IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Place du Tertre - Page 2


Share | 
 

 Place du Tertre

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Place du Tertre   Sob Lip 02, 2016 2:47 pm

First topic message reminder :



Place du Tertre

Idąc jedną z wąskich, choć malowniczych uliczek Montmartre bez wątpienia dotrzesz na osłonięty drzewami plac, gdzie w powietrzu unosi zapach farby, tytoniu i specjałów serwowanych w co najmniej kilku pobliskich restauracyjkach. Jest w nich tak ciasno, że na zewnątrz klienci siedzą ramię w ramię z pracującymi przy sztalugach artystami. Słynny w całej dzielnicy plac można albo za to pokochać, albo serdecznie znienawidzić.
Jego artystyczna tradycja narodziła się już na początku XX wieku, ale dopiero od kilku lat plac stanowi miejsce, w którym wypada się pokazać. Niewielka przestrzeń gości tutaj nie tylko amatorów, zwykłych paryżan czy zwabionych jej renomą okupantów, ale też znanych twórców. Uważne oko dostrzeże przechadzającego się między sztalugami Pabla Picassa, który jest tu stałym bywalcem.
Miejsce to może być jednak równie dobrze rajem dla kieszonkowców, a jedna z elegantszych restauracji - La Mère Catherine - zarezerwowana jest tylko dla Niemców (pozostali goście mogą jedynie zadowolić się w niej grą w bilarda). Nawet tutaj wypadałoby zachować pewną czujność.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Kwi 26, 2017 8:06 pm

Okupanci na ulicach, przenikliwy chłód ich spojrzeń i pełne pogardy rechoty żołnierzy przechodzących obok. Wszystko to było dla większości bolesne i urągające, a jednocześnie od parunastu miesięcy do znudzenia normalne. Paryżanie zaczynali chyba powoli akceptować nową rzeczywistość i starali się do niej dostosować. Oczywiście zdarzały się nieliczne wyjątki, które chciały stawić opór nowemu "właścicielowi", ale na razie nie objawiało się to jakoś szczególnie majestatycznie. Jakieś napisy na murach, kilka udanych akcji, może nawet więcej niepowodzeń. A gdzie w tym wszystkim odnajdywał się Leo, którego szara rzeczywistość dotykała tak, jak każdego innego? Na rowerze i to dosłownie! Właśnie bowiem robił sobie poranną rundkę po swoim paryżańskim rewirze, aby dostarczyć wszystkim listy. W końcu dla prawdziwego listonosza, który wybrał tę pracę z powołania, a nie z braku laku, nie było różnicy czy miasto jest pod okupacją czy nie. Listy zostały wysłane, a więc listy musiały też zostać dostarczone i żaden Hitler czy Stalin go nie powstrzymają! Chociaż Źdźbłowski musiał przyznać, że oni to nic przy ostatniej zimie. Przez zaśnieżone uliczki ledwo co się przebijał, a kilka razy miał wrażenie, że jak wpadnie w następny dół, to przedramiona zostaną przy kierownicy, a on będzie mógł się pochwalić jedynie niezbyt równo urwanymi kikutami. Teraz jednak nadciągała wiosna, więc listonosz nie musiał się raczej o nic martwić. No, może poza tym, że po raz kolejny zaczepiła go starsza babulina, która dopytywała się czy nie ma dla niej żadnego listu od syna. Może w całej sytuacji nie byłoby nic dziwnego i niepokojącego, gdyby nie to, że listy zazwyczaj przychodziły regularnie co miesiąc, a od pół roku ze strony syna dochodziła jedynie cisza. Leonid podejrzewał, co mogło być tego powodem, ale podtrzymywał staruszkę na duchu. W końcu syn zawsze kocha matkę i kiedyś na pewno się spotkają, a ona dostanie list tam, gdzie Źdźbłowski nie będzie go mógł jednak dostarczyć. To jednak zostawmy na boku, bo obecnie Leonid miał inne, bardziej przyziemne zadanie, które nawet go trochę ucieszyło. Dzisiaj miał dostarczyć list pod adres sam w sobie mu nieznany, ale za to kojarzył imię i nazwisko adresata - Edmée Lumiere. Baletem się nie interesował, sztukę raczej słabo rozumiał, a już na pewno żadnej nigdy nie widział, ale doskonale pamięta, jak tym wszystkim zachwycała się jego matka, kiedy jeszcze żyła.
Gdyby śmierć nie była tak okrutna, to być może dzisiejszego dnia mógłby spróbować ją przedstawić, ale niestety takiej opcji nie było i zostało mu jeno zadowolić się samym spotkaniem z Edmée, licząc na to, że matka spogląda na niego z góry. Jakież było jego zdziwienie, kiedy po kilkukrotnym pukaniu do drzwi jej mieszkania w środku nikogo nie zastał. List musiał zostać dostarczony do rąk własnych, a w takim przypadku nie było to możliwe, więc Leonidowi pozostało tylko jedno wyjście z sytuacji - wrócić później. Dlatego też parę minut potem przejeżdżał już zatłoczonym placem, gdzie używanie dzwonka zamontowanego do kierownika było na porządku dziennym. Gdyby Źdźbłowski zwracał uwagę na wszystkich przechodniów i zwalniał za każdym razem, to nigdy nie dotarłby na drugi koniec Paryża. Mimo tego musiał zachować chociaż minimum ostrożności, żeby nie rozjechać zbłąkanego dziecka i właśnie to minimum ostrożności ostatecznie go zgubiło. Zauważył bowiem nikogo innego, jak samą Lumiere. Tę twarz poznałby wszędzie, pewnie jak duża część pozostałych Paryżan. Wewnętrzny instynkt listonosza Leonida od razu się rozbudził, a w głowie pojawiła się tylko jedna, jedyna słuszna wizja - jego, kiedy dostarcza kopertę.
- Panno Lumiere! Panno... - w tym momencie mózg Źdźbłowskiego był tak bardzo skupiony na dostarczeniu listu, że listonosz nawet nie spoglądał na to, co się przed nim rozpościera, a trzeba przyznać, że to dość ważny element jazdy na rowerze. Leonid przekonał się o tym dość boleśnie, kiedy nagle poczuł, jak tylne koło jego pojazdu odrywa się od ziemi, a on sam przechyla się do przodu. Wszystko działo się na tyle gwałtownie, że chłopak nawet nie zauważył, kiedy zleciał z roweru i wylądował na tyłku, plecami uderzając o jeden z wielu kubłów, Tak, wpadł w stertę śmieci, ale przy tym nikogo nie zabił, co było jakimś osiągnięciem. Za to na pewno nabił sobie całkiem sporo siniaków i otarć, a cały swój ubiór będzie musiał wyprać. Tylko, żeby czapka ocalała... Czapka! Pierwszym, co zrobił Leonid, było ogarnięcie wzrokiem najbliższego otoczenia w jej poszukiwaniu.
- Chędożone, francuskie ulice. Niedługo ludzie będą mi jeszcze bagiety w szprychy wpychali. - ojczysty język pojawiał się u niego na ulicach Paryża bardzo rzadko, ale teraz była ku temu doskonała okazja. Nic nie wyrazi irytacji tak dobrze, jak polskie słowa. Ale, ale dość o tym! Źdźbłowski zaczął się bowiem rozglądać za swoim celem, który przy odrobinie szczęścia nie uciekł na drugi koniec placu kiedy tylko zobaczył wypadek. W końcu... Jest list do dostarczenia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pon Maj 01, 2017 2:35 pm

___ Place du Tertre mimo wczesnej pory tętnił życiem, którego brakowało niemal wszystkim mieszkańcom Paryża zniewolonego narzuconym bestialsko jarzem okupacji; ktokolwiek wierzył pobladłym uśmiechom wyginającym ku górze kąciki ust mijanych wśród ulic ludzi, był głupcem oraz przeklętym ślepcem. Ilekroć kobieta słyszała charakterystyczny, niemal boleśnie ostry obcy akcent wymawiający francuskie słowa, którymi ona posługiwała się z naturalną łatwością, grymas pogardy nieznacznie rozświetlał jej twarz na ulotną chwilę upływającą wraz z kolejnym oddechem - podświadomie wiedziała, że nie może pozwolić sobie na więcej, zbyt wiele nieodpowiednich gestów sprowadzało kłopoty na każdego, kto szybko poznawał prawdziwą twarz okupantów. Jeśli ktokolwiek na tym ziemskim, sponiewieranym wojną padole pragnął krótkotrwale zaznać szczęścia, to właśnie ona. Étoile o nieprzeniknionych oczach barwy popiołów oraz wyblakłych bliznach zdobiących ciało otulone niewypowiedzianą historią.
___ Słów brakuje kiedy są najbardziej potrzebne, dziecko.
___ Przywołała w myślach fragment ostatniej rozmowy z ojcem, który trzydzieści lat wcześniej jako pierwszy postanowił pokazać zagubionej pośród dzielnic dziewczynce piękno kryjące się w sztalugach rozstawionych pomiędzy kawiarniami oraz restauracjami; piękno ukryte w płótnach niespiesznie barwionych farbami tak umiłowanymi przez kobietę o twarzy zatartej w odmętach przeszłości - matkę Edmée, do której dawno już dotarło, iż nie potrafi przypomnieć sobie ani jej głosu, ani kojącego dotyku smukłych palców malarki. Tak wiele zdążyło się zmienić, tak wiele przeminęło i tak wiele zdążyła utracić do tego kwietniowego poranka, kiedy lawirowała między artystami o twarzach przesyconych natchnieniem przeplatanym skupieniem oraz bezgranicznym oddaniem i wtedy...
___ Panno Lumiere.
___ Jedna sekunda.
___ Tyle wystarczyło, by ciałem kobiety wstrząsnął niechciany dreszcz na sam dźwięk znienawidzonego nazwiska należącego do zmarłego męża - jedynego mężczyzny, który zdołał obnażyć ją ze wszelkiej godności. Tyle wystarczyło, by zatrzymała się wpół kroku między milczącymi artystami, wbrew sobie wstrzymując oddech na czas niespodziewanego, pełnego gracji oraz zaskoczenia obrotu, jaki wykonuje wychudzone ciało nim szatynka zdążyła ten ruch przemyśleć - chwilę później zastyga niczym marmurowa rzeźba o beznamiętnym wyrazie twarzy i przenikliwych oczach wpatrzonych w chodnik, którym tutaj dotarła. Obserwowała, jak niemal wszyscy zgromadzeni na Place du Tertre, wyczyn młodego chłopaka lądującego - bez grama delikatności, jaką sama nieświadomie emanowała - pośród kubłów na śmieci, których szczątki drgnęły w pośmiertnym odruchu niczym marionetki w przydrożnym teatrzyku bezimiennego kuglarza prowadzącego występ kukiełek do końca. Edmée słyszy zduszone okrzyki strachu uśmiercone na ustach przerażonych kobiet, docierają do niej pojedyncze chichoty wymierzone wprost w nieszczęśnika usiłującego wygrzebać się spomiędzy śmieci, jednak najwyraźniejsze jest echo jego okrzyku, który nie pozwoliłby wycofać się stąd bez cienia niezdrowego zainteresowania, jakie wkrótce obejmie étoile paryskiej sceny.
___ Nie uciekaj, podpowiada umysł.
___ Nadludzkim wysiłkiem zmusza odrętwiałe ciało do zaczerpnięcia płytszego oddechu, po którym następuje kolejny i kobieta niezwykle powoli unosi podbródek, przeszywając chłodnym spojrzeniem każdego, kogo zdoła napotkać. Pierwszy krok jest ostrożny, jednakże wymuszona duma artystki wyrywa się przed szereg, zrywając ze smyczy niczym myśliwski ogar gotów zaciekle bronić swego pana - do ostatniej kropli krwi. Edmée dostrzega niechciane zagrożenie w każdej osobie, której wcześniej nie zdążyła poznać i bezszelestnie zbroi się w ociekającą jadem ironię, rozkoszną gorycz słów potrafiących ukrócić pewność siebie szybciej niż pistolet wymierzony w pierś. Niespiesznie przybliża się do bezimiennego chłopaka, który nieświadomy pewnej przewagi zapewne zdążył wygrzebać się spomiędzy kubłów, by skonfrontować się z Paryżanką.
___ - Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak ekscytacja przysłania zdrowy rozsądek. - Subtelny uśmiech nie sięga popielatych tęczówek okrytych nieprzeniknioną kurtyną, pod którą skrywa się cała gama skrajnych odczuć - nikły cień zainteresowania taranuje zdrowe zdystansowanie podszyte niechcianym strachem, którego chłodne palce delikatnie oplatają kobiecą szyję, gotowe w każdej chwili zacisnąć się mocniej od sznura szubienicy. Podmuch wiatru niemal natychmiast porywa słowa, które Edmée formułuje w myślach jeszcze przed wypowiedzeniem, nie chcąc popełnić jakiegokolwiek błędu kosztującego więcej, niż w istocie byłaby gotowa zapłacić; nie może pozwolić sobie na zawahanie ani nerwowe drganie, dlatego odgrywa kolejną z narzuconych sobie ról, ponieważ to wychodzi jej najlepiej w życiu, które od dawna do niej nie należy.
___ Marna imitacja życia.
___ Prędzej wymuszone egzystowanie.
___ Walka o przetrwanie.
___ Niebezpiecznie lawirowanie pomiędzy światem żywych a umarłych.
___ Zachowywanie pozorów.
___ To ostanie jest kobiecie najbliższe, kiedy wreszcie spogląda młodzieńcowi w oczy z niewielkim płomykiem jawnej pogardy, którą niezwykle długo okazuje całemu światu zamiast artystycznej wrażliwości, bowiem niekiedy tak jest łatwiej. Bywa, że niechęć gwałtownie wyznacza wszelkie granice zacierające się wraz ze starymi niesnaskami pod jarzmem czasu, którego nikt okiełznać nie zdołał, tak i teraz Edmée zaczyna wznosić od samych fundamentów gruby mur. Nie jest tylko pewna czy - bądź jak długo - owa konstrukcja zdoła przetrwać.
___ Krótkie westchnienie przerywa niezmąconą ciszę, jaka osiadła jej na ramionach pomimo gwaru spowijającego otoczenie, które szybko odtrąciło zaniepokojenie wywołane wypadkiem chłopaka. - Chyba nic poważnego ci się nie stało? - spytała nieznajomego z przebłyskiem troski, którą sprytnie wplotła we własny ton, zanim zadała bardziej nurtujące ją pytanie. Tym razem odcinając się od pogardy. - Mogę wiedzieć, co było na tyle ważne, by calutki Place du Tertre przyglądał się nam teraz z zainteresowaniem? - Tym razem jej wzrok jest pusty i tylko przyspieszone bicie serca mogłoby zdradzić jakikolwiek niepokój.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 13, 2017 12:52 am

Place du Tertre od dawien dawna zwabiał przechodniów wszelakiej maści i aż po dziś dzień świecił różnorodnością mieszkańców Paryża: pośród tłumu zebranego na, osłoniętym drzewami i restauracjami, terenie z łatwością można było wyróżnić śpieszących do domów robotników, artystów usiłujących zagarnąć dla siebie choćby fragment przestrzeni, ich fanów oraz modeli przystających, aby zerknąć na niedokończone dzieła, oraz charakterystycznych Niemców zajmujących miejsca przy stolikach restauracji La Mère Catherine. Wprawniejsze oko zapewne z łatwością dostrzegłoby również drobnych złodziejaszków korzystających z nieuwagi innych i wyławiających portfele nieuważnie wystawione na lepkie rączki biedniejszych paryżan.
Camilla jednak dość dobrze znała możliwości tutejszych kieszonkowców – Butte Montmartre, a szczególnie grasująca tu konkurencja, nie mieli przed nią zbyt wielu tajemnic. Nawet Plac du Tertre, przez który przechodziła już wielokrotnie, nie wydawał się dzisiaj szczególnie interesujący: znany wszystkim ścisk, zapach farb oraz potraw, na które z pewnością nie było stać większą część tłumu, oraz sztalugi irytująco rozłożone niemalże wszędzie. Ktoś niechcący szturchnął ją w ramie, kto inny wydmuchał dym tytoniowy niemalże wprost w jej twarz, a nieznany nikomu artysta-amator nachmurzył się, gdy na moment przesłoniła mu iście ważny element szkicowanego widoku słońca leniwie opadającego coraz niżej, zarysowującego drogę ku ciepłemu wieczorowi. Jedna tylko różnica dawała wrażenie, że dzisiejszy spacer różnił się od innych kontynuowanych przez ten teren – męski głos przebijający się przez gwar, którego nigdy wcześniej nie miała szansy usłyszeć w tym miejscu.
- Obrazy i szkice za pół ceny, pejzaże i akty jeszcze taniej! Wyjątkowe i niepowtarzalne! – Na skraju placu, zaledwie przy jednym z jego wyjść, nieco na uboczu (o co zdecydowanie było trudno) stało nowe stoisko z wystawionymi pracami, przy którym gromadził się mały, lecz zapewne wierny tłumek oglądających. Młody właściciel o wyjątkowo ciemnych włosach i oczach oraz lekkim zaroście, zapewne niewiele starszy od Camilli, radośnie machał beretem, najwidoczniej próbując ściągnąć do siebie klientelę. W pewnym momencie zauważył nawet Hebuterne, w stronę której ukłonił się. – Zapraszam serdecznie, dla pięknej mademoiselle dzisiaj obrazy i szkice za pół ceny – zawołał, wskazując dłonią na oparte o nakryty materiałem stół prace. Być może nie zwróciłyby one uwagi złodziejki, gdyby nie fakt, że wszystkie z nich wydawały jej się dziwnie znajome, jakby gdzieś je wcześniej widziała. Już po chwili rozpoznała w nich dzieła Modiglianiego, między innymi „Pejzaż Toskanii” oraz „Kobietę w kapeluszu” beznadziejnie rozłożone na ziemi, na pastwę nieuważnych przechodniów. Czy były autentyczne? Gdyby dziewczyna przyjrzała się, w prawym dolnym rogu dostrzegłaby podpis „Abraham Lewi”, który wyraźnie wskazywał, kto był autorem dzieł, a przynajmniej kto bezwstydnie dopuścił się kopii obrazów włoskiego malarza.


Proszę o wypisanie ekwipunku na początku postu. Na odpis masz 72 h. Post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 13, 2017 1:37 pm

przy sobie: dokumenty, paczka papierosów

Przechodząc przez Place du Tertre, Camille zwykle próbowała odciąć od siebie zmysł węchu, walcząc z pokusą, aby obrzucić stoliki La Mère Catherine zazdrosnym, wygłodniałym spojrzeniem. To niechybnie stanowiłoby jej zgubę, potęgując tylko dobicie faktem, że - w obecnych okolicznościach - sama mogła pozwolić sobie jedynie na lurę, która zbyt śmiało pretendowała do miana kawy i na śniadanie składające się z okrutnie czerstwego chleba, który musiał dzielnie przetrwać jeszcze kilka dni. W końcu nie była pospolitym złodziejaszkiem, który posunąłby się do podkradania jedzenia - no, oczywiście jeżeli było francuskie i dla Francuza przeznaczone.
Nie przepadała za ściskiem panującym na tym placu, chociaż wielokrotnie posłużył jej za bezpieczną drogę ucieczki od bardziej bystrego okupanta; dzisiaj jednak chciała jedynie przedostać się na drugą stronę, będąc co krok uświadamianą, że bycie niską równa się chyba z byciem niewidoczną - co odczuwała najbardziej dotkliwie, gdy ponownie została szturchnięta w ramię i, o mało co, nie zakrztusiła się wydmuchiwanym przez jakiegoś jegomościa dymem. Znała ten obszar, orientowała się w jego stałych bywalcach; w artystach, w samozwańczych artystach i drobnych złodziejaszkach; takich jak ona.
Ale tego pokrzykującego mężczyzny dotąd tu nie widziała.
Zapewne przeszłaby obok, nie obdarzając go żadną odpowiedzią na nachalną reklamę - ale widok Kobiety w kapeluszu sprawił, że przystanęła w pół kroku, wbijając w pracę zaskoczone spojrzenie.
Czy ten obraz mógł być prawdziwy?
Zaraz dostrzegła też Pejzaż Toskanii.
I wezbrało w niej oburzenie; jakim prawem ten człowiek śmiał tak bezcześcić takie dzieła, zmuszając, aby zbierały pył, kurz i spojrzenia pozbawionych zmysłu estetyki przechodniów?! Kierowana zawziętością i irytacją, przepchnęła się przez mały tłumek, który ściśle przylegał do stoiska, klękając przy obrazach. Od razu zauważyła podpis, zupełnie inny od tego, którym Modigliani sygnował swoją twórczość.
- Ty jesteś Abraham Lewi?! - wykrzyknęła do mężczyzny, porażona zuchwalstwem tej, bądź co bądź, kradzieży. Nie wiedziała czy jest tylko sprzedawcą pośrednikiem, czy może sprzedaje swoje "własne" twory; dlatego też chwilowo, ale z trudem, powściągnęła gniew, który nakazał jej wymierzenie sprawiedliwości temu przejawowi barbarzyństwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 13, 2017 10:00 pm

Właściciel nieszczególnie przejął się reakcją czy raczej brakiem reakcji Camilli, zapewne zdążył przyzwyczaić się już, że nie wszyscy przechodnie przyjmowali jego zaproszenie równie chętnie. Musiał zresztą spojrzeć w inną stronę, bo jeden z klientów usiłował ściągnąć jego uwagę, wskazując na płótno ułożone na środku stolika. Dziewczyna nie mogła słyszeć, o czym rozmawiają, nie mogła też usłyszeć tego, gdy zbliżyła się do stoiska – rozpychając tłumek interesantów, skutecznie zamknęła usta wszystkich zgromadzonych, którzy tymczasem spoglądali na nią ze złością oraz niezrozumieniem. Sam młody mężczyzna sprzedający dzieła, również zamarł, spoglądając na nią szczerze zdziwiony.
- Oui, ja jestem Abraham Levi – odparł butnie w odpowiedzi na jej pytanie. Nie uśmiechał się już, wręcz przeciwnie - jego palce jego dłoni nerwowo zacisnęły się na kaszkiecie, a sylwetka wydawała się nieco zgarbiona. Interesanci milczeli, przyglądając się tej dwójce, on sam wbił w nią pytające spojrzenie ciemnych tęczówek, ale zaraz potem kaszkiet powędrował na jego głowę, a wraz z nim powróciła nieco lżejsza atmosfera.
- Z kim mam przyjemność rozmawiać, mademoiselle? Jesteś posłanką samego Apolla, chérie? – zapytał, nieco kpiąco, rozbawiając przy tym swoją najwyraźniej minimalistyczną i niewymagającą publiczność. – Prosiłem bogów o własną muzę, lecz nie spodziewałem się, że przyjmie tak… materialną formę. – Obrzucił Camillę ciekawskim spojrzeniem, podczas gdy sam prawdopodobnie należał do niższych warstw, a przynajmniej sugerowało to jego nie pierwszej nowości ubranie – wytarte rękawy marynarki, nieco za duża i lekko wyblakła koszula. – Ale nie złość się, bo to piękności szkodzi, i powiedz, w czym może ci służyć Abraham Levi – usiadł na swoim stołku, opierając głowę na splecionych dłoniach. – Jeśli dodatkowo obiecasz mi, że przysłał cię Perret, oddam wszystkie moje prace, a może nawet dorzucę złamane serce – obiecał, wskazując na cały swój dobytek rozłożony na stoliku, wśród którego Hebuterne mogła rozpoznawać splagiatowane, kolejne prace ukochanego artysty. Artysta na koniec zaśmiał się nieco smutno i znów wbił w nią wyczekujące spojrzenie.


Na odpis masz 72 h. Post Mistrza Gry pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Wto Sie 15, 2017 9:28 pm

Niezrażona (ale i nieco zniesmaczona, bo przecież to ona miała monopol na przejawianą w każdym słowie i geście buńczuczność, nie uznawała objawień podobnej skłonności u innych ludzi) tonem Abrahama, tego podstępnego i bezczelnego złodzieja, postanowiła mu dobitnie pokazać, co oznacza zadrzeć z fanatycznym orędownikiem twórczości Modiglianiego.
Odparła jego pytający wzrok, w odpowiedzi wysyłając spojrzenie pełne pogardy dla jego niecnego procederu - była wręcz pewna, że przejrzała tego paskudnego fałszerza.
Były świętości, których nikt nie powinien tykać - nawet dla swojej osobistej przyjemności. Camille nigdy nie ośmieliłaby się próbować odwzorowywać któregokolwiek szkicu czy obrazu swojego Mistrza, nie mówiąc już o sygnowaniu ich własnym nazwiskiem, dlatego też tak łatwo wytrąciły ją z równowagi te paskudne kalki - i to, niesłychane, ale ułożone na ziemi!
Niech sobie ten Levi tak kładzie jakiegoś Picasso, a nie Amadeo Modiglianiego!; nawet jeżeli tylko jego marną kopię.
- Camille Hebuterne - wycedziła z godnością, próbując nie dać wyprowadzić z równowagi przez protekcjonalny ton tego artysty od siedmiu boleści. - Nie, chérie - tutaj zdobyła się na prychnięcie i przedrzeźniła ton swojego rozmówcy - nie jestem posłanką Apolla, raczej wysłannikiem plagiatowej policji. - obrzuciła mężczyznę badawczym spojrzeniem, nie widząc jednak w jego ubiorze nic, co odróżniałoby go od reszty wystawców z Place du Tertre. W przeciwieństwie do nich jednak, ten wyjątkowo ją denerwował, wręcz doprowadzał do wrzenia. - O, ja ci zaraz powiem, w czym może mi służyć Abraham Levi. Ma sprzątnąć stąd te prace i przestać udawać, że jest... że jest pieprzonym Modiglianim! - w zasadzie to nie wiedziała czy słowo pieprzony przed nazwiskiem Mistrza nie stanowiło świętokradztwa, ale nie była już w stanie opanować słowotoku.
- Nie przysłał mnie Perret, sama się przysłałam, ty... ty złodzieju, fałszeru, to nie jest twoje! - ostatnie słowa już wykrzyczała - wskazując energicznym ruchem dłoni na rozłożone prace - dając upust świętemu oburzeniu, ale chcąc się także upewnić, że sens jej słów bardzo wyraźnie dojdzie do uszu potencjalnych klientów, nieobeznanych jeszcze w świecie wielkiej sztuki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 20, 2017 12:59 am

Abraham dokładnie analizował twarz Camille, każdą emocję pojawiającą się i przepływającą po jej twarzy. Sam starał się je dawkować, mając na uwadze ewentualne konsekwencje ścierania się dwóch charakterów, gdy jego stoisko było uważnie obserwowane przez dość sporą klientelę. Zachowanie twardej głowy i kontynuowanie przedstawienia leżało tym razem w jego gestii, tym bardziej, że przez dziewczynę dotychczasowa reputacja na Place du Tertre mogła ulec gwałtownej zmianie, a skoro zależało mu na utrzymaniu się, nie mógł jej na to w żaden sposób pozwolić.
Nazwisko Hebuterne nic mu oczywiście nie mówiło, jednak cierpliwie czekał dalej, oczekując kolejnych odpowiedzi na swoje pytania. Przy prychnięciu i próbie parodiowania swojej osoby, kąciki jego ust zadrgały w szyderczym uśmiechu, lecz opadły gwałtownie przy słowie „plagiatowej”. Widocznie zmieszał się, na moment tracąc swój dotychczasowy rezon, lecz przecież nie mógł pozostać obojętnym na taki zarzut, gdy całej wymianie zdań przysłuchiwali się inni. – Idealnie, wokół tylu oszustów-amatorów i naśladowców, czegóż więcej potrzeba ponad odważną obrończynie ulicznej sztuki? – Teatralnie rozejrzał się po swojej konkurencji, posyłając Francuzce ironiczny uśmiech. Udało mu się na moment uratować sytuację, lecz nie był to koniec dyskusji, a początek zażartej kłótni, która jeszcze za parę chwil miała stać się, tuż obok wystawionych obrazów, najcenniejszym widowiskiem w pobliżu kilku metrów.
Levi wyraźnie zmizerniał również przy nazwisku artysty, widocznie też bił się z myślami, nie wiedząc, jak ma postąpić. Był wściekły za nazwanie go oszustem i złodziejem, jednak doskonale wiedział, ile racji kryło się w tym stwierdzeniu. Nie chciał jednak zostać publicznie wyśmianym, nie, gdy klienci coraz bardziej powątpiewająco zerkali w jego stronę, powoli oddalając się od stoiska. Zaciskając szczęki, ostrożnie zaczął przekładać swoje prace, ostatecznie decydując się, że nie będzie reagował na zarzuty kobiety, choć coraz bardziej kusiło go zapytanie, skąd zna nazwisko Modiglianiego. – Sprzątnę stoisko pod warunkiem, że zechcesz wspomóc biednego artystę i kupisz jeden – powiedział w końcu, próbując przywołać swój uśmiech, jednak efekt nie był dokładnie taki, jakby tego chciał – na ustach wykwitła słaba imitacja niewyraźnego grymasu. – Odstraszyłaś mi klientów, w jaki inny sposób zamierzałabyś mi to zrekompensować, słodka Camillo? – zapytał, patrząc prosto w jej oczy z niemym wyrzutem. – Może jednak przysłał Cię Perret lub ktokolwiek z drogiej akademii? Chcą mnie z powrotem? – pytał dość natarczywie i wyjątkowo cicho, ściszając głos niemalże do szeptu, nie wierząc przy tym, że mogłaby znać nazwisko włoskiego artysty i jednocześnie nie być w żaden sposób związana z tym, na czym mu zależało.


Na odpis masz 72 h. Kolejny post pojawi się wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Sie 20, 2017 11:15 pm

Ewentualna wizja rozejścia się - tych nieobeznanych i spragnionych tanich widowisk - klientów Abrahama wcale nie zmartwiła Camille, wręcz przeciwnie - Francuzka była święcie przekonana, że nikczemnik zasłużył na to, ba!, dla niej mógł nawet zostać zesłany na artystyczne wygnanie, a pracy szukać jako malarz ścienny - to zdecydowanie była kara wymierna do przestępstwa, którego się dopuścił.
Wieczna banicja z szeregów samozwańczej bohemy z Place du Tertre i garb, który wyrósłby mu od pochylania się na drabinie pod sufitem, kiedy próbowałby dosięgać zakamarków pokoju swoim rzemieślniczym pędzlem - ta myśl nieco podniosła dziewczynę na duchu. I reakcja m a l a r z y k a także, wszakże jego zmieszanie było w pewnym momencie idealnie dostrzegalne, co Camille zresztą zaraz podchwyciła, przekuwając na punkt przewagi dla siebie. Mimo to, nie zapowiadało się na pokojową kapitulację z jego strony, raczej na zażartą dyskusję w której dla Camille stawką była pamięć o Modiglianim i jego talencie, a dla Abrahama jego własny biznes. A Hebuterne, swoim zresztą zwyczajem, nie zamierzała odpuścić. Zignorowała uwagę o odważnej obrończyni ulicznej sztuki; być może przez chwilę wydawało mu się, że miał przewagę, ale ona nie miała zamiaru bawić się w jałowe, słowne przepychanki, skoro dzierżyła w dłoni niepodważalny oręż, aby zakończyć tę fałszerską farsę.  
- Kupić podrobiony obraz Modiglianiego od oszusta?! - mało co nie zatrzęsła się z oburzenia, głos zadrżał jej niebezpiecznie. To, doprawdy, był szczyt bezczelności, takie udawanie polubowności i robienie z siebie ofiary, Camille zdecydowanie nie wzruszył jego grymas imitujący uśmiech, ani też powłóczysty wzrok, odprowadzający odchodzących od stoiska ludzi. - I ty jeszcze oczekujesz rekompensaty? - prychnęła, ostentacyjnie pokazując mu co sądzi o niemym wyrzucie, którym ją obdarzył. Jak śmiał?
Powinien zwinąć się w kłębek, wbić wzrok w bruk, błagać malarskie duchy przeszłości o wybaczenie, obiecać poprawę i naznaczyć sobie drogę pokuty - a on tymczasem jeszcze zadawał jej te irracjonalne pytania i próbował namówić na kupno jednego z tych kiepskich przejawów braków własnej inwencji twórczej.
Niedoczekanie.
Przez chwilę, wręcz kilka sekund, miała ochotę, aby zabawić się kosztem rzezimieszka i faktycznie poudawać wysłannika akademii, wymierzyć mu karę na swój sposób - byłaby to kara nikczemna i złośliwa, biorąc pod uwagę jego nagłą zmianę w tonie głosu i widoczną desperację. Temat Perreta zdawał się go trzymać i wydawało się, że powiązał z nim Camille - i tu był ich punkt zbieżny, bo widocznie oboje pragnęli powrócić w uczelniane mury. I oboje, zapewne z różnych powodów, nie mogli.
- Nie. Nikt mnie nie przysłał. A co, w drogiej akademii też nie tolerują bezczelnego fałszerstwa i podrabiania prac? - zdobyła się na uśmiech całkowicie pozbawiony wesołości, pokręciła też głową z dezaprobatą. Oceniła sytuację błyskawicznie, nie zostawiając sobie czasu na chwilę głębszej refleksji, czepiając się kurczowo najbliższego faktu. Była pewna, że ktoś z akademickiego świata artystów po prostu już dawno zorientował się, że monsieur Abraham Levi to zwyczajny złodziej bez wyobraźni i smykałki do sztuki, dlatego postanowiono się z nim pożegnać.
A ten pospolity bandyta jeszcze się łudził, że specjalnie kogoś po niego wysłano; śmieszny, mały człowieczek, który porwał się na Mistrza, a wylądował jako pospolity sprzedawczyk krzykacz na Place du Tertre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Sie 23, 2017 11:04 pm

Leviego z jednej strony powoli męczyło towarzystwo butnej dziewczyny, która nieustannie odstraszała mu potencjalnych klientów. Był bardzo bliski żałowania, że zaprosił ją do swojego stoiska;  zapewne nawet nie zdawała sobie sprawy, jak wiele czasu zajmie mu stworzenie nowych dzieł, z którymi pokaże się na du Tertre, odbudowanie swojej reputacji wśród przechodniów oraz pozycji wśród konkurencji. Z drugiej jednak strony jej wyjątkowa znajomość twórczości Modiglianiego wydawała się swego rodzaju zbawieniem w obliczu ignoranckich spojrzeń przeciętniaków pojawiających się na placu, traktujących wszystkich artystów na równi. Zabawne, bo przy pierwszym spojrzeniu wrzucił ją do tego samego worka prostackiego, francuskiego bezguścia i chęci życia jak najmniejszym kosztem. Być może nawet zrobiłby to po raz kolejny, oceniając strój oraz prawdopodobnie przeświecającą przez niego grubość portfela. – A uważasz, że stać cię na oryginały? – zakpił, ale zaraz potem udał, że się nad czymś zastanawia. – Chociaż chyba nie stoją wiele wyżej niż moje. Szczególnie ostatnimi czasy – dodał szybko, wzruszając ramionami. – Co za różnica skoro moje są tańsze i dostępne, a jego daleko poza twoim zasięgiem? – zapytał jeszcze, nie odpuszczając. W tej chwili Włoch był minimalnie bardziej popularny od niego, jeśli chodzi o sam plac du Tertre – potwierdzali to zresztą klienci, mętnie przechodzący nad kradzioną sztuką. Kto z nich chciałby przejmować się nieznanym artystą?
Nie odpowiedział na kolejne pytanie, lecz wzrok, którym ją obdarzył, mówił dosłownie wszystko: w żaden sposób nie żartował sobie w kwestii rekompensaty. Odwrócił się i powoli zaczął składać swoje obrazy, układając je według wielkości. Zajęło mu to kilka minut, podczas których nie reagował na kolejne zaprzeczenia, uparcie zwijając stoisko. Dopiero gdy po raz kolejny został oskarżony o oszustwo, odłożył obrazy i ponownie spojrzał na kobietę. – Nie tolerują Żydów – stwierdził gorzko, podkreślając ostatnie słowo. Zaczekał na jej reakcję, oczekując grymasu obrzydzenia lub przynajmniej jakichkolwiek oznak niechęci czy prób ulotnienie się z placu jak najdalej. Zdążył przyzwyczaić się, że nie chodziło wyłącznie o władze czy wykładowców – w obliczu okupacji, studenci tworzyli jedną z największych grup otwarcie nie tolerujących mniejszych nacji zamieszkujących Francję. – Zdajesz sobie sprawę, że Modigliani też nim jest, prawda? Podobno przez to nawet wpływy Picassa okazały się niewystarczające – kontynuował ironicznie, nie przestając układać swojego małego dobytku. – Gdy w sztuce przestaje chodzić o sztukę, można zgadywać, że chodzi o politykę, a stąd już bliska droga ku końcowi – zawyrokował nieco dramatycznie.
Słuchając kolejnych słów padających z ust Abrahama, Camille mogła zauważyć, że padające uprzednio słowo „Żyd” wzbudziło zainteresowanie starszego mężczyzny zajmującego jeden z pobliskich stolików mieszczących się na werandzie restauracji, majaczącego gdzieś nad ramieniem chłopaka. Gdy Levi mówił, gość zerkał co pewien czas w ich stronę, a kiedy jego spojrzenie krzyżowało się ze spojrzeniem Hebuterne, pośpiesznie odwracał wzrok.



Na odpis masz 96 h. Kolejny post pojawi się nie wcześniej niż w niedzielę wieczorem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sob Sie 26, 2017 1:42 am

Zabawne, że oboje ocenili się jedynie po pozorach, bardzo szybko wyrabiając sobie zdanie o tym drugim - Camille parsknęłaby niepohamowanym śmiechem, dowiadując się z kim została wrzucona do jednego worka. I to przez Abrahama Levi!
Ulicznego oszusta nieszanującego świętości.
Ale kto, oprócz niej, w ogóle odróżniał prace Amadeo Modiglianiego od prac Abrahama Levi czy innego artysty-sprzedawczyka, kto w ogóle - w tych czasach - zadawał sobie trud, aby zwrócić uwagę na detale, które stanowiły o niepodważalności oskarżeń o bezczelne fałszerstwo? Wprawne oko Camille, mające za sobą godziny wpatrywania się w oryginały, zauważało takie oczywistości jak jawny brak tej trójwymiarowej wytworności, która cechowała obrazy Włocha, ale to był wynik jej obsesyjnej natury, która objawiała się za każdym razem, gdy jakiś temat ją zainteresował.
Szczerze nie wiedziała ile mogą kosztować oryginały, prawdopodobnie niewiele; co, według Hebuterne, stanowiło obrazę majestatu Wielkiego Artysty, niedocenionego (a przez kogo miałby zostać doceniony, przez szarą, bezrefleksyjną masę, przelewającą się przez Place du Tetre; a może przez rozkradających ich kraj z dzieł sztuki nazistów?) i - zdawało się - dość zapomnianego.
Camille zapoznała się z twórczością Modiego całkowicie przez przypadek - parę lat temu (cztery, pięć?) razem ze swoją starszą siostrą, którą ciągnęła przez sieć paryskich uliczek w poszukiwaniu wrażeń, wpadła na plakat reklamujący wystawę nieznanego artysty, organizowaną w kameralnej sali w jednej z charakterystycznych dla miasta kamienic.
Zaciągnęła tam oporną pomysłowi - ale uległą młodszej siostrze - Geneviève i zakochała się bez pamięci w prostych, mocnych formach cechujących twórczość Amadeo. Oszczędne w szczegółach obrazy porażały młodziutką Camille swoją wyrazistością i głębią bijącą z każdej portretowanej postaci, odcinającą się na tle dość monotonnej, według Hebuterne, sztuki jej współczesnej.
W tamtym też momencie zdecydowała co chciałaby robić - i nie, nie chciała malować; brakowało jej oczywistego talentu. Zresztą poczuła się tak onieśmielona wymownością i kunsztem tych dzieł, że chyba tylko mogłaby się przed samą sobą ośmieszyć, kiedykolwiek pretendując do miana artystki. Chociaż produkcja ulotek propagandowych własnego pomysłu szła jej całkiem sprawnie.
Od tamtej pory jednak uważnie śledziła każdą wzmiankę w prasie o Modiglianim, podążała tropem wystawianych - coraz częściej, ale wciąż za rzadko! i to zwykle w niegodnym mu towarzystwie tworów innych "artystów" - dzieł, które za każdym razem wywoływały w niej tę samą dawkę wzruszenia i onieśmielenia; zawsze wtedy czuła, że należy do grona nielicznych, którzy obdarzeni zostali przywilejem podziwiania arcydzieł.
- Ty na poważnie pytasz co za różnica? - ten człowiek i jego pytania nie przestawały jej zadziwiać; jak można być tak beznadziejnie bezczelnym? - Wybacz, ale nie zniżę się do udzielenia ci odpowiedzi na to pytanie. - prychnęła tylko, unosząc dumnie podbródek. Szkoda, że nie była wyższa, bo wtedy mogłaby mu posłać gardzące spojrzenie z oziębłą i niekłamaną wyższością i to z prawdziwych wysokości - na co i tak się jednak teraz zdecydowała, chociaż efekt finalnie był pewnie mniej druzgocący niż ten zamierzony.
Z satysfakcją obserwowała jak zwija swoje stoisko.
Jednak w końcu na chwilę przerwał.
Żyd?
Wszystko jasne. W pierwszym odruchu jako Pierwszy Wysłannik Policji do spraw Modiglianiego miała ochotę posłać mu chłodny uśmieszek i rzec sarkastycznie no mój ty biedaczku. Ale tym razem naprawdę zrobiło się jej go żal; bo chociaż wciąż gardziła tym tupeciarskim fałszerstwem (i ono z pewnością mogło, a nawet powinno być powodem do wyrzucenia z murów akademii), to jednak uważała, że nic nie tłumaczyło bezpodstawnych prześladowań, które posypały się na studentów żydowskiego pochodzenia - i to nawet ze strony tych francuskich uczelnianych kolegów!
Istniało wiele powodów dla których sama zrezygnowała - musiała zrezygnować - ze swoich własnych studiów. A niezgoda i pogarda dla takich precedensów była faktycznie jednym z nich.
Widocznie zmarszczyła nos i pokręciła głową, słysząc o prawdziwym powodzie usunięcia Abrahama z listy studentów. Zdawała sobie sprawę jaką skalę przyjęła opresja wobec przedstawicieli pomniejszych nacji; jednakże i tak odczuła grozę, będąc tak brutalnie zetkniętą z jej rezultatami.
- Był. - uściśliła na temat Modiglianiego. - Wiem to doskonale. I jakoś nie przeszkodziło mu to w zostaniu największym artystą dwudziestego wieku. - odparła, zawierając w tym stwierdzeniu parę informacji. Po pierwsze uważała, że Picasso może się schować w cieniu swojego, skądinąd, rywala. Po drugie, że żydowskie pochodzenie wcale jej nie przeszkadzało; nic a nic. A po trzecie, że w tym wieku świat sztuki już na próżno mógł oczekiwać większego geniusza.
- Polecam spacer do Luwru. Tam koniec już dawno zawitał. - odpowiedziała na dramatyczne wyrokowanie, jednocześnie spoglądając za ramię swojego rozmówcy. Już parę sekund wcześniej zauważyła, że jakiś mężczyzna bacznie się im przygląda, chociaż wciąż próbuje uciec przed wzrokiem Camille.
Zaniepokoiło ją to.
- Jakiś facet za tobą się nam przygląda i podsłuchuje. - podniosła głos na tyle głośno, aby mieć pewność, że i te słowa podsłuchiwacz bez trudu podchwyci i odwróci się speszony.
A później doszło do niej, że był to krok, co najmniej, bardzo nierozważny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pon Sie 28, 2017 11:12 pm

Abraham cenił się wyjątkowo wysoko i nie dawał rozstawiać po kątach, tym bardziej nie zamierzał też przegrywać słownych potyczek, co zresztą, podczas tego krótkiego spotkania, zdążył udowodnić już wielokrotnie. Z trudem wyobrażał sobie sytuację, w której ostatnie zdanie miałoby nie należeć do niego, dlatego też zwykle starał się do niej nie dopuścić, uparcie brnąc we wszystko, co zdążył powiedzieć wcześniej. Słowa Camilli co prawda mógłby uznać za pewnego rodzaju kapitulację, ale nie chciał odmówić sobie przyjemności podsumowania ich za pomocą własnych. – Niemalże identyczne jak jego, tylko podpis się nie zgadza. To najbardziej autentyczne oraz „legalne” kopie, nie musisz obawiać się, że zostaniesz oskarżona o zakupy na czarnym rynku. – Znów ironiczna radość, za którą być może kryła się frustracja spowodowana faktem, iż popołudnie nie należało do tych najbardziej obfitujących w zyski, a utrzymywać się z czegoś musiał, prawda? Nie z fałszerstwa, lecz tworzenia kopii, co najwyraźniej i tak było uznawane za swego rodzaju przestępstwo, którym został niechybnie napiętnowany, zyskując łatkę oszusta, a być może i twórcy pozbawionego wyobraźni oraz weny.
- Nie został największym artystą – powiedział, uśmiechając się krzywo. – Szczęśliwie, a kto wie, może i nie?, uniknął całej tej nagonki, ale to nie znaczy, że w obliczu obecnych czasów jego popularność wzrosła czy wzrośnie. Sądzę wręcz, że będzie maleć. – Nie musiał tłumaczyć, co takiego ma na myśli. W tej chwili mógłby nawet poniekąd czuć się blisko z Modiglianim, lecz nie miał czasu roztrząsać tego aż tak szczegółowo. Wiedział jedynie, że obydwoje cierpieli z powodu bycia niedocenianym i to mu w pełni wystarczało.
Słysząc uwagę o Luwrze, na jego ustach zadrgał przez moment porozumiewawczy uśmiech, lecz zgasł w momencie, gdy usłyszał kolejne słowa Hebuterne. Odwrócił się usiłując odnaleźć wśród tłumu wspomnianego mężczyznę, lecz szczęśliwie nie musiał zbyt długo wytężać wzroku.
Poszukiwany, słysząc uwagę dziewczyny bardzo wyraźnie dzięki dość małej odległości dzielącej stolik i, teraz już prawie zamknięte, stoisko Leviego, gwałtownie poruszył się, z torby położonej tuż obok jego nogi wyciągając aparat. Kolejne wydarzenia trwały zaledwie parę sekund, podczas których wykonał serię zdjęć, na jakich z pewnością znalazła się i Camilla i Abraham, nie mający zbyt wiele czasu na jakąkolwiek reakcję. Następnie schował urządzenie z powrotem, pośpiesznie wstał i biegiem zaczął zmierzać w stronę wyjścia z werandy, a potem i wyjścia z placu.
- Przyjaciółka Żydów! – zdążył wykrzyknąć, przedzierając się przez tłum przechodniów i usiłując dostać się dalej. Levi spojrzał z mieszanką zaskoczenia, zniesmaczenia i dziwnego strachu na swoją nową koleżankę, nie wiedząc, co ma właściwie ze sobą począć. W dłoniach dalej trzymał część z pozbieranych obrazów, a stół, na których je rozkładał, nadal zajmował część placu. Z kolei siedzący pod restauracją Niemcy z zainteresowaniem rozglądali się już w tłumie, próbując zorientować się w sytuacji – zapewne niewiele dzieliło ich od pełnego zaangażowania się, dlatego decyzję o dalszych poczynaniach należało podjąć jak najszybciej.


Camille, możesz zdecydować, co zrobić i podjąć gonitwę za mężczyzną, który zrobił ci zdjęcie. Wówczas rzucasz kością K6, a wynik decyduje o dalszych losach. Legenda do rzutu:

1,3 – usiłujesz/usiłujecie dogonić mężczyznę, goniąc za nim w tłumie, lecz udaje mu się Was zgubić
2,6 – gonicie mężczyznę, lecz chwilowo znajduje się jeszcze dobry kawałek przed Wami – szczęśliwie widzisz/widzicie go dość dobrze, a dzięki temu wiesz/wiecie, w którą stronę podążyć
4 – udaje ci/wam się dość szybko zebrać do biegu, a dzięki temu dopadacie zbiega zanim opuści główny plac
5 – podczas krótkiego, lecz intensywnego biegu, podczas którego nie zdążyłaś/zdążyliście jeszcze opuścić placu, w pewnym momencie drogę zastępuje Wam mężczyzna w mundurze SS-mana

Możesz również spróbować uciec z Placu du Tertre, również rzucając kością K6. Legenda do tego rzutu prezentuje się następująco:

1, 3, 5 – gdy zaczynasz/zaczynacie uciekać, na twojej/waszej drodze niespodziewanie pojawia się SS-man, który uniemożliwia przebycie dalszej drogi
2, 4, 6 – udaje ci/wam się opuścić główny plac i schować się w jednej z mniejszych uliczek

Ostatecznie możesz również pozostać w dotychczasowym miejscu.
Na odpis masz 72 h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Sie 30, 2017 8:54 pm

I oto powstała następna zbieżność pomiędzy tą dyskutującą dwójeczką, bowiem Camille również nie zamierzała przegrać słownej potyczki; a już zwłaszcza takiej, w której stawką była obrona honoru ukochanego artysty. Nie planowała kapitulacji, pragnęła jedynie zaznaczyć swoją wyższość, która odcinała ją od tego niehonorowego złodzieja obcej wyobraźni i talentu.
- Właśnie. Przeliteruję ci. K o p i e. - odparła mu z wściekłością. Jego zuchwałość nie tylko wywoływała w niej napady szarpiącego gniewu, było jej też zwyczajnie przykro z powodu, iż nienaruszalna świętość została tak brutalnie zszargana; to chyba nazywa się obrazą uczuć... artystycznych? - Nie zniżyłabym się do zakupu nieudolnych kopii i chętnie zadbam o to, aby nikt na tym placu też się do tego nie posunął. - nie, nie wiedziała jak miałaby tego dokonać, ale hej, może sama groźba podziała? - Ktoś, kto skopiował Modiglianiego i podszył się pod niego, nigdy nie zostanie prawdziwym artystą! Śmieszne, że w ogóle pretenduje do tego miana. - dodała podniesionym głosem, tak jakby na potwierdzenie słów, iż w dalszym ciągu nie wahałaby się w utrudnianiu Abrahamowi handlowania skradzionym towarem, ośmieszając go na forum Place du Tertre.
Następne słowa sprzedawczyka dosłownie podziałały na nią jak płachta na byka.
Camille mogła dyskutować na wiele tematów. Mogła, w miarę możliwości i wytrzymałości swoich nerwów, powściągać emocje i chociaż sprawiać pozory poszanowania zdania innych. Mogła nawet na spokojnie przyjąć kapitulacje drugiej strony, nie wykrzykując pod niebiosa, że przecież od początku i tak miała rację.
Ale jednego nie mogła. Nie mogła tak po prostu pozwolić, aby k t o k o l w i e k - i to na głos - stwierdził bezmyślnie i całkowicie bezpodstawnie!, że Modigliani wcale nie jest największym artystą tego wieku. To była zwyczajna herezja, szkodliwa i wypowiedziana przez osobę, która na temat Amadea powinna zamilknąć - i to na zawsze, tak aby przypadkiem jego innowiercze słowa nie pogłębiły tego druzgocącego świętokradztwa.
- Może jako pozbawiona wyobraźni, skrupułów i moralności szuja tego nie zauważasz, ale uwierz mi, został. - wycedziła, czując, że dłużej nie jest już w stanie znosić towarzystwa tego człowieka, zwłaszcza po jego beztroskim stwierdzeniu o prognozach odnośnie malejącej popularności Modiglianiego. Chciała jeszcze coś dodać, odegrać rolę walecznego rycerza broniącego twórczości i honoru artysty z Montparnasse, ale nie zdążyła, bowiem mężczyzna, który wcześniej tak badawczo się im przyglądał... wyciągnął aparat. I skierował obiektyw w stronę stoiska Leviego, robiąc im - jak zdawało się Camille - całą serię zdjęć.    
Hebuterne tknęła też nagle przelotna myśl na temat Abrahama - szybko jednak rozmyła się w ferworze następnych wydarzeń.
Czy on nie powinien mieć na ramieniu opaski z gwiazdą?
Kiedy otrząsnęła się z pierwszego szoku i zobaczyła, że mężczyzna ucieka, zadziałała całkiem instynktownie i rzuciła się w pogoń, nie obdarzając zaskoczonego Abrahama nawet spojrzeniem. Klęła pod nosem na rzuconą w swoim kierunku "obelgę", która mogła ściągnąć na nią poważne kłopoty, tutaj przecież roiło się od Niemców; a Francuzka doskonale zdawała sobie sprawę, że zwyczajna plotka czy pomówienie na temat jakichkolwiek pozytywnych relacji z Żydami jest obecnie w stanie zniszczyć życie. Nie patrzyła czy Levi postanowił pobiec za nią, w zasadzie miała to gdzieś, nie potrzebowała u swojego boku towarzystwa kogoś, kto jest zdolny do zniesławienia (!) Modiglianiego - tak wszakże odbierała jego słowa.
Chociaż jeżeli doszłoby do sytuacji w której mogłaby odebrać film z aparatu temu impertynenckiemu zdrajcy własnego narodu, to przydałoby się jej jakiekolwiek towarzystwo - butny słowotok drobnej blondynki mógłby okazać się niewystarczającym argumentem.


Ostatnio zmieniony przez Camille Hebuterne dnia Sro Sie 30, 2017 8:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Sie 30, 2017 8:54 pm

The member 'Camille Hebuterne' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Wto Wrz 05, 2017 12:56 am

Ku prawdopodobnie wielkiemu rozgoryczeniu tej dwójki, dyskusja niestety nie mogła zostać dokończona, choć finał z pewnością zapowiadał się wybuchowo: wszelkie niesnaski oraz odmienne opinie trzeba było odłożyć na bok, przez chwilę nawet zapomnieć o Modiglianim oraz tym, w którą stronę zmierzała sztuka obecnych czasów. Tajemniczy fotograf wydawał się w tamtym momencie o wiele bardziej absorbującym wydarzeniem niż dalsze spory i podważanie wiarygodności twórczej Leviego – powód, dla którego wykonał zdjęcia nie był dość jasny, choć można było zgadywać, że zdecydowanie nie miał dobrych intencji. Pochodzenie Abrahama, fakt, że nie posiadał obowiązkowej opaski mogły zadziałać wyłącznie na niekorzyść Camilli, która winna była trzymać się z dala od Żydów, a także informować władze o wszelkich uchybieniach związanych z nowo wprowadzonym obowiązkiem.
Czego oczywiście nie zrobiła (a przynajmniej nie od razu), dając się uchwycić na zdjęciu oraz podsłuchać podczas wymiany zdań.
Pogoń wzdłuż placu nie trwała zbyt długo – była to głównie sprawka przechodniów, którzy o tej porze dość tłumnie gromadzili się na du Tertre, jednego z częściej uczęszczanych przystanków w drodze do pracy lub domu, przemieszczając się niemalże we wszystkie strony i stanowiąc przeszkody, które musiała omijać Hebuterne. Szybkie tempo przeplatało się więc z ciągłym zwalnianiem, a sylwetka poszukiwanego, oddalająca się coraz bardziej i jeszcze żywiej klucząca między Francuzami, powoli znikała z jej oczu, aż ostatecznie rozmyła się w zbiorowisku ludzi. Dalsza gonitwa nie miała chwilowo sensu, zbieg prawdopodobnie opuścił już plac jedną z bocznych uliczek.
Tymczasem pozostawiony sobie Levi, orientując się w beznadziejnej sytuacji, darował sobie zwijanie stołu, a skupił się na swoich obrazach, które pośpiesznie wcisnął pod pachę. Wykorzystując to, że Camilla zniknęła, zamierzał jak najszybciej zmyć się z miejsca przestępstwa, jednak drogę zastąpił mu jeden z Niemców, ściągnięty przez okrzyk fotografa. Gdyby Camilla zechciała spojrzeć za siebie, dostrzegłaby tłum, teraz nerwowo rozstępujący się przed SS-manem oraz Levim, od którego zażądano dokumentów.
- Gdzie twoja "przyjaciółka"? – Padło pytanie, a Abraham odruchowo spojrzał po otaczających go osobach. W przeciwieństwie do członkini Ruchu Oporu, nie dostrzegł jej, nie miał zresztą zbyt wiele czasu na poszukiwania – dłoń mężczyzny opadła gwałtownie na ramię artysty, a ten, zapewne spodziewając się ciosu, wypuścił trzymane obrazy, co wywołało salwę śmiechu nie tylko wśród Niemca, ale również i publiczności. Zapewne było to dopiero początek kolejnego przedstawienia, ale to zdecydowanie nie miało się zakończyć dobrze dla Żyda.
- Gdzie jego opaska? – zapytał inny Niemiec, przyglądający się wszystkiemu nieco z boku. Gdyby Camilla rozejrzała się dobrze, dostrzegłaby, że oprócz tej dwójki było ich jeszcze kilku, głównie przy restauracji. Ujawnienie się, gdy siły okupantów były tak liczne, zapewne nie należało do najlepszych pomysłów, ale poza tym pozostało jej jeszcze bierne przyglądanie się dalszym scenom lub podjęcie próby opuszczenia placu, dopóki nie było na to za późno i dopóki tłum nie stanowił jeszcze tak ogromnej gęstwiny ludzkiej.



Na odpis masz 72 h.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Wrz 06, 2017 8:49 pm

Szalona pogoń za bezczelnym podsłuchiwaczem nie trwała zbyt długo - z tego względu, iż już po paru metrach została uniemożliwiona przez ludzki potok, zalewający Place du Tertre z każdej strony. Camille zmięła pod nosem przekleństwo, rozglądając się wokół w naiwnej nadziei, iż jeszcze zdoła dostrzec tego (tchórzliwego!) mężczyznę, który zrobił jej zdjęcia.
Jemu raczej nie chodziło po prostu o uwiecznienie urody przyjaciółki Żydów.
Obecnie, uginając się pod napadem widocznej frustracji, nie chciała nawet dociekać co może stać się z tamtymi fotografiami - w nieodpowiednich rękach, które zresztą je wykonały, mogły okazać się zapalnikiem poważnych kłopotów.
Zaraz jednak wezbrało nią kilkupłaszczyznowe oburzenie; jakim prawem ten mężczyzna zrobił - bez jej zgody! - zdjęcia i uciekł; jakim prawem mógłby je przeciwko niej wykorzystać; jakim prawem ktokolwiek mógł decydować, że są one czymś obciążającym; jakim, do diaska, prawem zwykła rozmowa (kulturalna dyskusja) może ją, w świetle tego chorego, narzuconego prawa, obciążać?
- Merde! - zaklęła głośniej, wręcz dygocząc z kompletnego poczucia niemocy - jej przekleństwo rozmyło się jednak w wszechobecnym gwarze. Nie miała żadnych szans na odnalezienie tamtego bandyty.
Odwróciła się w stronę stoiska, przy którym jeszcze chwilę temu toczyła się jej dyskusja z Levim; zamarła, widząc kogo ściągnął okrzyk uciekiniera.
Oczywiście, że przez myśl przeszło jej, aby wmieszać się w tłum i umknąć do mieszkania. Prawdopodobnie by jej się to zresztą udało, wszakże zbiorowisko na placu zdawało się tylko gęstnieć, umożliwiając jej ewentualną drogę ucieczki - trwała parę sekund w zawahaniu, przyglądając się całej scenie i zastanawiając się, czy właśnie nie popełnia bezmyślnego, kosztownego błędu.
Bo podjęła już decyzję - podjęła ją już w momencie, gdy zobaczyła, jak Abraham wypuszcza trzymane pod pachą obrazy.
Chwilowo przestała nawet zważać na fakt, że na bruk wypadł podrabiany Modigliani - istota wcześniejszego sporu i przyczyna jej szarpiącego oburzenia. Nie mogła po prostu stać i biernie przyglądać się temu pokazowi bestialstwa i całkowitej znieczulicy; było jej wstyd za własnych rodaków, którzy tak bezmyślnie przyklaskiwali Niemcom, zapewne tym bardziej ich nakręcając.
Nie chciała być częścią tej masy nieskalanej honorem, nie mogła.
Widziała, że stojący przy Levim Niemcy nie są jedynymi na placu - całą sytuację bacznie obserwowało jeszcze kilku, zapewne czekając na dogodny moment, aby się włączyć. Brzydziła się nimi; odrażające było, iż te okupanckie ścierwa, posiadając tak oczywistą i miażdżącą przewagę liczebną, potrafią zrobić takie przedstawienie - zupełnie, jakby dawali pokaz jakiejś niesamowitej odwagi, zasługującej na przyklaśnięcie i podziw bezwiednej gawiedzi.
Pomysł, aby stanąć w obronie Abrahama był poroniony - ale pomysł, aby po prostu wskoczyć w sam środek wydarzeń i bezmyślnie wszcząć kłótnię, był jeszcze gorszy.
Chociaż, co trzeba przyznać, przez chwilę się nad nim zastanawiała.
Ponownie przecisnęła się przez łaknące sensacji zbiorowisko, coraz ściślej przylegające do stoiska. Zdążyła jeszcze usłyszeć o co zapytał ten drugi z Niemców - zrozumiała, że chodzi o tę nieszczęsną opaskę.
Stanęła wprost przed nimi.
- Ukradłam mu ją! - odpowiedziała butnie po francusku, zanim jeszcze zdążył zrobić to Levi, który przecież mógł słono zapłacić za brak oznaczenia; potrzebował zatem jakiegokolwiek usprawiedliwienia - pierwszego, które przyszło jej do głowy, a które tłumaczyło ich rozmowę, brak symbolu na ramieniu artysty i które by jej nie pogrążyło Camille; no, a przynajmniej nie od razu. Miała naprawdę głęboką nadzieję, że żaden z obecnych tutaj okupantów nie przyglądał im się (a co najważniejsze - nie przysłuchiwał) na tyle długo, aby wiedzieć, że Hebuterne kłamie. Zdawała sobie sprawę, że stąpa po bardzo cienkim gruncie - i wiedziała też, że nie robi tego jakoś specjalnie udolnie, ale miała w głowie całkowitą pustkę.
- Ale przechwycił ją mój partner i zgubiłam go w tłumie. - dodała, udając, że się rozgląda.
Gorączkowo próbowała wymyślić po co, teoretycznie, miałaby w ogóle kraść taką opaskę.
Zorganizowana Szajka Złodziejów Żółtych Odznaczeń?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Paź 04, 2017 11:23 am

Sytuacja francuskich Żydów wraz z wkraczającym majem uległa jeszcze gwałtowniejszemu pogorszeniu, a mimo to duża część mieszkańców nadal pozostawała boleśnie obojętna na ich los. Napięcia na tej linii trwały już jakiś czas przed rozpoczęciem wojny, lecz dotychczas chyba jeszcze nie przybrały postaci tak namacalnego znieczulenia kierowanego myślą o dbanie o własne interesy. O wiele łatwiej było przecież dostosować ideologiczne priorytety do sytuacji, poddając się wizji okupanta oraz spokojnego wieczoru.
Było w tym wszystkim również coś prymitywnego, odruch, który nakazywał stać nad ofiarą razem z resztą populacji niż spróbować wyciągnąć dłoń. Śmiech oraz nieme poparcie jedynie zachęcały Niemców do kontynuowania przedstawienia. Rozrzucone płótna zostały więc dość szybko podziurawione przez ciężkie oficerki, a sam Levi, rzucając się, aby je pozbierać, został kopnięty, dzięki czemu jego policzek starł się z twardym brukiem. Kolejna salwa radości rozbrzmiała na placu, na chwilę zagłuszając wszystko inne. Pytanie o opaskę z trudem przedarło się przez ten tłum, jednak zanim jakiekolwiek konsekwencje zdążyły zostać wyciągnięte, Camilli udało się dostać przed obliczę mężczyzny, chwilowo wstrzymując kolejne wydarzenia. Ściągnęła na siebie uwagę nie tylko tłumu, mundurowych, ale również Leviego, szczerze zdziwionego obrotem spraw: z pewnością na jej miejscu już dawno zniknąłby z du Tertre.
- Ukradłaś ją? – powtórzył z wyraźnym powątpiewaniem. Przyjrzał się uważnie dziewczynie, opierając lekko prawą dłoń na pasku. – Po co wam ta opaska? Zgubiliście swoje? – Zadrwił, dostrzegając, że uroda Francuzki zdecydowanie nie wpisywała się w kanony żydowskie, lecz kto powiedział, że pod nietypową aparycją nie kryło się coś innego? Ponaglająco wyciągnął wolną dłoń w stronę Hebuterne. – Dokumenty.


Za opóźnienia jeszcze raz bardzo przepraszam, oczywiście zostanie to odpowiednio wynagrodzone. Tymczasem kolejny post pojawi się w sobotę, w godzinach późnego wieczoru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Paź 06, 2017 10:56 pm

Trudno było się przyzwyczaić do społecznej znieczulicy, która osiągnęła tak głęboki poziom, prezentowany właśnie na du Tertre - skala jednak każdorazowo zaskakiwała, zwłaszcza, że wciąż i nieustająco rosła; Camille zdawała się być jedyną osobą w pobliżu, która była szczerze wstrząśnięta bezpardonową brutalnością z jaką został potraktowany Abraham.
Czemu reszta zebranych traktowała taki pokaz okrucieństwa jak jakieś zabawne przedstawienie?
Hebuterne rzuciła szybkie spojrzenie Leviemu, kopniętego wcześniej na bruk, podchwytując jego zdziwiony wzrok - miała niewielkie szanse na udzielenie mu pomocy, samej przy tym nie ryzykując, nie mogła jednak po prostu biernie patrzeć na ten dramat w jednym akcie - nawet jeżeli nie była w żaden sposób zobligowana do niesienia ratunku.
Ale jakie były w tej sytuacji alternatywy?: miała przyłączyć się do ogólnej wesołości podjudzającej Niemców do dalszego znęcania się? Uciec i udać, że nigdy nie spotkała tego bezczelnego kopiarza?
Nawet podrobiony Modigliani w hurtowej ilości, teraz zalegający na ziemi i ziejący dziurą przebitą obcasem oficerki, wydał jej się rozbrajająco bezbronny i niewinny; zupełnie jakby przez kilkoma minutami wcale sama nie chciała go tak potraktować.
Oni nie mieli podstaw, żeby to zrobić, ona tak.  
Ale teraz to było nieważne.
- Ukradłam. - potwierdziła z zapałem. Szwab przynajmniej nie stwierdził, że łżę, stwierdziła, chwilowo pokrzepiona faktem, iż okupant widocznie nie słyszał żadnego słowa z jej wcześniejszej rozmowy z Abrahamem. - To tylko taka gra, zabieramy opaski i liczymy kto ma ich więcej. - wyjaśniła, niepomna na rosnącą świadomość, iż stąpa po bardzo cienkim gruncie. Przeszukawszy kieszenie sukienki, podała Niemcowi swoje dokumenty, nie reagując na ten wyborny, górnolotny żarcik; aż się prosiło, aby wywrócić oczami, rzucić jakąś uwagą, jednak mogłaby zaszkodzić tym nie tylko sobie, ale i Leviemu, zatem - jakąś niewyobrażalną dla siebie - siłą woli ugryzła się w język.
Ale byłaby naiwna, sądząc, że mężczyzna po prostu, ot tak, puści ich wolno; zwłaszcza (samozwańczego) malarza. Gorączkowo myślała nad wyjściem z sytuacji, które umożliwiłoby im opuszczenie placu - ale, eufemistycznie rzecz ujmując, pole do popisu miała niewielkie. Szczególnie w obliczu starcia z jakimś boszem, który, zachęcany przez poparcie tłumu, zdawał się - wraz z umundurowanymi kolegami - świetnie bawić kosztem Leviego.
Miała ochotę zwymiotować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Paź 15, 2017 3:03 pm

Okupantowi wyraźnie nie podobała się ta wymówka Camilli. Kradnięcie opasek dla Żydów? Nie słyszał i chyba nie do końca pojmował sens gry, w której rzekomo uczestniczyła. Być może, gdyby w jej dokumentach znalazł jakąkolwiek wzmiankę na temat judaistycznego pochodzenia, o wiele łatwiej przyszłoby mu rozwikłanie całej sprawy i szybkie zakończenie tematu. Tymczasem nie miał ku temu zbytnio sposobności, a dodatkowo skoro uwaga przechodniów skupiła się na małym przedstawieniu na placu du Tertre, spokojne rozejście się nieszczególnie wchodziło w grę.
Oddał Hebuterne jej dowód tożsamości i powrócił do tematu, najprawdopodobniej licząc, że w końcu uda mu się przyłapać blondynkę na jakiejkolwiek nieścisłości, o ile takie faktycznie istniały. – Co robicie potem z tymi opaskami? – Wybrzmiało po raz kolejny, gdy niespodziewanie przez tłum przebiegł pomruk niezadowolenia, a zaraz potem przechodnie zaczęli rozstępować się na boki, ukazując przechodzącego wzdłuż Niemca w mundurze i mężczyznę trzymającego aparat, który kilka minut temu zrobił serię zdjęć rozmawiającej Camilli i Leviemu.
- To oni, to ją widziałem, tę zwolenniczka żydowskiej zarazy! – Rozległo się w momencie, gdy spojrzenie fotografa osiadło na twarzy dziewczyny. Mundurowy jednak dalej prowadził go obok siebie, głuchy na zdenerwowanie oraz wskazywanie palce. Zatrzymali się dopiero przy Abrahamie, który powoli i ostrożnie usiłował wstać na nogi, zapewne nie chcąc ściągać na siebie zbytniej uwagi.
Tymczasem legitymujący paryżankę okupant, wyczuwając szansę na odpowiednie skończenie tej błazenady, uśmiechnął się i zwrócił w stronę przyprowadzonego. – Co dokładnie pan widział, monsieur? – zapytał wyjątkowo życzliwie, na moment spuszczając z Hebuterne wzrok.
- Ją. – Ponownie bezczelnie wskazał palcem biedną dziewczynę, ciesząc się, że zyskał uwagę choć jednego z Niemców. – Słyszałem, jak obiecywała, że pomoże mu uciec z Paryża. Widziałem, jak pomagała mu w rozpowszechnianiu tych obrzydliwych obrazów. – Mówił szybko, wymachując przy tym energicznie dłońmi, a w szczególności tą, w której dalej trzymał swój aparat. Pod koniec zeznań jakby przypomniał sobie o nim, szybko wyciągając zajętą rękę. – Mam wszystko na zdjęciach, mam… - Nie zdążył dokończyć, bo ramię wstającego Abrahama niespodziewanie uderzyło w urządzenie, które pod wpływem siły rozmachu fotografa i dodatkowego ciosu Żyda, wystrzeliło w górę. Większość obserwujących była w stanie jedynie patrzeć, podążając za trajektorią lotu, podczas gdy jeden z oficerów, nieco przytomniejąc, rzucił się, aby spróbować złapać przyrząd.


Mistrz Gry wykonuje rzut kością.

1, 3, 5 - oficerowi udaje się złapać aparat, tym samym ratując kliszę przed zniszczeniem.
2, 4, 6 - oficerowi nie udaje się złapać aparatu, który z nieprzyjemnym chrupnięciem ląduje na bruku.
Kliszy nie daje się uratować.

Kolejny post Mistrza Gry pojawi się w czwartek w godzinach wieczornych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Nie Paź 15, 2017 3:03 pm

The member 'Mistrz Gry' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Czw Paź 19, 2017 7:38 pm

Miała szczerą nadzieję, że Niemiec nie będzie drążył tematu jej domniemanej, opaskowej gry i oczywiście bardzo szybko się przeliczyła, ponieważ ze strony okupanta padło już następne pytanie, wymuszające na Camille gorączkową gonitwę myśli. Odebrała od niego swoje dokumenty, wsadzając je z powrotem do kieszeni sukienki - gest wykonany z nieprzystającym do niego namaszczeniem; próba zyskania na czasie i niespieszne oddalanie momentu odpowiedzi.
Po co, do cholery, mogłyby być jej te opaski?
Naiwnie oczekiwała, że z ust nadgorliwego służbisty padną zbawienne słowa proszę się rozejść, nie ma na co patrzeć!, ale mężczyzna nie wydawał się skory do puszczenia ich bez uprzedniego odegrania upokarzającego przedstawienia przed przypadkowo zebranym forum placu du Tertre.
- Eee... no nic, wyrzucamy, bo po co one komu? - zaśmiała się nieco nerwowo. Nie zdążyła jednak pociągnąć swojego kłamstwa i doskonalenia pozy niezbyt lotnej paryskiej panienki, gdy zza jej pleców dobiegł zbiorowy pomruk niezadowolenia. Odwróciła się machinalnie, dostrzegając mężczyznę z aparatem, którego kilka chwil temu zgubiła w tłumie i zmroziło ją na parę bardzo długich sekund; jego powrót nie zwiastował n i c z e g o dobrego.
Rezon odzyskała w momencie, kiedy samozwańczy fotograf postanowił wskazać na nią palcem, bardzo fortunnie i szczęśliwie do okoliczności nazywając zwolenniczką żydowskiej zarazy. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, krzykliwy pan już dawno padłby pod miażdżącą siłą wzroku Camille, która w zniesmaczeniu przyglądała się jego poczynaniom, czując już tylko narastający gniew - zwiastun jeszcze większych kłopotów i popędliwości Hebuterne, która kątem oka dostrzegła, że Abrahamowi udało się wstać. Próbowała ocenić ewentualną szansę na ucieczkę - ale ta jawiła się przed nimi raczej znikomie, bowiem ich droga zdawała się odcięta przez napierającą, łaknącą sensacji zbieraninę. Nie łudziła się, że ludzie nagle postanowią się rozstąpić, tak jak wątpiła, że ktokolwiek zechce im pomóc.
Ponownie spojrzała na Niemca gdy ten, w uprzejmych słowach, zwrócił się do mężczyzny z aparatem.
I niemal zakrztusiła się z oburzenia, słysząc co on w ogóle wygaduje.
- Ty kłamco, nigdy nie pomogłabym w rozpowszechnianiu podrabianego Modiglianiego, po moim trupie! - krzyknęła, trzęsąc się ze złości. Wezbrało w niej poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, przemawiał przez nią szarpiący gniew. N I K T nie miał prawa oskarżać jej o podobną niegodziwość, nieposzanowanie pracy Mistrza, o tak lekceważący stosunek do całej jego osoby; to była kwestia jej honoru, to była kwestia sztuki, kwestia niepodważalnych zasad Camille Hebuterne. Dopiero po kilku sekundach doszedł do niej też sens pierwszej - obiektywnie rzecz biorąc, cóż, bardziej obciążającej - części zmyślonego zarzutu tego szkaradnego łgarza. - I nic nikomu nie obiecywałam. - dodała jeszcze, nieco ciszej, będąc jednak daleką od myśli o uspokojeniu się, co zdecydowanie w tej chwili jednak by się Camille przydało - tak jak powrót do trzeźwego osądu sytuacji, zaburzonego przez pomówienia na temat jej udziału w tym świętokradztwie.
Chciała dodać coś na temat zdjęć, ale nie zdążyła, bowiem, ku jej wielkiemu zdziwieniu, nagle aparat poszybował wysoko w górę, wyprawiony do lotu przez ramię Leviego - i postanowił wylądować w ramionach jednego z oficerów.  
Camille zmięła pod nosem przekleństwo.
Rozważała rzucenie się na niego, szarpaninę - ale nawet ona, w całym swym obecnym, wściekłym rozedrganiu, musiała przyznać, iż byłby to próżny wysiłek. Czy klisza naprawdę była aż tak obciążająca? Hebuterne chyba wolałaby się tego jednak nie dowiadywać - to był chyba czas na szczątkową ofensywę?
- Ten okropny człowiek musiał zrobić zdjęcia, kiedy kradnę opaskę! - rzekła tonem nagłego oświecenia, wyzywająco podnosząc podbródek do góry, obdarzając delikwenta pełnym wyższości spojrzeniem. - I teraz kłamie na mój temat, bo wcześniej odmówiłam z nim pójścia na kawę i ciastko. - dodała, znowu mówiąc to, co pierwsze przyszło jej na myśl. Skoro ten gad chciał ją, z niewiadomego powodu, pogrążyć, to chyba musiała się jakoś bronić, prawda? - Urażona duma, nic więcej. - dodała dobitnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pon Paź 23, 2017 9:30 am

Wydarzenia rozgrywające się na placu coraz wyraźniej przybierały obraz średniej jakości, darmowego przedstawienia teatralnego, które można było oglądać w paryskich parkach późną wiosną, z tą jedną różnicą, że trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy tym razem spoglądało się na sztukę tragiczną czy coś zmierzającego w kierunku komedii. Unoszący się w górze aparat zdecydowanie nie pozwolił na jednoznaczne ustalenie tego faktu – przez tłum przechodniów przedarł się nerwowy chichot, z kolei wyraz twarzy fotografa daleki był od jakiejkolwiek namiastki uśmiechu. Również Niemcy nie wyglądali na zadowolonych, czując, że sytuacja niespodziewanie zaczęła wymykać im się z rąk. Gdyby nie szybka reakcja oficera, który zręcznie przejął spadający przedmiot, być może dziwna cisza, która nastała chwilę później, przeciągałaby się w nieskończoność, niezmącona nawet przez słowa Camilli.
- Podła żmijo, nic takiego nie miało miejsca! – Wykrzyknął fotograf, czerwieniejąc na twarzy. Początkowo patrzył wyłącznie na dziewczynę, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że tę kwestię zapewne rozsądzi niemiecka ręka i to w jej stronę należało kierować wszelkie wyjaśnienia. – To ona kłamie, nie ma mowy o żadnej urażonej dumie – stwierdził oburzonym tonem, zupełnie jakby wizja kawy i ciastka z uroczą blondynką była mu naprawdę nie w smak.
Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie na twarz mundurowego, który kilka chwil temu sprawdzał dokumenty Hebuterne, aby zgadnąć, że zdecydowanie nie zamierzał dłużej wysłuchiwać przekrzykiwań. Jego niezadowolony wzrok powrócił do Leviego, za którym dalej stał jeden z niemieckich oficerów. Przez moment jakby zastanawiał się nad czymś, milcząco spoglądając przed siebie, a uśmiech, który chwilę później wypłynął na jego usta, nie mógł zwiastować niczego dobrego.
-  Podobno wygranym przysługuje nagroda, a przegranym kara. Wypadałoby więc zakończyć grę i rozdać wszystkim to, co im się należy. – Spokojny ton zdecydowanie nie pasował do tego, co miało się wydarzyć zaraz potem. Ledwie skończył mówić, a do chłopaka przystąpiła jeszcze dwójka Niemców, po czym bezceremonialnie zaczęli okładać go pięściami – najpierw po twarzy, potem w brzuch, powoli i skutecznie ozdabiając jego ubranie nie tylko krwią, która zaczęła sączyć się już na samym początku, ale również barwną paletą siniaków. Cisza, która zapadła na placu, przerywana była wyłącznie przez świst wciąganego powietrza lub głuchy odgłos uderzeń czy chrupnięć. Camilla oraz fotograf, z miejsca w których się znajdowali, mieli zdecydowanie dobrą widoczność na to, co działo się z Levim, z każdą chwilą coraz bardziej słaniającym się na nogach. Niemiec, który legitymował Francuzkę, po krótkiej chwili stracił zainteresowanie Żydem i uważnie spoglądał na ich dwójkę, być może licząc, że któreś z nich w końcu się złamie - dopóki jednak obydwoje biernie przyglądali się sytuacji, nie zamierzał niczego przerywać.


Camilla
, jeśli chcesz, możesz spróbować przekonać Niemca, aby nie pozwolił dopuścić do śmierci Leviego, jednak musisz to zrobić umiejętnie lub przynajmniej wyrzucić odpowiednią kostkę.
1, 3, 5 – udaje Ci się przekonać Niemca, aby wydał rozkaz zostawienia Leviego, dzięki czemu (przynajmniej chwilowo) ratujesz jego życie.
2, 4, 6 – niestety Niemiec nie ugina się, a Levi dogorywa na placu.

Ostatni post (podsumowujący) pojawi się w czwartek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Paź 25, 2017 9:00 pm

Podła żmija wyraźnie się oburzyła, słysząc swój nowy przydomek nadany przez kłamliwego fotografa, którego twarz momentalnie nabrała barwy przejrzałego pomidora. Śmiało odparła jego spojrzenie, kręcąc głową z widocznym zdegustowaniem. Nie miała czasu zastanawiać się nad rzeczywistą motywacją mężczyzny, mogła snuć jedynie mgliste przypuszczenia - każde jednak tak samo irracjonalne; przynajmniej z perspektywy Hebuterne.
Ale ta tragifarsa, powoli dojrzewająca do rozwiązania akcji, również była niedorzeczna. Niedorzecznością byli ci ludzie, ten tłum bezwolnych marionetek, poniewieranych strachem, albo - co gorsza - realną przyjemnością odnoszoną z oglądania rozgrywającej się na du Tertre sceny. Niedorzecznością byli też ci zwyrodniali Niemcy, ten fotograf. Nawet ona - bo powinna zrobić coś więcej niż tylko wymyślać następne, nieudolne kłamstwa, gorączkowo próbując opracować wyjście z tej sytuacji. Nie potrafiła jednak wyciszyć gniewu i spojrzeć z dystansu na rozgrywający się dramat, ugięła się pod emocjami i utknęła między swoją własną wściekłością, a poczuciem niemocy.
Większa mogła być już tylko frustracja. Bo nie strach, prawda?, nie mogła przestraszyć się zezwierzęciałych Niemców, ich wynaturzonego przeświadczenia o własnej wyższości. I władzy - nad Levim.
Nad nią?
Niedoczekanie.
- Ten pan po prostu nie potrafi przyjmować odmowy! - wykrzyknęła jeszcze w odpowiedzi na słowa łgarza, ale umilkła na chwilę, przenosząc wzrok na twarz mundurowego; zdawał się tracić cierpliwość. Może to właśnie była jej szansa?
Tego jednak nie zdążyła się dowiedzieć, bo mężczyzna - z patosem i pozornym spokojem, przysługującym tylko tym małym, robaczywym jednostkom, fałszywie przekonanym o swojej supremacji - postanowił uciąć słowne przepychanki, wygłaszając słowa, których sens z początku nie dotarł do Camille, z obawą obserwującą każdy jego ruch.
Wiesz co tobie się należy, nazistowska kanalio?!, zdążyło jej tylko przemknąć przez myśl, zanim dwoje innych Niemców dopadło Abrahama i zaczęło go brutalnie okładać, bezrefleksyjnie posyłając pięści na spotkanie z bezbronnym, młodym Żydem.
Camille zdusiła okrzyk przerażenia, będąc całkowicie porażoną bezceremonialnością tych katów; nie mogła patrzeć, nie chciała patrzeć; ale nie potrafiła odwrócić wzroku, zupełnie jakby to miało oznaczać, iż izoluje się od tej sceny, dystansuje od całego spektrum podłości, zamiast z nim walczyć. Poczuła się beznadziejnie zdeptana, całkowicie bezużyteczna, osamotniona i wystawiona na ocenę tego Niemca, którego wzrok ponownie spoczął na Camille. Miała ochotę splunąć mu w tę nieludzką mordę i wykrzyczeć każdy najgorszy inwektyw, który przyszedł jej teraz do głowy, dać upust temu wszechogarniającemu obrzydzeniu - ale musiała postępować bardzo ostrożnie, bo mogła (m u s i a ł a) być dla Leviego ostatnim ratunkiem, a czas dramatycznie się kurczył - i to nawet dla bezczelnego złodzieja twórczości Modiglianiego.
- Zostawcie go, proszę kazać go zostawić, on jeszcze... my wcale nie skończyliśmy gry, jest nam potrzebny do ostatniego etapu! - zaczęła prosić w chaotycznych słowach, nie widząc żadnego sensu w powoływaniu się na sumienie Niemca; bardzo wątpliwe, aby takowe w ogóle istniało - dlatego postanowiła brnąć w wersję, która mogłaby, przynajmniej teoretycznie, być bardziej przekonująca dla człowieka pozbawionego skrupułów; czyli kolejne kłamstwo na temat zabawy kosztem Żyda. Była przede wszystkim całkowicie przerażona wizją dalszego znęcania się nad chłopakiem - i jej ewentualnym tragicznym końcem. - Będzie bardziej dotkliwy niż... to. - dodała, ruchem głowy wskazując na rozgrywającą się scenę. W swoim obecnym zdenerwowaniu, wręcz granicznym, prawdopodobnie mogła jednak wcale nie wypaść zbyt przekonująco - ale jakie miała alternatywy, oprócz głupiego rzucenia się mu na ratunek?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Sro Paź 25, 2017 9:00 pm

The member 'Camille Hebuterne' has done the following action : rzut kością


'Kość Mistrza Gry K6' :
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   Pią Paź 27, 2017 9:05 am

Tłum obserwujący scenę rozgrywającą się na placu tym razem również nie był zachwycony brutalnością skierowaną w stronę młodego artysty: część z nich, ta stojąca bardziej z tyłu, zaczęła się wycofywać, udając, że wracają do swoich spraw, niektórzy odwracali wzrok, szeptali między sobą, inni odruchowo wstrzymywali powietrze lub zasłaniali oczy dzieciom, lecz dopiero słowa Camilli sprawiły, że ktokolwiek odważył się zaprotestować wprost: kilka głosów cicho poparło dziewczynę, prosząco powołując się na stan chłopaka oraz okropność widoku. Nie to jednak sprawiło, że Niemiec finalnie zarządził koniec przedstawienia – publiczność nie była już równie skora do śmiechów i uczestniczenia w wydarzeniu; tak długo, jak kolejne ciosy spadały na Leviego, widownia uszczuplała się, aż w końcu na samym przodzie pozostali najbardziej i najmniej odważni, do końca trwający przy nieszczęsnych aktorach.
Gdy mundurowi odsunęli się, oczom wszystkich ukazał się Abraham spoczywający na ziemi, ozdobione kolorowymi siniakami i plamami krwi. Nikt nie odważył się podejść i chociażby spróbować udzielić mu pomocy, tym bardziej, gdy Niemcy dalej znajdowali się w pobliżu. Ten, który legitymował Camillę, zabrał aparat od oficera i wykonał kilka mało profesjonalnych, bliskich ujęć leżącego ciała – z pewnością na tyle nieciekawych, że nikt z interesantów nie chciałby mieć ich na swojej kliszy, nawet fotograf, który skrzywił się mimowolnie. To nie jemu jednak oddano matrycę, na której widniały fotografię – po wyjęciu przedmiotu z urządzenia, mężczyzna przyznał ją Camilli.
- Twoja wygrana – zakomunikował w akompaniamencie niemieckiego śmiechu zebranych. – Koniec gry.

Misja została zakończona.
Camille – gdy Niemcy rozeszli się razem z niezadowolonym fotografem, pozostawiając cię samą, mogłaś zrobić z kliszą, co tylko chciałaś. Chwilowo znajduje się ona w Twoim ekwipunku, lecz jeśli chcesz się jej pozbyć, możesz zgłosić to w aktualizacjach. Jeśli chodzi o Leviego, w momencie opuszczania placu du Tertre, mogłaś zauważyć, że jego jeszcze żywe ciało zostało zabrane przez starszą kobietę z gwiazdą Dawida naszytą na ubraniu. Prawdopodobnie najgorsze przed nim. Na placu już nigdy nie pojawiło się jego stoiska.
Za misję otrzymujesz 20 podstawowych PR + 10 za pomysłowość + 5 za terminowe odpisy i dodatkowe 10 PR rekompensujących opóźnienia spowodowane przez Mistrza. Oby te zasłużone 45 PR służyło Ci dobrze!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Place du Tertre   

Powrót do góry Go down
 
Place du Tertre
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Butte-Montmartre-
Skocz do: