IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Rue de la Félicité


Share | 
 

 Rue de la Félicité

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Rue de la Félicité   Sob Kwi 08, 2017 2:15 pm



Rue de la Félicité

Niepozorna uliczka zaraz na obrzeżach pierwszej dzielnicy nosi nieco ironiczną nazwę. Choć paryżanie często próbują skrócić sobie dzięki niej drogę do centrum Louvre, zazwyczaj nie kończy się to pomyślnie. Rue de la Félicité jest rajem dla drobnych złodziei i tej gorszej śmietanki towarzyskiej Paryża, a znajdujące się tuż obok kamienice zamieszkuje przeważnie biedota.
Za dnia można tu co prawda zobaczyć bawiące się dzieci czy prostych robotników skrytych za papierosowym dymem, ale wieczorem miejsce to przestaje wydawać się przyjazne. Łatwo stracić tu portfel... albo coś więcej.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Nie Sie 27, 2017 8:57 pm

Bonjour.
Młoda kobieta w drucianych okularach odpowiedziała mi tym samym, a ja – naiwny – uznałem, że to dobry początek. Mój francuski nigdy nie był dobry (urocze kłamstwa: ani mój, ani francuski, a już z całą pewnością nie dobry), w ostatnich dniach blednąc jak opalenizna zimą; pomyślałem, że byłoby dobrze go podszlifować.
Je m’apelle Janne. Janne Nykänen.
Popchnąłem palcem w jej stronę wymięte dokumenty, zgrabnie ignorując słowa kobiety; może pan rozmawiać ze mną po niemiecku. Nowa generacja Francuzów – nawet, jeżeli ich rodzice ubolewali, że rodzimy język zalewają germanizmy, oni sami z radością (pod przymusem) stawali się obywatelami Rzeszy. Odparłem, że jestem niepomiernie wdzięczny za złożoną propozycję, ale chciałbym poćwiczyć francuską konwersację.
Nie mam pojęcia, co w tamtym momencie strzeliło mi do głowy – może to wina niedawno nastawionego nosa, który przy każdym ruchu wciąż promieniował bólem? W każdym razie skutki były opłakane: stałem przed bankowym okienkiem, dukając zawzięcie et mon français…
Jakby tu wyrazić „przybladł”? I jak, do cholery, będzie „opalenizna zimą”?
Już przy pierwszych słowach kobieta wyglądała na delikatnie zdezorientowaną, więc – będąc na etapie blanc comme neige – porzuciłem nieudolne próby improwizacji, powracając do przygotowanej zawczasu wersji. W przetykanym cichymi westchnieniami monologu wyjaśniłem, że chciałbym sprawdzić mój solde, niemal pękając z dumy, że przypomniałem sobie właśnie to określenie – Bjørn wspominał kiedyś (wtedy wciąż naiwnie wierzył, że prędzej nauczę się języka na zasadzie kontrastu z niemieckim) o istnieniu we francuskim słowa balance; już-już zamierzałem go użyć, lecz wówczas urzędniczka pomyślałaby, że pytam ją o znak zodiaku.
Albo – o zgrozo – wagę.
Vous êtes à cette agence?, zapytała niepomna na moje wahania, kropelkę potu powoli pełznącą po skroni i pobladłą twarz. Czy należę do tego oddziału? Właściwa odpowiedź brzmiała non, ale postanowiłem rżnąć niemieckiego głupka. We Francji czasem się to opłacało.
Teraz tak.
Najwyraźniej nie podziałało. Kobieta z nadętą miną odsunęła z powrotem moje dokumenty, niecierpliwie – ale w przejawie dobroci po niemiecku – tłumacząc, że skoro nie jestem klientem tego oddziału, powinienem się udać do swojego. Bóg (i siedmioosobowa kolejka, która stanęła za mną wężykiem) mi świadkiem, że robiłem, co mogłem, byleby jej przekazać, że pieniędzy potrzebuję teraz, czas mnie nagli, ludzie zaczynają odczuwać irytację, a ona rusza się jak mucha w smole.
Naprawdę się starałem – dlatego kiwnąłem potulnie głową, żegnany przez pełne zadowolenia très bien kobiety, która wróciła do przekładania papierków z jednej kupki na drugą.
Rozmowa była zakończona, podobnie jak zawartość mojego portfela – już poza bankiem zajrzałem do niego z wahaniem, jakbym oczekiwał, że od ostatniej wizyty między skórzanymi przegródkami przybył mi jeden, dwa bądź tuzin przyjemnie szeleszczących banknotów. Nic z tego: odwiedziny w aptece pozbawiły mnie środków do życia aż do jutrzejszego poranka, kiedy to bogatszy w wiedzę na temat francuskiej bankowości w końcu wypłacę dość pieniędzy, żeby godnie nakarmić własnego psa. Dobiegający końca dzień przyniósł ze sobą stanowczo zbyt wiele emocji, papierowa torba wypełniona bandażami nieprzyjemnie ciążyła, a niemal kilometr, który dzielił mnie od najbliższego przystanku, potrafiłby odebrać radość życia nawet najbardziej zatwardziałemu optymiście. Drogę mierzyłem własnymi krokami, więcej uwagi poświęcając szarym płytom chodnika niż nielicznym przechodniom próbującym wrócić do domów przed nastaniem godziny policyjnej; nawet, gdybym dobrze znał miasto (nie znałem) i przykładał uwagę do ulic, w które skręcałem (nie przykładałem), z dużą dozą prawdopodobieństwa mógłbym zabłądzić.
I zabłądziłem.
W pewnym momencie światło latarni stało się skąpe, okolica wyludniona, a dotychczas czysty chodnik upstrzony rdzawymi plamkami czegoś, co do złudzenia przypominało wyblakłą krew. Zaskoczenie, które nagle wyparło cierpliwe odliczanie kroków, wyraziłem w prawdziwie fiński sposób – lekko unosząc (dla ścisłości lewą) brew i raczej niespiesznie rozglądając się po okolicy. Wąska uliczka, podupadłe budynki, czyjaś sylwetka niespełna kilkanaście metrów dalej – ledwie zdołałem pomyśleć, że mogło być znacznie gorzej, kiedy ta sama postać, której odległość ode mnie była jej największą zaletą, nagle zaczęła się zbliżać.
W pierwszym odruchu miałem zamiar zawrócić, niby to uświadamiają sobie, że nie zdjąłem czajnika z gazu – ale wtedy ciszę przerwało wypowiedziane po francusku pytanie, na które nie wypadało reagować ucieczką.
Ma pan może ogień? wystarczy, aby zatrzymać Fina w miejscu i zmotywować go do sięgnięcia do kieszeni spodni – cała sekwencja ruchów zakończona została wyciągnięciem w stronę pytającego zapalniczki, na której wierzchołku zatańczył niebieskawy, stanowiący najjaśniejszy punkt uliczki płomień.
A wszystko to w idealnej, pozbawionej słów ciszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Wto Sie 29, 2017 3:05 am

Nie mógł się powstrzymać.
Choć w sklepie z artykułami piśmienniczymi zaopatrzył się w kilka pięknych nowych stalówek, których jakość wykonania, trwałość materiału, twardość, a także rozmiar zdołał zaspokoić jego wygórowane oczekiwania w tej kwestii (był pod wrażeniem zarówno niezwykłej cierpliwości sprzedawcy, który chyba przez ponad godzinę (Grisha nie był do końca pewny czasu, jaki tam spędził) z pełnym spokojem mierzył się z każdym jego marudnym „nie tego szukam”, a także tego, jak szeroki wybór stalówek posiadał), tak nie mógł się oprzeć piórom, którymi dysponowała spotkana na mijanym targu gęś. Co prawda musiał za nie zapłacić ekstra, dodatkowo gęś całkowicie odmówiła współpracy i dość dotkliwie go uszczypnęła (właścicielka złośliwego ptaka uraczyła go zabawnie oburzonym spojrzeniem, kiedy określił gęś soczystym i bardzo wulgarnym epitetem), ale ostatecznie było warto – stał się właścicielem białych piór o wspaniałej stosinie i odpowiednio długiej dutce.
Poezja!
Co prawda od tego surowego stanu do nadającego się do pisania narzędzi piórom było jeszcze daleko, ale nie ostudzało to jego zapału w żaden sposób – nie mógł się doczekać już samego procesu hartowania i ostrzenia. Minęły całe wieki, odkąd pisał w podobny sposób: ostatni raz miał miejsce jeszcze przy Stepanie, który pokazał mu jak pisać gęsim piórem bardziej jako ciekawostkę, ale elastyczność tej formy przypadła mu do gustu na tyle, że przez pewien okres czasu ptasie pióro stanowiło rzeczywisty element jego pracy. Chętnie by do tego powrócił, nawet jeśli już wydał niemało pieniędzy na stalówki. Staromodny nie znaczy gorszy, prawda?
Z kieszeniami wypchanymi swoimi dzisiejszymi zakupami w drodze do domu zajrzał jeszcze do jednego z lubianych przez niego barów – dość obskurnego, ale za to pełnego rozmaitych osobistości: od różnych szaleńców, przez zapijaczonych weteranów wielkiej wojny, na pomniejszych przedstawicielach przestępczego półświatka kończąc. Najprawdopodobniej nie było to miejsce, które chciałby odwiedzić zwykły obywatel Paryża, bo za łatwo można tu było dostać w zęby, jednak Grisha cenił je za ogrom informacji, jakie mógł tu zasłyszeć, a także za to, że mógł się tu z kimś napić – picie do lustra średnio mu odpowiadało.
Dzisiaj jednak w barze panował raczej senny nastrój, niewiele się mówiło, każdy raczej był zajęty własną szklanką; choć wiele grupek zawzięcie coś między sobą szeptało, tak wbicie się w rozmowę graniczyło z cudem, zwłaszcza, jeśli nie było cię stać na postawienie wszystkim kolejki – Grishy nie było stać, na swoje dwie marne szklaneczki wydał resztę pieniędzy, jakie miał ze sobą, co raczej skazywało go na samotność albo towarzystwo nudnych ludzi. Wolał już przedwcześnie opuścić lokal.
Okolicę znał dobrze, doskonale wiedział, którymi uliczkami podążyć, żeby jak najszybciej do siebie trafić. Najszybciej w teorii, zakładając, że nikt go po drodze nie zatrzyma, nikt nie uszkodzi i że w ogóle będzie w stanie o własnych siłach dotrzeć do swojego mieszkania. Na niektórych ulicach było po prostu niebezpiecznie i pamiętanie o tym naprawdę dobrze by mu zrobiło – zwłaszcza jego nieobitej twarzy i niepołamanym kościom. Liczenie na łut szczęścia czasami zakrawało na naiwność, szczególnie, że społeczeństwo francuskie tylko biedniało, tym samym stając się bardziej łase na cudzą własność. Prawdopodobnie wypite dwie szklaneczki wódki napełniły go zbytnim optymizmem odnośnie bezpiecznego przejścia, którego musiał się pozbyć wraz z dotarciem na rue de la Félicité: przy końcu uliczki zamajaczyła mu grupka osób, których jazgot i wyłapane w nim przekleństwa, a także specyfika rozmowy pozwoliła mu stwierdzić, że wolałby nie wdawać się z nimi w żadną rozmowę. Przynajmniej nie sam. Przystanął na moment i rozejrzał się wokoło, wypatrując idealnej okazji, pretekstu czy też po prostu frajera, który dostanie po głowie zamiast niego – tak miał plan. I po chwili okazało się, że jakieś tam szczęście faktycznie ma: kilkanaście metrów za nim ktoś szedł. Półmrok pozwolił mu stwierdzić, że był to mężczyzna, a więc do jego planu nadawał się idealnie. Grigoriy wyjął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów i pewnym krokiem podszedł do nieznajomego.
Ma pan może ogień? – zapytał zupełnie niewinnie, z uwagą patrząc na nieszczęsnego przechodnia, z którego zamierzał zrobić kozła ofiarnego. Dopiero dłuższe przyglądanie się jego twarzy uświadomiło Grishy, że go kojarzy. Choć nie miał na sobie esesmańskiego munduru, bez wątpienia wyglądał na Rycerza z Le Dome, który stanął w obronie dwóch prostytutek. I który był świadkiem jego przypadkowego rozlania piwa. Lykov zmrużył lekko oczy w zastanowieniu, zaraz jednak przywołał na usta lekki, całkiem sympatyczny uśmiech, każący Finowi (na pewno był Finem, przyjrzał się przecież jego mundurowi w piwiarni) oddalić podejrzenia o niecnych zamiarach, jeśli takowe miał. Zresztą, on pewnie też go kojarzył jako tego kelnera, niezdarę, raczej bezpieczne towarzystwo w niebezpiecznych uliczkach.
Pochylił się nad wyciągniętą w jego stronę zapalniczką, już po chwili wypełniając płuca pierwszą porcją dymu.
Dziękuję – mruknął, prostując się ze wzrokiem utkwionym w mężczyźnie. – Jeśli mogę się zrewanżować… – obdarował go kolejnym nienachalnym uśmiechem i wyciągnął w jego stronę pomiętą paczkę z papierosami. Grisha co prawda zakładał, że skoro Fin dysponował zapalniczką, to papierosy pewnie też ma, ale to nieważne – liczyło się to, że może go zagadać, skłonić do dalszego kontaktu. – Wygląda pan, jakby zgubił drogę – stwierdził po chwili, znacząco lustrując go wzrokiem. Pewne zagubienie na twarzy nieznajomego było aż nadto widoczne, a jego ubrania wyglądały naprawdę porządnie, może nie drogo, ale zdecydowanie schludnie. Zbyt schludnie jak na podobne ulice. Grigoriy ze swoją pomiętą koszulą, wyświechtanymi spodniami i butem z odklejającą się podeszwą na pewno o wiele bardziej wpisywał się w wizerunek przeciętnego obywatela, którego konieczność korzystania z kartek dotknęła równie mocno, co mieszkańców tej ulicy, a Fin takiego nie przypominał. Niestety czy stety – miało się wkrótce okazać.
Właściwie to lada chwila, gwar wulgarnych rozmów nagle przycichł, za to głośniej dało się słyszeć odgłos kroków za jego plecami, a po kilku sekundach:
Dobry wieczór, panowie. – Przymilny, zachrypły męski głos sprawił, że Grisha odwrócił się do niego przodem, już po chwili doliczając się sześciu otaczających ich mężczyzn. Cóż, kiepsko, ale w obecnej sytuacji dotknie go najwyżej gniew połowy z nich, nie całości. Chyba, że odpowiednio pokieruje rozmową i w szpitalu zagości tylko jedna osoba – Fin. – Chcieliśmy wybrać się na szklaneczkę czegoś mocniejszego, ale brakuje nam nieco gotówki… może panowie nas wspomogą? – Nieznajomy, który ich zagadał, facet z twarzą rasowego kryminalisty, może i brzmiał uprzejmie, ale to tylko kwestia czasu: jego wypowiedź aż nazbyt wyraźnie brzmiała jak „wyskakujcie z całej kasy, jaką przy sobie macie i lepiej zróbcie to szybko” – Grisha bez problemu wyczytał to z jego oczu, które błyszczały groźnie. Nie pozwolił im długo czekać na odpowiedź:
Bardzo bym chciał, drodzy koledzy, sam wracam z baru!, gdzie jednak wydałem ostatnie pieniądze. – Zachwiał się lekko na nogach, jakby wypił więcej niż w rzeczywistości i zrobił smutną, autentycznie przejętą minę. – Ale może mój kolega was wesprze! – ożywił się zaraz, spoglądając na Fina. Wyglądał na takiego, co ma przy sobie nieco gotówki. Zegarka u niego nie zauważył, zegarek też mógłby ich uratować, ale może ma odpowiednio wypełniony portfel, by sprostać oczekiwaniom rabusiów.
Oby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Sro Sie 30, 2017 10:00 pm

Nie można nie zakochać się w Louvre – niekoniecznie nie w samym centrum dzielnicy, opanowanej przez małżonki niemieckich włodarzy biegających od jednego salonu piękności do kolejnego, lecz w części południowej, gdzie wąskie średniowieczne uliczki stają się ciemne i spokojne, czasem niemal zastygłe w zamierzchłości minionych wieków. Jedynie galerie sztuki oraz butiki, równie liczne co odwiedzające je klientela, przypominają na każdym kroku, że nie jest się w biednej, paryskiej dzielnicy; pomimo tłumów, zwykle nikt nie przeszkadza Finom w spokojnym przechadzaniu się i zatapianiu w marzeniach o tym, żeby było ich stać na mieszkanie w podobnym do pałacu hôtel particulier lub (co bardziej prawdopodobne) na renesansowym, brukowanym dziedzińcu. Była tu nawet przyjazna psim wyprawom uliczka handlowa, udająca z powodzeniem, że jest częścią przedwojennego Paryża – znajdowały się tu prawdziwe boulangeries, jedna charcuterie i sklep z serami, do którego trafiałem wyłącznie dzięki subtelnemu smrodkowi dojrzałego gruyère.
To właśnie w pobliżu płynącego camembertem i brie królestwa natknąłem się na niespodziewaną przeszkodę w późnowieczornej wędrówce na przystanek – mój oponent zmaterializował się z półmroku obskurnej uliczki, zatrzymując pospieszny i wcale niezagubiony pochód na samym środku chodnika tak wąskiego, że bardziej przypominał krawężnik. Kiedy zapytał o ogień, niczego nie podejrzewałem. Kiedy postawił w moją stronę jeszcze jeden krok, lgnąc do niebieskawego płomienia jak ćma, dobrodusznie sądziłem, że jest wyłącznie chorobliwym nikotynowcem, który przeobrazi się w kupkę suszonego tytoniu, jeśli natychmiast nie zapali papierosa.
Kiedy dostrzegłem jego twarz – a raczej nieokrzesaną burzę ciemnych loków z powodzeniem imitujących uczesanie córy Forkosa – po raz kolejny przekonałem się, że Paryż nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. W liczącym ponad milion mieszkańców mieście przez parę ładnych lat mógłbym spotykać pulę ludzi, z którymi nigdy wcześniej nie miałem styczności i na których nigdy później bym się nie natknął – więc dlaczego patrzyłem teraz w upstrzoną pieprzykami twarz gapiowatego kelnera z Le Dome, który garsońskimi zdolnościami nie przewyższał wędzonego dorsza? To spotkanie, choć (pozornie) nieszkodliwe, niosło ze sobą rozmazane obrazy Biernachtu – ja z kolei wolałem nie powracać wspomnieniami do tamtej nocy, w reminiscencji zgiełku, rozlanego na norweski mundur piwa, jednego niecelnego strzału i zbytecznej uwagi, jaką mi poświęcono, nie odnajdując niczego, co warto rozpamiętywać. Jednak za własną niedolę mogłem winić wyłącznie siebie (i nagły poryw dobroci skłaniający mnie ku dzieleniu się ogniem – patrzcie państwo, fiński Prometeusz): wystarczyło nie zapuszczać się w okolice, w których biedujący paryżanie dzielą czas między zabijanie się nawzajem i próby zabijania okupantów. Po nieudanej batalii w banku pragnąłem jedynie jak najszybszego powrotu do mieszkania, psa oraz lodówki, gdzie z puszki zagęszczanej zupy machał do mnie kanon niemieckiej urody: bawarska Helga z ogórkiem w dłoni. Być może ciągle byłem w lekkim szoku wywołanym równie nieoczekiwanym spotkaniem z kwiatem paryskiego kelnerstwa, ponieważ – dostrzegłszy wyraźnie udręczoną egzystencjalizmem paczkę papierosów – pomyślałem: a dlaczego by nie zapalić?
Byłem już w czyśćcu. Równie dobrze mogłem iść na całość, cierpliwie wysłuchując mijających się z celem prób zagadnięcia Fina.
Wygląda pan, jakby zgubił drogę.
Wypuściłem głośno powietrze nosem, unosząc przy tym – dla odmiany – prawą brew, zupełnie jak gdybym usłyszał wyjątkową niedorzeczność, coś w stylu Napoleon Bonaparcie lub Jean-Paul Merde. Zawsze wyglądam, jakbym właśnie się zgubił. Albo jakbym czegoś szukał, nie do końca wiedząc, czego dokładnie – w każdym razie z tym samym, nieodmiennie miernym skutkiem.
Non – wymamrotałem z westchnieniem, jakbym chciał zdmuchnąć muchę z kołnierzyka wymiętej koszuli kelnera. – Nie zgubiłem.
Kłamstwo łatwo przeszło przez nawykłe do łgarstw usta, zatrzymując się i osiadają dopiero na filtrze papierosa, którego wykradłem z kelnerskiej paczki. Smak tytoniu, duszący dym, choroba płuc i kaszel stanowiły marną rekompensatę za utratę kilku wyjątkowo cennych minut dla kogoś, kto po Paryżu porusza się wyłącznie dwoma liniami tramwajowymi – a i tak czasem gubi drogę. Na dobrą sprawę w uświęconym momencie odpalenia papierosa moglibyśmy się pożegnać, bez słowa rozchodząc w swoje strony i po cichu licząc, że kolejne spotkanie nie zostanie podlane kuflem piwa wylanym na mundur.
Niestety, jak to w moim życiu bywa, po wdepnięciu w jedno merde, wpadałem w cały jego zbiornik.
Tytoniem wciąż nagradzałem język za wysiłek kilku słów, które w równie krótkim czasie padły z moich ust, kiedy za plecami kelnera – a zatem w linii prostej mojego spojrzenia – rozległo się echo kroków, cichnący gwar rozmów, dotychczas dość skutecznie wykluczanych przez fińską umiejętność subiektywnego odbierania bodźców, oraz słowa, wraz z którymi ciemna uliczka wypluła kilka męskich sylwetek.
O jakieś sześć za dużo, stwierdziłem, gdy jeden z mężczyzn rozpoczął swój popisowym monolog, obtaczając go w grubej panierce fałszywej życzliwości – być może groza zaistniałej sytuacji wywarłaby na mnie większe wrażenie, gdybym bardziej skupił się na wydźwięku padających słów, a nie (dość nieudolnej) próbie zrozumienia ich treści. Szybka wymiana zdań z kelnerem, na wskutek której nagle znalazłem się w centrum zainteresowania sześciu par oczu o bystrości budowlanych cegieł, skłoniła mnie do przyznania przed samym sobą, że ktoś właśnie wywrócił świat na drugą stronę i przypiekł go jak grzankę.
Cisza, groza, sekundy wyczekiwania – i jeden Fin, który mocniej przytulił do siebie papierową torbę z bandażami.
Nie rozumiem – odparłem ze spokojem, zupełnie jak lodowiec zatapiający zbyt poufałą postawę przemawiającego wyrostka. – Mon français est merdique.
Powiodłem niewinnym spojrzeniem po twarzach zebranych, spisując na straty ledwie odpalonego papierosa – ostatnie zaciągnięcie się, ostatnie napełnienie płuc dymem, ostatnie spojrzenie na kelnera, którego mimowolnie i całkiem słusznie zacząłem winić za merde, w jakie właśnie wpadłem.
I w które zamierzałem go za sobą pociągnąć.
Ale może mój kolega wyjaśni nieporozumienie.
Gdyby ktoś zastanawiał się, jaki dźwięk należy do najmniej melodyjnych na całym świecie, to jest to bez wątpienia język niemiecki wypowiadany w samym sercu okupowanego Paryża. Po zmroku. W obskurnej uliczce. I towarzystwie Francuzów, którzy chętnie posiekaliby jakiegoś okupanta jak przygotowywaną na śniadanie bagietkę. W tym momencie, po batalii w banku i odbyciu tam śmiechu wartej rozmowy, irytacja bulgotała we mnie jak islandzki wulkan grożący erupcją – ale w przeciwieństwie do gór Islandii, zatrzymałem gniew pod powierzchnią, wypuszczając ledwie jeden, malutki strumyczek lawy, który przybrał formę niedopałka ciśniętego w stronę najbardziej rozmownego z mężczyzn. Wciąż tlący się papieros przemknął jak kometa tuż obok jego ucha i zniknął w ciemności, pozostawiając mnie z gryzącym dymem w płucach oraz świadomością, że w obliczu braku pieniędzy i tak byśmy dostali cięgi.
Więc nie zostało mi nic innego, jak tylko przyjąć je z klasą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Pon Wrz 04, 2017 1:46 am

Non. Nie zgubiłem się.
W odpowiedzi również i prawa brew Grigoriya uniosła się, zupełnie jakby usłyszał coś tak niedorzecznego jak „wódka najlepiej smakuje na ciepło” czy „Kandinsky jest genialnym malarzem”. Przecież każdy wiedział, że wódka ma być zimna, a okropnych bohomazów Kandinskiego nie można nawet nazwać sztuką. Nawet czymś, co stało koło sztuki. Grishy przez myśl nie przeszło, żeby uwierzyć mężczyźnie – nie po tym, jak widział, z jaką miną rozgląda się po ulicy i nie po tym, że przecież zdawał sobie sprawę z tego, że ma przed sobą Fina, który na pewno nie porusza się po Paryżu swobodnie, a już z pewnością nie po podobnych uliczkach. Chyba że…
Jesteś fanem mocnych doznań? Czy samobójcą? – zapytał grzecznie swoim absolutnie perfekcyjnym francuskim, ale w spojrzeniu wyraźnie odbiła się kpina. Właściwie byłoby jednocześnie bardzo zabawnie i bardzo mało zabawnie, gdyby okazało się, że ma rację. Chcąc się ratować od oberwania, wybrał na swojego osobistego kozła ofiarnego kogoś, kto tylko wciągnie go w większe bagno. Kącik ust drgnął mu lekko, zanim ponownie zaciągnął się papierosem. To byłoby nawet smutne. Całe szczęście Fin nie wyglądał na kogoś udręczonego czy dziwnie podekscytowanego, ręce mu nie drżały, kiedy wkładał sobie do ust papierosa. Chyba po prostu stracił orientację w terenie wracając ze sklepu, jak wnioskował po owiniętej w szary papier paczce, ściskanej przy boku. Wcale się temu nie dziwił, był żołnierzem, nie szpiegiem – pewnie nikt nie kazał mu uczyć się topografii Paryża na pamięć, pewnie nie wychodził zbyt często daleko w miasto, pewnie miał kilka swoich stałych ścieżek, po których się poruszał, a zbaczając z nich, łatwo się gubił. Tak było i tym razem? Na dłuższy moment zatrzymał spojrzenie na pakunku Fina, ale nic nie powiedział – nie zdążył, zostali otoczeni.
Pierwsza linia obrony upadła bardzo szybko: fiński esesman w obliczu zagrożenia ze strony Francuzów, postanowił udawać, że zna francuski bardzo słabo i mówić po niemiecku. Niemiecku. Już chyba lepiej byłoby, gdyby udawał niemowę.
Cóż, okazało się, że odnośnie swoich wcześniejszych pytań odpowiedź brzmiała twierdząco na przynajmniej na jedno z nich. I to wcale nie było zabawne.
Słodko.
Grisha ledwie powstrzymał się, żeby nie zacisnąć ust w cienką linię i nie posłać Finowi piorunującego spojrzenia.
Na reakcję napastników nie musieli czekać długo: w ręce jegomościa, których ich zagadnął, momentalnie pojawił się nóż, a twarz wykrzywiła pogarda. O, i proszę bardzo, przypadek francuskiego patrioty.
– No, panowie, trafił nam się Niemiec! – splunął esesmanowi pod nogi, obracając ostrze w palcach. Nienawiść nagle ich zalała i Grisha zorientował się, że jeśli czegoś natychmiast nie wymyśli, może być naprawdę kiepsko. Wręcz tragicznie, bo nienawistne spojrzenia z jakiegoś powodu obejmowały także i jego. – Co on powiedział? – rabuś utkwił w Rosjaninie wzrok pełen nieskrywanej niechęci. Czyżby żaden z nich nie znał niemieckiego? Oj jak przykro… bo on również. Grigoriy zrobił szczerze bezradną minę i rozłożył ramiona.
Nie mam pojęcia, nie znam niemieckiego. Do tej pory rozmawiałem z nim w jego tragicznym francuskim, choć rozmawiałem to chyba zbyt duże słowo, raczej: próbowałem rozmawiać. W każdym razie, przed panami chyba wstydzi się odezwać. Zresztą, nic dziwnego, bo mają panowie przed sobą najprawdziwszego Fina!
Fina? – mężczyzna z nożem nie wydawał się być przekonany, ale Grisha nie tracił rezonu.
No Fina, z Finlandii. Jego rodzina prowadzi małą knajpkę na obrzeżach Reuilly, nie słyszeliście o fińskim pubie? Sprzedają całkiem niezłe piwo. Ale nie polecam przychodzenia tam, kiedy on kelneruje, bo nie dość, że nie dolewa po sam brzeg, to jeszcze rozlewa – pokręcił głową ze zniesmaczeniem, głośno wzdychając. – I kompletnie nie radzi sobie z pianą w piwie, a przecież piana jest najważniejsza! – ciągnął swój wywód dalej, kontrolnie spoglądając na miny otaczających ich Francuzów. Choć nie wydawali się do końca przekonani i tak po chwili usłyszał coś, na co tylko czekał:
Dobra, zamknij się już – burknął w końcu dowodzący tą bandą rabuś, po czym machnął ręką na swoich towarzyszy: - Przeszukajcie ich. – I cóż, może nie oberwą za niemiecki, ale w dalszym ciągu mogą oberwać za brak gotówki do odebrania. Grigoriy ze spokojem patrzył, jak na bruku przed nim ląduje zawartość jego kieszeni: stalówki, cztery piękne pióra (niech się nie połamią, niech się nie połamią), a także marne drobne, jakie mu zostały po wizycie w pubie. Z Finem sprawa miała się o tyle gorzej, że nie miał on nawet tych marnych drobnych – był goły jak święty turecki. Wydający rozkazy Francuz zmrużył oczy, kiedy zobaczył wyniki przeszukiwania i zaczął uważnie lustrować ich spojrzeniem. Grisha westchnął wewnętrznie nad tym, że nie uda mu się jednak uniknąć pobicia. Złego kozła ofiarnego wybrał.
Ściągaj buty – odezwał się znienacka rabuś, ze wzrokiem utkwionym w esesmanie. – I koszulę, masz ładną koszulę.
Czy on właśnie postanowił pozbawić Fina ubrań? Zagubionego i zdezorientowanego, tuż przed godziną policyjną? Kąciki ust Grishy niekontrolowanie drgnęły, ale wystarczyło, by mężczyzna zwrócił się i do niego, by mu przeszła ochota na śmiech.
Ty też wyskakuj z koszuli. Dziurawych butów nie chcę. – Zawahanie Lykova nie trwało długo: ostatecznie lepiej jest w całkiem ciepły wieczór stracić koszulę niż życie. Dość szybko pozbawił się górnej części ubioru, odrzucając ją stojącemu najbliżej Francuzowi, po czym zerknął na Fina. Podporządkuje się temu dość niecodziennemu żądaniu czy zamierza się opierać? Grisha zaczął bardzo intensywnie myśleć o tym, żeby nie próbował fikać, bo złoszczenie swoich przeciwników podczas gdy ci mają zdecydowaną przewagę liczebną, jest po prostu głupie. Nie znał się na mentalności obywateli Finlandii, ale oni chyba raczej nie mają skłonności do bezmyślnej brawury… prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Pią Wrz 29, 2017 10:22 pm

Merde było pierwszym słowem, które mi przyszło mi na myśl, kiedy z półmroku zaułka wyłoniła się znajomo nieznajoma (nieznajomo znajoma?) twarz kelnera – czasem odnosiłem niejasne, choć w pełni uzasadnione wrażenie, że przyciągam nieszczęścia jak biała trufla świnie i był to właśnie jeden z tych momentów. Zimne powietrze w płucach oraz męski głos przekonały mnie ostatecznie, że jestem przytomny i nie mam żadnych halucynacji – naprawdę tkwiłem pośrodku nieznanej uliczki, zastanawiając się, w którym momencie wieczora podjąłem niewłaściwą decyzję i zaciekle wypierając myśl, że już etap opuszczania mieszkania skazywał mnie na przykre konsekwencje niezdrowej towarzyskości. Gdybym był dość odważny lub wystarczająco pijany, zadane przez kelnera pytanie zignorowałbym machnięciem ręki, a później powoli, acz sugestywnie wycofał się w tę samą stronę, z której przybyłem. Niestety w fińskim umyśle panował zamęt, na domiar złego spotęgowany przez rosnącą w zastraszającym tempie gęstość zaludnienia – zupełnie jakby wszyscy okoliczni mieszkańcy postanowili spotkać się akurat w tym jednym, ciasnym zaułku. Już podczas pierwszej wymiany zdań było tak, jakbym siedział na widowni, obserwując przekonującą grę aktorów – coś mówili, gestykulowali i wkładali mnóstwo energii w dobieranie odpowiednio hardych wyrazów twarzy, ja z kolei kiwałem niespiesznie głową w rytm padających z ust kelnera słów. Spośród ich nieustającego potoku wyłowiłem kilka znajomych i na swój sposób pocieszających: Fin, Reuilly oraz dodające otuchy w tych trudnych chwilach piwo – reszty mogłem się jedynie domyślać, z tych trzech znanych słów bez problemu składając całkiem sensowny i dość prawdopodobny sens kelnerskiej wypowiedzi.
Kretyński Fin, zakopcie go w Reuilly, postawię wam piwo.
Przecież Francuzi to logiczni ludzie, n’est-ce pas?
Oui, Bierschaum est essentiel.
W ciągu trzech miesięcy pobytu w Paryżu udało mi się zupełnie wymieszać niemiecki z francuskim i stworzyć pełną grudek lingwistycznych soupe à l’oignon. Nigdy nie było wiadomo, na co się trafi: na warzywo, grzankę czy może rozmiękłą mieszaninę jednego i drugiego. Gdy zaczynałem się plątać (zupełnie jak teraz), próbując wydobyć z podstępnych bagien niepamięci podstawową wiedzę o francuskiej gramatyce z umysłu przesiąkniętego językiem fińskim, rozmowa mogła utknąć w martwym punkcie na kilka godzin – i gdyby nie żądanie wrogo nastawionego Francuza, pewnie tak by się stało.
Miałem pełne prawo sądzić, że znajomość języka obcego zaszwankowała po raz kolejny i że przywódca szajki wcale nie domaga się ode mnie dość strategicznej części przyodziewku – gdybym podczas trzech miesięcy spędzonych w Paryżu chociaż raz odwiedził burdel, polecenie zdejmij koszulę nie stanowiłoby dla mnie zagadki. (Nie)stety, nie odwiedziłem.
I jeśli wydarzenia dzisiejszej nocy potoczą się nieco mniej pomyślnie, niż zakładałem, nie zdążę odwiedzić.
Poczułem, że puls znacznie mi zwalnia – po raz pierwszy od kilku ostatnich minut. Nie byłem zachwycony wizją rozebrania się do legalnego minimum, jednak jeszcze mniejszy entuzjazm budziła myśl, że nad wyraz towarzyscy panowie chętnie mi z tym pomogą.
Merde, pieprzyć to wszystko. Udział w publicznym ekshibicjonizmie to jeszcze nie zbrodnia, prawda?
Na pierwszy ogień, zupełnie jakby czas miał zminimalizować poczucie straty, trafiły buty; ani myślałem schylać się do sznurówek i zaryzykować gimnastykę przeszywającym bólem w karku lub żebrach.
Poza tym przestało mi zależeć na dbaniu o skórzane czubki.
Dopiero po kilku sekundach, kiedy skarpetki – na całe szczęście pozbawione haniebnych dziur, przed którymi ostrzegała mnie matka – zetknęły się z brukiem, pozwoliłem sobie na prędkie zerknięcie w stronę kelnera, który dość sprawnie pozbył się własnej koszuli. W splątanej grzywie loków tkwiło nieco więcej otuchy niż w grymasie Wrogiego Francuza; przywódca szajki widząc, że dwójka napadniętych mężczyzn nie zamierza stawiać większego oporu, nabrał chamskiej pewności siebie.
Pech – najwyraźniej jeszcze nie miał okazji spotkać żadnego Fina, zwłaszcza takiego, w którym legendarne sisu płonęło równie zaciekle, co moje policzki, kiedy – po ostrożnym odstawieniu papierowej torby między nogi – zacząłem pozbywać się koszuli. Po zaciągnięciu się energetyzującym odorkiem nocy, zatęchłego zaułka oraz taniego alkoholu, mogłem powiedzieć wyłącznie jedno.
Connard…
Co, jak sądziłem, oznaczało mniej więcej męskiego waginalnego idiotę bądź coś równie obrazowego. Ważne, że zadziałało; przywódca szajki najwyraźniej uznał, iż musiał się przesłyszeć, bo wciąż stał w miejscu, nieszczególnie spiesząc się do dania mi w zęby – jedynie donośne co? świadczyło o tym, że dotarł do niego cichy, towarzyszący powolnemu rozpinaniu guzików pomruk.
Enculé – dodałem głośniej (jak na siebie) z pełną świadomością czyhających za rogiem konsekwencji; jeśli nazywasz ważącego dziewięćdziesiąt kilogramów mężczyznę osobą uprawiającą seks analny, nie oczekuj, że koszula będzie jedyną rzeczą, jaką stracisz. To bombardowanie obelgami zawdzięczałem francuskim sąsiadom, którzy każdego przedpołudnia urządzali prywatny, lingwistyczny seans co bardziej wyszukanych wyzwisk; prym wiódł staruszek mieszkający piętro niżej – samotnik, który wydawał się zajmować wyłącznie pokrzykiwaniem na miejscowe dzieciaki i karmieniem gołębi regularnie zbierających się na jego balkonie niczym entuzjastyczne, gubiące siwe piórka stowarzyszenie gruchającego drobiu.
Nie czekając, aż którykolwiek z rzezimieszków przyswoi to, co właśnie usłyszał, poderwałem papierową torbę z ziemi, wyrzucając z siebie po niemiecku krótkie, ale rzeczowe:
Ty, kelner. Biegnij!
Polecenie – niezwykle adekwatne do faktu, że sam sekundę wcześniej zrobiłem dokładnie to samo, wykorzystując pełne niedowierzania sekundy zawieszone pomiędzy co on powiedział?! a złamię mu kręgosłup przy samej dupie – nawet pomimo zerowej znajomości języka okupanta musiało zostać zrozumiane, choć na dobrą sprawę nie powinienem przejmować się losem towarzysza niedoli. Gdyby nie kelnerzyna i jego kretyńskie pytanie o zapalniczkę, dalej błądziłbym po paryskich uliczkach z obuwiem na nogach oraz koszulą na karku.
Tymczasem teraz?
Teraz walczyłem o własny honor.
Pétasse!
Jeśli ktoś kiedykolwiek zastanawiałby się, czy trudno jest jednocześnie biec po paryskim bruku w samych skarpetkach, wyrzucać z siebie obelgi barwne jak pelargonie i próbować nie zgubić torby pełnej opatrunków, gwarantuję, że…
Va chier imbécile!
… jest trudno.
W całym paśmie nieszczęść potrafiłem dostrzec wyłącznie jeden promyk nadziei; przynajmniej miałem na sobie połowę ubrania i bandaże, które – choć dalekie od koszulki – oplatały tułów z czułością. Poza tym nadal biegłem. Prosto, byle przed siebie, w stronę latarnianego światła i z walecznym enfant de pute! na ustach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   Nie Paź 15, 2017 1:50 am

ech, jaka kupa ._.

Chyba dawno nie dostał w łeb. Cały miesiąc wcześniej. Jednak naprawdę wydawało mu się, że wyczerpał już pokłady swojego niesamowitego szczęścia odnośnie cudzej chęci rozbicia mu nosa – kto by się spodziewał, że Francuzi to taki bitny naród? Może gdyby rząd wystawił do walki z Niemcami rynsztokowych rzezimieszków, sytuacja Francji przedstawiałaby się teraz zgoła inaczej?
Nie, marne szanse. W kupie każdy jest mocny, z przewagą liczebną na pewno łatwiej jest napadać na zwykłych, szarych obywateli Paryża niż walczyć na froncie wśród wszechobecnych odgłosów wystrzałów. Do tego nawet specjalnie nie trzeba mieć jaj. Aczkolwiek raczej wolał nie ujawniać się ze swoimi poglądami w tej kwestii, bo mogłoby się to skończyć o wiele gorzej niż obity nos i żebra. Fiodor na pewno byłby niepocieszony, gdyby jego fałszerz utknął w szpitalu na dwa tygodnie i przez przynajmniej dwa następne nie mógłby przygotować żadnego dokumentu. Smutek, żal i powrót do Związku Radzieckiego. To dopiero byłby pech.
Chociaż właściwie jeszcze nic straconego, nikt przecież nie powiedział, że z całego zajścia wyjdzie cało, że Francuzi nie postanowią ich pobić, bo tak, bo po prostu mają taki kaprys i w obliczu okupacji jest to ich sposób odreagowania. Znowu miał się nastawiać na łomot? Znowu? Jego plan nie szedł w dobrą stronę, Fin nie zachowywał się tak, jakby on sobie tego życzył, dlatego w tym momencie zamiast wpakować esesmana w niezłe bagno i samemu ze wszystkiego się wywinąć, musiał działać, by wyciągnąć ich obu z tej sytuacji, bo od teraz jeden ciągnął za sobą drugiego. Grigoriy powstrzymywał się, żeby nie zgrzytać zębami, musiał skupić się na swoim przedstawieniu jednego aktora, musiał ich przekonać, że nie są najciekawszymi celami i najlepiej będzie ich zostawić w spokoju.
Tylko czy dadzą im spokój, nawet jeśli bez gadania spełnią ich żądania? Ostatecznie ubrudzona farbami koszula to dość marne zastępstwo portfela. Sam na ich miejscu nie traktowałby tego poważnie… raczej jako wstęp do upokorzenia i sporego łomotu.
Jednak na pewno musiało jeszcze istnieć jakieś wyjście z tej sytuacji. Grisha zamilkł, w skupieniu analizując ich sytuację i położenie względem Francuzów. Może gdyby zaczął się wydzierać „pomocy!!!” usłyszałby ich jakiś patrol? Może gdyby wydzierał się po niemiecku, pofatygowaliby się nieco szybciej? Godzina policyjna jeszcze nie nadeszła, a będąc w towarzystwie esesmana raczej by go nie aresztowali… w zależności od tego, co powiedziałby im Fin. Nie miał jednak żadnej pewności, że jakikolwiek patrol znajduje się gdzieś w pobliżu, dlatego jego myśli zaczęły krążyć przy czymś zacznie bardziej realnym. I brutalnym. Mianowicie zaczął się zastanawiać, jakiej siły musiałby użyć, żeby wbić Francuzowi stalówkę w nogę. Byłoby to jego chyba najbardziej drastycznie posunięcie w karierze agenta GRU, ale naprawdę nie chciał zostać pobity do nieprzytomności na brudnej, paryskiej uliczce. Stalówka zresztą nie zrobiłaby Francuzowi żadnej krzywdy, ale za to przyniosłaby odpowiednio dużo zdziwienia i zamieszania, by mógł zarządzić ucieczkę.
Zerknął przelotnie na Fina, upewniając się, że postanowił on bez większych oporów dostosować się do poleceń rzezimieszków, ale zatrzymał na nim wzrok nieco dłużej, kiedy zobaczył, co takiego chował pod koszulą. Bandaże, połowa jego torsu była obwiązana bandażami. To chyba najlepiej tłumaczyło, dlaczego pojawił się na ulicach Paryża bez munduru – najprawdopodobniej nie przybył tutaj na służbę, ale na urlop, był rekonwalescentem. Jak bardzo powinien to ująć w swoim planie ucieczki? Czy on w ogóle byłby zdolny do wysiłku fizycznego? Grisha z trudem powstrzymał się od ciężkiego westchnięcia, zaraz z powrotem kierując spojrzenie na francuskich oportunistów.
Fin najwyraźniej jednak albo miał swój plan działania, albo w tej Finlandii całkowicie zmroziło mu mózg, bo zanim zdążył cokolwiek zadecydować, jego nowy towarzysz stwierdził, że w niewybrednych słowach zacznie wyzywać Francuzów.
Co do ch…
Nie zdążył jednak równie niewybrednie o nim pomyśleć, bo mężczyzna wydał polecenie, a Grisha zareagował na nie zupełnie automatycznie: rzucił się do biegu tuż za nim, napędzany wyobrażeniami, co zrobi im banda rabusiów, kiedy wpadną w ich ręce.
Zabije.
Ostatecznie to nic gorszego od tego, co zrobiliby im, gdyby sygnałem do ucieczki była stalówka w udzie dowodzącego Francuza, także nie czuł się specjalnie uprawniony do wydawania osądu na temat Fina – lepiej mu było skupić się teraz na gnaniu przed siebie, bo już słyszał, jak pozostawieni w tyle mężczyźni rzucili się w pogoń.
Rosnąca adrenalina skutecznie obudziła jego ciało na tyle, by mógł zrównać ze swoim tymczasowym kompanem w niedoli. Niczym burza wypadli z bramy na sąsiednią ulicę i pędzili dalej, nawet nie myśląc o tym, żeby zwolnić tempa. Grisha skupił się już tylko na odgłosach pościgu i szybkiemu tworzeniu w umyśle mapy sąsiednich ulic – skoro uciekają, dobrze byłoby, żeby wiedzieli, gdzie uciekają, a przypuszczał, że na Fina nie może raczej liczyć w tej sytuacji. Dlatego bez żadnego ostrzeżenia chwycił go za łokieć i pociągnął między budynki, by ciasnym przejściem dotrzeć na znajdujący się obok plac, z którego zaraz skręcił na rue du Caumartin – stanowczo zbyt długą, jak na jego płuca – a potem na des Marthurins, gdzie znajdował się słynny teatr o nazwie identycznej jak ulica. Zgodnie z jego przewidywaniami, obywatele Paryża tłumnie przybyli na jakiś dzisiejszy spektakl, który musiał skończyć się jakoś niedawno, bo ludzie tłumnie opuszczali budynek teatru, żeby zdążyć do domów jeszcze przed ciszą nocną.
Czyżby mimo wszystko dopisało im dzisiaj szczęście?
Rosjanin zgrabnie wplątał się pomiędzy ludzi, na moment tracąc tempo, ale tylko na moment: kiedy znaleźli się odpowiednio blisko bramy, prowadzącej na podwórko pomiędzy kamienicami, znowu szarpnął swojego towarzysza za łokieć, licząc na jego rozsądek – chyba zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli chce nie trafić dzisiaj w ciężkim stanie do szpitala, to lepiej, żeby go słuchał?
Nie oglądając się więcej na ulicę, Grisha wśliznął się na podwórko i przycupnął w jedynym strategicznym miejscu: tuż za śmietnikiem. Towarzystwo średnio pachnące, po niemal nieustannym przebywaniu w perfumerii aż zmarszczył nos z obrzydzenia, ale nie było w pobliżu innego równie skłonnego zasłonić ich dwójkę miejsca. Choć od zapachu naprawdę chciało mu się wymiotować, z mocno zaciśniętymi ustami kucnął za jednym z kontenerów i utkwił wzrok w bramie, skąd w każdej chwili mógł wyjść pościg. W razie czego zawsze mogli wpaść do kamienicy przez znajdujące się kilkanaście metrów dalej drzwi na klatkę schodową, skąd z kolei mogliby znowu znaleźć się na ulicy, ale zwyczajnie musiał w końcu odsapnąć. Szaleńczy bieg ulicami Paryża sprawił, że paliły go płuca i lada chwila chyba byłby zmuszony je wypluć. Rzucił Finowi pytające spojrzenie, czy i on nie czuje się przypadkiem zmęczony tą ucieczką, po czym wrócił do obserwowania bramy. Czeka ich kolejny sprint czy może udało im się zgubić pogoń? Głośno oddychając, czujnie obserwował ścianę budynku, licząc na odrobinę więcej szczęścia, ale wtedy na jego ramię spadła jedna kropla deszczu, na nosie poczuł kolejną, a kilka następnych zgubiło się na plecach – po kilkunastu sekundach nie liczył już kropel, bo zaczęło regularnie lać.
Zamiast paskudnie przekląć pod nosem, Grigoriy zaczął niespodziewanie chichotać, bo całe to zdarzenie zaczęło być naprawdę absurdalne: półnagi uciekał ulicami Paryża z równie półnagim esesmanem, który dodatkowo nie miał butów; ukrywali się przed żądnymi ich odzieży paryżanami za śmierdzącym kontenerem na śmieci, zaczął padać deszcz, a jakby tego jeszcze było mało, to po chwili jeden z rzeczonych paryżan zajrzał właśnie na podwórko.
Grisha zamilkł i przytulił się do znajdującej się tuż za nim ściany, ale nie przestawał się uśmiechać i kręcić z rozbawieniem głową.
Pięknie, po prostu, kurwa, pięknie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Rue de la Félicité   

Powrót do góry Go down
 
Rue de la Félicité
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Louvre-
Skocz do: