IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Place du Tertre


Share | 
 

 Place du Tertre

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Place du Tertre   Sob Lip 02, 2016 2:47 pm



Place du Tertre

Idąc jedną z wąskich, choć malowniczych uliczek Montmartre bez wątpienia dotrzesz na osłonięty drzewami plac, gdzie w powietrzu unosi zapach farby, tytoniu i specjałów serwowanych w co najmniej kilku pobliskich restauracyjkach. Jest w nich tak ciasno, że na zewnątrz klienci siedzą ramię w ramię z pracującymi przy sztalugach artystami. Słynny w całej dzielnicy plac można albo za to pokochać, albo serdecznie znienawidzić.
Jego artystyczna tradycja narodziła się już na początku XX wieku, ale dopiero od kilku lat plac stanowi miejsce, w którym wypada się pokazać. Niewielka przestrzeń gości tutaj nie tylko amatorów, zwykłych paryżan czy zwabionych jej renomą okupantów, ale też znanych twórców. Uważne oko dostrzeże przechadzającego się między sztalugami Pabla Picassa, który jest tu stałym bywalcem.
Miejsce to może być jednak równie dobrze rajem dla kieszonkowców, a jedna z elegantszych restauracji - La Mère Catherine - zarezerwowana jest tylko dla Niemców (pozostali goście mogą jedynie zadowolić się w niej grą w bilarda). Nawet tutaj wypadałoby zachować pewną czujność.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Sie 25, 2016 5:56 pm

startujemy

Zastanawiało mnie, co ci wszyscy głupi ludzie tutaj robili.
Niebo miało barwę gołębich piór, a o słońcu - produkcie luksusowym niczym niż jedwabne pończochy, przyprawy czy inne obiekty ludzkich pragnień (nie moich) - nieszczęśni paryżanie mogli tylko pomarzyć. Z tej wielkiej przestrzeni zlokalizowanej ponad dachami domów i koronami drzew spadał od czasu do czasu pojedynczy płatek śniegu, a może kropla deszczu, która niefortunnie trafiała na czyjeś rozpięte na sztaludze płótno. Dokładnie; nawet w dzień, który bardziej zachęcał do zaszycia się w domu niż na zewnątrz, na Place du Tertre było niemal gwarno. Nie zaprzątałam sobie głowy myślą o tym, jaka panowała temperatura, ale z całą pewnością mogłam powiedzieć, że było zimno. Nie zimniej jednak niż w moim mieszkaniu, skąd uciekłam w momencie, gdy przestałam czuć czubek własnego nosa. Otuliłam szyję jakimś szalikiem, narzuciłam na siebie płaszcz, a średnio ułożoną fryzurę zamaskowałam niewielkim kapeluszem. Nic do siebie nie pasowało, ale uznałam, że wyglądam gustownie. I tylko ja oraz moje cztery ściany wiedzieliśmy, w jak przerażającym stanie znajdowała się podszewka i płaszcza, i kapelusza.
Zdziwiłabym się jednak, gdyby ktoś zwrócił na mnie uwagę. Widywałam już niejedną madame, która prawie mdlała, zauważając na swoim ubraniu plamę wielkości paznokcia małego palca. Zabawne; pomimo że były w stanie wyłapać taką tragedię w swoim życiu, to widok wszystkich brudnych biedaków żebrzących na ulicach jakoś umykał ich umalowanym oczom.
Snułam podobne myśli, mknąc między ludźmi i nadając swojej twarzy wyraz uprzejmego niezainteresowania, podczas gdy moje spojrzenie starało się wyłapać z tłumu twarz każdej mijanej osoby. Wsłuchiwałam się w napływające ku mnie dźwięki, nawet jeśli były one tylko szczękiem sztućców dobiegającym z najbliższej restauracji, pustym śmiechem kobiety czy popularnym wie viel kostet das? - rzuconym przez jakiegoś Niemca chyba tylko po to, by uświadomić nieszczęsnemu sprzedawcy, że jego klient i tak nie zapłaci pełnej ceny. To była muzyka, którą kochałam; muzyka bez nut i głębokiego przekazu, a jednak często niosąca ze sobą rzecz najpiękniejszą - informacje.
Nie spodziewałam się, że od razu usłyszę coś ciekawego, więc bez pośpiechu wkradłam się pomiędzy drzewa, podnosząc z ziemi jakieś bezpańskie składane krzesło. Było ich tu zresztą pełno, bo nie tylko ja zapragnęłam prezentować swoje umiejętności artystyczne. Dźwigałam już pod pachą szkicownik, a w ostatniej kieszeni płaszcza, w której nie było jeszcze dziur, kryły się kawałki węgla. Za ten ostatni sprzęt plastyczny serdecznie dziękowałam workom z węglem należącym do mojego sąsiada. Wciąż obiecywałam sobie, że w końcu uświadomię mu jego wkład w mój rozwój, ale póki co pozostawał w błogiej nieświadomości.
Z miną prawdziwego da Vinciego rozłożyłam się więc pod pierwszym lepszym drzewem, po swojej lewej stronie mając innego da Vinciego, który energicznie zapełniał płótno tylko jedną barwą. Prawą stronę zajmowała z kolei nie mniej kreatywna pustka.
Ułożywszy szkicownik na kolanach, wyjęłam z kieszeni kawałek węgla i zaczęłam kreślić nim twarze przechodzących obok mnie ludzi. Zgodnie z odwiecznym zwyczajem, nie zwracali oni większej uwagi na mój skromny warsztat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Sie 25, 2016 7:17 pm

| pierwszy post tutaj, trzymajcie kciuki!

To był szary dzień.
Szara była snująca się ze słodkim lenistwem smuga papierosowego dymu, przeciskająca się przez nieszczelne od wieków okiennice kawalerki. Szary był kubek z szarym dnem upstrzonym brunatną plamą fusów po kawie. Szare były oczy Thierry'ego, który pokazał mu język i spędził cały ranek pod kołdrą, wyśpiewując wyjątkowo nieprzyzwoite piosenki, których nauczył się od sąsiada z parteru. Drzwi do domu tamtego sąsiada też były szare; musiał to zapamiętać, żeby w stosownym czasie obić mu za te piosenki wyjątkowo garbaty nos.
Paryż też był szary, popielaty i gołębi, smętny i brzydki, i tylko gdzieniegdzie rozjaśniały go na czerwono uśmiechające się słodko usta dam. Więc on też się uśmiechał. Ten uśmiech- trochę krzywy, trochę zaczepny- gościł na jego twarzy już prawie zawsze, jak element ubioru, którego nigdy nie zapominał. Przetarty płaszcz chronił go przed zimnem, wypolerowane starannie buty przed chłodem brukowanych uliczek, a uśmiech przed samotnością. Uśmiechał się więc przez całą drogę, tak, aż wokół niego zbierało się całe stado tych szarych, gołębich dam, dopytujących, czy je pamięta. Niektóre pamiętał- Louise zawsze kradła dla niego papierosy swojego ojca, ruda Jeane z piekarni pachniała drożdżowym ciastem i migdałami, kiedy ją całował, drobna Vivienne miała brzydki zwyczaj płakania przy każdym ich spotkaniu. W większości jednak nie miał pojęcia, kim były ani jak pachniały, ale i tak zapewniał je, że są piękne, że pamiętał i że tęsknił, a one wzdychały z zachwytu i pozwalały się odprawiać. Jedna po drugiej pierzchały więc, znikając gdzieś w tej paryskiej, marcowej szarości, jednolitej i nijakiej jak one wszystkie.
Posłusznie znikały ze sceny, ustępując miejsca jedynej wartej uwagi aktorce.
Odpalony chwilę wcześniej papieros zatlił się, zadrgał i rozżarzył między uśmiechniętymi wargami, kiedy dłonią mimowolnie już odnalazł w kieszeni płaszcza schowany tam uprzednio szkicownik. Nosił go ze sobą od zawsze- to przyzwyczajenie, rutyna albo zapobiegliwość pozwalało mu dbać o kapryśną wenę- jednak od miesiąca to jej twarz zdobiła wszystkie kartki. I, w jakiś sposób, ciągle go nie nużyła; w całej otaczającej ich szarości ona jedna nęciła, kusiła tym odcieniem, którego jeszcze nie rozumiał.
Nie chcąc jej spłoszyć, na chwilę powstrzymał się od niewybrednych żartów i uwag; z nieco wymuszoną nonszalancją zajął miejsce kilka metrów obok niej, przejętej, skupionej, innej niż kartka temu. I to skupienie, które burzyło gładkość jasnego czoła nieznaczną zmarszczką, odbiło się w szkicowniku jak w krzywym zwierciadle, zniesmaczonym nieco niefrasobliwością swojego właściciela.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Sie 25, 2016 9:02 pm

Śledziłam swoje palce, które biegły po papierze, rozcierając kontury i pogrążając szczegóły w czerni, jaką nadawał im kawałek zwyczajnego węgla, wetknięty pomiędzy kciuk a palec wskazujący. W pojawiających się na kartce liniach było coś magicznego, co doceniałam nawet ja - zazwyczaj odporna na zachwyty nad byle czym. Spoglądałam na wyłaniające się z niemal z nicości postacie, ostre rysy kapeluszy, prostokąty budynków i drobne kwadraciki bruku. Kiedy po raz pierwszy w życiu wzięłam do ręki coś, co miało siłę stworzyć zamknięty w czterech brzegach świat, nie sądziłam, że tak bardzo polubię przenosić na papier rzeczywistość. Mimo to nie byłam ani typową, rozmarzoną artystką, ani nikim innym, kto faktycznie mógłby mieć tę szczyptę talentu. Portrety były dla mnie przede wszystkim źródłem zarobku i budowałam wokół tej myśli wysoki mur, wierząc, że żadne głębsze pobudki nie zdołają się za niego przedostać.
A mimo to czasem ulegałam czarowi.
Przerwałam na moment szkicowanie i otuliłam się ciaśniej płaszczem, patrząc, jak na materiale od razu zakwitają czarne, węglowe plamy. Otrzepałam palce z pyłu, wracając do pracy. Nie, ewidentnie nie zanosiło się na to, że stworzę dzisiaj (kiedykolwiek) wielkie dzieło - szkic przedstawiał to samo miejsce, które rysowałam już dawna, zmieniali się tylko ludzie. A przynajmniej to próbowałam sobie wmówić, choć obserwując ten skrawek ludności Paryża, widziałam wciąż tych samych mężczyzn, patrzących z lekką trwogą na niemieckie mundury, i kobiety, które rozpaczliwie próbowały wyglądać tak elegancko jak przed wojną. Mimo to patrzenie na nich wszystkich nigdy mnie nie nudziło - często mówili rzeczy znacznie bardziej interesujące niż sam ich wygląd.
Rysowałam więc nadal, skupiona po części na kartce, po części na orkiestrze dźwięków, dopóki nie wyłapałam kątem oka jakiegoś ruchu po prawej stronie. Młody mężczyzna zajął pustkę niedaleko mnie, jednak nie zwróciłam na niego większej uwagi, nieco lekkomyślnie uznając, że to pewnie kolejny uliczny artysta - liczący na to, że za kilkanaście, kilkadziesiąt lat zwiśnie tutaj poświęcona mu tablica. Jednak im dłużej rysowałam, tym coraz wyraźniej czułam na sobie czyjś wzrok, który zdawał się wspinać po każdym centymetrze mojej skóry, nie pozwalając mi się skupić. Jeszcze nie chciałam reagować; lata doświadczenia nauczyły mnie, że o ile irytacja była subtelną damą, o tyle gniew stanowił porywczego, gwałtownego mężczyznę. A ja coraz bardziej zbliżałam się do granicy zwanej właśnie gniewem. Nie znosiłam, kiedy ktoś na mnie patrzył, szukał mnie wzrokiem i rejestrował szczegóły mojego ciała, które dopiero od niedawna było na powrót moje.
Wymuszając na sobie obojętność, odłożyłam węgiel i obróciłam nieznacznie głowę w stronę natarczywego artysty. Zmrużyłam lekko oczy, starając się nie dać po sobie znać, że wiem, kim jest ten młody mężczyzna, którego twarz zdobiły głębokie cienie pod oczami i nonszalancja. Ale wiedziałam, wiedziałam bardzo dobrze. Już od dłuższego czasu widywałam go ze szkicownikiem w miejscach, w których sama rysowałam. Szybko zorientowałam się, że nie jest to przypadek i że ten znajomy nieznajomy w jakiś sposób się do mnie przyczepił. Jednocześnie jego twarz dziwnie kojarzyła mi się z latami spędzonymi w burdelu, ale brałam pod uwagę fakt, że widywałam wtedy stanowczo zbyt wiele twarzy, by wspomnienie którejś z nich przetrwało w moim umyśle.
Nie odrywałam od mężczyzny wzroku, posyłając mu nie najmilsze spojrzenie. Liczyłam na to, że w końcu ustąpi i wyniesie się ze swoim szkicownikiem na drugi koniec Paryża. Moje oczy jasno mówiły mu nie gap się, a usta formułowały bezgłośne wynoś się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Sie 25, 2016 9:55 pm

Była ładna; chociaż podejrzewał, że zaliczała się do grona tych dziewcząt, które w reakcji na komplement prędzej złamałyby mu nos, niż pocałowały w policzek. To był jeden z wielu powodów, dla których wciąż tkwił gdzieś o krok, o dwa kroki za nią. Kolejny szary cień tego miasta- być może właśnie dlatego nigdy nie obracała się, żeby go zobaczyć. Więc spacerowali razem, szara ona i szary on. Zawsze szła jeden, dwa, trzy kroki przed nim- mała, zgrabna i zwinna. Tutaj wszyscy tacy byli. Rodzina ulicy. Byli tacy, bo musieli tacy być, żeby przetrwać; szare szczury gnieżdżące się na szarych ulicach Paryża.
Ale znał ją przecież na długo przedtem, zanim zdołała stać się szara i nauczyć zasad tej cichej gry, o której nikt nie mówił głośno, jednak każdy rozpaczliwie próbował wygrać. Na historię tej znajomości złożyło się przecież zadziwiająco dużo przypadków, więcej ślepych trafów pijanego szczęściem losu, niż jakiejkolwiek logiki wydarzeń. Kilka wykradzionych czasowi sekund, który Hugo posklejał w minuty- minuty, w których przemykała ukradkiem gdzieś po schodach burdelu, szybko odwracając twarz tak, że ledwo mógł dojrzeć jej pociągły kształt. Minuty przypadkowo krzyżowanych spojrzeń (stąd wiedział, że jej oczy szkicować musiał odcieniem akwamaryny), minuty, w których szczupła sylwetka pojawiała się nagle za drzwiami, wywołana przez którąś z współpracownic. Przez którąś z kurew. Wielu być może splunęłoby na nią ze wstrętem, jednak sam był synem kurwy, co z jego lichą matematyką podpowiadało mu, że właściwie byli siebie warci.
I te minuty mu wystarczyły, a przynajmniej musiały wystarczyć; pozostałe mademoiselles, wszystkie księżniczki z królestwa niepościelonych łóżek, spoconych, brudnych mężczyzn i ich lepkich rąk i myśli, mówiły o niej rzadko i niechętnie. Dopóki pytał o nie same- o ostatniego klienta, ostatnie urodziny, o ulubione kwiaty i ulubionego szampana- odpowiadały mu chętnie, śmiejąc się. I pozwalał im na ten śmiech, wiedząc, że to jeden z nielicznych miłych momentów ich całodobowej pracy. Potem przynosił im ich opowieści, ich kwiaty, przynosił im ich szampana, i w zamian pozwalał tylko na przelotne pocałunki w policzek lub przyjemne objęcie ciepłych dłoni. Nigdy nie brał od nich więcej, niż absolutnie potrzebował, i obie strony wychodziły na tym zadowolone. Aż do momentu, kiedy pytał je o nią, o tę bladą, wiotką nimfę przemykającą gdzieś chyłkiem po schodach. Dokładnie wtedy uszminkowane, ciężkie od pudru twarze cierpły i zastygały w odwiecznym, zabawnie kobiecym wyrazie zazdrości, a wymalowane usta przestawały się uśmiechać i milkły. Dlatego też przestał pytać, w tym jednym przypadku ufając przeznaczeniu- które finalnie po raz kolejny pchnęło go w jej stronę.
Właśnie z tego powodu nie wzdrygnął się i nie cofnął, jedynie odrobinę spłoszony jej nagłym ruchem. Tego też nauczył się na ulicy- nie opuszczać wzroku i nie cofać się. Nie opuszczać wzroku pod nienawistnym spojrzeniem mateczki. Nie uciekać spod wściekłym ciosem wymierzonym dłonią Ojczulka. Tylko przyjąć, przyjąć na siebie to, co nadchodziło, i rzucić mu wyzwanie.
Jeśli nie mógł uciekać, wciąż mógł przecież atakować.
Pozwolił sobie na uśmiech; usta zadrgały, formując się w bezpiecznie znajomy grymas. Zastanawiał się, jak wyglądali z boku- artystka w oberwanym płaszczu i artysta z fioletową obwódką cieni pod oczami, zastygli nagle nad papierem w przypływie weny? Przypadkowi przechodnie nie widzieli przecież poruszających się bezgłośnie ust, nie widzieli, jak czysta, chłodna wodna toń jej oczu nagle przemienia się w lód. Zabawne; ludzie zawsze widzieli dokładnie to, co pragnęli zobaczyć, szukając bezsensownego piękna nawet pośród największych mętów ulicy.
Wyjął spomiędzy ust żarzący się jeszcze niedopałek papierosa i bezlitośnie zdeptał go, obcasem buta wgniatając w wilgotną, brunatną ziemię. Dopiero wtedy niefrasobliwie przerwał nabrzmiewającą, wibrującą między nimi ciszę, szybkim ruchem rzucając jej trzymany właśnie szkicownik.
Jeśli istniała rzecz, w której był dobry, była to obserwacja ludzi- i właśnie dlatego był pewny, że złapie.
-Portret za portret?- Zapytał, w dalszym ciągu prowokująco beztrosko, unosząc lekko prawą brew i nie przestając się uśmiechać. Nie czuł potrzeby przedstawienia się; liczyło się przecież nie jego imię, ale fakt, że już od dawna nie byli dla siebie anonimowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Sie 26, 2016 1:13 am

Jesteś głupia, Blanche, mówił mi rozum, ale myśli wciąż błąkały się po głowie, szukając we wspomnieniach twarzy naznaczonej cynicznym uśmieszkiem i żarzącą się końcówką papierosa wetkniętego pomiędzy wargi. Próbowałam połączyć artystę z jakimś konkretnym zdarzeniem, słowami - czymkolwiek, co jeszcze trzymało się moich wspomnień niczym rozbitek koła ratunkowego. Nie wiedziałam, dlaczego to robię ani jaką korzyść przyniesie mi rozdrapywanie starych ran - bo tym właśnie było zagłębianie się ponownie w Fleur-de-lys, które na co dzień istniało zaledwie na granicy mojej świadomości. Wołałam sztandarową beznamiętność; błagałam ją, by wróciła i uratowała mnie od konfrontacji z nim, ale musiałam przełknąć gorzką prawdę - wszystko wskazywało na to, że tymczasowo postanowiła mnie porzucić. I w ten sposób ponownie chodziłam korytarzami burdelu, ustępując z drogi roześmianym władczyniom tego miejsca i ich jednorazowym ukochanym. Może raz przemknęłam memu artyście tak blisko, że nasze oczy dzieliło kilkanaście centymetrów, a ja wyraźnie czułam duszący papierosowy dym, który go spowijał. Zazwyczaj jednak nasze spojrzenia krzyżowały się, gdy byłam już na schodach, zmierzając ku nowemu klientowi, aż pewnego razu - nawet nie wiem kiedy - również ta wątła nić kontaktu urwała się, na pozór bezpowrotnie.
Postawmy jednak sprawę jasno - nie zamierzałam paść mężczyźnie w ramiona, przeszczęśliwa z ponownego spotkania. Nie lubiłam zjaw z przeszłości, które ukazywały się nieproszone w teraźniejszości. Nadal nie wiedziałam, kim był mój artysta, i zapewne byłabym szczerze ubawiona, gdyby okazało się, że sprzedałam go kiedyś któremuś mundurowi ze swastyką. Nie sądziłam, by zadowoliło mnie jakiekolwiek jego wytłumaczenie, dlaczego nie wybrał sobie innej ofiary w innej części Paryża. A poza tym nawet nie oczekiwałam, że mi go udzieli.
Kontynuowałam więc swoją szarżę, próbując dać mu do zrozumienia, że jego widok jest mi tak potrzebny jak niezapłacony czynsz, ale przegrana zbliżała się nieuchronnie. Mężczyzna uraczył mnie tylko uśmiechem; zapewne mdlały od niego rzesze dam, do których szczęśliwie nie należałam. Nie miałam w planach odwdzięczyć się nawet krzywym grymasem, za to z największą gorliwością kierowałam ku niemu jadowite spojrzenie. Bóg był dla mnie tylko zlepkiem liter, ale jeśli istniał ktokolwiek tam wyżej, to w tym momencie błagałam go, by przysłał mi jakąkolwiek odsiecz. Mogłam co prawda trzasnąć krzesłem o ziemię i demonstracyjnie odejść, ale oznaczałoby to kompletną przegraną.
Zdecydowanie byłam głupia, ale szczęśliwym trafem zdarzało mi się to na tyle rzadko, że zazwyczaj nie odczuwałam później boleśniejszych konsekwencji.
Śledziłam wzrokiem lot papierosa, zakończony pod butem mężczyzny, by w następnej chwili szybkim ruchem złapać inny przedmiot, który wybrał drogę powietrzną - jego szkicownik. Rzucone w następnej kolejności pytanie prawie do mnie nie dotarło, bo całą moją uwagę pochłonęła zbyt znajoma twarz spoglądająca zza tworzącej ją plątaniny linii. Zamarłam dosłownie na kilka sekund, przyglądając się własnemu papierowemu odbiciu z sakramentalnym pytaniem czy to naprawdę ja? Nie znałam odpowiedzi, ale przynajmniej wiedziałam już, dla czyjej brzydkiej twarzy mój obserwator przemierzył cały Paryż. Z całego serca współczułam mu głupoty.
Lekko rozbawiona, uniosłam w odpowiedzi nie jedną brew, a dwie - w końcu jakaś przewaga - i na jego szkicownik przełożyłam swój własny.
- Bardzo chętnie - odpowiedziałam niewinnie, ujmując w dłoń węgiel. Założyłam nogę na nogę z pełną świadomością podwijającej się minimalnie spódnicy, po czym nadałam swojemu głosowi uwodzicielski ton. - Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądałbyś z rozbitym nosem? Mogę ci to umożliwić nie tylko na papierze.
W moich oczach gęstniał lód, ale z jakiegoś powodu zdecydowałam się podjąć tę dziwną grę, zaczynając kreślić pierwsze kontury jego twarzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Sie 26, 2016 12:35 pm

Nie sądził, żeby go zapamiętała- i, paradoksalnie, wcale tego nie pragnął. Nie był jednym z tych domorosłych paryskich bohaterów, którzy rzucali się w sam środek wojennej pożogi i spalali się jasnym płomieniem, w patetycznej wyobraźni już budując sobie pomniki. On spalał się cicho, powoli, pozostawiając za sobą jedynie cienką smużkę papierosowego dymu. I to było w porządku. Nigdy nie planował pozostać legendą, podobne bzdury pozostawiając poetom z ich natchnionym, ponurym wzrokiem wróżbity, który, patrząc w przyszłość, nie dostrzega już niczego dobrego.
Hugo nie wierzył we wróżby. Nie doszukiwał się przyszłości w zalegających na dnie filiżanki fusach po kawie i nie próbował wróżyć z kart, które Thierry zdążył już wysmarować marmoladą. Nie wierzył też we wszechmoc Boga, który miał ponoć kierować nim i jego losem jak marionetką (musiał wyłuszczyć tę najnowszą teorię Lucette). Sam był miernym bohaterem swojego miernego życia, w swoim miernym mieszkaniu, w miernym świecie halucynacji, które łaskawie zapewniało mu opium. Sam malował drogę swojego losu, dokładnie tak, jak malował obrazy (podobnie mrocznie i abstrakcyjnie, co budziło w nim jakąś gorzką chęć wybuchnięcia śmiechem). I tak, jak malował ją, łuk skrzywionych nieco ust, pergaminową skórę, przez którą przebijał się mgliście błękit żył. Nie była ładna w ten zwyczajny sposób- nie wpisywała się w schemat pięknych dam i ich pięknych pomadek, ich wytwornych spojrzeń, bioder kołyszących się miękko na boki z każdym krokiem i tego wytwornego sposobu ćmienia papierosa przy rozchylonych lekko ustach. I być może to właśnie był jej sposób na przetrwanie- pozostać cieniem w mieście wszystkich tych gasnących gwiazd. Jednak zdołała zwrócić jego uwagę właśnie dlatego, że nie była taka jak inne z białą jak mleko twarzą, wystającą ponad normę krzywizną łokci i kolan oraz z oczami, które właśnie przemieniały się w dwie nieprzyjazne bryłki lodu. Pamiętał to spojrzenie i szukał go w tłumie, jakby mimowolnie lgnąc do tych mizernych pozostałości normalności wśród otaczającego go kultu i zachwytu, które, choć przyjemne, po czasie zaczynały nużyć.
Nie sądził, żeby go zapamiętała, i czasem nawet z rozbawieniem przyznawał, że być może tak było lepiej. Wizyty w burdelu pamiętał jak przez mgłę, roześmiane twarze zlewające się w jedno, wirujące szalenie kolory, które były zbyt intensywne, aby mogły być prawdziwe. Co najprawdopodobniej znaczyło, że był wtedy pod wpływem- alkoholu, opium, leków, granice poznanie zdążyły już się zatrzeć- co najpewniej sprawiało, że wyglądał koszmarnie. Jeden z wielu szarych koszmarów Paryża.
I być może dlatego przez chwilę sądził, że dziewczyna ucieknie, rzuci trzymanym w dłoni węglem i zbiegnie w popłochu, znacząc swoją drogę czarnym pyłem zupełnie tak, jak tamta dziewczynka w bajce. Ale to już nie była bajka (przynajmniej nie tak długo, jak pozostawał trzeźwy). Bajkowych dziewczynek nie spotykało się na schodach burdelu, nie nosiły obdartych z podszewek i godności płaszczy, nie prowokowały mrużącymi się lekko oczami.
Czasem rzeczywistość potrafiła być piękniejsza od bajek.
-Uważaj- odparł, drżącym i jedynie odrobinę drwiącym uśmiechem podejmując grę jej uwodzicielskiego głosu.- Albo zaraz zamiast nosa złamiesz mi serce.
Rozparł się wygodniej na swoim miejscu, unosząc twarz w bezskutecznym poszukiwaniu resztek promieni szarego słońca.
-Widziałem Cię już, dziewczyno od chmur- dodał jeszcze prowokująco i dziwnie beztrosko, tym razem obracając twarz w jej stronę, świadomie utrudniając skuteczny rysunek. Nie wiedział jeszcze, w co właśnie zaczynali grać, za to wiedział, że i w tej grze zamierzał wygrać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Sie 26, 2016 10:01 pm

jakby coś, my tu ciągle po francusku mówimy!

Nigdy jeszcze nie rysowałam w ten sposób. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, by portrety, które wychodziły spod mojej dłoni, faktycznie były dopracowane i przemyślane. Zawsze grałam artystkę ogarniętą manią sztuki kilku linii i figur geometrycznych, bez większych oporów kłamiąc, że tak się teraz rysuje. Moje portrety miały być łatwym źródłem zarobku, a także okazją do mało zobowiązującej rozrywki. Nie płynącą z głębi serca pasją, której - podobnie jak serca - raczej nie posiadałam. Było mi wszystko jedno, czy nos nie wyjdzie koślawy i czy proporcje w ogóle będą istnieć. Takie podejście niejednokrotnie naraziło mnie na oburzenie wymalowane na uchwytywanych przeze mnie twarzach i tę niemą rozpacz, jaka rzucała się w oczy niczym stos, na którym właśnie płonęły marzenia o ładnym portrecie. Nie poruszało mnie to ani trochę - i tak żądałam standardowej ceny. Od czasu do czasu zawsze trafiał się jednak amator, dla którego moje dzieła wyznaczały nowy kierunek w sztuce lub inne głupoty. Było to urocze, ale raczej żałosne.
Bez względu na sytuację po prostu nie starałam się. Rzadko stawałam oko w oko z naprawdę dobrym portretem i nigdy do takiego nie dążyłam. Aż do teraz. Spod węgla wybiegały jeszcze nie do końca pewne linie, które łącząc się, tworzyły owal twarzy mężczyzny, przełamany jedynie mocniej zarysowaną szczęką. To była tylko gra, ale czułam, że gram w nią już całkiem poważnie. Rozglądałam się więc niecierpliwie za wygraną. Lód w moich oczach błyszczał niczym tafla zamarzniętego jeziora w śnieżny dzień, jednak usta drgały lekko, jak gdyby gotowe do odwzajemnienia drwiącego uśmiechu, który błąkał się po twarzy mojego modela.
- Naprawdę? Już mi przykro - odpowiedziałam, przechylając lekko głowę i mrużąc sennie powieki. Moja dłoń bez chwili wytchnienia krążyła po gładkiej stronie szkicownika. - Na pewno nie zabraknie dam gotowych je uleczyć.
Jeszcze nie znałam wszystkich szczegółów jego strategii, jeszcze nie zdołałam wyłapać zawoalowanych w słodkich słówkach intencji, ale usiłowałam przekonać samą siebie, że jestem na dobrej drodze. W przeciwieństwie do Paryża nie planowałam poddać się bez walki.
I miałam absolutną pewność, że on też. Zignorowałam ukłucie irytacji, gdy zmienił pozycję, po czym szybko odparłam atak. Podniosłam się z krzesła i przeciągnęłam je w stronę mężczyzny, siadając tym samym bliżej niego, ale za to z podobnym widokiem na ten irytujący uśmiech i zagadkowe oczy. Gdyby to ode mnie zależało, usiadałabym o wiele dalej, lecz w reguły tej gry bez wątpienia wpisywała się prowokacja - i to do niej właśnie dążyłam. Teraz mogłam włożyć w swoje spojrzenie jeszcze więcej chłodu.
- Jesteś poetą czy tylko malarzem pokojowym? - zadrwiłam, odkładając na moment węgiel, by zająć się rozcieraniem konturów. Skupiona na pracy, zamilkłam na kilka chwil, wciąż jednak śledząc twarz mężczyzny. - Ja też cię już widziałam, ale w bardziej przyziemnych miejscach. Znasz może takie, chłopcze od chmur?
Znów ujęłam węgiel w dwa palce, tym razem przechylając się nieco do przodu, by nawet pojedyncza linia nie umknęłam mojemu oku. W innym miejscu i w innym czasie nigdy nie odważyłabym się aż tak zmniejszyć dzielący mnie z kimś dystans - wszelką bliskość uważałam bardziej za przeszkodę niż udogodnienie - lecz sytuacja była wyjątkowa i wymagała ode mnie nagięcia pewnych dawno wyznaczonych już granic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sob Sie 27, 2016 10:17 pm

Zastanawiał się, jak wyglądał, widziany jej oczami. Wiedział jak wyglądał w lustrze; znał na pamięć swoje odbicie, bladość kanciastej twarzy, łuk długiego podbródka, kpiące spojrzenie zmęczonych oczu zmęczonego artysty, wygięte w półuśmiech wargi, suche i spękane do krwi. Ale w oczach ludzi wyglądał inaczej, i o tym też przecież widział. W oczach Thierry'ego urastał do rangi olbrzyma, rosły jego przekrwione po kolejnej (nieprzespanej, przepitej, pachnącej opium i papierosami) nocy oczy, rosły marszczone gniewnie brwi, zaciskane niecierpliwie usta. W oczach tych wszystkich kobiet, pięknych, pachnących kobiet odbijały się uśmiechnięte usta, rozpostarte szeroko ręce, kusiło ramię, który za sprawą jakiegoś cudownego daru losu znajdowało się dokładnie na wysokości ich podbródków, proponując oparcie. Oczy mężczyzn raził najczęściej krzywym uśmiechem, nadmierną pewnością, zbyt wysoko zadartą brodą, zbyt kpiącym sposobem mrużenia oczu, kiedy spoglądał na nich z góry.
A jaki był w oczach Blanche?
Niemalże poddał się już dziecinnej, przekornej ochocie złamania wszelkich niepisanych zasad ich niemej gry i spojrzenia przez jej szczupłe ramię na powstający portret. Być może jednak na to właśnie liczyła- metr siedemdziesiąt kokieterii spojrzenia i (wyuczonego?) powabu gestów, które nęciły, prowokowały, stanowiąc jedyny barwny element szarej ulicy wokół nich. Być może cała ta ulica powinna na chwilę zamrzeć, ucichnąć, zauważając w końcu wciąż rosnące między nimi napięcie- zupełnie tak, jakby malejąca między nimi przestrzeń zassała finalnie całe zgromadzone wokół paryskie powietrze. Prywatna czarna dziura tej galaktyki (pamiętał je z opowieści Lou)- wiedział już, że tamte spotkanie po powrocie do pokoju namaluje tylko czarną farbą. Czarna dziura, czerń roztartego niedbale między jej palcami węgla, czerń wbitych w niego źrenic jej oczu. Gniewnych? Zimnych? Nie wiedział jeszcze, czy jej obecność bardziej paliła go ogniem, czy chłodziła boleśnie lodowatym spojrzeniem, kiedy poderwała się nagle i zbliżyła do niego na odległość jednego oddechu.
-Schlebiasz mi, mademoiselle- odparł jedynie bezpardonowo, uśmiechając się zaczepnie, nie próbując powstrzymać szybko wędrującego w górę kącika ust. Nie wiedział jeszcze, czym była ta gra, ale był prawie pewien, że potrafił grać w nią według jej reguł.
I nie wzdrygnął się. Nie cofnął. I uparcie, wbrew natarczywym podszeptom pragnień, nie opuścił wzroku, żeby podążyć za kreślącym coś pospiesznie na kartce węglem. Zamiast tego jedynie wygodniej wsparł się na siedzisku i wbił wzrok prosto w jej twarz, dziwnie lekko, zaskakująco bezczelnie- dokładnie tak, jak zawsze. To jedno potrafił przecież doskonale, prowokować i wyprowadzać z równowagi, czasem w nagrodę otrzymując złamany nos, czasem miłą towarzyszkę jednej miłej nocy. Już dawno zrozumiał przecież, że łagodność, pokora i skromność doprowadzą go prędko jedynie do grobu. Dlatego nie próbował grać. Oboje nie próbowali. Pozbawieni łagodności, pokory i skromności, dokładnie na przeciwko siebie, i nie mógł powstrzymać uczucia, że do tego dążyli przecież od pierwszego przypadkowego spojrzenia, które rzuciła mu na schodach burdelu.
-Jesteś rozważna czy romantyczna?- Usta zadrgały mu w bezczelnym uśmiechu, tym razem nie zmienił jednak pozycji, nie utrudniając jej pracy.- Kobiety zasadniczo dzielą się na dwie grupy. Rozważne włożą mi na palec obrączkę, jeśli przedstawię się jako dobrze prosperujący malarz pokojowy. Romantyczne rzucą się na szyję, jeśli powiem im, że jestem poetą, i opowiem dwa smutne wersy smutnego wiersza o Paryżu widzianym jesienią. Więc co Ty chętniej usłyszysz, mademoiselle?
Następnie roześmiał się cicho, śmiechem zwyczajowo już pozbawionym rozbawienia, i zastukał zgrabiałymi już nieco z zimna palcami o zgrabiałe z zimna kolano.
-Znam, dziewczyno o oczach jak gwiazdy- Skontrował odruchowo, wciąż nie odrywając wzroku od bladego owalu jej twarzy.- Jak to się stało, że teraz spotykam Cię tu, a nie tam?
Ponura szarość Paryża na chwilę przestała rozpraszać i tłumić, przyćmiona spojrzeniem oczu barwy akwamaryny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 28, 2016 1:22 am

Bawiłam się wspaniale. I było w tym mniej ironii niż zazwyczaj. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu zapomniałam, że jeśli wychodziłam z ciasnego i trącącego stęchlizną mieszkania, to tylko po to by, dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy lub zagrać artystkę na scenie zwanej ulicą. Tym razem było inaczej; bez większego żalu porzuciłam obydwie te role, oddając się teatrowi spojrzeń, prowokacyjnych gestów i uśmiechów, które zakwitały i więdły na naszych ustach. Byliśmy przedziwną wyspą na oceanie rzeczywistości. Mijający nas ludzie - ta szara masa snująca się po równie szarym chodniku - na moment przestali mnie interesować. Nie słuchałam już rozmów; przerodziły się one w jedną wielką kakofonię, w której nie wyróżniał się żaden głos - oprócz naszych dwóch, uważnie dobierających słowa i budujących odpowiedni ton. Miałam powody, by podejrzewać, że choć nie padło z naszych ust ani jedno zdanie o zasadach tej gry, każde z nas świetnie je rozumiało. A portret, który stanowił punkt wyjściowy, stopniowo pochłaniał mnie jak morze kamień. I tonęłam coraz bardziej, nie szukając ratunku.
Później mogłam tego już tylko żałować.
Wnętrze mojej dłoni czerniało od węgla, który sunął po papierze, rozgarniając biel i robiąc miejsce dla bezczelnego uśmiechu, śmiałego spojrzenia i pewnej sylwetki. Im dłużej walczyłam z wbitym we mnie wzrokiem mojego modela, tym szybciej zaczynałam rozumieć, że tę samą walkę toczę też z jego portretem. Nie było to jeszcze skończone dzieło, jednak kopia coraz bardziej upodabniała się do oryginału. Pod pewnymi względami nie wiedziałam, czy był to dobry znak. Założyłam za ucho kosmyk włosów, który wydostał się spod kapelusza, przypadkiem muskając palcami zapadły, rozgrzany policzek. Ten niewinny gest uświadomił mi, że na mojej twarzy kwitły prawdopodobnie rumieńce - i to nie takie, które towarzyszyły mi podczas choroby. Wiedziałam już, że właśnie przegrywam, tak rozpaczliwie chcąc wygrać. Lód w moich oczach osłabł minimalnie.
Miałam przed sobą przebiegłego przeciwnika.
- Poznałeś w życiu za mało kobiet, monsieur, by wiedzieć, że jest jeszcze trzecia grupa - odpowiedziałam, siląc się na obojętny, bezbarwny ton. Poprawiłam nieco kapelusz, naciągając go bardziej na oczy. Może i była to droga na skróty, ale nie po raz pierwszy chwytałam się prostszych sposobów, by osiągnąć swój cel. - Myślące. Jako ich dumna przedstawicielka, najchętniej usłyszę, że przemierzasz cały Paryż, rysując nieświadome niczego damy. Mylę się?
Spuściłam wzrok, wracając do pracy. Dźwięk jego śmiechu owinął się wokół mnie i choć cichy, wybrzmiał pośród wielu innych głosów, które rozlegały się i milkły na Place du Terte. Zupełnie jakby mężczyzna śmiał mi się prosto do ucha.
Postanowiłam skierować swoją taktykę na nieco inne tory; odchyliłam się do tyłu i przez dłuższą chwilę milczałam, ignorując wiszące w powietrzu słowa. Kreśliłam kolejne linie, dodawałam zawijasy i nadawałam kształtom ich cienie, tak skupiona na zmierzającym ku końcowi portrecie, że cisza przedłużała się coraz bardziej.
- Bo wątpię, by chciano mnie tam wyżej - odpowiedziałam w końcu, po czym dmuchnęłam lekko, by pozbawić portret gromadzącej się warstwy pyłu. - Jak sam widzisz, jestem z niższych warstw.
Demonstracyjnie wygładziłam pomięty materiał rękawów płaszcza, pokryty barwną mozaiką nici, którymi ratowałam pojawiające się zastraszającym tempie dziury. Na ustach drgało mi pytanie czy nie wolałbyś szukać porządniejszych dam do towarzystwa?, ale nie śpieszyłam się, by nadać mu dźwięk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 28, 2016 9:32 pm

W którymś momencie zaczął się nawet zastanawiać, czy to już teatr, czy może jeszcze- już- prawdziwe życie. Czy ubierał maskę, uśmiechając się do niej drwiąco, prowokująco, a jeśli tak, to czy ta maska zaczynała go uwierać? Czy dając jej się malować (czasem tego nie lubił, czasem tego nie chciał, zupełnie tak, jakby faktycznie wierzył w to, że każdy portret zatrzymywał w sobie część duszy jego modela) robił to, na co miał ochotę, czy to, co akurat znalazło się w scenariuszu tego spotkania? I czy grali właśnie komedię dwójki niespełnionych artystów w tym niespełnionym mieście, czy może raczej dramat spojrzeń, którymi się obrzucali, wcale się przy tym nie widząc?
Jeszcze nie wiedział. Nie wiedział o nich i tej relacji jeszcze wiele rzeczy, może oprócz tej jednej, że właściwie zaczynała sprawiać mu przyjemność. Pomimo tego, że napięcie między nimi rosło wraz z gęstniejącym dziwnie powietrzem (Lou pewnie powiedziałaby, że to wbrew wszelkim prawom fizyki, była zbyt mądra na jego tanią poezję), on czuł się dziwnie swobodnie. Naturalnie. Zupełnie tak, jakby obudził się tego ranka właśnie po to, żeby ją spotkać, usiąść naprzeciwko niej i prowokować ją, powoli i niespiesznie, z narastającym jedynie rozbawieniem i dziwną chęcią zabawy. Nawet, jeśli to nie było do końca zabawne; może i było im bliżej do tragedii, niż do komedii, z całą historią poznania-niepoznania na korytarzu burdelu i tworzonymi wzajemnie portretami. Zaczynał się już zresztą zastanawiać, czy policzy mu należną za tę przysługę cenę, i miał nadzieję, że jednak nie. Przynajmniej nie na tak długo, jak jego kieszenie świeciły niemalże perfekcyjną pustką. O tej porze powinien już był malować i sprzedawać to, co namaluje- jednak wybrał ją. Na ten moment wybrał ją z jej spojrzeniem tnącym jak lód i szybko sunącą po papierze ręką.
Zastanawiał się, czy była tak dobra, za jaką ją miał, i czy ona też bawiła się na tej scenie wystarczająco dobrze, żeby jeszcze nie uciec.
Uśmiechnął się- skrzywił się- na widok jej rumieńców, pozwalając wargom drgać i układać się w wyraz gdzieś z pogranicza zdumienia i satysfakcji.
-Czy wszystkie damy z tej tajemniczej trzeciej grupy tak pięknie się rumienią? Jeśli tak, chętnie je poznam- Tym razem uśmiechnął się szerzej, zaczepnie, przekornie. Chyba zaczynał lubić tę grę.- Nie mylisz się. Lubię przemierzać cały Paryż w poszukiwaniu wyjątkowych dam o wyjątkowych twarzach, jednak one wyjątkowo rzadko zauważają mnie przy pracy. Jesteś inna niż one. Gratulacje.
Nie wiedział, czy raczej prawił jej komplement, czy raczej drwił. Coraz ciężej jednak było mu skupić się na jej twarzy i powstrzymywać wzrok od spojrzenia w dół, od podążenia drogą jej kreślącej węglem kontury ręki.
Pozwolił jej jednak na ciszę, wciąż uparcie wpatrując się tuż przed siebie.
-W takim wypadku tkwimy tu razem- odparł, znów uśmiechając się, odrobinę mniej drwiąco, niż wcześniej.- W niższej warstwie malarzy pokojowych i dziewcząt od chmur, które z tych chmur spadły.
Nonszalancko wzruszył ramionami, jedynie lekko, niecierpliwie postukując palcami o kolano. Wiedział, że praca artysty wymagała poświęcenia i czasu, jednak wiedza nie zawsze równała się akceptacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 28, 2016 11:24 pm

Jak długo to trwało? Jak długo siedziałam w tym miejscu, nie zwracając uwagi na nic, co działo się poza tą niewielką przestrzenią, której ledwo wystarczało dla naszych słów i gestów? Gdyby mój zegarek - leżący zapewne na dnie jakiejś najciemniejszej i najbardziej zapomnianej szuflady - liczył jeszcze czas, potrafiłabym odpowiedzieć sobie na te dwa pytania. Tymczasem sekundy i minuty (może godziny?) uciekały w popłochu z mojej świadomości, a ja w żaden sposób nie potrafiłam ich złapać. Wiedziałam, że chłód coraz bardziej otulał Paryż zimnymi ramionami, a wszyscy ludzie, którzy przemykali po Place du Tertre, kryli się za szybami ciepłych restauracji czy sklepików - nieświadomi tych kilkunastu czy kilkudziesięciu centymetrów, na których trwała nasza gra. Byliśmy tylko drobnym fragmentem bogatej mozaiki tego miejsca; na dodatek łatwym do pominięcia wzrokiem.
Jedyną wskazówką, jaką dawała mi zgubiona w pewnym momencie rzeczywistość, była biała strona szkicownika, która miała coraz mniej wspólnego z jakąkolwiek bielą. Łapałam się na tym, że rzadziej podnosiłam wzrok, by wyłapać jakiś szczegół twarzy mojego modela - a przy okazji odeprzeć jego spojrzenie - bo szczegółów tych już zwyczajnie brakowało. Z kartki spoglądał na mnie wplątany w linie mężczyzna, którego uśmiech wywoływał falę drobnych kresek rozchodzących się po całej twarzy. Nie mogłam w to uwierzyć, ale autentycznie bałam się dorysować czy poprawić choć jedną z nich, byle tylko nie zburzyć tej osobliwej harmonii. Naprawdę nie przypominałam sobie, kiedy po raz ostatni perspektywa zniszczenia jakiegokolwiek elementu mojego dzieła napełniała mnie czystym, choć zupełnie niewytłumaczalnym strachem. Widziałam też, że nie tylko ja kierowałam swoją uwagę na tę pojedynczą kartkę szkicownika - metaforę chaosu, z którego narodził się ten dwuosobowy świat. Czułam, jak spojrzenie mężczyzny coraz częściej zsuwało się z mojej twarzy, i musiałam przyznać, że niecierpliwość - ta zmora, której unikałam za wszelką cenę - zaczynała udzielać się również mnie. Chciałam już skończyć, chciałam mieć w ręku gotową broń.
- Obawiam się, że to jednoosobowa grupa - odparłam, ledwo podnosząc wzrok. - Może właśnie dlatego jestem inna... choć zakładam, że nie pierwsza, której mówisz te słodkie słówka.
Teraz już w ogóle na niego nie patrzyłam. Nie potrzebowałam tego. Tę samą twarz widziałam w swoim szkicowniku i tylko lekko, z największą ostrożnością roztarłam gdzieniegdzie kontury. Dokonało się; zapłaciłam portretem za portret.
Ale to nie był jeszcze koniec.
- Nie mam nic przeciwko tej warstwie. Przynajmniej widzimy więcej niż ci wyżej - odpowiedziałam, choć nie miałam pewności, czy mówię to do mojego modela, czy może do samej siebie. - I gdybyś był tego ciekaw, właśnie skończyłam.
Wyprostowałam się na krześle, trzymając szkicownik w ten sposób, by mężczyzna nie mógł zobaczyć ani skrawka swojego portretu. Czułam znajomą ekscytację, która zaczynała krążyć mi w żyłach szybciej niż krew. Serce zabiło mi przez chwilę mocniej, a usta rozszerzył delikatny, chytry uśmiech. Byłam w swoim żywiole - trzymałam w rękach coś, co mogłam wymienić na informacje.
- A teraz powiesz mi, jak się nazywasz i dlaczego tak naprawdę za mną chodzisz - powiedziałam, smakując każde słowo. Jeśli cokolwiek kochałam w swoim żałosnym życiu, którego z całego serca nienawidziłam, to na pewno była to satysfakcja. - Inaczej będziesz musiał sobie znaleźć inną mademoiselle, która cię narysuje.
Nie odrywałam od mężczyzny wzroku, mimowolnie wykonując ten sam ruch, co on przed chwilą. Stukałam palcami o swoje kolano - trochę z drwiną, a trochę z niecierpliwością. Chciałam usłyszeć, co ciekawego miał mi do powiedzenia mój artysta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pon Sie 29, 2016 9:22 pm

Wiedział już, że namaluje ją- zaczepny błysk oczu, zaczepny uśmiech różanych ust- kiedy tylko wróci do domu, chociaż nie wiedział jeszcze, jaki powinien nadać jej kolor.
Na początku chciał podarować jej szarość, siwy dym swojego papierosa i popielatość ulicy pełnej Paryżan, którzy nie zaszczycali jej (ich?) nawet jednym spojrzeniem, zapewne nie będąc przy tym świadomymi, jak bardzo zubażała ich własna ignorancja. Jednak szarość była zbyt mała, zbyt nijaka, zbyt przeźroczysta, by przykryć mocną czerwień jej temperamentu. Rzeczona czerwień była z kolei zbyt wyzywająca, zbyt głośno domagała się uwagi, której ona wcale nie pragnęła. Żółć był zbyt radosny na jej smutne oczy, zielony zbyt spokojny na figlarność jej głosu, błękit należał już do kogoś innego, podobnie zresztą jak biel czy burgund.
Tyle rzeczy jeszcze o niej nie wiedział; ciągle mało, zbyt mało, żałośnie mało. Nie tyle, by wystarczyło na nadanie kolorom temu szkicowi (tym dziesiątkom szkiców), które przedstawiały jej twarz. Być może dawno by się znudził, i nią, i tymi szkicami, gdyby nie fakt, że za każdym razem przedstawiały coś takiego samego zupełnie inaczej. Na niektórych jej usta zaciskały się w wąską, prostą linię, która dobitnie i całkiem bezgłośnie mówiła gniew. Na niektórych jasne łuki brwi unosiły się lekko, przecinając mleczny bezkres czoła poziomą zmarszczką zdziwienia. Smutna, znudzona, obojętna; zirytowana, zainteresowana, zmęczona. Za każdym razem w innym odcieniu. I jeśli czegoś brakowało mu do tej dziwacznej kolekcji, był to jej uśmiech. Ten beztroski- nie był w końcu ani na tyle odważny, ani na tyle głupi, by spróbować nazwać go szczerym.
I być może właśnie dlatego postawił go sobie za cel tego spotkania. Dokądkolwiek miało ich ono zaprowadzić, musiał sprawić, by na końcu tej drogi wreszcie podarowała mu uśmiech.
Najwyższą możliwą walutę w całym tym smutnym mieście.
Pozwolił sobie zacmokać głośno, a to cmoknięcie zdawało odbijać się echem w tej małej, prywatnej przestrzeni, w której nagle się znaleźli (wbrew?) wedle własnej woli. Prywatna przestrzeń sceny dla dwójki aktorów bez masek i bez scenariusza, zbyt wiekowych doświadczeniem, by pozwolić sobie na pruderię czy fałszywą skromność. W końcu byli dobrzy, oboje. Wciąż nie mógł przekonać się, które z nich miało przewagę.
-Masz o mnie aż tak złe mniemanie?- Uniósł brwi, wysoko, wysoko, aż skryły się pod opadającymi na twarz włosami.- W końcu jestem tylko skromnym malarzem pokojowym, jak wiele dam mogłoby chcieć wysłuchiwać moich słodkich słówek?
Powstrzymał odruchowe drgnięcie i chęć pochylenia się do przodu, bliżej niej, bliżej szkicownika, bliżej padającego na ich prywatną scenę jasnego kręgu reflektorowego światła. Nie lubił pozostawać w cieniu; jednak tym razem przełamał się, zwalczył dumę, odepchnął pychę, i- nie spojrzał. Patrzył wciąż tylko na nią i na uśmiech, który w końcu pojawił się na jej twarzy, i który sprawił, że prawie-prawie miał ochotę wybaczyć jej tą przebiegłość.
-Od kiedy to artysta stawia wymaganie swojej muzie?- Teatralnie przeciągnął samogłoski, uśmiechając się szeroko, wyzywająco, z cieniem słodko-ostrej drwiny czającej się gdzieś w kącikach ust.- Sprytne, dziewczyno od chmur. Sprytne. I niech będzie, że Ci powiem, za Twój rysunek i za Twój uśmiech.
Pokręcił jeszcze głową, krótko, z rozbawieniem.
-Zapytałbym Cię, jaką mam gwarancję, że nie uciekniesz wraz z rysunkiem, ale wiem, że odpowiesz, że nie mam żadnej- Mruknął, być może odrobinę bardziej do siebie, niż do niej.- Dobrze więc. I tak wiesz przecież, że potrafię Cię znaleźć wszędzie.
Tym razem uniósł głowę i spojrzał prosto w akwamarynowe, lśniące oczy.
-Je suis Hugo- Być może mógł darować sobie parodię dworskiego ukłonu, ale przecież wcale nie chciał.- Do usług nie-tak-miłej damy. Za którą, jeśliś ciekawa, chodzę, żeby spytać o to samo. O to samo, o co kiedyś chciałem spytać Cię we Fleur-de-lys, o czym przecież musiałaś wiedzieć.
Uniósł lekko jedną brew, tym razem wyjątkowo bez kpiny.
-Więc? Jak masz na imię?- Zapytał, finalnie posyłając jej uśmiech, i wymownym gestem wskazując na wciąż trzymany przez nią szkicownik. Ciekawość wciąż rosła, chociaż wcale nie chciał się jej do tego przyznać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Wto Sie 30, 2016 1:07 am

Nie. Nie miałam usłyszeć, kto szmuglował za plecami Niemców papierosy z lepszej półki. Nie miałam się dowiedzieć, komu przypadkiem zawieruszyła się w domu jakaś powieść autora, którego nazwisko figurowało na liście zakazanych. Żadne nieuważne usta nie miały wyszeptać w mojej obecności skarg na tę niemiecką zarazę, od dwóch lat zatruwającą przegniłe już od dawna paryskie powietrze. To było zaledwie kilka moich ulubionych chansons, ale nie było mi dzisiaj dane zachwycić się ani jedną z nich. Rozsądek podpowiadał mi, że marnowałam okazję - jeśli nie okazje - i w zupełności się z nim zgadzałam, lecz jednocześnie w oczach błyszczała mi niczym najdroższy klejnot ekscytacja, a na lekko rozchylonych wargach chwiał się niemy rozkaz. Powiedz mi. Być może wiedza, jakie imię i zamiary zdobiły mojego artystę, nie miała się okazać w żaden sposób przydatna, ale wciąż była dla mnie cenna. Żyłam dla chwil, gdy znajdowałam w talii asa; kochałam nawet tę niewdzięczną świadomość, że mój artysta mógł równie dobrze posłać mi kolejny drwiący uśmiech i zwyczajnie odmówić.
Wiedziałam jednak, że chciał zobaczyć swoje odbicie w szkicowniku - i właśnie dlatego próbowałam to wykorzystać.
Zbyłam jego pytanie nieznacznym wzruszeniem ramion, gładząc palcami starą, przetartą już w wielu miejscach skórę, w którą oprawiony był szkicownik. Nasze spojrzenia wciąż się krzyżowały, prawie tak samo jak kiedyś, wiele lat temu na schodach pewnego burdelu, gdzie dziś w pustych pomieszczeniach zamiast prostytutek śmiała się cisza.
- Czy kiedykolwiek powiedziałam ci wprost, że jestem artystką? Może to też tylko gra - odrzekłam, nie przestając wybijać bezgłośnego rytmu na okładce szkicownika. W wypowiedzianych przeze mnie słowach czaiła się drwina, ale i ułamek prawdy. W moim artyzmie było czasem nawet więcej fałszu niż w moim nazwisku. I jedno, i drugie służyło mi głównie do manipulowania rzeczywistością.
Nie mogłam nie uśmiechnąć się jeszcze szerzej, gdy mężczyzna zgodził się ujawnić. Tak rzadko pozwalałam sobie na szczery uśmiech, że uczucie to było niemal dziwne. Nachyliłam się nieco do przodu, a w powietrzu zabrzmiało jego imię. Hugo. I zaraz potem coś innego. Fleur-de-lys. Na dźwięk tej zbitki wyrazów, tak nierozerwalnie złączonych z moim życiem, drgnęłam niespokojnie. Wyblakłe od upływu czasu wspomnienia zawirowały na granicy mojej świadomości, na moment odzyskując dawną barwę.
Czy spodziewałam się, że Hugo chciał dowiedzieć się, jak mam na imię? Ostatecznie sama zażądałam od niego tego samego, ale nigdy nie wpadłabym na to, że zechce poznać tę jedną jedyną rzecz, która nie była we mnie fałszywa. Choć o tym na szczęście nie mógł wiedzieć.
Zawahałam się dosłownie na kilka sekund.
- Je suis Blanche - rzuciłam beznamiętnie, unosząc jednocześnie szkicownik, by Hugo mógł zobaczyć w końcu swój portret. Moje imię przesycała ironia, którą trudno było mi zignorować. Nazwana na cześć bieli, niewinności i czystości, nie miałam nic wspólnego zwłaszcza z tym ostatnim. Współczułam ludziom, którzy kiedyś byli moimi rodzicami; nadając mi to imię, nie byli świadomi, że ściągnie ono na mnie taki, a nie inny los. - A Fleur-de-lys to już skończona historia. Może cię to rozczaruje, ale zmieniłam profesję.
Zacisnęłam usta w wąską linię, po czym potrząsnęłam lekko głową i odwróciłam szkicownik trochę bardziej w swoją stronę, by również widzieć uśmiechniętą twarz Hugo.
- Jak się sobie podobasz? - rzuciłam zaczepnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Sie 31, 2016 6:33 pm

-Może- przyznał jej rację z zadziwiającą lekkością. Kolejna rzecz, która przychodziła mu łatwo po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Gdyby był to jakiś inny dzień, gdyby zmieniła się pogoda, wreszcie: gdyby siedziała przed nim jakakolwiek inna dziewczyna, nie przyznałby jej tego. Racji. Zawsze odmawiał jej kobietom. Weszło mu to w nawyk tak silnie, że nie próbował już dociekać źródeł ani dopatrywać się ironii. Kobiety z założenia były złe, wszystkie ich słowa były błędne, zamierzenia głupie i żałosne, i tego się trzymał, aby zachować zmysły we (względnym?) zdrowiu. Łatwiej było tak czasem- podzielić wszystko na dobre i złe, i wrzucić do kategorii, zamknąć, stłumić, zdusić. I nie żałować.
A jej... jej może by żałował. Nie dlatego, że była kobietą; to wyjątkowo schodziło na drugi plan, zaskakując nawet jego samego. A jednak, jednak traciło na znaczeniu z każdą minutą ich nie-do-końca-zwyczajnej rozmowy. Nie postrzegał jej tylko jako kobiety. Bardziej jako tajemnicę, czy raczej cały zlepek setek, tysięcy tajemnic zamkniętych w tej niepozornej klatce jasnej skóry, kruchych kości i spojrzenia chłodniejszego od paryskiej zimy. Całe morze tajemnic, całe morze gier i gierek, w których brał udział jakby intuicyjnie, czując się pewnie, pomimo tego, że nie znał przecież zasad. Być może dlatego, że on też składał się z tajemnic.
I być może wcale nie byli od siebie tak różni, jak myślał, po raz pierwszy spoglądając jej w oczy na schodach burdelu.
-Może to tylko gra, a może jesteś artystką, chociaż jeszcze tego nie wiesz, albo jesteś skromną panienką, która z wyuczonej pokory nie chce się do tego przyznać- Kontynuował, nie powstrzymując uśmiechu.- Chociaż, tak między nami, szczerze wątpię w tę ostatnią wersję.
Potem spróbował- nieco nieskutecznie- stłumić ekscytację, która zamigotała w nim żywo wraz z następnym jej słowem i gestem.
A więc tak wyglądał. Tak wyglądał widziany jej oczami. Uśmiechnięty i trochę podły, trochę jak zawsze, a jednak trochę inaczej, i dlatego skinął jej głową. Uśmiechając się, kpiąco, trochę kpiąco. Dziękując.
-Zatem Twój kolor to biel, hm?- Uniósł lekko brwi, akceptując odpowiedź na pytanie, nad którym głowił się jeszcze chwilę wcześniej.- To właściwie pasuje, całkiem pasuje. Biała dziewczyno od białych chmur.
Wzruszył jeszcze ramionami, trochę prowokująco oczekując jej reakcji, bo przecież do tej pory jeszcze się na niej nie zawiódł.
-Nie rozczaruje- odparł tonem całkowicie luźnej pogawędki na temat, który luźnym nie był pod żadnym względem. Czyli jak zawsze.- Jestem tylko zagorzale palącym papierosy malarzem pokojowym, który przemierza Paryż, polując na niewinne Francuzki, pamiętasz? Niewiele rzeczy może być bardziej rozczarowujące, niż ten całokształt.
Potem pokiwał jeszcze głową, szybko, z cierpkim rozbawieniem.
-Bardzo się sobie podobam, jak zawsze- Skromność chyba nie była jego atutem.- A Tobie?
Właściwie nie oczekiwał odpowiedzi; być może jedynie bólu piekącego po uderzeniu policzka, być może kubła wylanej na głowę zimnej wody (Nico?). W końcu o tej wyjątkowej, jednoosobowej trzeciej kategorii kobiet wiedział jeszcze bardzo niewiele.[/b]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Wrz 01, 2016 3:25 pm

Skromna panienka. Te dwa słowa zadźwięczały mi w myślach, przywołując na twarz niekontrolowany uśmiech. Podejrzewałam, że nie istniało już żadne gorsze określenie, jakim Hugo mógłby mnie obdarować. Byłam nawet ciekawa jego reakcji, gdybym powiedziała mu o nieludzkich wysiłkach podejmowanych przez zakonnice, które za wszelką cenę pragnęły uczynić ze mnie pobożną i cnotliwą panienkę. Nie miałam jednak zamiaru zdradzać mu aż tylu epizodów mojego dawnego życia. Wolałam, aby leżało ono pogrzebane i nie próbowało w jakikolwiek sposób zmartwychwstawać.
Mimo to wbrew sobie i swoim stałym nawykom zaczęłam cicho się śmiać, a w moim głosie o dziwo nie brzmiała ani jedna nuta drwiny. Tak rzadko pozwalałam sobie na śmiech - i tak rzadko cokolwiek mnie bawiło - że początkowo nie potrafiłam połączyć tego cichego chichotu z własnym głosem. Odkąd trafiłam do sierocińca, wiele lat temu i w zupełnie innym życiu, utożsamiałam śmiech najpierw z drwiną innych dzieci, potem z karmazynowymi ustami mademoiselles w Fleur-de-lys, aż w końcu z tymi wszystkimi pustymi paryżanami, którymi tak gardziłam i których nieświadomość wykorzystywałam. Śmiech był dla mnie tylko kolejnym irytującym dźwiękiem ulicy i jeszcze nigdy nie kojarzył mi się dobrze - może z wyjątkiem tych rzadkich chwil, kiedy wydobywałam z pamięci okruchy wspomnień, w których śmiały się dwie ważne dla mnie osoby.
Ale przestały one być ważne już dekadę temu.
Opanowanie się zajęło mi moment, lecz nieznaczny uśmiech wciąż błąkał się po moich ustach.
- Przeczucie cię nie myli, uwierz mi - odpowiedziałam tylko.
Obserwowałam uważnie Hugona i jego twarz, gdy patrzył na swój portret. Na dosłownie kilka sekund pojawił się we mnie lekki niepokój związany z tym, czy pierwszy obraz, na którym faktycznie się skupiłam, przypadnie mu do gustu. Szybko pozbyłam się jednak tej myśli, uznając ją za zupełnie niedorzeczną.
- Wolałabym szarość - odrzekałam, nie spuszczając z niego wzroku. - Lepiej do mnie pasuje.
Nawet zgadzałam się z tym, co mówiłam - szarość była mi o wiele bliższa niż biel, którą łatwo było ubrudzić, a trudno zachować. Nawet niezarysowane jeszcze kartki mojego szkicownika pokrywały gdzieniegdzie drobne plamy niewiadomego pochodzenia. Część z nich mogły przynieść krople deszczu, niektóre błoto albo kurz, ale byłam pewna, że nie istniała w moim szkicowniku ani jedna idealnie biała strona. Podobnie jak w moim życiu.
- Nie powiedziałabym, że to rozczarowujące - stwierdziłam, unosząc lekko brew. - Na pewno w Paryżu są całe rzesze Francuzek, którym przydałby się malarz pokojowy. Damy pierwszej i drugiej kategorii marzą o tym, by ktoś je namalował.
Nie mogłam nie przewrócić oczami, słysząc słowa tego niezwykle skromnego malarza pokojowego. Nie wiedziałam, jak potraktować jego pytanie - uznałam je co prawda za kolejną prowokację, ale z drugiej strony mimowolnie przyjrzałam się mu uważniej, tak jakbym wcale nie wodziła wzrokiem po jego twarzy już od dłuższego czasu.
- A chciałbyś, żebym powiedziała, że mi się podobasz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, mrużąc lekko oczy. Odłożyłam szkicownik na kolana, by mieć przed sobą tylko oryginał. - Widziałam już gorsze przypadki.
Czułam, że choć zwolniliśmy na moment, to znów powracaliśmy do naszej przedziwnej gry, której zasady były równie niejasne, co nasze słowa.
- A ja? - odezwałam się niespodziewanie, podejmując temat. - Czy przemierzasz za mną cały Paryż tylko dlatego, że ci się podobam, czy może zabrakło ci ładnych dam do sportretowania?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Wrz 01, 2016 10:28 pm

Nigdy nie uważał się za skromnego. Bo i po co? Na co? Tyle pytań, które mógł tylko zbyć wzruszeniem ramion. Skromność (ta fałszywa) kojarzyła mu się jedynie z mateczką; z tym dziwacznym, kobiecym sposobem, w który wydymała pełne usta, i z policzkami oblewającymi się jak na zawołanie wiśniową czerwienią. Z czasem przestała to robić. W pewnym momencie, jak sądził, przekracza się punkt wysokościowy własnej samooceny, po przejściu którego nie da się wspiąć już wyżej na szczyt własnego ego. I nie ma już potrzeby grać.
Więc on nie grał. Nie rumienił się, nie śmiał, nie zawstydzał. Nie wykręcał dłoni za plecami ani nie przestępował z nogi na nogę jak przyłapany na gorącym uczynku pięciolatek (Thierry?). Wiedział przecież, że malował dobrze. Być może lepiej niż dobrze; w ostateczności częściej zwiedzał rynsztoki, niż galerie sztuki, nie mógł się porównywać. I nie chciał. Wiedział, że miał mocną głowę, że był wytrzymały; że potrafił sprawić, by ludzie go polubili, by kobietom na jego widok miękły kolana. To nie była kwestia skromności, jedynie najprostsza samoświadomość. Tandetna, choć całkiem skuteczna linia obrony i tarcza przed żarłocznością szarego, przeciętnego świata.
Oboje nie byli skromni. O tym też wiedział. I chyba mu się to podobało; te wszystkie kobiety, które śmiały się i szczebiotały słodko na sam jego widok były miłe, przyjemne w obyciu, na minutę albo czasem nawet na dwie. Ich zbywanie komplementów nerwowym śmiechem i tą fałszywą namiastką pokory nudziło go jednak aż do mdłości- więc, paradoksalnie, pewność siebie Blanche dodała mu animuszu. I też była przyjemna. Może również na minutę, może na dwie, a może na dużo dłużej. Tego w końcu nie wiedział. Jeszcze.
-Nigdy się nie mylę- odparł więc łaskawie, lekko unosząc brwi w krótkiej, niemej prowokacji. Był jednak pewien, że to już nie mogło jej zaskoczyć. I jedynie kiwnął głową, akceptując tą szarość, chociaż w myślach nadając jej jasny, popielaty, może gołębi kolor. Nie ciemny; może taka właśnie chciałaby by być, chciałaby się czuć ciemnoszara ze swoim chłodnym spojrzeniem i zaciętym wyrazem twarzy. Ale nie była- to jedno również potrafił dostrzec.
-A te damy trzeciej kategorii?- Znowu się droczył, ale chyba nie potrafił (nie chciał?) inaczej.- I och, nie wątpię, one by się nie rozczarowały. Ale ja mógłbym.
Jej przewrócenie oczami zbył krótkim, rozbawionym uśmiechem, który zatańczył w kącikach ust i zgasnął szybko. Może nawet zanim zdążyła go zauważyć. W końcu nie był skromny i nie miał ochoty kłamać- teatralna maska nużyła go zaskakująco szybko.
-Gorsze przypadki- mruknął pod nosem, kręcąc głową, i tym razem nie kryjąc już rozbawienia. W porządku; to było w porządku, w końcu takiej odpowiedzi mógł się spodziewać. Wzruszył ramionami, trochę obojętnie, a trochę bezczelnie.- Może i nie chciałbym. Tyle mi wystarczy, dziewczyno od chmur.
Dopiero po chwili uniósł obie brwi, niespiesznie, nie kryjąc zaskoczenia i jedynie cienia pozostałego ze zwyczajowej kpiny.
-Podobają mi się Twoje oczy- odparł po prostu, prawie obojętnie i boleśnie bezpośrednio. Skoro grali, grali już na poważnie, nie chciał uciekać się do półśrodków.- Akwamaryna. Takim kolorem bym je namalował, gdyby było mnie stać na farby. Tymczasem pozostaje mi jedynie szkic w węglu i dalsze przemierzanie Paryża w poszukiwaniu ładnych dam o oczach koloru bardziej odpowiedniego na stan mojej kieszeni.
Przechylił lekko głowę, w nabrzmiewającej ciszy oczekując jej reakcji. Bo przecież nie kłamał. Tym razem mówienie prawdy sprawiało mu jakiś rodzaj przyjemnej ulgi i wytchnienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sob Wrz 03, 2016 3:29 pm

Gdyby nie fakt, że była to nasza prywatna gra, którą toczyliśmy w morzu nieświadomych niczego ludzi i w której każdy gest czy słowo miało znaczenie, mogłabym zdobyć się na większy rozsądek. Mogłabym myśleć jaśniej; odejść stąd i utonąć w tak dobrze znanej mi szarości ulic Paryża, gdzie czułabym się swobodnie, ignorowana przez zabieganych ludzi. To były moje osobiste mury, które wznosiłam wokół siebie dla własnego bezpieczeństwa i interesu, zazwyczaj nie wpuszczając za nie nikogo i niczego. Wyjątkowo dobrze znałam cenę choćby kilku nieuważnie wypowiedzianych słów czy przesadnej ufności - dwóch najczęstszych grzechów paryżan, choć poza nimi istniała jeszcze cała plejada. Dlatego unikałam wdawania się w dłuższe rozmowy, a jeśli już przyszło mi powiedzieć kilka słów więcej, zazwyczaj oferowałam ludziom półprawdy lub kłamstwa.
A jednak zrobiłam najgorszą możliwą rzecz - naprawdę dałam się wciągnąć w tę grę. Nieświadomie zaczęłam budować jej wątłe zasady, przewidywać kolejne ruchy, czerpiąc z niej więcej przyjemności, niż potrafiłam przyznać. Już wiedziałam, że będę tego w pewnym stopniu żałować - to nie był sposób, w jaki postępowałam. Przeżyłam ostatnie dwa lata tylko dlatego, że nie wychylałam się z szeregu, a raczej robiłam wszystko, by pozostać niewidoczna, choć nie w oczach Hugona. Zacisnęłam lekko usta na myśl o tym, jak wiele już o mnie wiedział, mimo że do większości tajemnic jeszcze nie dotarł. Znał jednak istotny fragment mojej przeszłości, dostał to nieszczęsne imię, Blanche, a przede wszystkim miał ponure wręcz szczęście do wpadania na mnie w gąszczu ulic, niemieckich mundurów i setek paryżan, za których plecami znajdowałam zwykle schronienie.
Gdybym słuchała dzisiaj rozsądku, już walczyłabym z niepokojem. Tymczasem jedyną walką, jaką toczyłam, były zaczepne spojrzenia.
- Damy trzeciej kategorii zawsze chcą czegoś w zamian za swoją twarz na papierze. Zapamiętaj to - stwierdziłam po chwili, jeszcze raz powracając myślą do szkicownika, w którym zostałam uwieczniona.
Uwieczniona. To słowo też brzmiało źle. Przywodziło na myśl wszystkie te dzieła sprzed setek lat, które wystawione na widok publiczny, wiek po wieku traciły swoje tajemnice, stając się otwartymi księgami dla milionów par oczu. Nie chciałam być jak one - żyłam własnymi tajemnicami - a z drugiej strony, tej błahej i próżnej, którą na co dzień gardziłam, czułam dziwną satysfakcję, że to właśnie moja twarz widniała na tylu stronach czyjegoś szkicownika.
Mimo wszystkiego, co myślałam, nie spodziewałam się jakichkolwiek szczerych słów ze strony Hugona. Ciekawiło mnie, dlaczego tak zależało mu na przeniesieniu na papier właśnie mojej twarzy, jednak prawda była ostatnią rzeczą, na jaką liczyłam. Dlatego też uniosłam brwi, nieco zaskoczona, tym razem nie wychwytując w jego głosie tego samego tonu co wcześniej.
- Moje oczy? - zapytałam, myśląc o tych dwóch lodowatych punktach, które spoglądały na mnie z niechęcią w lustrze niemal każdego dnia. Nigdy nie uznawałam ich za ładne. Ani nie sądziłam, że istniało we mnie jeszcze cokolwiek, co mogłoby się komuś podobać. - Może kiedyś zdobędziesz swoją akwamarynę, monsieur Hugo.
Spojrzałam na niego po raz ostatni, a w głowie zawirowały mi wspomnienia z Fleur-de-lys, by w następnej chwili znów się rozwiać. Podniosłam się z krzesła, nie dbając o odstawienie go z powrotem, po czym rzuciłam Hugonowi jego szkicownik. Pomachałam swoim znacząco - twój portret zostaje u mnie.
To był koniec gry, ale nie potrafiłam powiedzieć, kto z nas w niej zwyciężył.
Może obydwoje przegraliśmy.
Nie oglądając się za siebie, zaczęłam kluczyć pomiędzy drzewami, artystami zwijającymi swoje warsztaty i spacerowiczami. Nawet mnie to bawiło, ale po raz pierwszy stałam się szarością z dwiema plamami akwamaryny.

zt x 2
dziękuję za grę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Paź 07, 2016 12:47 am

/gdzieś z czasoprzestrzeni :<

Kiedy się obudziła, słońce śmiało wyglądało zza chmur i zapowiadał się całkiem ciepły dzień (albo raczej popołudnie, bo po dość ciężkiej nocy wstała dopiero koło południa), a po ciemnych chmurach nie było nawet śladu, dlatego Claire liczyła, że taki stan utrzyma się przynajmniej do wieczora. Guenet cieszyło, że ma możliwość załapania się na tych parę słonecznych promyków i choć przez chwilę może dać im się ogrzać – po mroźnej zimie nie mogła już się doczekać lata i jego gorących upałów. Osobiście uważała, że trudno jest znaleźć bardziej nieprzyjemną rzecz od przejmującego i raniącego delikatną skórę chłodu zimy (Niemcy byli poza wszelką konkurencją, naturalnie). O wiele bardziej wolała szukać cienia, kiedy upał stawał się zbyt dotkliwy niż kulić przed lodowatym wiatrem.
Cieszyła się z tego słońca o tyle bardziej, że musiała dzisiaj załatwić parę spraw na mieście – lodówka świeciła pustkami, miała odebrać dzisiaj sukienkę od krawcowej i rozejrzeć się za nowymi rękawiczkami. Przyglądając się niebu, doszła do wniosku, że na deszcz z pewnością się nie zanosi i optymistycznie stwierdziła, że parasolka nie będzie jej potrzebna. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, w jakim była błędzie. A potem było już tylko gorzej.
Przeklęty deszcz.
Przeklęta parasolka.
Przeklęty but.
Dzisiaj śmiało można było zaliczyć ją do najbardziej pechowych ludzi świata. Kiedy nie spodziewała się deszczu, oczywiście musiał spaść. W dodatku spaść wtedy, kiedy nie miała ze sobą parasolki. I, oczywiście, obcas w jej bucie musiał złamać się akurat wtedy, kiedy uciekała przed deszczem pod najbliższe zadaszenie. Musiała też, naturalnie, zgubić po drodze tego buta, jakżeby inaczej. A jabłka po prostu musiały wysypać się jej z torby, kiedy akurat wpadła na Place du Tertre. Zmarznięta, przemoczona i kulejąca przez różnicę w wysokości jej obuwia i jego braku klęła po nosem, zbierając owoce do siatki. Nie zebrała wszystkich, gdyż w pewnym momencie stwierdziła, że planowana szarlotka nie jest warta jeszcze większego przemoczenia, dlatego zostawiwszy kilka jabłek na ziemi, pognała pod najbliższą markizę, mocno przyciskając do siebie torby z zakupami, jakby mogły jej one zapewnić choć odrobinę ciepła. Odgarnęła mokre włosy z twarzy i chuchnęła w przemarznięte dłonie. Nie będzie dalej biec przez ten deszcz, nie ma mowy. Poczeka tutaj, może za chwilę przestanie padać. Pod markizą nie było zbyt dużo miejsca, dlatego przycisnęła się do ściany budynku, myśląc tylko o tym, by być jak najdalej tej okropnej ulewy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sob Paź 15, 2016 1:45 am

To był dziwny dzień.
Najpierw nie mogłeś się podnieść. Miękkie pielesze zdawały się być zbyt miękkie, aby odbić od nich lędźwie i podnieść się do chociażby pozycji siedzącej. Zazwyczaj nie masz z tym problemu. Przecież wyrobiony przez poranne treningi nawyk wstawania wraz z pierwszymi promieniami słońca nigdy nie zawiódł. Aż do dziś. Leżałeś na materacu z rękoma wsuniętymi pod głowę oraz wzrokiem wbitym w nieskazitelnie biały sufit. To jeden z tych dni, kiedy nie możesz uwierzyć, że na świecie szaleje wojna. Przecież w twoim pokoju panował taki spokój, że nie możliwym jest, aby gdzie indziej działo się cokolwiek innego. To niedorzeczne. A jednak.
Potem w kuchni też było dziwnie. Słońce zalewało granitowy blat swoim światłem, zegar wskazywał niewiele do wybicia południa, a ty dopiero jadłeś śniadanie. Nawet nie było widać, że dopiero kończy się zima. Prawie mogłeś się pomylić, że trwa już lato. Że zaraz wyjdziesz do salonu, gdzie rozsunięte są szklane drzwi do ogrodu, który kamienną ścieżynką prowadzi do piaszczystego brzegu obmywanego przez morskie fale. I pomyliłeś się. Dziwne uczucie rozczarowania przebiło twoją klatkę piersiową, gdy okazało się, że w salonie stoją jedynie kremowe sofy, a drzwi prowadzą jedynie na balkon. Być może przyzwyczajałeś się już do Paryża, ale w tamtej chwili czułeś jak zalewa cię fala nienawiści do tego miasta. Do tego, że nie ma morza tylko brudną Sekwanę. Do tego, że ugięła się pod wrogim okupantem i zmusza twoją siostrę do lawirowania między tymi wszystkimi Niemcami. A potem uświadomiłeś sobie jak twoje pretensje nie mają sensu.
Musiałeś więc wyjść z tego domu, liczyć, że uda ci się zostawić za sobą ten dziwny dzień. Niebo już było zasnute, gdy wciągałeś buty, więc udało ci się wziąć parasolkę. Parłeś do przodu niesiony przez nogi bez konkretnego celu. Przynajmniej tak wydawało ci się na początku, bo potem zauważyłeś, że kierujesz się w bardzo konkretne miejsce. Przemierzałeś ten plac tak wiele razy. To tu poznałeś swoje największe utrapienie, a mimo to znów postanowiłeś pójść do Hugo. Rozkładając parasol zastanawiasz się czy jesteś uparty, czy tylko zwyczajnie głupi. Przerywasz tę kłótnię z samym sobą, gdy o mało nie zabijasz się o coś leżącego na ziemi. Pochylasz się z zainteresowaniem, bo okazuje się, że to jabłko próbowało cię przewrócić. I o dziwo nie leży tu samotnie. Podnosisz z ziemi jeszcze dwie pozostałe towarzyszki i orientujesz się wtedy, że muszą należeć do postaci, która kuli się pod markizą. Nie zwróciłeś wcześniej uwagi na tę kobietę, ale teraz pochłania cię całego. Z rosnącym zaskoczeniem wpatrujesz się wprost w nią. To jej szukałeś.
- To ty! - wołasz, kiedy zbliżasz się o te parę kroków. Musisz sprawiać niecodzienny widok, stojąc tak ściskając w jednej ręce rączkę parasoli, a drugą przyciskając do piersi jabłka. To doprawdy dziwny dzień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Paź 23, 2016 2:16 pm

Oby tylko nie dopadła ją choroba.
Na razie zapowiadało się na to, że najbliższy tydzień spędzi w domu, z gorączką i zakatarzona. Nie wyobrażała sobie innego scenariusza, nie po tym, jak stała zmarznięta oraz przemoczona pod jedną z markiz, prosząc wszystkie siły wyższe o to, by przestało padać. W dodatku bez jednego buta. Początek marca wcale nie należał do najcieplejszych, nawet jeśli jeszcze niedawno świeciło słońce – lodowaty wiatr z łatwością przenikał przez mokry materiał płaszcza Claire, powodując mało przyjemne dreszcze. Chłód ranił jej skórę, a najgorsze było w nim to, że nijak nie mogła się przed nim ochronić.
Na usta panny Guenet cisnęły się wszystkie przekleństwa, jakich zdołała się nauczyć na ulicy. Nie mogła zachorować. Chora prostytutka to bezużyteczna prostytutka, a jej przełożony nie lubił takich. Bardzo. Nie zarabiała pieniędzy, nie było z niej zysku, więc automatycznie stawała się przedmiotem zbędnym. Żeby utrzymać się na takim stanowisku, musiała mieć klientów. Zdawała sobie sprawę z tego, że z łatwością można było posadzić kogoś na jej miejsce, nie należała do osób niezastąpionych, nawet pomimo tego, że niektórzy z wysoko postawionych oficerów niemieckich chodzili tylko do niej. W burdelu każdego da się zastąpić. A gdzie znajdzie inną pracę, jeśli z tej ją wyrzucą? Kto chciałby zatrudnić byłą kurwę? Nie nadawała się do niczego. Dla takich jak ona nie było miejsca w zwyczajnym społeczeństwie, wiedziała o tym. Była kimś z marginesu i taki stan rzeczy pewnie utrzyma się do końca jej życia. Które, po wyrzuceniu z One-Two-Two, pewnie nie potrwa zbyt długo. W One-Two-Two chociaż miała zapewnioną opiekę lekarską, tam o nią dbano, przynajmniej na tyle, na ile dba się o lalkę – popruta czy z rysą na twarzy momentalnie traciła na znaczeniu i nadawała się tylko do wyrzucenia. Gdyby natomiast wróciła na ulicę, a nie miała wątpliwości, że skończyłaby jako ulicznica, choroby pewnie szybko by ją zabiły. Nie chciała tam wracać, dlatego musiała o siebie dbać. Każda prostytutka musiała. Wszelkie choroby i zranienia mogły oznaczać przerwę od pracy, a pomimo tego, że teoretycznie każdej z nich przysługiwało jakieś chorobowe, szef bywał wyrozumiały, tak nie należało nadwyrężać jego wyrozumiałości. Liczyła się pracowitość i ilość zarobionych pieniędzy. Trzeba było więc starać się, by móc pracować jak najdłużej. Zasmarkana kurwa nie wzbudza niczyjego pożądania, dlatego Claire bała się, że ten mały wypad na zakupy skończy się grypą lub przynajmniej silnym przeziębieniem. Nie wypadało jej chorować, już wyczerpała swój limit wyrozumiałości przełożonego – rozumiał, że wraz z jej delikatnością idzie słabe zdrowie, ale cierpliwość każdego ma granice.
Dreptała więc w miejscu i chuchała w swoje dłonie, byleby tylko wykrzesać z siebie choć trochę ciepła. Och, naprawdę mogłoby już przestać padać! Biegiem pokonałaby tych kilka ulic, dzielących ją od jej mieszkania, zrzuciła z siebie mokre ubrania i owinęła w gruby koc, uprzednio przygotowując gorącą herbatę. A tak nie wiedziała co gorsze – czy czekanie tutaj i marznięcie, czy ryzykowanie biegiem wśród deszczu. I tak źle, i tak niedobrze.
Zdążyła zapomnieć o jabłkach, które zostawiła na ulicy, dopóki nie zauważyła, że jakiś przechodzień potyka się o nie. Zmarszczyła lekko brwi, przepraszając go gorąco w myślach, po czym odwróciła od niego wzrok, skupiając go na swoich zmarzniętych dłoniach.
„To ty!”
Podniosła głowę, zdziwiona donośnością tego głosu i zdziwiona tym bardziej, że te słowa najwyraźniej były kierowane do niej. Mężczyzna, który potknął się o jej jabłka, patrzył wprost na nią. Zmieszała się przez chwilę, myśląc, że może oskarża ją o te nieszczęsne owoce, ale wyraz jego twarzy wcale nie wskazywał na złość. Był równie zdziwiony, co ona, tylko chyba z innego powodu. Poznał ją? Był klientem? W oczach Claire w jednej chwili pojawiła się ostrożność i rezerwa – wolała nie utrzymywać żadnych kontaktów z tymi, którzy korzystają z jej usług, ale im dłużej przyglądała się jego twarzy, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to nie w burdelu się spotkali. Jednak deszcz wszystko rozmazywał, nie była niczego do końca pewna, więc po prostu zastygła z niezrozumieniem wymalowanym na twarzy, czekając na kolejne słowa mężczyzny lub na to, że zbliży się do niej jeszcze bardziej.
Skąd się znamy, proszę pana?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Lis 06, 2016 1:23 am

Będziesz ten dzień pamiętał do końca życia. Sam nie wiesz dlaczego. Większość ludzi wypiera traumatyczne przeżycia, chowa je w otchłani swojej psychiki i nie pozwala im się torturować. Ty też nie, a mimo to ten obraz jest tak samo żywy jak gdyby to było wczoraj. Chyba takich chwil po prostu się nie zapomina. To jedne z tych kamieni milowych życia, rozwidleń, jakie zmuszają nas do podjęcia pewnych decyzji. Wtedy wszystko się zmienia, chociaż nic przecież tego nie zapowiadało.
To był taki sam dzień jak dzisiaj, pamiętasz? Niby taki sam jak wszystkie, ale coś było czuć w powietrzu. Jakąś subtelną zmianę, która uwierała cię nieprzyjemnie jednocześnie nie mając wielkiego wpływu na cokolwiek. Kto by przypuszczał? Musiałeś zostać na uczelni dłużej, a przecież zimą niebo szybciej pokrywa się granatem. Ciemność nie jest dobrą porą dla wojny, lepiej jest widzieć swojego wroga. Chyba wtedy jeszcze tak nie odbierałeś Niemców. Byli obcy, owszem, ale to wszystko biegło jakby obok ciebie. Rzeczy się zmieniają, prawda? A skoro przyzwyczaiłeś się do Paryża to do nich też mogłeś. Mijałeś mundurowych z obojętnością, ale widocznie musiał nastać tego kres. Nie spodziewałeś się tej przypadkowej rewizji. Powinna pójść gładko, przecież miałeś wszystkie potrzebne dokumenty. Jeden blask w świetle latarni wszystko zmienił. Podobno nienawidzą tylko Żydów, ale prawdą jest, że gardzą wszystkimi tymi, którzy nie mają czystego, niemieckiego rodowodu.
Padał śnieg. Pamiętasz doskonale jak kojące było uczucie spadających płatków śniegu, które zdołały dotknąć twojej skóry. Nigdy wcześniej nie przypuszczałeś, że takie coś może tak bardzo cieszyć. Chociaż jeszcze bardziej ucieszyłbyś się, gdyby już skończyli. Bolało, cholernie bolało. A nawet nie krzyczałeś, przecież to nie pomoże, nike nie pomoże. Nikt normalny nie odważy się przerwać kaźni, jeśli życie mu miłe. Dlaczego w takim razie zrobiła to ona? Drobna kobieta, której twarz bardziej sobie wyobraziłeś niż zobaczyłeś. Jak wielką miała się, że mogła to zakończyć? Nie potrafiłeś tego zrozumieć, ale chciałeś. Nie zdążyłeś. Zniknęła razem z oprawcami rozmywając się w Paryżu, roztapiając niczym śnieg na twoich ranach. Szukałeś jej w każdym, ale nikt nie był nią.
Dłoń bezwiednie wędruje do blizny i jabłka wypadają ci z objęć. Mimo to stoisz jak wmurowany, przyglądasz się jej z zaskoczeniem. Nadal tak samo drobniutka jak zapamiętałeś. Ile może mieć lat? Kim jest? Tyle słów ciśnie ci się na język, ale nawet nie wiesz od czego zacząć. Oblizujesz spierzchnięte usta, powietrze smakuje deszczem, inaczej niż tamtego dnia. Wszystko jest inaczej.
- Uratowałaś mi życie - mówisz cicho. - Nieco ponad rok temu. Zimą. - Zaciskasz dłoń na rączce parasola i dopiero teraz zauważasz, że trzęsie się z zimna. Zmokła. Chociaż w taki sposób może zapłacić zaledwie część długo wdzięczności. Rozpinasz szybko guziki płaszcza i wyciągasz rękę w jej stronę. Czekasz. Nie przyjmiesz odmowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Wto Lis 15, 2016 4:26 pm

Należy sobie pomagać.
Z takiego założenia wychodziła. Pomagać zwłaszcza swoim rodakom i zwłaszcza w tym trudnym wojennym okresie. Claire czuła się wręcz w obowiązku, żeby to zrobić, okazywanie wsparcia innym Francuzom uważała za szczególnie istotne, kiedy w większości przypadków źródłem nieszczęścia byli ci, którzy najechali ich kraj. Okazywanie sobie serdeczności nagle nabierało większego znaczenia, wywoływało uczucie jedności, solidarności, które w tych czasach potrafiło być naprawdę pokrzepiające. Doświadczają krzywd ze strony okupantów, czemu rodak miałby więc jeszcze dobijać swojego? Wzajemne pomaganie sobie miało dla Claire jeszcze jedno znaczenie, o wiele bardziej samolubne: dzięki temu zwyczajnie czuła się lepiej sama ze sobą. Na krótki moment podnosiła swoją wartość w oczach innych i swoich; nie była już tak bezużyteczna i bezwartościowa, mogła się komuś przydać, zrobić coś dobrego. Takie momenty były w jej życiu bardzo ważne, jako jedne z nielicznych wnosiły chwilę jasności nie tylko do jej samopoczucia danego dnia, ale do samopoczucia w ogóle. Mogła się uśmiechnąć widząc ładną pogodę, ale to takie drobne uczynki powodowały, że naprawdę było jej lżej ze samą sobą, chociaż przez chwilę była lepszym człowiekiem. Przez moment faktycznie stanowiła jakąś moralną wartość, nie tylko tę materialną, liczoną w banknotach płaconych przez kolejnych mężczyzn w One-Two-Two. Dopiero wtedy mogła odetchnąć pełną piersią.
Jednak nie często jej pomoc przejawiała się w tak jawnym narażaniu się okupantom. Normalnie starała się nie wchodzić im w drogę, trzymać się na uboczu i spuścić wzrok – wystarczająco dużo miała z nimi do czynienia w pracy, nie potrzebowała innych kontaktów. Lecz w tym konkretnym przypadku było inaczej. Deszcz zelżał, widoczność się poprawiła i dopiero wtedy Claire dostrzegła, że faktycznie powinna go znać. Blizna, do której sięgnęła jego dłoń, tylko wyostrzyła wspomnienie, które momentalnie pojawiło się jej przed oczami. Doskonale pamiętała, jak zauważyła dwóch żołnierzy, znęcających się na jakimś mężczyzną z bliżej nieznanego jej powodu. Powód jednak się nie liczył, kiedy dostrzegła jego zakrwawioną twarz, bezradność wobec całej sytuacji i chorobliwą nienawiść oprawców. Musiała coś zrobić, zainterweniować w jakikolwiek sposób, chociaż spróbować to zrobić. Zdawała sobie sprawę z tego, że i dla niej może się to źle skończyć, ale nim o tym pomyślała, już słyszała swój głos: witała się z tymi Niemcami. Zaprosiła ich do One-Two-Two, bo odciągnięcie agresorów było wszystkim, co mogła zrobić dla nieznanego jej mężczyzny. Okupanci się zgodzili, ostatecznie zadowoleni z tej decyzji, bo koleżanki Dianne zajęły się nimi w odpowiedni sposób, umilając im czas w znacznie mniej agresywny sposób. Claire przez cały wieczór zastanawiała się, co stało się z pobitym Francuzem i czy rzucona ukradkiem biała chustka w jakikolwiek sposób mu się przysłużyła. Jednak z biegiem miesięcy pamięć o nim rozmyła się w jej pamięci, nawet nie przypuszczała, że kiedykolwiek jeszcze się spotkają, a tutaj…
Martwiłam się, czy nie była ci potrzebna większa pomoc – powiedziała równie cicho, patrząc na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Nawet zimno przestało być jakoś dotkliwiej odczuwalne, Claire nie mogła pozbyć się sprzed oczu obrazu zakrwawionej twarzy mężczyzny, który teraz stał przed nią. Na pewno nie tego się spodziewała, wychodząc dzisiaj z domu. – Cieszę się, że jesteś cały – dodała chwilę później, a na ustach dziewczyny pojawił się lekki, dość nieśmiały uśmiech, będący niewielkim echem nagle wzrastającego w jej piersi poczucia radości i samozadowolenia. Naprawdę mu pomogła!
Przez chwilę zastanawiała się,  dlaczego zaczął ściągać swój płaszcz, a kiedy wyciągnął rękę z nim w jej stronę, posłała mu kolejne zaskoczone spojrzenie, gwałtownie kręcąc głową.
Nie – wymamrotała z coraz bardziej widocznym na twarzy zażenowaniem. Raczej nikt nie dzieli się swoim ubraniem ze zwykłą kurwą, ludzie źle by na niego patrzyli. – Zmarzniesz – stwierdziła tylko, jednocześnie odrobinę bardziej kuląc ramiona. Mokry materiał i zimny wiatr to naprawdę kiepskie połączenie. – Wszystko już w porządku? – zapytała po chwili, zastanawiając się nagle, czy ten incydent sprzed roku nie wpłynął negatywnie na jego prywatne (a przecież każdy jakieś miał) relacje z okupantami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pon Sty 16, 2017 11:38 pm

Teraz z empatią było różnie. Tak jak wielu Francuzów chodziło po ulicach Paryża, tak dużo było podejść. Jednych wojna podbudowała. Sprawiła, że odnaleźli w sobie siłę, o jakiej istnienie się nie podejrzewali. Znaleźli w sobie pokłady bezinteresowności, które wykorzystywali w piękny wręcz sposób. Nieśli pomoc słabym i porzuconym, ofiarom bestialstwa niemieckich zwierząt. W tej kategorii jawi ci się ta nieznajoma. Drobna kobieta, tak niepozorna, a jednak wypełniona uczuciem, które dla ciebie mimo wszystko w pewnym sensie pozostaje poza zasięgiem. Nie wiesz dokładnie, czy jej zachowanie jest koniecznie uwarunkowane w ten sposób, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak myśleć. Nie oceniasz ludzi po okładce, jednak w jej wyglądzie jest coś takiego.
Na pewno nie jest jak ci, którym wojna podcięła skrzydła w najgorszy możliwy sposób. Sprawiła, że poczuli dogłębny strach przed ponownym wzbiciem się w powietrze. Ten lęk zagląda im codziennie w oczy, przez co starają się oni nie patrzyć na nikogo. Zapatrują się tylko głęboko w siebie, poruszając się trochę niczym karakany - zawsze w ciemności. Ale nie tej nocy, ale tego przerażenia, którym opatulili się tak szczelnie, że nie widzą już co jest dobre, a co nie. Widzą jedynie to, co muszą zrobić, aby przeżyć.
A ty Nico nie jesteś ani jednym, ani drugim. Jesteśmy tym dziwnym typem człowieka, którego nagła okupacja specjalnie nie poruszyła. Czy czyni cię to gorszym człowiekiem? Sam nie wiesz, nie jesteś nawet pewien, czy chcesz poznać odpowiedź. Coś jednak się zmienia. Od tamtego feralnego dnia czujesz coś, jakaś myśl kiełkuje w twoim umyśle. Brakuje jej początku i końca, ale kiedy stoisz teraz przed kobietą, która pozwoliła się temu ziarnu rozwijać, zaczyna ona rosnąć. Tylko do czego cię ona doprowadzi? Którym typem człowieka się staniesz?
Dziwnie ci ze świadomością, że się o ciebie martwiła. Jesteś przecież nieznajomym, jedną z wielu twarzy, którą kiedykolwiek minęła na ulicy i jedną z niewielu, które uratowała. Oblizujesz wargi, nagle jakieś takie dziwnie spierzchnięte. Ten cień uśmiechu sprawia, że jesteś jeszcze bardziej wdzięczny. Przecież i tak zrobiła tak wiele. Gdyby nie jej ingerencja to pewnie nie stałby tu teraz przed nią.
- Dziękuję - wyrywa ci się zupełnie spontanicznie, ale szczerze. Bo co jeszcze możesz zrobić? Patrzysz wprost na nią i powoli kiwasz głową, gdy odmawia. To zupełnie nic w porównaniu do tego, co zrobiła. Nie znosisz odmowy, po prostu zarzucasz jej płaszcz na ramiona. - Jeśli będę czuł zimno to znaczy, że żyję - mówisz nieco żartobliwie, usta wykrzywia ci lekki uśmiech, ale jakiś dziwny smutek czai się w kącikach twoich oczu.
- Czy teraz cokolwiek może być w porządku? - odpowiadasz pytaniem na pytanie wzruszając ramionami. Za wiele się nie zmieniło. Posiadanie sławnej siostry zdecydowanie niesie swoje plusy. Nie każdy ma takie szczęście. Dlatego w twojej głowie pojawia się zupełnie inna myśl. - A ty? Nie miałaś żadnych nieprzyjemności? - Zaciskasz dłoń mocniej na rączce parasola, aby uniknąć pokazu jakichś większych, niepotrzebnych emocji, które mogłyby ją odwieźć od powiedzenia prawdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Wto Kwi 25, 2017 10:51 pm

| start; kwiecień 1942.

Paryż. Wieczne miasto artystów. Jej miasto.
Jej ostoja. Jej bezpieczna przystań, jak mogłoby się kiedyś wydawać.
Więc dlaczego nie poznaję tych ulic, zastanawiała się każdego dnia po uchyleniu ociężałych powiek, zanim jeszcze jaskrawa sylwetka świtu zamigotała ponad ostrym konturem horyzontu, ponad dachami poszarzałych kamienic duszących się w oparach mgieł oraz kłębach trującego dymu okupacji, która poważnie naruszyła fundamenty jej życia, wdzierając się brutalnie do artystycznej acz nade wszystko paryskiej codzienności, do jakiej kobieta nawykła. Przemierzając niemal wymarłe o porankach ulice pozwalała myślom prowadzić się między pejzaże zamierzchłych - zdawałoby się - czasów sprzed wojennej zawieruchy. Wówczas od środka zaczynały dusić ją wyziewy wspomnień sięgających najodleglejszych zakątków umysłu oszpeconego oraz okaleczonego gorzej od ciał poległych na froncie żołnierzy. Edmée poniekąd wbrew sobie rozdrapywała dawno zabliźnione rany wyżłobione dłutem losu; w odmętach pamięci chowała bowiem tak wiele obrazów, których - jak sama mówiła przed trzema laty - nie zamierzała nigdy później oglądać, jednak tylko tak mogła raz jeszcze ujrzeć nienaruszone, niezapomniane, nieśmiertelneWieczne Miasto, jak nazywała Paryż.
Takim właśnie powinien być, pomyślała na krótko przed zatrzaśnięciem drzwi osamotnionego mieszkania, z którego uciekała po każdej bezsennej nocy wprost na obce, choć tak boleśnie znajome ulice. Właśnie tak jak uczyniła przed kilkunastoma minutami, przystając dopiero pod nadgryzionym zębem czasu ceglanym murem okalającym stare budynki o historii pogrzebanej pośród odpadających tynków. Nie była pewna, jak długo tam tkwiła.
Wreszcie odetchnęła głęboko, zaciągając się kwietniowym powietrzem z taką starannością, jaką wkładała każdego dnia w zawiązanie satynowych wstążek oplatających jej kostki po wkroczeniu na salę pełną luster, gdzie trenowała do utraty tchu. Powoli odepchnęła się od podpieranego plecami muru, skąd obserwowała nielicznych mieszkańców spieszących przed siebie, a okaleczone wieloletnimi treningami stopy bolały ją przy każdym kroku, chociaż kobieta nie reagowała na ten mankament, oswajając się z fizyczną słabością będącą skromną ceną za nieustanne dążenie do perfekcji przy dźwiękach fortepianu czy skrzypiec akompaniujących jej wychodzonemu ciału. Jedynemu, co jeszcze do Edmée należało. Deptany przez nią poszarzały chodnik wił się między ulicami otulonymi grobowym milczeniem, które kobiecie bynajmniej jeszcze nie ciążyło, zamiast tego pozwalało raz za razem zaciągać się przyjemną wonią potrzebnego osamotnienia. Pozwalała prowadzić się pomiędzy innych artystów, o czym podświadomie wiedziała na długo przed dotarciem na Place du Tertre, gdzie étoile znajdowała podobnych sobie i równie mocno oddanych pasji, którą tak ciężko było dzielić się z ludźmi stojącymi o kilka cali poza sceną będącej jej schronieniem; sztukę rozumieli oraz czuli tylko ci, którzy zostali nią naznaczeni - niekiedy na długo przed pierwszym krokiem w kierunku sławy, jaka przed laty spadła i na jej wychudłe ramiona okryte teraz cienkim płaszczem. Wiedziała doskonale czym była artystyczna wrażliwość, ale też niejednokrotnie odczuła jej brak u drugiego człowieka, ucząc się wyrafinowanej gry aktorskiej pozwalającej przetrwać w tym brutalnym oraz pozbawionym miejsca na błędy świecie, który niebezpiecznie chwiał się w posadach od dnia pierwszych wystrzałów zwiastujących wojnę.
Place du Tertre był jednym z niewielu miejsc, gdzie kobieta potrafiła jeszcze odnaleźć eteryczne widmo czegoś bliskiego jej sercu - wyśnionego pośród burzliwych czasów raju, do którego mogłaby trafić. A może krył się w Niej ukryty motyw, o którym wolała nie rozmyślać póki nie znalazła się bliżej rozstawionych wzdłuż ulicy sztalug.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   

Powrót do góry Go down
 
Place du Tertre
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: