IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Plac Louvois


Share | 
 

 Plac Louvois

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Plac Louvois   Sob Kwi 08, 2017 7:27 pm



Plac Louvois

Plac Louvois to niewielki fragment zieleni w samym sercu dzielnicy Gobelins, gdzie niemal każdego dnia można ujrzeć pogrążonego w lekturze paryżanina. Zaledwie ulicę dalej znajduje się Biblioteka Narodowa Francji, a wielu miłośników książek czy też odwiedzających ją studentów często wybiera położony tuż obok plac, gdzie nie trudno o odrobinę spokoju i świeżego powietrza.
W samym centrum placu znajduje się fontanna ozdobiona rzeźbami, które przedstawiają personifikacje czterech francuskich rzek - Sekwany, Garonny, Loary i Saony.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Pon Sie 28, 2017 9:00 pm

Była w pełni świadoma, iż było już naprawdę późno. Jakimś cudem czas zdawał się przeciekać jej przez palce, a ona nawet nie zwracała uwagi na przesuwające się wskazówki tykającego cicho zegara, zawieszonego na ścianie niewielkiego pomieszczenia na zapleczu biblioteki, gdzie spędziła ostatnie godziny pogrążona w dokumentacji zrzuconej na jej głowę przez pozostałych współpracowników. Musiała jednak przyznać, iż lubiła to poczucie pustki i otaczającą ją ciszę, która panoszyła się między regałami książek, gdzie każde skrzypnięcie podłogi czy starych mebli większość osób mogło przyprawić o zawał serca. Chociaż zazwyczaj, tak czy owak, Biblioteka Narodowa Francji należała do miejsc cichych i spokojnych, świadomość obecności innych ludzi nie pozwalała jej w pełni cieszyć się roztaczającą się wokoło aurą. Teraz jednak, gdy gasiła stojącą na biurku lampkę, wyciągała z torebki czerwoną szminkę, przeciągając nią lekko po swoich wargach i spryskiwała szyję oraz nadgarstki perfumami, które kupiła jakiś czas temu jako drobny prezent dla samej siebie, zaczęła zauważać, iż wszystko wokoło było tak ciche, iż niemalże była w stanie usłyszeć wibrowanie atomów, z których składała się każda umieszczona w pobliżu rzecz.
Mechanicznymi, wyuczonymi ruchami, przecięła pogrążone już w ciemności pomieszczenie, upewniając się, iż każda teczka i skrawek papieru znalazły się na swoim miejscu, przewiesiła przez ramię torebkę, z której chwilę wcześniej wyciągnęła pęk kluczy. Ich brzęk rozniósł się po opustoszałej bibliotece echem i zdawał się być o wiele głośniejszy niż zazwyczaj, tak samo jak stukot jej obcasów na drewnianej posadzce i chrobot zamka w drzwiach, gdy zamykała je za sobą, ruszając następnie do wyjścia.
Ciężkie, drewniane drzwi, o dziwo zamknęły się za nią z cichym kliknięciem i Madeline zatrzymała się u szczytu schodów, patrząc na uśpione miasto, które teraz przykryte było płaszczem ciemności. Uliczne latarnie zgaszone zostały jakiś czas temu i jedynie w nielicznych oknach kamienic paliło się jeszcze blade światło świecy bądź lampki, przy którym lokatorzy być może spożywali ostatni posiłek, czytali książkę lub gazetę, albo rozmawiali ze sobą, starając się zachować pozory normalnego, majowego wieczoru. Wciągnęła głęboko do płuc ciepłe powietrze, które jednak wywoływało na jej skórze gęsią skórkę. Choć za dnia temperatura była dość wysoka, późne wieczory potrafiły jeszcze przynosić ze sobą lekki chłód, a teraz, gdy zerkała na oplatający jej nadgarstek zegarek, docierało do niej, iż było naprawdę późno, a ona sama w drodze do domu, którą niestety musiała już teraz pokonać na pieszo, mogła wpakować się w tarapaty.
Ta myśl przyniosła na jej usta lekki uśmiech. Uniosła głowę w górę, zauważając, iż bezchmurne niebo obsiane było gęsto złocącymi się na granatowym tle gwiazdami. Konstelacje były tutaj widoczne o wiele lepiej niż w Londynie, który pamiętała jeszcze jako rozświetlony światłem lamp, nawet w środku nocy.
Dobrze wiedziała, że nie ma wyboru. Musiała wrócić do domu, nawet jeśli natknięcie się na patrol wydawało się bardzo prawdopodobne. Ostatni raz zerknęła do swojej torebki, upewniając się, że ma przy sobie dokumenty, po czym powoli zeszła po schodach, obierając kierunek, który miał zaprowadzić ją do jej mieszkania. Skoro i tak przekroczyła już godzinę policyjną, wychodziła z założenia, iż nie ma potrzeby, aby się spieszyć. Być może ryzykowała wiele, będąc zbyt pewną siebie oraz przekonaną, iż w jakiś sposób udałoby jej się wybrnąć z natknięcia się na patrolujących uśpione ulice Niemców, jednak nie potrafiła zaprzeczyć samej sobie, iż część jej właśnie na to liczyła. Na spotkanie kogoś, kogo przecież powinna się obawiać. Na możliwość przekonania się o własnych umiejętnościach i możliwościach, których jeszcze w pełni nie miała okazji wykorzystać.
Z każdym krokiem zaczynało być jej coraz chłodniej, lekki wiatr owiewał jej sylwetkę i kobieta na moment objęła się ciasno ramionami, przeklinając w myślach samą siebie za to, iż wychodząc po południu do pracy nie przewidziała tego, iż spędzi w niej odrobinę więcej czasu niż zazwyczaj. Westchnęła ciężko, przyspieszając trochę kroku i jednocześnie otwierając torebkę, z której wyciągnęła jednego papierosa oraz zapalniczkę. Wsadziła go między pokryte czerwienią wargi i spróbowała zapalić. Niestety, bezskutecznie, trzymana w dłoni zapalniczka zdawała się odmawiać jej posłuszeństwa, nie chcąc wykrzesać z siebie chociażby najmniejszego płomienia, który znacznie umiliłby jej nocy powrót do domu.
- Merde – rzuciła pod nosem, choć słowo zostało znacznie zniekształcone przez usta wciąż uporczywie zaciskające się na papierosie, którego nie zamierzała sobie odpuścić. Zbyt zajęta próbą uruchomienia zapalniczki oraz pewna tego, iż o tej porze nie napotka na swojej drodze ani jednej żywej duszy, Irving nie zwracała jakiejkolwiek uwagi na drogę przed sobą, co poskutkowało tym, iż w pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie, poczuła, jak wpada na coś, co swoją teksturą przypominało inną osobę. W efekcie niedziałająca tak czy owak zapalniczka upadła z cichym brzękiem na ziemię. Madeline zajęło chwilę, zanim zorientowała się, iż było już dobrze po godzinie policyjnej i człowiek, na którego właśnie wpadła przez własną nieuwagę mógł być albo kimś, kto podobnie jak ona znalazł się w miejscu, w którym nie powinno go być, albo niemieckim funkcjonariuszem, który w tym momencie prawdopodobnie dziękował losowi za to, iż jego noc została urozmaicona podesłaniem mu pod nos kogoś, na kim mógł próbować wyegzekwować swoją władzę. Bez względu na to, co miała ujrzeć, podniosła wzrok w górę, cofając się odrobinę, z papierosem o dziwo wciąż tkwiącym między zębami oraz wyrazem zaskoczenia wymalowanym na twarzy, które w rzeczywistości miało jedynie skrywać nutkę zadowolenia, iż i dla niej wieczór ten miał przybrać zupełnie inny obrót.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Pią Wrz 01, 2017 1:59 am


— 1.


___Paryż tonie w mroku.
___Noc okryła swym płaszczem wyludnione ulice miasta okropnej rzeczywistości, w której odnaleźć się nie potrafię, w której nie mogę oddychać, w której dogorywam niczym ranne zwierzę trafione śmiertelną kulą, wyczekujące niecierpliwie ostatniego tchnienia, podążające wprost na spotkanie śmierci, jednak — może za sprawą życiowej ironii — rozmijające się z pragnieniem gwałtownego końca. Czuję rytmiczne uderzenia serca; narząd pozostaje pozornie żywy, tłukący bez grama delikatności o doświadczone wschodnim frontem żebra, irytująco wręcz spokojny, chociaż od dawna pozbawiony jakichkolwiek ludzkich odruchów, które mogłyby poświadczyć istnienia człowieczeństwa w skorupie kości oraz mięśni, jaką stało się moje ciało i niewiele brakuje, bym niezauważalnie wygiął ku górze kąciki ust. Jestem jedynym, którego nie zwiedzie unosząca się ku górze klatka piersiowa, powietrze wydmuchiwane przez nozdrza czy palce zaciskające się podświadomie w pięści, ilekroć zbyt głośny dźwięk zburzy ład krótkotrwałej harmonii dnia i wraz z każdym krokiem, kiedy posuwam się brudnym chodnikiem przed siebie, nie dbając nawet o to, dokąd właśnie podążam, jest mnie coraz mniej. Wypełniony pragnieniami, których zaspokoić nie zdołam pośród paryskich mas, gdzie morduję samym tylko spojrzeniem, pozbawiony bezkarności będącej teraz przyjemnym wspomnieniem wojny, jaką zmuszony byłem porzucić dla tego, czego nienawidzę wraz z pierwszym brzaskiem powitanym na prawym brzegu Sekwany, której odór czuję nawet dziś, chociaż obiecywali, iż wkrótce przywyknę.
___Przeklinam świat, nim zacznę rozkoszować się samotnością otaczającą ze wszystkich stron. Milczenie jest przyjemnością, jakiej zaznaję wyłącznie pośród czterech ścian paryskiego mieszkania, gdzie ukrywam się przed niechcianymi spojrzeniami ludzi, którym mógłbym rozpłatać gardziele dla indywidualnej a zarazem chorej satysfakcji, jaką czułbym wraz z pierwszą kroplą krwi spływającą palcami wzdłuż nadgarstków, może nawet łokci, kiedy ostrze noża unosiłbym zwycięsko w górze jak myśliwy, którym stałem się cztery lata wcześniej. Jedno słowo będące niekiedy tożsame z godnością nadwornego kata; w moim przypadku brakowałoby pokrewnych wyrazów, sama bestia zdaje się zbyt łagodna, delikatnie łechcząca wewnętrzną dumę. Przynajmniej tak było.
___Jak jest teraz?
___Nie znam odpowiedzi. Nie chcę jej poznawać. Czuję się dobrze dokładnie w tym miejscu, w którym właśnie stoję, nie oglądając się przez ramię na stosy ludzkich ciał pozbawionych życia krótkim rozkazem. Odgłosy krzyków zlewają się w spójną całość, ilekroć wspomnę przyjemność pieszczenia spustu karabinu, którego wystrzał długo niósł się echem pośród zawiłych labiryntów umysłu, o ile istniała we mnie jeszcze jakakolwiek zawiłość. Możliwe, że teraz wnętrze przypomina pogorzelisko bliskie obrazu spalonych domostw, których widok czasem sam przywołuję, chociaż jakaś ma cząstka — ostatni bastion racjonalizmu — szepcze, że nie powinienem sięgać własnej przeszłości. Pochłonięty przez roztargnienie i rozrywany nachalnie ostrymi pazurami teraźniejszości, która usiłuje wyrwać mnie szponom minionych dni, wreszcie podnoszę wzrok i przeszywam zlodowaciałą taflą paryskiego błękitu martwy krajobraz paryskich ulic, uśmiechając się delikatnie pod nosem, kiedy przez umysł przemknie myśl o mieszkańcach przypominających zaszczute zwierzęta, których życie spoczywało w cudzych rękach i wystarczyłby kaprys jednej osoby, by wszystko to zrównać z ziemią.
___Zanurzam palce prawej dłoni w głębokiej kieszeni ciemnego płaszcza, który zarzuciłem niedbale na ramiona przed wyjściem z domu i wreszcie opuszkami musnąłem znajomej faktury, oplotłem silnym uściskiem paczkę papierosów i wsuwam jednego między nieruchome wargi, niepokojone jakimkolwiek słowem. Ułamek sekundy później papierosy lądują we wnętrzu bezdennej otchłani, zaś jaskrawy płomień zapalniczki jaśnieje w mroku otulającej ciemności, niczym światło latarni wskazującej drogę rozbitkom dryfującym bezradnie pośród morskich fal, kiedy nieboskłon osnuwa jedynie pozorna czerń okrywająca wszelkie gwiazdy, których blask mógłby dodać otuchy, jakoby ktoś jeszcze przemierzał nędzne ścieżki ludzkiego padołu. Zaciągam się przyjemnym smakiem nikotynowej trucizny i niemal czuję fizyczną rozkosz, kiedy wydmuchuję mglisty obłok dymu, którego ogon podąża mym śladem przez krótką chwilę, zanim rozwiewa go wiatr.
___Nie spodziewam się niczego, jednak wraz z odgłosem obcasów uderzających o bruk, podnoszę spojrzenie oswojone z ciemnością, którą właśnie chłonie i pośród której wyłapuje kontury mijanych budynków. Wszystkie zmysły momentalnie budzą się z letargu i słyszę ich głośne zawodzenie, zanim naraz milkną pod moim zimnym uśmiechem przesyconym niezdrowym pragnieniem przygody, której zarówno początek jak i koniec mogę rozegrać jednym ruchem napiętego boleśnie ciała, przygotowanego na wszystko, chociaż jeden oddech wcześniej nie oczekiwałem spotkania tu żywej duszy, tym bardziej drugiego człowieka. Wraz z każdym krokiem jestem bliżej i powoli zmieniam się w drapieżnika, któremu los zsyła wprost pod nogi niczego nieświadomą ofiarę i wraz z następnym zakrętem wpadam wprost na Nią — niewiadomą.
___Nieznośny brzdęk przedmiotu upadającego na chodnik dociera do mnie o sekundę później niż powinien, jednak nie dbam o tę ofiarę kobiecej nieostrożności, wpatrując się beznamiętnym spojrzeniem wprost w jasne oczy paryżanki — jak podświadomie zakładam — i usiłując dostrzec coś więcej, bowiem naturalne zaskoczenie malujące się na jej twarzy traktuję jak ochłap, przewidywalność, niejaką oczywistość. Mimo otaczającego mroku wszystko wydaje się błyszczeć, jakby świat niespodziewanie nabrał nowych kolorów, wyostrzył własne kształty do maksimum, chociaż to ledwie urojenie umysłu, którego jeden szept nakazuje ostrożność, więc podświadomie muskam lewą dłonią materiał płaszcza w miejscu, gdzie wyczuwam wyraźne wybrzuszenie pistoletu. I dopiero wtedy czas przyspiesza, przywracając swój naturalny rytm.
___Dostrzegam papierosa tkwiącego między zaciśniętymi ustami kobiety i w akompaniamencie przeciągłego westchnienia, wyciągam własną zapalniczkę, której płomień natychmiast rozgarnia barwy nocy, zanim zamigocze niebezpiecznie blisko twarzy nieznajomej i powstrzymuję zdradliwy, karykaturalny uśmiech, kiedy błękit napotyka czerwień bliską odcieniu krwi. Mógłbym natychmiast zarządzać jej dokumentów, wyrzucić wiązankę przebrzydłych słów czy niestosownych komentarzy, może nawet nastraszyć przy pomocy najbardziej prymitywnych gróźb, jednak jest coś pociągającego w tym przydługim milczeniu, któremu pozwalam spokojnie osiąść na naszych ramionach, obserwując kobietę bezwstydnie, chociaż wciąż nie nachalnie. Istnieją pewne granice, których nauczyłem się nie przekraczać, opluwając najbardziej pierwotne z zachowań od bardzo dawna, lecz odsuwam teraz każdą odległą myśl, wypuszczając kolejny kłąb dymu, nim pozwalam ustom przemówić płynną francuszczyzną.
___— Dość późny to spacer — mówię spokojnie, pozbawiony akcentu kaleczącego słowa. Żaden znak zapytania, których zrodziło się co najmniej kilka, nie opuszcza więzienia skłębionych głęboko pytań i pozwalam kobiecie na oswojenie się z sytuacją, ze sobą, ze wszystkimi nieprzewidywalnościami dzisiejszej nocy. Sam schylam się po opuszczony przedmiot, będący naturalnie jej zapalniczką, którą przez krótką chwilę obracam w dłoni, badając dotykiem jednolitą fakturę lichej w swym rozmiarze rzeczy, chociaż potrafiącej poratować człowieka. Waham się nad kolejnym krokiem, wracając spojrzeniem ku nieznajomej, która — ku niesłabnącej radości obu stron, czego żadne z nas nie jest naturalnie świadome — ma przyjemność przeciąć dziś moją drogę i cokolwiek miało dopiero nadejść, rozbudzając między spokojnymi oddechami ludzką ciekawość drugą osobą, mogło zapewnić zarówno rozrywkę, jak i zgubę. Pytanie brzmiało, czy rzeczywiście dojdzie tu do krwawego starcia charakterów, czy paryskie ulice pozostaną świadkami uległości, której zapewne jakaś część mnie oczekuje.
___Twój ruch, mam ochotę powiedzieć. Rozdmuchać ciszę, którą przeplata jedynie gasnąca niepewność, pokornie ustępująca tronu najprawdziwszej — niemal namacalnej — fascynacji.


Ostatnio zmieniony przez Julius von Plettenberg dnia Sro Wrz 20, 2017 12:09 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Sob Wrz 02, 2017 7:51 pm

Nigdy wcześniej tak naprawdę nie przywiązywała do tego wagi, jednak jedną z cech jej pracy była samotność. Przenikliwa. Niekiedy irytująca. Otulająca ją niczym gruby płaszcz lub zasłona, która jednocześnie stanowiła ochronną powłokę, którą oddzielała ją od codzienności. Nie przeszkadzało jej to – samotne wieczory z kubkiem herbaty, zamknięta w czterech ścianach swojego mieszkania, skulona na fotelu, z ciepłym kocem i książką w dłoni. Nie miała nic przeciwko samotnym spacerom po mieście, wyjściom do barów czy kawiarni. W końcu takie życie wybrała – nie, nie kilka miesięcy temu w Londynie, kiedy zgodziła się podjąć treningu i wciągnąć w wojenną machinę, z której teraz nie można było już uciec. Podjęła tą decyzję kilkanaście lat temu, gdy wyrobiła sobie swoją własną renomę, gdy odcięła się od rodziny, gdy nigdy tak naprawdę nie nawiązała bliższej znajomości, mając kogoś, komu mogłaby powierzyć każdy swój sekret. Owszem, byli ludzie, którzy znali, albo wydawało im się, że znają, Madeline Irving, jednak kobieta zawsze pilnowała, aby ci ludzie poznawali dokładnie te same, wyszukane fragmenty. Kawałki układanki które, niczym puzzle, składały się w jedną całość, gdy dodawała do nich to, co sama wiedziała.
Tak naprawdę od zawsze w niej tkwiła, samotność, której nie potrafiła, i chyba nie chciała, się pozbyć. Nie próbowała udawać, że towarzystwo nędznych, przyziemnych ludzi, plotkujących o sobie nawzajem, popijających kawę roztkliwiając się nad najnowszą modą czy martwiących o zdradzających mężów sprawiało jej jakąkolwiek przyjemność. Jej problemy zdecydowanie wykraczały poza tą sferę codzienności, która, nawet pomimo wojennej rzeczywistości, w której się obracała, potrafiła kwitnąć i rozwijać się własnym tempem. Słuchając przyciszonych rozmów swoich współpracowników bądź mijanych na ulicach przechodniów czasem zastanawiała się, czy ci ludzie, tak zajęci własnymi sprawami, mają w ogóle pojęcie, co dzieje się dookoła. Czy widzą, jak ich kraj kawałek po kawałku zostaje coraz bardziej zajmowany przez wrogie wojska. Czy mają świadomość, ilu ich rodaków ginie codziennie na frontach przerażającej wojny, podczas gdy oni przejmują się pustkami na półkach i brakiem pieniędzy na nowe perfumy.
Jakiś czas była jedną z tych osób, choć też nie do końca. Przed przyjazdem do Francji jej życie toczyło się względnie normalnym rytmem, choć nigdy tak naprawdę nie mogła powiedzieć o sobie, by była jak wszyscy. Nie, nie miała zbyt wysokiego mniemania o sobie, choć z pewnością w ciągu ostatnich lat jej pewność siebie oraz poczucie własnej wartości zdecydowanie wzrosły. Była po prostu inna, nigdy niezainteresowana czynnościami, które przykuwały uwagę młodych, angielskich kobiet. Zazwyczaj lubowała się w tym, co odciągało je najbardziej, zamiast dennych romansów woląc czytać kryminały, zamiast delikatnych melodii wygrywać ostre, gwałtowne, niemalże agresywne nuty, które być może pozwalały jej w jakiś sposób uzewnętrznić wszystko to, co skrywała wewnątrz siebie. Nie przepadała za towarzyskimi spotkaniami, nie chciała, by ludzie wiedzieli o niej za dużo – uwielbiała tajemnicę, skrytość, prywatność oraz plotki, które nie raz nie dwa otaczały jej imię tylko dlatego, iż nie mówiła za dużo, albo wręcz przeciwnie – dawała od siebie za wiele niejednoznacznych informacji, sprawiających, że osoby w najbliższym otoczeniu kwestionowali jej zachowania i próbowali dociekać, kim tak naprawdę jest.
Znajdując się w miejscu, w którym się znalazła, pośród uśpionego, skrytego w mroku Paryża, pierwszy raz dotarło do niej, iż tak naprawdę została na świecie sama i nie ma nikogo, kto poda jej dłoń, kiedy upadnie. Nie ufaj nikomu, usłyszała przed wyjazdem, niczym swego rodzaju błogosławieństwo oraz przeszkoda. I tego się trzymała, nie ufała, ani innym ani też sobie, czasem łapiąc się na tym, że jej myśli odbiegają od wyznaczonego celu i że nie zawsze widzi sens we wszystkim, co musi robić. Wciąż nie do końca wiedziała, dlaczego zresztą godziła się na każde przydzielone zadanie lub czemu po prostu siedziała w miejscu, gdy informacje z Londynu nie przychodziły. Być może właśnie w Paryżu miała odkryć swoją motywację. Albo ponownie zmienić kierunek, kto wie? Tak czy inaczej, zaczynała powoli rozumieć, że taką wybrała drogę. Zabroniła sobie okazywania emocji, chciała poczuć się silna i niezależna, jednocześnie odbierając sobie możliwość na ponowne otwarcie się na innego człowieka. Nie żeby to miało znaczenie, każdy sekret, który by tutaj zdradziła, byłby jedynie wytworem jej wyobraźni. Byłby sekretem Valerie, kobiety, która przecież nie istniała. Madeline powoli stawała się duchem, niewyraźną i ledwie wyczuwalną szatą narzuconą na jej ciało, od czasu do czasu szepczącą do ucha wspomnienia z przeszłości, z życia, które oddała bez większego zastanowienia nie sądząc, że kiedyś za nim zatęskni.
Czasem zastanawiało ją, czy może przyszedł już czas na to, by żałować podjętych decyzji. Kiedyś obiecała sobie, że nigdy tego nie zrobi, jednak w przeszłości składała już wiele obietnic i żadna z nich nie wytrwała za długo. Tym razem miała być tego pewna – bo czymże przeszłe życie różniło się od tego, które wiodła teraz? Nie mogła cofnąć czasu, naprawić błędów, objąć innego kursu czy nawet zmienić swojego charakteru. Co więcej, lubiła to, kim była, każdą cechę powszechnie uważaną za wadę doceniała jeszcze bardziej, od urodzenia robiąc każdemu na przekór.
Idąc powoli przed siebie zaczęła zauważać, że otaczająca ją cisza nie wpływała na nią zbyt dobrze, wydzierając z niej myśli i wątpliwości, których nie chciała słuchać. Znajdowała się być może w najlepszym punkcie swojego życia. Nie przeszkadzała jej ani samotność, ani zagubiona gdzieś tożsamość. Po części była jedynie bronią, narzędziem w rękach kogoś o wiele silniejszego, jednak dobrze widziała, że gdyby tylko chciała, mogłaby z łatwością zsiąść z taśmy, porzucić obecne życie i zrobić coś tylko dla siebie. Konsekwencjami zaczęłaby martwić się później.
Sekwencja dźwięków oraz odczuć, które nastąpiły po sobie dość niespodziewanie, dość skutecznie oderwała ją od własnych myśli. Płomyk zapalniczki zapłonął jasno pomiędzy nią i mężczyzną, który pojawił się cicho niczym duch, nie dając jej ani chwili na przygotowanie się na to spotkanie. Może tym właśnie był, podobnie jak ona, zjawą wijącą się po okrytym mrokiem mieście, starając się uciec od własnych myśli, jednocześnie sprawiając jednak, iż stawały się nieznośnie głośne.
- To zależy, co kto uważa za późno – odpowiedziała płynnym francuskim, ani na sekundę nie wychodząc ze swojej roli. Niekiedy odnosiła wrażenie, iż nawet pomiędzy ścianami własnego mieszkania ciągle pozostawała Valerie, nigdy Madeline.
Niemalże z poczuciem ulgi oraz niemożliwą błogością zaciągnęła się głęboko dymem, aby następnie wydmuchnąć powoli szary kłębek, który w mgnieniu oka rozpłynął się pomiędzy dwójką obcych ludzi niemających żadnego pojęcia o tym, kim naprawdę byli.
- Dziękuję – dodała po chwili, przypominając sobie o swoich manierach i dłonią trzymającą papierosa wykonując lekkie kiwnięcie aby podkreślić, co dokładnie miała na myśli. Przez moment mierzyła mężczyznę czujnym spojrzeniem, starając się dociec, z kim ma do czynienia, jednak obejmująca ich ciemność w znacznym stopniu uniemożliwiała ujrzenie czegokolwiek, poza wyłapaniem zarysu jego sylwetki, odrobinę odcinającego się od otoczenia – Nie spodziewałam się spotkać tu kogokolwiek – rzuciła lekko, nieznacznie unosząc w górę brwi. Była ciekawa – tego, kim był ów mężczyzna, tego, co robił o tej porze na placu Louvois oraz tego, co miało wydarzyć się w następnych minutach. Możliwości zdawały się być nieskończone, choć tak naprawdę istniały tylko dwie i, wbrew wszystkiemu, co powinna czuć, część niej liczyła, iż udało jej się trafić na tą ciekawszą.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Nie Wrz 10, 2017 12:38 am

___Tak jak upływ czasu zmienia oblicze wypowiedzianych słów — pozwala im dojrzewać od najbanalniejszych treści do najbardziej skomplikowanych — tak mknące przed siebie życie pozwala inaczej pojmować samotność będącą niekiedy uciechą, innym razem przekleństwem człowieka, który zmuszony jest z nią obcować, bowiem doświadczać jej można w skrajnie różne sposoby. Sam dostrzegam w tej niematerialnej istocie wyjątkową nauczycielkę, chociaż dziś nie potrafię odpowiedzieć, ile już jej zawdzięczam a ile dopiero mi wpoi, i zarazem wieloletnią towarzyszkę, której obecność najbardziej odczułem pośród wojennej zawieruchy, gdzie ukazała bolesną prawdę konfliktu rozrywającego europejski kontynent. Bez względu na ilość otaczających żołnierzy każdy walczy samotnie, niczym ostatni pion pozostawiony na dwubarwnej planszy szachownicy, powoli mordując własne, okraszone człowieczeństwem myśli, które niespiesznie wdzierają się we wszelkie słabości charakteru i wiem, że należy określić je mianem najpotężniejszego przeciwnika, stawiającego najbardziej zażarty opór ze wszystkich wrogów, których przychodzi nam spotkać; gotowe wpędzić w obłęd, wybudzić ze snu szaleństwo drzemiące pod powierzchnią skóry. Cień podążający za człowiekiem, gdziekolwiek ten postanowi pójść. Echo szeptu rozbrzmiewające pośród korytarzy umysłu.
___Na wojnie każdy jest sam.
___Samotność tak głęboka, iż niekiedy zmuszająca do najprostszych refleksji i — rzadko bo rzadko — zastanawia mnie, jak ludzie reagują na bezdenną otchłań mego spojrzenia wyzutego ze wszystkiego, czy w ogóle dostrzegają tę przerażającą pustkę błękitnych zwierciadeł, zimnych tęczówek spoglądających na świat bez blasku życia, który przemianowano w jaskrawy płomień egzystowania, chociaż dziś gaśnie i on. Bezgłośnie. Niezauważenie. Nieodwracalnie. Pozostawia strzęp sponiewieranego człowieka, któremu wkrótce przemijanie wykradnie resztki tego, co pozwala trzymać się na powierzchni; wreszcie zostanie jedynie nieugaszone pragnienie, nieustanne łaknienie świeżej krwi pulsującej w żyłach, pozornie sięgające najbardziej pierwotnych zachowań drapieżnika, jednak o wypaczonej naturze zabijania dla samego zabijania. Znam samego siebie do pewnego momentu i wiem, że prędzej czy później utracę kontrolę, o jaką walczę każdego kolejnego dnia smakującego paryskim powietrzem, w którym okupacyjny pył zmieszany jest ze strachem mieszkańców, słabowitych jednostek wbijających wzrok w chodniki, ilekroć napotkają niemiecki mundur zaburzający kompozycję fasadowego spokoju francuskiej rzeczywistości, jakby nic nie uległo zmianom, chociaż przeobrażeniu poddano wszystko, co było paryżanom znane.
___Uczę się codzienności, lecz nie potrafię pojąć rządzących nią reguł, nawykły do wojny — ona jedna nigdy nie oszukiwała, nie mamiła złudnymi nadziejami ani nie karmiła fałszywymi obietnicami powrotu — podporządkowanej jedynie argumentom siły i chociaż dziś przekonuję swą mroczną naturę, że Paryż jest przystankiem, skąd wkrótce ruszę dalej (czy może cofnę się o krok), wiem, że wkrótce zostanę zmuszony do przełknięcia gorzkiej pigułki i przyjęcia niechcianego rozkazu, który zderzy się ze ścianą beznamiętności, kiedy pod powierzchnią zimnej tafli błękitu rozpęta się piekło, ale nikomu o tym nie opowiem, kryjąc się za kurtyną niepokojącego milczenia, jakie właśnie obejmuje kobietę będącą tuż obok mnie. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przypominamy marmurowe rzeźby zastygłe nieruchomo w pałacowych ogrodach, widmowe ciała zawieszone gdzieś w powietrzu między rozkazami a spokojnym rytmem serca, znieruchomiałe sylwetki powoli pochłaniane przez ciemność pożerającą paryskie ulice. Niektórzy przez noc wędrowali pośród snów, jak niestrudzeni odkrywcy przemierzający rozległe połacie piaszczystych pustkowi czy tętniących życiem stepów, jednak nie ja — ten, który dawno zapomniał, jak to jest śnić — ani nie Ona — ta, której nie powinienem był spotkać wśród gęstniejących oparów nocy. Niezamieszkałe ciała pozbawione dusz, jak wymarłe budynki nienależące do nikogo prócz czasu, który pochłania każdego.
___Zjawy.
___Relikty własnych przeszłości. Więzieni powinnością.
___Czyżby i dumą, która nie pozwala przegrać?
___Ludzie istniejący przez chwilę, która zdążyła przeminąć — była ledwie mrugnięciem osiadającym na dnie zapomnienia, skąd już nigdy nie zdoła się odbić, skazując nas bez sentymentów na powolne konanie, zacieranie się pośród ciasno stłoczonych wspomnień o tych, których kości przysypią jutro grabarze życia, trwający w objęciach obojętności oraz znieczulenia — zabierając wraz ze sobą chwałę, jaka nie jest nam przeznaczona. Snujemy się pośród cieni, by wreszcie dopełnić przeznaczenia i przywdziać zszarzałe szaty przypisane wraz z dniem narodzin, kiedy okrutny los definiuje życiowe ścieżki, chociaż latami pozwala wierzyć, że kształtujemy własną przyszłość decyzjami, które do nas należą. To wszystko kłamstwo, którego słodki smak pewnego dnia znika, zastąpiony goryczą ponurej prawdy i jak samotność, do której można przywyknąć, którą niewytłumaczalnym sposobem można oswoić, której wreszcie zaczyna się pragnąć, towarzyszy do samego końca. Do ostatniego oddechu zaczerpniętego śmiertelnym ciałem. I wreszcie jesteśmy tutaj, spowici niedomówieniami, zagarnięci przez mrok, odgórnie skazani na klęskę, lecz czym będzie jedna porażka w obliczu wszystkich błędów popełnianych latami czy straconych szans spalonych wraz z mostami, których zwęglone szczątki dawno rozwiał wiatr; jesteśmy tym, czym nikt nie chciałby się stać — zniewolonymi marionetkami, pogorzeliskiem młodzieńczych marzeń oraz niebotycznych rozmiarów, niespełnionych ambicji, wypaczonym obrazem samych siebie z przeszłości, gdzie zażarcie toczyliśmy każdą bitwę, nie dostrzegając, iż te jeszcze przed dobyciem broni skazano na porażkę. Porzuceni pośród pogorzeliska dzisiaj i jednocześnie ograbieni z jutra, które nigdy nie miało nadejść. Boleśnie prawdziwi, nienaturalnie zimni i na wskroś samotni, chociaż otoczeni ludźmi.
___Widmo niepokoju wisi nad nami, kiedy uśpione ulice znużonego miasta trwają niewzruszone, kiedy usta wymawiają pierwsze z francuskich słów, tak łatwo rozdzierających kurtynę milczenia, jakie rozpościera ramiona między dwoma ciałami zastygłymi w bezruchu, kiedy mój wyjałowiony świat zaczyna niebezpiecznie drżeć w posadach, chociaż niczego tej nocy nie utraci, kiedy paryski błękit napotyka chłodną ścianę kobiecego spojrzenia — ledwie o jeden czy dwa tony jaśniejszego od mojego — emanującego również nienaturalnym spokojem, które nie spodziewam się ujrzeć, kiedy podświadomie zaciskam dłoń w pięść, walcząc z pierwotnym instynktem drapieżnika będącego ponad wszelką kontrolą, kiedy wreszcie wyciągam ku nieznajomej drugą rękę, chcąc oddać jej własność będącą niewielkich rozmiarów zapalniczką, w której upatrywać mogę pomostu łączącego nas przez ułamki sekund, nim pozwalam chwili odejść w nieznane, rozwiać się wraz z podmuchem wiatru rozkradającym właśnie obłoczek papierosowego dymu, jaki wydmuchuję. Jestem milczący, chociaż słowa zaciekle forsują barykady postawione przez umysł, który toczy własną batalię między tym, co mogę zrobić a zrobić powinienem, jednak żaden wyraz ani lichwy dźwięk nie wyślizguje się spomiędzy zaciśniętych warg i cisza ponownie osiada nam na ramionach, dopóki nie podejmuję decyzji, oplatając palcami wątłego papierosa, by uchronić przed upadkiem na chodnik, kiedy zęby zwalniają uścisk. — To zależy — powtarzam cicho ledwie początek tego, co odpowiedzi nie wymaga, ponieważ — i żadne z nas nie powinno mieć co do tego wątpliwości — uprzejmości wydają się zbędne, będąc jedynie ozdobnikiem wykreowanym przez ludzi, kiedy obydwoje stoimy przed niewiadomą, chociaż scenariuszy tej nocy pozostało ledwie kilka i każdy okrasza w mniejszym lub większym stopniu przewidywalność, którą nauczyłem się pogardzać pośród umykających w pośpiechu dni żołnierskiej egzystencji, gdzie niczemu nie wolno wierzyć ani niczego nie można być pewnym. Chcę przełamania schematyczności, jaką dostarcza mi to przeklęte miasto nieprzerwanie od dnia przekroczenia paryskiej granicy, dlatego pozwalam sobie odegrać narzuconą rolę przez kilka najbliższych słów otulonych żelazną stanowczością polecenia, którego nikt ignorować nie powinien.
___— Pani godność — mówię po przerażająco długim milczeniu, niemal czując zimne zdecydowanie wtłaczane we własne słowa, które spokojnie mkną ku kobiecie. — I dokumenty — dodaję oddech później, tym razem wpatrzony w ciemność ponad głową jasnowłosej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Sro Wrz 13, 2017 9:55 am

Cisza i ciemność potrafią wydawać się niezwykle zdradliwe. Skrywają przed ludzkimi oczami prawdę, pokazując tylko niewyraźne fragmenty, delikatne zarysy odcinające się na czarnym, pozbawionym chociażby iskierki światła tle. Mamią oczy, ale jednocześnie zmuszają do wyostrzenia zmysłów, pobudzają dzikie, naturalne instynkty i sprawiają, że w niektórych wypadkach człowiek zaczyna zachowywać się bardziej jak zwierze. W szczególności teraz, gdy na karku ciążyła świadomość tego, iż przecież, z teoretycznego punktu widzenia, łamała prawo i znajdowała się w miejscu, w którym o tej porze nie powinno jej być. Miała jednak nadzieję, iż zamiast stawać się ofiarą będzie mogła odgrywać rolę zwierzyny, albo przynajmniej równego przeciwnika, który zamiast chylić kark będzie walczył o swoje.
Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, w której wyraźnie dostrzegała jarzące się papierosy i kontury stojącego przed nią mężczyzny, wyższego na tyle, by Madeline zmuszona była zadzierać lekko głowę do góry, aby być w stanie spojrzeć w jego oczy, w tym momencie zdające się być tak samo ciemne jak wszystko dookoła. W tych warunkach ciężko było wyłapać ich kolor, mogły być brązowe lub ciemnoniebieskie, choć przecież nie miało to wielkiego znaczenia. Było w nich jednak coś chłodnego, ale i zionącego pewnym spokojem i opanowaniem. Gdyby w tym momencie miała powód do tego, by czuć się przerażoną, być może patrzenie na tego mężczyznę przyniosłoby jej trochę ukojenia, bez względu na to, iż był nieznajomym i mógł być każdym, nawet najbardziej niebezpiecznym człowiekiem, którego napotkała na swojej drodze.
Niestety jednak, choć trochę i nierozsądnie, Irving traktowała niebezpieczeństwo jako rozrywkę. Przyspieszające bicie serca (w tej chwili wciąż uderzające w jednostajnym rytmie) czy lekkie ściskanie w żołądku, które pojawiało się w najbardziej ryzykownych momentach sprawiało jedynie, iż czuła, że naprawdę żyje. Przez większość czasu jej życie malowało się jednak w czarno-białych barwach. Wszystko było szare i nijakie, bez względu na to, czy niebo nad miastem jaśniało chłodnym błękitem, czy też spowite było gęstymi chmurami, z których w każdej sekundzie lunąć mógł ulewny deszcz. Miała świadomość, iż nie było to specjalnie rozsądne. Igranie z losem zazwyczaj nie kończyło się dobrze, jak nauczyła się z czytanych w dzieciństwie greckich tragedii, ale jednocześnie przecież nigdy nie wierzyła w przeznaczenie. Zamiast niego istniały jedynie wymagania, narzucane na nią przez ludzi, których nie obchodziło to, czego naprawdę chciała. Jedyne, co naprawdę ją obchodziło, to ona sama. Przez lata nauczyła się żyć w swoim towarzystwie, znosić każdy ze swoich nastroi i słuchać swojego ciała oraz umysłu, wiedząc, jak daleko może się posunąć, aby jedynie nagiąć niewidzialną granicę, bez konieczności jej przekraczania. Powrót do domu po godzinie policyjnej, będąc nieuniknionym, plasował się dość daleko w kategorii rzeczy, które skłonna byłaby by zrobić, aby jej codzienność nabrała barw. Przede wszystkim czerwieni, jasnej i wyraźniej, odcinającej się na tle jej jasnej skóry czy wykwitającej na białej koszuli w postaci plam krwi. Na to jeszcze przyjdzie pora, mówiła sobie, nie do końca będąc świadomą tego, iż nie powinno tak bardzo ciągnąć jej do rzeczy niebezpiecznych i, tym bardziej, śmiertelnych w swojej naturze. Jednak nie śmiertelnym dla niej, a dla kogoś, kto będzie miał tą przyjemność kiedyś stać się jej celem. Czuła się na to gotowa i chociaż dobrze wiedziała, że człowiek w obliczu tak traumatycznej sytuacji może zachować się zupełnie inaczej, ona w pełni sobie ufała, wiedząc, że gdy nadejdzie odpowiedni czas będzie w stanie bez zawahania pociągnąć za spust bez względu na to, kto stał naprzeciw niej. Nawet gdyby stanęła twarzą w twarz z własnym bratem. Nawet gdyby musiała spojrzeć w lustrzane odbicie jej własnych oczu, w jasne tęczówki które znała przecież na pamięć i rozpoznałaby wszędzie. Rzeczywistość często wydawała się inna niż lekkomyślnie rzucane na wiatr słowa i myśli, jednak nie w jej przypadku. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo skąd mogła wiedzieć, skoro nie widziała go przez pół ich życia?
Usta kobiety niemalże wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, gdy z ust mężczyzny padło chłodne, wypowiedziane spokojnym głosem polecenie, zdecydowanie jednak różniące się od tego, które słyszała dotychczas. Chwilę wcześniej wyciągnęła w jego stronę dłoń, odbierając swoją własność, a koniuszki jej palców delikatnie, niemalże niewyczuwalnie, musnęły powierzchnię jego chłodnej skóry, jednak nie zwracała na to uwagi. Moment rozpłynął się w przestrzeni tak szybko, jak nastąpił, a ona nawet nie zacisnęła palców wokół gładkiego metalu, niemalże natychmiast pozwalając utonąć mu w otchłani kieszeni jej płaszcza. Musiała pamiętać, kim teraz była. Valérie, choć przecież była, nie, należała do niej, jednocześnie stanowiła zupełnie inną istotę. Nie była brytyjską agentką. Nie potrafiła walczyć ani się bronić. Miała jedynie słowa, umysł, który w dalszym ciągu pozostawał również umysłem Madeline, działającym na dwóch różnych przestrzeniach i przeplatający między sobą dwie różne natury.
Każdego wieczoru inna.
Nieuchwytna, niczym swawolny wiatr.
Tajemnicza, chowająca się pod spojrzeniem jasnych, błękitnych tęczówek i pociągniętymi czerwienią ustami, które teraz zaciskały się lekko w prostą linię, gdy przez moment przeciągała jeszcze milczenie, uporczywie wpatrując się w stojącego naprzeciw mężczyznę, którego oczy teraz wydawały się niemalże ciemniejsze od nocy.
Otrzymała swoją odpowiedź. Wiedziała już, co może ją czekać, a mimo wszystko miała nie tylko nadzieję, ale i przeczucie, że czeka ją coś zupełnie innego. A może po prostu sama tak bardzo pragnęła zmiany? Odwrócenia losu, ucieczki od zżerającej ją monotonni?
Stał na wyciągnięcie ręki, niespodziewający się niczego niemiecki funkcjonariusz, tego wieczoru wyglądający jedynie niczym zwyczajny człowiek, kolejny przechodzień, podobnie jak ona niosący ze sobą sekret. Jego obowiązkiem było ujawnić swoją tożsamość, w pełni ukazać się przed nią niczym ktoś, kto bez wątpienia w tym duecie pozornie sprawował władzę. Jej obowiązkiem było strzec swojej tajemnicy, nie pozwalając mu zajrzeć głębiej niż poza zbudowaną przez siebie fasadę, poza błękitne oczy i jasne włosy, łagodny wyraz twarzy będący jedynie iluzją, w której kobieta obracała się z niesamowitą gracją czując się niczym ryba w wodzie pośród niewiadomych oraz wyborów, przed którymi dopiero miała stanąć.
Nie ściągając z niego podobnie chłodnego spojrzenia, być może jedynej rzeczy, która byłaby w stanie ją zdradzić gdyby nie to, że było zbyt ciemno by wyraźnie przyjrzeć się jej spojrzeniu i dojrzeć tą głębię, którą ona potrafiła zniwelować w ciągu sekundy, czy to poprzez pogodny uśmiech rozświetlając jej twarz czy też ucieczki wzrokiem gdzieś w bok, sięgnęła dłonią do zawieszonej na ramieniu torebki. Powoli, ale nie przesadnie, wsunęła ją do środka, opuszkami palców wyczuwając mieszczące się w jej wnętrzu przedmioty, odnajdując dokumenty, o które poprosił nieznajomy, z niesamowitym, stoickim spokojem, jak gdyby wcale nie obawiała się tego, co może za chwilę nastąpić. Nie było czasu na jakiekolwiek obawy, nie było również powodów, ponieważ w ostateczności kobieta znała parę sztuczek poza ciętymi uwagami i wyćwiczonymi uśmiechami.
Gotowa podać mu dokumenty, spokojnym ruchem zaczęła wysuwać dłoń z torebki, gdy ta nagle zamarła w pół ruchu, a Madeline zmarszczyła delikatnie brwi i nieznacznie przygryzła wargę, jak gdyby naprawdę nad czymś się zastanawiała, choć tak naprawdę już od dłuższego czasu wiedziała, co chce powiedzieć i zrobić.
- Przepraszam, musi mi pan wybaczyć – zaczęła dość pewnym siebie głosem, ze wzrokiem wciąż utkwionym w mężczyźnie. Chciała brzmieć jak najbardziej niewinnie, jak gdyby nie widziała nic złego w nagłym zawahaniu i niepewności, które w tym momencie miały targać Valérie. Odgrywała teatrzyk z niemalże wrodzonym talentem do udawania kogoś, kim przecież nie była i już na tym etapie zaczynała się doskonale bawić, gdy docierało do niej, iż przecież na to czekała – Wolałabym upewnić się, iż jest pan tym, za kogo bez wątpienia się podaje – dodała, przekrzywiając głowę w wyrazie zaciekawienia, wypowiadając słowa z głosem pełnym przekonania oraz powagi, jak gdyby w pełni poczuwała się do kwestionowania jego tożsamości. Oczywiście nie miała takiego prawa, choć w jej umyśle byli zaciętymi wrogami, stojącymi na równej pozycji, dla niego to on znajdował się w hierarchii o wiele wyżej. I wcale się nie dziwiła, w końcu nie chodziła po Paryżu z napisem ‘jestem tajnym agentem, złap mnie jeśli potrafisz’ wyrysowanym na czole. Jednak ta wiedza, świadomość tego jak, bez jego winy, jest ślepy na to, co działo się dookoła, dawała jej poczucie przewagi, kontroli nad sytuacją oraz wiary w to, że będzie w stanie odskoczyć, gdy nagle przy ognisku zrobi się za gorąco – Sam musi pan przyznać, iż wyjątkowo nie wygląda jak większość osób proszących o dokumenty. Moje wątpliwości nie powinny stanowić więc zaskoczenia. Paryż aż roi się od wielu podejrzanych osobistości, szczególnie o tej porze. Nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać pośród ciemności – powiedziała po krótkiej przerwie, wciągając na usta niewinny, niemalże przepraszający uśmiech, który miał trochę go udobruchać i pokazać, iż w swoich słowach zawarła pełną szczerość. I po części tak było. Nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Pon Wrz 18, 2017 9:37 pm

___Ciemność.
___Ponoć to ona jest matką wszystkich potworów, którym nasze najgłębiej skrywane lęki ofiarowują życie i pozwalają sercu drżeć niespokojnie, ilekroć ktoś pogasi światła, zostawi pośród mrocznych uliczek otulonych niepokojącym milczeniem, zamknie między wyjałowione z dźwięków ściany spowitego pomroką pomieszczenia, skąd ucieczki nie potrafimy znaleźć, jednak wszystkie te stwory (wytwory ludzkiej wyobraźni o wypaczonych, karykaturalnych kształtach pogłębiających strach) żyją w nas samych; tuż pod czaszką okrytą delikatnym materiałem skóry oraz porośniętą włosami, gdzieś w niemających ani początku, ani końca labiryntach umysłu, skrywają się wygłodniałe demony, których tak bardzo się obawiamy, ponieważ wystarczy im ulotna sekunda przydługiego zawahania, by wyrwać się spod wszelkiej kontroli. Jednakże mnie nigdy nie przerażały konsekwencje gwałtownego zerwania się ze smyczy najbardziej zezwierzęconych instynktów, a sam akt swoistej zdrady, jakiej umysł dopuszcza się wobec śmiertelnego ciała, oddającego się we władanie szaleństwa podżeganego wściekłością czy wynaturzeniem charakteru. Utrata władzy nad samym sobą definiowała ostateczną porażkę — tę, po której niczego więcej nie było — a pomimo psychicznego pogorzeliska oraz dotkliwego spustoszenia, jakie pozostawiła wojna, wewnątrz ludzkiej skorupy wciąż kołatało serce napędzające życie. Postrzępione serce.
___Wyblakłe. Wynędzniałe. Wyzute ze wszystkiego.
___... ale wciąż żywe.
___Należące do człowieka bądź jego wypłowiałej imitacji o zapadłych policzkach, poszarzałym obliczu ozdobionym w zimne, błękitne oczy, zaciśniętych w wąską kreskę ustach, które nie wyrażają ani jednej emocji czy pojedynczego uczucia, jakie mógłby przeniknąć do tej chwili pod postacią delikatnego uśmiechu czy nerwowego drgnięcia w kącikach, jednak ciało pozostaje jeszcze posłuszne mej woli i niczego nie okazuje kobiecie, o której wiem tak niewiele, że równie dobrze mogła zrodzić ją ciemność zacieśniająca właśnie swój uścisk. Wzrok powoli oswaja się z bezmiarem mroku, kontury przestają być ostrymi liniami tnącymi niewyraźne połacie świata pozbawionego świateł, zaś boleśnie napięte, zastygłe w bezruchu mięśnie nieznacznie się rozluźniają, chociaż każdy ze zmysłów zachowuje uzasadnioną czujność, kiedy wyciągnięta ku nieznajomej dłoń spokojnie oczekuje, aż zostanie uwolniona spod ciężaru niewielkiej zapalniczki. Wkrótce jest i spodziewana subtelność ulotnego dotyku kobiecych palców, które delikatnie stykają się z chłodną, szorstką powierzchnią mej skóry, zahartowanej przez ostatnie lata, naznaczonej pomniejszymi i już blaknącymi w promieniach dnia bliznami, pozornie znieczulonej na takie błahostki, jak zimny pocałunek małego przedmiotu czy niegroźne ukłucie ciepła towarzyszące tej przemijającej sekundzie, kiedy znika liche ciałko — zdolne jedną iskrą wzniecić pożar trawiący świat — a pozostaje pustka. I dwójka zupełnie obcych sobie ludzi, toczących bezgłośny pojedynek nieustępliwych spojrzeń oraz niemających większego znaczenia gestów, które wraz z nastaniem świtu rozmyją się pośród wspomnień, jeśli zdecydujemy rozstać się tu i teraz, podążając dalej swymi ścieżkami, chowając za niewzruszonymi twarzami wszystkie tajemnice przeszłości ciągnące się za nami ociężale, niby ołowiane łańcuchy wykute w ogniach życia, gdzie każde ogniwo jest osobą historią.
___Ostrożnie dobieram każde ze słów, odzwyczajony od przeraźliwie długich treści, które niegdyś opuszczały moje usta jak wielostronicowe poematy, spisywane piórami przez długie lata bądź kreowane jedną niesforną myślą, nawiedzającą artystę przed zapadnięciem w literacki letarg, lecz oszczędność wypowiadanych zdań — czy prędzej krótkich wyrazów usiłujących udawać zdania — skrywa swe drugie dno, a jest nim ludzkie zmęczenie otaczającym jazgotem całego świata, pragnienie ukojenia jakie niesie lekkość ciszy. Najpiękniejszy, najczystszy dźwięk, jak myślę tej nocy. Wraz z chwilą, w której wydaję prostą komendę okazania mi dokumentów, ujawniam swą rolę w okupacyjnym teatrze rozgrywanym na terenie paryskich ulic, nawykły do przemocy głęboko zakorzenionej w spopielonych zakamarkach duszy, gotów wykonać najbardziej brutalny rozkaz wypowiedziany ustami kogoś, komu bez znaczenia pozostaje marna egzystencja szarego żołnierza, bowiem jestem jedynie pionkiem i chociaż sytuacja, w jakiej się znalazłem, jest czymś odmiennym od bitewnego pola tonącego w bezmiarze krwi, odgrywam kreację zła bez zająknięcia czy jakiegokolwiek zawahania. Nie pozwalam sobie na popełnienie błędu, ponieważ Ona — enigmatyczna istota o jasnych, nieprzeniknionych oczach, ustach maźniętych czerwienią szminki, spowita ciemnością równie gęstą, co jej sekrety, których świadomy nie jestem, a które (gdyby tylko ujrzały światło dzienne) mogłyby bez wątpienia konkurować ze wszystkimi tajemnicami stojącymi murem za moim nazwiskiem — może wykorzystać moje potknięcie.
___Przeklęte miasto.
___Słyszę własną myśl zrodzoną między spokojnymi oddechami, kiedy kobieta zaskakuje mnie niespodziewanie wypowiedzią, która uderza prosto w twarz dziwną pewnością siebie, jaką (pod wpływem chwili) najchętniej pogrzebałbym głęboko w ziemi wraz z ciałem nieznajomej lub wrzucił je obie w mętne sekwańskie wody zygzakiem przecinające Paryż i siłą woli zmuszam ciało do pozostania w bezruchu, chociaż kąciki ust, co bardzo niezrozumiałe, pragną nieznacznie wygiąć się ku górze w karykaturalnym uśmiechu. O ile złość, może udobruchana jakimś zalążkiem kobiecej naiwności przeplatanej niewinnością tlącą się w wypowiedzianych słowach, zaczyna spokojnie opadać na samo dno, kołysząc do snu zwierzęce pragnienie świeżej krwi, o tyle fascynacja paryżanką balansującą na krawędzi rośnie, spokojnie pełźnie ku błonie odgradzającej od teraźniejszości, którą pragnie przeniknąć wraz z absurdem, jaki prawdopodobnie rozegra się jeszcze tej nocy. Obserwuję drobną sylwetkę, nim ze świstem wypuszczam powietrze muskające czubek jej głowy wraz ze zdaniem, które wielorako można zinterpretować. — Wybaczenie trudno uzyskać — odpowiadam wciąż spokojnym, chociaż wyzutym ze wszelkiego ciepła głosem, zanim prostym gestem dłoni wskazuję jej wolną przestrzeń rozciągającą się gdzieś za moimi plecami, dokąd — jak zakładam — zmierzała, nim zderzyła się ze mną. Wiem, że odczyta moje polecenie, które bezceremonialnie nakazuje ruszyć u mego boku opustoszałym chodnikiem w nieznane, ponieważ teraz wszystko zależy ode mnie i kobieta musi być tego świadoma, bez względu na scenariusze, jakie rozrysowuje we własnej głowie czy treści pozostające wciąż bez odpowiedzi. Teraz skurczone jest do naszych rozmiarów oraz odgłosu kroków rozmywających się wraz ze szmerem wiatru, nieśmiało podążającym naszym śladem, jak jedwabne pasmo papierosowego dymu, o którym przypominam sobie wraz z postawionym do tyłu krokiem, kiedy sięgam spojrzeniem wątłego ciała tkwiącego między palcami w żelaznym uścisku.
___Grasz na zwłokę, by wykreować satysfakcjonującą wymówkę? zastanawiam się nad istotą jej motywów, kiedy paryskim błękitem obejmuję kobiecy profil, chociaż pytanie nie opuszcza moich ust zaciśniętych w wąską kreskę. Tę myśl szybko wypiera inna i o wiele bardziej intensywna, której szpony boleśnie zaciskającą się wokół krtani, odbierając na kilka przydługich sekund dech.
___Dlatego kazano mi porzucić wojnę?
___Przygryzam wewnętrzną stronę policzka i usiłuję przekonać samego siebie, że jeszcze wrócę tam, gdzie powinienem dokonać żywota, gdzie o wiele prościej pociągnąć za spust bez wyrzutów sumienia wżerających się głębiej i głębiej pod skórę, bowiem tam jest to element wpisany w codzienność; tu byłaby to pochopność, za którą prawdopodobnie musiałbym zapłacić. Wszystko nieznośnie zlewa się ze sobą. Przytłacza codziennością. Rozkazuje żyć według zasad, którym dziś wyjątkowo nie zamierzam się podporządkować. To dziwne, jak łatwo przychodzi nam złamać własny kręgosłup pod wpływem chwili.
___— Może pani wybrać inną drogę i spotkać kogoś, kto — zapewniam panią — nie będzie prosił — mówię wraz z postawieniem pierwszego kroku w nowym kierunku i cierpliwie czekam, aż nieznajoma zrówna się ze mną, o ile podejmie tę grę o niejasnych regułach, których jedynym fundamentem wydaje się być nieprzewidywalność. Podwalina ludzkiego życia. Wreszcie komponuję zdania i struny głosowe drgają przy każdym słowie, które wypowiadam w ciemność na tyle głośno, aby kobieta mogła mnie zrozumieć. — Wątpię, by ktokolwiek w Paryżu dorównał mi w dokonaniach I miał dłonie równie splamione krwią. — Wierzę, że ten dokument rozwieje wszelkie wątpliwości. — Możliwe, że wzbudzi również niepokój, kiedy kobiece tęczówki napotkają wyraźne litery układające się w nazwę 3. Dywizji Pancernej — Totenkopf — która ukształtowała mnie jako żołnierza, jednocześnie obrastając w krwawe, przesycone brutalnością legendy oraz opowieści opiewające bestialstwo każdego, kto do nich przynależał, więc tym samym i mnie. Wyciągam ku nieznajomej legitymację, bezpiecznie tkwiącą do tej pory w kieszeni płaszcza, poniekąd pogodzony z faktem, iż wkrótce zamienię ukochany mundur za ten należący do paryskich oddziałów Gestapo, by siać terror oraz pogłębiać lęk mieszkańców, dlatego ze spokojem przekazuję kobiecie swą własność, poświadczenie własnej tożsamości, na której tak jej zależało i obserwuję — na tyle na ile pozwoli mrok — zaciekawiony delikatne rysy twarzy. Czy cokolwiek ulegnie zmianie.
___Nie zamierzam ponawiać raz wypowiedzianej prośby i pozostaję cierpliwie milczącym człowiekiem, gotowym użyć płomienia zapalniczki, jeśli kobiecie jeden płomyk ognia nie wystarczy do oświetlenia dokumentu, który wkrótce będzie jedynie wspomnieniem człowieka, jakim jestem jeszcze dziś, kiedy ciemność rozciąga płaszcz bezgwiezdnej nocy ponad dachami całego Paryża.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
alianci
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   Sob Wrz 23, 2017 12:58 am

Jak to jest stanąć twarzą w twarz z samym diabłem? Spojrzeć w ziejące czernią i pustką oczy, próbując dociec, czy może poza budowaną przez lata wokół niego otoczką kryje się coś, czego przeciętny człowiek nie byłby w stanie zrozumieć, będąc omamiony opowieściami i uprzedzeniami, które ciągnęły się za nim przez wieki i pokolenia czyniąc z niego postać, której należy się bać? Nigdy nie wierzyła w Boga, więc przecież nie powinna wierzyć również w szatana. Według niektórych ten jednak chodził teraz po ziemi, przybierał formy szarawych mundurów oraz odgłosy wystrzałów broni, które swoim hukiem rozrywały powietrze w ten sam sposób, w jaki ich kule potrafiły rozedrzeć na kawałki ludzkie ciało.
Nigdy nie miała okazji poznać go osobiście, jednak tak jak każdy inny znała jego historię. Słyszała o aniele wygnanym z nieba, strąconym do wypełnionych ogniem czeluści piekła, o synu, który zbuntował się woli ojca, mając na tyle odwagi, by zabrać głos i zapłacić za niego należytą cenę. Jeśli on uznawany miał być za diabła, ucieleśnienie wszelkiego zła, które istniało na świecie, postać, którą straszy się małe dzieci by uzyskać od nich pełne posłuszeństwo, kim była ona? Jakie prawo miała oceniać, skoro sama wielokrotnie grzeszyła (chociaż przecież nie miało to dla niej znaczenia, nie wierzyła ani w grzechy ani w niebo czy piekło, żyjąc swym życiem tak, jakby po śmierci miało nie istnieć nic więcej), skoro w swojej rodzinie to ona była tym diabłem, Lucyferem, który sprzeciwił się woli rodziców, odezwał się nieproszony wyrażając swoją opinię i wyrzucony został w raju, który być może wcale nie był tak idealny, jak chciano, by o nim sądziła.
Przez lata, które wyrzeźbiły ją lepiej, niż uczyniłby to najwybitniejszy artysta, naznaczając jej duszę i ciało niewidzialnymi bliznami, każdą będącą przypomnieniem tego, kim jest oraz co i dlaczego robi, nauczyła się, iż ideały nie istnieją, piękno jest jedynie pojęciem względnym, a każda, nawet najbardziej perfekcyjna konstrukcja ma jakąś wadę. I choćby była najmniejsza i niewidzialna na pierwszy rzut oka, prędzej czy później przychodzi czas, gdy to właśnie przez małe pęknięcie zaczynają walić się sufity i ściany, zamieniając wszystko w proch i grzebiąc idee, które nigdy nie miały szansy ujrzeć światła dziennego w obawie przed tym, iż to właśnie one przyczynią się do upadku.
Ona z pewnością nie była idealna, jak więc mogła oceniać innych za ich wybory? Mówiono jej, że stoi po dobrej stronie wojny, ale czy ludzie z jej kraju nie zabijali na froncie synów, braci, ojców i mężów, zupełnie jak ci, których potępiali za ich czyny, tak niechlubnie nazywając ich potworami pozbawionymi wszelkich skrupułów. Problem nie leżał w zachwianiu moralności, w powątpiewaniu we własne wybory czy niepewności ku temu, czy rzeczywiście jej strona była tą dobrą i czy finalna decyzja, choć nie do końca będąca jej własną, okazała się tym, czego naprawdę dla siebie chciała. Widziała przecież to miasto, teraz będące jedynie krzywym odbiciem swojej poprzedniej chwały. Żyła tym miastem, będąc już jego nieodłączną częścią, wtapiając się w tłum przechodniów, każdego poranka razem z nim otwierając oczy i rozciągając zasłony, oddychając w jego rytmie z bijącym sercem, które teraz zdawało się już bić po francusku, jakby zupełnie wyzbyło się starego rytmu deszczowych, angielskich ulic, które kiedyś tak śmiało nazywała domem. Widziała tych ludzi, szarych i przygnębionych, przerażonych tym, iż oni będą następni. Pamiętała huk bomb spadających na miasto, które kiedyś zdawało się być wytatuowane na jej skórze, każda uliczka, kamieniczka i cegła stanowiąca fragment jej ciała niczym skorupa ślimaka, w której czuła się pewnie i poniekąd bezpiecznie. Czasem, gdy pośród bezsennej nocy, wsłuchując się w ciszę przerywaną jedynie szumem wiatru, tykaniem zegara lub przyspieszonym biciem jej serca, zdawała sobie sprawę, że mogła wciąż poczuć roznoszącą się dookoła woń siarki, że słyszała słabe i niewyraźne krzyki ludzi i całym ciałem odczuwała drgania, które potrząsały ziemią, po której stąpała tyle razy wcześniej. Piekło stąpiło na ziemię, wygnaniec powrócił do raju, by walczyć o swoje, a ona nagle znalazła się pośród tego wszystkiego, będąc niemalże pewna, iż tym razem będzie to koniec.
Nie pamiętała jednak, by życie przeleciało jej wówczas przed oczami, gdy wypuszczała z dłoni trzymanie w nich skrzypce i odrzucona upadającym nieopodal pociskiem sama leciała ku twardej podłodze. Być może przez umysł przemknęło jej jedno imię, na zawsze złączone z nią niewyraźną więzią, bez względu na to, jak bardzo pragnęła się jej wyprzeć. Być może pomyślała o przeprosinach, które mogłaby wypowiedzieć, gdyby dostała szansę. Być może ujrzała tak samo chłodne, błękitne oczy i jasne włosy chłopca, za którego jeden uśmiech kiedyś byłaby w stanie oddać wszystko, co miała, dopóki to ona nie została wygnańcem, a on nie miał odwagi stanąć po jej stronie. Nie była jednak pewna, nie pamiętała, o czym myślała, gdy traciła przytomność będąc pewną, że już się nie obudzi, ani wtedy, gdy jednak unosiła ociężałe powieki zdziwiona tym, iż wciąż tkwi w tym samym miejscu. W piekle, czy niebie?
Jej problemem była świadomość, to, że jakimś cudem umiała spojrzeć za zasłonę i zrozumieć, iż nic nigdy nie było w stanie osiągnąć idealnej perfekcji, a próby wpierania tych ideałów były jedynie bajkami opowiadanymi na dobranoc, formą omotania ludzi niczym naiwnych owieczek, które z braku znajomości innego życia potrafiły podążać tylko za swoim panem. Ona, odłączając się od stada, obserwowała je z boku, znając jednak na pamięć jego wnętrze. Nie próbowała się oszukiwać, iż była inna od mężczyzny stojącego teraz przed nią, wtapiającego się w niemalże idealną ciemność, z zarysem sylwetki odcinającym się jedynie na tle uśpionego i niczego nieświadomego miasta. Prędzej czy później i na nią przyjdzie pora – będzie musiała przypieczętować decyzję, chwycić za broń i oddać strzał, już nie w kierunku szmacianej lalki, manekina, który otrzymał tak wiele ciosów, iż gdyby był żywą istotą już dawno powinien rozpaść się na kawałki, ale w stronę człowieka takiego jak ten nieznajomy, który już wkrótce ujawnić miał jej swoją tożsamość i przestać być jedynie znakiem zapytania, wielką niewiadomą owiniętą widmem tajemnicy tak grubym jak to, które otaczało ją samą.
Czy wszystko było trudniejsze, gdy diabeł przybierał imię?
Mimo wszystko nie potrafiła patrzeć na niego w ten sposób. Po części był tylko człowiekiem, robił to, do czego się zobowiązał i choć  mogła być przekonana, że bez wahania pociągnąłby za spust celując w jej głowę, ona dobrze wiedziała, że sama zrobiłaby dokładnie to samo. Znając jego imię czy nie, na pierwszym miejscu oboje stawiali obowiązki oraz obietnice, które składali czy to sobie, czy innym ludziom w postaci dowództwa.
- Czasem o wiele trudniej jest o nie poprosić – odpowiedziała spokojnie, mając wrażenie, że cała rozmowa była wyrwana z kontekstu i przez krótką chwilę żadne z nich nie miało na myśli kwestii jej dokumentów. Lawirowali niczym dwa ciała, zawieszone pomiędzy dwoma światami, w jakiś sposób wzajemnie się przenikając, oddziałując na siebie tak, jak wszystko we wszechświecie, a jednak pozostający oddzieleni solidnym murem. Być może coś w niej nie funkcjonowało poprawnie, bo tak jak wielu jej podobnych nie potrafiła czuć nienawiści, patrząc i widząc jedynie człowieka. I choć, według niej, być może podejmował nieodpowiednie wybory, które przynosiły w sobie brzemienne skutki dla wielu niewinnych żyć, z jego punktu widzenia to jej życie nie należałoby do najbardziej poprawnych, gdyby tylko mógł poznać je trochę bliżej. Nie zamierzała bronić tych wszystkich, którzy panoszyli się po Paryżu niczym zaraza, przywłaszczając sobie to, co do nich nie należało, odbierając życia tym, którzy niczym na to nie zasłużyli i siejąc postrach w taki sam sposób, w jaki czyniły to zrzucane na Londyn pociski, jednak już dawno nauczyła się być w pełni ze sobą szczera i nie zamierzała udawać.
- Nie wydaje mi się, bym usłyszała tu prośbę – odezwała się bez większego zawahania, dorównując mu kroku dobrze wiedząc, że równie dobrze może zaprowadzić ją prosto do celi. Nie miała jednak wyboru, bo chociaż nie zwykła uciekać przed odrobiną ryzyka, prowadzona gra słów zdawała się być wystarczająca, a ona sama miała świadomość tego, iż niektórych granic nie powinno się zbytnio przekraczać – Z pewnością – każde z jej słów wypowiadane jest spokojnym, pewnym siebie tonem, który jednak niepozbawiony jest pewnego chłodu, czającego się z najciemniejszych zakątkach bez wątpienia niepozornej kobiety, za którą mogła uchodzić, gdy wyciągała dłoń, dwoma palcami przytrzymując krawędź legitymacji, nie zabierając jej jednak z dłoni mężczyzny. Zatrzymała się na chwilę w miejscu, choć przecież nie przeszli jeszcze  tak wiele, postępując krok bliżej, by z trudem pośród ciemności odczytać wypisane na papierze litery. Nie miała wątpliwości co do tego, kogo spotkała, nie próbowała również grać na zwłokę, nie musząc się obawiać ujawnienia swojej tożsamości. Badała jedynie grunt, sprawdzała swoje możliwości oraz to, jak daleko może się posunąć, zanim będzie musiała zacząć żałować.
- Być może o niektórych zasługach nie należy mówić zbyt głośno – powiedziała po chwili dość swobodnie posługując się językiem niemieckim, ze słyszalną jednak nutą francuskiego akcentu i nie czekając na mężczyznę ruszając przed siebie, jednocześnie wyciągając z torebki własne dokumenty i unosząc dłoń lekko w górę, czekając, aż je od niej weźmie – Julius to wyjątkowo melodyjne imię, nie nazwałabym go jednak śmiertelnym – odezwała się ponownie po niewielkiej przerwie, wypowiadając jego imię powoli, jednak w sposób, którego nie można było uznać za osobisty, jakby równie dobrze mogła mówić o kimś zupełnie obcym, jakby był to jedynie nic nieznaczący zbitek liter, które osiadały delikatnie na koniuszku jej języka i wywoływały niemożliwe do opisania odczucie, pozostawiając po sobie dziwny, odrobinę cierpki posmak. Jednocześnie na jej wargach wykwitł lekki, ledwie zauważalny uśmiech, który nie mówił wiele, choć jednocześnie być może mógłby powiedzieć wszystko – Zamierza mnie pan aresztować, herr von Plettenberg? – zapytała, tym razem tonem, którym mogłaby pytać kogoś o aktualną godzinę bądź samopoczucie, wciąż powoli krocząc przed siebie i nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. W tej chwili równie dobrze mogła na własne życzenie wchodzić w palące płomienie, tylko po to, by przekonać się, że może jednak nie były w stanie jej dotknąć. Albo wręcz przeciwnie.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Plac Louvois   

Powrót do góry Go down
 
Plac Louvois
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: