IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Kościół Val-de-Grâce


Share | 
 

 Kościół Val-de-Grâce

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Kościół Val-de-Grâce   Pią Kwi 14, 2017 8:51 pm



Kościół Val-de-Grâce

Stare powiedzenie francuskie głosi, że aby polubić Francję, należy polubić ser camembert, Pont Neuf i kościół Val-de-Grâce.

Wchodząca w skład kompleksu kościelno-szpitalnego świątynia należała początkowo do nieistniejącego już opactwa benedyktynek. Nie mogąc doczekać się potomka, to właśnie do sióstr tego klasztoru zwróciła się z prośbą o duchowe wsparcie Anna Austriaczka, królowa Francji. Wspierana modlitwą i radą benedyktynek, złożyła ślub, że gdy urodzi upragnionego syna, jako wotum dziękczynne zbuduje kościół tak wyjątkowy, jak wyjątkowa była łaska, która ostatecznie na nią spłynęła pod postacią dziecka: przyszłego króla Francji Ludwika XIV.

Władczyni dotrzymała słowa: architektura bryły kościoła i jego wnętrza, niezwykłe freski oraz bogato rzeźbione i złocone boczne ołtarze sprawiają, że kościół Val-de-Grâce jest jedną z najpiękniej ozdobionych świątyń w całej Francji.

Podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej usunięte zostały z fasady kościoła i jego wnętrza wszystkie symbole monarchii, jakie umieszczono na życzenie fundatorki. Nie dokonano większych zniszczeń kościoła i klasztoru, gdyż benedyktynki wyraziły gotowość umieszczenia w swoich zabudowaniach szpitala dla rannych żołnierzy i zobowiązały się przejąć nad nimi opiekę. Szpital ten istnieje do dzisiaj, a przebywający w jego murach chorzy częstokroć korzystają z duchowego wsparcia pobliskiego Domu Pańskiego.  



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   Sob Kwi 15, 2017 8:39 am


po spotkaniu z Enzo na Placu Marsowym

Ksiądz Léonard Mâron rzadko bywał w kościele.
Jak na duchownego, w każdym razie.  

Reprezentatywne, pełne przepychu wnętrza nuncjatury - a jeszcze wcześniej: watykańskiego Sekretariatu Stanu - już dawno stały się dlań tym, czym kościelne mury dla innych księży. Bo i on sam, będąc przecież wyświęconym prezbiterem, niezwykle rzadko korzystał z powierzonej mu przez Boga władzy sprawowania sakramentów. Gdy inni głosili żarliwe kazania z ambony, on wygłaszał przemówienia. Gdy inni wznosili kielich, by dokonać Przeistoczenia, on podnosił kieliszek. W miejsce kropidła, dzierżył pióro. To on był filarem, który utrzymywał Jego Kościół w jedności - Atlasem podtrzymującym niebo; stojącym za ramieniem radiowego spikera tajemniczym Wielkim Bratem. Biurokratą i politykiem w sutannie. I, rzec należy, czuł się spełniony w swojej roli papieskiego dyplomaty... jak dotąd.

Niedawne spotkanie z Enzo, kiedy to otarł się o śmierć, a którego pamiątką była zgrabnie zabandażowana lewa dłoń, rozdrapało starą - zagojoną, zdawać by się mogło - ranę w jego umyśle. Chłopak nie zdołał zachwiać jego systemem przekonań - o nie! W sposób dosadny przypomniał mu jednak o jego największej słabości, której - pomimo swoich starań - nigdy nie zdoła przezwyciężyć: własnej śmiertelności. Myśl, że Sąd Ostateczny był na wyciągnięcie ręki, napawała go - słusznie zapewne - uczuciem, któremu najbliżej do dławiącego duszę niepokoju. Memento Mori! Oto był strach, który od tysięcy lat skłaniał ludzkość ku Bogu. I Mâron go odczuwał. I, niczym zwykły człowiek, potrzebował spokoju; potrzebował katharsis... potrzebował wiary.  

Val-de-Grâce było zaś miejscem, które utożsamiało wszystko to, o co walczył i w co wierzył. Jego bogato zdobione wnętrza, próbujące w swym majestacie naśladować Bazylikę Świętego Piotra, przypominały o potędze dawnego Kościoła; o władzy, przed którą nawet królowie musieli giąć kolana. Jego historia dowodziła zaś słuszności jego tez - gdy słynne Notre Dame i inne Boże Przybytki grabiono i desakralizowano, Val-de-Grâce ostało się w stanie niemal nienaruszonym. Przetrwało - dlatego, iż sprawujące nad nim piecze zakonnice zgodziły się przyjąć pod swój dach rannych żołnierzy, czyniąc z ich obecności tarczę dla swego kościoła. Czy nie stanowiło to przykładu, za którym powinni podążyć i w tych trudnych czasach? A tym razem zniszczenie groziło wszak nie tylko świątyniom, lecz i całej wspólnocie chrześcijan.

Można wyobrazić sobie zdziwienie miejscowego proboszcza, gdy w jego progach pojawił się znany w Paryżu radca nuncjatury, by - za zgodą ordynariusza: Kardynała Suharda - odnowić swoje powołanie jako szafarza sakramentu pokuty i pojednania. Jako tego, który z woli Boga pośredniczy w oczyszczeniu... tylko: czy on sam był bez grzechu?

Niemniej jednak - dopełniwszy wszelkich obrządków Rytuału Rzymskiego, a wezwawszy Świętego Piotra i Apostołów, by byli mu ostoją w nadchodzących godzinach - prałat zasiadł tego dnia w przyciemnionym wnętrzu masywnego, iście barokowego konfesjonału. Pochyliwszy głowę, z różańcem owiniętym wokół gojącej się ręki, jął odmawiać w myślach modlitwę do Ducha Świętego, oczekując przybycia pierwszego penitenta, pragnącego poprzez akt spowiedzi powrócić do łask Pańskich; na błogosławione łono Kościoła, który reprezentował i chronił.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   Sob Kwi 15, 2017 12:37 pm

Nie była ignorantką. Nie negowała przykazań, a już tym bardziej nie robiła tego w stosunku do prawd głównych, które notabene uznawała. Sama instytucja kościoła zawierała w sobie pewnego rodzaju fałsz i obłudę, na którą pani Eberhart nie mogła przystać. Księża wysłuchiwali lamentu w konfesjonałach i łkali razem z ciemnotą, która ufała, że to piekło się skończy, ale nawet ona wiedziała, że to niemożliwe. Rzesza miała trwać przez tysiąc lat, a co za tym szło, koszmar dopiero się rozpoczął, a kontynuacja kolejnych poczynań dopiero będzie zapisywać się na łamach historii. I to wcale nie chodziło, że ci ludzie byli dla projektantki głupcami, bo i ona nie widziała sensu w wyniszczaniu społeczności i odbieraniu jej wszelkiej godności. Nie powinna mówić tego na głos i trzymała wszelkie rozważania głęboko zakorzenione w sercu, ale sanktuarium, które miało dawać spokój i nadzieję? Abstrakcyjny wymysł, niezwykle zbędny i irracjonalny. Jednak i na nią przyszedł czas, by stawić się w miejscu, które przyprawiało ją o lekki dreszcz, nieprzyjemny skurcz w żołądku i chęć udowodnienia, że bezmyślnym jest głoszenie tez o rychłym końcu. Filozoficzne aspekty wiary opierały się na mniejszych i większych grzeszkach, których Lotta posiadała aż nazbyt wiele i nie wpasowywały się one w sztywne ramy odgórnie określonych moralizatorskich fraz. Przypominały raczej przesiąknięte dewiacją i toksyną fantazje, po które nikt nie miałby odwagi sięgnąć, ale ona to zrobiła. Przekroczyła bariere moralności i posłuchy wobec Stwórcy Jedynego. Jeżeli zatem człowiek stał się gorszy niż sam diabeł, to gdzie chowały się anioły, które winny dawać przykład krystalicznego jestestwa?
Czarny materiał otulał jej wątłą sylwetkę i pozostawiał ułudę enigmy, która rozpościerała się w powietrzu jako mgiełka różanych perfum. Gęste pukle opadały na ramiona, a ona pozostawała niewzruszona, gdy raz po raz kroczyła paryskimi uliczkami. Miała czas, dużo czasu, który pożytkowała na odświeżenie rozbieganych mysli, zderzających się o sobie jak konie w pędzie. Felix został z nianią w apartamencie, więc przez kilka godzin mogła zapomnieć o życiu, które prowadziła. Wracała do dni, kiedy to zasypiała w ramionach Fabiena i choć była wtedy tylko kilkulatką, to właśnie on sprawił, że stała się kobietą. Do dziś czuła jego wargi na swoich, bo ich charakterystyczny smak pozostawił w jej psychice silny odcisk, którego w żaden sposób nie potrafiła wyplewić. I to właśnie dzisiaj - ten jeden raz - postanowiła wydusić z siebie więcej niż zazwyczaj. Chciała opowiedzieć o rzeczach brudnych, oburzających, ale te zaliczały się do tych, których nie żałowała. Jakżeby śmiała? Stałoby się to hipokryzją, bo przecież w snach wciąż wracała do tamtych nocy, tak samo jak próbowała przestać chłonąć obrazy przeszłości. Te jednak samoistnie pojawiały się w jej głowie i odbierały możliwość zapomnienia. Przyjechała do Paryża za Wolfgangiem, którego nie udało jej się jeszcze odnaleźć, a przez to nie czuła się na tyle pewnie, by tak po prostu przestać go szukać. Potrzebowała jego obecności i wyjawienia mu sekretu na temat małego chłopca o przeszywającym spojrzeniu, dokładnie takim samym jak to Liebenfelsa. Dlaczego zatem przekorny los tak wszystko utrudniał? Czy zawiniła aż tak bardzo, by odbierać jej do tego prawo?
Zmęczonym wzrokiem rozejrzała się po bogatym wnętrzu kościoła i uśmiechnęła się sardonicznie, gdy jej tęczówki utkwiły na moment w kilku drobnych szczegółach. Sztuka była domeną ciemnowłosej kobiety, a więc i kunszt twórców musiała docenić, tylko tym razem wolała skupić się na tym, co ją tutaj tak naprawdę przygnało.
Wahała się. Nie była pewna tego, czy naprawdę chce konfrontacji, która miała przynieść katharsis. I dopiero odważyła się na to po kilku minutach, gdy już dostrzegła jednego z księży w konfesjonale. Zrobiła kilka kroków i uklękła z dozą finezji. Każdy jej ruch był przemyślany, wolny i wyważony, jakby to ona określała w tym momencie reguły gry, w którą z perfidią zamierzała wciągnąć nieznajomego mężczyznę.
- Nie przyszłam się wyspowiadać - powiedziała ze spokojem, a ton choć delikatny i kobiecy jasno dawał do zrozumienia, że duchowny ma do czynienia z rodowitą Niemką. Głos jej nie zadrżał, gdy wypowiadała tę frazę, a naturalna wyniosłość nie pozwoliła na poczucie jakichkolwiek wyrzutów sumienia. - Chciałam usłyszeć szloch ukryty w tych murach i ile słów nadziei dajecie wiernym... - mówiła w ten sam sposób, jakby nie zamierzając oszukiwać w swych intencjach. I choć nastała chwilowa pauza, to nie unikała wyduszenia z siebie jeszcze jednej sentencji; być może kluczowej dla tego spotkania. - Ile możecie dać ich mnie - córze katów i oprawców.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   Pon Kwi 17, 2017 10:44 am

Kim był, by osądzać innych? Bożym wybrańcem, a może jednak tylko zwykłym śmiertelnikiem, który rościł sobie - w oparciu o swobodną interpretację treści pewnej starożytnej księgi - prawa do boskich mocy? Ostatecznie, wybaczenie win pochodziło od samego Boga - i w jego tylko władzy było odpuścić grzechy; potępić lub zbawić. On - kapłan - był jedynie skromnym pośrednikiem; niezbędnym, by dopełnić ceremoniału, tylko dlatego, że Bóg w swym miłosierdziu kwitował ludzkie błagania niemym spojrzeniem przybitej do krzyża miedzianej figury. Księża stanowili zaś żywy i w pełni namacalny dowód boskiej potęgi, przyjmując rolę pierwszych i najstarszych psychologów świata, poddających badaniu i umysł penitenta, i jego duszę. To oni, siedząc w półmroku i ciszy, wysłuchiwali największych brudów życia klęczącego obok człowieka, a wreszcie - co najważniejsze - pozwalali uciszyć dręczące go wyrzuty sumienia, oferując obietnicę przebaczenia i perspektywę zbawienia w dniu Sądu Ostatecznego. To ich dłonie były rękami ukrzyżowanego Chrystusa, mówiącego nieustannie, że człowiek - Ty! - jest dla niego najważniejszy. W oczach wiernych, na każde ich ciche westchnienie sama natura stawała się im posłuszna i chleb zmieniał się w Ciało Syna Bożego, a wino w Jego Krew. Człowiek, w gruncie rzeczy, potrzebował wiary - słodkiej i naiwnej pewności, iż jego nędzne, niewiele warte istnienie nie kończy się z chwilą, gdy jego serce rozkurcza się po raz ostatni, a mózg zaczyna ulegać odwiecznym prawom rozkładu i destrukcji, dotąd trzymanych w ryzach przez cud życia. Cud ewolucji. Niczym przysłowiowy topielec, i oni skłonni byli oddać swój umysł we władanie nawet najbardziej kuriozalnej idei, jeśli tylko miało to uchronić ich przed wiekuistym zimnem i mrokiem niebytu.

Bóg był potrzebny dopóty, dopóki istniała śmierć - żaden duchowny nigdy jednak nie ośmieliłby się wypowiedzieć tej prawdy.

Mâron zaś, skoro tylko znalazł się w jesieni życia, coraz to częściej łapał się na mimowolnych rozważaniach nad minionymi laty - nad życiem, które nie miało się już powtórzyć. Pozostawało mu tylko jak najlepiej wykorzystać czas, który mu pozostał - a jego siły ubywały przecież z każdą kolejną myślą, słowem i czynem. Był świadom, że w jego Panzerkampfwagen pewnego dnia skończy się paliwo; jego cielesna powłoka - platońskie "więzienie duszy" - padnie bezwładnie na podłogę, niby porzucona szmaciana lalka, której ktoś jednym ruchem przeciął wszystkie sznurki. I ta myśl napawała go przestrachem. Był grzesznikiem i, jak każdy człowiek od czasów Adama i Ewy i pierwszego grzechu, który skazał ludzkość na męki śmierci i bólu, miał skłonność do złego. Teraz jedynie winy innych, które miał wkrótce wysłuchać, mogły być mu ostoją To nimi przyćmić miał własne przewinienia przeciw Bożemu miłosierdziu.

Spodziewał się, że posłyszy standardową formułkę: "Niech będzie pochwalony..." Miast tego, kobieta, która zbliżyła się do konfesjonału, a w której - nie tylko z uwagi na fakt, iż przemówiła w narzeczu okupanta, ale i zważywszy na ton i manierę wypowiedzi - prałat mógł od razu rozpoznać przedstawicielkę "rasy panów", zaszczyciła go wyznaniem... właśnie: czego? Jaki był cel jej przyjścia, jeśli nie spowiedź? - nawet jeśli to słowo nie potrafiło przejść jej przez gardło.

- In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen - wierny Rytuałowi Rzymskiemu, nakreśliwszy w powietrzu znak krzyża, słowa pozdrowienia wymamrotał po łacinie - w mowie Patres Ecclesiae, Ojców Kościoła, a i dlatego, że sam znajdował upodobanie w jej brzmieniu: zaklęty w niej był jakiś czar, który nadawał nawet najprostszym błogosławieństwom i mszalnych śpiewom mocy uwodzenia ludzkich serc, na której opierał się Kościół i sama wiara.

Jej głos brzmiał znajomo - rozbrzmiewał echem gdzieś w otchłaniach pamięci, tkwił na przysłowiowym końcu języka. Być może, gdyby zdołał ujrzeć jej lico... - rozległy, zabudowany konfesjonał skryty był jednak w mroku, a oddzielająca ich drewniana kratka, mająca w zamyśle dawać poczucie intymności, nie ułatwiała sprawy. Czyżby gdzieś już ją spotkał, a może to tylko pamięć płatała mu figle? Pozwoliwszy sobie na chwilę pauzy, odpowiedział cytatem z Księgi Psalmów: - Pan podtrzymuje wszystkich, którzy padają, i podnosi wszystkich zgnębionych - odpowiedział jej po niemiecku: płynnie, bez cienia francuskiego akcentu, a nawet z lekką berlińską naleciałością; widać było, iż jego wprawność we władaniu tym językiem była nie gorsza od jej. Uśmiechnął się skrycie na wspomnienie o "córze katów i oprawców", a odrzekł cichym, spokojnym głosem, jakby wyjawiał jej największe tajemnice wiary: - Syn Boży, podczas swojej świętej męki prosił Ojca o przebaczenie dla swoich oprawców, a na samym krzyżu przebaczył z miłością łotrowi i obiecał mu raj. Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i Wam przebaczy Ojciec Wasz niebieski - chcąc zaś, by jego przesłanie było jasne, dodał po chwili: - Wyznanie własnych win jest wyznaniem miłości do Boga - po tych zaś słowach schylił głowę, nasłuchując odpowiedzi tajemniczej kobiety, która - nie sposób zaprzeczyć - szczerze go zaintrygowała.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   Wto Kwi 25, 2017 1:49 pm

Czym było wybaczenie, gdy w obliczu totalitarnej władzy III Rzeszy, nikt nie mógł liczyć na łaskę? Ta była oznaką słabości i wiedział o tym każdy, nawet taka ignorantka jak Eberhart, która z szacunku do Fabiena, nie mieszała się w politycznej gierki. Trzymała się z boku i była biernym obserwatorem, który raz po raz oczekuje od innych trochę zaangażowania. Przyjechała w końcu do Paryża nie za bożym błogosławieństwem czy obietnicą wiecznego spoczynku w raju. Chciała mieć pewność, że jej ukochany brat jest cały i zdrowy. Dla niego była gotowa poświęcić każdą ofiarę, byle tylko mogła spojrzeć raz jeszcze w jego piękne oczy, w których tonęła latami. Dzisiaj stała w bramie należącej do głoszących orędzie pańskie i dających nadzieję na lepsze jutro. Ci byli jednak głupcami, bo wojna wcale nie dobiegnie końca, a mroczne czasy, które nieubłaganie się zbliżały, będą jeszcze bardziej przerażające od tych, które panowały teraz. Kłamstwo powtarzane wiele razy, staje się w końcu prawdą. I być może temu ufali duchowni, którzy z ołtarza wykrzykiwali, że modlitwa ukoi lęk i obawę. Widziała zbyt wiele, by dać się temu omamić. Czuła całą sobą cierpienie, które przelewało się przez ulice Paryża i słyszała krzyki błagających o azyl. Nie umiała określić swego stanowiska w tym brudnym świecie, ale z pewnością nie było ono obiektywne. Egoistycznie kierowała się swoim dobrem, bo najwyższą wartością dla niej był mały Felix, który radośnie witał ją każdego dnia, gdy wracała z pracowni i rzucał się swoimi drobnymi rączkami na jej szyję, by wyszeptać to najważniejsze zdanie: kocham cię, mamo. Jak mogła więc dopuścić do jego ewentualnego bólu? Nie potrafiła skazać niewinnego na męki, takie jak przeszedł Zbawiciel, ale ludzie odpowiadali za własne przewinienia i to na Sądzie Ostatecznym, Charlotte zostanie rozliczona ze swoich grzeszków, które powtarzała nieustannie, jakby toksyna przelewała się przez jej serce i nie pozwalała wrócić do zdrowego życia. Demony mieszały w jej umyśle, a spętane łańcuchami dłonie, nie dawały odpowiedniego manewru, by wykonać jakikolwiek, najmniejszych ruch. To spotkanie miało być więc pokutą za wcześniejsze decyzje, które podejmowane pochopnie, doprowadziły ją do rozłamu emocjonalnego, w którym nie potrafiła określać prawidłowych uczuć. Pragnęła intensywnego bodźca, bo na razie sączyła jedynie truciznę wypełnioną megalomanią, która pochłaniała ją niczym czeluścia piekielne.
Wierzyła we wszystko, co jest trochę nieprawdopodobne.
Nie przypuszczała zatem, że klęczy w konfesjonale człowieka równie zepsutego i wypełnionego zgnilizną. Kierował się on bowiem swoim dobrem, które dowartościowane przez błędy innych otrzymywało niewymierny spokój. Nie ma winy - nie ma kary. Nie osądzałaby go jednak tymi kategoriami. Ludzie byli pozbawieni nieskalanej empatii, która pociągnęłaby ich w stronę bezwarunkowego oddania bliźnim i nawet tutaj - w kościele - nie mogła szukać ukojenia dla przeszłości, która budziła ją w nocy i nie pozwalała stanąć na równych nogach. Niczym cień snuła się po mieszkaniu, w którym rozbrzmiewała delikatna melodia, a grana była ona jedynie w jej głowie, jakby powoli dawne grzechy doprowadzały ją do szaleństwa.
W sposób ospały, nieco wyniosły, wykonała subtelnym gestem znak krzyża, jakby chcąc oddać część mało znączącym ruchom, których nie praktykowała od lat. Słuchała głosu księdza, a na jej usta wpełzł cień uśmiechu. Ropoznała go po chwilowej zadumie i odczuwała swoistego rodzaju triumf umysłu nad materią. Nie mógł przypuszczać jak wielkie szczęście ma, że to właśnie na nią trafił. Jeszcze kilka dni temu wymieniali spostrzeżenia na temat teatralnej sztuki, która wcale nie zachwyciła Eberhart, by teraz mógł bezwarunkowo skupić się na jej delikatnym głosie i mamiących go sentencjach, w których zapewne usłyszy więcej perwersji niż od francuskiej prostytutki.
- To trochę monotematyczne - rzekła nader spokojnie i nie spuściła wzroku z drewnianej kratki. Czarne jak smoła oczy wlepione były w zarys twarzy prałata, jakby chciały dojrzeć najmniejsze zmiany mimiczne, wszelkie emocje i te najbardziej nieprzewidywalne myśli, które zapewne na dojrzałej twarzy mężczyzny przelają się w szkic niezadowolenia lub zszokowania. - Proszę spojrzeć na to szerzej, wszak nie żyjemy w czasach Chrystusa i nie krzyżujemy bluźnierców; idea cierpienia jest niewspółmierna wobec bólu zadanego Mesjaszowi - powiedziała z nutą ironii, bo ona sama nie pojmowała w ten sposób wojny. Wiedziała o morderstwach, przeszukaniach, oskarżeniach, ale milczała jak zaklęta skała. Nie mieszała się w to, co nie należało do jej świata tkanin. Pytana o zdanie - odpowiadała ciszą i skinieniem głowy, kokietując przy tym mężczyzn, że kobiety nie powinny mieszać się do spraw niezwiązanych z ich zamiłowaniami. Zaskarbiała sobie w ten sposób atencję, bo poziomem elokwencji, wiedzy filozoficznej, matematycznej czy nawet znajomością literatury, potrafiła zaskoczyć niejednego mówcę. Oratorskie zdolności były dla niej nic nie warte, bo to melancholijne dźwięki fortepianu i kolejny sukces w świecie mody napędzał ją do dalszej pracy. Uznanie wśród śmietanki towarzyskiej przyjemnie łechtało ego, ale w tym wszystkim brakowało czegoś istotnego i to dlatego niecierpliwie wyczekiwała późniejszego spotkania z mężczyzną, którego obecność w jej życiu była wysoce niestosowna.
- Ilu z wiernych prosiło o wybaczenie Niemcom? - odbiła piłeczkę, jakby celowo łapiąc go za słowa. Szukała w tym gry słów, odwagi i wytrwałości. Lubiła to i choć nie chełpiła się w ewentualnej wygranej, tak teraz jej nie szukała. Léonard był godnym przeciwnikiem, a co więcej - był jednym z nielicznych, do których miała respekt. - Prowadzeni na rzeź, nigdy o to nie poproszą - dodała cicho i przygryzła policzek od środka. Nacechowana skrajnymi emocjami wypowiedź dopiero miała nadejść, ale te rozsadzały ją od środka i nie znalazły zabarwienia w słowach, które miękko uleciały spomiędzy karminowych ust: - Bóg zna moje winy i wie, że nie oczyszczę dłoni z krwi, która kapie w tej chwili na waszą marmurową posadzkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   Nie Maj 14, 2017 2:55 pm

Dzikie pola rodzą tylko chwasty. Dusza bez uprawy rodzi również tylko chwasty.
A jednak, gdyby nie one, ziemia dawno by już wyjałowiała bez reszty. Tylko nasze błędy, przeciwności losu, pozwalają nam doskonalić się.  

Nazizm był zaś jako ten chwast, który oplótł szczelnym kokonem duszę prałata, tkając swe zawiłe sieci wówczas, gdy to przyszły kanclerz Rzeszy zapewniał jeszcze, że narodowy socjalizm jest ideologią opartą na najlepszych chrześcijańskich wartościach; gdy zaklinał się przed narodem na Stwórcę i jego Słowo, a w jego wystąpieniach gęsto padało dumne słowo "chrześcijanin". Oto był wódz znamienitego germańskiego narodu, któremu z woli Pana przeznaczono stać się tarczą i ostrzem Kościoła w starciu z barbarzyńskimi hordami słowiańskiego Wschodu. I na podobieństwo Sobieskiego, który w chwili zagrożenia ze strony Ottomanów nadszedł z odsieczą przerażonej chrześcijańskiej Europie, tak też i ten naznaczony krzyżmem Pańskim przywódca miał odeprzeć napór zdziczałych homo sovieticus, którzy odrzucili nie tylko wiarę, ale i wszelką moralność. A gdy to by się dokonało, sam Ojciec Święty ze swego Tronu Piotrowego, wsparłszy się całym swoim autorytetem, obwieściłby go Fidei defensor, Protektorem Wiary, i katolickie narody świata przyjęłyby go jako swego brata umiłowanego, a modły by w jego intencji wznoszono w kościołach, dzwony by biły bez ustanku, a dzień jego narodzin stałby się dniem pamięci. I nikt wówczas nie pamiętałby, że ten sam Führer nazywał Chrystusa "aryjczykiem ukrzyżowanym przez Żydów" i postawił się w roli tego, który zemści się za tamtą zbrodnię. I że ośmielił się to uczynić.

W rzeczywistości był on jako ten diabeł, który kusił Jezusa na pustyni - a Kościół, w przeciwieństwie do swego Nauczyciela, okazał się zbyt słaby duchem, by oprzeć się pokusie. Uwierzył słowom polityka. Gdy partia nazistowska dopiero zaskarbiała sobie zaufanie Niemców, jedynie lokalni biskupi grzmieli z ambon, nawołując do powstrzymania szaleńców; Rzym zaś milczał. Potem było już za późno. Nowo obrany kanclerz z początku przyjaźnie odnosił się jeszcze do hierarchów, zawarłszy nawet w 1933 roku korzystny dla obu stron Reichskonkordat, przy podpisywaniu którego Mâron, jako ówczesny Sekretarz ds. Relacji z Państwami, był obecny, towarzysząc kardynałowi Eugenio Pacelliemu, który zaledwie sześć lat później zasłynął pod imieniem Pius XII, w rozmowach z wicekanclerzem Rzeszy Franzem von Papenem. W umyśle prałata nadal jeszcze tkwiła pamięć tamtych dni: Kardynał Michael von Faulhaber tak pisał wówczas do Hitlera: "To do czego stary parlament i partie nie zdołały doprowadzić przez 60 lat, pańska godna męża stanu dalekowzroczność pomogła osiągnąć w sześć miesięcy. (...) Niech Bóg zachowa Kanclerza Rzeszy dla naszego narodu.", a pro-niemiecki, antysemicki nuncjusz apostolski Orsenigo pod niebiosa wychwalał przezorność swego gospodarza. Gdy zaś z Rzymu napłynęły instrukcje od papieża, biskupi niemieccy zaraz ucichli, jakby zapomnieli, że kiedykolwiek krytykowali hitlerowski reżim. I niewielu wiedziało, że podczas negocjacji konkordatu wywierano presję na Watykan w postaci aresztowania 92 księży, przeszukania katolickiego klubu młodzieżowego, zamknięcia dziewięciu katolickich publikacji i groźby likwidacji wszystkich szkół katolickich; a do konkordatu sporządzono utrzymywany aż do wojny w najwyższej tajemnicy aneks, który przyznawał katolickiemu duchowieństwu zwolnienie z jakiegokolwiek przyszłego... ewentualnego powszechnego poboru wojskowego, na wypadek hipotetycznego konfliktu zbrojnego; ani też, że w rozmowach z najbliższymi współpracownikami Pacelli wyrażał "wstręt i obrzydzenie" Hitlerem i jego świtą, a ubolewając nad losem Żydów, twierdził, że miał "pistolet przystawiony do głowy", gdzie odmowa oznaczałaby całkowite unicestwienie Kościoła w Rzeszy.

Czyż i Mâron nie mógł rzec podobnie? Chociaż niejeden z Francuzów w myślach zapewne nazwałby go zdrajcą i niemieckim psem, ksiądz miał wszak świadomość, że to jedyny sposób, by utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, a zarazem ochronić Kościół i trzodę Pańską przed prześladowaniem. A przecież ostatnimi czasy sprawy miały się tylko gorzej, bo i Hitler nie krył się już ze swoją wrogością do ingerujących w politykę hierarchów, którzy z narastającą zjadliwością odpowiadali na kolejne represje wobec własnego kleru i Żydów. Ten, któremu Kościół pozwolił sięgnąć po władzę, nie wsparłszy w odpowiednim czasie opozycyjnej partii, w której szeregi - nomen omen - wchodziło wielu księży, oto zerwał się z nazbyt długiego łańcucha, gotów gryźć wszystkich naokoło, plując pianą z uzębionej paszczy. Gdy Mâron przybył w 1939 do Paryża, nie miał już złudzeń: w dłuższej perspektywie, Kościół nie może pokojowo współegzystować z nazizmem; a masowe zatrzymania księży, ich męczeńska śmierć, o której wieści docierały doń w lakonicznych listach od lokalnych ordynariuszy, tylko utwierdzały go w tym przekonaniu.

On jednak, którego serce dawno już w lód przemienił przewrotny umysł, siedząc w mroku konfesjonału, a ledwie kilkanaście centymetrów od przedstawicielki dumnej aryjskiej rasy, nie odczuwał doń nienawiści czy nawet wrogości, a w żadnej w wypowiadanej przez niego głosek nie rozbrzmiał nawet cień niepokoju. Niemcy były mu przecież trzecim - po Watykanie i Francji - domem, z którym, chcąc czy nie, był związany emocjonalnie, a który znalazł się pod okupacją hitlerowską i niewiele miał już wspólnego z Rzeszą Bismarcka, którą prałat tak dobrze znał. Czy było to winą Niemców? - zapewne, do pewnego stopnia. Nie dawało to jednak prawa ni jemu, ni nikomu innemu, by potępić cały ten naród i wygubić ich, jako plagę tego świata, winną obu Wojen Światowych - ci bowiem, którzy by tego zapragnęli, okazaliby się nie lepsi niż naziści względem Żydów.

Tedy też, na słowa kobiety odpowiedział milczeniem - bo i wspomnieć o ogromie cierpienia, który Rzesza sprowadziła na świat, o zbrodniach na mniejszościach etnicznych, o wyniszczaniu narodów... nie było ani taktowne, ani rozsądne, ani też bezpieczne; nie tu i nie w takim towarzystwie, w każdym razie. Powściągliwość - rozumna ostrożność - w równym stopniu przydawała się w złotej klatce Watykanu, co w okupowanym Paryżu. Przeczuwając zaś w głębi duszy, że oto poddaje się go próbie, Mâron pewien był, że to ona właśnie pozwoli mu nie tylko wyjść zwycięsko - w co przecież nie śmiał wątpić! - ale i bez szwanku z tej potyczki. Ta obca mu dama, której motywów mógł tylko się domyślać - a każda z możliwości napawała go niepokojem - ośmieliła się wtargnąć do Domu Bożego i wypowiedzieć kapłanowi wojnę teologiczną na jego własnym terenie! Szczęśliwie, mógł przypuszczać, że tym razem nikt nie raczy wbić mu sztyletu w żadną z części jego uświęconego ciała. I chociaż trwał w nabożnym milczeniu, pozwoliwszy, by Niemka mówiła dalej, Mâron ani myślał kapitulować, przypominając raczej węża, który odsuwa się i pręży, by wreszcie potężnym rozkurczem mięśni rzucić się ofierze do gardła. W przeciwieństwie do gada, on jednak nie miał zamiaru atakować, póki nie uzyska dość informacji, by określić, czy też jego przeciwnik stanowi dlań jakiekolwiek realne zagrożenie. Zachowując więc bez trudu nieprzeniknione oblicze, które mogłoby stanowić formę dla statuy, odrzekł spokojnym tonem, który raczej wskazywałby na to, że prowadzi właśnie przyjacielską debatę akademicką przy kawie:

- Należy rozróżnić dochodzenie sprawiedliwości, mające na celu naprawienie zła, od szukania zemsty, która to jest czynnikiem uciskającym duszę i umysł - a wyprostowawszy się na swoim niezbyt wygodnym siedzisku, podjął perorę, jako miał w zwyczaju: - Człowiek, chociaż obdarzony przez Pana duszą i wolną wolą, jest ułomny i słaby; popełnia błędy, potyka się na swej drodze, upada i podnosi. Żaden z nas nie jest tak nieskazitelny i tak czysty, jak by tego chciał. Bóg winien być nam wzorem do naśladowania - jest ideałem, do którego dążymy, wiedząc, że nigdy nie dane nam będzie stać się mu równym. To ziemskie życie jest dla nas próbą, nie tylko w sensie duchowym: każdego dnia stajemy przed wyzwaniem, by doskonalić samego siebie - by stać się lepszym mężem, synem, ojcem, bratem czy pracownikiem.

Słowa te opuszczały jego usta zaskakująco gładko, jakby faktycznie wierzył w ich przesłanie, co w gruncie rzeczy było po równi szczere, jak i fałszywe, bo nie raczył uwzględnić w nich, że podług niego jedynie ci, którzy byli gotowi podjąć trud samodoskonalenia - ci wybrani; ci o mentalności Übermensch, którzy nie mieli obiekcji przed manipulowaniem emocjami swoimi i innych - zasługiwali na władzę, bogactwo i wszystko to, co ten nędzny świat miał do zaoferowania. Od wieków podobni prałatowi prowadzili ludzkość ścieżką, którą sami wytoczyli: korzystając z religii, polityki, a wreszcie handlu i korporacji. Jego przeznaczeniem było sięgnąć po wielkość; a - kto wie? - może i kobieta, z którą własnie rozmawiał, była w tym jego własnym odbiciem? Na razie pozostawało mu podążać utartymi szlakami głoszenia nauk o przebaczeniu i miłosierdziu - o tym, co stanowiło o sukcesie wiary chrześcijańskiej. Dodał więc jeszcze:

- Przebaczenie stanowi wyraz wiary w to, że w człowieku jest głębia, której być może on sam nie rozpoznaje, ale to właśnie ona jest prawdą, a nie to wszystko, co w ostateczności stanowi maskę w grze, którą ludzie sami dla stworzyli.

I winien był dorzucić tu szczyptę cierpkiej ironii, na co się jednak nie ośmielił, a której brak zdałby się co najmniej zaskakujący dla każdego, kto miał okazję lepiej poznać dwulicowego księdza. Ktoś mógłby bowiem rzec, że kapłan odrzuca ową "grę" - dzieło człowieczej hipokryzji i zawiści - a sam zowie się jednym z jej arcymistrzów. Nie był w stanie powstrzymać nikłego uśmiechu, który wykwitł na jego obliczu niby świadectwo własnych win - czynów popełnionych w imię Kościoła, których nie żałował.

Ten jednak grymas zaraz rozpłynął się, ledwie posłyszał kolejne zdanie, pełne grozy i zapewne wypowiedziane celowo, by sprowokować kapłana. Nie osiągnęłoby ono swojego efektu, gdyby nie nagły przebłysk geniuszu, dotąd nieuchwytny impuls myśli. On to dał mu odpowiedź na pytanie, z którym mężczyzna mierzył się od chwili, gdy kobieta przemówiła po raz pierwszy. Olśniło go - i nie posiadał się ze zdumienia. Co ona tu robiła? - i jaką diabelską psotą, natrafiła akurat na niego? Może to planowała? Nie mogąc jednak pozwolić sobie na kolejną chwilę rozważań, zdołał jakimś cudem odpowiedzieć niemal tym samym, filozoficznym, wyrozumiałym głosem:

- Czy przestępcy, których ukrzyżowano wraz z Panem, mogli spodziewać się, że dostąpią zbawienia? Czy Paweł z Tarsu spodziewał się swego nawrócenia?

I chociaż był świadom, że może tego później gorzko żałować, pozwolił, by jego głowa obróciła się w stronę dzielącej ich drewnianej kratki, a spojrzenie ginących w cieniu oczu, o lekko przymkniętych powiekach, nad którymi górowały silnie zmarszczone brwi, skoncentrowało się na mrocznych źrenicach klęczącej obok Niemki. A jego usta opuściły ociekające satysfakcją słowa, które w jego własnym umyśle rozbrzmiały potężnym echem, chociaż w rzeczywistości przypominały raczej ulotny, intymny szept, w którym kryła się kropla jadu:

- Jak Pani sądzi, Frau Eberhart?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Kościół Val-de-Grâce   

Powrót do góry Go down
 
Kościół Val-de-Grâce
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Lewy brzeg :: Panthéon-
Skocz do: