IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Charles Fulton (już niedługo, już niebawem!)


Share | 
 

 Charles Fulton (już niedługo, już niebawem!)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
PisanieTemat: Charles Fulton (już niedługo, już niebawem!)   Nie Kwi 02, 2017 4:25 pm

Charles Fulton



Ivan Kozak

Dane osobowe

Imiona: Charles Edmund
Nazwisko: Fulton
Data i miejsce urodzenia: 7.01.1911 r., Kolkata, Indie Brytyjskie
Miejsce zamieszkania: Batignolles-Monceau, Paryż, Francja
Stan cywilny: Żonaty
Wykształcenie: Eton Collage, Royal Military Academy Sandhurst. Następnie kurs w Irregular Warfare School
Zawód: Pianista w "One-Two-Two".
Kapitan Special Air Service Brigade, L Detachment – w stanie spoczynku. Agent Special Operations Executive – radiotelegrafista.
Rodzina: Edmund (ojciec), Aude (matka), Albert (brat), Babette (siostra). Isabelle (żona), Dominic, Ian i Julie (dzieci)
Wzrost: 186 cm
Waga: 78 kg


Historia


Nowe Delhi, 1920 r.

Drzwi otwierają się gwałtownie; klamka uderza w ścianę, odkruszając kawałek tynku, zostawiając po sobie niewielkie (ogromne na poczuciu estetyki Aude) wgłębienie. Trzask jest na tyle głośny i nieprzyjemny dla ucha, że skupia uwagę wszystkich osób znajdujących się w pomieszczeniu; Charles uśmiecha się szeroko, prezentując ojcu najnowszą wyrwę w uzębieniu, zdając się w ogóle nie dostrzegać zmarszczonych brwi i niezdrowego bladozielonego odcienia jego twarzy.
– Amour de ma vie – głos Aude wychodzi naprzeciw przybyłemu, choć ona sama nie rusza się z miejsca, oparta jedną dłonią na wątłym ramieniu Charliego, który czuje jak kościste, ciężkie od drogich pierścionków palce matki zaciskają się coraz mocniej, grożąc pozostawieniem po sobie kolejnych sinych śladów na smagłym ciele. Uśmiech więdnie na jego ustach, zamieniając się w grymas, szybko niknący wraz z rozluźnieniem uścisku, kiedy tylko kobieta mityguje się, posyłając mu krótkie spojrzenie, tężejące z chwilą gdy unosi ciemne oczy z powrotem na męża.
– Źle spałeś? Wyglądasz okropnie, przepracowujesz się. Bijal mówiła, że wróciłeś chwilę przed piątą, mon trésor. Spotkanie u Thesigera przedłużyło się na całą noc? – złudna słodycz tonu nasila się z każdym kolejnym słowem składającym się na niewinne pytania, pod którymi Edmund ze zmęczeniem garbi zwykle sztywno spięte ramiona. Charles nic z tego nie rozumie, choć bezbłędnie wyczuwa, że matka jest wściekła; ręka na jego ramieniu zaczyna drżeć, widzi to kiedy odwraca głowę. Dlaczego tak złości ją to, że ojciec na prośbę wicekróla został dłużej w pracy?, chciałby zapytać, ale coś w jej zesztywniałej postawie mówi mu, że lepiej milczeć. Zielone, jadowicie zmrużone oczy dodają, że grzeczni chłopcy nie powinni odzywać się niepytani, gdy rozmawiają dorośli.
– Nie teraz, Aude. Proszę cię – nie przy dziecku, widzi w spojrzeniu ojca nieme ostrzeżenie, które nie wypada przekonująco, kiedy Edmund zwykle starannie udający, że nie rozumie słowa po francusku, teraz mówi z nienagannym akcentem, jak zawsze kiedy chce udobruchać żonę. – Chuck, zostawiłem ci przy boksie Darpana prezent. Mówiłeś, że potrzebujesz nowego malleta. Może zabierzesz Alberta i wytłumaczysz mu zasady gry? Ty w wieku czterech lat...
– Ćwiczyliśmy, zanim nam przerwałeś – wtrąca w połowie zdania Aude, patrząc na męża jak na coś, co kot wywlókł ze śmietnika, na co ten odpowiada spojrzeniem tak obojętnym, jakby kobieta była tylko przecinkiem na kartce. – Jak ma się nauczyć czegoś pożytecznego, skoro wciąż odrywasz go od nauki podobnymi głupstwami?
– Słyszałem, zaczęliście skoro świt. Dwie godziny tych katuszy, aż nadto wystarczy – w westchnieniu mężczyzny słychać irytację, której już nie stara się stłumić, tak samo jak gniewnego marsa na czole. Jego pobłażliwość względem żony ma swoje granice, nie przebiegające jednak przez miękki piasek jego życia, przekonań czy uczuć. Żadne wykroczenie przeciwko niemu samemu nie może go obrazić ani rozgniewać, uprzejma obojętność z jaką traktuje piękną Francuzkę jest powszechnie znana, co tylko podsyca jej gniew, spalając szczątki ich małżeństwa. Odkrycie jedynego czułego punktu męża jest więc dla niej małym zwycięstwem, z którego nie potrafi zrezygnować, chociaż płaci za nie Charles, będący słabością Edmunda, a zarazem tym mniej uzdolnionym synem niespełnionej artystki. Tym, który pomimo wielu godzin ćwiczeń wciąż nie potrafi zagrać czysto najprostszej melodii, choć czteroletni Albert radzi sobie z nią bez trudu, wprawiając matkę w szczery zachwyt, który rozmywa się nie zostawiając po sobie śladu, gdy tylko miejsce młodszego syna przy pianinie zajmuje starszy z chłopców.
– Dobrze. Idź, Charles – w końcu osiągnęła zamierzony efekt; Edmund stoi przed nią, blady i zmęczony, nie ma więc dalszej potrzeby odgrywania tej szopki, której celem, jak słusznie podejrzewał mężczyzna, wcale nie była nauka dziecka, a wyłącznie mściwa chęć wywabienia z łóżka sponiewieranego alkoholem niewiernego męża i rozpętania piekła. – Ale pilnuj Alberta, niech nie wchodzi do boksów, pamiętasz co stało się ostatnio?
Tak, maman – nie trzeba powtarzać mu dwa razy; uczucie ulgi rozlewa się po jego ciele, gdy wymyka się spod ręki matki, zamieniając jej perfumy na ostrą woń whisky dolatującą od ojca, który pieszczotliwie tarmosi mu włosy, gdy Charles mija go w drzwiach, obdarowując swojego wybawiciela pełnym wdzięczności uśmiechem.

Nowe Delhi, 1922 r.

– Jak to jest być ślepym, Charlie? – Babette siedzi na stogu słomy, dyndając pulchnymi nogami w powietrzu, nie spuszczając ogromnych oczu z brata zajętego szczotkowaniem lśniącej sierści gniadego wałacha. Często spędzają w ten sposób razem czas; Charles jest jedną z nielicznych osób nie niecierpliwiących się pod gradem wiecznych pytań dziewczynki, nigdy nie zbywa jej ciekawości, nie mówi, że nie ma czasu.  – Czy jak ktoś jest ślepy, to nadal może jeść? Łyżką czy tylko rękoma? Czy ślepym można podawać zupę?
Zamknij oczy i sprawdź przy obiedzie – parska krótkim śmiechem chłopak, wyobrażając sobie minę matki i chaos, który zapanowałby w jadalni, gdyby niezdarna Babe wcieliła jego radę w życie. Ponoć pierwszymi słowami dzieci zwykle są "mama" bądź "tata", ale Charles wcale nie byłby tego taki pewien, gotów założyć się, że w ich przypadku było to "savoir vivre". Ewentualnie "oui" i dopiero następnie "maman". Odwracając głowę w stronę siostry, widzi jak ta marszczy brwi, wyraźnie niezadowolona z odpowiedzi, która nie rozwiązuje dręczącej ją kwestii. – Jasne, że może. Nie tylko łyżką czy rękoma, ale też widelcem i nożem, Ettie.
– Nawet zupę?
Nawet zupę. Jeżeli nie trzęsą mu się za bardzo ręce – odkłada zgrzebło, sięgając po siodło; czynność ta wyraźnie przykuwa uwagę dziewczynki, odwracając jej myśli od jeszcze przed chwilą frapującej kwestii niewidomych.
– Gdzie jedziesz?
Nad staw. Z Nicholasem i Elle.
– Mogę z tobą?
Możesz – wydaje na nich wyrok Charlie, z trudem i cichym sapnięciem narzucając ciężkie siodło na koński grzbiet. Rodzice razem z Albertem wyjechali na weekend, nie widzi więc powodu żeby skazywać Babette na popołudnie w opustoszałym domu, gdzie za jedyne towarzystwo miałaby indyjską służbę, która odetchnie z ulgą, kiedy choć na chwilę uwolni się od nie milknącej, ciekawskiej pięciolatki. – Chodź tu, podsadzę cię.
Nie jest to łatwe zadanie, ale koniec końców dziewczynka siedzi w siodle, na które Charles wskakuje z właściwą sobie lekkością i obejmując siostrę ramionami, szturcha piętami boki konia.

Nowe Delhi, 1922 r.

Aude przez trzy dni zawodzi jak rasowa biała dama, następne pięć dni milczy. Edmund pije, wydając pomiędzy kolejnymi szklankami whisky suche polecenia, których treści nikt nie ma odwagi podważać, choć niektóre z nich są absurdalnym tworem rozpaczy i alkoholowych majaków, przez co dom pogrąża się w coraz większym chaosie. Albert nie do końca zdaje sobie sprawę z sytuacji, ale mimo to chłonie atmosferę smutku i żałoby. Odcięty od matki, która nie wychodzi ze swojej sypialni, szuka pocieszenia, wytłumaczenia?, u starszego brata. Wie tylko tyle, że Babette już nie ma - i że do nich nie wróci. Umarła. Kiedy pyta o to Charlesa, ten zaciska zęby tak mocno, że mięsień w policzku zaczyna mu drżeć, a oczy momentalnie wilgotnieją. "Utopił ją, utopił moje dziecko!" w uszach dźwięczy lament matki, przerywany krzykiem ojca nakazującym żeby się zamknęła. Nawet w tej sytuacji Edmund nie potrafi być dla Aude oparciem, stając się wyłącznie barierą oddzielającą Charlesa od szaleństwa kobiety; nie stać go jednak na wypowiedzenie jednego krótkiego zdania, które powinno paść z jego ust.
- To nie twoja wina, Charlie -  zamiast mężczyzny to Nicholas powtarza te pięć słów jak mantrę, jak zaklęcie mogące odegnać koszmar. Wciska przy tym drobną dłoń w rękę przyjaciela, gładząc ciemne włosy i obejmując w ciasnym uścisku wstrząsane szlochem ciało. "Moja, tylko moja", słowa giną wyszeptane w szyję Nicka, wyznaczając na niej mokrą ścieżkę z łez i smarków. Oczywiście, że twoja, myśli Appleyard, po czym dodaje:
- Nawet tak nie mów.
Bo czy to coś zmieni? Poczucie winy nikogo nie wskrzesi.

Londyn, 1923 r.

Londyn wita ich zacinającym deszczem i wiatrem szarpiącym poły ubrań. Jest zupełnie obcy i nieprzystępny, tak różny od ich domu i tak dalece odbiegający od wspomnień Charlesa, który w samym sercu Wielkiej Brytanii gościł do tej pory raptem trzy razy, towarzysząc ojcu w służbowych podróżach.
- Nie podoba mi się tutaj, chcę do domu - marudzi Albert, kurczowo łapiąc za oparcie fotela kierowcy i odmawiając opuszczenia samochodu, aż w końcu ojciec traci cierpliwość i wyszarpuje go ze środka, stawiając chlipiącego chłopca na chodniku niczym kolejną walizkę. Charles nie potrafi dziwić się bratu, podzielając jego uczucia i zazdroszcząc w duchu przywileju pięciolatka, którego nikt nie zgani za łzy znaczące delikatną dróżkę na pyzatych policzkach.
Oddałby wiele żeby mieć przy sobie w tym momencie Nicholasa, bez którego czuje się jeszcze bardziej osamotniony i niepewny, nie mając wsparcia w postaci zawsze spokojnego i cichego przyjaciela, będącego przez ostatnie dziesięć lat jego cieniem. Wie, że minie ponad rok zanim znowu się spotkają, co w oczach Charlesa urasta do rangi wieczności. Wspólnie pójdą do Eton Collage, które chłopcu wychowanemu na legendzie króla Artura jawi się już teraz jako jego własna wyspa Avalon.

Eton, 1927 r.

- La vieux Paris n'est plus... La forme d'une ville change plus vite, hélas!, que le cœur d'un mortel... - przerwa, słysząc ciche pochrapywanie dochodzące z okolic kolan, na których czuje ciężar ciemnowłosej głowy, której właściciel jeszcze przed parunastoma minutami zarzekał się, że chętnie pomoże w walce z nieszczęsnym tłumaczeniem tekstu, samemu najwyraźniej przegrywając bitwę i stając się ofiarą starożytnej mądrości mówiącej, iż nawet najlepsze wino wypite w zbyt dużej ilości następnego dnia zamienia się w okrutnego kaca. A tego najlepiej przespać, czego Nicholas jest jak najbardziej świadom. Tak samo jak tego, że termin oddania prac mija już za dwie godziny, a nienawidzący go (ze szczerą wzajemnością!) profesor będzie skrupulatny co do minuty. W tych okolicznościach nie stać go na miłosierdzie; dłoń jeszcze przed chwilą delikatnie błądząca pomiędzy miękkimi kosmykami włosów bruneta zamiera, a Nicholas nachyla się nad pobladłą twarzą, żałując tego ruchu dość szybko, gdy tylko woń nadtrawionego alkoholu dociera do jego nozdrzy.
- Charles, śpisz? - krzywi się, ciągnąc przyjaciela za włosy, raz-drugi-trzeci, aż ten nie unosi powiek, wlepiając w niego przekrwione spojrzenie niemal czarnych oczu.
- Oczywiście, że nie, Nico. Cały czas cię słucham - przypomina to bardziej jęknięcie, w którym nie da się niedosłyszeć niemego błagania o litość, spokój i porcję (nie)zasłużonego snu.
- Mam problem z tym fragmentem.
- Och?
- Nie słuchałeś.
- Dobrze, może na chwilę przysnąłem. Baudelaire tak na mnie działa, pokaż mi to - unosi dłoń, przechwytując od Nicholasa notatki sporządzone niechlujnym pismem, którego nie udało się wyplenić nauczycielowi kaligrafii i obrzuca je pobieżnym spojrzeniem. - Naprawdę masz z tym problem?
- Tak, nie każdy jest chodzącym słownikiem.
- Uczysz się francuskiego od jedenastego roku życia...
- Ty całe życie, nie licytuj się, tylko pomóż, francuski gagatku.

Londyn, 1930 r.

Ślub biorą późnym latem, zaledwie kilka dni przed wyjazdem Charlesa do Sandhurst. Isabelle wygląda zjawiskowo w białej sukni, której dopasowany krój nie zdradza przyczyny pośpiesznie i zupełnie niespodziewanie zawieranego małżeństwa. Oczywiście nie mają wątpliwości, że tajemnica niedługo wyjdzie na jaw, jednak nie ma to już najmniejszego znaczenia - dziecko otrzyma nazwisko Charlesa, wiążąc go z Isabelle w sposób, który nigdy wcześniej nawet nie przeszedł mu przez myśl.
Nie zastanawia się długo, gdy Nicholas przychodzi do niego. W wieku dziewiętnastu lat wizja małżeństwa nie jest zbyt jasna ani tym bardziej pociągająca, jednak nie potrafi odmówić. Nie myśli o przyszłości, nie wydaje mu się, aby kiedykolwiek miał zapragnąć stałego sformalizowanego związku z inną kobietą, dlatego też bez wahania wsuwa obrączkę na palec Isabelle, po czym całuje ją, odczuwając przy tym wyraźny dyskomfort.

Kair, 1941 r.

Oficerskie kasyno jest zadymione, gwar rozmów przetacza się przez stoliki, przy których siedzą mężczyźni z różnych jednostek armii brytyjskiej. Charles opiera łokcie na blacie, wyciągając dłoń po talię kart – po tygodniach spędzonych na wieczornej grze w pokera, umiejętnościami zaczyna przypominać zawodowego krupiera.
Bardzo znudzonego krupiera.
– Brygada Specjalna Służb Powietrznych, Oddział L – podekscytowany głos przebija się przez pozostałe, a jego właściciel niezręcznie przysuwa do stołu krzesło, na którego oparciu wspiera się ciężko. Widać wciąż cierpi po niedawnym urazie kręgosłupa, będącym następstwem nieudanego skoku z samolotu. Jednak nawet to chwilowe kalectwo nie hamuje energii Stirlinga, a wręcz zdaje się ją podsycać, podsuwając coraz to nowsze pomysły, którymi młody porucznik zasypuje swoich podkpiwających z niego kolegów.
Kolegów, którzy teraz wpatrują się w niego znad szklanek nędznej whisky, przetrawiając zasłyszaną wiadomość.
Nie, to przecież niemożliwe.
Żartujesz – przerywa ciszę Charles, przestając tasować karty i patrząc na Szkota z niedowierzeniem wyraźnie wymalowanym w ciemnych błyszczących oczach. Nie wierzy w to co słyszy. Nie wierzy, że Stirlingowi faktycznie udało się przekonać dowódców do planu utworzenia nowej, zupełnie innowacyjnej jednostki.
– Nie. A ty, mój szyderczy przyjacielu, figurujesz na liście jako jeden z czterech oficerów, których mi przydzielono – śmieje się David, szturchając ortopedyczną kulą nogę Charlesa. – Poza tym od teraz możecie mówić mi panie kapitanie.




Charakter

Pole opcjonalne, można zrezygnować z jego wypełnienia
.  

Ciekawostki

Znaki szczególne: Wieczny mars na czole, blizna pod lewym okiem. Uśmiech ujawniający defekt uzębienia - ukruszoną prawą jedynkę. Nieco zbyt sztywny chód, będący wspomnieniem po przebytej operacji.
Języki obce: Angielski (ojczysty), francuski (zaawansowany w mowie i piśmie), niemiecki (zaawansowany w mowie i piśmie). Hindi (bardzo dobry w mowie i dobry w piśmie), łacina (podstawy w mowie i piśmie).
Mocne strony: pamiętaj o realiach i nie czyń z postaci superbohatera
Słabe strony: wypisz słabe strony, minimalnie trzy

x randomowa ciekawostka numer jeden
x randomowa ciekawostka numer dwa
x randomowa ciekawostka numer trzy

Uwagi do Mistrza Gry

Brak? Cudownie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Charles Fulton (już niedługo, już niebawem!)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Krok Drugi :: Karty Postaci-
Skocz do: