IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Targ przy rue Bourdeau


Share | 
 

 Targ przy rue Bourdeau

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Targ przy rue Bourdeau   Sob Kwi 08, 2017 8:28 pm



Targ przy rue Bourdeau

Niektórzy prześmiewczo nazywają rue Bourdeau Polami Elizejskimi, choć nie ulega wątpliwości, że miejsce to ma niewiele wspólnego ze słynną paryską ulicą, gdzie znajdują się drogie i eleganckie sklepy.
Rue Bourdeau już od lat służy najróżniejszym drobnym handlarzom, którzy rozstawiają tu swoje stragany, sprzedając dosłownie wszystko. Wraz z okupacją na targu zaczęło pojawiać się coraz więcej paryżan, gotowych pozbyć się swojego dobytku, aby tylko mieć za co przeżyć kolejny miesiąc. Na rue Bourdeau kwitnie więc czarny rynek, a niektórzy sprzedawcy oferują coś więcej niż tylko biżuterię czy klasery ze znaczkami - jeśli tylko ma się odpowiednią wiedzę (i odpowiednią sumę w portfelu) zdobycie fałszywych dokumentów nie powinno być problemem.
Władze przymykają oko na pewne interesy, wiedząc, że targ przy rue Bourdeau przyciąga również tych paryżan, którzy mają do zaoferowania przedmioty skradzione Żydom. W ciasnej i głośnej przestrzeni targu można się zatem natknąć zarówno na zwykłego mieszkańca miasta, jak i okupanta.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Sob Sie 12, 2017 12:00 am

Targ przy rue Bourdeau żył własnym życiem - hałaśliwym od rozmów i wręcz barwnym od oferowanych na stoiskach towarów, z których zdecydowana większość do niedawna stanowiła wyposażenie domów paryżan.
W ten majowy dzień nie było oczywiście inaczej. Na całej długości ulicy po obydwu stronach ciągnęły się mniejsze i większe stragany, a mieszkańcy Paryża spacerowali pomiędzy nimi, targując się, wykłócając bądź wymieniając uwagi z innymi klientami. Od czasu do czasu pośród francuskiej mowy dało się również słyszeć dyskusje w języku niemieckim - zwłaszcza przy stoiskach oferujących biżuterię, dzieła sztuki, wiekowe meble bądź inne droższe towary, których niechętnie pozbywali się paryżanie.
W istocie bogactwo kontrastowało tutaj z biedą; przy jednym stoisku elegancka (lecz na jak długo?) Francuzka sprzedawała komplet złożony z brylantowego naszyjnika i kolczyków, a zaraz obok staruszek z pooraną zmarszczkami twarzą rozkładał na kawałku tkaniny poobijane i wysłużone garnki, licząc na to, że i na nie znajdzie się nabywca. Na targu przy rue Bourdeau każdy sprzedawca był jednak równy, bo każdy robił wszystko, byle tylko przetrwać kolejny dzień pod jarzmem okupacji.
Monsieur Claude Aigrefin, który handlował na targu już od kilku lat, także zaliczał się do tego mało zaszczytnego grona. Jego stoisko było w zasadzie sporych rozmiarów drewnianą budką, do której prowadziły zawsze otwarte szeroko drzwi. Na szyldzie ponad nimi widniał dość wyblakły napis w języku francuskim - "C. Aigrefin. Płyty, gramofony, instrumenty muzyczne". Niżej widniał ten sam napis (o wiele świeższy) w języku niemieckim z kilkoma literówkami. Budka Claude'a Aigrefina znajdowała się tuż na początku rue Bourdeau, a pomijając szyld, można ją było poznać po przedniej ścianie obklejonej podniszczonymi i równie wyblakłymi plakatami, które informowały o wydarzeniach muzycznych w Paryżu. Na każdym z nich widniała jednak przedwojenna data, tak jakby właściciel postanowił przemycić niewielki fragment dawnego życia do okupacyjnej rzeczywistości.


Na odpis masz 72h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Nie Sie 13, 2017 10:00 pm

Czasami sądził, że próba nacechowania rzeczywistości rekurencyjnością nie ma najmniejszego sensu.
Czasami uważał, że rozmija się z tym, co stanowi istotę życia i pozwala, by jego sedno przeciekało mu między palcami.
Czasami – zwykle podczas milczących nocy, gdy miarowy, spokojny oddech pogrążonego we śnie Paryża był jedynym dźwiękiem zagłuszającym ciszę w apartamencie – zatrzymywał się przy rozwartym na oścież oknie i czasami – bardzo rzadko, ale za to ze stałą, odgórnie narzuconą rutyną – dostrzegał na zewnętrznej ścianie, nieco ponad metr od siebie, milczącego kompana rozmyślań.
Szara, nieruchoma (i prawdopodobnie nigdy nie ta sama – w końcu jak długo one żyją?) ćma, patrząca tęsknie w kierunku lśniącego bezmiaru gazowych lamp, może tak naprawdę podziwiając niewidoczną dla Jespera, rozedrganą poświatę. Dla niechcianego obserwatora jej samotności nie miało to jednak szczególnego znaczenia, nie w obliczu przytłaczającej wiedzy – świadomości – interpretacji, że właśnie tymi drogami, rozświetlanymi przez drżące płomienie lamp, przed wieloma, wieloma laty wędrowali zdobywcy, królowie, prorocy nadziei i gniewu, zbawcy świata, szarlatani, marzyciele, książęta i nawiedzeni, zdrajcy, mesjasze, asceci, pustelnicy, cudotwórcy i nieszczęśnicy szukający ukojenia. Do dziś w biciu dzwonów Paryża pobrzmiewa echo ich pamięci, ich imiona powracają w płaczliwym zawodzeniu księży i w granitowych płytach wmurowanych w ściany kamienic – lecz podczas wszystkich oderwanych od rzeczywistości nocy, Jesperowi zdawało się, że w mieście nie ma żywej duszy, z wyjątkiem niego, ćmy i słabego światła latarni.
Za każdym razem, gdy podczas pozornie osamotnionych nocy nie był sam, ostrożnie wychylał się przez okno, starając się nie spłoszyć zadumanego owada. Niwelując odległość, nabierał niejasnej pewności, że to stworzenie wpatrywało się w jakiś punkt przestrzeni, na który i on powinien popatrzeć. Z jakiego odległego rejonu królestwa ewolucji, z jakiego mglistego, pierwotnego krajobrazu – pełnego wulkanów tryskających chmurami dymu, dżungli i oparów mgły unoszącej się ponad ziemią, zanim jeszcze powstało jakiekolwiek słowo i wiedza, całe miliony lat przedtem, zanim owi królowie, prorocy i zbawcy wędrowali po paryskich ulicach – pochodziła ta istota, która z odległości nie większej niż metr wpatrywała się w Jespera ciepło, choć z pewnym niepokojem? Niby daleki krewny zatroskany naszym stanem zdrowia. Zdawało się, że von Westerholt intryguje to stworzenie, bo przy każdej okazji poruszało delikatnie skrzydełkami, jakby chciało powiedzieć: „Naprawdę bardzo ci się dziwię” lub jak gdyby pragnęło wyrazić bezsilny żal, że Jesper postępuje tak niemądrze, w ciągu paru miesięcy odcinając się od dawnych znajomych niby ktoś, kto dobrowolnie postanowił się całkowicie wycofać.
Przed trzema dniami, gdy zamienił towarzystwo ćmy na znacznie mniej empatyczne, na skrzyżowaniu rue de Nesle i rue de Dauphine zupełnym przypadkiem dostrzegł ogłoszenie; wzrok przesunął się po lekko rozmazanych literach, mimowolnie wyłapując Debussy i Bizet, słowa-klucze, które nakazały zapamiętanie widniejącego poniżej adresu. Godzinę (oraz butelkę szampana) później zapomniał o całej sprawie i dopiero dziś – w czwartkowe przedpołudnie, będące dla Jespera wyjątkowo wczesnym porankiem – Debussy zaczął domagać się uwagi, skierował dłoń w stronę telefonu i wezwał kierowcę.
O czternastej von Westerholt dość sceptycznie wpatrywał się we wlot uliczki z wnętrza zaparkowanego przy krawężniku samochodu. Dłoń zamarła na metalowej klamce, ciepły oddech zostawił na szybie mlecznobiały ślad, który zniknął, gdy Jesper w końcu otworzył drzwi.
Miał złe przeczucia – jak zawsze.
I postanowił je zignorować – po raz pierwszy.
Budkę należącą do monsieur Aigrefina dostrzegł już po kilku krokach – płyty, gramofony, instrumenty muzyczne samym brzmieniem słów nawoływały, aby wejść do wnętrza niewielkiej, drewnianej konstrukcji, która – danke, Schicksal – znajdowała się tuż na początku targu. Uniknął ciasnego tłumu równie skutecznie, co przytłaczającego obrazu biedy – nagle fakt, że coraz częściej odwracał się plecami do życia, zapadając w sen zimowy, trwający nieprzerwanie zimą i latem (jeśli można mówić o śnie zimowym w wypadku kogoś, kto cierpi na bezsenność), przestał dziwić.
Nic nie mogło dziwić, odkąd Jesper von Westerholt pochylał lekko głowę, wkraczając do wnętrza targowej, drewnianej budki – tyle drzazg, tyle powodów do śmierci – w skrojonym na miarę letnim garniturze i z cichym bonjour na ustach, które stanowiło jedyną nić łączącą go z rzeczywistością.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Wto Sie 15, 2017 3:57 pm

Wnętrze budki przesycał zapach drewna i kurzu, który wirował w powietrzu wraz z każdym, nawet najmniejszym ruchem i pokrywał podłogę wyłożoną krzywymi deskami. W dość ciasnej przestrzeni znajdowało się niewiele mebli - większość miejsca zajmowała imponująca kolekcja gramofonów - za to po każdej ścianie aż do sufitu pięły się zastawione towarem półki. Kartonowe pudełka z bezimiennymi płytami, zeszyty z nutami, książki, ale też rozmaite instrumenty muzyczne - od zmatowiałych od kurzu fletów i podniszczonych skrzypiec po wiolonczelę z ciemnego drewna, wyglądającą na nową, która spoczywała w kącie pomieszczenia. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby lada moment miało runąć i zapewne niejeden klient, który przekraczał próg budki monsieura Aigrefina, zastanawiał się, czy wyjdzie z niej cało.
Wbrew pozorom to nie Aigrefin jako pierwszy dostrzegł Jespera, lecz był to bury kot śpiący na niskim kontuarze. Zwierzę uniosło powieki i obrzuciło von Westerholta uważnym spojrzeniem zielonych oczu; jego ogon drgnął ostrzegawczo, ale już w następnej chwili kot ponownie zapadł w sen, najwidoczniej przyzwyczajony do obecności klientów. Claude Aigrefin, siedzący na stołku za kontuarem, z pewnym opóźnieniem zorientował się, że ma klienta. Studiował intensywnie jakiś gruby plik nut, ale gdy zauważył Jespera, odłożył lekturę i podniósł się z miejsca. Był to mężczyzna w podeszłym wieku - czas wyżłobił na pociągłej twarzy Francuza liczne zmarszczki, a na czubku jego nosa chwiały się okulary w okrągłych oprawkach. Siwe włosy miał zaczesane gładko, a jego marynarka - choć wysłużona i o trochę staromodnym kroju - nadawała mu mimo wszystko pewnej elegancji.
- Bonjour - odpowiedział, kłaniając się nieznacznie i obdarzając von Westerholta lekkim uśmiechem. - W czym mogę pomóc? - zapytał, a jego spojrzenie zatrzymało się na twarzy Jespera, choć nawet jeśli zorientował się lub domyślał, z kim miał do czynienia, nie dał tego po sobie poznać.


Na odpis masz 72h (do niedzieli 20 sierpnia).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Pon Sie 21, 2017 10:21 pm

To jeden z tych wyjątkowo ciężkich dni zawieszonych w ciężkim powietrzu ciężkiej temperatury; widmo niepewności wisi nad lekko pochyloną głową, która powoli, lecz z wyraźną ostrożnością przeczesuje kilka metrów kwadratowych, najwyraźniej poszukując stabilnego punktu oparcia.
Jednak we wnętrzu skarbca króla Salomona – bo przecież wraz z przekroczeniem wąskich drzwi, mała, drewniana budka przeszła cudowną metamorfozę – nie ma niczego stabilnego. Pomimo pedantycznego porządku wnętrze sprawiało wrażenie, jakby wypełniała je rażąco nieharmonijna zbieranina artefaktów. W kombinacji niedopasowanych elementów panował chaos: półki tworzące magiczne kondygnacje złożone z winylu oraz pięciolinii, pękate kartony suto nakarmione zapomnianymi nutami, gramofony, w których czas zaklął dusze poprzednich właścicieli, meble tak wiekowe, że z uporem staruszek zdawały się szeptać własną, przeinaczoną historię – w niewielkim imperium monsieur Aigrefina nowi przybysze narażani byli na wzbierające fale niepewności, tylko o włos unikając tego szczególnego rodzaju paniki, która pojawia się, gdy wyobraźnia nie potrafi odzwierciedlić otaczającej ciało rzeczywistości.
Ale jeśli tylko udało ci się umknąć przed katastrofą bez większych ofiar, jeśli przekroczyłeś próg, przyjąłeś do płuc pierwszą dawkę kurzu i wciąż oddychasz – królestwo stoi otworem.
Nawet, jeśli się zawahał – zawahałeś, prawda? Wystarczyło krótkie spojrzenie rzucone przez kota, słaby refleks w jego oczach lśniących jak ciemne szkło – nie trwało to na tyle długo, by wciąż pochłonięty własnymi sprawami właściciel zdołał zauważyć taneczny cień niepewności na twarzy von Westerholta. Blade, skąpe błyski światła skrzyły się na pokrytych kurzem instrumentach, szczególnie zaciekle wirując wokół wiolonczeli, która (z chlubnym wyjątkiem kota) była najczystszym elementem wyposażenia. Jesper chytrze ukrył nagłą myśl – może to z niej Lars w końcu zechce zrobić użytek? – żadnym gestem nie zdradzając gładkiej fali rozbawienia, którą cierpliwie, nieco zbyt pospiesznie ugłaskał do snu.
Ravel, Hindemith, Orff – właściciel budki był dokładnie taki, jaki powinien być – elegancki na swój rustykalny, nadszarpnięty czasem sposób, grzeczny, lecz nie ugrzeczniony, z siateczką zmarszczek, która nadawała jego twarzy literackiego wymiaru, jakby wyjęto go ze stronic powieści Carla Collodiego, a w dłoń zamiast dłuta wręczono plik nut. – Wyjątkowe zestawienie. Idealnie dopełniłby je de Falla – kolejna ćwiartka zawahania, tym razem znacznie trudniejsza do ukrycia niż poprzednio; Jesper nie zdobył się na postawienie kolejnego kroku w stronę kontuaru, na moment rezygnując z obrazu dobrotliwej twarzy staruszka i zamieniając go na pozornie pogrążonego w śnie kota.
Pozornie – Kardynał Richelieu zdołał nauczyć swego właściciela (niewolnika?) w jak przewrotny sposób potrafi przejawiać się kocia iluzoryczność.
Wezmę całą walizkę z wyjątkiem Bizeta – trwając w impasie pomiędzy kontuarem a celem dzisiejszej wizyty, postanowił jak najprędzej doprowadzić do jej końca – choć nie na tyle szybko, by zrezygnować z negocjacji.
Bizet zwyczajnie nie wchodził w grę.
Przypominał o n i e j.
Jest zbyt pompatyczny.
Tak, jak była o n a.
A mimo to czasem go słucha – czasem nawet gra, bo muzyka posiada tę potężną moc przywracania miejsc lub osób tak, że można raz jeszcze poczuć ich obecność.
Z kocią iluzorycznością, chociaż przez chwilę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Pią Sie 25, 2017 10:00 pm

Już w momencie, gdy Jesper wymienił trzy pierwsze nazwiska, monsieur Aigrefin uniósł nieznacznie jasną brew - od razu zorientował się, jakie było życzenie jego klienta. Podtrzymując na wargach uprzejmy uśmiech, zwrócił się w stronę kontuaru, za którym przechowywał walizkę z płytami.
- Już sądziłem, że nikogo nie skusi to zestawienie. Najwidoczniej się myliłem - odpowiedział, rzucając von Westerholtowi krótkie spojrzenie i schylając się za kontuar. Gdy się zza niego wynurzył, z pewnym wysiłkiem postawił na kontuarze walizkę z czarnej skóry, wzbijając w powietrze obłoczki kurzu. Następnie wyciągnął z kieszeni marynarki materiałową chusteczkę, po czym zaczął nieśpiesznie przecierać nią wiekową skórę.
Stojąc nieopodal kontuaru, w pewnej chwili Jesper mógł odnieść wrażenie, że jedna z nierównych desek po jego butem poruszyła się nieznacznie; niewykluczone również, że usłyszał jakiś szelest, lecz zanim zdążył wytężyć słuch, monsieur Aigrefin odłożył na bok chusteczkę i odezwał się ponownie.
Biedny Bizet. Gdyby tylko pana słyszał... - rzucił żartobliwie, po czym otworzył walizkę. Wewnątrz niej w dwóch równych stosach spoczywały płyty; zgodnie z ogłoszeniem każdą z nich ochraniała okładka. - Ale jeśli jest pan zainteresowany, mógłbym zastąpić go de Fallą. Może kosztować to trochę więcej, ale czego się nie robi dla prawdziwej muzyki, prawda? - zapytał, spoglądając kątem oka na von Westerholta.


Na odpis masz 72h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Wto Sie 29, 2017 10:18 pm

Cały świat nabrał na karykaturalnej ostrości – kontury pogrążonych w półmroku mebli były ostre jak miecze z damasceńskiej stali, kolory zakurzonych okładek jaskrawe jak łgarstwa prostytutek prawiących klientom o dozgonnej miłości, a dźwięki zwielokrotnione niczym niesione echem. W pierwszym, zupełnie odrealnionym odruchu zapragnął dotknąć tych dziwnych narzędzi oglądu świata – obwolut, okładek, śliskich powierzchni winylu, gładkiego drewna instrumentów – lecz zachcianka okazała się niewykonalna. Wciąż nie potrafił porzucić dotychczas obranej, jak sam pragnął wierzyć – optymalnie bezpiecznej – pozycji, jakby ktoś uwięził jego wolę działania w twardej skorupie cudzego cielska. Bez możności apelacji. Słowa monsieur Aigrefina wywołały u Jespera cień pozbawionego wesołości uśmiechu; uniesienie kącików ust w wyrazie złudnej wesołości było raczej odruchem niźli rzeczywistym przejawem radości, choć już samo pojawienie się walizki odczuwalnie podniosło kruche morale von Westerholta.
Proszę nie tracić wiary w dobry gust muzyczny paryżan. Rodowitych bądź tymczasowych – zwracał się do właściciela, jednak wszystkie jego zmysły – włącznie ze słuchem, który jak gdyby przez grubą warstwę waty dosłyszał cichy szelest połączony z delikatnym drgnięciem deski pod naciskiem podeszwy lśniących butów – aktualnie skupiały się na zalegającej na blacie walizce. W skąpym świetle zawirowały galaktyki lśniącego kurzu, spośród których wyłoniły się dwa równe rządki winylowych płyt. Reklama – o dziwo – nie kłamała; każda chroniona była okładką, co dało się zauważyć nawet z odległości, jaką mniej lub bardziej świadomie obrał von Westerholt, będący chwilowo myślami daleko od nieszczęsnego Bizeta.
Być może wziąłby obiektywną opinię do serca – dodał w końcu na głos, odrywając wzrok od płyt na samą wzmiankę o pieniądzach.
Prędzej czy później wszystko się do nich sprowadza.
De Falla warty jest każdej ceny – postarał się, by w cichym, wyważonym, starającym się unikać zbędnych nadużyć strun głosowych tonie zabrzmiała sympatyczna nuta – co w połączeniu z ostrożnym, wyprawnym z wesołości spojrzeniem dawało dość marny, choć wystarczająco przekonujący efekt. – Proszę posłuchać Danza ritual del fuego przy ognisku.
Poruszył się nagle – jeden, krótki krok postawiony w rytm muzyki, która zawirowała w umyśle jak obracające się w powietrzu drobinki kurzu.
Świece od biedy wystarczą, choć nie oddają potęgi żywiołu tak, jak oddałby ją płonący Rzym – jeszcze jeden krok, allegro maestoso, szybko, wyważenie, z powagą. – Pewnie właśnie o tym myślał de Falla, komponując El amor brujo. O Neronie i Rzymie.
Jedno wyciągnięcie ręki – dokładnie tyle dzieliło go od walizki, w której spoczywały dwa stosiki upragnionych płyt (z których połowę Jesper zapewne posiadał – lecz monsieur Aigrefin się nie mylił. Czego się nie robi dla prawdziwej muzyki?).
Na okładce Hindemitha miał być autograf – uniósł nieznacznie brwi, najwyraźniej oczekując, że właściciel zechce udowodnić prawdziwość ogłoszenia, własnoręcznie prezentując to, co poniekąd czyniło zawartość walizki tak upragnioną – sam Jesper wolał nie ryzykować choćby jednym, nieostrożnym przełożeniem okładki, bo…
Szkoda byłoby stracić de Fallę.
I dwa litry krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Pią Wrz 01, 2017 9:44 pm

Monsieur Aigrefin skinął tylko uprzejmie głową na uwagę o rodowitych i tymczasowych paryżanach, nie dodając od siebie nic, co mogłoby zdradzić jego opinię na temat tych drugich - nie ulegało zresztą wątpliwości, że to poniekąd dzięki nim jego skromny interes nadal istniał.
Wystarczyło jednak kilka słów więcej, a twarz Claude'a przybrała nieodgadniony wyraz, po czym usta mężczyzny znów uniosły się w lekkim uśmiechu - tym razem nie wyuczonym, skierowanym do klientów - lecz odrobinę nostalgicznym.
- Uczyłem kiedyś gry na pianinie w Konserwatorium Paryskim - odezwał się po chwili. - Moi studenci mówili mi to samo co pan, ale dyrektor chyba nie byłby zachwycony ogniskiem w mojej klasie - w jego głosie znów zabrzmiała żartobliwa nuta. Monsieur Aigrefin ominął kontuar, muskając przy okazji futro śpiącego kota, po czym zbliżył się do jednej z półek i zdjął z niej karton, by poszukać odpowiedniej płyty. Odwrócony plecami do Jespera, nie przestawał mówić. - Osobiście wolę Noches en los Jardines de España. Skomponowane na francuskiej ziemi, tak daleko od ojczyzny - choć von Westerholt nie mógł tego widzieć, na twarzy mężczyzny znów zagościł cień nostalgicznego uśmiechu.
Zajęty płytami, nie był w stanie dostrzec, co działo się za jego plecami - w przeciwieństwie do Jespera. Podczas gdy monsieur Aigrefin mówił, von Westerholt jeszcze raz mógł usłyszeć szelest i skrzypienie desek tuż za sobą; tym razem głośniejsze niż poprzednio. Wystarczyło tylko, by zerknął za siebie, a zobaczyłby, że ta sama deska, na której stał przed chwilą, uniosła się nieznacznie, ujawniając ukrytą w podłodze skrytkę. Była na tyle duża, by pomieścić dziecko, i nie ulegało wątpliwości, że para dużych, ciemnych, wyglądających za szpary oczu należała właśnie do dziecka.
Sądząc po ciemnej karnacji, niewykluczone, że żydowskiego.
- Oczywiście... – odezwał się Claude, odwracając się w stronę von Westerholta, najpewniej z zamiarem pokazania mu płyty Hindemitha, lecz urwał gwałtownie, dostrzegając uniesioną deskę. Malująca się na jego twarzy uprzejmość ustąpiła strachowi. - Oczywiście, okładka Hindemitha ma autograf – odpowiedział ostrożnie po dłuższej chwili, jakby nic się nie stało, choć palce zaciskał na płycie z de Fallą tak silnie, że zdawało się, iż zaraz ją uszkodzi. Nie śmiał ruszyć się z miejsca, podążając spojrzeniem od ujawnionej kryjówki do Jespera.


Na odpis masz 72h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Wto Paź 31, 2017 12:34 am

Smutne i przerażające, beznamiętnie, wykonywane z precyzją automatu – właśnie takie było paryskie życie. Pozbawione swobody. Pozbawione domysłów. Pozbawione marginesu autoironii, za którym skrywają się nieśmiałe przebłyski szczęścia. Tutaj, w obliczu obcego człowieka, w miejscu, gdzie ściany, podłoga, sufit i okienne framugi mają uszy, nie można pozwolić sobie na szczerość; nikt nie wypowiada na głos tego, co akurat myśli, nikt nie komentuje padających słów, które – często, stanowczo zbyt często – są mniej bądź bardziej udatną prowokacją. W okupowanym Paryżu trzeba być ostrożnym. Bardzo powściągliwym. Ponad wszelką miarę nieufnym.
I nieustannie przerażonym, zupełnie jak Jesper każdego dnia. Przez całe życie.
Dziś starał się nie myśleć o strachu – zamykając za sobą drzwi apartamentu, zajmując miejsce na skórzanym fotelu samochodu, wpatrując się we wszechobecne w budce, drobne drzazgi, które tylko czekały na swoją okazję – nie zamierzał się bać. Przerażenie było ostatnią rzeczą, na jakiej pragnął się skupiać, w wypowiadanych przez monsieur Aigrefina słowach odnajdując jedyny ratunek przed podszeptami na wskroś przeczulonego umysłu.
Teraz pan mówi jak mój nauczyciel gry na fortepianie – kąciki jego ust wysiliły się na niepewny, wyblakły uśmiech, który – nieświadomie imitując ten goszczący na wargach staruszka – skierowany był do cieni dawno minionej i dobitnie utraconej przeszłości. – Twój ojciec nie byłby zachwycony ogniskiem w salonie. Wciąż jestem zdumiony tym, w jaki sposób muzyka łączy zupełnie obcych ludzi – nie do końca rozumiał, dlaczego mówi; mówił, bo wypowiadane na głos słowa odwlekały w czasie moment, w którym istotniejsze będą myśli? Mówił, bo tylko w ten sposób mógł przekonywać samego siebie, że posiada kontrolę nad całkowicie obcym, niosącym śmiertelne zagrożenie otoczeniem? Mówił, bo naprawdę – po raz pierwszy od długiego czasu naprawdę dobrze się rozmawiało?
Wybiera pan tęsknotę, to zrozumiałe – kolejne słowa, kolejny zbitek przypadkowych sylab, kolejne sekundy wyczekiwania na coś, co – zamrożone w powietrzu – powoli przedzierało się na powierzchnię. Nie wiedział, skąd bierze się ten niepokój; pozornie nic nie uległo zmianie, monsieur Aigrefin poruszał się tak, jak na człowieka w jego wieku przystało, kot wciąż pozostawał nieruchomy, a obluzowana deska…
Nie powinien obracać się w stronę źródła dźwięku. Nie powinien podążać za każdym, najdrobniejszym nawet szelestem, bo te zwykle – prawie zawsze – zwiastowały niechciane, zbyteczne kłopoty. Coś, co burzy oazowy spokój muzycznych dysput i wprowadza w rutynowy zakup śmiertelny chaos. Coś, czego Jesper von Westerholt nie powinien (nie chciał) widzieć – ale kiedy dwa całkowicie obce spojrzenia krzyżują się ze sobą, jest już za późno.
Za późno na ostrożność, czynienie sobie wyrzutów i udawanie, że niczego się nie zauważyło.
Cudownie – z jego ust pada zaledwie jedno, krótkie słowo – wystarczająco wiele, by zdołał odwrócić spojrzenie od skrytki w podłodze, pary lśniących oczu i ciemnego paska skóry, który nazbyt dobitnie nasuwał niechciane wnioski. Ignorował – próbował zignorować – drżenie w piersi, czując się przy tym, jak gdyby przekroczył barierę dźwięku. Strach podszyty niepewnością; nie był pewien, czego się spodziewać nie tyle ze strony dziecka, co poczciwego staruszka, najwyraźniej gotowego złamać płytę de Falli w pół. – Proszę zapakować winyl… i naprawić deskę w podłodze. Ktoś mniej ostrożny mógłby się o nią potknąć.
Powinien ująć to właśnie w ten sposób – pośrednio, bez klarownej obietnicy, bez gorących zapewnień, że nikt nie dowie się o podłogowej skrytce?
Powinien wyjść bez słowa, póki jeszcze ma taką możliwość?
Powinien udawać, że nic się nie stało?
Nic podobnego; powinien jedynie zapłacić – i właśnie to zamierzał zrobić, niespiesznie wyciągając z wewnętrznej kieszonki marynarki skórzany portfel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   Nie Lis 12, 2017 3:03 pm

Atmosfera nagle zrobiła się ciężka i pełna napięcia, mimo że Claude Aifrefin za wszelką cenę usiłował przywołać na twarz uprzejmy, spokojny wyraz. Zdradzały go jednak drżące lekko usta, zmarszczone brwi i oczy, w których kłębił się żywy strach. Nikt nie skrywał żydowskiego dziecka pod podłogą własnego interesu bez konkretnego powodu, a monsieur Aigrefin zdecydowanie nie miał czystego sumienia.
Zdawało się, że przez jego twarz przemknęła ulga, kiedy Jesper odpowiedział mu w podobnym tonie - jakby nic się nie stało. Mężczyzna skinął szybko głową, po czym pośpieszył w stronę kontuaru, zatrzymując się dosłownie na chwilę - by bez słowa nastąpić na odchyloną deskę i przycisnąć ją z powrotem do podłogi.
A przy okazji posłać w czeluść kryjówki krótkie, karcące spojrzenie.
Gdy znalazł się wreszcie za kontuarem, odłożył płytę - cudem nieuszkodzoną - po czym schylił się w poszukiwaniu papieru. Dosłownie w tej samej chwili deski starej podłogi skrzypnęły ponownie, choć tym razem dlatego, że do środka weszli dwaj mężczyźni w niemieckich mundurach. Obydwoje wysocy i barczyści, nieomal zahaczali o chwiejne półki, a na ich obliczach malowała się zimna pogarda.
- Bonjour - rzucił jeden z nich po francusku z silnym niemieckim akcentem. Na dźwięk jego głosu monsieur Aigrefin wyprostował się gwałtownie, momentalnie blednąc. Był niemalże przezroczysty. - Drobna inspekcja - dodał Niemiec, rozglądając się dookoła. Po chwili jego spojrzenie padło na Jespera. - Proszę okazać dokumenty, pan również. - polecił, spoglądając wyczekująco i na Aigrefina, i na von Westerholta. W tym samym czasie drugi mężczyzna zajął się przeszukiwaniem półek i odsuwaniem zalegających wszędzie instrumentów muzycznych. Widział jednak, jak niewiele brakowało, aby cała ta misterna konstrukcja runęła, dlatego po chwili zrezygnował i zajął się obchodzeniem niewielkiego wnętrza, naciskając czubkiem ciężkiego buta na każdą z desek.
Aigrefin śledził go kątem oka, podając drugiemu Niemcowi swoje dokumenty. Zdawało się, że mężczyzna za moment zemdleje.


Jesper, posiadasz rangę Kłamca stopnia IV. Jeśli chcesz, możesz spróbować w dowolny sposób odwrócić uwagę Niemców. W tym celu rzucasz kością k100, a wynik mieszczący się w zakresie 1-60 oznacza powodzenie Twojej akcji.

Na odpis masz 72h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Targ przy rue Bourdeau   

Powrót do góry Go down
 
Targ przy rue Bourdeau
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Opéra-
Skocz do: