IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Kwiecień - Charlotte&Jean


Share | 
 

 Kwiecień - Charlotte&Jean

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
okupanci - cywile
PisanieTemat: Kwiecień - Charlotte&Jean   Wto Kwi 25, 2017 6:11 pm

Nieprzewidywalność tego popołudnia była zbyt skomplikowana do opisania.
Spotkanie z prałatem w kościele należało do tych trudniejszych, pomimo że w umyśle Charlotte huczało od głuchego pragnienia zaszycia się w domu i oczekiwania na swój zakazany owoc. Wiedziała, że to niestosowne, nieodpowiednie i karygodne, ale ciekawość i przełamywanie wszelkich barier było tym, od czego młodziutka projektantka była uzależniona. Potrzebowała adrenaliny, bodźca, rozbudzenia w sobie na nowo emocji, a on mógł jej to dać. Był uosobieniem wszystkiego na co miała w tej chwili ochotę, choć wciąż pozostawał jedynie francuską maskotką z najwyższej i najdroższej jakości materiałów. Wystarczyło użyć lepszej jakości nici, by pozostał lojalny. Nie brała pod uwagę, że to ona daje się zapętlić w pewnego rodzaju uzależnienie od jego osoby, bo to było niemożliwe. Gardziła mężczyznami. Brzydziła się ich obecnością i dotykiem, który budził w niej lęk, jakby nie mogąc zaakceptować przeszłości, która pozostawiła długie i głębokie blizny na duszy spętanej w okowach lęku. On zaś stał się swoistego rodzaju odskocznią i inspiracją, która miała dać nowy początek jej kolekcji; otulonej otoczką enigmy i przełamaniem zasad. Jako siostra SS-Obersturmbannführera igrała z ogniem, a kara jaką mogłaby ponieść - zapewne zostałaby wykonana z największą surowością. Dla niej to jednak była tylko sztuka, w której nie było miejsca na zbędne uczucia i zażyłości. Jean stał się żywym manekinem, od którego biło ciepło, a to zaś było dla Charlotte jedynie oznaką, że nie pracuje na martwej kukle.  
Tuż po powrocie do mieszkania, odesłała nianię. Nie chciała jej u siebie, bo wystarczyło, że cuchnęła paryską wonią tanich perfum, a to właśnie do takich niemieccy oficerowie mieli słabość. Lgnęli do francuskich dziwek niczym psy do pełnej miski, a Eberhart pomimo swoich szczerych chęci, nie potrafiła tego zrozumieć. Czy Wolfgang również taki był? Słuch po nim zaginął, a o Fabienie nie zamierzała w ten sposób myśleć, jakby naiwnie się łudząc, że niezadowoli go ofiara wojennego reżimu. Nie chodziło o wyższość i poczucie bycia lepszą, a o zazdrość, której nie umiała z siebie wyplewić. Nijakie pionki wcale nie wzbudzały w niej szczerego zainteresowania, ale ci dwaj mężczyźni...
Patrzyła na synka, który bawił się pluszowym misiem i jak powoli stawał się zmęczony. Gorączka odbierała mu wszelkie siły, ale przecież nie mogła mu zabronić wyjścia chociaż na kilka minut z łóżka. Nie mówiła mu o wizycie nieznajomego człowieka, bo zastanawiałby się - kim jest. Na to był jednak zbyt mały i przez to Eberhart nie musiała grać w szczerość z dwulatkiem, którego język był dłuższy niż tasiemka od koronkowego szlafroku swojej mamy. Pozostawiła go ledwie na moment, by ubrać delikatnę sukienkę, w której praca stanie się wygodniejsza i nie skrępuje żadnego ruchu. Nie słyszała pukania, a tym samym nie przypuszczała, że to mały chłopiec otworzy drzwi Jeanowi, który kilka dni temu zapewne otrzymał list od brunetki, w którym zawarta była prośba o zjawienie się w jej mieszkaniu. Skupiła się na nadaniu bladym policzkom kolorytu, bo zmęczenie, które widoczne było pod oczami, na pewno nie wskazywało na chęci do pracy.
- Dzień dobly - powiedział z niemieckim akcentem dwulatek i spojrzał szeroko otwartymi oczami na wysokiego mężczyznę, z którego ramion zapewne widziałby cały świat. - Mama jest... - zagaił jeszcze i odwrócił się za siebie, by rozejrzeć się po salonie, a zaraz potem znów wrócić ciekawskim spojrzeniem do Lémieuxa. - Nie ma mamy! - stwierdził i pociągnął za dłoń nieznajomego, by ten bez ociągania wszedł do środka. Zamknął też drzwi, ale nie przekręcił kluczyka i nim Jean zdążył zorientować się w całej sytuacji, Felix już podał mu zabawkowy samolocik i zaczął wymagać zabawy. Zachichotał nawet, kiedy dostrzegł, że nieznajomy nie ma pojęcia, co należy zrobić i dlatego rozłożył ramiona i przebiegł się po salonie, w którym stał również fortepian, a na nim wazon z wiosennymi kwiatami.
- Synku, przyszedł czas na trochę odpoczynku- do uszu obu panów - mniejszego i większego - mógł dotrzeć głos Charlotte, która stanęła w progu. Patrzyła na nich bez wyrazu, bo nie wiedziała co o tym myśleć. Przedstawicielka III Rzeszy zaprosiła pod swój dach osobę, która nie powinna tu być, a jednak przełamała w ten sposób cieniutką granicę. Dla ich bezpieczeństwa, podeszła pod drzwi i zamknęła je na klucz, by czasem nikomu nie przyszło do głowy wtargnięcie lub co gorsza - podsłuchiwanie. Dostrzegła niemy bunt u Felixa i to dlatego wzięła go na ręce i zaniosła do pokoju, w którym miał zabawki i wygodne łóżko, jakby dając mu tym do zrozumienia, że na dzisiaj wystarczy. Rozmowa z nim nie trwała zbyt długo. Był na tyle inteligentny, że zrozumiał wszystko, a Charlotte w spokoju mogła wrócić do Jeana.
- Mam nadzieję, że nikt cię nie widział - powiedziała spokojnie, przechadzając się po pomieszczeniu, jakby szukając najbardziej potrzebnego specyfiku do dzisiejszej pracy. Czerwone wino półwytrawne nadawało smaku i przyspieszało procesy myślowe w kreowanie kolejnej kreski, a dzisiaj nie mogła się skupić na niczym, oprócz spotkania z księdzem. Skinęła jednym ruchem głowy, gdy butelka już znalazła się w jej drobnej dłoni i jak gdyby nigdy nic - niemal bez słowa - poprowadziła mężczyznę w stronę swojego azylu, do którego oprócz niej, nikt nie miał wstępu.
Czuj się wyjątkowy, Lémieux.
- Rozbierz się - wydała głuche polecenie w jego rodowitym języku, bo ewidentnie nie była w nastroju na rozmowy. Znów próbowała odnaleźć swoją zgubę, którą tym razem miała okazać się metrem krawieckim, a gdy tylko zorientowała się, że jej francuski model ociąga się nad wyraz długo, wbiła w niego czarne tęczówki, w których malowała się konsternacja. - Ściągnij koszulę, Jean, muszę raz jeszcze zmierzyć twoje ramiona - sprostowała, bo pierwszy niemal rozkaz mógł zabrzmieć nieprzyzwoicie i niestosownie. Był to też moment, w którym zapewne po raz pierwszy dostrzegł cień subtelnego, niewystudiowanego uśmiechu, który był w pełni naturalny. Krzątała się po niedużej pracowni, aż w końcu podeszła do niego ze znalezionym centymetrem i czekała na moment, kiedy to spełni jej prośbę. - Nie mów tylko, że mam ci pomóc... - nuta kokieterii zawisła gdzieś w powietrzu, ale musiał wiedzieć, że tego nie zrobi. Należała do grona profesjonalistów, a takie zachowanie było co najwyżej naganne i zasługiwało na surowy osąd. Potraktowała to jako zwykłe droczenie się i próbę zaserwowania jej pstryczka w nos, ale to była Charlotte.
Ona zawsze stawiała na swoim.
- Czekam, Jean.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Kwiecień - Charlotte&Jean   Wto Maj 30, 2017 10:02 pm

Zapewniam was, że każdy zna Wieżę Eiffela – ten okropny, sterczący w samym środku Palais-Bourbon, arogancki w swej prostocie konstrukt, który wygląda jak zatemperowany ołówek albo wbity w glinę cyrkiel. To właśnie od niego zaczyna się większość paryskich historii, to tutaj splatają się ścieżki żywotów obcych sobie ludzi, to stąd przed wojną ciskałem niedopałki papierosów w przemykających w dole przechodniów, to w pobliżu po raz pierwszy spotkałem Frau (Fräulein? Nomenklatura nigdy nie była moją mocną stroną) Eberhart. To tu los rzucił mi pod nogi szansę, której nie mogłem zignorować, ponieważ życie – w całej swej rozpasanej nieprzewidywalności – nauczyło mnie, że nie należy ignorować jego rzadkich uśmiechów sympatii. Tamto spotkanie, rozgrywające się w cieniu znienawidzonej przez każdego szanującego się Paryżanina Wieży, dziś powracało do mnie jak echo odległej migreny: z jednej strony oswojone, z drugiej zaś będące przykrą koniecznością, której warunki musiałem wypełniać bez względu na aktualne samopoczucie i zaniżoną porcję spożywanych dziennie kalorii. Usilne próby niemyślenia o spotkaniu zakończyły się myśleniem o nim ze zdwojoną częstotliwością – zupełnie jakby kawałeczek pachnącej perfumami i zapełnionej eleganckim, drobnym pismem papeterii wymuszał na mnie notoryczne powracanie do punktu wyjścia.
Nie pomagało leżenie na dywanie w relaksującej – jak wyczytałem jeszcze za czasów szkolnych w opasłym tomisku traktującym o azjatyckich mnichach – pozycji supta baddha konasana i usilne wyobrażanie sobie, że jestem piórkiem, obłoczkiem lub skrzydełkiem motyla, byleby tylko oderwać się od swej siedemdziesięcioczterokilogramowej powłoki. W głowie wciąż kotłowały się plewy niepokoju, niejasne wspomnienia poprzednich rozmów z Charlotte Eberhart, echo listu z Marsylii, w którym Anis posunęła się do twardo zwerbalizowanych, a nie jedynie delikatnie zawoalowanych gróźb. Dość prędko zrozumiałem, że z próby relaksacji nie wyniknie wiele – dlatego jeszcze przed południem, co w mojej osobistej czasoprzestrzeni było godziną pogańsko wczesną, wstałem z tęskniącego za lepszymi czasami dywanu  i zacząłem się golić, kątem oka obserwując, jak złote słońce rzuca światło na podupadłe kamienice Vaugirard.
Pomimo wczesnej – ponownie jak na moje standardy! – pory, na paryskich ulicach panował wzmożony ruch. Musiałem sprytnie manewrować swoim Benelli, zajeżdżać drogę, zmieniać pasy z jednego na drugi, aż udało mi się wcisnąć w dobrze znaną uliczkę, którą zawsze jeździłem do Hôtel de Ville. Zatrzymałem się na światłach sygnalizacyjnych i – zupełnie mimowolnie – przeżegnałem. Dopiero po chwili dotarła do mnie niestosowność tego gestu. Dlaczego się żegnam? Na końcu uliczki nie ma już starej kapliczki pod wezwaniem jednego z tych świętych, o których pamięta się zaledwie raz w roku. Na jej miejscu widniał jakiś owalny kształt – nie było nawet tablicy upamiętniającej.
Więc po co się przeżegnałeś, głupcze, przed światłami? Całkiem skołowaciałeś przez to spotkanie, przez jakąś neurotyczną Niemkę, która traktuje cię jak chodzącą kukłę? Ostatnim razem wbiła ci szpilkę za mocno, że teraz kreślisz znak krzyża i czekasz na cud objawienia pańskiego?
Zwyczaj żegnania się na widok kościołów, cmentarzy, bazylik i kapliczek bawił moich dawnych przyjaciół – Jacques próbował kiedyś dotrzeć do źródła tego zabobonu, ale ja potrafiłem uśmiechać się tylko i nadal, ilekroć widziałem na tle nieba krzyż, natychmiast żegnałem się jakoś bezwiednie. Miałem sobie za złe ten formalizm pozbawiony głębszego podtekstu – w wojennej rzeczywistości nie było miejsca dla nostalgii – ale tym razem winą dość beztrosko mogłem obarczyć Niemkę.
Ją oraz niesmak, jaki wzbudziła zmiana lokacji zwyczajowych spotkań.
Pierwsza zasada profesjonalnej współpracy wykluczała jakiekolwiek naleciałości z życia prywatnego – na biurku nie mogły stać rodzinne fotografie, pamiątki po stryjecznym dziadku czy niedojedzony piernik ze świąt, ponieważ burzyło to pogląd zawodowych kompetencji. Tymczasem dziś zostałem narażony na coś znacznie poważniejszego niż zdjęcia bliskich – tym razem przekraczałem próg sanktuarium, uzbrojony w paczkę papierosów, pęk kluczy i przeświadczenie o własnej dumie.
Nawet, jeśli ta zakładała odgrywanie roli manekina za zwitek banknotów i ubrania, których nigdy nie będę miał okazji założyć.
Miałem prawo zakładać, że po trzykrotnym zderzeniu knykci z twardym drewnem drzwi otworzy pani domu we własnej – skądinąd powabnej – postaci. Żaden ze scenariuszy nie zakładał widoku ludzkiej miniaturki, która – jak okazało się po bliższej kontemplacji i pilniejszym skupieniu na słowach – była dzieckiem Charlotte Eberhart.
Kimś, kogo obecności nie oczekuje się w miejscu pracy.
Nie należałem do typu ludzi, który jest w stanie dyskutować z kilkulatkami, nawet jeśli te wykazują rezolutność większą od niejednego obywatela Francji; uchwyt chłopca był znakiem, że mam ruszyć się z miejsca, a ciężar samolociku w ręce – że dziś zostanę niańką.
Posłuchaj, mały… - ubranie tych dwóch słów w przymilną, łagodną otoczkę (o ile cokolwiek może brzmieć w ten sposób po niemiecku), pochłonęło niemal wszystkie pokłady cierpliwości, jakie posiadałem. Nie zdołałem nawet uformować słów, a chłopiec już śmigał po salonie jak wierna kopia Messerschmitta Me 209 – i kto wie, czy kolejny zakręt nie zostałby przypłacony zderzeniem płatu (czołowego, oczywiście) z rogiem fortepianu, gdyby nie nagłe pojawienie się Niemki. Jej obecność była zagadką aż do momentu, w którym nie postanowiła się odezwać i pozbawić mnie ciężaru syna – była zagadką również wtedy, gdy w końcu powróciła do salonu, pośrodku którego stałem jak niepraktycznie ustawiony element wyposażenia.
Potrafię być dyskretny – kąciki ust samoczynnie powędrowały ku górze, kiedy zrozumiałem, że wciąż trzymam – tym razem całkowicie niedyskretnie – zabawkowy samolot w dłoni. Charlotte nie dała mi jednak czasu na pozbycie się niespodziewanego ciężaru, bez słowa prowadząc do swej małej świątyni, w której pełniła dwie role: była kapłanką i bożkiem jednocześnie.
Ja z kolei osiągnąłem rangę niegodnego wyznawcy.
Nie sądziłem, że zastanę… - zabawka stuknęła cicho o blat najbliższego stolika, gdy w końcu ją odłożyłem, kątem oka obserwując krzątającą się z zimnym zapałem okupantkę. – … Twojego syna. Wkupiłbym się w jego łaski nieadekwatnie wartościowym podarunkiem – próba pełniejszego uśmiechu spełzła na niczym, kiedy dotarły do mnie kolejne słowa dziś wyjątkowo despotycznej Niemki.
Śmiało, Jean. To nie pierwszy raz, gdy obnażasz się przed niemal obcą kobietą.
Pomóc? Mademoiselle, nie musisz mi pomagać – dwa, szybkie ruchy wystarczyły, aby skórzana kurtka – całkowicie bez sentymentu – wylądowała gdzieś na posadzce, a pierwszy z guzików koszuli odskoczył na bok. – Choć byłoby przyjemniej, gdybyśmy najpierw zjedli wspólną kolację – ironizowałem w żywe oczy – czy też prędzej: guziki, w które aktualnie wbijałem spojrzenie, pozwalając, by na mych ustach zagościł grymas ponurego rozbawienia. Jeśli rzeczywiście miałem być żywym manekinem, musiałem szukać nielicznych pozytywów tej funkcji: a obracanie własnej sytuacji w farsę było jednym z nich.
Chyba, że nie o przyjemność dziś chodzi – uniosłem delikatnie brwi, odpinając ostatni z guzików, ale – jak gdyby ten nagły zryw oporu miał jakąkolwiek wagę – wciąż nie ściągając koszuli. Charlotte Eberhart miała pecha.
Sztuczne manekiny zwykle lepiej współpracują.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Kwiecień - Charlotte&Jean
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Prawy brzeg :: Hôtel de Ville, 8/12-
Skocz do: