IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Émile Carneau [mocno buduję!]


Share | 
 

 Émile Carneau [mocno buduję!]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
PisanieTemat: Émile Carneau [mocno buduję!]   Sro Maj 31, 2017 9:45 pm

Émile Carneau



Jelle Haen

Dane osobowe

Imiona: Émile Florentin
Nazwisko: Carneau
Data i miejsce urodzenia: 21.07.1920, Paryż, Francja
Miejsce zamieszkania: xxx
Stan cywilny: xxx
Wykształcenie: xxx
Zawód: divo na deskach Le Sans-Soucis; domorosły wokalista i artysta sceniczny; crème de la crème artystycznego półświatka Paryża
Rodzina: xxx.
Wzrost: 170 centymetrów
Waga: xxx


Historia

W audycji radiowej mówili, że na dziś przewidywany jest szczytowy moment fali upałów. Mieli rację. Gęste powietrze gryzie go w ramiona i powoduje słony przeciek skóry, a język oraz dziąsła zaczynają swędzieć. Okręcił głowę mokrym ręcznikiem i poddał się procesowi powolnego parowania – jakby przez pory wyciekał mu mózg i skraplał się właśnie w tej szmacie. Więc nie dość, że czuł się jak Dracula, do tego powoli zaczynał wyrywać się z własnego ciała i oglądać wszystko z lotu ptaka.
Każdy ma swój Zaczarowany Ogród – ten Émila był właśnie tutaj, w ospałym, gęstym, statycznym tańcu światła z powietrzem, wokół mocno zawiązanego w pasie szlafroka, w trzymanym w palcach papierosie. Niebezpiecznie pochylił się nad balkonową barierką, ze zdumieniem obserwując wejście do kamienicy – ktoś taszczył podróżną walizkę, zatrzymał się na środku chodnika, na skrawku papieru sprawdził adres i, mając pewność, że odnalazł docelowe miejsce, zniknął w cieniu bramy.
Minutę później prywatną ciszę mieszkania numer siedemnaście przerwało niepewne pukanie do drzwi.


Znalazłem kamienicę po dwóch godzinach łażenia po całej dzielnicy. Chodziłem po niekończących się rzędach identycznych uliczek, mijałem identyczne budynki, wsłuchiwałem się w identycznie obco brzmiący język – mijający mnie ludzie mówili wyłącznie po francusku, a każda próba podjęcia dialogu w niemieckim z góry skazana była na klęskę. Na zewnątrz było dobre czterdzieści stopni, upał obdzierał paryżan ze skóry jak wrzątek pomidory, a ja jak na Golgotę taszczyłem na drugie piętro dwie walizki i wypchany do granic możliwości plecak, jeszcze nie wiedząc, że po przekroczeniu progu mieszkania, które na najbliższe cztery miesiące stanie się mym domem, moje życie ulegnie diametralnej zmianie.
Zapukałem dwukrotnie – po drugiej stronie drzwi rozległy się ciężkie kroki, którym towarzyszyło pojedyncze skrzypnięcie podłogowej deski i dźwięk zwalnianej zasuwki.
Sekundę później w polu widzenia pojawia się Bastien i, kiedy tylko zauważa moją wymęczoną, spoconą twarz, wybucha gromkim śmiechem, który tak dobrze znałem z Kolonii. Powietrze przeobraziło się we wrzątek, deski, które składały się na podłogę mieszkania, były na granicy samozapłonu, rzeczywistość wokół nas była jednym, wielkim ogniskiem, a on – chociaż wtedy on jeszcze nie był nim, był jakimś chudym, ćmiącym papierosa potworkiem, który sprawiał wrażenie chronicznie niedożywionego – okazał się pierwszym faux pas, jakie popełniłem po przybyciu do Paryża.
– To twoja dziewczyna? – zapytałem po niemiecku, wpatrując się w szczupłe, pochylone nad barierką plecy odziane w niedorzecznie zabawny szlafrok – imitujący jedwab materiał miał barwę przejrzałych granatów i oszpecony został koślawymi haftami wodnych lilii, co, spójrzmy prawdzie w oczy, dojść jasno definiowało płeć właściciela. Bastien, pomagający mi akurat z walizką, opuścił ją z hukiem wykolejonej lokomotywy i zareagował w jedyny właściwy sposób – śmiechem.
– Musiało ci porządnie przygrzać, Nathan – sarknął w końcu, wskazując podbródkiem na nieruchomo opartą o barierkę postać – o tym, że żyła, świadczyły jedynie obłoczki dymu ulatujące w stronę histerycznie błękitnego nieba. – To Émile, mój… i od dzisiaj twój współlokator.
Nadciągająca nieubłaganie apokalipsa zaczęła konstruować się sama; ubrana w ciasno zawiązany szlafrok sylwetka wyprostowała się energicznie, zgasiła papierosa w kwiatku, który był nim wyłącznie z nazwy – pozbawiona płatków i liści roślinka przypominała uschnięty palec truposza – i, nawet nie odwracając się w moją stronę, powiedziała coś po francusku do Bastiena. Mój przyjaciel z dawnych lat – lat na długo przed studiami, przez które rozeszły się nasze ścieżki – zaśmiał się głośno i przy akompaniamencie tego dźwięku pognał do kuchni.
Zapaliłem papierosa, ignorując ekstremalne zagrożenie pożarowe panujące w mieszkaniu. Spojrzałem na niego – tym razem mając pewność, że to on. Z dramatycznie zabawnym ręcznikiem na głowie i w pseudo-jedwabnym szlafroku naprawdę przypominał kobietę, skupioną i bladą, trochę kościstą, ale jednak: kobietę.
Émile najwyraźniej usłyszał moje myśli, bo odwrócił się nagle, lustrując mnie wielkimi, głębokimi oczami; zakrztusiłem się papierosowym dymem, ponieważ było to jedno z tych spojrzeń, po których czujesz się rozszyfrowany  z dokładnością co do spójnika i pięciu zer po przecinku.
Wszystko we mnie krzyczało, bym stamtąd uciekał, nie oglądając się za siebie.
A jednak zostałem.


Dobrze się tu bawisz? – pojawił się znikąd, tak cicho i niepostrzeżenie, jakby był rozmytym cieniem rzucanym przez półprzeźroczyste stworzonko z samego dna oceanicznych głębin. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Właściwie nigdy nie wiem.
– Koszmarnie. Piwo jest okropne, światło za słabe, nikogo tu nie znam.
Znasz mnie, a znając mnie, znasz połowę Paryża – odparł, niemal pozwalając, aby jego słowa zagłuszone zostały przez panujący w Le Sans-Soucis gwar. Zanim zauważyłem, zabrał mi piwo, sam z siebie, bez ostrzeżenia. A ja?
Ja nie oponowałem. To on dyrygował sytuacją.
Nie wiem kiedy, ale zdążył się przebrać – gdzieś zniknęła długa, wyszywana cekinami suknia, gdzieś zagubił się śnieżnobiały wachlarz ze strusich piór, gdzieś przepadły długie aż po łokieć, satynowe rękawiczki, błyszczące klipsy, pół tuzina pierścionków, połyskująca tysiącami refleksów kolia.
O tym, że Émile jeszcze pół godziny temu stał na scenie w blasku reflektora, z pasją odgrywając Lilian Harvey, świadczyły jedynie dwa półkola pod oczami – rozmazany tusz zostawił po sobie ciemne ślady, prawdopodobnie roztarty przez nieopatrzne potarcie powieki.
Masz ochotę na spacer? – bezszelestnie zsunął się z wysokiego, barowego krzesła, zanurzając w białym obłoku scenicznego światła; wbrew sobie zauważyłem, że krzywo zapiął koszulę, że na szyi ma delikatny, zaróżowiony ślad, że jego pępek, który nagle zamigotał pod przelotnie podwiniętym materiałem,  jest cienką, łagodnie zarysowaną kreską. – Chodź, przejdziemy się. Tylko weź butelkę.
Podążyłem za nim, opuszczając zadymione wnętrze Le Sans-Soucis, mijając wymykających się chyłkiem gości, idąc za migoczącym jak świetlik Émilem i starając się utrzymywać odpowiednie tempo, bo lekko utykał; co jakiś czas zbliżałem się do niego, i tak właściwie spędziłem następne pół godziny, na zbliżaniu się i zostawaniu w tyle, przyjmowaniu ripost i nieporadnych próbach zaprowadzenia germańskiej supremacji. Ale ten nielot o wzroście ledwie dwa centymetry wyższym od Napoleona za każdym razem dawał mi prawego sierpowego, zbaczał z obranej ścieżki i zaskakiwał – byłem studentem fizyki, lecz z nas dwojga to Émile myślał o wszystkim algorytmami.
Skąd on się wziął? to jedno pytanie zapętliło się w mojej głowie w tę ciepłą, dziwną noc, kiedy uparcie za nim dreptałem – chciałem iść tuż obok, wziąć go pod rękę, tak, aby nic się mu nie stało – ale tak naprawdę to Émile się mną opiekował, był jak ofiara zarzuconego projektu mającego na celu stworzyć anioły-stróże.
Pewnie chciałbyś zapytać, dlaczego robię to, co robię –  powiedział, gdy już usiedzieliśmy na osamotnionej ławce w Lasku Bulońskim, pijąc jedno piwo na pół i lekceważąc zagrożenie pożarowe.
– Nie, nie chcę – odparłem. Nie kłamałem. Nie chciałem. Nie wiedziałbym, jak później się z tym poczuć. – Boję się ciebie – boję się o ciebie. – Boję się, jesteś jak z powieści Brama Stokera.
Zaśmiał się – cicho, krótko, z lekką chrypką w zmęczonym po całej nocy śpiewu głosie.
Mon Dieu, ale z ciebie dziwak – odwrócił się i pociągnął kolejnego łyka. Butelka wydawała się w dłoni Émila nienaturalnie duża – jak wszystko wokół niego, przy nim i na nim. Spojrzał na mnie w milczeniu; nie był skupiony, raczej lekko znudzony – tę grę zwyciężał zbyt często.
Nie jestem taki, jak sądzisz – mówi i zapala kolejnego papierosa – wydmuchuje kłęby siwego dymu prosto we mnie, tak jakby pragnął spowolnić moje serce i wyłączyć czujność. – To impuls – ucina temat, przeczesując palcami splątane loki;  „impuls" wymawia mechanicznie, z takim akcentem, jakby potrzeba seksu była jakimś defektem w jego umyśle.  
– Masz rację, to impuls – mozolnie przetrawiam te słowa w akcie czystego masochizmu.


– Nie pojmuję, o co ci chodzi, ta cała sytuacja jest dziwna – wymamrotałem, brudząc się lodami śmietankowymi.
Cette situation est bizarre – powtarza, a ja – chociaż nie znam ani słowa po francusku – doskonale wiem, że chodzi mu o to samo.
Lody kupiliśmy w imitującej straganik budce niedaleko basenu w Ogrodzie Tuileries, teraz jemy je rękoma, dryfując na białej szalupie pośród spokojnej wody. Ma na sobie tani, cieniutki podkoszulek, niby-niebieski, wyblakły; w ogóle nie pasuje do jego bladej skóry, co więcej, optycznie nadaje ciału siny, niezdrowy odcień. Wygląda eterycznie, jak ktoś, kto pozbawiony jest układu immunologicznego, ktoś, kto nie powinien spędzać całego dnia na słońcu, dryfując na ciepłej, zielonkawej wodzie. Jednak jemu to nie przeszkadza – żyje, nie mdleje, nie spada z łódki, nie leci mu z nosa krew, co więcej, nadal jest pyskaty, na co ja, zatruty i nasiąknięty upałem, nie mam już siły. Mam za to siłę wyłącznie na jedno: aby jeszcze bardziej się przywiązywać – cała okolica popycha mnie w tym kierunku.
Szkoda, że lato dobiega końca – skrzywił się lekko od przedawkowania roztopionych lodów.
– Szkoda, że nie możesz jechać ze mną – od gorąca kręci mi się w głowie, a słowa same znajdują ujście, nie czekając, aż zacznę zastanawiać się nad ich brzmieniem.
Nie rozumiem – ucina stanowczo. Jak zawsze, gdy temat robi się niewygodny, on zbywa go milczeniem albo mówi - „nie, nie rozumiem", „dziwne", „wytłumacz mi". To beznadziejne asekuranctwo stanowi tak naprawdę asa w rękawie, samo w sobie jest szyfrem nie do złamania – Émile wie, że wystarczy powiedzieć „nie rozumiem" i gotowe, odzyskuje upragniony spokój.
– Jesteś nieznośny.
A ty nieporadny.
– Émile, to ty nie masz pojęcia, jak sobie zrobić kanapkę, by przy okazji się nie pokaleczyć.
Przenosi na mnie wzrok – dwie ogromne, błękitne tafle, w których zagnieździła się niezachwiana pewność siebie.
Wiem, jak się malować, jakie kupić sobie książki i jakie lubię słodycze. Jak zrobić mi kanapkę, masz wiedzieć ty.
Prycham cicho śmiechem i niemal natychmiast tego żałuję – on wciąż na mnie patrzy, wyzywająco i nieugięcie, jak przygotowujący się do ataku drapieżnik.
– Wciąż podkreślasz, że wiesz, jak zrobić sobie makijaż. To musiał przełomowy moment w twoim życiu – mówię, wsuwając między wargi papierosa i próbując odpalić przemoczoną zapalniczkę.
Odwal się.
Obserwuję go zza siwych obłoczków dymu; naturalne, złote loki, z których zapomniał wypiąć jednej wsuwki, pełne usta, półprzezroczysta skóra, ogromne oczy.
– Nie chcę tam wracać – mówię, przekrzywiając głowę w jego kierunku; jestem wobec niego bezradny, jestem potencjalnym samobójcą z miłości, jestem jak zniekształcony cień kościelnej wieży. Obraz wokół zaczyna się chybotać – on wstaje, wprawiając łódkę w niebezpieczne kołysanie, i śmieje się głośno; opiera dłoń na moim ramieniu, aż nagle niebo eksploduje różem, świat obrzuca mnie mistyką – mam dwadzieścia dwa lata, muszę przerwać wakacje, wracam do Kolonii i właśnie opadam w miękki niebyt szczęścia.

Czuję, jak kołnierzyk koszuli zaczyna mnie dusić; chciałbym go odpiąć, ale boję się, że tym gestem ściągnę na siebie jego uwagę. A przecież nie chcę, aby mnie zauważył – pogrążona w mroku widownia jest azylem, w którym mogę się ukryć, gdzie jestem niewidoczny, skąd obserwuję, jak Émile śpiewa i ryzykuje życiem, robiąc to, co od zawsze kochał. Przez niemal trzy lata wspominałem wiosenno-letnie miesiące tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Retrospekcje wracały do mnie jak rozdygotane od gorąca powietrze tamtych minionych dni; dni z zupełnie innego, obcego świata, refleksów z odległej galaktyki, w której krążył obraz Émila zatapiającego palce w gęstej farbie i przesuwającego nimi po dopiero co pomalowanej ścianie, z galaktyki, w której słychać było jego beztroski śmiech, w której mogłem pielęgnować wspomnienie tego, jak pił herbatę z olbrzymiego kubka, skulony w salonie i nasłuchujący stuknięć z łazienki – bo uroił sobie, że w domu jest nawiedzony piecyk.
Teraz jednak patrzę w milczeniu, nie zwracając uwagi na dopalającego się papierosa, który za dokładnie osiem sekund poparzy moje palce.
Patrzę i nie dowierzam, że w równie ponurych czasach wciąż istnieje ktoś taki, jak on – ktoś tak odważny, jak on.

Charakter

Pole opcjonalne, można zrezygnować z jego wypełnienia
.  

Ciekawostki

Znaki szczególne: pieprzyk w wyraźnym miejscu, blizny, brak jednego palca?
Języki obce: Jakie i w jakim stopniu zna Twoja postać?
Mocne strony: pamiętaj o realiach i nie czyń z postaci superbohatera
Słabe strony: wypisz słabe strony, minimalnie trzy

x randomowa ciekawostka numer jeden
x randomowa ciekawostka numer dwa
x randomowa ciekawostka numer trzy

Uwagi do Mistrza Gry

Brak? Cudownie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Émile Carneau [mocno buduję!]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Krok Drugi :: Karty Postaci-
Skocz do: