wciąż jeszcze nie potrafiłam uzmysłowić sobie, że wystarczył zaledwie impuls, jedna nieopatrzna uwaga, by wszystko to odżyło we mnie, zupełnie jakbym znów była tą samą, przerażoną dziewczynką, której świat zawierał się w dwóch życzliwych twarzach sióstr, zanim te zostały jej odebrane.
A ona właśnie to widziała. Nieznana mi kobieta i zakonnica; ktoś, kogo  nie miałam zamiaru szanować. Nie byłam jednak w stanie uciec przed spojrzeniem, które wciąż ku mnie kierowała i które w dziwny sposób wydawało mi się najmniej obce w całej jej postaci. W tym momencie prawie żałowałam, że nie zachowała się tak, jak oczekiwałam. Przecież wcale nie musiała ze mną rozmawiać, mogła oskarżyć mnie o kłamstwo i zmierzyć pełnym niechęci wzrokiem; może nawet kazałaby mi odkupić modlitewnik? Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy, czego tym bardziej nie rozumiałam i już nawet nie próbowałam zrozumieć, kiedy kobieta powiedziała, bym wzięła modlitewnik. Usta drgnęły mi, bliskie ironicznego uśmiechu, ale zamiast tego pokręciłam tylko lekko głową. Nie gromadziłam zbędnych przedmiotów, a trzymana przeze mnie książeczka do takich właśnie należała. Nie gromadziłam też pamiątek - czy warto było cokolwiek wspominać? - ale mimo wszystko zmusiłam się, by z pewnym wahaniem schować modlitewnik do kieszeni, choć nie był to nawet najmniejszy przejaw skruchy czy chęci zadośćuczynienia za winy.
- Chciałabym siostrze obiecać, że jeszcze kiedyś go otworzę, ale wtedy znów musiałabym skłamać - powiedziałam po chwili. Nie było już sensu udawać.
Jej kolejne słowa sprawiły, że znów niemal uśmiechnęłam się ironicznie. Najgorsza prawda brzmiała najlepiej tylko wtedy, gdy nikt nie wypowiadał jej na głos i tak właśnie było w moim przypadku. Kłamstwo i wszelkie półprawdy splotły się z moim życiem w dniu, gdy po raz pierwszy złożyłam donos, a później tylko narastały, stając się dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Nawet myśl o siostrze nie była w stanie cudownie wskrzesić we mnie uczciwości, z której zrezygnowałam już wiele lat temu, wybierając kłamstwo. Jeżeli kłamałam, nie mogłam być uczciwa. To było oczywiste.
Nie istniał żaden stan pomiędzy.
Nie wiedziałam też, czy Lucette wybaczyłaby mi oszustwo; czy byłaby w stanie zrozumieć moją absolutną obojętność wobec losu własnych rodaków, upatrywanie korzyści w niemieckiej okupacji i głęboki materializm, którym kierowałam się na każdym kroku. Ale podświadomie zdawałam sobie sprawę z tego, że gdybym kiedykolwiek odnalazła siostrę - siostry - nie mogłabym powiedzieć im prawdy.
Być może wtedy po raz pierwszy poczułabym coś, co inni nazywali wstydem.
- Nigdy nie zdołam jej się odwdzięczyć. Nieważne, co takiego bym zrobiła - odpowiedziałam w końcu, wyraźnie czując ciężar swoich gorzkich słów. Kilka lat chwiejnego szczęścia wśród sióstr, jakiego doświadczyłam, zanim szczęście bezpowrotnie zniknęło z mojego życia, zasługiwało na o wiele więcej.
Nie chciałam już poruszać tematu kłamstwa (przecież lepiej było milczeć, prawda?), a poza tym czułam, że nie wytrzymam już dłużej w tym miejscu, w potrzasku własnych myśli. Wciągnęłam do płuc chłodne, katedralne powietrze przesycone zapachem kadziła i wosku, by choć trochę się uspokoić.
- Przepraszam, ale muszę już iść - rzuciłam. - Dziękuję siostrze - dodałam szybko, choć dziękuję zabrzmiało w moim głosie wręcz niezgrabnie. Zanim zakonnica zdołała cokolwiek powiedzieć, szybko wydostałam się z ławki, przemykając tak blisko niej, że jeszcze raz przez krótki moment przyjrzałam się jasnym oczom kobiety. Znów szukałam w nich czegoś, czego nawet nie potrafiłam określić.
Moje kroki zadźwięczały na kamiennej posadzce, ale odważyłam się przystanąć dopiero wtedy, gdy znalazłam się na samym końcu nawy, za sobą mając drogę, którą pokonałam, a po swojej lewej stronie zarys drzwi. Nie wątpiłam już, że nie powinnam była tutaj przychodzić i że była to decyzja, której miałam długo żałować, ale mimo wszystko jeszcze nie chciałam wyjść. Walcząc ze sobą przez chwilę, odwróciłam się (czy tego również miałam później żałować?) i spojrzałam w stronę zakonnicy, choć teraz była już tylko ciemną postacią majaczącą gdzieś na drugim końcu nawy. Twarz kobiety skrywał panujący w katedrze półmrok i mogłam jedynie wyobrazić sobie jej oczy - uważne i widzące więcej niż by się zdawało. Czy ona też teraz patrzyła? Czy powróciła już myślami do własnych obowiązków, zapominając o całym zdarzeniu?
Nie miałam pojęcia, czy odpowiedź na te pytania była mi w ogóle potrzebna, a jednak pewną chwilę zabrało mi pokonanie kolejnych kilku kroków i zaciśnięcie (lekko drżącej?) dłoni na lodowatej klamce. Gdy w końcu pchnęłam drzwi i znalazłam się na zewnątrz - znów w promieniach tego samego kwietniowego słońca co wcześniej - po raz kolejny poczułam się dziwnie.
Prawie tak, jakby coś, co bardzo chciałam sobie przypomnieć, umknęło mi w ostatniej chwili.

zt x2 <333
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Katedra Notre-Dame   

Powrót do góry Go down
 
Katedra Notre-Dame
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: