IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Christina von Plettenberg


Share | 
 

 Christina von Plettenberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Christina von Plettenberg    Czw Lut 23, 2017 9:09 pm

Christina von Plettenberg



Vittoria Ceretti

Dane osobowe

Imiona: Christina Sofia Maria Josephine Wilhelmine Ida
Nazwisko: Gräfin von Plettenberg-Lenhausen
Data i miejsce urodzenia: 04.05.1911r., Nordkirchen, Druga Rzesza
Miejsce zamieszkania: posiadłość w Passy, Villa Montmorency: Avenue Montmorency 8  
Stan cywilny: panna
Wykształcenie: Friedrich-Wilhelms-Universität na kierunkach: farmacja i medycyna
Zawód: toksykolog sądowy, wykłada toksykologię na École Normale Supérieure
Rodzina: Friedrich i Maria von Plettenberg (rodzice †); Julius von Plettenberg (brat)
Wzrost: 167 cm
Waga: 51 kg


Historia



W organizmie trucizna przechodzi przez cztery główne stadia:

wchłanianie (absorbcja) 1916-1929


Ciszę w ogrodzie przerwał stłumiony dziecięcy śmiech. Wysoki mężczyzna, którego starannie przystrzyżona broda została już przyprószona siwizną, kroczył powoli po zielonej trawie, z uśmiechem na twarzy patrząc uważnie wszędzie, tylko nie w stronę miejsca, skąd dochodził śmiech.
– Gdzie ta Christa się schowała… – zastanowił się na głos, obchodząc wyjątkowo okazały krzew jaśminowca, w pewnym momencie nawet schylając się, jakby chciał sprawdzić, czy dziewczynka nie ukrywa się gdzieś pomiędzy gałęziami. Słysząc kolejny chichot, wyprostował się i odwrócił ze zmarszczonymi brwiami. – No gdzie mogła się schować…. – Wyciągnął szyję, żeby móc zerknąć na najodleglejsze zakątki ogrodu, powoli zbliżając się w stronę jabłoni, zza pnia której  widział zdecydowanie więcej niż skrawek niebieskiej sukienki. Idąc w stronę drzewa, patrzył wszędzie, tylko nie na nie, nasłuchując, jak śmiech milkł z każdym jego  kolejnym krokiem, aż w końcu dziewczynka była cichutko niczym myszka.
I nagle powietrze zrobiło się aż ciężkie od napięcia.
– Tu jesteś! – zawołał, niespodziewanie wyskakując tuż przed Christą, chwytając ją mocno i przy akompaniamencie pisku pełnego radości unosząc do góry. – Ale mi się schowałaś! – zaśmiał się głośno, przytulając mocno córkę. – To co teraz, księżniczko? Obiecane ciasto? Pani Hirsch na pewno przygotowała nam jakieś dobre. – Postawił dziewczynkę na ziemi, spoglądając na nią z uśmiechem. Ona z kolei patrzyła na niego z dezaprobatą.
Hrabianko, papo, jestem hrabianką, nie księżniczką. – Pokręciła głową, najwyraźniej zniesmaczona faktem, że ktoś taki mądry robi takie podstawowe błędy. Mężczyzna znów parsknął śmiechem, gładząc dłonią włosy Christy.
– Oczywiście, wybacz mi ten błąd. Już jedenasta, chodź, wracajmy do środka, zjemy ciasto.
Z Juliusem?
– Tak jak obiecałem. Pewnie już na nas czeka w salonie herbacianym, pan Janson zgodził się zwolnić go z lekcji tylko na moment, więc nie każmy mu długo czekać.
Poprosiłeś pana Jansona? Jak cudownie! Chodźmy szybko! – Rozpromieniona Christa chwyciła ojca za rękę i pociągnęła go w stronę wejścia do zamku z zadziwiającą, jak po prawie godzinnej zabawie w ogrodzie, sile. – A co potem?
– Potem, kwiatuszku, muszę iść popracować. A ty, młoda damo, zdaje się, że masz lekcje fortepianu przed obiadem? – Uniósł jedną brew z pogodnym uśmiechem na ustach, ale myślami znów był przy piętrzących się w gabinecie papierach, które pilnie potrzebowały przejrzenia. Właściwie potrzebowały przejrzenia już od dłuższego czasu, jednak kiedy Christina do niego przybiegła  domagając się uwagi, nie potrafił jej odmówić. Nigdy jej nie odmawiał.


Spokój letniego wieczora zaburzyło głośnie trzaśnięcie drzwi i odgłosy kroków na drewnianych schodach. Chwilę później w ogrodzie pojawił się ciemnowłosy, wyglądający na około 16 lat, chłopiec. Przecinająca jego czoło zmarszczka oraz zaciśnięte w pięść dłonie dość wyraźnie wskazywały w jakim był nastroju. Ze złością kopnął nóżkę marmurowego poidła dla ptaków, czego chwilę później bardzo pożałował – duży palec u stopy eksplodował bólem.
Julius! – rozległo się po chwili, a niedługo później w ogrodzie pojawiła się druga osoba – dziewczynka, nieco młodsza od Juliusa, ale bardzo do niego podobna. Rodzeństwo. Na jej twarzy odmalowało się szczere zmartwienie. – Julius, spokojnie…
– Jak mam być spokojny! – syknął gniewnie, odwracając się do niej zamaszystym ruchem. – Jak mam być spokojny, Christina, kiedy ten pieprzony tchórz…
… który jest twoim ojcem…
– Nie chcę takiego ojca!
Julius – szepnęła trwożnie Christa, przypatrując się bratu z przerażeniem. Nie powinien tak mówić o własnym ojcu, nie o nim, zwłaszcza, że przecież na pewno nie chciał źle, to tylko chwilowa słabość…
– Nie chcę mieć za ojca takiego tchórza! – powtórzył dobitnie, patrząc siostrze wyzywająco w oczy. Christa dostrzegła w nich mieszaninę wściekłości, rozczarowania i bólu. – To już drugi raz, kiedy Lichtenberg znieważa naszą mamę, a on nic nie robi, żeby zmazać tę hańbę! NIC. I to przy wszystkich… – Julius pokręcił głową, przymykając na chwilę oczy, a gdy ponownie je otworzył, płonęła w nich już tylko czysta wściekłość. Christina, która już wyciągała rękę w stronę ramienia brata, opuściła ją, przyglądając się mu ze zmartwieniem.
On chyba po prostu wiedział…
– Że co?! Że co?! Że nie da rady?! Nawet nie spróbował! A powinien wyzwać go na pojedynek! Ten cały Lichtenberg nie jest nawet żadnym baronem… jest z ludu. Ktoś taki nie ma prawa obrażać hrabiny.
Ale jest generałem…
– Nie jest przez to lepszy! Przestań tak go bronić, Christa! Jest słaby i kiedyś źle z tego powodu skończy. Zwłaszcza, że zadaje się z tą żydowską zarazą…
Zadaje się ze wszystkimi, posiada firmę… – Julius przerwał Chriście pogardliwym prychnięciem, które wyraźnie dało jej do zrozumienia, że żaden argument, który wymyśli, nie obroni taty przed wściekłością jego syna. Nawet jeśli częściowo jego gniew był słuszny, nie chciała pozwolić, by pogrążył się w nienawiści do osoby, która – dlaczego Julius nie potrafi tego dostrzec – troszczy się o nich najbardziej na świecie. Ojciec zawsze chciał dla nich jak najlepiej, dając im więcej wolności niż którekolwiek inne wysoko urodzone dziecko miało. Szkoda, że Julius tę swoją wolność wykorzystywał na potajemne wymykanie się na spotkania Grossdeutsche Jugendbewegung. Może gdyby wydała go ojcu, zmieniłoby to coś? Może przestaliby mu wmawiać te wszystkie dziwne i straszne rzeczy, może przestałby szukać u nich autorytetu, którego zawsze tak bardzo brakowało mu w domu? A może właśnie pogorszyłaby tylko sytuację?
Emocje na jej twarzy musiało być widoczne aż nadto wyraźnie, młody hrabia wstrzymał powietrze, przypatrując się siostrze, po czym bardzo powoli je wypuścił.
– Nie bój się mnie, głupia, na ciebie nie jestem zły – westchnął w końcu, wyciągając ręce w jej kierunku. Ten gest był dla Christy wystarczający – już po chwili przylgnęła do brata, a on zamknął ją szczelnie w swoich ramionach. – Przysięgam, że jeśli ciebie ktoś obrazi w tak prostacki sposób, połamię mu wszystkie kości – wymamrotał gdzieś przy czubki jej głowy. Christa na tę wiadomość poruszyła się lekko, ale nic nie powiedziała, zaciskając mocniej ramiona wokół niego. Mógł się gniewać na cały świat, ale na nią nigdy nie podniósłby głosu i nigdy nie zasmuciłby jej celowo, za to zawsze stanąłby w jej obronie.
Nie bądź w ogóle zły.
– Na to jest jeszcze za wcześnie…
Wracasz do środka?
– Nie.
Zostanę z tobą.


Drogi Klemensie,
Kochany Klemensie,

od naszego ostatniego spotkania minęły dwa lata minęło zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale może uda mi się wymyślić powód, dla którego mogłabym zaciągnąć ojca do Francji. Żałuję, że nie poprowadzisz mnie już tajemniczymi uliczkami Wiednia, ale jednocześnie liczę na to, że pokażesz mi ciekawe miejsca w Granville, kiedy w końcu uda mi się tam zjawić. Na razie pozostają nam jedynie listy. Jednak już za rok (trzymaj za to kciuki!) będę mogła zaprosić Cię do mojego własnego mieszkania w Berlinie. Wtedy to ja będę Twoim przewodnikiem i oprowadzę Cię po wszystkich ciekawych miejscach, które do tej pory uda mi się odnaleźć.
U mnie jest nawet lepiej niż lepiej! Pomijając Juliusa, który im jest starszy, tym więcej kłóci się z ojcem, a ja ledwo mogę te kłótnie wytrzymać. Chociaż teraz, kiedy wyjechał studiować, nie są one tak częste jak kiedyś. Strasznie za nim tęsknię, konne wycieczki do lasu bez niego to już nie to samo, ale zmuszam go do pisania obszernych listów, co chociaż trochę wynagradza mi jego nieobecność.
Czas głównie wypełniają mi przygotowania do egzaminu maturalnego. Nauczyciele kładą na to duży nacisk, więc nauki mam naprawdę dużo – o tyle więcej, że zamierzam opuścić mury gimnazjum z  w y b i t n y m i  wynikami, spełniając oczekiwania, jakie się ma wobec jednej z pięciu najlepszych uczennic w szkole (papa był taki szczęśliwy, kiedy powiedziałam mu o swoim „tytule”). Na studiach również zamierzam wszystkim udowodnić, że jestem najlepsza, jeśli tylko mnie przyjmą na moją wymarzoną farmację. Nie należę do partii, więc mogę mieć z tym problem, ale mam nadzieję, że moje oceny przekonają komisję.
Kiedy tylko mogę, wybieram się do dziadka, który najpierw zabiera mnie w teren, gdzie uczy mnie rozpoznawać różne leśne i polne zioła. Z naręczem zebranych roślin zamykamy się następnie w jego laboratorium, gdzie poznaję tajniki przygotowywania różnego rodzaju wyciągi, a także opowieści o tym, jak ziołolecznictwo wyglądało kiedyś – a była to głównie domena czarownic. Wiesz, jakie to fascynujące? Kiedy się spotkamy, opowiem Ci co nieco o eliksirach miłosnych (i jak się ich strzec).
Jeśli otworzyłeś  najpierw tę niewielką paczkę dołączoną do listu i dziwisz się, czym jest korzeń przypominający wyjątkowo szkaradne dziecko, to spieszę z wyjaśnieniami: trzymasz w swoich rękach najprawdziwszą mandragorę. Nie było łatwo wyciągnąć ją z ziemi (wiesz, że kiedyś wierzono w to, że mandragora, z racji przypominania małego człowieczka, potrafiła zabijać krzykiem tego, kto ośmielił się wyciągnąć ją z ziemi? Żeby zdobyć korzeń, przywiązywano roślinę do psa, którego szczuto tak długo, dopóki nie wyciągnął mandragory i nie padł martwy od jej krzyku), dlatego mam nadzieję, że docenisz moje poświęcenie. Mandragora jest amuletem na czary i przynosi do domu pieniądze, a wszyta w ubranie zapewnia szczęście noszącemu. Korzystaj z niego mądrze.
Muszę już kończyć, bo czeka mnie jeszcze napisanie tłumaczenia ze starożytnej greki. Ty też ucz się pilnie!
Życzę dużo zdrowia Tobie i Twojej rodzinie (pozdrów ode mnie rodziców),


Christa


rozmieszczanie (dystrybucja) 1931-1934


– Pojęcia nie mam, dlaczego dałem się namówić na wyprawę do lasu o takiej nieludzkiej godzinie – wymamrotał wysoki, jasnowłosy chłopak, chwilę później głośno i przeciągle ziewając. Potrząsnął głową, ale nawet w najmniejszym stopniu nie przegoniło to senności, która wytrwale próbowała zamknąć mu oczy.
Ja również tego nie wiem, Jeremiasie. – Idąca przed nim ciemnowłosa dziewczyna spojrzała przez ramię na swojego towarzysza. W jej oczach bardzo wyraźnie dało się zobaczyć rozbawienie, którego zresztą nawet nie starała się ukryć – bez krępacji zaśmiała się, kiedy Jeremias potknął się o wystający z ziemi korzeń.
– Chyba po prostu zwariowałem – stwierdził, kiedy odzyskał równowagę i również się zaśmiał. Po chwili wydłużył krok i zrównał go z Christą, obejmując ją ramieniem i pochylając się, by pocałować ją w skroń. – Z miłości – wymamrotał tuż przy jej uchu, odsuwając się z łobuzerskim błyskiem w oku, co skłoniło Christinę nie tylko do szerszego uśmiechu, ale również przyspieszonego bicia serca oraz rumieńców na policzkach, wywołanych bliskością Jeremiasa. – To czego szukamy najpierw?
Lulka czarnego – mruknęła, kiedy chłopak w końcu odsunął się od niej na odległość, która umożliwiała jej zebranie myśli.
– To na twoje zajęcia? – Jeremias zmarszczył brwi. Nie przypominał sobie, żeby wśród listy roślin, którą dostała od wykładowcy i którą przeczytała mu na głos, znajdował się lulek. W odpowiedzi otrzymał jedynie tajemniczy uśmiech. – Christa?
To dodatkowo dla mnie, komponuję maść. Szukaj rośliny, która śmierdzi zgniłym mięsem,  ma mniej więcej pół metra wysokości i kwiaty bladożółtego koloru.
– Oho, znowu bawisz się w czarownicę? Co tym razem knujesz? – Dziewczyna wywróciła oczami, jak zawsze, kiedy słyszała zwrot „bawisz się w czarownicę”, ale po chwili na jej usta powrócił tajemniczy uśmiech.
Może rzucam urok?
– Na mnie? Już nie musisz – ciszę w lesie po raz kolejny przerwał śmiech Jeremiasa. Christina pokręciła tylko głową, postanawiając mimo wszystko zachować dla siebie fakt, że lulek jest znany ze swoich silnych halucynogennych właściwości i to prawdopodobnie on przyczynił się do mitu mówiącego o tym, że czarownice latały na miotłach. Był podstawowym składnikiem maści, której narkotyczne działanie najpierw chciała przetestować na sobie. Nie chciałaby zarówno tego, żeby poparł jej pomysł, jak i tego, by go potępił – jego niewiedza była jej na rękę.
Muszę się czymś zajmować w wolnych chwilach – wzruszyła lekko ramionami, wciąż z pogodną miną.
– Masz na myśli te nieliczne chwile, w których się nie uczysz? – Wyczuwając lekkie rozbawienie w głosie Jeremiasa, odwróciła się w jego stronę i spojrzała na niego, mrużąc lekko oczy.
Lubię się uczyć.
– Wiem, wiem, opinia najlepszej studentki na roku sama się nie zdobyła. – Nie rezygnując z rozbawionego tonu, podszedł do Christiny i ponownie objął ją ramieniem. – Ale może będziesz miała wolną następną sobotę, hm? – mruknął, przesuwając nosem po szyi dziewczyny. Christa zadrżała, po czym chrząknęła i lekko odsunęła się od Jeremiasa. Minęła miała raczej zmartwioną.
Nie mogę, mam ten bankiet.
– Ach, to przedstawienie polityczne?
Mhm. Będzie przyjaciel papy, Kurt von Schleicher, i papa chce, bym w końcu go poznała. Zbiorą się tam właściwie sami politycy i ich żony, co zapowiada wyjątkowo nudny wieczór, ale nie chcę sprawić przykrości papie, więc muszę się tam pojawić…
– Rozumiem – powiedział tylko, lekko się uśmiechając i wyciągając rękę w jej kierunku, by odgarnąć za ucho kosmyk włosów dziewczyny. – Zapowiadają się straszliwe nudy. Cóż mi pozostało, będę w dalszym ciągu cierpliwie wypatrywał twojego wolnego wieczora.
Ten ranek jest całkowicie do twojej dyspozycji.
– Dla zwykłych ludzi to jest środek nocy, Christa, słońce dopiero wschodzi.
Tak marudzisz, a sam chciałeś!
– Takie jest moje święte prawo. Ale co to miało być? Bladożółte kwiaty i śmierdzi zgniłym mięsem?
Dokładnie tak.
– To do dzieła.


Rozbryzgi szkarłatu pojawiały się w całym pokoju. Na ścianach, na podłodze, na przedmiotach. Większe i mniejsze: niektóre były ledwie smugą, ale niektóre do tej pory opadały ciężkimi kroplami na dywan. Czerwona posoka mieszała się z odłamkami szkła i porcelany, podartych stron książek, atramentem i resztkami herbaty z dzbanka. Salon przypominał pobojowisko: został niemal doszczętnie zniszczony. Nie oszczędzono nawet obrazów, które zamiast wisieć na ścianach, leżały w strzępach na ziemi między swoimi połamanymi ramami. Niewiele rzeczy pozostało w stanie nienaruszonym.
Chyba krzyczała. Nie była tego pewna, bo nagle cały świat stracił na ostrości, a ona czuła się, jakby dostała obuchem w głowę. Jedynie ból w klatce piersiowej był wyraźny. Chwiejnym krokiem, z rękami drżącymi jak w febrze, nachyliła się nad martwym ciałem ojca. Nie miał zamkniętych oczu, wcale nie wyglądał, jakby zasnął, choć tak wyglądali wszyscy zmarli, których do tej pory widziała – nie, Friedrich miał oczy wytrzeszczone, zastygłe w wyrazie przerażenia i bólu; odbijały okoliczności jego śmierci: okrutne, brutalne i wyrachowane.
Zemsta.
Chyba o to chodziło, o tym mówili. To słowo jako jedyne obijało jej się w głowie, więc coś musiało znaczyć. Chwilę później jednak zniknęło, wraz z momentem, w którym zakrwawionymi palcami (skąd ta krew się tam wzięła?) zamykała mu oczy.
Bolesna świadomość jego śmierci ścierała się z próbą wyparcia tego faktu. Czy da się jednak  wyprzeć coś, co widziało się na własne oczy? Lub słyszało – ze swojego ukrycia nie mogła zobaczyć wszystkiego, ale też nie na wszystko była w stanie patrzeć.
Nagle, niczym echo, usłyszała chrzęst pękającej kości – wspomnienie sprzed chwili.
– Nie – szepnęła, a wzrok przeniosła powoli z twarzy na niegdyś białą, a obecnie zakrwawioną i całą w strzępach koszulę. Niżej nie była w stanie spojrzeć, choć wiedziała, jaki widok ujrzy – to właśnie stamtąd pochodziło słyszane przez nią echo.
Zadźgany. Maltretowany.
– Nie – powtórzyła słabo, głosem łamanym przez ciche łkanie – dopiero teraz poczuła spływające po policzkach łzy. Zacisnęła dłonie na rozchylonych połach jego marynarki, zerkając nieco dalej, na leżące nieopodal ciało matki. Brudna od krwi górna część sukienki i szeroka rana na szyi jednoznacznie wskazywały sposób śmierci.
Poderżnięte gardło.
Ciemna, mokra plama wokół jej ciała była tak duża, że niemal sięgała zwłok Friedricha. W przeciwieństwie do męża wyglądała bardzo spokojnie i gdyby nie rozorana krtań, a także nienaturalnie ułożone ręce, można było pomyśleć, że jej śmierci nie towarzyszyło żadne dramatyczne wydarzenie.
Po krótkim wpatrywaniu się w kałużę krwi, pomiędzy ciałami rodziców spostrzegła coś błyszczącego.
Guzik.
Drobny szczegół, teoretycznie zupełnie zwyczajny, ale Christa niejeden raz widziała podobne guziki na mundurze Juliusa. Ten konkretny musiał zerwać jej ojciec, kiedy po raz pierwszy i ostatni próbował uchronić żonę przed nocnymi gośćmi.
Cztery osoby. Cztery pary błyszczących od satysfakcji oczu. Cztery drwiące głosy. Cztery nocne koszmary.
Tym razem jej usta tylko ułożyły się tak, jakby wypowiadały „nie”, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Dopiero chwilę później zaniosła się głośnym szlochem, kładąc głowę na piersi ojca. Czuła, jak wszystko wewnątrz niej jest rozrywane na małe kawałki i jak ciężko jest jej z tego powodu oddychać.
Płacz Christy nad śmiercią ojca, matki i leżącej na korytarzu martwej służącej aż do późnych godzin porannych był jedynym odgłosem, jaki rozchodził się po letnim domu von Plettenbergów.


Dzisiaj przyszła sama. Jak zwykle w czerni, jak zwykle z bukietem czerwonych kamelii i jak zwykle wieczorową porą, kiedy już nikogo innego nie było na cmentarzu.
Tym razem jej nadejścia nie zapowiedział warkot silnika, przez bramę przeszła bezszelestnie – najwyraźniej dzisiaj postanowiła przebyć całą drogę z pałacu na piechotę. W panującym wokoło półmroku wyraźnie odcinała się tylko jej blada twarz, reszta sylwetki rozmywała się, sprawiając, że Christina von Plettenberg wydawała się płynąć w powietrzu. Zastygł w bezruchu, ani na moment nie spuszczając z hrabiny spojrzenia. Minął rok od śmierci jej rodziców, rok regularnych wizyt w grobowcu, a także rok podczas którego młoda dziedziczka przeszła znaczącą przemianę. Był świadkiem każdej jej wizyty tutaj – jako stróż tego cmentarza od dwudziestu lat rzadko kiedy ruszał się się poza niego – więc mógł powiedzieć co nieco o zauważonych zmianach w jej zachowaniu. Pamiętał, że niegdyś widywał ją w miasteczku roześmianą, pamiętał, jak na pogrzebie podtrzymywał ją brat, tak zanosiła się płaczem, pamiętał, jak podczas pierwszych wizyt na cmentarzu za każdym razem wychodziła z zaczerwienionymi oczami i zapuchniętą twarzą. Tak było przez pierwsze trzy miesiące. Potem coś się zmieniło. Pewnego dnia przyszła i zauważył, że jest bardziej wyniosła, chłodna; już nie płakała, w pewnym momencie przestał zauważać nawet smutek na jej twarzy – wydawało mu się jakby emocje z niej uleciały. Obecnie twarz hrabiny przypominała mu kamienny posąg, jeden z tych, które stały na cmentarzu – niby pochylone nad grobami zmarłych, ale obojętne i niezmiennie niewzruszone ludzką tragedią.
Skłonił się jej nisko, kiedy przechodziła obok niego, na co odpowiedziała mu krótkim kiwnięciem głową i spojrzeniem tak apatycznym, że aż zrobiło mu się nieswojo. Pospiesznie wrócił do zamiatania alejki, wychwytując jeszcze w powietrzu delikatną, ale gorzką ziołową nutę – charakterystyczny zapach hrabiny. Podobno woń tę zawdzięczała swoim studiom, służący mówili, że uczy się, jak robić leki, ale stara Agnes – kucharka w pałacu, jego sąsiadka i niewyczerpane źródło plotek – twierdziła, że to przez magiczne wywary, które w tajemnicy przed wszystkimi przygotowywała. Była święcie przekonana o tym, że Christina von Plettenberg była czarownicą, a dowodem na to miał być fakt, że hrabina wymykała się w nocy, by zbierać diabelskie zioła, a jak powszechnie wiadomo, rośliny zebrane o konkretnych porach nocy zyskiwały większą moc. Jedna ze służących opowiadała jej, że w pracowni widziała przez chwilę korzeń mandragory! Nie dopytywał, czy to na pewno była mandragora, czy może tylko zwykła pietruszka, bo Agnes zdawała się być zbyt przejęta tymi sensacjami. Co prawda leśniczy Weber twierdził, że raz widział szanowną dziedziczkę w lesie, w środku nocy, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Osobiście uważał, że oskarżanie kogoś o czary w tych czasach było zwyczajnie niedorzeczne, a dziwne zwyczaje hrabiny to pewnie tylko kolejne wymysły nudzących się arystokratów. Niemniej jednak musiał przyznać Agnes rację w jednym – coś w Christinie von Plettenberg budziło w nim niepokój, coś sprawiało, że nie chciałby z nią zadrzeć czy w ogóle wejść jej w drogę. Od momentu, w którym po raz pierwszy i ostatni zdecydował się podejść do grobowca, podczas gdy ona w nim przebywała, i usłyszał wypowiedziane cichym, ale twardym, zdecydowanym i pełnym jakiejś niezwykłej mocy głosem: „pomszczę was”, a krótko po tym wzmiankę o  „Rogatym Bogu”,  odnosił wrażenie, że ta kobieta jest szalona i stać ją na wszystko.


przemiany biochemiczne (biotransformacja) 1938-1939


Złowróżbna krwawa łuna zachodzącego nad Berlinem słońca zniknęła już dawno zniknęła za horyzontem. W pokoju na poddaszu panował półmrok i jedynie wpadające przez okna srebrne światło księżyca ratowało go od całkowitej ciemności. Niezmąconą ciszę przerwało skrzypnięcie drzwi i do środka weszła ubrana w ciemną suknię postać, a wraz z nią wkradł się delikatny zapach polnych ziół. Kobieta zbliżyła się do stojącego pod oknem dużego dębowego biurka, pochyliła nad nim i po chwili niewielka lampka rozświetliła pokój; nienaturalnie wydłużone cienie zatańczyły na ścianach, by zaraz całkowicie znieruchomieć. Kilka promieni światła padło na twarz kobiety: nieruchomą, pozbawioną emocji maskę, w której jedynym żywym elementem były oczy, błyszczące jakimś szczególnym rodzajem satysfakcji. Wszystko, co wyrażały miało w sobie coś niepokojącego; nie złego, ale na pewno też nie pozytywnego, jakby jakiś pierwotny element, prymitywny zew dawał o sobie znać, odbijając się w tym niespokojnym, prawie nieludzkim spojrzeniu.
Christina von Plettenberg podeszła do znajdującego się w kącie pokoju barku, skąd wyjęła butelkę wina i kieliszek. Po napełnieniu naczynia usiadła w stojącym nieopodal fotelu i dopiero tam dało się dostrzec jak dotychczas sztywna, wyprostowana postawa kobiety ulega znacznemu rozluźnieniu. Uniosła kieliszek na wysokość twarzy i w nikłym świetle lampy z uwagą przyglądała się jego zawartości. Przy takim oświetleniu naczynie pozostało nieprzejrzyste, a płyn w nim zawarty wydawał się być znacznie bardziej gęsty, niż był w rzeczywistości. Właściwie obecnie nawet wcale nie przypominał jej wina, a…
… ciemną plamę, powoli wypływającą spod głowy leżącego na ziemi kilkadziesiąt metrów niżej mężczyzny. Chociaż jego kończyny leżały ułożone w nienaturalnej pozycji, uwagę przykuwał wyraz bezmyślnego szczęścia, który śmierć na zawsze utrwaliła na jego twarzy. Co prawda nie udało mu się wznieść w powietrze i, zgodnie z wykrzyczanym życzeniem, polecieć hen daleko stąd, najwyraźniej i tak umarł szczęśliwy. Narkotyczne działanie lulka czarnego przeszło jej oczekiwania.
Scena ta była zupełnie świeża w jej pamięci. Ledwie półtorej godziny temu zeszła z dachu, z którego sam i zupełnie dobrowolnie, choć nie do końca o jasnym umyśle, skoczył Elias Sommer. Wino, którego łyk teraz upiła, nie miało jej posłużyć w celach relaksacyjnych, a stanowiło formę toastu. Toastu za osiągnięty cel, za możliwość skreślenia z listy jeszcze jednego nazwiska, za morderstwo, którego dokonała. Czyn ten był czymś, o czym marzyła od kilku lat, co skrupulatnie planowała od dawna. I ani trochę nie czuła się źle z tym, że całkowicie świadomie przyczyniła się do śmierci drugiego człowieka. W końcu to nie jej pierwszy raz.
Podczas pierwszego morderstwa jeszcze ogarnął ją strach, pojawiły się wątpliwości, czy będzie w stanie żyć z takim piętnem, czy nie powinna rozegrać tego inaczej, czy ten rodzaj zemsty nie okaże się być mieczem obusiecznym. Przy drugim nie miała już takich wątpliwości, a przy trzecim czuła jedynie rosnącą satysfakcję z wykonanego zadania. Triumf, może lekkie podekscytowanie, a także przyjemną myśl, że jeszcze tylko jedna osoba, a jej cel zostanie osiągnięty. Rodzice zostaną pomszczeni, a ona wreszcie otrzyma spokój ducha. Była w pełni zdeterminowana, by dopiąć swego.
Z czteroosobowego oddziału wysłanego do letniej posiadłości von Plettenbergów została już tylko jedna osoba. Thorben Mann odkrył, że proszek z kantarydy służy nie tylko jako afrodyzjak i że farmaceutom nie zawsze można ufać. Z kolei Walter Gärtner miał okazję przekonać się, że specyfiki na porost włosów mogą być zgubne, a tojad jako jedna z nielicznych substancji z powodzeniem wchłania się również przez skórę. Elias Sommer, po nieświadomym wypiciu wywaru z lulka czarnego, za jej delikatną sugestią pragnął sprawdzić, czy lekkość, którą odczuwał, faktycznie umożliwi mu latanie. Przy życiu pozostała już tylko jedna osoba. Dowódca oddziału. Ten, któremu najbardziej zależało na śmierci obojga jej rodziców, który cieszył się z tej egzekucji i który bardzo wyraźnie zrobił to z osobistych pobudek. Jej największe udręczenie, pojawiający się w każdym koszmarze demon, ten, którego twarz prześladowała ją nawet na ulicy. Upiła kolejny łyk, w myślach powoli opracowując wszystkie plany, mogące doprowadzić ją do ostatecznego ciosu. Wiedziała, że nie zazna spokoju, dopóki on nie umrze.
Dopóki ona nie przyczyni się do jego śmierci.


Gniew Juliusa był namacalny. Buchał z niego gorącymi falami i oblepiał wszystko i wszystkich w pomieszczeniach, przez które akurat przechodzili. Czuła go na sobie: był gęsty, lepki i niemal utrudniał jej oddychanie. Przywierał do skóry i prawie ją parzył – Christa nigdy wcześniej nie doświadczyła tego typu wściekłości z jego strony.
Aż do teraz. Teraz Julius ledwo nad sobą panował: idąc za nim, widziała sztywność jego karku oraz dłonie zaciśnięte w pięści tak mocno, że aż mu knykcie zbielały. Był zły, kiedy wszedł znienacka do gabinetu, w którym ją przesłuchiwano; od tamtego momentu ta złość tylko rosła wraz z każdym jego domysłem odnośnie całej sytuacji, w efekcie czego po znalezieniu się wewnątrz zamku był już zwyczajnie wściekły. Tak wściekły, że nie miała odwagi nic powiedzieć, w obawie, że ta furia w końcu znajdzie ujście i skupi się na niej.
Choć podejrzewała, że już się skupiała, tylko Julius trzymał ją na smyczy.
Przemierzali przez kolejne korytarze w całkowitym milczeniu – cisza pomiędzy nimi była wszechowładniająca i nawet odgłos kroków - wygłuszony przez dywan – w nią się wpisywał. Mijali dziesiątki drzwi, a jej brat nie przekroczył progu żadnych, wspinali się na kolejne kondygnacje, ale dla Juliusa to w dalszym ciągu było zbyt nisko. Czego szukał, dlaczego ciągnął ją w najmniej uczęszczaną część zamku?
– Wejdź – powiedział w końcu, kiedy nad nimi znajdował się już tylko dach. Przez głowę przemknęła jej myśl, że tutaj trudno byłoby komukolwiek ich podsłuchać i chyba o to chodziło Juliusowi. Wskazane przez niego pomieszczenie było pełne przykrytymi białymi płótnami mebli; nieotwierane od dawna okno powodowało, że mogła dostrzec unoszący się w powietrzu kurz. Momentalnie spięła się jeszcze bardziej i ostrożnie przekroczyła próg pokoju, ostatecznie stając dokładnie na jego środku – jak najdalej od czegokolwiek w tym miejscu. Chwilę później usłyszała szczęk zamykanych drzwi; teraz byli tu tylko oni.
Julius, z gracją właściwą kotowatym drapieżnikom, zaczął krążyć po pomieszczeniu, a Christę ogarnęło nieprzyjemne uczucie osaczenia.
– Morderstwa trzech członków SS za pomocą trujących roślin. To nawet brzmi na twoją robotę – odezwał się po dłużej chwili głosem, w którym pobrzmiewał tłumiony gniew, patrząc na nią spod przymrużonych oczu.
Oszczerstwo – odpowiedziała krótko, tak samo płasko i obojętnie, jak mówiła w siedzibie SS. Tak samo, jak mówiła od pięciu lat.
– Czyżby?
Oczywiście.
– Gdyby mieli takie informacje na twój temat, jakimi ja dysponuję, nie zostałabyś zatrzymana w charakterze podejrzanej, a winnej.
Pomiędzy rodzeństwem zapadła cisza. Christina wpatrywała się w brata spojrzeniem tak pełnym niczym niewzruszonego spokoju, że Julius poczuł, jak przetacza się przez niego kolejna fala gniewu. Nie zdołał jednak nic powiedzieć, bo postanowiła odezwać się pierwsza:
Po co ci ta wiedza?
– Po prostu mi powiedz. – Ściszony do granicy szeptu, drżący od gniewu głos wywarł na niej większe wrażenie, niż gdyby mężczyzna krzyknął. Uczucie potęgował fakt, że zastygły w bezruchu Julius przypominał szykującego się do skoku drapieżnika. Christa zawahała się przez moment, po czym odwróciła się do niego plecami i parę sekund później stała już pod oknem. Chronione przez rękawiczki dłonie zacisnęła mocno na ramionach, ale był to jedyny widoczny efekt krążących w niej emocji – jej twarz jak zwykle wyrażała chłodną obojętność wobec wszystkiego, co ją otaczało. Nawet oczy Christiny pozostały zwyczajowo puste i odległe, jakby słowa brata nie wywarły na niej żadnego wrażenia.
Poczujesz się lepiej znając prawdę?
– Christa…
Przecież już wiesz.
Znów zapadła pomiędzy nimi cisza, cięższa o potwierdzenie strasznego podejrzenia. Christina von Plettenberg w istocie zabiła trzech członków SS.
– Kurwa mać, Christina! – Ciszę przerwał donośny głos Juliusa i odgłos rozbijanego naczynia – pierwszej ofiary jego gniewu. Nawet nie drgnęła, wsłuchiwała się tylko w jego ciężkie kroki, by chwilę później poczuć, jak mocno zaciska dłonie na jej ramionach i odwraca ją w swoim kierunku. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co narobiłaś?! – Potrząsnął nią mocno, momentalnie sprawiając, że poczuła się w jego rękach niczym szmaciana lalka.
To oni byli wtedy w naszym domu, Julius – odezwała się cicho, beznamiętnie, z pustką w oczach większą niż kiedykolwiek do tej pory. – To oni zabili…
– … wroga państwa! – wysyczał wściekle Julius, jeszcze mocniej zaciskając palce na jej ramionach, stając się źródłem bólu.
A mama? – cichy szept uleciał w powietrze, zawibrował i zastygł w powietrzu. To nie była sytuacja, na którą się przygotowywała, to nie był ani czas, ani miejsce na podobne rozmowy. Do tej pory żadna z nich nie skończyła się dobrze, dla Juliusa ten temat po prostu nie istniał. Albo przynajmniej bardzo się starał, żeby tak się stało.
Z ich dwójki to ona była tą żądną zemsty. To ona była tą, której pragnienie sprawiedliwości wypaliło piętno na życiu… i najprawdopodobniej tą, której zemsta przyniosła zgubę. Zatruta jej wizjami, kuszona ukojeniem bólu po stracie najbliższych osób, dała się pochłonąć w całości, gotowa zapłacić każdą cenę, by najkrwawsze sny znalazły w końcu spełnienie. Zapomniała o tym, że nie ma zbrodni idealnej.
Wściekłość na twarzy Juliusa po chwili zastąpiło wahanie. Mógł nienawidzić ojca, ale matka zawsze była bliska jego sercu. Puścił Christinę i odsunął się o parę kroków, stając twarzą do okna.
– Ona to… to co innego. Przypadek – powiedział powoli i z pełnym spokojem, ale w tej pozycji nie mogła zobaczyć jego miny, by przekonać się, jak czuł się naprawdę wypowiadając te słowa.
To nie był tylko rozkaz… Zabili ich z zemsty, Juliusie. – Pozbawiony emocji głos zabrzmiał niemal łagodnie, kiedy utkwiła spojrzenie na tyle głowy brata. Julius na te słowa drgnął i odwrócił się w jej kierunku, nie wyglądając już tak spokojnie, jak można by wywnioskować po jego poprzednich słowach. Znów zawładnął nim gniew.
– Z powodu tej zemsty zginiesz i ty!
Zamierzasz mnie wydać?
Przez chwilę patrzył na nią surowo, jakby faktycznie rozważał taką możliwość, po czym znów odwrócił głowę w stronę okna i już nie była w stanie wyczytać nic z targających nim emocji.
– Rainer Brant podobnie jak ja ma ambicję na awans. Dostanie go tylko jeden z nas. W drodze po awans ludzie często sięgają po bardzo nieczyste zagrania… kto wie, czy cała ta sprawa nie jest właśnie jego wymysłem. Sprawdzę to – odezwał się w końcu tonem bardzo podobnym do zwyczajowego tonu Christy: obojętnie, jakby cała sprawa bardzo mało go zajmowała, ba!, jakby nie należała do jego priorytetów.
– Julius…
– To jest ostatnia rzecz, jaką dla ciebie zrobię, Christa – przerwał jej, spoglądając na nią przez ramię z chłodem w oczach, jakiego nigdy z jego strony nie doświadczyła. – Nigdy więcej nie licz na moją pomoc. Po przesłuchaniach najlepiej wyjedź z Niemiec, w ten sposób szybciej znikniesz z myśli SS – dodał jeszcze, a Christa momentalnie wyczuła, że nie jest to propozycja, a bezwzględny warunek – Julius nie chciał jej już więcej widzieć. Niemcy przestały być jej ostoją, a Nordkirchen domem.
Rozumiem. Dziękuję.
Od tego momentu jest już tylko wyrzutkiem.


wydalanie (eliminacja) 1940-1942


Smutny był to okres. Zwłaszcza dla paryskiej oświaty, zwłaszcza dla rzeszy studentów, zwłaszcza dla naukowców wszystkich dziedzin. Zamknięcie Sorbony to tragedia nawet dla całej Francji. W chwili obecnej jednak nawet nie wypada im za bardzo protestować – nie, jeśli nie chcą podpaść Niemcom, nowym panom tego miasta. W obliczu okupacji mogą jedynie pogodzić się ze swoim losem.
Dziwnie się czuł, przemierzając korytarze przybytku w stronę swojego gabinetu i mając świadomość, że w najbliższym czasie nie będzie mu to dane. Nie wiedział, ile miesięcy, a może lat, upłynie, zanim to znów będzie możliwe, jednak liczył na to, że nie jest to jego ostatni raz. Wszyscy na to liczyli. Jednak nawet rektor nie potrafił określić przyszłości uczelni, zwyczajnie nie zależało to już od niego.
Westchnął smutno, poprawiając okulary na nosie; oczyma wyobraźni przesuwał wzrokiem po tłoczących się tłumnie przed salami wykładowymi studentach i już nawet prawie słyszał, jak ktoś woła jego nazwisko. To tylko wspomnienie, jedynym dźwiękiem w korytarzu był odgłos jego kroków.
Drzwi do gabinetu zastał otwarte i już wiedział, kogo się spodziewać w środku. Choć nie przypuszczał, że jeszcze będą mieli okazję się spotkać.
– Och, doktor von Plettenberg. Nie spodziewałem się, że panią tu zastanę. – Zatrzymał się zaraz za progiem, wpatrując się w pochyloną nad jednym z dwóch postawionych tu biurek kobietę. Słysząc swoje nazwisko, podniosła głowę, a jego po raz kolejny uderzyło jej spojrzenie, choć po roku spędzonym z nią we wspólnym gabinecie powinien do niego przywyknąć. Zupełnie podświadomie spodziewał się, że ktoś o tak niezwykłym kolorze tęczówki – głębokiej, ciemnej zieleni – będzie przejawiał więcej radości, że dostrzeże w nich wesoły błysk, że będą lśnić od emocji – w końcu odcień zielony kojarzył się z życiem. Tymczasem spojrzenie hrabiny Christiny von Plettenberg było najczęściej po prostu puste, obojętne, choć nie smutne, to jednocześnie nigdy nie wesołe, brakowało w nim iskry, świadczącej o tym, że faktycznie należy do żywego człowieka, a nie marmurowego posągu.
Profesorze Pelletier – cichy, pozbawiony emocji głos przerwał przedłużającą się ciszę. Jednocześnie skinęła mu głową, co w jej przypadku było chyba najwyższą formą okazania komuś szacunku. Zawsze beznamiętna i zdystansowana tak bardzo, jak tylko to możliwe, otoczona przez swoisty chłód, miała swój własny sposób okazywania komuś, że go lubi, a przynajmniej tego, że nie ma nic przeciwko jego obecności. Po takim czasie spędzonym razem nauczył się wyłapywać pewne niuanse. – Nie zdążyłam zabrać wszystkich rzeczy. Te są ostatnie – dodała równie obojętnie, co wcześniej. Jak zawsze. W głosie Christiny nigdy nie słyszał większych emocji. Wyraźnie zaznaczała jedynie pytania, wszystko inne brzmiało tak samo płasko. Chyba, że darzyła kogoś szczególną niechęcią – nigdy nie przypuszczał, że ludzka mowa może w brzmieniu przypominać trzeszczący lód, jak było to w przypadku hrabiny.
Właśnie, hrabiny. Choć każdemu podczas przedstawiania się mówiła o swoim statusie, nigdy nie odczuł tego jakoś specjalnie w jej zachowaniu. Nigdy się nie wywyższała, nie traktowała źle osób niższego stanu – wobec obojętności von Plettenberg wszyscy byli równi. Jedna, jedyna sprawa, w której, podobno, wykorzystała swoją pozycję i pieniądze, było przeniesienie się z Friedrich-Wilhelms-Universität w Berlinie na La Sorbonne. Nigdy nie wspomniała słowem, dlaczego to zrobiła, tak jak właściwie nigdy nie mówiła o sobie – choć wydawało mu się, że pozostają w dobrych stosunkach, nie miał okazji dowiedzieć niczego osobistego o niej. A pewnie byłoby o czym słuchać. Chociażby o tej niespotykanej obsesji na punkcie porządku i czystości, wszechobecnej harmonii i symetrii. Przypadłość ta jest nieustannie obiektem żartów wszystkich studentów oraz pracowników uniwersytetu. Trudno się temu dziwić, kiedy zaczynała układać kwiaty w wazonie tak, by stały symetrycznie, pozbywając się wszystkich tych, które tę symetrię mogłyby zaburzyć; kiedy silnymi środkami czyszczącymi przecierała biurko w sali wykładowej przed każdymi zajęciami; kiedy wychodziła z wykładów tylko po to, by wymyć ręce, ilekroć była zmuszona użyć kredy (i nie miał znaczenia fakt, że dotykała jej przez rękawiczki, które, notabene, również musiały zostać zmienione) ;kiedy w ogóle przestawia przedmioty w swoim otoczeniu, by spełniały jej dziwne oczekiwania; kiedy na jedynej wspólnej kolacji katedry toksykologii, na jakiej się pojawiła, przed posiłkiem prosiła kelnera, by na jej oczach przetarł naczynia, zanim poda w nich jedzenie; kiedy na tej samej kolacji nie zdjęła swoich rękawiczek podczas posiłku, co w towarzystwie uchodzi przecież za faux pas. A to tylko nieliczne sytuacje, podczas których można zaobserwować tę niezwykłą manię. A obserwacja jej zachowania przynosi tylko więcej pytań, niż odpowiedzi. Czasem chciałby wiedzieć, co siedzi w jej głowie.
– Smutne to spotkanie. Pewnie już nasze ostatnie w tym gabinecie – zagadnął ostrożnie, zbliżając się do swojego biurka, by po chwili wyciągnąć z jednej z jego szuflad plik dokumentów. Z ciężkim trzaskiem wylądowały one na blacie. Christina była Niemką, teoretycznie powinien uważać, co mówił w jej towarzystwie, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że i jego współpracownicy nie podobało się zamknięcie uniwersytetu. Ruchy miała jeszcze bardziej sztywne niż zwykle, kiedy kolejne zapisane pliki kartek lądowały w specjalnym pudle przyniesionym przez nią specjalnie z tej okazji.
Żałuję – odpowiedziała jedynie, co prawda posyłając mu krótkie spojrzenie, ale nie odrywając się od pakowania. Ach, i znów nie dała po sobie poznać, co sądzi o całej sprawie – trudno było mu określić, czy to nie był przypadkiem zwrot grzecznościowy.
– Wie już pani, co będzie robić? – rzucił jej krótkie spojrzenie, układając swoje rzeczy z biurka w równe kupki.
École Normale Supérieure jako wykładowca i biegły sądowy.
– Tak szybko?
Z polecenia.
– Ach. – Nie chciał specjalnie się wyzłośliwiać, zwłaszcza, że życzył hrabinie jak najlepiej, i to szczerze, ale jednak niemieckie pochodzenie w obecnych czasach robiło swoje. Niemiec, nawet jeśli jest kobietą, zawsze załatwi pewne sprawy szybciej. – To gratuluję, naprawdę. Na to pani chyba czekała!
Dziękuję, owszem. Ale trochę inaczej to sobie wyobrażałam – odparła, nawet na niego nie patrząc, tylko zajmując się domykaniem wypełnionego pudła, które zaraz objęła i podniosła do góry.
– Pomóc z tym pani?
Nie, dziękuję panu, na dole czeka na mnie samochód. Przyszło nam ponownie się pożegnać, profesorze. Dziękuję za miłą współpracę i powodzenia. – Skinęła mu głową, zatrzymując na nim spokojne spojrzenie odrobinę dłużej niż poprzednio. Wyraźnie ze świadomością, że nie zobaczą się przez dłuższy czas. Trudno powiedzieć, czy z żalem, oczy kobiety były nieprzeniknione, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że patrzyła na niego jakoś łagodniej, przychylniej.
– Również dziękuję i mam nadzieję, że do zobaczenia. – Skłonił się jej, odprowadzając wzrokiem do drzwi. Dopiero po chwili zorientował się, że właśnie się dowiedział, iż Christina von Plettenberg po raz kolejny osiągnęła swój cel. Spokojnie, metodycznie, cierpliwie znów dostała to, czego chciała. Ambitnym ludziom los najwyraźniej sprzyja. Co będzie jej następnym celem?


Drzwi posiadłości zamknęły się za nią z głośnym hukiem. Potem zapadła cisza; otuliła ją miękko, przynosząc choć odrobinę wytchnienia od nadmiaru bodźców z zewnątrz. Ostrość rzeczywistości złagodniała – w swojej posiadłości w końcu mogła poczuć się swobodnie, w końcu mogła pozbyć się tego nieznośnego napięcia pomiędzy łopatkami, głęboko odetchnąć i prawdziwie odpocząć. Ten dom był jej azylem, jedynym miejscem w Paryżu, w którym obsesja nie prześladowała ją w każdej minucie. Urządzany bardzo powoli, z dbałością o każdy szczegół, stanowił niezwykły przykład tego, ile całkowicie symetrycznych przedmiotów można zgromadzić w jednym miejscu i w dodatku stworzyć całkiem udane wrażenie przytulnego gniazdka, tyle, że utrzymanego w nienaturalnej, sterylnej wręcz czystości. Raz w tygodniu osobiście zakasała rękawy i razem ze starym służącym, Bernardem, sprzątała niemal każde pomieszczenie w posiadłości – z niektórych pokojów nie korzystała w ogóle, więc stały zamknięte na klucz i to one unikały cotygodniowych porządków; swoją pracownię i salon, gdzie przebywała najczęściej, sprzątała codziennie.
Niemal wszędzie dało się wyczuć delikatną woń środków czyszczących i konserwujących, która rzadko kiedy wietrzała całkowicie z domu hrabiny, choć Bernard robił, co mógł. Twierdził, że zapach ten jest nieprzyjemny i może wywoływać ból głowy; Christina nie podzielała jego zdania, jej owa woń kojarzyła się z komfortem, utwierdzała w przekonaniu, że nieporządek nie będzie ją niepokoił i nigdzie nie natknie się na brud – jej dwie najgorsze zmory.
Bernard potrzebował kilku chwil, by pojawić się w holu i zabrać od niej nakrycie wierzchnie, przy okazji pytając ją o godzinę podania obiadu. Następnie niemal bezszelestnie się wycofał, zostawiając Christę samą. Kobieta ruszyła w głąb domu, kierując się na wyższe kondygnacje budynku, do swojego gabinetu. Choć dopiero co wróciła z uczelni po skończonych wykładach, nie był to koniec jej pracy: czekało ją jeszcze napisanie raportu z ostatniej sekcji, zabezpieczenie go w kopercie i przesłanie w postaci listu do siedziby SS – jej pracodawcy. Nie była zadowolona z tej współpracy i najchętniej by z niej zrezygnowała, nawet jeśli to dzięki SS mogła być toksykologiem sądowym z pełnego zdarzenia – gdyby porucznik Solberg w obliczu otrucia jednego z jego żołnierzy nie stwierdził, że nie ufa francuskim ekspertom i żąda niemieckiego, prawdopodobnie byłaby obecnie jednym z wielu bezrobotnych wykładowców. Solberg jednak zadał sobie trud znalezienia jej, a zadowolony z wyników ich współpracy popchnął ją ku karierze, o której marzyła. Choć praca na rzecz znienawidzonej instytucji ją odstręczała i naprawdę zastanowiłaby się nad odmową zlecenia, tak zdawała sobie sprawę z tego, że niekoniecznie wypada jej to zrobić – choć Julius dołożył wszelkich starań, żeby oddalić od niej podejrzenia, wiedziała, że SS nie zapomina, nawet jeśli oficjalnie było to tylko podejrzenie. Lepiej dla niej byłoby w żaden sposób nie zachęcać ich do ponownego przejrzenia sprawy, bo bez brata czuwającego nad nią tym razem mogłoby to nie skończyć się dobrze.
Musiała dostosować się do nowej sytuacji, skoro przed Trzecią Rzeszą najwyraźniej nie dało się uciec.
Idąc korytarzem głęboko odetchnęła, ale zanim zaczęła wspinać się po schodach, rzuciła jeszcze spojrzenie w stronę widoku za oknem. Zdołała uchwycić ogrodnika, skrupulatnie przycinającego gałązki krzewom jaśminowca, które zostały tu zasadzone na jej specjalnie polecenie. Żaden ogród, nawet ten najbardziej zadbany, nigdy nie dorówna temu przy pałacu Nordkirchen, ale Chriście bardzo zależało na tym, by mieć choć jego namiastkę – najlepsze wspomnienia wiązała właśnie z krzewami jaśminowca. Nie było jej w rodzinnej posiadłości prawie trzy lata i czasami zastanawiała się, czy Julius albo jego żona nie kazali ich wyciąć. Tak samo zastanawiała się, czy Julius sprzedał jej berliński apartament, czy może pozwolił, by stał niezamieszkany przez nikogo. Przez cały czas żywiła w sobie nadzieję, że jeszcze kiedyś powróci do Berlina, na Friedrich-Wilhelms-Universität, że pewnego dnia osiądzie tam na stałe. Wygnanie, na które została skazana przez brata, bardzo jej przeszkadza – choćby nie wiadomo jak się starała, Francja nigdy nie będzie Trzecią Rzeszą. Paryż to nie tylko kara, ale również symbol jej porażki, pomnik pychy – gdyby tylko zachowała więcej ostrożności, może nikt nigdy nie wpadłby na jej trop, może nie musiałaby teraz spierać się z myślą, że zawiodła, że przez jej głupotę ostatni człowiek, którego przysięgła zabić, ten  n a j w a ż n i e j s z y,  w dalszym ciągu żyje, a co więcej – być może w ogóle kara go ominie. Jedyne, na co mogła liczyć, to to, że dowódca przeklętego przez nią oddziału zginął gdzieś na polu walki.
Jej pozostało jedynie zgorzknienie.




Ciekawostki

Znaki szczególne: skrajny pedantyzm, niczym niewzruszona twarz, nigdy nie ściąga rękawiczek (pod nimi kryje zniszczoną ciągłym myciem skórę)
Języki obce: francuski, angielski, łacina - biegle w mowie i w piśmie
Mocne strony: sprzyjająca ambicji pracowitość; perfekcyjna umiejętność panowania nad emocjami; diabelna cierpliwość
Słabe strony: nerwica natręctw utrudniająca jej życie; wyniszczająca chęć zemsty; nikła tężyzna fizyczna

x absolutnie nie zdarza się, żeby Christina, będąc gdziekolwiek poza domem, ściągnęła rękawiczki. Nawet w sytuacjach, kiedy wymaga tego savoir-vivre - po prostu nie i już. Nawet w swojej posiadłości robi to bardzo rzadko, bo jedynie po to, by poddać je niezbędnej pielęgnacji

x dłonie kobiety są zniszczone ciągłym myciem i to o tyle mocniej, że sama komponuje sobie środki myjące, przez co są one szczególnie ostre dla skóry - ta z kolei jest szorstka, popękana i w wielu miejscach widać na niej małe ranki. Jest to głównym powodem tego, że uściski dłoni Christy zazwyczaj ją bardzo, bardzo lekkie.

x choć była uczona prezentować się tylko i wyłącznie w sukniach, jak na kobietę i arystokratkę przystało, w pracy, na ulicach Paryża, a czasami i w miejscach publicznych pokazuje się w spodniach, które ceni za wygodę. Wcale nie uważa, że kobiecie to nie przystoi.

x ma manię na punkcie czystości i symetrii: każdy przedmiot w jej otoczeniu powinien nie mieć na sobie ani grama brudu, każdy bukiet zawierać parzystą ilość kwiatów, półki  książkami również powinny mieć parzystą ilość książek, każdy przedmiot powinna charakteryzować symetria w każdym detalu - a to tylko jedne z nielicznych przykładów

x w obecności brudu i wszelkiego nieporządku jej idealne opanowanie zaczyna kruszeć - Christina robi się nerwowa, zagubiona, aż w końcu kompletnie bezbronna

x Christina zawsze dążyła do tego, by być najlepszą w nauce, a rodzinna tragedia sprawiła, że jeszcze bardziej zakopała się w książkach. Szybko stała się tytanem pracy, kończąc farmację z wybitnymi ocenami, a cztery lata później zdobywając stopień doktora w katedrze toksykologii. Jako że farmacja nie wystarczała jej do osiągnięcia zawodowego celu, równolegle ze studiami doktoranckimi uczęszczała na medycynę, z której dyplom uzyskała niedługo przed wyjazdem do Francji.


Uwagi do Mistrza Gry

Brak? Cudownie!


Ostatnio zmieniony przez Christina von Plettenberg dnia Pon Lip 03, 2017 11:38 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Christina von Plettenberg    Pon Lip 03, 2017 2:28 pm


Karta zaakceptowana!





WITAMY NA FORUM!

Życzymy dobrej zabawy i mnóstwa weny na ciekawe fabuły!
Na start otrzymujesz 700 punktów, które już od teraz możesz wydawać w sklepiku na ekwipunek lub przywileje.

Sklep zielarski w dzielnicy Opéra to dość dyskretne miejsce, w którym zdarzyło Ci się już załatwić kilka interesów - czy to osobiście, czy za pośrednictwem. Jego właścicielka, mimo że wydaje się być wyjątkowo otwartą osobą, wbrew pozorom potrafi milczeć, kiedy planujesz zakup nieco mniej niewinnych ziół...
Natomiast Lasek Buloński znajdujący się w Twojej dzielnicy przyciąga ciszą i spokojem - przynajmniej za dnia. Spacer w jego rozległych, ukrytych w cieniu drzew alejkach czasem przynosi Ci odrobinę wytchnienia po pracowitym dniu.

Jeśli zaś chodzi o nasze postacie NPC - nie wiesz zbyt wiele na temat Tobiasa Wolfmeyera, choć porucznik Solberg zdradził Ci kiedyś przez przypadek, że Wolfmeyera zawsze bardzo interesują wyniki Twojej pracy. Z kolei Pierre Lécuyer nie jest Ci w żaden sposób znany.



Arystokratyczne pochodzenie, bogactwo, a przede wszystkim miłość rodziny od samego początku wyznaczały rytm życia Christy, czyniąc je - poza kilkoma drobnymi rysami - wyjątkowo szczęśliwym. Dopiero noc, gdy zamordowano jej rodziców, rzuciła na dotychczasowe szczęście głęboki cień, zaszczepiając w Chriście potrzebę zemsty.
Podobno trucizna to broń kobiety, ale w rękach Christiny von Plettenberg zdaje się być jeszcze bardziej śmiercionośna. Choć Paryż stanowi dla niej wygnanie, nie ulega wątpliwości, że w chłodnych, ascetycznych murach posiadłości w Passy Christa nadal myśli o swoim ostatnim celu...
Czekanie się opłaciło, bo karta jest naprawdę cudowna, klimatyczna i dopracowana w każdym szczególe! Nie mogę się doczekać postów Christy, niech tylko nie otruje całego Paryża, więc z przyjemnością akceptuję i biegnij szybko do gry. <3


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Christina von Plettenberg    Wto Lip 04, 2017 12:40 am

Akceptuję!

Ambicje Christiny zdają się wytyczać koleje jej losów - chęć zdobycia uwagi ojca, pragnienie odniesienia sukcesu w nauce, a potem zemsta i ugruntowanie swojej pozycji w Paryżu; to wszystko wpłynęło na hrabinę w sposób znaczący, czyniąc ją jedną z najsilniejszych, niezależnych kobiet, a na pewno bardzo niebezpiecznych. Jednak ceną za to wszystko jest twarde, niewzruszone oblicze oraz nieco zatarta relacja z ostatnim członkiem rodziny. Czy posąg, który sama zbudowała, skruszeje z biegiem lat? A może stanie się jeszcze twardszy?
Świetna, świetna karta, z przyjemnością czytało mi się długą, ale treściwą i barwną biografię. Wszystko składa się w logiczną całość, a Christina wydaje postacią w pełni dopracowaną. Czekam żeby zobaczyć jej poczynania w grze, a szczególnie będę przyglądać się relacji z bratem. Leć do fabuły i baw się dobrze!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Christina von Plettenberg    

Powrót do góry Go down
 
Christina von Plettenberg
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: poza grą :: Archiwum :: Karty Postaci-
Skocz do: