IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

ognisty duet


Share | 
 

 ognisty duet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: ognisty duet   Czw Cze 01, 2017 3:03 pm

3 V

Gryzący dym przeżerał się przez ich myśli, a cisza pomiędzy Maurycym a znajomym rikszarzem nawarstwiała się z każdym kolejnym przejechanym kilometrem, gęstniejąc jak nieprzyjemnie kleista melasa, zlepiająca usta mężczyzn - darowali sobie pozory, nie siląc się na podtrzymanie kurtuazyjnej pogawędki. Nie oznaczało to jednak, że Maur przestał odbierać niewerbalne sygnały, które wysyłał mu jego towarzysz. Nietrudno było zresztą zarejestrować nadmiar nerwowych zerknięć blondyna, który im ostentacyjniej starał się odwracać wzrok od niepozornego, wysłużonego kuferka, opierającego się o protezę Bourreau, tym częściej przypadkowo zahaczał spojrzeniem o tenże pakunek, najwidoczniej jawiący się w jego oczach jako puszka Pandory. Niesłusznie zresztą, bo pod skórzaną tkanką wybrzuszała się jedynie obietnica destrukcji, nadziei próżno było się w niej doszukiwać.
Zarys zardzewiałej tabliczki, przytwierdzonej do rogu rue de l'Estrapade, stał się w końcu na tyle wyraźny, by Maurice zdecydował się na ostatnie, zbyt mocne zaciągnięcie się dogorywającą resztką paskudnego papierosa, którego walory smakowe pozostawiały tak wiele do życzenia, że gdyby nie tkwienie w okowach nałogu, nigdy nie wydałby na ramę tego świństwa nawet pół franka.
Próba wydostania się z rikszy nie skończyła się może walnym zwycięstwem, ale na twarzy Maurice’ego odcisnęło się znamię zadowolenia, gdy zdając się na siłę ramion, zacisnął dłonie  na drewnianych ściankach powozu i podciągnął się, po czym przez chwilę płynnie balansował w powietrzu, by następnie pewnie stanąć na brukowanej kostce prawą nogą. Ostatnio zaczerpnął kolejnych lekcji od doświadczenia, próbując dążyć do równowagi w przyrodzie - brak jednej kończyny poniekąd wymusił na nim wzmocnienie pozostałych trzech, a wraz z upływem kwietnia nabrał swobody i pewności w codziennych zmaganiach - kłody rzucane mu przez los pod nog… nogę i protezę, niegdyś torujące mu możliwość jakiegokolwiek działania, obecnie pokonywał z (mniejszą niż większą) gracją, lecz przecież liczyło się przede wszystkim to, by brnąć do przodu (jakkolwiek banalnie nie brzmią te słowa, skrywały w sobie zalążek mobilizującej do działania prawdy).
Uwinąwszy się z wyciągnięciem przyciężkawego ekwipunku, skinął głową członkowi Ruchu Oporu, który sporo ryzykował, podwożąc Bourreau o tej porze, bowiem najprawdopodobniej znajdzie się w swoim mieszkaniu na styk - gdy wskazówki zegara pokażą godzinę policyjną.
Do dziewiątej zostało jeszcze kilkanaście minut do zagospodarowania, więc Maurice uznał, że zanim zabarykadują się z Enzo w mieszkaniu aż do momentu, w którym przez zamknięte okiennice zaczną przesączać się pierwsze włókna słońca, pozwoli sobie na dopalenie papierosa w półcieniu wnęki między dwiema lgnącymi do siebie kamienicami - to właśnie w jednej z nich mieszkał najprawdopodobniej najbardziej rwący się do szeroko pojętej walki chłopak z Feniksa. Maur nie musiał się nawet przesadnie silić na argumenty, gdy po jednym ze spotkań Résistance zarysował wstępny plan zabawy z ogniem, podsycając słowa wizją płonących, szwabskich flag, po której to wymianie zdań zabrali się żarliwie - już we dwójkę - do obmyślania szczegółów prywatnej partyzantki.
Maurice nie zająknął się jednak na temat swoich pobudek, a były one bez wątpienia egocentryczne - zapalił się do działania, gdy na zebraniu po raz kolejny ominął go przydział istotnych zadań; tak jakby brak nogi uniemożliwiał mu prawdziwe - jakkolwiek należy to w tym kontekście definiować - zaangażowanie w ich sprawę. Stąd też ta nienadzorowana przez nikogo akcja i próba udowodnienia przede wszystkim sobie, że nadaje się do misji zakrojonych na większą skalę.
Peta sprezentował donicy będącej niemalże w całości pozbawioną ziemi mogiłą kwiatka. Smętne, zbutwiałe korzenie zaplątały się w warstwę jesiennych liści, tworząc kompostową kompozycję, która odsłoniła się, gdy stopniał zimowy puch - nie czas jednak żałować róż, gdy płoną lasy. Bulgoczący bagaż dotaszczył na odpowiednie piętro, a do drzwi mieszkania Enza zapukał cicho, nie chcąc przykuwać uwagi jego sąsiadów - teraz pozostało Bourreau już tylko czekać. Uwzględniając perspektywę ośmiu godzin wypatrywania świtu, jedna minuta nie miała większego znaczenia, więc oparł się o ścianę, cierpliwie wyglądając znajomego.


Ostatnio zmieniony przez Maurice Bourreau dnia Sro Cze 07, 2017 11:18 pm, w całości zmieniany 1 raz (Reason for editing : zmiana daty za zgodą MG)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: ognisty duet   Pią Cze 02, 2017 8:40 pm

Do domu wracało się inaczej; i wracało się zawsze do innego domu, bo on zmieniał dzień po dniu razem z całą resztą świata – co nie znaczyło, że na tych samych płaszczyznach – równie niepostrzeżenie. Równie powoli, ukazując swoje zmiany tylko i wyłącznie w momentach konfrontacji – nigdy na pierwszy rzut oka. Dawno go tu nie było, a teraz wrócił do tego starego mieszkanka, na rogu ulicy Rue de l'Estrapade. Niby było jak zawsze - w powietrzu roznosił się słaby zapach papierosów, podłoga skrzypiała w tych samych miejscach, kanapa nadal stała w kącie, a wiszące naprzeciwko drzwi lustro utwierdzało brak miejsca na nieodpowiednie odruchy. Tylko drewniany wózek do przewożenia towarów był tu nowy. Wózek, a na nim butelki, część wypełnionych mlekiem, reszta pusta.
A on? Zmienił się? Fizjonomię miał niby tę samą, ale popartą innym, waleczniejszym zdecydowanie duchem. Wprawdzie odczuwał trochę strachu, rzec by można, iże odruchowo, a także nie wątpił w to, że  podejmuje pewne ryzyko, jednak miał na ten temat trochę inne poglądy niż ostatnio, nadto brawura wzbiła się na wyższe szczeble, bynajmniej nie mając go tym razem zostawić samego sobie. Tak oto siedział przy oknie, na drewnianym krześle - pewny siebie i spokojniejszy, dużo bardziej cyniczny. Trudno się dziwić - teraz łatwo o cynizm, zazwyczaj pełno go było na ulicach, przy krawężnikach, w ludziach. Można było przez to i własne życie przegapić, przechodząc wciąż tymi samymi ulicami, wracając do tego samego mieszkania, w którym ono schowało się pod meblami, niewietrzone już od bardzo dawna. Tylko czy jemu to życie jeszcze przysługiwało? Czy nie wyrzekał się go, przysięgając na własną narodowość, że będzie bronił kraju? Przystępując do ruchu oporu? Był człowiekiem utraconym. Rzeczy, które działy się wokół, miał opanowane, to raz, pod kontrolą, to dwa, zaplanowane, to trzy; gdyby nie zdobywał wprawy wielokrotnymi próbami, dopiero zaczynał, aczkolwiek w pewnym momencie nawet występowanie przeciwko prawu może stać się rutyną. W końcu jedna śmierć, druga śmierć, trzecia śmierć, aż nie przestaniesz liczyć. Nie był szalony; w najgorszym razie fanatyk.
Enzo odchylił się do tyłu na krześle i opierając się o framugę spojrzał za okno. Było kilka minut przed 21, a Paryż parował pod czystym niebem. Dopiero gdy rozległo się ciche pukanie, zdjął nogi z parapetu, podszedł do drzwi i otworzył je, wpuszczając Maurice do środka. Gdy Bourreau wszedł do środka, owczarek, który dotąd leżał na podłodze pod stołem, uniósł łeb do góry i podniósł się z ziemi, obwąchując wniesiony do pomieszczenia kanister benzyny.
- Va-t'en. - na te słowa pies przystanął, spoglądając na Francuza niepewnie. Wydał z siebie cichy warkot, zaraz jednak odsunął się od kuferka i położył pod drzwiami. Enzo odprowadził go wzrokiem i oparł się o stół, zerkając na wiszący na ścianie, stary zegar. 21:01.
Przeniósł wzrok na rówieśnika, wreszcie poświęcając mu całość swojej uwagi.
- Co za punktualność. - skwitował, zapalając papierosa, a otwartą paczkę rzucając na stół. Pozwolił sobie nawet na rozbawiony uśmiech, godny bardziej chłopca, niźli mężczyzny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: ognisty duet   Czw Cze 08, 2017 12:34 am

U drzwi pojawił się niemalże cały komitet powitalny.
Maurice wsunął się do środka dopiero wtedy, gdy owczarek nieufnie się z nim przywitał (choć to może eufemistyczny dobór słów, zważywszy na powarkiwania, które wydawało z siebie stworzenie). Cóż, tak właściwie ograniczone zaufanie ze strony zwierzęcia za bardzo go nie dziwiło - nie dość, że śmierdział człowiekiem popielniczką, to na dodatek przechadzał się z benzynowym pakunkiem, który zapewne również nie woniał zbyt przyjemnie, co Maur był w stanie stwierdzić nawet jako istota z nieporównanie bardziej przytępionym zmysłem węchu.
Po odłożeniu walizki pochylił się nad zwierzęciem posłusznie wykonującym polecenie Enza. Bourreau pozwolił na to, by pies obwąchał jego rękę, a następnie delikatnie pogłaskał go po karku - dokładnie tak, jak jego czworonóg lubił najbardziej. - Nie przedstawisz nas sobie? - zadarł głowę, posyłając Enzo delikatny uśmiech w odpowiedzi na zaprezentowaną przez znajomego pełną gamę uzębienia. Pytał o to, bo zakładał, że Fenouil jest nieco bardziej kreatywny niż on; i że był w stanie wymyślić coś, co nie brzmi jak Zwierz (choć Maurice nadal uparcie twierdzi - ignorując wszystkie docinki na ten temat - że to wyjątkowo zacne imię dla psa).  
- Jak zawsze, niczym szwedzki zegarek - odparł, zupełnie nieświadomy błędu, który popełnił. - Pojawiłbym się wcześniej, ale musiałem sobie zaaplikować solidną dawkę nikotyny, bo nie byłem pewien, czy można u ciebie palić - przezorny zawsze ubezpieczony; a skoro podczas pieprzonej godziny policyjnej niedozwolone jest otworzenie okna nawet na chwilę, wolał zadbać o to, by nie przyjść na głodzie. Szczególnie, że ostatnio i tak musiał solidnie ograniczyć palenie, co detonowało w nim całe pokłady rozdrażnienia - fajki powoli stawały się towarem luksusowym, sprzedawanym przede wszystkim na czarnym rynku. Dlatego (jakiś tydzień temu) praktycznie z dnia na dzień powziął silne postanowienie, że ograniczy się do dwóch papierosów dziennie (naprawdę drastycznie zmniejszając dotychczasową dawkę). Rano wyciągał ze skrytki przysługujący mu nikotynowy duet i przekładał do wymiętej paczki, żeby później nie kusiło go sięgnięcie po więcej. Tak swoją drogą, gdyby zaczął o tym mówić na głos, brzmiałoby to zapewne jak wyznania anonimowego palacza. - A propos, zaciągałeś się już mieszanką trawy - tej ochoczo rosnącej na łąkach, żeby nie było niedomówień - i ziół? Evrard mówił mi ostatnio, że to niezgorszy zamiennik, dość popularny w kręgach jego znajomych… A zważywszy na to, że jest bez wątpienia znośniejszy dla zasobów kieszeni… chyba nie zaszkodzi spróbować - być może sprawdziłby się też jako substytut nikotyny; oszukujący mózg i pomocny podczas wyczerpującego procesu rzucania  palenia?  
Ale to chyba niekoniecznie najwłaściwszy moment na tego typu dywagacje.
Wydostał kanister benzyny ze skórzanej torby, pożyczonej od nieświadomego niczego Schmitta. Lata świetności miała już dawno za sobą, lecz wciąż wdzięcznie odnajdowała się w swojej roli (zresztą to porównanie równie dobrze pasowało do jej właściciela). - Masz może w mieszkaniu jakieś pomieszczenie bez okien? Żebyśmy mogli zapalić świece i dopracować szczegóły planu? - lepiej nie ryzykować i rozświetlić taki pokój, przez którego okienice nie będzie przebijać się łuna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: ognisty duet   Pią Cze 09, 2017 10:02 pm

- Maurice. Pies. - zerknął na leżącego pod drzwiami owczarka. - Pies. Maurice. - biedny, niekreatywny Enzo. - Zadowolony? - mruknął, prezentując zaskakująco poważny wyraz twarzy i wypuszczając ustami papierosowy dym.
Nie był już dzieckiem i nie lubił myśleć o sobie w taki sposób, biorąc pod uwagę, że w rzeczywistości urodził się w tym nieszczęsnym okresie. I ta arogancja, to przeświadczenie o własnej misji w imię narodu, którego interesy stoją przecież przed wszystkimi innymi... Nic tylko zaszlachtuj, krzyknij, zrób jakąś krzywdę. Przecież mu się należało. Przez całe życie niemal wszystko uchodziło Francuzowi płazem, nie znał słowa „konsekwencje”, choć może gdyby w końcu poznał jego znaczenie, to nauczyłby się być człowiekiem, który wie, co to szacunek do drugiej osoby. Tymczasem był butny i zarozumiały; bo przecież wiedział najlepiej. O wszystkim. A nawet jeśli nie – potrafił pięknie kłamać i mydlić oczy, że tak właśnie jest. Zatracił się i był człowiekiem z góry straconym. Nie ze względu na własne korzyści ani na prywatne sprawy, uczucia, osobiste więzi czy własność, bo w tym kręgu, mógłby nie mieć nawet nazwiska. Przepełniała go jedynie sprawa, wykluczająca wszystko inne, jedna jedyna myśl, jedno pragnienie. Nie tylko w słowach lecz i czynach zerwał w głębi swej istoty wszystkie więzi z porządkiem publicznym i cywilizowanym światem, z jego wszystkimi prawami, konwenansami, obyczajami społecznymi i etycznymi zasadami. Bo buntować można się było zawsze, zawsze będzie można znaleźć ku temu jakiś powód. Świat bez buntu to albo utopia, albo jego koniec w całej, pięknej okazałości; światełka nudnej harmonii. Trochę szkoda, bo część Enzo przecież, siłą nie tyle nawet rzeczy, co wprost natury, pożądała kontaktu z jednakimi sobie, nawet jeżeli nie umiał się wywiązywać z żadnej formy relacji. Poza wrogimi najwyżej, te jeszcze czasami mu się układały.
Kącik ust mu drgnął, lecz zakonserwował się w dotychczasowej pozycji.
- Można. - cóż mu zależało? Rzadko bywał w domu, a nawet jeśli bywał to tylko na noc, zasnąć na chwilę, z tyłem głowy na ścianie. Na wiele pozwalał. Na wiele pozwałaby. Wiele zrobiłby też, żeby ochronić poszczególne jednostki ze swej grupy, świadomie i podświadomie. Wbrew jego własnego charakteru - bez szaleństwa gniewu, traktował to raczej jako bezwzględną oczywistość.
Na słowa towarzysza zmarszczył lekko czoło i oparł się obiema rękami o stół.
- Kiedy wstaję rano i wiem, co tam się dzieje - zerknął w stronę uchylonego okna. - to wolę się jednak nie oszukiwać. - może nawet kontynuowałby temat, gdyby nie poruszenie sprawy, która bezspornie, stała teraz na szczycie hierarchii ważności.
- Tylko łazienkę. - może gdyby był trochę mniej poważny to uśmiechnąłby się teraz, jak jakaś samotna dziewica, upraszająca bogatego gentlemana o rzecz, zupełnie mu nie przysługującą. Ale nie był więc odsunął się tylko od stołu, zabijając butem na wpół wypalonego papierosa. - chodź.
Łazienka była całkiem duża i nie taka znowu okropna jeśli szło o wygodę przesiadywania w niej. Postawiona na niewielkim taborecie świeczka rozświetlała pomieszczenie przyjemnym, jasno-kremowym kolorem, wypalając się powoli.
- Zostawiłem nam pięć pustych butelek, powinny wystarczyć i nie zwrócić niczyjej uwagi. - zamyślił się na chwilę, stukając cicho palcami w zimną nawierzchnię ściany. - Wyjdziemy jutro o ósmej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: ognisty duet   

Powrót do góry Go down
 
ognisty duet
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Miejsca zamieszkania :: Lewy brzeg :: Panthéon, 9/12-
Skocz do: