IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Prosektorium


Share | 
 

 Prosektorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Prosektorium   Czw Gru 22, 2016 12:54 am



Prosektorium

Prosektorium znajdujące się w najniższej kondygnacji Szpitala Świętej Anny nie wyróżnia się niczym szczególnym od setek podobnych sobie placówek rozsianych po całym kontynencie. To stosunkowo przestrzenne pomieszczenie podzielone jest na dwie główne części, pośród których wyróżnić można kostnicę, gdzie przechowywane są ciała zmarłych do momentu, w którym nie odbierze ich rodzina, oraz salę sekcyjną, wyposażoną w  specjalne stoły sekcyjne. Do prosektorium prowadzą dwuskrzydłowe, ciężkie drzwi wzbogacone o żelazną zasuwę, co umożliwia zamknięcie ich na czas zabiegów; do sali sekcyjnej ściśle przylega niewielkie pomieszczenie służbowe, pełniące funkcję chwilowego powrotu do świata żywych dla każdego pracownika tej części szpitala – ten niewielki pokoik wyposażony został w stół, dwa fotele, a nawet samowar, w którym przygotować można ciepłą herbatę. Tutaj przechowywane są również szczególnie cenne narzędzia służące do codziennej pracy, jaką dla pracowników prosektorium są autopsje.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Gru 25, 2016 1:54 pm

/kwiecień!

Jedną z ostatnich rzeczy, na które miał teraz ochotę, było wychodzenie gdziekolwiek, naprawdę. Może i nie miał podbitego oka, które nawet z odległości kilkudziesięciu metrów mówiło ludziom o jego przejściach (całe szczęście), ale za to już z kilkunastu metrów mogli dostrzec rozbity łuk brwiowy i zadrapany policzek, co, owszem, było dość demotywujące. Najgorsze obrażenia co prawda nie były widoczne gołym okiem dla zwykłego przechodnia, ale za to on bardzo wyraźnie je czuł przy każdym kroku. Mocno stłuczone żebra po lewej stronie i dość boleśnie rozcięte ramię po prawej stronie nawet w najmniejszym stopniu nie nastrajały go na jakiekolwiek przechadzki. Jednak od dwóch dni konsekwentnie chodził po Paryżu w poszukiwaniu swojego informatora. Wczoraj odwiedzał każdą możliwą spelunę i ciemną uliczkę w nadziei, że natknie się na jego trop, dzisiaj chodził już tylko po szpitalach.
Bo Nicholasa Allarda nie ma już wśród żywych, a jego prędzej szlag i gangrena trafi, niż pozwoli, żeby taka ilość pieniędzy, jaką mu zapłacił za usługi, poszła na marne. Miał dostać kontakt i go dostanie, nawet jeśli oznacza to grzebanie po kieszeniach nieboszczykowi. Właściwie to i tak ma sporo szczęścia, że Allarda znalazła jakaś miła dusza i odesłała do szpitala, gdzie ostatecznie skonał – przynajmniej nie musiał chodzić po cmentarzach i tracić więcej pieniędzy na wypytywanie grabarzy. Zawsze to jakiś plus. W całym morzu minusów.
Ech. Owszem, widział już martwych ludzi, martwych w różnym stopniu rozkładu, martwych, którzy zginęli w dość drastyczny sposób i teoretycznie nie miał z tym większego problemu, ale do tej pory żadnego nieboszczyka nie obmacywał. A kto wie, gdzie on te swoje informacje przechowuje. I czy w ogóle w jakiś sposób przechowuje – teoretycznie Allard powiedział mu, że dostanie wiadomość papierową, bo on w tym przypadku pełnił tylko funkcję pośrednika, ale kto wie, jak to ostatecznie wyjdzie. Jeśli miał wiadomość ustną, to cały jego wysiłek ostatnich trzech tygodni pójdzie na marne i będzie musiał zaczynać od początku. Zawsze jednak istniało też ryzyko, że metoda na urok osobisty nie podziała na pracownika prosektorium równie łatwo, co na młodziutką lekarkę. Zawsze istniało też ryzyko, że zna tego pracownika prosektorium…
… e tam, na pewno nie, muszą przecież mieć innych ludzi zatrudnionych i chyba nie wszyscy pracują tam dzień w dzień…? Tak było, z całą pewnością. Zresztą, już prawie wieczór, nawet jeśli dzisiaj też ma zmianę, to bardzo możliwe, że już ją skończył. Ugh, oby wszystko poszło po jego myśli. Jest już zmęczony tym dzisiejszym chodzeniem, głodny, ma mokro w butach i przemarznięte dłonie, a żebra bolą go mocniej niż rano, podobnie zresztą jak szwy na ramieniu – naprawdę, jedynym, o czym teraz marzył, był powrót do mieszkania i zjedzenie ciepłego posiłku (czyli jajecznicy, bo niczego innego gotować nie potrafi). A potem wypadałoby zebrać się w końcu do tej mniej oficjalnej roboty, bo przez te wydarzenia z ostatnich trzech dni (a głównie to, że stoczył bohaterską walkę z większymi od siebie oprychami i żyje!) trochę się opuścił. Ech, nie miał lekko!
Przed wejściem do prosektorium zatrzymał na moment. Dłoń Grishy w zawahaniu zawisnęła nad klamką, a na jego twarzy  odmalowała się niepewność. Mimo wszystko, wizyty w miejscu, gdzie królowała śmierć, nie należały do najłatwiejszych. Czy mógł liczyć na to, że najpierw wkroczy do jakiegoś przedsionka, a nie, że od razu uderzą go po oczach stoły z trupami? I czy mógł liczyć na to, że nad jednym z tych stołów nie zastanie pochylonego monsieur Thénarda? Cóż, nadzieję można mieć zawsze.
Westchnął głęboko, wymamrotał coś niewyraźnego pod nosem, po czym nacisnął klamkę i wkroczył do pomieszczenia, w którym odór śmierci uderzył go, zanim jeszcze zdążył cokolwiek zobaczyć. A kiedy w końcu zobaczył, to musiał przyznać, że coś jest w powiedzeniu „nadzieja matką głupich”. Oczywiście, że od razu zobaczył stół z leżącym na nim trupem i oczywiście nad nim pochylony stał nie kto inny, jak Challes we własnej osobie. Grigoriy zapowietrzył się na kilka długich chwil, wpatrując się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
No, pięknie.
Tylko bądź miły, to klucz do sukcesu, bądź m i ł y.
Dzień dobry… czy tam dobry wieczór – zaczął sztywno, oficjalnie, zachowując całkiem przyjazny ton. – Powiedziano mi, że tutaj znajdę Nicholasa Allarda. Chciałbym go zobaczyć. A konkretnie interesują mnie jego ubrania – Uśmiechnął się, miło, niepewnie, z pewnym zażenowaniem, jakby nie był pewny, jak zachować się w takim miejscu, mówiąc o potrzebie obejrzenia nieboszczyka. To jednak była jedynie mimika twarzy. Oczy bowiem zastygły w lodowym wyrazie z każdą chwilą rosnącej niechęci, pięści z kolei jakoś mimowolnie się zacisnęły, a wewnątrz siebie zwyczajnie poczuł nową falę gniewu, choć było to tylko echo tego sprzed trzech dni.
Tylko. Spokojnie. Uśmiechaj się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Gru 25, 2016 10:01 pm

Przez ostatnie dwie godziny zmywał krew z podłogi.
Wszędzie niewielkie czerwone kropki. Skąd się tyle tego w człowieku bierze? Cały korytarz, cała śluza, cały blok, przedsionek sali autopsyjnej, wszędzie czerwone kropki. Odcinały się na nienaturalnej bieli posadzki jak pokrywająca skórę wysypka – miał wrażenie, że kiedy dzisiejszej nocy zamknie oczy, pod powiekami zatańczą mu krwawe, rozbrykane plamki.
Co akurat nie byłoby niczym nowym.
Pracował tu od niespełna pięciu miesięcy, do tego dochodziły cztery lata spędzone w podobnych miejscach w Norwegii – choć jako widz w teatrze anatomicznym bądź czynny chirurg w przepełnionym szpitalu – i jeśli mógł stwierdzić coś z całą pewnością, to wyłącznie to, że widział już niejedno. Widział wielu takich mężczyzn, zupełnie jak ten leżący na autopsyjnym stole, mężczyzn przywożonych w agonii, w stanie, z którego możliwa była wyłącznie jedna droga ucieczki. Kiedyś, kiedy zaczynał studia, czyli w czasach odległych, zapomnianych i nierealnych jak powieści Verne’a były to prawie zawsze ofiary wypadków – po wybuchu wojny zdarzały się niemal wyłącznie postrzelenia, rany od noża czy ciężkie pobicia. Zwłaszcza tutaj. Zwłaszcza w Paryżu.
Ofiary zazwyczaj nie przeżywały, a Svein – kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, jakimś węchem i intuicją – wiedział od razu, jak będzie. Wystarczyło tylko, że zobaczył chłopaka na noszach, zobaczył go podczas rozcinania na nim odzieży czy układania na stole operacyjnym i już wiedział. Nigdy tego nikomu nie mówił (poza Nilsem), nigdy nie zdradził się miną czy nawet spojrzeniem.
Ale wiedział.
Dzisiaj też doskonale zdawał sobie z tego sprawę, kiedy tuż na samym początku południowego dyżuru dźwigali korytarzem ledwie żywego mężczyznę. Z proroczą nieomylnością Svein pomyślał sobie, że dla kogoś tamten mężczyzna jeszcze żyje, może ktoś do niego dzwoni albo go szuka, może to jakaś kobieta, może żona, może matka. Dzwoni albo szuka, bo nie wie, że faceta już nie ma. Nie przeżyje. Coś tam jeszcze w nim drgało, coś tam jeszcze się tliło, ale tak było zawsze – każdy starał się walczyć do ostatniej chwili. Svein wiedział, jak to się skończy, ale nawet w najgorszych koszmarach nie przypuszczał, że nieboszczyk, którego cztery godziny później znieśli mu na dół (i który pozostawił po sobie makabryczną wersję okruszków rodem z Jasia i Małgosi), będzie obiektem zainteresowania akurat…
Potrząsnął lekko głową, odganiając od siebie brzęczące, natrętne i budzące uzasadnioną grozę myśli. Cuchnął zdumiewającą mieszanką wybielacza, proszku czyszczącego oraz spirytusu, co skutecznie uodporniło go na ledwie uchwytną, metaliczną woń krwi oraz czegoś, co każdy laik nazywał zapachem śmierci. Svein nigdy nie uznał za stosowne, aby wyjaśnić, że to zwykły smrodek procesu gnilnego – być może dlatego, że nigdy nieszczególnie lubił żywych ludzi. Większość z nich nie miała do powiedzenia nic mądrego, co jedynie dodawało nieboszczykom atutów.
Potrafili inteligentnie milczeć.
Wiedział, że zmarły pewnie był złym człowiekiem i czeka go potępienie. Nie dostał czasu na poprawę, więc trafi do piekła albo pałacu Náströnd , bo dokładnie siedem dźgnięć nożem przerwało jego złe życie, nim się zorientował, że jest grzesznikiem. Svein tymczasem pochylał się nad jego doczesnym ciałem, ostrożnie zszywając kłute rany i mimowolnie szepcząc w myślach różaniec za duszę, która już niedługo stanie przed Bogiem i niewiele dobrego będzie miała do opowiedzenia.
Nie musiał wierzyć, żeby się modlić. Z perspektywy sekcyjnego stołka to wydawało się po prostu… właściwie. Właściwie, by poprosić o łaskę dla tych, którzy są tak blisko spotkania z jakimkolwiek bożkiem i którzy tak bardzo są na to spotkanie niegotowi.
Choć ledwie moment później sam aż zbyt dobitnie przekonał się, że na pewnie spotkania po prostu nie da się przygotować.
Kiedy ciężkie drzwi ustąpiły pod pchnięciem kogoś, kto przychodził z zewnątrz, Svein nawet nie podniósł wzroku, kontynuując niespieszny rytuał zszywania głębokiej, wymierzonej w sam środek brzucha rany. Pewnie spodziewał się pielęgniarki, której zaloty w ostatnich dniach przybrały formę tańca godowego pawianów (prawdę mówiąc nie miał pojęcia, jak zalecają się do siebie pawiany, ale kiedy myślał o niskiej pielęgniarce, natychmiast zaczynał myśleć również o nich, więc pewnie coś było na rzeczy), jednak jego oczekiwania otrzymały siedem ciosów nożem z chwilą, w której martwąciszę przerwał głos.
Ten głos.
Svein zamarł w bezruchu, a wraz z nim zamarła ręka, z ręką – palce, z palcami – trzymana w nich igła, przewleczona akurat przez uniesiony z chirurgiczną precyzją kawałek pożółkłej skóry nieboszczyka.
Milczał wytrwale przez dokładnie dwadzieścia dwa słowa, którymi uraczył go monsieur
Jestem Nieomylny I Obrażalski
Charron. Nawet wtedy, kiedy
pieprzony idiota, musiał przyjść akurat dzisiaj?
Rémy w końcu zamilkł, Svein nie zareagował, zupełnie jakby go nie zauważył – starał się nie podnosić wzroku znad zszywanej rany, starał się udawać, że wcale go tu nie ma. Chyba sądził, że jeśli się nie poruszy, nie zacznie oddychać i nawet leciutko nie mrugnie powieką, niespodziewany gość po prostu sobie pójdzie.
I gdyby tylko Charron był pawianem, to może by to zadziałało.
- Rodzina? – spokój tego pytania porównywalny był ze spokojem niezmąconego, martwego nurtu Styksu – kiedy Svein nabrał pewności, że nie odgryzie sobie języka ani że nie obleje się idiotycznym rumieńcem w odcieniu buraczanego wywaru, w końcu podniósł wzrok znad nieboszczyka, nagle uświadamiając sobie, że nawet trup miał cieplejsze spojrzenie od tego, jakim obdarzył go Rémy.
- Tylko rodzina ma wgląd w rzeczy osobiste zmarłych – niewiele brakowało, by westchnął w wyrazie najwyższego zniecierpliwienia – nie wiedzieć, czy z powodu tak rażącej niewiedzy ze strony gościa, czy… z powodu gościa we własnej osobie.
Niewykluczone, że z obu tych okazji jednocześnie. To jednak nie miało większego znaczenia w obliczu bladej, pozbawionej jakichkolwiek emocji twarzy Sveina, w której zdawały się żyć jedynie oczy: duże, niebieskie i patrzące na mężczyznę przy drzwiach tak, jak gdyby był bardziej przerażający od leżącego na stole trupa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Gru 26, 2016 2:42 pm

Ugh, ten Allard sprawiał sporo kłopotów jeszcze przed śmiercią: najpierw trzeba było go znaleźć, potem namówić do współpracy, cierpliwie negocjować cenę usług, cierpliwie negocjować podwyżki i przez cały czas znosić jego oślizgły charakter. Sprawa po jego śmierci właściwie miała się całkiem podobnie: najpierw trzeba było go znaleźć, namówić pracownika prosektorium do współpracy, cierpliwie negocjować cenę za dostęp do rzeczy nieboszczyka i ewentualnie zapłacić coś ekstra, no i znosić charakter owego pracownika. Życie nieustannie go doświadcza. I najwyraźniej nie ma żadnych skrupułów, skoro osobą na dyżurze w prosektorium był Challes, jedna z ostatnich osób, które miał ochotę oglądać. Nawet jeśli nieźle mu poszło poskładanie go do kupy.
Ech, gdyby tylko nie natknął się wtedy na ten cholerny patrol niemieckich żołnierzy, teraz nie miałby takiego problemu. Poszedłby po prostu do szpitala i tam zajęłaby się nim jakaś miła i uśmiechnięta pielęgniarka, a nie ten przedziwny mruk. Choć pielęgniarka nie podałaby mu alkoholu ani nie poszłaby z nim do baru… ale to nawet lepiej!! Zero problemów, zobaczyłby się z nią później przy okazji zmiany opatrunku i byłoby bardzo miło i przyjemnie, zero nerwowej atmosfery, zero chęci trzaśnięcia drzwiami albo pięścią w twarz blondyna. Same piękne uśmiechy!
A tak…
… a tak musiał grać miłego i grzecznego Francuza (i sam nie wiedział, dlaczego to robił, skoro przecież zdążył zamienić z mężczyzną więcej niż kilka słów, trochę się już poznali), który przyszedł tu po rzeczy nieboszczyka. Musi zdusić w sobie gniew i wszystkie mało uprzejme słowa, jakimi chciałby uraczyć Challesa. Nie mógł nawet pozwolić sobie na złośliwość, żadną, nawet taką najmniejszą, przez co dosłownie dusiło go od środka. Żadnych komentarzy na temat jego tchórzostwa, czy czymkolwiek to było, techniki czy zostawiania rannych i pijanych ludzi w ciemnych uliczkach późno w nocy. Naprawdę, potrzeba powiedzenia słowa na ten temat po prostu go rozrywała, ale przecież musiał mieć priorytety – najpierw kontakt od Allarda, dopiero potem cała reszta. Thénard jeszcze zdąży pożałować i przemyśleć swoje zachowanie.
Jednak póki co Grisha musiał być wzorem opanowania. Rozluźnił zaciśnięte pięści i poszerzył uśmiech, by wyglądać jeszcze bardziej sympatycznie. Całkiem mimowolnie przeczesał włosy palcami, nie spuszczając z mężczyzny wzroku. Trochę Thénardowi zajęło podniesienie głowy znad trupa, którego akurat zszywał… niby praca jak praca, ale jakoś niespecjalnie mógł się zmusić, żeby choćby zerknąć na tę igłę i kawałek skóry nieboszczyka w jego palcach. Było to jakieś… no po prostu nie. Grisha utkwił więc wzrok w twarzy blondyna, nie spuszczając z niego spojrzenia nawet na moment. Nawet w momencie w którym zrobił kilka kroków  w jego kierunku.
Jestem kuzynem, nasze matki były siostrami – wyjaśnił szczerze, wzruszając lekko ramionami. – I właściwie to chodzi mi tylko o jedną małą rzecz, bardzo ważną dla mnie, którą powinien mieć przy sobie w chwili… śmierci – wymamrotał, robiąc pauzę pod koniec, bowiem teraz miał okazję zerknąć na twarz nieboszczyka leżącego na stole… i był nim właśnie Allard. – Och… - mruknął, z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy, zbliżając się do stołu na tyle, że stał teraz naprzeciwko Challesa. Jednak wzrok miał utkwiony w Allardzie. W pełnej spokoju twarzy mężczyzny i w siedmiu ranach kłutych, które pewnie doprowadziły do jego śmierci, a także w tatuażach więziennych i starych bliznach. Nie mógł powiedzieć, że było mu przykro, choć postarał się o odpowiednio zbolałe westchnięcie. Jakoś wcale nie zdziwił się, że mężczyzna został zadźgany – przy jego charakterze i trybie życia pewnie podpadł niejednej osobie. Nie mniej jednak był dobry w tym, co robił i jego śmierć na pewno zostanie zauważona przez półświatek. Nawet on żałował, że Nicholas nie żyje – tyle pieniędzy wpakował w interes z nim! Wkurzy się jeszcze bardziej, kiedy okaże się, że wiadomość od niego jest nie do odzyskania. Chociaż jeśli nie będzie miał niczego przy sobie, to zawsze mógł zerknąć jeszcze do jego domu, o ile dorwie w swoje ręce adres nieboszczyka. Zbyt wiele osób pewnie jeszcze nie wie o jego śmierci, więc nikt nie powinien się kręcić w pobliżu miejsca zamieszkania Allarda. To też jest jakaś nadzieja.
Proszę? – ponownie zerknął na Challesa, ze wszystkich sił starając się schować tę niechęć do niego głęboko w sobie. No, podaj cenę, nawet ci z a p ł a c ę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Gru 26, 2016 9:22 pm

Odkąd niecałe dwa lata temu wydłubali z jego ramienia dwa naboje dziewięć milimetrów Parabellum, wszyscy w kółko powtarzali, jakie spotkało go szczęście. Svein, pogrążony w głębokim, mętnym morzu obojętności, z powodu bólu i poważnych urazów ciała, na ogół nie protestował. Zresztą nie nawykł do narzekań, lub, broń Boże, użalania się nad sobą. Tylko czasami w nocy, gdy mokry i nastroszony jak górski troll Nils siedział skulony na parapecie, Svein zastanawiał się, czy kogoś z dwukrotnie przestrzelonym ramieniem i skomplikowanym złamaniem nogi, kogoś, kto spędził ostatnie miesiące pod niemiecką okupacją, rzeczywiście można nazwać szczęściarzem.
Lecz własne, przykre skądinąd, położenie nie napełniało go goryczą. Svein naprawdę był głęboko wdzięczny losowi, że udało mu się zamienić betonową, wilgotną i duszną salę szpitalną na obrzeżach Trondheim na nieprzyjazną i ascetycznie czystą kostnicę w sercu Paryża. Nie ma porównania, Nils, mówił tego dnia, w którym przyjęli go jako pomoc do prosektorium. Chłopie, przysięgam, że nie ma porównania. Nils uśmiechnął się wtedy z wyższością, zupełnie jakby od samego początku przewidywał właśnie taki przebieg wydarzeń – Svein, oczywiście, nie spodziewał się po nim niczego innego. Mówił do niego, nie oczekując odpowiedzi, tak jak przedtem przemawiał do mrówki, pęknięcia w ścianie i kratki wentylacyjnej w szpitalu. Nauczył się tego lata temu i choć zdawał sobie sprawę, że nieprzyjemnie balansuje na granicy ześwirowania, nie przestawał, bo… pomagało.
Mówienie do samego siebie cholernie pomagało.
Być może dlatego (nie, do diaska, nie t y l k o dlatego) wizyta monsieur Charrona nie natchnęła go szczególnie imponującymi pokładami entuzjazmu. Pragnął spędzić nocny dyżur we względnym spokoju i cichym towarzystwie ciała, cierpliwie czekającego, aż znikną ostatnie z ran, przez które uleciało z niego życie. To miał być kolejny, nudny i przetykany milczeniem wieczór, taki, gdzie miękką, wrażliwą tkankę ciszy zakłóca wyłącznie cicha rozmowa z Nilsem.
Ale wtedy w drzwiach pojawił się Rémy Charron i wszystkie plany Sveina trafił przysłowiowy (oraz całkiem dosłowny) szlag.
Sørensen łudził się, że zdołał wyrzucić z pamięci wspomnienie ich ostatniego spotkania – potrafił przecież bez wysiłku zapominać o rzeczach przykrych, o takich, które budziły w nim trudne do wytłumaczenia zakłopotanie. Niczego w ostatnich dniach nie pragnął tak mocno, jak przegnania z własnego umysłu obrazów sprzed kilku dni, wydarcia ze świadomości tych barwnych klisz, na których z niedowierzaniem dostrzegał własne postępki. Przez ostatnie dwie doby działało – nie myślał o Rémym, rzucając się w wir pracy, biorąc po dwie zmiany, zanurzając nos w książce aż do momentu, gdy dosłownie nie padał ze zmęczenia. Naprawdę mógł zapomnieć, był niemal u celu, prawie wyzbył się wspomnienia spokojnego wnętrza baru i tego, co nastało po barze – długiego, ciasnego zaułka, do którego docierała jedynie wąska strużka bladego światła latarni.
Jednak wtedy Charron ponownie pojawił się w życiu Sveina i, til helvete med alt!, wszystko wróciło do niego ze zdwojoną siłą.
Dlatego przez bardzo długi moment milczał, znad sekcyjnego stołu bezradnie obserwując, jak Rémy pozostawia za własnymi plecami zamknięte drzwi i zbliża się do niego. Svein dostrzegł ten mimowolny, wykonany od niechcenia ruch dłonią, który już w trakcie ostatniego spotkania wywoływał na jego ustach cień uśmiechu – teraz jednak ściągnął ich kąciki w dół, nadając bladej, skupionej twarzy smutny wyraz.
Nie chciał przypatrywać się, jak Charron przeczesuje palcami ciemne, poskręcane w charakterystyczne loki pasma włosów. Nie chciał słyszeć jego pewnego siebie głosu radiowego spikera, a może kaznodziei prowadzącego lud szeroką ścieżką ku zbawieniu – mimo to ciszę skutecznie rozdzierał dźwięczny, głęboki, aksamitny ton, bardzo właściwy dla kogoś, kto porusza się z gracją właściwą wyłącznie co bardziej rasowym kotom.
- Przykro mi – jasne brwi podjechały delikatnie do góry, jednak w głosie Sveina trudno było wyłapać cokolwiek poza ulotnym cieniem żalu – nawet jeśli nie uwierzył w słowa Charrona, nie dał po sobie tego poznać, przez cały ten czas wpatrując się w mężczyznę z uwagą. Błękitne, nieruchome oczy zdawały się okrągłe jak u sowy, a złote plamki na źrenicach – sprawiające wrażenie, jakby ktoś rozsypał piach na bezchmurnym niebie – w świetle jarzeniówek przybrały intensywnie żółtą barwę.
- Szwy są całe? – jego pytaniu towarzyszył wprawny, choć zaskakująco lekko gest, którym naciągnął na ciało nieskazitelnie białe prześcieradło. Twarz nieboszczyka zniknęła pod jasnym materiałem, a sam Svein – dotychczas nieruchomy i skupiony, jakby postanowił odgrywać postać z hinduskiej czy indonezyjskiej mitologii, jakiegoś Buddę czy Baśwaśwarę w trakcie medytacji – wstał z obrotowego, metalowego krzesła, po zaledwie trzech krokach wymijając Charrona. – I tak powinieneś je ściągnąć, a skoro już tu jesteś…
Svein westchnął tak głęboko, że pośród głuchego, zrezygnowanego ech zniknęło nawet ciche skrzypnięcie drzwi, które prowadziły do niewielkiego pomieszczenia tuż przy kostnicy. Nie sprawdzał, czy Rémy raczył za nim podążyć – pod wieloma względami towarzystwo nagiego trupa było znacznie bardziej kuszące od obecności Sveina, jednak nieboszczyk raczej nie mógł ściągnąć szwów z rany. Raczej – Nils skutecznie podważał tę krzywdzącą dla zmarłych opinię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Wto Gru 27, 2016 11:03 pm

Jak mało kto wiedział, że w życiu nie ma nic za darmo, a sukces musi być okupiony ciężką pracą. Ciężka praca wymaga z kolei cierpliwości i wytrwałości, mnóstwa pokładów samozaparcia. I upartości, na której brak nigdy nie narzekał. Odkąd pamiętał, harował z wytężonymi siłami. A to, by uzyskać uwagę rodziców, by odpracować swoją winę u Stepana, by nauczyć się rysować, by Cherednik czuł, że jego wysiłek nie idzie na marne, by dostać się na uczelnię, by być najlepszym na tej uczelni, by pokazać innym na szkoleniu, że nie należy go lekceważyć, by być najlepszym fałszerzem i, coś, co było jego marzeniem od początku, by zostać uznanym malarzem. Większość z tych celów osiągał bądź jeszcze do nich dążył – powoli, z trudem i ogromem ciężkiej, niepozwalającej mu spać po nocach pracy. Jednak im ciężej mu było, tym większą odczuwał później satysfakcję; przyzwyczaił się do tego, że musi najpierw napracować się za dziesięciu, by osiągnąć w końcu sukces, ale zarazem przyzwyczaił się do tego, że zawsze ten sukces osiągał. Rzadko ponosił porażkę, a co za tym idzie, nie znosił jej najlepiej. Przy każdej płonął gniewem, pluł jadem i unosił się dumą, dążąc do natychmiastowej zmiany stanu rzeczy lub układając dokładne plany, jak do tego doprowadzić. Nie zawsze wychodziło mu ich wypełnianie, niektóre też musiał sporo odłożyć w czasie – jedno i drugie stanowiło ujmę na jego specyficznie pojętym honorze, naruszało wewnętrzny spokój i było źródłem częstego analizowania „co zrobiłem nie tak”, co psuło mu humor i żeby o tym nie myśleć, głośno wypowiadał się na temat wszystkiego, co mu się nie podobało, a zazwyczaj nie podobało mu się naprawdę sporo.
W sprawie z Allardem już węszył niepowodzenie, już czuł wschodzące drugie źródło gniewu i narastającą frustrację. Nie mógł stracić tych trzech tygodni tylko przez Challesa i jego… muchy w nosie? Zmienne humorki? Trudno było mu go rozgryźć i powiedzieć, co nim kierowało. Nie złośliwość, nie należał do tego typu ludzi, trudno było mu też uwierzyć w niechęć do łamania zasad regulaminu w prosektorium. Obraził się? Żeby miał powód! A może traktował go jak błąd, z którym nie chce mieć nic wspólnego? Grisha zmrużył lekko oczy, przechylając głowę na bok – intensywnie się nad tym zastanawiał. Cóż, to miało sens, choć jednocześnie go nie miało, bo to nie on, Grigoriy, był tym, który zainicjował całą sytuację. Wstydził się tego? Od dochodzenia, co z tym facet jest nie tak, już bolała go głowa.
Przykro mu? Co ma zrobić, żeby w końcu się zgodził?! Lykov wciągnął głośno powietrze, już zamierzając powiedzieć mu, że przykro to mu się dopiero zrobi, ale wtedy na niego spojrzał… i po prostu zamarł z lekko rozchylonymi ustami. A niech go, znowu zaczyna z tym spojrzeniem. Już poprzednim razem zdążył zorientować się, że w tych dużych, nieruchomych oczach jest coś zadziwiająco hipnotyzującego i poruszającego. Pochłaniającego. Były jakby smutne i Grisha nabierał ochoty dowiedzenia się, czy faktycznie jest smutny, czy po prostu tak ma. A przecież wcale nie chciał tego wiedzieć. Nie obchodziło go to nawet w najmniejszym stopniu, a swoją uwagę poświęcał mu tylko dlatego, że to właśnie on (a szkoda) może umożliwić mu dostęp do czegoś, czego potrzebuje. Bardzo potrzebuje.
Przestań się tak gapić – burknął w końcu, potrząsając lekko głową, jakby odganiał od siebie niechciane myśli. Zmarszczył lekko brwi, ze zdziwieniem odkrywając, że jego gniew uległ przytępieniu. Wymamrotał więc parę przekleństw pod nosem, piorunując mężczyznę spojrzeniem, przez co umknęło mu pytanie blondyna. Czego on chciał?
Nie wiem, nie przypatrywałem się im ostatnio. Po pracy byłem zajęty szukaniem Nicholasa, wracałem bardzo zmęczony, więc brałem tylko szybki prysznic i kładłem się spać – powiedział z niejakim wyrzutem w głosie, dalej brnąc, nawet jeśli Challes mu nie wierzył, w swoje kłamstwo dotyczące jego pokrewieństwa z Allardem, jakby to jeszcze miało mu pomóc. – Ale bolą. I swędzą. To dobrze? – zapytał ostrożnie, zastanawiając się nagle, czy przypadkiem do jego rozcięcia nie wdało się jakieś zakażenie, za które miałby być odpowiedzialny jego nieszczęsny lekarz. Wtedy chyba naprawdę zrobiłby mu krzywdę. – Jeśli za ściągnięcie szwów bierzesz tyle samo, co za opatrzenie, to nie wiem, czy będzie mnie stać, kiedy zapłacę ci za dostęp do rzeczy Nicholasa – dodał, podążając w końcu za nim. Już zupełnie otwarcie proponował mu łapówkę, chwytając się ostatniej deski ratunku – pieniądze przekonywały każdego, zwłaszcza w tych czasach. – Słuchaj. – Wyprzedził go i stanął przed nim, chwytając go za ramiona. – Bardzo mi na tym zależy, słyszysz? Bardzo. Pojęcia nie masz, jaki byłbym ci wdzięczny – kłamstwo, pewnych rzeczy po prostu się nie zapomina – gdybyś mi dał dostęp do tych rzeczy. Proszę – powiedział z mocą i determinacją w głosie, patrząc mu prosto w oczy. A nie prosił często.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sro Gru 28, 2016 1:01 pm

Co z tym facetem jest nie tak?
Rémy Charron mógł zastanawiać się nad tym przez resztę swojego (pełnego groźnych starć z posiadającymi przewagę liczebną przeciwnikami) życia. Mógł zadręczać się tym pytaniem aż do nabawienia się chronicznej migreny, mógł spędzać noce na bezsensownych dywagacjach, mógł pytać o radę przyjaciół, kaznodziei, filozofów i, w akcie całkowitej desperacji, nawet Boga. Mało istotne, jakie odpowiedzi by otrzymał – te i tak rozminęłyby się z prawdą, nawet nie muskając sedna sprawy.
Bo tak się nieszczęśliwie składało, że z tym facetem w s z y s t k o było nie tak.
Mimo leków, zakończonej fiaskiem próby terapii i całej reszty szajsu był i jest trzęsącą się ze strachu kupą niezdrowej tkanki mózgowej. Szaleńcem. Świrem z urojeniami. Powinien wrócić do mieszkanka na Gobelins, spakować graty i jak na skrzydłach wrócić do Norwegii. Powinien być rozsądny, zadzwonić do Lovise, przeprosić, zainteresować się młodszym bratem. Powinien skontaktować się z Magnusem. Poszukać kolejnego, tym razem naprawdę dobrego terapeuty. Przestać świrować.
A zamiast tego? Zamiast tego nie panuje nad sobą, nad swoim życiem. Frunie z prądem jak balon meteorologiczny.
I czuje, że wkrótce rozleci się z trzaskiem.
Wiedział, iż jest winny Charronowi wyjaśnienia za wszystko, na co naraził go ostatnim razem. Przecież nie chciał, żeby wszystko skończyło się w równie niefortunny sposób – na dobrą sprawę nie chciał, żeby w ogóle się kończyło. Nie mógł jednak cofnąć czasu i odwieść Sveina z przeszłości od tego, co zrobił po opuszczeniu baru albo, wręcz przeciwnie, popchnąć go do dalszego działania, do rozegrania dziewięćdziesięciu minut meczu, a nie tylko pierwszej połowy.
Mógł próbować wyprzeć monsieur Charrona z pamięci… ale to byłoby kolejne kłamstwo. Svein nie potrafił wyzbyć się palącej świadomości, że przez cały ten czas chciał z nim porozmawiać. Tak cholernie chciał pogadać, popatrzeć w czujne, jasne oczy, wytłumaczyć, że jego strach, jego szaleństwo było zbyt ogromne, żeby tamtej nocy doprowadzić sprawy do końca. Że to nadal jest cholernie trudne, bo jego opanowanie to tylko udatnie zachowywane pozory. Że w pewnym stopniu potrzebuje wszystkich swoich dziwactw, zakrętów, niepokojów. Że można, no chyba można, do cholery, popłynąć raz pod prąd, z powrotem, wbrew całemu światu, skoro potrafią to nawet łososie.
Zamiast tego wpatruje się w zmarszczone brwi Charrona i czuje, jak ogarnia go głupi gniew. Dziecinny gniew na niewzruszoną minę, zbyt chłodne źrenice, spokojne dłonie, lekki grymas Rémy’ego. Jak gdyby sam widok Sveina stanowił dla niego niesprawiedliwą karę, przymus, na który skazał go przewrotny los, katorgę, od której chce jak najszybciej się uwolnić.
- Tak, czyli jak? – ciche, ledwie uchwytne pytanie – tak ciche i tak nieuchwytne, że w jakimkolwiek innym, bardziej żywym miejscu nie zostałoby usłyszane – poza narastającą irytacją zdradziło coś jeszcze; wydłużona, wznosząca się jak na przybrzeżnej fali samogłoska, nietypowa i obca dla języka, w który się wkradła, bezwzględnie obnażająca pieczołowicie skrywany akcent.
Niedobrze.
Nie był pewien, czego dotyczyła ostatnia myśl – świadomości, że w podenerwowaniu niemal się zdradził czy wzmianki o karygodnym zaniedbaniu rany? Zacisnął usta w bladą, apatyczną kreskę, z trudem powstrzymując się przed karcącą uwagą na temat niedbalstwa Charrona i konsekwencji, jakie mogło ze sobą nieść.
- Czy ból i swędzenie kiedykolwiek oznaczały coś dobrego? – tym razem pytał spokojniej, ostrożnie dobierając słowa i wyzbywając się z głosu jakiejkolwiek emocjonalności – zostało wyłącznie błyszczące, czujne spojrzenie, które po chwili i tak przeniósł na drzwi, dostrzegając w nich ostatnią deskę ratunku.
- W cenę wliczony jest cały zabieg. Zapłaciłeś ostatnio – nie zauważył czy jedynie udawał, że nie zauważa nieszczególnie zgrabnej propozycji Charrona? Skoro Rémy był gotów wręczyć łapówkę za to, co nieboszczyk w chwili śmierci miał w kieszeniach, Svein nabrał pewności, że będzie w stanie zrobić wszystko, aby dopiąć swego.
I ledwie moment później na własnej skórze przekonał się, jak daleko sięga to wszystko.
Kiedy dłonie Charrona w wyrazie ostatecznej desperacji spoczęły na ramionach Sveina, w oczach blondyna – poza smutnym zobojętnieniem i lekkim niepokojem – zamigotały przygaszone, boleśnie realne iskierki… strachu.
Rémy nieświadomie przekroczył nienaruszalną granicę, uderzając w najcieńszą część muru, którym Svein zaciekle się otaczał – narażając go na nagły, niespodziewany dotyk wytrącił z jego piersi głuche, drżące westchnięcie, by ledwie moment później zmusić  Sørensena do postawienia kroku w tył.
Jak gdyby chciał uciec spod obcego, ciepłego dotyku.
- Słyszałem poprzednim razem, nie musisz się powtarzać – nie chciał, by ton jego głosu zabrzmiał równie ostro, ale słowa wypłynęły z ust nim Svein zdołał nadać im odpowiedni wydźwięk – jednym, gwałtownym ruchem uwolnił się spod dotyku Charrona, po raz kolejny dzisiejszego dnia wymijając go w drodze do pomieszczenia służbowego, od którego dzieliły ich ledwie dwa krótkie kroki. – Dlaczego się niecierpliwisz? – kolejne pytanie padło już z wnętrza niewielkiego pokoiku, gdzie Svein garbił się nad małą umywalką, nerwowymi, niemal sprawiającymi ból ruchami zmywając pod ciepłą wodą wyimaginowany brud z dłoni. – Przecież nie powiedziałem, że ich nie udostępnię.
Tak samo jak nie powiedziałem, że jednak to zrobię.
Odważył się podnieść wzrok znad kranu dopiero wtedy, gdy był w zupełności pewien własnego spokoju – musiał być spokojny, jeśli chciał zdjąć szwy z najwyraźniej zaognionej rany, musiał zachować chłodny profesjonalizm, musiał odłożyć na bok ten głupi, irracjonalny strach przed obecnością drugiego człowieka.
- Usiądź i zdejmij koszulę – postarał się, by ta wyświechtana, lekarska formułka zabrzmiała w jego ustach jak neutralne, życzliwe polecenie kogoś, kto właśnie sięga po lśniące, ostre nożyczki typu Spencer. Nic strasznego, prawda?
Prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Czw Gru 29, 2016 7:03 pm

Ciężka praca ciężką pracą, ale on czuł, że ostatnio ma zwyczajnie pecha. Do wszystkiego i na każdej płaszczyźnie życia. Absolutnie wszystkie ostatnie wydarzenia z jego życia go o tym upewniały, począwszy od tego, że mleko, które chciał wypić, zupełnie nie nadawało się już do spożycia, a skończywszy na tym, że ten cholerny Thénard odmówił współpracy i trzy tygodnie węszenia oraz zdobywania zaufania pójdą na marne. A go wtedy trafi szlag. Co byłoby o tyle złe, że gdy się naprawdę wkurzał, tak naprawdę bardzo, to nie tylko tracił cały swój perfekcyjny akcent, ale zaczynał zwyczajnie kląć po rosyjsku. Byłoby naprawdę źle, gdyby Challes był tego świadkiem. Bo co powinien zrobić, gdyby tak się stało? Nie miał na niego żadnego haka… no, poniekąd nie. Szantaż więc mógłby nie wyjść. Pozbawienie go życia wydawało się całkowicie absurdalne, choć kto wie, czy nie usłyszałby takiej rady od Fiodora, gdyby mu o tym doniósł. Ewentualnie to Chirjakow mógłby się tym zająć. A jeśli jednak nie… istniała spora szansa, że w wypadku ujawnienia tego, że jest radzieckim szpiegiem, odeślą go do ZSRR. Tak po prostu nie mogło się stać, nie mogli go odesłać, nie taki miał plan. Musiał się więc pilnować, naprawdę bardzo pilnować, by tylko nie stracić przesadnie panowania nad sobą. O co, niestety, w towarzystwie blondyna wcale nie było tak trudno. Jakby sam celowo robił wszystko, żeby go zdenerwować. I szło mu dobrze, nawet bardzo dobrze – Grishy, choć klął po francusku, wcale nie było daleko do tego, by zacząć kląć po rosyjsku.
A jednak lepiej byłoby, bo w końcu…
… co to za akcent w słowach Challesa? Grigoriy spojrzał na niego czujniej, marszcząc lekko brwi i przeszukując pamięć w poszukiwaniu odpowiedniego regionu Francji, w którym mówiono podobnie, ale pamięć go zawiodła. Zero jakichkolwiek podpowiedzi. Nie wykluczał jednak, że tego konkretnego akcentu po prostu nie zapamiętał – przy zapamiętywaniu lepiej mu służył wzrok niż słuch.
Skąd jesteś? – zapytał więc, niezwykle zgrabnie unikając w ten sposób przymusu odpowiedzi na kłopotliwe pytanie „jak się gapił”. Co miał mu odpowiedzieć? Że trochę jak szczeniak, trochę z takim spokojem, że i mu się udzielał i w końcu trochę tak przenikliwie, że miał dość nieprzyjemne wrażenie tego, że Challes zagląda w głąb niego? To nie brzmiało specjalnie dobrze, wygodniej było po prostu zmienić temat.
Ponownie zmarszczył brwi, tym razem w niezadowoleniu, kiedy Thénard zacisnął usta w wąską kreskę, wyraźnie zniesmaczony jego odpowiedzią. A co on miał poradzić?! Nie ruszał tego opatrunku, który mu założył, nawet starał się nie dotykać – cokolwiek złego się z tym działo, to na pewno nie była jego wina! To nie on ostatni miał z tym do czynienia, jakiekolwiek komplikacje (chyba go zabije, jeśli jest to jakaś poważna infekcja) były wyłącznie jego, Challesa, winą.
Podobno jak swędzi, to dobrze, bo znaczy się goi – burknął mało przyjaźnie, wyczuwając apatyczny głos mężczyzny. – Tylko czemu boli – dodał po chwili, cicho wzdychając. Nie udało mu się też pozbyć z głosu pewnego niepokoju – powikłania po zabiegach medycznych były chyba najgorszymi rodzajami powikłań. Ale przecież chyba to nie znaczy od razu, że gnije mu skóra, prawda? Prawda?! Trochę spanikowany spojrzał na swoje ramię, ale zaraz potrząsnął głową. Nie, nie może gnić, gdyby gniło, to by śmierdziało. I chyba bardziej bolało…? A on przecież nie umierał z bólu. Przynajmniej jeszcze nie. Kto wie, co będzie, kiedy Thénard postanowi znowu coś grzebać w ranie. Tym razem to on zacisnął usta w wąską linię.
Zabieg jednak nie był taki ważny. To znaczy był, ale przyszedł tu przecież w innym celu. I musi się dowiedzieć, czy Challes w całej swojej łaskawości zamierza mu pójść na rękę, czy dalej będzie odmawiał współpracy.
Chociaż tyle – mruknął, dowiedziawszy się, że za zabieg nie musi więcej płacić. Tylko czemu pominął wzmiankę o łapówce? Co za człowiek, kto normalny odmawia pieniędzy?! Tak łatwych pieniędzy?! Przecież zamierzał zapłacić mu każdą, mieszczącą się, oczywiście, w granicach rozsądku, cenę, a on i tak zdawał się w ogóle nie dosłyszeć jego oferty! Ruszył za nim z naprawdę ciężkim westchnięciem.
Jednak strach, który pojawił się w oczach mężczyzny po tym, jak chwycił go za ramiona, trochę go speszył. Nie był przyzwyczajony do tego typu reakcji na swoją osobę i cokolwiek by nie mówił, wolał, żeby ludzie jednak się go nie bali. Może poważali, ale strach to jednak za dużo. Czy Thénardowi naprawdę wydaje się, że zrobiłby mu krzywdę?  Czy może, w świetle ostatnich wydarzeń, problem leży gdzie indziej? Jakby nie było Grisha momentalnie zszedł z tonu, choć oczy błyszczały z niezmienioną determinacją.
Bo nic mi nie odpowiadasz, a ja chciałbym już wiedzieć – wyjaśnił mu jeszcze cierpliwie, choć już przez zaciśnięte zęby i odprowadzając morderczym spojrzeniem. – Ale nie powiedziałeś też, że to zrobisz. Czekam tylko na to – ciągnął, siląc się na spokój, chociaż te uniki Challesa w udzieleniu mu odpowiedzi naprawdę działały mu na nerwy. Przez chwilę stał jeszcze przed drzwiami do małego pokoiku, nieszczególnie spiesząc się z wejściem do środka. Po ostatnim pytaniu jednak w końcu ruszył się z miejsca.
Tylko przez przypadek nie rzuć się na mnie, kiedy już będę przed tobą półnagi – rzucił złośliwie, całkowicie jawnie nawiązując już do sytuacji z ich poprzedniego razu, o którą… cóż, o którą miał do niego żal. Przekraczając próg był już w trakcie zdejmowania kurtki – powoli i ostrożnie, bo gwałtowne ruchy rękami w dalszym ciągu wywoływały u niego ból stłuczonych żeber. I być może zbytnie skupienie się na tym było błędem, bo zahaczył nogą o próg i choć przez chwilę walczył o zachowanie równowagi, wkrótce i tak wylądował jak długi na ziemi. Przy akompaniamencie długiego i pełnego bólu jęku.
Kurwa, czemu znowu – wystękał, leżąc policzkiem na posadzce i modląc się już tylko o to, by ktoś go dobił. Czemu to tak bolało?! Czemu to zawsze jemu przytrafiają się podobne rzeczy?! I, jeśli już muszą, to czemu nie mogą mu się przytrafiać z dala od Thénarda?! Teraz już na pewno połamał te żebra, czuł to wyraźnie. Jedno chyba nawet przebiło mu płuco. Czyli umiera. Tylko dlaczego w towarzystwie kogoś obcego?! Chociaż, ostatecznie, twarz Challesa była przyjemniejszym widokiem do oglądania tuż przed śmiercią od twarzy Fiodora. Niewielkie to jednak pocieszenie. Z ust Grishy wydobył się jeszcze jeden pełen boleści jęk i chyba było to wszystko, co można aktualnie od niego usłyszeć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Czw Gru 29, 2016 10:44 pm

Może był odrobinę szalony, ale nigdy świadomie nie działał na szkodę innych ludzi. Po przedwczesnej, cichej śmierci matki, która osunęła się w mrok zaświatów ze spokojem i niejaką ulgą, oraz znacznie gwałtowniejszym odejściu Henrika, Svein został praktycznie pozbawiony rodziny, bo nie można przecież nawiązać głębszych więzi z Bjørnem sprzedającym honor za poczucie ulotnej akceptacji lub Magnusem zajętym obsesyjnie unikaniem jakiegokolwiek kontaktu z młodszymi braćmi.
Oczywiście nie można zapominać o Lovise. Choć, trzeba przyznać, był taki okres, gdy Svein prawie o niej zapomniał. Pojawiła się w jego życiu w sposób zupełnie naturalny, niczym zjawisko atmosferyczne. Ot, po prostu poznali się, zaczęli spotykać, a potem, zwykłą koleją rzeczy, mieli się pobrać, spłodzić dzieci, kłócić, godzić i żyć obok siebie, odwróceni plecami, jak każde normalne małżeństwo. Cofając się pamięcią do tamtego okresu, Svein nie potrafił sobie uświadomić, kiedy ta decyzja zapadła i czy w ogóle zapadła w jakimś konkretnym momencie. Najpierw całował się z Lovise zachłannie i namiętnie w ciemności sali kinowej czy przytulnym wnętrzu kokpitu, a potem nagle czas przyspieszył, przewinął się do przodu jak taśma i Svein obudził się rankiem zupełnie sam, jak gdyby wszystko zupełnie się zmieniło.
Zamknął na chwilę oczy, przygryzając wargę. Tak, wszystko uległo zmianie, ale wcale nie on, Svein. Tylko świat dookoła. Świat przemienił się w coś całkiem innego. Coś, czym nie był nigdy wcześniej. Rozszerzył się, spychając gdzieś na bok domek na przedmieściach Trondheim, uniwersytet, Oslo, Lovise i Gustava, tak jakby wszystko to było jakąś maleńką, szarą gwiazdką na obrzeżu kosmosu. Pyłkiem w ogonie galaktyki. Czymś na tyle przerażającym, że Sørensen uciekł do zupełnie obcego miasta, błądząc po omacku jak ślepiec i skazując się na towarzystwo ludzi – ludzi pokroju monsieur Charrona – których interesowało wyłącznie to, co Svein mógł im zaoferować.
Jego życie i umiejętności nagle stały się biznesem, a kontakty międzyludzkie – intratnymi interesami prowadzonymi nad sklepową ladą.
Czy też ściślej: prosektoryjnym stołem.
Kiedy napotkał czujne spojrzenie Charrona, doskonale wiedział, jakie pytanie padnie za moment – dlatego zapobiegawczo spuścił wzrok, jak gdyby obawiał się, że Rémy zauważy w jego oczach kłamstwo na długo przed tym, nim to zostanie wypowiedziane.
Z drugiej strony nie mógł nie odpowiedzieć. Po prostu nie mógł. Gdyby teraz milczał, czułby się tak, jakby wyjął swoją duszę, wywrócił na drugą stronę, wytrzepał niczym worek odkurzacza i przyznał, że wszystko, co tam było, to kłamstwa i śmieci.
- Roubaix – nazwa przygranicznego miasteczka zabrzmiała tak spokojnie, jak gdyby był znużony ciągłym powtarzaniem tego słowa. W rzeczywistości nawet fałszywy dowód tożsamości nadmieniał inną miejscowość, jednak wątpliwe, by Rémy kiedykolwiek miał okazję zapoznać się z treścią podrobionego dokumentu – kolejne kłamstwo nie robiło więc żadnej różnicy, oddalając nagłą (i uzasadnioną) podejrzliwość Charrona. Svein nie musiał czekać zbyt długo na gwałtowny zwrot wydarzeń, które – chyba po raz pierwszy od momentu zjawienia się nieproszonego gościa – przybrały dla niego korzystny obrót.
Oczywiście, że był zniesmaczony postępowaniem Rémy’ego. Naiwnie założył, iż dorosły mężczyzna potrafi obchodzić się ze świeżo załataną raną i nie będzie narażał jej na działanie zewnętrznych czynników – nawet cholernej wody.
A teraz? Teraz miał za swoje, choć najpewniej całą winą obarczał – jakżeby inaczej – lekarza.
- Jest zaogniona, dlatego boli – włożył wiele wysiłku w to, by zabrzmieć uspokajająco. Ostatnia rzecz, jakiej dziś potrzebował, to wpadający w panikę (lub szał) pacjent, który na domiar złego powtarza niedorzeczne prośby. Nie zamierzał odmawiać mu dostępu do rzeczy zmarłego, dostrzegając w tym akcie bezinteresownej i wspaniałomyślnej dobroci jedyną szansę na zaznanie spokoju – Charron najpewniej nie wyszedłby z prosektorium bez tego, po co przymusowo się zjawił, a Svein nie zamierzał zatrzymywać go tu dłużej, niż wymagała tego kuriozalna sytuacja, której aktywnym uczestnikiem się stał. Myśl o wzięciu pieniędzy za udostępnienie rzeczy nieboszczyka wydawała mu się na domiar wszystkiego tak niesmaczna, tak nie na miejscu, tak odrażająca, że nawet przez moment nie rozważał zagarnięcia gotówki do kieszeni – niech Charron zachowa brudne pieniądze dla siebie, w zamian oferując Sveinowi jedyną rzecz, której ten pragnął.
Odrobina świętego spokoju jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Słyszałeś kiedyś o cierpliwości? – zapytał od niechcenia, ze zdumiewającą wprawą ignorując przeciągłe, druzgocące spojrzenie, którym obdarzył go Rémy. Niechże patrzy, to jedyne, co mu pozostało w obliczu unikającego jasnej odpowiedzi Sveina. – To podobno wysoko ceniona cnota. Może powinieneś ją sobie przyswoić?
Zdradziło go leciutkie drgnięcie kącików ust, jasno wskazujące na fakt, że na swój sposób czerpał przyjemność z ciągłego zwodzenia Charrona ze szlaku. Udzielenie prostej informacji pozbawiłoby Sveina odrobiny rozrywki, której przecież nie mógł sobie odmówić – przynajmniej tyle przyjemności zaczerpnął z wizyty Rémy’ego… choć i to nie była trwała uciecha.
Kolejne słowa Charrona – tak mało subtelne i tak jawnie złośliwe, jak tylko było to możliwe – odbiły się na twarzy Sørensena rykoszetem. Już rozchylał usta, by ostro odpowiedzieć na przytyk mężczyzny i raz na zawsze uciąć temat, który najwyraźniej zajmował znacznie więcej miejsca w umyśle Rémy’ego, niż ten był zdolny przyznać, ale…
Upadek monsieur Charrona trwał nie dłużej, niż trzy sekundy, ale Svein odniósł wrażenie, że były to najpiękniejsze lata świetlne w historii całej galaktyki. Obrócił się w stronę drzwi dokładnie w momencie, w którym Rémy  tracił równowagę, dzięki czemu mógł śledzić jego wyczyn z jakimś podszytym wiecznym oszołomieniem i stoickim zdumieniem spokojem – zupełnie jakby natura w swojej łaskawości włączyła mu do krwiobiegu hormon podobny w działaniu do nieco rozcieńczonej morfiny.
Kiedy Charron wystękał przekleństwo, Svein zrozumiał, że albo zacznie bić brawo, albo wybuchnie śmiechem.
Na szczęście się roześmiał. Głośno. Na całe gardło. Stał z nożyczkami w ręce, pośrodku obskurnej, brzydkiej jak śmierć salce, zaskoczony, zbity z tropu i zdumiony jednocześnie, i zanosił się śmiechem, od którego oczy zaszkliły mu się łzami. Zamiast pomóc swojemu pacjentowi, gapił się na tę absolutnie idealną istotę, rozciągając usta w uśmiechu szczęśliwego kretyna – dopiero ciche jęknięcie bólu nieco ostudziło rozbawienie Sveina, który nakazał sobie w myślach spokój pomiędzy odłożeniem nożyczek a zatrzymaniem się tuż nad zjawiskowo wyłożonym Charronem.
- Jeszcze nikt nie padał przede mną w ten sposób, więc skoro aż tak zależy ci na rzeczach Nicholasa… - musiał przysunąć dłoń do ust, by stłumić mimowolny chichot, który tylko czekał na okazję, by wyrwać się na zewnątrz. – … zdejmę szwy, założę świeży opatrunek i na minutę zamknę oczy. Sam zdecyduj, jak wykorzystasz ten czas – klękając tuż przy mężczyźnie poczuł, że odzyskuje panowanie nad własnymi emocjami; uśmiech prędko ulatniał się z ust, ustępując miejsca skupieniu i czemuś na wzór trudnej do wyjaśnienia troski, która jedynie przybrała na sile, gdy dłonie Sveina musnęły plecy Rémy’ego, ostrożnie zsuwając się na górne żebra po obu stronach klatki piersiowej – choć pobieżne badanie znacznie utrudniała posadzka.
- Spróbuj wstać, pomogę ci – zmarszczył lekko brwi, kiedy niebieskie jak bezchmurny poranek oczy napotkały barykadę w formie wciąż wtulonego w podłogę policzka Charrona. – Powoli, Rémy, jestem tu – chciał dodać mu otuchy, choć w pocieszaniu ludzi był gorzej niż beznadziejny, a to żałosne, pozbawione sensu jestem tu mogło jedynie pogorszyć sytuację – choćby dlatego, że nikt nie lubi, gdy obcy ludzie są świadkami jego upadku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sob Gru 31, 2016 12:34 am

Roubaix? A to gdzie? Grigoriy zmarszczył brwi w zastanowieniu, kiwając tylko głową na znak, że przyjął to do wiadomości. Jeśli pamięć go nie myliła, to po raz pierwszy słyszał o tej miejscowości, co z kolei znaczyło, że pewnie była bardzo mała i zupełnie nieważna. Może nawet to jakaś wieś, może przygraniczna – Grisha nie wiedział. Ale sprawdzić mógł. Jednak nieszczególnie paliło mu się do tego, akcent wcale nie musiał być czymś nadzwyczajnym – ot, przyjechał sobie taki Challes ze wsi i chce zrobić karierę w Paryżu, a że wstydzi się swojego pochodzenia, to i nauczył się mówić inaczej. Choć, właściwie, on swój błąd w wymowie mógł wytłumaczyć podobnie. Ale może po prostu popadł teraz w paranoję, przecież żaden z niego specjalny agent – on tu był od fałszowania, ewentualnie drobnej pomocy. Drobnej, bo jego szanowny przełożony doskonale znał jego możliwości i pewnie wiele się po nim nie spodziewał. I w sumie dobrze, dawało mu to możliwość zrobienia czegoś więcej dla siebie. Od sześciu lat nie miał takiej swobody i zamierzał ją wykorzystać jak tylko mógł. A jak dobrze pójdzie, być może nawet już nigdy nie będzie musiał z niej rezygnować.
Ale żeby wszystko szło zgodnie z planem, koniecznie musiał nakłonić cholernego Thénarda do tej malutkiej pomocy. Ech, gdyby tylko nie był taki oporny, wcale nie musiałby się teraz użerać z Grishą – Rosjanin przeszukałby rzeczy Allarda, zabrał, co jego i tyle by się widzieli. Być może nawet nigdy więcej by się nie zobaczyli! Co byłoby naprawdę zdrowe dla blondyna, bo Lykovowi wcale nie przeszła złość na niego, a nawet im ten mu dłużej odmawiał, tym Grigoriy częściej myślał o potraktowaniu go prawym sierpowym. Tak dla poukładania myśli.
Zaogniona? – zdziwił się, ale jednocześnie trochę odetchnął z ulgą. Chyba się zna, to mu uwierzy, że nie gnije. Nawet jeśli jeszcze nie widział rany. Zdecydowanie nie chciałby przeżywać wycinania kawałka skóry, wypalania jej, czy jakkolwiek Challes radził sobie z podobnymi problemami. Powstałymi przez niego, swoją drogą. Czy to narzędzia miał takie zanieczyszczone? Ręce brudne? Albo po prostu nie potrafił poprawnie wykonać opatrunku? A może wszystko na raz? Jakoś te zarazki musiały się dostać do tej rany! Rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, zamierzając teraz bardzo dokładnie skontrolować każde jego posunięcie… każdy jego ruch podczas wykonywania zabiegu. Każde. Na trzeźwo. Lepiej już skręcać się z bólu, niż mieć potem amputowaną rękę!
Oczywiście, że słyszałem – burknął, łypiąc na niego spode łba. – Pojęcia nie masz, jaki jestem cierpliwy. I jaki byłem do tej pory. Po prostu… gonią mnie pewne nieubłagane terminy, dlatego muszę załatwić to jak najszybciej. Powiedzmy, że taka szansa nie zdarza się dwa razy – dodał jeszcze ostrożnie, po raz kolejny podkreślając, jak duże znaczenie miał dla niego dostęp do rzeczy Allarda. No naprawdę, Thénard mógłby w końcu wykazać się zrozumieniem i dać mu to pozwolenie! Pasował mu do kogoś okazującego więcej empatii względem drugiego człowieka, więc dlaczego tak wykręcał się od odpowiedzi?
Bo go to bawiło?!
Widząc drgnięcie kącika jego ust, aż się w nim zagotowało. Co za…!!! Grisha wypuścił głośno powietrze zza zaciśniętych zębów, wzrokiem niemal ćwiartując tę nędzną francuską kreaturę. Co w tym takiego zabawnego?! Czyli jednak jest złośliwy, no proszę. Szkoda tylko, że on bardziej.
Grigoriy jednak nie zdołał napawać się efektem swojej złośliwej uwagi, bo już po chwili leżał na ziemi.
I umierał.
Ugh, czemu to tak boli…! Jakby słoń mu przegalopował po klatce piersiowej. Musiał, no po prostu musiał mieć któreś żebro złamane. Albo wszystkie na raz. Kiepsko, połamane żebra kwalifikują go raczej jako niezdolnego do pracy… Czemu te progi są takie wysokie?! Czyj to był wymysł?! Grisha nawet nie miał siły zastanawiać się nad tym. Od pasa w górę czuł się tak bardzo obolały, że nie było go stać chociażby na to, żeby ręką ruszyć. A ból w dalszym ciągu promieniował, był tępy, ale silny, wypompowywał mu z płuc całe powietrze. Albo to przez tę dziurę w jednym z nich, które zrobiło połamane żebro. Nie zdziwiłby się, gdyby tak było… Leży już w kałuży krwi, czy może jednak ma krwotok wewnętrzny?
I jeszcze ten śmiech… Głos Thénarda zawibrował w powietrzu i bardzo nieprzyjemnie wwiercał mu się w głowę. Przeklęty Francuz, jeszcze będzie się z niego nabijał… zacisnął zęby mocniej, milczeniem pomijając ten niespodziewany akt wielkiej łaski.
Naprawdę, musiał aż wyłożyć się przed nim plackiem, żeby się zgodził? Grisha spróbował wymamrotać coś gniewnego pod nosem, ale wyszło mu tylko westchnięcie pełne bólu. Znowu jest kimś, z kogo niezdarności można się pośmiać, cudownie. A myślał, że te czasy już dawno minęły.
Dobrze wiedzieć, że tu jesteś i nie umarłeś ze śmiechu – wyburczał gniewnie, odważając się w końcu poruszyć rękami. Uf, nie było tak źle, chyba da radę wstać. A skoro Challes był taki chętny do pomocy… Grisha powoli, bardzo powoli, cicho postękując z bólu, podniósł się do klęczek, po czym sięgnął do szyi klęczącego obok Thénarda i po prostu, choć ostrożnie, uwiesił się na niej. Sam raczej nie wstanie.
Ale kiedy znalazł się tak blisko niego, po raz kolejny odkrył, że blondyn nie pachnie tylko środkami dezynfekującymi. I znowu zrobiło się… dziwnie.
Tylko pomóż mi wstać, sam dojdę… gdzie trzeba. I nie dotykaj moich żeber – wymamrotał gdzieś w okolicach challesowego mostka. A głowę trzymał opuszczoną nie tylko dlatego, żeby nie zobaczył on grymasu bólu (o którym i tak wiedział) na jego twarzy.
Sekundy, w trakcie których podnosili się do góry, zdawały się ciągnąć w nieskończoność. W końcu jednak Grisha mógł puścić szyję Thénarda i bez słowa, nawet na niego nie patrząc, zaczął człapać w kierunku najbliższego krzesła. Nie popełnił swojego błędu drugi raz i sweter zaczął z siebie ściągać dopiero wtedy, kiedy już usiadł. Znów bardzo powoli i bardzo ostrożnie, przy akompaniamencie bolesnych stęknięć i grymasów bólu, ale uparcie sam. Po dłuższej chwili oczom Challesa ukazał się w końcu ubrudzony wszystkimi kolorami farby, niegdyś biały podkoszulek i wystające obojczyki Lykova.
Tylko ostrożnie – mruknął do mężczyzny, rzucając krótkie spojrzenie w stronę opatrunku na ramieniu, który wyraźnie wiele przeszedł. Ale przecież  jeszcze się trzymał!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Sty 01, 2017 12:27 pm

Wiejski głupek.
Gdyby tylko mógł poznać myśli monsieur Charrona – przynajmniej w tym jednym, drobnym wypadku – najpewniej nawet nie próbowałby naprostować toku jego rozumowania.
Wiejski głupek?
Z dwojga złego wolał uchodzić za biednego, próbującego wyprzeć się własnego pochodzenia chłopaka, niż wzbudzać dalsze podejrzenia u (i tak podejrzliwego) mężczyzny.
Wiejski głupek w tym konkretnym przypadku nie był złym wyborem. Może odrobinę uwłaczającym, ale nie złym – przynajmniej Rémy musiał zmierzyć się ze świadomością, że złożył własne zdrowie w rękach nieszczególnie rozgarniętego chłopca z prowincji, co było dość satysfakcjonujące, by nawet przez moment nie odczuwać pokusy ujawnienia swej prawdziwej tożsamości.
Ciekawe jak zareagowałby na norweskiego pilota?
Svein miał w sobie dość cierpliwości, dość skromności i dość zrozumienia dla wiedzionych szałem pacjentów, by traktować ich z dystansem właściwym wyłącznie co większym odłamkom lodu skuwającym zatoki Morza Północnego. Przynajmniej tak sądził aż do dnia, w którym po raz pierwszy spotkał Charrona – choć tak właściwie to Rémy spotkał Sveina, zastając go pochylonego nad książką i najwyraźniej mocno zaskakując nocną wizytą, w trakcie której jedną połowę twarzy pokrywała mu zaschnięta krew, a drugą wykrzywiał grymas nieimitowanego bólu.
Minęła godzina, nim Sørensen doprowadził Charrona do porządku, nie szczędząc przy tym jedynego środka znieczulającego, jaki miał pod ręką – czyli czystej wódki. Minęła druga godzina, a wspólnie opróżniali kufel parszywego piwa nad nie mniej parszywym stolikiem w – jakżeby inaczej – zdumiewająco parszywej knajpie. Minęła trzecia godzina, kiedy Svein cierpliwie wyciągał Rémy’ego ze speluny, zdobywając się na najbardziej sugestywny argument w swoim życiu: musiał wspomnieć o niemieckim patrolu i godzinie policyjnej, by Charron w końcu zechciał współpracować i opuścił bar.
Minęła czwarta godzina, gdy Svein leżał zwinięty w cichym, pustym łóżku, ignorując pulsujący, pusty gniew w piersi i kierując go wobec samego siebie, wobec własnego tchórzostwa, wobec nieobecnego Nilsa i wobec powoli zanikającego zapachu Charrona na palcach, które ledwie kilkadziesiąt minut wcześniej zapalczywie wplatał w ciemne loki.
Dlatego chciał o nim zapomnieć. To było łatwiejsze do zniesienia niż świadomość kolejnej porażki, nawet jeśli łatwiejsze nie oznaczało, że lepsze.
- Zaogniona – przytaknął spokojnie, wbijając jasne spojrzenie w rękaw Rémy’ego, zupełnie jakby spodziewał się, że przez materiał dojrzy nękający mężczyznę problem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że wbrew niewątpliwej inteligencji rozmówcy, ten nie do końca może wiedzieć, co oznacza kilkukrotnie powtórzona diagnoza. Dlatego z niesamowitym wysiłkiem zdobył się na wykrzesanie jeszcze kilku słów i przeniesienie wzroku na twarz Charrona, który balansował pomiędzy histerycznymi obawami a niewysłowioną ulgą.
- To oznacza, że nie oszczędzałeś tej ręki i nadwyrężyłeś szwy – w oczach Sveina zalśnił uśmiech, który jednak nie zdołał dotrzeć do oczu – blondyn najwyraźniej wyobraził sobie, w jaki sposób Rémy nadwyrężał ranną dłoń i prawdopodobnie była to dość… obrazowa iluminacja myśli. Mimo wszystko nie zamierzał tłumaczyć pacjentowi, że to on ponosi winę za swój stan – przecież ostatnim razem otrzymał dokładną instrukcję, czego nie robić z opatrunkiem i Svein był pewien, że pośród całego szeregu uwag pojawiła się również ta dotycząca unikania kontaktu z wodą.
Choć Rémy akurat mógł tego nie dosłyszeć lub zapomnieć – tak to już bywało po niemal połowie butelki wódki.
Sørensen zbyt dobitnie przekonał się, że gdy Charron nie ma alkoholu w ustach mówi wiele, mówi głośno i (często) mówi bez sensu, zupełnie jak teraz. Nie zamierzał drążyć tematu oddania bądź nie oddania rzeczy Nicholasa, ponieważ od samego początku podświadomie wiedział, że udostępni majątek nieboszczyka – niestety wymijającymi odpowiedziami skazał się na mordercze tyrady Rémy’ego. Svein słuchał ich w milczeniu, z rzadka tylko unosząc delikatnie brwi albo marszcząc czoło, nie próbował nawet tamować kipiącej tuż obok wściekłości, cały czas jednak marząc, by Charron wziął głęboki oddech, opamiętał się na chwilę i zobaczył, czym naprawdę jest jego gniew – wściekłością na samego siebie. Za przebieg wydarzeń w trakcie ostatniego spotkania mógł obarczać odpowiedzialnością Sveina, choć nie powinien zapominać, że on także brał czynny udział w tamtym wieczorze – zatem w jakimś stopniu również ponosił winę.
Zdaniem Sørensena, wcale nie taką małą.
Nie było im jednak dane skonfrontować ze sobą drastycznie odmiennych opinii, bo Rémy postanowił bliżej zapoznać się z prosektoryjną posadzką. Niewiele brakowało – może siedem albo osiem centymetrów – by uderzył skronią o róg stołu i być może musiałby skorzystać z dobrodziejstw kostnicy znacznie wcześniej, niż zakładał jego plan na życie. Świadomość, że miałby na głowie kolejnego trupa (oraz że tym trupem byłby Rémy), dość skutecznie ostudziła rozbawienie Sveina, pozostawiając miejsce wyłącznie na chłodny profesjonalizm.
Właśnie to sobie nakazał: chłodne podejście do sprawy, jak gdyby Charron był kolejnym, przypadkowym jegomościem, który postanowił na własnej skórze sprawdzić twardość kafelków w przyszpitalnym prosektorium – a kiedy okazało się, że rzeczywiście są twarde, o czym najlepiej świadczyło kolejne jęknięcie bólu, mógł w końcu przyjąć pomoc medyczną z rąk Sveina.
- Byłbyś zawiedziony, gdybym umarł. Zwłaszcza teraz.
Łatwo jest mówić o chłodnym profesjonalizmie tak długo, jak długo pacjent nie uwiesza się na szyi, przywodząc tym na myśl tonące szczenię. Kiedy Rémy przy akompaniamencie głuchego stęknięcia w końcu zdołał unieść się z posadzki, Svein ostrożnie oplótł go ramieniem w pasie, trzymając się z daleka od żeber na długo przed kolejnymi słowami Charrona – jednak im bardziej pragnął zachować od nich bezpieczną odległość, tym niżej musiał zsuwać własną dłoń, która finalnie zamarła na dolnej części pleców Rémy’ego.
Chłodny profesjonalizm, prawda?
- Znowu – głos Sveina rozerwał na pół ciszę, jaka nagle zaległa w niewielkim pomieszczeniu – Charron już gramolił się na krześle, a Sørensen skutecznie ignorował wzmiankę o dochodzeniu, po raz kolejny przemywając dłonie ciepłą wodą i mydłem antybakteryjny, jak gdyby nie zamierzał dostarczać pacjentowi kolejnego powodu do narzekań. – Powiedziałeś wcześniej „czemu znowu”. To właśnie tym się zajmujesz w wolnym czasie? Potykaniem o progi? – mówił, cały czas mówił, jakby słowami chciał odciągnąć uwagę Rémy’ego od własnych poczynań – od ponownego sięgnięcia po nożyczki, od przysunięcia niskiego taboretu, od ujęcia w dłoń niewielkich, lśniących szczypczyków, od jasnego spojrzenia, które zamarło na krzywiźnie odznaczającego się pod skórą obojczyka i dopiero po chwili, jak gdyby przestraszone własnym zainteresowaniem, szybko powędrowało na szwy.
- Kiedy ostatnim razem wspomniałeś, że malujesz, pomyślałem… - słowa zastygły na jego ustach, gdy pochylił się nad opatrunkiem, zaledwie dwoma cięciami pozbywając się sfatygowanego bandażu. Ledwie moment później usunął także gazę, która na całe szczęście nie nosiła śladów krwi ani ropy, ukazała za to oczom Sveina pozszywaną ranę. – … pomyślałem, że tylko tak mówisz. Ale ten podkoszulek to historia przynajmniej trzech obrazów – każdemu wypowiedzianemu słowu towarzyszył ciepły oddech, który muskał obnażoną skórę Rémy’ego – Svein niemal stykał się czołem z ramieniem Charrona, przesłaniając mu tym samym widok na nożyczki, które odcięły pierwszy splot szwów i szczypce, który ten szew powoli usunęły z ciała.
Jeszcze tylko pięć.
- Zawsze jestem ostrożny – dodał ciszej, na krótki moment odrywając spojrzenie od ramienia i unosząc je na twarz Rémy’ego – zupełnie jakby chciał przekonać się, czy Charron uwierzył w jego zapewnienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Sty 02, 2017 8:08 pm

Ich wzajemne relacje mogły być teraz dobre.
Grigoriy widział potencjał w tej znajomości, choć kiedy przyszedł do niego trzy dni temu, był tak sceptyczny wobec jego umiejętności, jak tylko on mógł. I choć marudził bez końca, odgrażał się za spapraną robotę i jęczał, że go boli, to wkrótce zrobiło się całkiem miło. Głównie za sprawą wódki, którą poczęstował go mężczyzna, co chyba miało na celu go uciszyć – pośrednio wyszło to nawet dobrze. Przestał tyle narzekać, a z każdym kolejnym łykiem stawał się coraz bardziej milszy, weselszy i ogólnie bardziej skory do bycia przyjaznym. Przy okazji odkrył, że jego lekarz również potrafi być przyjemniejszy, zwłaszcza jeśli da się namówić po zabiegu na wizytę w barze. Potrafił słuchać (cierpliwie, nawet wtedy, kiedy po raz kolejny powtarzał mu, że jeszcze o jego obrazach będzie mówił cały Paryż), mówić ciekawe rzeczy, a nawet żartować, co niosło za sobą kolejne odkrycie – miał ładny uśmiech. Jednak cały czas miał w sobie coś z mruka, był jakby wycofany i ostrożny… i patrzył jakoś tak dziwnie. Osobliwy człowiek. Ale ostatecznie nie taki zły, w czym Grisha upewniał się z każdą następną kolejką i łykiem piwa. Z każdym następnym spojrzeniem i uśmiechem. Z każdym następnym oddechem, kiedy w zatłoczonym i dość ściśniętym barze mógł wyczuć, że Challes pachnie czymś więcej, niż tylko środkami dezynfekującymi, ale co pozostało dla niego wtedy trudne do zidentyfikowania.  Z każdym następnym słowem, kiedy w końcu przestał gadać o sobie, a zaczął pytać o niego.
Szkoda, że na następny dzień niewiele z tych rozmów pamiętał.
Szkoda, że cały ten wieczór nie rozmył mu się w pamięci, zwłaszcza to, co stało się już po wyjściu z baru. Może i trochę złagodniał, stał się bardziej przystępny… ale to chyba tylko tyle? Nie wysyłał żadnych sygnałów? Nie wlepiał oczu w, trzeba to obiektywnie stwierdzić, ładne usta Challesa? Na pewno nie. Absolutnie nie na sto procent. Chyba.
Ach, głowa go bolała, kiedy ze sporym wysiłkiem próbował następnego dnia dokładnie odtworzyć całe swoje zachowanie poprzedniego wieczoru, ale i tak zawsze stawało na jednym – to nie była jego wina. To Thénard wszystkiemu zawinił, to on miał czelność… no. Okazał się jednak być tak dziwny, jaki wydał mu się być na początku. Dziwny i w ogóle jakiś niezrównoważony. Bezczelny. Tchórzliwy. Głupi.
Nikt nie miał prawa budzić w nim tak skomplikowanych uczuć, a potem zwyczajnie uciec. Nikt. Tym samym Challes Thénard stał się obiektem głębokiej niechęci Grishy, a wspomnienia o nim niewyczerpanym źródłem gniewu, który od trzech dni płonął równie intensywnie, co na początku. I Lykov nie zamierzał robić nic, żeby ten gniew ugasić.
Wiem, co to znaczy – burknął, mrużąc oczy i patrząc na niego podejrzliwie. Za kogo on go miał?! I czemu oczy mu tak zalśniły, kiedy mówił o nadwyrężaniu? – To oznacza, że ktoś tu czegoś nie dopilnował – ciągnął, a uniesiona brew Grishy w jasny sposób mówiła, czyje zaniedbanie miał tu konkretnie na myśli. Bo przecież on robił wszystko dobrze! To przez Thénarda w ranę wdało się zakażenie. Może mu oficjalnie powiedzieć, że jeśli to doprowadzi do poważniejszych powikłań, niż tylko uciążliwy ból, Challes będzie miał przejebane.
Na razie jednak przejebane to miał on. Choć, no, może nie było aż tak bardzo źle, jak myślał. Zażądanie przyniesienia noszy i natychmiastowej, prawdziwie lekarskiej pomocy okazało się zbędne, mógł wstać o (prawie)własnych siłach. Chwała wszystkim świętym, czy komu tam. Nie pluł również krwią, co mogło oznaczać, że płuca pozostały w stanie nienaruszonym. Zagadkę jednak stanowiły jednak same żebra, bo co do tego, że wszystkie są w jednym kawałku, miał wątpliwości. Ból był zdecydowanie zbyt duży, żeby wszystko okazało się być w porządku. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Jedna rzecz na pewno rozbiła się w drobny mak i była to jego własna duma. Tak sponiewierana przez ten cholerny upadek, spowodowany przez ten cholerny próg, jakby w tym cholernym szpitalu nie mogli robić ich niższych. I to akurat tuż po tym, jak wygłosił tak piękną uwagę na temat dziwnych skłonności Thénarda! To już była porażka nie do zniesienia, cięższa o tyle, że już chwilę później potrzebował pomocy Challesa, bo sam podniósłby się dopiero po godzinie, o ile nie stwierdziłby, że najlepiej będzie spróbować się podnieść dopiero jutro.
Być może odrobinę rozczarowany – burknął, postanawiając być niezwykle dyplomatycznym i nie prowokować Thénarda do rzucenia go na ziemię. Zresztą, miał teraz inne rzeczy na głowie, niż tłumaczenie mu, że nie byłby ani trochę zawiedziony. Przynajmniej przez chwilę. Znacznie istotniejszą sprawą wydała mu się dłoń mężczyzny, która, zgodnie z jego nakazem znajdowała się co prawda wystarczająco daleko od żeber, ale za to zbyt nisko na plecach. I poczuł się… dziwnie. A to odczucie tylko się pogłębiło, kiedy Grisha odkrył – znowu – że Challes nie pachnie tylko środkami dezynfekującymi, ale przy jego skórze najwyraźniej do jego nozdrzy dochodził zapach rumianku i imbiru, na chwilę pojawiła się lawenda, a także coś innego, lżejszego i słodszego, czego nie potrafił rozpoznać.
Co za okropny zapach. Który mężczyzna pachnie lawendą?!
Odszedł od niego dość chmurny, z zamiarem pogrążenia się w grobowej ciszy, ale kilka chwil później, kiedy ściskał sweter na kolanach, Thénard nie mógł się powstrzymać od gadania, a z kolei Lykov nie mógł się powstrzymać od odpowiedzenia mu. Bo jego słowa wywołały w nim kolejną falę gniewu.
Ty lepiej uważaj, żebym nie podążył tym tokiem myślenia i nie zadał ci podobnego pytania – syknął rozeźlony i urażony, piorunując go spojrzeniem o tyle ostrożniej, że mężczyzna już trzymał w dłoniach nożyczki. Nienawidził podobnych pytań, pchania paluchów do otwartej rany czy też wkładania kija w mrowisko. Aż taką przyjemność sprawiało mu dopiekanie mu? Grigoriy zazgrzytał zębami, mocno zaciskając dłoń zdrowej ręki na kolanie i patrząc się uparcie tylko przed siebie. Przeklęty Francuz. Niech tylko skończy z tą raną, on przeszuka te rzeczy Nicholasa i czym prędzej stąd wyjdzie, w nadziei, że nigdy więcej nie będzie musiał tu wracać.
Dopiero następne pytanie sprawiło, że Grisha nieco się rozluźnił. W każdym miejscu i w każdej sytuacji był skłonny powiedzieć parę zdań o swojej sztuce.
Mówiłem najzupełniej poważnie – odpowiedział mu chłodno, dla odmiany patrząc teraz na niego z wyższością. Dla zachowania efektu skrzywił się tylko nieznacznie, kiedy Challes wyciągnął mu pierwszy szew. Ugh, wydawało mu się, że poprzednim to jakoś mniej bolało… ale z drugiej strony, rana na drugim ramieniu goiła się bez zarzutów (można? Można). – Właściwie to chyba około pięciu, farba trudno schodzi. Czterech krajobrazów i jednego portretu. I głównie w technice olejnej. Akwarele, moje specjalność, nie brudzą tak bardzo – dodał ostrożnie, nie dodając, że właściwie to trzeba się postarać, żeby się nimi wybrudzić… co jemu, oczywiście, jakoś zawsze się udawało. Jak również nie dodając tego, że te wyblakłe czarne ślady wcale nie były farbą, a atramentem, ale wątpił, by Thénard rozpoznał taki szczegół. Ciepły oddech mężczyzny, który wyczuwał na swoim ramieniu, już po chwili przestał być tylko ciepły, a stał się parzący.
Niech kończy to szybciej.
Jasne – mruknął, trudno powiedzieć, czy sceptycznie, zerkając na Challesa akurat w tym samym momencie, w którym on patrzył na niego. Więc szybko odwrócił wzrok, postrzegając do zetknięcie spojrzeń jako niezręczne.
Zacisnął usta w cienką kreskę, czując, jak Thénard pozbywa się kolejnych szwów. Było to równie nieprzyjemne, co za pierwszym razem. Z trudem zmuszał się do tego, żeby pozostać nieruchomym, a nie wzdrygać się przy każdym pociągnięciu szczypczyków. Już wystarczająco najęczał się z bólu w jego obecności.
To ile chcesz za tę minutę zamknięcia oczu? – zapytał w końcu. Miał nadzieję, że skończy się bez łapówki, ale odkąd stało się jasne (a właściwie było jasne od samego początku), że Challes nie uwierzy w jego bajeczkę o kuzynostwie, to będzie musiał uszczuplić trochę swoje zasoby finansowe. Oby tylko nie za bardzo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Sty 02, 2017 11:53 pm

Ich wzajemne relacje od tego momentu mogły być wyłącznie dobre, bo – zaskakujące! – zwyczajnie nie mogły stać gorsze.
Obaj musieliby włożyć wiele wysiłku w to, by głębiej wdeptać w ziemię więź, która i tak osiągnęła dno absolutne. Mogli wzajemnie obarczać się winą, mogli wypierać z myśli oczywiste fakty, mogli uważać nawet, że wszystko okazało się błędem, jednak trudno było zaprzeczać jednemu – noc sprzed trzech dni to już przeszłość. Rankiem, zaledwie kilka krótkich, bezsennych godzin po pierwszym (i, jak okazało się dzisiaj, nie ostatnim) spotkaniu Charrona, świat za oknem był czysty po niedawnym deszczu, schludny i zupełnie zwyczajny. Nie przewidywał miejsca dla popełnianych nocą błędów ani mistycznych wizyt pacjentów z poobijanymi żebrami, rozciętym łukiem brwiowym, krwawiącym ramieniem i wykwitającymi na skórze siniakami. Nad ranem nic, co miało miejsce ubiegłego wieczoru, nie wydawało się realne – dlatego Svein uznał, że może o wszystkim zapomnieć, we własnej, niewinnej naiwności pomijając najistotniejszy czynnik.
Rémy’ego.
Nie zastanawiał się nad tym, co mógł poczuć Charron, ponieważ panicznie bał się odpowiedzi na własne pytania. Co, jeśli wzbudził w nim niechęć tak głęboką, że ponowna wizyta w prosektorium stała się wyłącznie obrzydliwym przymusem? Co, jeśli Rémy uznałby za stosowne przyłożyć Sveinowi w ramach nauczki? Co, jeśli udany wieczór i cieniutką nić porozumienia, którą wspólnie utkali, zaprzepaściła jedna, nieprzemyślana, wiedziona najzwyczajniejszą spontanicznością decyzja? Charron przecież nie wiedział, nawet się nie domyślał, co tkwi w umyśle Sveina – na pierwszy rzut oka mógł wyglądać nieco nietypowo, sprawiać wrażenie odrobinę niepewnego, odrobinę zagubionego, odrobinę niestabilnego w tym, co właśnie czuje, a był to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Prawda była taka, że nie zawsze mógł racjonalnie kontrolować własne decyzje, co jawnie kłóciło się z jego kolejną przywarą: nie lubił, gdy rzeczy wymykały się spod kontroli. Nauczono go działać. W niebezpiecznych, ekstremalnych lub dziwacznych warunkach musiał umieć znaleźć drogę wyjścia, poradzić sobie także z problemami, które wykraczają poza doznania przeciętnego człowieka. Miał przetrwać, nawet jeśli to znaczyło, że powinien przez chwilę myśleć jak wróg, jak zwierzę, jak obcy… a nawet wariat. Jego otępiały samotnością i lekami umysł był niczym wysłużony mechanizm, na siłę wpychający wszystkie kółka zębate i trybiki na niewłaściwie miejsca. Czasami działał pod wpływem impulsu, nie myśląc o przyszłości, bo przyszłość zwyczajnie go przerażała – i to właśnie nieperspektywiczna reakcja sprawiła, że kurczowo zacisnął palce na nadgarstku Rémy’ego, wciągając go za sobą w ciemny, osamotniony zaułek i podejmując ryzyko, na które nigdy by się nie odważył, gdyby nie świadomość…
Ulotności.
Ulotności i kruchości ludzkiego życia, zwłaszcza w czasach, w których przyszło im żyć. Nie mogli być pewni tego, co nadejdzie za rok, za miesiąc, za tydzień, za dzień, za godzinę, za minutę. Nie mogli myśleć o przyszłości, bo przyszłość była straszna. Nie mogli jednocześnie tracić szans, przepuszczać okazji, które nigdy miały się nie powtórzyć, pozwalać, by życie przeciekało im przez palce. Czasami warto było zaryzykować jednym pocałunkiem, nie zastanawiając się, co przyniesie w skutkach.
Tak zwyczajnie, bez obaw podjąć wyzwanie, aby nigdy nie musieć zadać sobie tego uwłaczającego co by było, gdyby…?
Svein w najgorszym wypadku mógł oczekiwać gniewnego ciosu wymierzonego prosto w (zbyt duży i będący zbyt łatwym celem) nos, zaś w tym odrobinę lepszym…
- Dosadniej bym tego nie ujął – Charron mógł unosić sobie sugestywnie brew, ale to spojrzenie Sveina wyraźnie wskazywało winowajcę – na dobrą sprawę właśnie na niego patrzyło, delikatnie sugerując, że to najwyższa pora, by przerwać dysputę.
W końcu Rémy nie powinien ryzykować bójką na terytorium wroga.
Na całe szczęście Sveinowi, który był dość pojętnym człowiekiem (jak na Norwega), nie zabrało wiele czasu zrozumienie, że monsieur Charron nie ma zbyt równo pod sufitem (był w tej dziedzinie niekwestionowanym specjalistą), więc naprawdę lepiej go nie zaczepiać z byle powodu. Okrążał go więc tak długo, jak tylko mógł, byleby tylko nie dostać się w czerwony opar gniewnej aury, buchający od niego niczym para z woka w chińskiej dzielnicy. Po chwili doszedł jednak do wniosku, że Rémy skrywa się za maską patentowanego gbura, bo usiłuje znaleźć pretekst do nadania pozorów słuszności gniewowi rozpychającemu się w jego wnętrzu niczym kaleki, zdradzony bliźniak syjamski. Svein nie miał skłonności do dramatyzowania, ale nie mógł się oprzeć myśli, że nieprawdopodobny, niepokorny charakter, który Charron zdołał kilkakrotnie zaprezentować, to najgorsze, co mogło go w życiu spotkać.
Huragan Rémy szalał nad Paryżem, a Svein miał być jego pierwszą ofiarą.
- odrobinę? Jednak posiadasz dobre, łaskawe i ludzkie oblicze – nie rozumiał, dlaczego to powiedział. Wielu rzeczy w obecnej chwili zupełnie nie pojmował, zbyt mocno skupiając się na powolnym podźwignięciu Charrona z posadzki, by tracić energię na puste dywagacje – w napięciu nasłuchiwał nierównego, chrapliwego oddechu, który wskazywałby na obrażenia płuc, albo kolejnych przesyconych bólem jęknięć, które mogły oznaczać, że Rémy nieco dramatyzuje… lub że ma pełne prawo do odrobiny dramaturgii. W Charrona wstąpiły jednak nowe pokłady samozaparcia, co pozwoliło mu na samodzielną podróż aż do krzesła – Svein nie potrafił odgadnąć, skąd w mężczyźnie równie niepohamowana chęć jak najszybszej ucieczki z zasięgu jego ramion, a już ostatnia rzecz, którą obarczyłby winą, to zapach lawendy i pozostawionej na kuchennym blacie mieszanki imbiru, rumianku oraz miodu. Nie oznaczało to jednak, że zatęsknił za ciężarem Charrona na szyi lub ciepłem jego pleców pod dłonią – nic podobnego. Musiał skupić się na tym, co ważne, a najważniejsze było zajęcie się raną.
I pozbycie Rémy’ego.
- Jakie podobne pytanie mógłbyś mi niby zadać? – uniósł delikatnie brwi, najwyraźniej nie zrażając się świętym oburzeniem Charrona – wydając z siebie podobne syknięcia, do złudzenia przypominał ględzącego od rzeczy małego ssaka domowego, co jedynie podbudowywało rozbawienie blondyna. Tak długo, jak długo Rémy skupiał się na własnym gniewie, zapewniał Sveinowi namiastkę swobody w działaniu. Sørensen w głębi duszy wiedział, że ich rozmowa sama w sobie jest bez znaczenia, lecz nie chodziło tu o to, czym była, ale co wyrażała. W wymownym skrócie zawierała całą sytuację jego życia: robił wszystko dla swoich pacjentów.
Nawet, jeśli ryzykował przy tym złamaniem nosa, co i tak nieszczególnie wpłynęłoby na jego (i tak marną) prezencję.
- Portretu? – uprzejme zainteresowanie, które przejawiał znad pocerowanej szwami rany, było raczej grzecznościowe – choć nikt nie nazwałby Sveina całkowitym ignorantem, zwyczajnie nie znał się na sztuce malarskiej, zachowując miejsce w pamięci dla anatomii chirurgicznej. Jednak coś w głosie Charrona – być może leciutka zapalczywość, z jaką zaczął mówić o własnej pasji (bo że właśnie tym było dla niego malarstwo, zdołał przekonać się ostatnim razem) – sprawiła, że Sørensen nie potrafił dłużej igrać z jego opanowaniem.
Zwyczajnie nie potrafił.
- Malujesz na zamówienia każdego, czy należy spełniać konkretne wymagania?
Musiał odpuścić sobie kolejne przewrotne odpowiedzi, zrezygnować z igrania z ogniem, porzucić zwyczajowy sceptycyzm na rzecz nagłego zainteresowania, które wzbudziły w nim słowa Rémy’ego. Wątpił, by kiedykolwiek potrzebował olejnego czy akwarelowego (na Odyna, nawet nie potrafi dostrzec różnicy) portretu, jednak tak długo, jak długo rozmowa o tym napawała Charrona szczęściem…
… w trudny do wyjaśnienia sposób uszczęśliwiała również Sveina. Co stanowiło kolejne zjawisko, nad którym wolał się nie zastanawiać – dla własnego spokoju i dla spokoju Rémy’ego, do czego dobitnie przekonał go popłoch, w jakim Charron przed momentem odwrócił wzrok.
- Nic – jedno, króciutkie słowo wystarczyło, by zdołał pozbyć się ostatniego szwu i przemyć lekko zaczerwieniony ślad gazikiem nasączonym chloroheksydyną.  – Potraktuj to jako rekompensatę za bliższą znajomość z posadzką - przytknął jałowy opatrunek do gojącej się rany i ostrożnie uniósł ramię Rémy’ego, by chwilę później w kilku sprawnych ruchach okręcić wokół niego świeży bandaż -  cały opatrunek został zwieńczony ciasnym węzełkiem, który jasno sugerował, że Charron nie powinien przy nim gmerać. Za żadne skarby.
- Druga szuflada od góry – skinął lekko głową w stronę jednej z metalowych szafek, które stały w równych rządkach pod ścianą naprzeciwko. Nie czekając, aż Rémy wstanie z zajmowanego miejsca, oparł łokieć o blat stolika, podparł podbródek na dłoni i zamknął oczy z cichym westchnięciem, mamrocząc pod nosem wymowne sześćdziesiąt sekund.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pią Sty 06, 2017 7:55 pm

Wkurwiało mnie to wszystko niezmiernie.
Wkurwiał mnie Allard, który umarł akurat wtedy, kiedy miał się ze mną spotkać, wkurwiała mnie ilość czasu, którą musiałem poświęcić na jego poszukiwania, to, że wylądował w szpitalu, że bolało mnie ramię i żebra, że byłem już głodny, że ostatnio mało co szło po mojej myśli i że w prosektorium, bo przecież nie mogło być inaczej, natknąłem się na Challesa Thénarda, co wcale nie stało się apogeum mojego gniewu.
Bo od razu zaczęło mnie wkurwiać jeszcze więcej.
To, że w ogóle dałem się wtedy zaskoczyć, przez co dość dotkliwie oberwałem, że we wszystko wplątał się jeszcze niemiecki patrol i musiałem uciekać, że z powodu zbyt dużego ryzyka nie mogłem pójść do szpitala, tylko skorzystać z mniej oficjalnych usług, że te usługi wykonywał akurat Thénard, że zgodziłem się pójść z nim do baru (sam to zaproponowałem?), że tak dobrze nam się rozmawiało, że wyszliśmy razem, że wciągnął mnie w ten cholerny zaułek i w końcu to, że mnie pocałował.
Bezczelny typ, jak on w ogóle śmiał?! Tak po prostu, bez żadnego sygnału pocałować innego mężczyznę?!
I zostawił mnie. Pod brudną ścianą, w śladowym świetle latarni i ze swoim smakiem na moich ustach. Choć jeszcze chwilę wcześniej nasze ciała nie dzieliły już żadne centymetry odległości, on wplatał palce w moje włosy i całował tak zapalczywie, jak chyba nikt dotąd. A ja, głupi, po początkowej fazie zdziwienia odwzajemniłem ten pocałunek, zaciskając kurczowo palce na fragmencie kurtki na jego klatce piersiowej i próbowałem przyciągnąć jeszcze bliżej. To wtedy po raz pierwszy rozpoznałem zapach lawendy, imbiru, rumianku oraz miodu, który wydał mi się być mieszanką idealną, to wtedy oceniłem  jego lekko spierzchnięte usta jako wyjątkowo miłe, a samą bliskość jako zaskakująco przyjemną.
Musiałem być niespełna rozumu.
Przeraża mnie fakt, że chociaż rozmowa w barze uległa pewnemu rozmyciu, tak mogę bardzo dokładnie powiedzieć o absolutnie wszystkim, co miało miejsce w tamtym zaułku, z oceną stanu budynków wokoło włącznie. Ale ta pamięć do szczegółów nie działała wcale na korzyść Thénarda – w końcu przecież zostałem sam, rozdarty pomiędzy tym, czy bardziej żałuję tego, że skończyło się tylko na pocałunku, czy tego, że Challesa i tej spokojnej aury, którą wokół siebie roztaczał, zabrakło koło mnie.
I zostawił mnie. Chociaż przecież tyle mu od siebie tego wieczora dałem, począwszy od tego, że naprawdę dawno z nikim nie rozmawiałem równie swobodnie i dawno szczery uśmiech nie gościł na moich ustach przez tak długi czas. Tajemnicza osoba Thénarda pochłonęła mnie wtedy zupełnie, a ja, głupi, pozwoliłem mu podejść do mnie bliżej niż komukolwiek innemu w Paryżu.
Teraz naprawdę wszystkiego żałuję.
Gniewu więc było we mnie naprawdę dużo i to z tak rozmaitych problemów, że nawet nie wiedziałem, co podnosiło mi ciśnienie najbardziej – przeszłość czy teraźniejszość. W środku mnie panował istny chaos, szalejący i niezwykle niszczycielski chaos, powoli odbierający resztki trzeźwego myślenia i powodujący, że moje dłonie automatycznie zacisnęły się w pięści, gotowe do natychmiastowego użycia. A uderzenie w ten wielgachny kinol było naprawdę wszystkim, czego obecnie pragnąłem. Jeden cel, krótki zamach i skoncentrowanie całej siły w jednym ramieniu z całą pewnością wystarczyło, bym poczuł się o wiele lepiej, ale cichy głos rozsądku pytał, czy naprawdę chcę wszcząć bójkę, którą w obecnym stanie na pewno przegram i po której nie otrzymam darmowej pomocy medycznej. Po szybkiej kalkulacji zysków i strat doszedłem więc do wniosku, że wstrzymam się przynajmniej do momentu, w którym nie otrzymam dostępu do rzeczy Allarda.
Potem to mu ten nochal rozkwaszę.
Na pewno to zrobię, skoro przez cały czas tak jawnie mnie do tego prowokuje, skoro nie może się powstrzymać od tego, żeby powiedzieć mi coś złośliwego albo odwrócić kota ogonem.
Ta zaogniona rana wcale nie była moją winą!!! Jestem człowiekiem czystym i dbającym o swoją higienę i na pewno nie naraziłbym w głupi sposób świeżo zszytego miejsca na zakażenie! To on pewnie miał brudne łapska i to wszystko jest wynikiem jego zaniedbania! Babrze się w tych trupach, to i zarazki roznosi. A jeśli teraz coś spieprzy, to słowo daję, że doniosę na niego komu trzeba, żeby i mu łomot spuścili. Coś wymyślę.
Albo sam po prostu uduszę go gołymi rękami, żeby mi w końcu przestał tak gadać na uchem i śmiać się ze mnie, kiedy ja tu umieram!!! Za grosz poczucia przyzwoitości, słowo daję, skąd on pochodził? Może faktycznie z tej wsi i stąd te tragiczne maniery.
Chociaż jak chłopaka ze wsi to jest całkiem atrakcyjny. I nie ma typowych dla chłopów dużych dłoni – jego są smukłe i o długich palcach (to tak jak moje) z całym szeregiem drobnych blizn, chyba po skalpelu.
STOP. Po co ja o tym myślę?!
Opuszczenie prosektorium naprawdę dobrze mi zrobi, chyba ten trupi zapach rzucił mi się na mózg i nie myślę do końca racjonalnie.
Prychnąłem tylko wyniośle na jego słowa, nie uważając, by ten komentarz był godny mojej odpowiedzi. Pewnie, że posiadam ludzkie oblicze, w przeciwieństwie co do niektórych tutaj, którzy zostawiają swoich pijanych pacjentów w ciemnych zaułkach z dala od ich domów!!
Ciekawe, co by zrobił, gdybym mu powiedział, że do swojego mieszkania wracałem całe cholerne dwie godziny, bo nie mogłem znaleźć drogi, a kiedy znalazłem, to znowu miałem szczęście spotkać patrol i tylko ukrycie się w śmietniku mnie uratowało.
Za to też mu przyłożę.
Potem ci powiem – odpowiedziałem tylko z lodowatym spokojem, w głowie mając już jasną wizję tego, co zrobię z jego twarzą, kiedy skończy zajmować się moją raną. Ale mógłby się pospieszyć, ból w żebrach nieznośnie pulsował i trochę bałem się wziąć głębszy oddech, bo jeszcze przez przypadek coś tam sobie naruszę. Obrażenia żeber to najbardziej upierdliwe obrażenia na świecie – trudno się goją i bolą jak cholera przy każdym ruchu, a środki przeciwbólowe trochę kosztują!
Oho, ale chyba w końcu poszedł po rozum do głowy i zaczął jakiś normalny temat.
To znaczy, że obraz przedstawia osobę lub grupę osób – powiedziałem zaskakująco jak na mnie uprzejmym głosem, w środku zwyczajnie radując się, że mogłem dać mu przytyczka w nos.
Grisha, wydoroślej, kiedyś by wypadało.
Westchnąłem więc tylko sam do siebie, znów mocniej zaciskając rękę na kolanie, kiedy poczułem, jak Challes wyciąga kolejny szew. Nieprzyjemne dziadostwo.
Każdego, kto posiada pieniądze – mruknąłem, sam nie do końca wiedząc, dlaczego ciągnę z nim ten temat, mój ulubiony temat, skoro Challes pewnie i z tego zacznie za chwilę żartować. Jak ze wszystkiego do tej pory, mając najwyraźniej mnie głęboko w poważaniu. A to przecież ja miałem go głęboko w poważaniu, dlaczego Thénard musiał mieć zawsze ostatnie słowo? No, głównie dlatego, że mu pozwalam, bo są mi potrzebne jego umiejętności i zgoda, ale jednocześnie też dlatego, że sam daję mu powód. Tak jak teraz. Niech tylko spróbuje i w tym odpowiedzieć coś niemiłego, to włożę mu te nożyczki do oka.
Naprawdę to zrobię i nawet nie będzie mi żal utraty tak ładnego koloru tęczówki (co mówię tylko i wyłącznie jako znawca kolorów).
Twardo nie patrzyłem w jego stronę przez resztę zabiegu, nie obserwując nawet ostatniej czynności, jaką było zawiązanie bandażu. Ugh, miałem bardzo uważnie patrzeć każdy jego ruch, a skończyło się na tym, że jak ognia unikałem spojrzenia Challesa, w obawie, że znowu zrobi się dziwnie. Och, w barze to chyba właśnie było to – nasz wzrok spotykał się zbyt często i na zbyt długo.
Na zaognioną ranę to wystarczy? – burknąłem tylko, obmacując opuszkami palców świeży opatrunek. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałem, ale delikatne przemycie szramy jakimś płynem chyba nie jest wystarczające w takim przypadku? Cóż, jak już ostrzegałem, nie zamierzałem mieć żadnych skrupułów, w razie gdyby okazało się, że spieprzył robotę. Ze mną się nie zadziera.
Po następnym oświadczeniu blondyna na dłuższą chwilę zamilkłem. Spojrzałem na niego ponownie, tym razem z uniesioną wysoko jedną brwią, głęboko zastanawiając się, czy mówi poważnie. Nie dodał jednak żadnego „żartowałem!”, nie zaczął się śmiać, w ogóle był poważny i naprawdę zamknął oczy.
Głupi. Na jego miejscu z takiego desperata jak ja wyciągnąłbym sporą ilość gotówki, bo skoro tak bardzo zależałoby mu na dostępie do rzeczy nieboszczyka, to pewnie byłby gotowy zapłacić za nie większą sumę. A on nie chciał niczego. Ludzie o miękkim sercu nie żyją zbyt długo. Ale jego strata, ja nie zamierzam z niczym mu się narzucać, lubię obecną ciężkość mojego portfela.
Zsunąłem się z krzesła i ostrożnie, bo żebra dalej mi dokuczały, choć ból nieznacznie zelżał, ruszyłem w stronę szafek. Po otwarciu wspomnianej przez Thénarda szuflady, dość pospiesznie, ale dokładnie zacząłem obmacywać jego ubrania. Pożółkła koszula nie kryła w sobie nic specjalnego, podobnie jak spodnie i wewnętrzne kieszenie płaszcza. Jednak znałem wystarczająco wielu takich ludzi, by wiedzieć, gdzie mogę szukać istotnych informacji.
Bingo.
Rękaw płaszcza od wewnątrz krył niewielką kieszonkę, urządzoną z podszewki i to tam wymacałem palcami coś twardszego, co po chwili okazało się być kartką, czy też karteczką papieru, na którym było wypisane… jakie ładne pismo, kto by się spodziewał… dwa słowa, z czego jedno było czyjąś ksywą, a drugie najwyraźniej miejscem, gdzie tę osobę można spotkać. Ulicą albo barem, nieważne, dowiem się. Ważne, że to mam. Nic innego nie znalazłem, musiałem zadowolić się tylko tymi dwoma słowami, w dodatku nie mając pewności, czy ta informacja była dla mnie, ale to jeszcze zweryfikuję. Na wszelki wypadek zerknąłem jeszcze na jego dowód tożsamości, by w razie czego móc zajrzeć do jego mieszkania.
A co do tego pytania – odezwałem się w końcu, odwracając się w stronę Challesa. Wyraz mojej twarzy był zupełnie nieruchomy  (niech się domyśla, czy znalazłem, co chciałem) i choć bardzo starałem się hamować kipiący we mnie gniew, chyba w dalszym ciągu odbijał się on w moich oczach. – Zawiera w sobie słowa „ciemny zaułek” i „tchórz” – syknąłem, mrużąc powieki. Chyba po prostu nie mogłem stąd wyjść, nie zarzucając go oskarżeniami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sob Sty 07, 2017 11:42 pm

To wszystko wydarzyło się zbyt szybko – to, w jaki sposób Rémy Charron przypadkowo pojawił się w jego życiu i to, jak nieprzypadkowo został w nim na dłużej. Gdy trzy dni temu Svein zgodził się na wspólną wizytę w barze, myślał wyłącznie o obrażeniach pacjenta i ryzyku, jakie niosły – jednak prędko zrozumiał, że próbował oszukać samego siebie i że jego troska, choć prawdziwa, zaczęła ustępować przed czymś ponad to. Zainteresowaniem, które budziły słowa Charrona? Cieniem fascynacji, z trudem ukrywanym przed spojrzeniem mężczyzny? Kruchym, lodowym pomostem zrozumienia, który wspólnie wznieśli ponad miastem pełnym nieprzyjaznych ludzi?
Nie chodziło o pozszywany łuk brwiowy, obite żebra, siniaki czy ranę na ramieniu Rémy’ego… ale o Rémy’ego po prostu.
Wbrew własnej woli, wbrew wszelkiej logice, wbrew swym zamiarom padł ofiarą urojeń Sveina, lądując w samym centrum jego udręczonego umysłu. Z każdym wypowiadanym przez siebie zdaniem Charron brnął coraz głębiej w poskręcane, zwinięte konwulsyjnie zwoje mózgowe, nieświadomie utwierdzając Sørensena w przekonaniu, że chce lepiej poznać Rémy’ego.
Bo naprawdę chciał. W jednej chwili zrozumiał, że ma dość sennego, sterylnego umierania, zapadania się w głąb, zanurzania wyłącznie w pracę, dość obecności jedynie uszkodzonych organów, czerwono-różowego kosmosu mięśni, wnętrzności i kośćca. Dość życia wyznaczanego rytmem badań, operacji, zabiegów i lekarstw. Svein zrozumiał, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza, wstać, znów coś robić, gdzieś być potrzebnym, walczyć, starać się, bać, cieszyć, poznawać, nawet gdzieś daleko poza granicami zdrowych zmysłów. Żyć jak mężczyzna, a nie jak kukła zawieszona pomiędzy szpitalem a mieszkaniem. Zrozumiał, że jego przyszłość jeszcze trzy dni temu wyglądała jak mętna, płytka kałuża.
Aż nagle w drzwiach pojawił się on i Svein przez krótką, naiwną chwilę sądził, że może wszystko się ułoży.
Jeszcze w barze czuł, jak nadzieja i oczekiwanie popychają leniwą dotąd krew w żyłach, nadając jej nowy, weselszy, żwawszy rytm. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami ani nad tym, czy nie przecenił swoich możliwości, czy we własnej naiwności nie nadinterpretował zachowania Charrona – sposobu, w jaki zatrzymywał spojrzenie na oczach Sveina, przypadkowego, choć jednocześnie zbyt długiego jak na zwykły przypadek muśnięcia palców przy odbieraniu kufla, w końcu tego mimowolnego, delikatnego przygryzienia wargi, mogącego przecież wyrażać jedynie namysł. Gdyby zaczął roztrząsać wszystkie argumenty za i [/i]przeciw[/i], straciłby jedyną okazję do działania – dlatego zaryzykował, bez ostrzeżenia, bez czekania na pozwolenie, bez niemego pytania w jasnych, spokojnych oczach.
Zaryzykował… i zachwycił się Rémym, zachłysnął, jak górskim powietrzem, upoił, jak zawrotem głowy na wysokościach. Jego usta smakowały słodko i intensywnie, było w nich coś z aromatu wanilii, i świeżo skoszonej trzciny, i melasy, i zielonych jabłek, choć jednocześnie stanowiły niepodobną do żadnej z tych rzeczy syntezę miękkości, alkoholu i odwzajemnionego pocałunku. W przeciągu tych ledwie kilkunastu sekund skóra Charrona wydawała się Sveinowi ciepła jak żar ogniska, było w niej coś rozpalającego i niegroźnego jednocześnie – nie musiał obawiać się oparzenia, kiedy musnął opuszkami palców usiany pieprzykami policzek ani odtrącenia, gdy poczuł na piersi kurczowo zaciśniętą dłoń, która niwelowała ostatnie milimetry dzielącej ich odległości.
Nie było w tym nic złego. Żadnego upiornego zamysłu zranienia, żadnej próby zadania bólu, żadnej kpiny – jedynie spokój i pewność, które po raz pierwszy od długich miesięcy wypełniły Sveina po brzegi, uniosły niczym ponton na wodzie. Był lekki, swobodny, zdecydowany. Był znowu sobą. Brał udział w eksperymentalnej terapii, śnił i leczył się sam. Albo wariował. Wszystko jedno. I tak mu się podobało.
Tyle tylko, że – jak zwykle – musiał wszystko spieprzyć.
Musiał oderwać się od miękkich ust, musiał skazać się na zaskoczone, pełne wyrzutu spojrzenie, musiał uciec stamtąd, zanim po raz kolejny popełniłby błąd i pozwolił, by to wszystko potoczyło się zbyt szybko.
Przecież dokładnie tak było z Lovise, dokładnie to wydarzyło się z Gustavem: Svein nie zanurzał się w nich powoli i ostrożnie, krok za krokiem docierając coraz dalej, tylko bez opamiętania wskakiwał w głęboką, ciemną wodę, która prędzej czy później zaczynała napełniać jego płuca gęstą cieczą i ciągnąć go w dół. Oszczędzając sobie cierpienia, oszczędzał go Charronowi – bo nawet, gdyby pocałunek był zaledwie preludium do reszty wspólnie spędzonej nocy, rano Rémy mógłby natknąć się na zupełnie innego Challesa.
A to oznaczało ból po stokroć potężniejszy od tego, który odczuwał teraz.
Miał więc prawo odczuwać wściekłość, nienawiść, potrzebę jak najszybszego uczynienia nosa Sveina jeszcze większym. Mógł się irytować, prowokować bójkę, wymierzać kolejne ciosy – Sørensen jedynie bronił się przed wbijanymi przez Charrona szpilami, próbując zagarnąć resztki powoli kruszejącego spokoju. Rémy nie zrozumiałby powodów, dla których zostawił go tamtej nocy osamotnionego w zaułku, więc nawet nie próbował przedstawiać mu swoich racji.
Co zresztą mógł powiedzieć? Zawsze, kiedy porywam się na podobne szaleństwo, kończę z sercem w strzępach i rozbitą w drobny mak pewnością siebie? Czy może boję się, że to byłby ostatni raz, kiedy byśmy się zobaczyli, że po wszystkim unikałbyś mnie jak trędowatego bezdomnego?.
Nic podobnego nie wchodziło w grę – lepiej było milczeć i wieść dawne, niezmącone niczyją obecnością, nudnawe życie. Popaść w rutynę codzienności z wiedzą, że gdzieś tam, wysoko nad głową, ludzie sobie spacerują, idą do kawiarni, przeżywają miłosne zawody i uniesienia, że gdzieś tam żyją zupełnie inaczej niż on. Ale Svein lubił swoją skromną egzystencję. Lubił ciche, chłodne prosektorium. Lubił ciasne, niewielkie pomieszczenie z tym zabawnym, starym samowarem i niezliczonymi szufladkami. Lubił patrzeć, samemu nie będąc widzianym.
Lubił samotność i jednocześnie panicznie się jej bał. Czy to aż tak trudne do zaakceptowania? Do uszanowania?
Svein spojrzał na Charrona z dziwnym błyskiem niepewności w oku, gdy ten obiecał, że później wyjawi mu tajemnicę własnych słów. Oczy Rémy’ego płonęły przy tym jakimś nieprzyjemnym, wewnętrznym światłem, aż Svein poczuł się nagle jak na przesłuchaniu. Odruchowo przełknął ślinę, natychmiast poświęcając całą uwagę pieczołowitemu pozbywaniu się szwów. Może znów coś sobie uroił i Charron nie miał na myśli niczego złego?
Tak, najpewniej właśnie tak było, to jedynie przeczulona wyobraźnia płata mu nieznośne figle. Nic więcej.
- Dziękuję ci za pouczającą lekcję – w jego głosie rozbrzmiewała powaga tak święta i głęboka, że Rémy nie mógł posądzić Sveina o kpinę; rzeczywiście nie zamierzał ironizować, słowa Charrona traktując jako godną podwórkowej przepychanki odzywkę, na którą – w akcie najwyższej łaskawości – spuści zasłonę milczenia, unikając kolejnej słownej potyczki.
Choć musiał przyznać, że Rémy był czasami uciążliwy. Jak pradziadek z zanikami pamięci, który wciąż krzyczy o unii ze Szwecją.
- Rozumiem. Klientów się nie wybiera – na ustach Sveina zagościł enigmatyczny, powolny uśmiech, mogący wyrażać wszystko lub nic; jego słowa były jedynie wytartym frazesem, ale przez to leciutkie wygięcie warg stały się czymś bardzo personalnym – zupełnie, jakby mówił konkretnie o Charronie i jego roszczeniowej postawie, która odbijała się od Sørensena rykoszetem. Choć obiecał sobie, że nie dostarczy swojemu pacjentowi kolejnych powodów do narzekań, Rémy sam je wynajdował, będąc przy tym skrupulatny jak stara panna wytykająca błędy zamężnych przyjaciółek. Naprawdę sądził, że Svein z niego żartował? Przecież były to jedynie subtelne uwagi, które Charron – najwyraźniej mocno przeczulony na własnym punkcie – interpretował w zdumiewająco błędny sposób.
Ale chyba tak już z nim było – wiele spraw przeinaczał na niekorzyść drugiej osoby.
- Wystarczy, nie była brudna, tylko podrażniona – zmarszczył lekko brwi, zupełnie jakby podważanie jego kompetencji stało się nużącą zagrywką poniżej pasa. Svein musiał przy okazji zwalczyć szczerą ochotę dania Charronowi po łapie, kiedy niemal natychmiast zaczął dotykać bandaża, jednak zamiast tego westchnął jedynie cicho, obrzucając krótkim, badawczym spojrzeniem rozcięty łuk brwiowy. – Nie dotykaj opatrunku bez potrzeby, za dwa dni ściągnij i załóż nowy – nie pozwolił, by w jego głosie rozbrzmiało znużenie, choć to akurat zaczęło być widoczne w oczach – na całe szczęście ledwie chwilę później je zamknął, dając Charronowi sześćdziesiąt sekund na przeszukanie rzeczy nieboszczyka.
Znacznie mniej od pieniędzy interesował go powód, dla którego Rémy tak rozpaczliwie pragnął dostać się do ubrań Allarda – jego upór i gotowość na uzyskanie dostępu za wszelką cenę jedynie utwierdziły Sveina w przekonaniu, że Charron nie jest zwykłym, prawym obywatelem i że ma za kołnierzem na tyle, by musieć szukać pomocy medycznej w prosektorium. W umyśle Sørensena zrodziło się podejrzenie, że jego pacjent jest członkiem Ruchu Oporu, choć o podobnych rzeczach Svein wolał nie myśleć – choćby dlatego, że czasami robił to na głos.
A o takich rzeczach nie mówi się nawet szeptem.
Gdy w cichym odliczaniu dotarł do sześćdziesięciu, uchylając powieki dokładnie w momencie, w którym Challes odwracał się w jego stronę. Svein przez moment patrzył na niego badawczo, zupełnie jakby sprawdzał, czy Rémy nie podkradł jakiejś części garderoby nieboszczyka, choć ta nie prezentowała się zbyt oszałamiająco. Nic na to nie wskazywało, więc rozluźnił się odrobinę i…
I zrozumiał, że zrobił to stanowczo zbyt wcześnie.
Po kolejnych słowach Charrona na odrobinę smutnej, ale w gruncie rzeczy spokojnej i niewerbalnie sympatycznej twarzy zaszła drastyczna zmiana – głęboko w piersi, gdzie płonęło poszarpane serce, Svein poczuł wzbierający gniew, gniew ogromny niczym wodospad Kjosfossen. Ściągnął usta w bladym, zimnym grymasie, wbijając w Rémy’ego równie blade i zimne spojrzenie.
- Przychodzisz tu mendzić i smarkać mi w rękaw, żebym udostępnił ci rzeczy zmarłego, połatał rany i opatrzył obrażenia, a później mówisz coś takiego?
Podniósł się z miejsca, jednak w jego ruchach nie było zwyczajowej płynności; nagle zrobił się dziwnie ociężały, jak gdyby z trudem tłumiona wściekłość dodała mu wzrostu, wagi i przede wszystkim instynktu destrukcji.
- Wiesz, kogo powinieneś nazywać tchórzem? – choć wciąż oddychał ostrożnie i płytko, i tak zdawało mu się, że na piersi, jeden po drugim, lądują mu bombowce. – Kogoś, kto określa innych w ten sposób, nawet nie pytając o powody ich postępowania. Kogoś, kto wygarnia wszystko dopiero wtedy, gdy otrzymał to, czego chciał, bo wcześniej nie miał odwagi, żeby się odezwać. To właśnie jest tchórz – Svein spojrzał na Charrona tak, jak patrzy się na coś, co się zaśmierdziało w lodówce.
I może miał trochę racji.
- Wiesz, gdzie są drzwi.
To było niegrzeczne. Niepotrzebne. I jednocześnie cholernie niezbędne – mięśnie zaigrały na żuchwie Sveina, gdy zacisnął mocno usta, odwracając się plecami do Rémy’ego w tak zamaszysty i teatralny sposób, że niemal zrzucił ze stolika nożyczki. To zresztą na nich moment później skupił całą uwagę, wściekle szorując je wilgotnym gazikiem i zachowując się tak, jakby Charron przeobraził się w powietrze. Jakby przestał istnieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Sty 15, 2017 7:32 pm

To wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Challes nie miał prawa robić ze mną czegoś takiego! Z kimś poznanym zaledwie cztery godziny wcześniej! Z kimś, o kim nie wiedział prawie nic! Z kimś, kogo reakcji nie mógł przewidzieć! Był kompletnie nieostrożny, zachował się głupio. I nieodpowiedzialnie. Żaden normalny, szanujący się mężczyzna nie zachowuje się w ten sposób.
A ja się na to zgodziłem! Więc to chyba byłoby na tyle z normalnego, szanującego się mężczyzny. Jednak na moją reakcję najpewniej wpłynęła ilość wypitego alkoholu, szczerze wątpię, bym na trzeźwo zgodził się na podobny wybryk. Bardzo mało prawdopodobne. Prawie niemożliwe. Nikłe szanse… tak małe, że właściwie żadne.
Więc co mnie podkusiło po pijaku? Co Challes miał takiego w sobie, że pozwoliłem mu wyciągnąć tę część siebie, którą teoretycznie zepchnąłem głęboko do środka? Zgrzebałem, zakopałem i zacząłem zapominać? Ostatni raz, kiedy smakowałem ust osoby tej samej płci, miał miejsce jeszcze podczas studiów. Tylko i aż pocałunek, nigdy potem nic podobnego nie miało miejsca. Pomimo parokrotnego pojawienia się tego zagadnienia w moich myślach, całą uwagę i tak poświęcałem jedynie spotykanym po drodze kobietom. Aż do momentu, w którym poznałem Thénarda – pojawił się i nagle wszystko uległo zmianie. Może naprawdę to alkohol wypaczył moje myśli, może oddanie pocałunku było jedynie odruchem, a odczuwana z jego powodu przyjemność wymysłem mojej wyobraźni? Mogło tak być.
Może to nie miało zupełnie nic wspólnego z tym, że przy Challesie czułem się wyraźnie inaczej niż przy całej reszcie Francuzów. Czy Rosjan. Że przy nim czas mi zwolnił, choć do tej pory nieustannie gdzieś mnie gonił, wyznaczając mi nigdy niekończące się daty terminów oddania czegoś, zrobienia czegoś, niecierpliwego czekania na coś, zawsze jak najszybciej, byle do przodu. Naprawdę rzadko miałem okazję złapać oddech i faktycznie odpocząć. Nawet malowanie, choć było moją pasją, zmuszało mnie do pośpiechu, bo wiecznie miałem za mało czasu. Natomiast wskazówki zegara przy Thénardzie zwolniły. Był on pełny spokoju – spokoju zupełnie różnego od tego, którym charakteryzował się Fiodor – cierpliwości, wyrozumiałości i kiedy z nim rozmawiałem, faktycznie zdawał się skupiać swoją uwagę tylko na mnie. Nie lekceważył mnie, nie robił min, słuchał. Przy czym sam wcale nie był nudny – krył w sobie jakąś tajemnicę, którą miałem ochotę poznać i choć dość wycofany, zdawał się być zaangażowany w rozmowę, nie zachowywał się, jakby miał ochotę już sobie pójść. Pytał, milczał, trochę opowiadał, trochę żartował. I patrzył, patrzył spojrzeniem, które choć sklasyfikowałem jako bliżej nie do rozpoznania, to zapadało w pamięć i przyciągało tak, że czasami nie sposób było oderwać wzrok. Kilka razy się na tym przyłapałem. Nie wiem, jak to zrobił, ale udało mu się sprawić, że poczułem się przy nim swobodnie, bezpiecznie i tak, jakbym mógł mu powiedzieć o wszystkim. I wcale nie myślałem o upływie czasu. Co było o tyle niebezpieczne, że o wszystkim po prostu nie mogłem mu powiedzieć, bo skazałbym na kłopoty nie tylko siebie, ale również i jego. Ale to głównie o siebie się martwiłem.
I po tym całym porozumieniu, jakie udało nam się stworzyć, on musiał wszystko zniszczyć. A ja w jednej chwili poczułem się bardzo głupio, że pozwoliłem mu na aż tyle. Że mógł podejść do mnie na tyle, bym poczuł rzeczywiste zainteresowanie jego osobą, rzeczywistą sympatię, choć do tej pory moje relacje z ludźmi w Paryżu opierały się na mojej kalkulacji zysków i strat z danej znajomości. Mogłem lubić mniej lub bardziej, ale w dalszym ciągu trzymałem ich na dystans. A tutaj tego zabrało, bo dałem ponieść się chwili. Pijany, ale jednak. Do tej pory wydawało mi się, że nawet pod wpływem alkoholu potrafię zachować trzeźwość umysłu na tyle, żeby nie robić głupich rzeczy. Najwyraźniej się myliłem.
Zbyt wcześnie pozwoliłem mu na tak dużo. Teoretycznie mógłbym obwiniać siebie, ale to nie ja byłem tym, który bez żadnego słowa wyjaśnienia zniknął drugiemu z oczu, dosłownie rozpływając się w ciemnościach. A ja stałem tam jak głupi, zastanawiając się, co właśnie się wydarzyło i dlaczego nagle zostało przerwane.
Bo najwyraźniej nie spełniłem oczekiwań szanownego Challesa, więc postanowił mnie porzucić?
Naprawdę szlag mnie trafiał, kiedy o tym myślałem. I długo mógłbym wymieniać emocje, które targają mną w tym momencie – na pewno żadne z nich nie jest pozytywne. Z trudem się hamowałem, choć gniew nieustannie pulsował mi tuż pod powierzchnią skóry i naprawdę niewiele brakowało, by po prostu wypłynął ze mnie szerokim strumieniem.
Miał naprawdę dużo szczęścia, że potrafiłem nad sobą zapanować, w przeciwnym wypadku już dawno pewnie zaczęlibyśmy okładać się pięściami. Miał dużo szczęścia, że czegoś od niego chciałem, bo inaczej nie byłbym taki cierpliwy. A tak przynajmniej mogłem zyskać nawet więcej, niż z początku zamierzałem.
Nieznacznie tylko wzruszyłem ramieniem na jego odpowiedź. Jednym, nie chcąc narazić drugiego na ukłucie nożyczkami, których ostrza wyglądały na niebezpiecznie ostre. Oj tam pouczającą lekcję. Thénard najwyraźniej nie miał zamiaru zwracać uwagi na żadną moją słowną zaczepkę (i nawet mu się nie dziwię, bo akurat ta nie była najmądrzejsza), co w pewnym sensie również mnie frustrowało. Czułbym się o wiele lepiej, gdybym chociaż zauważył oznaki poirytowania na jego twarzy, a nie ciągle słyszał, jak odbija piłeczkę. Jeszcze rzucę mu ją tak, że się z ziemi nie podniesie. Muszę tylko poczekać na odpowiedni moment.
Nie wybiera – potwierdziłem spokojnie, patrząc na niego z tą chłodną wyniosłością, której nie zakłócił nawet enigmatyczny uśmiech Challesa. – Pieniądze nie śmierdzą – powiedziałem jeszcze, unosząc jedną brew. Doskonale wiedziałem, o czym sobie w tym momencie pomyślał i nie zamierzałem dawać mu powodów do satysfakcji – nie zamierzałem jakkolwiek reagować na te słowa. Za to swoimi słowami chciałem mu pokazać, że przecież wcale nie musiał się mną zajmować. Nikt mu nie kazał. Mógł odmówić udzielenia mi pomocy i przecież nikt by mu za to nic nie zrobił. Ale się zgodził, niech więc teraz mnie znosi. Wcale nie zamierzałem być potulnym pacjentem. Zwłaszcza, że wcale nie przyszedłem tutaj z zamiarem skorzystania z opieki lekarskiej.
Obrzuciłem go podejrzliwym spojrzeniem, kiedy moja rana z „zaognionej” stała się „podrażniona”, ale nie skomentowałem tego. Chyba się znał. I nie wydawał się być osobą, która celowo doprowadza do amputacji różnych części ciała swoich pacjentów. A przynajmniej na to liczyłem. Wymamrotałem pod nosem, że jasne, zmienię opatrunek za te dwa dni, w dalszym ciągu badając ten, który on mi założył. Wyglądał w porządku, rana piekła trochę bardziej, niż wcześniej, ale to chyba była wina środka odkażającego.
Jestem cały.
A skoro jestem cały i mam już to, po co tu przyszedłem, to warto w końcu powiedzieć parę słów Thénardowi, by… właściwie nie wiem, by co. Dopiec mu za to, wyżyć się, niech wie, że ze mną się takich rzeczy nie robi?
Tak, chyba o to chodziło.
Moje słowa wywarły odpowiednie wrażenie na Challesie, w końcu coś go ruszyło, w końcu mogłem go smagnąć słowem i rozkoszować się efektem, jaki wywoływały. A ten był wyjątkowo pożądany.
Choć, muszę przyznać, poczułem przez krótki moment pewien niepokój. Thénard nagle przestał być cichym mężczyzną w bieli, doktorkiem, który, tak zakładałem, pewnie nigdy nawet nikogo nie uderzył. Kiedy targany gniewem podniósł się z krzesła, w jednej chwili wydał mi się być większy, groźniejszy i faktycznie zdolny zrobić komuś krzywdę. Muszę przyznać, że poczułem zaniepokojenie. Moje słowa najwyraźniej poruszyły go do żywego i obudziły w nim coś, co na co dzień nie dochodzi do głosu. Tak wściekły Challes przez krótką chwilę sprawił, że zwątpiłem, czy powinienem dalej go prowokować, ale sam byłem nie mniej wściekły i po prostu musiałem.
Po pierwsze, Thénard, nie smędziłem: zaproponowałem ci gotówkę w zamian za dostęp do tych rzeczy – odmówiłeś, twoja strata – syknąłem, mrużąc oczy wypełnione lodowatym gniewem. – Po drugie, wcale nie prosiłem cię, żebyś zajął się ściągnięciem szwów, sam chciałeś to zrobić – ciągnąłem, napinając wszystkie mięśnie i zaczynając powoli iść w jego kierunku. I znowu to samo, obraca kota ogonem, nagle wszystko znowu jest moją winą. Jak zwykle wszystkiemu winien jestem właśnie j a. Nie on pierwszy na to wpadł.
Och, a bo miałem okazję spytać cię o powód? Spierdoliłeś, zanim w ogóle zarejestrowałem, że cię nie ma. Bez żadnego słowa wyjaśnienia, po prostu rozpłynąłeś się w powietrzu, niczym tchórz wymigujący się od odpowiedzialności – mówiłem, zbliżając się do niego krok po kroku. Nie wiem, czy prowokowanie bójki w moim obecnym stanie jest mądrym pomyłem, ale teraz naprawdę mnie to nie obchodziło. Po prostu chciałem go zranić, nieważne w jaki sposób, chciałem po prostu widzieć, że go boli. – Tchórzostwo jest wtedy, kiedy odczuwasz strach – odezwałem się zaskakująco spokojnym, lodowatym tonem. – Ja go nie czułem. Chciałem czegoś od ciebie i to otrzymałem, sposób nie jest istotny, liczy się rezultat, a ten jest dla mnie bardzo korzystny. – Zabrawszy ze stołka swój sweter, stałem teraz tuż przy Challesie. Spokojnie mógł poczuć ciepło mojego ciała. – Nie dość, że jesteś tchórzem, to jeszcze głupcem. Chyba nie masz w życiu łatwo, co? – pozwoliłem, by mój głos zabarwił się jadowitą złośliwością. Czerpałem prawdziwą radość z każdego krzywdzącego słowa, po prostu pragnąłem dopiec mu jeszcze bardziej, nie zważając, jakie to może nieść ze sobą konsekwencje. – Tchórz, głupiec i w dodatku słabeusz, nie potrafiący stawić czoła przeszkodom. Żałuję każdej minuty spędzonej w twoim towarzystwie – wysyczałem mu wściekle do ucha, po czym odsunąłem się i chwyciwszy jeszcze kurtkę, wymaszerowałem z pokoiku, kierując się w stronę wyjścia z prosektorium. Ubiorę się na zewnątrz. Zanim nacisnąłem klamkę, po raz ostatni odwróciłem się w stronę Thénarda, by powiedzieć mu jeszcze jedno. W końcu ostatnie słowo musiało do mnie należeć.
Jesteś żałosny.
I wyszedłem, w dalszym ciągu wściekły, ale jednocześnie dziwnie odprężony. Byłem po prostu pewien, że moje słowa do niego trafiły i wywarły pożądany efekt – skrzywdziły.

zt :ccc
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sob Sty 21, 2017 11:55 pm

Doskonale pamiętał swój pierwszy skok.
Skok i towarzyszące wyczynowi emocje, które uważał za najbardziej intensywne w całym swym siedmioletnim życiu – sądził wtedy, że już nigdy, przenigdy nie będzie dane mu doświadczyć równie intensywnych, oszałamiających, odbierających zmysły doznań, że już nigdy nie wespnie się tak wysoko…
… by upaść tak nisko.
Tamtego dnia budynki, ulice i wody Trondheim lśniły bolesną dla oczu nienawiścią – słońce prażyło niemiłosiernie, wyrywając z piersi oddech i zmuszając pospołu dorosłych oraz dzieci, by kulili się w nielicznych plamach cienia, unikając bezwzględnego upału. Wtedy jednak całe sąsiedztwo zebrało się na jednej z połaci zieleni w wielkim poruszeniu. Ojciec – zmęczony, otępiały od niesłychanego w tej części Norwegii upału – stał pod świerkiem, wznosząc zamglony wzrok ku koronie drzewa. Podczas tamtych kilku, przerażających chwil wyglądał niewinnie i bezradnie. Jedna ze starych sąsiadek załamała ręce i wymamrotała cicho: Niech Bóg nam pomoże, zaś jej mąż i Henrik próbowali to ostrych napomnień, to znów łagodnej perswazji: straszyli policją, obiecywali marcepan w czekoladzie, grozili ostatecznym zesłaniem do szkoły z internatem. Zdyszany, czerwony Magnus, miotany niecierpliwością, daremnie usiłował zestawić gdzieś na uboczu dwie drabiny, a liczący wtedy cztery lata Bjørn skorzystał z zamieszania i zaczął tymczasem planowo tratować rabatki, zrywał kwiaty, wyrywał korzenie, rzucał za siebie pąki i łodygi, gryząc przy tym kołnierzyk wykrochmalonej koszuli. Sigurd poprosił błagalnie po raz ostatni: Zejdź, Svein, proszę cię, synu, zejdź. Zobaczysz, że mama wróci i wszystko będzie jak dawniej. Te gałązki są bardzo cienkie. Synu, jesteś mądrym chłopcem, proszę cię, zejdź. Nie ukarzę cię, tylko zejdź już, a wszystko będzie dokładnie tak jak przedtem.
Ale chłopiec nie słuchał. Wpatrzony w błękitne, czyste niebo wspinał się coraz wyżej, na sam wierzchołek – igiełki szorstkimi palcami gładziły go po nagiej skórze – do miejsca, gdzie konary przechodzą w gałęzie i pędy, i jeszcze wyżej, na szczyt. Nie widział już nic, ani zatroskanych ludzi w dole, ani ojca, ani dachu, ani wód zatoki, ani kamiennych domostw rozrzuconych wśród skał, ani słońca, ani księżyca, ani gwiazd. Zmysły zdominował jedynie ten głuchy, szary żar. Przepełniony zdumieniem i błogością Svein powiedział do siebie:
nic nie ma
zebrał się w sobie i skoczył w górę, gdzie majaczyła ostatnia gałązka świerku na krawędzi nieba…
… a później zapanował wyłącznie świszczący, bezwzględny upadek.
Po tych wszystkich latach – wspominając swój wybryk i pamiętając, jak silne ramiona ojca uchwyciły go w locie, gdy mknął ku ziemi przy akompaniamencie krzyku sąsiadki – Svein myślał, że każdy człowiek czegoś żałuje, ale nie każdy może sobie pozwolić na to, by wyrzuty sumienia go ograniczały.  Dlatego nie myślał o ostatnim wieczorze spędzonym u boku Rémy’ego – nie chciał poczuć gorzkiego rozczarowania na samo wspomnienie spojrzenia, którym Charron obdarzył go w gęstym półmroku zapomnianego przez świat zaułka. Nie chciał psuć zaciekle pielęgnowanego wrażenia i tych niespójnych, barwnych obrazów, które wyniósł z zatłoczonej piwiarni; nie chciał karmić własnych myśli niezrozumieniem, zaskoczeniem i smutkiem, które dostrzegł na dnie błękitnych tęczówek Rémy’ego na sekundy przed zniknięciem. Svein uważał, że odejście (bo przecież nie ucieczka) było czymś, co powinien zrobić – czasami należy popełnić małą zbrodnię, żeby zapobiec większej, czasami mniejsze zło jest większym dobrem…
… a czasami człowiek z zasadami musi podejmować trudne decyzje oraz ponosić ich konsekwencje. Nie zamierzał ranić Charrona, nie zamierzał nawet przekraczać tej cienkiej, nienaruszalnej granicy, którą narzucały im konwenanse – nie chciał robić niczego, co mogło go zranić, lecz gdyby nie podjął ryzyka, najpewniej nigdy by sobie tego nie wybaczył. W tej ponurej, szarej rzeczywistości czasami należało postawić wszystko na jedną kartę – choćby po to, aby przez krótki moment poczuć się prawdziwie szczęśliwym. Być może tok myślenia Sveina zasługiwał na pogardę, tak, jak zasługiwała na nią jego naiwność, która przecież nie tkwiła w sercu – nie, skądże.
Ona płynęła w żyłach, płynna i spokojna jak rozcieńczona melasa.
Jednak gdyby nie to naiwne przeświadczenie, że choć przez krótki moment może mieć władzę nad swoim życiem, nigdy nie naraziłby Charrona na własną obecność; odmówiłby wspólnego wyjścia do baru, nie pozwoliłby mu na wywołanie uśmiechu w zwykle smutnych oczach, nie dopytywałby o jego pasję, nie pocałowałby w niemoralnie nęcące usta. Nie poczułby nagłej iskierki nadziei, która rozbłysnęła w umyśle Sveina, kiedy ten nie mógł zaczerpnąć tchu, bo zamiast powietrza czuł smak warg Rémy’ego i dotyk jego długich, ostrożnych palców, na których widniały drobne plamki atramentu. W przeciągu tej krótkiej, nagle przerwane chwili, poczuł, że przewraca się na drugą stronę, przechodzi z bieli w czerń, rozpływa, przepada bez śladu w wygodnej, ciepłej nicości. Nie szukał winnych, bo nie dostrzegał w tamtym wspomnieniu żadnej winy – pocałunek był jedynie (lub ) dobrym, łagodnym aktem jedności, w trakcie którego Svein pragnął przekazać wyłącznie jedno.
Każdy zasługuje na szczęście.
Nawet, jeśli trwa tylko krótki, ulotny, niepowtarzalny moment.
Zbyt dobrze znał samotność, by nie dostrzec jej w Charronie – choć skrupulatnie skrywał własne emocje za dobrze dobraną maską, te czasami wypływały zdradziecko na zewnątrz, nakłaniając Sveina, by zadał kolejne pytanie, by raz jeszcze przytaknął, by uśmiechnął się mimowolnie; Rémy wyraźnie potrzebował kogoś, kto by go wysłuchał – w tym z kolei Svein był mistrzem, odzywając się wyłącznie wtedy, kiedy zachodziła potrzeba i pytając jedynie o to, co wydawało się istotne.
Nie sądził, że kolejnego poranka skóra jego policzka wciąż będzie pamiętać przelotny dotyk dłoni Charrona – nie sądził, że on sam będzie rozgrzebywać tamto na wpół realne wspomnienie we własnej kuchni, przy stole, z białą filiżanką mlecznej kawy w ręce.
Nie było mu przykro, że sprawy potoczyły się w taki a nie inny sposób, ale jego ciało wyraźnie płakało – dlatego chciał jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć i uniknąć kolejnej salwy trosk, których sam sobie przysparzał.
Niestety Rémy pojawił się w życiu Sveina po raz kolejny, niewyparzonym językiem i wyraźnie niechętną postawą znacznie ostudzając wrażenie sprzed trzech dni. Z chwili na chwilę dzisiejsze spotkanie stawało się coraz męczące, a niechęć Charrona – coraz gęstsza, w każdej chwili grożąc wybuchem. Nawet drążenie tematu obrazów – tematu, o którym tak płomiennie Rémy opowiadał nad kuflem piwa – mogło doprowadzić do nadepnięcia na podstępnie podrzuconą pod nogi minę, nic więc dziwnego, że Svein postanowił milczeć…
… przynajmniej do momentu, w którym Charron nie przystąpił do frontalnego ataku, balansując zbyt blisko granicy wszelkiej przyzwoitości – jeszcze przed momentem Svein był pewien, że rozejdą się we względnym spokoju, być może już nigdy nie mając okazji się spotkać, ale…
Zdumiewające – słowa czasami posiadają ostre, metaliczne brzmienie. Ciężkie bryły żelaza spadały na jasną posadzkę w obłoku opiłków z każdą kolejną sylabą, która padała z ust Rémy’ego.
Tchórz.
Poszarpane kawałki blachy, jak gdyby roztargany huraganem dach – wszystko to leży wokół Sveina. Ciężkie, ostre, niebezpieczne słowa.
Głupiec.
Bardzo dużo odłamków. Pozbawione kształtu, poskręcane i zardzewiałe, o śmiertelnie ostrych kantach. Wszystkie wbijały się w jasną posadzkę dookoła Sveina. Tak. Tylko…
Tylko, że najpierw się o niego obijają. Niektóre przechodzą na wylot i zatrzymują się dopiero z tyłu, za jego plecami, pozostawiając po sobie krwawe, bolesne ślady. Nie sposób odmówić Charronowi celności.
Słabeusz.
Svein nawet nie zauważył, kiedy Rémy znalazł się tuż obok niego. W pierwszym, głupim odruchu chciał mu powiedzieć, żeby uważał na kałużę, ale nie potrafił zebrać myśli w zdanie. Przestał nawet układać narzędzia, na krótki moment przymykając oczy – doskonale czuł ciepło bijące od ciała Charrona i gniew, który otulał go jak gęsta, czerwona mgiełka. Próbował wyobrazić sobie coś uspokajającego, może duży, ciemny tunel, zupełnie cichy i pusty, o ścianach obleczonych ciemnym materiałem, od których pustym echem odbijają się coraz cichsze słowa mężczyzny.
Svein rozchylił powieki, ostrożnie i powoli, jak gdyby sprawiało mu to ból – na podłodze i meblach wciąż leżały zakrwawione słowa. Tam, gdzie stał, kałuża krwi była tak rozległa, że irracjonalnie bał się, żeby Rémy się na niej nie pośliznął.
- Cieszę się, że to ustaliliśmy – dotychczas przesycony gniewem głos brzmiał teraz płasko i bez wyrazu – jak gdyby dobiegał zza grubej, białej ściany. – Jestem kolejnym, apatycznym produktem obciążonym głupotą, tchórzostwem, słabością i kilkoma innymi wadami genetycznymi. Jest jednak coś, co mierzi mnie znacznie bardziej od własnego zepsucia.
W końcu posunął się do zaburzenia na wpół martwej stagnacji. Nagle nieruchoma chimera nabrała ludzkich wymiarów, gdy uniesiona do czoła dłoń, która odgarnęła nieposłuszny, jasny kosmyk włosów na bok, nadała tchnącemu martwotą spojrzeniu nieznanego, niepokojącego błysku, rodzącego się gdzieś na samym dnie błękitnych źrenic – światła z przedsionków świata zmarłych. Drżące palce nerwowo przeczesują włosy, starając się nadać rozmierzwionym kosmykom jednolite ułożenie – zamiast tego, dłoń natrafia na splątany, niemal dziecinny kołtun, który Svein przez krótką, lecz zatrważającą chwilę ma ochotę wyrwać.
- Chodzi mianowicie o chorobliwe przeświadczenie obcych ludzi, że doskonale mnie znają, że wiedzą, czego można po mnie oczekiwać, że przecież nie mogę być skomplikowany, skoro staram się być zwyczajnie dobrym człowiekiem.
Nie czuł bólu, choć zdawał sobie sprawę, że wszystko to – uczucie zranienia, złość, ból i ten przerażający, lepki smutek, którego się tak bał i który teraz znów zaczął atakować – krąży w nim niby żrący kwas.
- Niczego o mnie nie wiesz, Rémy, i pociesza mnie jedynie to, że nigdy się nie dowiesz – nie potrafił patrzeć w jego stronę, zbyt boleśnie czując, jak ciemne, lepkie palce powoli zaciskają się na zwiniętym trwożliwie sercu. – Po prostu wyjdź i zniknij z mojego życia. Tym razem na dobre.
W końcu odnalazł w sobie dość siły, by na przekór jego słowom unieść wzrok, to wyblakłe, jasne spojrzenie, które wbił w Charrona i które nie wyrażało zupełnie… nic.
Nawet cienia wściekłości, przelotnego poczucia furii, choćby kropli groźby – na dnie błękitnych tęczówek czaiła się wyłącznie zimna, niepokojąca obojętność i coś, co dopiero po chwili namysłu można było określić jako krzywdę.
Był jak zwierzę, które zostało postrzelone przez myśliwego nie dla mięsa… lecz dla samej potrzeby zadawania bólu.
Nie jestem żałosny, pomyślał z dziwną, drewnianą obojętnością Svein, wpatrując się w pokryte siateczką drobnych blizn palce. Jestem jedynie uszkodzony.

zt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Sty 22, 2017 7:01 pm

|po wszystkich życiowych traumach

Wraz z kolejnymi podmuchami wiatru, promieniami słońca rzucającymi nieśmiałe cienie na paryskie kamienice oraz coraz donośniejszym śpiewem ptaków wczesnymi porankami, wszystko zdawało się powoli wracać do normy. Wydarzenia ostatnich tygodni z biegiem czasu pozostawały już jedynie wyblakłymi wspomnieniami, a przynajmniej w umysłach tych zwyczajnych, prostych ludzi, którzy opatulając się jeszcze płaszczami, ze spuszczonymi głowami i wzrokami utkwionymi w brukowanych ulicach zmierzali rano do pracy i wracali z niej wieczorami, odtwarzając dzień w dzień tą samą, mozolną rutynę. Gilbert, choć każde wspomnienie potrafił przeżyć na nowo, przypominając i doświadczając każdych uczuć, które towarzyszyły mu podczas jego pierwszej misji, zdarzenia w kinie czy nawet pierwszego dnia w domu dziecka, który przecież dla większości wydawał się zbyt odległy, aby w ogóle go jeszcze wspominać, starał się udawać, że wszystko toczy się swoim zwyczajnym tempem. Próbował odpychać od siebie uderzające w jego głowie dźwięki wystrzałów i zapach benzyny, duszność jadącego do Wersalu pociągu i nerwowe oczekiwanie na pustym, pogrążającym się w marcowej ciemności dworcu.
Wszystko to było wciąż żywe, budzące się pod jego powiekami, gdy po raz kolejny przewracał się na drugi bok, nie potrafiąc spokojnie zasnąć. Każdy trzask podłogi czy dobiegające z ulicy pomimo ciszy nocnej dźwięki wybudzały go coraz bardziej, aż w końcu nie było już sensu zaciskać oczu i chować głowy pod koc, skoro pierwsze promienie oświetlały już szaroniebieskie niebo, zostawiając na nim pomarańczowo-różowe przebłyski. Rutyna, choć znacznie różniąca się od tej, której doświadczała większość paryżan, dawała mu jednak pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Jeśli tylko potrafił chociażby w połowie przewidzieć, gdzie znajdzie się następnego dnia o danej godzinie, przeżycie następnych 24 godzin wydawało się o wiele łatwiejsze, nawet jeśli nie spał od kilku dni, a zapasy jedzenia zdecydowanie nie zaspokajały dziennej wymaganej dawki.
Kiedyś zastanawiał się, dlaczego w jego umyśle dominują jedynie przykre i bolesne wspomnienia, dlaczego raz po raz odtwarza sceny, w których zostaje boleśnie pobity przez chłopców ze sierocińca, gdy wyjeżdża do domu ze swoją ciotką, zostawiając w tyle jedynego przyjaciela, który potrafił uczynić każdy dzień odrobinę lepszym, gdy ciotka odpinała powoli guziki jego koszuli, popychają go w stronę dużego łóżka w jej własnej sypialni czy wtedy, gdy przy srebrzystym blasku księżyca odbijającym się w przepływającej przez Paryż rzekę podejmował być może najcięższą decyzję swojego życia. Zawsze sądził, iż było to wynikiem tego, że od zawsze postrzegał świat w odcieniach szarości, skłaniających się raczej bardziej ku chłodnej, odstraszającej czerni, niż dającej nadzieję rażącej bieli. Jednak gdy tylko próbował każdą, nawet najmniejszą komórką ciała, odtworzyć wspomnienia, które wywołałyby nagły przypływ ciepła, rozlewający się po jego ciele i sprawiały, iż kąciki ust wyginały się w szczerym, pogodnym uśmiechu, gdy po powiekami niczym film odtwarzał pełne radości obrazy, zdawał sobie sprawę z tego, iż pomimo doskonałej pamięci nie potrafi przywołać nic, co miałoby na niego tak duży wpływ. Nie dlatego, że nie pamiętał, ale dlatego, iż nic z tego nigdy nie istniało. Nie posiadał wspomnień domowego ciepła, bo w jego domu zawsze panował chłód i strach, gdy kurczył się w ciemnym kącie jednoizbowej rybackiej chaty nie mając przy sobie nikogo, kto otarłby mu dziecięce łzy. Nawet wspomnienie przyjaciela z dzieciństwa, choć przecież powinny być jednymi z tych dobrych, kojarzyły mu się jedynie ze stratą tego, czego prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie odzyskać.
Nie znaczyło to jednak, że większość jego współczesnej egzystencji pogrążona była w nieustającym bólu, cierpieniu, ciągłej ciemności i godzinach spędzonych na użalaniu się nad własnym losem. Po części wierzył przecież, że od jakiegoś czasu wszystko co robi, jest jedynie jego decyzją i chociaż niektóre rzeczy przychodziły mu trochę ciężej niż inne, wciąż potrafił cieszyć się tymi drobnymi szczegółami, które dla większości mieszkańców pozostawały niezauważalne w przytłaczającej, wojennej codzienności. Uśmiechał się więc na widok błękitnego nieba rozciągającego się nad Paryżem, ale i na dźwięk kropel deszczu uderzających z całą siłą o dachy, podziwiał wschody i zachody słońca, napawał się zapachem świeżego pieczywa dolatującym do jego nozdrzy o poranku, gdy przechodził obok piekarni i choć wiedział, że nie może pozwolić sobie na najlepsze wypieki, bywały dni, w których świat był naprawdę jasny, pomimo nieprzespanych nocy, cieni pod oczami i nieprzyjemnego bólu głowy.
Niestety, ten dzień nie należał do jednego z nich, podobnie jak każdy poprzedni od ostatnich kilku tygodni. Gilbert czuł się raczej jak duch, przemierzający cicho i szybko zatłoczone ulice, wtapiający się w tło, znikający pomiędzy bezbarwnymi ludźmi, kurczący się na tylnych siedzeniach w sali wykładowej czy pomiędzy półkami w bibliotece. W pracy próbował rozciągać usta w uprzejmym uśmiechu, jak zwykle ograniczając swój kontakt z klientami do całkowitego minimum, na ulicach mamrotał ciche i niewyraźne przepraszam, gdy wpadł na przypadkową osobę, która akurat przecinała mu drogę, a w domu odliczał jedynie godziny do wschodu słońca, niespecjalnie potrafiąc zmrużyć oczu, ogarnięty wszystkimi, zupełnie bezpodstawnymi lękami, które nawiedzały go od czasu do czasu, aby następnie zniknąć i pojawić się znowu wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewał. Wiedział, co musiał robić – przeczekać to wszystko, spróbować nie dać się do końca owładnąć szeptom i obrazom, które sprawiały, że pośród cichych i ciemnych nocy odnosił wrażenie, iż zaczyna tracić zmysły, gdy jego lęki przybierały niemalże cielesną formę.
Owładnięty wszystkim tym, co nie do końca potrafił wyjaśnić słowami, przechodził więc przez kolejną ulicę do miejsca, które w tej chwili było ostatnim, a jednocześnie pierwszym, w którym chciał się znaleźć. Utrzymywanie własnych postanowień nie wychodziło mu jednak najlepiej, bo za każdym razem gdy przyrzekał sobie, iż nigdy więcej nie zjawi się w prosektorium (z jakiegoś powodu święcie przekonany, że Challes ma już dość jego osoby), prędze czy później jego kroki i tak w jakiś sposób odnajdywały swoją drogę, a on karał się w myślach za to, że jest tak strasznie słaby. Nie mógł jednak nic na to poradzić, jeszcze zanim Challes rozpoczął tam pracę, z jakiegoś powodu prosektorium było jednym z tych niewielu miejsc, w których czuł się bezpiecznie. Być może dlatego, że martwi, w przeciwieństwie do żywych, nie stanowili żadnego zagrożenia, nie zadawali pytań, nie spoglądali na niego oceniającym wzrokiem, a pracujący tam ludzie zaczęli z czasem traktować go jak mebel, fragment otoczenia, do którego zdążyli się przyzwyczaić. I chociaż pozornie, wraz z nowym pracownikiem, nic w tej kwestii nie uległo zmianie – wciąż mógł tam przychodzić, siadać w kącie i czytać przyniesione ze sobą podręczniki, Gilbert czuł się zupełnie inaczej, choć sam nie do końca wiedział dlaczego. Thénard, choć być może nie było to najlepsze porównanie i Fourier z pewnością nie zamierzał dzielić się tym spostrzeżeniem na głos, był prawie jak zmarli, którymi zajmował się na co dzień. Nie pytał, dlaczego tak często chodzi z podkrążonymi oczami, albo czemu od czasu do czasu jego zazwyczaj zadbane dłonie są poranione od uderzania w ścianę, gdy wyjątkowo nie potrafi inaczej poradzić sobie z szumiącymi w jego głowie dźwiękami. On też zresztą o nic nie pytał, nie wiedząc o nim zupełnie nic, choć czasem naprawdę miał ochotę dowiedzieć się wszystkiego.
Po niezbyt długim spacerze przez miasto, z lekko zaróżowionymi od chłodnego wiatru policzkami i wciśniętymi w kieszenie płaszcza dłońmi, na których wciąż widniały jeszcze drobne siniaki, zatrzymał się przed drzwiami przyszpitalnego prosektorium, oddychając głęboko i unosząc rękę, aby zapukać. Po trzykrotnym stuknięciu w drzwi zrobił pół kroku w tył licząc, iż być może zastanie tam kogoś innego, choć jednocześnie chcąc, aby było zupełnie odwrotnie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Sty 23, 2017 1:18 pm

Sterylna cisza przyszpitalnego prosektorium obdzierała rzeczywistość z realności, wycinała kilkadziesiąt metrów kwadratowych białych ścian oraz posadzek z toczącego się gdzieś na zewnątrz życia.
Tutaj wszystko jest czarno-białe, każda rzecz niewzruszenie tkwi na swoim miejscu. Ład i harmonia, spokój i porządek. Wiekowy, milczący, martwy pacjent uśmiecha się do Sveina bezwargim uśmieszkiem trupiej czaszki, aż Sørensen musi sobie powtarzać, że to nie grymas pogardy, ironii i rezygnacji, a tylko zapadnięte przez śmierć i starość policzki. Wygodnie rozgoszczona w prosektorium kostucha oznacza zbliżenie się do tego właśnie stanu: do stanu spokoju, ładu, porządku i harmonii. Wolności. Szczęścia?
Obrócił w palcach pióro, odrywając zmęczone spojrzenie od prosektoryjnego stołu i wbijając wzrok we własne dłonie, jak gdyby zaskoczony, że wciąż są na miejscu. Ślady po niezliczonych skaleczeniach skalpelem na opuszkach oraz knykciach przypominały siatkę południków i równoleżników – gdyby Svein się postarał, mógłby rozczytać z nich położenie geograficzne jakiegoś ciepłego, bezpiecznego miejsca, miejsca, w którym nikt nie słyszał o wojnie i w którym śmierć nie jest powodem do smutku.
Z wahaniem pochylił się nad notatnikiem, lekkim, mimowolnym gestem strzepując z szorstkiego papieru wyimaginowany pyłek. Starał się zignorować dwie ciemne plamki, które atrament pozostawił na palcach – od pewnego czasu nie cierpiał widoku dłoni z drobnymi śladami bytności tuszu.
Albo farb.
Wytrwale unikał nieprzyjemnych skojarzeń z kimś, o kogo istnieniu postanowił zapomnieć, dlatego szerokim łukiem omijał mydlarnię, gdzie zagrażała mu woń werbenowego mydła, i perfumerię, gdzie z kolei czaił się zapach wszystkich woni świata. Minął tydzień i – póki co – obrana taktyka się sprawdzała.
A jednak po raz kolejny odczuł trudną do wyjaśnienia irytację na widok dwóch plamek tuszu, które gwałtownie próbował zetrzeć ze skóry – bez skutku.
W akcie ostatecznej desperacji przytknął stalówkę do kartki i zaczął pisać w notatniku. Jego charakter pisma dawno stracił wdzięk, kapryśna wypadkowa nadmiaru maszynopisania i młodzieńczego zapału do kaligrafii dawała katastrofalny efekt: za mocno przyciskane pióro i zamaszyste wielkie litery, zbyt chwiejne, żeby mogły uchodzić za czytelne. Bez zastanowienia sporządził zwyczajowy spis, rozpaczliwie starając się utrwalić swoje łóżko o poranku, puste jak kubek po kawie, zużyte, suche; chciał je wcisnąć na stronicę notatnika, upchnąć w kolumnie tekstu, która nada sens zagłębieniu, w którym dawno temu, w zupełnie innym życiu leżała Lovise i gdzie – jak chciał wierzyć – przetrwało ciepło jej ciała.
Robienie takich spisów Svein traktował jak rutynowe ćwiczenie, podobne do odmawiania różańca. Nie była to żadna obsesja ani przymus, tylko po prostu rytuał, porządkowanie świata, układanie jego elementów w wąskich, wysokich słojach zwierających rzeczowniki doskonałe. Pisząc, odróżniał to, co realne od tego, co stanowiło wytwór jego wyobraźni – niekiedy całą stronę zajmowały powtarzające się jak mantra słowa, dzięki którym nabierał pewności, że…
To ja jestem prawdziwy, a Nils nie.
Być może dlatego wcale nie myślał, że jest samotny czy – jak by to powiedziała mama – schowany w skorupie jak żółw. Chciał wierzyć, że absorbuje go zadanie poważniejsze niż drobne ludzkie spory i kolekcjonowanie ogromnych domów czy samochodów. Poruszał się wśród długich rzędów zapisanych przez siebie linijek jak między szeregami żołnierzy – rozkazując im, kształtując je i rzeźbiąc swoimi spokojnymi, skupionymi dłońmi.
Zmarszczył lekko nos, pochylając się nad notatnikiem, i niemal odruchowo polizał atrament na piórze, natychmiast czując na języku tę dziwną syntezę: jak gdyby żołędzi, miedzi i popiołu. Ciężko spał ubiegłej nocy i sen nadal nie chciał się od niego odczepić, osiadając na powiekach z ciężkością obróconego w ruinę budynku. Zawsze miał niesamowite sny – matka powiedziała kiedyś, żeby zaczął je spisywać; zapewne w ten sposób zapoczątkowała tradycję zapełniania cienkich notesów z szarego papieru, których tyle się przez lata namnożyło i które Svein musiał porzucić z chwilą opuszczenia Norwegii. Śnił kolorowo, nawet więcej niż kolorowo – śnił w odcieniach złota i szkarłatu, które na jawie zwyczajnie nie istniały; śnił w językach znanych i obcych, mamrocząc pośród nocnej, gęstej ciszy złożone, rekurencyjne zdania; śnił o dzieciństwie i tym, co dopiero miało nadejść; śnił piętrowo złożone fabuły, które zapamiętywał ze wszystkimi szczegółami, precyzyjnie, doskonale. Jak spisy w notatniku.
Miejsce, w którym znalazł się dzisiejszej nocy, przenikał zapach sasafranu i morza, liści laurowych i niesionych wiatrem nasion dmuchawca, drzewek kawowych i werbeny. Sen wgryzł się w Sveina, który bez cienia protestu zanurzył się w marach i podążył za nimi – bezskutecznie, jak to we śnie – aż usłyszał szum fal rozbijających się o świetlisty brzeg.
Następujące rzeczy są niezbędne dla poczucia rzeczywistości, napisał. Skreślił niezbędne i powyżej drobnym pismem wpisał konieczne. Niczego nie wymazywał, nie zaczynał od nowa; pomyłki były dla spiętrzanych w stos rzeczowników równie niezbędne jak bezpieczeństwo dla życia. Dowodziły, że stos nie jest przypadkowy, że niektóre słowa zostały odrzucone i zastąpione innymi, że ktoś dokonał wyboru i przeliczył ofiary.
Dom, napisał poniżej. Kuchnia. Kawa. Zachód słońca. Budynki. Przedmieścia. Cyrki. Demonstracja siły i zapału. – Religia. Rytuał. Ciemność, żal, księżyc. Kobiety. Marzenia senne.
Szczęście.

Były to pewne oczywistości, które można by wypowiedzieć na głos, lecz żadne z nich nie potrafiło dobyć pogrzebanego pod żebrami głosu – dlatego wymagały zapisania lekko pochyłym, chwiejnym pismem.
Znów zapomniał wypić kawę – dopiero, kiedy odłożył pióro, po raz kolejny bezskutecznie pocierając zaschnięte plamki na zaczerwienionej skórze dłoni, dostrzegł milczący wymownie kubek z nadtłuczonym uszkiem. Svein wpatrywał się w kawę z powątpiewaniem, jak gdyby zastanawiał się, kto ją tu przyniósł; niejednokrotnie miał wrażenie, że w myślach goni za idealną filiżanką; że pędzi od stolika do stolika w poszukiwaniu intensywnej, gęstej, kremowej kawy, korzennej, słodko-gorzkiej, mocnej, bez sztucznych aromatów, doskonałej, kompletnej, bezgranicznie kawowej. Codziennie rano wyjmował z wiszącej nad zlewem szafki jeden z dwóch kubków i kiedy go napełniał, miał nadzieję, że kawa będzie ciemna, głęboka i tajemnicza jak norweski las – ale ona zawsze zbyt szybko stygła, zawierała za dużo mleka, brudziła filiżankę i wprawiała Sveina w rozdrażnienie.
Ratunek przed wypełnieniem ust zimnym, gęstym, gorzkim napojem nadszedł wraz z chwilą, w której absolutną, sterylną ciszę prosektorium rozdarło pukanie; ten niespodziewany, dochodzący ze świata żywych dźwięk spadł na Sveina jak zerwana z żabek zasłona i zmotywował go, by w końcu poderwał się z miejsca, skupiając myśli na tym, co rzeczywiste.
Podświadomie spodziewał się jego wizyty, choć nigdy na głos nie powiedział, że się z niej cieszy – radość zdradzał czynami, nieświadomie uśmiechając się lekko za każdym razem, gdy za uchylonymi drzwiami dostrzegał znajomą (i jednocześnie zupełnie obcą) twarz Gilberta. Wiedział, że to on na długo przed tym, nim chwycił za chłodną, metalową klamkę – Fourier był jedną z niewielu (jedyną?) osób, które pukały przed wejściem, jak gdyby zawieszone pomiędzy ostatecznym krokiem przez próg i chęcią odwrotu. Svein lubił jego ciche, nienachalne towarzystwo i sposób, w jaki Gilbert milczał; nie było w tym nic wymownego ani nienaturalnego, nic wymuszonego, nic niepokojącego – zlewał się z białymi ścianami jak kolejna zjawa w życiu Sveina, o swojej obecności świadcząc jedynie cichym szelestem przewracanych stron książki.
Fourier był kojący, zupełnie jak chłodna woda aplikowana na słoneczne podrażnienie – i być może dlatego stał się jednym z niewielu ludzi w Paryżu, którego obecność Sørensen nie tylko akceptował, ale której zwyczajnie potrzebował.
Drzwi bezszelestnie ustąpiły pod uchylającym je pchnięciem; białe skrzydło odskoczyło do tyłu pod wpływem nacisku na klamkę i ledwie chwilę później na jego miejscu pojawiła się niemal równie biała twarz, w której najbardziej żywym elementem były oczy – błękitne i lśniące jak wody Femunden.
- Gilbert – nie brzmiał jak ktoś zaskoczony, zniechęcony lub zrezygnowany wizytą – nie wydawał się nawet tak zmęczony, jak jeszcze przed momentem, choć ciężko byłoby posądzić Sveina o radosną wylewność. Imię Fouriera było jedynym słowem, które padło z jego ust pomiędzy uchyleniem i szerszym otworzeniem drzwi, co stanowiło najbardziej wymowne zaproszenie do środka, na jakie potrafił się zdobyć – jednak przez cały ten czas wpatrywał się w wymizerowaną twarz Gilberta, zaciekle upychając w sobie troskę, która próbowała wypełznąć na wierzch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sro Sty 25, 2017 6:50 pm

Słowa zawsze sprawiały mu trudność. Za dużo czasu poświęcał na ich odpowiednie dobranie, na zastanawianie się, których użyć w konkretnej sytuacji i na roztrząsaniu po fakcie tego, czy aby na pewno nie popełnił żadnego błędu lub czy osoba, z którą rozmawiał, na ich podstawie nie wyciągnęła przypadkiem błędnych wniosków. Nie lubił słów, nie wtedy, kiedy musiały opuszczać jego lekko spierzchnięte usta, uwielbiał za to czytać je w grubych podręcznikach, zapisane czarnym tuszem na białych lub delikatnie pożółkłych już kartach, kiedy układały się w logiczne sentencje, dając mu chociażby złudne poczucie, iż i jego życie może być poukładane w taki sam sposób. Gdyby tylko wszystkie myśli i uczucia można było ubrać w chemiczne wzory lub matematyczne równania i sprawić, aby ludzie dookoła rozumieli je bez problemu, życie Gilberta byłoby o wiele łatwiejsze, pozbawione zmartwień o to, iż znowu zacznie się jąkać lub w pewnym momencie po prostu zapomni tego, co chciał powiedzieć, gubiąc się w wyczekującym spojrzeniu swojego rozmówcy.
Ludzie, jak zdążył się już przekonać, nie byli specjalnie wyrozumiali. Szczególnie wtedy, gdy spieszyli się rano do pracy, gdy stali w długiej sklepowej kolejce, zmęczeni nieprzespaną nocą i koniecznością zerwania się wcześnie z łóżek ze świadomością, iż być może i tak nie uda im się zdobyć tego, po co tam przyszli. Ludzie w większości nie rozumieli, jednak chłopak nie próbował ich nawet winić, dobrze wiedząc, iż każdy z nich ma swoje problemy, z którymi nie dzieli się z całym światem. Problemy, o których on też nie miał pojęcia i których być może nie potrafiłby nawet zrozumieć, bez względu na to, jak bardzo by się starał. W czasie wojny, kiedy świat zdawał się zdecydowanie stawać na głowie, a dla większości mieszkańców Paryża każdy kolejny dzień był jedna wielką niewiadomą, nieustającą walką o przetrwanie, jedyne, co wielu pozwalało przetrwać i nie zagubić się w przytłaczającej rzeczywistości, to czysty egoizm, ignorancja na potrzeby innych i postrzeganie świata tak, jak gdyby dookoła nie istniało już nic więcej, co mogłoby mieć jakieś znaczenie. Wojna powoli przenosiła się z pól bitew do miast, wsiąkała w ściany budynków, spadała wraz z pierwszym wiosennym deszczem z nieba, wdzierała się do żył i płuc zwyczajnych mieszkańców, którzy zaczynali powoli rozumieć, iż wszystko to może nie być jedynie tymczasowe. Taka była ich rzeczywistość, niewielkie ilości jedzenia, godzina policyjna zabraniająca wychodzenia po zmroku, przechadzające się po ulicach niemieckie mundury, których stukot butów i szorstki akcent słyszalne były już z oddali. Rzeczywistość, której nikt z nich sobie nie wybrał, z którą nikt nie miał szansy walczyć i do której każdy musiał się podporządkować. Zasada była prosta, można było płynąć wraz z prądem, z tłumem jednakowych, szarych osób, które powoli zaczynały tracić swój własny, odmienny charakter, lub próbować zawrócić, zboczyć z wyznaczonej przez kogoś zupełnie ścieżki i, prędzej czy później, odnieść porażkę, gdy nagle zabraknie sił, aby walczyć z czymś zbyt potężnym, aby dało się łatwo pokonać
Gilbert nie do końca wiedział, gdzie w tym schemacie powinien umieścić samego siebie. Z jednej strony przecież na co dzień pozwalał sobie stać się częścią szarego tłumu, tak samo jak każdy inny spuszczając twarz w dół, zaciskając usta w wąską linię, ściskając w dłoni fragment starego płaszcza i idąc do przodu, dzień za dniem, tydzień za tygodniem, starając się walczyć z własnymi demonami, które nawiedzały go w najbardziej nieodpowiednich momentach i w postaciach, których nie spodziewał się więcej ujrzeć. Jednocześnie jednak walczył, był członkiem grupy, która nagle postanowiła zboczyć z trasy, i póki co dawała radę utrzymać swoje tempo, choć Fourier nie był pewien, na jak długo wystarczy im jeszcze energii.
Jego życie w dużej mierze składało się z paradoksów i niezgodności. Od zawsze tym, czego pragnął, było poczucie przynależności, znalezienie miejsca, gdzie będzie mógł być po prostu sobą, chociaż nie do końca wiedział, kim był ten Gilbert Fourier, którego każdego ranka musiał oglądać w lustrze. Być może właśnie dlatego tak łatwo zgodził się na wstąpienie do Ruchu Oporu, zauważając dla siebie szansę otoczenia się ludźmi, którzy, jak mu się kiedyś wydawało, nie mieli zamiaru go oceniać i krzywdzić, a jedynie pomóc mu się odnaleźć i wspólnie robić coś, co kiedyś miało wyjść na dobre nie tylko im, ale tym, którzy przyjdą po nich, zamieszkają w tych samych domach i będą spacerować po tych samych uliczkach. Pragnął w to wierzyć, szczególnie wtedy, gdy wszystko dookoła wydawało się walić na jego barki, a on nie do końca potrafił odnaleźć się pod warstwą gruzu, która przygniatała go do ziemi. Musiał wierzyć w to, że ryzykując swoim życiem, naciągając własne możliwości do najbardziej niewyobrażalnych dla siebie granic robi coś, co kiedyś przyniesie pozytywne efekty. Ci ludzie, którymi się otaczał, choć nie mógł jeszcze nazwać ich przyjaciółmi, mieli w sobie tak wiele zapału oraz odwagi, że w ich towarzystwie czuł się tak, jakby sam posiadał w sobie te wszystkie cechy. Choć, oczywiście, wraz z opuszczeniem kolejnego zebrania i na nowo wtopienia się w tłum jak kameleon rozumiał, że piękne pełne pasji słowa, które wypływały z ich ust, nie mają tak dużej mocy, aby zmienić jego samego.
Mimo wszystko lubił ich słuchać, ponieważ wtedy ich oczy błyszczały tym specyficznym blaskiem, gdy mówili o czymś, co było im drogie. Dlatego też, choć sam nigdy nie należał do najbardziej utalentowanych, uwielbiał spacerować wąskimi uliczkami pełnymi ulicznych artystów, obserwując, jak wczuwają się w tworzoną własnymi dłońmi muzykę, jak całe ich ciała stają się jednością z instrumentem lub pędzlem, gdy robią to, co kochają, nie pozwalając, aby świat dookoła obdarł ich z tej wyjątkowej pasji. On sam już dawno mu na to pozwolił, samemu będąc stłamszonym i przygniecionym do ziemi ciężkim, żelaznym butem, którego nie miał siły z siebie strząsnąć. Nie potrafił operować słowami, pędzlem, magicznym instrumentem, znał jedynie chemiczne formuły, anatomię ludzkiego ciała, matematyczne wzory, konstrukcję domowej roboty bomb, historię Francji, imię każdej osoby, którą kiedykolwiek poznał, każdy zapach, który poczuł, każdy uśmiech, którym ktokolwiek go obdarzył. Znał i pamiętał tak wiele, jednak jaki był z tego użytek, gdy tak naprawdę nie umiał się z nikim tą wiedzą podzielić, pozwalając, aby własne lęki i koszmary nie były już jedynie abstrakcyjnym wytworem jego umysłu, a namacalną częścią jego osoby, widoczną tak wyraźnie jak cienie pod oczami czy wydrukowane na stronnicach podręczników słowa.
Stojąc przed drzwiami prosektorium myślał zaczynał myśleć o tym, kim jest oraz co i dlaczego robi. Nie był to odpowiedni moment, w końcu za kilka sekund ktoś, a on dobrze wiedział kto, miał otworzyć przed nim drzwi i wpuścić go do środka, a jednak nie potrafił powstrzymać wrażenia, iż wszystko to, co działo się ostatnimi dniami było jedynie snem. Choć oczywiście nie była to prawda, w końcu był zbyt przytomny, aby myśleć, iż uwięziony został jedynie w nocnej projekcji własnego umysłu.
Gdy w końcu drzwi rozchyliły się, a przed Gilbertem ukazała się już tak dobrze znajoma twarz kogoś, do kogo nie był w stanie przyczepić jeszcze żadnej etykietki poza imieniem oraz nazwiskiem, chłopak zacisnął mocniej dłoń na skórzanym pasku zawieszonej na ramieniu torby, jednocześnie starając uśmiechnąć się, słabo i nieporadnie, na dźwięk własnego imienia. Musiał przyznać, iż zabrzmiało dość ładnie, choć zawsze uważał, że o wiele lepiej było mu słuchać innych niż z nimi rozmawiać. W tym wypadku wiedział jednak, że nie będzie musiał rozmawiać, jeśli nie będzie miał na to ochoty i nawet nie obawiał się tak bardzo przebywania z Challes’em w jednym pomieszczeniu, choć zazwyczaj podobne sytuacje wywoływały w nim o wiele większe lęki niż tłum nieznajomych. Tutaj jednak, w jakiś nie do końca zrozumiały dla Gilberta sposób, wszystko zdawało się o wiele łatwiejsze, jak gdyby na krótki moment wypełnione zapachem śmierci prosektorium odcięte zostało od zewnętrznego świata, wytwarzając własną energię, która dla Fourier’a była w pewnym sensie kojąca.
- Nie przeszkadzam? – zapytał, choć przecież szersze otwarcie drzwi nawet dla niego było dość jasne i jednoznaczne. Pytanie zadał jednak z przyzwyczajenia, dobrze wiedząc, że żadna z podanych odpowiedzi nie byłaby dla niego wystarczająco satysfakcjonująca. Jedna przez to, iż pewnie byłaby zbyt bolesna prawdą, a druga przez wzbudzane wątpliwości, iż mogła być jedynie kłamstwem. Mimo wszystko wszedł do powoli do środka, przyzwyczajony już do specyficznego zapachu i rażącej bieli ścian. Podszedł do leżącego na stole ciała, wyciągając w jego stronę dłoń i cofając ją niemalże od razu, przypominając sobie, iż nie powinien niczego dotykać. W szczególności zmarłych – Co było przyczyną śmierci? – zapytał po krótkim milczeniu, zdejmując płaszcz oraz torbę i kładąc je ustawionym pod ścianą krześle, zanim znów stanął nad ciałem, które, gdyby nie wiedział lepiej, mogłoby wyglądać jakby było jedynie pogrążone w głębokim śnie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Sob Lut 04, 2017 5:12 pm

Odkąd pamięta, zawsze czuł się niepewnie w obecności książek. W stanie naturalnym, na półkach, pozostawały zamknięte, nieprzyjazne, niedostępne, zatrzaśnięte na głucho; szczerzyły stronice, naśmiewały się z cichej, pełnej wahania obecności Sveina, tak dużo obiecywały, a niejednokrotnie w rzeczywistości okazywały się skąpe i cienkie. Pokazywały mężczyzn i kobiety o martwych oczach, uwikłanych w niezrozumiałe dla niego rytuały życia, rozterki, odczucia, niesnaski i uniesienia. Inaczej było z zamkniętymi książkami – te wywoływały wrażenie trudnej do pojęcia doskonałości, nieosiągalnego dla zwykłego śmiertelnika ideału. Nie potrzebowały nikogo, by istnieć, choć przecież to, czy były czytane, stanowiło sedno ich istnienia, nadawały mu sens.
Svein doskonale pamięta dzień, w  którym mama usiadła z nim w pokoju o drewnianej podłodze i oknach zdjętych pajęczynką mrozu; choć był wtedy malutki, skrupulatnie zapisał wspomnienie towarzyszących mu emocji. Czuł się tak, jakby znalazł się we wnętrzu książki, zamurowany papierem ze wszystkich stron i obszyty mroźnymi niteczkami na kręgosłupie. Tamtego dnia włosy matki były długie i proste, połyskiwały jak łan zboża oglądany przez kilkunastocentymetrową warstwę wody – wyglądała jak uprowadzona z pałacu islandzka królowa, której wiernymi poddanymi były książki, zawsze znajdujące się w pobliżu jej dłoni, jak gdyby mogła ukryć się za obwolutami. Svein wiedział jednak, że mama była lepsza niż jakakolwiek książka. Była dziwna – zarazem bardziej otwarta i mocniej zamknięta. Już w dzieciństwie podejrzewał, że Árbjörg jest zwariowana, ale tak odrobinkę, uroczo, przez co w śmieszny sposób mówi śmieszne rzeczy albo nuci cicho melodię, której słowa już na zawsze miały pozostać tajemnicą. Ilekroć matka czytała mu książkę, zawsze były to historie niewiarygodne i smutne, i Svein chciał wierzyć, że nie są prawdziwe. Zapadały mu jednak w pamięć, mimowolnie chłonął jak jedzenie i wodę. Dopiero później miał zrozumieć, że dzięki czarnym, równym rzędom literek na szorstkiej strukturze papieru może uciec przed światem – dlatego do każdej kolejnej książki przystępował z czcią, czysty jak oblubienica, nietknięty uprzedzeniami i niechęcią, naiwny, nieświadomy podstępów struktury, narracji i metaforyk. Z czasem zaczął robić dokładnie to, co robiła Árbjörg – ukrywał się za okładkami, jak gdyby te mogły odgrodzić go od świata, od wojny, od nieprzychylnych spojrzeń, od wzbierającego morza cierpienia, na które nie mógł nic poradzić… i z którym jednocześnie nie potrafił sobie poradzić. Pozostawanie głuchym na obawy przychodziło znacznie łatwiej, gdy opuszki palców czuły pod sobą papierową szorstką okładkę, oderwanie myśli od gęstego, duszącego, napierającego z każdej strony zagrożenia było prostsze, kiedy w uszach pobrzmiewał cichy szelest kartek, a nie twarde, dziwnie znajome i jednocześnie przerażająco obce głoski. Za podobną drogę ucieczki należało jednak zapłacić wysoką cenę – i była nią samotność.
Samotne życie z kolei to umiejętność. Taka sama jak bieganie na długich dystansach albo rozszyfrowywanie długich, zakodowanych informacji. Trzeba znać parametry. Protokoły. Trzeba doskonale je opanować, jak nowy język. W osamotnieniu zawsze musi grać muzyka, bo inaczej cisza może człowieka obezwładnić, pochłonąć, połknąć. Warto jak najlepiej wykonywać swoją pracę, bo wtedy wypełnia czas, zajmuje czymś umysł, skupia uwagę. Trzeba jednocześnie się otworzyć, rozepchnąć, żeby idealnie dostosować się wielkością do rozmiarów zamieszkiwanej przestrzeni. Jeśli przesadzisz, nie zaznasz spokoju. Jeśli zaś będziesz zbyt mały, utoniesz. Są pewne zasady, są określone algorytmy bycia i niebycia w samotności. Łamanie opracowanych zasad jest zabronione, wpuszczanie do swojego życia ludzi bez pewności, że zostaną w nim na dłużej, to zbrodnia – przez coś takiego człowiek jest ograniczany lub rozdymany ponad ustalone, doskonale znane granice. A w tym też Svein nie jest zbyt dobry, w takim rozszerzaniu się i ścieśnianiu. W elastycznym dostosowywaniu do gwałtownych zmian. Dlatego łatwiej było mu wybierać doskonale znaną, oswojoną samotność z książkami, muzyką, ciemną sypialnią i cichą, pełną zrozumienia obecnością kogoś, kto istniał tylko dla niego. Nils często mu rozkazywał, bo tego właśnie potrzebował Svein. Jego polecenia były mu niezbędne do życia niemal tak samo, jak powietrze. Często zapominał, że powinien jeść, zwłaszcza kiedy znikał pośród stronnic książki, której piękno w dodatku miażdżyło mu pierś – Nils musiał mu siłą zacisnąć palce na łyżce, nie ustępując nawet wtedy, gdy Svein głośno przyznał, że to niemożliwe, że przecież nie istnieje. Podobna wegetacja – bo przecież nie nazwałby własnego istnienia życiem – nie mogła jednak niewzruszenie trwać w miejscu. Co jakiś czas, niezwykle rzadko, zwykle popołudniami, kiedy nikt nie chce umierać, żeby nie tracić z oczu ognistej feerii barw zachodzącego słońca, Svein – spowity zdumiewającą syntezą ziołowych naparów – czuje się zapomniany i tęskni za rozmową z drugim, żywym człowiekiem. Ludzie już tacy są, nic nie można na to poradzić. Wyjmuje wtedy z rozkołysanej szufladki scyzoryk i robi nacięcie na nóżce stolika. Jest przy tym bardzo ostrożny, wycina tylko kawałeczek, króciutką, podłużną linię, cieniutką jak wróżbiarska karta. Każde kolejne nacięcie ma przypominać mu, że – choć czasami nie ma ochoty, sił ani odwagi – nie poddaje się i nadal żyje dalej, cicho i cierpliwie jak bardzo stare, wyrozumiałe drzewo. Chyba właśnie tego wymagała od niego historia: obecności, cierpliwości i trwania, by w czasie ostatecznej próby ocalić choć jedno istnienie, nawet, jeśli poszukujący w prosektorium pomocy ludzie zwykle zasługiwali jedynie na pogardę.
Gilbert stanowił miłą odmianę pośród postrzelonych, ranionych nożem lub poparzonych mężczyzn, którzy się tu zjawiali; stanowił miłą odmianę, bo nie tylko nie poszukiwał pomocy, ale szanował cichą, sterylną ciszę, w trudny do wyjaśnienia sposób stając się jej integralną częścią. Z czasem zaczął przypominać stały element wyposażenia, o którym Svein mógł zapomnieć na pół godziny i który nie czuł się przez to odtrącony lub odrzucony – czasami o jego obecności świadczyły jedynie krótkie, przelotne spojrzenia, które Sørensen czuł na pochylonym karku i które w pewnym stopniu dodawały mu otuchy, jak gdyby samym faktem swojego nienachalnego, cichego istnienia gwarantowały ukojenie. W oczach Sveina Gilbert posiadał na tyle skrupulatnie skrywanej pasji, by bez obaw pozwalać mu na niemal eteryczną obecność w prosektorium – wyraźnie jednak poszukiwał własnego miejsca w świecie, przywodząc tym na myśl Sveina sprzed kilku lat, w czasach, kiedy ten miał wrażenie, że jego życie powoli podniesie się z gruzów.
Choć dziś nie potrafiłby wyobrazić sobie bardziej błędnej, płonnej i naiwnej nadziei.
Ze względu na skąpe umeblowanie pomieszczenie wydawało się jaśniejsze niż w rzeczywistości. Miał wrażenie, że zdezorientowany promyk słońca, który wpadł do wnętrza prosektorium wraz z chwilą uchylenia drzwi – nie wiedząc, jak się zachować wobec braku sofy, której kolory mógłby wypalić, i zasłon, przez które mógłby przeświecać – eksplodował bezradną supernową na środku pomieszczenia, na krótki moment rozświetlając je ciepło.
Z drugiej strony mogła być to zasługa Gilberta, który – poza wyraźną wonią wiatru na ubraniu – przyniósł ze sobą również niepewny płomyk życia.
- Wiesz, że pytasz o to za każdym razem? – brzmiał spokojnie, na swój sposób nawet życzliwie – najwyraźniej nie przeszkadzała mu rutynowość, z jaką Fourier pojawiał się w drzwiach prosektorium i choć powinien przywyknąć do jego zmizerniałego wyglądu, w oczach Sveina zalągł się trudny do wyjaśnienia cień niepokoju; szczera i poważna twarz Skandynawa nie miała w zanadrzu zbyt wielu beztroskich grymasów. W ciszy pozwolił, by Gilbert wszedł do środka, powoli zamykając za nim drzwi – również w ciszy obserwował jego wędrówkę do autopsyjnego stołu i zamarznięty w połowie gest, który skierował wobec cichego, nieruchomego ciała. Svein musiał z całej siły przygryźć wargę, jakby chciał się dać pożreć w całości, poczynając od głosu – powstrzymał się tym samym przed prośbą, by nie dotykać zwłok, akurat w momencie, kiedy Gilbert sam się zreflektował, zrzucając z jego ramion ciężar służbowego tonu.
- Może sam mi powiesz? – zatrzymał się przy stole w momencie, w którym Fourier odłożył na krzesło torbę i płaszcz, co samemu Sveinowi dało czas na ostrożne, niespieszne odsłonięcie piersi oraz brzucha nieboszczyka. Bladą, niemal papierową skórę szpeciły trzy rany kłute – pierwsza w obrębie klatki piersiowej i dwie kolejne niżej, tuż nad pępkiem, znacznie płytsze niż poprzednia. – Tylko jedna była śmiertelna – nie wiedzieć dlaczego zniżył głos niemal do szeptu, wpatrując się w twarz Gilberta ze skupieniem, jak gdyby pragnął odczytać jego myśli nim te zostaną wypowiedziane na głos – choć nie powinien obawiać się z jego strony braku szczerości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Pon Lut 13, 2017 10:31 pm

aaaa przepraszam, że tak długo to trwało!

Wciąż pamiętał ciepło ognistych płomieni, które raz po raz rozprzestrzeniały się po jego domu, trawiąc go kawałek po kawałku, zabierając ze sobą życia jedynych ludzi, którzy w jakiś sposób byli mu bliscy, choć nigdy nie zajmowali specjalnego miejsca w jego sercu. Nie potrafił zapomnieć tego dźwięku, jęzorów ognia próbujących dosięgnąć jego wątłego, dziecięcego ciała i uczucia dymu wkradającego się przez jego nozdrza do gardła i powodującego bolesny, zdający się rozrywać jego płuca kaszel. Czasem w nocy, kiedy na chwilę udało mu się zmrużyć oczy, budził się przerażony mając wrażenie, iż nagle zaczyna się dusić, podświadomie raz po raz przeżywając coś, co zdawało się być jednocześnie końcem i początkiem historii, która ciągnęła się za nim niczym przywiązana na łańcuchu do kostki metalowa kula.
Rodzina od zawsze była dla niego tematem drażliwym, może po części dlatego, że nigdy tak naprawdę jej nie posiadał, przez większość życia nie pragnąc niczego innego niż doznania tego przyjemnego ciepła, które wiązało się z poczuciem bezpieczeństwa i świadomością, iż jest się kochanym pomimo wszelkich wad i niedociągnięć. Gilbert nigdy nie był kochany i chyba nigdy nie kochał, a przynajmniej nie potrafił wyobrazić sobie tego uczucia, nie umiał opisać go słowami, przypisać do jakiś konkretnych chwil w jego życiu. Był pewien, że zapamiętałby ten moment jak gdyby wydarzył się zaledwie wczoraj. Dlatego zawsze, gdy myślał o domu, przed oczami stawały mu jedynie jaskrawe i żywe obrazy z jego snów, nieprawdziwe wyobrażenia, które jego podświadomość przypisywała do słowa dom. Chociaż minęło tak wiele czasu nawet teraz, patrząc na uśmiechnięte dzieci podążające ulicami trzymając za ręce swoich rodziców łapał się na tym, jak bardzo im zazdrości, gdy zdawał sobie sprawę, że wszyscy ludzie, których kiedyś miał w swoim życiu, odeszli i teraz pozostał na świecie sam.
Czasami ta świadomość uderzała go o wiele mocniej i boleśniej, gdy zdawał sobie sprawę, że jego rodzice nie żyją od 16 lat. Słowo sierota nigdy nie przechodziło mu przez gardło, choć przecież kilka lat spędził w sierocińcu, gdzie każdego dnia przypominano mu, gdzie się znajduje, kim jest i gdzie jest jego miejsce. W tych chwilach, gdy wewnątrz jego umysłu budził się ten przerażony sześciolatek, otoczony rażącymi, gorącymi płomieniami ognia, które próbowały dosięgnąć jego ciała i raz po raz trawiły jego dom, gdy przypominał sobie uczucie, które towarzyszyło mu gdy ostry dym wdzierał się przez jego nozdrza prosto do gardła, gdy kulił się gdzieś na swoim łóżku, bo rzeczywistość i teraźniejszość nagle odchodziły w niepamięć, a on wciągany został w wir wydarzeń, które już przeżył, ale które wydawały się o wiele bardziej realne niż bieżący moment, próbował wytłumaczyć samemu sobie, że może lepiej się stało. Ponieważ tamci ludzie, bez względu na to, iż dzielił ich geny i kiedyś również nazwisko, być może i tak nie potrafiliby mu dać tego, czego naprawdę pragnął i potrzebował. I chociaż był tego świadomy, pamiętając dokładnie, jak wyglądało jego życie jeszcze przed nieszczęśliwym wypadkiem, nie potrafił powstrzymać poczucia tęsknoty. Nie za czymś, co utracił, ale za tym, czego nigdy nie posiadał. Za wyimaginowaną materią, którą potrafił sobie jedynie wyobrazić, bazując swoje wyobrażenia na prowadzonych obserwacjach, na zaglądaniu przez szyby do mieszkań szczęśliwych rodzin czy wysłuchiwaniu szkolnych przechwał. Jego szansa już dawno przepadła, a mimo wszystko nie potrafił powstrzymać się od teoretyzowania i zastanawiania się nad ty, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ojciec jednak nie uciekł z wojny, gdyby matka nie popadła w chorobę, gdyby ich dom nigdy nie spłonął, a on nie wylądowałby w przytułku, będącym prawdopodobnie dość dobrym ucieleśnieniem piekła, w które nigdy nie wierzył, ale które łatwo potrafił sobie wyobrazić, dzień w dzień odczuwając ból i upokorzenie.
Jedynym, czego zawsze pragnął, to poczucie przynależności, ponieważ przez całe swoje życie w ten czy inny sposób czuł się odtrącany, jednocześnie samemu coraz bardziej oddalając się od ludzi mając poczucie, iż żadna z otaczających go osób nie zamierzałaby nigdy poświęcić chociażby minuty swojego życia, aby zainteresować się tym jego. Nosił w sobie sekrety, którymi nie dzielił się ze światem, nie opowiadając nigdy o swojej przeszłości, unikając krępujących pytań o pochodzenie i dom rodzinny, nie wspominając o fotograficznej pamięci i o tym, iż nigdy nie potrafi zapomnieć. Sekrety wydawały mu się szczególnie, nie tylko te jego, chociaż te zatrzymywał najbliżej swojego serca. Stanowiły one część tego, kim był, przypominały mu o drodze, przez którą przeszedł i być może nawet dawały pocieszenie i nadzieję na to, że jeśli udało mu się przeżyć to wszystko, to może da radę przetrwać jeszcze więcej. Bo tak naprawdę na niczym innym już mu nie zależało. Nie przywiązywał wagi do tego, jak wyglądać będzie jego życie i w jakim kierunku się potoczy, teraz toczył walkę jedynie o przetrwanie, które samo w sobie było wystarczającą nagrodą.
Nie nazwałby siebie jednak kolekcjonerem sekretów, choć musiał przyznać, iż czasem życie innych ludzi wydawało się warte uwagi. W skupieniu przysłuchiwał się więc plotkującym kobietom w kawiarniach czy rozmawiającym przy kiosku z gazetami mężczyznom, wyłapywał pojedyncze zdania, kluczowe słowa czy całe historie, które porządkował w swojej głowie, wkładając je w odpowiednie szufladki i czasem odtwarzając je niczym taśmy z filmem lub czarno-białe fotografie, dopisując dalsze wydarzenia i zastanawiając się, co stało się z majątkiem tej bogatej ciotki, której mąż zmarł tak nagle, lub dokąd uciekła para młodych zakochanych, których rodzice sprzeciwiali się  ich małżeństwu. Paryż był pełen sekretów, czaiły się na ulicach, w wąskich alejkach, ciemnych zaułkach, pustych kamienicach, w oczach przechodniów i wypowiadanych przez nich lekkomyślnie słowach, gdy myśleli, iż nikt nie jest w stanie dosłyszeć ich rozmów. Gilbert potrafił zachować je wszystkie, tak samo jak zachowywał te swoje, nie otwierając się nigdy przed nikim dobrze wiedząc, że z tamtego miejsca nie ma już drogi powrotnej. Jedno wyznanie było w stanie zmienić wszystko, odwrócić całą relację do góry nogami i, ze względu na to, iż chłopak nie miał ich w swoim życiu zbyt wielu, za bardzo bał się zaryzykować utracenia którejkolwiek z nich za cenę tego, co czasem aż za bardzo ciążyło mu na duszy.
- Wiem – odpowiedział krótko, w ten sam sposób wiedząc, iż następnym razem znowu zapuka i znowu zda to samo pytanie, które przecież zadał już tyle razy wcześniej, jakby podświadomie liczył, iż kiedyś w końcu usłyszy zupełnie inną odpowiedź. Oczywiście było zupełnie odwrotnie, chociaż przecież nie zdziwiłby się, gdyby kiedyś został odprawiony sprzed drzwi prosektorium, jednocześnie postanawiając sobie, iż nigdy więcej do niego nie wróci.
Wchodząc do środka przez chwilę przyjrzał się uważnie twarzy Challes’a, szybko jednak odwracając wzrok i skupiając go na niezbyt fascynującej podłodze, jakby nie chciał, aby ten zauważył, że w ogóle na niego spojrzał. Patrzenie na ludzi zawsze wiązało się z tym ryzykiem, iż oni to zauważą, postanowią odwzajemnić spojrzenie patrząc prosto w oczy, co zazwyczaj było zbyt krępujące, aby Gilbert był to w stanie wytrzymać.
Kiedy Challes odsłonił przed nim ciało martwego mężczyzny, dając mu możliwość zgadnięcia przyczyny śmierci, Fourier szybko spojrzał na twarz chłopaka trochę zaskoczony, a w jego oczach na krótko zatańczył specyficzny błysk podekscytowania, który pojawiał się tam naprawdę rzadko. Nie czekając dłużej pochylił się trochę niżej przyglądając się widniejącym na niesamowicie białej skórze ranom, nanosząc w myślach na ciało mężczyzny rysunki anatomiczne, które zapamiętał z przeglądanych podręczników, wyobrażając sobie ułożenie żeber, płuc, stojącego już w miejscu serca, żył i tętnic, rozlewających się po całym ciele niczym rozsypane na mapie drogi. Dość szybko zadecydował, która z ran była śmiertelna, przez chwilę zastanawiając się jeszcze nad bezpośrednią przyczyną, nie będąc pewnym, czy jego przypuszczenia są dobre i czy nie zbłaźni się, dzieląc się swoimi przemyśleniami.
- Wydaje mi się, że cokolwiek zostało użyte do zadania tych ran, przebiło mu serce i wykrwawił się na śmierć? – powiedział pytającym tonem, wskazując na głębszą ranę w obrębie klatki piersiowej, nie podnosząc jednak wzroku. Nie studiował w końcu biologii, podręczniki od anatomii czytał dla rozrywki, gdy skończyły mu się już wszystkie dotyczące chemii i swoją wiedzę bazował jedynie na rysunkach i słowach, nigdy wcześniej nie mając okazji przełożyć tego wszystkiego na praktykę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Czw Kwi 06, 2017 10:12 pm

Rodzina niekoniecznie wiązała się z akceptacją, a jej posiadanie –  z poczuciem bezpieczeństwa. Więzy krwi nie zobowiązywały do bezwarunkowej miłości, okazywania choć odrobiny zainteresowania, rzucania marnych ochłapów sympatii komuś, kto pragnął jedynie ciepłego uśmiechu i dobrego słowa. Gdyby miał wskazać, która z tragedii jest bardziej drastyczna – brak bliskich czy bliscy wzajemnie traktujący się jak zupełnie oby ludzie – w jasnych tęczówkach zalśniłoby wahanie. Czy w ogóle można mówić o mniejszych i większych tragediach, skoro wszystkie wywierają jednakowy efekt, doprowadzając do całkowitej destrukcji ściśniętego cierpieniem serca? Czy utrata bliskich była gorsza od codziennego widoku ojca, który wykrzywia usta w grymasie niechęci za każdym razem, gdy jego syn niepewnie wypowie tato? Czasem brak miłości wydawał się mniej bolesny od dojmującej myśli, że miłość – choć znajduje się na wyciągnięcie ręki – na zawsze pozostanie nieosiągalna. Svein formalnie nie był sierotą, być może nie miał prawa mówić, że rodzina czyniła go nieszczęśliwym, lecz po śmierci matki nie potrafił odnaleźć innego określenia dla sytuacji, w której się znalazł.
Ojciec go nie zauważał, najstarszy brat – nienawidził, drugi w kolejności nie mógł marnotrawić czasu na nagłe zrywy sympatii, a najmłodszy…
Był tak samo samotny, zagubiony i przerażony jak Svein, więc choć przez chwilę – przez pierwszy, drugi, trzeci miesiąc po odejściu jedynej osoby, która darzyła ich miłością – mogli szukać w sobie oparcia, sprawiać pozory, że nic się nie zmieniło, że wszystko jest dobrze, że świat się jeszcze nie skończył. Drobne kłamstwa nie kosztowały ich wiele, choć przecież nijak miały się do rzeczywistości, która aż nazbyt dobitnie obnażała prawdziwe oblicze karykatury, jaką stało się życie w rodzinnym domu. Im mocniej próbowali zachować pozory normalności, tym drastyczniejszy był obraz czegoś, co w teorii powinno być rodziną (a co w praktyce nigdy nią nie było); unikanie własnych spojrzeń, ograniczanie słów do minimum, odrzucanie jakiejkolwiek bliskości i etap najbardziej drastyczny – cicha, pozbawiona wyjaśnień ucieczka Magnusa – wszystko to składało się na domowe piekło, w jakim Svein miał spędzić kolejne cztery lata, aż do dnia, gdy sam nie porzucił nadziei, że to jeszcze nie koniec, że wypaczona rzeczywistość może powrócić na tory pozornej normalności, że wciąż mogą odnaleźć wspólny język, bo w ich żyłach płynie ta sama krew.
Kiedy wyjeżdżał do Oslo, myślał wyłącznie o tym, by wyrwać się z trującej, toksycznej atmosfery, która szczelną bańką otulała dom w Trondheim – a mimo to do samego końca, do momentu, gdy nie zniósł po schodach walizki, a nawet później – kiedy samotnym zziębnięty i przerażony czekał na pociąg, zaciskając w palcach bilet, który miał stanowić przepustkę do nowego życia – naiwnie błagał w myślach, aby ktoś w końcu cicho wypowiedział zostań. Nie pokładał nadziei w ojcu, u progu dorosłości pogodzony z myślą, że był dla niego jedynie niechcianym balastem; nie oczekiwał cudu, który poruszyłby duszą Sigurda (o ile ją posiadał), nie wymagał deklaracji miłości, uścisków i błagań.
Chciał usłyszeć wyłącznie to jedno słowo – wypowiedziane głosem któregokolwiek z braci.
Zostań, Svein wystarczyłoby za wszystkie niewyartykułowane przez lata kochamy cię, jak możemy ci pomóc?, co się dzieje?, wiesz, że nie jesteś sam?. Zostań, Svein nie sprawiłoby, że naprawdę by został – nie potrafił zrezygnować z marzeń, które znalazły się na wyciągnięcie ręki – ale stanowiłoby powód, dla którego wracałby na każde święta, na każdy weekend, na każde urodziny, na każde przyjedź, jeśli możesz.
Zostań, Svein – czy wymagał zbyt wiele, aby po raz pierwszy w życiu poczuć się komukolwiek potrzebnym?
Zamiast słów, tamtego dnia żegnała go cisza i wspomnienie duszącej woni papierosów, która unosiła się w samochodzie. Henrik uścisnął krótko jego ramię, Bjørn milczał, widmo Magnusa nie chciało wyłonić się z odmętów pamięci, a Nils?
Nils niecierpliwie wyczekiwał pociągu.
Tamtego dnia Svein podjął dwie decyzje: przeobraził okazjonalne palenie w nałóg i obiecał sobie, że nigdy nie znajdzie się w podobnej sytuacji – w karykaturalnym, pozbawionym miłości, ciasnym światku, z którego jak najprędzej chcieli go wyrzucić. Na tym polegało nieszczęsne szczęście Gilberta – pomimo niezaprzeczanych tragedii własnego życia, zdołał uniknąć tej jednej, najbardziej niweczącej.
Braku miłości ludzi, których jedynym – naturalnym, niewymuszonym, powstającym z siebie samego – obowiązkiem było kochać.
Samotność, na jaką obaj zostali skazani (i której w pewnym stopniu pragnęli, dostrzegając w niej starego, zaufanego przyjaciela) nie mogła zranić w ten sposób. Nie sprawiała zawodu, nie odchodziła bez słów wyjaśnienia, nie wywoływała cierpienia słowami, nie oczekiwała niczego w zamian. Po prostu istniała, zawsze obecna, zawsze cicha, zawsze gotowa wysłuchać równomiernego rytmu serca, które nie miało dla kogo bić – a jednak mozolnie wypełniało uszy miarowymi uderzeniami, będącymi dla samotności najpiękniejszą muzyką.
I jedynie niejasna, mglista myśl, że nie da się żyć w ten sposób przez resztę pozostałego czasu – mało istotne, czy były to dni, tygodnie, miesiące czy lata – zakłócała wypracowany, niezobowiązujący spokój, wypełniając umysł niepewnością i dojmującym, słonym jak łzy smutkiem. Z nim dało się jednak koegzystować i być może (nie, nie być może – na pewno) przychodziło to łatwiej niż współistnienie z drugim człowiekiem, który miał własne potrzeby, zawahania, żądania i uczucia. Nad samotnością, nad smutkiem oraz lękami dało się zapanować, bo byli jak dobrzy, zaufani znajomi, znający każdy sekrecik skołatanego serca i każdą myśl udręczonego umysłu. Nie domagały się sztucznej uwagi, nie czyniły wyrzutów, nie sprawiały zawodu – po prostu oblepiały ciało jak ciemna, dławiąca pajęczyna i spokojnie zapuszczały w nim korzenie, izolując od świata zewnętrznego.
I było to dobre, i było wygodne, i nigdy nie raniło nieuzasadnionymi wyrzutami, bo jeśli coś można powiedzieć o samotności z całą pewnością, to bez wątpienia to, że jej osądy są zawsze celne – w końcu zna ludzkie demony lepiej od samych ludzi.
Obecność Gilberta stanowiła niewielkie odstępstwo od zwyczajowego milczenia, które panowało w tej części szpitala (tej części dzielnicy, miasta, kraju, kontynentu, świata, uniwersum) – dla Sveina był jak barwny balonik, który zakłóca monotonię szarego nieba i dryfuje pod chmurami bez zobowiązań, dodając otuchy każdemu, kto na niego spojrzy, nawet pomimo faktu, że obce spojrzenia są mu niemiłe, że unika ich kiedy tylko może, że motywowany własną awersją, sam nie patrzy (choć przecież patrzy i Svein to zauważa, ale nic nie mówi – bo po co? Słowa są zwodnicze, słowa kłamią, słowami można zranić). Uśmiecha się więc jedynie bez słów (bo słowa są zbędne, kiedy mówią gesty), cierpliwie znosząc uważne, choć ulotne zerknięcie Gilberta i skupiając się na tym, by jego wizyta tutaj – na swój sposób wyczekiwana i nie budząca zdziwienia – nie ograniczyła się wyłącznie do zwyczajowego milczenia, które wraz z nowoprzybyłym gościem zalęgało się w kącie prosektorium.
Najwyraźniej nawet Svein potrzebował choćby kilku słów wymienionych z kimś, kto naprawdę żyje – a nie tylko udatnie udaje żywego.
Nie do końca etyczne (lecz w gruncie rzeczy przecież nieszkodliwe i budzące w spojrzeniu Gilberta coś, na co warto czekać i dla czego warto ryzykować spokój nieboszczyka) odsłonięcie ciała wymagało chwili namysłu, którą przerywało dopiero słowa gościa. Svein wpatrywał się w ranę na piersi tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy (jakby nie spędził nad nią minionych dwóch godzin, jakby nie mierzył jej dokładnie, jakby nie oczyszczał pieczołowicie z zakrzepniętej krwi) i nagle skinął głową w przejawie spokojnego, niespiesznego przytaknięcia słowom Gilberta.
- Dwie poniżej ominęły narządy i przysporzyły mu jedynie bólu, dopiero trzecia przyniosła efekt – sterylnie czyste, białe prześcieradło zaszeleściło cicho, gdy Svein ponownie nakrył nim zmarłego, wkładając w to równie wiele ostrożności, co do okrywania kocykiem noworodka. – Ale to nie nóż go zabił, tylko smutek – w błękitnym spojrzeniu zalęgła się powaga, którą zdołał ukryć wyłącznie dzięki odwróceniu się do Gilberta plecami – jeszcze nim postawił krok w stronę niewielkiego pomieszczenia służbowego, stało się jasne, że na prosektoryjnym stole cicho spoczywa ofiara samobójstwa i że nie można wyobrazić sobie bardziej kontrastowego pytania, niż to, które już w ruchu zadał Svein:
- Herbaty?
Po raz kolejny w życiu przeszedł ze śmiercią do porządku dziennego, zachęcającym gestem przywołując Gilberta w ślad za sobą i przypominając sobie o przestrodze, która mogła uchronić dzisiejszego gościa przed tragedią.
- Uważaj na próg.
Niektórzy się o niego potykają.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Prosektorium   Nie Kwi 30, 2017 8:30 pm

Kiedy pierwszy raz przekroczył próg prosektorium, na długo przed Challesem, przed tym, gdy jego i tak zniszczone i sponiewierane życie zaczęło rozpadać się jeszcze bardziej, odrzucił go panujący tam zapach. Początkowo starał się przebiec w głowie listę chemikaliów, które mogłyby znaleźć tam swoje miejsce, aby jak do dla niego przystało, odkryć tajemnicę tego, co zmusiło go do uniesienia do nosa i ust dłoni i wstrzymania na chwilę powietrza. Pracujący tam wówczas mężczyzna, chłopak zapewne niewiele starszy wówczas od Gilberta, świeżo po ukończeniu studiów, obdarzył go uśmiechem, który pozornie miał być uprzejmy i współczujący, jednak Gilbert wiedział, że pod tą maską, którą dostrzegał, chłopak śmiał się z jego reakcji myśląc, że długo zapewne nie wytrzyma, że opuści to miejsce tak szybko, jak do niego wejść.
Nie zajęło Gilbertowi dużo czasu aby uświadomić sobie, że to nie chemikalia wywołały u niego chwilowy odruch wymiotny i że zapach, który otulił go niczym gęsta, niewidoczna mgła był, w rzeczy samej, zapachem śmierci. Wtapiał się w jego skórę, tańczył we włosach, osiadał na ubraniach i za pierwszym razem chłopak spędził długie godziny, szorując się twardą szczotką i resztką mydła, chcąc pozbyć się tego zapachu, choć przecież dobrze wiedział, że za kilka dni znowu tam wróci, usiądzie na niewielkim krzesełku z książką lub skrawkiem papieru w dłoni, nanosząc ołówkiem szkice ludzkiego ciała i poszczególnych narządów, ucząc się o chorobach, poszerzając wiedzę, która przecież nie była mu do niczego potrzebna, bo przecież studiował chemię i tak nie miałby żadnej szansy zostania lekarzem. Tak naprawdę nie miał pojęcia, kim chciałby zostać, jednak teraz zdawało się nie mieć to większego znaczenia, bo Gilbert niespecjalnie potrafił wyobrazić sobie swoje życie po wojnie. Przyzwyczaił się do świata takiego, jakim był, do ciągłego burczenia w brzuchu, to przejmującego chłodu w jego niewielkim mieszkaniu, do kota-przybłędy, który czasem zdawał się mieć dość wysłuchiwania tego, co Fourier miał mu do powiedzenia, jak gdyby był zupełnie niewart jego uwagi, jeśli nie miał żadnego jedzenia, którym mógłby się z nim podzielić. Przyzwyczaił się też do myśli, że albo nie doczeka końca wojny i wyzwolenia Francji, albo Niemcy osiągną ostatecznie zwycięstwo i w tym przypadku nic nie ulegnie zmianie. Wiedział, że w kilku miejscach w swoim życiu mógłby pójść w inną stronę, jednak jaki był sens myślenia nad tym, co zrobiłby inaczej, skoro klamka już dawno zapadła i rozmyła się w powietrzu. Gdy oglądał się za siebie, nie widział już drzwi, przez które przeszedł, a jedynie ścianę, skutecznie uniemożliwiającą mu cofnięcie się w tył i zmianę przeszłości.
Gdyby kiedykolwiek mógł cofnąć się w czasie, o czym myślał dość często i co wydawało się tak samo abstrakcyjne jak zjedzenie porządnego, ciepłego posiłku, przy dużym, dębowym stole, z płonącym w tle kominkiem, tak jak pamiętał to z domu ciotki, miał wrażenie, że cofnąłby się do chwili, w której jego ojciec spotkał jego matkę i zrobiłby wszystko, aby ich drogi nigdy się nie przecięły, aby matka postąpiła zgodnie z wolą rodziny, a ojciec być może zginął na wojnie, wiedząc, że nie ma niczego, do czego mógłby z niej wrócić. Świat zdawał się nie potrzebować jego istnienia, nie wnosił w końcu nic specjalnego, poza zajmowaniem miejsca, którego i tak zaczynało brakować, poza zjadaniem jedzenia, które było zdecydowanie za mało, by porządnie wyżywić wszystkich mieszkańców miasta i poza byciem prawdopodobnie najgorszym członkiem Ruchu Oporu, jaki tak organizacja kiedykolwiek widziała. Jedynym, co jeszcze uważał za cenne, był jego umysł, sprawny, szybki, pochłaniający informacje jak gąbka, jednak dla nikogo zdawało się nie mieć to większego znaczenia, gdy najwyraźniej wojny wygrywało się pistoletem oraz odwagą, a nie biegłym umysłem i doskonałą pamięcią.
Gdy pierwszy raz przekroczył próg prosektorium, co teraz wydawało się być naprawdę odległą przeszłością, choć w rzeczywistości przecież nie minęło aż tak wiele czasu, chłopak, który tam wówczas pracował, powiedział „możesz zostać, ale nic nie dotykaj i nie zbliżaj się do ciał”, choć Gilbert był pewien, iż w myślach dodał, aby najlepiej się nie odzywał i udawał, że go tam nie ma. Nie był pewien, czy było to do końca legalne, jednak prosektorium nie zdawało się być miejscem, do którego regularnie zaglądali niezapowiedziani goście, a dodatkowo chłopak kazał mu płacić za każdy dzień, który chciał tam spędzić. Nie zawsze pieniędzmi, zazwyczaj zależało mu na jedzeniu (którym nigdy się nie dzielił). Gilbert już wtedy nie miał zbyt wiele, i nie tak bardzo później okazało się, że może jednak dla niektórych osób ma jednak o wiele większą wartość, niż mogło mu się wydawać, bo wciskali mu w dłonie banknoty, aby spędzić z nim jedną noc. Więc gdy opłacił studia, zapłacił za pobyt w prosektorium i czasem był w stanie kupić świeży chleb, zorientował się, że w życiu nie pozostało mu tak naprawdę nic, na czym mogłoby mu zależeć. Jego ciało nie należało już do niego. Jego umysł nie miał żadnego znaczenia, bo nie był w stanie go uratować (wręcz przeciwnie, okazał się dość przydatny w akcie autodestrukcji), o przeszłości wolałby raczej zapomnieć.
Mógł żyć - będąc bardziej cieniem samego siebie, nie do końca wiedząc, kim tak naprawdę był. Ale mógł też się poddać, przyznać, że tym razem los odniósł nad nim zwycięstwo i po prostu przestać uciekać przed tym, na co i tak został skazany. Urodził się po to, by umrzeć, tak samo jak każdy inny człowiek na ziemi, jednak pewnie jako jeden z nielicznych nie uważał tego za wielką tragedię. Nie widział powodów, aby uciekać przed czymś, czego i tak nie było się w stanie uniknąć, więc równie dobrze można było przejść przez to na własnych zasadach. Ostatni akt kontroli nad własnym życiem, w jego przypadku okazał się być jedynie kolejną porażką, zupełnie tak, jak gdyby los śmiał mu się w prosto w twarz, mówiąc, że nie potrafił wykonać tak pozornie prostej rzeczy jak odebranie własnego życia. Nie, nie odebranie, ponieważ to życie tak naprawdę nie należało do nikogo. Dobrze wiedział, że mógł to zrobić inaczej. Zdobyć broń i strzelić prosto w twarz, upewniając się, że nie pozostanie z niej nic, co można by uratować, jednak chyba obawiał się bólu i tego, że będzie musiał cierpieć, zanim tak naprawdę będzie mógł wreszcie odpocząć. Mógł zaszyć się we własnym mieszkaniu, zamiast usiąść nad brzegiem rzeki, z tylko jemu znaną precyzją odmierzoną dawką odpowiednich chemikaliów, które miały zadziałać szybko i bezboleśnie, jednak coś ciągnęło go do tej idei romantycznej śmierci w miejscu, w którym czuł się spokojnie, gdzie huk nocnych sów i szum przepływającej u jego stóp wody miały ukołysać go do snu. Być może tak naprawdę nie chciał tego zrobić – jego podświadomość wypchnęła go z domu licząc, iż znajdzie się ktoś, kto będzie chciał go uratować.
Nie do końca był pewien, czy przedłużywszy swoją datę ważności był o wiele szczęśliwszy. Z pewnością nie myślał o śmierci tak często jak kiedyś. Czasem nawet uśmiechał się, gdy jechał rowerem pośród złocistych pól czy liczył kroki przybliżające go w stronę prosektorium. Zapach już dawno przestał mu w jakikolwiek sposób przeszkadzać, właściwie nawet go nie zauważał. Czasami jedynie, idąc ulicami miasta, miał wrażenie, że w powietrzu wyczuwa tą znajomą woń prowadzącą go w przeszłość do pierwszej wizyty. Zapach śmierci unosił się teraz i nad Paryżem, z każdym dniem coraz mocniejszy i wyraźniejszy i Gilbert wiedział, że kiedyś, za dzień, miesiąc, rok lub pięć lat, ten zapach będzie też jego zapachem.
Teraz wpatrywał się w leżące na stole ciało z trzema ranami na klatce piersiowej, wodził wzorkiem po jasnej, chłodnej skórze, po spokojnej twarzy martwego mężczyzny i nagle jego twarz stała się tą, którą codziennie dostrzega w lustrze, a jego ciało tym samym, które każdego dnia otula ręcznie cerowanymi ubraniami i na jego klatce piersiowej nie było trzech ran kłutych i chłopak, na którego patrzył, nie był jedynie bezimiennym mężczyzną, a nazywał się Gilbert Fourier i wyglądał tak, jakby jedynie spał. Ani jednej rany, ani jednego śladu, że ta osoba naprawdę była martwa. Ale to nie nóż go zabił, tylko smutek , słowa zdawały się dochodzić do niego jak zza grubego szkła, jakby był w pomieszczeniu sam na sam z własnym martwym ciałem, patrząc na projekcję tego, czym mógł się stać i nie czując zupełnie nic. Żadnej radości z tego, że żyje, ale też żadnego żalu, że jednak się nie udało.
- To chyba nie do końca był smutek – powiedział cicho głosem, który mógł wydać się nieobecny, tak samo jak spojrzenie, utkwione w znajomej twarzy, która szybko zniknęła przesłonięta białym prześcieradłem, którego szelest wyrwał chłopaka z głębokiego zamyślenia. Jeśli ktoś wiedział coś na temat motywów do samobójstwa, Gilbert na pewno zaliczał się do grona tych osób, choć jego słowa akurat nie dotyczyły mężczyzny leżącego na stole. Zamrugał szybko, unosząc rozkojarzone spojrzenie na Challes’a i przełykając głośno ślinę, przez moment mając uczycie, iż jego ciało nie znajdowało się tam, gdzie być powinno.
- Tak, dziękuję – odpowiedział, odchrząkując krótko i podążając w stronę pomieszczenia służbowego, zgodnie z przestrogą uważając na próg, zupełnie tak, jakby martwy mężczyzna w ogóle nie istniał, a picie herbaty w prosektorium nie było niczym nadzwyczajnym.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Prosektorium   

Powrót do góry Go down
 
Prosektorium
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Opéra :: Szpital Świętej Anny-
Skocz do: