IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Lasek Buloński


Share | 
 

 Lasek Buloński

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Lasek Buloński   Nie Lip 03, 2016 2:51 pm



Lasek Buloński

Lasek Buloński jest sporych rozmiarów parkiem usytuowanym wzdłuż 16 dzielnicy Paryża. Charakteryzuje się dużą różnorodnością drzew, wśród których można spotkać dęby, cedry i platany. Oferuje odwiedzającym możliwość spędzenia czasu nad jednym z jezior, stawów czy na brzegu rzeki. Znajduje się tu wiele alejek – zarówno tych węższych, odpowiednich tylko do spacerów, jak i szerszych, na których młodzi ludzie organizują wyścigi rowerowe. Jest to idealne miejsce na przechadzki, pikniki lub romantyczne spotkania. Mało kto zapuszcza się do parku po zmroku, gdyż na przestępców można natknąć się tutaj równie łatwo, co skorzystać z usług prostytutki.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Sob Wrz 03, 2016 7:25 pm

| po spotkaniu z Tobiasem

Nie musiała czytać gazet, aby wiedzieć, że pogoda nie sprzyja długim spacerom. Nie musiała też wysłuchiwać ekspertów pogodowych, aby poczuć, że tegoroczna zima była najchłodniejszą, jaką mogła pamiętać. Surowe oblicze pory roku odbijało się przecież tak wyraźnie w zwałach śniegu, nieustannie spowijających uliczki miasta, wśród zaczerwienionych lic mijanych przechodniów oraz gorących obłoczków pary, które unosiły się w górę z każdym oddechem. Być może próbowałaby sobie wmawiać, że to sprawka samego Boga, który za  pomocą wydychanego powietrza usiłuje zaznać smaku ludzkiego nieszczęścia, nieco zdejmując przy tym ciężar życia pod okupacją z ramion francuskiego narodu. Od pewnego czasu jednak nie znajdywała w sobie siły na poszukiwanie nadziei w naiwnych bajkach. Pomijając już fakt, iż miała pewne pojęcie na temat fizyki oraz podstawowych zjawisk zachodzących w przyrodzie, nie wierzyła też, aby, jeśli jej Bóg istniał, miałby chcieć przejmować się dolą Francuzów.
Czasem sama również wolałaby się nie przejmować.
Ale nadal to robiła. Nawet gdy przez dość cienki płaszcz mróz przypominał o swojej obecności, przeszywając ciało zimnymi podmuchami wiatru, myśli wciąż i wciąż kręciły się wokół jednego, trwając w zamkniętym kole, z którego nie było ucieczki. Szczególnie w obliczu ostatnich doniesień o znalezieniu nieszczęsnego składu broni oraz narastających represjach wobec ludności żydowskiej, o szpiegach czających się wokół i niepewności niepozwalającej zmrużyć oka w nocy. Szata niegdyś wydawała się bezpieczną przystanią, mury klasztoru na tyle grube, aby nie przepuszczać pewnych dźwięków, lecz z każdym dniem zaczynała obawiać się, czy i one wkrótce nie opadną.
Nie mówiła jednak tego na głos. W obliczu tylu zmian, słowa oraz gesty powinny pozostawać niezmienne, aby móc uchwycić się ich w chwili zwątpienia, aby inni mogli odnajdywać wśród nich spokój oraz ukojenie, którego potrzebowali. Habit oraz welon pozostawały więc niezmiennie na swoim miejscu, nawet gdy przechadzała się wąskimi dróżkami Lasku Bulońskiego. Nie wierzyła w mnichowskie rady na temat spokoju ducha płynącego z przebywania wśród natury. Po prostu lubiła to miejsce, przywodziło na myśl wspomnienia lat dziecięcych, beztroskę oraz pewność, że wszystko jest na swoim miejscu.
W pewien sposób tak było przecież teraz - drzewa dalej wrastały w ziemię korzeniami w dół, woda w jeziorze pozostawała lekko zamarznięta, a przechodnie dość niechętnie zatrzymywali się przy ławkach, uciekając przed niskimi temperaturami. Nawet widok Anais Descoteaux pasował do tego miejsca. Może chodziło o jasne włosy współgrające ze śniegiem czającym się tu i ówdzie, a może o delikatną sylwetkę kojarzącą się z czymś ulotnym?
A może pasowała tu tylko powierzchownie, w środku stanowiąc zupełnie przeciwieństwo sielankowych widoków?
- Bonjour. Czy mogę się przysiąść? - zapytała po francusku, zwracając się w stronę kobiety siedzącej na ławce. Nie chciała przeszkadzać, nie wiedziała też, czy obecność siostry jest jej w smak. Nie miała przecież w zwyczaju narzucać się komukolwiek czy zmuszać do rozmowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Pią Wrz 09, 2016 9:55 am

Nie wiem co tutaj robię.
Poranek spędziłam w łóżku, czytając codzienną gazetę i popijając gorącą kawę. Nie miałam większych planów na ten dzień. Może popołudniowe zakupy, może wieczorny kieliszek wina z przyjaciółmi, nic szczególnego.
Nawet nie wiem która jest godzina.
Nagle zdałam sobie sprawę, że siedzę na ławce w parku. Parku, którego drzewa wcale nie wydają się znajome. Mam na sobie płaszcz którego jeszcze nie poznaję - choć podejrzewam, że jest mój - ubrudzony czymś czerwonym u brzegu. Boję się, że to krew, wolę nie sprawdzać. Może jedynie farba, może pozostałość po cieście, lepiej jest się oszukiwać w ten sposób.
Jeśli to krew, pojawi się pytanie czyja. Moja? Nic mnie nie boli, jestem jednak otępiała, może jeszcze nic nie czuję. Co jeśli nie jest moja? Czyja? Przypadkowego przechodnia skatowanego przez gestapo? Przejechanego kota?
Nie pamiętam.
Nie wiem co tutaj robię, nie wiem jak się znalazłam w tym parku, o niewiadomej godzinie. Nie pamiętam dlaczego włożyłam właśnie te rękawiczki, wstyd mi sprawdzić czy pod płaszczem nie znajdę koszuli nocnej. Czuję na nogach pończochy, te eleganckie, wkładane jedynie na wystawne przyjęcia. Widzę na stopach buty nieodpowiednie do tej pogody.
O dziwo, nie przemoczone.
Przyjechałam?
Wpatruję się w bezruchu w przestrzeń, usilnie próbując sobie p r z y p o m n i e ć ostatnie godziny. Co. Gdzie. Z kim. I dlaczego.
Nie potrafię.
Nie jest mi zimno - chociaż pogoda wcale nie zwiastuje nadchodzącej wiosny, nie czuję chłodu. Jedynie otępienie. Może to sen? Realistyczny, pełen szczegółów, ale tylko sen. Obudzę się zaraz nad poranną gazetą. W końcu wszystko zdaje się płynąć. Tonąć w ciszy, kontury zdają się być miękkie jak w filmach Renoira, to musi być sen.
Nawet obecność Lucette, jedynej zakonnicy którą znam, tylko utwierdza mnie w przekonaniu. To jedynie sen. A czym są sny, jak to mówił Freud? Odbiciem wspomnień. Ujawnieniem nieświadomych myśli.
Nie wiem dlaczego w moim śnie miałaby pojawić się akurat ona - ale mnie płaci się za wygłaszanie kwestii przed kamerą, nie analizę każdego wytworu własnej psychiki.
- Dzień dobry. Oczywiście - z pełną kurtuazją przesuwam się nieco, by zrobić jej miejsce na ławce obok siebie. Poprawiam płaszcz, coraz bardziej pewna, że jest mój (guziki wyglądają znajomo, a i kolor bardzo mi się podoba), wciąż nie do końca przekonana czy pod spodem znajdę cokolwiek ponad nocną koszulę - Czy wiesz może która godzina? - pytam i sama dziwie się jak wyraźnie słychać w moim głosie niepokój - Całkowicie straciłam poczucie czasu, a zegarek został w domu - tłumaczę się, starając brzmieć lekko i beztrosko. Popatrz, typowa aktorka, głowy by zapomniała gdyby nie była przytwierdzona na stałe. Taka jestem roztrzepana, taka zabiegana, rozkoszne stworzenie.
To musi być sen, w rzeczywistości zagrałabym znacznie lepiej.
Po raz kolejny, z lekkim zdenerwowanie, poprawiam płaszcz. Jest mój, teraz jestem pewna, to ten ulubiony. Z nieomal niewidocznym szwem przy lewym rękawie. Już nie widzę krwi u brzegu, zaczynam czuć chłód.
Dobrze, że przynajmniej nie zapomniałam rękawiczek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Nie Wrz 11, 2016 5:36 pm

Zdawało jej się, że sama nie potrafi już śnić. Wszelkie mary nocne uciekały wraz z chwilą otwarcia oczu, zalegając gdzieś w kącikach umysłu, niedosięgalne, zupełnie poza zasięgiem. Pozostawały pojedyncze obrazy, urywki zdań pojawiające się i znikające, gdy myśli podążały już w kierunku konkretów. Czasem czuła, że nie miewa snów, że noce wypełnia księżycowa nicość, mamiąca mrzonkami wytchnienia i lepszych, czekających na nią miejsc, rano pozostawiająca po sobie dziwny ciężar głowy oraz pustkę. Wmawiała sobie, że zbyt twardo stąpa po ziemi, aby mieć czas na jakiekolwiek marzenia, że jest zbyt zajęta, aby pamiętać, by upomnieć się o swoją dawkę fantazji czy może raczej urojeń.
A może po prostu bez nadziei nie można mieć żadnych pragnień?
Wiedziała jednak, że w tym braku było coś niewłaściwego, jak złamanie niezapisanej reguły, nietakt w stosunku do rzeczywistości, w jakiej się znajdowała. Zupełnie jak w otaczającej ją scenerii, jak w niej samej, znajdującej się w miejscu, w którym prawdopodobnie być nie powinna. Miała niemalże całkowicie pewność, że swoją obecnością wyrwała Anais z spomiędzy warstw bliżej nieokreślonych myśli, z transu, w który musiała popaść w obliczu samotności. Dlatego dostając ciche przyzwolenie zawahała się nieco, czy aby powinna naruszać przestrzeń kobiety, tak drastycznie ściągając ją przy tym na ziemię, lecz gdy tamta przesunęła się już, wyraźnie robiąc dla niej miejsce, nie miała wyboru. Usiadła więc obok, początkowo z głową zwróconą w stronę zbiornika wodnego, tylko kątem oka dostrzegając ledwie widoczną nerwowość w dłoniach przybranych w eleganckie rękawiczki, poprawiających płaszcz. Sama również, chwilowo jeszcze sparaliżowana swego rodzaju dyskomfortem, wygładziła długi, leżący idealnie prosto habit. Dawała sobie oraz swojej towarzyszce chwilę na uwolnienie się z okowów tej śmiesznej, nieralistycznej atmosfery, która gęstniała wraz kolejnymi kłębami chmur poruszających się po niebie. A przynajmniej tak właśnie sobie wmawiała, czekając na znak, gest ze strony aktorki, który uprawni do włączenia się w senną rzeczywistość, z której obecności jeszcze nie zdawała sobie sprawy.
Lecz powoli zaczynała odczuwać jej obecność, szczególnie, gdy padło pytanie o godzinę. Tak naturalnie proste i banalne, lecz wprawiające w lekkie zakłopotanie, bo Lucette nie miała przecież zegarka, nie zareagowała więc bezwarunkowo, spoglądając na nadgarstek schowany pod warstwą ubrań, a obróciła się w stronę aktorki tłumaczącej już przyczynę swojego zachowania. - Nie wiem, która jest godzina, bo nie mam zegarka - przyznała szczerze, usiłując przy tym wyłowić z odmętów pamięci ostatni ruch wskazówek poruszających się po tarczy w zakrystii. - Ale gdy wychodziłam, było parę minut po dwunastej. Podejrzewam więc, że zbliża się już czternasta - dodała jeszcze, a usta ułożyły się w lekki uśmiech, podczas gdy oczy powątpiewająco błądziły po twarzy kobiety. Coś w jej gestach, wyglądzie nakazywało Lucette kontynuować, jak mogłoby się wydawać, skończony temat. - Ten park ma to do siebie, że czas zdaje się tu nieco przyspieszać - stwierdziła neutralnie, być może podsuwając Decoteaux pewnego rodzaju wyjście. - Szczególnie, gdy ma się zbyt dużo spraw na głowie.
Uśmiech nie schodził z jej ust, ale nie był natarczywy czy przepełniony jakąkolwiek satysfakcją. Nie naciskała, nie wydobywała z innych niczego na siłę. Czasem tylko wyczuwała czający się pod skórą nastrój, emocje przepływające razem z krwią przez żyły. W wypadku Anais ciężko było mówić o bezpośrednim czytaniu, wszak pozostawała blada jak śnieg leżący jeszcze gdzieniegdzie na ziemi. - Dobrze się tu czujesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
cywile
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Pon Wrz 12, 2016 3:00 am

Nie wiem czy nadzieja równa się pragnieniom, czy jedno niezbędne jest drugiemu. Ja pragnę wielu rzeczy. Tych przyziemnych - jak biżuteria, miękkie futra, najlepszy alkohol czy filiżanka herbaty po ciężkim dniu. I tego co najważniejsze. Tej jednej, maleńkiej istotki, która nie da mi spać przez swój płacz, której stópek tupot będzie budził mnie o porach nieprzyzwoitych i której pytania zmuszą mnie do myślenia. Której małe, pulchne rączki będę nieustannie całować, i na którą będę mogła patrzeć całymi godzinami zastanawiając się jak możliwe jest by coś tak cudownego, perfekcyjnego, czystego mogło pojawić się na tym zgniłym świecie.
Pragnę dziecka - ale nie ma we mnie żadnej nadziei, żadnej wiary w to, że kiedyś będę je mieć. Ten świat jest zbyt przeżarty hipokryzją, przegniły do samego jądra.
Zastanawia mnie zawsze o czym marzą kobiety przywdziewające habit. Wiem, że wiara potrafi być potężna i kierować ludzi ku niezrozumiałym ścieżkom, ale co myślą, o czym marzą zanim włożą habit. Lucette, jesteś piękną, młodą dziewczyną. Pewnie niejednemu zawróciłaś w głowie słodkim słówkiem, dlaczego zdecydowałaś się na życie w klasztorze. Nie marzysz marzeń przeciętnej dziewczyny? Dom, mąż, dziecko. Lekarz albo prawnik, biały płot i równy trawnik. Na widok żadnego chłopca twoje serce nie zabiło szybciej, nie tęskniłaś nigdy za żadnym dotykiem?
Co takiego daje ci wiara, czego nie mógł nikt inny, nie wiem.
Czy to spokój?
- Czternasta - powtarzam jak echo. Była chwila po dziewiątej kiedy po raz ostatni spojrzałam na zegarek, nieomal pięć godzin rozpłynęło się we mgle. To cała wieczność. Co robiłam? Gdzie byłam? - Tak, tak - odpowiadam na uwagę o parku, nieco nieobecnie, nie korzystając z awaryjnego wyjścia. Co się ze mną dzieje? - Tutaj? - w końcu przenoszę wzrok z pustki na ciebie. Obraz nieco się wyostrza. To nie sen, zaczynam być tego pewna, to nie sen i czuję chłód. Otępienie ustępuje miejsca… przerażeniu.
Kiedyś uciekały mi tylko minuty. Teraz godziny. Czy będą uciekać też dni? Tygodnie?
- Dobrze - odpowiadam po chwili, ostrożnie, ważąc słowa. Zamilknąć? Tak będzie najlepiej, bo i w czym możesz mi pomóc droga siostro Lucette? Pomodlić się do swojego boga? - Nie pamiętam jak się tu znalazłam. Nie pamiętam większości dzisiejszego poranka - możesz wysłuchać. Bo czy nie słuchasz każdej zagubionej owcy, nie takie jest twoje zadanie? Pewnie wiele sekretów dźwigasz na swoich barkach, dołożę ci swój - Luki w pamięci robią się coraz dłuższe. Przeraża mnie to - przeraża mnie to co skrywa mrok.
Co ujawniają tylko koszmary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Sob Wrz 17, 2016 12:18 pm

Może to habit, a może zwyczajnie przeszłość doprowadziła ją do miejsca, w którym nie było zbyt wiele miejsca na troskę o jakąkolwiek rodzinę; tę straciła przecież dawno temu, gdy z dziecięcego obrazka domu utkanego wątłymi nićmi, zostały wyłącznie trzy drzewka szczęścia ukradzione z parapetu w kuchni, później zresztą rozdane oraz zasadzone w nowych doniczkach, z dala od siebie. Od tamtej chwili jakby przestała rozumieć pojęcie słowa "familia", zapomniała jego prawdziwe znaczenie, sprowadzając do poziomu obowiązku oraz niezbędnych dóbr materialnych. Późniejsze doświadczenia również nie przemawiały za tym, aby zakładanie własnej miało jakikolwiek większy sens; habit nie jako zdawał się podtrzymywać tę myśl, ostatecznie obdzierając ją ze złudzeń.Może był tylko śmiesznym usprawiedliwieniem, a może bezpieczną przystanią w morzu rozchwianego życia, do którego tak często wracała? Albo odpowiedzią na wciąż powracające pytanie "co dalej"?
Nie postrzegała źle samotności. Nie w klasztorze, nie wśród sióstr, które potrafiły zastąpić niemalże wszystkich. Mimo że oficjalnie nie była spokrewniona z żadną z nich, w jakiś dziwny sposób odczuwała łączą ich więź. Całości pokracznego obrazu rodziny dopełniały również dzieci, które, mimo że nie jej, sprawiały, że każdą minutę spędzoną wspólnie postrzegała bardzo prywatnie - próby chóru należały wyłącznie do niej, tę parę godzin w tygodniu zagarniała więc wyłącznie dla siebie, egoistycznie nie dzieląc się z nimi nikim. Czasem więc tylko, gdy przez warstwy snu wyciągała dłoń, aby objąć kogoś ramieniem, a ta cicho opadała w przestrzeń,  budziła się z poczuciem bezsensu oraz niesprawiedliwości losu, jaki włożył jej na głowę welon, który nie był welonem ślubnym.
To wcale nie jest spokój.
Anais również nim nie promieniowała. Z wygładzonej do tej pory, delikatnej twarzy, pod wpływem kolejnych słów pozostaje już niewiele, jak zresztą również z sennej atmosfery, która zdaje się powoli zmieniać w koszmar. Jednak nie jej - ona jest postacią poboczną, przypadkowym rozmówcą, który utrzymuje rozmowę na granicy realności. A przynajmniej chciałaby to robić.
Pokiwała głową, w odpowiedzi na pytanie aktorki. Sama nie wiedziała jeszcze do czego dąży; po omacku błądziła, próbując w jakiś sposób dotrzeć do kobiety. Zachowanie Anais nie było typowe, choć może chodziło wyłącznie o to, że niespodziewanie wyrwała ją z zamyślenia? Kolejne słowa jednak skutecznie przekreśliły to przypuszczenie. Przyjrzała się uważniej Descoteaux, jeszcze nie do końca mając świadomość, co właściwie się dzieje. Nie rozumiała do końca, jak można nie pamiętać tego, co robiło się parę godzin wcześniej. Starała się jednak nie dać tego po sobie poznać, zachowując całkowity spokój. Przynajmniej z pozoru. - Nie jesteś zmęczona, Anais? - zapytała w zamian, najpierw szukając podłoża wszystkiego w banałach. Może przespała cały poranek, może ma na głowie tyle ról, że nie zarejestrowała momentu, w którym opuściła mieszkanie. - Miałaś ostatnio chyba sporo pracy, może powinnaś więcej odpoczywać - zaproponowała, bo choć sen wydawał się najłatwiej dostępnym lekiem, często był też najskuteczniejszy.
- Długo to trwa? - zapytała jeszcze, w końcu dopuszczając również możliwość, że wcale nie musiało chodzić o nawał pracy. Opcji było wiele, nie znała się na medycynie, ale może chodziło o coś więcej niż dobranie odpowiednich ziół? - I jak często?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Nie Lis 06, 2016 1:06 pm

Z łóżka zwlokła się niechętnie, to fakt. Trochę niewyspana, trochę poirytowana dzwoniącym budzikiem i w dalszym ciągu trochę zmęczona. Gdyby to od niej zależało, spałaby znacznie dłużej, ale właśnie dzisiaj Krasny potrzebował kogoś, kto dostarczyłby list do Lasku Bulońskiego – i jako że wchodziło to w zakres jej obowiązków, to właśnie ona miała być osobą, która się tam uda. Jakkolwiek Claire trudno było wygrzebać się z pościeli, w końcu zmusiła się niemal heroicznym wysiłkiem do odsłonięcia zasłon, co miało być pierwszym punktem przy dobudzaniu się. I kiedy pociągnęła za gruby materiał, spotkała ją miła niespodzianka. Co prawda miła dopiero po kilkunastu sekundach, kiedy to jej oczy przyzwyczaiły się do rażącego światła.
Okazało się, że to był całkiem przyjemny dzień. Może nie tak ciepły, jakby tego sobie życzyła, mróz najwyraźniej nie zamierzał ustępować, co zauważyła po lekkim uchyleniu okna, ale przynajmniej słoneczny. Słońce dzisiaj jakoś chętniej wyglądało zza chmur, zachęcająco pieściło promieniami i zupełnie nie można było oprzeć się choć krótkiemu spacerowi. Kurierskie obowiązki nagle wydały się być przyjemnością, a nie przymusem – w obliczu ładnej pogody nabrała nowej energii na wszystko; grymas niechęci momentalnie znikł z jej twarzy, zastąpiony przez lekki uśmiech i błyszczące oczy. Po tak długiej szarudze z radością witała każdy promień słoneczny, których ciepło i blask zawsze wprawiał ją w dobry nastrój. Zdecydowanie należała do tych osób, które nawet w najbardziej upalne letnie dni odwracają głowę w stronę słońca i chodzą najbardziej odsłoniętymi miejscami, podczas gdy inni szukali choć najmniejszego skrawka cienia.
Dlatego też wyjście do Lasku Bulońskiego nosiło wszelkie znamiona beztroskiego wiosennego spaceru. Ubrała się bardziej kolorowo niż zazwyczaj, na jej szaliku pojawiły się kwiatowe motywy, lekki uśmiech zdawał się nie znikać z jej twarzy. Krok Claire wydawał się być bardziej lekki, sprężysty, kiedy kroczyła po parkowej ścieżce na miejsce spotkania. Wokoło było całkiem sporo przechodniów, popołudniowa pora i ładna pogoda zachęcały do tego, żeby wyjść z domu, dlatego nie brakowało tu rodzin z dziećmi, zakochanych par, czy pojedynczych osób, szukających wytchnienia od miasta.
Przekazanie listu poszło sprawnie, więc Claire, by zachować się bardziej naturalnie, postanowiła spędzić w parku jeszcze trochę czasu. Nie mogła nie skorzystać z ładnej pogody, nawet jeśli temperatura w dalszym ciągu nie zachwycała wysokością. Ale to nic, w słońcu nawet było cieplej, więc zachęcona tym faktem, nie zważając na to, że to raczej kiepski pomysł, przysiadła na brzegu jednego ze stawów, wystawiając twarz w kierunku promieni słonecznych i jedną ręką wodząc powoli po tafli wody. Było to przyjemnie odprężające, nawet jeśli dość chłodne doświadczenie.
W pewnym momencie gdzieś koło niej rozległ się wesoły dziecięcy śmiech, więc zwróciła w jego stronę spojrzenie, z zamiarem popatrzenia na zabawy dzieciaków. Jednak w chwili, w której ogarnęła wzrokiem grupkę może góra dziesięcioletnich dzieci, gdzieś w tle za nimi dostrzegła niemiecki mundur. Pewnie nawet nie za bardzo by się nim przejęła, gdyby nie fakt, że rozpoznała osobę w tym mundurze.
Fabien Eberhart.
Jedna z tych osób, których na pewno nie chciała spotkać, kiedy była w cywilu. Natychmiast odwróciła głowę, modląc się, by jej nie zauważył. Starała się wyglądać zupełnie naturalnie, nie przestając dłonią muskać powierzchnię wody, choć palce niemal zupełnie jej skostniały. Postarała się nawet, by włosy przykryły jej twarz, jednocześnie obawiając się, że to właśnie włosy ją zdradzą. Fabien mógł je przecież poznać, to była jedna z bardziej charakterystycznych u niej rzeczy – niby blond, ale jednak trochę rudawe, dość proste, ale jak skręcone przy końcówkach, gęsto spływające jej na ramiona. I rozpuszczone. Zawsze nosiła rozpuszczone włosy, nieważne czy w pracy, czy poza nią.
Niech jej po prostu nie zauważy.
Że też zachciało jej się tu przysiąść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Nie Lis 06, 2016 7:24 pm

Drobne, przeźroczyste kropelki rosy – malutkie i niewinne jak łzy dziecka – osiadły na skórze wyglansowanych oficerek, pobłyskując w promieniach słońca jak płynne złoto. W ich wilgotnej ulotności tkwiło coś poetyckiego – wielka szkoda, że poetyckie oznacza mniej więcej tyle, co bezsensowne.
Wystarczyło jedno, ciężkie tąpnięcie, żeby krople opadły na żwirową ścieżkę, natychmiast znikając pośród dziesiątek małych kamyków. Zbrodnia na poetyckości została jedynie umocniona obojętną bezwzględnością, z jaką Fabien powtórzył czynność – tym razem prawym butem. Głuche, stłumione tąpnięcie rozmyło się pośród odległego śmiechu gromadki dzieci i nawoływania ich matki; choć panował tu pozorny spokój, była to jedynie imitacja beztroskiego szczęścia, którego nic nie mąciło równie skutecznie, co widok niemieckiego munduru. Spojrzenia mijanych Francuzów – te naprędce rzucane, płoche zerknięcia, które natychmiast, z jawnym przestrachem umykały w drugą stronę – zdawały się mówić czego tutaj szukasz? Czego chcesz?, jak gdyby Lasek Buloński miał być skrawkiem świata, w którym nie ma wojny, okupacji, żołnierzy, broni, prześladowań i śmierci.
Nic bardziej mylnego.
Pośród połaci zieleni pierwsze, niepewne kroki stawiała wiosna, bezwstydna i rozpasana. Każda gałązka zdawała się nabrzmiewać nadchodzącą porą roku – szkoda tylko, że z zapachem budzącej się do życia natury miesza się woń pasty do butów i żeliwnego smaru. Woń wyglansowanych oficerek i gotowej do oddania strzału broni. Wrażenia tej nienamacalnej, lecz jak najbardziej realnej groźby nie były w stanie umniejszyć ani promienie słońca, które przebijały się przez ogołocone z liści korony drzew, ani beztroskie echo dziecięcego śmiechu, milknące dopiero wtedy, gdy głos matki zakłóci ich słodką dysharmonię.
Fabien zadawał się nie zauważać żadnej z tych rzeczy; umykał mu pierwszy oddech wiosny, szczęście obcych ludzi, niepewne pocałunki słońca na pobladłej twarzy, nawet na odrobinę uwagi nie zasługiwała rozkrzyczana grupka chłopców, przed których radością Eberhart chciał ukryć się za mundurem SS-mana – zupełnie jakby jedno, krótkie spojrzenie w ich stronę oznaczało zerwanie ledwie zasklepionego strupa,  narażenie się na kolejną falę gorzkiego rozczarowania, autodestrukcję w najczystszej postaci.
Jedno, krótkie spojrzenie, w trakcie którego mógłby dostrzec twarz nienarodzonego syna.
Uparcie nie odrywał wzroku od błyszczącej w promieniach słońca tafli, w której rozbłyskał również tkwiła niewysłowiona, choć banalna poetyckość – z tą nie mógł poradzić sobie równie prędko, co z kropelkami rosy, w milczeniu znosił więc trywialną urokliwość słonecznego, wiosennego dnia, po kilkunastu krokach zostawiając za sobą grupkę dzieci z ich śmiechem, beztroską i żywotnością. Długie, żołnierskie tąpnięcia znacznie spowolniły, przez co Eberhart mógłby – gdyby nie mundur – uchodzić za zwykłego spacerowicza, który zapragnął zaczerpnąć świeżego powietrza, zażyć trochę ruchu i…
Krótkie, choć ostre gwizdnięcie rozerwało kurtynę ciszy tylko po to, by rozwiać się na lżejszym podmuchu wiatru i by ledwie moment później przywołać kolejną katatonię dźwięków; równomierne, głuche uderzenia rozchodziły się echem na podmokłej glebie i ginęły pośród wilgotnej trawy, która ustępowała pod kolejnymi, długimi susami. Po prawej stronie, tuż na linii drzew, rozległo się prędkie, krótkie dyszenie, do którego dopiero po chwili dołączył sprawca zamieszania – upaprany zaskakującą kompozycją drobin błota, rzęsy wodnej, listków i źdźbeł trawy.
- Gdzie byłeś? – pytanie – jak zwykle – nie spotkało się z entuzjastyczną odpowiedzią, jeśli nie liczyć czterech, wahadłowych machnięć ogonem. Eberhart wydał z siebie coś na wzór przesyconego dezaprobatą westchnienia, z metalicznym szczękiem zapinając psa na krótkiej, skórzanej smyczy. Owczarek ponownie merdnął ogonem, ale tego Fabien nie zauważył – nie mógł zauważyć, wpatrując się w aż nazbyt dobrze znaną sylwetkę, która przycupnęła nad brzegiem jeziora. Zdradziły ją włosy – te charakterystyczne, długie pasma, wiecznie rozpuszczone, wiecznie w lekkim, kontrolowanym nieładzie, który lubił pogłębiać własnym dotykiem. Gdyby nie chodziło o nią, udałby, że jej nie zauważył – byłoby to prostsze od skierowania kroków nad brzeg, co zresztą uczynił mimowolnie, wiedziony ciekawością i… przekorą?
Dianne go nie dostrzegła lub usilnie starała się sprawiać takie wrażenie; dopiero teraz zauważył notoryczność, z jaką mąciła taflę wody i pozorną obojętność zupełnie przypadkowej dziewczyny, którą na cel obrał sobie przypadkowy Niemiec.
Jak długo miała zamiar udawać, że to prawda?
- Ein herrlicher Tag, nicht wahr? – zatrzymał się za jej plecami, zachowując odległość dwóch, dwóch i pół kroku; to samo uczynił pies, na krótkie, stanowcze siad zajmując miejsce tuż obok błyszczącego oficerka. – Nie sądziłem, że znajdujesz czas na spacery.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Wto Lis 08, 2016 12:11 am

Park był przyjemny. Powoli wypełniający się kojącą zielenią, pełen odprężającego szumu, przepełniony wolnym od zmartwień spokojem. W Lasku Bulońskim łatwo zapomnieć o tym, że jest się w Paryżu i chyba właśnie dlatego Claire tak go lubiła. Uwalniał od miasta oraz codziennych obowiązków, dawał chwilę wytchnienia od zmartwień i ciężaru codzienności – idealny sprzymierzeniec dla kogoś, kto stara się uciec od ponurej rzeczywistości. Odnosiła wrażenie, że wśród parkowych alejek jest bardziej anonimowa niż na jednej z zatłoczonych ulic; tutaj nie wydawało jej się, że każdy kolejny przechodzień patrzy na nią z rezerwą, jakby to, czym się zajmowała, by na siebie zarobić, miała wypisane na twarzy. Była po prostu jedną z wielu obywatelek Paryża, zwykła, szara, niemal zwyczajna – do tego złudzenia miała największą słabość i najchętniej chodziła tylko do miejsc, które mogły jej to złudzenie zapewnić. Niestety, mogła je policzyć na palcach jednej ręki. We wszystkich innych spotykała swoich klientów, którzy albo udawali, że jej nie zauważają albo obdarzali ją lekkimi uśmiechami, co nigdy nie było dla niej przyjemnym doświadczeniem, nawet jeśli i ona odpowiadała uśmiechem, a jego adresat nie zapisał się źle w jej pamięci.
Pomimo swojej początkowej niechęci zwleczenia się z łóżka, cieszyła się, że dostarczenie tego listu wyciągnęło ją z domu na tak miłą pogodę, którą w innym wypadku mogłaby zwyczajnie przespać. Nieczęsto zdarzało, że spała do późnych godzin popołudniowych, ale czuła, że dzisiaj mógł być ten dzień. Teraz jednak nie sen, a słońce dostarczy jej energii na cały wieczór i była pewna, że w zupełności jej to wystarczy. Rześkie powietrze i łowienie promieni słonecznych działały na nią lepiej niż najmocniejsza kawa – jej w pełni rozbudzoną twarz ozdabiały dwa delikatne rumieńce na policzkach i uśmiech, których nie przywołałby nawet najlepszy poranny napój. Nawet chłód nie wydawał się Claire być jakoś szczególnie dokuczliwy, pomimo tego, że przecież nurzała rękę w wodzie jeszcze nieco chłodniejszej od powietrza. Wszystko było tak przyjemne, codzienność nagle tak rozmyta, a świat wokoło tak kolorowy, że czuła, iż mogłaby tu bez problemu spędzić parę godzin, aż do zachodu słońca, do momentu, w którym już na pewno będzie musiała ruszyć w stronę One-Two-Two.
Do czasu.
Widok Fabiena zupełnie ją rozproszył, choć przecież teoretycznie mogła go potraktować tak samo obojętnie jak każdego innego kochanka spotkanego przypadkiem na ulicy. Ale jego nie potrafiła tak potraktować. Był zbyt wyrazisty, za bardzo wyróżniał się na tle wszystkich innych klientów – nie tylko ze względu na swoją rangę w wojsku, ale również z powodu emocji, jakie w niej wywoływał nieświadomie i te, które wydobywał z niej celowo. A poza tym… był jedną z ostatnich osób, które posądziłaby o spacery w parku. Co tu robił? Z jakiego powodu postanowił przyjść właśnie tutaj? Czyżby praca? Claire poczuła nieprzyjemną gulę w środku. Szukał członków Ruchu Oporu? Ktoś dał mu cynk o spotkaniu? Szukał jej? Cały swój wysiłek wkładała w to, by zachowywać się zupełnie obojętnie, jednocześnie modląc się o to, by zyskać niespodziewaną umiejętność całkowitego wtopienia się w otoczenie, zniknąć znienacka z jego oczu.
Ale chyba zapędzała się z myślami. Teoretycznie przecież mógł tu przebywać na spacerze. Może wraz z towarzyszami z wojska, może przybył ktoś ważny z Berlina, a może po prostu ma chwilowo dość zgiełku miasta? Możliwe, że zupełnie nie zwróci na nią uwagi albo po prostu odejdzie, rzucając jej jedno krótkie spojrzenie, którego ona i tak nie zauważy. To możliwe. Powinna wierzyć w jego profesjonalizm.
Nagle zupełnie przestała słyszeć szum drzew, śpiew okolicznych ptaków i śmiech bawiących się w pobliżu dzieci, nasłuchiwała tylko ciężkiego, żołnierskiego kroku. Prawie podskoczyła w miejscu, kiedy usłyszała głośny gwizd, a chwilę później odgłos długich susów, jakie mogły pochodzić tylko od psa. Przyszedł na spacer z psem? Claire starała się odgonić z głowy myśli, że jest w służbowej sprawie i właśnie kogoś ściga, a już na pewno nie chciała myśleć o tym, że ją; że list jakimś cudem znalazł się w jego rękach, a pies teraz zdradzi mu, że na papierze był jej zapach. Próbowała zmusić się do myślenia, że za chwilę pewnie spokojnie ją minie, ale odgłos kroków nieubłagalnie stawał się coraz głośniejszy, coraz bliższy, zupełnie jakby… jakby szedł w jej kierunku. Jej ruchy stały się jeszcze bardziej sztywne, mechaniczne i pewnie nie miały w sobie zbyt wiele z naturalności. Z trudem przełknęła ślinę, kiedy za jej plecami rozległ się głos Fabiena, właśnie jego, a nie jakimś cudem jakiegokolwiek innego przechodnia.
Tylko spokojnie.
Och, panie Eberhart, dzień dobry – przywitała się uprzejmie z lekkim uśmiechem na twarzy i wyrazem łagodnego zaskoczenia. Przynajmniej nad twarzą potrafiła zapanować. – Tak, jest bardzo ładny, chyba pierwszy tak ładny w tym roku – przyznała pogodnie, całkowicie szczerze i nie do końca w stylu Dianne. I po francusku, kiedy mogła, unikała mówienia po niemiecku, w którym nie była znowu aż tak biegła. Starała się wyglądać dość swobodnie, ale pewnie zupełnie jej to nie wyszło – jedyne, o czym była w stanie myśleć, to to, czy robiłby takie uprzejme wstępy, gdyby chciał ją aresztować. Pies jednak nie wykazywał żadnego objawy, świadczącego o tym, że był na kogoś tropie, a tym bardziej, że znalazł źródło zapachu. To chyba dobry znak?
Zaraz po kolejnych słowach Niemca uśmiech dziewczyny nieco zbladł; ostatecznie udało jej się zatrzymać go na ustach, ale nie była pewna, czy udało jej się ukryć fakt, że słowa mężczyzny ją zabolały. Zupełnie jakby prostytutki nie własnego życia poza burdelem, a jedyne, co w życiu robiły, to czekały na następnego klienta, w międzyczasie strojąc się w skąpe ciuszki.
Każdy potrzebuje chwili wolnego czasu – odpowiedziała mu dość pustym, ale nadal przyjaźnie brzmiącym głosem. Nie podniosła się z ziemi, jakby nakazywała grzeczność. W dalszym ciągu patrzyła na niego z dołu. Jakby zakładała, że przecież za chwilę i tak pójdzie, wstawanie jest więc zupełnie nieopłacalne. Cicho liczyła na to, by okazało się to być prawdą. Powtarzając sobie, że musi wypaść naturalnie, zwróciła spojrzenie na towarzyszącego mu psa, na którego przecież nie mogłaby nie zawrócić uwagi nawet jako Dianne. Był mokry i trochę ubłocony, ale wyglądał raczej miło, w przeciwieństwie do swojego właściciela. Ten grymas pogardy chyba naprawdę nigdy nie schodził Fabienowi z ust.
Witaj, przyjacielu – zwróciła się do zwierzęcia, korzystając ze znajomości niemieckiego, skoro mężczyzna w tym języku wydawał mu polecenia. Rozmowa z Niemcem a z niemieckim psem to zupełnie dwie różne sprawy. – Widzę, że też miałeś dobry dzień? – zapytała z uśmiechem, wyciągając w jego stronę rękę. Pies zamerdał ogonem i pochylił lekko głowę, jakby chciał podejść, ale wzrok skierował na swojego pana, wyraźnie czekając na pozwolenie. I Claire na nie czekała, rzucając Fabienowi krótkie, niepewne spojrzenie.
Może nie będzie chciał tracić czasu na głupoty i zabierze za chwilę psa ze sobą?
Teraz po głowie dziewczyny zaczęły chodzić jeszcze inne myśli. Eberhart nie powinien tu z nią stać i rozmawiać, nie powinien zagadywać, nie powinien poznawać Claire. Dla niego zawsze miała pozostać Dianne.
Och, niech już sobie idzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Sob Lis 12, 2016 2:21 pm

Nigdy nie potrafił docenić walorów matki natury. Dywagacje na temat kształtu chmur, błękitu nieba i intensywnej zieleni trawy wydawały mu się równie próżne i uwłaczające, co niezobowiązujące (choć czasami niestety konieczne) rozmowy o pogodzie. Strzępienie języka po próżnicy, marnotrawienie cennego czasu na podziwianie zachodów słońca, wzdychanie z rozkoszą na widok świergolącego na pobliskim drzewie słowika – wszystko to było jak wymierzanie siarczystego policzka racjonalizmowi, którego Fabien z taką zapalczywością hołubił. Nie lubił, nie potrafił zrozumieć ludzi – a co za tym idzie, w tym i własnej żony – potrafiących całe godziny wpatrywać się w krajobraz, pogodę za oknem, martwą naturę lub kwitnące ogrody. Był człowiekiem czynu i jak każdy człowiek czynu zwyczajnie nie akceptował bierności, choć jakaś część jego umysłu mimowolnie rejestrowała otaczającą go naturę z jej drzewami, sadzawkami i słońcem przeświecającym przez pozbawione liści konary. Pojmowanie przez Fabiena rzeczywistości było procesem odbywającym się gdzieś na samych rubieżach świadomości; siedząc w cichym, przesyconym milczeniem mieszkaniu, bez problemów rejestrował dźwięki. Słyszał, jak biegnącą w dół ulicą przemyka ze szmerem opon samochód, słyszał, że szczekają za nim psy. Słyszał, że ktoś – być może sąsiad z góry – gra na harmonijce i mimowolnie zauważał, że nie jest to pełna melodia, a tylko proste gamy, powtarzane pozornie bez zmian. Na swój sposób podobały mu się te dźwięki, choć przecież nie przywiązywał do nich żadnej uwagi, tak, jak słyszał, choć nie zapamiętywał kroków na schodach i metalicznego dźwięku kluczyków, które Langbein wsuwał w zamek drzwi. Pojmowanie rzeczywistości było czymś robionym od niechcenia, choć Fabien był pewien, że gdyby tylko zabrakło jednego z tych zwyczajowych dźwięków, jak choćby dobiegającego zza ściany, niewyraźnego głosu spikera w radiu, natychmiast by to zauważył.
Nie łudził się jednak, że walory natury – mało istotne, jak bardzo urokliwe – zapewnią mu ucieczkę od ponurej, szarej rzeczywistości. Nie było to możliwe z dość prostego, na swój sposób ironicznego powodu: Eberhart był częścią tej rzeczywistości. To on nadawał światu posępności, był nierozerwalnym elementem czarno-białego, pozbawionego radości obrazu, elementem o tyle szkodliwym, że pod ciężkimi, podbitymi podeszwami tłumił każdy przejaw kolorytu. Skoro więc ucieczka nie była możliwa, nie pozostało mu nic innego, jak akceptacja tego stanu rzeczy  - pogodzenie się z rolą, jaką przyszło Fabienowi odgrywać, było dla niego znacznie łatwiejsze niż podziwianie urokliwej przyrody.
W jego zadaniu tkwiła przynajmniej jakaś celowość – świat, a już w szczególności świat klękający przed potęgą Trzeciej Rzeszy, był jak dobrze zakonserwowany czołg. Liczył się każdy trybik, każda dobrze naoliwiona śrubka, każdy, nawet najdrobniejszy element wielkiego, potężnego mechanizmu, którego zadaniem był podbój, a nie…
Podziwianie natury, mało istotne, jak radosnej i niosącej nadzieję.
W Paryżu w chwilo obecnej nie było dwóch osób, które różniłyby się od siebie równie mocno, co Fabien i Dianne. Dwa odmienne bieguny, dwa całkowicie różne żywioły, dwoje ludzi, których nie łączyło nic poza tymi nocami, gdy łączyło ich prawie wszystko – a już w szczególności intratny układ, jaki wykreowali w zacisznych, intymnych ścianach One-Two-Two. Mogłoby się wydawać, że poza klubem nie powinni nawet zauważać swojego istnienia, że w świetle dnia granice pomiędzy światami, w których żyli, stawały się zbyt dosadne i namacalne, aby można było je przekraczać.
A jednak Fabien stał tutaj, nad brzegiem jeziora w Lasku Bulońskim, stał i wpatrywał się w dziewczynę, z którą oficjalnie nie miał zupełnie nic wspólnego, która w tym miejscu i o tym czasie była wyłącznie przypadkową osobą nad przypadkowym brzegiem całkowicie przypadkowego jeziora.
Czy wiedział, jaką reakcję obudziło w niej samo jego pojawienie się? Czy wiedział, że sama jego obecność była dla dziewczyny siarczystym policzkiem wymierzonym w poczucie bezpieczeństwa, ulatniającą się jak z przebitego balonika radość i w pewien sposób także w dumę? Chyba zaczął się domyślać – musiał zacząć się domyślać, gdy dostrzegł nienaturalną sztywność jej ruchów, które przez krótki moment zdradzały jej prawdziwe uczucia i których nie mogła w pełni skryć za pozorami radości oraz przyjaznego zaskoczenia.
Na swój sposób ją rozumiał. Przejawiany w jego obecności strach zdołał mu na swój sposób spowszednieć – przyzwyczaił się do niego tak, jak ludzie przyzwyczajają się do szumu lodówki, kapiącego kranu lub drobnej plamki na ścianie. Nie zamierzał winić jej za taką a nie inną reakcję, na dobrą sprawę nawet docenił jej starania, dzięki którym zdołała ukryć swoje obawy za maską – udawała, po raz pierwszy w obecności Fabiena robiąc to całkowicie nieodpłatnie.
To na swój szalony, niepoprawny sposób miłe, choć w żadnym stopniu nie poprawiło sytuacji, w której aktualnie się znajdowała.
- Miejmy nadzieję, że kwiecień będzie pogodniejszy – to naprawdę się działo: rozmawiał z nią o pogodzie, drążył ten znienawidzony, pogardzany przez siebie temat i zachowywał pozory uprzejmości tylko po to, by…
Właściwie, po co?
Nie musiał zdobywać jej sympatii, nawet mu na tym nie zależało. Nie powinien tracić na Dianne więcej czasu, niż nakazywałyby tego okoliczności – na dobrą sprawę właśnie w tym momencie powinni się pożegnać i ruszyć w swoje strony, by w przyszłym tygodniu jak gdyby nigdy nic spotkać się w One-Two-Two.
Jednak Fabien Eberhart nie byłby sobą, gdyby zrezygnował z tych kilku przyjemnych momentów władzy absolutnej. Nie był typem żołnierza, który syci się swoją przewagą na każdym polu przy każdej możliwej okazji, lecz przecież ta konkretna okazja mogła nigdy się nie powtórzyć. Stał przecież nad dziewczyną, która przez tyle czasu karmiła go słodkimi kłamstwami na temat swojego imienia, tożsamości, prawdziwego charakteru – i choć przełykał jej drobne łgarstwa bez namysłu, teraz mógł to zmienić.
Mógł zdobyć nad nią miażdżącą, bezwzględną przewagę, co okazało się znacznie bardziej kuszące od powrotu do nużących obowiązków.
- Naturalnie, nie ma niczego lepszego od regeneracji sił na świeżym powietrzu – mówiąc to, także się uśmiechał. Grymas rozbawienia wtargnął na jego usta ze zdumiewającą naturalnością, a Fabien nawet nie starał się go powstrzymać. Na swój sposób Eberharta bawił kolejny przytyk w stronę zajęcia, którym parała się Dianne – celował w jej szlachetny zawód z pełną świadomością, doskonale przy tym wiedząc, że dziewczyna z uśmiechem musi przełknąć gorzką pigułkę, którą podsuwał jej pod usta. Musiał to robić? Skądże.
Chciał? Jak najbardziej.
- Wabi się Berti – niespodziewanym ratunkiem dla Dianne okazał się pies, przez cały ten czas wiernie warujący tuż przy nodze Fabiena. Eberhart uniósł nieznacznie brwi, obserwując, jak dziewczyna wyciąga w stronę owczarka dłoń. Wolał nie wspominać na głos, że ledwie tydzień temu Berti odgryzł rękę dziewięciolatkowi. To byłoby wysoce nierozsądne biorąc pod uwagę, że pies reagował na strach jak na króliki – dopadał i przegryzał gardło.
- Ruhig – wystarczyło jedno, lekkie skinięcie głową, by owczarek powoli podniósł się z siadu i podszedł do dziewczyny, merdając statycznie ogonem. Fabien w milczeniu obserwował, jak pies zbliża się do Dianne, by w końcu znaleźć się tuż przy jej nogach.
Idealnie.
- A teraz poproszę o dokumenty. Tylko powoli, nie chcemy, żeby Berti pomyślał, że sięgasz po broń – gdyby już nie uśmiechał się z jawnym rozbawieniem, najpewniej zrobiłby to właśnie teraz – pies, poza ewidentnym ocieplaniem wizerunku, przydatny był jeszcze w jednym: to niezastąpiony środek prewencyjny, z którym ciężko się spierać. Zwłaszcza, jeśli od jego pyska dzielą człowieka centymetry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Sro Lis 16, 2016 12:27 am

To naprawdę przerażające, jak jedna osoba, tylko pojawiając się w zasięgu wzroku, potrafi zabić wszystkie pozytywne uczucia. Znika radość, wesołość i dobre samopoczucia; pojawia się za to strach i niepewność, dusząca obawa i nieznośne w każdej sekundzie oczekiwanie na najgorsze. Fabien Eberhart znajdował się w ścisłej czołówce osób, które wywołują u niej podobne uczucia. Był okropny, nawet jeśli wydawało się, że stara się być miły. Nigdy nie był, to tylko celowe zabiegi mające mu pomóc osiągnąć zamierzony cel, już dawno się o tym przekonała. Zawsze tak samo staranny, metodyczny i konsekwentny, poczynając w ogóle od tego, że  w One-Two-Two przychodził tylko do niej, usuwając sobie przeszkody na drodze ku temu, kończąc na tym, z upodobaniem sprawiał, że przy nim czuła się nie osobą, a prawdziwie zakupionym przedmiotem do użytku własnego. Aż nadto musiała go oglądać w pracy, naprawdę nie potrzebowała jeszcze oglądać go w ciągu dnia. W jego środowisku. Przychodząc do lupanaru siłą rzeczy był nieco innym sobą, wyzbytym chociażby obowiązków pełnionej na co dzień funkcji. Claire pomyślała kiedyś, że nie chciałaby spotkać go w blasku dnia, bo mógłby skutecznie sprowadzić na nią chmury.
Następnym razem powinna uważać na swoje myśli.
Dawno, naprawdę dawno tak żarliwie się nie modliła. Głównie o to, by Fabien do niej nie podchodził, a kiedy już podszedł, to by jak najszybciej sobie poszedł. By nie zasłonił jej słońca i nie sprowadził deszczu. Jej modlitwy znów nie zostały wysłuchane, nie powinna nawet być tym faktem zdziwiona. Miłe rzeczy przytrafiały się jej rzadko. Również i dziś nie była pora na jedną z nich. Zamiast tego dostała znienawidzonego wojskowego z psem. Przyszedł tu na spacer? W dalszym ciągu nie potrafiła zgadnąć, co takiego tu robi.
Bo na pewno nie jest tu po to, by porozmawiać z nią po pogodzie.
Zima była naprawdę sroga, może wiosna i lato nam to wynagrodzą – ośmieliła się na pogodne przypuszczenie, nie dowierzając, że ciągną właśnie ten temat. Z Fabienem Eberhartem. Gdyby komuś zwierzała się ze spotkań z nim, z pewnością nie omieszkałaby pominąć takiego smaczku. To musiało mieć swoje drugie dno, Fabien nie mógł tak po prostu tu przyjść i tak niezobowiązująco z nią rozmawiać, nie on, na pewno… Może jednak śledził tu członków Ruchu Oporu? Serce mocniej jej zabiło, ale nie dała tego po sobie poznać. Dalej wymuszała uśmiech, goszczący na jej ustach nawet wtedy, kiedy mężczyzna, bardzo w swoim stylu, zrobił delikatną uwagę do jej zawodu. Nie pozwoli jej zapomnieć.
Oczywiście, bywają ciężkie wieczory – odpowiedziała nie tracąc rezonu i postanawiając nie dać mu satysfakcji z kolejnego upokorzenia. Owszem, jest prostytutką, zawód jak każdy inny, prawda? Właśnie takie podejście miał teraz w niej zauważyć. Nie będzie górą, nie tym razem, nie tutaj. – Świeże powietrze zawsze dobrze robi. Szczególnie kiedy pracuje się w zamkniętym pomieszczeniu. – Może mówiła o sobie, może o nim, kto wie? W końcu sam teraz jest z psem w parku i, być może, miała taką nadzieję, zupełnie nie z obowiązku wynikającego z wykonywanej pracy, a raczej chęci chwilowego odpoczęcia od niej, jakkolwiek niedorzecznie w kontekście Eberharta to nie brzmi.
Choć właściwie powinna, zupełnie nie pomyślała o tym, jakie ten uroczy owczarek obowiązki może wykonywać na co dzień. Wyglądał sympatycznie, czego chcieć więcej? Zupełnie bez strachu wyciągała w jego kierunku rękę. I uśmiechnęła się szerzej, również do Fabiena, kiedy pies dostał pozwolenie na podejście do niej. Dłoń dziewczyny niemal natychmiast zanurzyła w dość wilgotnym i gdzieniegdzie ubłoconym futrze, głaszcząc je z prawdziwą przyjemnością. Bertiemu chyba również się to podobało.
Piękny jesteś – poinformowała go wesoło, głaszcząc dla odmiany psi grzbiet. Ale jej wesołość wyparowała już parę sekund później, tuż po słowach Eberharta, który znów idealnie zabił wszystkie pozytywne emocje. I zostawił strach. Claire wyraźnie zbladła na twarzy, uśmiech gdzieś wyparował, ale starała się nie przestawać głaskać psa. Jednak już wolniej i mniej chętnie, kiedy mężczyzna zwrócił uwagę, że powinna na Bertiego uważać.
Nie mogła dać mu swoich dokumentów. Nie mogła i już. Nie dostanie ich, nie może, nie on. Nie powinien się dowiadywać, że jest Claire, nie Dianne, ta wiedza jest dla niego zakazana, czemu o to pyta, nie powinien, dlaczego nie może zostawić ich znajomości takiej, jaką była do tego pory, dlaczego chce to zniszczyć, dlaczego znowu chce ją dobić, dałby spokój, choć w tej jednej sprawie, niechokażeserce.
Zapomniałam dokumentów – powiedziała martwo, naiwnie licząc, że to załatwi sprawę. Skuliła się, pochylając głowę, jakby chciała się schować za siedzącym tuż przed nią psem. Kiedy siedziała skurczona na ziemi, był od niej nawet wyższy, może jej się uda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Pon Gru 05, 2016 1:39 pm

W ich relacji istniała niewspółmierność, której w żaden sposób nie potrafił przezwyciężyć.
Mógł posiadać umiejętność budzenia ludzkiej niechęci, mógł zmieszać kogoś z błotem, a potem go podnieść i poprawić ciosem poniżej pasa, mógł obdzierać innych z radości życia, lecz do tej pory nie udało mu się jedno.
Nie obdarł Dianne z jej tajemnicy.
Nawet przez moment nie wierzył w obraz, który reprezentowała od jego pierwszego dnia w One-Two-Two. Akceptował to, co podawała mu na tacy wraz ze swym ciałem i wszystkimi kłamstewkami szeptanymi do ucha, jednak nigdy nie potrafił wyzbyć się wrodzonego krytycyzmu – nawet w domu uciech. Choć Dianne udatnie odgrywała rolę, jaka przypadła jej w udziale, Eberhart doszukiwał się w niej czegoś ponad to, co ofiarowała w cenniku usług. Nie wierzył w to niedorzeczne imię, w jej obojętną swobodę, w głos, który – choć okraszony szczerością i przekonaniem – był wyłącznie kolejną maską, jaką musiała zakładać z chwilą przekroczenia progu miejsca pracy. Nie zamierzał dopisywać do jej losów szlachetności, nie chciał poznać historii, przez którą znalazła się tam, gdzie była, nie próbował zadawać pytań – on był klientem, ona pracownicą, pomimo wielu wad Fabien potrafił uszanować ten podział ról i ani razu nie przekroczył cienkiej, drażliwej granicy, wiedząc, że po zburzeniu muru najpewniej musiałby zrezygnować z usług Dianne.
Jednak wszystkie te zasady dotyczyły One-Two-Two. Obowiązywały w One-Two-Two. I poza One-Two-Two traciły na jakiejkolwiek mocy sprawczej.
Tutaj, w Lasku Bulońskim, ich relacja ulegała oczywistemu wypaczeniu. Tak, jak ona nie zjawiła się tu po to, by oferować innym swoje ciało, tak on nie zamierzał tego ciała kupować. Spotkali się na zupełnie neutralnym gruncie, w którym Dianne była zwykłą dziewczyną, a Fabien…
Fabien był po prostu sobą – wraz ze wszystkimi przywarami, zaletami oraz władzą, która w One-Two-Two nie miała większego znaczenia, ale tutaj – tutaj była wszystkim. Mógł napawać się nią bezgranicznie i bezgranicznie wykorzystywać, gdyby tylko miała zajść taka potrzeba.
- Pogoda potrafi mocno namieszać – w jego głosie pobrzmiewało coś, co z pewną dozą ostrożności można było wziąć za znużenie. Zupełnie jakby wymieniał się opiniami z dawną znajomą, z którą łączą go szkolne lata i kilka neutralnych, zatartych w pamięci wspomnień. Być może chciał ukrócić tym drążenie tematu, który – prawdę powiedziawszy – naprawdę wywoływał znużenie. Eberhart nie był meteorologiem i traktował pogodę w kategoriach wsparcia bądź przeszkody w trakcie działań wojennych. Wytyczne, którymi kierował się w ocenie, były pragmatyczne, proste, po żołniersku krótkie: mróz i śnieg – złe. Słońce za plecami – dobre. Ulewne deszcze – dobre bądź złe, zależy, na którym brzegu rzeki stoimy.
Nie wydawało mu się jednak, by Dianne podobnie oceniała warunki atmosferyczne.
- Praca fizyczna potrafi być wyczerpująca – znów, po raz kolejny ten błysk jadowitej przekory w oczach, zupełnie jakby uderzające w nią słowa wywoływały jego szczerą satysfakcję. Nie traktował zajęcia prostytutki jako czegoś zwykłego – sprzedawanie własnego ciała mogło być najstarszym fachem świata, nie oznaczało to jednak, że stało się tym samym społecznie akceptowalne lub, o zgrozo, wymagające jakiegokolwiek współczucia. Kurwa zawsze będzie kurwą, jak mawiał Eberhart senior i były to jedne z niewielu słów, z którymi zgadzał się jego syn.
Wzrok Fabiena na krótki moment przesunął się po dziwnie opustoszałej ścieżce – najwyraźniej co bardziej przezorni mieszkańcy uznali, że nie warto ryzykować napatoczeniem się pod buty niemieckiego żołnierza, a gdy któryś z nich posiadał dość wyobraźni, mógł nawet obdarzyć Dianne w myślach mianem kolaborantki.
W końcu było to bardziej prawdopodobne od niezobowiązującej pogawędki o pogodzie.
Przez chwilę mogło wydawać się, że wszystko będzie w porządku, że Eberhart przywoła do siebie psa i wróci do własnych obowiązków, że Dianne zaczeka, aż Fabien oddali się wystarczająco, by samej ruszyć w przeciwną stronę, że wkrótce oboje zepchną to przypadkowe spotkanie w niepamięć i przy kolejnej okazji będą zachowywać się tak, jak gdyby wcale nie miało miejsca.
Jednak ledwie moment później dziewczyna brutalnie przekonała się, że jej nadzieje jeszcze nigdy nie były tak złudne.
- Zapomniałaś dokumentów – powtórzył za nią niemal mechanicznie, nawet na moment nie wyzbywając się przy tym nieruchomego, chłodnego spojrzenia, które zastygło na niej jak prehistoryczny owad w bursztynie. W jego głosie – choć mogło to być wyjątkowo udatne złudzenie – rozbrzmiało coś na wyraz szczerej troski, zupełnie jakby te dwa słowa sprawiły mu wyjątkową przykrość.
Dobre sobie.
Postawił w jej stronę kolejny krok, obdzierając ich tym samym z pozorów zwyczajnej, uprzejmej pogawędki. Wcześniejsza rozmowa o pogodzie wydawała się ledwie preludium do właściwej części spektaklu, który właśnie się rozpoczynał – od sceny, gdy Eberhart staje tuż nad Dianne i cichym, znużonym głosem wypowiada rozkaz, na który reaguje również pies, choć przecież nie do niego skierowane było ostatnie słowo.
- Wstań.
Owczarek natychmiast poderwał się z miejsca i w jednym, długim susie znalazł się przy nodze właściciela – Fabien nawet na niego nie spojrzał, cały czas wpatrując się w nienaturalnie pobladłą twarz Dianne. Dotychczasowa swoboda rozmowy była jedynie blaknącym z każdą sekundą wspomnieniem, które skutecznie zastępowały inne obrazy, inne słowa, inne, wyrażające tłumione zniecierpliwienie, gesty. Kolejny patrol nie będzie tak wyrozumiały.
- Wstań, odprowadzę cię do domu.
Dopiero teraz mogła zauważyć, że w kącikach jego ust zagnieździł się cień uśmiechu. Brzydki, nasączony pogardą grymas, który pragnął wtargnąć na wargi i przekazać jej aż nazbyt oczywisty komunikat: masz dwa wyjścia. Zgadnij, jakie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
ruch oporu
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Czw Gru 29, 2016 1:56 pm

Czasami zastanawiała, czy gdyby nie jej jawna i oczywista głupota, przejawiająca się w próbie ukradzenia niemieckiemu oficerowi portfela, to czy w ogóle miałaby kiedykolwiek do czynienia z Fabienem Eberhartem. Czasami zastanawiała się też, co w ogóle strzeliło jej do głowy, żeby taką próbę podejmować. Czemu się tego podjęła? Przecież w wypadku przyłapania miałaby absolutnie przerąbane. W zależności od oficera tak bardzo, że to mogłaby być ostatnia rzecz, jakiej zdążyłaby pożałować. Zaryzykowała, bo była zima, a ona znajdowała się w potrzebie. Wokoło tłum był wystarczająco gęsty, by mogła założyć, że mężczyzna, którego wtedy sobie upatrzyła, nawet nie poczuje, jak ktokolwiek sięga po jego portfel, a kiedy zorientuje się o jego braku, będzie już dawno za późno. Jednak poczuł, że coś mu ubywa z kieszeni, spojrzał na nią i miał okazję przyjrzeć się jej na tyle długo, żeby zapamiętać twarz. Co prawda zniknęła w tłumie, zanim zdążył cokolwiek zrobić, ale wcale nie zmieniało to faktu, że niemiecki oficer doskonale wiedział, jak wygląda nowy posiadacz jego portfela. Ze strachu nie wytknęła wtedy nosa z mieszkania przez cały dzień, a do burdelu szła tylko bocznymi uliczkami. Myślała, że w pracy będzie bezpieczna, że całe to niebezpieczeństwo dotyczyło tylko jej pobytu na ulicy, ale tego samego wieczoru owy mężczyzna postanowił zawitać do One-Two-Two.
Właściwie nigdy chyba nie była równie przerażona, co wtedy. Drżała na całym ciele i starała się ukryć za firanką, wcisnąć w ścianę, modliła się o umiejętność znikania albo by inne dziewczęta ją zasłoniły. Na nic się to nie zdało, bo i tak ją zauważył. I zażyczył sobie właśnie jej. Do dziś pamięta, że kiedy do niego szła, nogi miała jak z waty, jej uśmiech był tylko przyklejonym grymasem, a ręce niekontrolowanie po prostu się trzęsły. I choć miała do przejścia zaledwie parę metrów, dla niej zmieniły się one w kilometry, trudniejsze do przejścia o tyle, że dokładnie czuła ciężkość jego spojrzenia. Ledwo oddychała, gdy brała go za rękę, a wchodząc po schodach, musiała chwycić się poręczy, bo nie ufała sobie na tyle, by wejść na piętro tylko o własnych siłach. Wtedy po raz pierwszy zetknęła się z tym charakterystycznym wyrazem pogardy na ustach, który zdawał się nie schodzić z jego ust.
Fabien Eberthart. Twórca nowej definicji nieprzyjemnych spotkań. I choć słowem nie odezwał się na temat portfela, sama z własnej woli podczas kolejnego spotkania wcisnęła mu go wśród jego rzeczy z nietkniętą zawartością. Jednak to wcale nie sprawiło, że przestał ją odwiedzać, wręcz przeciwnie, robił to do dzisiaj. Ale nigdy nie spotkali się nigdzie indziej poza One-Two-Two.
Ta sytuacja była więc dla niej zupełnie nowa i tak do końca nie wiedziała, jak powinna się zachować. Być bardziej sobą, bo przecież znajdowali się poza miejscem jej pracy czy nie dać mu poznać innej siebie niż Dianne? Cóż, ostatecznie miejsce Dianne było w burdelu, postanowiła więc być nienagannie uprzejmą i bardziej swobodną. Zawsze mógł po prostu uznać, że jest nudna i zwyczajnie sobie pójść.
Nie tylko pogoda – wymamrotała, ale na tyle cicho, że Fabien mógł tego nie dosłyszeć. Chyba nużył go ten temat – i wcale mu się nie dziwiła – dlaczego więc w ogóle go ciągnął? Skoro nie potrafili wymyślić nic ciekawszego, może w końcu się rozejdą? Przecież ani jedna, ani druga strona nie miała z tego spotkania większej radości? Chyba, że Eberhart chciał jej dokuczyć, przypomnieć, gdzie pracuje, uderzyć słowem, po czym napawać się efektem w postaci wściekle czerwonych policzków i jeszcze bardziej zagubionego spojrzenia. Właściwie niespecjalnie by się tym zdziwiła, ale z drugiej strony czy chciałoby mu się tracić na nią w ten sposób czas? Sądząc po tym błysku w jego oczach, kiedy wspominał o pracy fizycznej, to chyba jednak całkiem możliwe.
Praca fizyczna ma to do siebie, że męczy – poinformowała go cierpliwie, niewzruszonym tonem, dzielnie patrząc mu w oczy. Nie mogła dać mu tej satysfakcji, nie mogła pozwolić, żeby jego słowa ją dotknęły. Nie będzie na niej podbudowywał swojego ego, nie dzisiaj. – Żołnierz chyba rozumie to najlepiej – dodała ze spokojem, przybierając najbardziej niewinny wyraz twarzy, na jaką było ją stać. Same neutralne uwagi, żadnych przytyków, nic personalnego.
A może nie powinna była nic się odzywać? Albo gdy tylko pojawił się na horyzoncie, wziąć nogi za pas i nawet biegiem podążyć w stronę wyjścia. Nie miałby żadnego powodu, żeby za nią podążyć, więc wątpiła, że by to zrobił – ani on, ani jego pies. Teraz było już za późno. Nie mogła nagle poderwać się z ziemi i rzucić do biegu, bo Berti niechybnie by ją gonił. I w końcu złapał, co pewnie okazałoby się bardzo przykre w skutkach, a Fabien i tak postawiłby na swoim. A może nawet zabrał jeszcze na posterunek za tę próbę ucieczki. Nie zamierzał jej odpuszczać, widziała to dokładnie w jego oczach; on zwyczajnie pragnął obedrzeć ją z tajemnicy, jaką do tej pory stanowiła jej prawdziwa tożsamość, a którą tak bardzo pragnęła zachować dla siebie. I pewnie dopnie swego.
Bo na pewno nie zamierzała zaprowadzać go do swojego mieszkania. Oczy Claire zrobiły się jeszcze większe, a z twarzy krew odpłynęła chyba już zupełnie, kiedy mężczyzna oświadczył, że odprowadzi ją do domu. To było jeszcze gorsze, niż miałby tylko dowiedzieć się, na jakiej ulicy mieszka. Nie dość, że wtargnąłby do jej pieczołowicie budowanego azylu, to jeszcze inni sąsiedzi widzieliby, kogo do siebie sprowadza. Nieliczni założyliby, że to nie z jej własnej woli, bo pewnie nieliczni zauważyliby przerażanie odmalowujące się na jej twarzy – woleliby dorobić swoją własną teorię. A niektóre z jej sąsiadek były w tym naprawdę niezłe.
Nie mogła dopuścić do żadnej z tych rzeczy.
Na drżących nogach powoli uniosła się do góry, wzrok wbijając w ziemię koło butów Fabiena.
Ja… jednak mam te dokumenty. Przypomniałam sobie… że chowałam je do płaszcza… nie torebki – szepnęła słabo, rzucając mu krótkie spojrzenie. Ta czająca się pogarda na jego ustach była naprawdę okropna. Widząc ją, coś w żołądku momentalnie się ścisnęło i znów opuściła wzrok, wolno, bardzo wolno rozpinając górne kieszenie płaszcza, by sięgnąć do jego wewnętrznej kieszeni. Drżącymi rękami wyjęła je na zewnątrz dowód tożsamości. Jednak kiedy wyciągała rękę w kierunku Fabiena, wydarzyło się coś, czego Claire nigdy by się nie spodziewała. Ciszę między nimi przerwał dziecięcy krzyk.
– Taaatoo! – mały Niemiec momentalnie znalazł się przy Fabienie i uczepił się jego nogi, wyraźnie uradowany, że odnalazł ojca. Ojca? Fabien miał syna? Spojrzała na niego badawczo, z zainteresowaniem, nadal trzymając wyciągnięte przed sobą dokumenty. Czy może powinna je opuścić? Może to jej szansa?
Jednak nie był to koniec nagłych wybuchów emocji ze strony chłopca. Kiedy już odczepił się od nogi Eberharta, spojrzał w górę… po czym jego oczy wypełniły się łzami, a maluch moment później wybuchnął niemal histerycznym płaczem.
– Nie jesteś tatusiem! – zawył oskarżycielsko, jednak nie uciekł, tylko stał w miejscu, płacząc w najlepsze. Claire opuściła w końcu dłoń, drapiąc się z zakłopotaniem drugą ręką w policzek. Ugh, zagubiony dzieciak. Nie była pewna, czy wypada jej interweniować i uratować Fabiena od niezręczności (płaczące  obce dzieci zawsze były niezręczne), czy stać i patrzeć, jak zamierza sobie z tym poradzić.
Jego matka musi być gdzieś w pobliżu – odezwała się w końcu niepewnie, dochodząc w końcu do wniosku, że nikt nie zasługuje być pozostawionym na łaskę Fabiena. Zwłaszcza dziecko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Sob Sty 14, 2017 5:33 pm

Na pograniczu jego świadomości zrodziła się bolesna myśl, kołacząca nerwowo jak natrętna osa w upalny dzień. Atakowała z zaciekłością, każdym kolejnym ukłuciem budząc coraz większy ból, lecz Fabien stłumił ją z rozmyślną premedytacją, zanim zdołała nabrać realniejszych kształtów. Niosła ze sobą coś, co mu się nie podobało, czemu nie chciał i nie mógł uważniej się przyjrzeć, chociaż wszystko podpowiadało, że powinien.
Nie dopuszczał do siebie świadomości, że pokładał ograniczoną wiarę w przypadkowość losu. On, człowiek, który pragnął od samego początku do samego końca sprawować władzę absolutną nad otaczającą go rzeczywistością, podskórnie wierzył, że określone zdarzenia były wypadkową czegoś, co niektórzy nazywali przeznaczeniem. Czy to nie ono zadecydowało o pierwszym spotkaniu z Dianne? Czy to nie przypadek sprawił, że dziewczyna pokusiła się na własność nieodpowiedniego człowieka, w nieodpowiednim momencie i w bardzo nieodpowiednich okolicznościach? Strata – jak wtedy sam sądził, ostateczna – portfela była dotkliwa, lecz jeszcze dotkliwsza okazała się myśl, że przez drobną chwilę nieuwagi pozwolił, by ktoś pokusił się na jego własność. Tych kilka krótkich sekund, w trakcie których miał okazję zauważyć twarz brawurowej złodziejki wystarczyło, by ścieżki ich losów splotły się ze sobą w najbardziej feralnych z możliwych okoliczności. Wtedy jeszcze żadne z nich nie wiedziało, iż wkrótce będą mieli okazję spotkać się ponownie.
I że to tym razem to Fabien będzie złodziejem.
Kiedy pojawił się w One Two Two po raz pierwszy i gdy w jednej z dziewcząt bezbłędnie rozpoznał tę, która nie tak dawno temu przymusiła go do rozstania się ze skórzanym portfelem oraz jego zawartością, role nagle się odwróciły. Tym razem to Eberhart wślizgnął się w skórę złodzieja, który tamtej nocy okradł Dianne ze wszystkiego – ułudnego poczucia bezpieczeństwa, pewności siebie, przeświadczeniu o tym, że dokładnie wie, co czeka ją za moment. Stosunki między ludźmi okazywały się dla Fabiena nieskończenie fascynujące, niezależnie od okoliczności, w jakich występowały. Istniało tak wiele możliwości, by je zerwać, przekształcić, manipulować nimi – sposób ich kreowania ograniczała jedynie wyobraźnia, tej z kolei Eberhartowi nigdy nie brakowało. Sposób, w jaki czasami traktował Dianne, przypominał przygotowanie  podniebienia na rozkosze głównego dania… albo grę wstępną wytrawnej kochanki, która odwleka w czasie akt miłosny – choć przecież to ona pełniła tę funkcję z właściwym sobie oddaniem. Fabien pragnął jednak oferować jej coś więcej, niż tylko pieniądze. Chciał sprawiać, by nigdy nie wiedziała, co czeka ją za moment, by nie mogła przygotować się na jego kolejną wizytę i obedrzeć wspólnie spędzane chwile z elementu zaskoczenia. One-Two-Two było jednym z niewielu miejsc, w których Eberhart nie musiał zakładać najczarniejszych scenariuszy. Zwykle nie wykluczał żadnego przebiegu wydarzeń, nawet tego, w którym ktoś wbija mu nóż do dziczyzny w serce, pragnąc zemsty absolutnej. Od zawsze przygotowywał się na każdą ewentualność, zapewne niejednokrotnie przemyślaną w zaciszu mieszkania na Passy, jednak nawet w swych najśmielszych przypuszczeniach nie dopuszczał do siebie myśli, że kiedykolwiek będzie mu dane spotkać Dianne w równie sprzyjających okolicznościach.
Ten pozornie przyjazny, pozbawiony celu dialog od początku napędzany był skrzętnie ukrywanymi przez Eberharta intencjami, które zaczęły wypełzać z niego z każdym kolejnym, wypowiadanym słowem. Nie potrafił i nawet nie zamierzał ukrywać zniecierpliwienia tematem pogody – jego myśli już wyrywały się kilka kroków naprzód, dopisując do dalszego przebiegu rozmowy scenariusz, którym Dianne musiała karnie podążać.
Miał zamiar osobiście o to zadbać.
- Naturalnie, po kilku godzinach intensywnego wysiłku nawet profesjonaliści odczuwają zmęczenie – odpowiedział na jej słowa z tym samym, pozornie uprzejmym uśmiechem, w którym kryła się niemal namacalna, lodowata wyższość. Być może pragnęła zaimponować mu uporem, z jakim nie spuszczała wzroku, lecz to jedynie zachęcało Fabiena do kolejnych ataków, jak gdyby pragnął ujrzeć w jej oczach choćby blady cień zwątpienia – Dianne w końcu musiała zrozumieć, że z góry znalazła się na przegranej pozycji i że jej przeciwnik stawiał czoła o wiele bardziej wymagającym rywalom.
A przynajmniej takim, których choć odrobinę szanował.
- Jako żołnierz pojmuję również wagę pewnych profesji. Zwłaszcza tych, które tak nierozerwalnie idą w parze z wojskowością – nawet nie próbował łagodzić wydźwięku własnych słów, doskonale wiedząc, że bez względu na wysiłek ludzie i tak będą żywić wobec niego negatywne uczucia – gniew nigdy nie miał odejść w zapomnienie, mało istotne, jak bardzo naturalną koleją rzeczy to było. Tak, jak z czasem schodzą szwy, znika opuchlizna, sińce bledną, rany się goją a strupy odpadają, tak i powinna zniknąć nienawiść.
Tyle, że ta nie była chwilowym obrażeniem, lecz głęboką, dotkliwą i dożywotnią blizną.
Bez problemu mógł wyobrazić sobie to, co zachodziło w umyśle Dianne z każdą mijającą sekundą. Jeszcze moment temu najpewniej miała nadzieję, że rozejdą się w zupełnie inne strony, jak starzy znajomi po kilku minutach niezobowiązującej pogawędki, kiedy jednak Eberhart jasno wyraził swoje żądanie, dziewczyna została obdarta z wszelkich złudzeń. Przecież doskonale wiedziała, że Fabien nie jest typem człowieka, który tak po prostu odpuszcza – nawet teraz w ciemnych, chłodnych jak metal tęczówkach można było dojrzeć okrutną nieustępliwość wymieszaną z determinacją. Nie zamierzał tak po prostu wypuścić Dianne z rąk, skoro niemal zdołał zacisnąć palce na jej szyi, wystarczyło, by doprowadził tę rozgrywkę do końca i zmusił ją do pokazania dokumentów… lub pozwolenia, aby rzeczywiście odprowadził ją pod same drzwi budynku, w którym odsypiała swoje nocne zmiany. Gdyby czysto teoretycznie miał postawić się na miejscu dziewczyny, również wybrałby pokazanie papierów – to znacznie mniej deprymujące niż spacer przez przynajmniej kilka ulic z umundurowanym okupantem u boku oraz… psem, który jedynie dopełniałby ten (i tak dość nietypowy) obrazek. Kiedy więc wspomniała o swoim nagłym i jakże przypadkowym roztargnieniu, jedynie zmrużył powieki, przez moment w całkowitym milczeniu przyglądając się, jak Dianne z trudem powstrzymuje drżenie rąk i wytrwale szuka dokumentów. Prawdopodobnie do samego końca powątpiewał w jej dobrą wolę, być może przygotował się nawet na próbę ucieczki…
… ale nic nie było w stanie przygotować Eberharta na to, co zaszło tak naprawdę.
W chwili, w której Dianne wyciągnęła wciąż drżącą dłoń z dowodem, niemal błogą ciszę zalegającą w Lasku Bulońskim rozerwał krzyk, którego Fabien nie spodziewał usłyszeć się tak blisko – a już zwłaszcza nie w połączeniu z nagłym uściskiem, którym obdarzona została jego noga. W innej sytuacji najpewniej pozwoliłby sobie na nieco dłuższe zaskoczenie, ale teraz zwyczajnie nie miał na to czasu – wpatrując się w czubek głowy całkowicie obcego chłopca kątem oka zauważył, jak Berti podrywa się z siadu i niepokojąco wychyla do przodu, zwiastując tym samym wyłącznie jedno.
Sekundy dzieliły go od skoku do gardła dziecka,  najwyraźniej uznając je za zagrożenie.
- Lass es! – choć skierował komendę do psa, miał cichą, naiwną nadzieję, że chłopiec – który dla odmiany właśnie zanosił się płaczem – również się do niej dostosuje. Zwierzę było jednak o wiele lepiej wytresowane od dziecka, bo nie drgnęło nawet o centymetr, wciąż wbijając czarne ślepia w płaczącego kilkulatka. Fabien dopiero po chwili przypomniał sobie o obecności Dianne, po raz pierwszy od początku ich znajomości zdradzając grymasem coś więcej, niż tylko pogardę.
Przez krótki moment wyglądał na zwyczajnie zagubionego – jak gdyby sam widok łez pozbawiał go zwyczajowego rezonu.
- Diese hübsche Dame fragt, wo deine Mutti ist – musiał włożyć wiele wysiłku w nadanie własnemu głosowi na tyle przyjaznej nuty, by chłopiec nie zaniósł się jeszcze głośniejszym płaczem. Nie spodziewał się konkretnej odpowiedzi, ale w obecnej chwili wszystko było lepsze od… tego. - Qu'il est mignon – kolejne słowa mruknął ciszej, z soczystą dawką z trudem powstrzymywanej niechęci i przede wszystkim – do Dianne, wpatrując się w nią wyczekująco, zupełnie jakby winił
ją za całe zajście i oczekiwał, że odkręci cały ten cyrk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Wto Lip 04, 2017 4:27 pm

pierwszy tydzień maja; po pogrzebie Kastnera

Choć wskazówki jego zepsutego zegarka tkwiły w martwym punkcie, doskonale wiedział, że godzina była wczesna.
Zbyt wczesna.
Sen jeszcze nie opuścił jego powiek, a te zdawały się nabierać ciężaru wraz z każdym krokiem, który stawiał apatycznie na chodniku, podążając ku bramie prowadzącej do Lasku Bulońskiego. Nawet delikatny chłód poranka i promienie słońca przedzierające się przez chmury nie były w stanie go dobudzić – raz po raz sięgał do ust, by stłumić ziewnięcie, a jego zaspany wzrok beznamiętnie badał okolicę, mimo że poza Klemensem na ulicy nie było żywej duszy.
To była ta szczególna godzina, kiedy paryżanie jeszcze nie wypełzli ze swoich mieszkań, by ustawić się w kilometrowych kolejkach i zrobić użytek z kartek żywnościowych, lecz wciąż jeszcze pogrążeni byli w błogim śnie.
Wolnym od okupacyjnej rzeczywistości.
Klemens miał nieco mniej szczęścia i zamiast spać snem sprawiedliwego (sprawiedliwy; to słowo nie do końca do niego pasowało) - zerwał się z łóżka dla dobra sprawy.
Takie pobudki wcale nie były dla niego nowością, a każda z nich bolała tak samo i z góry przekreślała cały dzień. Świt i koniec godziny policyjnej stanowiły jednak idealną okazję, by zakraść się do najbliższego parku i zostawić na ławkach propagandowe ulotki, zanim jakikolwiek paryżanin pomyślałby o przechadzce. Lasek Buloński był pod tym względem wręcz idealnym miejscem – chętnie odwiedzany, ale na tyle rozległy, by w razie nieoczekiwanych problemów wybrać jedną z jego licznych, bocznych ścieżek i zniknąć gdzieś pomiędzy drzewami.
Nie zmieniało to jednak faktu, że chciało mu się jęczeć z rozpaczą, kiedy myślał o zadaniu, które go czekało. W przewieszonej przez ramię torbie spoczywał gruby plik ulotek, ale od wczorajszego wieczora obdarzył je zaledwie jednym spojrzeniem – wybitnie zirytowanym, choć starał się to ukryć. Nieszczególnie obchodziło go, co na nich widniało, jakim rodzajem śmierci grożono tym razem Niemcom, kto miał odzyskać wolność, kogo wzywano do walki; znał te wszystkie powtarzalne do bólu motywy niemalże na pamięć. Czasem zastanawiał się, czy może nudziły one paryżan w takim samym stopniu, w jakim nudziły jego samego – w oczach Klemensa każda z ulotek brzmiała tak samo.
Choć podejrzewał, że Ines byłaby zapewne innego zdania.
Nie miał najmniejszej ochoty przypominać sobie, co było wczoraj, jednak mgliście kojarzył, że Ines wpadła do niego wieczorem z walizką pełną nowych ulotek, następnie trajkotała o typowych dla siebie bzdurach przez więcej niż godzinę, a potem Klemensa rozbolała głowa i chyba przysnął w trakcie jej monologu.
Nie był pewien, czy się obraziła – jeśli tak, pewnie jak zwykle miało jej przejść już następnego dnia.
Przekraczając parkową bramę, z roztargnieniem przetarł oczy, przypadkiem muskając dłonią wciąż opuchnięty po złamaniu nos. Zignorował jednak chwilowe ukłucie bólu i energicznie – to było coś nowego – ruszył przed siebie, zagłębiając się w park. Przystanął po jakimś czasie na skraju jednej z głównych alei, wzdłuż której co kilka metrów ustawiono ławki, i dopiero wtedy przypomniał sobie jeszcze jeden szczegół – ktoś miał mu dzisiaj pomóc.
Wcale nie zdziwiło go to, że wyrzucił tę informację z pamięci; robił tak z większością spraw, o których mówiła mu Ines, jednak nieszczególnie cieszył się na towarzystwo. Nie miał pojęcia, kto miał do niego dołączyć, ale szczerze liczył na to, że ten ktoś nie wyprowadzi go z równowagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Czw Lip 06, 2017 12:09 pm

Zwykle czekanie nie nużyło go, jednak w obliczu brakujących godzin snu i ogólnej niechęci do tego, co miał właśnie zrobić zaczynał tracić cierpliwość. Kiedy nie był zmuszony z kimś współpracować, nieszczególnie przykładał się do swojego zadania; nawet nie dbał o to, aby pstrokate prostokąty papieru znajdowały się w widocznych punktach, w których każdy mógł dostrzec bzdurne, rewolucyjne hasła. Słowa – choć posiadały pewną siłę – nigdy nie rzutowały na wynik wojny, a Klemens naprawdę nie wierzył, by widniejące na ulotkach zdania poderwały do walki przechodzącego przez park paryżanina.
Mogły dodać otuchy, to prawda. Ale żaden mieszkaniec miasta nie rzuciłby się na pierwszego lepszego okupanta, który znalazłby się w polu widzenia.
Westchnął przeciągle i po raz kolejny przetarł oczy, obiecując sobie, że kiedy tylko skończy z tą głupotą, wróci prosto do siebie i nadrobi stracony sen. Nie mógł sprawdzić godziny, jednak upływające minuty uświadamiały mu, że gdyby był tu sam, już dawno uporałby się przyozdobieniem ławek ulotkami. Lasek Buloński działał na niego prawie usypiająco – niemal jednolitą ciszę, która w nim panowała, tylko od czasu do czasu przerywał ptasi śpiew, a między drzewami przyczaił się nierozproszony jeszcze przez światło słoneczne półmrok.
Powieki ciążyły mu niemiłosiernie, gdy wreszcie jego uszu dobiegł odgłos czyichś kroków. Poderwał opadającą głowę i zwrócił spojrzenie w stronę bramy, a kiedy dostrzegł samotną sylwetkę zmierzającą w jego stronę, zmrużył lekko oczy, próbując rozpoznać zbliżającego się mężczyznę. Musiał pokonać kilka metrów, by Klemens zdołał wyłapać z szarości poranka znajome rysy - a przy tym skrzywić się mimowolnie. Enzo Fenouil zdecydowanie nie był kimś, z kim Behringer miał ochotę rozmawiać; porywczy Francuz z Feniksa już niejednokrotnie wystawił jego cierpliwość na próbę, a teraz - średnio przytomny z braku snu i wybitnie nie w nastroju - mógł tylko liczyć na to, że wczesna godzina zniechęci Fenouila do uszczypliwych uwag pod adresem Klemensa - w zasadzie Ambroise'a - których zwykle mu nie szczędził.
Zresztą ze wzajemnością.
Stłumił rozgoryczone westchnienie i kiedy tylko Enzo zjawił się tuż obok niego, przybrał na twarz uprzejmy wyraz - aż go skręciło od środka - ograniczając się jedynie do skinięcia swojemu towarzyszowi głową. Czując na sobie badawczy wzrok Fenouila, zmusił się do uniesienia warg w marnym uśmiechu, tak jakby perspektywa spędzenia z Enzem najbliższych kilkunastu minut naprawdę go cieszyła (nic bardziej mylnego). Gdzieś pomiędzy wyjmowaniem z torby ulotek a walką z grymasem, który usiłował wykrzywić jego usta w nieco mniej przyjemnym uśmiechu, usłyszał pytanie Enzo, poprzedzone całkiem adekwatnym komentarzem.
- Proszę? – zapytał, unosząc minimalnie brwi i przeciągając lekko ostatnią sylabę. Gdyby mógł, zapewne przyznałby przy Fenouilowi rację, ale jako Ambroise musiał udawać, że ta sterta papieru, który trzymał w rękach, stanowiła jego życiową ambicję. Scheiße. - Nie, nie sądzę. Nie każdy musi biegać z bronią – mruknął po chwili, oddając mężczyźnie część ulotek. - Za to ty na pewno marnujesz czas, stojąc i nic nie robiąc.
Teraz był już pewien, że chciał jak najszybciej pozbyć się i ulotek, i towarzystwa Enza, dlatego zrobił krok w stronę ławek, po czym zatrzymał się nagle, by obdarzyć Fenouila jeszcze jednym, nieco powątpiewającym spojrzeniem.
- Mam ci wytłumaczyć, jak je rozkładać? – zapytał tonem wskazującym na to, że rozkładanie ulotek na parkowych ławkach posiadało jakąś własną, skomplikowaną i misterną technikę, która nie mieściła się w ciemnowłosej głowie Francuza. Sam Klemens był zdania, że naprawdę nie miało znaczenia, czy położyłby ulotkę na brzegu ławki czy może na środku – na co Ines zareagowałaby oburzeniem – ale jeśli jedyną korzyścią tego irytującego poranka mogło być zadrwienie z Fenouila, to nie chciał jej zmarnować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Nie Lip 09, 2017 10:24 pm

Ostatnio miewał problemy z cierpliwością i coraz bardziej go to martwiło.
Nie potrafił utrzymać emocji w ryzach, co każdorazowo groziło większą lub mniejszą katastrofą; mógł powtarzać sobie, że słowa i zachowania innych ludzi nie obchodziły go nawet w najmniejszym stopniu, ale wcale tak nie sądził. Z pewnym trudem przybierał na twarz maskę opanowania i obojętności, choć przecież kiedyś przychodziło mu to bez żadnego wysiłku. Ludzie – zwłaszcza ci, którymi zmuszony był się otaczać na potrzeby swojego zadania w Paryżu – drażnili go niemiłosiernie i sam nawet nie wiedział, kto spośród członków Ruchu Oporu wywoływał w nim największą irytację; kandydatów do tego tytułu miał zresztą kilku.
Działając – udając, że działa – w Résistance, chciał jedynie rysować przed innymi obraz spokojnego, pogodnego i bezsensownie uśmiechniętego Ambroise’a. Nie dążył do tego, aby wzbudzać w innych większe emocje; nie planował rzucać się w oczy ani wzbijać na wyżyny kreatywności w walce z okupantem. Od samego początku chciał zlewać się z tłem – przecież w Ruchu Oporu nie brakowało takich, którzy podczas spotkań woleli milczeć i nie wtrącać się do zażartych dyskusji, a którzy marzyli o Wolnej Francji nie mniej szczerze niż reszta. Szczerość stanowiła najprawdopodobniej ostatnią cechę, jaką można było przypisać Behringerowi, ale nie zmieniało to faktu, że on również wolał uchodzić za milczącego, nie tak zaangażowanego, lecz wciąż oddanego sprawie. Kolportaż propagandowych ulotek sprawdzał się więc idealnie – przynajmniej na początku – stanowiąc raczej proste i mniej wymagające zadanie; tym bardziej, że strategiczny ciężar obowiązków i tak spoczywał na kimś innym, co dla Klemensa było dodatkową wygodą. On miał jedynie przechowywać, roznosić i zostawiać te zabawne skrawki papieru, do których przywiązywano tak idiotyczną wagę – nie robił więc zbyt wiele, ale coś robił.
W jego głowie rola, w którą się wcielał, nie miała stanowić większego kłopotu; w rzeczywistości – nie do końca. Poważnie nadszarpnięta cierpliwość była wyraźną oznaką, że Klemens nie radził sobie z odgrywaniem bezproblemowego Ambroise’a, a za każdym razem, kiedy w pobliżu znajdował się Enzo, zadanie to jedynie nabierało ciężaru. Z najwyższym trudem zdołał zignorować jego komentarz - być może pomogła mu w tym świadomość, że im mniej czasu stracił na słowne przepychanki, tym szybciej mógł znaleźć się z powrotem w swoim mieszkaniu, daleko od irytującego Francuza.
Los – któryś łącznik Ruchu Oporu? może Ines? - był wyjątkowo złośliwy, posyłając mu spotkanie właśnie Fenouila.
- Wspaniale – rzucił tylko w odpowiedzi na krótkie nie Enza, szczerze ciesząc się, że Francuz nie powiedział nic więcej, co mogłoby wywołać w nim kolejną falę irytacji.
Co dziwne, nagle poczuł się nieco bardziej rozbudzony, jakby ta niemiła niespodzianka w postaci towarzystwa Fenouila podziałała na niego niczym kubek mocnej kawy, której smak, ku rozpaczy Klemensa, powoli zacierał się w jego pamięci.
Ta dobrowolna rezygnacja z przywilejów potrafiła zaboleć nawet w najmniej oczekiwanym momencie.
Widząc, że Enzo ruszył w stronę ławek (naprawdę nie musiałeś mi przypominać, że mam iść), podążył za nim i bez entuzjazmu zerknął na trzymany przez siebie plik ulotek. Wyciągnął kilka z nich i rozłożył na najbliższej ławce, przelotnie zastanawiając się, czy ulotek nie porwie wiatr, zanim alejką będzie przechodził jakikolwiek paryżanin.
Nawet jeśli tak miało się stać, nie było to jego zmartwienie.
Rozłożył kolejną porcję ulotek, jak zwykle w takich chwilach czując się idiotycznie – czy naprawdę on, należący przecież do szeregów okupantów, ozdabiał paryski park godzącymi w Trzecią Rzeszę hasłami? Choć minęło już tak wiele czasu, nie potrafił przyzwyczaić się do tej myśli i wciąż odczuwał z jej powodu absurdalne wyrzuty sumienia.
- Podobno kilka dni temu pochowali na Montparnasse tego gestapowca – rzucił od niechcenia w stronę Fenouila, miłosiernie, ale wciąż niechętnie próbując zainicjować rozmowę, która nie prowadziłaby do kolejnej wymiany zdań. Choć Erik Kastner kilka razy mignął mu na korytarzu w siedzibie gestapo, kiedy Klemens jeszcze w niej pracował, to jednak nie czuł się szczególnie przybity jego śmiercią. Nie mógł jednak nie zauważyć, że pochowanie go pośród słynnych, francuskich nazwisk było przytykiem dla paryżan, dlatego z pewną dozą ciekawości oczekiwał odpowiedzi Fenouila.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Czw Lip 13, 2017 3:44 pm

Szelest stron, śliski prostokąt papieru w jego dłoni, ciemny ślad tuszu na opuszkach palców, bezgłośne lądowanie ulotki na najbliższej ławce – powtarzalność tych wszystkich czynności miała w sobie coś niemalże uspokajającego (usypiającego?), a im szybciej topniał plik ulotek, tym większa monotonia wkradała się w jego gesty.
Za nic w świecie nie uwierzyłby, gdyby jeszcze kilka lat temu ktoś powiedział mu, że spędzi ten majowy poranek tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku, podpisując się pod dziełem paryskiego Ruchu Oporu. Mógł spodziewać się wojny, mógł być pewien, że weźmie w niej udział, ale nie potrafił przewidzieć, iż będzie chwiał się pomiędzy dwoma stronami konfliktu – z jednej strony wykonując powierzone mu przez Résistance zadania, a z drugiej pamiętając, jakie służby reprezentował (próbował reprezentować?). Ta myśl niejednokrotnie wywoływała w nim lekką dezorientację; czuł się prawie tak, jakby usiłował wykonywać kilka czynności naraz, w rezultacie wykonując je niedokładnie, niezadowalająco. Częściej, niż chciał się do tego przyznać, miewał mętlik w głowie; męczyło go dziwne poczucie winy, które nadgryzało – zatapiało kły – w jego pewności siebie, wywołując lawinę pytań. Czy na pewno postępował właściwie? Czy na pewno pamiętał wszystko, o czym powinien był pamiętać? Czy wiedział, jakie miał priorytety?
Pytania były absolutnie najgorsze – przecież uczono go, intensywnie wbijano do głowy, że nie należy mieć żadnych wątpliwości, że wszystko powinno zamykać się dla niego w schemacie czerni i bieli, bez jakiejkolwiek szarości. Mimo to pytania dopadały go nieoczekiwanie, a złapany przez nie w alejce Lasku Bulońskiego, o dziwo przestał zwracać uwagę na Fenouila, zatapiając się w pochmurnych myślach.
Gdyby zerknął za siebie, zapewne dostrzegłby, że ścieżka spacerowa, którą właśnie dekorowali, już nie wyglądała tak spokojnie i niewinne jak jeszcze kilkanaście minut temu, kiedy przyglądał jej się dla zabicia czasu. Rozłożone na ławkach ulotki psuły przeciętność nawet w niemrawym świetle poranka, ale dopiero dzień miał przynieść odpowiedź na to, czy ich wysiłek był opłacalny.
Bez względu na porę, Klemens i tak twierdził, że nie.
Odpowiedź Enza przyjął z pewnym zaskoczeniem, unosząc minimalnie brew i nie mogąc opanować krzywego uśmieszku, który wypłynął na jego wargi.
Nie był w stanie nie zauważyć tej ironii. Członek Ruchu Oporu żegnał zastępcę szefa paryskiej Tajnej Policji Państwowej, podczas gdy on, Kriminalassistent gestapo, pewnie nie robił w tym czasie nic szczególnego. Nawet kiedy spróbował przypomnieć sobie tamto popołudnie czwartego maja, jego pamięć bezlitośnie go zawiodła.
- Intéressant – rzucił i natychmiast pożałował, że w ogóle się odezwał, bo jego głos zabrzmiał wybitnie sztucznie. - Pewnie doskonale się bawiłeś.
Całkiem możliwe, że powinien był wraz z resztą pożegnać Erika Kastnera, pożałować w myślach choroby, która zmyła go z tego świata, ale wolał znajdować sobie wymówki, z których każda bazowała na tym, że jego zadanie wymagało ograniczenia kontaktu z przełożonymi i dawnymi współpracownikami do niezbędnego minimum.
W rzeczywistości jednak nie przepadał za pogrzebami. Te ponure ceremonie, kondukty ubranych w czerń postaci, kaskady kwiatów i łez kontrastowały z jego wspomnieniem jedynego pogrzebu, w którym uczestniczył. On, ojciec, dwóch grabarzy, skromna trumna skrywająca ciało matki i wiatr ciskający piasek w jego zaczerwienione oczy.
Unikane i wyblakłe wspomnienie, które ożywało, kiedy tylko słyszał, że kogoś należało pochować.
Z zamyślenia wyrwały go dopiero kolejne słowa Enza – tak dziwne, że aż zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na Francuza, jakby się przesłyszał. Po skórze przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz, ale zignorował go szybko, wciąż wbijając spojrzenie w Fenouila.
- Co masz na myśli? – zapytał powoli, choć tak naprawdę chciał zalać Enza pytaniami, bo wypowiedziane przez niego zdanie wzbudziło w Klemensie uzasadniony niepokój. - Jakiej wody?
Inne, bardziej celne pytanie czaiło się w jego umyśle, ale Behringer wolał go na razie nie zadawać, łudząc się, że źle zrozumiał Fenouila albo że nie wychwycił żartu, co – wobec jego znacznych braków w poczuciu humoru – nie byłoby w przypadku Klemensa niczym zaskakującym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
okupanci
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Pon Lip 17, 2017 2:25 am

Ranek nagle stracił tę senną otępiałość, w której Klemensowi chciało się jedynie zamknąć oczy i odpłynąć.
Promienie słońca, przedzierające się przez korony drzew, nagle zrobiły się ostre i niemalże agresywne, a chłód poranka, który stopniowo ustępował ciepłemu, majowemu dniu, nagle zyskał arktyczny pierwiastek. Behringer nie czuł już, że walczy z niewyspaniem, zmęczeniem czy niechęcią; nagle wszystko się wyostrzyło, zyskało wyraźną fakturę, a jego myśli przestały przesuwać się leniwie z jednego tematu na drugi, lecz zamarły nagle w pełni skupienia. Słowa Enza podziałały na niego jak kubeł zimnej wody – nawet gorzej (lepiej?), poczuł się prawie tak, jakby ktoś wepchnął go gwałtownie do lodowatych głębin.
Może tych samych, z których podobno wyciągnięto Kastnera.
Nie wyłapał momentu, gdy jego palce zacisnęły się nieco mocniej na trzymanych ulotkach – może kilka z nich się pogięło, może któraś się rozdarła, naprawdę nie miał ochoty poświęcać temu choć chwili uwagi. Mimo to uścisk zaczął narastać, gdy Enzo odwrócił się i uraczył go kolejnymi słowami, które sprawiły, że z nieludzkim trudem zachował kamienną twarz.
Podobno uważasz się za dobrego kłamcę? Żałosne.
Zmusił się, żeby wreszcie oderwać zesztywniałe palce od ulotki i niezdarnie położyć ją na ławce, skąd – ku jego rozdrażnieniu – sfrunęła niemal natychmiast, uniesiona przez silniejszy podmuch wiatru. Podniósł ją i położył z powrotem na krawędzi, prostując się ze bzdurnym, ale wciąż nieprzyjemnym wrażeniem, jakby zaraz miał uderzyć się o coś w głowę.
Jeśli Enzo nie robił sobie z niego żartów – właśnie dlatego Klemens tak ich nie znosił; nigdy nie mógł wyczuć granicy między humorem a powagą – to Behringer naprawdę był durniem. Do tej pory wierzył w wersję podawaną we wszystkich gazetach – nagła choroba, równie nagła śmierć, Paryż zasmucony niespodziewaną tragedią. Owszem, zaskoczyło go to (Kastner nie był przecież tak stary), ale na dobrą sprawę okoliczności jego śmierci były do przyjęcia – tym bardziej, że Klemens mimo wszystko pozostawał zbyt odcięty od wiadomości z siedziby gestapo, by móc wnioskować cokolwiek innego. To, co mówił Enzo, przekreślało jednak całą wersję wydarzeń i sprawiało, że wszystkie tragiczne elementy układanki wskakiwały na swoje miejsce, tworząc ponurą całość.
Woda, jezioro, wrzuciliśmy, misja.
Te słowa rozbrzmiewały w jego głowie, kiedy wciąż spoglądał na Francuza, usiłując patrzeć na niego z umiarkowanym zaskoczeniem, całkiem niewinnym och, naprawdę?, a nie z cieniem złości, która właśnie w nim zapulsowała. Nie wiedział, na kogo bardziej był zły – na to, co mogło się stać (stało się?) Kastnerowi, czy na siebie, że jakimś cudem – przez nieuwagę, unikanie zebrań, zdarzenia losowe – nie wydobył od nikogo informacji, co ostatnio porabiali inni członkowie Ruchu Oporu.
- Dlaczego wrzuciliście go do jeziora? – co za idiota, nie mógł zadać głupszego pytania. Mimo to słowa opuściły jego usta, bo z jakiegoś powodu czuł, że nie zyska całkowitej pewności, jeśli Enzo nie powie mu wprost, dlaczego Kastner wylądował w wodzie. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć na jego komentarz o Niemcach; był już przyzwyczajony do wszelkich obelg pod adresem swojego narodu i umiał na nie odpowiednio reagować, ale nagle nie potrafił zdobyć się na błyskotliwą odpowiedź. - Wystarczyłoby, żeby nie wchodzili do Francji dwa lata temu – odpowiedział wreszcie, kiedy Enzo ruszył już wzdłuż alejki. Z opóźnieniem podążył za nim.
I o dziwo nawet zgadzał się z tym, co powiedział – gdyby nigdy nie znalazł się ponownie we Francji, wiele spraw byłoby łatwiejszych.
- Może naprawdę sądzili, że Kastnera przyjdą pożegnać tłumy – mruknął gdzieś nieopodal Enza, zerkając na Fenouila uważniej niż dotąd.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message


avatar
konta specjalne
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   Wto Lip 18, 2017 10:04 am

Dziwna cisza, jaka zapadła pomiędzy Enzo oraz Klemensem zalegała ciężko jeszcze przez zaledwie parę boleśnie długich minut, podczas których kartki papieru nieco szybciej pojawiały się na kolejnych, pustych ławkach, a sam Paryż ospale i niechętnie budził się do życia. Atmosfera Lasku Bulońskiego, stosunkowo chłodny ranek oraz dziwna wymiana zdań powoli jednak działały pobudzająco na dwójkę młodych mężczyzn samotnie spacerujących alejkami. Nawet feralne ulotki przestały łopotać nerwowo na wietrze, a tylko chwilami szeleściły cicho, stanowiąc jedyny dowód na wykroczenie popełnione wraz z pierwszymi promieniami słońca.
Wykroczenie, które zresztą lada moment miało wyjść na jaw - niespodziewanie dla wszystkich na żwirowej ścieżce, 6 metrów do tyłu i na prawo, dało się słyszeć odgłos przynajmniej trzech par ciężkich butów, a wraz z nimi wyraźnie wyciszone, szybko wymieniane, niemieckie słowa. Behringer i Fenouil mieli ze swojego miejsca niezbyt dobry widok na boczne alejki i gdyby zechcieli odwrócić się za siebie, mogliby zauważyć, w tej chwili jeszcze nie do końca w pełni rozpoznawalne, sylwetki trzech, zwróconych do przodu, dyskutujących cicho (choć ostre Scheiße pozostawało wyjątkowo wyraźne) mężczyzn. Pomiędzy drzewami dostrzec można było wyłącznie, że ich ubrania utrzymane są w ciemnej tonacji, a fakt, że zatrzymali się przy ławce, którą dość niedawno mijali członkowie Ruchu Oporu, mógł oznaczać tylko jedno.
Enzo i Klemens musieli się pospieszyć - mężczyźni rozglądali się, a jeden z nich po chwili dostrzegł sylwetki majaczące gdzieś przed nimi. 3 metry przed członkami Ruchu Oporu znajdowało się rozwidlenie dróg, prowadzące do dwóch węższych, bocznych alejek. Ostatecznie mogli również ruszyć drogą przed siebie, zboczyć ze ścieżki (choć niewątpliwie byłaby to dość trudna droga ze względu na wszechobecną roślinność) i spróbować ukryć się gdzieś za krzakami lub drzewem (w promieniu 3 metrów, po prawej stronie znajdowała się kępa zasłaniająca niewielką przestrzeń ze wszech stron, widoczna dopiero po zbliżeniu się, na tyle rozległa, aby spokojnie pomieścić jedną osobę, jednak dostanie się do niej wymagało zdecydowanie więcej ostrożności), mogli również ostatecznie zaczekać, aż mężczyźni wyłonią się zza zakrętu, jednak czy wtedy nie będzie już za późno?


Bardzo proszę o wyraźne zaznaczenie, którą opcję wybiera postać. Dodatkowo jeśli któraś zdecyduje się zboczyć z alejki i schować, wykonuje rzut kością K6. Oczywiście miejsca starszy tylko dla jednej osoby, dlatego tylko jedno z Was może wykonać rzut.

Legenda:
1, 3, 5 - jeden z mężczyzn zauważa ruch i zaczyna szybko przemieszczać się w Twoją stronę. Plan ucieczki spalił na panewce, więc jedyne, co Ci pozostało to biec przed siebie i mieć nadzieję, że Niemiec nie należy do najbardziej sprawnych.
2 - szybki skłon i niemalże bezszelestny ruch umożliwiły Ci przedarcie się do kryjówki (którą zauważasz dopiero po chwili) bez żadnego problemu - mężczyźni niczego nie widzieli i dalej przemierzają alejkę.
4, 6 - udało Ci się niepostrzeżenie dostać do kryjówki, jednak przy samym końcu drogi z impetem wpadłeś na leżącą na ziemi gałąź, łamiąc ją przeraźliwie głośno. Jeden z mężczyzn, słysząc hałas, zaczyna zmierzać w Twoją stronę, lecz nie wie jeszcze dokładnie kogo (czego?) i gdzie ma szukać.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Czw Sie 03, 2017 9:37 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content
PisanieTemat: Re: Lasek Buloński   

Powrót do góry Go down
 
Lasek Buloński
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sous le ciel de Paris :: Paryż :: Prawy brzeg :: Pozostałe dzielnice-
Skocz do: