IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Pola Elizejskie


Share | 
 

 Pola Elizejskie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Pola Elizejskie   Sob Lip 02, 2016 2:08 pm



Pola Elizejskie

Jest w Paryżu takie miejsce, w którym okupacja zdaje się być pojęciem względnym i gdzie wojna toczy się nie o ideologię, władzę czy terytorium, ale o coś zupełnie innego - o klienta. Urok Pól Elizejskich jest trwały i nawet trudy okupacyjnej rzeczywistości nie są w stanie zmusić sprzedawców do zamknięcia swoich interesów. Choć klientelę najlepszych sklepów częściej stanowią bogaci Niemcy niż Francuzi, w okolicznych kawiarniach oraz restauracjach niemal swobodnie miesza się mowa niemiecka i francuska.
Jeszcze na początku XVII wieku na miejscu reprezentacyjnej, prawie dwukilometrowej alei Paryża znajdowały się pola uprawne, jednak z inicjatywy królowej Marii Medycejskiej szybko powstała tutaj pierwsza droga. Wiek później wraz ze swoją świtą spacerowała nią inna władczyni, Maria Antonina, ale sława tego miejsca miała się narodzić dopiero w XIX wieku. To wtedy właśnie zaczęła się tu spotykać śmietanka towarzyska Paryża, co trwa do tej pory.
Na Polach Elizejskich można znaleźć nie tylko sklepy czy restauracje, ale również kina, hotele i teatry. Aleja łączy Plac Zgody z Łukiem Triumfalnym, więc cieszy się dużą popularnością wśród przebywających na kilkudniowej przepustce żołnierzy. Można powiedzieć, że jest to Paryż w pigułce - zarówno pod względem zabytków, jak i przedstawicieli wszystkich klas społecznych, których możesz tu spotkać. Zapewne boleśnie odczujesz ten fakt, gdy zachwycając się niepowtarzalnym urokiem tego miejsca, nie zauważysz, że ktoś właśnie kradnie ci portfel.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 4:12 pm

Friedrich Nerlinger i Sigismund Weber stąd.

Sigismund Weber nie przedstawił żadnego powodu, dla którego nie mógłby teraz wykonać rozkazu Friedricha Nerlingera, kapitan zabrał go więc ze sobą na patrol. Zgasił niedopałek papierosa na dnie filiżanki, gdzie go zostawił, założył czapkę, zastukał obcasami i wyprostowany wyszedł z kawiarni, rzucając jeszcze tylko w eter piękne, może trochę ironiczne "Auf Wiedersehen!".
Mężczyźni przeszli uliczkami Opéry stanowczym krokiem, nie zamieniając ani słowa. Nic ich nie niepokoiło ani nie wydało im się podejrzane, nie musieli więc zwracać sobie na nic uwagi. Raz tylko jakiś Francuz zdawał się wystraszyć dwójki Niemców, ale po wylegitymowaniu odszedł nieniepokojony, gdyż z jego dokumentami wszystko było w porządku.
Wreszcie mężczyźni doszli do Pól Elizejskich. Friedrich zatrzymał się i ogarnął wzrokiem całą okolicę. Zmarszczył brwi.
- Spory tłum - skomentował - jak na taką pogodę. Herr Weber, uważaj na kieszenie. Chociaż nie sądzę, by znalazł się dostatecznie duży bezmózg, by próbować okraść SS-mana.
Ruszył Polami Elizejskimi już wolniejszym krokiem, z dłońmi splecionymi za plecami, wyglądając poważnie i - oczywiście - groźnie. Spod równo nałożonej czapki rzucał uważne spojrzenia przechodniom. Francuzi to doprawdy paskudny naród. Gdy Friedrich napotykał spojrzenie Niemca, ten posyłał mu uśmiech, pochylał głowę w szacunku, nawet pozdrowił czy przywitał (na co oczywiście oficer odpowiadał). Gdy natomiast mężczyzna patrzył na twarze Francuzów, ci albo patrzyli w kompletnie inną stronę, w bok lub w ziemię, albo natychmiast odwracali głowę. Często zmieniali nawet swoją trasę, byle tylko nie zbliżyć się zanadto do Nerlingera i Webera, jakby mieli ich oni pogryźć. Friedrich posyłał im więc tylko pełne pogardy i obrzydzenia spojrzenia, których żabojady nawet nie widziały, ponieważ bały się spojrzeć wyżej niż na buty niemieckiego Pana.
- Spójrz tam, Herr Weber - oficer wskazał palcem na jednego z szybko przeciskających się przez tłum Francuzów - chyba mu się spieszy. Ciekawe, dlaczego...
Friedrich zwiększył tempo i ruszył w stronę Francuza, by przeciąć mu drogę i zaprosić na krótką rozmowę. Okupanci mieli o tyle lepiej, że nie musieli się przeciskać między ciałami innych - tłum sam się rozstępował, a im szybciej szli, tym więcej mieli wolnego miejsca dla siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 4:36 pm

Sigismund szedł może pół kroku wolniej od swojego przełożonego. Było ich tylko dwoje, nie było więc sensu zachowywać typowego dla patrolu porządku w czasie działań wojennych, bo kto mógłby ich tutaj zaatakować? Ruch Oporu? Dobre sobie. Weber zaciągnął się mocniej papierosem, rozglądając uważnie dokoła. Byli we własnym kraju, ale nie znaczy, że mogą sobie pozwolić na niedbalstwo i niechlujstwo. Byli Niemcami. Kimś lepszym, niż Francuzi.
-Niewinny nie ma powodów by uciekać. - dodał Sigismund, również przyspieszając. Nie dlatego, że nie chciał zostać daleko w tyle za Hauptsturmführerem, po prostu szybszy marsz pobudzał mięśnie do działania i rozgrzewał ciało. Wypita kawa ciągle działała i podoficer czuł przyjemne ciepełko, ale nie będzie to trwało wiecznie.
Dla świętego spokoju położył też dłoń na kaburze pistoletu. Luger był prostą, ale niezawodną konstrukcją, do tego ten konkretny egzemplarz miał swoją historię - kto znał podoficera SS, Sigismunda Webera dostatecznie dobrze, wiedział co oznaczają cztery nacięcia. Cztery wystrzelone kule. Cztery trupy. Głupio by było, gdyby piąte nacięcie powstało teraz, w samym sercu Paryża.
Mówił mało, po prawdzie to dopiero teraz się odezwał po raz pierwszy odkąd opuścili kawiarnię. Głos miał jednak mocny, donośny, wyraźny, a brzmienie niemieckiego języka działało prawie jak syrena alarmowa dla okolicznych Francuzów. Znaczenie - nie szaleć. Nie wyglądać podejrzanie. Nie wychylać się w żaden sposób gdy Niemcy są w pobliżu!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 4:53 pm

- Dokładnie - skomentował słowa Sigismunda z uśmiechem i po pół minucie zatrzymał niczego niespodziewającego się, zaaferowanego czymś innym Francuza kładąc mu dłoń na ramieniu. Dookoła zrobiło się nagle puściej i ciszej.
- Guten Morgen! - powiedzał z udawaną przyjaźnią - Cóż to się stało, dokąd się pan tak śpieszy?
Zapytał po niemiecku, z uśmiechem na twarzy, ale jego prawa dłoń mocno i prawie boleśnie zaciskała się na ramieniu złapanego mężczyzny. Patrzył na Francuza oczekując odpowiedzi i z każdą sekundą milczenia sztuczność jego uśmiechu stawała się coraz bardziej widoczna. Jeśli mężczyzna nie rozumiał po niemiecku i się do tego przyznał, Friedrich powtórzył po francusku.
- Dokąd się pan tak śpieszy? Czy coś się stało? Może możemy pomóc?
Jeśli złapany nie patrzył się w stronę Friedricha, ten "delikatnie" szarpnął go za ramię, by obrócić go w dobrą stronę i zwrócił uwagę krótkim "hm?".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 8:40 pm

W obliczu obecnej pogody marcowe słońce zdawało się pojęciem zbyt abstrakcyjnym, aby mieszkańcy Paryża mieli czas oraz siłę na roztrząsanie jego sensu. Pogrążeni we własnych, mniej lub bardziej optymistycznych myślach, gonili w różne strony, raźnym krokiem przekraczając granice tak dobrze znanych Pól Elizejskich. Ruch zmniejszył się dopiero, gdy wśród przygarbionych, szarych postaci pojawiły się dwa niemieckie mundury. Mimo że nikt nie odważył się podnieść wzroku na figury raźnym krokiem przemieszczające się po alei, wszyscy wyczuwali dziwnie napiętą atmosferę, która zdawała się narastać. Zwykły spacer po uliczkach miasta, obserwacja? Nikt już nie łudził się, że tak nagłe pojawienie się mężczyzn to zwykły przypadek.
Pech chciał, że ich celem stał się pewien zgarbiony, dość młody Francuz, jeszcze przed chwilą próbujący przeciąć Pola Elizejskie sprężystym krokiem. Dłoń Friedricha, która niespodziewanie wylądowała na jego ramieniu, sprawiła, że niemalże podskoczył w miejscu. Zdziwiony, od razu odwrócił się w stronę umundurowanych, spoglądając na nich rozbieganym spojrzeniem. Kiedy usłyszał niemieckie słowa skierowane wyraźnie w jego stronę, odruchowo skurczył się, ciaśniej przyciskając do siebie niesioną pod pachą kopertę wielkości A4. Nie rozumiał niemieckiego i już już w nieco pokraczny, nerwowy sposób zamierzał wyjaśnić to panom, jednak zanim zdążył wyjąkać jakąkolwiek odpowiedź, padły kolejne słowa, ale tym razem po francusku.
- Dziękuję, nie trzeba – powiedział powoli, choć przecież wcale nie miał za co dziękować Niemcom. – Spieszę się do żony – dodał, przerzucając nerwowo spojrzenie pomiędzy rozmówcami, ostrożnie przesuwając się do przodu, byle tylko zwiększyć dystans pomiędzy sobą oraz dłonią Hauptsturmführera.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Wto Sie 23, 2016 11:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 9:03 pm

Sigismund jęknął w duchu. Przyszło mu znowu mówić po francusku, a on tak bardzo tego nie lubił. Konieczne będzie znalezienie kogoś, kto go podszkoli, wyuczy, wskaże właściwą drogę, bo komunikowanie się było póki co prawdziwą drogą przez mękę. Dołączył więc do Nerlingera, ostatni raz zaciągając się papierosem. Nie zamierzał go marnować, ale jako podoficer nie mógł stać przed cywilem z na wpół wypaloną bibułką zwisającą z kącika ust, czy też trzymaną między palcami dłoni.
Z ciężkim sercem cisnął papierosem gdzieś w bok.
-Żona poczeka. Koperta. Natychmiast. - włączył się do rozmowy Weber, chociaż język francuski w jego wykonaniu był bardzo daleki od idealnego. Mówił powoli, niemal pojedynczymi słowami, czasem tylko tworząc proste zdania, ale to powinno wystarczyć by nawiązać nić porozumienia z każdym Francuzem. Wyciągnął też dłoń, czekając, aż zatrzymany mężczyzna z własnej, nieprzymuszonej przecież woli, podzieli się kopertą.
- Nie będę powtarzał. - kontynuował, kalecząc francuski język. Momentalnie też porzucić wszelkie kpiące tony i chęć zwykłej zabawy wystraszonym Francuzem. Drugą, wolną dłonią oplótł już wokół rękojeści swojego pistoletu. Nie zamierzał oczywiście wyciągać broni z kabury, ani z niej strzelać, ale już sam ten widok powinien zachęcić do współpracy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 10:23 pm

Friedrich otaksował spojrzeniem złapanego mężczyznę. Przepraszam, rutynowo zatrzymanego. Oczywiście wystraszony, co nie było ani trochę dziwne. Z intrygująco wyglądającą kopertą a4 pod pachą. Sytuacja wydawała się dość obiecująca.
Puścił ramię mężczyzny - przecież Francuz nie zaryzykuje ucieczki od dwóch uzbrojonych niemieckich żołnierzy - i spojrzał na niego z udawaną uprzejmością.
- Herr Weber, nie straszmy naszego przyjaciela - powiedział spokojnie po niemiecku, ale rzucając więcej niż wymowne spojrzenie podwładnemu. Następnie zwrócił się ponownie do Francuza.
- Mój kolega jest odrobinę nerwowy, ale ma rację, proszę mi podać kopertę. A pańska żona poczeka, panie-... - zamilkł, przechylając pytająco głowę i wystawiając dłoń. Gdy otrzymał odpowiedź dotyczącą imienia, uśmiechnął się i kontynuował.
- A więc, monsieur, byłby pan tak miły i przybliżył nam, dlaczego aż tak śpieszy się pan do żony? I co takiego ma pan w tej kopercie? Oczywiście po tym, jak okaże pan dokumenty mojemu koledze.
Uśmiechnął się do mężczyzny i odwrócił na chwilę do Sigismunda.
- Herr Weber, proszę sprawdzić papiery naszego Francuza. Dokładnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Wto Sie 23, 2016 10:37 pm

Francuz został osaczony. Sigismund Weber stuknął obcasami i wyprostował się, słysząc prosty rozkaz swojego przełożonego. Od razu zasalutował i potwierdził gotowość bojową, co w oczach Paryżan musiało naprawdę wyglądać przerażająco. Podoficer porzucił na moment język francuski i po prostu z typową dla żołnierza werwą zakrzyknął kilka prostych słów.
- Jawohl, herr Hauptsturmführer Nerlinger! - nie zamierzał czekać, aż mężczyzna sam wyda mu dokumenty. Zabezpieczył swoją broń, by przypadkiem nie wypadła z kabury albo też nikt nie zechciał jej wyciągnąć i najzwyczajniej w świecie zaczął przeszukiwać młodego Francuza, klepiąc go po kieszeniach, ramionach, torsie, plecach i biodrach. Szukał wszystkiego, co mogło wydać się podejrzane, czyli w obecnej sytuacji - cokolwiek znajdzie, będzie pasowało.
- Ausweis! Dokumenty! - wrzasnął chwilę później prosto w twarz biedaka. Jeśli nie wykona poleceń, zostanie spoliczkowany. Raz, ale za to porządnie, prawą dłonią. W okolice ucha, by mieć pewność, że już nigdy nie będzie się ociągał i od razu zrobi to co mu każą. Weber nie żartował. Był Niemcem, nie miał poczucia humoru, tylko rozkaz do wykonania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 12:40 am

Nie zamierzał uciekać. Wiedział, że nie przyniesie to niczego dobrego, że szybciej mundurowi wyciągną broń niż on zdąży uciec za róg. Stał więc, niemalże dalej w tym samym miejscu, a gdy odezwał się drugi z mężczyzn, mimowolnie wykrzywił usta. Wszyscy Francuzi mieli obsesję na punkcie odpowiedniej wymowy, jednak nauczyciel języka francuskiego, który stał właśnie przed Niemcami, był wyjątkowo wyczulony na tym punkcie. Nie powiedział słowa, ale również nie poruszył się, coraz mocniej zaciskając palce na trzymanej pod pachą kopercie. Z jego twarzy można było odczytać, że walczy ze sobą zaciekle, nie mogąc podjąć decyzji, co do swojej własności.
Nie chciał niczego oddawać, mimo że słowa Webera sprawiły, że zrobiło mu się niespodziewanie gorąco. Nawet nieco spokojniejszy ton Nerlingera nie przyniósł ulgi.
- Deroucher – dokończył niepewnie. – Spieszę się po prostu do domu, chciałbym odpocząć –wytłumaczył, mając nadzieję, że jeśli będzie dalej odpowiadał na pytania, jakoś uda mu się odwlec moment oddania koperty, a przynajmniej zebrać myśli na tyle, aby wyjść jakoś z sytuacji. – W kopercie mam oczywiście pocztę. Dopiero ją odebrałem – mruknął dość niewyraźnie, kiedy zaczęto go przeszukiwać. Dokumenty podał chwilę po tym, gdy skończył. Sigismund może zobaczyć na nich m.in. zdjęcie, imię i nazwisko (Emile Deroucher), narodowość (francuska) oraz zatrudnienie (nauczyciel język francuskiego w szkole podstawowej).
- To nie moja korespondencja – powiedział jeszcze, mając całkowitą świadomość tego, że sprzeciwił się rozkazom władzy i że lepiej byłoby, aby nie postępował w ten sposób. Chciał wyjść ze wszystkiego obronną ręką, ale czy istniała jeszcze szansa? Na koniec posłał mężczyznom niemalże błagalne spojrzenie. – Powinna zostać dostarczona w formie nienaruszonej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 1:48 am

Francuz współpracował, ale niedostatecznie. Niechęć do podania im koperty oraz próby bronienia się zawczasu tłumaczeniem, że korespondencja nie należała do niego nie grały dobrze dla nauczyciela. Friedrich już wcześniej był podejrzliwy, ale teraz z pewnością nie puściłby tego mężczyzny bez dowiedzenia się wszystkiego, co tylko może.
- Deroucher - powtórzył, jakby smakując to nazwisko. Smakowało jak żaba - Monsieur Deroucher, jest pan zmęczony? Przecież dzień nie tak dawno dopiero się rozpoczął! Jest jeszcze przed południem! Czyżbyście pracowali na nocną zmianę?
Odwrócił się do Webera.
- Gdzie pracuje herr Deroucher?
- Panie Deroucher, będę teraz uprzejmy i zrobię coś, czego nie zwykłem robić. Powtórzę się. Powtórzę się tylko raz, a pan będzie tak miły i wykona moją prośbę. Wykona ją bez szemrania, powoli, ale stanowczo - mówił wolno, by Francuz dobrze zrozumiał jego słowa - Koperta. Teraz.
Wysunięta po nią osłonięta wojskową rękawiczką dłoń ani drgnęła, w oczekiwaniu na przedmiot.
- Nie pana korespondencja? - spojrzał na mężczyznę przeszywającym wzrokiem. Tym razem puścił płazem to, że mężczyzna odezwał się niepytany - herr Weber, monsieur Deroucher twierdzi, że to nie jego korespondencja. A czyja w takim razie i co jest w środku? A co do nienaruszonej formy... Kupi pan kopertę, ponownie zaadresuje et voilà! Nie ma problemu.
Jeśli dostał kopertę, wyciągnął wolną ręką sztylet z pochwy i zabrał się za otwieranie przesyłki. Najpierw jednak spróbował ręką wybadać, co takiego znajdzie w środku. Podejrzewał broń, ale czy był sens przenosić broń w kopercie? Tak wielka przesyłka rzuca się w oczy o wiele bardziej niż rewolwer schowany w kieszeni spodni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 3:32 pm

Nic podejrzanego nie znalazł przy zatrzymanym Francuzu, nie licząc oczywiście koperty. To wystarczało, by zainteresować się bardziej jego osobą i nieco go przycisnąć. Obrzucił swojego przełożonego spojrzeniem, nie do końca przekonany, czy dobrze zrozumiał rozmowę jaka toczyła się tuż obok niego po francusku. Był zajęty czytaniem dokumentów, ale w przypadku tego przeklętego języka każde zapisane słowo miało mało wspólnego z wymową. Wszystko brzmiało niedorzecznie, a zapisane słowa wyglądały jak losowe zbitki liter, z dziwnymi kreseczkami w dziwnych miejscach. Irytowało to weterana. Bardzo irytowało.
- Emile Deroucher, Francuz, uczy w szkole podstawowej, herr Hauptsturmführer Nerlinger. Zdjęcie jest trochę niewyraźne, ale to on. - gdy tylko padło pytanie ze strony oficera Weber raz jeszcze się wyprostował, meldując posłusznie wszystko, czego się dowiedział na temat zatrzymanego i próbującego stawiać opór Francuza. Sigismund przejrzał znowu dokumenty, a gdyby było choć trochę cieplej, to pewnie wykorzystał te papiery jako prowizoryczny wachlarz. Herr Deroucher poczeka więc jeszcze trochę, zanim odzyska jedyną rzecz, która uprawnia go do swobodnego poruszania się po Paryżu.
- Herr Deroucher! - odparł, machając dokumentami przed twarzą zatrzymanego cywila. - Mamy pana odprowadzić do domu? Do żony? - Sigismund mówił powoli i posłużył się panią Deroucher. Nie musiał mówić nic więcej, jeśli Emile jest trochę kumaty, to wie, co miał na myśli Weber.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 7:39 pm

Nieprzyjemna sytuacja zdawała się dłużyć w nieskończoność, bo obie strony wydawały się być nieszczególnie zadowolone z obrotu spraw. Deroucher marzył o jak najszybszym odejściu, powrotu do domu z tak bardzo pożądaną przez pozostałych mężczyzn kopertą. Mundurowi z kolei nie odnaleźli przy nim żadnego innego niepokojącego przedmiotu z wyjątkiem tego pechowego kawałka papieru skrywającego tajemniczy przedmiot lub przedmioty. Zapewne nie istniało wyjście, w którym obydwie strony opuściłyby Pola Elizejskie zadowolone, za to bardzo prawdopodobne, że dłuższe stawianie oporu przez Francuza wkrótce skończyłoby się czymś więcej niż tylko kolejnymi prośbami.
- Nie, nie – pokręcił głową dla podkreślenia swoich słów, ale nie mógł też przecież przyznać, że męczy go ta rozmowa. – To po prostu ta pogoda – stwierdził nieco ciszej, czując, że robi mu się jeszcze bardziej gorąco. Patrzył jak Sigismund przegląda dokumenty, a potem znów i już czuł, że nie dostanie ich z powrotem tak szybko. Gdy padł kolejny rozkaz podania trzymanego przez niego przedmiotu, a zaraz potem groźba ze strony drugiego z mężczyzn, wiedział, że to będzie moment kapitulacji, zniknięcia wszelkich resztek honoru, jakich obecność mógł sobie do tej pory wmawiać. Powoli wsadził kopertę w dłoń Nerlingera. Ten z kolei przez warstwę papieru nie mógł wyczuć żadnego konkretnego kształtu, bowiem przedmiot lub przedmioty był(y) płaskie, końce przylegały bezpośrednio do powierzchni paczki, która sama w sobie była lekka. Książka? Dokumenty? A może tajne informacje przemycone w jednym z nich?
Sam Deroucher ponownie spuścił wzrok, nie chcąc nawet wiedzieć, co będzie dalej. Nie patrzył, jak Friedrich rozcina powierzchnię, a już w szczególności nie robił tego, gdy oczom pozostałej dwójki ukazały się francuskie kobiece magazyny z pięknymi okładkami, na których widniały chwytliwe tytuły przepisów na smakołyki „z niczego”, uszycie modnej sukienki z firanki czy sposoby pani domu na dopranie trudnych plam.
- To dla żony - powiedział tylko Deroucher, zaciskając bezradnie pięści.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 8:08 pm

Friedrich nie okazał żalu, gdy jego oczom ukazała się wcale niepodejrzana zawartość koperty. Były to po prostu jakieś głupawe, francuskie magazyny. Westchnął cicho, otwierając jeden i kartkując go pobieżnie w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Nie takie rzeczy ludzie potrafią wykorzystać do przekazywania zakazanych przedmiotów, tajnych informacji czy po prostu rozkazów. Choć sam musiał przyznać, że byłoby to głupie, to nie chciał pominąć nawet takiej możliwości.
Następnie wziął do ręki kopertę i poszukał na niej danych, najchętniej zarówno nadawcy i odbiorcy, może coś jeszcze się znajdzie. Schował przekartkowany numer magazynu do rozprutej koperty i szybko przeleciał wzrokiem kolejny. Jeśli nic nie rzuciło mu się w oczy, podniósł wzrok na mężczyznę.
- Nie zauważyłem w kopercie niczego poza nic niewartymi kawałkami papieru. Ale może mój kolega zobaczy coś więcej - powiedział do Francuza przekazując kopertę i magazyny Sigismundowi.
- Herr Weber, przejrzeć te czasopisma. Nic ciekawego tam nie ma, są nieprzydatne. Potem możecie je oddać Francuzowi, jeśli zechcecie.
- A pan niech się tak nie stresuje, monsieur Deroucher - zwrócił się z powrotem do Francuza i poklepał go z uśmiechem po policzku - jesteśmy ludźmi.
W przeciwieństwie do was, kapitulanckie ścierwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Sie 24, 2016 8:29 pm

Babskie pisemka? I tyle? Nic więcej? Sigismund był niemal rozczarowany czymś tak normalnym. Mimo to przejrzał zdobyczne pisma, nie wypuszczając jednocześnie z rąk dokumentów Derouchera. Znał francuski zbyt słabo, by swobodnie mógł czytać coś takiego, ale mógł przynajmniej rozróżniać pojedyncze słowa. Starał się więc wypatrzeć cokolwiek, co mogło by w jakiś sposób powiązać nauczyciela z Ruchem Oporu, ale nie liczył na wiele.
- Herr Hauptsturmführer Nerlinger! Unterscharführer Weber wnosi o zniszczenie pism ze względu na opór wobec funkcjonariuszy Schutzstaffel! To będzie nauczka na przyszłość! - ponownie się wyprostował, zwracając bezpośrednio do Friedricha. Uprzejmie wniósł o komisyjne zniszczenie zawartości koperty, ale jeżeli oficer stwierdzi, że nie jest to niezbędne ani wymagane, to Sigismund się zgodzi. Był w końcu tylko żołnierzem, miał wykonywać rozkazy i robić swoje, a nie wymądrzać się i wychodzić przed szereg.
- Bierz. - rzucił dokumenty na ziemię, a mógł przecież je porwać! Zniszczenie pisemek wydawało się bardzo litościwie jak na członków SS, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Weber parę chwil wcześniej groził żonie zatrzymanego i przesłuchiwanego cywila.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Czw Sie 25, 2016 11:13 am

Najwyraźniej ten dzień nie należał do najszczęśliwszych dla Nerlingera i Webera. Cóż, patrole i legitymowanie przypadkowych przechodniów nie zawsze musi skończyć się pochwyceniem kogoś godnego uwagi. Pan Deroucher niestety ewidentnie do takich nie należał. W pismach bowiem nie było już niczego ciekawego, podobnie jak w kopercie, na której wypisany był odbiorca (prawdopodobnie faktycznie żona, nazwisko się zgadzało), wszystkie adresy i nadawca jako magazyn wydawnictwa znajdujący się poza Paryżem. Obydwaj panowie nie mogli więc znaleźć niczego podejrzanego.
Przesłuchiwany nie zrozumiał, o co pytał Unterscharführer, ale skoro jego własność nadal nie została mu oddana, przeczuwał, że jeszcze chwilę wszystko to zajmie. Tym bardziej po słowach Friedricha i geście, od którego usiłował wzbronić się Francuz, potem jeszcze potwierdzonych przez rzucenie dokumentów. Mężczyzna schylił się po nie, ale przez chwilę uczuciem silniejszym niż strach była złość. Ściągnął brwi, nerwowo poprawiając na sobie ubranie. – Oczywiście – przyznał nadal nie za głośno, nie patrząc na mężczyzn. – Czy mógłbym już, proszę, dostać kopertę?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Czw Sie 25, 2016 1:30 pm

Westchnął w myślach. Czy nie po to dał Sigismundowi kopertę do rąk, by ten mógł z nią zrobić co chce? Może nie powiedział tego wystarczająco jasno. Może Weber był większym służbistą niż Friedrich myślał i potrzebował zgody, by zniszczyć własność Francuza? To już nie było ważne, bo skoro podoficer zadał pytanie, Nerlinger nie mógł się zgodzić.
- Odmawiam, herr Weber. Proszę oddać Francuzowi jego własność. Do ręki.
Deroucher został już wystarczająco poniżony. Według Friedricha rzut dokumentów na ziemię był już lekką przesadą ze strony podwładnego, ale nie skomentował teraz i nie zamierzał robić tego później. Mieli wytwarzać wokół siebie atmosferę strachu i respektu - a takie czyny potrafią rozbudzić w człowieku złość. A zły Francuz to kolejny problem. Niech już sobie będą tymi głupawymi owieczkami, którymi Niemcy teraz się zajmują, czekając aż i na nich przyjdzie kolej. Mieszkańcy Paryża, owieczki prowadzone na rzeź. Niech dają się grzecznie prowadzić, niech nie myślą o zbuntowaniu swojej trzody przeciwko owczarkom... Niemieckim.
- Oczywiście, monsieur Deroucher. Bardzo proszę i życzę miłego dnia.
Skinął mu głową i uraczył niewielkim uśmiechem. Gdy mężczyzna odwrócił się i odszedł w swoją stronę, z twarzy Friedricha uśmiech właściwie spełzł.
- Herr Weber, kontynuujmy - powiedział i ruszył dalej spokojnym krokiem Polami Elizejskimi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Pią Sie 26, 2016 3:32 pm

Jak wierny pies czekał na ostateczną decyzję Nerlingera. Był podoficerem, wiedział co należy robić w danych sytuacjach i jak się zachować, ale sam nigdy-przenigdy nie będzie wybijał się przed oficera. Ordnung muss sein!
- Jawohl! - przytaknął ochoczo Weber, oddając własność Francuzowi. Sigismund nie był złym człowiekiem, chociaż miał na swoich rękach więcej krwi niż rzeźnik pracujący na dwie zmiany w rzeźni. Był po prostu żołnierzem, fanatycznie oddanym i wiernym, lojalnym aż do bólu i wykonującym rozkazy bez szemrania. Każą mu kogoś zastrzelić - zrobi to. Każą mu oddać papiery i iść dalej na patrol - zrobi to. Z wielką ochotą, bo znów zaczynał doskwierać mu chłód.
Ból jeszcze nie stanowił wielkiego problemu. Zawsze też miał przy sobie tabletki, więc jak przyjdzie pora, to łyknie jedną czy dwie... był także umówiony w szpitalu po odbiór mocniejszej dawki, zatem jedyny minus tego dnia to niska temperatura. Weber zmierzył Francuza wzrokiem i odszedł na parę kroków, zanim na nowo wszedł w typowy dla patrolującego żołnierza tryb.
Wyprostowany, dumny, szedł przed siebie, czasem spoglądając w lewo, czasem w prawo. Nie odzywał się też bez pytania, dlatego milczał. Cała swoją uwagę skupiał na jak najlepszym wykonaniu patrolu, a nuż trafi się ktoś, kto naprawdę będzie z Ruchu Oporu? Albo spotkają znajomego oficera bądź szeregowego?
Były to czcze życzenia. Nerlinger i Weber kontynuowali patrol chyba po terenie całych Pól, wylegitymowali jeszcze kilka losowo wybranych osób, ale nie znaleźli nikogo podejrzanego. Wszyscy Francuzi byli tylko zwykłymi Francuzami, starającymi się przeżyć w okupowanym kraju.
- Herr Hauptsturmführer Nerlinger! Unterscharführer Weber prosi o pozwolenie odmeldowania się i zakończenia patrolu z powodu ran bojowych oraz paraliżującego chłodu! - w pewnym momencie Sigismund zatrzymał się przed Friedrichem i jak przystało na służbistę i fanatyka, poprosił o możliwość zakończenia patrolu. Swoje zrobili, a nie ma sensu trwać dłużej na mrozie.
Rozeszli się więc.
zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Wrz 14, 2016 10:56 am

Mundur, znowu pieprzony mundur, zapięty aż po samą szyję. Uciskający kapelusz powodował tylko ból głowy. Tobias patrząc na siedmioletniego Franza, zawsze wspominał przeszłość. Żonę, która jeszcze w Norymberdze stawiała wyższość spacerów nad siedzeniem na kanapie. Weszło im w to nawyk. Oddawali cześć matce, chociaż Tobias w ogóle nie chciał być kojarzony z tą kobietą. Chwytało go obrzydzenie na samą myśl, że poświęcił tyle lat dla "człowieka", który nie szanował jego zdania. Franz nie pamiętał matki, a Tobias nie chciał jej opisywać wylewnymi epitetami. Nie mógł pozwolić, aby mały chłopczyk nie wierzył w miłość i czuł obrzydzenie do każdej kobiety. Wszak mógł w niej szukać matki, która odeszła przez własną absurdalną głupotę.
Tłum ludzi przeciskał się między alejkami, na których o dziwo nie kłębiły się zaspy śniegu. W końcu mógł usłyszeć stukot wojskowych butów, a nie błagalne skrzypienie białego puchu. Franz polubił francuską okolice, a wybór dzielnicy, w której obydwaj zamieszkali, nie był przypadkowy. Tobias słynął ze swojego umiłowania do architektury. Szukał tego co monumentalne, gdzie na ścianach są wypisane wspomnienia. Lubił ślady po kulach, tablice pamiątkowe i kłódki, które zdradzały skradzione pocałunki lub co ciekawsze, dawne miejsca kaźni. Odnalazłby się w historycznych miejscach, a owym zamiłowaniem zarażał też Franza. Zadawał zbyt wiele pytań. Tobias z natury nie był wylewny, oszczędzał słowa. Franz go niestety nie oszczędzał. Był w wieku, w którym ciekawił go świat, inni ludzie. Na razie nie rozumiał podziału między władczymi Niemcami oraz przegranymi Francuzami. Wystarczyłby nietuzinkowy ciuch, kolorowe usta i piękno kobiety, a Franz biegł do niej jak szalony i się przedstawiał. Tobias nie wiedział, po kim odziedziczył taką śmiałość. Nie przywykł jeszcze do biegania za nim oraz p r o s z e n i a, aby się zatrzymał. Twarda ręka ojca przypominała o niepodważalnym sposobie na wychowanie dziecka, lecz przy synu czuł, że topnieje mu serce.
Pokazywał mu jak chodzić, a między opowieściami o mieście, palił fajkę. Płatki śniegu osadzały się na mundurze. Mały chłopiec otwierał buzię, żeby je złapać podczas lotu. Tobiasowi unosiły się kąciki ust, chociaż twarda ręka przypomniała mu, że nie powinien pokazywać tak emocji. Spotykając znajome twarze, witał się i zmuszał się do krótkich uprzejmości. Franz wówczas dopiero ożywiał. Gdy Tobias przystanął przy kolejnym Niemcu, ten czmychnął i nawet nie spojrzał, czy ojciec jest za nim. Krótka rozmowa, wiele przytakiwań oraz chwalenia się tym, co robiło się poprzedniego wieczoru, nużyło Tobiasa. Chciał grzecznie się pożegnać, przełożył fajkę na drugi kącik ust i zamarł.
Gdzie jest do, kurwy nędzy, Franz?! Śmiech towarzyszy oraz słowa opisujący stosunek w miejskim burdelu omijały go łukiem. Rozglądał się po okolicy, szukając charakterystycznego płaszcza syna. Zlewały mu się postacie, wszędzie widział wojskowych oraz Francuzów, którzy byli wpatrzeni we własne buty. Nie pożegnał się nawet, a do płuc przedarło się lodowate powietrze.
- Franz! – krzyknął z całych sił, ale odpowiadały mu dalej śmiechu towarzyszy i lubieżne rozmowy o seksie z prostytutkami. Przepychał się między ludźmi, a serce zdążyło złamać się na pół. To on był jego słabością. Nie mógłby się pogodzić z tym, gdyby cokolwiek mu się stało. Dziecko to jego skarb. Pytał ludzi w języku niemieckim, czy nie widzieli małego chłopczyka, ale do cholery, nie mógłby się tak daleko oddalić. Musiał być gdzieś tu, skrywać się między płaszczami żołnierzy.
Chłopiec biegł, ile miał sił w nogach. Zobaczył coś, co przykuło jego spojrzenie. Uśmiech i czerwone wargi. Dawno nie widział uśmiechniętej kobiety. A co jeśli to właśnie jest jego mama? Zatrzymał się właśnie przy niej, a nie znając języka francuskiego, mówił do niej  w tym ojczystym.
- Dlaczego się pani uśmiecha? – spytał wprost, rączką dotykając jej ubrania. Nie było tak miękkie jak taty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Wrz 14, 2016 4:03 pm

Była przyzwyczajona do Niemców w żołnierskich mundurach, których mijała na ulicy. Często przechodziła obok tych mężczyzn z uniesioną głową i patrzyła im w oczy, jakby nie czując lęku, by ostatecznie unieść kąciki ust w subtelnym uśmiechu i skinąć głową, co miało oznaczać krótkie pozdrowienie w postaci - miłego dnia. Wierzyła, że nawet takie drobne gesty sprawią komuś przyjemność, ale tak naprawdę nie potrafiła zaakceptować obecności hitlerowców w Paryżu, która pod okupacją nie przypominała w niczym miasta, o którym opowiadał jej ojciec. Może to przez to zatapiała się bez reszty w muzyce, bo tylko ona pozwalała przenieść się na dłużej do dawnych wspomnień, gdzie była szczęśliwa i uśmiechała się z prawdziwą szczerością, a nie wyuczonym ruchem uniesionych kącików warg ku górze? Nie analizowała tego jednak zbyt długo, bo musiała jak najszybciej dotrzeć na Pola Elizejskie, gdzie zamierzała dzisiaj grać, wszak głód doskwierał dziewczynie od dwóch dni i została zmuszona do tego, by oddać się w pełni melodiom, które powinny ukoić rozkołatane serca przechodniów. Wiedziała, że ukradkowo na nią spoglądają i czekają na kolejne rozbrzmienie skrzypiec, ale przecież musiała wyczuć dobry moment i zapomnieć o tym, że wojna psuje całą otoczkę jej jestestwa.
Antoinette jedynie nabrała powietrza w płuca i zaczęła smagać smyczkiem po delikatnych strunach, które ostatnim razem się nieco rozstroiły. Wystarczyło o nie jednak odpowiednio zadbać i wszystko było w porządku, chociaż sama wyczuwała, że przydałaby się całkowita renowacja zużytego instrumentu. Miały kilka lat i przez to, że dziewczyna nieustannie ich używała, to straciły idealne brzmienie, ale to jej nie zniechęcało. Panienka Molière potrzebowała pieniędzy i nie ukrywała tego, ale nie upodliła się jeszcze na tyle, by żebrać, choć to czym się zajmowała, można było pod to podciągnąć.
Filigranowa blondynka gnała gdzieś przed siebie i nawet nie zareagowała na dźwięki, które rozbrzmiewały w okolicy. Koncert na dwoje Bacha był na tyle piękny, że Antoinette obawiała się iż nie podoła, dlatego kiedy zatrzymał się przy niej znany jej już malarz, uśmiechnęła się szerzej. Skinieniem głowy podziękowała za dwie monety, które wrzucił do zniszczonego pokrowca, a zaraz potem patrzyła jak biegnie do swojej ukochanej, z którą zaczął delikatnie się kołysać, jakby wcale nie przejmował się tym, że takie zachowanie może zostać źle odebrane. Nie zwracała już szczególnej uwagi na zakochanych, wszak sama nie wierzyła w takie uczucia. Kochała jeden raz i wiedziała, że zawiodła tego mężczyznę, bo uciekła jak szczur. Nie dała mu żadnych wyjaśnień, a potem nawet nie odważyła się pisać. Nie stać było jej na listy, które powinny dotrzeć aż do Berlina i przez to wątpiła w samą siebie. Nie szukała w końcu partnera i nie pragnęła posiadać kogoś, kto ją przytuli i zapewni o tym, że po burzy wychodzi słońce. Ona to wszystko wiedziała, ale miłość... Miłość w czasach wojny była przereklamowana. Z jej manią do wpadania w kłopoty, sprawiałaby też więcej zmartwień. Z drugiej zaś strony, czy istniał człowiek, który odważyłby się kochać właśnie ją?
Dopiero po chwili poczuła delikatny dotyk czyiś dłoni na swoim płaszczu i spuściła mimowolnie wzrok. Dostrzegła chłopca, który mówił w języku niemieckim, co mogło dla dziewczyny okazać się dość problematyczne. Potrafiła się porozumiewać po germańsku, ale przecież jej akcent zdradzał, że z pewnością nie ma nic wspólnego z III Rzeszą.
- Och... - uśmiechnęła się nieco szerzej i nachyliła nieznacznie, by móc nawiązać z dzieckiem kontakt wzrokowy. Przyglądała mu się z ciekawością, bo przecież rzadko kiedy spotykała samotnie biegających chłopców, o dziewczynkach nie wspominając i to jeszcze pochodzących z Niemiec. - Widzisz tamtego pana w kraciastej kurtce? - zagaiła i wskazała na chłopaka, który ofiarował jej pieniądze. - Jest zakochany w tamtej dziewczynie i to niezwykłe patrzeć na szczerą miłość. Słyszałeś jak grałam na skrzypcach? To też napawa mnie swoistego rodzaju szczęściem - zapytała z delikatną nutą rozbawienia w głosie, po czym schowała skrzypce i ujęła w dłoń futerał. - Lubisz się uśmiechać? - była tego ciekawa, bo przecież często słyszała jak ludzie mówią, że tylko Niemieckie dzieci nie zapomniały czym jest prawdziwa radość. - Zgubiłeś się? Jeśli chcesz, to pomogę znaleźć ci rodziców, tylko musisz mi powiedzieć z kim tutaj przyszedłeś i zaraz zaradzimy coś na twoją małą ucieczkę... - zażartowała jeszcze i wyciągnęła w stronę dziecka rękę, by się chwycił i czasem nie zgubił po raz kolejny. Nie miała przecież pojęcia, że jest synem majora, a już tym bardziej, że chwilę wcześniej postanowił oddalić się od ojca, bo osoba Antoinette go zaciekawiła. Nie przestawała jednak obdarzać malca uśmiechem i przyglądała mu się nieustannie, bo rozczulił ją i sprawił, że tak proste pytanie, które jej zadał... Było w zupełności pozbawione drwiny. - Jak masz na imię?


Ostatnio zmieniony przez Antoinette Molière dnia Nie Wrz 18, 2016 4:22 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Pią Wrz 16, 2016 5:52 pm

Tobias wciąż tęsknił. Skurczony żołądek domagał się chociaż kropli wspomnień. Nie chciał wracać do żony. Nigdy nie czuł do niej miłości. W ich małżeństwie królowało obrzydzenie, które musiał znosić jako przykładny żołnierz, szybko wspinający się po szczeblach kariery. Mógłby się założyć, iż prosiła Boga o zdjęcie samolotu Tobiasa. Ona w niego wierzyła, von Hatzfeldt wciąż go szukał. Natomiast brakowało mu chłodnych murów ozdabiających zielone tereny Norymbergii. Tęsknił za charakterystycznym powietrzem, za karmieniem kaczek i wiewiórek z synem. Jego sentymentalizm odbijał się bolesną czkawką. Brakowało mu nawet niemieckiego wina, bo to francuskie miało za dużo słońca i przeważała nieznośna słodycz. Wszak życie było już nieznośne, nieprzewidywalne, aby przetrwać potrzebował nie tylko tytoniu i alkoholu. Syn nie powinien brać z niego przykładu. Tobias codziennie patrzył w lustro, świadom ze swoim wyrzutów sumienia oraz grzechów, które pomnażały się w szaleńczym tempie. Nie potrafił sobie wybaczyć, a syn patrzył na niego jak na wzór. Musiał pokazać siłę niepodważalnego charakteru. Czy mógł przyznać się do zwątpienia, do zgubienia swoich wartości oraz sensu życiowego? Wierzył, że odnajdzie siebie, gdy wróci do domu, bo tu nie czuł się dobrze. Szarość dnia zlewała się z obowiązkami, a udawanie kim się nie jest, osadzało się w żyłach i nakłaniało do używek. Nie wierzył, że ktoś specjalnie przyjeżdżał do Paryża, nawet przed wojną, spełniać swoje marzenia. Cóż oferowało to miasto oprócz kilku prostytutek z doświadczeniem, wina i serów pełnych pleśni? Nawet mały Franz kręcił nosem, gdy przychodziło do posiłku.
To właśnie muzyka oraz czerwone usta Francuzki przyciągnęły chłopca. Widział w tych szczegółach matkę. Sam nie wiedział, czy za nią tęskni. Ledwie ją pamiętał. Tobias zawsze mu opowiadał o niej szczątkowo. Rzucał tylko dwa charakterystyczne znaki: muzyka oraz czerwone usta. Franz słyszał nieprzyjemny pisk smyczka w szczególnie po lewej, górnej części. Tata mu tłumaczył, że skrzypce są o wiele szlachetniejsze od fortepianu. Uderzać w klawisze każdy osioł potrafi, tak powiedział przy kolacji, a następnie między nimi wpełzła cisza. Skrzypce od muzyka nie tylko oczekiwały talentu, ale także cierpliwości oraz zaangażowania. Tobias nawet twierdził, że są bardziej wymagające od kobiety, bo dźwięk łatwo zepsuć. Słuchał jej, wyobrażając sobie, jak rodzice tańczą w rytm muzyki. Skrzypce zawodziły, a wraz z nimi w wyobraźni dziecka dwie sylwetki. Przeszkodził jej, zabijając dalszą część koncertu. Lazurowe tęczówki wpatrywały się w filigranową brunetkę, a dłonie dotykały płaszcza. Była młoda, naiwność rzucała się w oczy, lecz coś podpowiadało przechodniom, że jej życie nie było usłane różami. Ludzie, którzy znają smutek, rozumieją prawdziwą muzykę. Franz zaśmiał się, gdy usłyszał akcent dziewczyny. Zaciągała oraz przedłużała wyrazy, które on z kolei mówił twardo i zdecydowanie za szybko. Zupełnie jakby strzelał z karabinu. Opuszkami placów, które niedawno dotykały białego puchu, musnął wargi dziewczyny, zgarniając na nie nieznaczną ilość czerwonej szminki.
- Jeśli jest zakochany, to dlaczego rozgląda się za innymi paniami? Uśmiechnął się też do pani – spytał malec, wpatrując się tym razem w futerał skrzypiec. Na myśl od razu mu przyszło, że mógłby się do niego schować i podsłuchiwać, jak muzyka sama niesie się po Polach Elizejskich. Tata go nauczył jeszcze w Bawarii, czym jest echo. Tu nie mógł krzyczeć „hop, hop”.
- Lubię się śmiać za cukierka – powiedział mały cwaniaczek, uśmiechając się tak jak to robił tata, czarująco. Zupełnie jakby uwodził uliczną skrzypaczkę. Może w genach von Hatzfeldtów było zapisane, aby każdy jadł im z ręki? Chwycił smyczek bez pytania i uważnie go oglądał. Małe paluszki ślizgały się po napiętym włosiu. Zatrzymał się na jego pękniętej części, która powodowała nieprzyjemny pisk. Sam też kiedyś zniszczył tak smyczek.
- Tata pani naprawi, mój naprawił – powiedział cichutko, nie rozumiejąc jeszcze wyraźnego podziału między niemieckim dobrobytem a okupowaną Francją. Wymienienie włosia w smyczku wydawało się o wiele bardziej skomplikowane niż obcięcie końskiej grzywy, ale skąd miał o tym wiedzieć malec? Szybko poprawił swój szalik. Obezwładniające zimno uderzyło w dziecięcą twarzyczkę, lecz nie znikał mu dobry humor. Wciąż wierzył, że tata jest gdzieś za nim i dalej rozmawia z mundurowymi.
- Umie Pani zagrać Bei mir bist du schön? – spytał jakby to była jedna z najbardziej znanych piosenek i nie powinna stanowić dla nikogo problemu. Nie rozumiał, że nie każdy zna kulturę Niemiecką, a dla Francuzki granie takich przebojów może być jak tortura. – Mogę nauczyć! – dodał prędko. Nie wiedział, czym jest pieniądz, lecz niemiecka kultura na pewno przyniosłaby jej więcej monet – A Lili Marleen?
Tobias przepychał się przez tłum, zaczepiając każdego człowieka, czy nie widział małego chłopca w płaszczu, łudząco przypominający ten, który miał na sobie. Zszargane nerwy podpowiadały, aby sięgnąć po fajkę, lecz nie miał czasu. Musiał go znaleźć. Zniknięcia dzieci były zdecydowanie za często. Czuł jakby ktoś wyrwał mu serce. Ile już się oddalił od poprzedniego miejsca? Słyszał w tle melodię skrzypiec, którą od razu rozpoznał. Bach, pierdolony Bach, dbał o scenerię poszukiwań syna. Urwany oddech łączył się z przyspieszonym biciem serca. Lodowate powietrze kłuło w gardło. Jak mógł zniknąć mu z oczu? Muzyka nagle przestała grać, a to dla Tobiasa stanowiło wyraźny sygnał. Mały pobiegł właśnie tam. Zaczął rozglądać się za kimś, kto ma przy sobie skrzypce, ale tłum uniemożliwiał mu spokojne przeglądanie okolicy. Wtedy właśnie z jego ust wydobył się bezradny krzyk.
- Franz!
Mały od razu się wyprostował. Spojrzał za siebie i ujrzał przebijającego się przez tłum ojca.
- O właśnie tak się nazywam – zachichotał, machając znajomej twarzy – Tato, tato, ta pani nam zagra! – powiedział podekscytowany. Złość była widoczna na twarz Tobiasa. Mordercze spojrzenie wbijał w drobną sylwetkę brunetki. Rzuciły mu się w oczy czerwone, pełne usta i nawet to nie ugłaskało go. Próbował uspokoić oddech, a malec złapał go za rękę, uśmiechając się do dziewczyny. Rysy twarzy Tobiasa zaostrzyły się i gdyby nie walczył ze sobą, zbiłby nie tylko syna, ale i ową skrzypaczkę. Brak odpowiedzialności w tych francuskich dziewojach.
- Franz, nawet jeśli pani jest piękna i dobrze gra na skrzypcach, nie możesz znikać mi z oczu – warknął, kładąc ciężką dłoń na ramieniu dziecka. Przeniósł spojrzenie na kobietę. Miał ochotę ją rozszarpać. Chciała go porwać? Porwać dziecko majora? Tobias też miał jedną charakterystyczną rzecz: wojskowy płaszcz, który również rywalizował o uwagę z czerwonymi ustami.
- Doprawdy, proszę zagrać to, co zachęciło mego syna do nieodpowiedzialnej ucieczki – ostry ton nie dowierzał, że chodziło o muzykę. Czy dziecko naprawdę odziedziczyło po nim taką wrażliwość? Nie ufał Francuzom, a już szczególnie nie ufał pięknym kobietom, które potrafiły grać na skrzypcach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Nie Wrz 18, 2016 5:16 pm

I tak jak Tobias potrzebował wspomnień, tak Antoinette pragnęła wyzwolenia z pod ich okowów. Nie potrzebowała już dłużej widzieć przed oczami matki, która umierała śmiercią szybką i niemal bezbolesną. Pojawiała się jedynie świadomość, że nie umiała jej uratować, a to było najgorszą z możliwych kar. Całe życie w końcu próbowała oszczędzić ją przed kolejnym ciosem ojca, który z dnia na dzień stawał się coraz bardziej despotyczny, a w Berlinie? Grała na skrzypcach smutne melodie, kiedy to raz po raz słyszała wystrzały z niemieckich pistoletów. Patrzyła w oczy zbrodniarzom, przed którymi uciekała i mierzyła się z nimi każdego dnia, choć tak bardzo chciała wierzyć, że są jeszcze ci o niewyzbytej empatii. Sama poznała nie tak dawno temu jednego z hitlerowskich żołnierzy i wiedziała, że powinna skończyć w siedzibie gestapowców, a jednak - pozwolił jej odejść i przysięgła sobie, że nikt się o tym nie dowie. Była otwarta i uśmiechnięta, ukrywając przy tym swoją prawdziwą maskę. Nie należała jednak do osób głupich, które za każdym razem próbują obdarzyć ogromem zaufania każdego. Nikt w końcu nie zdawał sobie sprawy z tego, kim tak naprawdę jest Antoinette Molière; dziewczyna o stu twarzach i nie posiadająca jednego imienia.
Nie spodziewała się nietypowego spotkania z młodym chłopcem. Raczej sądziła, że ten dzień przeminie dość szybko, bez zbędnych ekscesów, a jednak - coś się zmieniło. Patrzyła na dziecko, które będąc tak niewinnym, nie miało pojęcia co się dzieje dookoła. Czy chłopczyk zdawał sobie sprawę, że skrzypaczka, która go w jakiś sposób zafascynowała, nie jest odpowiednią osobą do rozmowy? Samej brunetce wcale to nie przeszkadzało, że młody, czarujący Niemiec uwodzi spojrzeniem, uśmiechem nazbyt pewnym i dotykiem tak śmiałym, że ją samą przeszył dreszcz, który na moment zmusił ją do wstrzymania powietrza. Mógł mieć raptem siedem lat, a gdyby tylko odważyła się chwycić go za nadgarstek i powiedzieć, że nie powinien, to być może nie zdążyłaby nawet wstać i już leżałaby u jego stóp w kałuży krwi, gdyby tylko ktoś zauważył tę bezczelną śmiałość. Trzymała więc dłonie przy sobie i odwzajemniła uśmiech, a zaraz potem uniosła wymownie brew, by spojrzeć na niego pobłażliwe.
- On zawsze się do mnie uśmiecha, bo lubi moją muzykę, ale to nie znaczy, że mu się podobam - odpowiedziała żartobliwie, wszak nigdy nie poznała imienia bruneta, który za każdym razem kiedy tylko ją widział, ofiarował kilka moment. Przygryzła jeszcze dolną wargę i spojrzała na palce chłopca i pokręciła z rozbawieniem głową. Dlaczego nawet tacy mali mężczyźni zwracali uwagę na czerwone usta? Antoinette ukrywała jedynie popękaną, delikatnę skórę, która od paru dni pozostawiała po sobie drobne ranki od zbyt częstego przygryzania.
- Zauważyłeś, że nie muszę dawać ci cukierka, by widzieć twój uśmiech? - zapytała go nazbyt bezczelnie, ale skoro wrodzony talent do kokieterii odziedziczył po ojcu, to co będzie za kilka lat? Nie zamierzała ulegać urokowi dziecka, a już tym bardziej niemieckiego.
- Grasz na skrzypcach? - to niemożliwe, a może... Jednak? Skrzywiła się lekko, wszak nienawidziła kiedy ktoś dotykał skrzypiec, a już tym bardziej smyczka. To była jedyna pamiątka po matce, a dzieciak choć nie zrobił nic złego, to naruszył własność Antoinette. W ułamku sekundy wsunęła dłonie w kieszenie płaszcza, a zaraz potem uśmiechnęła się nieznacznie. - Być może kiedyś mnie nauczysz - odpowiedziała ze spokojem, choć irytacja w niej wrzała. Patrzyła jak delikatnie obchodzi się z tym, co należało do niej i wypuściła powietrze ze świstem. Pokręciła jeszcze głową, byle się uspokoić, ale wiedziała, że taka sytuacja nie będzie mogła mieć miejsca. Nie po raz kolejny, gdy to ona gra, a ktoś zupełnie obcy przełamuje bariery. To Molière często nie znała ograniczeń, ale wiedziała, że są pewne świętości. Czyżby szanowny tatuś nie nauczył syna, że nie bierze się niektórych rzeczy bez pytania? Z drugiej strony należał do niemieckiej grupy, a to oznaczało, że nigdy nie pojmie pewnych wartości.
Rozglądnęła się mimowolnie, gdy usłyszała wołanie, a chwilę później chłopiec przyznał, że to on nazywa się Franz. Wiedziała, że to wszystko mogło mieć swoje konsekwencje, a już tym bardziej utwierdziła się w tym, gdy postawny major znalazł się przed nimi. Patrzyła na to jak układa dłoń na ramieniu syna i starała się powstrzymać od kąśliwej uwagi, że powinien pilnować lepiej dziecka, bo mógłby trafić na kogoś gorszego niż ona, ale przecież była dobra. Złość o smyczek także minęła, a teraz jedynie mogła się przyglądać sytuacji, w którą została wplątana całkowitym przypadkiem.
Tato, tato, ta pani nam zagra!
Osłupiała. Stała w miejscu i nie potrafiła wykonać żadnego ruchu. Śmiałość Franza ją rozczulała, ale to brzmiało jak rozkaz, a nie prośba. Nie potrafiła przełamać chęci spojrzenia na swojego małego fana, a zaraz potem skrzyżowała obsydianowe tęczówki z Tobiasem, którego gniewny wzrok sprawił, że zimny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Oddychała ciężko i jedynie ratował ją fakt, że powoli zbliżał się wieczór, a ona powinna odejść. Chciała pomóc dziecku w poszukiwaniach, ale nie przypuszczała, że jest synem kogoś wysoko ustawionego, jakby te wszystkie stołki miały dla dziewczyny jakąkolwiek wartość.
- Pański syn jedynie docenił Bacha, to wszystko - wtrąciła się nagle, a zaraz potem przygryzła policzek od środka. Mogła siedzieć cicho, to przynajmniej ten jakże nietypowy zwrot już tylko do niej, może wcale nie wypłynąłby spomiędzy warg Niemca.
- Przykro mi - odpowiedziała nagle i zawiesiła głos, a zaraz potem obdarzyła mężczyznę subtelnym uśmiechem. Czerwień ust kontrastowała z bladymi licami i czarnymi oczami, które wciąż pozostawały tak nieprzeniknione. - Nie mogę spełnić pańskiej prośby, monsieur...? - pozostawiła pytanie, które zawisło w powietrzu, jakby chcąc poznać imię bądź nazwisko mężczyzny. - We Francji nie da grać się pod przymusem, ale to chyba jeszcze nie jest zbrodnia, oui? - i patrzyła tymi wielkimi sarnimi oczami na Tobiasa, chcąc go udobruchać, urobić, a w szczególności zobaczyć w jego przeszywającym spojrzeniu, ile ma w sobie wrażliwości i czy to po nim odziedziczył ją Franz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Wrz 21, 2016 8:28 pm

Młoda dziewczyna była mądrzejsza od Tobiasa – nie żyła przeszłością. Chociaż major gardził swoją żoną, wciąż czuł po jej miejscu pustkę. Głód poznania siebie rósł razem z Franzem, a lata bezlitośnie mijały. Kiedy nauczy się żyć bez przeszłości? Bezsenność nie tylko spowodowana przez zażywane narkotyki, ale także przez słynne pytania, jakże zmieniłaby się jego teraźniejszość, gdyby tylko zachował się inaczej. Czy byłby szczęśliwy? Czy miałby tak wspaniałego syna? Gdzie popełnił błąd? Szare czasy zmuszały do jednokierunkowego zachowania. By żyć, trzeba było słuchać rozkazów. Nie sądził, że te mocno wpłyną na jego syna. Czy będzie się kiedyś wstydził ojca? Widział jak rozpada mu się życie i nie mógł nic na to poradzić. Uczył Franza wrażliwości na muzykę, aby sam się kiedyś zastanowił, czymże jest dobro. Ale jak miał to zrozumieć, gdy Niemcy mieli tyle krwi na rękach? Smutek grał jego życiową melodię. Desperacko szukał szczęścia, zrozumienia, a przede wszystkim swojej oazy spokoju. Gdyby mógł, odgrodziłby się od świata i ustrzegłby syna przed kolejnymi wybuchami. I kto by pomyślał, że jedną z ofiar mogą być też Niemcy, ofiary systemu, którzy tak mocno walczą o życie, że musieli nauczyć się zabijać, aby przeżyć.
Spięty Tobias czuł jak drżą mu mięsnie barków. Nigdy w życiu nie bał się tak jak wtedy, gdy Franz biegł do obcych ludzi. Wpatrywał się w oczy nieznajomej, które zdradzały nie tylko strach, ale przede wszystkim dziwną zuchwałość. Czy powinien być jej wdzięczny, że zatrzymała Franza na znanych mu melodiach Bacha? Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się stało dziecku. Widząc ślady szminki na jego dłoniach, szybko podał mu chusteczkę. Chrząknął, przyjmując wyprostowaną postawę. Kim była ta dziewczyna? Jak musiała grać Bacha, aby przykuć uwagę takiego wrażliwego chłopca?
- Gram! Tata na fortepianie, ja na skrzypcach – radosny, dziecięcy głos kontrastował z szarością ulicy. Tobias położył ciężką dłoń na ramieniu Franza, dając mu pierwsze ostrzeżenie. Skąd w nim ta lekkomyślność? Tyle razy mu tłumaczył, że nie wolno rozmawiać z obcymi. Znajdowali się w obcym kraju, byli okupantami, a porwanie dziecka majora to niesamowicie skuteczna karta przetargowa. Chłopiec ostrożnie odłożył skrzypce do futerału. Lazurowe tęczówki odziedziczone po ojcu wbijały się w drobną twarzyczkę kobiety. Chociaż się uśmiechała, Tobias czuł, że ukrywa nie tylko smutek. Tobias wziął głęboki wdech, a po chwili wydobyła się para z jego ust. Słyszał jak Antoinette kiepsko radzi sobie z niemieckim, więc z wielką niechęcią przeszedł na francuski. Gdy miał się już odezwać, Franz pociągnął go za wojskowy płaszcz.
- Tato, smyczek tej wróżki nie działa, uśmiechała się do mnie, ale ja wiem, że jest smutna, bo smyczek… – mały dalej mówił i prosił się o uwagę, ale Tobias nie wiedział jak ma się zachować. Stał przed przestraszoną Francuzką, która w dodatku nie powinna mu się przeciwstawiać. Nie wiedział, czy jest młoda, czy głupia, czy zgrywa bohaterkę, nie bacząc na to, że znajdują się w publicznym miejscu. Tobias w końcu odezwał się, a melodyjny francuski przesączony był twardym akcentem.
- Czerwone usta, drobna sylwetka i muzyka, trzy cechy, które kojarzą mu się z matką. Nie powinien się wyrywać, ale najwyraźniej Bach obudził w nim wspomnienia – próbował wytłumaczyć zachowanie syna, nie używając słowa „przepraszam”. Czy kiedykolwiek Niemiec powinien powiedzieć to słowo narodowi francuskiemu? Koniuszkiem języka nawilżył zmarznięte wargi. Był zły i nie potrafił tego ukryć. Jakże Franz mógł tęsknić za taką wywłoką? Brakowało mu drugiego rodzica czy prawdziwej matki? Wypruwał sobie flaki, aby mały w tych czasach miał wszystko. Nawet jeśli dla Niemców większość towarów była bardziej dostępna, musiał korzystać z wielu znajomości, żeby Franz wiedział, co to jest „muzyka”.
- Tylko idiota by go nie docenił – odparł zasadniczo. Niemiecki, utalentowany kompozytor, tylko głupiec nie znałby jego utworów. Trudno było zagrać je perfekcyjnie, lecz musiał uwierzyć synowi na słowo, że ta wróżka grała go należycie.
- To nie monsieur, to tata!
- Major Tobias von Hatzfeldt – przerwał synowi, ale mimo wszystko jego kąciki ust uniosły się. Monsieur tata. Dobrze, że rozkazów nie dostaje per tata zestrzel kilka samolotów wroga. Nie sądził, że skrzypaczka zachowa się tak nierozsądnie. Czy Francja przez sekundę zapomniała, czymże jest niemiecki rozkaz? Wszędzie kręcili się znajomi, którzy czekali tylko na impuls, aby wykorzystać swoją pozycję. Czy powinien jej powiedzieć, że jeśli chce żyć, to chociażby miała kaleczyć jego ucho fałszem w rytm Bacha, niechże chwyci te pierdolone skrzypce? Franz jak mantrę powtarzał, aby coś zagrała, a im bardziej nalegał i skakał wokół ojca, tym więcej par oczu przyciągał.
- Niechże pani nie będzie nierozsądna – dodał po chwili, karcąc syna spojrzeniem. Niech zrozumie, że to nie zależy od niego. Patrzą na nich, oceniają. Zbliżył się do niskiej kobiety, a ta niestety sięgała mu ledwo do pach. Ściszył głos, stając plecami do swoich znajomych. – Fragment, to dla pani dobra. A potem spotkamy się za rogiem i zobaczymy smyczek. Może pani kaleczyć niemiecki, ale nie Bacha
W oka mgnieniu się odwrócił, przytulając do siebie syna. Ten wpatrzony w dziewczę czekał aż ponownie chwyci za skrzypce. Przedstawienie wciąż trwało. Niepostrzeżenie nawet upuścił do futerału monetę. Ta wywołała dźwięczny szelest, uderzając o inne. Zakłócił ten dźwięk stukotem obcasów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Czw Wrz 22, 2016 5:34 pm

Przeszłość wracała w najmniej oczekiwanym momencie. Uderzała z impetem i sprawiała, że człowiek gubił się w swoich rozmyślaniach. Tak było też z Antoinette, która każdego dnia musiała pamiętać, by nie wpadać w kolejne kłopoty, a mimo to nie potrafiła uporać się z pewnymi wydarzeniami. Udawała, że nie pamięta, ale tak naprawdę często łkała wieczorami, gdy siedziała przy książkach i starała się za wszelką cenę pielęgnować pamięć o Polsce, za którą tak tęskniła. Za mamą, bo przecież to ona niegdyś była dla niej iskierką, promyczkiem, a teraz to mała Tosia chciała oddać ludziom to wszystko, co otrzymała od matki. Dlatego nie przypuszczała, że Niemieccy żołnierze mogą jakkolwiek cierpieć z powodu przeszłości, bo skoro byli zdolni do mordowania, to czy mogli czuć coś więcej? Próbowała rozumieć te działania, ale wojna była na tyle okrutna, że i sama panienka Molière traciła wiarę we własne przekonania. Jak mogła mówić, że oni tego nie chcą i są zmuszeni, skoro wystarczyło wyjść nad rankiem, by dostrzec ofiary łapanek? Gra miała jednak dać jej spokój, przynieść ukojenie i chwilowe szczęście, tak samo jak osobom, które ją mijały. Nie mogła więc przypuszczać, że dzisiejszego dnia trafi na małego chłopca, który wprowadzi ją w stan osłupienia, szoku, a także chwilowej zadumy, jakby potrzebowała odkryć czy aby na pewno dziecko nie ma złych zamiarów. Wiedziała, że wystarczył jeden niewłaściwy ruch, by ponieść karę za to, że w ogóle odważyła się spojrzeć na młodego Niemca, ale przecież to była Antoinette, która nie zawsze myślała o tym, na co się decydowała. W piewszej kolejności działała, a dopiero potem zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie popełniała błąd.
Nie rozumiała złości Tobiasa, a może wcale nie zamierzała jej zrozumieć? Patrzyła mu w oczy i wciąż pozostawała tak samo zawzięta, zła, ale też w jakiś pokrętny sposób przerażona. Stała przed człowiekiem, który miał władzę i wystarczyło, że skinie palcem, a każdy zatańczy tak jak on tego chce. Czegóż mogła zatem oczekiwać od życia, skoro stała oko w oko ze śmiercią, nie biorąc nawet pod uwagę, że ów mężczyzna potrafi przejawiać uczucia wyższe? Ufała swojej intuicji, dlatego skupiała się bardziej na małym Franzie, aniżeli jego ojcu.
- Och, to dość niezwykłe... Chętnie bym posłuchała, wiesz? - uśmiechnęła się przekornie i ukradkowo spojrzała na majora, który w tej chwili był tak blisko. Nabrała powietrza w płuca, aż w końcu przygryzła policzek od środka, bo powinna pamiętać o granicach, których się nie przekracza, ale cóż mogła innego zrobić, skoro tak naprawdę lawirowała na granicy prawdy i fałszu? Nie brała nawet pod uwagę, że pilot mógł pomyśleć o porwaniu, którego Łucja nie potrafiłaby się na coś takiego zdecydować. Nie znał jej jednak, a dodatkowo poczuł lęk. Czy był on równoznaczny z tym, który odczuwali Francuzi, gdy nie mieli pewności, że ich bliscy nie wrócą do domu?
Zignorowała całkowicie słowa dziecka i spuściła wzrok. Mimowolnie zaciskała piąstki, ale nikt nie mógł tego dostrzec, wszak trzymała ręce w kieszeni płaszcza. Przyglądała się swoim trzewikom, by ostatecznie odważyć się unieść znowu głowę i po raz pierwszy od dawna biła od brunetki pewność siebie, o której zapomniała przy ostatnim spotkaniu z monsieur Schulzem. Nie mogła jednak być cichą myszką przesuwaną z kąta w kąt. Nie tym razem.
- Nie planowałam tego, to czysty przypadek. Proszę mi wierzyć, ale w sferze moich zainteresowań nie jest celowo ściąganie młodych, niemieckich chłopców, którzy mogliby dostrzec we mnie matkę, ale widocznie Franz i ja... Mamy sporo wspólnego... - zawiesiła głos, a subtelny nieco ironiczny uśmieszek wykrzywił spierzchnięte wargi dziewczyny. - Oboje tęsknimi za mamą.
Sprawiała wrażenie aroganckiej? Odpowiadała jedynie w butny sposób Niemcowi, a to przez to, że nie miała chylić czoła przed człowiekiem, którego wcale się nie lękała. Odczuwała nieprzyjemny ucisk w żołądku, to prawda, ale strach? Oddychała spokojnie, choć klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie. Nie miała żalu do chłopca, a irytacja na niego o zabranie skrzypiec i smyczka minęła. Wolała skupić się na Tobiasie, by wiedzieć, w którym momencie mężczyzna zdecyduje się na odebranie jej życia. Z drugiej strony - byłby w stanie, skoro sam oddaje się melodiom, gdy jego palce smagają śnieżnobiałe klawisze fortepianu? Należał z pewnością do grona wrażliwców, ale maskował się pod najgorszą z możliwych twarzy.
Twarzy mordercy.
Kucnęła na wprost Franza i parsknęła niekontrolowanym śmiechem.
- Monsieur tata, może być? - puściła mu jeszcze oczko, a zaraz potem wyprostowała się, by wbić ciekawskie spojrzenie w Tobiasa. Miała ochotę zapytać go, skąd taka zuchwałość w jego synku, ale powoli zaczęła widzieć jak ciekawskie oczy przechodniów lądują na nich, a dwóch żołnierzy zatrzymało się nieopodal. Ponownie musiała ukorzyć się przed Niemcem, którego widziała po raz pierwszy, ale skoro nie dawał jej wyboru, przystanęła na tę propozycję. Sięgnęła po skrzypce, które ujęła nad wyraz pewnie, a zaraz potem patrząc mu w oczy, arogancko, bezczelnie wręcz, zaczęła smagać smyczkiem delikatne struny, które napięte do granic możliwości pozwoliły popłynąć znanej melodii. Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy obsydianowe tęczówki skrzyżowały się z lazurowym spojrzeniem żołnierza i powoli zapomniała o tym, że stoją niemal na środku Pól Elizejskich, gdzie każdy może odebrać tę sytuację jako wyrok, ale kiedy pozwoliła mu patrzeć w oczy i nie odwracała twarzy, musiał zrozumieć. Powinien przynajmniej pojąć, że jest dziewczyną o zbyt potężnym sercu, które nie odczuwa bojaźni przed tym co się stanie, a jedynie obawia się okrucieństwa, jakie odebrało każdemu nadzieję. Ona trzymała się podejścia swojej mamy, która pomimo że nie żyła, pozostawała wciąż tą samą istotą. Pełną wiary i miłości, a Antoinette? Być może odziedziczyła po niej wszystko, co miała oddać innym, zostając przy tym mentalnie nagą i niewinną. Raz po raz zmieniała natężęnie ruchu włosia, które sprawiało, że dźwięki zdawały się być idealnymi i przenosiły słuchaczy do krainy, w której nie ma bólu i cierpienia. Przymknęła też w końcu powieki, a karminowe usta wykrzywiły się w błogim uśmiechu. Wiatr otulał twarz drobnej skrzypaczki i wypieki, które powstały na bladych licach zdawały się być nieznośne, choć nie zwracała uwagi na chłód. Grała i pozwalała się słuchać, gdy raz po raz opowiadała swoją historię pragnień i marzeń. Dopiero gdy skończyła, spuściła ramiona i wypuściła powietrze ze świstem, ale nie zwróciła się ku Tobiasowi. Serce łomotało w jej piersi i zmuszało ją do tego, że poddawała się emocjom, które ją zalewały. Wolała obdarzyć krótkim spojrzeniem Franza, jakby czekając na potwierdzenie, że spełniła jego życzenie.
- Nie twierdziłam, że jest monsieur idiotą, ale miałam cichą nadzieję, że pozwoli mi pan odejść bez jakiegokolwiek rozkazu. Jeżeli docenia - szanowny - major muzykę, to wierzę, że zrozumiał czym ona dla mnie jest... - powiedziała spokojnie i stała. Nie poruszyła się nawet o milimetr, bo wolała dostrzec w nim resztki człowieczeństwa niż oddawać smyczek, który miał zbyt dużą wartość.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Pon Wrz 26, 2016 9:46 pm

Przeszłość nigdy nie wracała, ona zawsze była w nas. Widoczna w oczach i gestach czasami stawała się zbyt łatwa do rozszyfrowania. Na twarzach ludzi krył się smutek, ból, a często rodziły się fałszywe uśmiechy. Tobiasa nigdy nie uderzała przeszłość w twarz, przypominając o sobie. Zawsze szeptała mu gorzkie słowa ojca do ucha. Nie miał prawa pokazać słabości przy synu. Udawał tęsknotę do kobiety, której nie mógł znieść. Każdego dnia pytał siebie, dlaczego zgodził się na ten ślub. Czy ojciec zmusiłby go, przykładając pistolet do schroni? Codziennie budził się z bólem istnienia. Kilka faktów, tona wiadomości i rozkazów, informujących ich o kolejnych działaniach. Ironiczne szepty podpowiadały mu, że niedługo Luftwaffe odejdzie w zapomnienie. Argument siły przekonywał bardziej na ziemi. Okrutne wrażenie, że czeka go restrukturyzacja, nie obiecywało szczęścia. Tobias szukał go nieustannie, gubiąc sens życia w alkoholu, braku odpowiedzi na znaczące pytania. Czy Franz kiedyś zrozumie, że ta wojna miała jakiś sens? Skąd się wzięło niebezpieczeństwo? Dlaczego musieli tu przyjechać? Czy wychowa go na dobrego człowieka bez matki? Czekał aż ten koszmar się skończy, czekał na ten czas, kiedy wrócą do domu i odetchną z ulgą. Nie miał serca mówić synowi, do czego dopuściła się kobieta, która rzekomo stawiała miłość na pierwszym miejscu. Wpatrywał się w blond czuprynę i otaczały go same wątpliwości. Przeszłość drwiła z podjętych decyzji, a tęsknota zalewała serce. Nie chciał widzieć szkarłatu, łez na ulicach. Jakiż to przykład dla Tobiasa? Że musiał zmuszać kobietę do gry na skrzypcach, aby żaden ze znajomych nie pomyślał, iż sprzeciwia się uprzejmiej prośbie wojskowego? Nie chciał rozlewu krwi. Gardziłby sobą, gdyby musiał uderzyć ją na ulicy i pokazać Franzowi, że tak właśnie zachowuje się major. Dlaczego była tak nierozumna? Nie robił tego dla siebie. Stawką nie był Bach, a jej życie. W spojrzeniu Tobiasa pojawił się błysk prośby.
- Tato, możemy wziąć panią do domu? – spytał chłopczyk, ciągnąc mężczyznę za wojskowy płaszcz. Tobias szybko chwycił dziecko za dłoń i uśmiechnął się. Dlaczego nie pomyślał, żeby wziąć go na podryw? Był bardziej śmiały, jeszcze niezrażony odmowami, szukał tylko zabawy. Zsunął czapkę chłopca na jego oczy, próbując go w jakiś sposób okrzesać.
- Nie planowała pani porwania dziecka majora? – spytał sarkastycznie, kontynuując rozmowę po francusku. Tłumaczyła się, a w tych słowach Tobias zaczął widzieć jej winę. Dlaczego nie krzyczała, że jest tu dziecko, które mówi do niej po niemiecku?  Mimo wszystko stała tu i nic nie zrobiła, aby znaleźć rodzica. Niech więcej nie przeżywa tortur, że musi zagrać jedną piosenkę. Nie powinna bardziej cenić swojego życia? Franz wtulił się w Tobiasa i wpatrywał się w drobną kobietę. Zaśmiał się głucho.
- Franz nie rozumie, że nie każda kobieta jest godna bycia matką. Ogólny obraz nie czyni ze sztuki dzieła – powiedział ciężko. Jej butny charakter uderzył w jego dumę. Co to znaczyć tęsknić za matką, która nie była godna nazwania człowiekiem? Czekał, czekał aż posłusznie wykona jego surową prośbę. Walczyła z nim na czas, na słowa, ale to tylko mogło pogorszyć sytuacje. Nie chciał, aby skrzypce stały się krzyżem na jej grobie. Wypuścił ciężko powietrze. Jakże nierozsądna była ta dziewucha? Napiął mięśnie brzucha, czując jakby uderzał grochem o ścianę. Spojrzał na nią surowo, przypominając, że rozmawia z kimś wyżej od niej. Z Niemcem, z nazistą.
- Majorze – warknął. Nie był zły. Był wkurwiony. Gdyby tylko mógł, przyparłby ją do muru i gorzkimi słowami przypomniał, że to on chce, aby przeżyła. Ona wszystko psuje. Momentalnie poczuł, że jest mu cieplej. Gra pozorów przybrała niebezpieczny kierunek.
W końcu chwyciła za skrzypce, a Tobias pierwszy raz zwrócił się dziękczynnie do rzekomego Boga. Melodia została wzbogacona o fałsz, płynący z niesprawnego smyczka. Nic więc dziwnego, że Franz znalazł się przy tej pani. Przeklinał dzień, w którym wyszli na spacer. Dlaczego przeznaczenie zesłało mu drobną istotkę? Nie miała w sobie za grosz pokory. Nie wierzyła, że grają w tej samej drużynie, ale nie chciał, żeby do oczu Franza docierały mroczne, przesączoną krwią obrazy. Powinien ją spoliczkować za odwagę i spojrzenie, którym został obdarowany. Słuchał uważnie, czuł ciarki, lecz musiał udawać zniesmaczonego. Wykrzywione wargi, zmarszczone brwi. Wyjął znudzony fajkę i bez słowa odszedł. Jeszcze grała, jeszcze walczyła o ostatnie takty, ale on wiedział, że przedstawienie musi trwać. Franz niewiele rozumiał. Pchał go prosto przed siebie i syczał, że muszą tak zrobić. Stawką jest życie, jej życie. Po drodze zaczepił powóz konny i wyrwał z grzywy kilka włosów. Nie patrzył za siebie, nie mógł pozwolić chociażby na podejrzenia, że czeka na Francuzkę. Pospieszał syna aż znaleźli się w ciemnym zaułku. To pewnie tu dochodziło do wielu pobić i gwałtów. A dziś miał uratować honor melodii, wygrywanych na skrzypcach. Pierdolone zasady i walka o dobro dziecka. Okręcił końskie włosie wokół palca, czując ból. Co on do cholery wyprawiał? Dlaczego nie potrafiłby uderzyć kobiety publicznie? Tak według własnej zachcianki?
W końcu pojawiła się w cieniu. Czuł ulgę, podniecenie? Nie sądził, że się tu stawi. Miał odczekać tylko kilka minut, a potem powiedzieć Franzowi, że się pomylił. Potem powie mu, żeby nie kłapał jęzorem na prawo i lewo, co może zrobić tata za jedną melodię i dwa uśmiechy.
- Jesteś kurewsko nierozsądna – warknął na powitanie. Niemiec ocalił je życie, subtelnie kierował spotkaniem tak, aby wyszła z niego zwycięsko, a co utrzymał w zamian? Pierdolone, aroganckie spojrzenie i powątpienia, czymże dla niego jest muzyka. Korzystając  z nieznajomości francuskiego przez syna, ciągnął dalej, a na jego twarzy była zauważalna złość.
Ile ty masz lat? Myślisz, że twoje życie jest mniej warte niż jedna, pierdolona melodia? – westchnął ciężko, bo syn przecież potrafił odczytywać emocje, nawet jeśli były zakodowane w obcym języku. W końcu nikt na nich nie patrzył. Musieli szeptać, aby nie zwrócić na siebie uwagi. Weszli głębiej w zaułek, bo lepiej było udawać, że uprawia seks z Francuzką niż tłumaczyć, że naprawia jej smyczek. Poprosił Franza, aby zajął się sobą i podał mu mały samolocik. Bezceremonialne wyciągnął rękę po smyczek, pokazując jej końskie włosie.
- Kaleczysz tym Bacha, mamy mało czasu – pogonił ją, kolejny raz pokazując swój szorstki charakter. Zdenerwowała Tobiasa to ma za swoje. Poddał się i podszedł do niej szybko. – Jesteś rozmazana - kciukiem starł ślad szminki, który zostawił po sobie syn. Czy właśnie tak wyobrażała sobie niemieckiego majora? W tym geście jednak pojawiła się nuta delikatności. Dlaczego do cholery jej pomagał? Czy naprawdę na ich relacje wpłynęła muzyka i smutna melodia Bacha?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   Sro Wrz 28, 2016 4:12 pm

W każdym z nas była przeszłość, która wciąż i wciąż dawała o sobie znać. Tobias nigdy nie zapomni o żonie, która była dla niego wywłoką, bo mógł widzieć ją w oczach syna, którego miał przy sobie codziennie. Antoinette zaś pamiętała o Elżbiecie tylko dlatego, że grywała melodie, a dźwięk skrzypiec przypominał o tym, co się wydarzyło w Berlinie. Nie potrafiła sobie tego wybaczyć, bo patrzyła na egzekucję kilku osób, a w tym swojej mamy i smutek od tamtego zalewał jej serce, choć przecież była optymistką i tak pozytywnie patrzyła na wszystko, ale czy to nie była maska, którą zakłada się ze względów bezpieczeństwa? Monsieur von Hatzfeldt także był człowiekiem o wielu twarzach, ale panienka Molière nie mogła o tym wiedzieć, choć widziała w jego oczach dziwną nostalgię, ale także emocje, które być może to ona w nim wywołała, całkiem nieświadomie. Była w końcu osobą, która bez trudu potrafiła zmusić do różnych refleksji, a także zachowań, ale nie planowała tego w stosunku do majora, na którego patrzyła nieustannie. Tak śmiało, jakby nie lękała się człowieka, który w każdej chwili powinien ją zabić. Wystarczyło, że ktoś zainteresowałby się tą sytuacją i podszedł, a potem domagał się wyjaśnień. Odmowa w stosunku do niemieckiego rozkazu? Tyle było rozwiązań takiej sytuacji, a ona dalej brnęła w swoją zawziętość.
- Dopóki monsieur o tym nie wspomniał, to nie planowałam, ale kto wie - może powinnam to zrobić? - zapytała z równą dozą sarkazmu, a pytanie Franza zbyła. Nie dlatego, że chciała sprawić mu przykrość, ale była zaskoczona jego śmiałością. Nie brała pod uwagę takiego przebiegu rozmowy, a już tym bardziej fraz jakimi uraczył ją mały Niemiec. Zmrużyła więc oczy i spojrzała na niego i widziała w tych pięknych tęczówkach błysk, który pozwalał na to, by dostrzec w nim młodego amanta, który kiedyś złamie niejedno kobiece serce, ale sama Tosia? Brała ich obecność w swojej sferze przez pół, bo byli zbyt różni, by tkwić przy sobie i przełamywać kolejny bariery.
Dla Franza i jego ojca, była tylko Francuzką.
- Każde dziecko zapamiętuje matkę w taki sposób, by była chodzącym ideałem, nawet jeżeli kiedyś dopuszczała się wielu krzywd - odpowiedziała ze spokojem, a następnie przygryzła policzek od środka. Nie zamierzała w żaden sposób oddziaływać na dumę mężczyzny, bo jedyne co mogła osiągnąć, to próbę zrozumienia jego zachowań, a także blokad, które nie pozwalały mu na zachowania jakich powinien się dopuścić. Uderzenie w twarz wydawało się niewielką zbrodnią w obliczu pewności, którą się charakteryzowała. Przypominała wolnego ptaka, który tylko w naturalnym środowisku potrafi pięknie śpiewać, ale teraz to nie było ważne, bo przecież im dłużej trwała ich rozmowa, a także wymiana subtelnych półsłówek, tym bardziej traciła świadomość otaczającego ich świata. Nie spodziewała się, że Tobias wsłucha się w melodie, którą grała, a uprzednio poprawi ją w kwestii swojego tytułu. Dla Antoinette był tylko człowiekiem pochodzenia niemieckiego, któremu despotyczny socjopata nakazał mordowanie ludzi. On sam przypominał w tym wszystkim zaszczutego psa bez własnej woli, bo wypełniał rozkazy swego pana. Czy takie życie naprawdę ci się podoba, majorze? Czy to właśnie tego pragniesz? A może nie wiesz czego oczekujesz i ślepo gnasz do przodu, [/i]monsieur tato[/i]?
Grała spokojnie, ale słyszała te wszystkie nieczyste dźwięki, które raz po raz wychodziły spod jej smyczka. Irytowało ją to cholernie, ale zbyt mocno pochłonęła ją muzyka. Poddawała się jej z każdą kolejną nutą, bo to one przenikały przez ciało drobnej brunetki, która w tym momencie przeżywała sensualny szczyt pragnień, gdy pomimo braku uległości wobec niemieckiego munduru, oddała się grze na instumencie matki. Muzyka niosła się Polami Elizejskimi, a ludzie nagle wrócili do swoich obowiązków, kiedy Tobias wraz z synem zaczęli odchodzić. Już nikt na nią nie patrzył i była bezpieczna, bo to on uratował jej życie, ale prawda jest taka, że powoli zaczęła układać w głowie scenariusz ich rozmowy tuż za rogiem.
Patrzyła na oddalającego się mężczyznę, który lekko popychał swego syna i uśmiechnęła się kącikowo, gdy jej spojrzenie z Franzem skrzyżowało się na ułamek sekundy, gdy ten odwrócił głowę. Skinęła mu ledwie widocznie, a gdy cały utwór dobiegł końca, schowała pieniądze do kieszeni płaszcza, a skrzypce ukryła w materiale pokrowca. Jedynie smyczek pozostawał między smukłymi palcami, które były całe czerwone od nadmiernego chłodu. Rękawiczki nie zabezpieczały delikatnej skóry, bo były bez końcówek na delikatne opuszki, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Przyzwyczaiła się do swojego biednego życia, w którym nosiła tytuł polsko-francuskiej przybłędy.
Stanęła na wprost Tobiasa i oddychałą ciężko, gdy raz po raz serce uderzało gwałtownie w klatce piersiowej. Przyglądała mu się z ciekawości i prawdziwym zaintrygowaniem, gdy w końcu ich tęczówki skrzyżowały się, a przestrzeń pomiędzy nimi momentalnie się zmniejszyła. Nie rozumiała tego, dlaczego się zjawiła w tym miejscu, bo przecież mogła całkowicie zignorować jego propozycję, a jednak - przyszła.
- A monsieur niesamowicie wulgarny - mruknęła spokojnie i przygryzła policzek od środka. Butna postawa była tą jej naturalną, ale powoli się dystansowała i postanowiła być sobą. Nie walczącą o przeżycie, bo przecież nie zrobiła nic złego, ale pytanie o wiek zmusiło ją do uniesienia brwi nieco wyżej. Jak śmiał? Zero w nim klasy, którą niewątpliwie posiadał Franz. Po kim ją zatem odziedziczył? Na pewno nie po ojcu, któremu brak było subtelności.
- Dwadzieścia, jeśli już musi pan wiedzieć - odpowiedziała arogancko i przygryzła dolną wargę, jakby długo myślała nad ripostą. - Moje życie jest warte więcej niż niemieckie rozkazy, a Bacha grałam tylko dlatego, że pański syn jasno dał mi do zrozumienia, że jest monsieur tata dość wrażliwym człowiekiem, więc bardziej uległam urokowi Franza, aniżeli powszechnie przyjętym zasadom, majorze von Hatzfeldt - posłusznie cofnęła się w tył i nie miała pojęcia, czy już za chwilę zrobi jej krzywdę czy jednak pozwoli odejść. Drżałą i spinała się, ale to wcale nie przez zimno, które mimo wszystko dawało znać o sobie nawet tutaj, w przejściu. Tak zacienionym, a także odległym, że nikt nie mógł dostrzec - co się zaraz stanie. Wyciągnęła mimowolnie dłoń ku mężczyźnie i podała mu smyczek, ale smukłymi palcami dotkneła skóry Tobiasa i poczuła przepływający prąd wzdłuż ręki, co sprawiło, że zastygła w bezruchu. Patrzyła na niego wielkimi oczami, a obsydianowe tęczówki wciąż odszukiwały te ukryte cechy, o których wspominał jego syn.
I zamarła.
Zamarła w chwili, w której dotknął jej wargi w sposób, w który nie robił wcześniej nikt. To zrodziło w niej masę niepewności, a także dziwnego niepokoju, który widoczny był w oczach. Rozchyliła subtelnie usta, choć sama nie wiedziała czemu, a kiedy wyszła z transu, pokręciła jedynie głową.
- Proszę sobie nie pozwalać na taką zuchwałość... - skarciła go, choć w głowie Antoinette krążyła nuta przekorności, jakby w tej chwili testowała jego wytrzymałość. Prawda była jednak taka, że ją zawstydził i zmusił do wycofania się, dlatego zrobiła dwa kroki w tył i czekała na naprawę smyczka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Pola Elizejskie   

Powrót do góry Go down
 
Pola Elizejskie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Élysée-
Skocz do: